manfret

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    372
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O manfret

  • Ranga
    Gracz wielce dzielny
  • Urodziny 10.07.1991

Profile Information

  • Gender Male

Ostatnie wizyty

1441 wyświetleń profilu
  1. Uffff....w końcu życie nabrało kolorów. Strefa wróciła do życia!

  2. 3 punkty dla Astarotha 2 punkty dla Bazila 1 punkt dla Aquamana
  3. Nie można wyświetlić tego posta, ponieważ znajduje się na forum, które jest zabezpieczone hasłem. Wpisz hasło
  4. Ok, punkty mroku (16) wydano na awans postaci.
  5. ******* Jedna się złościła, piekliła, drugi był obojętny i chyba nawet zainteresowany tym co usłyszał, a trzeci? Ten skakał ze szczęścia. Vinrin był już uspokojony, że to wszystko było za nim. Jednak jak powiedział, znał aż za dobrze ishtarów i wiedział, że będzie musiał im jakoś się odwdzięczyć. Najpierw odezwał się brat, ale szybko do głosu doszła siostrzyczka. Niziołek tylko poruszał oczami, wpatrując się raz w maga, a raz w mortsit. Gdy Nenzara opowiedziała mu o formie zapłaty, ten podskoczył w miejscu, ciesząc się jakby wygrał los na loterii. - Czemu nie powiedzieliście, że jesteście od Sshamatha? Toż to zmienia całkowicie postać rzeczy, mówił mi parę dni temu o tym! Pewnie, że wam pomogę, obiecałem mu to! Ale zanim skończę z tobą, moja ty jakże agresywna i brutalna damo - mówiąc to sugestywnie masował i chuchał na swoją dłoń, która wycierpiała z powodu agielu, pokazując jak bardzo go to wszystko boli - przejdę do twego kompana. On się wydaje tak bardziej inteligentny, chcąc poznać zwyczaje innych. - powiedział Vinrin po czym swoją uwagę skierował na Nilonima. - A więc, szanowny panie. Arvoreen to patron niziołków. Nasz Bóg, który się nami opiekuje. Nasza tarcza i opoka. A Brandobaris? No cóż...hehe... To jest patron mego zawodu. Dzięki niemu jestem dobry w tym co robię - odpowiedział na pytanie chociaż było widać lekkie zmieszanie się gdy musiał opisać drugie bóstwo. Niczym kwoka z powierzchni, zaczął wtedy robić butem dołek w ziemi. - A co do zadania to jak mówiłem, wiem mniej więcej o co kaman, nie? Jeżeli chodzi o zwinne dłonie to trafiliście idealnie, mam najlepsze zwinne dłonie! Ale elastyczny umysł? Jesteście pewni, że przyszliście właśnie po mnie? Ale skoro jesteście tu, wpadliśmy na siebie to pewnie jesteście po mnie. Jakieś ruiny parę dni od miasta, ktoś zginął...tak, tak, dobrze słyszałem. Mam tylko nadzieję, że nie będzie niebezpiecznie. Nie lubię niebezpieczeństwa.... - mruknął, wpatrując się znowu w ziemię. Nagle w jego oczach pojawiło się olśnienie. - Przypomniałem sobie! Należą się wam podziękowania. Zwłaszcza tobie, brutalna damo. - mówiąc to wyciągnął z kieszeni jakąś błyskotkę, sygnet, którą wręczył dla Nenzary. Nagle szybkim krokiem, schował się za Nilonimem. Napis na sygnecie brzmiał "Tenna". Czy czegoś nie zgubiłaś, młoda damo? - A powiedz mi - zaczął nieśmiało zza pleców maga - Kiedy poznawałem smak twego ciała? Bo musiałem być chyba mocno pijany, bo bym zapamiętał, że uprawiałem seks z tobą.
  6. ******* Mówi się, że umiejętności zawsze pokonują szczęście, ale w waszym przypadku to to drugie górowało w tym momencie nad tym pierwszym. Mimo, że droga od schodów do drzwi wejściowo-wyjściowych karczmy wynosiła zaledwie dwanaście kroków to mogliście się czuć jakby bogowie testowali wasze umiejętności przetrwania w tym jakże ciężkim i zapijaczonym środowisku. W powietrzu unosiły się okrzyki, wyzwiska skierowane do bywalców jak i do ich rodzicieli. Z gracją umknęliście świszczącym w powietrzu kuflom piwa oraz paru krzesłom. Stoły zaś bardziej latały w stronę tej dużej zbieraniny ludzi na schodach. Kelnerki uciekły na zaplecze, właściciel stał za ladą, oparty o nią i z żałością w oczach obserwował całe to zamieszanie. Bardziej jednak przejmował się tym, że sporo pieniędzy musi przeznaczyć na remont i zakup nowych mebli. Oj, chyba ktoś będzie bulił za to z gości.... Wy jednak z ulgą znaleźliście się na jednej z głównej ulic dzielnicy rzecznej, z dala od wnętrza "Białego żagla". Hałas i cały ten rozgardiasz był dobrze słyszany co powodowało, że wszyscy przechodnie spoglądali na budynek, wypatrując to jakiś ciekawych widoków. Jedni się zatrzymywali, a jeszcze inni przyśpieszali kroku jakby bali się, że "impreza" przeniesie się na wolne powietrze. Vinrin stał zgięty, ciężko oddychając. Ciężko powiedzieć czy oddychał tak dlatego, bo cała ta niebezpieczna sytuacja minęła czy może dlatego, że nie czuje już bólu jaki zadawał mu agiel. Po was natomiast nic nie było widać. Chociaż może rozczarowanie, że nie pozwolono wam się zabawić...tak, to było jakoś widoczne. - Dzięki ci Arvoreenie, że to już koniec! I dzięki tobie także, kochany Brandobarisie, że nic mi się nie stało! - powiedział, padając na kolana i wznosząc ręce ku sklepieniu ishtarskiego miasta - Niech wam dzięki będą! Ale dzięki też muszę kierować to tej jakże odważnej dwójki - powiedział, odwracając się do was. Ukłonił się głęboko, prawie szorując nosem po ziemi - Gdyby nie wy, to nie wiem co by się stało. Ale powiedzcie mi, bo trochę znam wasze społeczeństwo... Taka pomoc nie jest za darmo, prawda? - wpatrywał się w was uważnie, to na siostrę, to na brata,
  7. ******* Sytuacja w knajpie mogła zacząć przybierać nieoczekiwany obrót, zależy na to z jakiej strony patrzymy na to wszystko. Każdy mógł powiedzieć, że zamieszane są w to trzy strony – oszukani w karty, poszukujący złodzieja-niziołka i prowodyr tego całego rozgardiaszu jaki panował w gospodzie. Wydawało się, że zapomniano o ewentualnej, czwartej stronie tego konfliktu. Bywalcach knajpy „Biały żagiel”. Początkowo wpatrywali się oni z ogromnym rozbawieniem na to wszystko, śmiejąc się, przedrzeźniając, szturchając swoich kompanów i szeptając im na uszko co śmieszniejsze (ich zdaniem) teksty sprawiając, że ich towarzysze od kieliszka wybuchali gromkim, pijackim śmiechem. Jednak wydarzenia nabrały dość szybko rozpędu. Podczas gdy Nenzara robiła Vinrinowi grę wstępną już na schodach prowadzących na piętro, który mocno cierpiał wydając ciche piski i jęki, próbując ugłaskać kobietę by zaprzestała tych czynności, Nilonim pojedynkował się na spojrzenia z Surhionem i jego obstawą. Zaczęło się robić gorąco. Mag postanowił podnieść rękę, ale piszczący z bólu niziołek złapał go w ostatniej chwili, zwrócił na siebie jego uwagę. Mądry ruch. Bo co jeżeli są oni odporni na magię? Rozsmarują was po podłodze i tyle będzie, czyż nie? - Nie, mój przyszły szwagrze – wyjęczał Vinrin – Nie wolno. Nie tutaj…. Aaaaaa, proszę cię kochanie, wybacz mi! - skomlenie przybrało na sile. Widać było, że cierpi. Gest maga nie umknął uwadze Surhirona. - Co kurwa?! Ty pieprzony szmaciarzu! Myślisz, że możesz rzucać jakimiś kuglarskimi sztuczkami w naszą stronę?! Ja cię zaraz…. - krzyknął, podrzucając sobie sztylet, łapiąc i robiąc krok w stronę Nilonima. - Eeeeeeeee, Suchion!! - z głębi lokalu wydobyło się pijackie nawołanie. Nalany marynarz z rozmarzeniem w oczach obserwował to zajście – Hik! Zostaw te gołąbeczki! Chodź tu do nas i napij się...hik!...z nami, co? - Zamknij mordę pijaku! Zajmij się sobą, dobrze? - odkrzyknął elf, który stanął bardzo blisko Nilonima, zaciskając jeszcze mocniej palce na rękojeści sztyletu. - No nie bądź...hik!...taki. Dawaj tutaj. - Powiedziałem ci coś! Lepiej sprawdź co u twojej starej, głupawej matki słychać. I morda w kubeł, zapijaczona mordo. Nie twój to interes! Huk, jaki rozniósł się po gospodzie był z pewnością słyszalny nawet na zewnątrz. Marynarz, do którego skierowana była ta uwaga, wstał gwałtownie ze swego siedzenia, przewracając je, a kufel z resztkami piwa rozbił się na stole. Wyglądał nawet podobnie do Sshamatha, górną część ciała wyrzeźbiła praca na statku i noszenie ciężkich skrzyń z towarami. Wyglądał na mocno niezadowolonego z tego co usłyszał. - Co powiedziałeś, kurwa?! Chcesz...hik!... to powtórzyć?! Nikt, nikt nie będzie...hik!... obrażał mej mamusi! - ryknął, a w knajpie momentalnie zrobiło się cicho. Nikt nie był skory do żartów z kogoś kto wyglądał na dwa razy szerszego od przeciętnego bywalca tej gospody. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę schodów, ale zatrzymał się. Spojrzał na stół, gdzie przed chwilą siedział. - Brat, idziemy – rzucił do swego towarzysza. Osoba zwana „bratem” powstała. I rzeczywiście można powiedzieć, że jakieś koneksje rodzinne ta dwójka miała. Podobny wzrost, budowa ciała, kolor włosów był taki sam – mleczna biel. O ubiorze nie wspomnę. Bliźniacy? Dwójka ruszyła na schody, dość chwiejnie. Surhion jakby lekko stracił swoją pewność siebie. Na pewno nie było już jej widać w jego obstawie, która nerwowo zerkała na swego przywódcę. - Eeee, szefie? - spytał się nieśmiało jeden z nich. Marynarze podeszli do was, ale nie interesowało ich pożycie łóżkowe Nenzary i Vinrina. Odepchnęli was na ścianę, razem z Nilonimem, Stali do was plecami, a na trójkę hazardzistów patrzyli z góry. - Chcecie nam jeszcze raz powiedzieć coś o naszej mamusi?! - Zjeżdżajcie imbecyle, to nie wasza sprawa! - Odszczekajcie to co powiedziałeś! Rozumiesz?! Ty śmieciu?! - pierwszy wilk morski, który poczuł się urażony obserwował, jak jego „brat” złapał za szatę Surhiona i zaczął nim potrząsać. Ten nie pozostał dłużny i zamachnął się sztyletem. Pojawiło się cięcie na dłoni „brata”, który krzyknął z bólu. Krew lekko chlapnęła na podłogę. - Ej! Żadnych bójek w moim lokalu! - krzyknął barman – Uspokójcie ich! Niech ktoś ich uspokoi zanim wyrządzą szkody! Zapłacę za to! - zaczął zachęcać klientelę do zatrzymania rozróby. Początkowo mało kto się kwapił, ale gdy wstało dwóch, trzech, a potem czterech gości, którzy ruszyli na schody, widmo szybkiego zarobku zamigotało przed oczami innych. Zaraz potem połowa tawerny biegła by odseparować od siebie awanturujących się elfów. Zrobił się niezły kocioł. Pięści poszły w ruch. - Teraz, to nasza szansa! - szepnął Vinrin Nilinimowi i pociągnął ich na dół. Może uda się wymknąć z tego bajzlu bez przeszkód? O ścianę właśnie rozbiło się krzesło. Ktoś chyba chciał dać w ten sposób aby awantura na schodach dobiegła końca.
  8. ******* Gdybym miał opisywać, nawet tak pokrótce, jak wyglądał poranek lady Maplefall i to jak się ubrała tego poranka, prawdopodobnie szanowny czytelniku (nie sądzę mimo to aby ktoś taki istniał, oprócz moich graczy) spędziłbym cały dzień na opisywaniu pewnych czynności związanych z tym faktem. Asterka, mimo wyglądu nastolatki, poświęcała mnóstwo czasu aby wyglądać co najmniej poprawnie. Nie to, że była brzydka, czy coś w tym stylu, o nie. Jako gwiazda muzyki pop, była rozchwytywana na całym świecie. Jej uroda przyćmiewała wiele gwiazdek ze świata Hollywood, a magazyn „People” już drugi razy z rzędu okrzyknął ją najpiękniejszą kobietą na świecie. Dostawała wiele listów miłosnych, pisali do niej zarówno faceci, jak i kobiety. Nie było to jednak w żaden sposób dziwne. Wielu sławnych i pięknych ludzi dostaje takie wyznania. I nasza mała lisiczka nie była w tej kwestii wyjątkiem. Trzeba jednak powiedzieć, że Asterka jest po prostu perfekcjonistką, jeżeli chodzi o każdy aspekt jej życia. Wszystko musi być idealne i mimo że jest śliczną, leniwą bułą (za wyjątkiem momentów kiedy przebywała w trasie koncertowej i dawała wystrzałowe koncerty), to zawsze udaje się jej zmobilizować do wykonania postanowionego sobie zadania. No, ale wróćmy do tematu. Wszystko zaczęło się od wyszukania powodu, dla którego powinna wstać z łóżka. Brak noża! Ciężko jest mi odpowiedzieć jakim cudem Corin, tutejszy adept, zapomniał jej wręczyć nóż, skoro na tacy znalazł się widelec. Liczył może, że zostanie zawołany przez nią i niczym rycerz na białym rumaku wparuje do jej pokoju dzierżąc nóż i tym samym uratuje jej poranek? Tak się jednak nie stało, a ten jakże krótki spacer po pokoju dał jej wystarczająco dużo energii by się rozbudzić. Po jakże obfitym śniadanku przyszedł czas na to by się ubrać. Dobra, przyznaje się. Nie ukrywam, że jej styl ubioru mi się najzwyczajniej w świecie nie podoba. Ale czym jest moje zdanie wobec setek tysięcy fanów, którzy mdleją na jej widok? W każdym bądź razie, co miała zjeść, zjadła. Aż jej urocze lisie uszka zadrżały z radości, że jej brzuszek jest pełen. Odstawiwszy wszystko na swoje miejsce, i wytrzepawszy okruszki z łóżka, przyszedł czas na to by się ubrać. Toż nie będzie chodziła cały dzień w piżamce, nie? I tak jak mówiłem drogi czytelniku, perfekcjonizm i w tym aspekcie wziął górę. Mimo, że była piękną kobietą i zachwycała nawet w piżamie, musiała przecież jakoś wyglądać. Tak jak wspominałem, mi się jej styl nie podobał, ale kogo to obchodzi, prawda? Chodziła po pokoju, sprawdzała wszystko co miała pod ręką i co mogła założyć na siebie. Gdy już na jej twarzyczce pojawił się uśmiech, zaraz szybko schodził, a pod nosem wypowiadała tylko jedno zdanie. - Ta (tu proszę wstawić dowolną część garderoby) nie pasuje do mojej (tu także proszę wstawić jakiś kawałek garderoby). Nie wiem jak ona to widziała, ale jej wiele stylów po prostu nie pasowało. A to kolor, a to coś innego. Normalnie perfekcyjna pani domu… Ale koniec końców, z uśmiechem na twarzy przeglądała się w lustrze, obracając się i sprawdzając czy wszystko jest na swoim miejscu. Ubiór, który w całości ukazywał jej seksapil, leżał na niej idealnie. Kremowa bluzeczka z dekoltem, spódniczka kończąca się przed kolanami, zakolanówki i butki. No kurwa, jakby wyszła tak na ulicę zaraz spowodowałaby karambol na drodze. Kierowcy gwizdaliby za nią, komentując jej wygląd i pragnęliby aby się z nimi umówiła. Ich żony/kochanki/dziewczyny patrzyłyby z zazdrością na Asterkę, przy okazji pewnie ochrzaniając swych facetów za takie zachowanie. Adwokaci mieliby sporo do roboty, liczba spraw rozwodowych gwałtownie by wzrosła. No, ale jesteśmy w Kanadzie, na totalnym zadupiu. Jedynymi istotami, które mogłyby zagwizdać na tak wyglądającą piosenkarkę, byłyby bobry i łosie. Kiwnąwszy głową z uznaniem dla swojego gustu, zaakceptowawszy taki strój, wzięła to co trzeba i opuściła z gracją swój pokoik. Z tacą w dłoniach, uważając aby się z nią nie wywrócić, weszła do kuchni, która bardziej przypominała kuchnię żywcem wyjętą z hobbiciej norki, wprost z dzieła J.R.R. Tolkiena. Meble były drewniane (dzięki kanadyjskie bobry!), kolorowo pomalowane i po prostu urocze. Niczym zabawkowe meble dla dzieci. Kilka szafek wesoło wisiało na ścianie. Jedyną różnicą był zlew. Pełen naczyń, które dumnie wznosiły się prawie 1.1 m. n.p.z. (metry nad poziomem zlewu). Co prawda ta sterta brudnych garów dość niebezpiecznie chybotała w te i nazad, ale jednak gospodarze niezbyt się tym przejmowali. Może i nie mieli zmywarki, ale od czego jest magia, która w mig wszystko zmyje, prawda? Zarówno jak i mag, jak i jego adept, siedzieli przy stole, każdy zajęty sobą. Corin wyglądał niczym rodowity Brytyjczyk dla którego „fajf o'klok” jest zawsze i wszędzie. Z okularami „połówkami” na nosie, pogrążony był w lekturze „Transmutacja, a transformacja – I ty możesz się tego nauczyć, jeśli chcesz!”, którego rozmiary przypominały najnowszą, papierową edycję Wikipedii. Co jakiś czas z gracją