Rhaegrim

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    89
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O Rhaegrim

  • Ranga
    Erpegowy nowicjusz
  1. Asteo Majortis W końcu odnosili pierwsze sukcesy, ale daleko było do końca bitwy. Asteo słysząc słowa Ulloriaq momentalnie się do niej odwrócił, chciał nawet przez chwilę zdjąć hełm, zawsze uważał, że takie rozmowy powinno się odbywać oczy w oczy, ale przerwało to przybycie Anioła, trudno, sierżant musi poczekać, nie zrobią tego jednak ranni. - Hippekracie, mamy chwilę wytchnienia. Zajmij się rannymi, reszta drużyny niech mu pomoże. - Rzucił na voxie Unguis. Przemówienie Titusa i słowa Sanguinusa utwierdziły kapitana w przekonaniu, że na Laeranie nie toczyła się tylko walka o samo przetrwanie, ale o coś więcej. Stawkę stanowiła sama dusza Legionu, jego cała przyszłość. Asteo wolał rzucić się w czarną dziurę niż widzieć rezultaty planów tego szalonego czegoś wobec Fulgrima, wobec Dzieci Imperatora, na samą myśl jego ciało wypełniło obrzydzenie. Dalej pamiętał o swojej przysiędze, Anioł miał rację. To szaleństwo należało jak najszybciej zakończyć. Jednak uwadze kapitana nie umknęło dziwne zająknięcie Codicera, nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Miał znacznie ważniejsze rzeczy na głowie. - Oczywiście lordzie. Tu nie chodzi nawet o samo przetrwanie legionu, ale też wszystko co reprezentuje, czym jest. Przeciwnik musi zginąć. - Odpowiedział prymarsze bez wahania.
  2. Zrozumiano. A ja znalazłem całkiem fajny portret dla Asteo.
  3. Asteo Majortis W głębi duszy Asteo czuł, że coś było strasznie nie tak, nie powinien czuć się w ten sposób. Nigdy nie czuł przyjemności z zabijania, stanowiło to część jego obowiązku, radość czerpał z wiedzy, że jeśli on zmierzy się ze wszystkimi potwornościami galaktyki, to zwykli ludzie nie będą musieć. Słyszał samego siebie, a nie mógł poznać, jakby jakaś inna osoba o jego głosie. Przypomniał sobie tamtą chwilę, tę rozkosz, a potem poczuł wstyd, palące straszne uczucie, ale właśnie ono umożliwiło mu opamiętanie się. Był Astartes, obrońcą ludzkości, obdarowanym przez samego władcę Imperium, synem Phoenicjana, a najważniejsze był Dzieckiem Imperatora, nie degeneratem, nie zwyczajnym narkomanem! Kapitan otrząsnął się i wziął głęboki oddech, przynajmniej jego drużynie się udało, gdy nagle usłyszał wiadomość rozemocjonowanej Ulloriaq odczuł niesamowity niepokój. To nie jej w stylu, zawsze spokojna, wyważona i analityczna nigdy nie dawała się ponieść, najwidoczniej nie tylko on doznał tego czegoś, a to nie wróżyło niczego dobrego. Wiedział co robić, znał swoich ludzi, musiał utrzymać dyscyplinę. - Sierżant Ulloriaq! Przegrupować się na mojej pozycji! - Powiedział na voxie stanowczym i spokojnym głosem. A to co usłyszał potem prawie spowodowało, że jego szczęka wylądowała na ziemi. - Jak to?! Mamy ich kapitanie! Gotujemy się do walki, ci cholerni zdrajcy, rozszarpię ich, wydłubię oczy, wyrwę kończyny! Zasługują na to! Śmiecie warte tyle co nic! - Odpowiedziała Ulloriaq wrzeszcząc i prawie rozsadzając Asteo uszy. - Ja jestem tutaj kapitanem i to moich rozkazów będziesz słuchać! Co to ma być do cholery!? Kim ty jesteś?! Bezmyślnym psem spuszczonym z łańcucha czy Dzieckiem Imperatora?! Ostrzegam jeśli rzucisz się na te bunkry to postawię cię przed sądem wojennym za złamanie rozkazów! Pamiętaj o przysięgach, pamiętaj nie tylko ich słowa, ale też ich ducha! - Astartes odparł pełen gniewu, miał nadzieję, że sierżant się opamięta. - Tak jest, przepraszam sir... - Takie słowa Asteo usłyszał na voxie i odetchnął z ulgą, wyczuł w nich ogrom wstydu, ale tym razem był pewien, że mówiła Ulloriaq, a nie jakaś wariatka. Po kilku chwilach, kapitan ujrzał swoją drużynę, nie widział ich twarzy, ale widział jasno napięcie w powietrzu, sierżant nawet z za wizjerów nie mogła spojrzeć na niego. Mógł czuć jak upokarzający był dla niej ten wybryk, na pewno po tym wszystkim będą musieli odbyć rozmowę, ale nie tylko z nią, ze wszystkimi. - Jesteście Pożeraczami Światów czy Dziećmi Imperatora? - Zadał retoryczne pytanie, po czym dodał. - Opanować się, zająć pozycje i ostrzelać mi te bunkry!
