Fingard

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    260
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O Fingard

  • Ranga
    Gracz wielce dzielny

Profile Information

  • Gender Male

Ostatnie wizyty

207 wyświetleń profilu
  1. Argus Czarownik kiwnął widmu głową, odpowiedź krasnoluda bardzo go ucieszyła. Oznaczała, że nie musi się specjalnie zastanawiać nad kolejnym pytaniem ani patyczkować w subtelne wypytywanie. Jak powie coś głupiego, to najwyżej zaczną od nowa. - Strasznie dużo tu macie zbrojnych, więcej niż zapamiętałem z ostatniej wizyty. Szykujecie się do jakiejś wojny? Jak już dostarczymy poselstwo do Azagrama, będziemy zapewne chcieli wrócić tak jak przybyliśmy, ale jeśli spodziewacie się problemów, to może powinniśmy poszukać okrężnej, bezpieczniejszej drogi?
  2. Mój post pewnie pojawi się jeszcze dziś, najpóźniej jutro.
  3. Argus Czarownik patrzył z przejęciem jak materializuje się przed nimi widmo krasnoluda ("cholera, czy widmo może się materializować?" - przemknęła mu przez umysł dziwna myśl, ewidentne pokłosie niedawnej rozmowy z Orlammem. Zaraz ją jednak od siebie odsunął, co to za różnica w końcu). Przez dłuższą chwilę, którą część spośród jego towarzyszy zdążyła wykorzystać na zadawanie pytań, zastanawiał się nad dwiema kwestiami. Pierwszą oczywiście było: o co spytać tego ducha? Druga była nieco bardziej złożona, a przy tym niezwykle istotna dla pierwszej: ciekawe, czy jak widmo dojdzie do końca swej przedśmiertnej sceny, to czy przy ponownym pojawieniu traci pamięć? Na zdrowy rozum powinno tracić, inaczej by przecież pamiętało, że ta śmierć już się odbyła i to tak pewnie z milion razy. Ale z drugiej strony z klą... magią nigdy nic do końca nie wiadomo. Może działa tylko wybiórczo i krasnolud śmierci nie pamięta, a dialog z żywymi zapamięta? To było warte sprawdzenia. Być może mają tylko jedną szansę na uzyskanie informacji od krasnoluda. A może wręcz przeciwnie: mają niewyobrażalną przewagę i mogą szarpać wspomnienia stopniowo, posługując się zdobytą chwilę wcześniej wiedzą, dopóki nie dowiedzą się wszystkiego? - Nie przechodziła tędy niedawno samotna elfka? Wysoka, czarne włosy, schludnie ubrana - w dwóch słowach opisał wygląd L'nayli unikając podania jakiegokolwiek szczegółu, który wprost zasugerowałby, że szuka osoby stojącej trzy kroki od niego.
  4. Idziemy! Najwyższa pora rozruszać przyjęcie
  5. Hans Wetter Wystąpienie lady Boyle przebiegło zupełnie inaczej, niż Hans się tego spodziewał. Naturalnie nie miał solidnego punktu odniesienia, nigdy wcześniej nie słyszał przemowy Esmy Boyle z okazji balu Uczty Zatracenia - ale po najbardziej próżnym spędzie najbardziej próżnych ludzi w mieście można oczekiwać pewnych... standardów. A tymczasem wszystko było na opak. Hans zastanawiał się nad uwagą żony. Obserwacja, oczywiście, była taka sama, ale wyciągnięte wnioski nie pasowały mężczyźnie. Być może faktycznie to tylko taka gra pozorów, może wśród arystokracji modne jest zestawianie silnych przeciwieństw, stosowanie wyraźnego, nachalnego wręcz kontrastu. Nie miało to pełnego pokrycia w jego dotychczasowych przeżyciach z arystokracją, choć wykluczyć zupełnie się nie dało - wszak do kontaktów takich dochodziło zazwyczaj w warunkach bardziej neutralnych, nie zaś w samym sercu naturalnego środowiska bogaczy. Właściwie hipoteza wysunięta przez Sharon była całkiem prawdopodobna: zupełnie logiczna, oparta na racjonalnych przesłankach, możliwie prosta i nie mnożąca bytów ponad miarę. W odmiennych okolicznościach by się z nią zgodził, choć nie mógłby odmówić sobie przyjemności zaproponowania