Blogi

Blogi społeczności

  1. Zakurzona teczka

    • 1
      wpis
    • 0
      komentarzy
    • 38
      wyświetleń

    Ostatnie wpisy

    Zell
    Ostatni wpis

    Jeżeli ktoś by mnie zapytał, co kocham rysować... odpowiedziałabym, że drzewa. Ołówkiem. 

    Pierwsze rysowane na podstawie pracy Shishkina, drugie z głowy, wedle "wizji artystycznej", czyli "bo mi się tak podobało próbować". Lepiej wyglądają na żywo, moim zdaniem. Za duże na skaner było, niestety.

    Nie, to drugie nigdy nie zostało dokończone i tak już pozostanie.

     

    #1

    shishkin_by_nerahye-da72tsc.jpg

     

    #2

    _2_by_nerahye-da72uo8.jpg

  2. Szkicownik Mroczek

    • 42
      wpisów
    • 171
      komentarzy
    • 2217
      wyświetleń

    Ostatnie wpisy

    mroczek
    Ostatni wpis

    Archiwalne rzeczy. Nobilis, Jesienna metamorfoza Lidia i jej pierwsza randka z pewnym przystojnym arabem.

    Markery A4.

    Rtv3wOB.jpg

  3. Skórzany kajecik

    • 4
      wpisy
    • 8
      komentarzy
    • 184
      wyświetleń

    Ostatnie wpisy

    Thorongil
    Ostatni wpis

    Kolejny rysunek z okresu świątecznego. Tym razem zdecydowanie przyjemniejszy temat, a mianowicie widoczek znad brzegu jeziora Widmińskiego.

    Konstruktywna krytyka mile widziana. :) 

     

    Lake by CaptainThorongil

  4. Już dawno miałam się do tego zabrać, ale jakoś nigdy mi nie wychodziło. Czas to nadrobić! Przed wami całość lutowego pitbullka konkursowego.
    Za bycie moim natchnieniem dziękuję autorom wszystkich nominowanych w lutym postów -
     @Kira, @Marass, @Nadia, @Aquaman, @Eliastion, @Iwettia, @Aruna, @Pipboy79, @Therek, @Lunatyczka, @Drakhesh, @mroczek, @Thorongil - bez was ten Pitbullek wyglądałby obecnie zupełnie inaczej ;) Dziękuję też wszystkim, którzy te posty nominowali, a także tym, którzy głosowali. Wielkie brawa dla was wszystkich! No, a teraz Pitbullek:

     

    0 - czyli Wstęp Niezwiązany

     - Majteczki w kropeczki ło ho, ho, ho,
    Niebieskie wstążeczki ło, ho, ho, ho
    Bielutki staniczek ło, ho, ho, ho
    Maleńki guziczek ło, ho, ho, ho - wyśpiewywał Yee, czując, że znajduje się w swoim żywiole, gdy układał gacie na bazarowym stoisku zgodnie z prastarą sztuką układania gaci na bazarowym stoisku. Nie miał żadnych wątpliwości, że to wypali. Bo co mogło pójść nie tak? Gabriel kupował chińskie podróby za trzy centy/kontener, a on śpiewał w celach reklamowych i handlował tymi gaciami za 50 zł/sztuka. W końcu marka zobowiązywała. Jego marka. Właściwie nic innego tu marki nie miało. No może poza nazwą stoiska “U Yee Paździocha” brzmiało dumnie i odwoływało się do fenomenu popkulturowego. Co mogło pójść nie tak?
     


    - Cleo, a ty lubisz wielbłądy, nie?
     - Mleko jest dziwne w smaku, ale wielbłądzie genitalia są całkiem smaczne. Trochę twardsze niż pośladki, ale ujdą.
     - Ej, a co na to twój ojciec?
     - No on woli nadziewać.
     - I wy tak w trójkę?
     - Nie no, we dwoje na jednym wielbłądzie to tak słabo. Stać nas na więcej, jak już się nam chce ujeżdżać
     - Emm… A jemu to nie przeszkadza?
     - Komu?
     - No bo nie wyglądał na takiego…
     - Tatuś?
     - Też.
     - Też masz wrażenie, że nie bardzo wiemy o czym mówimy?
     - No a o czym ty mówisz?
     - O wielbłądach, a ty?
     - O twoim facecie. On ma imię jak dla wielbłąda. Tragarza. Na jedno wychodzi. Steve. To nie imię dla prawdziwego mężczyzny.
     - No ale zakupy nosi i się nie skarży. Nie wystarczy?
     - Dlatego kojarzy się z wielbłądem! Ej, patrz, jaki śmieszny gruby koleś w futrze tam sprzedaje! Nie wiem co, ale chcę go mieć! I to co sprzedaje też!
     
    Markowi trudno było się przyzwyczaić do bycia niziołkiem o imieniu ściągniętym od  grubego łysego nieudacznika, który na dodatek seplenił. Gdyby wiedział, że to, co sobie wymyśli się urzeczywistni byłby… Cycatą drowką z biczem. To by było coś! A nie takim małym grubym pokurczem, który musi się bujać w towarzystwie czerwonego muflona i międzyrasowej hybrydy z żabą, która jest ropuchą i w dodatku skacze. Chociaż mogło być gorzej. Mógł być krokodyl. Skurczybyki chodzą po drzewach. 
    -Ej, dziewczyny, nie wydaje się wam, że ten Randomar jest dziwny?
     - Pytasz się, bo bujamy się jako trzeciolevelowe postaci wśród bezimiennego stada npców, moja ropucha jest żabą, a Gośka ma pięć kończyn i z żadnej nie potrafi w skoordynowany sposób korzystać?
     -Nie, pytam się dlatego, że tam jest kram “U Yee Paździocha” i sprzedaje tam gruba Panda.
     - Brzmi jakby Sharper się czegoś nawdychał. Czujecie ten klimat? Jesteśmy w reality-show naćpanego yama-yama-yama, co sobie marihuanen wciąga
     - To się pali, a nie wciąga, Gosiu droga i niewinna.
     - Wierzę na słowo Krystyno Doświadczona


    ***


    -Zaraz, zaraz! Pitbullku, nie możemy pisać o wszystkich jednocześnie!
     - Woof-woof!
     - W Polsce jesteś Pitbullku, szczekaj po polsku! I nie, nie możemy. To bez sensu. Znaczy… bardziej niż dotychczas. Jesteśmy odpowiedzialnymi pisakami i ałtoreczkami, nie mieszamy fando...
     - Woo...Hau! Hau!
    - Chyba że konkursowo. Pitbullek Konkursowy. To faktycznie brzmi dumnie.