  4. Slaanesh tak łatwo nie odpuści, trzeba pokazać, że Dzieci Imperatora są zbyt szlachetne by upaść tak nisko ( jak upadły w kanonie). Jak zobaczy, że nic z tego, to pewnie wzrok skieruje na kogoś innego...
  5. Ok. Wydawało mi się że punkt braterstwa to tylko jedna kość więcej. Moja wina, nie doczytałem. Już zmieniam! Z braterstwem doszedł mi jeden sukces, Dorzut do lądowania nie dał mi nic.
  6. Rzuciłem dla Asteo. Zedytuję odpowiedź i dam wyniki. Ogólnie to chciałbym wydać 2 punkty braterstwa, jeden na Asteo ( co już uwzględniłem w rzucie) i jeden dla drużyny.
  7. Poszła odpowiedź, wydałem ciut braterstwa. Jakbym coś sknocił bądź niejasno powiedział to proszę na mnie krzyczeć.
  8. Asteo Majortis Rozcięty łuk brwiowy był niczym w porównaniu do trójki ranny Astartes z jego drużyny, nie mógł poddawać się emocjom. To jego decyzje, on brał odpowiedzialność za stan podkomendnych. Nienawidził gdy, któryś z nich umierał, każda śmierć stanowiła uczucie bólu, znacznie większego niż jakikolwiek możliwy fizyczny. Takie było już jego przekleństwo. Mieli szczęście podczas szarży, wręcz mnóstwo, eksplozję działa plazmowego potraktował jak prezent od losu. W tej chwili Asteo przypomniał sobie słowa ,,Imperator czuwa'', mrugnął w ułamku sekundy i odegnał dziwną myśl w głąb umysłu, nikt nie miał czasu na takie dyrdymały szczególnie teraz. Dalej pozostawał problem przeklętych snajperów, a on wraz z drużyną związani byli w walce, czas uciekał i należało podjąć decyzję, przeciwnicy się oddalali, pewnie by zająć dogodne strzeleckie pozycje i słusznie, sam też by tak zrobił. Skittari w pewnym stopniu go obrzydzali, nie mówiąc, o tym że byli zdrajcami, ale też że nie mieli własnej woli. Nie mogli się nawet sprzeciwić niesłusznym rozkazom kapłanów i magosów. Dla nich stanowili wyłącznie kukiełki. Kapitan musiał wiedzieć jaka jest pozycja strzelców wyborowych, co do tego nie miał wątpliwości, zrzucił truchło martwego Skittari z miecza, spojrzał w niebo i doznał olśnienia. - To może się udać, ale też i nie. Jednak taka już jest wojna, ryzyko i trudne decyzje. - Powiedział do siebie w myślach Asteo po czym natychmiast włączył vox swojej drużyny. - Unguis! Kontynuować walkę, nie ustępować! Ja zlokalizuję snajperów. - Przerwał i pomyślał odpalając plecak skokowy. - Potrzebuję tylko błysku. - Gdy wystrzelił w powietrze krzyknął. - Dzieci Imperatora! Śmierć jego wrogom! Kapitan wzniósł się ku niebiosom, zaś jego oczom ukazał się ogólny obraz pola bitwy. Udało mu się spostrzec to co chciał, przed nim zauważył biegnące sylwetki przypominające wyglądem Skittari z tą, różnicą, że dzierżyli długie karabiny z lunetami, nie było żadnych wątpliwości. Asteo znalazł snajperów. Przybrał odpowiednią pozycję i poleciał w ich kierunku, z hukiem wylądował w pośpiesznie opuszczonych okopach wznosząc w górę tumany kurzu. Przypadł do ściany, wyjął bolter, odbezpieczył go i wycelował do strzelców wyborowych i zaczął strzelać. - Przynajmniej odciągnę ogień od drużyny. Na Terrę, poradzą sobie z tymi kukłami...Jesteśmy braćmi i siostrami, nasze żywoty są ze sobą nierozerwalnie związane i zależą od siebie nawzajem. - Powiedział w myślach, oddając strzał po strzale. Nie słyszał nic na voxie jego drużyny, w sumie nie niepokoiło go to. Ulloriaq zawsze walczyła w ciszy, wiedział jednak, że wszyscy teraz płonęli, ogień ten wypływał z ich wnętrz, z ich więzów, walczyli dla Imperium, za Phoenicjana, nie wątpił, że sobie poradzą. Jego umysł przepełniał słuszny gniew, nie furia tak charakterystyczna dla Pożeraczy Światów tylko zimne, a jednak tak palące uczucie, ciągle i ciągle pchające do przodu.
  9. Fate znam i wiem o co chodzi. Zgłosiłbym się jeśli byłaby rekrutacja. DB mi średnio pasuje.
  10. Jakoś sobie chyba poradzimy, a jak załamie się centrum to będzie katastrofa.