manfret

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    430
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O manfret

  • Ranga
    Gracz wielce dzielny
  • Urodziny 10.07.1991

Profile Information

  • Gender Male

Ostatnie wizyty

2028 wyświetleń profilu
  1. ******* Cesarzowa, jak i cesarz, z uwagą słuchali twoich słów. O ile na twarzy samca nie pojawiła się jakakolwiek oznaka zainteresowania, jego usta były nieruchome od samego początku, tak widać było, że władczyni tego miasta słucha ciebie z wielką uwagą. Jej głowa co jakiś czas poruszała się, kiwała nią na znak zrozumienia twych słów, a gdy wspomniałaś o tym, że masz nadzieję iż nie wyszłaś na potwora po prostu się uśmiechnęła. Tak normalnie. Poczułaś jak dłoń cesarzowej dotyka twego ramienia. - Moja droga, proszę cię. Powstań. Nie ma potrzeby tak długo klękać, zresztą to nie zdrowe. Pragnę przede wszystkim poznać naszego gościa. Wiem, że okoliczności są takie jakie są, ale ja nie gryzę. Przeważnie, dopóki ktoś mnie mocno nie zdenerwuje - perlisty chichot zabrzmiał w sali tronowej. Powstałaś, a chwilę później to samo zrobiła dwójka elfów, którzy przybyli z tobą. Aenteres wyglądał na rozluźnionego, ale nadal stał wyprostowany przy swej Pani. Neve Erubadriehl zaś wpatrywała się w posągi zdobiące salę. Jej Wysokość kontynuowała przemowę. - Cóż... jeżeli chodzi o to co mówiła o tobie matrona Erubadriehl to mówiła, że jesteś osobą o wielkiej mocy i tak też z pewnością jest, prawda? Jedyne co różni się od jej opisu to twój wygląd. Wyglądasz na kogoś z powierzchni... Naprawdę, wasze społeczeństwo ma wiele ciekawych istot o potężnej mocy. Patrząc na Ciebie... - zaczęła cię lustrować - Jesteś Kitsune, prawda?! Tak, zdradza to twój ogon i uszy. Doprawdy, interesujący demon ci się trafił, matrono Erubadriehl - powiedziała z podziwem, kiwając głową. - Rzadki, bardzo rzadki w tych stronach. Co o niej sądzisz kochanie? - spytała się stojącego obok niej osobnika. On również przyglądał się Tobie wnikliwie. - Umieściłbym ją... tak obok Selvetarma - powiedział po chwili zastanowienia. Aenteres cicho zagwizdał, a Neve spojrzała na ciebie z mieszaniną emocji. - Aż tak? - Cesarzowa wykazała zaciekawienie. - Nie jest potężna jak na nasze standardy. Ale wyczuwam moce, które sprawiają, że wielu będzie musiało na nią uważać. Jest... beztroska, ale stać ją na wiele. Tylko czy potrafi okiełznać to? Czułaś jak Cesarz cały czas ciebie obserwuje. Czułaś jak nagle cała czwórka się tobie przypatruje. - No, ale po coś się tu spotkałyśmy, prawda? Widzisz... to nie jest prosta sprawa. Od pewnego czasu... - Ona nie należy do ciebie. Po tym zdaniu zapadła głucha cisza. Matrona Neve Erubadriehl nie wpatrywała się już w posągi czy inne obrazy. Tym razem hardo wpatrywała się w Cesarzową. Nie widziałaś tego, ale czułaś, że jej oczy, ukryte za maską, powoli zmieniają "kąt patrzenia". Z ciebie przechodzą na matronę. Twa "właścicielka" miała zaciśnięte pięści i spojrzeniem rzuciła wyzwanie Cesarzowej. - Ona nie należy do ciebie. Należy do mnie. Jeżeli chcesz ją prosić o pomoc to najpierw spytaj się mnie. Ja ją tu sprowadziłam i należy do mnie. A tobie jej nie dam. Kobieta ukryta za maską tylko się uśmiechnęła. Wyciągnęła swoją dłoń by chwycić delikatnie twoją, ale tym razem rozległ się dźwięk uderzenia. Matrona trąciła jej rękę, gdy ta chciała chwycić twoją. - Nie drażnij się ze mną... Pani - wyszeptała. Dźwięk ten można porównać do cichego warknięcia jaki wydaje pies, gdy ostrzega po raz pierwszy. Ale na cesarzowej nie zrobiło to wrażenia. Cały czas się uśmiechała. Aenteres wyglądał jakby do końca nie wiedział co zrobić patrzył to na jedną to na drugą kobietę, a Cesarz....po prostu stał. Rozluźniony. - Moja droga matrono Erubadriehl. Wiem, że obecna tu Lady Laura Valentine Astaroth Maplefall jest twoim gościem, ale zrozum, że obecne czasy wymagają poświęceń. A ja głęboko wierzę, że twa... Lady, pomoże nam uporać się z trapiącymi nas problemami - słychać było, że mimo zachowania matrony Cesarzowa nadal zachowuje spokój. - Dlatego proszę cię o oddanie jej pod moją opiekę. Dla Neve Erubadriehl to było za dużo. Ku twemu zaskoczeniu zrobiła krok i stanęła między tobą, a nią. Kobiety stały twarzą w twarz. - Jak zawsze, prawda? Wasza Wysokość... Zawsze musisz brać wszystko ode mnie! Czemu więc nie powiesz, że chcesz mnie upokorzyć, jak to zawsze robisz?! - Neve prawie wykrzyczała te słowa w złości. Jednak uśmiech cesarzowej nie znikał. - Wiesz, jakie panują tu zasady. Bardzo dobrze o tym wiesz. Ale skoro tak stawiasz sprawę... - mówiąc to, widziałaś jak opuszcza maskę, która zasłaniała jej górną część twarzy. Nagle ujrzałaś Cesarzową w całej jej okazałości. Stała przed tobą kobieta, która sprawiła, że Aenteres ponownie wyprostował się niczym struna. Jej opis pasował do tego co mówił wcześniej oficer, że istnieją kobiety piękniejsze niż jakikolwiek diament na ziemi, że są kobiety piękniejsze niż wszelkie wyobrażenie. Jednak było w niej coś dziwnego. Obserwując matronę i cesarzową miałaś wrażenie, że postawiono lustro. Lustro, które tylko zmieniło odzież, bo twarz....była taka sama. Jakby Neve Erubadriehl wpatrywała się w swoje własne odbicie. Tylko, że jedna się uśmiechała, a druga miała usta wykrzywione we wściekłym grymasie. Poza tym.... były identyczne. Neva zaczęła się jakby powoli uspokajać na ten widok. Jej "klon" spojrzał na ciebie. - Lauro Valentine Astaroth Maplefall... Pozwól, że się przedstawię. Jestem Nava Erubadriehl. Jej Wysokość, Cesarzowa Zakazanego Miasta. Siostra bliźniaczka obecnej tu Neve Erubadriehl - dodała to z boskim uśmiechem.
