Egzio

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    118
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Egzio

  1. Danny Foster Ta przeklęta sztuczna inteligencja widziała i wiedziała wszystko. Danny wiedział że maszyna go nie oceniała, a zadawanie takich pytań należy do jej zadań. Niemniej czuł się niezręcznie, tak jak gdyby stał przed nią nagi, całkowicie obnażony. Spojrzał na hologram, i skinął głową twierdząco. - W najlepszym. - odparł lakonicznie, wyciągając z plecaka paczkę tabletek. Po chwili przypomniał sobie, że w tych czasach SI jest równie pojęta co człowiek, a więc i musiała otrzymać wyjaśnienia. W innym przypadku mogłaby naciskać.. - To choroba. Przejściowa. Zapomniałem wziąć leków, nic czym należy się martwić. Jeśli możesz, nie informuj o tym naszych przełożonych. Nie komplikujmy sobie życia. - włożył jedną tabletkę do ust, i popił wodą. - Jeśli naprawdę chcesz pomóc, powiedz mi tylko, gdzie na tej łajbie będę mógł zajarać? - machnął paczką papierosów przed hologramem.
  2. Rikac Greatthane Młody łowca spodziewał się, że za tymi niepozornymi drzwiami może ich czekać więcej kłopotów, niż za drzwiami którymi zajmowali się pozostali. Tak podpowiadała mu intuicja, kiedy więc krasnolud wreszcie wyrwał drzwi, łowca naciągnął cięciwę jeszcze mocniej, gotów natychmiast zareagować. Rozluźnił się dopiero, gdy krasnolud odrzucił drzwi na bok. Przewiesił łuk przez ramię, i wszedł wraz z nim do środka. Ujrzeli zwykłą w świecie graciarnię, pozornie pełną mnóstwa niewartych uwagi przedmiotów. Łowca chwycił jeden z kufli, i przyglądał mu się uważnie. Odwrócił się w kierunku krasnoluda, któremu udało się znaleźć 7 monet. Zgodził się na układ zaproponowany przez Khergana. - Czwartą monetę zachowaj dla siebie. - odparł - Może jak już się z tym uporamy, po prostu postawisz mi piwo w gospodzie. - odłożył kufel, słysząc krzyk Marie. - Wszystko gra, u nas czysto! - spojrzał na krasnoluda - Nie mów im tylko, że znaleźliśmy tutaj pieniądze. Lucien i Marie na pewno nie będą mieli z tym żadnego problemu, ale Lavina... cóż, wygląda mi na taką, co to mogłaby nas okraść, i tyle byśmy ją widzieli. Nie kuśmy losu.
  3. Danny Foster - [...] pańskie doświadczenia z Ziemi w walce ze siłami inwazyjnymi Żniwiarzy z pewnością się przyda. Na szczęście komandorze, to już przeszłość. Przymierze tak jak obiecało postawiło cię na nogi Foster i teraz jesteś już zdolny do dalszej służby. Dalsze słowa kapitana Danny słyszał jakby przez mgłę. Coś w nim pękło. Bańka która rosła od momentu w którym Wojna ze Żniwiarzami się zakończyła po prostu buchła. Kiedy kapitan skończył, Foster słyszał w uszach narastający pisk. Dźwięki dochodziły od niego z oddali. Ruszył w kierunku wyznaczonej kajuty. Tęsknił za służbą, ale gdy w końcu został przydzielony na ,,Albę'', w jego głowie pojawił się szereg wątpliwości, i co Foster z trudem przyznał przed samym sobą - strach. Nie wiedział, kiedy ten się zjawił, nigdy w ciągu całego życia nie czuł się tak zaniepokojony. Widział wiele, a od dziecka jego życie stale wisiało na włosku, nie znał też pojęcia beztroski ani bezpieczeństwa. A jednak, Danny Foster, ten Danny który był gotów dosłownie wskoczyć w ogień za towarzyszami broni, zaczął powoli umierać. Na jego miejscu zrodził się zgorzkniały komandor Foster, człowiek który zapomniał jak być budzącym podziw odważnym i niezłomnym żołnierzem. Kiedy znalazł się wreszcie w swojej kajucie, poczuł się osłabiony, chwycił się za klatkę piersiową, oparł dłonią o ścianę, przez parę sekund wciągał głęboko oddech. Atak paniki. Zbliżył się do kranu, i włączył wodę, włożył swoje dłonie do zimnej, lodowatej wody, i ochlapał nią twarz. - Ogarnij się, Foster! - warknął szeptem. Podniósł wzrok, spoglądając na siebie w lustrze - Sam tego chciałeś. Nie ma już odwrotu. Pora wrócić na ścieżkę wojenną, przywiązać się do towarzyszy, a potem ich wszystkich tracić... Takie jest twoje przeznaczenie Foster. Nie próbuj sobie wmówić, że jest inaczej. Pogrzebiesz wszystkich którzy ci ufali, będziesz to robił już zawsze do momentu, aż oni nie pogrzebią ciebie. Tym jesteś. Obserwatorem, który ogląda kostuchę w akcji, i nie chce przerwać projekcji przed jej końcem. - usiadł na krześle. Powoli już się uspokajał, skarcił się w myślach za tę chwilę słabości. Lekarze nazwali to ,,stresem pourazowym'', ale Foster uważał że to coś innego. To duch Danny'ego nadal go prześladował. Ten wrażliwy i zbuntowany chłopiec którego Foster wewnątrz siebie stłamsił i brutalnie zamordował.
