Durga

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    597
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O Durga

  • Ranga
    Dyplomowany operator kostek
  • Urodziny 26.06.1993

Previous Fields

  • Systemy RPG Byle nie D&D, już dość.

Profile Information

  • Gender Female

Ostatnie wizyty

507 wyświetleń profilu
  1. Mulie – Wtedy jedyną ceną, jaką przyjdzie nam za to zapłacić, będzie jutrzejsze zmęczenie – odparła. Zrobili właściwą rzecz, pomogli osobie w potrzebie i mieli szansę na czerpanie z tego korzyści w przyszłości. Oczywiście istniało ryzyko, że żadnych korzyści nie będzie, ale nawet jeśli, to przecież nic ich to nie kosztowało. To był najlepszy rodzaj układu i Mulie miała zamiar jak najczęściej takie zawierać w przyszłości. W przeszłości, gdy Atonai tak na nią spoglądał, często odwracała wzrok. W domu starała się nie wchodzić mu w drogę, doskonale zdając sobie sprawę z jego niechęci do niej i Wukora – niechęci, której nie odwzajemniała, ale która sprawiała, że zawsze miała się przy najstarszym synu Ya-Ry na baczności. Dziś jednak jego spojrzenie zostało odwzajemnione, choć bez krzty ostrości. Dziś, gdy patrzyła na jego twarz poznaczoną siniakami, czuła, że nawet jeśli nie potrafiła się posługiwać Mocą równie biegle, jak on, byli sobie równi. Tu nie obowiązywały miary, które wyznaczył sobie na Yavinie, tu nie miało znaczenia, że Ya-Ra była pierwszą kochanką ojca. Bo tutaj to ona i jej brat byli dziećmi Lady Reginy Ragnos oraz Lorda Crowa, a wszyscy inni, z nim na czele – zaledwie bękartami. Tutaj Atonai nie miał prawa czuć się lepszym od niej. – Dia nic nie powiedziała? Jeśli coś złego dzieje się ze S'kyem, to zapewne ona pierwsza będzie wiedziała. I cóż, mogę nie być tak... onieśmielająca, jak Wukor, ale jeśli się martwisz, to ja również mogę spróbować zorientować się w sytuacji.
  2. Nawet jeśli Atonai natychmiast się poprawił, to jedno "czy" wystarczyło, by zmrozić krew w żyłach Mulie. Choć zdawała sobie sprawę, że każdego dnia któremuś z jej rodzeństwa może stać się coś złego, taka sugestia padająca z ust kogoś innego uderzała z podwójną siłą. – Jestem pewna, że wrócił – powiedziała powoli, starając się sama do tego przekonać. – Oboje powinniśmy się do niego odezwać, ale nie o tej porze. Pewnie jest wyczerpany po powrocie. Napisanie do niego będzie pierwszą rzeczą, jaką zrobię z rana. Mulie spojrzała na opatrunek założony przez Atonaia, po czym ruszyła w stronę drzwi, by tam jeszcze przez chwilę porozmawiać z bratem. Tym razem ciszej, tak by Nejal nie był już częścią dyskusji. – Dziękuję, że przyszedłeś. Pomogliśmy i ta pomoc ma szansę później do nas wróci.ć Chyba warto zbierać takie przysługi, zwłaszcza tutaj. Więc, no, jeszcze raz dziękuję. Jeśli czegoś potrzebujesz, to tylko powiedz. Spróbuję to załatwić.
  3. O ile ogólne zmęczenie brata wcale jej nie zaskoczyło – w końcu obecnie sama się do niego przyczyniała – o tyle siniaki na jego twarzy były niemiłą niespodzianką. Pytania o przyczynę tego stanu odłożyła jednak na później. Poparzenia miały większy priorytet, niż siniaki. Kiedy Atonai oglądał rękę Nejala, siedziała cicho, pozwalając mu się skoncentrować na zadaniu. – Jest nas tyle, że gdybyśmy chcieli, pewnie moglibyśmy założyć swoją własną grupę – zażartowała, choć w jej głosie mało było wesołości. – Nie, powinnam była do niego napisać, ale moje zadania zbyt mocno mnie pochłonęło. Odezwę się do niego z rana. Dlaczego pytasz? – Było w tym coś podejrzanego. Atonai pytający o Wukora? Zrozumiałaby zainteresowanie każdym, ale nie nim. – I co stało ci się w twarz? No i czy jest coś, co możemy teraz zrobić? – tu skinęła głową w stronę ręki Nejala. Tyle pytań, tak mało odpowiedzi.