innego potencjalnego wyjaśnienia. Teraz jednak był w pracy, a główne zadanie wieczoru, nie licząc oczywiście udawania normalnego gościa i czerpania jak najlepszej zabawy, polegało na wyszukiwaniu nieprawidłowości. Zaś sytuacja, w której organizatorka przyjęcia mówi o grzechu i sumieniu, a trzy znane osoby zostają kilka dni wcześniej porwane, zaś jedyne co je łączy, to otrzymane zaproszenie na wspomniany bal oraz łamanie Siedmiu Zakazów, zdecydowanie nosi wszelkie znamiona nieprawidłowości. - Wszyscy? Na Kongregację, mam szczerą nadzieję że nie, dla ich własnego dobra. Całe życie być otoczonym przez hipokrytów, to dla każdego, nawet dla jednego z nich musiałoby być nie do wytrzymania - odpowiedział z uśmiechem, podążając za wytyczonym przez żonę kierunkiem tańca. - Ale mam wrażenie, że to nie o hipokryzję chodzi, a przynajmniej nie tylko. Zwróć uwagę, że te przekąski i fontannę wszyscy widzą, nie da się ich przeoczyć; zatem mówić o nich byłoby chyba w złym tonie, takie obnoszenie się, pycha. Zresztą może to dla tych ludzi żadna atrakcja, a zachwyt budzi tylko w takich maluczkich jak my... chociaż ciężko mi sobie wyobrazić, że ktoś mógłby być aż tak obrzydliwie bogaty, ale kto ich tam wie. W każdym razie ja pomyślałem, że lady Boyle mówi akurat o czystym sumieniu, bo to jedyna rzecz, jakiej zgromadzonym może brakować. Pierwszy taniec mieli za sobą. To zdecydowanie mniej, niż Hans by sobie życzył, ale też więcej, niż w najczarniejszym scenariuszu przewidywał. Czyli w sam raz tyle, ile potrzeba aby pomału zabierać się do pracy. Jeszcze nie z pełnym zaangażowaniem, wciąż więcej uwagi poświęcając żonie niż służbie Cesarstwu, choć proporcje te z każdą kolejną minutą coraz bardziej się wyrównywały i wiedział, choć niechętnie, że lada moment to Sharon zejdzie na drugi plan. Wykonując kolejny obrót dostrzegł ponownie Maksima i Rakelę, oboje pogrążonych w tańcu z nieznanymi Wetterowi osobami. Dobrze wiedzieć, że ci spośród Kruków, po których można się spodziewać największego obycia na arystokratycznych balach, zajmują się dokładnie tym samym, co on. Chwilę później gdzieś w oddali mignął mu Preston, również roztańczony. Pozostałej dwójki agentów na parkiecie się w żadnym wypadku nie spodziewał, pozostawało mieć nadzieję, że są gdzieś w pobliżu i trzymają ręce na pulsie. Kolejny obrót, jest i Alva Lazarev, zmierza na parkiet. Obrót. Odwrócił głowę w poprzednim kierunku. Oczywiście myśl, że tropicielka zmierza na parkiet by zatańczyć była absurdalna, zatem albo coś się stało i chce przekazać informacje, albo idzie gdzieś indziej, a jedynie w zbliżonym kierunku. Rozejrzał się uważniej i znacznie dyskretniej, wszak podczas tańca zwracać się potylicą do żony było niegrzecznie. Wciąż jednak nie widział niczego, co mogło przykuć uwagę Tyvijki. Jaskrawo, wręcz krzykliwie odziana dama? Podstarzały dżentelmen, któremu chyba coś wybrzuszało frak? Jegomość pod sceną z niepokojącą potrójną maską na twarzy? Olbrzymi landszaft zdobiący ścianę? Może kelner, który przechodził właśnie przez salę bez żadnej tacy czy naczynia? Nie sposób stwierdzić, to mogło być cokolwiek. Najwyraźniej jednak nic bardzo pilnego, zdecydował więc się nie angażować. Obrót. Drugi jegomość w potrójnej masce, również przy wyjściu z głównej sali. Zbieg okoliczności, masowa produkcja? Być może. Czy to do tamtego przy kulisach zmierzała Alva? Również być może. Czy była to nieprawidłowość? Zdecydowanie. Wetter kontynuował taniec, od czasu do czasu zerkając w kierunku zamaskowanego mężczyzny przy drzwiach. Wchodzili z naprzeciwka, czyli te wrota muszą prowadzić wgłąb posiadłości. Są