     

    1 - czyli Wstęp Właściwy

    Paweł Kukiełczyński czasami czuł się wyobcowany. Zupełnie jak Samuraj Jack. Tylko, że nie był samurajem, ale cyborgiem. Nie nazywał się też Jack, tylko Paweł. No i do innego świata nie przerzuci go demon o imieniu Demon, więc siłą rzeczy również jego zło nie mogło być tutaj prawem. No ale przynajmniej przeniósł się w przyszłość. Chyba. Tak sądził obserwując modę. W jego świecie nikt nie nosiłby takich obciachowych rzeczy. Nosiliby jeszcze bardziej obciachowe. No ale jakieś tam podobieństwo było, więc mógł się czuć jak Samuraj Jack. Choć jego próby stylizacji na samuraja kończyły się tym, że wyglądał jak dziwny koleś z szlafroku. Zazwyczaj wyglądał po prostu jak dziwny człowiek, więc w zasadzie nikt nie zwrócił uwagi. Ludzie w tym świecie nie takie rzeczy na taksówkarzach widzieli. W końcu taksówkarz to nie zawód, tylko stan umysłu. 
    ***
     -Zenek Martyniuk!
     - Pan Witek z Atlantydy!
     - Zenek Martyniuk!
     - Pan Witek z Atlantydy! 
     - Zenek!
     - Witek!
     - Zenek!
     - Witek!
    Yee doskonale wiedział, że sława ma swoje ciemne strony. No ale żeby nikt nie kłócił się o niego?! No tak to być nie będzie! Drastyczne sytuacje wymagają drastycznych czynów. Dlatego podszedł do dwójki kłócących się fanów muzyki chodnikowej i potrząsnął nimi
     -O mnie się kłóćcie! - zażądał zdecydowanie - Ja jestem pandą!
     - I co? Pandy już nie są zagrożone - powiedział fan Zenka Martyniuka. Fan Witka z Atlantydy poczuł, że za chwilę fani Zenka Martyniuka będą gatunkiem zagrożonym, więc zaśmiał się szyderczo z powodu klęski przeciwnika. Poniewczasie zorientował się, że jego śmiech mógł zostać źle odebrany przez pandę. Jeden rzut oka wystarczył, by okazało się, że faktycznie został źle odebrany.
    ***
     - I to zadziała? - Harley sceptycznie patrzyła się na plątaninę kabli, przewodów, puszek od coli, które ponoć były ABSOLUTNIE NIEZBĘDNE w projekcie, pluszowego troskliwego misia owiniętego czymś, co przypominało staroświeckie lampki choinkowe i piętrzące się obok pudełka na pizzy. 
    -No ba! Harley! Czy kiedykolwiek jakikolwiek nielegalny projekt wojskowy poszedł źle? - pocieszył ją Naukowiec w Kitlu i Okularach
     - To jest nielegalne?! 
     - Powiedziałem nielegalny?! - zdziwił się Naukowiec w Kitlu i Okularach - miałem na myśli eee…Że to jest… eee...nielimitowany! Mieliśmy nielimitowane środki na przedsięwzięcie! Profesor doktor MacGyver sam wszystkiego dopilnowywał! 
    Harley sceptycznie przyjrzała się wszystkiemu. No ale nazwisko MacGyver zobowiązywało, więc potrząsnęła tylko głową i uśmiechnęła się radośnie
     - Jedziemy z tym koksem! 
    ***
    Paweł, który chciał być zwany Samurajem, a był zwany Huzzarem jechał sobie ulicami Nowego Jorku (nie, że wszystkimi naraz ulicami, tylko że raz jedną, raz drugą, nooo  - dop. aut.) i to był całkiem zwykły dzień nowojorskiego taksówkarza. I w sumie był. Ot atak kilku psychopatów, jeden zbawiciel, ze dwóch typów, którzy wyglądali jak obrzygani przez jednorożca… Właściwie jak się było taksówkarzem można było nie zauważyć, że mutantom zdrowo odwaliło. Bo sam Nowy Jork był mocno pochrzanionym miejscem. Ot, tak jak teraz. Jechał sobie, jechał i wjechał w dziurę czasoprzestrzenną
     -Ej, panie! Ja tego nie zamawiałem! - obraził sie Japiszon z Komórką - Mogłem jechać uberem! Tam nigdy mi nic takiego nie odwalili
    -O ty uberowysynu! - są takie chwile kiedy nawet cyborg-taksówkarz-który-chce-być-samurajem nie wytrzymuje. I teraz właśnie nie wytrzymał, tylko katapultował Japiszona z Komórką za użycie zakazanego słowa. A mówili do niego “Paul, na cholerę ci katapultowany fotel w taksówce?” No i kto miał rację? Kto się teraz śmieje?! No na pewno nie Japiszon z Komórką.
    ***
    Yee nie zastanawiał się długo, gdy zobaczył nowojorską taksówkę na ulicach Jęczydołu, gdzie bawił się z lokalsami w dyskotece. Po prostu do niej wskoczył, a taksówka jęknęła pod jego ciężarem
     - Stary, jedź!
    Paweł za długo był taksówkarzem, by zadawać pytania. Nawet wielkim, gadającym Pandom
     - Gościu, tam była frakcja Mandardyny! Nawet ja mam swoje granice! A oni chcą mnie zabić!
    ***
    Ten fotel był jakiś taki dziwny. Znaczy… Początkowo w ogóle nie był fotelem, a leżanką. Czy leżanki mogą zmienić się w fotel? Czy fotele mogą się ruszać i wrzeszczeć do ucha?
     - Łooo jaaa panda! 
     - Ej skąd ty się tu wzięłaś? I czemu mi siedzisz na kolanach?! Nie znamy się aż tak!
     - Ej, cwaniaki, a kto zapłaci za kurs?! 
     - Jaki kurs? Ja się czuję porwana! - pewnych słów się nie wypowiada jak się włada wiatrem. Teraz na przykład spowodowało to potężny podmuch powietrza
     -Ja chcę jeszcze raz! - ucieszył się Panda. Zawsze dobrze mieć kogoś takiego w gracie bez klimatyzacji
    - Cholerne tunele czasoprzestrzenne!
    -To jak wtedy, gdy pijesz w Warszawie, a budzisz się miesiąc później nad Morzem Czarnym?
    -Szacun! - ucieszyła się Harley - ale i tak założę się, że cię przepiję!
     - No chyba w twoich snach Jedna-Piąta-Składu-Od-Kapitana-Planety! 
     - Ja się pytam kto mi zapłaci za kurs?! - zdenerwował się Paweł
     - Jedziemy przez tunel czasoprzestrzenny, nie? No to tak jakbyśmy stali w miejscu, nie gulgaj!
     - Właśnie! Zobaczymy jak dojedziemy!