  4. – Może Atonai ma. Ja nie miałam czasu nawet nikogo poznać, bo cały dzień spędziłam szwendając się po bibliotece i kilku innych miejscach w poszukiwaniu informacji dla mojego mistrza – odparła, jednocześnie wystukując wiadomość zwrotną do brata. Była ona niemal równie krótka: Przyjdź, proszę. Poniżej dopisała, jak trafić do pokoju, w którym się znajdowali. – Ach, jedna rzecz. Ja i mój brat... cóż, nie jesteśmy do siebie podobni. Tak tylko mówię, żebyś się nie przestraszył, że cię okłamałam i sprowadziłam kogoś innego – dodała jeszcze.
  5. – Thanaton – odparła. Na pytanie Atonaia nie odpowiedziała od razu. Gdyby to od niej zależało, to poprosiłaby go o to już w pierwszej wiadomości. Ale Nejal pozostawał niechętny i nie mogła go za to winić. Był tu dłużej od niej i lepiej wiedział, co jest dla niego właściwe. Dlatego postanowiła pozostawić mu tę decyzję. – Z moim bratem. Nazywa się Atonai i zna się na opatrywaniu ran lepiej ode mnie. A teraz pyta czy powinien tu przyjść. Posłuchaj, nie zamierzam sprowadzać go tutaj, jeśli sobie tego nie życzysz. Ale dobrze to przemyśl: pozostawienie tego tak na dłuższy czas może cię kosztować sprawność ręki. Mój brat przyleciał tu dziś ze mną, więc nie powinien stanowić dla ciebie zagrożenia, bo nie jest twoim rywalem i nie ma komu cię sprzedać. Sam zdecyduj, czy chcesz żeby obejrzał twoje rany czy nie.
  6. – Ma to sens – przyznała. – A co do powszechnej nienawiści wobec Tillana, to miałam dziś już tego pewien przedsmak. Okazuje się, że on i przyszły mistrz mojej siostry są największymi wrogami. – Ta świadomość wciąż była dla niej trudna do zaakceptowania. Niby nic się jeszcze nie stało. Niby nic stać się nie musiało. Ale jednak wciąż z tyłu głowy tkwiła myśl, że pewnego dnia wrogość mistrzów może odcisnąć swoje piętno na jej rodzinie. – Boję się, że na twoje obrażenia sami nic więcej nie poradzimy – powiedziała, po czym odczytała na głos wiadomość od Atonaia. – Wspomniałeś coś o tym, że będą cię szukali, chodzi o innych adeptów z twojej grupy? Da się ich jakoś zmylić? Bo wiesz, stan zapalny to paskudna sprawa; jeśli się to zaniedba, to źle się skończy. To powiedziawszy, wysłała także odpowiedź do Atoanaia. Nie chciała go martwić. Zdawała sobie sprawę, że jej wiadomości mogły brzmieć dość niepokojąco, ale w całej tej sytuacji nie było żadnego większego zagrożenia dla niej. Jeden z adeptów jest poparzony. Chciałabym mu pomóc, ale nie mamy zbyt wielu opcji. Póki co zwracanie się do kogokolwiek jest zbyt ryzykowne.
