manfret

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    393
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O manfret

  • Ranga
    Gracz wielce dzielny
  • Urodziny 10.07.1991

Profile Information

  • Gender Male

Ostatnie wizyty

1664 wyświetleń profilu
  1. ******* Weszliście do pomieszczenia o którym można powiedzieć tyle, że pojawiło się znikąd. W każdym razie dla ciebie, bo Bertrand wyglądał jakby dokładnie wiedział w jaki sposób je przywołać, wnioskując po jego uśmieszku, który wyłaniał się zza tej gęstej brody. Weszłaś do sali niepewnym krokiem. Chwilę temu starzec żartował, że cała ta sytuacja może wyglądać tak jak w książkach, że ten niepozorny i niegroźny dziadzio może nie być taki niegroźny na jakiego wygląda. Ale cholera, ty nie pozostałaś mu dłużna. W jego umyśle pojawiła się myśl, że możesz mieć rację. Nie znał ciebie prywatnie, badał tylko i wyłącznie pod względem demonicznej aury, która jest autentyczna jak sam mówi, ale wykresy wskazywały, że oprócz tego nic innego w tobie „nie siedzi”. A co jeżeli skrywasz jakąś swoją drugą osobowość, drugą naturę, która jest skryta głęboko w twej duszy? Mag nie poruszył już wcześniejszych tematów, o klonowaniu i o byciu boską boginią, jak sama powiedziałaś. Chociaż stwierdzenie, że bycie istotą wyższą byłoby dla ciebie bardzo pomocne z racji tego, że mogłabyś pozbyć się dzięki temu kaca i okresu wywołało u niego ciche parsknięcie. Albo to był po prostu odgłos kapcia, który szurnął po podłodze. Wyczułaś po wejściu do pomieszczenia mocne perfumy. Ty mogłaś znać ten zapach jako „Coco Chanel” tylko te były bardzo mocne. Bertrand znał je raczej pod nazwą „spirytus ratyfikowany”. Ale przejdźmy do rzeczy, a nie zajmujmy się pierdołami. Pomieszczenie w którym się znaleźliście było mniej więcej rozmiarów tutejszej kuchni, ale z tym wyjątkiem, że tutaj było dużo bardziej czyściej. Nie było tu tylu książek i szafek, tylko jeden kufer umieszczony pod ścianą. Wszystko było tu podporządkowane eksperymentowi, a przynajmniej tak to się wydawało. Na środku sali zauważyłaś półmisek, który znajdował się na trójnogu, a z naczynka wydobywał się zielonkawy dym. Otoczony trzema lustrami, które odbijały promienie światła pochodzące z ogromnego łuczywa wiszącego pod sufitem. Zagadką było to w jaki sposób ten sufit jeszcze nie zajął się ogniem? Całość dopełniały kolejne trzy półmiski, stojące pomiędzy lustrami i z których także wydobywał się dym, tym razem czerwony. Nie miałaś pojęcia co ten starzec palił w tych naczyniach, ale zbyt długie wdychanie tego dymu powodowało lekkie zawroty głowy. Całości rytuału dopełniały trzy okręgi, które Bertrand zostawił ciebie z myślami na temat tego pomieszczenia i zbliżył się do znajdującej w centrum kręgu naczynia. - Tak, jest dobrze. Idealnie wręcz – mruczał pod nosem, nachylając się by sprawdzić czy wszystko w porządku – Tak jak pisali starożytni w manuskryptach. W końcu odszedł i sięgnął do kufra, skąd wyjął małą, złotą kulę. Wyjął też z niej mały stojaczek, po czym powrócił do centrum kręgu. Przy dymiącym półmisku rozłożył stojak, a na jego szczycie położył złotą kulę. Odsunął się, wpatrując się w swoje dzieło. Kiwnięcie głową wskazywało, ze jest zadowolony z efektu. Spojrzał na ciebie. - A więc… cel tego rytuału już ci opowiedziałem, moja droga. Teraz czas na wyjaśnienie tego co ma nastąpić. W tym naczynku, znajdującym się w środku kręgu, znajdują się już wszystkie potrzebne składniki. Za wyjątkiem ostatniego, najważniejszego – twego lisiego włoska – zaczął mówić – Poza tym twoja obecność jest bardzo potrzebna. Mianowicie, z racji tego, że posiadasz demoniczną, lisią aurę, to ty musisz być swego rodzaju katalizatorem. Musisz uwolnić odrobinę swej aury, tylko w ten sposób będziemy mogli otworzyć… przejście do ich świata? Tak, to dobra i poprawna nazwa. Dotykając tej kuli, która pochodzi z dawnych terenów Sumerów, powinnaś łatwiej ją uwolnić i skierować na tę misę. Powinno zadziałać…. W każdym razie mam nadzieję, że zadziała. Tak podawali starożytni. - wyprostował się, patrząc na ciebie – Tak więc moja droga… Nie rozmyśliłaś się co do rytuału? - spytał. W tej samej chwili do pomieszczenia wszedł Corin, masując sobie plecy. - Muszę naprawdę posprzątać korytarz, zabiję się kiedyś przez te walące się rupiecie na podłodze – jęknął. Rozejrzał się po sali, konkretnie po waszej dwójce. - Eeeee…. Coś mnie ominęło? - rzucił niepewnie
  2. ******* Starzec mówił i mówił, aż w końcu skończył temat. Powiedział to, z czym w sumie zwlekał od momentu gdy Aster zjawiła się na jego zaproszenie do jego hacjendy. Ale w końcu wyrzucił to z siebie i pozostało mu czekać. Nie wiadomo na co. Nie powiedział przecież on nic okropnego, nie wrzucał Asterce z powodu jej pochodzenia, jej uroczych, szpiczastych uszek czy tego, że ubiera się wyzywająco, co dla tych dwóch samotników żyjących gdzieś na zadupiu USA i Kanady jest totalnym wyzwaniem jeżeli chodzi o umiejętność samokontroli w pobliżu tak pięknej kobiety. Laura Valentine Astaroth Maplefall po wysłuchaniu tego co stary mistrz ma do powiedzenia, sama zabrała po nim głos. Powiedziała dużo mniej niż poprzedni mówca. Dużo mniej. Bardziej można powiedzieć, że po prostu coś bąkała pod nosem, sama do siebie. Dopiero gdy Bertrand wyjawił swój cel, do czego gwiazda muzyki pop zaczęła mówić więcej. W sumie trudno jej się dziwić. Oczekiwała odpowiedzi. Po co przez te ostatnie kilka dni była ta cała szopka? Czemu nie powiedział jej od razu? Nastąpiła niezręczna cisza, przerywana szuraniem