pociągał z filiżanki herbatę, ale to pociągnięcie miało odgłos siorbnięcia. Mistrz Bertrand, którego gęsta biała broda zakrywała pół twarzy, siedział naprzeciwko swego ucznia, praktycznie z nosem wetkniętym w telefon komórkowy. Może i ten stary ramol miał swoje lata na karku, ale nie przypominał w niczym stereotypowego czarodzieja, który stroni od nowinek technologicznych. Wręcz przeciwnie. Ale teraz siedział on pochylony, z zaciętym grymasem na twarzy i mruczał pod nosem, dotykając szybko swoimi kościstymi palcami ekranu telefonu. Nagle, ze złością rzucił telefon na stół. Corin, nie odrywając oczu od lektury, zatrzymał komórkę, która zmierzała ku krawędzi stołu. To chyba nie jest pierwszy raz kiedy tak robi. - Niech to! - żachnął się mistrz Lorreine – Cholerne gobliny. Znowu pokonały moją obronę. To jest niemożliwe aby tak szybko mogło szturmować mój zamek! - rzucił, kładąc się na meblu. Jego uczeń delikatnie wyjrzał zza lektury. - Czyżbyś znowu przegrał w….jak ta gra się nazywa, mistrzu? - „Obroń zamek”, chłopcze. Tak, znowu przegrałem! Głupia gra. Ten boss jest nie do przejścia! - Mam znowu przejść misję za ciebie? - Co? O nie! Nic z tego! Może jestem stary, ale nie jestem głupi. Potem będziesz się chwalił innym, że stary Bernard nie umie grać w gry i będą się śmiali ze mnie – zawołał wskazując oskarżycielsko palcem na swego ucznia. - Ale praktycznie wszyscy twoi przyjaciele-magowie nie umieją grać. Nawet nie wiedzą, jak obsługiwać lodówkę. Nawet nie wiedzą, co to komórka. Sam ich zachwycasz gdy pokazujesz jak a przykład działa żelazko. Albo suszarka do włosów. - powiedział beznamiętnie Corin, podrapawszy się po głowie i wróciwszy do lektury. Bernard zamyślił się, głaszcząc swoją piękną brodę, która była lekko nieuporządkowana i gdzieniegdzie włoski sterczały jak „patyczki w gównie”. - Hmmm……. Chyba tu masz rację. Ale nie, chcę sam to przejść. - To może kup premium, co? - Co mam kupić? - Premium. Dzięki temu dostaniesz jakieś bonusy i… - mistrz mu przerwał. - No chyba nie! Nie będę wydawał pieniędzy na jakieś wsparcie, które nie jest mi potrzebne. Poza tym, ja….. Panna Maplefall! - zawołał zrywając się z miejsca, zobaczywszy Asterkę, która wparowała z tacą do kuchni. Krzesło na którym siedział, upadło z hałasem – Mam nadzieję, że dobrze się spało, co? Wiem, że pytam się ciebie o to codziennie, ale tak rzadko mamy tu gości, że muszę wiedzieć, że wszystko ci tu pasuje – powiedział obchodząc stół aby wziąć od ciebie tacę – Ja to wezmę, dziecko – po czym położył je obok zlewu. Następnie podszedł do jednej z wiszących szafek i otworzył je. Z miejsca wysypało się z niej kilka książek. - Cholera, muszę w końcu zrobić tu porządek w tej kuchni – jęknął, masując sobie nos. Corin pokręcił tylko głową, słysząc te słowa. - Usiądź Asterko, usiądź. Zaraz ci coś pokażę. Tylko muszę to znaleźć. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, jeszcze dzisiaj zaczniemy nasz eksperyment – powiedział podekscytowany.
  9. Imię: Laura Valentine Astaroth Nazwisko: Maplefall Płeć: K Rasa: Zmiennokształtny Podrasa: Lis Mrocznego Ognia Wiek: 22 Wygląd Panienka Astaroth jest uroczą, liczącą ciut ponad 160 cm. wzrostu lisiczką. Nie można powiedzieć by była umięśniona a czy grub... znaczy posiadająca nadmiar tkanki tłuszczowej. Cóż, nie należałoby jej takową nazwać ale też nie cierpi na zbytnią chudość. Można ująć że pod tym względem wszystko jest w porządku. Twarz jej przepełniona jest młodością i wigorem a czasem także odpowiednim kosmetykiem. Bursztynowe oczy, nieduży nosek i usteczka zaopatrzone w zaostrzone ząbki są miłym wstępem do kaskady włosów o jakże niecodziennej - fioletowej barwie, często częściowo przybranych w dwa kucyki podczas fali reszty, wolno opadających włosów. Od czasu jej incydentku w Sferze Cienia nie da się ukryć że jej włosy no po prostu płoną żywym, purpurowym ogniem. Na pierwszy rzut oka może ciężko być to dostrzec, jednak da się zauważyć także lekko zwierzęce rysy twarzy. Jak przystało na dość drobną osobę jaką jest (Nie są przecież takie duże... z resztą o czym Wy myślicie, zbereźnicy!) jej stópki czy dłonie trzymają się świetnej kompozycji jaką jest ciało lisiczki. Długie, wyglądające jak ludzkie aczkolwiek twarde i ostrzejsze pazurki często dodatkowo ozdobione są jakimś ładnym kolorem. Na całym ciele posiada miłą dla oka, rumianą barwę skóry. Co z kolei można uznać za znaki szczególne. Przede wszystkim fioletowe, lisie sterczące uszka, którym właśnie zawdzięcza te swoje 163 cm. wzrostu. Bez nich miałaby ciut poniżej 160. Wracając jednak do uszu, oprócz purpurowej barwy, różniącej się trochę od śliwkowych włosów, posiadają także śnieżnobiałe futerko jak przystało na lisiczkę. Kolejnym godnym uwagi szczegółem jest spora, lisia kitka towarzysząca purpurową barwą naszej protagonistce. Jeżeli wydaje wam się że jest miła i tulaśna - gratuluję, macie rację! Stąd właśnie u naszego dziewczęcia nawyk do tulenia własnego ogonka. Przechodząc do ostatniego szczegółu można wspomnieć o tatuażu w kształcie niewielkiego, czarnego serduszka z nutkami po lewej stronie brzucha. Klasa podstawowa: Łowca Zdolności klasy podstawowej: Znikający Trop Wróg rasowy: Humanoid Wróg rasowy: Pozasferowiec Tropienie Zwierzęcy towarzysz: Feniks Cechy rasowe: -Odporność na Ciemność i Ogień 20% -Wrażliwość na Wodę i Światło 20% Wrodzony Ogień: 5 ptk - Wrażliwość na Srebro - Zmiennokształtni są wrażliwi na broń/przedmioty wykonane z srebra. Wspomniany metal parzy skórę istoty. - Zwierzęce cechy - Zmiennokształtny dysponuje wszystkimi atrybutami danego zwierzęcego przodka. Podstawowe cechy takie jak wzrok, węch, słuch ulegają wzmocnieniu. - Naturalna regeneracja - znajdując sie w pośredniej zwierzęcej formie bądź całkowicie zwierzęcej formie zmiennokształtny jest naturalnie wyleczyć swe rany i pozbyć się toksyn. Jeżeli w ciele tej istoty tkwi pocisk wykonany z srebra to regeneracja jest niemożliwa aż do czasu usunięcia wspomnianego intruza i jego efektów. Zdolności rasowe: - Moc rasowa: Zrozumienie Zwierzęcia - Zmiennokształtni potrafią komunikować sie z zwierzętami, zauroczyć, uspokoić i kontrolować. -Moc rasowa: Zmiana kształtu - Zmiennokształtny może przeobrazić sie w jedną z dwóch dostępnych mu form: *Pośrednia zwierzęca forma - Zmiennokształtny zachowuje swój człowieczy wygląd, ale zwierzęce atrybuty ulegają nasileniu. *Całkowita zwierzęta forma - Zmiennokształtny całkowicie przeobraża się w swego zwierzęcego przodka i przez dłuższy okres czasu żyje w nowej formie. Po skończonej przemianie Zmiennokształtny potrzebuje kilka chwil na odpoczynek. Zdolności specjalne: Samopalenie - Ucząc się sztuczki od swego Feniksa, Aster raz dziennie potrafi stanąć w mrocznym ogniu, regenerując sobie wszystkie rany. Zdolność aktywowana. Sztuka mrocznego ognia - Przez wizytę w wymiarze cienia, Aster zyskała zdolność kontrolowania mrocznego ognia. Potrafi przyzwać ogniki a także manipulować ogniem. Nie jest w tym ekspertką ale drobne wybuchy czy coś da radę. Zdolność aktywowana. Cienisty portal - Aster potrafi wejść w cień i pojawić się w innym, zacienionym miejscu w zasięgu wzroku. Im dalszy skok tym bardziej męczący. Innym zastosowaniem jest przyzwanie Asterlowych noży poprzez wymiar cienia. Zdolność aktywowana. Kobiece wyszkolenie - Po prostu musi to umieć. Słodkie, niewinne minki. Wygląd niczym niegroźna idiotka. Do tego bezproblemowa walka z rozwianymi włosami, nawet na obcasie. Nawet obfite piersi jej nie przeszkadzają! Zdolność pasywna Specjalizacja: Łowczyni Zdolności specjalizacji: Celność Wprawne oko Aura Celności Precyzyjny