Iwettia

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    177
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O Iwettia

  • Ranga
    Niedzielny gracz
  • Urodziny 23.07.1996

Previous Fields

  • Systemy RPG Pathfinder, D&D 3.5e i 5e, Stary Młotek, Młot za 40 tysięcy, Shadowrun, WoD

Profile Information

  • Gender Female

Ostatnie wizyty

1088 wyświetleń profilu
  1. Alira Kiwnęła głową na otaczającą ich barierę, która wyczarował elf. Zagwizdała, tym razem z podziwem na pokaz fajerwerków, po czym podbiegła do jednej ze ścian i wyciągnęła rękę, by dla próby szturchnąć ją pazurem... Pomyślała jednak dwa razy, i postanowiła trzymać łapy przy sobie. Raczej którejś z "luster" od razu by jej nie zrobiło jakieś wielkiej krzywdy... Chyba. Wolała jednak uważać. W końcu, kto tam z tą magią wie. Podrapała się z zastanowieniem po podbródku. - O jak wysokiej nagrodzie mówimy, dokładnie? - Popatrzyła na resztę grupy i uniosła niewinne dłonie. - No co? Tak z ciekawości pytam...
  2. Alira Chodzenie po mieście piratów, pełnym interesujących osobników i... egzotycznych, powiedzmy, zapachów nie było najprzyjemniejszą wycieczką, ale za to bardzo interesującą. Pobojowisko które napotkali było tego bezsprzecznym dowodem. - Ooo, przegapiliśmy niezłą imprezę... - powiedziała, po czym zagwizdała przez zęby, gdy obejrzała w całości pozostałe po niej zniszczenia. Nie one jednak przykuły głównie jej uwagę, lecz postać, która wyróżniała się pośród otaczającego ich bałaganu. Drakonka przyglądała się z boku dziwnemu elfowi, przekrzywiając głowę, przypominając przy tym trochę ciekawskiego ptaka. Szybko przerwała jednak swoje wgapianie się, uważna, by nie urazić przypadkiem elfa, który roztaczał aurę kogoś ważnego. - Skoro mówimy już o modzie, to przyznam, ładny ma pan płaszcz. I rękawiczki. Zapytałabym o krawca, ale ma pan chyba teraz ważniejsze rzeczy na głowie... - przerwała i uniosła niewinnie ręce. - Gdzie tam sabotaż, jaki sabotaż... Ledwie co tu przybyliśmy, co byśmy mieli sabotować? Alira, tak przy okazji. Miło mi poznać. - pomachała wesoło i wyszczerzyła się elfa.
  3. Alira Szkoda, że nie było czasu by bestyjki porządnie oskórować - z takiego potwora skóra mogła by pójść za niezłą sumkę. Dobrze przynajmniej, że cielsko zajęło kanibali na tyle długo, że pozwoliło im to na odejście bez większych problemów. Za pazuchę schowała kieł, który dostała od Aramila. Przynajmniej została jakaś pamiątka. Zawsze coś. Podrapała się po plecach, nie starając się być nawet przy tym zbyt dyskretna. Przyzwyczajonej do arktycznych temperatur drakonce miejscowy klimat zaczynał powoli dawać we znaki. Miejscowi jakoś nie wyglądali na typy, które przejmowaliby się manierami, a koszula pod skórzaną zbroją po godzinach latania po takiej spiekocie zaczęła się nieprzyjemnie przyklejać do pleców. Zamiast Rogu, lub przeróżnych artefaktów, jej myśli coraz częściej błądziły w stronę chęci upolowania jakieś wanny. Nic luksusowego, wielkiego, byle trzymała się w miarę w jednym kawałku. I była wypełnionej po brzegi lodem. Otarła czoło, starając się powstrzymać pot spływający jej do oczu. W tym momencie najbardziej byłaby wdzięczna za moment odpoczynku. Albo za małą zamieć śnieżną. Kątem oka Alira widziała niejedno kose spojrzenie rzucane w jej kierunku, i nie mogła powstrzymać się od czucia się odrobinę nieswojo. Nachyliła się bardziej, i przyspieszyła kroku. Jak nad tym dłużej pomyślała, to od momentu kiedy wstąpili do tego miasta wydawało jej się, jakby wszystkie pary oczu były skierowane w ich kierunku. Może to odzywał się instynkt przetrwania - a może, jak zwykle, wrodzona paranoja. Wzdrygnęła, i skupiła się na bieżącym zadaniu, od tej pory trzymając się bliżej reszty grupy. - Urocza mieścina, nie ma co. Im szybciej znajdziemy naszego znajomego, tym lepiej - westchnęła. - Kto wie, może wskazałby nam drogę do jednej z lepszych knajp... Takiej, z której mamy większą szansę wyjść bez kozika pod żebro.