  2. Maren Kras'kotha Patrząc na oddalającego się gówniarza czułem w sobie wzbierając się złość. Miałem ochotę chwycić coś i cisnąć tym w niego. Walnąć go. Przez ułamek sekundy miałem nawet przed oczami wizję leżącego szczyla, w kałuży krwi, a ja stoję nad nim dzierżąc nóż. Ale nie, to szybko wyrzuciłem z pamięci. Nie jestem taki. Nie jestem. Zacząłem oddychać głęboko, próbując się uspokoić. Nie mogę zacząć szaleć, bo mam Shadyę na rękach więc muszę być grzeczny. Poza tym trzeba dawać dzieciom przykład. Spojrzałem na córkę, małą Boginię. - Masz tyle lat, a zachowujesz się dużo bardziej dojrzalej niż on, wiesz? - westchnąłem cicho, głaszcząc ją po policzku - Jesteś kochanym dzieckiem. A teraz chodź, musimy temu gówniarzowi coś kupić. - dodałem, znikając z nią między regałami. Taki wybór towarów, a ten szczyl musiał wybrać akurat takie okropieństwa... Poważnie, skąd on się urwał? To naprawdę jest MÓJ syn? Z mej krwi, ale z innego wymiaru? Zastanawiam się, jak bardzo popieprzony tam muszę być, że tak go wychowałem... O dziwo, znalezienie tego konkretnego prezentu dla Shadyona, ale takiego właściwego, poszło dość szybko. W mych dłoniach trzymałem dość ciekawą książkę zatytułowaną "Lapis Philosophorum". Z tego co zerknąłem to zrozumiałem, że to zapiski jak zamienić kamienie nieszlachetne w... złoto! Ale podobno nikomu się to nie udało. Autor pisze też, że poszukiwania są co prawda bezowocne, ale za to całkowicie bezpieczne dla wszystkich. No, to masz gówniarzu zabawę na wieczory. Masz mi to odkryć. Pokaż, że masz jaja i odkryjesz jak to robić. Zadowolony, z córką już na barana, wróciłem do kasy. Położyłem książkę i wziąłem zabrany wcześniej zestaw alchemika. - To dla niego. No i ten kaganiec. Niech nie myśli, że zapomniałem o nim. - rzuciłem tylko. Zapłaciłem, spakowałem biżuterię, którą dostałem w ładnych opakowaniach, pluszaki, prezenty dla dzieci i wyszedłem ze sklepu dziękując sprzedawcy za jego czas. - Kochaniutkie, jesteście naprawdę kochane, że byłyście grzeczne podczas mej nieobecności. Bardzo wam dziękuję, aniołki - powiedziałem otwierając drzwi. Opuściliśmy sklep i znaleźliśmy się na zewnątrz. Ruch na ulicy był dalej spory. Yanera, Xilaya i Shadyon czekali na nas. Podeszliśmy do nich. - Tak, tak. Tatuś kupił prezenty i wszystkim potem je rozda. - Dzięki Bogom, że ta siatka na zakupy jest całkiem pojemna i nie czuć tej wagi - Ale dopiero jak wrócimy do pałacu. Teraz nie ma sensu, bo jeszcze zaczniecie się nimi bawić, a to nie jest miejsce na to - dodałem. Spojrzałem na Yanerę, która kupiła jakąś suknię. Ciekawe dla kogo się tak stroisz, co? - Jeszcze idziemy do kowala. Muszę załatwić tam nową rękę. Idziemy! Naprzód wycieczko! - rzuciłem, ruszając do celu.
  3. Lily Cooper Lily czuła się już troszkę lepiej. Lepiej, a co za tym idzie też i pewniej. Nie była ona sama podczas tej misji ratunkowej. Najpierw otrzymała pomoc od nowo poznanej, bo raptem dzień wcześniej, dziewczyny z Nowego Jorku. Riley była z nią, a teraz do ich małego duetu dołączyła Konomi. Pięknie, mamy wspaniałe trio! Trzy piękne, ale niezwykle groźne dziewczyny! Skopią tyłki każdemu cwaniakowi. - Jasne, że jesteśmy przygotowane! Nikt nie zatrzyma nas! Bo my jeste... - nie dokończyła. Nagle usłyszała jakiś hałas dochodzący z krzaków. Przyłapani kochankowie?! Oby nie. Nagle z chaszczy wyszedł... - Alexander?! Co ty tu robisz? - spytała się hipiska na widok kolegi z klasy - John dzwonił? Sprawa skomplikowana? - spojrzała na Konomi i Riley - Czyli nie tylko mnie i ciebie to spotkało. Wygląda na to, że każdy z wczorajszego spotkania mocno ucierpiał i nikt nie wie o co chodzi... - dodała. Nagłe pojawienie się Theo sprawiło, że serce Lily zatrzymało się dosłownie na sekundę. Czując jak jej puls mocno podskoczył oparła się o najbliższe drzewo. - Nie rób tego już więcej, dobrze? - szepnęła do Evansa, próbując się uspokoić. - To nie było śmieszne... - rozmowa zeszła na Riley. - Cóż... można to tak powiedzieć. Wprowadziłam ją w nasz "świat", a ona mnie w swój. Ten tego - dodała lekko zmieszana. - Może ktoś z was wie co się dzieje? Bo dzisiejszy poranek to najgorsza część mego życia jak do tej pory. Kogo wam...porwali? - spytała niepewnie, po krótkiej przerwie.
  4. Maren Kras'kotha Każdy dzień przynosi nam nowe doświadczenia. Także ja się uczę jeżeli chodzi o dzieci. Na przykład dzisiaj dowiedziałem się, że Shadya mimo bardzo młodego wieku chyba naprawdę rozumie to co mówię. Jej dotknięcie mego policzka znaczyło jakby, że rozumie i że nie będzie sprawiała mi problemów gdy dorośnie. Kochana córeczka. Znowu pocałowałem ją w policzek, chwaląc ją jak jest kochana. Czy nie za dużo całuje swe dzieci? A pieprzyć to... - A więc ciocia Felere wam to dała? No proszę, nie spodziewałem się tego po niej. Zaskoczyła mnie, słowo daję - powiedziałem na wiadomość o tym, skąd pochodzą pieniążki dziewczynek. To kiedy one to właściwie robiły? Kiedy przeczesywały zamek jak przeważnie były ze mną? Oczywiście jednak całą atmosfera musiała zostać zepsuta przez tego szczyla... Pearr była przestraszona. - Koniec tego! - krzyknąłem zły - Ok Shadyonie, sam tego chciałeś. Czas wprowadzić "plan A". Jak nie zadziała to sięgamy po opcję "B", ale pamiętaj, że wtedy nie będziesz miał nic do gadania. Zresztą teraz też nie masz nic do gadania. - powiedziałem. Wpatrywałem się w rzeczy, które przyniósł. Nic z tego. - To tak panie sprzedawco, tu reszta pieniędzy - dodałem wysypując złoto za resztę zakupów. Wziąłem pieniążki od boginek - A tu kolejne. Proszę też tak jak Pan doradził o kaganiec dla niego. A jego zakupów proszę nie sprzedawać. Nie biorę ich. Za wyjątkiem figurki. - położyłem je z dala od moich zakupów. Wpatrywałem się jednak w to co dzieciaki przyniosły. Nie mogę przecież im kupić to co chcą, a jemu nie. Kurwa, może i mnie wkurwia, ale nie jestem chamem. Spojrzałem na "syna". Ponownie na sprzedawcę. - Dobra, to tak. Figurkę dla niego biorę. Ale księgi i tego zestawu nie. Dziewczynki, posłuchajcie mnie. Nie ruszajcie się stąd, dobrze? Proszę was, bądźcie grzeczne. Postójcie z Panem sprzedawcą. A ja wezmę Shadyona i coś mu wybierzemy, zgoda? - wziąłem go za rękę i ruszyłem w półki. - Idziemy synu. Tym razem wybierz coś, co nie stanowi zagrożenia dla innych. I ja zobaczę co ty chcesz wziąć. - rzuciłem stanowczo.
