Zell

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    441
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O Zell

  • Ranga
    Gracz wielce dzielny
  • Urodziny 16.10.1989

Previous Fields

  • Systemy RPG 1) oWOD 2) Wh40k [storytellingowo] 3) Forgotten Realms [DnD 2.0 lub 3.5]
  • GaduGadu 1914373

Profile Information

  • Gender Female
  • Location Warszawa

Ostatnie wizyty

14181 wyświetleń profilu
  1. Zita Taube Spojrzenie Caroliny niosło za sobą jasny przekaz, którego Zita nie miała zamiaru ignorować. Nie dość, że była persona non grata w tym miejscu i w tym czasie, to na dodatek mogła swoją osobą prowokować działania contra bonos mores. W końcu czego lepszego można się spodziewać po urodzonym w grzechu stworzeniu, które na pewno pozbawione jest jakiejkolwiek cnoty cechującej ludzi wyższego stanu? Nie była kimś, z kim winien sam na sam przebywać dziedzic rodu! Ale dla Zity niepokojące zainteresowanie Caroliny nie stanowiło głównego problemu jaki teraz zajmował jej głowę. Jakby ona sama nie została uderzona wieścią o zarazie, to cała służba nie mogła zachować swoich odczuć dla siebie, potęgując tylko swym strachem emocje innych. Zita czuła, iż wszystko zaczyna ją przerastać, gdy próbowała poradzić sobie nie tylko ze świadomością okrutnej zarazy przechodzącej przez drzwi nieproszoną, tak jak i robiła Dziesiąta Plaga Egipska. Dobro i życie Agnes, jej własnej przyrodniej siostrzyczki, którą się tak długo opiekowała również zajmowało jej myśli. Dziewczynka musiała być przecież przerażona, co przyjdzie uśmierzać Zicie, której strachu nikt inny nie uśmierzy. Dlaczego? Przecież Heinrich... jego miłość, bezpieczeństwo jakie oferował... Czemu miała z tego zrezygnować? Czemu musiała zapomnieć o otrzymanej nadziei, o uczuciu oferowanym przez rycerza? I czy jest w stanie po prostu to odrzucić? Czy chce... Niech i jej strach zostanie rozwiany przez ciepło uczuć Heinricha... Zamysly i plany Valerii zupełnie uleciały Zicie z pamięci i pozostały porzucone w odmętach pamięci, dopóki jej pani nie wezwała służki do siebie. Podekscytowanie i radość młodszej córki Aldrica tak nie pasowało do aktualnej sytuacji, że zdawało się pochodzić z innej baśni. Obserwując Valerię, słysząc jej słowa pełne pasji i pewności sukcesu oraz radości, Zita poczuła ból nimi spowodowany. Tak, była w tym bezsilna zazdrość, ale w głównej mierze było to zgorzknienie. Valeria chciała więcej od niej i miała to otrzymać, gdy podobna do niej Zita miała tracić wszystko, co przed chwilą się ziściło. Bez większego zainteresowania, a wręcz z widocznym gorzkim smutkiem, poczęła zdejmować swoje ubranie, jako i zostało jej przykazane. - Twoja matka, pani... - odezwała się tym nieobecnym tonem - ...dziś się mną zainteresowała, jak i Herta może zwrócić uwagę na ciebie, myląc ze mną. - wyjaśniła krótko, okazując tyle wiernej postawy, na ile mogła się teraz zebrać. Nim przeszła do sedna, zdjąwszy już swoje ubranie, ale trzymając jeszcze je przerzucone przez ręce. - I jeszcze... brat twój... - odważyła się poruszyć ten temat. Nie chciała w końcu tracić tego, który ją pokochał... - Heinrich... Błagam, pani moja. Niech Heinrich nie zmyli cię ze mną, niech nie posądzi mnie o intymność z innym... Niech nie uzna, iż go odrzucam... Błagam... - wydusiła z siebie błagalnie niepewnym głosem, gdy przekazywała Valerii ubrania. I choć nie była pewna czy powinna tak odsłaniać żywioną miłość, to bała się utraty tego uczucia Heinricha bardziej niż szalejącej zarazy.
  2. ANNO DOMINI MCCIX, Veliky Novgorod Luba musiała przyznać ze wstydem, iż po jej wyjściu ojciec nie próżnował. Na podłodze leżało jeszcze więcej papierzysk wyrzuconych z biurka, które teraz leżały w nieładzie przynależnym rycerzom zabitym w bitwie i stratowanym przez konie wciąż żywych kamratów oraz wrogów. Na domiar złego z samego blatu został zrzucon także i kałamarz, plamiąc pergaminowych umarłych krwią z czarnego tuszu niczym chorą krwią. Ciężko było dostać się bliżej do Olega siedzącego za tą prowizoryczną fosą z ciał poległych w nierównej walce ze złością swego pana. - Pan Novogorodu musi wszak znać stanowisko domu Olegovego. - posłaniec samego kniazia nie wyglądał, jakby pergaminowe ciała ociekające czarną posoką były mu problemem. Tym samym spokojnym tonem, najpewniej już dawien wyuczonym, przedstawiał sprawę ojcu Lubej, nie zabarwiając swych słów własnymi odczuciami. Cokolwiek ten człowiek by nie sądził o postępku Natalyi czy zachowaniu Kallistosa - zachowywał to w całości dla siebie... o ile był w ogóle haniebnym występkiem wystarczająco zainteresowany. Oleg natomiast wyglądał przez cały czas, jakoby został zdjęty jakim urokiem zmieniającym jego ciało w zimną skorupę. - A jako, że Szlachetny Kallistos jest gościem w Novogorodzie, któremu gospodarzem sam kniaź Sviatoslav Vsevolodovich, to sprawa poważna. Czy posiadasz pragnienie panie, złożyć oskarżenie przeciwko temu, który uczynił twą córkę brzemienną podle jej słów, czy odstępujesz od niego? - chociaż Oleg prawdopodobnie szykował się dać odpowiedź już teraz, posłaniec nie dał mu dość do słowa od razu - Ostrzegę tylko, że Czcigodny Kallistos może za zniewagę i bez oskarżenia zechcieć rekompensaty. To człowiek wielkiej cnoty, który i swój honor wielce ceni. Zaległa chwilowa cisza, gdy Oleg rozważał podstawione przed nim dwa rozwiązania, które jednakże rozwiązaniami nie były, a jedynie odwleczeniem wyroku. - Konieczna jest między nami rozmowa nim podjęte zostaną działania. - odezwał się ojciec Lubej - Nie chcę dokonać krzywdy ani jego, ani mojemu domu, jak i nie pragnę, by moja córka powiła bękarta, które to brzemię przylegnie do niej na życie. - zimny ton Olega mógł wydawać się pozbawiony ojcowskiej troski wobec dziecka, ale Luba zdołała go poznać lepiej niż jej rodzeństwo - choć nieubłagany i nieprzyjemny w obyciu wobec synów i córek, nie chciał widzieć głupiutkiej Natalyi w żałości i wstydzie - Poślę prośbę o takowe spotkanie... - Ojcze. - obecny w gabinecie Georgyi, który przybył jeszcze do komnaty przed Lubą, usłyszawszy o pojawieniu się kniaziowego wysłannika, ukląkł przed ojcem znajdując suchy kawałek podłogi - Pozwól mi robić za posłańca twej woli jako najstarszy syn. W pierwszym momencie Oleg może i chciał zaprotestować, ale rozmyślił się najwyraźniej, zapewne dość zaskoczony dorosłą ofertą syna. - Masz moją zgodę. - zezwolił całkiem łagodnie, obserwując jak Georgyi składa pocałunek na jego dłoni. Gdy zaś syn odsunął się od niego, Oleg pochwycił jeden z ostatnich czystych pergaminów i rozłożywszy go na biurku, przy jakim został posadzony, przyjął przystawiony do niego zapasowy pojemniczek z tuszem i białym piórem. - Niech i Nataliya uda się ze mną, jako powód tego zajścia... którego wynik może się zmienić dzięki temu. - zaproponował najstarszy z braci, całkowicie ignorując prychnięcie siostry, której to ojciec posłał spojrzenie zdolne zabić dzikie bestie. - Nie godzi się byś wysłał panie tylko tą niewiastę, która szkodę uczyniła. Białogłowe pozbawione wsparcia innych z kobiecego rodzaju potrafią sprawić wszak nieoczekiwane kłopoty swoim płochym charakterem. - odezwał się wysłannik tą swoją spokojną manierą - Niech więc towarzyszy jej niewiasta odmiennego temperamentu. Oleg uchwycił pióro, ale nie wyjął go jeszcze z tuszu. Przeniósł wzrok na zgromadzonych, zaś kiedy jego spojrzenie uchwyciło Lubą, ta już wiedziała. - Będziesz towarzyszyć siostrze moja córko, a brat będzie na was baczył. - słowa ojca przypieczętowały jego decyzję - Delikatniejsza jesteś duszą, to i tego dzikiego ducha poskromisz, gdy go w swoją opiekę otrzymasz.
  3. ANNO DOMINI MCCXV, Pskov Dlaczego on liczył te cholerne schody, gdy zmierzali w ciemność? Czemu podążał za Siergiejem w milczeniu przepełnionym narastającą obawą? Ludzie by nie uwierzyli, gdyby im powiedziano, że to właśnie jego pożerał strach jakiś. Jakżeby to? Kuzniecjewa? A jednak... Nie miał pewności jak długo szli po tych korytarzach cuchnących śmiercią. Migoczące światło świecy, której płomień skryty był dłonią niosącego ją Siergieja, przypominało Michaiłowi, iż z każdą kroplą trawionego wosku przybliża się moment zagaśnięcia ognia... a nie była to alternatywa, jakiej Władimirowicz pragnąłby doświadczyć. Czy kulawy przewodnik na pewno znał drogę? Kowalowi mogło się zdawać, iż mężczyzna w pewnym momencie zaczął kluczyć na rozwidleniach, których było zbyt wiele... zaś sam Michaił nie zobaczył niczego, co pomogłoby w zrozumieniu przeznaczenia tego miejsca. Nie było tu żadnych drzwi, nie było tu krat. Nie mogło tu więc być i więźniarki, jednakże Siergiej poprowadził go właśnie tutaj, idąc początkowo z pewnością, która jednak przerodziła się w płochliwość. Chciał zapytać kulawca o drogę. Dowiedzieć się czegoś. Nie był w stanie wydobyć z siebie głosu, zmącić tej ciszy. - Zaraz zagaśnie... - szept Siergieja rozdarł przestrzeń jakby był krzykiem. Michaił zobaczył, że jego przewodnik trwożnie przygląda się gwałtownemu migotaniu