  4. Alira Action: Wychyla się i strzela z karabinu +7 +k4 (Bless) / k12+5 + k6 (Hunter's Mark) + k8 (Colossus Slayer). Move: Wskakuje z powrotem za filar. HP: 44 AC: 16 Spell slots: 1st: 2 2nd: 2
  5. Alira Powtarzające się spacery po dżungli pod wartą tubylców nie były czymś, co Alira mogłaby zaliczyć do ulubionych rekreacji. Jeden plus, że dzięki tej obstawie nic ich po drodze nie zaatakowało. Na szczęście tutejsze zwierzęta były obdarzone zdrowym rozsądkiem, i nie atakowały ich - czego nie mogła powiedzieć po sobie, idąc w stronę (nie)pewnej zguby. Rosnąca wśród drzew cisza wyraźnie wskazywała na to, że powoli zbliżali się do celu. Cokolwiek czekało ich na miejscu, zdążyło już zyskać sobie respekt - oraz strach - lokalnej fauny. Napotkane po drodze rysunki także nie poprawiły jej nastroju. Jak widać tubylcy darzyli jej lud, albo osoby do niej podobne, z prawie taką samą sympatią jaką Alira darzyła kanibali. No cóż. To była jeszcze jedna rzecz, o którą trzeba będzie się martwić. Szok na widok „ducha” przywołanego przez szamana przemknął tak szybko, jak się pojawił. Zastrzyk adrenaliny zrobił swoje, a jej myśli wskoczyły natychmiast w największe obroty. Bestia wyglądała na potężną, to prawda, ale była na szczęście bardzo materialna. - Babcia? A ty do domu, a nie, po dżungli latasz, ludzi straszysz! - zaśmiała się. - A nie, czekaj, to nie ona... Babci trochę więcej łusek na grzbiecie zostało, niż tej tutaj - zmrużyła oczy i przekrzywiła głowę. - Albo temu. Nie widzę stąd dokładnie. Ducha ciężko posłać ponownie do mogiły - a tutaj przynajmniej mieli dużą powierzchnię do celowania. Odrobinę przerażającą, ale w końcu wszystko co żyje, da się zabić. Przynajmniej tak jej zawsze mówili. Jeśli tylko nie zaalarmują go zbyt szybko, powinni mieć jeszcze... Moment. Co do diabła wyczyniał kapitan? - Aenghus... - wydusiła z siebie, patrząc na robiącego z siebie wariata loupa, i klepnęła się czoło. - O, bogowie. Postaraj się nie umrzeć, dobra? Podbiegła i przykucnęła za jednym z filarów, ładując karabin. Jej chwyt wydawał się być niezachwiany, a broń leżała jej w ręce pewniej, niż zwykle. Nieźle. Dobrze mieć czasami boską opatrzność po swojej stronie. - Dzięki, Arlen. - Wychynęła odrobinę zza osłony i wycelowała w nadchodzą bestię. - Zaklepuję jeden z zębów!
