Marass

Bringers of Demise
  • Ilość dodanej zawartości

    4816
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

3 obserwujących

O Marass

  • Ranga
    Strzałomiotka
  • Urodziny 15.02.1990

Profile Information

  • Gender Female
  • Location Mulholland Drive

Previous Fields

  • GaduGadu 6929602

Ostatnie wizyty

6902 wyświetleń profilu
  1. Fanuję, bardzo dobre rozpoznanie sytuacji! <3 <3 Plus bliźniaczki-naciągaczki to powinno być ich nazwisko
  2. Ty mi tu nie heheszkuj tylko posta pisz
  3. No w sumie, Maksim dobra partia - obrzydliwie bogaty i doświadczony, bo jedną żonę już miał
  4. Rita on Ayer Rita normalnie podeszła by do pomysłów Jaskra z dużo większą rezerwą, ale, na bogów, potrzebowali medyczki i w ogóle jakiegoś planu ucieczki. - Biegniemy! Wy jesteście wolni - róbcie ze swoim życiem, co chcecie, tylko je przeżyjcie. - stwierdziła całkiem nerwowo i całkiem sentencyjnie, zwracając się do byłych więźniów. Żeby tylko medyczka była w domu. I, żeby ich wpuściła. I, żeby to piekło już się skończyło! - Może ci jednak pomogę z Willem? - zwróciła się do Jaskra, stwierdzając, że tak chyba pójdzie im szybciej. Ręce jej się trzęsły. Nogi jej się trzęsły. Cała się trzęsła. To było najgorsze! Być tak blisko i tak daleko jednocześnie. Na bogów! Rita pomyślała o tej nieszczęsnej wieszczce. Nie była pacynką. I na pewno żadne kości nie decydowały o jej sukcesach! Sama ustalała swój los! I teraz ustaliła, że udadzą się do medyczki! I, że medyczka będzie w domu! I, że im pomoże! Kij ci w oko, przeznaczenie! Ja jestem Ritą i ja ustalam!
  5. Nawet dwie! I dawno nie słyszałam tego określenia, piekne jest
  6. Super, tak, wszystko już jest! <3 <3 I jak fajnie zezłoszczona Alice
  7. LuniLan, w Twoim poście nie ma treści - coś się chyba posypało?
  8. Luzik, na spokojnie I dziękuję! <3 Nie no, Loki jest jednak Lokim, Percy jeszcze trochę musi się nauczyć
  9. Btw, bo oczywiście zapomniałam: wszyscy dostajecie po fuksie za piękne przebrnięcie przez pierwszy akt Co oznacza, że każdy z Was na powrót ma po jednym fuksie, a Thorongil ma dwa, bo nie wykorzystał na statku. edit: Ja już nie piszę postów, bo później odświeżam strefę w niecierpliwości oczekiwania na Wasze
  10. Dzięki <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 Indżojcie! I chciałam go wrzucić przed własną drogą na uczelnię, więc cieszę się, że umiliłam chociaż jedną
  11. Lena niechętnie zaakceptowała fakt, że będą ją przetrzymywać w niegdysiejszej kuchni. Maksim widział wyraz złości na jej twarzy, kiedy oznajmiał, że kambuz stanie się jej tymczasowym więzieniem. Wiedźma jednak nie oponowała. Oprócz nieprzyjemnego grymasu nie doczekali się żadnych, gwałtownych reakcji. Dzika, szalona, nieprzewidywalna Lena gdzieś zniknęła. Może to i dobrze? A może i nie. Ciągle wszak nie wiedzieli, co też wiedźma potrafi po zniszczeniu amuletu i czy w ogóle coś potrafi. Lena natomiast nie zamierzała rozwiewać ich przypuszczeń. Nie robiła nic magicznego. Nie robiła nic magicznego, kiedy transportowali ją do nowej celi. Nie robiła nic magicznego, kiedy, zgodnie z sugestią Alvy, przykuwali ją do relingu, dając jej jednak tyle swobody, by mogła zrobić dwa kroki, czy też położyć się na przygotowanym materacu. Nie robiła też nic magicznego, kiedy sumiennie, parami, zmieniali się podczas swoich wart. Co jakiś czas, zaglądając przez podłużny luft, odnotowywali tylko, że wiedźma śpi. Tak po prostu śpi. Percy mógł się poczuć tym stanem rzeczy nieco zawiedziony, gdyż ukrócało to jego plany rozmowy z Leną, ale – z drugiej strony – nie było w tym nic dziwnego. Nawet wiedźma, po tym wszystkim, musiała być zmęczona. Sami też poczuli niebywałe zmęczenie. Lena była uwięziona, to prawda, ale oni mieli w perspektywie dokowanie za kilka godzin. Trzeba