zamknięte, więc zapewne takie mają być, zresztą były przecież pilnowane przez strażników. Były? Zaraza. Umysł w mgnieniu oka wskoczył na wyższe obroty. Co ma z tym niby zrobić? Stanie przy drzwiach to żadna zbrodnia, każdy może przecież stać do woli. Czekać aż wejdzie, iść za nim? A co jeśli ktoś go przyłapie, albo w środku będzie więcej tych zamaskowanych. Co jeśli mają broń? Z drugiej strony nie może tego zostawić, czekać na rozwój wydarzeń. To nie jest przypadkowy rabuś czy ciekawski gość, tylko ewidentny trybik większego, starannie rozplanowanego mechanizmu. Znaleźć kogoś z ochrony, powiadomić go? Jasne, w innych okolicznościach to byłby najlepszy wybór. Tutaj jednak to Hans był ochroną i to tej wyższej instancji, nie mógł sobie pozwolić na przerzucanie odpowiedzialności. Może powiadomić Jenkinsa, zaczekać aż zamaskowany wejdzie, a potem podążyć za nim mając za ubezpieczenie najcelniejszą rękę Dunwall? Tak, to brzmiało jak solidny, bezpieczny plan. To znaczy brzmiałoby, gdyby nie ich partnerki, szczególnie partnerka Prestona. Sharon mógł zaufać, ale tamtej nie znał, nie wiedział nawet jak dobrze Preston ją zna. Ile czasu zajmie oderwanie rewolwerowca od atrakcyjnej brunetki? Być może zbyt długo, odpada. Jeśli wchodzić do pomieszczenia, to od razu za zamaskowanym, albo jeszcze przed nim. Ale bezpieczniej samemu w ogóle nie wchodzić. Co zatem zostaje? Nie dopuścić tamtego do wejścia. Co Krukom to da? Nic. Ale zamaskowanym na wejściu zależy, gość przy drzwiach ewidentnie chce przez nie przejść albo stoi na straży i ubezpiecza kogoś, kto już przeszedł. I to nie dlatego, że ma taki kaprys, tylko dlatego, że jest to część większej akcji, a jego obecność po drugiej stronie jest najwyraźniej do czegoś niezbędna. Do czego? Nie wiadomo, ustali się później. Ale zapewne dobrze dla Cesarstwa i jego mieszkańców, żeby plan nie został zrealizowany, napotkał na jakąś nieprzewidzianą przeszkodę. Uszkodzenie jednego trybiku zazwyczaj wystarcza, aby zakłócić pracę całej maszyny. Nie ma zaś takiego trybiku, który by się nie zepsuł, gdy wsadzić weń metalowy pręt. Hans nie mógł powiedzieć, żeby był zadowolony z planu działania. Był chaotyczny, niepoukładany, zawierał luki. Należałoby go zrewidować, upewnić się, że wszystkie możliwości są wyczerpane, lepszego wyjścia nie ma, a ewentualne przeszkody, jakie może napotkać, są w planie uwzględnione. Nie miał jednak na to czasu, był zmuszony iść na żywioł. Jedyne, czego był absolutnie pewny, to pierwszy krok. - Widzisz tego jegomościa w potrójnej masce, tam przy drzwiach? - Ruchem głowy wskazał Sharon mężczyznę, na którego właśnie teraz oboje mieli przez chwilę dobry widok. - Gdy skończymy walca, będę musiał natychmiast do niego podejść. Będziemy musieli - poprawił się zaraz. - Sprawy służbowe, rozumiesz - uśmiechnął się przepraszająco. - Nie jestem pewny ile czasu to zajmie, więc w drodze do niego nieco rozjaśnię o co chodzi i co w razie czego powinnaś zrobić.
  6. Zaczynam skrobać odpis, mam kolejne pytanie @Marass: w ciągu tej tury Hans zdąży dotańczyć walca do końca, a następnie podejść do zamaskowanego przy drzwiach i zagadać, czy to za dużo jak na jeden post?
  7. Wykład o ósmej rano, podziwiam determinację Mi z kolei serialowy Stirlitz swego czasu umilał wtorkowe zimowe wieczory i o ile trzymał przyzwoity stały poziom, to temu anegdotycznemu też muszę oddać sprawiedliwość - ma swoje, może niezbyt liczne, ale jednak przecudowne momenty Jutro mnie nie ma przez większość dnia, a jak już wrócę, to prawdopodobnie z wyłączonym mózgiem - więc post fabularny raczej dopiero w czwartek wieczorem.
