Marass

Bringers of Demise
  • Ilość dodanej zawartości

    5060
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

3 obserwujących

O Marass

  • Ranga
    Strzałomiotka
  • Urodziny 15.02.1990

Profile Information

  • Gender Female
  • Location Mulholland Drive

Previous Fields

  • GaduGadu 6929602

Ostatnie wizyty

8014 wyświetleń profilu
  1. Jakie śliczne! <3 Serio! Myślę, że w Tyvii święciłyby triumfy
  2. Rita von Ayer Rita wsiadła. Znaczy, stwierdziła, że musi wsiąść i to nie tylko dlatego, że rzeczywiście zwracają uwagę, ale dlatego, że wsiadanie do powozu było czynnością, a podjęcie czynności pozwoliło jej nie myśleć o tym, jak bardzo wściekła jest na Sigiego. Jasne, zasłużyła sobie na wszystko, ale skoro wiedział, że skarb jest w Kovirze to... to mógł powiedzieć! Przecież oni mogli w tym więzieniu zginąć! Albo dostać zapalenia płuc! Albo cokolwiek! A poza tym jest poszukiwana! A on sobie siedział w swojej ciepłej łaźni wiedząc wszystko i jeszcze się pewnie z niej śmiał. No dobrze. Rita, nie myśl o tym. - Pomogę. - odpowiedziała starszej kobiecie, próbując zamaskować złość. - Po to tu jestem. Czy mogłabym w takim razie dowiedzieć się z kim mam przyjemność, skoro Sigi o tym nie wspomniał?
  3. <3 <3 <3 <3 <3 <3 Trzymaj się w tym przedświątecznym sajgonie!
  4. <3 No, dwa tygodnie minęły, potrzebowałam takiego feedbacku <3
  5. Rita von Ayer Rita wciągnęła głęboko powietrze. Na tyle głęboko, że nie ulegało wątpliwości, że, owszem, mówi. Westchnęła. - A więc jednak powinnam być ostrożna z wchodzeniem do tego powozu? Chciała dodać, że przecież przyjechała tutaj, żeby załatwić jego sprawę i naprawdę zamierza to robić, ale ojciec powiedział jej kiedyś, że tylko słabi się tłumaczą. Albo to był Bojre. Albo Lambert? A może sama to wymyśliła?
  6. Rita von Ayer Rita zamrugała i patrzyła na damę z niezbyt mądrą miną. Jak kochała swój dom rodzinny, który pewnie właśnie był licytowany, nie znała żadnego Sigismunda. Może to był jej przystojny, tajemniczy i bogaty adorator, który chciał wykupić rodzinny majątek? Na pewno. No, ale nie zmieniało to faktu, że go nie znała (tak to już jest z tajemniczymi i anonimowymi adoratorami). - Teraz to już naprawdę jestem pewna, że panie mnie z kimś mylą. - odparła z żalem, bo w sumie chętnie zajęłaby miejsce w wygodnym powozie i znowu poczuła się arystokratką, którą przecież jest! - Nie znam żadnego Sigismunda i mówię to całkiem serio. No, ale jeśli on zna mnie, to są dwie opcje: albo to jakiś znajomy znajomych, albo ktoś komu zalazłam za skórę tak bardzo, że znalazł mnie aż w Kovirze. Rozumieją więc panie skąd mój sceptycyzm odnośnie wchodzenia do przypadkowych powozów.
  7. Ok, zgodnie z obietnicą - jest post Możecie sobie pogadać jak chcecie przez chwilę, ale w następnym zamierzam Was już do Findley przetransportować, myślę. Zobaczymy
  8. Odgłos uderzającego ogona ustał. Wszyscy odczuli tę kojącą ciszę. Ciszę przerwaną przez kolejne wersy utworu wyśpiewanego przez Alvę. Mocny głoś Tyvijki niósł za sobą spokój. Spokój, który udzielał się również karemu wierzchowcowi. Alva widziała to w jego oczach, postawie ciała. Przestał się spinać, rozluźnił mięśnie i patrzył na nią uważnie. A potem ugryzł marchewkę, przeżuwając ją nad wyraz spokojnie. Owszem, wciąż wydawał się niecierpliwy, a tropicielka doskonale zdawała sobie sprawę, że łatwo można przekroczyć tę cienką granicę zaufania, którą ją obdarzył, ale wiedziała też przecież, że jej zaufał, że poskromiła karego buntownika. I czuła, że teraz pozwoli jej się dosiąść. Franco uważnie obserwował poczynania Alvy. Jego twarz miała zgoła tajemniczy wyraz. Zamyślił się na moment, ściągnął mocniej wodze. Wyglądał jakby coś wspominał. Czy znał tę piosenkę? Czy już wcześniej widział coś podobnego? Trwało to tylko chwilę, ułamek sekundy, potem Samuel Franco odzyskał swój dawny rezon. - Cieszę się Maksimie, że twoja towarzyszka