strzał Seria strzałów Umiejętności: -używanie zbroi lekkiej - używanie zbroi średniej - używanie broni prostej - używanie broni bojowej -Sztuka przebrania na wysokim poziomie - Podobnie jak przebywanie w cieniu, niewykrytą - Poprawiła się też w broni. Potrafi walczyć dwoma brońmi, w zwarciu jak i na dystans -Jest świetnie wygimnastykowana. Szpagat? Obrót? Gimnastyka? Żaden problem - Umie grać na fortepianie i ładnie śpiewa. Trochę też maluje… jako szlachcianka musi - Jest też świetną aktorką. Udawany płacz albo wciskanie komuś że zwykły otoczak to kamień z kosmosu to chleb powszedni. Chowaniec: Feniks Charakter: Neutralny Osobowość: Aster? Cóż… Jest egoistką, próżną, zapatrzoną w siebie divą dla której priorytetem jest przeżyć i przy okazji obłowić się. Pojęcie lojalności zmienia się w zależności od punktu siedzenia. Wydaje się czasem też trochę zboczona iiii… no myślenie nie jest jej mocną stroną. Mimo to jest dobrą dziewczyną która po prostu sporo przeżyła. Jej marzeniem jest kąpiel w pieniądzach które potem wyda na fajne ciuchy oraz szczęśliwa rodzina. To pierwsze prawie wyszło, z tym drugim znacznie gorzej. Lubi żarty i flirt, nie lubi gdy ktoś na nią naskakuje, zwłaszcza fizycznie. Uważa że dziewczyny są 1000 razy lepsze od chłopców, którzy powinni kobietom służyć. Ekwipunek: 2x Pistolet Fletcher230 Ubrania Międzywymiarowa Torebeczka 9x Sztylet Wypicowany fonik ZX420 Wisiorek języków w kształcie gwiazdy Stan sakiewki: Wiara: W siebie Miejsce Startowe: Historia: Laura urodziła się w Anglii i wywodzi się z rodziny szlacheckiej. Jej rodzice bardzo dbali o jej wychowanie i edukację, co ta przez długi czas miała w nosie. Przynajmniej dopóki nie zmarli. Wtedy pojawiła się Charlotte, jej siostra o której nigdy nie słyszała i zabrała ją do Rosji. Tam pod czujnym okiem przeszła trening na agentkę a następnie wysłana została do Ameryki. Była w wielu organizacjach i miała całe zastępy wielbicieli jak i wrogów. Chwilowo szuka sobie zajęcia, dorabiając na boku poprzez drobne kradzieże arcytajnych danych lub sprzętów. W sumie to nie narzeka…
  10. 12 Września 2016 roku Godzina 17:30 Szkolny Teren Znalazła się na zewnątrz. W pobliżu nie było już nikogo, kto mógłby mieć coś wspólnego z tymi istotami. Na trawniku pojawiło się coś, czego nastolatka się nie spodziewała. Błysk, intensywny błysk światła, a po tym błysku na zielonej połaci wylądowała dziewczyna. - Ohhhh, nie powinnam tak eksperymentować z tym zaklęciem – powiedziała spoglądając przed siebie – Ohhhh – wyrwało się, gdy ujrzała Lily – Eeeee … cześć – rzekła, robiąc głupią minę – To tylko takie złudzenie optyczne. Ja… przewróciłam się, o! – dodała, próbując mizernie się tłumaczyć. Popchnęła drzwi, odepchnęła potwora i poczuła to! Poczuła wolność, ale i swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. Miała przeczucie, że te cholerstwa nie powinny już jej gonić, że na szkolnym dziedzińcu będzie bezpieczna. Promienie powoli zachodzącego słońca na początku ją oślepiły gdy tylko znalazła się na zewnątrz, ale to było przejściowe, bardzo szybkie. Mimo, że takie dystansy nie były jej obce to musiała wpierw złapać oddech. Emocje dawały o sobie znać. Odłożyła na trawnik plecak i futerał z gitarą, głośno wciągając i wyrzucając powietrze z płuc. Pochyliła się, dłonie opierając o kolana.. - Spokojnie Lily, ten koszmar się skończył. To się nie wydarzyło naprawdę. To twa wyobraźnia płata ci figla - powtarzała sama do sobie, uspokajając się. Nagle jednak przed nią zaczęło jakby migać, pojawiało się zielone światełko, które z każdą chwilą stawało się intensywniejsze. Nagle błysnęło i “z nieba” spadła dziewczyna. Lily zamrugała szybko wpatrując się w ten niecodzienny obrazek. - Czy ten dzień może być dziwniejszy? - spytała ni to siebie, ni to ją - Najpierw jakaś bliźniaczka, potem upiory, a teraz nieudane, a może udane, zaklęcie teleportacji. Brawo, ciekawe. - dodała kucając przed nieznajomą. Lekko przechyliła głowę, a usta wykrzywiły się w swego rodzaju dzióbku, zawsze tak robiła gdy nad czymś się mocno zastanawiała - Czyli tamte upiory to nie twoja sprawka? Kim jesteś? Ja jestem Lily. - powiedziała Dziewczyna uśmiechnęła się dość uroczo i poczochrała dłonią swoje włosy. - Nie przedstawiłam się? – zapytała, a następnie pacnęła czoło otwartą dłonią – Ano masz rację. Nie przedstawiłam się. Wybacz. Jestem Riley Carver – przedstawiła się w końcu. Gdy Riley usłyszała o upiorach wzruszyła ramionami i zmarszczyła brwi. - Nie, nie to nie moja sprawka. To trochę zaawansowana magia, znaczy każdy może jej się nauczyć, ale skutki mogą być tragiczne. Bardzo tragiczne – powiedziała, wstając w końcu z kolan. Lily zauważyła bardzo ciekawy wisiorek, a właściwie przezroczysty, kryształowy kamień w kształcie równoramiennego trójkąta zawieszony na szyi Carver, który zaczął migotać. - Niebezpieczeństwo – szepnęła Riley W dłoni dziewczyny pojawiło się blade, jasnoniebieskie światło, które materializowało się i przybierało kształt kuli. Złożona z czystej mocy, broń była gotowa do użycia. Panna Cooper widziała, jak nowo poznana koleżanka miota swym tworem. Śledząc jej lot, Lily dostrzegła, że salę gimnastyczną opuściły upiory, które kierowały się w ich stronę. Rozległ się niewielki odgłos uderzenia energii z ciałem wrogiej istoty. Śledzący hipiskę agresor został odepchnięty i podpalony magicznym, bladym, jasnoniebieskimi płomieniami. Istota zaczęła syczeć. Tymczasem drugi z upiorów wykonał gest ręką, co spowodowało wywrócenie się Lily, która niewidzialna siła zaczęła przyciągać ku mrocznemu stworzeniu. Ten atak był zbyt słaby, a panna Cooper miała szansę na obronę. - Riley, Riley, Riley….. - powtarzała przez kilka sekund Lily aż w końcu skomentowała - Ładne imie. Takie irlandzkie. I mówisz, że to zaawansowana magia? Ciekawe, bardzo ciekawe. I imponujące. Domyślam się, że jak zaklęcie się nie uda, to konsekwencje mogą być różne - odparła z usmiechem. Jednak ta miła, sielankowa chwila szybko minęła, bowiem dopiero co poznana dziewczyna oznajmiła, że zbliża się niebezpieczeństwo. Lily odwróciła się w kierunku, w który wpatrywała się Riley i ze smutkiem stwierdziła, że te same istoty dalej ją śledzą. Trzeba je jak najszybciej rozwalić, bo wygląda na to, że poszłyby za nią aż do jej domu. Ponownie skupiła się na “ognistym zaklęciu”, celując w drugą istotę, która zdecydowała się zaatakować hipiskę, pozostawiając pierwszego dla Riley. - Proszę cię o pomoc. Te przebrzydy gonią mnie od sali gimnastycznej - szepnęła, skupiając się na zaklęciu mrucząc - Phasmatus Ignitium Dos Ex Salvo, Phasmatis Ignitium Dos On Salvo, Phasmatis Ignitium Dos On Salvo, Phasmatus Ignitium Dos Ex Salvo... Panna Cooper była przyciągana do jednego z upiorów, który pragnął zatopić swe szponiaste ręce w jej delikatnej szyi. Nastolatka nie traciła czasu, tylko skupiła się na rzuceniu zaklęcia. Poskutkowało. Wróg został podpalony i zaczął syczeć oraz machać dłońmi. Lily była chwilowo bezpieczna, Riley nie stała w miejscu. Poznana nadprzyrodzona dziewczyna zaczęła tworzyć coś w rodzaju świetlistej lancy, która emanowała słabym blaskiem, ale po chwili zaraz zgasła. - Szlag – mruknęła złą pod nosem i skupiła się na ponownym wezwaniu broni. Druga próba przyniosła oczekiwane efekty. Carver trzymała ja pewnie i przymierzała się do rzutu. Rzuciła. Błyszcząca, stworzona z magicznej, pierwotnej energii lanca poszybowała do swego celu. Trafiła. Upiór został ugodzony i wydał z siebie przeraźliwy pisk, a następnie eksplodował wraz z utworzoną i utkwioną w nim bronią. Rozległ się huk magicznej eksplozji, który