  8. Krucza Grupa Szpiegowska im. agenta Stirlitza
  9. Argus na pewno nie zostawi tych duchów w spokoju No, chyba że ktoś z drużyny da mu naprawdę solidny powód aby ich nie zaczepiać - ale w innym przypadku na pewno zacznie od rozmowy, w razie potrzeby przyciągnie uwagę krasnoludów w niezbyt finezyjny sposób; no ogólnie będzie chciał się dowiedzieć co tu się dzieje. A dopiero jak wyciśnie użyteczne info (albo się znudzi niepowodzeniem ), to przejdzie do pochowania szczątków.
  10. Pytanie: czy Hans widział wcześniej strażników przy tych drzwiach, gdzie teraz jest pojedyncza maska, ma w ogóle świadomość, że tam znajduje się strefa wyłączona z imprezy? Czy może nie zwracał uwagi i teraz to dla niego drzwi jak każde inne? I w sumie drugie pytanie: brak schodów na mapie nie jest przypadkowy, tylko oznacza, że ani na antresolę ani na balkon się bezpośrednio z głównej sali dostać nie da, dobrze rozumiem?
  11. Przydałaby się
  12. Argus - Ta Liira brzmi jak całkiem rozsądna bogini, czuję że bym się z nią dogadał - zaśmiał się głośno - Tylko nie bardzo łapię jaki pożytek z jej czczenia przychodzi. Taka Tymora na przykład to co innego, dobrze jest, żeby spojrzała przychylnym okiem, bo inaczej nawet najlepsze plany mogą wziąć w łeb. Ale do zabawy i radości to po co bogów mieszać, bez nich jest przecież niemniej wesoło. Gnom, niestety, przyczepił się. Argus wiedział ze się przyczepi, instynktownie czuł, że nie przepuści okazji, skoro sam mu się wystawił. I nie bardzo wiedział co ma na to odpowiedzieć. Ale brak racji to jeszcze nie powód, żeby zmieniać zdanie. - Jaki tu może inny kontekst być, albo się góry bronią albo nie bronią, trzeciej opcji nie ma. Legenda jakaś może istnieć i chętnie ją poznam, razem z ziarenkiem prawdy nawet, a i radochy też nie odmawiam, choć do niej mi akurat żadna legenda niepotrzebna, może poza moją własną. Ale w tej tutejszej na pewno o co innego chodzi niż nam Abelard relacjonuje i nawet pomogę wam tego cholernego źródła szukać i jak je znajdziemy, to się sami przekonacie, że te współczesne bajania nie mają nic wspólnego z prawdą. Nad wspólnym pytaniem Orlamma i Skierki musiał się zastanowić. Niedługo, tak jak miał w zwyczaju. - E tam strach. Może i jest coś czego się boję, ale, tak jak mówisz, jeszcze nie spotkałem. Znaczy jasne, jest w Andromath paru gości, z którymi wolałbym nie mieć na pieńku. I są na pewno gdzieś w świecie potwory, z którymi wolałbym nie walczyć. A już na pewno nie chciałbym zostać w nocy zjedzony przez tego obrzydliwego robala. Ale żeby to strachem nazywać to nie, ani mnie jedno z drugim nie paraliżuje ani nie powstrzymuje przed robieniem swojego. Życie jest za krótkie żeby siedzieć w kącie, robić w portki i płakać "to niebezpieczne" - zakończył niemalże filozoficznie. Najwyraźniej jednak nie przedstawił w pełni swojej myśli, bo po chwili podjął energicznie wątek, by z każdym kolejnym słowem coraz bardziej się nakręcać, wymachując wściekle wciąż trzymanym w dłoni serem. - Zresztą co mnie jakieś mityczne i magiczne zło. Pełno jest historii i pieśni o bohaterach, którzy zabijali smoki, odwracali klątwy i ratowali królestwa przed pradawną i przepowiedzianą zagładą, a te przepowiednie w podaniach zawsze były najgorsze, że niby klątwa to jeszcze pół biedy, ale jak przepowiednia poszła to już klepnięte i nie da się nijak zapobiec. A jakoś zapobiegali i każdy jeden później żył długo i szczęśliwie. To jak oni sobie poradzili, to czego ja miałbym się bać i nie poradzić, co ja gorszy od nich jestem? *** Brakowało mu świeżego powietrza i otwartej przestrzeni. Wczoraj nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, zresztą