umierającego płomienia tańczącego jeszcze na krótkim knocie świecy - Już blisko... - dodał, ale te słowa nie były stanowczym stwierdzeniem, tylko brzmiały niczym błagalna prośba. Michaił nie wiedział kto słuchał tej prośby przerażonego człowieka, ale kiedy ujrzeli blade światło pochodni podtrzymywanej przez metal wgryziony w ścianę, zastanawiał się czy ta istota pragnie czci oraz czy nie powinni jej złożyć choć niewielkiej podzięki. Nagłe zatrzymanie się Siergieja w pół kroku sprawiło, że Michaił prawie się z nim przewrócił, gdy zderzył się z plecami tego chudego kulawca. Obaj zachowali równowagę choć Władimirowicz musiał wesprzeć się o ścianę dla lepszej stabilności. Jednocześnie poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła bynajmniej nie pobudzony nieoczekiwanym uderzeniem, a z nieznanego mu powodu takiej reakcji przewodnika. - P-panie... - pierwsze słowa wyduszone przez Siergieja otrząsnęły Michaiła z chwilowego zamroczenia. Kulawiec upuścił krótką już świeczkę na kamienną podłogę, tym samym kończąc żywot jej płomienia. Jeżeli Kuzniecjew myślał, że widział już wszelkie objawy ludzkiego strachu i przerażenia... - Ja... Nie wie... To... Czy... Czy... - wybełkotał nieskładnie zbliżając się do słabo oświetlonego kawałka ściany, nieopodal którego padł na kolana z głuchym uderzeniem kolanami o kamienie i kładąc czoło na lodowatej podłodze lochów wyskomlał - Przyprowadziłem go... Jak Wojewoda rozkazał... ...to mógł zobaczyć jeszcze jedno, a drugie w momencie, gdy do klęczącego i drżącego Siergieja, podszedł ślepy na prawe oko młodzieniec, o twarzy przyodzianej bliznami wyrytymi z okrutną precyzją. Wzrok nieznajomego skupiony był na samym Michaile, nie zaś na chuderlawcu kulącym się u jego nóg. Wyminął on tego, nazywanego Suką, aby móc przyjrzeć się lepiej oddalonemu kowalowi. Zaczesał dłonią opadające mu na czoło postrzępione włosy o kruczym odcieniu kontrastującym ze śniegiem cery, po czym wciąż wpatrując się w Michaiła tym spojrzeniem równie lodowatym co śniegi najwyższych gór, powiedział tylko jedno, chociaż nie było wiadomo czy skierował to do kogokolwiek; zaś w tym prostym słowie skrywała się niepokojąca nuta. - Interesujące...
  4. ANNO DOMINI MCCVIII, Branborough Zgromadzony tłum wznosił okrzyki radości z dokonanej sprawiedliwości, obrzydzenia wobec wiedźmy. Gdzieniegdzie także rozbrzmiewały modlitwy, ale główną emocją tłuszczy jaką każdy by wyczuł... ...była fala podekscytowania samym aktem morderstwa na bezbożnej. Jednak sam Godwin stał nieruchomo, jakby pobudzony tym wydarzeniem, pełen nabożnej cnoty... ale on sam wiedział lepiej jakie uczucia nim targają. Czy ci ludzie zasługiwali na łaskę bożą, czy może na potępienie? Czy dokonali sprawiedliwości, jakiej on najwyraźniej nie zauważył, czy dopuścili się zwykłego morderstwa? A jeżeli było to morderstwo, to czy był współwinnym? Dziewczynka trzymana w ramionach wykorzystała moment, w którym uścisk Godwina się poluźnił, mogąc uwolnić się od niego. W pierwym momencie chciała pobiec w kierunku siostry, ale widząc obraz sprawiedliwości ludu... nie miała siły zrobić więcej niż tylko wyciągnąć dłoń w stronę jej wiszącego ciała, jakby chciała ją dotknąć, przytulić. Jakby nie wierzyła, że to stało się naprawdę. Nie chciała wierzyć. Ale spojrzenie jakie utkwiła w tym obrazie wyrażało zrozumienie całej sytuacji, jakiej koszt teraz ona miała odczuć. - Zabiłeś ją... - wyszeptała łamiącym się głosem i choć nie patrzyła na Godwina... ten wiedział, iż słowa są kierowane do niego - Zabiłeś moją siostrę... - zwróciła spojrzenie pełne łez na mężczyznę - Ty to zrobiłeś... Ty... - odsunęła się od niego niczym od dzikiego zwierzęcia - ...chciała żyć... - zaczęła cofać się, wciąż obdarzając Godwina tym wzrokiem rozmytym przez słone łzy - Mówili, że jesteś szlachetny, dobry, łaskawy... A ty... Jesteś zwykłym potworem. - te ciche słowa przebiły Godwina, jakby zostały wykrzyczane; bo krzykiem tak naprawdę były, wyrażającym ból dziewczyny, która straciła siostrę i pewnie jedyną osobę, jaka się nią opiekowała. Dziewczynka wskoczyła pomiędzy zgromadzonych, którzy z pogardą odsuwali się od uciekającej, potępiając ją słowem. Nie zatrzymywali jej jednak, ani ona nie przystanęła, biegnąc w kierunku bocznej alejki wychodzącej na ten plac i w niej też zniknęła po chwili. *** Godwin nie był w stanie udać się za nią od razu. Ludzie mu przeszkadzali, jak i sam Nicol nie chciał go ot tak wolno puścić. Czemu miałby? Obowiązek dopełniony, mogą