odrzucił drugiego upiora. W powietrzu unosił się czarny pył. Opadał swobodnie na ziemię. Pozostawiony i osamotniony przeciwnik zaczął transformować się w dym. Wycofywał się z dalszej walki. - Wygląda na to, że pozbyliśmy się go – powiedziała Riley – Zawsze tak przyciągasz kłopoty? – zapytała Walka z tymi cholerstwami ponownie się zaczęła chociaż w tym wypadku można powiedzieć, że zaczęła sie trzecia runda - dwie poprzednie miały miejsce w szkole, a teraz czas na walkę na wolnym powietrzu. Na szczęście Lily nie była teraz sama, a do pomocy miała nowopoznaną dziewczynę. I chyba tylko dzięki jej obecności, walka ta nie była jednostronna na korzyść cienistych pokrak. Dzięki Riley jedna istota dość efektownie zakończyła żywot, a druga widząc to, postanowiła się szybko ewakuować. Wraz z końcem tego pojedynku Lily opadła na kolana, wydając z siebie długi gwizd. Gwizd ulgi. - Czy przyciągam kłopoty? - spytała się, powoli ogarniając, że to już koniec. Przynajmniej na tę chwilę - Nie wiem. To znaczy, zawsze było tak, że wszystko było w idealnej harmonii z Matką Naturą, ale od dzisiejszego poranka wszystko jakby jest przeciwko mnie. Bardzo Ci dziękuję za pomoc. Dobry pokaz magii moja droga - pochwaliła Riley - Naprawdę nie mam pojęcia skąd te potwory się zjawiły… Zero... - Wyglądasz mi na taką cichą wodę, a wiadomo jak to z nimi jest - powiedziała Riley - Te potwory, które nas zaatakowały to jakaś forma żywiołaków ciemności - rzekła czarodziejka i szczerze uśmiechnęła się słysząc komplement - Dziękuję - odpowiedziała - Twoja magia również robi wrażenie. Riley spoglądała na pozostałości upiora. - Powinnyśmy stąd się zbierać - zauważyła - Znasz jakieś sympatyczne i bezpieczne miejsce? Muszę przemyśleć co dalej, a nie wiem ogólnie, gdzie ja wylądowałam - Zaufaj, od dzisiejszego dnia mogę powiedzieć, że me życie wywróciło się do góry nogami - odparła Lily biorąc swoje rzeczy, futerał z gitarą trzymała w dłoni, a torbę z książkami zarzuciła sobie przez ramię - I cudownie słysząc, że jakieś żywiołaki ciemności mnie próbowały skrzywdzić. Pięknie ten dzień dobiega końca - w tym momencie mruknęła już lekko niezadowolona z tego co przyniósł jej los. Uśmiechęła się i prychnęła rozbawiona, słysząc taki “komplement”. - Uroczo kłamiesz, naprawdę. Powiedzmy, że preferuję inny rodzaj magii. Gdybyś nie ty to pewnie bym uciekała z buta jak najdalej od nich, bo nie znam aż takich zaklęć jak ty - dodała - Zgadzam się, że powinniśmy się stąd zbierać. Mam dosyć na dzisiaj szkoły - słowa Riley o tym, że nie wie gdzie wylądowała mocno ją zaskoczyły - Nie wiesz gdzie wylądowałaś… chcesz powiedzieć, że nie pochodzisz stąd? Jesteś w mieście Harmony Falls, a konkretnie na terenie tutejszej szkoły. Sympatyczne i bezpieczne miejsce? Kurczę…. Powiem Ci, że nie mam pomysłu. Sympatyczne i bezpieczne to z pewnością jest mój dom. Może wpadniesz do mnie i tam odpoczniesz i pomyślisz co dalej chcesz zrobić? Na tę chwilę tyle mogę ci zaoferować za pomoc jakiej mi udzieliłaś - powiedziała Lily - A wcześniej jakie było? - zapytała z zainteresowaniem Riley - Jakie było twoje życie? Nudne? Zwyczajne? Romantyczne? - dodała, uśmiechając sie cały czas - Przynajmniej masz ze sobą swoje rzeczy - zwróciła na to uwagę torbę i futerał - Potraktuj to jako zmianę, dość gwałtowną, wiem, ale lepiej abyś nie skończyła następnym razem martwa, prawda? - zapytała czarodziejka Carver zachichotała pod nosem, gdy usłyszała wypowiedź o kłamstwie i magii - Wcale nie kłamię. Twoja magia jest inna niż moja i tym samym ciekawsza, ale to rozmowa nie na tę chwilę - przyznała i następnie lekko przechyliła głowę, słysząc propozycję bezpiecznego miejsca Lily - Nie jesteś trochę zbyt ufna? Znamy się jakieś dziesięć może piętnaście minut - powiedziała - Nie boisz się? - zapytała, a gdy uzyskała stosowną odpowiedź ruszyła za Lily do jej domu. **** 12 września 2016 roku Godzina 18:15 Dom Państwa Cooper Przedmieścia Jakiś czas później, obie dziewczyny wchodziły do domu młodej czarownicy. W przedpokoju Riley zatrzymała się i rozkoszowała sie zapachem dobiegającym z kuchni. Panna Cooper doskonale wiedziała, że jest to pora obiadokolacji. - Pięknie pachnie - powiedziała Riley - Zatrzymam się na jakąś godzinę i spadam. Nie chcę robić ci jakiś kłopotów - Lily, skarbie! Wróciłaś? - odezwał się głos matki Jakie było twoje życie? Riley nawet nie wie jak bardzo dziwne jest to pytanie. Bo co Lily ma odpowiedzieć? Że w sumie nowo poznana dziewczyna ma racje? Nudne, lekko statyczne co prawda, ale w jakiś sposób stałe i pozbawione niespodziewanych sytuacji. Z pewnością nie było ono romantyczne tak jak się może to wydawać postronnym, ale Lily potrafiła taki romantyzm wokół siebie sprawić, grając na gitarze czy to pisząc wiersze. Albo czasem się brudząc farbami. Więc w sumie można powiedzieć, że słowo „zwyczajne” - jak to powiedziała Riley – jest poprawne. - Wiesz co? Patrząc na to jaki jest ten dzień to mogę z całą stanowczością powiedzieć, że było…. Nudne. Tak, w porównaniu z tym co się dzieje, to tak. Było nudno. Było normalnie, zwyczajnie. A teraz to wszystko nie jest normalne i nie jest zwyczajne. I oczywiście, że nie widzę siebie jako nawozu dla matki Gai. Nie dzisiaj. I nie jutro. Jak osiągnę odpowiedni wiek do tego – powiedziała Lily ucinając, kończąc praktycznie temat tego jakie było jej życie. Jednak spojrzała trochę zaskoczona gdy usłyszała, że jej magia jest jednak warta uwagi. - Powiem Ci, że ja naprawdę nie wiem co w niej wyjątkowego widzisz. A to, że inna niż twoja? To było widoczne na szkolnym podwórku. - odparła uśmiechając się. Jednak jej ostatnie słowa, jakie Riley wypowiedziała, potraktowała w pewnym sensie jako pochwałę. - Ohhh, spokojnie mój pomidorku. Znamy się dokładnie dwanaście minut, ale wiele osób mówi mi, że mam w sobie taki „piąty zmysł”, który pozwala mi wyczuć kto kim jest. Czego mogę się spodziewać po takiej osobie. A w tobie wyczuwam coś bardzo miłego i dlatego skora jestem ci zaufać – powiedziała delikatnie szczypiąc dziewczynę w policzek – Tak więc zapraszam cię do domu na jedzonko!- zawołała, prowadząc ją do siebie - MAMO! TATO! WRÓCIŁAM! - od drzwi wejściowych rozległ się doniosły okrzyk młodej hipiski – I tym razem przyprowadziłam gościa, który… - Lily zaciągnęła się zapachem, który unosił się po domu – Mniam. Trafiłyśmy na świetną porę. - rzuciła do Riley rozmarzonym tonem, który wskazywał, że zaczęła jej cieknąć ślinka - Mamo? Czyżbym wyczuwała kotleciki sojowe w sosie pomidorowym? - zawołała. Szturchnęła też delikatnie dziewczynę – Pewnie razem z ziemniaczanym puree i sałatką z ogródka. Klasyczny, ale bardzo sycący obiad. Zaraz wszystko mi o sobie opowiesz. - dodała podekscytowana – Rozgość się. Kochani, chciałabym wam przedstawić Riley. Nie macie nic przeciwko aby zjadła z nami, prawda? - powiedziała to tak najuroczej jak tylko potrafiła – I gdzie jest Johnny? Johnny?! Zobacz kto wrócił do domciu. - zaczęła wołać swego psa. - Dobrze zgadłaś. Punkt dla ciebie! - zawołała mama, a Lily mogła być z siebie dumna, chociaż to nie było trudne. Zapach był bardzo charakterystyczny, a sama Riley wydała się nie mieć nic przeciwko takiemu zestawieniu dań. - Solidnie zgłodniałam - powiedziała dziewczyna. Próg kuchni został opuszczony przez rodziców młodej hipiski, którzy zainteresowali się nowym gościem. - Apple Cooper, a to jest mój mąż, Mark - powiedziała matka Lily podała swoją dłoń czarodziejce - Riley Carver - odparła czarodziejka i podała dłoń Apple i Markowi, którzy ją uścisneli - Przejezdna z Nowego Jorku - dodała i uśmiechnęła się - Z Nowego Jorku? - zapytał