buta po posadce przez Bertranda. Corin zachował kamienną twarz, nie odrywając wzroku od książki. W końcu jednak westchnął, zamknął „Transmutacja, a transformacja – I ty możesz się tego nauczyć, jeśli chcesz” i spojrzał to na swego mistrza, to na gościa. - To może być bardzo ciekawe – odparł splatając palce, przypatrując się całej tej scenie. Jego mistrz w końcu doszedł do wniosku, że musi pokazać kto tu rządzi, że jest przygotowany. Odchrząknął głośno, poprawił szatę i wyprostował się, próbując nadać swej osobie odpowiednią dla tej sytuacji pozę. - Cóż...zacznijmy od początku. Od twoich pytań, bo widać, że jesteś osobą ciekawą świata i chcesz wszystko wiedzieć. Droga Aster, nie wiadomo skąd pochodzą Sumerowie. W każdym bądź razie jest zbyt mało informacji, które przetrwały do naszych czasów. Istnieje kilka teorii, a jedna z nich mówi, że przybyli z terenów indyjskich. Bardzo możliwe, że pochodzą nawet z terenów Chin, ale to już wydaje się być mocno przesadzone – powiedział tonem nauczyciela historii, którego głos, niczym dźwięk odkurzacza, mógł uśpić słuchacza. Ale to, że chodził w te i wewte sprawiało, że słuchacz musiał utrzymywać na nim kontakt wzrokowy więc w jakiś sposób powstrzymywało to od całkowitego zamknięcia oczu. - Jeżeli chodzi o wiek ich króli to jest to swego rodzaju...metafora. Ciężko to obecnie wyjaśnić dość naukowo, bo wydaje się to nieprawdopodobne aby jakakolwiek istota mogła tyle żyć. Jednak jeżeli weźmiemy pod uwagę pewne aspekty to może się to nawet wydać logiczne. Pamiętaj moja droga, że w Biblii, w Starym Testamencie, jest napisane, że Adam czyli pierwszy człowiek według religii Chrześcijaństwa i Judaizmu żył 930 lat. Adam był Synem Bożym, co w sumie może sugerować tak długi wiek. W przypadku władców Sumerów możemy powiedzieć, że oprócz wierzeń bycia także Synami Bożymi duży wkład w ich tak długie życie mogła mieć magia. Naprawdę ciężko jest powiedzieć czy tak długie życie było i jest możliwe. - odparł na drugie pytanie. Pozostało mu trzecie pytanie jakie zadała Aster. - Tak….czemu to tak długo trwało? Rzeczywiście, jestem winien ci odpowiedź na to pytanie. Widzisz, ja…..ŻE CO?! - Bertrand krzyknął zszokowany słowami swego gościa, przewróciwszy się na podłogę – SEKS-ZABAWKĘ?! - wykrztusił, gdy jego głowa ponad blatem stołu. W tym samym czasie Corin, śmiejąc się w niebo głosy, próbował usunąć plamy herbaty z kartek jego książki. - Mistrzu! Ja wiedziałem, że nasz gość jest wyjątkowy, ale nie spodziewałem się z jej strony takiej obawy o swoje włosy. - Wow...to pytanie dosłownie zwaliło mnie z nóg – odparł Bertrand wstając w końcu na nogi. Widać było, że spod tej gęstej, białej brody, wydostaje się potężny rumieniec wstydu, jaki go ogarnął po tym pytaniu. - Moja droga, nigdy, przenigdy...nie miałem takich planów wobec ciebie. Naprawdę, nie mów tak więcej. Wiem, że jestem stary i w ogóle, a poza tym to... - Pomysł się podoba, prawda? - rzucił mocno rozbawiony jego asystent. Starzec momentalnie zmiażdżył go wzrokiem. Róż z twarzy zniknął, a ustąpił on miejsca wściekłej czerwieni. - Jeszcze jedno słowo, a zobaczysz co się stanie, Corinie. Pamiętasz ostatnią twoją przemianę? Pamiętasz? Mam to powtórzyć? - tym razem to młodzieniaszek momentalnie się zarumienił. Szybko chwycił księgę i mamrocząc coś pod nosem w stylu „Nie musisz być taki ostry i poważny” szybko opuścił kuchnię. Mag odprowadził go wzrokiem do wyjścia z pomieszczenia, odchrząknął i spojrzał na Aster. - Wybacz mi za tego idiotę. Jest młody, utalentowany, ale dalej ma głupkowate pomysły. Wracając jednak do tego co mówiłaś… Twój pobyt tutaj był potrzebny w dłuższym wymiarze czasowym. Mianowicie mimo że wyczuwałem od ciebie demoniczną naturę to musiałem mieć pewność, że nie jest to coś...sztucznego. W trakcie twej obecności tutaj parę moich satelitów próbowało wyłapać twoją aurę. Jaka ona jest, jakiego pochodzenia? Mogłem przeprowadzić badania typowo lekarskie, jasne, ale nie chciałem byś czuła się jak królik doświadczalny. Nie było to nigdy moim celem. Wiedziałem, że jest w tobie coś wyjątkowego i wiem, że pomimo pewnych wydarzeń u ciebie, twa aura jest w 100% czysta. Można powiedzieć, że jesteś niczym lisia bogini, ale bardziej poprawną nazwą byłoby „lisia półbogini”. Do pradawnych Lynxian trochę tobie brakuje, ale jesteś bliżej nich niż myślisz. - powiedział z pełną powagą. - Cóż...włos jest niezbędny, bowiem twoja „aura” zawarta w nim jest niezbędnym składnikiem. Ale najważniejsza jesteś Ty sama, twoja obecność przy eksperymencie. Zresztą, zaraz przekonasz się dlaczego. Pokażę Ci – dodał, kłaniając się w pas, po czym skierował swoją prawą rękę na mosiężne drzwi, znajdujące się w ścianie kuchni, naprzeciwko zlewu i innych szafek. To dziwne, bo mogłaś być pewna, że jeszcze przed chwilą ich tam nie było. Bertrand podszedł do nich i z zadziwiającą lekkością je otworzył. - One tylko wyglądają na ciężkie. Zapraszam, pokażę ci na czym polega nasz eksperyment – powiedział tajemniczo. Gestem ręki zaprosił cię do środka. Dziwna woń perfum, mocnych perfum, ale i jakby świerkowego lasu, uderzyła w twe nozdrza. - Nie bój się moja droga. Może w książkach autorzy często piszą, że w takich sytuacjach ujawnia się w kimś takim jak ja szaleństwo i stara się niewinną bohaterkę uwięzić w takim miejscu, ale zapewniam cię, że nigdy nie wyrządzę Tobie krzywdy. - dodał chichocząc. Uśmiechnął się do ciebie, ale ciężko było zauważyć jaki to uśmiech przez tę cholerną brodę. Przyjazny, tajemniczy czy może złośliwy? Pewnie przyjazny.