     

    2.

    Żółta taksówka robiła to, co potrafiła najlepiej - jechała, prawie nie rzężąc. Rzęził za to Paweł. Zwłaszcza, gdy wyjechali ze względnie równego tunelu czasoprzestrzennego na  kostkę brukową. Może gdyby to był swojski poldek, jeden, z tych, które zaczynają rdzewieć ledwie zjadą z taśmy produkcyjnej - dawałby radę. Żółta nowojorska taksówka nie była jednak przeznaczona na taką nawierzchnię
     - Mózg mi wytrzęsie! - poskarżył się Yee - Co to za dziura?!
     - Wygląda na średniowiecze! 
     - Są tutaj samuraje?! - zaciekawił się Paweł i zahamował gwałtownie, by się rozejrzeć za samurajami - O, patrzcie, biegnie jakiś koleś z mieczem i bliznami! Pewnie samuraj!
    Yee i Harley grali w Wiedźmina - natychmiast rozpoznali Lamberta
     - Lambert, Lambert, ty wuju! - ucieszył się Yee
     - Tam nie było wuju tam było... Ej, chyba nie zrozumiał nawiązania! Goni nam kierowcę z mieczem! 
     - Nasz kierowca ma miecz?!
     - Nie, to on ma miecz!
    - Ej, czujesz? Jesteśmy w Wiedźminie! Zarąbisty ten tunel czasoprzestrzenny!
     - Przepraszam? - Leofard Berchelei odkąd zaczął zadawać się z Ritą (czyli praktycznie od zawsze) przywykł do różnych dziwnych rzeczy i durnot  - Wy jesteście tymi nowymi przyjaciómi Rity, których miałem odebrać?
     - Nie, ale naszego kierowcę goni wiedźmin!
     - To doprawdy... Niezwykle frapujące zjawisko!
     - Bardziej filetujące - zauważyła Harley - znaczy, o ile go złapie.
    Paweł w końcu uznał, że nie ma co uciekać. Miecz vs broń palna to dylemat, który rozwiązał już Indiana Jones, prawda? Dlatego zaczął strzelać do atakującego go wiedźmina i wycofywać się w stonę taksówki. 
     - Nie dotykaj kierownicy! - ryknął, gdy zauważył, że wielka gadająca panda, próbuje wygryźć go z roli kierowcy - bo cię katapultuję!
     - Emm... Państwo raczą wybaczyć, że zająłem czas, najwidoczniej doszło do pewnego nieporozumienia - Leo zawsze był sobą i zachowywał podziwu godną uprzejmość bez względu na okoliczności - To na pewno oni! - wskazał na dwójkę szaleńców z psychopatycznymi uśmiechami, którzy wyglądali tak, jakby pod ich skórą płynęła lawa - Rita była uprzejma wspomnieć, że jej przyjaciele są bardzo... gorącokrwiści
     - Łooo ja! - zawołali unisono Yee z Harley
     - ...to te ziomy z komiksu! - zachwycił się Yee - a będzie Hulk?! - rozejrzał się z nadzieją
     - Jakie znowu ziomy z komiksu?! Oni chcą mnie zabić! I skąd ty niby znasz Hulka?! - wrzasnęła Harley - Wiejemy!
    Ponownie są słowa, których nie wypowiada się, gdy się włada wiatrem.Na szczęście Paweł zdążył złapać się zderzaka, zanim wywiało ich z powrotem do tunelu
     - Ej, cross Marvela z wiedźminem. Bez sensu - zauważył Yee
     - Jakiego Marvela?! To były ziomy z mojego świata! Znaczy to nawet nie były moje ziomy!
     - Żyjesz w komiksie?! Porąbane!
     - W żadnym komiksie!
     - Ej, a Aquamana kojarzysz?! 
     - Kogo?!
     - To taki mój wafel od Marvela!
     - No kumpel no! Nigdy się nie waflujecie z kumplami?!
     - Uwaga, znowu tunel, będzie trzęsło!!!

     

    3.

