rusty

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    539
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O rusty

  • Ranga
    Dyplomowany operator kostek

Profile Information

  • Gender Not Telling

Ostatnie wizyty

326 wyświetleń profilu
  1. Pokaż palcem w którym miejscu, proszę. Bo jestem tak niedospana, że od dwóch minut patrzę i się zastanawiam dlaczego uważasz za poprawne "gdzie go niech proszą"
  2. W opisie postaci pisałeś, że widać po nim siłkę i trochę rzeźby. A Phillipa oczy ma i potrafi ich używać jak widzi fajne ciało płci dowolnej, więc no... @Therek - oddaję mój post w sesji w hołdzie dla Twojego pokemona. Niech Ci duży rośnie i nie pcha więcej palców, gdzie go nie proszą
  3. Phillipa zmarszczyła brwi, gdy olśniewający uśmiechem i emanujący przyjacielskim nastawieniem do świata Kanagatucko podszedł do Wellbacka i jego dzielnej gwardii przybocznej. Czy dla kogoś oprócz niej ten uśmiech na śniadej twarzy chłopaka był grymasem iście niewłaściwym? Czy tylko według niej bardziej pasował do niego wyraz dosadnej powagi i surowej obojętności? Pinokio w końcu nie powinien udawać żywego chłopca, pomyślała cokolwiek złośliwie. - Jak oni zazwyczaj załatwiają te rytualne walki o dominację? - strzeliła kolejnym pytaniem w dziewczyny. - Wyłapują z nowych każdego wyrośniętego samca i pokazują mu gdzie jego miejsce w jakimś ciemnym kącie? Czy mają więcej kultury? - I kolejnym. I kolejnym. - Grają czysto przynajmniej? Z ciekawością czekała na reakcję dryblasów. Po Kanagatucko nie było tak widać godzin spędzonych na siłowni, ale też był wysoki i dobrze zbudowany. Mógł w ich oczach stanowić wyzwanie. A do tego miał te swoje śliczne, rozpuszczone włosy tak pięknie błyszczące w świetle jarzeniówek. I jeśli w neandertalczykach kryła się jakaś iskra poetyckiej, rasistowsko-homofobicznej duszy, powinni za moment złożyć serca u jego stóp.
  4. Powędrowała za spojrzeniem Emily i cóż… nie mogła się dziwić. - Ktoś? - Phillipa powędrowała za spojrzeniem Emily. - Charlie? - Upewniła się niepotrzebnie, bo w zasadzie nie mogła się dziewczynie dziwić. Uśmiechnęła się jakoś miękko, delikatnie. - No tak, Charlie jest łatwy do poznania.... - przyznała, ale urwała zanim zdążyła powiedzieć coś więcej, marszcząc brwi na ten mariaż rumieńca Emily i wyrazu twarzy Evelyn, z którego zniknęła na moment cała radość. Ah… więc to tak… Ale zaraz zauważyła na co patrzy jej nowa znajoma. I już nie była pewna czy dobrze odczytała sytuację. Popatrzyła po sylwetkach trzech dryblasów, po Olku, który przechodząc ostentacyjnie potrącił jednego z nich. Po Neilu, po Roxi, po siedzących w ich pobliżu uczniach. Odrzuciła gruby warkocz przez ramię, założyła nogę na nogę, oparła się wygodniej łokciem o stół. Nie próbowała nawet wyglądać na przestraszoną czy zmartwioną zaistniałą sytuacją - widziała prawdziwą twarz Olka, jad skapujący z zębów jego pasożyta, jęzor gruby jak jej przedramię i wiedziała, że gdyby chłopak zechciał mógłby odgryźć tym osiłkom głowy jednym kłapnięciem nieludzkiej paszczy. Widziała też Polaka na siłowni, widziała pracujące pod skórą mięśnie, widziała mocne barki, widziała jego siłę oraz wytrzymałość i doprawdy… - Kim oni są, Julia? - zapytała spokojnie, zdecydowana zaspokoić ciekawość i wyciągnąć z dziewczyn wszystkie informacje o niedorosłych samcach alfa. Bo może wisiało nad nimi widmo zawieszenia w prawach ucznia, a może mieli fory u któregoś z nauczycieli lub z kimś na pieńku, a może jakąś zdiagnozowaną słabość, może ustawionych rodziców lub inne czułe punkty. Zawsze dobrze było wiedzieć z kim ma się do czynienia i na jakie ruchy można sobie pozwolić.
  5. Spoko luz. Najpierw i tak trzeba opędzlować szkołę Więc to temat na za chwilę.
  6. Hę? Oraz - @Gatzky Phillipa będzie miała biznes do księcia w poniedziałek pomiędzy szkołą a ewentualnymi treningami/zajęciami. Jak już wrócą do Wieży. Znajdziecie z księciem miejsce w kalendarzu?
  7. @Nyx - kumpel mi podlinkował i no... I bal. I randka z Thorem. Tyle dobra http://why-i-love-comics.tumblr.com/post/168839894975/secret-wars-secret-love-1-squirrel-girl-wins @Paranormal - trafiło mi w łapy potencjalnie coś z portfolio Mist Może Ci podpasuje.