  6. Alira Dyskomfort, który odczuwała smoczyca pod lustrującymi spojrzeniami loupów-tubylców było widać jak na dłoni. Nie była przyzwyczajona do bycia w centrum uwagi. Fakt, że widownia jeszcze nie tak dawno chciała zrobić sobie z nich przekąskę, ani trochę nie pomagał. Miała nadzieję, że względny spokój wynegocjowany przez kapitana utrzyma się jak najdłużej. Jak na razie wszystko szło gładko. Nawet mimo tego, że z początku entuzjazm Aenghusa trochę bardziej ją martwił, niż napawał optymizmem, powoli zaczął jej się także udzielać. Wbrew sobie samej, odrobina nadziei zaczęła na nowo świtać w głowie drakonki. W końcu byli wciąż żywi, w jednym kawałku, i jak na razie nie poprzeszywani zatrutymi strzałkami jak poduszki do szpilek. Tak trzymać. - Ooo...- Alira wydała z siebie rozczulony dźwięk na widok małego loupa, nachylając się w jego kierunku. Aż się jej zrobiło się ciepło na sercu. Maluch wzbudził w niej jakiś instynkt, o którym istnieniu wcześniej nie miała pojęcia. Część jej umysłu - której, jak widać, życie nie było miłe - podpowiadała, by poklepać go po pokrytej sierścią głowie. Na szczęście inna, ta bardziej rozsądna część - ta, która od zawsze utrzymywała ją przy życiu i która nad jakieś wymysły w stylu "No popatrz jaki słodki, przytul!" wolała mieć wszystkie kończyny na swoim miejscu, przypilnowała by trzymała ręce przy sobie. Wyprostowała się, i wzięła się w garść. Nie ma co kusić losu, cały komplet palców w końcu jeszcze się przyda. - Łowom z porządną kompanią nigdy nie powiedziałabym "nie". I tak jest teraz. Tylko tylko sprawa zapolowania komplikuje się, jak nie się zna dokładnie natury bestii - podrapała się po głowie. - I pakuje się do walki bez broni. O, skoro już o tym mowa... Pogoniła do wskazanego miejsca w poszukiwaniu swoich rzeczy. Priorytetem było odzyskanie uzbrojenia, nad resztą zastanowi się później.
  7. Alira Perspektywa walki z kanibalami nie była zbyt zachęcająca. Gdyby do tego doszło, walczyłaby do ostatniej kropli krwi, a jakże - drakoni z natury tak łatwo się nie poddają. Problem był nie z brakiem chęci, a z brakiem uzbrojenia. Wyglądało na to, że trzeba będzie zniżyć się do rękoczynów. Innej opcji nie było. A co miała zrobić? Ryknąć? Wyszczerzyć kły? Loupy ją pod tym względami pobijały, nie było co do tego żadnych argumentów. Słysząc nagle wycie, przez Alirę przeszedł zimny dreszcz, nawet pomimo tropikalnego klimatu. Źródłem tego dźwięku okazała się być jednak ostatnia osoba, którą Alira spodziewała się tak szybko zobaczyć. - Aenghus! O mało mnie o zawał nie przyprawiłeś, ty draniu. - powiedziała, szczerząc się do niego wesoło. - Znaczy się, najwyższy, błogosławiony, wybrańcu bogów, et cetera, et cetera... - dodała, kłaniając się w półserio-półukłonie, zerkając na otaczających ich loupów. Skoro z takim uniżeniem traktowali go tubylcy, warto by jak na razie tańczyć, jak zagrają. Drakonka wolałaby nie dowiedzieć się, jak zachowają się tubylcy jeśli przejrzą przez blef Aenghusa. - Zgadzam się z Arlen. Nie mamy czasu do stracenia. Moim zdaniem: znajdźmy gdzie przechowali łupy z nas, weźmiemy nasze rzeczy, i wynosimy się. Natychmiast. Jakby się nam ogony paliły - rozejrzała się po reszcie. - Albo, w przypadku naszych mniej obdarzonych przyjaciół, tylne końce.
  8. Alira - Dziękuję. Przyznam - zdarzało mi się jeść gorsze rzeczy, ale i tak nie polecam - dodała, zwracając się do elfa, próbując w miarę dyskretnie zeskrobać resztki zielska z zębów. Przez głowę przemknęła jej - dość niepoprawna do powagi sytuacji - myśl, skąd by w ogóle wytrzasnęła szczoteczkę do zębów w środku dżungli. Czy tubylcy przejmują się takimi szczegółami higieny osobistej? I czy w ogóle znają znaczenie słowa "higiena"...? - Kto wie, może to tylko jedno wielkie nieporozumienie, i idą tutaj z przeprosinami? Może chcą nas po prostu zaprosić nas na śniadanie... obiad? - zmrużyła oczy, zerkając na pozycję słońca na horyzoncie. Pozornie wesoły ton jej wypowiedzi był zdradzony przez wysyczenie jej, w wysiłku, przez zaciśnięte zęby. Drakonka była nadal skupiona na, teraz trochę bardziej nerwowych, próbach szarpania się ze lianami klatki: to tu, to tam pomagając sobie kłami. Miała nadzieję, że nawet jeśli nie uda się jej ściany przebić - to chociaż ją nieźle osłabi.