     -Podsumujmy, bo nie wiem czy dobrze rozumiem. Eksperyment wojskowy doktora MacGyvera spowodował, że naruszona została struktura czasoprzestrzeni i teraz dlatego prujemy sobie taksówką przez tunel, zderzaka trzyma się wkurzony wiedźmin, a my wszyscy jesteśmy z różnych światów?
     -Na to wygląda - zgodził się Paweł - z tym, że nasza dwójka kojarzy Hulka na żywo, a Yogi tylko z komiksów.
     - Sam jesteś Yogi! - obruszył się Yee
    - A katapultować cię?! 
    To był argument, który kończył dyskusję. To zawsze jest argument, który kończy dyskusję.
    ***
    -Mówiłem, że to doskonały pomysł! - Marco był z siebie naprawdę dumny. Jak na pomysł, na który wpadł w narkotycznym zwidzie to był całkiem dobry pomysł.
     - No nie wiem - Lulu była sceptyczna, co do pomysłów, które przychodziły w narkotycznym zwidzie ich drużynowego narkomana - A jak teraz nadal jest psychopatą, tylko śpiewającym?
     - To nas trochę zabawi, zamiast tak makabrycznie przynudzać zanim znowu mu się włączy tryb zabijania.. Zawsze jakaś odmiana - wzruszył ramionami Adon'Rihe
     - Myślałam, że od zabawiania są przedstawiciele twojej planety - wytknęła Blue
     - Nieślubne dzieci Thrawna nie powinny się odzywać! - odgryzł się
     - Nie jestem jego nieślubnym dzieckiem!
     - Wszyscy tak mówicie!
      - Jestem droidem wprost doskonałym,
    Ze spięciem w przewodach krótkotrwałym,
    Gdy już śpiewać w końcu przestanę,
    To was w swoje łapy dostanę,
    Nie wiem kto mi namieszał w obwodach,
    Ale żyć będzie w niewygodach,
    A potem go zabiję młotkiem,
    Bo nie jestem słodkim kotkiem!
     - Trudno pozować na groźnego psychola gdy się rymuje o kotkach, nie? - ucieszył się Marco
     - Zawsze chciałam mieć droida, z którego będę sobie robić jaja - westchnęła Lulu
     Byli tak zajęci nabijaniem się z droida, który by się frustrował, gdyby potrafił, że nie zauważyli, gdy zostali zaatakowani przez Ewoki. A powszechnie wiadomo, że jeżeli chodzi o starcie nowoczesna nauka vs dzidy Ewoków, to oni tutaj byli górą. Zawsze. 
     -Mówiłem, żeby nie przelatywać nad ich planetą to nie, bo ich szaman ma niezły towar! - oburzył się Adon'Rihe
    -No bo mają! I albo mnie trzepnął albo tam jest tunel czasoprzestrzenny! Wlatujeeeeemyyyy!
    ***
    Kapitan Ameryka był zdania, że kobiety… Ogólnie każde stworzenie trzeba czasem wyprowadzać na spacer. No, może poza rybkami. Rybkom i tak wszystko jedno. Chyba. Kiedyś miał złotą rybkę. I nawet wyprowadzał ją na spacer, ale nigdy nie mówiła jak się z tym czuje. A potem odeszła z jakimś kotem. W każdym razie są stworzenia, które należy wyprowadzać na spacer. Dlatego teraz był z Cleo na spacerze i nawet zabawiał ją rozmową. Przynajmniej próbował.
     -Więc mówisz, że ziemia kręci się wokół słońca? Dziwne. Tatuś zawsze mówił, że wszystko kręci się wokół mnie! 
    Cleo zawsze wierzyła ojcu. We wszystko co powiedział. W każdych okolicznościach. Dlatego do tej pory wysyłała listy do Świętego Mikołaja. I nigdy nie pojawił się pod jej ogniście rudą czupryną nawet cień myśli, że mogłoby być inaczej.W końcu pisała list do Świętego Mikołaja, dawała go tatusiowi, tatuś go wysyłał (Cleo nigdy nie skalałaby się wizytą na poczcie, a w życiu! Właściwie nawet nie wiedziała co tak dokładnie robi się z tymi znaczkami. A publiczne lizanie czegokolwiek powodowało w niej skojarzenia przyjemne acz bardzo nieprzystojne), a potem dostawała dokładnie to, czego sobie zażyczyła w liście do Mikołaja.Czy trzeba było innego dowodu na to, że święty Mikołaj istnieje? No właśnie. Dlatego teraz rewelacje astronomiczne nieco ją rozproszyły i nawet nieco naruszyły jej strefę komfortu.
    -Bo ty jesteś słońcem! - Miarą prawdziwego bohatera zdecydowanie było to, jak radził sobie na skraju wielkiego kryzysu, gdy świat chylił się ku zagładzie. Właśnie dlatego Kapitan Ameryka był prawdziwą legendą. Kryzys został zażegnany. 
    Ale że natura nie lubi próżni - chwilę później prawie przejechała ich żółta nowojorska taksówka, która wyłoniła się znikąd
    -Ej, patrzcie Kapitan Ameryka! - zawołała Harley
     - To on żyje?! - zdziwił się Paweł
     - Cóż to za czarna magia?! - zdumiał się wiedźmin, który całkiem nieźle trzymał się zderzaka, dlatego nie zgubił się po drodze - Nie wiem kogo zabić najpierw! 
     - Za dużo tu Marvela! - obraził się Yee - Dawać jakieś Gwiezdne Wojny!
    Życzenia rzadko się spełniają. Chyba, że jest się wielką gadającą pandą. Wtedy, statystycznie rzecz ujmując, ma się ciut większe szanse. Z kolejnego tunelu wyłoniły się wkurzone Ewoki z dzidami i kosmiczny statek, też z dzidami. Ale o ile Ewoki były całkiem zadowolone z posiadania dzid, to jakoś załoga statku i sam statek nie byli z tego powodu zbyt zadowoleni, więc musieli awaryjnie lądować. Na taksówce.
    -Ciocia Hela?! - ucieszył się Yee, wpatrując się w jednego z Ewoków. Nagły wybuch entuzjazmu z jego strony przerwała kolejna dzida, która odbija się od tarczy Kapitana Ameryki
     - Nie jestem jej ulubionym krewnym - przyznał Yee
    Adon'Rihe, śpiewający droid, Marco, który dochodził do wniosku, że musi częściej brać towar od szamanów, Lulu i Blue siedzieli cicho w statku - Wy coś z tego ogarniacie? - zapytała Blue
     - Nie, ale zaczyna mi się podobać to co widzę - zawołał ucieszony Marco - Właściwie czemu wylądowaliśmy?
     - Dla dramatycznego efektu! - Lulu spojrzała na niego z wyższością. Jak można było takich rzeczy nie wiedzieć?
     -Do abordażuuuuuu!!! - bojowy okrzyk Harley dał wszystkim impuls do działania. W zasadzie nie wiedząc po co i dlaczego (poza tym, że wszyscy zawsze chcieli mieć swój statek kosmiczny) wbili do środka
     - A teraz szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu! Lećmy dalej! - zawołał Marco, który jako narkoman nie takie rzeczy widywał.