  8. No dobrze, może faktycznie, >faktycznie< zbyt dużo analizowała. Może faktycznie czasem za bardzo podchodziła do szkolnych znajomości jak do pewnego rodzaju gry, w której lubiła znać siłę i sposób ruchu poszczególnych pionków. To był ten rodzaj kontroli planszy, w której miała wprawę. Rodzice dobrze ją nauczyli podczas tych wszystkich oficjalnych przyjęć i imprez fundacji. Możliwe, że nauczyli ją zbyt dobrze, bo teraz ta chęć posiadania rozeznania w powiązaniach, przyjaźniach i animozjach była odruchowa i wskakiwała całym ciężarem imperatywu nabudowanego na latach oczekiwań na jej barki. No dobrze, może po prostu przestrzeliła rozmówczynię po prostu. Równie dobrze mogłaby zadać takie pytanie Charliemu. Zrozumiałby je pewnie tak samo jak Evelyn, tylko w przeciwieństwie do niej znalazłby sposób, żeby Phillipie wszystkich przedstawić z imienia, nazwiska i dziecinnego przydomku na dokładkę Tylko dla niej naturalne i oczywiste było, że pytała o kliki, kręgi przyjaźni, te wszystkie wypracowywane miesiącami towarzystwa wzajemnej adoracji. Kto z kim i dlaczego? Ten stolik, gdzie wszystkie dziewczyny ubrane były tak bardzo podobnie. I tamten, gdzie jeden z chłopaków wypychał pierś do przodu jak wielce zadowolony z siebie indor - czarne włosy, kwadratowy podbródek, muskulatura ciężko wypracowana na siłowni - istny Gaston z Pięknej i Bestii. Steven czy ktoś inny? Stolik przy których siedziały tylko dwie osoby, jak zadżumione, po przeciwnych jego końcach. A tam grupa, która kłóciła się o coś tak zażarcie, że nawet nie zwrócili uwagi na wejście i wyjście Wspaniałej Ósemki. Kto nadawał ton? Kto się dostosowywał? Gdzie pośród nimi wszystkimi była nisza, w której ona sama mogłaby uwić sobie wygodne gniazdo? Więc przedstawić całą szkołę? Nie. Zdecydowanie. Nie. Nie zdążyła skorygować, bo Evelyn już zadała pytanie i Phillipa nie potrafiła znaleźć gładkiego powrotu do poprzedniego tematu. Jak mogło podobać jej się w szkole? - Po kilku lekcjach i niecałej przerwie? Nie powiem “bardzo”, bo za mało czasu minęło, ale… - Zmarszczyła nos, wygięła usta w uśmiechu, rozłożyła bezradnie ręce. - Ale bardzo. To ekscytujące - przyznała. - Jak chyba każda taka zmiana. Nowe miejsce. Nowi ludzie. - Posłała prześliczny uśmiech chłopakowi, który wyglądał jakby nie mógł się zdecydować czy jej pierwszej napluć do jedzenia czy może wciąż siedzącemu na stołówce Charliemu. - Nowy start z nowego punktu. Poziom jest porównywalny do tego w mojej poprzedniej szkole, program trochę się rozbiega, ale nie na tyle, by stanowiło to istotny problem. A do tego wszystkiego zdaje się, że termin idealnie wstrzelił się w jedno z najważniejszych wydarzeń semestru. - Machnęła widelczykiem w kierunku jednego z plakatów balu. - Czego mogłabym chcieć więcej? - Uniosła brew w na wpół żartobliwym wyrazie. - Jest tu coś czego mogłabym jeszcze chcieć?
  9. - Dziękuję - odpowiedziała na zaproszenie. - Phillipa - dodała na użytek dwóch osób, które na pewno nie były w jej klasie. Siadając przy stoliku, z pewnym rozbawieniem musiała przyjąć możliwość, że zaczyna wyrabiać w sobie upodobanie do pewnego typu osób. Szczególnie, jeśli różowy uznać za odcień rudego. Evey. Charlie. Evelyn. Uśmiechnięci. Otwarci. Optymistyczni. Emanujący tym rodzajem entuzjazmu, który potrafi góry przenosić i tą jakąś wewnętrzną radością, której sama Phillipa w sobie po prostu nie miała. Co ją do nich ciągnęło? Chęć mimikry? Rozwijająca się tendencja do emocjonalnego pasożytnictwa? Czy po prostu fakt - przeczący zresztą wszelkim instynktom pchającym ją do ciągłej autoanalizy - że przerażająco łatwo było darzyć ich sympatią. Zerknęła na wychodzącą ze stołówki Eve, popatrzyła po wciąż siedzącej w pewnym oddaleniu od reszty Wspaniałej… Szóstce, odprowadziła wzrokiem wyglądającego dziwnie niewłaściwie z plastikową tacą w rękach księcia. Evelyn udawała, że nie widzi żadnej z tych rzeczy. Phillipa wzruszyła delikatnie ramionami i postanowiła tego słonia w salonie zdefiniować po swojemu zanim zrobi to ktoś inny. - Zróżnicowanie tempa przebiegu procesów asymilacyjnych. Studium na żywym przykładzie - podsumowała całą sytuację, uśmiechając się lekko do siedzącej obok dziewczyny. Bo i do tego chyba można było sprowadzić całą sprawę. Roxi, Neil czy Billy wyglądali na osoby, które potrzebowały więcej czasu, żeby wejść między ludzi. Gdyby chcieli Charlie i Eve wbiliby się w towarzystwo jak nóż w masło. Sama Phillipa zaś… Z jednej strony czuła potrzebę kontroli sytuacji, z drugiej nie chciała uzależnić się od Wspaniałej Ósemki, nie chciała zrosnąć się z nimi w metaforyczne syjamskie wielobliźnięta. Nie chciała być “jedną z”. Na bezpiecznym gruncie szkoły naprawdę chciała być tylko Phillipą. Ale tego głośno powiedzieć już nie mogła. Popatrzyła po siedzących na stołówce uczniach. Chris i panna Brook. Steven. Lilly z Clintem. Pan Morris i oczywiście bal. Wyłapywała sporo strzępów informacji, ale nie potrafiła dopasować ich do jakiejkolwiek twarzy. - Moglibyście przeprowadzić mi skrócony kurs kto jest kim? - zapytała z ciekawością. - Czy przy pierwszym lunchu takich pytań się nie zadaje?