było się jeszcze spakować, zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i, na Pustkę, chociaż chwilę odpocząć. To był bardzo męczący dzień. * Kiedy Maksim Olgovich Aristov położył się na swojej koi po odbytej warcie, sądził, że nie zaśnie. Zbyt wiele myśli kłębiło się w jego głowie. Sen objął go jednak gwałtownie, nagle, odcinając od rzeczywistości tak szybko, że nawet się nie zorientował. Mężczyzna o czarnych oczach patrzył na wieloryba, płynącego po nieboskłonie. Był to piękny okaz ssaka. Maksim wprawnym spojrzeniem ocenił, że można byłoby na nim nieźle zarobić. Pomyślał też o czymś, nad czym nie zwykł się zastanawiać – to było naprawdę piękne, majestatyczne zwierzę. Mężczyzna o czarnych oczach wyczuł jego obecność. Maksim to wiedział. Spojrzał na niego i właśnie w tym momencie wieloryb znikł. Zniknął również nieboskłon. Znajdowali się w dziwnym miejscu, w jakiś sposób imitującym rzeczywistość, ale jednocześnie zniekształcającym ją. Bryły budynków były nieostre, jakby rozmyte przez wiatr. Brakowało kolorów. Otaczał ich monochromatyczny, smętny świat, nad którym mężczyzna o czarnych oczach lewitował. - Wybory. Lubię stąd obesrwować, jak je podejmujecie. - głos miał łagodny, dźwięczny, uspokajający. - I właśnie dzisiaj podjęliście decyzję, która nie była zgodna z twoimi oczekiwaniami. Decyzję, która będzie miała swoje konsekwencje. Która już je ma. Podszedł... nie, przyfrunął? Zmaterializował się przy Maksimie. - Lena niemało w życiu przeszła i jako jedna z niewielu nie prosiła się o ten dar. Po prawdzie, o nic się nie prosiła, przeżywając kolejne, ciężkie dni w zżeranym przez zarazę Dunwall. Bywa tak jednak, że kiedy otrzymasz drugą szansę, odnajdujesz w sobie pokłady emocji, których nie doświadczyłeś przez całe życie. Nienawiść, żądza zemsty, namiętność... Czy Lena dobrze przeżyła swoje życie? Wielce wątpliwe. Ale mnie ciekawi bardziej... Spojrzał Maksimowi prosto w oczy, wcale nie krępując się tą bliskością. - W jaki sposób ty je przeżyjesz? Zniszczyłeś coś, co do mnie należało. - powiedział to bez żalu. Po prostu zakomunikował fakt. - I teraz jesteś ze mną złączony. Mam tutaj dla ciebie miejsce, ale nie chcę się z nim teraz dzielić. Odnajdźcie Kaleba Walkera. On zna odpowiedzi na wszystkie, nurtujące was pytania. A potem podejmijcie decyzję, kolejną decyzję, która zmieni oblicze Cesarstwa. Maksim Algovich Aristov obudził się zalany potem. Kiedy drżącymi rękoma sięgnął po kieszonkowy zegarek, zdał sobie sprawę, że nie śnił więcej niż pół godziny. Śnił? Czy to w ogóle było dobre określenie? Wszystko wydawało się takie prawdziwe. Mógł przysiąc, że czuł zapach tego miejsca, że jego twarz okalała ciepła bryza, że mężczyzna o czarnych oczach naprawdę do niego mówił. * Nastroje panujące na statku nie należały do najlepszych. Marynarze wciąż unikali bezpośredniego kontaktu, ale, po prawdzie, byli też mocno zajęci przygotowaniami do dokowania, więc agenci Lorda Protektora nie odczuwali tej niechęci tak intensywnie, jak jeszcze wczoraj. Holder oznajmił im, że mają maksymalnie trzy dni. Trzy dni. Dłużej nie uda mu się zatrzymać załogi na pokładzie. Cornelis również nie wydawał się specjalnie zadowolony z faktu przymusowego aresztu domowego. Życzył im jednak powodzenia w misji, a nawet powiedział, że Percival może, póki co, pożyczyć sobie jego ubrania. No dobrze, stwierdził to z nieukrywanym żalem, dodając jeszcze, że jest to odzienie jedyne w swoim rodzaju, ale, ostatecznie, pożyczył. Poranek minął im pracowicie. Podręczne bagaże załadowali do szalupy, którą mieli dopłynąć do lądu. Początkowo nie byli do tego planu przekonani. Morley, jak to Morley przywitało ich mgłą gęstą jak mleko. Z ledwością dostrzegali sygnały świetlne, wysyłane z wybrzeża. Tanya zapewniła ich jednak, że podróż