     

    4.

    Statek kosmiczny mknął przed siebie. Nie bez przeszkód. Chwilę wcześniej rozegrała się bitwa pomiędzy Pandą a Lulu - każde z nich chciało pilotować. Lulu, bo to jej statek, a Panda bo każdy statek z definicji był jego. Marco planował rozłożyć kisiel (był zdecydowanie jedyną osobą w znanym wszechświecie, która chciała zobaczyć Pandę w kisielu), ale wojna zakończyła się bezkrwawo - po prostu Yee usiadł na Lulu i z takiej pozycji pilotował radośnie.
     -Masz w ogóle pojęcie gdzie lecimy? - zainteresowała się Blue, która wolała zawsze wszystko wiedzieć
    -Nie! - zawołał radośnie Panda - ale latać każdy może! 
    -Podoba mi się jego punkt widzenia! - ucieszył się Marco
     - Mphfff! - sprzeciwiła się Lulu
    Prężnie reprezentowana grupa Marvelowa (cokolwiek to znaczyło, ale Panda tak mówił, więc brzmiało to wystarczająco kozacko, by się uważać za członka takiej grupy) patrzyła się na siebie z mieszaniną zaciekawienia.
    -Ej, ale ty nie żyjesz! - Paweł wycelował palec w Kapitana Amerykę - mutanci cię zarżnęli jak im odbiło! 
    -Wcale nie! I wcale nam nie odbiło! - obraziła się Cleo - tylko nasze moce świrują
    -To ty jesteś mutantką?!
    -To on jest zombie?!
     - Macie tu ekspres do kawy? - Paweł, Lambert i Harley mieli zdecydowanie inne priorytety, które wyrazili jednocześnie
    - A pani jest bardzo ładna - Leo też miał swoje priorytety. Opuszczenie planety wydawało się wystarczającą odległością, żeby nie spotkać Rity, więc mógł walnąć na podryw do Blue. W końcu kto z jego kręgu mógł się pochwalić, że zaliczył niebieską laskę? No, na pewno nie on.
     - Czy wy w ogóle rozumiecie,
    Że w jakiś syf się pakujecie,
    Worki mięsa głupie
    Życie da wam po… nosie - zirytował się rymujący droid któremu nikt nie naprawił oprogramowania
    -Pfff,  nie umiesz rymować - wytknęła mu Cleo - ale bieda-plebs ten artysta! 
    -E, ludzie, będzie trzęęęęęęsło! - ostrzegł dramatycznie Yee. Mylił się. Nie trzęsło. Dramatyczne okoliczności przyrody nigdy nie chciały nadejść wtedy, gdy były potrzebne.
    Ale przynajmniej wylądowali. Na zielonych polach pośrodku niczego. Gdzieś tam pasły się krowy, które z pewnością długo przestaną dawać mleko, gdzieś tam szykował się dziki motłoch złożony z wieśniaków, wideł, pochodni i pewnej ilości krasnoludów, a nawet niziołka. A nasi przyjaciele wyszli rozprostować kości i spotkali diabła
    -O LOL, diabeł! - wyraziła się elokwentnie Harley na ten widok,
     - Rogi ma bardziej jak muflon - dorzuciła sceptycznie Cleo - i beznadziejną stylówę - Cleo bardzo poważnie traktowała swoją funkcję porządkowej w Fashion Police
     - Co to jest muflon? - zaciekawił się Paweł.
     - Taka kozacka owca - wyjaśnił Lambert, któremu dopiero potem zaświtała myśl, że kozacka czy nie - ale diaboła trzeba upolować. Chociaż… wydawał się normalniejszy od chociażby gadającej Pandy. Tyle osób do zabicia, a miecz tylko jeden. Musiał to głęboko przemyśleć
     - Ej, ja tu stoję! - obraziła się Gocha - Shaper, ja wiem, że ty jesteś nienormalny i w ogóle hera koka, hasz, LSD, ale nie ćpiej tyle! Weź się podziel! Gwiezdne Wojny, Kapitan Ameryka, gadająca Panda i Wiedźmin? No weź, stary, Marek i Krycha mi za cholerę nie uwierzą! Nie bawię się tak! - tupnęła nogą Gocha
     - Ktoś tu powiedział o ćpieniu? Ja chcę ćpieć! - zapalił się do pomysłu Marco
     - Mówi się ćpać - poprawił go uprzejmie Kapitan Ameryka - Powinniście uważać na język. 
     - Randomarowi odjechał peron - skwitowała Gocha - co dalej? 
    Są pewne rzeczy, których się nie mówi. Chyba że chce się zobaczyć jak za wzgórzem sto metrów dalej odbywa się epicka walka między Wiewiórkami (znaczy nie tymi sympatycznymi gryzoniami, a elfami Scoia'tael) i Ewokami
     - Powinniśmy się włączyć? - spytała niepewnie Harley
     - Ja mam popcorn! - podsunęla Gocha. To zamykało wszelkie dyskusje. Popcorn zawsze kończył dyskusje. Prawie jak katapulta.

     

    5.