  10. AVENGERS TOWER 8 PAŹDZIERNIK 2017 NIEDZIELA - W SAMO POŁUDNIE Posłuszna poleceniom Tigry i Jokasty z punktu medycznego poszła prosto do swojego pokoju. Zalecenia dorosłych zawsze były dla niej święte. Nawet gdy się z nimi nie zgadzała. Nawet gdy nie miała ochoty ich spełniać. Nawet gdy artykułowała głośno zastrzeżenia względem nich. Próbowała więc, naprawdę próbowała odpoczywać. Z książką na łóżku, z laptopem przy biurku, ze szklanką soku przy oknie. Próbowała, ale dwa poziomy nad nią rosło stalowe drzewo. Dlatego niecałą godzinę później - czując się jak młodociany kryminalista - wymknęła się z pokoju i niemal pobiegła do na drugi koniec korytarza. Zatrzymała się przed drzwiami Charliego. Już przebrana po treningu, gładko zaczesana i tylko wilgotne po kąpieli włosy spięte w ciężki węzeł na karku stanowiły odstępstwo od normy. Zakołysała się na palcach, przygryzła wargi i zapukała szybko, nagląco. - Charlie, czy to wciąż aktualne? - odezwała cicho nim skończył otwierać drzwi. - Zostaniesz moim mistrzem Jedi? - dopytała z cieniem uśmiechu na ustach, z pozorną lekkością. - Nauczysz mnie? Proszę? Charlie tymczasem przywitał Phillipę z szerokim uśmiechem i entuzjazmem wymalowanym na twarzy. Szybko zmieniło się to jednak gdy usłyszał pytanie dziewczyny. Chwycił się za serce i zachwiał jakby zaraz miał osunąć się na ziemię. Do tego wszystkiego oczywiście teatralna mina osoby dotkliwie zranionej, choć maska nie objęła oczu, w których ciągle płonęły radosne ogniki. - Droga Phillipo, ranisz mnie tym pytaniem. Czyż nie jest oczywiste, że me słowo jest niczym podpis złożony krwią? - Na koniec dotknął swego czoła wierzchem dłoni w dramatycznym geście. Wyglądało to trochę komicznie i w sumie nawet on nie utrzymał powagi zbyt długo, bo zaraz wrócił do swej normalnej, promieniującej entuzjazmem postawy. - Pytaniem nie jest czy cię nauczę. Pytanie czy ty jesteś gotowa się nauczyć, hmm? - poprawił też Phillipę. - To jak, teraz? - upewnił się jeszcze. Dziewczyna rozjaśniła się cała jakby ktoś za jej twarzą rozpalił małe słońce. - Teraz - stwierdziła stanowczo. - Teraz więc niech będzie! - Charlie skinął głową. - Daj mi tylko sekundkę i już idziemy - poprosił. Wycofał się w głąb pokoju, ale zostawił drzwi otwarte tak, że dziewczyna mogła zobaczyć jak najpierw chowa jakąś księgę o bogato zdobionej oprawie, którą pewnie czytał nim przyszła a potem uzupełnia swoją garderobę. Chyba wziął sobie przy tym do serca uwagę o byciu mistrzem Jedi bo na krótkie spodnie i koszulkę, które miał na sobie założył nic innego jak szlafrok na szatę Jedi właśnie stylizowany. Do tego adidasy na nogi i kilka drobiazgów zagarniętych ze stolika do kieszeni. Wyglądało, że to wszystko, ale w ostatniej chwili wrócił się jeszcze i zabrał opartą o łóżko pochwę z mieczem. - I gotowy - zapewnił wreszcie. - Idziemy więc! - zarządził, choć zawahał się po chwili. - Chociaż w sumie dokąd? Jakieś preferencje? Siądziemy w salonie? Bo siłownia… w sumie nie… Jak coś jest też kilka niezbyt używanych chyba pomieszczeń, gdzie można się spokojnie zaszyć i nikt by nie przeszkadzał - zaproponował. - Sala treningowa? - posunęła pomocnie. - Niezbyt używana i z pewnością nikt nie będzie nam tam przeszkadzał. - Sala treningowa… w sumie tak, to by było optymalne miejsce, ale… - Charlie zawahał się. - Nie jestem pewien czy wolno nam tam wbić bez nadzoru - zamyślił się. - No nic, sprawdzimy na miejscu - uznał jednak szybko. Nie ma co się w końcu przejmować problemem póki nie wie się czy on w ogóle istnieje. - To co, skrótem? - uśmiechnął się szelmowsko i wyciągnął dłoń ku koleżance. Tak, nie powinni przebywać na sali bez nadzoru. Nie mogli nawet. Dziewczyna zawahała się także. Na sekundę. Na dwie. Ale tam było drzewo, tu był Charlie, ona sama to zaproponowała i cóż… to było nowe, ekscytujące. I w tym dniu, w tym miejscu nie potrafiłaby się oprzeć okazji. Chwyciła chłodnymi palcami jego rękę. - Zdecydowanie skrótem. - Jak sobie życzysz - odparł chłopak. - W drogę zatem! I nim Phillipa miała czas się przygotować, pod ich stopami pojawił się świetlisty krąg, który natychmiast wciągnął ich do środka. Nie było przy tym uczucia swobodnego spadania, bardziej jak jazda w dół szybką windą. Zaraz jednak ich stopy znalazły oparcie na twardym gruncie i Phillipa mogła zobaczyć gdzie wylądowali. I gdziekolwiek to było, zdecydowanie nie przypominało żadnego zakamarka wieży Avengersów. Wątpliwe nawet byłoby owo miejsce miało coś wspólnego z Nowym Jorkiem. Oto bowiem wkoło rozciągało się skaliste pustkowie! Dziewczyna nie miała czasu przyjrzeć się szczegółom. Zdążyła tylko wychwycić zapach rozedrganego, zdającego się wibrować powietrza, bezgwiezdną kopułę nieba i horyzont rzeźbiony zarysami czerwonawych skał. - To jeszcze nie tutaj - usłyszała głos ciągle trzymającego ją za rękę Charliego. I dysk pod ich stopami pojawił się na nowo. Chwilę potem przywitał ich sterylny korytarz prowadzący do sali treningowej, której drzwi były zresztą o krok przed nimi. - I jak? - zapytał chłopak. - Podobało się? - zapytał, a jednocześnie podszedł do panelu przy drzwiach. Niestety