  3. Maren Kras'kotha Na słowa odnośnie Avarielki tylko wywróciłem oczami. No tak, "sucza" Felere doszła do głosu i jak zawsze musi pocisnąć mej skromnej osobie. Ale nie dałem tego po sobie poznać. Niech nie ma z tego jakiejkolwiek przyjemności. Pozostało mi tylko cicho westchnąć, na znak dezaprobaty jej zachowania. I tej całej Xilayi... - Marudzę, marudzę... Ja wcale nie marudzę! - rzuciłem zażenowany. Znowu zostałem tak nazwany, "bomba zegarowa"! Kurwa, ja nie jestem żadną bombą zegarową! Mam po prostu dość tego wszystkiego, że wszyscy dookoła mnie wiedzą jak coś powinno być zrobione! Nigdy nie pytają się mnie o zdanie, a potem biegną do mnie z płaczem i prośbami o pomoc. Zszedłem ze stołu i odwróciłem się do dziewcząt. - Do cholery, co wszyscy uparli się z tą "bombą zegarową"? "Nigdy nie wiadomo kiedy nastąpi jego wybuch" - rzuciłem przedrzeźniając Myrune. Na słowa o dramatyzowaniu nic już nie powiedziałem. W sumie, trochę to tak mogło zabrzmieć. No dobra, punkt dla ciebie. Ale kwestia Pearr.... - Nic z tego. Żadna mroczna dama. Nie próbuj tego z nią, bo dam ci szlaban na wizyty z moją córką. Nie pozwolę abyś mi ją deprawowała, jasne? To niewinne dziecko i takie ma pozostać. A pokaże mi wiele miłych zachować i rzeczy. Zobaczysz. - powiedziałem tonem kończącym dyskusję na temat mej córki. Czy to będzie nudna wędrówka to zależy od ciebie, pomyślałem odwracając się do nowo poznanej. - Zależy gdzie chcesz pójść i co zwiedzić. Sam tego miasta za bardzo nie poznałem. Felere nigdy nie ma czasu by mnie oprowadzić - rzuciłem. Po chwili znowu mój wzrok skierowałem na Felere. - Nie wiem za kogo mnie uważasz. Nie mam zamiaru pozwolić im na przeprowadzenie tortur na mnie. Jedną jakiś czas temu zajebałem. Jak one zaczną kozaczyć to szybko wylądują w piachu. - po tych słowach zacząłem kierować się w stronę drzwi prowadzących na korytarz jej pałacu. Już miałem nacisnąć klamkę, gdy ma dłoń się zatrzymała. - Co do Avril... Gdybyś ty była na jej miejscu, też rzuciłbym wszystko by cię uratować. Nie mam zamiaru pozwolić by przebywała nie wiem tak długo. Nie ma jej z nami wystarczająco długo. Więc zrób coś dla mnie. Znajdź lokację, gdzie przebywa Srebrna Smoczyca. Podobno ona może ją przywrócić. Z tego co słyszałem ma, o ironio, jakiś zatarg z Morsitkami. Ale tego się dowiemy. Chcę do niej wyruszyć jak najszybciej. Jutro wieczorem, albo pojutrze to tak najpóźniej. Więc proszę cię, znajdź jej lokalizację. A co do ciebie Xilayo... - zerknąłem na nią - spotkajmy się przed głównym wejściem. Za 15 minut. Odwiedzę tylko swe dzieci i możemy pójść na to...zwiedzanie miasta. Do zobaczenia - powiedziałem, naciskając klamkę i opuszczając komnatę cesarzowej Ched'Nassad, kierując się do pomieszczenia, gdzie przebywa czwórka moich dzieci z Yanerą. Może po drodze jakoś napotkam piątego, z Veishą.
  4. ******* Deatlynn przez kilka sekund, nie wypowiedziawszy słowa, wpatrywała się w rodzeństwo, zastanawiając się czy obie strony na pewno się poprawnie zrozumiały. Kobieta z piękną blizną na twarzy podrapała się po głowie, patrząc to na rodzeństwo, to na Vinryna. - O jakiej rozróbie w karczmie opowiadacie? Problemy hazardowe? - spytała się zdezorientowana – Ja mówię o nim! Komu tym razem ten mały kleptoman coś ukradł? O to mi chodzi! - zawołała wskazując na niziołka. - Za każdym razem gdy się z nim spotykałam to coś mi ginęło...grrrrr…. - warknęła, mrużąc przy tym oczy, gdy wpatrywała się w Vinrina, który w tym samym czasie wbił wzrok w podłogę, szurając obuwiem – Dlatego byłam baaaaardzo ciekawa komu tym razem coś zwinąłe… Czekajcie, jakie problemy hazardowe? Powiedz mi, co ty tym razem zrobiłeś, co? - powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu, stanąwszy przed złodziejem, ze skrzyżowanymi rękami na piersiach. Wyglądała jak matrona, jak ktoś kto zastanawia się nad karą dla niesfornego dziecka. I że żadne przeprosiny nie powstrzymają ją przed spuszczeniem łomotu. - Więc? - spytała się po raz drugi, lekko podnosząc głos. - Nic nie zrobiłem. Nic a nic. Byłem grzeczny! Nic nie kradłem. Mówię poważnie! - To dlaczego moja podopieczna i jej brat mówią coś zupełnie na odwrót? - No bo….trochę krzyków było. Ale to klienci gospody się bili między sobą, nie my! - zawołał Vinrin w końcu podnosząc głowę aby móc spojrzeć Deatlynn w oczy. Chociaż to za dużo powiedziane. Prawie sobie krzywdę zrobił tym gwałtownym ruchem szyją. Szefowa Mortsit westchnęła tylko, siadając na biurku. - Poważnie? Twój brat prawie wywołał bójkę? Dziwne… zawsze to ty jesteś skora do takich zabaw. Widzę, że jaka siostra taki i brat – rzuciła do rodzeństwa po czym spojrzała na drzwi – Gdzie się podziewa Sshamath? Powinien już tu być. Nie mam ochoty gnić tu cały dzień, bo on sobie poszedł szukać dwóch do pomocy. - jęknęła. W tej samej chwili zdawało się usłyszeć dochodzące z korytarza dźwięki. - No dawać szybciej! To tylko jeszcze jedno piętro! Macie zapierdalać po tych schodach! Na misji nie będzie ociągania się, macie myśleć i poruszać się błyskawicznie! NO JAZDA! Oho. Ciekawe kto to idzie?
  5. Czas na feedback. W sumie nie wiem po co skoro praktycznie co odpis komentuje co i jak. No, ale jak mus to mus. A wiec. Rozdział vel przygoda, który trwała kilka miesięcy. Co myśmy tam mieli? W sumie trochę szkoda, że lekcje (nawet jedna) nie potoczyły się troszkę dłużej. Wykorzystując rzuty kością nasze postacie mogłyby ew. zapunktować u nauczycielki/la przy jakimś pytaniu. Ale to pewnie trwało by zbyt długo wtedy wiec może i dobrze, że tego nie było. Sam klimat jest fajny, kręci mnie ta zabawa i ciekawe co będzie dalej, ale czasem czuję, że ten tydzień leci cholernie szybko i nagle muszę znowu pisać odpis. Z tego też powodu nie ma już odpisów pisanych "wierszem", a szkoda, bo cholernie lubię tak się bawić. Kwestie walk. Nie lubie, ale to z racji, że mam totalną hipiskę i która prędzej ucieka niż walczy. Jednak ostatnie sceny wyglądały tak, że lepiej lekko zerwać z charakterem, bo łomot byłby konkretny w razie ucieczki i ew. złapania. No właśnie, Adaline chce sceny gore, a ja właśnie bym tego nie chciał. Chciałbym trochę kwiatków, słoneczka i takich tam. Taką miłą i uroczą sesję ^^ Czas na postacie (kurde, nie lubię tak jakoś pisać. Przecież ja to piszę praktycznie codziennie i się powtarzam...). Jakoś szybko polubiłem te dziewczyny, które kręcą się wokół Lily. Konomi, Maremi, Chibi, a teraz jeszcze dorzuciłeś Riley. Plus duży u mnie. Kurde, dobrze wiesz co lubię w tej sesji. Postacie, przygodę i atmosferę. Nie lubię tych wymuszonych walk. Pacyfistka nie walczy! Pacyfistka ucieka! Ale nie ma jak, bo potem ci, których kocha będą skrzywdzeni
  6. Rzuciwszy 8k10 dla gracza o nicku Obi, manfret uzyskał(a) wyniki: kość 1: 8(+2), kość 2: 10, kość 3: 10, kość 4: 10, kość 5: 7(+2), kość 6: 8, kość 7: 7(+2), kość 8: 3(+2). Suma wyników = 63+8=71 71/8~9. Wynik=9 Powód rzutu: Zaklęcie w najnowszym odpisie.