    Bitwa między Wiewiórkami a Ewokami trwała w najlepsze. Żadna ze stron nie miała zamiaru odpuszczać, żadna też nie potrafiła zyskać przewagi. Popcorn zaczynał się już kończyć, część widowni poszła kombinować nowy, część przysypiała. No bo ile można, nie? 
    A w końcu coś się zaczęło dziać. Na pole bitwy wpadł nikt inny niż Jar Jar Binks!
    Walczący zaraz zaprzestali walki popatrując na siebie z niesmakiem
     -On jest w waszej drużynie! - zawołał długouchy elf (jakby były krótkouche elfy!)
     - Nas jest więcej! Wy go sobie weźcie! - odpowiedzieli Misiowaci
     - Ależ my wam go oddajemy!
     - Nie ma mowy! Trzeba się dzielić!
     - No to dlatego się z wami dzielimy!
     - Ale nie możemy przyjąć takiego prezentu!
     Widownia za to poczuła nagły zew emocji. Każdy zaczął rzucać czym tam miał pod ręką - laserami, wiatrami (okej, laserami i wiatrami się nie rzuca, ale rozumiecie ideę, nie? ), tarczą, popcornem, ba Marco nawet rzucił swoją bielizną!
    - Zabierać go!
    - Jar Jar Bink won!
     - Sędzia kalosz!
     - Kto na to pozwala?!
    - Co na to konwencja genewska?
    - Sharper ty ćpunie!

    Unlike w zasadzie nie rozumiała o co to całe zamieszanie. Ale wiwatujący tłum (no przecież ci ludzie, co rzucali jej przekąski i suweniry to musiał być wiwatujący na jej cześć tłum!) dobrze robił na jej ego, dlatego zaczęła się na zmianę kłaniać i unosić ręce w geście zwycięstwa. Wiedziała, że przebranie się za Jar Jar Binksa to genialny pomysł! Po prostu wiedziała! Zawsze, gdy człowiekowi urwie się film i obudzi się w obcym miejscu, powinno się starać dopasować do nowej sytuacji. A skoro w okolicy odwalały się jakieś Gwiezdne Wojny… Jak już wleziesz między wrony…
     - Yeee, przyjacielu! - w końcu Unlike dostrzegła Pandę i pokopytkowała w jego kierunku - Też zachlałeś i się zgubiłeś?!
     - Nie, ja uciekałem przed frakcją Mandaryny - wyjaśnił rzeczowo Panda - i weź się ze mną nie spoufalaj ty pomyłko scenarzysty!
     - Ale to ja! Unlike! - zawołała Unlike i zmieniła się w siebie
     - Pierwszy raz w życiu szczerze się cieszę, że cię widzę!
     - Ojaaa zielona Mystique - jęknęła frakcja Marvelowa
     - Goła baba! - zawołał za to Leo
     - Goły demon! - poprawił Lambert - Ale bufory ma niezłe!

     

    6.

    Chwilowe zawieszenie broni związane z pojawieniem się Jar Jar Binksa, który tak naprawdę był Unlike, która była zieloną Mystique, która ziomowała się z Pandą, która to z kolei Panda uwielbiała muzykę Disco Polo - zostało odwieszone. Co prawda ustalano jeszcze warunki, na których miał się odbyć mecz, w którym zwycięzca bierze wszystko, a przegrani użyźniają glebę,  ale tym razem wszystko miało być na zasadach fair play. 
     -Przepraszam, co tu się dzieje? - Ilian zawsze chciał wszystko wiedzieć. Właściwie on powinien wszystko wiedzieć. Zwłaszcza, gdy chodziło o sprawy elfów, które naparzały się z miśkopodobnymi. W końcu sam też był elfem. Lubił o sobie myśleć jako o najbardziej elfim z elfich elfów. Jako o nadelfie wręcz. 
    -Film kręcą! - odkrzyknęła Unlike, która zawsze chciała to powiedzieć, bo doceniała stare polskie filmy
     - To dlaczego ja nie gram? - nie mogła się powstrzymać Cleo.
    Unlike już nawet otworzyła usta i potężne “S” opuściło jej usta. Więcej nie zdążyło, bo Kapitan Ameryka skutecznie zatkał jej usta, słusznie podejrzewając, cóż zielona Mystique chce powiedzieć
     - Kultury! - zażądał, a że był większy i silniejszy to łatwiej mu było zaprowadzać ład, porządek i kulturę, więc Unlike musiała zrezygnować z odwzorowania Kilera i przyznać mu niechętnie rację. Zresztą zaraz i tak wywietrzało jej to z głowy, bo w końcu nowy elf (w odróżnieniu od starych elfów, które nadal ostro dyskutowały nad zasadami walki) wyglądał nawet jak człowiek. Znaczy, no może to niefortunne określenie w stosunku do elfów, ale wyglądał jak… No nie wyglądał jak dziad borowy. Chociaż ciągle dźwigał na rękach nieprzytomną laskę, co mogło być trochę dziwne, ale już i tak było dziwnie. 
    - No co się gapicie? Muszę ją wszędzie nosić, bo mi zaklęcie nie wyszło, a jak ją odłożę to jeszcze ktoś ukradnie. Nie wyglądacie na godnych zaufania. A ona ma na imię Litariel. 
     Rita lubiła o sobie myśleć jako o wolnym duchu w pięknych i krępujących ruchy sukniach. Teraz jednak wolała o sobie myśleć jak o skacowanym duchu. Chociaż wcale nie piła. Ale za to widziała Lamberta i Leo, którzy gapią się na nagiego zielonego demona. Czyli chyba jednak piła. Ale tego nie pamiętała. 
    -Przepraszam bardzo? - zagaiła uprzejmie jak na szlachciankę przystało - czy może nas ktoś odesłać do domu? Bo wiecie, pomogłam uciec siostrze z takim jednym elfem, którego ledwo co poznała, bo ona się w nim zakochała, a ja jestem szlachcianką wychowaną na romansach, chociaż próbuję być buntownicza, no ale pomogłam jej uciec z tym kolesiem, bo przecież trzeba się buntować przeciwko konwenansom i rodzicom i pomagać zakazanej miłości  a on się okazał psychopatą, choć był przystojny i mówił czułe słówka, dacie wiarę?
     - NO TO CHYBA FROZEN NIE OGLĄDAŁAŚ! - zawołali wszyscy poza frakcją wiedźmińską. Nawet elf z kobietą na rękach zawołał, z opóźnieniem, ale jednak nie chciał wyjść na ignoranta.. Bo wszyscy inni kojarzyli motyw, bo przecież Disney, Marvel i Gwiezdne Wojny to to samo.
    - Ja bym tak nie zrobiła! - orzekła stanowczo Camille Rois et Reines de Rogné - ja sama bym uciekła z przystojnym psychopatą! - rozmarzyła się - taka zakazana miłość… Po coś w końcu odwalam te perfekcyjne makijaże i siedzę osiem godzin nad fryzurą, żeby mieć loki, że niby wiecie, wcale nie musiałam ich układać, bo są naturalne. Po co mi to wszystko bez chłopa? Jak się mogę w pełni wywyższać bez prywatnego niewolnika? 
    - Do kogoś jeszcze nie dotarła emancypacja - uznała Cleo - W sumie słusznie. Emancypacja jest dla plebsu!
     - To jadalne? - zainteresował się Marco, który lubił poznawać nowe słowa, a jeszcze bardziej lubił poznawać nowe dania.
    - Czy tylko mnie dziwi, że pojawia się tutaj coraz więcej dziwnych postaci? - spytała Blue
    - Mnie nie pytaj, na mnie siedział Panda - mruknęła Lulu - ale ta nowa to przynajmniej ładna jest.