  5. ******* Shidyra wyglądała na rozpromienioną słowami Nenzary. - Wiedziałam moja droga, że tak na ciebie zadziałam. Udajesz tylko i wyłącznie taką zamkniętą, zimną sukę, a w głębi serca łakniesz dobrej przyjaciółki z którą porozmawiasz. Wiesz, że na mnie zawsze możesz liczyć, prawda? Polubiłam ciebie od pierwszego dnia, gdy tylko cię spotkałam. Dlatego też tu jestem - zawołała lekko klepiąc cię w ramię. Vinrin, słysząc słowa Nilonima, patrzył na niego przerażony. Po chwili cicho skakał z wyraźną złością na twarzy, szepcząc słowa niezrozumiałe dla ciebie. Jeżeli chodzi o Alassiel... Otrzepywała się z kurzu, bacznie obserwowana przez Deatlynn. Niespodziewanie uśmiechnęła się ona. - Zastanawiam się dziewczyno... czy ta eskapada nie będzie dla ciebie zbyt wymagająca? Może daj im potrzebniejsze dokumenty i po pros... - Nie, Pani! Dam radę. Zresztą poprosiła mnie Pani o to i obiecałam spełnić prośbę. Liderka Morstsit kręciła głową. Wyglądała lekko na zmęczoną. - Ciekawe kto bardziej w popieprzonych okolicznościach kogo poznał? Ja Ciebie, czy może Sshamath Vinrina i Dvarokha? Sama nie wiem... Rozmowa jednak pomiędzy liderami bractw z każdą chwilą jednak stawała się coraz ostrzejsza. Jednak ktoś niepotrzebnie skierował na siebie gniew samczego wojownika. Sshamath zatrzymał się nagle słysząc słowa Nilonima, przerwał kłótnię z Deatlynn. Spojrzał z mordem w oczach na młodego maga, który zdawałoby się, że rzucił luźną uwagę na temat pewnych plotek, które ostatnio krążyły po mieście. Zrobił dwa kroki w jego stronę niczym rozjuszony byk, ale został powstrzymany przez Deatlynn, która złapała go za kawał futra, będący częścią jego stroju. - Stop. Nawet o tym nie myśl - powiedziała beznamiętnie, patrząc jak przywódca wojowników dyszy ze wściekłości. Spojrzał on na was, jakby szukał kogoś. - Dv.... - nie zdążył dokończyć zdania. Kobieta niespodziewanie pacnęła go w głowę. Tego jeszcze jeszcze nie grali. Sshamath chyba pomyślał o tym samym, bo nagle się wyprostował, mrugając parę razy zaskoczony. - O tym tym bardziej nie myśl. Ja już wiem co chciałeś powiedzieć, ale nie. Nie wolno. Nie wolno mordować ochotników, którzy idą na misję. W tym wypadku nie wiem czy cesarzowa by była wyrozumiała - powiedziała. Puściła w końcu jego futro albo to on wyrwał się z jej uścisku, zależy jak na to patrzeć. Wojownik prychnął tylko, odwrócił się i ruszył w stronę swej wieży. Rzucił tylko jedno zdanie, zanim zniknął za drzwiami. - Wiesz co im powiedzieć, więc powiedz. Deatlynn tak jak w jego komnacie, teraz też tylko pokręciła głową. Towarzyszyło jej ciche westchnięcie, gdy odprowadzała go wzrokiem. Po chwili jednak zostawiła go za plecami i skupiła się na ekipie. Nie wiadomo jednak, ale osoba Aerynasa służyła teraz za ochronę aż dwójki osób. Vinrin cały czas był schowany za gwardzistą, ale gdy Sshamath próbował dorwać Nilonima to również Alassiel, która wyglądała na przerażoną wybuchem złości szefa wojowników. Vinrin chyba próbował lekko załagodzić jej nastrój. - Spokojnie maleńka - zaczął schowany za plecami - On tylko tak udaje, on wcale taki nie jest. - Udaje? - rzucił zaciekawiony Aerynas. - Tak, udaje! - Nie wyglądał jakby udawał, ale... - szepnęła, jednak skończyła mówić Deatlynn zabrała głos. - Okej. Posłuchajcie mnie teraz uważnie. Droga do miejsca waszego przeznaczenia, czyli miejsca, gdzie odkryto amulet i gdzie ostatni raz widziano zaginionych zabierze Wam... około dwa dni. Jest kilka różnych dróg, od was zależy, którędy pójdziecie. Daję wam kilka opcji do wyboru. Jeżeli dobrze pamiętam, gdzieś tam są jakieś ciepłe źródła, wioska Svirfnebli czy wioska Umarłych. - zaczęła wyliczać. Spojrzała na niziołka z lekkim grymasem - Vinrin. Wiesz jak bardzo tobą gardzę, prawda? Odpowiedziało jej smutne kiwnięcie głową. - Ale tylko ty masz tu odpowiednie umiejętności związane z..... - tu zrobiła krótką przerwę - pułapkami. W każdym bądź razie, jeżeli coś się stanie moim podopiecznym, to radzę ci nie pokazywać się w mieście - dodała szybko. - Wow! Czy...czy ty ufasz?! No, no Deatlynn.... Oczywiście, że zajmę się twoimi dziewczynkami - rzucił niziołek, ukazując nagle rezon i pewność siebie. - Znasz mnie, że z przyjemnością.... - Nie w ten sposób ty kretynie! - ryknęła główna morstit - Tylko je tknij, a ciebie... - Zobaczymy co się wydarzy wieczorem. - wypaliła nagle Shidyra, uśmiechnięta od ucha do ucha, patrząca na malca. Łotrzyk wyglądał na zaskoczonego. Przypomniał sobie jednak słowa Nilonima. - Eeeee..... wiesz co? Może...może jednak nie, bo jeszcze coś zaklniesz, będziesz potem suszyła....kolekcjonowała.... Dobra, nie ważne. Nie było tematu. Pierdole takie zabawy. Wy wszystkie jesteście jebnięte... - rzucił. Kilka elfów przybyło do was z paroma plecakami. - Żywność z Bractwa Wojowników - zawołał jeden, kładąc wszystko na ziemi.
  6. Maren Kras'kotha Wycieczka....wróciła. Z prezentami do kupienia przez tatę. Kurwa mać, czemu one muszą tyle rzeczy kupić? Jakaś lutnia? Kochanie, na co ci lutnia?! Chyba nie będziesz brzdąkać nią wieczorami? Tatuś umrze... Albo kogoś zamorduje... Różdżka, figurka meduzy? Od razu przypomniała mi się ta cholerna istota podczas prób dla Asha'bellanar. Ona tam pełzała z tymi ohydnymi wężowymi włosami. I co?! Ta figurka przywoła takie cholerstwo?! Figurka Illithida też?! I... Pearr! Po cholerę tobie figurka Sukkuba?! A właśnie... synu, po co Tobie jakaś księga i zestaw małego alchemika? Co ty planujesz? Dzieci zaczęły kłaść swe rzeczy na ladzie, a właściciel podliczał cenę. Spojrzałem na Shadyę. - Mam nadzieję młoda damo, że gdy podrośniesz to nie będziesz szalała z takimi rzeczami, prawda? Nie zrobisz tego dla tatusia, nie? Czarodziej podliczył cenę, a dziewczynki... O cholera! One płacą za siebie?! Chwila....skąd mają pieniądze? - Aniołki moje, momencik. Najpierw tak, to ładne z waszej strony, ale skąd wy macie pieniążki? - dopytywałem się córek. Nie pamiętam aby im dawał kieszonkowe. Spojrzałem ponownie na szefa sklepu. - A niech Pan mi powie... Te rzeczy są bezpieczne dla nich? Figurka illithida, sukkuba? Ta księga i zestaw małego alchemika też? Synu, po co ci one właściwie? - tyle pytań... Nie wiedziałem czy dzieci chcę mnie oskubać do reszty czy zamordować we śnie... Najpierw zerknę co jest dla nich bezpieczne, a co nie. Wtedy ostatecznie kupię. Na razie czekam z opinią. - I powiedzcie mi dzieciaki... Nie za dużo rzeczy kupujecie? To wszystko wam się przyda?
  7. Lily Cooper Lily, zaskoczona tym co powiedziała jej przyjaciółka zrozumiała, że to co się dzieje u niej, dzieje się też u innych. Nie tylko tata Lily zapomniał o swej żonie! Rodzice Konomi też zapomnieli o ich drugiej córce! No to się w pale nie mieści. - Mój tata zapomniał o mamie! - powiedziała zła na słowa swej przyjaciółki - Tak jak u ciebie! Mówi, że zmarła dawno temu! Pokażmy im, że się mylą! Wrócimy z nimi do naszych domów i wszystko będzie tak jak dawniej! - dawało się wyczuć w jej tonie płomień, który stawał się coraz intensywniejszy. Ten płomień powoli dorównywał ilości łez na jej twarzy. - Masz rację kochanie! Zadarli nie z tymi co trzeba! Zawsze możesz na mnie liczyć, dobrze o tym wiesz! - odpowiedziała jej odwzajemniając uścisk. Kiwnęła głową, potwierdzając swe słowa. - Pokażemy im, że dziewczyny-czarodziejki to nie kij w dmuchał!