  7. – Nie mam – pokręciła przecząco głową. – Ale zapytam kogoś, kto może mieć – powiedziała, po czym ruszyła ku swoim rzeczom, by sięgnąć po komunikator. – Nie martw się, nie będę mówić nic o tobie, nie będę też tu nikogo sprowadzać; zapytam tylko do należy robić z poparzeniami. Zresztą, to ktoś, komu można ufać. To powiedziawszy, wystukała wiadomość kierowaną do tego brata, który miał największe szanse wiedzieć coś o takich sytuacjach. Atonai. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku. Wiesz może co należy zrobić z ciężkimi poparzeniami? Oprócz zaaplikowania kolto. To już zrobiliśmy. Z góry dziękuję za rady. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, jeśli cię obudziłam. A, i to nie mnie poparzyło. Bez obaw. Czuła się dziwnie, prosząc o pomoc najstarszego syna Ya-Ry, który nigdy szczególnie nie ukrywał swojej niechęci do Reginy i całego jej potomstwa. Z drugiej strony rodzina była w Akademii pewnego rodzaju zasobem – wiedza jednego mogła uratować życie drugiemu. Tu co prawda nie chodziło o jej życie, ale zawsze istniała szansa, że pomoc udzielona Nejalowi w jakiś sposób potem do niej wróci. Oczywiście nie była to jej główna motywacja. Mulie miała w sobie zbyt dużo zwyczajnej życzliwości, by nie pomóc komuś w potrzebie. Ale gdzieś z tyłu jej głowy zawsze siedziała ta myśl, że wszystko, co robi, będzie miało swoje konsekwencje. Trzeba było maksymalizować zyski przy jednoczesnym minimalizowaniu strat. – Dzięki, postaram się tu zadomowić – odparła z krzywym uśmiechem. – Celadwar Tillan. A ty?
  8. Mulie – To moja pierwsza noc tutaj – przytaknęła. – Ale jeśli potrzebowałbyś pomocy, to naprawdę byłabym w stanie to załatwić; mój brat wie na ten temat trochę więcej ode mnie – dodała, na wypadek gdyby Nejal powstrzymał się z poproszeniem o pomoc, ponieważ wątpił w zdolność załatwiania różnych rzeczy przez kogoś, kto dopiero co znalazł się w Akademii. – Przydział. Zoe do niedawna przechowywała tu niejakiego Deldroga, ale teraz oboje gdzieś zniknęli. Wspominała też o tobie i o tym, że nikt cię od trzech dni nie widział. Co musiałeś zrobić, że tak skończyłeś? I udało ci się, prawda?
  9. Mulie Mulie była zmęczona. Jak na jeden dzień, wydarzyło się dziś stanowczo za dużo. Chociaż i tak w porównaniu z częścią swojego rodzeństwa nie miała wcale aż tak źle. Fakt, że napotkana w pokoju Zoe kazała jej być cicho, przyjęła z pewną ulgą. Oznaczało to, że nie będzie musiała się wdawać w żadne rozmowy. W milczeniu słuchała wszystkiego, co dziewczyna miała jej do powiedzenia, przytakując co jakiś czas na znak, że wciąż jej słucha. Cała sytuacja z „tak jakby, z grubsza, no prawie chłopakiem” wywołała u niej lekkie uniesienie brwi, jednak zdecydowała się niczego nie komentować. Kiedy tylko wrzuciła swoje rzeczy do szafki, wdrapała się na koję i niemal od razu zasnęła. Jej sen nie trwał jednak długo. Łomot nie zbudził jej od razu, tak głęboki był jej sen. Kiedy jednak zorientowała się, że ktoś znajduje się w pokoju, gwałtownie poderwała się z posłania. – Mulie – odparła, gdy już rozeznała się sytuacji. Poproszona o pomoc, podeszła do chłopaka, ale gdy już miała wyciągać rękę po odznakę, zamarła. Zrozumiała na co patrzy. Ręce chłopaka były niemal całkowicie spopielone. Jej wahanie nie trwało jednak długo. Wzięła odznakę, po czym otworzyła szafkę i zaczęła w niej szukać opatrunków, jednocześnie pytając: – Co ci się stało? I jak poważne są twoje obrażenia? Mogę wyciągnąć opatrunki, niestety poza tym niewiele potrafię. Ale... ale jeśli trzeba, to sprowadzę kogoś, kto ci pomoże.
