• Marta

    Artykuł pierwotnie "ukazał się" tu. Sześć lat temu ;) Czyli tradycyjnie - część rzeczy będzie niezrozumiała, tekst niekoniecznie odzwierciedla moje obecne poglądy (chociaż pewnie nie jest od nich odległy), ale być może poglądy tamtej mnie się komuś do czegoś przydadzą ;)

     

    Nie tak dawno temu wróciłam na Strefę po dłuższej nieobecności, co zresztą przepowiadano mi, kiedy ogłaszałam, że Odchodzę. Trzeba Wam wiedzieć, że Odchodziłam zniesmaczona lekko i znudzona tą rozrywką, a właściwie rozczarowana tym, że nie daje mi tego, co dawać w mym mniemaniu powinna. Tym, że sesje padają i tym, że sama nie za bardzo mam ochotę w niektórych grać.

     

    Powodem, dla którego wróciłam było to, że powstała rekrutacja, która wyglądała na absolutnie stworzoną dla mnie. Ale absolutnie. Od świata począwszy na wymaganiach dotyczących avków skończywszy. I – ważne! – z dobrze piszącym MG do tego (cześć, Eli ;) ). Próbowałam się oprzeć pokusie, Bóg mi świadkiem, że próbowałam, ale nie dałam rady, Alice wepchnęła się do mojego mózgu, następnie przepchnęła się do dłoni, z dłoni spłynęła na klawiaturę, z klawiatury do Worda w postaci karty a następnie sama wysłała się do Eliastiona. Co ostatecznie okazało się nie takie złe, albowiem uwielbiam ją totalnie i całkowicie i uważam za najlepszą postać, jaką kiedykolwiek grałam. Obok niejakiej Aki Vent, która jednakowoż była częścią sesji, która umarła już na początku – i bezpośrednim powodem, dla którego postanowiłam swego czasu odpuścić sobie Strefę i pbfy w ogóle (cześć, Therek ;) )

     

    Nie, to nie jest post o moich postaciach i wycieczkach osobistych. Po prostu swoim zwyczajem przedstawiam kontekst, tak mi się łatwiej pisze. Otóż, stworzenie ulubionej postaci ma w moim wypadku konsekwencje w postaci obsesyjnego męczenia MG o posty... Ym, różnych przemyśleń chciałam powiedzieć. Rozmyślam o Alice i o tym, jak mi się nią gra, o jej specyfice i o specyfice postaci do pbf i pbfów w ogóle i wyciągam wnioski, którymi postanowiłam się podzielić, bo może ktoś się przejmie i dzięki temu śmiertelność sesji zmaleje chociaż trochę. No bo sami przyznacie, że w pbf nie ma nic równie irytującego jak śmierć sesji.

    Otóż, jak wszyscy wiemy, sesje na forum toczą się wolno. Przeraźliwie, dołująco wolno. I początki są nudne. Postaci się spotykają. Poznają takiego czy innego szefa. Dostają questa. Wyruszają, aby go wykonać. Docierają na miejsce. Sesja pada, bo właśnie minęły trzy miesiące, nic się jeszcze nie stało, a nikomu nie chce się już grać. Forum idzie do Cienia Przeszłości, gracze i MG rozchodzą się zniesmaczeni – gracze bo włożyli trochę wysiłku w karty postaci, MG bo włożył trochę wysiłku w przygodę (ewentualnie MG odczuwa ulgę, bo już nie musi prowadzić, próbowałam kilka razy i wiem, że to jest ciężkie – uważam się za naprawdę dobrego gracza, nie mam problemów z odpisywaniem na posty MG, robię to od ręki, ale rola prowadzącego przerastała mnie za każdym razem).

     

    Zanim w sesji zacznie się coś naprawdę dziać mijają więc trzy miesiące, zanim fabuła się rozwinie – pojawią się zwroty akcji, prawdziwie źli przeciwnicy i mroczne sekrety, którymi naszpikowaliśmy karty – mija pół roku do roku. Pół roku do roku, w czasie których nasze oczekiwania są tym bardziej zawiedzione, im bardziej opada nasz entuzjazm związany z postacią i kartą, którą wysłaliśmy. Piszemy coraz rzadziej – chyba wszyscy zauważyliśmy różnicę między tempem początku sesji a jej środka, prawda? Posty wymyślamy z coraz większym trudem, kiedy MG coś wrzuci, nie bardzo wiemy co właściwie mamy odpisać. Sytuacja socjalna – źle, bo po co pisać posta tylko z mało istotną kwestią dialogową. Walka – źle, bo co napisać, „to ja go tnę”? Kończy się zapał do gry i jestem przekonana, że w momencie, kiedy ginie on – umiera też sesja.