  8. Maren Kras'kotha Sprzedawca rzucił cenę za pluszaki jakby od niechcenia, a ja zacząłem przeliczać to wszystko w pamięci. Pięćdziesiąt...pomnożone przez 2... wyciągamy pierwiastek... potęgujemy przez pięć... jakaś całka... zabity beholder... czyjaś stara... O cholera! Zerknąłem na właściciela. Trzydzieści jeden pluszaków? Wow, razem to jakieś 3100 sztuk monet! No, Maren... Szalejesz... Ty to masz gest. Ciekawe kiedy ktoś tobie zrobi jakieś takie zakupy? Ale co to za myśli? To ty sprawiasz innym radość, robisz to zawsze, robisz to dzisiaj! Cena nie gra roli. Zresztą czego się nie robi dla dzieci? Ale trochę posmutniałem jak się dowiedziałem, że ma tylko po jednym modelu każdej zabawki. - Tylko jeden model? - spytałem podchodząc do kasy. Wziąłem wózek. - O. Fajny gadżet. Przydatne - rzuciłem, zaczynając pakować maskotki do "koszyka". Pięć, dziesięć, piętnaście... Rzeczywiście, trzydzieści jeden pluszaków. - Chciałbym poznać tę czarodziejkę i jej gremliny. To musi być fascynująca osoba, że ma takie zdolności. A co do zapłaty, jasne. - dodałem wyciągając sakwę z pieniędzmi. Zacząłem wyciągać monety na blat. - Jedna moneta. Druga moneta. Trzecia moneta... A chrzanić to - mruknąłem wysypując kupkę monet - Może Pan to przeliczyć? Jak za mało to Pan powie. - po czym zwróciłem swoją uwagę na biżuterię. Cholera, co by tu kupić? I komu? Zacząłem się zastanawiać... Na pewno dla Myrune muszę coś kupić. To obowiązkowe. Trzeba coś dać dla ukochanej gdy się ją uratuje. Felere? Też obowiązkowo. Za to co dla mnie robi. Jasne, może ktoś powiedzieć, że robi to, bo musi, ale... gdyby nie chciała to aż tyle by mi nie dała. A tak? Wszystko o co ją proszę to mi daje. Należy się jej coś. Avril? Tak, za to co odjebałem to musi dostać. Kto jeszcze? Dziewczynki? One są za młode na takie gadżety. Yanera? Może... Veisha? Nie wiem. Dobra, pieprzyć to. Wyjdzie w praniu. - To tak proszę Pana - zacząłem gdy już rozejrzałem się po świecidełkach - Po proszę najpierw dwa naszyjniki. Oba złote, jeden z ozdobą pająka zawierający chyba w sobie... to jest rubin, tak? Tak to chyba rubin. A drugi ma diament. To na pewno. Oraz ten srebrny naszyjnik z perłą. Jest bardzo ładny. Do tego po proszę tak...- dylematy...wszędzie te dylematy... - dwa te pierścionki z szafirami oraz... kolczyki z szafirem. Dla mnie to tyle. Nie wiem co jeszcze dzieci wezmą. - odparłem. Kurwa mać, po co mi aż tyle?! Maren, ciebie pogięło do reszty... Oby ten prezenty się spodobały dla adresatek... Wykosztuję się tutaj. Chyba znowu będę musiał zabić jakąś matronę i przejąć jej skarbiec...
  9. Lily Cooper Widok swej przyjaciółki był bardzo ważny dla Lily. Także u młodej panny Cooper kilka łez pociekło po twarzy. Co jak co, ale to nie była Furomi tylko Konomi, którą Lily znała od dawien dawna. Blady uśmiech pojawił się na jej twarzy gdy odsunęła się od Konomi. - Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię widzę. Po tym wszystkim....co się dzisiaj rano wydarzyło... - pociągnęła nosem, wycierając łzy z twarzy. No i wszystko szlag trafił, było tak dobrze, a te wszystkie negatywne emocje wróciły... - Moja mama... dziś rano jakieś potwory ją zaatakowały i porwały. Próbowałyśmy ją uratować, ale nie dałyśmy rady... - Lily rozkleiła się i ponownie objęła przyjaciółkę. Trwało to kilka sekund, po czym postanowiła przywrócić się do poprawnego zachowania. Jednak jej twarz była już czerwona od płaczu... Żałośnie pociągnęła nosem. - Dostałyśmy wiadomość, że moja mama jest w tym lesie. I dlatego tu jesteśmy. Muszę ją uratować. Muszę uratować mamusię - słaby uśmiech pojawił się na jej twarzy. - Ale powiedz mi... co ty tu robisz? Czemu tu jesteś?
  10. Maren Kras'kotha Spojrzałem na córkę, która stwierdziła, że nie mogę nie mieć racji. Pyskata jest ma kochana córeczka. - Kochanie, sugerujesz, że twój tata nie ma racji, co? - spytałem posyłając jej oczko. Kochany szkrab. Ale przyznaję jedno, te pluszaki były dziwne... Naprawdę, Avril i Myrune uśmiechnęły się gdy przestawiłem je do reszty. Mrugnąłem kilka razy aby upewnić się, że dobrze widzę... One są jakieś magiczne? Żadne zwykłe zabawki, tylko ulepszone? W końcu jednak pojawił się właściciel. Nareszcie. Z wieloma innymi pluszakami. Czy tu na zapleczu jest jakaś fabryka tych maskotek? - Tak proszę Pana, chciałem Pana widzieć. Widzi Pan.... okej, to na początek. Chciałbym kupić pluszaki. To tak - wskazałem na półkę i na etykiety - Cztery pluszaki z moją podobizną, po jednej z każdej wersji. Dwie pluszaki po jednej z wersji przedstawiającą Felere. I po jednych maskotkach Hignara, Avril, Myrune, Pearr, Peorra, Perree, Shadyi, Shadyona, Veishy, Calvosa, Malavena - wziąłem kolejny oddech - Varill, Jeleos.... jej wezmę dwa egzemplarze. Dalej po jednym, Carmeleen, Ellshin, Jadeith, Yen'Ros i Yanery. I jeszcze te małe pluszaki... dzieci? Ten diabełek i pozostali. Całą czwórkę. I czy to pluszak przedstawiający Xilayę? - zerknąłem gdzie ona jest. Zniknęła. Wróci to powie co i jak - I wie Pan co, to jeszcze dodatkowe pluszaki Avril i Myrune - dodałem. Rozejrzałem się po sklepie. - Trochę dużo ich.... Ma Pan jakąś biżuterię? Chciałbym też coś takiego kupić. I niech Pan mi powie.... skąd Pan to ma? To wszystko? Przecież te maskotki przedstawiają nas! Jak to jest zrobione?!
  11. Lily Cooper Ojciec...wściekł się. Nieźle się wściekł kiedy usłyszał od córeczki, że ta nie wybiera się do szkoły. Ale kto by myślał o szkole kiedy twoja własna matka została porwana przez jakieś cholerne straszydła? Lily najpierw pobiegła do swego pokoju. Zaczęła brać wszystko to co może się jej przydać w tej misji ratunkowej. Chwyciła i schowała do plecaka - zapalniczkę (skąd ona tam się znalazła, w pokoju Lily?), latarkę, scyzoryk (to też podejrzane... Riley, czy ty coś masz z tym wspólnego?) i.... to w sumie tyle. Nie miała czasu na zastanawianie się co zabrać. Czas naglił. Wyleciała z pokoju, biegiem po schodach w dół, krzyknęła do taty, że go kocha i wróci wieczorem po czym znalazła się na podwórku, gdzie dołączyła do Riley. Ta czekała na nią, wyjaśniając parę spraw. - Świetnie, cudownie! Nagle wszystko zniknęło! Cudownie! - powiedziała poddenerwowana - Jakby to była nasza wyobraźnia! - dodała. Następnie Riley wyjaśniła nowe zaklęcie. Tu pojawiła się lekka obawa ze strony Lily. Jeden czar już Riley nie wyszedł i zjawiła się w Harmony Falls. Co jak drugi jej też nie wyjdzie i tym razem wylądują w Nowym Jorku? Jednak trzeba było zapiąć pasy, zgodzić się na jej propozycję. - Mam nadzieję, że wiesz co robisz.... Szkoda, że ja tak nie potrafię - odparła, gdy przyjaciółka otworzyła portal - Wow! Bez straty czasu weszła z Riley do portalu. Oby prowadził do lasu... UDAŁO SIĘ! Znalazły się w lesie! Cudownie! Teraz tylko i wyłącznie odnaleźć mamę i skopać tyłki złym potworom w jakże słusznej sprawie! Nagle zza drzew wyłoniła się... Konomi? A może Furomi?! Nie, chwila...włosy. Prawdziwa Konomi ma właśnie taki kolor, odcień fioletu. To ona! - KONOMI! - krzyknęła Lily rzucając się na przyjaciółkę, mocno ją obejmując za szyję - To najprawdziwsza ty! Prawdziwa, żadna fałszywka i kopia!! Co ty tu robisz? Czyżby... coś się stało? Twoim bliskim? - spytała uspokoiwszy się. Uśmiechnęła się szeroko do niej. Miała nadzieję, że ten płacz sprzed około godziny nie wpłynął na jej wygląd. - Ojejciu, gdzie moje maniery. Konomi, skarbie, poznaj Riley - dziewczyna z Nowego Jorku. Wiele jej zawdzięczam mimo krótkiej znajomości - odparła, przedstawiając dziewczynę.