starcie z ogrami i pogrzeb Philipa wymęczyły go, nie przywiązywał więc większej uwagi do potrzeb innych niż głód i sen. Teraz zaś, podczas tego krótkiego marszu od ogrzej jaskini do ufortyfikowanego korytarza, uświadomił sobie, że cały dzień łażenia po podziemiach wystarczył mu, aby się stęsknić za widokiem nieba nad głową. Nawet dochodzący z oddali smród odchodów wywoływał, w jakiś pokrętny sposób, miłe skojarzenie z opuszczonym przed kilkoma dniami rodzinnym Andromath. Co prawda za jednym z gorszych aspektów miasta, ale dom to jednak dom, nawet jeśli nie zdążył jeszcze za nim zatęsknić. Pomimo to ponowne zanurzenie się podziemną ciemność nie odebrało młodzieńcowi ducha. Sam widok korytarza wystarczył, by go pobudzić. W końcu zupełnie inaczej się wchodzi do starej i nudnej kopalni, a inaczej do opuszczonego, ufortyfikowanego... czegoś. Posterunku, fortecy? No, w każdym razie czegoś solidnego i trwałego. Z każdym krokiem czuło się, że tu kiedyś była prawdziwa cywilizacja, a nie zapomniana przez bogów i ludzi dziura. A widok duchów jasno mówił, że ta cywilizacja jeszcze tak nie do końca wymarła. Argus wpatrywał się w zjawisko pełen niedowierzania. To nie była zwykła magia ani jakaś tam iluzja. Ta bitwa działa się naprawdę, a na ile się orientował w temacie (czyli dość niewiele), to duchy po śmierci raczej nie zapętlają się w swych ostatnich żyjących chwilach same z siebie, coś poważnego musiało się tu stać. Do głowy i na usta uporczywie dobijało się słowo na "k", jednak czarownik odsuwał je od siebie z determinacją godną lepszej sprawy: prędzej sczeźnie niż przyzna, że Horst, Tuck i reszta wieśniaków miała choćby cień racji. Może gwałtowny zgon potrafi czymś takim skutkować? Albo bitwa była dla tych krasnoludów tak ważna, że nawet śmierć nie mogła ich powstrzymać? Albo jakieś potężne zaklęcie, o którym nie słyszał. Cokolwiek tylko nie ta cholerna klątwa. Zresztą, duchy krasnoludów się na nich nie rzuciły. Zajmowały się swoimi sprawami, a wtargnięcia przybyszów zdawały się w ogóle nie odnotować. A to oznacza, że nawet jeśli jakaś klątwa faktycznie tu jest, to nie ona odpowiada za problemy i zaginięcia w kopalni, a jest jedynie zjawiskiem dodatkowym. Zatem racja wciąż po stronie Argusa. Momentalnie odzyskując rezon, mógł spokojnie odpowiedzieć gnomowi. - Może i zaznają, ale czekaj chwilę, nie ma pośpiechu. Może da się jakoś przyciągnąć ich uwagę, o coś zapytać... w końcu wiedzy i źródeł mamy tu szukać, nie? Co to za jeden ten Azagram, coś wam to imię mówi? - zwrócił się do towarzyszy.
  13. Czwóreczka, koniec sielanki
  14. Blondynka, ale aż sprawdziłem i może faktycznie lekko wpada w rudość - ale trzymajmy się wersji, że to jednak blond jest
  15. Hans Wetter - Kochana, twoja reputacja jest bezpieczna. Jestem przekonany, że nawet gdyby jeden czy dwóch studentów się tu znalazło by nas obserwować, to nikt w Akademii by im w tę opowieść nie uwierzył - odparł ze sztucznie poważną miną, by po chwili wybuchnąć krótkim śmiechem. Choć oczywiście uwaga Sharon nie była wypowiedziana zupełnie serio, to on sam też nie ukrywał, że wobec nieobecności Emily i Thomasa, czuł się na parkiecie znacznie swobodniej. Właściwie był to rodzaj sprzężenia zwrotnego: jemu samemu obecność dzieci nie przeszkadzała w okazywaniu czułości żonie. Wiedział natomiast, że to potomstwo czuje się takim niedyskretnym zachowaniem rodziców odrobinę zażenowane, a to z kolei już wywoływało u Hansa dyskomfort. Teraz jednak nie było na sali nikogo, kto na ich zachowanie zwracałby uwagę - przynajmniej dopóki stosują się do zasad savoir vivre - toteż mógł się całkowicie odprężyć. Prawie całkowicie. W