gdy nacisnął przycisk otwierania, nic się nie stało. A przynajmniej nie z samymi drzwiami bo na wyświetlaczu zabłysły czerwone litery układające się w prosty przekaz “Access Restricted”. - Podobało? - Popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, wciąż stojąc w miejscu, w którym wygasł świetlisty krąg i mając wrażenie, że pod stopami czuje ostre kamienie pustkowia. - Charlie, to było niesamowite! Co to za miejsce? Zawsze stanowi dla ciebie stację przesiadkową? Zawsze trafiasz w ten sam punkt czy to losowe? Możesz tam zostać ile chcesz? >Gdzie< to jest w ogóle? Charlie pewnie spodziewał się, że jego pokaz zrobi odpowiednie wrażenie, ale i tak wyglądał na niezwykle z siebie zadowolonego widząc faktyczny efekt. - To było Limbo, choć nie to z tradycji chrześcijańskiej. To... po prostu inny wymiar - odparł swobodnie jakby mówił o pogodzie. - I tak, to moja, jak to ładnie ujęłaś, stacja przesiadkowa. To stąd właśnie to krótkie opóźnienie między moim zniknięciem a ponownym pojawieniem się. Trochę jak lot z Nowego Jorku do Waszyngtonu przez Tokio, ale hej, cokolwiek działa! - zaśmiał się. - Zostać tam mogę jeśli chcę, ale trzeba uważać bo Limbo to dom wielu demonów. Nie powinny chcieć mnie atakować, ale... no jeśli ich władcy nie ma akurat w pobliżu to niektóre potrafią być wredne. Nie wszystkie, ale jednak. Jak ludzie, nie? Miała naprawdę dziwny wyraz twarzy, gdy splotła ręce za plecami i przyglądała mu się z lekko przechyloną głową. - Wiesz... jeszcze dwa dni temu najbardziej niezwykłym zjawiskiem w moim życiu był wujek potrafiący przygiąć kciuk do przedramienia. A teraz mówisz o rzeczach… - potrząsnęła głową nie potrafiąc wyraźnie znaleźć słów. - Potrafisz w ogóle wyobrazić sobie jak ogromny dystans dzieli mój świat od twojego? To, co dla ciebie jest normalne, dla mnie… Nawet nie potrafię tego nazwać. - A jednak i ty, i ja i cała reszta wylądowaliśmy w jednym i tym samym miejscu - zauważył chłopak wzruszając ramionami. - Wygląda na to, że nagle wszystkie te światy zlały się w jeden. A może zawsze nim były? Hmm... Ciekawa myśl, nie? - Mrugnął do niej. - Jak więc myślisz, co jest za drzwiami? - zapukał w pancerne wrota. - Inny świat, który jest dla nas niedostępny? Czy może kawałek naszego i tylko trzeba znaleźć dobrą drogę do środka? - Och, zdecydowanie kawałek naszego. Musi być nasz, bo inaczej nie mamy tu czego szukać. - Błysnęły jej oczy do niego iskrą przekory, tym zaproszeniem do psoty, które w piątek mogła w nich zobaczyć Eve. I zdecydowanie nie była to ta sama Phillipa, która trzęsła się z nerwów przed treningiem czy uprzejma, zdystansowana Phillipa z piątkowego wieczoru i sobotniego poranka. - Wstydem byłoby teraz zawrócić. Prawda, mistrzu? - Słusznie. Chociaż… swojemu mistrzowi obiecałem, że nie dam się za szybko wyrzucić. To oznacza, że muszę wytrwać przynajmniej tydzień… chyba to się kwalifikuje pod “nie za szybko” - Charlie zamyślił się przez chwilę. - Ale jak kogoś zapytamy to chyba dadzą autoryzację, nie? Raczej nie powinni chcieć osobiście czuwać nad nami cały czas. Jak myślisz? - Charlie… Wyrzucić? Ciebie? - Jej zdziwienie nie było udawane. - Przecież jesteś niesamowity! To co umiesz jest niesamowite - poprawiła się od razu. - A po tym co pokazałeś na treningu? Nigdy cię nie wyrzucą. Poza tym… - Zawahała się, przymarszczyła rude brwi. - Nie chcę mieszać w to nauczycieli - przyznała szczerze. - Nie chcę, żeby podglądali nas przez monitoring. Nie chcę, żeby się wtrącali. Nie chcę, żeby nas analizowali. Chciałabym, żeby to było moje, rozumiesz? Nasze. Nie ich. I kolejnym razem, na kolejnym treningu chcę wygrać, chcę żeby druga grupa nie miała z nami szansy. I wiesz… chcę zaskoczyć nie tylko ich, ale też dorosłych. Charlie zagryzł wargę. Na jego twarzy widać było rzadki wyraz niepewności ale jego bitwa z myślami nie trwała długo. - To dla ciebie ważne, co? - zapytał retorycznie widząc determinację dziewczyny. - Cóż, w takim wypadku chyba nie mam wyjścia. Podobno bohaterstwo polega na pomaganiu innym a to będzie właśnie to, prawda? - promienny uśmiech powrócił na jego usta. - W sumie… tata zawsze mówił, że kobiecie w potrzebie odmawiać nie należy. Ustalone zatem! - znów wyciągnął dłoń ku dziewczynie. Kolejny dysk, przebłysk obcego świata gdzieś w międzyczasie i znów powrót do rzeczywistości już po drugiej stronie drzwi. - Lucy, I’m home! - zawołał natychmiast Charlie i nadstawił ucho nasłuchując. - Czysto! - uznał po chwili nie słysząc żadnej odpowiedzi. - I niech się stanie światłość - mruknęła, wyciągając z kieszeni spodni niewielką latarkę i oświetliła jeden z paneli kontrolnych. - Nie jestem jednak pewna czy chcę dotykać ustawień sali. Przynajmniej dziś. Co dalej? - Przesunęła strumień światła oświetlając chłopaka oraz pokrzywiony kontur stalowego drzewa za jego plecami. - Jest! Jeszcze jest! - stwierdziła z zachwytem. - Popatrz, jeszcze go nie zniszczyli! Charlie wyciągnął przed siebie dłoń a z jego ust popłynął strumień dziwnych słów. Jakby na zawołanie, nad drzewem pojawiła się kulka światła, która choć nie dawała rady rozświetlić całej sali to jednak znacznie