  7. Lily Cooper Sytuacja zaczęła być lepsza niż na początku. Tak przynajmniej mogło się wydawać. Na początku było ich trzech, ale teraz, dzięki świetnym zaklęciom Riley i Lily tak naprawdę tylko jeden demon był nietknięty. Pozostałe dwa w mniejszym lub większym stopniu były wyłączone z walki. Dobra robota dziewczęta! Lily zerknęła jednak na Johnnego. Kochana Gajo....co za pies. Jak nie zdrada swej właścicielki i oddanie siebie dla dopiero co poznanej osoby, ignorując totalnie tę która go karmi, tak teraz udaje wariata i nie wie co zrobić. A niby jest taki...inteligentny. Albo na takiego pozuje. Dramat... Okej, w każdym bądź razie Lily była pewna, że zaraz wszystko ogarnie. Jednak te pojawiające się na niebie czarne smugi mocno zaniepokoiły Lily. - Riley! Spójrz na niebo! Ich...chyba jest więcej! - powiedziała przerażona do swej towarzyszki. Nie mogą sobie pozwolić na dłuższe starcie! Muszą pokonać te trójkę aby mieć jakieś szanse. Każde kolejne przywołanie ich skutkować będzie porażką... Ale najpierw... - Johnny! Powiedziałam Ci już! Do mnie! Natychmiast! - zawołała jak przez łzy młoda Cooper. Skupiła się na trzecim, jeszcze całym demonie - Phasmatus Ignitium Dos Ex Salvo, Phasmatis Ignitium Dos On Salvo, Phasmatis Ignitium Dos On Salvo!!
  8. - Tato! Tatusiu! Jesteśmy głodne! Daj nam jeść! - moja córka tupała nóżką w kuchni i stanowczo domagała się posiłku. - Ale dopiero co jadłyście. Znowu chcecie jeść?! - spytałem zaskoczony - Taaaaaak! Znoooooowuuuuuuuu! Daj nam jeść, albo…. - nie zdążyły dokończyć. Na moich oczach cała trójka uroczych dzieciątek zaczęła się przemieniać w…. coś! Kurwa, nie miałem pojęcia co się dzieje! Tam, gdzie stały istoty zrodzone z wody teraz lewitowały nad podłogą jako Beholdery! Co jest grane!? - TATOOOOOOOOO………. DAJ NAM JEŚĆ!! - ryknęły, rzuciwszy się na mnie - NIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE……… ******* Gdy otworzyłem oczy poczułem, że moja twarz oblana jest zimnym potem. Szybko podniosłem się na łóżku, starawszy się ogarnąć sytuację i zorientować, gdzie ja jestem. Czułem pod sobą miękki materac, od pasa w dół byłem przykryty aksamitną pościelą, a przy mnie smacznie spały moje dzieci. Głośno oddychając, uspokoiwszy się, pozwoliłem by moja głowa swobodnie opadła na poduszkę. To sen, to był tylko popierdzielony koszmar, powtarzałem sobie w myślach. Ale nie będę kłamał. Boję się. Boję się budzić każdego dnia. Boję się tego, że ten cały pierdolony koszmar, który tym razem jest moim życiem, zaskoczy mnie jeszcze bardziej niż dnia poprzedniego. Przerażało mnie to, że nieważne jak się staram, jak bardzo próbuję pomóc to zawsze komuś dzieje się krzywda – albo mi, albo moim bliskim. Wpatrywałem się w sufit czując jak Pearr, moja kochana córeczka, jeszcze bardziej wtula się we mnie. Nigdy nie byłem ojcem, ale czułem na sobie pewien obowiązek odnośnie ich wychowania. Moja ręka objęła ją delikatnie i koniuszkami palców głaskałem ją po główce. Odkąd jestem w Ched'Nassad wszystkie noce spędzałem sam. Teraz, od dwóch dni...śpią ze mną me dzieci. Wodne boginki, ishtarska bogini ciemności i syn z innego wymiaru, który co prawda nie śpi ze mną, ale w drugiej komnacie, ale kto by to liczył, nie? Zastanawiasz się pewnie drogi czytelniku (o ile ktoś to w ogóle czyta), w jaki sposób wpakowałem się w te gówno? Jakim cudem 87 letni ishtar (co na ludzkie lata przekłada się jakbym miał ok. 17-18 wiosen), nie mający kobiety przy boku może mieć już piątkę dzieci? Jak to się wszystko spierdoliło? I kiedy? Zacząłem się zastanawiać czy me obecne życie, to nie jest jakiś żart, kreowany przez Bogów. Zresztą jedną już wkurwiłem, więc może to to? Kurwa….pozwólcie, że zacznę wszystko od początku. Chociaż nie wiem czy was to w jakiś sposób interesuje. Ale…. jebać to. ******* Od czego by tu zacząć, pewnie się zastanawiacie, nie? No cóż. Przyszedłem na świat w dość ubogiej, by nie powiedzieć, plebejskiej, rodzinie. Ojciec jest zwykłym kowalem, a matka akolitką bogini Shadyi. Do wojska wstąpiłem dość młodo i zastanawiam się kto właściwie po kogo wyciągnął swoje łapska. Ja po nich czy armia po mnie? Nie ważne. W każdym bądź razie, na wskutek wielu zbiegów okoliczności, a także dużej dozy szczęścia, ostatecznie nie skazano mnie na karę śmierci i nie wykonano wyroku, za napaść na oficera komisji poborowej, ale postanowiono zaciągnąć w szeregi elitarnej grupy zwanej „Egzekutorami”. Kolejne lata, trwało to jakieś 20 lat, upływały wyłącznie na szkoleniu. I trzeba powiedzieć, że szło mi to bardzo dobrze. Ja ciągle byłem żywy (co samo w sobie jest ogromnym sukcesem jeżeli chodzi o naszą społeczność mrocznych elfów, zwanych też ishtarami), a instruktorzy byli ze mnie zadowoleni. Jednak pewnego dnia...wszystko się zmieniło. Zobaczyłem ją. Myrune. Nie ukrywam, że został trafiony strzałą miłości przez pieprzoną Sunrlissę. Ale w tym dniu me życie się zmieniło. Nie będę wam dalej opowiadał tych cholernych banałów – próba zaimponowania jej, w końcu pojawia się szansa, udaje się mi itd. W międzyczasie wydarzyło