końcu czekała go misja. Nic się nie stanie, jeśli zaczeka jeszcze kwadrans. Przejął od żony kieliszek z niedopitym winem, odstawił oba naczynia na tacę przechodzącego obok kelnera. Swoją drogą, Wetter był pod wrażeniem służących na tym balu. Kiedy byli potrzebni, zawsze znajdowali się na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie nie naruszali przestrzeni osobistej, nie rzucali się w oczy ani nigdy się z nikim nie zderzyli - nawet gdy ktoś właśnie szerzej gestykulował, albo wykonywał krok w tył bez patrzenia. Zaiste, płynność i precyzja ich ruchów była godna podziwu. Wyciągnął wolną już rękę do małżonki, wolnym krokiem skierował się w kierunku parkietu. Drugą ręką odruchowo poprawił krawat i upewniwszy się, że wszystko jest na swoim miejscu, obrócił się do Sharon. Czule objął żonę w talii, drugą dłonią schwycił jej wyciągniętą dłoń. Nieco przeciągał tę chwilę, nim w końcu wykonał pierwszy krok tanga. Zaczęli powoli, delikatnie. Zwróceni w tę samą stronę, z ciałami skręconymi ku sobie, wykonali krok w przód, jednocześnie wpatrując się sobie w oczy. Prawie jak spacer w parku, albo wieczorna przechadzka nadmorską plażą - tylko ułożenie rąk się nie zgadzało. Pozycja spacerowa, o ile można w ogóle o czymś takim mówić, ma wszak na celu proste wywołanie uczucia bliskości i bezpieczeństwa, podczas gdy taniec z każdym krokiem buduje miłosne napięcie, by pod koniec wręcz kipieć erotyzmem. Spacer zaś nie tylko niczym nie kipiał, ale nawet nie podgrzewał atmosfery. Hans nie był najlepszym tancerzem, żadne z nich nie było. Zresztą przez dwadzieścia lat związku zdążyli doskonale poznać swe wzajemne możliwości i Sharon wiedziała, czego może od męża oczekiwać. Mimo wszystko miał nadzieję, że uda mu się wprowadzić powiew świeżości jakimś nieoczekiwanym krokiem, czy niestosowaną wcześniej figurą. Obrót w lewo, wykrok. Zbyt długi, Sharon się potknęła. Nie upadła, instynktownie podtrzymał ją, samemu jednocześnie się pochylając, by po chwili wyprostować i zdecydowanym ruchem przyciągnąć do siebie. Nie planował, wyszło intuicyjnie. To był jeden z powodów, dla których cenił ten taniec: ktokolwiek go wymyślił zadbał o to, by poprawne objęcie partnerki kompensowało niezręczność ruchów i samoczynnie podpowiadało co dalej robić. Nie bez kozery specjaliści mawiali, że tango od życia różni się brakiem możliwości popełnienia błędu. Jeśli się zaplączesz, zwyczajnie załóż, że to poprawna figura i tańcz dalej. A więc tańczył. Ponownie zwolnił krok, wyprostował ciało. Stali teraz naprzeciw siebie, nieznacznie ku sobie wychyleni, zachowując przestrzeń na dole. Dość miejsca by się podczas rozmowy nie podeptać. Prawa noga w tył, poczuł jak kobieta w jej miejsce wsuwa swoją. - Na przykład z tą płomiennowłosą malarką, którą przed chwilą widzieliśmy? Hmm... - udał, bardzo głośno i sztucznie, że się zastanawia. Pauza, piruet. Ponad ramieniem żony zobaczył, że mają sporo miejsca. Krok w przód, teraz Sharon się cofa. - Nie, pytanie o pierwszy taniec będzie zdecydowanie bezpieczniejsze. Bal semestralny u Betty Lawrence, tysiąc osiemset dwudziesty czwarty. Orkiestra zapowiedziała "odbijanego", podszedłem gdy akurat tańczyłaś z Paulem... jakimś tam, nie pamiętam jak się nazywał, ale to był ten wysoki brunet z wąsikiem. - Zorientował się, że zaczął ze złej nogi, ale nie przerywał ani nie korygował. Wyglądało na to, że tak też można. - W każdym razie podszedłem i odklasnąłem, zapewniając ci, zanim mnie z kolei nie odklasnął Eduardo, najlepsze chwile tamtego wieczoru. Najlepsze z perspektywy czasu naturalnie, bo zdaje się, że delikatnie mówiąc, wówczas nie doceniłaś tych dwudziestu sekund.