  9. Alira Zamrugała powoli, starając się zrozumieć, co się z nimi do diaska stało. W jednej chwili podążali za planem Aenghusa, wszystko ładnie, pięknie, a w następnej... Leżała na podłodze klatki, jedna z nóg zwisała nad przepaścią swobodnie. Drugą miała wygiętą pod bardzo niewygodnym kątem, całą odrętwiała. Pozbierała się, najostrożniej jak się dało, starając się nie dźgać przy okazji za bardzo współtowarzyszy klatki łokciami. - Na szczęście zranili tylko moją dumę... - poklepała się w chwili paniki po plecach - Mój karabin! Przysięgam, jeśli jeden z tych przerośniętych... - z szacunku dla ich towarzysza podróży przełknęła niecenzuralne słowo - ...loupów. Ekhem. Zrobił na nim chociaż najmniejszą rysę, to zrobię sobie z ich... Moment. Gdzie... Diabli. Biedny Aenghus... Reszta, na szczęście, była cała. Pocieszyło ją trochę, że tym razem przynajmniej nie obudziła w niedoli sama. Zawsze jakieś światełko w tunelu. Wzrok drakonki przeskoczył na Larson, kiedy usłyszała jej apel o rozsądek. Alira popatrzyła się na nią niewinnie, przystopowując na chwilę swoje usilne starania... Przegryzienia się przez jedną z lian tworzących ściany ich więzienia. - Mmmpfgh - cokolwiek chciała powiedzieć, stłumione zostało przez jedną z lian klatki nad którą usilnie pracowała swoimi zębami. Wyjęła ją z ust, i kontynuowała. - Przepraszam. Nie czuję się dobrze w ciasnych pomieszczeniach. Westchnęła, i splunęła szczątkami rośliny na zewnątrz. Jak wysoko ich zawiesili? Można by spróbować skoczyć. Kto wie, mogło nie skończyć się tak źle... Ohohoho. Wystarczająco wysoko. To byłby błąd. Duży błąd. Odchyliła się odrobinę i próbując ignorować zawrót głowy, skupiła się zamiast tego na wspólnikach w niewoli. - Postaram się nie uszkodzić... struktury klatki. W ostateczności będę miała dodatkowe czyszczenie zębów - powiedziała, dłubiąc koło kła pazurem. - Jak tam u ciebie, Aramil?
  10. Alira Trochę jej było szkoda, że nie udało jej się zaczepić drakonów. Ale tylko trochę - raz, że opiekunki zawsze jej powtarzały: nie przystawiaj się do drakona, co mu źle z oczu patrzy (...a gorejące ślepia raczej się do tego zaliczały), a dwa - z doświadczenia, spoufalanie się z konkurencją do łupu nie jest dobrym pomysłem. Poza tym, na pierwszy rzut oka nie wyglądali na spoufalające się typy. Nie było czasu do stracenia. Smoczyca rozsiadła się wygodnie na wskazanym miejscu w kajucie Aenghusa, ciesząc się chwilą odpoczynku. Przysłuchiwała się jednym uchem toczącej się dyskusji, sama próbując rozpracować niespodzianki dzisiejszego dnia. - To możliwe. Możliwe jest też, że całe to Polowanie dla sił wyższych tylko czymś w rodzaju... - strzeliła palcami - O, o, wyścigów konnych! Bogowie muszą się w końcu od czasu do czasu zabawić. Może ustawiają stawki, zakładają się, która z band śmiertelników ma większe szanse na zwycięstwo. Jakbyśmy się na dzień dobry wszyscy zadźgali, to by impreza się za szybko skończyła. - rozejrzała się po zgromadzonych, i wzruszyła niewinnie ramionami. - Tylko tak mówię - ja gdybym była na miejscu któregokolwiek z nich, to bym tak zrobiła, dla zabicia czasu... Wieczności. Gdybym władała taką potęgą. No. Rozciągnęła się, że aż kości trzasnęły. - A te Greyhaven to wygląda na całkiem przyjemne miejsce. - wyszczerzyła się. - Jak nie znajdziemy żadnej wskazówki, to możemy od razu na miejscu utopić smutki. - Uniosła dłonie w obronnym geście. - Nie żebym już przewidywała najgorsze. Tylko tak sugeruję.