wracać do swojego życia w dostatku. Nie było potrzeby tu być. Złość syna Michaela jednak zagwarantowała mu, iż został pozostawiony sam sobie, gdy tylko tłum się przerzedził. Nicol na pewno nie zrozumiał burzliwego zachowania Godwina, ale uznawszy je najpewniej za reakcję pobożnej duszy, nie zatrzymywał dalej mężczyzny, który ruszył odszukać tą, której siostra została powieszona za niewinność. Jednak szybko uznał, iż poszukiwanie będzie zapewne bezowocne. Nie znał biednych rejonów Branborough, a właśnie w nich zniknęła dziewczynka. Na dodatek spojrzenia, jakimi był obdarzany przez ubogą społeczność, nie napawały optymizmem. Wyglądał wszak dla nich tak szlachecko, ubrany w pozbawione skaz ubranie, za jakich wartość żyliby miesiąc. Był dobrze odżywiony i zadbany z aparycji... nie wzbudzał miłości. - Czemu jej szukasz, skoro właśnie zamordowałeś jej siostrę? - rozbrzmiały słowa żebraka siedzącego pod ścianą, który wpatrywał się uważnie w Godwina tym pozbawonym złości spojrzeniem. - Mało dziś krwi przelałeś, że tak jej pożądasz?
  5. Zita Taube Cała sytuacja była tak nierealna, tak przypominająca sen... To się po prostu nie mogło dziać, ona nie była nikim, kogo mogłoby to dotyczyć! Ale to uczucie, gdy Heinrich ją przytulił... Ciepło i zaufanie... Kiedy ona ostatnio odczuwała taką radość, kiedy czuła się tak bezpieczna? Miała wrażenie, iż teraz nic już nigdy jej nie zagrozi, nikt jej nie skrzywdzi, nikt nie zrani. Nie odrzuci, tak jak ojciec jej nie chciał. Nie musiała być nikim ważnym, mogła wciąż być ledwo pospolitą służką. Nieważne w końcu kim miała pozostać. Ważne, że od teraz będzie już zawsze tą, którą ktoś się zajmie; która pozna prawdziwą wieczną miłość... On cię wyrzuci jak mu się znudzisz lub staniesz się niewygodna. Będziesz mu zabawką, omamiona słodkimi słówkami i obietnicami. Nikim więcej dla niego niż kurwą. Wciąż pamiętała słowa matki, której zgorzknienie dawało świadectwo jej uczuć, jakie żywiła do swojego dawnego pracodawcy. Nigdy o nich nie mówiła wprost, ale Zita nie dała się oszukać. Mimo lat, wciąż żywa była ta niezasklepiona rana, a niestety owoc tej jednostronnej miłości, dzień w dzień przypominał Lucii moment, w którym odesłano ją precz. Zita zawsze była pod wrażeniem, iż matka nie rozładowuje na niej swego bólu, czasem tylko wylewając z siebie bolesne słowa. Ale teraz... Heinrich... On przecież taki nie jest, nigdy nie będzie! Nie zostawi jej. Nie zostawi. To tylko będzie kłamstwo, jakie z radością przyjmiesz, jak i jego bękarta w swój brzuch! Nigdy nie będzie sama, zdana tylko na siebie, żyjąca jedynie dbaniem o dobro siostrzyczki i wygodę państwa. Teraz... Teraz będzie ktoś, komu zależy. Kto kocha. A za niemożliwą miłością oczy wypłaczesz. W końcu otrzyma szczęście... Dźwięk dzwonów przerwał słowa Heinricha,których słodycz smakowała wtulona w niego Zita. W pierwszym momencie nie zrozumiała. W drugim... ...zamarła. Zaraza...? Nie była zadziwiona reakcją Heinricha, który wszak stanąć do walki z karą boską nie mógł. Czym miasto zawiniło? Dlaczego to na nich spadło? ...czemu akurat teraz...? Nie obchodziło jej co pomyślą sobie inni, gdy zobaczą ich naganne zachowanie... ale czy naprawdę nie powinno? W końcu nie chciała zaszkodzić Heinrichowi. Zwróciła uwagę mężczyzny na zgromadzonych i z bólem serca wyślizgnęła się z jego objęcia, żeby móc oddalić się od Heinricha wystarczająco, aby nie połączyli ich oboje ze sobą, ale... ...dlaczego akurat teraz... Czym tak zgrzeszyłam?
  6. Zita Taube O, Boże... Nie, nie, nie, nie... ...ale czemu nie...? Myśl Zita, myśl! Wiesz czym to się skończy. Może na początku będzie miło, może naprawdę teraz żywi jakieś uczucie... Teraz. W końcu zostaniesz z jego dzieckiem w brzuchu i wylądujesz wraz z siostrą na ulicy. Przecie taki skandal nie uchodzi! Ale jeżeli go dziś po prostu odtrącisz... będzie to samo. Wścieknie się, szybko was wyrzucą, a ty wylądujesz wraz z innymi nierządnicami w tych lochach... gdzie przebywało to... coś. Pamiętaj o siostrze. Pamiętaj o niej... Dziewczyna nie wiedziała tak naprawdę co zrobić, aby nie pogorszyć sytuacji. Och, czemu nie mogła otrzymać prawdziwego wyboru? Czemu nie mogła poddać się chwili, Heinrichowi, nie musieć martwić się o konsekwencje? Bez dłuższego oczekiwania sama zrobiła ruch, unikając tym samym nadchodzącego pocałunku. Miast tego silnie przytuliła Heinricha, trwożnie wtulając policzek w jego szyję. Czuła jak oszalałe serce bije w jej piersi, a rozsądek jednocześnie odkrywa smutną prawdę. To nie jej uczucia są teraz istotne.