     

    7.

    Naprędce sklecony sztab zarządzania kryzysowego do spraw niewyjaśnionych podróży międzywymiarowych został zebrany w pobliskiej randomarowej karczmie. Poza naszymi bohaterami nie było tam nikogo innego. I to nawet nie dlatego, że nasi dzielni bohaterowie wszystkich wyrżnęli, bo mieli po swojej stronie droida-socjopatę, wiedźmina czy ćpuna, który za działkę zrobi wszystko, a dlatego, że wszyscy grzecznie sobie poszli. Może to była zasługa droida-psychola, wiedźmina albo ćpuna, który za działkę zrobi wszystko, a może po prostu Kapitan Ameryka miał gadane bez względu na okoliczności. Nikt nigdy nie dowie się jaka była prawda i dlaczego karczma była pusta. Ważne, że była pusta. Znaczy nie była pusta, bo siedzieli w niej nasi bohaterowie, no ale wiadomo. No więc nasi bohaterowie siedzieli w pustej karczmie, która była wypełniona wyłącznie nimi i kombinowali jak się dostać do domu. 
    -Może po prostu zróbmy to, co robiliśmy, żeby nas porwało, ale na odwrót? - zaproponował Leo, który był bardzo praktycznym człowiekiem, mimo swojego imienia - Od czego to się zaczęło?
    -Odpada - zauważył trzeźwo (jeszcze trzeźwo, choć szedł z Lambertem w konkury jeżeli chodzi o ilość wypitego alkoholu z karczmy) Yee - Musielibyśmy najpierw wynaleźć na tym zadupiu Zenka Martyniuka. Pan Witek z Atlantydy pewnie gdzieś się tu kręci, ale bez Zenka ani rusz. A ja bardzo nie chce wynajdować Zenka Martyniuka. Chyba, że któraś z pań się poświęci?
     - Nie wiem o czym ty do mnie rozmawiasz - odpowiedziała po królewsku Cleo - ale brzmi na tyle obleśnie, bym zmuszona była odmówić
    -Zawsze było warto spróbować - zauważył Lambert. Kto jak kto, ale wiedźmin wiedział, co mówi.
    - Nie karajcie Randomaru Zenkiem Martyniukiem! - zawołała w panice Gocha - on i tak ma przewalone już! Znaczy Randomar ma przewalone, a nie Zenek.Znaczy Zenek może też, ale nie znam chłopa. No ale znam jego muzykę. Weźcie się zlitujcie!
     - Ej, właśnie! - zawołała odkrywczo Blue, która lubiła być odkrywcza prawie tak bardzo jak lubiła być konkretna - ciebie znikąd nie przeniosło!
     -Oh, sweet summer child - westchnęła Gocha - Słuchajcie lubię was, znaczy połowy z was nie znam, ale wiem, że Marek i Krycha by oszaleli jakby ogarnęli, że siedzę z tyloma fandomami, ale weźcie sobie już totalnie stąd idźcie, co? Nie wiem odwalcie jakieś hokus, pokus czary mary, znikajcie i nie róbcie siary, czy jak tam idą te wszystkie zaklęcia abrakadabra hokus pokus zaraz mi wyrośnie krokus i tyle.
    Gocha ledwo skończyła udawać, że rzuca zaklęcia, gdy dziwna magia Randomaru zadziałała i wystrzelił w nią snop srebrnego światła.
     - Łaaaa! Porywają mnie kosmity!!! - wrzasnęła
     -Kosmity...tfu! Kosmici już siedzą obok - zauważyła Unlike. Ale heheszki się skończyły, gdy brązowy słup światła walnął w Lamberta, a złoty w Ritę i uniósł ich do góry. Chociaż nie. Chociaż wtedy to heheszki dopiero się zaczęły, bo Rita, jak na porządną szlachciankę przystało, pod swoimi sukniami nie nosiła absolutnie żadnej bielizny, więc świeciła teraz gołym i pozłacanym zadkiem. Kapitan Ameryka natychmiast osłonił się tarczą przed takim niegodnym jego oczu widokiem. 
    -Jam jest Krokusowa Wróżka! Każdy z was może sobie zażyczyć czego tylko chce! - oznajmiła postać, która zamiast włosów miała płatki kwiatów, a zamiast ciuchów liście. I niby wyglądała na kobietę, ale ryczała basem jak ranny łoś.
     -Ja nie mogę! - zachwycił się Marco - ale mocny towar mają w tym kraju!
    - Tak? To ja chcę wygrać pojedynek na picie z Pandą! - wypalił Lambert, który miał już trochę w czubie
     -Boże, człowieku, jesteś tak durny, że ten kufel powinien ci przyrosnąć do nosa! - wytknęła Gocha, która nie mogła zrozumieć takiego marnotrawstwa życzeń. 
     - JAK CHCECIE, TAK SIĘ STANIE!!! - zawołała Krokusowa Wróżka.Yee padł jak długi pod stołem i zachrapał pijacko, a Lambert skończył z kuflem przyrośniętym do nosa.
    Wszyscy zaliczyli taktycznego facepalma a potem wpatrzyli się w Ritę.
     -Że niby ja powinnam sobie teraz życzyć, żeby tamto durne życzenie zostało anulowane? - spytała domyślnie? - O bogowie! Słuchaj Krokusowa Wróżko jest taka sprawa…. CHCĘ WRACAĆ DO DOMU MAGICZNYM LATAJĄCYM STATKIEM O NAZWIE DUMA WIEDŹMINA!