lepiej ujawniła cały majestat metalowego tworu. Chłopak zaczął mu się przyglądać z wyraźnym zainteresowaniem. - Ano jest. W czasie treningu byłem trochę zajęty byciem… no... przygniecionym. Nawet nie zauważyłem skąd się to wzięło. Zakładam więc, że to twoja robota, tak? Robi wrażenie - przyznał Charlie. - To twoja moc? Nauczona czy wrodzona? - zainteresował się. - Wygląda jak manipulacja metalem, ale… to coś szerszego, tak? Bo Hex. Brzmi jak coś z magią. Podobnie jak Arcan - uśmiechnął się. Podbiegła do pnia, przesunęła po nim palcami, próbując wyczuć od niego wibracje materii. Popatrzyła na chłopaka przez ramię, oddała uśmiech. - Kilka lat temu zaczęły się… zdarzać wypadki - odpowiedziała dziwiąc się sama jak łatwo jej to przychodziło. Przynajmniej tu i teraz. - Co jakiś czas coś się zmieniało. Niewielkie rzeczy. Zazwyczaj drobiazgi. Więc sądzę, że to wrodzone, bo nic niecodziennego mi się nie przytrafiło. Chyba, że magia potrafi być intuicyjna i podświadoma oraz może po prostu się… dziać. - Obróciła się do niego, oparła plecami o szorstko-gładki pień. - Znasz opowieść o słoniu i czterech hinduskich ślepcach? Pierwszy ślepiec dotknął nogi słonia i powiedział, że jest jak drzewo. Drugi dotknął ucha i powiedział, że jest jak liść. Trzeci dotknął ogona i stwierdził, że to lina. Czwarty w końcu chwycił za trąbę, która zdała mu się wężem. I to trochę jak ja, Charlie Nigdy nie widziałam słonia. - Poklepała poskręcany metal. - Wiem, że to jest jego noga. Kiedyś widziałam też trąbę i kawałek ucha. Ale to fragmenty, których nie wywołałam sama, które właśnie po prostu się wydarzyły. Drzewa też nie zrobiłam specjalnie. To tylko Słoń tupnął. - Zmarszczyła nos, przygryzła wargi. - I nie udało mi się zdobyć nad nim żadnej kontroli - przyznała niechętnie. Charlie, przysiadł sobie na ziemi i nie przerywał Phillipie gdy opowiadała o swych doświadczeniach. - Magia bywa różna. Różnie się też objawia i różnie można ją wykorzystywać. Niektórzy mają ją w sobie całe życie i podświadomie wykorzystują część tego potencjału nieświadomi, że go mają. U innych potencjał jest, ale trzeba go odblokować by mogli coś z nim zrobić. Jeszcze inni rodzą się bez potencjału, ale otoczenie czy jakieś niezwykłe wydarzenie mogą wszystko zmienić. Sam sposób tego jak się z owej magii potem korzysta może się różnić. - Podrapał się po głowie. - Dlatego pytałaś o moje zdolności? Chcesz się nauczyć kontroli, tak? - Muszę się tego nauczyć - poprawiła go cicho. - Muszę się nauczyć >czegokolwiek<, ale sama nie dam rady. I muszę to zrobić szybko, bo mam mocne przekonanie, że dyrektor Pym nie jest zachwycony moją obecnością tutaj. Charlie szybko pokręcił głową. - Nie, nie i jeszcze raz nie. To tak nie działa - zganił ją. - Magia czy jakakolwiek moc, którą ktoś posiada, nie słucha Pyma. Słucha tego, do kogo należy i to ta osoba tylko może nad tym zapanować… albo może dać mocy zapanować nad sobą, ale to inna kwestia. Tak czy inaczej wola to właśnie pierwszy składnik kontroli… no dobra, nie pierwszy tylko drugi bardziej. Ale ciągle możliwe, że najważniejszy - wyjaśnił też zaraz. - Musisz więc chcieć tego sama. Powód to już twoja sprawa, ale chęć musi wypływać z ciebie - wskazał na nią palcem. - Łapiesz to? - Poczekaj. - Popatrzyła na niego spod rzęs, ściągając lekko wargi.- Twierdzisz, że wola to drugi składnik kontroli, ale w twojej ocenie najważniejszy. Dobrze. Ale wola czego? Samej zmiany? Samej magii lub mocy? Nie ma różnicy w sposobie sprawowania kontroli nad mocą i magią jako taką? - No… jak tak myślę to może nie ze wszystkimi mocami jakie można spotkać jest to tak samo ważne, ale moje osobiste doświadczenia jednak by to potwierdzały - odparł po chwili namysłu. - Siła woli jest mentalnym odpowiednikiem siły i wytrzymałości mięśni. Jeśli więc jest jakiś element mentalny w danej mocy to często twoja czysta psychiczna wolna może być tym co decyduje ile jesteś w stanie osiągnąć. Choć nie tylko to się liczy. Bo wiesz, wiele mocy obciąża też ciało. Magia też potrafi. No i… wychodzi, że ciało też warto mieć sprawne, nie? Nagle ten godzinny trening, który mamy odstawiać nie jest takim głupim pomysłem, prawda? No... ale jednak to siła woli decyduje czasem ile osiągniesz. Tak. To takie mocne uproszczenie, wiesz…. ale jednak tak właśnie jest - zakończył ten fragment wykładu trochę koślawo. Brzmiał jednak na kogoś przekonanego, że to co mówi ma sens. - No ale słusznie zapytałaś jeszcze o to czego wola jest potrzebna. Dobre pytanie bo pozwala mi przejść do punktu pierwszego, który radośnie ominęliśmy. Bo pierwszym składnikiem, poza oczywiście posiadaniem mocy lub innego talentu, jest świadomość tego, co chcemy osiągnąć. Taka… wizualizacja, o! - pstryknął palcami zadowolony, że znalazł dobre słowo. - Zanim cokolwiek zrobisz musisz sama sobie odpowiedzieć co w ogóle chcesz osiągnąć. W moim wypadku jest to wyobrażenie sobie dokąd w ogóle chcę się przenieść. Albo stworzenie w myślach obrazu, którego iluzję chcę przywołać. To właśnie pierwszy krok. I też ważny, wiesz? Bo im lepiej wiesz co dokładnie chcesz osiągnąć, tym łatwiej to zrobić. A przede