  12. ******* Mimo jakże nerwowego nastroju jaki udzielił się od samego początku Neve, gdy Aenteres tylko zjawił się u niej, to niedawno przybyły elf zachowywał się zupełnie odmiennie jeżeli porównamy go do twojej „nowej pani”. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, a parę razy zauważyłaś się tobie przygląda. Jego oczy spoczywały na twej twarzyczce, uważnie ją lustrując, ale też wzrok skierował trochę ponad twoją główkę, co może sugerować, że obserwował twe uszka, ale też lisi ogonek i... nogi. Na nie też chwilę zawiesił wzrok. Widać, że chyba pierwszy raz w swoim życiu widzi kogoś takiego. Nie prędko w Podmroku ujrzysz tak puszysty ogonek. Chyba, że jest on albo sztuczny albo z jakiegoś martwego, puchatego zwierzaczka. Ale to i tak rzadko spotykane w tej części świata. Tutejsze preferują suknie, wykończone bardzo drogimi kamieniami. Aenteres z wielką uwagą słuchał też tego co mówisz. - Oj, Pani. Owszem, jesteś piękna, ale nie widziałaś też tutejszych dam. Ich uroda również zapiera dech w piersiach. Zobacz... - odpowiedział, ale nie dane było mu skończyć. - Przyszedłeś tutaj po to aby pieprzyć słodkie słówka? - warknęła matrona, która zdecydowała się wyruszyć z gościem do „wyższych sfer”. - Jeżeli nie, to ruszaj samcze! - Jak zawsze miło jest słuchać twego głosu, Neve – odparł z eleganckim ukłonem - Dla ciebie „Matrono Erubadriehl”, śmieciu! Nie zapominaj z kim masz do czynienia! - Ależ oczywiście, jak mogłem zapomnieć? Wybacz me maniery. A co do ciebie – spojrzał w twoją stronę – to bardzo liczę na to, że jeszcze się spotkamy. O ile Bogowie pozwolą, w lepszych okolicznościach. A teraz.... proszę za mną – dodał, odwracając się od was i opuszczając pomieszczenie. Matrona Erubadriehl i ty nie miałyście wyboru. Ruszyłyście za nim. - Soleanie... Wychodzę. Masz pilnować aby wszystko było w jak najlepszym porządku. Wiesz co masz robić – nawet nie spojrzała na sługę, który prawie że leżał na progu, pozostałość żałosnej próby wydostania się z sali. Minęła go po prostu tak jak leżał, a ty dreptałaś za nią. - T....t-tak, proszę Pani. - wyjąkał. Zostawiliście piwnicę za sobą. Idąc przez posiadłość Neve Erubadriehl mogłaś na własne oczy zobaczyć, że cała ta jej gadka o potędze i o tym, że jest kimś w tym społeczeństwie nie była zwykłą gadaniną. Albo po prostu dobrze kłamała. Pokonałyście dziesiątki, jeżeli nie parę setek schodów, zanim wyszłyście z piwnicy. Płonące pochodnie oświetlały wam drogę ku górze, a co chwila twoim oczom pojawiał się obraz, który mógłby zrobić zawrotną karierę w każdym domu aukcyjnym. Mijający ją słudzy – tak można wywnioskować po dużo biedniejszych ubraniach – z szacunkiem kłaniali się przed nią, gdy podążała za Aenteresem. Gdy w końcu wyszliście do przestronnego korytarza, cały ten przepych tego miejsca w ciebie uderzył. Uzbrojona po zęby straż stała w każdym kącie korytarza, służba wędrowała po pomieszczeniach zmieniając tkaniny na nowe, świeże. Złote i kryształowe żyrandole wyglądały pięknie gdy odbijało się od ich światło ze świec. Wszędzie były dywany, które już same z siebie wyglądały na luksusowe. Oprócz tego różnego rodzaju posągi, które niestety przedstawiały kompletnie nieznane ci osoby, o obrazach nie wspominając. Tam jednak mogłaś zauważyć sceny jakby z życia codziennego, a poza nimi sceny batalistyczne oraz przedstawiające ogromne smoki. Do tego wszystkiego wnętrze siedziby było zbudowane wyłącznie z białego marmuru, który robił wrażenie. Gdy szłaś korytarzami posiadłości matrony do twoich uszu dobiegały różnego rodzaju szepty. Zdawałaś sobie sprawę, że tematem rozmów służby nie była ich pani, ale ty. Bo w końcu... kto zjawia się z lisim ogonkiem i uszkami w takim miejscu? Jeszcze do tego w takim stroju? W końcu jednak, po jakiś 10 minutach wędrówki, dotarliście do głównych wrót domostwa. Te otworzyły się bezszelestnie przed swoją panią, a nagły hałas jaki dotarł do twoich uszy i światło, które cię na chwilę oślepiło sprawiły, że dopiero po chwili uzmysłowiłaś sobie, gdzie się znajdujesz. Nie było to może miasto o rozmiarach Nowego Jorku, Londynu czy Kairu, ale.... wyczułaś, że nie jest to zwyczajne siedzisko mrocznych elfów. Aenteres odwrócił się do ciebie. Znów ujrzałaś na jego twarzy uśmiech. - Droga Astaroth. Witaj w Zakazanym Mieście – powiedział wskazując ręką na roztaczający się przed twoimi oczami widok. Miasto, stolica mrocznych elfów, przywitało cię wszystkim co miało. Złotem, srebrem – które ozdabiało dachy budynków, gwarem tutejszych mieszkańców, a także magią, poczułaś jak przepływa przez twe ciało. No i światło... Byłaś pod powierzchnią ziemi, ciężko powiedzieć jak bardzo, ale mimo to było dość jasno. Obecne wszędzie pochodnie z pewnością nie miały takiej mocy aby oświetlać miasto tak intensywnie. Nie miałaś jednak czasu by znaleźć odpowiedzi na te pytania. - Proszę za mną! - zawołał Aenteres, który schodził po ścieżce w stronę centrum miasta. Ilustracja muzyczna Wędrówka przez miasto była.... długa. To z pewnością. Jak już mówiłem, nie było to miasto wielkości Nowego Jorku, ale widać było imponujące rozmiary stolicy mrocznych elfów. Setki, a nawet tysiące ishtarów wyszło tego dnia na miasto. Na swej drodze spotkałaś zarówno służbę jak i zwykłych mieszkańców oraz tych wysoko urodzonych - wyróżniali się oni naprawdę bogatym i szykownym strojem. Mijałaś różne części miasta, a każde opisywał tobie Aenteres. Neve szła cały czas w milczeniu, nie odzywała się do nikogo przez ten czas wędrówki. Jako pierwsza na twej drodze stanęła dzielnica handlowa, ulokowana przy szerokiej tutaj rzece zwanej Sarbin. Ishtarscy kupcy zjechali z wielu pobliskich państw-miast, aby tylko móc sprzedać swe towary osobom o wysublimowanych gustach, którzy potrafili je docenić. Ruch