  7. The life of the dead is placed in the memory of the living. ~Cicero Inverness, Szkocja .29 listopada 2017, 01:36 On tam był. Nie, nie on - to. To tam było. Czekało. Wiedziało, że powróci, jak i ono powróciło. Czy da się zabić martwego? Czy da się zniszczyć to, co nie ma formy? Wszystko ma swój koniec. Musi spróbować i z tym wygrać. Choćby i tylko dla nich. Dla tych, którzy polegli. Dla tych, o których wciąż myśli. Dla potrzeby zagaszenia, rozpalonej iskry lodu. Zdawał się nie czuć zimna przeszywającego kości nieświadomych przechodniów. Nie był wszak jak oni - ogrzany luksusem ślepej egzystencji. Nie obchodziła go niewygoda, mróz czy zasypujący oczy śnieg. Nic z tych rzeczy nie mogło zamrozić pewności jego kroków, ugasić płomienia ducha, wpędzić w pułapkę wątpliwości. Condotierre dawno poznał swoją drogę; znał każdy kamień, każdy wystający konar, oplatające nogi sidła, parzący płomień nieba oraz wszelkie dzikie zwierzęta. Nic z tego nie było mu straszne i zachwiać nie mogło wiary, gdy podążał za Światłem wskazującym kierunek... ...jaki zatraciłby, gdyby odwrócił oczy od miłosiernego ciepła Jego blasku. Condotierre nie odwracał wzroku, zawsze poszukiwał Światła. Próbował je dostrzec nawet w największej ciemności, nie ustając w rozpędzaniu jej potępienia wiarą, słowem oraz czynem; łaską lub ostrzem. Nieświadome życie zostało wywrócone, gdy jako młody Gwardzista Szwajcarski spojrzał w oczy samemu Piekłu, ale rodzaj Otchłani jakiej paszcza rozwarła się w Katedrze Świętego Andrzeja... był czymś, czego David Reitnauer nigdy wcześniej nie zaznał. Lodowaty wiatr wpędził do środka Katedry okruchy szalejącego na zewnątrz śniegu, które zaczęły obsypywać posadzkę białym osadem. Gwardzista nie zamknął drzwi, nie ochronił wnętrza przed lodem i mrozem; obawiał się pozostać zamknięty z diabłem, którego leże winno znajdować się w Piekle, nie zaś w Domu Bożym... o ile Katedra wciąż gościła w sobie Boga. Półmrok zalewał nawę główną, przelewając się między ławami dla wiernych ustawionych w idealnych rzędach, okrywając ściany i przywołując gęstą ciemność w każdy niezajęty zakamarek świątyni, oddalony od chorowicie bladej poświaty, jaka wyzierała wraz z lodem zza rozbitych witraży. Nie płonęły świece, nic nie ogrzewało przepastnego pomieszczenia, w którym każdy krok rozbrzmiewał głuchym echem. Condotierre powoli stawiał każdy krok, idąc w kierunku jedynego blasku kuszącego ciepłem; w kierunku klęcznika, na którym wtedy to klęczało. Ale teraz postać nie klęczała. Okryta była tym samym habitem, kaptur zakrywał jej głowę. Patrzyła wprost na obłupany ołtarz z marmuru, na którym stała jedyna świeca, osadzona w misternie zdobionym złotym świeczniku. Gardien mon... Słowa rozeszły się echem po Katedrze, mrożąc Gwardzistę niczym wiatr wpadający do środka. Postawił jeden krok w kierunku postaci, której głos był tak mu znajomy, że aż nierealny... Gdy osoba zdjęła kaptur i odwróciwszy się wyciągnęła dłoń ku niemu, David zobaczył twarz, jakiej nie miał nadziei zobaczyć już więcej i choć była to ona, ta sama niezrozumiała kobieta, choć właśnie tak ją zapamiętał... Guarde Suisse... ...tym razem po jej policzkach spływała krew... Ne me laisse pas seul. ...będąca łzami ronionymi przez umęczone oczy, które widziały zbyt wiele. Old High Church, Inverness .29 listopada 2017, 22:54 Rozbrzmiewające echem w kościelnej przestrzeni niedostępnej dla wiernych miarowe kroki rozchodziły się wojskowym dźwiękiem. Nieruchome oczy świętych spoglądające z witraży oraz rzeźb, zdawały się mierzyć Davida oceniającym spojrzeniem... a może to była źle zinterpretowana łaska? Condotierre nie umiał określić, tak jak nie umiał zapomnieć. Czy można zapomnieć? Mógł spodziewać się przesłuchania w celu złożenia raportu z wydarzeń, jakie przeżył tylko on. W końcu zginął także Inkwizytor... Stowarzyszenie Leopolda nie mogło przejść obojętnie wobec takiej straty, ale jakiś cichy głosik zadawał pytanie - czy mogli w takim razie przejść obojętnie wobec śmierci mniej ważnych członków? Nie, to niemożliwe. Nie mógł tym zawracać sobie głowy. On przeżył, a rozpacz... Ne me laisse pas seul. David zmrużył oczy, chcąc odegnać od siebie słowa nocnej mary. Wytworu wyobraźni powstałego z połączenia dwóch przeszłych zdarzeń. Rozumiał czemu świeższe z nich wciąż pobrzmiewało echem. Minęło wszak ledwie kilka dni... pięć może? Czas zdawał się nie mieć znaczenia w tym wypadku. Czemu widział kobietę, która