wszystkim łatwiej zrobić to bezpiecznie. Domyślasz się czemu? - zapytał. Popatrzyła na niego jakoś tak koso, jakby chciała burknąć “jasne, że tak, nie jestem głupia”. Ale nie burknęła. Westchnęła tylko jakoś tak bezradnie. - Domyślam. Bo to jak rzucanie nożem na ślepo. Tylko mówisz o tym tak jakby wystarczyło znać cel. Wizualizujesz sobie źródło światła. - Wskazała podbródkiem ku strzępowi jasności zawieszonemu w powietrzu. - I to wystarczy? Nie musisz wiedzieć >jak< to działa? Jaka jest… “fizyka” tego, co robisz? Co dokładnie zmieniasz i jak? - Jesteś pewna, że twoją ukrytą mocą nie jest zadawanie trafnych pytań? - odparł radośnie Charlie. - Bo to ostatnie jest zdecydowanie dobre. I trudne. Znaczy… ciężko mi jednoznacznie powiedzieć. Są przypadki, że nadmierna dokładność pomaga lub przeszkadza. To… chyba zależy od mocy o jakiej mowa. Ale i od osoby i jego podejścia. Ciężko tu dobrze ubrać w słowa, wiesz? - znów przybrał na twarzy wyraz głębokiej zadumy. - W sumie wiem, punkt trzeci, to wyjaśni może trochę. Albo utrudni. Bo widzisz, trzecim jak dla mnie elementem, który pozwala zrobić z naszymi mocami to co chcemy to wiara. Wiara, że to co chcemy nam się uda. Możesz mieć potężną moc, możesz dokładnie wiedzieć co chcesz osiągnąć i mieć wolę ze stali… ale jeśli głęboko w sobie nie wierzysz, że ci się uda to masz znakomitą szansę, że tak właśnie będzie - zawahał się na chwile. - Ej, w sumie dopiero do mnie dotarło - palnął się dłonią w czoło. - Wizualizacja, Wola, Wiara. Zasada WWW. Zaklepuję na to znak handlowy! - oznajmił wyraźnie z siebie zadowolony. - Emm… i na czym to skończyłem? - dodał po chwili trochę zbity z tropu własną dygresją. - Jak przekuć tą pięknie brzmiącą w teorii zasadę potrójnego “W” na twardą praktykę życia codziennego - mruknęła delikatnie rozbawiona jednakowo dygresją chłopaka jak jego entuzjazmem mającym siłę i impet rozpędzonego pociągu. - Jak to jak? - zdziwił się wyraźnie Charlie. - Po prostu to zrobić! - odparł bezczelnie. - Rób albo nie rób, nie ma próbowania - zacytował klasyka zmieniając nawet głos na odpowiednio skrzeczący. - No… bo teraz to już kwestia znalezienia metody, która będzie ci odpowiadała a potem ćwiczenie, ćwiczenie i ćwiczenie. Praktyka czyni mistrza, tak mi zawsze mówili - wzruszył ramionami. - Hmm? - zerknął na trzymany na kolanach miecz. - Coś konkretniejszego? No dobra… - zamyślił się. - Słoń! - oznajmił nagle. - Próbowałaś to robić na słonia? - zapytał. Uniosła wysoko brwi. - Trąbą wciągać orzeszka? - Co? - zdziwił się - Eeee… nie. Znaczy… - podrapał się po głowie - Jeśli trzeba to i tak. Bo sama wspomniałaś, że to drzewo… że słoń tupnął. To… może być twój wyzwalacz. Albo coś innego, byle by znajomego i… nie wiem, bliskiego ci? Uh… jakby to… - znów się skołował. - To jak z moimi zaklęciami. Znaczy one i tak wymagają słów, ale inkantacja pomaga w skupieniu mocy na tym co chcę osiągnąć i kiedy. Znaczy ostatnia głoska zaklęcia to moment uwolnienia jego mocy. To działa już trochę podświadomie, odruchowo. Nie wiem czy twoja moc odpowiada na inkantacje, ale skoro robiłaś już coś bez nich to może lepsze będzie coś bardziej… plastycznego. Np. słoń tupiący w ziemię. I… w sumie to może pozwolić przekroczyć barierę wiary. Nawet jeśli nie do końca jesteś jeszcze pewna, że coś możesz zrobić bezpośrednio to… może słoń może? Jeśli… no chcesz podnieść orzeszka z ziemi to może po prostu twój słoń musi to zrobić swoją trąbą? No wiesz, w ramach wizualizacji. To może mieć sens… - stwierdził zadowolony. Zaraz jednak na jego twarzy pojawił się wyraz wątpliwości. - Chociaż na dłuższą metę może cię to ograniczyć. Możesz mieć problem ze zrobieniem czegoś bez takiej wizualizacji. A to co będzie umiał zrobić słoń, może cię wtedy limitować. Nie wiem… - westchnął. - Jestem początkującym mistrzem, ok? - rozłożył ręce w wyrazie bezradności. - Nie - powiedziała wolno. - W tym może coś być. - Oderwała się od pnia, popatrzyła krytycznie na pogiętą, przemienioną stal. - Tylko wtedy, gdy podłoga morfowała… nie wiem jak to określić… Czułam to w jakiś sposób. Byłam tego procesu świadoma i miałam za co chwycić. Nie udało mi się zmienić kierunku, ale potrafiłam to złapać. Teraz popatrz na to… - splotła ramiona na piersi, zmarszczyła piegowaty nos. - Martwa natura z połamaną gałęzią. Nie czuję nic. Nie czuję, że mam broń w dłoni, spust pod palcem. To co mówisz ma sens, Charlie, ale jest abstrakcyjne, oderwane. Równie dobrze mogłabym chcieć, żeby księżyc zrobił się zielony - popatrzyła na niego jakoś prosząco. - Jakby napełnić głowice wszystkich głowic nuklearnych zieloną farbą i wystrzelić to w kierunku księżyca to pewnie dało by radę - stwierdził Charlie - Trzeba myśleć w kategoriach możliwości. Ale tak, to jest takie abstrakcyjne. Wymaga odrzucenia wielu rzeczy, które uważało się za stałe pewniki. Mój tata to w sumie fajny przykład. Poza tym, że sam jest super fajny. Potrafi się przemieniać w zwierzęta. Od małej myszy po wielkiego słonia. Ale myślisz, że przejmuje się przy tym takimi drobiazgami jak zachowanie masy? - Charlie wyszczerzył zęby. - Jak go kiedyś o to zapytałem