w taką pogodę to dla Holdera bułka z masłem, a wręcz rutyna, wyuczona w czasie wielu lat morskich wojaży. Chcąc nie chcąc, musieli jej zawierzyć. Zresztą, nic ich już na pokładzie Starego Desanta nie trzymało. Zevron, kierowany poczuciem obowiązku, sprawdził jeszcze czy ich więźniarka nic nie kombinuje. Wydawała się jednak całkiem spokojna, wciąż przywiązana do relingu, znudzonym wzrokiem odnotowując, że ktoś uchylił luft w drzwiach, by dostrzec jak sobie radzi. Wsiadając do przestronnej szalupy, czuli, jakby zostawiali za sobą wszystkie nieprawdopodobne wydarzenia wczorajszego dnia i nocy. Alice, Alva, Maksim (bez Pietki, którego zostawił pod opieką Hobbesa), Percival i Zevron nie mogli doczekać się momentu, w którym ich stopy napotkają ląd. Wypatrywali go z nieukrywanym wytęsknieniem. 1846 14. dzień Miesiąca Pieśni Fraeport, Morley Dzielnica portowa Fraeport przeżywała swój industrialny rozkwit. Tak przynajmniej słyszeli, kiedy zbierali informacje, dotyczące miasta, w którym przyjdzie im spędzić kolejne dni. W praktyce oznaczało to, że trudno było wyznaczyć granicę, w której kończyła się mgła, a zaczynały dymy przyportowych fabryk. Zapach tranu nie drażnił tutaj co prawda tak bardzo jak w Dunwall, ale wciąż był odczuwalny. Mieszał się z ożywczym powietrzem lasów, obrastających całe połacie, rysujących się na horyzoncie wzgórz. Mimo poranka, w porcie było gwarno. Kiedy tylko opuścili łódź, dziękując Holderowi za wszystko, już ktoś próbował sprzedać im słynne morleyskie jabłka, które ugaszą apetyt najbardziej strudzonych podróżników. Udało im się ominąć przekupki z koszami, uginającymi się pod naporem rozłożystych orchidei i wrzosów, a także innych kwiatów, uzbieranych, jak im powiedziano, na stokach gór i pagórków tej pięknej wyspy. Minęli rzeźników, oprawiających mięso na oczach nabywców, stragan z suwenirami, podniszczoną fasadę sklepu Winslow Company (najwyraźniej interesy na Morley nie szły im za dobrze), urząd pocztowy, siedzibę Banku Cesarskiego, kilka prostytutek obiecujących chwile wytchnienia zmęczonym marynarzom... Percival naprawdę poczuł, że wrócił do domu. Podniecenie, które rosło przy dostrzeżeniu każdego znajomego szczegółu było nie do opisania. Mimo rozwoju, który nastąpił tutaj w przeciągu lat, to wciąż było to samo Fraeport, które pamiętał. Kiedy zmierzali do karczmy o dumnej nazwie Latarnia Morska, zauważyli, że z co poniektórych balkonów zwisają czerwone flagi. Czerwone były również elementy ubioru, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, których mijali po drodze. - Przygotowują się do Festiwalu Mieszadeł. - wyjaśnił im Percy pospiesznie. - Do Morley zaprasza się wtedy największych artystów: literatów, poetów, malarzy, którzy swoją sztuką składają hołd poległym w czasie Insurekcji, a w miastach dominują czerwone barwy. Tak, słyszeli o Festiwalu Mieszadeł. Bo kto o nim nie słyszał? Morleyczycy świętowali go z prawdziwą pompą, jakby w ten sposób chcieli udowodnić, że wciąż – gdzieś tam w środku – są wolnymi mieszańcami Cesarstwa. Morley żyło. Dokerzy przekrzykiwali siebie nawzajem. Rybacy wracali z połowów. Mieszkańcy w pośpiechu biegli do pracy. Żebracy zajmowali swoje miejsca, wykładając kartony warstwą ciepłych koców. Morley żyło i oddychało pełną piersią, kiedy wkraczali do Latarni Morskiej. * Corvo powiedział im, że w karczmie będzie czekał ktoś, kto zaprowadzi ich do Eleny Findley. I tutaj pojawił się pierwszy, dość istotny zgrzyt: nikt na nich nie czekał. Pytali o to dwa razy. Najpierw Maksim, twardo i stanowczo, potem Alice, łagodniej i bardziej pojednawczo. Od znudzonej barmanki, przecierającej szklanki niespecjalnie czystą ścierką usłyszeli tę samą litanię: nikt na nich nie czekał, nikt o nich nie pytał, a piwo kosztuje dziesięć miedziaków. Cóż, pozostało