     

    ***

    Rita szybko zorientowała się, że potrzebuje załogi. Najpierw zwerbowała ekipę Marvela i Camillę, bo lubiła się otaczać urodziwymi istotami. Ekipa ze Star Wars uznała, że statek to zawsze statek, zwłaszcza, że lata, Leo nie dał się wyrzucić za burtę, Yee i Unlike przemycili się w ładowni i wyskoczyli nad swoim światem. Gocha została u siebie, bo wiedziała, że Marek i Krycha będą się wkurzać. W końcu wysłali ją tylko po popcorn. 

    A co do wiedźmina Lamberta z kuflem przyrośniętym do nosa... To już zupełnie inna historia.

     

  5. Iskry

    • 2
      wpisy
    • 10
      komentarzy
    • 262
      wyświetleń

    Ostatnie wpisy

    Naprawdę powinnam pójść spać. Ale zamiast tego kończyłam rekrutę i strzeliłam tam suchara o tym, że nie wiem czy rekruta bez hymnu MG o trudnym wyborze się liczy.

    A potem... No.

     

    Wybór był trudny,
    Karty wspaniałe,
    Wziąłbym was wszystkich,
    Ale wybrałem!

     

    Łez dziś nie rońcie
    Wy, niedostani,
    Zawsze jest szansa
    Gdzieśtam w oddali

     

    Będziecie w sesji,
    W innej przygodzie
    Gdy gracz odejdzie
    Mam was w odwodzie

     

    Macie pierwszeństwo!
    Słowo wam daję,
    Waszym konceptom
    Nic nie dostanie

     

    Wybór był trudny,
    Karty wspaniałe
    Wziąłbym was wszystkich,
    Ale wybrałem!

  6. Czas na kolejny urywek mojej historii. Nieduży, ale dość dla mnie istotny, no i niestety też dość przykry. Wybaczcie że tak długo czekacie na kolejne moje wpisiątka. :)

     

    *** *** *** *** ***

     

    Spędzałam dzień w rezydencji. Przybrana byłam w prostą, śnieżnobiałą sukienkę i siedziałam sobie przy fortepianie, rozgryzając nową piosenkę. Była to jedna z tych melodii która miała poruszyć słuchaczy aż do głębi duszy. Klawisze, akordy, wreszcie pierwsze kilka sekund. Rety, pierwszy raz to powiem. JAKIE… TO… NUDNE! Czułam się okropnie.

    Przynajmniej dopóki nie dostałam wiadomości. Mój ukochany chłopiec chciał się ze mną widzieć. Momentalnie humorek mi się poprawił a uśmieszek sam mi wpełzł na twarz. Wstałam energicznie od instrumentu i kręcąc obertaski zaczęłam myśleć jak się wyszykować. Chciałam za wszelką cenę wyglądać atrakcyjnie. Tak jak przystało na dorosłą dziewczynę która chce sprawić przyjemność chłopakowi. Spojrzałam przelotnie jeszcze raz na swój instrument i nagle spoważniałam. Obiecałam rodzicom że dzisiaj przy kolacji zagram to, czego się nauczyłam. A jeszcze praktycznie wcale nie umiałam tego kawałka. Jeżeli teraz wyjdę to bankowo nie zdążę tego załapać. Spojrzałam wzrokiem pełnym nienawiści na niewinną kartkę z nutami, jakby oskarżając ją za wszelkie jej kłopoty. Złapałam ją i podeszłam pod jedną ze ścianek, w którą był wbudowany ozdobny kominek i w którym tańczył nieduży płomień. Przez chwilę wpatrywałam się w niego. Tysiąc myśli przeszło mi przez głowę w mgnieniu oka. Kierowała mną czysta złość. W końcu ostatnie spojrzenie i karta bezceremonialnie została wrzucona w ognień. Płomień muskał papier zajmując coraz większą jego część. Popiół zlewał się z nutami tak, że nie dało się nic rozczytać. Ostatnie płomyki tańczyły jeszcze na ostatnich resztkach pięciolinii, podczas gdy ja poszłam się ubrać i myślałam jak się wyłgać z obiecanego koncertu. Za moment cień pewnej okropnej córki czmychnął przez korytarz i drzwi trzasnęły oznajmiając wyjście jedynej z obecnych domowniczek.

    Historia ta nad wyraz krótka i bez jakiegoś sensu na pierwszy rzut oka, posiada jednak pewne przesłanie symboliczne. Mianowicie chodzi o to, iż w tym momencie, w chwili wrzucenia piosenki do ognia postanowiłam, że znajomi i używki są dla niej wartościami wyższymi niż jej dwie niedoceniane miłości, sztuka i rodzina. Gdyby to biedne dziecko wiedziało co czyni i jak to się skończy, być może wtedy postąpiłabym inaczej.