to wzruszył ramionami i stwierdził “A po co mi jakieś zachowanie masy? Tylko by przeszkadzało”. W sumie więc to chyba dobra rada też - olśniło go. - Nie pozwól by takie drobiazgi jak rzeczywistość przeszkadzały ci w osiągnięciu tego co potrzebujesz. Odrzuć rzeczywistość, którą ktoś ci narzuca i zastąp ją własną. Na przykład taką, gdzie metalowe drzewa wyrastające z podłogi na twoją komendę są całkiem na porządku dziennym. - Zamyślił się sam nad tymi słowami i z zadowoleniem pokiwał głową. - Tak, to nawet brzmi jak mądrości starego mistrza - uznał. Rzuciła mu kose spojrzenie. Miała tak wiele pytań. O Limbo, demony. O jego magię, jego rodzinę, umiejętności jego ojca. Cisnęły się jej w usta spienioną falą niepotrzebnych teraz słów. Wyłuskała jedno z nich. - Odrzuć rzeczywistość. Droga jest celem. Wiesz, że to brzmi bardzo zen? Jesteś buddystą? - Nie, jestem Charlie - odparł po prostu z szerokim uśmiechem. - Ot cały sekret. Może coś z buddysty też we mnie jest, nie wiem. Czy droga jest celem? Może… jeśli akurat tak uznam. Ale nie musi. - Gdyby ktoś za twoimi plecami otwarł portal do Limbo wyczułbyś to? To rozerwanie przestrzeni? Albo gdybyś zamknął oczy? Czułbyś, że twoja iluzja dalej istnieje koło ciebie? Charlie zamyślił się. - Pełnoprawny portal, faktyczne dwustronne? Może… nie próbowałem. Bardzo możliwe - uznał. - A swoje zaklęcia wyczuwam, tak. Muszę się na nich skupiać by podtrzymać ich formę. Nie ogarnąłem jeszcze takich, które są bardziej permanentne. Na przykład iluzje… w sumie nie jestem w stanie osiągnąć nic na zasięg większy niż wyciągnięta dłoń i czy większego niż kilkanaście, kilkadziesiąt centymetrów - przyznał. - Ale są osoby, które potrafią stworzyć dla siebie zupełnie nowy wygląd i podtrzymywać takie zaklęcie cały dzień prawie bez myślenia o tym. Jak mówiłem, kwestia praktyki w dużej mierze. - Spojrzał z namysłem na Phillipę. - A co u ciebie zbroił jeszcze słoń poza tupaniem w ziemię, od którego drzewa wyrastają? - zainteresował się ze swojej strony. - W sumie ekolodzy pewnie byliby zachwyceni jakby takiego słonika dorwali - uznał. - Mhmm… Niewiele by im dał. Słoń to zwierzę kapryśne i chaotyczne. Machnie trąbą i zamieni kolor wszystkich ubrań z czystego jedwabiu na zielony. Poruszy uchem i w salonie pojawi się miejsce, gdzie grawitacja nie działała jak powinna. Krzew zmieni w wodę, długopis w coś, co może w jakimś innym świecie byłoby czymś organicznym. Porcelanowa zastawa zacznie działać jak magnes, gdy poruszy ogonem. Nigdy jednak nie pojawiło się nic tak dużego jak to. - Pogładziła chropowatą powierzchnię pnia długimi palcami, prawie z czułością przeciągnęła po rysach i załamaniach, które kiedyś były łączeniem stalowych płyt. - Ale nigdy też nie byłam tak zestresowana jak dzisiaj rano - przyznała uczciwie. - Na stresie lepiej nie polegać, ale przynajmniej pokazuje ci to na ile cię stać, no nie? - zauważył Charlie wstając wreszcie z podłogi i przeciągając się. Wolnym krokiem też podszedł do metalowego pnia i stanąwszy obok Phillipy, zadarł głowę w górę by spojrzeć na najwyższe gałęzie. - To co, chcesz spróbować? W końcu nie na darmo chyba “zaklepaliśmy” salę treningową - stwierdził nagle i zerknął z ukosa na dziewczynę. - Obiecuję, że jeśli będzie potrzeba cię ogłuszyć to potem zabiorę cię prosto do ambulatorium i nie będę ci palców wkładał do ust - stwierdził z szerokim uśmiechem. Skrzywiła się na samo wspomnienie, wstrząsnęła z odrazą, ale na resztę pokiwała głową. - Jeśli będzie trzeba, zrób to - zgodziła się, rozgrzeszając od razu chłopaka z potencjalnej przemocy fizycznej. Charlie wyciągnął coś z kieszeni szlafroka. Okazało się, że miał tam swoją komórkę oraz przenośny głośniczek najwyraźniej z nią sparowany. Gdy bowiem wybrał coś na ekranie smartphona, z drugiego urządzenia zaczęły dochodzić pierwsze nuty muzyki. Charlie z wyraźnym zapałem zaczął nucić słowa gdy nadszedł refren. Dare, dare to believe you can survive You hold the future in your hand Dare, dare to keep all of your dreams alive It's time to take a stand And you can win, if you dare - Ramotka, Charlie? - błysnęła zębami w wesołym uśmiechu, ale oczy miała poważne, skupione. - Żadnej muzyki krain zewnętrznych? Ambientu prosto z Limbo? Bluesa z alternatywnego świata? - Nope, co jak co, ale Ziemia wymiata jeśli o dobrą muzykę chodzi - stwierdził wyjątkowo pewny siebie chłopak. Phillipa położyła dłonie płasko na chłodnym pniu, przechyliła głowę jakby czegoś nasłuchiwała, próbując znaleźć tą rozwibrowaną nutę, którą słyszała na treningu. - Do potrójnego “W” dorzuciłabym jeszcze jedno - mruknęła miękko, zamykając oczy. - Więź. Wyczucie. Wibracje. Wrażenie. - To już będzie razem ze siedem W. Ale spoko, jak coś to udzielam licencji na rozwój definicji na własne potrzeby - zapewnił Charlie, jak zwykle wspaniałomyślny. Długo stała w bezruchu. Spięta, sama wibrująca napięciem i koncentracją, która odsunęła gdzieś na bok, do innego porządku rzeczywistości wieżę, salę, świetlną kulę i samego Charliego. Nie działo się nic. Można byłoby oprawić Phillipę w ramę i byłby z tego statyczny obraz przedstawiający