uciekała przed nieistniejącą zjawą? Czemu te słowa zapadły mu tak w pamięć? Wszak tylko raz wypowiedziała to zdanie, tuż przed ich rozejściem się, niedługo przed jej zniknięciem; ucieczką raczej? Przed czym? Przed niejasnym wyobrażeniem. Czy to miało jakieś znaczenie? Prawie machinalnie otworzył ciężkie drzwi, aby znaleźć się w relatywnie niewielkim pomieszczeniu kościelnym, którego lokalizacji nie był nawet pewien, choć przekazano mu trasę jaką musi się udać, aby przekazać scenariusz wydarzeń jakich był czynnym uczestnikiem w Katedrze Świętego Andrzeja, gdzie też poniósł śmierć jeden z Inkwizytorów. Jedyne co naprawdę wiedział David, to była przynależność osoby, jaka miała rozmowę przeprowadzić, a która to przynależność mogła wielu niepokoić. Kto w końcu poszukiwałby rozmowy z Cenzorem? Pod ścianą, niedaleko wejścia, stał oparty młody mężczyzna (może nawet równie młody co David?), którego spojrzenie utkwione było w gorejących czerwienią trzech zniczach, jakie znajdowały swe miejsce poniżej witraża oświetlonego jarzeniówkami znajdującymi się za wyobrażeniem sceny Sądu Ostatecznego. Wydawało się, iż nie zareagował na wejście Davida, ale ten szybko zorientował się, iż jego uwaga jest najwyraźniej ostra niczym ostrze broni, jaką posiadał Condotierre. Nie poruszywszy się ani o milimetr ni spojrzawszy na Davida, wskazał mu gestem dłoni ustawiony na uboczu konfesjonał, którego wejście dla spowiednika było zakryte brązowym, gęstym materiałem. Mężczyzna wpatrzony w znicze nie opuścił dłoni póki nowoprzybyły nie ruszył w stronę konfesjonału. David rozumiał, że musi przyjąć wymuszone zaproszenie. Mógł podejrzewać co teraz się zdarzy, ale... ...czy naprawdę spodziewał się tego dokładnie? - In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti. Delikatne słowa dobyły się z wnętrza konfesjonału, gdy David ukląkł jak do spowiedzi, a trzeszczący cicho klęcznik dał sygnał jego obecności. Condotierre nie był w stanie określić tożsamości osoby na miejscu spowiednika, prócz jej rangi Censora... o ile w ogóle zechciałby spróbować zerwać tajemnicę spowiedzi - ale czy ta spowiedź miała takie same prawa co boska? - Dominus sit in corde et labiis tuis, Condotierre... Kolejne zdanie dotarło do uszu mężczyzny, w momencie gdy ten zauważył niewielki modlitewnik w zacienionej przestrzeni drewnianego parapetu konfesjonału, oprawiony w ciemną skórę, na której środku znajdował się wygrawerowany krzyż lecz nim zdołał się zastanowić nad tym, posłyszał końcówkę zdania. ...et anima tua veritatem revelet. ...zaś ostatniemu słowu towarzyszył odgłos zamykania ciężkich drzwi pomieszczenia.
  8. Zita Taube Panika przeszyła Zitę, gdy niespodziewanie została pociągnięta za ścianę kurnika. Wciąż przeżywała w milczeniu tamtą noc, podczas której zobaczyła to, co nie mogło zostać stworzone przez Boga. Nie było więc dziwne, iż w pierwszym momencie poczuła ten zastrzyk adrenaliny kierowany pierwotnym instynktem nakazującym rzucić się do ucieczki... Ale wtedy z cienia wyłonił się nikt inny jak Heinrich, uspokajając kobietę... ...w pierwszym momencie. Zita słuchała jego słów z rosnącym niepokojem, jaki przerodził się w strach pomieszany z... właśnie. Z czym? Jej siostrzyczka miała w jednym rację - Zita żywiła pewne uczucia do tego mężczyzny, który okazywał jej zainteresowanie. Nie rozumiała jednak ich dokładnej natury... Na pewno powodowane były nowością sytuacji. Ona była przecież nikim. Czemu miałaby zwrócić na siebie uwagę kogoś takiego? Czemu powinna żywić jakiekolwiek nadzieje? Nie, to nie mogło się zdarzyć. Nic dobrego z takiej relacji nie wyniknie, a sama Zita była wszak owocem jednej... ...to czemu w samotnych chwilach przed zaśnięciem potrafiła marzyć o ziszczeniu się niemożliwego marzenia? Głupia dziewczyna... - Ależ... Panie... - wydusiła z siebie, gdy wrócił jej głos - Ja... Jestem jedynie służką... - urwała, nie mogąc zebrać myśli na coś więcej. Patrzyła w oczy Heinricha, choć wiedziała, że nie powinna. Wiedziała, że rumieniec zdradza jej myśli, ale nie mogła nic poradzić, jedynie starając się skryć bardziej w cieniu, ukryć słabość. Nie mogła. Nigdy. Nigdy...