     

    To jest najczęstszy scenariusz. Ale zdarzyło mi się grać w sesji, która po pierwsze dobiegła końca – nie skończyła się, a dobiegła końca, zaplanowanego przez MG i fabularnego i to nie dlatego, że komuś się skończył zapał, wierzcie mi, my byśmy sobie jeszcze pograli (cześć, Graalion, jak kiedyś przyjdzie Ci do głowy prowadzić jakieś „X-Factor: pięć lat później”, to wiedz, że ja się piszę ;) ). Kiedy grałam wspomnianą na początku Aki Vent, postowaliśmy z Bazilem w tempie niemal obłędnym mimo tego, że MG postów nie pisał wcale – serio, to był właściwie open play (i to dobry) i prawie rozegraliśmy przygodę. Bez Mistrza Gry. Uważam, że to wyczyn. W Wonder-full World, przygodzie, która zwabiła mnie z powrotem na Strefę, odpisuję zwykle przed upływem godziny od ostatniego posta MG lub współgracza, mimo że chyba właśnie mija trzeci miesiąc gry. I to by było na tyle, nie przypominam sobie, żebym gdziekolwiek indziej pisała z takim entuzjazmem tak długo. Zaczęłam się więc zastanawiać skąd to się do licha bierze?

     

    Jasne, że duża odpowiedzialność spoczywa na MG. Ale jeżeli chodzi o mistrzowanie, to mamy na tym forum artykuł, który moim zdaniem totalnie wyczerpuje temat (znowu powiem „cześć, Graalion”) i nie ma sensu się o tym rozpisywać. Gracz to inna sprawa. I nie można udawać, że od niego nic nie zależy. Gracz daje paliwo MG – bo MG musi wiedzieć, że jest dobry, jeśli ma dalej prowadzić, musi się czuć dowartościowany, w każdym razie ja jako MG muszę, to raz. Dwa – i to jest wniosek, który wyciągnęłam z grania Michelle u Graaliona, Aki u Thereka i Alice u Eliego – gracz musi dać paliwo sobie. Inaczej zwyczajnie przegra z tempem.

    Trzeba po prostu stworzyć sobie postać, którą się uwielbia. Wiecie, jak to jest na początku, zaczynamy sesję i promieniejemy bo ach, jakąż ja mam świetną historię, ach, ale będzie jazda kiedy się dowiedzą, ale będzie odgrywanie i w ogóleeeeee... Otóż moim zdaniem, jeśli to wrażenie nie jest wystarczająco silne, jeżeli przy tworzeniu postaci jesteśmy rozsądni, jeśli robimy ją na zasadzie „hm, interesujący pomysł, mogłabym/mógłbym się w to zaangażować gdyż zapowiada się ciekawie, a i postać może być niebanalna” – to wszystko zdechnie po pół roku. To jest moim zdaniem problem z tak zwanymi „ambitnymi” sesjami – pamiętam, że na forum było coś na podstawie Dukaja, zdechło szybko, pamiętam też, i żałuję go do dziś, Teatr Vesh – do którego swoją drogą też miałam postać, którą strasznie lubiłam. Do sesji nie można wchodzić bo jest interesująca. Do sesji nie można wchodzić dla rozrywki intelektualnej. Nie tylko. Do sesji należy wejść przede wszystkim dlatego:

     

    *.* OJEZUOJEZUJAKJEDWABIŚCIEALEBĘDZIESUPERJAAAAAAAAAAA! *.*

     

    Bo w ten sposób cieszy nas każdy post. Musimy sobie załatwić taką dawkę entuzjazmu, żeby starczyła na trzy miesiące jak nic. I postać fajną do odgrywania w każdej, nawet najbardziej banalnej sytuacji (dzisiaj napisałam posta dialogowego, który sprowadza się do zapytania postaci współgracza czy chce coś zjeść – uwielbiam go :D posta, chociaż współgracza też lubię, cześć Graalion), fajną na tyle, żeby pisanie postów jeszcze podsycało ten zapał – a tym samym zapał Mistrza Gry. Żeby dotrwać do momentu, w którym zacznie się Dziać. Potem będzie z górki.




    Opinia użytkownika


    Zgadzam sie z tekstem. Jednakze jestem w sesji (pozdrawiam L'riota i Sheile) gdzie start byl z mega epickim uderzeniem. Tempo postow bywa rozne, ale tempo akcji ciagle jest przynajmiej dla mnie na wysokich obrotach. Dzieki temu jestem na takim ciaglym cliffhagerze niczym oczekiwania na kolejny odcinek ulubionego serialu.

    Podziel się komentarzem


    Odnośnik do komentarza
    Udostępnij na stronach

    No, teraz są już szczęśliwie sesje, które zaczynają się z kopa, to jest super ;) Ale sześć lat temu ich nie było i słowo daję, wszystkie zaczynały się tak samo :D Ale ogólnie to cieszę się, że się zgadzasz :)

    Podziel się komentarzem


    Odnośnik do komentarza
    Udostępnij na stronach


    Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

    Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

    Dodaj konto

    Załóż nowe konto. To bardzo proste!


    Zarejestruj nowe konto

    Zaloguj się

    Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


    Zaloguj się teraz