  11. Alira Z wielu powodów, perspektywa wyglądania przez kilkanaście najbliższych dni na kołyszące się, zimne, bezlitosne otwarte morze nie wydawała się tak komfortowa, jak w dzień rozpoczęcia wyprawy do tych lądów. Nie pomagał też fakt, że na pokładzie - imponującego, nie mogła temu zaprzeczyć - Stormbringera nie było dla smoczycy zbyt wiele do roboty. Loupy zgrabnie i skutecznie zajmowały się obsługą statku, a dla Aliry pozostawała tylko uprzejma, bez przesadnego wgapiania się, obserwacja. Oraz rechotanie na ich próby zalotów w stronę jej towarzyszek podróży - prób, co do których nawet nie uniosła pazura by położyć kres, zamiast tego kibicując i przyklaskując co głupszym komentarzom. Bądź co bądź, podróż okazała się być dość przyjemna. Kiedy nerwy przed tym, co będzie na nich czekać po dotarciu na miejsce zaczynały za bardzo dawać się jej we znaki, wracała pod pokład by zająć czymś ręce, i w cichym zakątku zatroszczyć otrzymanym od Astrid karabinem. Mimo tego, że udało się jej wytrzasnąć z zapasów Blackthorna łuk, to jej uwaga była głównie na "wybuchowym kiju", którego otrzymała od rusznikarki. Ta broń nie przypominała nawet odrobinę czegokolwiek, z czym do tej pory miała kontakt smoczyca, w szczególności w jej rodzinnych stronach. Trochę czasu wypełniało dziwienie się, i majsterkowanie nad mechanizmem. Jej dłubaniu nad nim nie można było tego od razu nazwać eksperckim - zlanej zimnym potem Alirze parę razy przydarzył się moment przerażenia, gdy wszystko wskazywało na to, że wreszcie wetknęła pazury nie tam gdzie trzeba i zepsuła karabin na dobre. Koniec końców jednak, jej kombinacje wyszły na dobre - zaczęła lepiej czuć się z nową bronią, o wiele bardziej komfortowo niż poprzednio. I nie mogła się doczekać, by na czymś ją przetestować. Na czymś groźniejszym, niż nieruchoma tarcza. Dorwała też walający się jakiś sztylet. Tu coś odciąć, tu podłubać pod paznokciami, a tam kogoś dziabnąć - zawsze się przyda. Dopiero na brzegu, gdy cieszyła się chwilą wolną na rozciągniecie się i rozprostowanie nóg, patrząc pod słońce na swoją ubrania zauważyła drobny, negatywny skutek przebywania na pokładzie w towarzystwie loupów. Mimo, że nie przypominała sobie, by miała okazję zapoznać się bliżej (niestety) z żadnym członków załogi, jej skórzana zbroja wyglądała jakby cała wytarzała się w futrze. - Przypomina mi to, jak raz jeden z moich braci próbował zaadoptować szczeniaka zimowego wilka. Myślał, że jest na tyle sprytny, że przechowa go w szafie z ubraniami - westchnęła z sentymentem, otrzepując się. - Szkoda, że po tygodniu wydał go zapach. Cóż, dobrze, że nie mam alergii... - przerwała, by kichnąć w zgięcie ramienia. Już wyglądało na to, że ulewa miała zamiar zepsuć ich małą wycieczkę, gdy Mistrzowie Żywiołów wykorzystali okazję by popisać się swoimi talentami. Zagwizdała ostro przez zęby. Była pod wrażeniem. Co jak co, ale żeby mieć taką moc nad przyrodą... Nie w kaszę dmuchał. Dzięki nim nie musieli wlec się na szczyt jak zmokłe kury. ...Za innymi kurami. Może widok tak wielkiego stada ptactwa powinien ją trochę zastanowić, ale ostatnio mało co potrafiło ją zdziwić. Kury przynajmniej były znajome. Na szczycie nie mogła powstrzymać się od dość bezczelnego wgapiania się w bandę smokowców. Co prawda, na innych rasach jej wzrok zawisł na chwilę, ale nie przykuły na wiele dłużej jej uwagi. Oni jednak... W każdej innej okazji ucieszyła by się na widok łusek, ale te oczy... Aż jej ciarki przeszło po plecach. Cisza była przytłaczająca. Kusiło ją by powiedzieć, może spróbować przywitać się w jej ojczystym języku. Atmosfera spotkania spowodowała, że przygryzła język. I prawie by go odgryzła, gdy Nyan zdecydował się na gromkie powitanie. Mają styl, ci lokalni bogowie, nie ma to tamto. Ogłuszona, i w zachwycie na widok boskiego pokazu fajerwerków, starała się mimo wszystko wychwycić jak najwięcej z tego, co okazał im Nyan. Zaciskając powieki, próbowała najlepiej jak potrafiła zatrzymać w pamięci obrazy, migające jej przed oczami. Port, dżungla, stara chata, postrach dentystów, forteca na pustyni i... Jajko? Tak jasne, świetliste, wręcz... Oślepiające... Ach! Gdy je otworzyła, wszystko wróciło do - względnej - normy. Wciąż czuła się, jak gdyby po jej łuskach przechodziły drobne wyładowania, jak po uderzeniu pioruna. Powoli, niezbyt zgrabnie, zaczęła zbierać się z ziemi. - No, takiego czegoś... To ja jeszcze nie widziałam. Więc... Co teraz? - zapytała, pocierając ramiona, a jej uwaga na moment zawędrowała do innych zawodników. Ciekawiło ją trochę, jak oni zareagowali na ten pokaz mocy - szczególnie ci ponurzy smokowcy.