się sporo różnych rzeczy. Sam straciłem prawą rękę, która została zastąpiona runicznym egzemplarzem, zainteresowała się mną bogini magii, przy okazji uczestniczyłem w dwóch zamachach stanu, światowej wojnie przeciwko potężnym Necronom i jeszcze paru pojebanym akcjom. Potem przyszedł jakże krótki odpoczynek, który został parę tygodni temu brutalnie przerwany… Jeżeli ktoś ci powie, że wobec drugiej osoby jesteś odrobinę zazdrosny, paranoiczny i w ogóle powinieneś dać jej trochę więcej przestrzeni to wiesz co? Miej to w dupie. Oczywiście ja byłem i zawsze będę zazdrosny o swoją ukochaną. Złamanie ręki jakiemuś frajerowi za podszczypywanie twej dziewczyny to chyba oznaka zdrowego i kochającego mężczyzny, nie? Bo tak kiedyś zrobiłem. Ale nie byłem odrobinę paranoiczny, co skutkowało późniejszymi wydarzeniami. Pewne informacje ignorowałem uważając, że to….bzdury lub coś co wkrótce się poprawi. Jednak ja zignorowałem za dużo znaków, które były mi dostarczane praktycznie pod nos. Konsekwencje tego były dramatyczne. Na przyjęciu wydanym przez moją ukochaną dokonano na mnie zamachu, nieudanego oczywiście, bo czytacie me słowa. Z hukiem wyleciałem przez okno i wylądowałem w rzece, znaleźli mnie łowcy niewolników, którzy zaciągnęli do siebie. Uciekłem stamtąd zabijając kilku frajerów, którzy próbowali mnie powstrzymać i tak o to znalazłem się w Ched'Nassad. No dobra, ucieczkę zawdzięczam Felere Levirr, mej dawnej przyjaciółce, która na nowo jest bliską mi osobą. Od niej dowiedziałem się wielu rzeczy. Wybuch kolejnej już wojny domowej, próba przejęcia władzy nad tą częścią Podmroku. Czyli standard jeżeli chodzi o naszą społeczność. Jebany standard... Jednak nie to było najgorsze. Myrune zawiązała liczne sojusze, które zaczęły zagrażać naszemu bezpieczeństwu. I trzeba było zacząć je powoli eliminować, tak aby ostateczna konfrontacja była dużo łatwiejsza. I mi się to udawało. Unieważniłem jej sojusze z Illithidami, Beholderami... Zapobiegłem odkryciu przez nią kolejnych Zwierciadeł Mroku, potężnych artefaktów, które dają ogromną siłę. Nie będę kłamał, teraz ja jestem "właścicielem" tych luster. Przy okazji dowiedziałem się pewnego szokującego faktu. Przez te kilka lat kiedy żyłem w związku z Myrune, byłem pewien, że tak jak ja jest jedynaczką. Jednak rzeczywistość jest dużo bardziej pokręcona. Cesarzowa Harishan, poprzednia władczyni Shadovlandu, jak się okazało miała DWIE córki (bliźniaczki). No kurwa dobrze, że się w ogóle dowiedziałem o tym. Jednak ta druga siostra była za bardzo pojebana i została wepchnięta i zapieczętowana w innym wymiarze. Marune, bo tak ona miała na imię, czekała wiele lat aż w końcu udało się jej skontaktować ze swoją siostrą. Wtedy ją tak ogłupiła, że...wykorzystując magię opętała jej ciało, a ją wrzuciła na swoje miejsce do innego wymiaru. Tak więc przez jakiś czas, jak się okazało, żyłem z jej siostrą. Świetne odkrycie. Nie ukrywam, że nie chciałbym z nią zakładać rodziny. Zbyt jebnięta. Oczywiście później działo się jeszcze gorzej, ale już nie z nią. Ostatnie wydarzenia były mocno posrane. Teraz mam inny cel, na tę chwilę. Muszę uratować drogą dla mnie osobę (kolejną, bo mam ich parę). Tak to jest gdy nie potrafię trzymać języka za zębami. A gdy coś palnę to nie ja obrywam, ale inni. Dużo pracy przede mną. Kurwa mać... Jednak zastanawiacie się pewnie, skąd te dzieci? Podczas ostatniej podróży, gdy przemierzałem jaskinie beholderów, natrafiłem na trójkę dość dorosłych wodnych boginek, które otworzyły dla mnie przejście prowadzące do mego celu. Niestety ceną za to był powrót ich do bycia dziećmi. W zamian za przejście zobowiązałem się do opieki nad tą trójką. Nie mogłem ich przecież zostawić tam na dole, prawda? Potem natrafiłem na syna, Shadyona. Tu historia jest jednak bardziej posrana, bowiem Shadyon...został zabity. Zginął z rąk potężnej i praktycznie nieśmiertelnej istoty zwanej Tysiącem Twarzy. Chłopak przybył z innego, równoległego wymiaru aby mnie chyba zabić, tak sądzę. Zamiast tego trafił na bestię, która go zabiła. Udało mi się jednak dobić targu z tym Bytem. W zamian za pewne artefakty, które mu oddałem, wskrzesił on zarówno chłopca jak i pewnych poszukiwaczy przygód, którzy także polegli z jego ręki. Oprócz tego dostałem też Boginię Shadyę, jedną z najważniejszych bogiń ishtarskiego panteonu. Została ona porwana przez tę istotę i tak długo trzymana w niewoli, że stała się niemowlakiem. Tak więc kurwa w jedną praktycznie godzinę zaadoptowałem piątkę dzieci. Ma się ten rozmach, nie? ******* Od czasu gdy powróciłem do miasta Ched'Nassad z piątką dzieci stwierdziłem, że przyniosły mi one wewnętrzny spokój, bo o tym zewnętrznym mimo wszystko mogłem tylko pomarzyć. Budzony rano przez rozkoszną czwórkę (a raczej trójkę, bo niemowlak płakał, że chce jeść) i obserwowany z pogardą przez piątego uznałem, że takie coś mi się podoba. Zaganiałem dzieciaki najpierw do kuchni, gdzie przygotowywałem im wszystkim posiłek, wysłuchując jak się kłócą i dokazują sobie nawzajem. Jadłem razem z nimi