  9. ANNO DOMINI MCCVIII, Venetia Chrzęszczenie rozbitego szkła rozeszło się okrutnym bólem pulsującym pośród skołowanych myśli Vincenzo. Każdy z kawałków rozbitego szkła wyśpiewywał fałszywą nutę wraz z resztą zabarwionego winem pobojowiska, gdy służka pieczołowicie zbierała z podłogi rozbity w nocy kieliszek. Bóg dał, iż kobieta, z uwagi na drewno podłogi, nie zamiatała ostrych kawałków gotowych ją porysować, a zbierała je ostrożnie palcami, umieszczając na przygotowanej szufelce. Vincenzo nie zniósłby dodatkowo dźwięku zmiatanego szkła drapiącego drewno. Gdy służka zebrała kieliszek i miała zamiar spróbować oczyścić podłogę z rozlanego wina, które już częściowo wsiąkło, obecna w gabinecie Alessia przerwała jej pracę, stwierdzając, że resztą zajmą się inni. Kobieta zerknęła na siedzącego w fotelu, ale nie usłyszawszy jego sprzeciwu, z niemą pogardą spojrzała na dziwkę niegodną bożej łaski, po czym ukłoniła się krótko swemu pracodawcy i opuściła pokój zabierając potłuczone szkło. Zamknięcie drzwi przywróciło pozorny spokój. Alessia nie odezwała się ani słowem przez cały czas sprzątania. Prawdę mówiąc nie wydobyła z siebie głosu odkąd Vincenzo ją zobaczył po przebudzeniu. Nie musiała - Gloria pierwsza wykonała ruch, jeszcze zanim służka przyszła posprzątać... Nim starszy syn Ezio zdążył wrócić do świata żywych. Główny spadkobierca Albertinazzich pierwszy raz usłyszał tak ostre słowa żony, skierowane na domiar do niego samego. Nie była wulgarna, nie była też jak te baby, co siłą głosu chcą nadrobić braki w cnocie, jaka przynależna mężczyznom. Jej słowa były trafne, bolesne i prawdziwe. Choć nie zostały wykrzyczane, to uderzyły jakby wrzasnęła ile sił w płucach. Matka jego dzieci zwykle przyjmowała bez bólu złości męża (których de facto nie wymierzał w nią) czy kwestionowalne wybory. Teraz jednak najwyraźniej miała szansę wyrzucić z siebie nagromadzoną przez lata irytację, której czarę przelało zachowanie Vincenzo pasujące w oczach kobiety nie do głowy szlachetnego rodu, a do podłego pijaczyny śpiącego w rynsztokach. Wciąż nie wiedziała co sprawiło, iż jej mąż sięgnął po alkohol, ale teraz nie chciała nawet słuchać wymówek... ...w końcu spotkanie z Dożą miało się niedługo odbyć, o czym akurat się dowiedziała. - Doprowadź się do porządku, bo teraz wyglądasz jak i ten twój bezecny brat. - syknęła ze złością, stojąc już w drzwiach. Gdy zaś jej wzrok padł na dwie puste butelki wina stojące obok sekretarzyka, stanowczym krokiem opuściła gabinet, unosząc głos tylko raz. I tyle wystarczyło. - Disgrazia, Vincenzo! Vincenzo nie wiedział jaka jest pora dnia, gdy Gloria z Alessią usadzały go w fotelu. Nawet, gdy poinformowały go o czas!ie, ból głowy zajmował jego myśli wystarczająco, aby nie zwrócił na ich słowa uwagi. Dopiero po wlaniu w siebie wody przyniesionej przez Alessię i szybkim przemyciu twarzy, do conte dotarło znaczenie przekazanych informacji na temat pory. Zbliżał się powoli wieczór. Przepił, a później przespał całą wczorajszą noc i połowę dnia dzisiejszego! A co gorsza, posłańcy Doży przybyli do niego, gdy ten spał jak martwy. - Zajęłam się rozmową z nimi. Masz przybyć do Doży po zachodzie słońca, gdy księżyc zawiśnie wysoko. Już i tak źle będzie wyglądać to opóźnienie. - Gloria wyrzuciła z siebie słowa pełne dezaprobaty - Niejasno mówiłam o chorobie jaką przysporzyły ci interesy. Twoja głowa co z tym zrobisz dalej... - obdarzyła męża spojrzeniem wcześniej stosowanym tylko wobec synów - I na Boga! Nie możesz tak wyglądać, takiego wstydu przynieść! Alessia przyniosła do gabinetu miskę z wodą, ustawiając ją na stołku obok fotela, który zajmował Vincenzo. Na biurku natomiast znalazły miejsce inne przybory toaletowe. - Do wieczoru jest jeszcze czas, a nim noc nastanie - zdołamy zaradzić... na problem. - Vincenzo mogło się wydawać, iż Alessia pominęła słowa "mam nadzieję" w tym zdaniu - Pani Gloria nie chce, byś opuścił to pomieszczenie nim nie... będzie lepiej... mój panie... - wzrok Alessi wskazywał, iż ona też uważa to za najlepszy wybór w tej chwili. Obie nie chciały, aby ktoś więcej zobaczył conte Albertinazzi w tym stanie.
  10. Skończę te posty. Bo rozgrzebane mam. Już, zaraz. Jaśminku, kocham. Najpierw Weird będzie. Bo post w 80% jest.
  11. Radosna wiadomość - MG marnotrawna powraca! Dziś wracam do uzupełniania doców, jak i napiszę post dla oczekującego Ferra. Do końca tygodnia (czyli raczej do czwartku/piątku, bo w weekend posty mi nie wychodzą) zaspokoję też głód tematów Tzimisce i Lasombera. Ruszamy to, jednym słowem. Teraz zjem coś, pośpię kilka godzin i piszę. Bo ten. Bez żartów już. Uzupełniam moje rozszerzenie to-do w przeglądarce. W komórce też to będzie. @Therek W temacie Vina jest odpis. Czekam na Ferrowe doprecyzowanie, to tobie napisałam. :3
  12. Przeżyłam dziś. To przeżyję i jutro.