może wybierać sama. - odparł niefrasobliwie, tonem niepozbawionym satysfakcji. Nonszalancko pomógł Alice wdrapać się na grzbiet konia i pozwolił jej usiąść przed sobą. Medyczka czuła ręce oplatające ją po bokach, widziała dłonie w skórzanych rękawiczkach zaciskające wodze, wyczuwała jego ciepło na plecach. Swoją sylwetką ochraniał ją przed wiatrem. Ba, byli tak blisko, że czuła jego oddech, gdy się odezwał. - Gotowa, moja droga? Zevron dosiadł swojego wierzchowca nader zwinnie. Nie był to jego pierwszy, ani nawet drugi raz. Fakt, dawno nie podróżował na grzbiecie konia, ale nie zapomniał jak to robić. Tego się nie zapomina. Obserwował jak Alice zasiada koło Franco, złapał też znaczące spojrzenie Maksima. Pozwolił karoszowi podejść do nich powoli. - Cóż, swoją przysługę będę musiał odebrać później. Mam nadzieję, że nadarzy się okazja. Kto wie - uśmiechnął się i było w tym uśmiechu coś z przekory i czujności jednocześnie. - co nas czeka u Findley. Spojrzał uważnie na Maksima, jakby chciał mu powiedzieć, że rozumie i zna wagę sytuacji. I że będzie miał oczy dookoła głowy. Kary wierzchowiec przełknął ostatni kęs marchewki. Chociaż daleko było mu od błogiego ukontentowania po jedzeniu, to Alva doskonale zdała sobie sprawę, że to ten moment. Koń czekał. Spiął się, kiedy tropicielka najsprawniej z nich wszystkich wspinała się na grzbiet. Przez moment sądziła, że nie pójdzie jej z nim tak łatwo, że zaraz wierzchowiec się zbuntuje, ale trwało to tylko chwilę, a zwierzę ostatecznie pozwoliło się dosiąść. Był silny, Alva to wiedziała. Nie był ani młody, ani stary, ot, okaz, który wiele już przeszedł, ale wciąż ma energię by iść przez życie dalej. I część tej energii spożytkował na sympatię do tropicielki. - Pojedziemy pierwsi. Trzymajcie się za mną! - Franco ruszył w stronę furtki prowadzącej na zewnątrz, wskazując im drogę. - Jak się czujesz, Alice? To był męczący dzień. Martwię się o ciebie. - powiedział cicho, szeptem niemal, wydychane powietrze załaskotało ją w ucho. Alva szybko zdała sobie sprawę, że jej wierzchowiec woli trzymać się z tyłu. Konie Maksima i Zevrona nie miały podobnych życzeń, więc mężczyźni bez problemu ruszyli za Franco. Tropicielka zdała sobie sprawę, że karosz zdecydowanie chętniej idzie tropem wierzchowca Zevrona. Wydało jej się, że Maksima i jego konia woli unikać. Niebo było bezchmurne. Księżyc znajdował się w ostatniej kwadrze, więc widzieli tylko jego jedną, jasno oświetloną część. Gwiazdy migotały na niebie. Chłodne powietrze dostawało się do ich płuc. Morleyski las zdominowany był przez intensywny zapach sosen i paproci. Czuli rozleniwienie, wynikające z nadmiaru świeżego powietrza. Czy naprawdę w tej pięknej, naturalnej scenerii mogło zdarzyć się coś złego?
  9. Powoli wracam do życia - posty najpóźniej w czwartek
  10. Drodzy! Jestem już powrócona, ale ostatni tydzień to było szaleństwo i muszę poogarniać trochę sprawy Post dzisiaj się ja pewno nie pojawi - planuję go na jutro, ale jeśli nie dam rady (A UWIERZCIE BARDZO CHCĘ DAĆ!) to będzie w czwartek Śliczna jest ta tura odpisów, mówiłam już?
  11. Nie doczytałam jeszcze do końca, bo totalnie nie mam czasu, ale Vadeanainae PIĘKNY POST <3 Też zasługuje na fuksa I ja się cieszę, że Alice jedzie z Franco!!!11
  12. Nie pomogło, serio W każdym razie, utrzymuję deklarację - Loranne szczela do Kane'a.
  13. Wygląda to u mnie dokładnie tak, że mapki ni ma: Natomiast map image URL odnosi mnie do takiego oto obrazka, który mi niewiele mówi, bo awków nie ma:
  14. Nie ma mnie raczej na pewno całkowicie do 11 grudnia. Robię festiwal
  15. Lawa powinna być! W kolejce z Loranne? Ogólnie, nie wiem dlaczego mapka mi się znowu nie ładuje Ale Loranne jest wściekła i będzie szczelała w Kane'a, wychodząc z założenia, że to osłabi czar na Athrasie. I chciałam powiedzieć, że mnie nie ma właściwie od zaraz do 11 grudnia, bo festiwal! Więc będę jak wrócę!