  10. Mulie Mulie rzuciła okiem na wiadomość Jeylena, po czym westchnęła głośno. W jej głowie pojawiły się zwierzęta Zhu. W istocie, parę rzeczy nie było tym, czym się zdawało. Słowa Allesha sprawiły, że jej gardło ścisnęło się gwałtownie. Musiał się kogoś pozbyć. Cóż, pewnie czekało to każdego z nich, ale świadomość, że jej brata już teraz musi zrobić coś takiego, była trudna do zniesienia. Wydawało się, że to zbyt dużo i zbyt szybko. Mimo to, była tylko jedna rzecz, którą Mulie mogła odpowiedzieć: – Nie, nie zrobię tego za ciebie. Ale pomogę ci, jeśli będziesz tego potrzebował. – Obiecała ojcu, że będzie pilnować swojego rodzeństwa. Musiała być gotowa do poświęceń, musiała być gotowa do robienia rzeczy, których robić nie chciała lub się obawiała; musiała zawsze przedkładać ich dobro ponad dobro wszystkich innych. W całej Akademii było tylko jedenaście osób, których życia się liczyły i ani jednej więcej. – Zobaczę, co zdołam zrobić w sprawie koców. Pomóż mi z jedzeniem, ja zorientuję się, czy nie dam rady załatwić jeszcze czegoś, a potem mu to wszystko dostarczę. Tak pewnie będzie szybciej, niż czekać, aż Wukor wróci z grobowców.
  11. Mulie – Nie tak źle. Nic jeszcze nie osiągnęła, ale zabezpieczyłam kilka dróg do jego wykonania – przyznała zgodnie z prawdą. – A jak wasze zadania? Potrzebujecie czegoś? Dźwięk commlinku Allesha wywołał zaciekawienie, połączone z nadzieją. Najpewniej to któreś z nieobecnego rodzeństwa próbowało się z nim skontaktować, a w ich obecnej sytuacji – wieści od kogokolwiek byłyby dobrą nowiną. – Zwariował? Kontakt ze stacją? – powtórzyła, nie bardzo rozumiejąc co właśnie powiedziano. – Przekażę – dodała jednak szybko. Zapasy dla Dlara były teraz o wiele ważniejsze. Inna sprawa, że wspomnienie o nich, przypomniało jej, że sama jeszcze o te rzeczy nie zadbała. Pewnie, w odróżnieniu od brata miała je na wyciągnięcie ręki, ale jej zadanie tak ją pochłonęło, że nie zorientowała się nawet, w którym kierunku powinna ową rękę wyciągać.
  12. Mulie – To świetnie – przyznała, patrząc na młodszą siostrę. Dia zdawała się dość dobrze odnajdywać w nowej sytuacji, co innego S'kye. – Bądźcie dzielni i uważajcie na siebie, a na pewno wszystko pójdzie gładko. O Wukora się nie martwiła, był zbyt silny i zbyt dumny, by nie dać sobie rady. Sharena z jej intelektem też nie powinna mieć większych problemów. Za to pozostała trójka, o której wspomniał Allesh wydawała się mieć większe kłopoty. – Jest coś, co możemy dla nich zrobić? Zwłaszcza dla Shakki? – zapytała, całkowicie zapominając o swojej wcześniejszej sprzeczce z siostrą. Gdyby Shakka tu była, zapewne uważniej dobierałaby słowa, ale teraz, gdy nie mogła jej usłyszeć, Mulie nie zamierzała się tym przejmować. Zwłaszcza, gdy wciąż wisiało nad nią śmierci. O ile Dlar i Roshan by przeżyć, musieli się wykazać (a Mulie nie wątpiła, że Chen dobrze przygotowała swoje dzieci na takie sytuacje), o tyle życie Shakki zależało od łaski bądź nie łaski całkowicie obcych jej ludzi. – U mnie... no cóż, chyba nie najgorzej. Mój mistrz wydaje się dość ekscentryczny, choć raczej nie szalony. Już na samym początku zażyczył sobie ode mnie informacji, z których znalezieniem nawet Sharena nie bardzo potrafiła mi pomóc, więc na pewno jest wymagający. Ale nie wygląda na kogoś, komu zależy, byśmy wszyscy zginęli.