człowieka przegrywającego z biernym oporem materii. “Obiekt nieporuszony i niepocieszony poruszyciel” pędzla mistrza Arcana. Nie działo się nic. Charlie w tym czasie jakby zupełnie przestał się interesować dziewczyną, zostawiając ją samą sobie. Nie pouczał, nie przyglądał się. Zamiast tego po prostu wyciągnął swój miecz i odszedł na bok by poćwiczyć postawy. Od czasu do czasu wydawał się mruczeć coś pod nosem jakby z kimś rozmawiał, ale na tyle cicho, że Phillipa mogła go zupełnie zignorować. Dopiero długie minuty później jedna z gałęzi przygięła się ku ziemi z jękiem, w przeciągłym dźwiękiem rozciągniętym gdzieś pomiędzy zgrzytem metalu i szorstkim odgłosem skóry trącej o skórę. Potem drgnęła kolejna. I kolejna. I kolejna. Dziewczyna mogła wyglądać jakby cały świat przestał dla niej istnieć, ale drzewo poruszało się w rytm muzyki puszczonej przez Charliego. Palce Phillipy zanurzyły się w pniu, dookoła nich metal falował jak woda. I kolejna. Kolejna. Powoli. Nieśpiesznie. Opornie. Z trudem. Tu trąba. Tu uszy. Kolejna. Zwinięte spirale oczu. Ogon. Grzbiet jak łagodne wzgórze, jak kopuła splątanych węży. Kolejna. I tylko “serce” tworzyło prosty, klarowny, ascetyczny kształt uwięziony w środku groteskowej formy. W końcu jednak Phillipa napięła wszystkie mięśnie, zaparła się mocniej stopami o podłogę i wyrwała dłonie z tego, co niedawno było drzewem, szarpnęła rozrzucając ręce na boki, rozrywając pień na cztery kolumny nóg. Kończąc kształt, który był słoniem. Słoniem już nie do końca ze stali. Słoniem jeszcze nie do końca z ciała. Słoniem z chityny, słoniem z wężowych łusek i chropowatej kory. Ażurową atrapą słonia wyrwaną nie z logiki realnego świata, ale z logiki snu. Siadła na podłodze w pozbawiony gracji sposób kogoś śmiertelnie zmęczonego. Sekundę później położyła się na podłodze na plecach i przykryła przedramieniem oczy. Usta miała wygięte łukiem przedziwnego uśmiechu i wcale nie płakała. Ot, po prostu trochę słonej wody płynęło z jej oczu, nikło we włosach. Muzyka Charliego umilkła gdzieś w międzyczasie. Sam chłopak tymczasem stanął obok leżącej koleżanki kiwając głową w wyrazie uznania przyglądał się nowemu dziełu, które powstało na miejscu drzewa. - You got the touch! You got the power! - zanucił sam już bez podkładu, przenosząc spojrzenie na twarz dziewczyny. - Ej ej ej, ale co to ma być? Łzy? Potem będzie, że Charlie bierze gdzieś dziewczynę a ta wraca zapłakana. Wiesz jaki to kiepski PR? - zwrócił jej uwagę, ale nie przestawał sam się uśmiechać. - Kiepski? - prychnęła zdławionym głosem. - Toż zapłakana była, bo zapewne się musiała z tym słynnym Charliem rozstać. To smutek i żałość rozłąki. Widzisz? Wszystko może być dobrym PR, trzeba to tylko dobrze rozegrać. - Widać potrzebuję porządnego speca od PRu. Niemniej dobra robota - dodał chwilę później i wyciągnął smartfon by zrobić słoniowi zdjęcie. - W sumie… - zawahał się po zrobieniu kilku fotek. - Stań tam przy nim. To twoje dzieło więc trzeba cię uwiecznić razem z nim. By zawsze przypominał ci co potrafisz - stwierdził Charlie. - Nie byłoby Słonia bez ciebie, Charlie - powiedziała poważnie. - Więc albo z tobą, albo tylko ty - podsumowała sprawę, wyciągając rękę, żeby przejąć telefon i obfotografować pośredniego twórcę i bezpośrednie tworzywo. - Wspólne zatem - wybrał Charlie. - Sam też bym czegoś takiego nie zmontował - zauważył. Zamiast więc dać aparat Phillipie, odszedł jeszcze kawałek i by ustawić go jakoś sensownie na ziemi. - Ustaw się już - poprosił dziewczynę. - A ty potrzymaj, co Astrid? - dodał po chwili do… miecza? Ułożył jednocześnie broń na ziemi i wykorzystał ją jako formę podstawki. Chwilę mu to zajęło bo jeszcze stwierdził, że musi przesunąć wyczarowane przez siebie źródło światła tak by uzyskać lepszy efekt i… - Gotowa? - upewnił podnosząc wzrok na Phillipę i szykując samowyzwalacz. Pokiwała energicznie głową. - Gotowa. - I zaraz dopytała. - Astrid? Jak Astrid Cleve? Czemu akurat to imię? - Bo tak ma na imię - stwierdził oczywistą oczywistość i zerwał się na równe nogi. Przez sekundę czy dwie upewniał się jeszcze czy wszystko jest dobrze ustawione ale zaraz podbiegł do Phillipy i objął ją ramieniem. - Uśmiech! - zarządził. Spięła się pod jego ręką. Rozluźniła. Oddała uścisk. Odgłos migawki ogłosił, że zdjęcie gotowe. Pstryk! Co zapamięta kamera? Co zostanie na zdjęciu? Źródło ciepłego blasku wycinające z ciemnej sali krąg światła, wykreślające zmyślne arabeski światłocieni. Splątana w kształt zwierzęcia forma, kłębowisko cierni i bezlistnych gałęzi, połyskliwe jak skrzydła wielkiego żuka. Dwie rude czupryny. Jedna dziko rozczochrana, jakby nigdy nie dotknął jej grzebień; druga zaczesana gładko. I dwa szerokie uśmiechy. Jeden chłopaka, wydający się tak naturalny jak widok słońca na niebie. Drugi zaś dziewczyny, w którym szalona radość wciąż miesza się z niedowierzaniem.
  11. Tupała przy tym nogami i zawijała ogonem?
  12. Ty, zawinęła się ze stołówki w ogóle czy do Phillipy? @Aruna @Aquaman - bo przy stoliku drużyny rozmowa leci, ja czekam na reakcję BNów. Czekać dalej czy choćby coś w dwóch zdaniach rzucicie?