ojciec - Ale jakim cudem tu się dostałaś? Gdzie są twoje bagaże? - zaczął zarzucać pytaniami - Oh, to trochę skomplikowana sprawa. Eksperymentowałam z pewnym zaklęciem teleportacji i wylądowałam tuż pod szkołą Lily, która została zaatakowana przez dwa upiory - odparła Riley - PRZEZ CO? - zapytał zaskoczony ojciec Lily czuła na sobie wzrok obojga rodziców, którzy na pewno będą czekali na jakieś wyjaśnienia. Pojawił się takze Johnny, który natychmiast podbiegł do Riley i zaczął ją obwąchiwać. Po chwili zamerdał swym krótkim ogonkiem i zaszczekał głośno, ale nie było to złe szczeknięcie, tylko takie na przywitanie, które nie było skierowane do Lily. - Mogą się państwo uspokoić. Udało nam się je odegnać i nie sądzę, aby odważyły się powrócić - wyjaśniła szybko Riley - Umieram z głodu - powiedziała z małym wyrzutem - Przejdziemy do tej części, gdzie jemy posiłek i poznajemy się? - zapytała bez żadnego wahania się. Lily musiała przyznać, że te pytanie było nieco niegrzeczne, ale rodzice nic nie powiedzieli. - Podobasz mi się - przyznała Apple - Dziękuję - wyznała nieco zaskoczona Riley, która przywitała się z buldogiem. - Cześć kolego, miło mi ciebie poznać. Jestem Riley - zagruchała do niego - Lily, wyjdź z psem, a następnie wróć do nas. Riley, zapraszam do kuchni - powiedziała mama i wróciła do pomieszczenia. Mark utkwił swoje spojrzenie w obu dziewczynach, a następnie udał się za swoją żoną. Lily uśmiechnęła się sama do siebie, pod noskiem, na wieść o tym, że jej jedno z ulubionych potraw będzie właśnie podawane przy rodzinnym stole. Zerknęła na Riley. - Teraz jesteś głodna, ale obiecuję, że wkrótce on zniknie - powiedziała do dziewczyny. Chwilę później podeszli do nich rodzice hipiski, w strojach prawdziwych hipisów. Już z miejsca przeszli “do interesów”, szybko witając się z Riley, która poinformowała rodzinę Cooperów, że pochodzi z Nowego Jorku. Lily na tę informację aż zakaszlała z zaskoczenia. Nie spodziewała się, że nowopoznana dziewczyna pochodzi z tak daleka. No…. ma ona rozmach, nie ma co. I oczywiście musiała chlapnąć o tym, że została zaatakowana… W myślach Lily zrobiła fejspalma… Cudowna informacja na dzień dobry. - Cóż...hehe….jakby to….tak….ująć...zgrabnie - szukała odpowiedniego słownictwa, jak zacząć to zdanie - No nie ukrywam, że mój dzień był dzisiaj bardzo….intensywny! Ale fakt faktem, że lepiej opowiem to przy obiedzie, a nie tu w przedpokoju. - powiedziała w końcu Lily chcąc lekko uspokoić atmosferę. Po chwili przybiegł też Johnny, który o dziwo zamiast do swej pańci to pobiegł do kogoś obcego. Lily zdziwiona, ale też i lekko smutna, patrzyła jak pies całkowicie ją ignoruje. Przecież ona go tak kocha, a on tak się jej odwdzięcza? Zaczęła też co raz baczniej, z uwagą przyglądać się swoim rodzicom. Jej mama ni z gruchy, ni z pietruchy walnęła coś co można uznać za komplement, a ojciec patrzył się na nie przez chwilę po czym zniknął razem z gościem w kuchni. Wcześniej rzucono komendę: wyjdź z psem… No tak, oczywiście. Lily westchnęła cicho. - Johnny, dawaj. Idziemy na spacer - powiedziała biorąc z szafeczki smycz - Chodź maluchu, przejdziemy się. Lily starała się by załagodzić napiętą atmosferę, która dość szybko narodziła się w tym miejscu. Rodzice spoglądali wyczekująco na swoją latorośl, a ona ich nie zawiodła, tylko poprosiła, by ta rozmowa odbyła się w przyjemniejszych warunkach. Spacer z Johnnym po domowym ogródku był relaksem, chwilą odpoczynku i przyjemności, której obecnie potrzebowała słodka Lily. Po kilku minutach, pupil hipiski załatwił swoje potrzeby, pokopał tylnymi łapami trawkę i podbiegł zadowolony do swojej pańci. Wystarczyło tylko po nim posprzątać, wyrzucić odchody , wrócić do domu, skorzystać z łazienki i udać się do kuchni. Gdy tylko panna Cooper przekroczyła próg kuchni zobaczyła jak jej rodzice są rozluźnieni przy Riley, która zabawiała ich historyjką. - … I wtedy mu mówię „Cody, te zaklęcie rozsadzi tą dynię, a nie ją powiększy” a ten za przeproszeniem debil, zignorował mnie, a następnie byliśmy cali obryzgani zawartością tego eksperymentu. Po tych słowach państwo Cooper wybuchli śmiechem. Dziewczyna uśmiechnęła się do Lily, pomachała jej wolną dłonią i wróciła do posiłku. - Więc Riley jesteś…? – zapytał Mark - Czarodziejką – odpowiedziała - Na czym polega wasza magia? – zapytała Apple - Na sferach, proszę pani – odpowiedziała Riley – To nie jest coś, co można wyjaśnić w kilku słowach, ale postaram się to zrobić. Sfery są dziedzinami tudzież dyscyplinami magii, które kierunkują i określają wpływ oraz charakter rzuconego czaru. Sfery można ze sobą łączyć i tworzyć duże kombinacje, ale większość magów skupia się na wybranych przez siebie kilka dyscyplin i stara się je jak najlepiej opanować. Na przykład Sfera Natury to połączenie dwóch sfer. Roślin i zwierząt. Ta wypowiedź zrobiła wrażenie na rodzicach blondynki. - Gdzie studiujecie? - Zazwyczaj na magicznych uniwersytetach, ale swoją magią nauczyłam się władać dzięki Internetowi i zakodowanym wiadomościom. Nie mogę na ten temat nic powiedzieć - odpowiedziała Riley i spuściła głowę, pochylając się nad swoim talerzem – Po prostu wykładowcy z Nowojorskiego Uniwersytetu Magii uznali, że nie nadaję się na czarodziejkę i próbowali odebrać mi pamięć oraz moc, ale znalazłam sposób, by o niej pamiętać i ją odtworzyć. Teraz już ich nie obchodzę, ale nie mogę pojawić się w murach uczelni czy w jakimś oficjalnym kręgu czarodziejów. Nastała niezręczna cisza. Spacer z Johnnym był miłym odpoczynkiem od tego całego zgiełku jaki pojawił się dzisiejszego dnia. Lily wyrzuciła z pamięci, przynajmniej na chwilę tego spaceru, to się działo. Te zjawy ze sfery ciemności, ta cała podróba Konomi… DOŚĆ! Nie ma myślenia o tym. Nie teraz. Teraz odpoczywamy. Z psem. Na spacerze. Johnny biegał po ogrodzie, a Lily rzucała mi piłkę, którą ten mały, czworonożny słodziak przynosił i prosił o więcej. Co jakiś czas jednak Lily zerkała za siebie czy żadna cienista pokraka jej nie obserwuje, ale to chyba po prostu była lekka paranoja po tym co się działo. Bo nikogo nie widziała. Żartowniś z tego mózgu… W końcu przyszedł czas w którym wzięła psiaka i zaprowadziła go do domu. Zrobił wszystko, ale pewnie i tak jeszcze wyjdzie z nim po 22, tak dla pewności by malec smacznie spał w nocy. Z kuchni dobiegały hałasy, różne śmiechy. Ucieszyła się, że Riley została tak dobrze odebrana przez rodziców. Zdjęła buty i ruszyła tam, by zająć miejsce przy stole. Riley zaczęła opowiadać historię, mocno skróconą, tego kim jest i skąd pochodzi, jak się tu wzięła. W sumie, poczuła żal, że tak skończyła się jej przygoda z magicznym uniwerkiem. To chyba jedno niewielu zmartwień jakich nie czuły Wiedźmy. One po prostu były samoukami. - A skąd twoje nagłe pojawienie się u nas? Wybacz, że tak pytam - zaczęła nakładając sobie jedzenie na talerz - ale zaciekawiło mnie to. Ktoś cię gonił? Czy po prostu starałaś się uczyć samej i zaklęcie ci wyszło, ale nie trafiłaś tam, gdzie chciałaś? Riley spojrzała na Lily, która przerwała ciszę i zadała jej pytanie. - Nic z tych rzeczy. Żadne ucieczki nie wchodzą w grę - powiedziała spokojnym głosem czarodziejka - Znalazłam zaklęcie "Skoku" i chciałam je wypróbować. Według autora czaru, trzeba było odpowiednio gestykulować, narysować dobrze portal oraz wybrać docelowe miejsce - opowiadała i przy okazji jadła posiłek, ale nie mówiła z pełnymi ustami. Przełykała odpowiednie kęsy i popijała kompotem - Przy tym ostatnio musiałem coś sknocić. Będę mogła skorzystać z telefonu? - zapytała państwa Cooper - Oczywiście - odparła