w porcie rzecznym był bardzo duży. Okrzyki naganiaczy, sprzedawców, tragarzy oraz strażników było słychać praktycznie wszędzie. Co jakiś czas, ktoś kłaniał się nisko i pozdrawiał z szacunkiem Neve Erubadriehl, a natomiast Aenteres na wszelkie powitania pod swoim adresem odpowiadał tak samo - szczerym śmiechem i głośnym "Witaj mój przyjacielu! Dobrze cię widzieć! Dzisiaj nie mogę, sprawy Jej Wysokości!". Gdy przechodziłaś między ich stoiskami, gdzie roiło się od kolorów, słyszałaś propozycje kupna ich wyrobów - arrasy, złoto, srebro, pazyrki. Nikt nie zwracał uwagi na twój wygląd. Nie to co inni klienci, którzy przyciszonym głosem komentowali twoją osobę. Ty jednak nie zatrzymywałaś się. Aenteres co jakiś czas sprawdzał czy idziesz z nimi. Minęliście później coś co można nazwać dzielnicą świątynną, a w oddali, jak mówił twój przewodnik, była dzielnica "zamknięta". Najbogatsze rody Zakazanego Miasta miały tam swoje siedziby i nieproszeni nie mieli tam wstępu. W końcu jednak, ciężko powiedzieć po jakim czasie, twoim oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach. Na powierzchni chyba czegoś takiego nie widziałaś, prawda? - A o to, pałac Zakazanego Miasta - wskazał na imponującą budowlę elf - Miejsce, gdzie rezyduje nasza Cesarzowa, Jej Wysokość - powiedział to tonem niesamowicie poważnym. Tym razem na twarzy u niego nie dostrzegłaś już uśmieszku. Potężna budowla, wbudowana w litej skale. Biały marmur stanowił niesamowity kontrast dla czarnego, niczym noc, kamulca, otaczającego miasto ze wszystkich stron. Biel i czerń idealnie się komponowały, a zamek wyglądał na istną twierdzę nie do zdobycia. Przekroczyliście most, minęliście straże i w końcu weszliście do środka. Wnętrze pałacu było jeszcze bardziej okazalsze niż to co ujrzałaś w domu Erubadriehl. Różnice nie tylko były widoczne pod względem estetycznym, ale też i zachowawczym. Służba pałacowa na widok idących przed tobą elfów oddawała im pokłon, a gdy mijałaś ich słyszałaś: - Witamy Cię, Pani. Posągi podejrzanie łypały na ciebie, jakby obawiały się, że obca osoba może przynieść chaos do tego miejsca. Przepych był jednak niewyobrażalny. Ilość złotych ram, kielichów, żyrandoli, klamek....cholera, chyba nawet podłoga wydawała się być mieszaniną złota i srebra. Tkaniny, które pokrywały podłogę, meble jak i ciała służb były bardzo eleganckie. Mimo, że to tylko służba to ubiorem mogła by wpędzić w zakłopotanie niejednego celebrytę z powierzchni. Pozostawiliście za sobą mnóstwo schodów, komnat i korytarzy aż w końcu doszliście na szczyt, na ostatnie piętro, na ostatni korytarz. Z każdym kolejnym piętrem jednak liczba elfów, których zachowanie było coraz bardziej aroganckie, wzrastała. Ale również ich ubiór stawał się coraz bardziej elegancki. Coś co na powierzchni by raczej nie przeszło, tutaj było symbolem bogactwa i smaku. No i dobrego stylu. Ilustracja muzyczna W końcu jednak dotarłaś do miejsca przeznaczenia, poprzedzoną wędrówką przez miasto. Drzwi otworzyły się przed Wami i minęliście opancerzonych elfów dzierżących halabardy, po czym weszliście do sali tronowej. Ogromna, przepastna sala robiła niesamowite wrażenie. Mnóstwo luster, okna, kolumny i posągi, a do tego służki czekające na rozkaz. Szliście w stronę drugiego końca pomieszczenia, tam na podwyższeniu, na dwóch imponujących tronach siedzieli.... władcy? W sumie tego nie wiedziałaś, bo ci nikt nie powiedział. Neve zrobiła się jakby ciut jaśniejsza idąc przed siebie, a Aenteres szedł wyprostowany niczym struna. Twoi "towarzysze" w końcu klęknęli, gdy gospodarze pałacu powstali ze swoich miejsc. Nie widziałaś ich twarzy, bowiem mieli je zakryte maskami, które dodawały im tajemniczości. - Moja Pani! O to przybyli na twój rozkaz, matrona Neve Erubadriehl, głowa rodu Erubadriehl. Wraz z nią przybyła osoba zwana jako Astaroth Maplefall. - mówił to tak jakby recytował te słowa z kartki - Czy coś jeszcze ode mnie żądasz? - Nie, mój drogi Aenteresie. Spisałeś się, dziękuje - melodyjny, perlisty głos wybrzmiał z ust tej, której twarz ukryta była za maską. Cesarzowa z gracją zeszła po stopniach i stanęła przed wami. Towarzyszył jej mężczyzna, który siedział wraz z nią na tronie. - Chcę się przyjrzeć naszemu gościowi. Witaj moja droga. Astaroth, tak? Cieszę się, że mogę cię poznać. Obecna tu matrona Erubadriehl wiele o tobie mówiła - powiedziała. Czułaś na sobie jej wzrok. Sama Neve nie podniosła wzroku z podłogi.
  13. Maren Kras'kotha Bogowie.... Trzeba powiedzieć, że dzieci potrafią zmienić twój nastrój jak w kalejdoskopie. Jeden Cię wkurwia, a chwilę potem drugie dziecko poprawia humor nieziemsko. I nie wiem czy mam je za to ukarać czy może pochwalić? A może jedno i drugie? Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi. Spojrzałem na moje małe boginki, które zwabione okrzykami moimi i Shadyi chciały wiedzieć co sie dzieje. - Sam nie wiem kochanie. Wydaje mi się, że tylko Shadya wie co jej chodzi po główce i czemu nazywa ją swoją mamą. - odpowiedziałem na pytanie. Jasne, że miałem swoją teorię. W końcu była jej kapłanka, wyznawczynia. Ale czy to ma obecnie jakiś sens? Drugie pytanie jeszcze mocniej ma walnęło. Cholera, spostrzegawcze są te dzieciaki... - Cóż.... hehe....pewnie ktoś je tak położył... - przesunalem pluszaki przedstawiające Avril i Myrune do reszty. Niech to zakończy ten temat. Ehh..... - Masz rację kochanie, chyba trzeba powiedzieć wierszyk. Dobrze, możecie się rozejrzeć, ale nic nie dotykajcie, dobrze? Jak coś się wam spodoba to powiedzcie. - dodałem biorac głęboki wdech. Że też takie coś muszę robić... - „Rada, rada, jestem całkowicie naga” - ale zaraz, w formie żeńskiej? Jeszcze raz. - Rady, Rady, jestem całkowicie nagi - powiedziałem. Bogowie, jak to brzmi....