  12. Alira Klepnęła Jorusa jowialnie po plecach, chichrając przy tym wesoło. - Skromność jest jedną z twoich wielu zalet, widzę. Nie ma co się przejmować opiniami ludzi - zamyśliła się na moment - Pomyśl tylko, jak sławny byłby portret takiego zamorskiego bohatera po tym całym Polowaniu. I do tego ile warty. Wątpię, że byłby wystawiany tak dla wszystkich - podrapała się w zamyśleniu po podbródku. - Prędzej trafiłby do czyjejś prywatnej kolekcji. Sposób, w jaki smoczyca trzymała na ramieniu karabin bardzo przypominał matkę, czule tulącą swoje dziecko. Do dopełnienia obrazu brakowało tylko, by zaczęła go łagodnie kołysać. Spojrzała na Astrid z wdzięcznością. - Ja bym ten karabin chętnie przygarnęła, jeśli nie masz nic przeciwko. Nawet najlepszy łowca nieuzbrojony jest bezużyteczny, i przyznam, strata mojego łuku prawie złamała mi serce. A z tym arcydziełem - dodała, poklepując serdecznie karabin - To czuję się, jakbym na nowo była w komplecie. Miałabyś jeszcze jakieś rady co do obsługi, o - naprawy, może? Wolałabym się dowiedzieć od ekspertki, niż kombinować sama w dziczy. Na mój prosty rozum to wiem, żeby amunicji w wodzie nie moczyć. Coś jeszcze?
  13. Alira - Strzała w łeb tak szybko z mody nie wychodzi - odburknęła. Czuła się, jakby powinna być trochę bardziej urażona takim komentarzem. Łowczyni miała w końcu swoją dumę, no. Nie było jednak okazji, by zaprotestować - oferta Aenghusa spowodowała, że natychmiastowo się rozpogodziła. Nowe zabawki? O, to jest to, co drakonki lubią najbardziej. Nie miała w zwyczaju odmawiać darmowym rzeczom - a co dopiero, gdy w grę wchodziła nowiutka broń. Dlatego podążyła za nim bez dłuższego zastanowienia, prowadzona do rusznikarki przez loupa - i jej własną, rosnącą ciekawość. Opijanie ledwie-przeżycia musiało, niestety, pozostać na później. * * * Grzmotnięcie, które rozległo się na dziedzińcu prawie ogłuszyło Alirę. W każdym razie, tak jej się wydawało. Musiała odczekać chwilę, zanim przeszło jej dzwonić w uszach. - Dziękuję. - Delikatnie, z może odrobinę przesadną ostrożnością wzięła broń od Astrid. Obracała "kij" przez chwilę w dłoniach, oglądając go dokładnie od góry do dołu, próbując dokładnie zapoznać się z budową ustrojstwa. - Tak przy przy okazji - jak się to coś... Eee, ten model znaczy, w ogóle nazywa? - powiedziała przez zęby, skupiona, próbując jednocześnie naśladować krok po kroku z pamięci przeładowanie tego urządzenia. Zamek, proch, kulka, załadować... Przygryzła język. Robienie tego wszystkiego wchodzącymi trochę w drogę szponami wymagało trochę gimnastyki - lecz skoro udawało się to loupom, uznała, że była tylko tylko kwestia przyzwyczajenia. Po chwili kombinacji - o wiele dłuższej od wprawnego pokazu Astrid - broń była ponownie naładowana. Poprawnie, przynajmniej taką miała nadzieję. Uniosła ją do ramienia, mrużąc jedno oko, próbując wyczuć jak broń leży w jej ręce. - Eee tam, subtelność jest przereklamowana - zaśmiała się, ale przytaknęła Aramilowi. - Ale tak, moja profesja wymaga czasami zajmowania się... kłopotami z trochę bardziej cichszego podejścia. Taki hałas może być problematyczny. Przypomniało jej się coś z dyskusji o... portrecie? - A, i doceniam twoje poświęcenie, Aenghusie - wyszczerzyła się do loupa - Astrid, jesteś więc z powołania nie tylko rusznikarzem, lecz także artystką? Podniosła ponownie rękę, celując ponownie w tarczę. No cóż, nie mogła bardziej odwlec tego momentu. Odetchnęła. Gotowa, cel, pal!