Apple - Nie ma żadnego problemu. - Super. Powiadomię Codego, że nic mi nie jest i myślę, że jutro powinnam spróbować wrócić do Nowego Jorku - rzekła dziewczyna - Tylko nie mam gdzie się zatrzymać - dodała i zerknęła na Lily - Lily, chyba powinniśmy ugościć twoją koleżanką mimo, że słabo ją znamy - powiedziała pani Cooper - W końcu uratowała jej życie - dodał Mark - No nie wiem, Mark. Nie znamy jej za dobrze - odpowiedziała mężowi Apple - O. Zaklęcie “Skoku”. Mamo, czy my potrafimy tego typu zaklęcia? Bo wydaje mi się, że one chyba są ciut za trudne… albo ja po prostu jeszcze do tego etapu nauki nie dotarłam - powiedziała Lily po odpowiedzi nowopoznanej. Ta chwilę potem poprosiła o zgodę na użyczenie telefonu. - Dobrze zrobisz. Jak się rodzina zacznie niepokoić to się robi nieciekawie. - Następnie jej rodzina przeszła do tematu “noclegu”. - Mamo… - żachnęła się Lily na słowa Apple - Nie powinnaś tak mówić. Poważnie, gdyby nie Riley nie wiem co by się stało dzisiaj. Wiem, że nie do mnie należy ostatnie słowo, ale uważam, że powinniśmy ugościć naszego gościa na te noc - powiedziała, uważnie wpatrując się w swoich rodziców - Któryś pokój chyba możemy dla niej przeznaczyć. - Zaklęcie Skoku? – zapytała Apple i przyglądała się córce – Mamy jego odpowiednik. Nazywamy to zaklęciem „Teleportacji” Przenosi nas z jednego znanego miejsca na drugie – odpowiedziała – Jak będziemy miały trochę czasu to nauczę cię tego zaklęcia – dodała - Na pewno przed snem zadzwonię do Codego. On jest moją najbliższą rodziną i oczywiście pozostali członkowie kabały – rzekła Riley, która chwilę później przysłuchiwała się rozmowie o jej nocowaniu. Apple spojrzała na męża i ponownie na córkę oraz na Riley. - Nie umniejszam jej czynów, ale to nie zmienia faktu, że jest dla nas obcą osobą. Mam nadzieję, że nie jesteś zła, Riley – zwróciła się do czarodziejki – Dziękuję, że uratowałaś mojej córce życie i zgadzam się, abyś została na tę jedną noc. Później musisz poszukać sobie czegoś innego. - W porządku – odpowiedziała Carver –Jedna noc i nie będę nadużywała państwa gościnności. - Lily, przygotujesz gościnny pokój. Sprawdź czy mamy świeżą pościel - poleciła matka Dalsza część kolacji upłynęła bez żadnych incydentów. Po skończonym posiłku, Riley poszła zadzwonić, a Lily wybrać pościel dla koleżanki. Rozmowa z mamą potoczyła się tak jak powinna się potoczyć chociaż Lily była troszkę zaskoczona tym jej zdystansowaniem wobec nowo przybyłej osoby. Chociaż z drugiej strony jest to jak najbardziej logiczne - dopiero co ją poznali i dziwnym by było gdyby pozwolili się jej rozgościć jakby była u siebie. Nawet miłość, pokój i zaufanie hipisów ma swoje granice, zwłaszcza gdy rodzina dowiaduje się, że ich córka została zaatakowana przez dziwne stworzenia. Lily trochę w myślach pokręciła głową, ale koniec końców udało się jej jakoś odwdzięczyć Riley. Darmowy nocleg wraz z kolacją i śniadaniem. Dobre i to. Zasłużyła dziewczynka. Uśmiechnęła się do mamy. - Dziękuję mamo, że się zgadzasz - powiedziała wstając i zabierając talerz, aby odłożyć go do zlewu - Riley może spać w pokoju obok mojego. A pościel już idę wziąć - odparła i pomaszerowała najpierw w stronę szafki by wyjąć świeże prześcieradło i pościel, a następnie udała się do pokoju, które na noc przejmie dziewczyna z Nowego Jorku. - Johnny, chodź ze mną - zawołała do swego psa - Pomożesz mi. 12 września 2016 roku Godzina 18:54 Pokój Gościnny Dom Państwa Cooper Przedmieścia Znajdujący się na pierwszym piętrze domu Lily, pokój gościnny był średnim pomieszczeniem urządzonym dość w zwyczajny sposób. Stolik z telewizorem, szafka z książkami, szafka z zestawem porcelany, puchaty, pstrokaty dywan, mały stolik na herbatę oraz rozkładana kanapa. Panna Cooper w towarzystwie psa Johnnego przygotowywała posłanie dla swojej wybawicielki, która prowadziła rozmowę telefoniczną. Kilka minut później, w progu drzwi stanęła Riley - Chyba trochę za wcześnie na sen - powiedziała patrząc na działania jasnowłosej - Masz może jakąś koszulkę do spania. Pożyczę tylko na jedną noc i odeślę wypraną! - obiecała, robiąc przy tym słodką minkę. Lily elegancko zajmowała się ogarnięciem łóżka dla nowoprzybyłej dziewczyny z Nowego Jorku. Poszewki były już nałożone na poduszeczki i kołdrę. O pościeli nie wspomnę, świeża biel wylądowała jako pierwsza na materacu. Lily kilka razy strzepała kołdrę aby idealnie leżała. Johnny jak zawsze, leżał obok niej i drapał się. Ale tego, że jej nie przywitał tak jak zawsze, tylko rzucił się na obcego mu nie daruje. Zdrajca. Po jakimś czasie, Riley zawitała do pokoju. - Co? Nie, oczywiście, że jeszcze nie idziemy spać. Tylko przygotowuję Tobie pokój, aby był od razu dla ciebie gotowy. Po co mamy się z tym męczyć później, prawda? - spytała narzucając kołdrę - Wieczór będziemy miały tylko dla siebie. Poopowiadamy sobie opowieści, oczywiście o ile będziesz chciała - dodała - No. I zrobione - rzuciła zadowolona, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Spojrzała na dziewczynę. Jasne, że pożyczy jej koszulkę do spania. Toż raczej nie ma nic innego przy sobie, oprócz tego w co jest obecnie ubrana. - Oczywiście, że ci coś dam. Chodź ze mną do mego pokoju, dam ci jakąś czystą i pachnącą. Wybór wzorów na koszulkach jest mocno ograniczony, przeważnie są to kwiaty, mówię to abyś nie była zaskoczona - powiedziała idąc do swego pokoju. Palcem wskazującym i uśmiechem daje jej znać aby poszła razem z nią. Od razu powie czy pasuje. Może ma wymagajacy gust i byle czego nie nałoży? Riley uśmiechnęła się lekko - Od czego mamy magię? - zapytała, podczas gdy jedna z jej dłoni zaświeciła słabym różowawym światłem - Żartuję, czasami trzeba dać sobie spokój i odpocząć od nadużywania mocy - dodała i przerwała swój popis. Propozycja opowiadania opowieści, ucieszył dziewczynę. - W sumie znam kilka Nowojorskich przypadków o których mogę ci szepnąć słówko bądź dwa, ale ty mi opowiesz o nadprzyrodzonych zjawiskach, jakie dzieją się w tym mieście, okej? - zaproponowała Wybór koszuli nocnej, nie był jakimś większym problemem. Riley nie kręciła nosem, tylko przyjęła propozycję gospodyni i udała się z nią do jej pokoju. Johnny pobiegł za dziewczętami i upominał się o głaskanie, głośno przy tym szczekając. Kilka chwil później, Riley trzymała w dłoniach jasnozieloną koszulę na ramiączkach. Na całej piżamie znajdowały się stokrotkowe wzorki. - Jest urocza - powiedziała, przykładając do swego ciała świeżą i pachnącą koszulę. Dalsza część tego dnia upłynęła na rozmowach. Lily poznała mistyczną historię Nowego Jorku, który był zamieszkiwany przez nadnaturalne społeczeństwo. - Satyrzy pędzą naprawdę świetne wino, a ich każda karczma jest dobrze ukryta i można się dostać przez drzwi w niekiedy obskurnych i obszczanych ścianach - rzekła - Musisz uważać na Elfy. Są aroganckie, wyniosłe i niekiedy wredne. Ich magia jest dosyć specyficzna. A jeśli chodzi o duchy... - kontynuowała swoją opowieść. Lily poznała też trochę Codego, który okazał sie bliskim przyjacielem Riley od spraw magii. Razem ją praktykowali i wspierali sie w trudnych chwilach. - Kiedyś go poznasz. Gwarantuję ci to - dodała i chwyciła kosmyk włosów Lily - Taka laska jak ty na pewno ma adoratora - komplementowała, bawiąc się przy tym zebranym włosiem. W trakcie tych opowieści, Lily musiała także zajrzeć do książek. - Mam nadzieję, że ci w niczym nie przeszkodziłam - powiedziała Carver W końcu przyszedł też czas na sen. Lily mogła mieć tylko nadzieję, że jeszcze jej ścieżka skrzyżuje się ze ścieżką Riley i to przy dość sprzyjających okolicznościach.