śniadanie, a potem zapędzałem do łazienki, gdzie czwórkę szorowałem, a niemowle oddawałem pod opiekę służek i kapłanek, które same domagały się bardziej aktywnego uczestnictwa w życiu młodej bogini. Po skończonym myciu i ubraniu ich każde z dzieci ruszało do „swego” opiekuna (jakby nie wystarczył mi fakt, że ja jestem ich ojcem. A oni jeszcze biegali do cioć…). Pearr biegła do Felere, która jako cesarzowa tego miasta zrobiła na niej imponujące wrażenie i z całą stanowczością oznajmiła, że jak dorośnie to chce być taka jak ona. Głupiutkie dzieciątko, nie wie co mówi. Ale to taki wiek, że dzieci lubią mówić głupotki. Perree szła do Yanery, która przy pomocy drewnianego mieczyka bawiła się z nią w Wojowniczki i Księżniczki zaś Shadyon szybko biegł do Veishy, która była chyba jedyną osobą w zamku, która go rozumiała. I akceptowała jego nawyki żywieniowe, bo ja za cholerę tego nie mogłem wytrzymać… Ze mną została Peorra. Cholera, co to za rozkoszne dziecko jest… Brałem ją na barana i wychodziliśmy razem do ogrodu, spędzając czas w taki sposób, że sam nigdy tego nie doświadczyłem. Podświadomie robiłem to czego zawsze pragnąłem jako dzieciak? Jednak każda sielanka musi zostać przerwana. Jedna ze służek podeszła do mnie i z ukłonem wręczyła mi pewną kopertę. - Od cesarzowej Levirr – powiedziała tylko. Rozerwałem papier znajdując w środku list. - Szkoda. Myślałem, że może jakieś pieniądze dla mnie abym sobie coś kupił. Albo dla kowali za nową rękę. Lub na ciuchy. Tyle wydatków mnie czeka… - stwierdziłem rozczarowany. Na żaden kupiecki, finansowy dokument to nie wyglądało. Otworzyłem list i przeczytałem jego zawartość. Jak znajdziesz nieco czasu, przyjdź do mojego gabinetu. Chcę ci kogoś przedstawić. Felere Jak to będzie kolejne dziecko do opieki to zabiję i ciebie i jego, pomyślałem gniotąc list i chowając do kieszeni. Kiwnąłem głową i ruszyłem z moim maluchem najpierw do Yanery, której oddałem pod opiekę Peorrę. Razem z nią w Wojowniczki i Księżniczki bawiły się też Pearr, Shadya i Perree. Przez kilka sekund patrzyłem na tę zabawę stojąc w progu. Nigdy nie myślałem, że ma podopieczna tak dobrze radzi sobie z dziećmi. Zapunktowała u mnie po raz kolejny. Dobrze też wiedzieć, że tak dobrze się czuje i po ostatnim urazie ani śladu. Zamknąłem drzwi i ruszyłem do komnaty Felere, gdzie znalazłem się po minucie. Gdy zapukałem do drzwi nie czekałem na jej odzew. Wszedłem od razu. W środku oprócz cesarzowej była jeszcze jedna osoba. Tej kobiety nie znałem. - Dostałem list. O co chodzi? - spytałem na wstępie, bez jakiegokolwiek "dzień dobry" czy "pocałuj mnie w dupe, skarbie". - A więc to on – powiedziała nieznajoma elfka i skierowała swe spojrzenie na mnie. Nie byłem pewien czy ona mówi o mnie więc się rozejrzałem dla pewności. Nie, nikogo obok mnie nie było więc z pewnością musiała mówić o mnie. Zresztą Felere jej wyjaśniła chwilę potem kim jestem i to, że dziewczyna jest kimś ważnym z Sylvenorry i wie coś przydatnego dla nas. Super. - No, witam cię – rzuciłem, machając ręką. Podszedłem bliżej biurka Felere z rękami w kieszeni. - Fajna informacja, ale zdajesz sobie sprawę, że teraz na demony nie pójdę? Mówiłem Ci już Felere, teraz liczy się tylko i wyłącznie Avril. Mortsitki. Chcę tam wyruszyć jak najszybciej - powiedziałem dobitnie. Najlepiej dzisiaj wieczorem. Będzie jeszcze okazja aby pobawić się z dziećmi i ogarnąć sprawunki dla siebie. Nie wiem tylko czy one mnie w ogóle słuchały. Zaproponowały one nagle abym zaopiekował się gościem. Lekki grymasik pojawił się na mej twarzy, a jęk wyrwał się z ust. W sumie nie pomyliłem się za bardzo co do pierwszej myśli odnośnie odczytanej wiadomości... - Z całym szacunkiem, ale naprawdę Felere? Przecież mi dopiero co na głowę spadła piątka dzieci, a ty mi dajesz do niańczenia szóste dziecko? - na spokojnie zlustrowałem sylwetkę nowo poznanej ishtarki - No dobrze, przepraszam. Mocno wyrośnięte dziecko. Do ciężkiej kurwy, ja jeszcze muszę udać się do kowali, magów w sprawie mej ręki. Kapłanki mi żyć nie dają, a teraz jeszcze mam się opiekować twoim gościem? I gdzie bym ją zaprowadził? "Proszę bardzo, tutaj w tym zakładzie kowalskim dostanę nową rękę"? Zresztą nie wiem jakbyśmy mogli się lepiej poznać. - dopiero teraz uświadomiłem sobie, że moja lewa, runiczna ręka jest schowana pod ubraniem. Wyglądam trochę jak...jednoręki. Co nie do końca jest fałszem, bowiem rzeczywiście jakby nie patrzeć...to jest sztuczna łapa. Z dużą pewnością siebie usiadłem na krawędzi jej biurka. - Ty naprawdę chyba kochasz mi zajmować czymś życie, nie? Zresztą nie sądziłem, że tak będziesz spędzała czas z Pearr. Mała się w tobie prawie że zakochała. Tylko nie wpychaj jej do główki swoich poglądów, dobrze? Jest za młoda na to. Ale... - spojrzałem na Xilaye - mogę twoją przyjaciółkę oprowadzić po mieście, sam nie wiem co w sumie mogę jej pokazać. Właśnie Felere, pytanie do ciebie odnośnie Mortsit. Czego właściwie mogę się u nich spodziewać? Jakieś pomysły i domysły? - spytałem się, zwróciwszy wzrok na cesarzową.