     

    Dużo do pisania, ja wiem, i nie tylko do pisania. Też wiem.

     

    Tęsknię, więc wracam zaraz. Pamiętam o czym trzeba, a o czym nie pamiętam - gdzieś mam zapisane. Odnajdę!

    1. Jaśmin

      Jaśmin

      Ech, ty...Misiaku.:)

      Nie śpiesz się, masz czas, my poczekamy, jakość ważniejsza od ilości...

      Chciałabyś.:)

      Spręż się. Trzy, dwa, jeden.

       

    2. Zell

      Zell

      Jakość zawsze najważniejsza, na ilość nie umiem.  !:) Wiesz jak to jest. 

    3. Jaśmin

      Jaśmin

      Przekleństwo perfekcjonizmu.

      I tak, wiem. Jak wpadałem w cug to potrafiłem przez wiele godzin bez przerwy pisać.

      Bóg z tobą.:)

       

      Jaśmin

       

  13. ...aaaand Zita was like...
  14. Zita Taube Lodowate uczucie ogarnęło Zitę, gdy zza niej rozległ się głos, jednak nie odważyła się odwrócić w jego stronę. Nie chciała. Bała się co może zobaczyć za sobą, a jednocześnie jakby podskórnie rozumiała, że dla własnego dobra nie może się odwrócić. Chciała uciec, nigdy się nie dowiedzieć... ale z drugiej strony musiała zostać i poczekać, a jak i ten głos był niecierpliwy, tak i ona z niecierpliwością wyczekiwała momentu, w którym będzie mogła odejść stąd... i wrócić do swojego mizernego życia. Dlatego, gdy szeptunka podeszła do Zity, dziewczyna poczuła uchodzące z niej napięcie. Już zaraz będzie wolna! Już zaraz odda Valerii miksturę i niech szlag Hertę! Już tylko chwila... Wytrwa. Jednak napięcie gnieżdżące się w służce zaczęło zanikać zbyt szybko. Przedwcześnie. Nie wiedziała kogo... a raczej co... ujrzała. Nie chciała tego widzieć. Nie chciała wiedzieć. Nie chciała nad tym rozmyślać. Chciała tylko zapomnieć. Czy istota zauważyła, iż Zita ją dostrzegła? Czy... - Dziękuję... To wiele dla mnie znaczy. - cicho zwróciła się do szeptunki przyjmując od niej buteleczkę. Starała się z całych sił nie okazywać swojego zestresowania, nie dać głosowi zadrżeć ani minimalnie, a w żadnym razie - nie patrzeć w stronę tej ciemności. Nigdy. Z tłumioną nerwowością lekko skłoniła się szeptunce, mając tylko nadzieję, że starucha nie dojrzy jej zdenerwowania, zaś żeby ta istota z cienia nie zdenerwowała się bardziej... ...Zita nie nadwyrężała pobytu w tym miejscu ani w samych lochach, opuszczając drugie szybciej, gdy tylko oddaliła się kawałek od miejsca, w którym rezydowała stara szeptunka. Jeszcze nigdy nie pragnęła tak bardzo powrócić do posiadłości Aldrica jak właśnie tej nocy.
  15. Zita Taube Kobieta sięgnęła do wszytej kieszonki, w której skryła srebrny wisiorek. - Czy taka zapłata... - wyciągnęła krzyżyk otrzymany od swej pani - ...będzie satysfakcjonująca? Zita czuła ciężar srebra, jaki przypominał jej, iż ów święty symbol męczeństwa Chrystusa, miał zostać wykorzystany w podstępie, o jakim nawet spowiednik dowiedzieć się nigdy nie mógł.