  11. ******* Jeżeli ktoś się zastanawiał kiedykolwiek jak sprawić by przypadkowe spotkanie nie wyglądało na przypadkowe, a w każdym bądź razie mocno skonfundowało nie jedną, a obie strony to to jest właśnie właściwa scena. Zarówno Vinryn, który objął mocno Nenzarę, jak i Surhion, zaskoczeni spojrzeli na krzyczącą kobietę, która oznajmiła całej klienteli „Białego żagla”, że czekała cholernie długo na niziołka, aby ten ją zaspokoił i skoro ten tak z nią postępuje to nie obejdzie się bez kary. Vinryn podniósł głowę i zaczął się zastanawiać kogo bardziej powinien się obawiać? Elfa, którego dopiero co próbował oskubać w karty czy może nieznajomą, która pojawia się znikąd i przy wszystkich oznajmia, że czekała na niego co jest nieprawdą, bo wiedziałby, że ktoś na niego czego, a nikt nie czekał na niego, bo nie miał po co. No chyba, że na grę w karty, ale ona nie wyglądała na szulera. Podniósł głowę i wpatrywał się w Nenzarę niczym myszka, która zahipnotyzowana obserwuje taniec węża. Surhion i jego dwóch osiłków też podniosło głowę, z karzełka na nią. Vinryn pierwszy zabrał głos, poprzedzając to głośnym przełknięciem śliny. Jego uścisk wokół pasa Nenzary przybrał na sile, ale nie należał do mocarnych niziołków więc nie zrobiło to wrażenia na mortsistce. Jednak zanim złodziej powiedział cokolwiek sensownego, z jego ust wydobyły się różne samogłoski. W końcu jednak zaczął mówić, chociaż to za duże słowo. - Ja, ja, ja….Wi-Widzisz, bardzo możliwe, że dzi-dziejsze spotkanie ha-ha-hazardowe mogło mi wy-wybić z głowy nasze-sze spotka-kanie, ale co-coś tam świta mi w -gło-łowie – wybełkotał. - Ej szefie, o czym on pieprzy? - spytał się jeden z goryli Surhiona. - Właśnie sam się nad tym zastanawiam, Illakhu! - krzyknął przesuwając wzrok z kobiety na niziołka i z powrotem, ściskając mocno sztylet. Szybko jednak spojrzał na Nilonima, który odezwał się mówiąc coś o miłości i romansie. Bezsensownych rzeczach - Miłość?! Jaka miłość?! Przecież widać wyraźnie, że to jest pieprzona szopka! I nie twój zasrany interes ile kasy jest mi wienien! Wypatroszę go, a skórę powieszę nad kominkiem! A wy tam na dole zamknąć mordy! - ryknął w stronę klienteli, która z coraz większym zainteresowaniem przyglądała się temu przedstawieniu. O dziwo jego groźba wcale ich nie ruszyła. - Gorzko, gorzko! Kto powinien zacząć?! Baba czy chłop?! Gorzko! - Vinryn! Powiedz mi, gdzie taką laskę wyrwałeś? - Cholera, zawsze wiedziałem, że to mit! Niziołki wcale kiepskie w łóżku nie są, skoro taka kobieta aż po niego się osobiście pofatygowała do nas – klienci rzucali to coraz zabawniejsze, ale też i żenujące uwagi na wasz temat. Gdy agiel, osobista broń każdej mortsit, dotknęła kawałka skóry niziołka, ten zaczął skomleć, co ciężko było odczytać – czy jako odgłos powodowany bólem, czy może ekscytacja. Kto wie, może lubił taką grę wstępną? Chwycił twoją dłoń, w której nic nie trzymałaś i piszcząc, wpatrywał się w twoje oczy. Głaskał twoją dłoń, aby ci pokazać byś okazała mu odrobinkę litości. - Boli. Bardzo boli. Byłem złym niziołkiem i zasługuję na karę, ale nie taką karę. Ta kara boli – szeptał dosyć głośno, mając łzy w oczach.
  12. No to ja głosuję aby było szybciej czyli offgame (tak?). Nie, że coś, ale tak moim zdaniem może być lepiej
  13. ******* Corinowi drgnęła lekko powieka, gdy zaproponowałaś mu, że poinformujesz jego mistrza o fakcie, że jest skory do, jak to sam powiedział, pieprzenia. W sumie ciężko powiedzieć jak zareagowałby na te słowa mistrz Lorreine. Ten stary cap, który mimo że ogarnął magię na bardzo wysokim poziomie, zaczął ostatnio zapoznawać się z elektronicznymi gadżetami i różną technologią co mogło wywołać dość nieoczekiwane skutki. Pozostało mu mieć tylko i wyłącznie nadzieję, że okażesz odrobinę litości i nie piśniesz o tym słowa. Słuchał cię bardzo uważnie, uśmiechając się delikatnie. - Czyli mogę rozumieć to tak, że mamy swego rodzaju umowę, tak? - spytał się, a uśmiech nie schodził mu z twarzy – Bo nie wiem o czym mówisz Pani, że ty coś mówisz przez sen? To dziwne, bo jak cię budziłem to nic, a nic nie słyszałem. Jestem pewien, że nic nie mówiłaś – powiedział, zastanawiając się co miałaś na myśli wspominając o gadaniu przez sen. Czyżby kłamał? Udawał? A może naprawdę nic nie słyszał i to co powiedział było wytworem jego wyobraźni? Lub twojej? W pewnej chwili lekko przechylił głowę, przyglądając się tobie. - Może czas ogłosić jakąś trasę koncertową, co? Nie wiem, bo nie znam się, ale jeżeli tęsknisz za sceną to może powróć na nią na kilka tygodni? Odżyjesz, znowu poczujesz te emocje i ekscytację. Tak mi się wydaje, że to nawet dobry pomysł. Powrót nie w pełnym wymiarze czasowym, ale tak na...pół etatu? - spytał po chwili namysłu, gdy wspomniałaś o tęsknocie za fanami i tymi samymi rzeczami, które kochają gwiazdy światowej muzyki. Gdy panna Maplefall dość jednoznacznie stwierdziła, że nie będzie już potrzebowała jego towarzystwa i potrzebuje odrobiny samotności by się przygotować, Corin ponownie skinął głową w jej stronę i cofnął się do drzwi. Odwrócił się jeszcze raz do niej. - Mag Lorreine - chyba specjalnie zaakcentował pierwsze słowo, drażniąc się z tym twoim magikiem. Puścił ci oczko w tym momencie - powiedział, że będzie czekał tyle, ile będzie musiał. Proszę się nie śpieszyć ze wstaniem z łóżka i ogarnięciem się. - uśmiechnął się po raz kolejny – I nie ma Pani za co dziękować. Rzadko tu kogoś mamy w odwiedzinach, więc Pani pobyt tutaj dostarcza nam wiele życia. Jakby co to jestem w kuchni, proszę mnie zawołać gdyby czegoś Pani potrzebowała – dodał usłużnie – Jeszcze raz życzę smacznego – po tych słowach zniknął z pokoju, zamykając cichutko za sobą drzwi. Pozostałaś sama Asterko w pokoiku. Sama ze śniadankiem. No cóż, chyba czas podnieść swoje leniwe dupsko i przygotować się na rozpoczęcie nowego dnia, co? Nie zamierzasz spędzić go leżąc w łóżku, nie?
  14. Nie chcę się wtrącać @Obi, ale czy przypadkiem dalej nie tworzysz takich skubańców? Jedna taka cwaniara dalej biega w naszej sesji Problem polega na tym, że ty jak kogoś stworzysz, kto ma w sobie przymiotnik "potężny", to z reguły nie ma opcji aby go pokonać. Oczywiście wtedy podnosisz mi tym ciśnienie, bo cały mój plan, wszystkie opcje jakie tworzę idą się walić. Mogę kombinować co i jak, ale wszystko i tak sprowadzi się do tego, że będę patrzył jak leją mnie po mordzie. No i (prawie) zawsze jest on jako wróg, więc już w ogóle mam przewalone
  15. ******* Odgłosy docierające z piętra wyżej były coraz bardziej niepokojące. Nie wiedzieliście kto dokładnie, ale ten ktoś bardzo pragnął mówiąc kolokwialnie, zamordować tego drugiego, w jak najbardziej bolesny i brutalny sposób. Liczba wulgaryzmów w pewnym momencie mocno przybrała na sile i przez kilka sekund tylko je dało się słyszeć. Zapowiedź rychłego skończenia jego bezwartościowego życia przeplatała się z zapewnieniami, że wyzywający doskonale wie o tym, gdzie pracowała i pracuje nadal matka tego do którego wyzwiska były kierowane. Mówił on o najstarszym zawodzie świata. Przy okazji obiecywał też, że gdy z nim już skończy to dobierze się do tyłka jego karłowatej rodziny. Nie było to dość miłe. Cała ta plejada wyzwisk połączyła się w jeden, wielki hałas kiedy doszła do tego kakofonia pisków, jęków i błagań o darowanie mu życia. - Nie! To nieporozumienie! To nie jest tak jak myślisz! - ktoś głośno zawodził, pochlipując. Dołączcie do tego odgłosy tłuczonego szkła, rozbijanych mebli, które lądowały albo to na ścianie, albo na podłodze i macie całą "melodię" jaka wypływała z tamtego pomieszczenia. Otrzymawszy informację, że niziołek jest na górze i słysząc te dźwięki, ruszyliście czym prędzej na pierwsze piętro. Jednak nie dobiegliście na nie, bowiem w połowie drogie, na półpiętrze wpadł na was mały, przestraszony, z rozwalonymi włosami, jakby ktoś je ciął mieczem. Ubrany w brązową, ćwiekowaną zbroję, ze sztylecikiem przypiętym do pasa. Spodnie, buty i pas. To wszystko. Dosłownie wpadł na Nenzarę, ale odbił się od niej, upadając na tyłku. - NIE POZWÓLCIE MU UCIEC! - rozbrzmiał wściekły głos. Niziołek szybko podniósł się i schował się Nenzarą, obejmując ją mocno, jakby nie chciał aby ta pierwsza tarcza, która może uratować dupsko uciekła. - Błagam! Pomóżcie mi! - pisnął. Tymczasem przed wami pojawiła się grupa ishtarów w liczbie "trzy". Nie mieli na sobie zbroi jako tako, nosili zwykłą szatę chociaż dwóch w dłoniach dzierżyło noże. Trzeci miał sztylet. On też przemówił. - Mówiłem Ci, ty zasrany oszuście, że lepiej abyś mnie nie kantował gdy grasz ze mną. Nie wyjdziesz żywy z tego lokalu, Vinrin. Raz mnie oszukałeś i wtedy ci darowałem życie. Teraz nie będę taki łaskawy. - wycharczał przez zaciśnięte ze wściekłości usta. Dostrzegł też was. - A wy co tu robicie? Spierdalajcie, to nie wasza sprawa co tu się dzieje. To problem między mną, a nim. - dodał złowieszczo. Niziołek jeszcze mocniej objął siostrzyczkę. - Mówiłem już, to nieporozumienie! - powiedział ze łzami w oczach. W tym momencie z jego prawego rękawa wypadła jedna karta, która wylądowała na podłodze.