  9. Do piątku/soboty (10-11.11.2017 r.) MG bierze wolne.
  10. Do piątku/soboty (10-11.11.2017 r.) biorę wolne.
  11. ******* Stary Bertrand usiadł na swoim miejscu, kładąc pokaźnych rozmiarów tomiszcze na stół. Z ekscytacją w oczach zaczął wertować kolejne strony księgi mrucząc do siebie pod nosem coś w stylu "Cholera, przecież widziałem to gdzieś tutaj" albo "A może już ominąłem ten fragment?". Z tego stanu nie wyrwała go nawet lady Maplefall, która co logiczne, zaczęła zadawać pytania odnośnie tego całego eksperymentu i tego co jej właściwie może grozić. Bertrand wydawał się jednak tym wszystkim niezaniepokojony. - O nie, nie, nie moja droga. W żadnym wypadku nic Tobie nie grozi. No, zawsze może pojawić się jakieś „ale” jednak w tym wypadku wszystko jest bezpieczne. Widzisz, kluczem do tego eksperymentu jesteś Ty, moja droga Aster. Ale pozwól, że ci to wszystko wyjaśnie – powiedział, otwierając księgę na stronie 597, zdmuchując ze środka kurz i wskazując swoim kościstym palcem na czarno-biały obrazek – Mam! Moja droga, pozwól mi, staremu prykowi, że opowiem ci pewną historię. Pierwszy raz to zaklęcie, zwane też "Bramą nieba", zostało użyte w czasach starożytnego państwa Sumerów, jakieś 4000 lat przed naszą erą, gdy ich potężni władcy rządzili na terenach okalających życiodajną Nizinę Mezopotańską. Lud niesamowicie zagadkowy – wiemy, że istnieli, ale skąd przybyli jest dla nas zagadką. - mówił skupiając całą swoją uwagę na Asterce. Wyglądał on trochę niczym profesor, taki staroświecki, z uniwersytetu, który wyjaśnia swej uczennicy coś co oblała na egzaminie. Corin zaś przypominał młodego doktoranta, który zajmował się własnymi sprawami i nie przeszkadzał swemu opiekunowi. - W każdym bądź razie, ich panteon bogów wspomina o Matce wszystkich bogów, którą nazywano Ninhursag. Według lokalnych wierzeń Ninhursag miała do pomocy sługi, które wędrowały po całym królestwie i doręczały jej wiadomości dla poddanych. Istotami tymi były...lisy, moja droga Aster - rzekł, z uśmiechem wskazującym na odkrycie czegoś wspaniałego, lustrując swojego gościa z wielką uwagą. - Otóż starożytne manuskrypty określają te lisy mianem Lynxian, które zamieszkiwały swój własny świat, Pardia. Świat, lub też wymiar, podobno wspaniały, gdzie królowały piękno, muzyka oraz miłość. Można powiedzieć, że była to prawdziwa utopia. Sumerowie wiadomo, jak wszystkie inne ludy z tamtego starożytnego okresu, dziękowały bóstwom składając dla nich ofiary. Jednak za czasów króla Alagara, jednego z pierwszych legendarnych sumeryjskich władców, w mieście w Eridu, na szczycie ogromnego zigguratu, postanowiono dokonać czegoś wielkiego. Wszystko jednak rozbija się o legendy, bowiem z zapisków wynika, że władca ten, wspomniany przeze Alagar, żył aż 36000 lat. - palcem wodził po kartkach swej księgi, pokazując na konkretny fragment, który właśnie czytał. - Nie moja droga, nie przejęzyczyłem się. Ich zapiski rzeczywiście podają tę liczbę - dodał chcąc pokazać, że w żaden sposób ciebie nie oszukuje - W każdym bądź razie, jak mówiłem, potężny Alagara postanowił dokonać czegoś wielkiego. Do czego zmierzam, pewnie pytasz siebie samą, prawda? Zwolennicy teorii spiskowych uważają, że nasz świat powstał przy pomocy kosmitów, obcych z innej planety. Ja uważam coś innego. Odkąd magia istnieje, odkąd człowiek ją odkrył, pomaga nam ona w naszym życiu. Jednak początki nigdy nie są łatwe. Dlatego też...ktoś musiał nam pomóc. Zapewne domyślasz się do czego dążę? Sumerowie próbowali nawiązać połączenie z innym wymiarem, z innym światem. Dlatego też dążyli do kontaktu z Lynxianami, aby osobiście ich odwiedzić w Pardii i złożyć im ofiarę. Próbowano podpisać umowę, dzięki której posłańcy Ninhursag zstąpili by na ziemię i żyli razem z Sumerami, dzieląc się z nimi magią i swoją wiedzą, oczywiście w zamian za odpowiednią daninę i inne ofiary. Cały czas używam słowa „podobno”, ale podobno właśnie stamtąd pochodzą wszelkie inne, znane nam lisie istoty. W mitologii japońskiej znamy je pod postacią Kitsune, na ten przykład. Co to oznacza? - zapytał wstając z siedzenia i rozpoczynając wędrówkę po kuchni, kontynuując swoją mowę. Z tego wszystkiego aż podszedł do lodówki, otworzył ją i napiwszy się zimnego soczku pomidorowego, powrócił do swej przemowy. - Że eksperyment w jakiś sposób mógł się udać. Prawda jest taka, że ciężko mi powiedzieć czy to się nam uda, bowiem zawsze coś może brakować. Jednak przestudiowałem wszystkie księgi i wydaje mi się, że zebrałem wszystkie potrzebne składniki. Brakuje tylko jednego. Dlatego też zaprosiłem cię tutaj i poprosiłem o pomoc. Mianowicie...potrzebny jest twój włos. - powiedział to z niesamowitą powagą. - Widzisz, pewnie uważasz, że wystarczy do tego obojętnie jaki lisi włos, prawda? Problem polega na tym, że przeskanowałem wiele miejsc i wiele osobników, które mnie zainteresowały, były...jakby to ująć… w połowie istotami przypominającymi Lynxian. Ty zaś...nie wiem czy to sprawka twej odrobinę demonicznej natury, która płynie w twoich żyłach, ty zaś jesteś prawdziwym katalizatorem dla tego przedsięwzięcia. Jedyne czego potrzeba obecnie to twej obecności przy eksperymencie i włosa, pochodzącego z twego lisiego ogonka. Tylko o tyle cię proszę moja droga - powiedział skłoniwszy się przed Asterką. Wyczuwało się tu pewne napięcie, które wręcz ulatywało z Bertranda. Corin zaś wyglądał na nieporuszonego. Niezręczną ciszę przerwało jego siorbnięcie herbaty.
  12. Rzuciwszy 8k10 dla gracza o nicku Obi, manfret uzyskał(a) wyniki: kość 1: 10, kość 2: 3, kość 3: 6, kość 4: 1, kość 5: 6, kość 6: 4, kość 7: 2, kość 8: 3. 10+3(+2)+6+1(+2)+6+4+2(+2)+3(+2)= 10+5+6+3+6+4+4+5= Suma wyników = 43 43/8=~5 Niski sukces Powód rzutu: Zaklęcie Rzuciwszy 8k10 dla gracza o nicku Obi, manfret uzyskał(a) wyniki: kość 1: 6, kość 2: 4, kość 3: 10, kość 4: 5, kość 5: 10, kość 6: 2, kość 7: 4, kość 8: 6. 6+4(+2)+10+5(+2)+10+2(+2)+4(+2)+6=47+8 Suma wyników = 47+8=55 55/8=~7 Powód rzutu: Zaklecie numer 2 Rzuciwszy 8k10 dla gracza o nicku Obi, manfret uzyskał(a) wyniki: kość 1: 10, kość 2: 6, kość 3: 5, kość 4: 2+2, kość 5: 2+2, kość 6: 5+2, kość 7: 7, kość 8: 2+2. Suma wyników = 39+8=47/8=~6 Powód rzutu: Zaklecie numer 3
  13. Lily Cooper Śniadanie upływało w miłej atmosferze. Oczywiście, do czasu.... Lily powoli poznawała Riley i jej...żarciki? Podejście do życia? W każdym bądź razie na jej słowa o "zrobieniu paru innych rzeczy by bardziej ją rozbudzić" Lily zrobiła się lekko czerwona i skupiła swój wzrok na misce z płatkami i mlekiem, nie podnosząc głowy przez kilka sekund zanim rumieniec zszedł z jej twarzy. Wzięła w końcu głęboki oddech by się uspokoić. Zastanawiała się o jakich "rzeczach" Riley myślała. I o jakich rzeczach pomyślała Lily?! Co za niegrzeczna hipiska! Atmosfera była jednak bardzo dobra, jej mama wyszła z Johnnym na spacer, a ona podzieliła się numerem telefonu z dziewczyną z Nowego Jorku. Idealny ranek. Poza tym, że zaraz musiała iść do szkoły...Właśnie! A może poprosić mamę o to aby zostać w domu i cieszyć się obecnością panny Carver? Zrobi to gdy Apple wróci z psem do domu. Nagle jednak Lily usłyszała krzyk przed domem. Wybiegła razem z Riley z domu, wciąż z ręcznikiem na głowie. Nagle jej oczom ukazał się koszmarny widok. Jej mama leżała nieprzytomna na ziemi, pies szczekał, a trzy cieniste istoty, te same, które wczoraj ścigały Lily, lewitowały obserwując leżącą matkę Lily. Młoda Cooper obserwowała wszystko w szoku, jej usta drgały w sposób nieopanowany. Nagle z jej gardła wyrwał się okrzyk pełen bólu i przerażenia. - MAMOOOOOOOOOOOO! - krzyknęła robiąc krok do przodu, ale szybko się zatrzymała. Jej wzrok skakał to z jednego demona na drugiego. Nawet nie zerknęła na Riley. Nie dała rady. Tylko szepnęła w jej stronę. - Proszę...pomóż nam - ręcznik spadł z jej głowy, nawet na to nie zareagowała. Ale kogoś jeszcze trzeba było uratować, oprócz jej mamy. - Johnny! Johnny! Do nogi! Błagam cię, chodź tutaj Johnny! Do mnie, już, szybko! - krzyczała na psa, roztrzęsiona. W końcu jednak coś w jej pękło. - Nie daruję Wam tego! Nigdy! Zostawcie nad w spokoju! Phasmatus Ignitium Dos Ex Salvo, Phasmatis Ignitium Dos On Salvo, Phasmatis Ignitium Dos On Salvo! Phasmatus Ignitium Dos Ex Salvo, Phasmatis Ignitium Dos On Salvo, Phasmatis Ignitium Dos On Salvo!! - krzyczała przez łzy, próbując się skupić na jednej z istot, rzucając zaklęcia.