  14. Alira Uniosła brwi na wymianę między barbarzyńcą a czarodziejką patrząc przez moment ze zdziwieniem to na nią, to na niego. Potężne duchy, co? Podrapała ostrym pazurem łuski na głowie. Coś ciekawego musiało ją ominąć, nie ma to tamto. Ta cała przepowiednia to musiało być coś nie w kaszę dmuchał, skoro krasnoludy byli gotowi tak szybko zaufać nowo przybyłym. Zwycięstwa zwycięstwami, ale Polowanie wyglądało na nie lada zaszczyt. Drakonkę trochę to dziwiło, ale powstrzymała się od wyrażenia tego na głos. Coś takiego nie uszło by tak łatwo tam, skąd pochodziła. Skąd w końcu mogli wiedzieć, że są tu z dobrymi zamiarami? Być może wysłanie ich na Polowanie to był cześć jakiegoś testu - by sprawdzić ich uczciwość, i charakter. Ooo, to już bliżej. Wyszczerzyła się lekko na słowa Blackthorna. - Nie ma zmartwienia. Jesteśmy profesjonalistami, wiemy co robimy. W większości przypadków. A jak nie, zawsze można naradzić się z kurą - pokiwała głową, starając się przywołać na twarz poważną minę, mimo tego jak zabawny wydawał się się obraz kwoki wydającej rozkazy. Koniec końców, patrząc na jej podobieństwo do posłańca bogów, ta perspektywa mogła być niedaleka od prawdy. - Chętna i gotowa do powrotu do służby, szefie. Wystarczająco wyleżałam w drodze tutaj. Myśli zawędrowały jej do czegoś, co już trochę ją martwiło, ale nie wiedziała jak o tym delikatnie napomknąć - Eee, i skoro już mówimy o sprzęcie, to mi przydałoby się uzupełnić... - wzruszyła bezradnie ramionami. - No. Wszystko, właściwie. Zwykle podróżuję bez zbędnego bagażu, ale po drodze morze mnie ogołociło kompletnie. O, z broni - na przykład. Dorwę gdzieś tutaj jakiś porządny łuk, może?
  15. Alira - Starucha! To nie jest imię, którego spodziewałam się tutaj usłyszeć. Nie mogę się doczekać, żeby ją znowu zobaczyć. - Perspektywa kury, jako towarzysza podróży była czymś niespodziewanym, ale na pewno nie niemile widzianym. W tym nadzieja, że czarne kury przynoszą więcej szczęścia niż czarne koty. - Brałam już udział w polowaniach na mniej lub bardziej imponujące bestie, ale to Polowanie - takie z dużej litery - to będzie coś nowego. - Przytupnęła podekscytowana nogą - entuzjazm barbarzyńcy był zdecydowanie zaraźliwy. - Piszę się na to - nie ma mowy, żebym takie coś przegapiła. Eee... - Przystopowała, gdy przypomniały jej się słowa o ich pracodawcy - Znaczy się, to zależy co powie Lord Blackthorn. Szef ma zawsze rację, w końcu. A, no i statku nam brakuje. - podrapała się w zastanowieniu po brodzie. Z tego co usłyszała wyglądało na to, że ich środki transportu wyszły z bijatyki w nie lepszym stanie niż ona. Nie była pewna, czy powinna bardziej czuć się podłamana, czy cieszyć się, że nie stracili wszystkiego.