  13. Mulie Mulie przez chwile przypatrywała się walce, jaka w ułamku sekundy rozgorzała i zakończyła się w akwarium. Jej wynik był dla niej niemałym zaskoczeniem – ale też i pewną nauczką. Jak się okazało, w Akademii czarnym koniem mogło się okazać stworzenie nawet najbardziej niepozorne. Mulie zacisnęła dłoń w pięść, po cichu ciesząc się, że wciąż ma palce. – Oczywiście. Bardzo dziękuję. Za wszystko. A teraz miłego wieczoru – powiedziała, dygnąwszy lekko, po czym wyszła z pomieszczenia. Nie zaszła daleko. Cóż, jej rodzeństwo stanowiło tak barny mały tłum, że nie dało się go w żaden sposób przeoczyć. A już zwłaszcza, gdy była wśród nich... – Dia! S'kye! – powiedziała, w podskokach pokonując kilka ostatnich kroków, które ich dzieliły. Jedną ręką przyciągnęła do siebie dziewczynkę, drugą kładąc na głowie najmłodszego brata. Jej wzrok jednak wędrował już dalej. – Jeylen... – powiedziała, wpatrując się w niego, jakby liczyła, że jego oczy – w zastępstwie słów – zdołają jej przekazać, jak się miewał. Nie mogła jednak zapomnieć też o innych. – Alesh? Wszystko w porządku? Przepraszam, Wukor ma rację. Obiecałam mu dać znać, ale tego nie zrobiłam. Tyle rzeczy się działo... Ale, ale, jak sobie radzicie? Widzieliście Wukora, jak rozumiem? Ja spotkałam Sharenę, wydawało się, że doskonale się odnalazła. Wiecie, co z pozostałymi? I jak to nie ma Roshan? – dopytywała się, nawet nie zdając sobie sprawy, ile pytań pojawiło się jednocześnie. Uroki posiadania licznej rodziny.
  14. Mulie Ach, no przecież. Nic nigdy nie mogło być proste. Fakt, że udało jej się przekonać do siebie jedną osobę, kończył się tym, że na jej drodze stawało dziesięć następnych, które zapewne również będą wymagały przekonywania. A Mulie nie potrafiła ocenić, czy domniemana szarmancja Abarona nie jest wyłącznie żartem ze strony Zhu. Cóż, przynajmniej jedna rzecz zdawała się być teraz jasna – odsunięcie w czasie pertraktacji z Zash było mądrym wyborem: nawet gdyby dostała się do archiwum, pewnie nic by tam nie znalazła. Mulie zmarszczyła brwi, jakby się nad czymś zastanawiała i mruknęła krótko: – Rozumiem. – Pytanie o osobę, która zrzuciła na jej barki to paskudne zadanie, zostało zignorowane. Z tego, czego się do tej pory nauczyła, wynikało, że jej mistrz jest bardzo różnie postrzegany. Zbyt częste wymienianie jego imienia mogło być nierozsądne. – Jeśli jest to jedyna droga, do osiągnięcia celu, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko nią podążyć. Czy mogę zapytać, gdzie o tej porze należy szukać Lordza Abarona? By nie marnować waszego cennego czasu, pragnę załatwić tak szybko, jak to tylko możliwe, dlatego też udam się do niego niezwłocznie – najlepiej jeszcze przed tym, jak krocionóg pożre tego biednego zwierzaka.
  15. Mulie - Nikt nie jest w stanie przewidzieć, co jest przydatne, a co nie. A nawet to, czego nigdy nie użyjemy, rozszerza horyzonty i trenuje umysł , by zdolny był do przyjęcia większej ilości informacji - potwierdziła, chcąc dodatkowo zapewnić Zhu o prawdziwości jego oceny. - Cokolwiek rozkażecie. Potrzebuję informacji pozwalających mi prześledzić pochodzenie Marki Ragnosa. Co najmniej do czasów Adasa, a jeśli takie informacje będą w zasięgu, być może i przed nim.