  14. Lily Cooper Chwyciwszy za ręcznik szybko udała się do łazienki, by jak najszybciej umyć się i wpuścić Riley pod prysznic. O ile jej nowa "współlokatorka" (co prawda tylko na jedną noc, ale to też się liczy) nie musiała zasuwać na 7.30 na zajęcia, to Lily niestety nie miała takiego komfortu i trzeba było się pośpieszyć. Znalazła się w łazience, dla pewności zamknęła drzwi. Wiedziała, że Riley jest uroczym kaktuskiem, ale jej słowa mocno ją trzymały. Wspólna kąpiel? Ciężko powiedzieć czy w tym domu to by przeszło. Nawet kąpiel z chłopakiem. No chyba, że byłaby w wieku rodziców. Wtedy mogłaby sobie na to pozwolić. Albo mieszkała sama. Tak, wtedy by mogła w taki sposób oszczędzać wodę. Ale nie teraz. Rachunki aż tak wysokie nie są. Szybko zdjęła z siebie piżamkę, wkroczyła do wanny i zasłoniła się tą całą "ścianką". Odkręciła wodę i poczuła przyjemne ciepło, uśmiechając się do siebie. Chwyciła za szczotkę do pleców, mydło i zaczęła się myć.... O dziwo, błyskawicznie uwinęła się z porannym myciem. Owinięta w jeden ręcznik, z drugim na głowie szwendała się jeszcze po łazience. Klasycznie, bez jakiegoś większego makijażu. Wytarła się szybko, pobiegła do swego pokoju i tam ubrała się w wyjściowy strój na zajęcia. Spakowała książki i zeszyty do torby, po czym zbiegła do kuchni, wciąż z ręcznikiem owiniętym na głowie. Pocałowała swoją mamę na dzień dobry i zasiadła do stołu na śniadanie. - Mamo, nie martw się. Nie spóźnię się. Riley już przypilnowała mnie abym wstała szybko z łóżka. - powiedziała wlewając mleko do pojemnika z płatkami. Po chwili jej mama zawołała Johnniego i wyszła z nim na spacer. Riley spytała się o kontakt. - Czy zostawię?! - spytała się z ustami wypełnionymi płatkami i mlekiem, spływającym strużkiem po kącikach jej ust. Głośno przełknęła jedzenie - Jasne, że zostawię! - rzuciła sięgając po telefon komórkowy, miała tam wypisaną swoją wizytówkę. Riley może przepisać jej numer - Wiesz co? Pamiętasz jak pytałaś się mnie o nagrodę? Wiem co chcę! Odwiedź mnie kiedyś znowu. Tym razem zapowiedź swoje przybycie bym mogła powiedzieć mamie. Chcę być znowu tu przyjechała, ale na dłużej! Tak, to będzie idealna nagroda! - powiedziała to z uśmiechem szerokim, od ucha do ucha. Aura szczęścia aż promieniowała od niej.
  15. ******* Do przybytku taniej rozkoszy (zwłaszcza dla gardła) przybyliście we dwójkę, a wyszliście z niej w trójkę. Trzeba powiedzieć, że ten mały karakan, który ma być wzmocnieniem waszej ekspedycji do tych ruin, które nakazano wam zbadać, od samego początku wydaje się być wyjątkowym wsparciem. Ciężko powiedzieć jak bardzo jego umiejętności otwierania zamkniętych kufrów i drzwi są rozwinięte, ale samo to, że niespostrzeżenie zdjął mortsit sygnet z jej palca było imponującym wyczynem. I że jeszcze ona go za to nie zatłukła… No, to rzeczywiście jest niesamowite. - Aha! Czyli jednak możecie mnie tam zostawić! - zawołał skacząc jak oparzony, jak najdalej od Nenzary i oskarżycielsko wycelował palec w siostrę – Więc to tobie przyda się klątwa. Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Powiem o tym Sshamathowi, że jesteś taka! On cię nauczy, zobaczysz! - rzucił, krzyżując ręce na piersiach. Jednak gdy Nilonim rzucił słowa, że marzy o tym aby być tresowanym przez męskiego odpowiednika mortsit, ciężko stwierdzić kogo zaczął się obawiać bardziej. - Wy oboje jesteście jacyś rąbnięci, wiecie to? Mam nadzieje, że o tym wiecie. - rzucił. Razem udaliście się z powrotem do Bractwa Wojowników. Vinrin szedł w pewnej odległości od was i wyglądał przy was, idących równym i szybkim krokiem, jak małe dziecko, które wlecze się za rodzicami. Obawia się, że dostanie łomot jak wróci do domu? Idąc uliczkami miasta zaobserwowaliście coś ciekawego. Kilku członków bractwa biegło w stronę dzielnicy portowej. Ciekawe po co, prawda? W końcu wróciliście do komnaty Sshamatha, ale jego tam jednak nie było. Zauważyliście za to Deatlynn, stojącą do was plecami i pochyloną nad biurkiem, czytając jakieś dokumenty. Odwróciła się gdy weszliście do pokoju. Uśmiechnęła się na widok swej podopiecznej, ale mina jej zrzedła gdy do pokoju wlazł złodziej. - Deatlynn! Dobrze cię widzieć! Chodź do mnie, kopę lat! - zawołał Vinrin widząc szefową mortsit, podchodząc do niej z rozpartymi ramionami, chcąc ją objąć na powitanie. Nie było ona jednak skora do tego, wyjmując szybko sztylet i kierując ostrze w jego stronę. - Nawet o tym nie myśl, Vinrin. Nie tym razem. Stój tam, gdzie stoisz, rozumiemy się? - Ależ moja droga, czemu taka agresywna na powitanie? - spytał się ze smutkiem w oczach – Zawsze masz o mnie złe mniemanie. - Bo mam ku temu podstawy, jasne? - odpowiedziała z warknięciem po czym spojrzała na rodzeństwo – Które z was? I coś się wydarzyło w tawernie, prawda? Sshamath musiał wysłać w jej okolice kilku ludzi. A skoro o nim mowa, to poszedł szukać dla was tego wsparcia, którego sobie zażyczyliście - dodała