  14. ******* Zeszliście po schodach na parter budynku bractwa, prowadzeni przez Deatlynn. Z przodu szliście Wy, za Wami Aerynas i Dvorakh, a Vinrin.... początkowo jakby zniknął, ale dobiegł Was odgłos, który zasugerował, że niziołek się lekko ociąga. - VINRIN! CO TY TU..... WYPIERDALAJ NA DÓŁ! - ryk rozniósł się po całej schodni, a towarzyszyły temu jęki i piski lecącego po schodkach złodziejaszka. Do tego odgłosy kawałków metali z jego zbroi. Gdzieś tak w połowie, gdy już byliście na dole, hałas ustał. - Ałaaaaaaaaaaaaaaa............. - na ten dźwięk Deatlynn uśmiechnęła się złośliwie pod nosem. Po kilku sekundach Vinrin dołączył do was, masując sobie pośladek. Dvorakh wyglądał na zmęczonego tym małym kretynem, a Aerynas spoglądał troskliwym wzrokiem. - Panie Vinrinie, wszystko w porządku? Odpowiedział mu początkowo jęk, ale po chwili zaczął gadać. Z trudem. - Sshamath chyba coś nie w sosie. Ale trzeba powiedzieć, że celność mu pozostała. Rzucił mną przez całą komnatę, a drzwi były delikatnie uchylone. I trafiłem akurat w tę szczelinę.... Mój tyłek... Deatlynn, pomasujesz mnie? - spytał się liderki Mortsit. Ta spojrzała z mordem w oczach aż Vinrin przełknął z przerażeniem ślinę. - Jeszcze jedno słowo i zobaczymy czy ja tobą potrafię rzucić z powrotem do Sshamatha. Rozumiesz? - odpowiedziało jej przyśpieszone kiwanie głową złodziejaszka pokazujące, że rozumie i to bardzo dobrze. W końcu wyszliście na zewnątrz, a tam na Was czekała niespodzianka. No.... przynajmniej dla Nenzary mogła to być niespodzianka. - W KOŃCU! ILE MOŻNA NA WAS CZEKAĆ! - okrzyk młodej i uroczej dziewczyny, o figlarnym uśmieszku, z śnieżnobiałymi ząbkami i włosami opadającymi do ramion, dotarł do waszych uszu. Jej strój nie zmienił się od waszego ostatniego spotkania. No poza jednym wyjątkiem. Miała zarzucony na plecy plecak. Od Shidyry energia aż tryskała, żeby nie powiedzieć, że emanowała ona od niej. Uśmiechała się do Was szeroko, witając was na powitanie. - Witam wszystkich! Ta dwójka mnie zna - wskazała na rodzeństwo - moja mistrzyni także więc pozostajecie Wy! Jestem Shidyra i Pani Deatlynn poprosiła mnie bym towarzyszyła w tej jakże niebezpiecznej, ale też i fascynującej podróży! Tak jak moja przyjaciółka Nenzara, również należę do Mortsit! - wyrzuciła z siebie to wszystko na jednym wydechu. Gdy padło hasło "Mortsit", Vinrin ponownie jęknął, chowając się za Aerynasem. - Coś się stało, panie Vinrinie? - Nie.... znowu Mortsit. Ratuj mnie, dobrze? - cichy jęk dobiegł waszych uszu. Shidyra jednak skupiła swoją uwagę na koleżankach "po fachu". - Ha! Przyznaj się Nenzaro! Nie spodziewałaś się mnie, co? No przyznaj! - rzuciła to szczypiąc cię za policzek. Deatlynn tylko pokiwała głową. - Myślałam, że powiedziałaś im to, że uczestniczysz w tej wyprawie? - Och, proszę Panią! Chciałam! Bardzo chciałam! Ale pomyślałam sobie "O nie! Nic z tego! I potem nie zobaczę zaskoczenia na mordeczce małej Nenzary?! Niedoczekanie!". I jak postanowiłam, tak zrobiłam! Vinrin zamrugał parę razy po czym spojrzał na Nilonima. - Kto jest bardziej jebnięty? Ona czy twoja siostra? - spytał szeptem Przywódczyni Bractwa spojrzała na ciebie, Nenzaro. Wiedziała, że będziesz chciała wyjaśnienia. - Shidyra przyda się w tej wyprawie. Jej więź z boginią Shadyą może dać wam... wsparcie i opokę. Do tego co by nie mówić, Vinrin może zna się na pułapkach, ale fortele i blefowanie to atut naszej małej Mortsit. - Ej! Nie jestem mała! - W każdym bądź razie - ciągnęła udając, że nie usłyszała narzekania swej podopiecznej - Brakuje z tego co widzę jeszcze jednej osoby. Gdzie ona jest? - spytała się Deatlynn rozglądając się na boki. Nagle usłyszeliście kolejny okrzyk. - PRZEPRASZAM ZA SPÓŹNIENIE!! JESTEM! JESTEM! W waszą stronę pędziła dziewczyna ze paroma opasłymi tomami w rękach. Różowowłosa, ubrana jak zwyczajna podróżniczka, z płaszczem i plecakiem. Z niego również wychylało się w waszą stronę kilka zwojów i jedna księga. Gdy była parę metrów od was potknęła się o jakąś nierówność. Huk i leży jak długa, ze zwojami porozwalanymi dookoła niej. Jeden pergamin wylądował na bucie Deatlynn. Wpatrywała się w nowo przybyłą jak zaklęta. Nie powiedziała słowa. Brew jej drgnęła. A nie, powiedziała jednak słowo. A nawet dwa. - Ja pierdole.... - rzuciła bezdźwięcznie poruszając ustami. - Ałaaaa..... - jęknęła dziewczyna, próbując powstać. Z szeregu wyszedł Aerynas, który pomógł nieznajomej. - Czy wszystko w porządku, Pani? Dziewczyna wstała, a gdy jej wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem gwardzisty nagle zaczerpnęła powietrza i wbiła wzrok w ziemię. - Tak,wszystkojestwporządku.DziękujęCizapomoc - powiedziała, biorąc się za sprzątanie bałaganu. - Bogowie.... czego wy tak się drzecie? Ku waszemu zaskoczeniu Sshamath pojawił się w bramie głównej jego bractwa, ręce miał skrzyżowane na piersiach. Pewnie po to aby zobaczyć kto tak krzyczy. - Słychać was nawet w moim gabinecie, do cholery.... Skończyliście tę błazenadę? - rzucił w kierunku starszej Mortsit. Ta fuknęła. - Tak, wszyscy są. Moi drodzy. Poznajcie Alassiel. To nasza specjalistka od wszelkich starych, zapomnianych i dziwnych religii. - Religia Hiatae wcale nie jest dziwna. Owszem jest stara i zapomniana, ale na pewno nie dziwna. Jej korzenie sięgają czasów prastarych, bardzo możliwe, że zanim powstały pierwsze rozwinięte cywilizacje to wyznawcy Hiatae już wtedy mog.... - Kurwa, chcesz nam dać wykład tutaj? - warknął Sshamath. Alassiel zmieszana opuściła głowę. Lider wojowników popatrzył na wszystkich, a wszyscy na niego. Oprócz Shidyry. Ona bowiem dostrzegła Vinrina i to jemu się przyglądała z zainteresowaniem. - Coś jeszcze potrzebujecie? Tak, pewnie zaopatrzenie, prowiant.... Zaraz będzie. - żachnął. - Widzisz Deatlynn? Coś twe metody nie działają, nie? Moi ludzie już dawno by ruszyli na misję. A u ciebie? Zawsze taki burdel robicie? - Burdel to masz u siebie samcze. Twoi niewychowani, niedołężni są gorsi niż moje podopieczne, rozumiesz mnie? - warknęła. Atmosfera zaczęła się robić lekko napięta.