im zająć miejsce przy stoliku i wykoncypować, co z tym faktem zrobić. Latarnia Morska była karczmą o nazwie zgoła odpowiedniej. Znajdowało się tutaj wszystko, co powinno się znaleźć w portowym barze: mniej i bardziej mocne trunki, menu, opierające się na daniach rybnych oraz szafa grająca, z której wydobywały się najróżniejsze szlagiery. Kilku, co bardziej podchmielonych marynarzy tańczyło z tymczasowymi wybrankami swojego serca. Dwóch innych rozgrywało emocjonujący pojedynek karciany, który – Alva nie musiała nawet w tamtą stronę patrzeć, by o tym wiedzieć – na pewno skończy się soczystą mordobitką. Furorę robiła również tarcza, w którą zapamiętale rzucano ostro zakończonymi rzutkami. Mimo poranka – działo się tutaj naprawdę sporo. Kiedy zajęli miejsca przy potężnej, drewnianej ławie na końcu pomieszczenia, nie musieli czekać długo aż ktoś zaoferuje im towarzystwo. Zwracali na siebie uwagę. Zanim się obejrzeli, koło Zevrona zmaterializowały się dwie kobiety, bliźniaczki, podobne do siebie, jak dwie krople wody. - Czy nie chciałby pan zaoferować nam czegoś do picia? - zachichotała jedna, zupełnie ignorując resztę Kruków. - Właśnie, właśnie! - przytaknęła jej ochoczo druga, intensywnie wachlując się bawełnianym wachlarzem. Ta jednak uważnie prześledziła zebranych przy stole i odsunęła się nieco od Zevrona, podchodząc do Maksima. - A może pan? - zlustrowała jego drogi płaszcz i bogato zdobioną laskę. - Pozwoli pan kobiecie konać z pragnienia? - zachichotała jeszcze głośniej niż pierwsza. Percival właśnie odchodził od baru, składając swoje zamówienie (wszak trzeba było to uczynić, żeby mrukliwa barmanka ich zaraz nie wyprosiła), kiedy zaczepił go mężczyzna o twarzy skończonego cwaniaka. - Hmm, może partyjka kości? Wyglądasz mi na nietutejszego. - uśmiechnął się szeroko. - Chętnie wprowadzę cię w meandry gry, ba, nawet powiem ci kogo najłatwiej tutaj ograć, jeśli tylko zapoznasz mnie z tą tajemniczą damą. - wskazał szerokim gestem na Alvę. Zgodnie z przypuszczeniami tropicielki, partyjka kart przy stoliku obok, zamieniała się powoli w soczyste obijanie mord. - OSZUKUJESZ! - Po prostu nie umiesz przegrywać! - STUL PYSK! - Kiedy ja prawdę oznajmiam! Przegrany dryblas zamachnął się, próbując uderzyć oponenta. Ten jednak zgrabnie ominął jego pięść i zwinnie przyłożył mu z drugiej strony. Prosto w nos. Coś chrząknęło. - AŁA! Nos! Mój nos! Zabiję cię, idioto! Nie będę się już panienkom podobał! Tym razem zamachnął się celnie, a triumfujący mężczyzna dostał kopa tam, gdzie żaden mężczyzna dostać by go nie chciał. - ZAMKNIJCIE SIĘ BO WYLECICIE NA ZBITY PYSK! - to ta znudzona barmanka. Jak się okazała miała napradę mocny głos. Mężczyźni spojrzeli po sobie wzrokiem, który niósł za sobą tymczasowe pojednanie. Nie dopili przecież jeszcze nawet piwa, a już chcą ich wypraszać! - Eeeeeeeee..., jezt tu ktoz, kto mókby mi go naztawić? - spytał bez nadziei ten ze złamanym nosem. Cóż, dzień jak co dzień w Morley.
  12. <3 <3 <3 <3 Jeszcze dużo przed nami, drużyna może zostać przetrzepiona!
  13. Super! <3 Dzięki za cały ten przecudny odezw! Oczywiście, zachowam Wasze deklaracje w pamięci Posta powoli zaczynam skrobać, ale będzie długi pewnie, bo ja nie umiem krótko ucinać wątków, toteż może to trochę potrwać
  14. Awwwww <3 <3 <3 Uwielbiam Was, ale mi dajecie porządną dawkę motywacji do pościka! <3 <3 <3 Mam nadzieję, że Was nie zawiodę! A co do rozmowy Alice i Percy'ego, to jeśli to jest taka po prostu rozmowa towarzyska, a nie zamierzacie knuć i na przykład uwalniać Lenę z okowów (bo to bym musiała jednak wiedzieć teraz już ) to możecie ją przeprowadzić w tak zwanym międzyczasie. Ot, na przykład po załatwieniu spraw z Leną i potem wrzucić to w spoilerze, do któregoś z Waszych fabularnych postów