  15. Maren Kras'kotha Xilaya Desmond - kobieta, która niby przez większość czasu wydawała się być...znudzoną tym wszystkim, tym całym spacerem, nagle zaczęła być rozmowna gdy temat zszedł na Felere i ich pierwsze spotkanie. Gdy zaczęła opowiadać jak to spotkała Felere w powierzchniowym mieście zwanym Silvermoon (byłem tam RAZ. Podczas wojny z Necronami. Ładne miasto, jak na powierzchnię) poczułem lekkie ukłucie w sercu i w żołądku gdy powiedziała, że Felere wyglądała niczym żebraczka. Było to dla mnie....zaskakujące, bo nigdy się tym nie chwaliła. W sensie, nie jest to rzecz warta chwalenia, ale... myślałem, że opowiedziała by, jak bardzo od zera osiągnęła taki sukces. Prawda, gdy salwowała się ucieczką z Shadovlandu po nieudanym zamachu stanu - tylko ja stałem jej na drodze. Dopadłem ją i powinienem zgodnie z kodeksem zabić za to co uczyniła. Ale w głębi duszy wiedziałem, że jest niewinna. Że nie była wtedy sobą. I w pewnym sensie....dość pokręconym sensie, dałem jej drugą szansę. Nie interesowało mnie co zrobi z tą szansą, miałem tylko nadzieję, że nic takiego się już nie wydarzy. Uciekając zostawiła w mieście cały swój majątek. I... nie dziwię się, że była żebraczką. Ale to, że według jej słów było to ledwo dwa lata temu... i obecnie występuje Felere jako cesarzowa Ched'Nassad może sugerować jedno. Panna Levirr mimo utraty majątku nie straciła jednego. Zdolności realizowania wszystkiego po swojej myśli. I trzeba powiedzieć, że zawsze była w tym dobra. - To widzę, że życie z nią trochę obeszło się brutalnie. Albo ona z życiem skoro potrafiła skończyć jako cesarzowa tego miasta. Zawsze mi imponowała ta jej pewność siebie. Zawsze zdobywała to co chciała. - powiedziałem kręcąc głową. Jednak gdy córeczka chciała pójść do sklepu... Mówisz mi "idź" kochanie, a ja się pytam tylko - gdzie? Pobiegliśmy do Emporium. - Dobrze, wrócimy do tej rozmowy - dodałem w biegu. Gdy znaleźliśmy się w tym... magicznym sklepie z mych piersi wyrwał się oddech pełen podziwu dla twórców tego miejsca. Jasne, wiedziałem, że to wszystko jest zrobione przy pomocy magii, bo.... tak wielki sklep raczej się nie zmieści na mieście bez zwracania uwagi przechodniów. Pierwszą rzeczą jaką rzuciło nam się w oczy były Beholdery. Ciekawe czy robiły za czułki przeciwko złodziejom czym... miały po prostu odstraszać? Cholera wie. Córeczka ścisnęła moją dłoń mocno, wyraźnie pokazując, że się ich boi. - Nie bój się kochanie, nie skrzywdzą cię one. Jesteś bezpieczna przy mnie. - próbowałem ją uspokoić. Minęliśmy posąg Smoka i.... z ust wyrwało mi się tylko jedno słowo. - Łał! - widok jaki mnie ogarnął był niesamowity. Co prawda byłem zaskoczony, że aż tyle osób jest w tym sklepie, bo miałem nadzieję na bycie jedynymi klientami tutaj, ale.... tyle półek, regałów, szaf i wszelkiego rodzaju przedmiotów dostępnych do kupienia mnie zszokowało. Nie wiem czy jakiekolwiek targowisko może się z tym równać... Z tego wszystkiego wyrwało mnie jedno. "Siusiak". Wiedziałem, że głos dotarł do mnie z góry, ale...tam była tylko Shadya. A ona jedynie gaworzy, a nie mówi więc kt....SHADYA?! Szybko wziąłem córkę na ręce i zdjąłem ją ze swoich ramion, równując jej twarzyczkę na wysokości mej. Oczy miałem szeroko otwarte, a usta otwarte. - SHADYA?! Czy ty właśnie powiedziałaś swoje pierwsze słowo?! Bogowie, ona powiedziała swe pierwsze słowo!! - ze szczęścia lekko ją podrzuciłem. Dotarło do mnie, że nie było to "mama" lub "tata". Nie. Był nim "siusiak". Kurwa mać. Jakiś pindol jest jej pierwszym słowiem?! Zresztą... skąd ty znasz takie słowa młoda damo? Spojrzałem na nią podejrzanie. - Kto cię tego kochanie nauczył? - spytałem, ale córka wpatrywała się w coś więc odwróciłem się w tę stronę. Leżący na półce pluszowy fiut, z równie pluszowymi jajami wpatrywał się na kupujących. - To jest sklep magiczny? Co magicznego jest w takim frędzlu? - pomyślałem, drapiąc się po głowie. Nagle usłyszeliśmy głos za sobą. Odwróciliśmy się, ja byłem lekko przestraszony tym nagłym pojawieniem się kogoś za plecami. - Przepraszam? A za co Pan przeprasza? - spytałem się. Shadya znowu powtórzyła swe pierwsze słowo. Czarodziej odpowiedział. - Co? Ten pluszowy pindol to Pana chowaniec o imieniu Phillipe? - byłem zaskoczony, odwracając się na półkę, gdzie ten pluszak siedzi. Dziwne... Wiem, że starzy magowie mają swoje wydziwienia, ale to jakiś dziwny fetysz... Dzieciaki były zachwycone właścicielem. Normalnie wszyscy mnie ignorują.... Gdy starzec zniknął znowu zajęliśmy się sobą. Po raz drugi Shadya całkowicie zwróciła na siebie uwagę. - C...co powiedziałaś, kochanie?! - spytałem się patrząc na córkę. W moich oczach pojawiły się "łzy". Nazwała mnie tatą! Bogowie, Shadya nazwała mnie tatą!! To najpiękniejszy dzień w moim życiu! Pierwszy raz nazwano mnie tatą! - Shadyo!! Powiedziałaś do mnie tato! TATO! - zawołałem przytulając córkę mocno - Naprawdę, jesteś kochaną córeczką! Nawet nie wiesz jak Ci dziękuję! Jak jestem wzruszony! - wołałem dumny! Razem z nią spojrzałem na półkę i..... kopara mi opadał. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Powolnym krokiem zbliżyłem się do regału na którym leżało mnóstwo, mnóstwo pluszaków, które..... przedstawiały mnie! Ale jakim cudem!? Jak to możliwe?! Skąd....skąd właściciel posiada te zabawki?! Jak je dostał?! Tyle pytań! Zacząłem oglądać wszystkie jakie były, a me zaskoczenie stawało się coraz większe. Ba, to był po prostu szok! - „Egzekutor Maren Kra’skotha”, „Uczeń Ashy”, „Maren w stroju domowym”, „Maren w trakcie podróży” - powtarzałem po etykietach. Pociągnąłem nosem ze wzruszenia - Ha.... zobacz Shadyo. Kiedyś twój tata miał taką zbroję - wskazałem na wersję "Egzekutora", którą zdjąłem z półki by pokazać córeczce - Potem zbroja się zniszczyła i tatuś musiał nową załatwić sobie - zacząłem oglądać pozostałe maskotki. Felere, Veishę, Yanera, Hignar, Carmaleen, Malaven, Calvos, Jeleos, Rathroona, Jadeith, Ellshin, Varill, Yen’Ros, Brag’ha, Perree, Pearr, Peorra, Shadyon, Shadya. Cholera..... co z nimi zrobić? - Mama! - powiedziała Shadya. Zaskoczony, spojrzałem na którą mała patrzy maskotkę. Gdy ujrzałem kto to jest....poczułem, że coś staje mi w gardle. Myrune... Moja droga, kochana Myrune... W stroju nowicjuszki Shadyi... Taki miała strój gdy pierwszy raz ją ujrzałem. Gdy się w niej zakochałem... Moja mała Myrune. Z trudem przełknąłem ślinę. Do tego jeszcze Avril... Mój mały aniołek... Mocno objąłem Shadyę, chcąc jakoś ukryć łzy. - Tak kochanie - szepnąłem - Masz rację. To twoja mama. A ja jestem twoim tatą. Twoi rodzice, prawda? - spytałem wycierając pojedynczą łezkę. Jeszcze raz zerknąłem na pluszaki. Tym razem nie patrzyłem już na me ukochane osoby, nie. Powróciłem do weselszych wspomnień. Tyle tych zabawek.... O kurwa, kasy wydam dzisiaj. Dla dzieci...., ale też dla siebie. Odwróciłem się w poszukiwaniu tego starego dziada. - EJ! Panie właścicielu!! Klient coś chce kupić! I żadnego "nagiego, radego" nie będę mówił! - wróciłem do listy zakupów. Tak, wiem co kupię. Felere, Veishę, Yanera, Hignar, Carmaleen, Malaven, Calvos, Jeleos, Rathroona - tu zrobiłem lekką pauzę. Na chuja mam mu coś kupować? Nie zasługuje on na prezent, Zresztą, jest daleko i nie mam jak wysłać mu prezentu. Wróciłem do "listy" - Jadeith, Ellshin, Varill, Yen’Ros, Brag’ha, Perree, Pearr, Peorra, Shadyon, Shadya i...... - zatrzymałem się. Czemu są jeszcze te pluszaki przy mnie? Spojrzałem na swe dzieci. Perree? Jest. Pearr? Obecna, stoi przy półeczce obok. Peorra? Także jest z siostrą. Shadyon? Milczący ogląda książki. Shadya? Na moich rękach. Ale te pluszaki..... Czyżby? Czyżby.... sugestia, że czekają mnie kolejne dzieci? Nie no, kurwa.... Ta piątka to już ciężka jazda, a co dopiero.... Dziewiątka? To byłaby przesada! - Panie! Chcę coś kupić! - krzyknąłem