  4. Te, które otwiera krasnolud. Cała reszta jeszcze żadnych drzwi nie otwiera, robią podchody Ale już edytowałem, bo niepotrzebnie zwróciłem się do ciebie w liczbie mnogiej.
  5. Rikac Greatthane Rikac spojrzał za odchodzącym krasnoludem, ale nie odpowiedział mu ani słowem. Nie umiał dobrze mówić po bretońsku, a w księgach które studiował i które posłużyły mu do nauki, nie stroniono od używania słowa ,,krasnal'' w odniesieniu do krasnoludów. Widocznie dla przedstawicieli tej rasy był to zwrot obraźliwy. Warto było to zanotować w pamięci. - Mam czym się bronić. Ty też powinnaś. Wezmę lampę. - odparł, gdy Lavina już się zjawiła. Odebrał z jej rąk lampę, i ruszył przodem, wchodząc do piwnicy. Odwrócił się, słysząc jej uwagę. - Jak się zepsuje, to znajdziesz sobie nową. - rzucił opryskliwie. Rikac ujrzał krasnoluda starajacego się otworzyć drzwi, odsunął się od Laviny i reszty drużyny, a następnie zbliżył do krasnoluda, położył lampę na ziemi, zdjął łuk z pleców, i wycelował prosto w drzwi. - Nie uważam żeby to był rozsądny pomysł, ale... - zaczął mówić w kierunku krasnoluda, ale przerwał, zabrakło mu pomysłu na to, jak mógłby dokończyć swoje zdanie. - Po prostu to otwórz. Mam nadzieję że na nabawimy się od tego żadnej mutacji...
  6. Ode mnie odpisik będzie koło 20-21
  7. Faktycznie, mogłem o tym pomyśleć wcześniej Już dodałem. Dzięki za sugestię.
  8. Cześć! Pierwszy post - jak wspomniałem wcześniej, pojawi się w sobotę. Jest minimalna szansa że uwinę się w piątek, ale nic nie obiecuję. Tymczasem zakładam nam temat do dyskusji i off-topu. Posty od was chciałbym otrzymywać co tydzień, chyba że jak wspomniałem w rekrutacji - ustalimy inaczej. Jeśli ktoś wie, że nie będzie mógł z różnych powodów odpisać - sugeruję zgłosić mi to przed końcem tygodnia. Do informowania o rzutach, PD'kach itd założę osobny temat. Pierwsza sprawa o jaką chciałbym zapytać - to co sądzicie o założeniu google doca? Postaci jest sporo, więc pomyślałem że pomoże wam to w interakcjach. Ale z doświadczenia wiem, że nie każdemu doc odpowiada.
  9. EPILOG (informacje o powodach w pogaduszkach, powyżej) W trakcie gdy Gesine zadawała swoje pytania, ranny mężczyzna przebudził się, rozpoznając zamachowca. Resztką sił wskazał na Johanna Dunkela, ale nim Gunther zdążył jakkolwiek zareagować, Johann wbił mu swój sztylet w plecy, przebijając wątrobę. Gunther próbował wyciągnąć swoją broń, ale po chwilach i chwiejnych krokach padł trupem na ziemię. W kuchni znajdowało się okno, które pozwoliło rodzeństwu i Arveinowi uciec z nieszczęsnej gospody, ogłuszyli bądź zabili ostatniego świadka (kucharza), a następnie zawinęli się, i ruszyli w świat. Gdy Dunkelowie i Arvein nie wracali, pan Noh ruszył w kierunku kuchni, co dało Klarze i Reigmundowi czas na czmychnięcie cichaczem na zewnątrz, a w następstwie ucieczkę. Gwido mimo protestów stajennych i krótkiej szarpaninie z łysym mężczyzną, która zakończyła się krótką potyczką w wyniku której osiłek został ranny, ruszył za nimi. A co z Gerwinem Pfisterem, panem Goldfreyem i Nohem, i resztą? Tego nigdy się nie dowiedzieliście. Nie byliście w gronie podejrzanych o jakiekolwiek zabójstwo. Słyszeliście że kapitan straży zginął straszną śmiercią, choć nie mówiono o szczegółach. Nikt nie wiedział nawet, że byliście częścią tego dziwnacznego planu, przygotowanego przez żołnierzy Imperium, na którego drodze stanęli introwertyczni właściciele gospody wybudowanej na odludziu. A syn Gerwina? Część z was mogłaby przysiąc, że oficer który przechadzał się rok później po ulicach Altdorfu, wyglądał dokładnie tak, jak on. Młody, choć znacznie bardziej pewny siebie. A u jego boku stał pan Goldfrey. Ale może to tylko zwidy? W Starym Świecie przecież prawie wszyscy ludzie posiadają swoje sobowtóry. KONIEC.
  10. Po pierwsze, nie było nas siedmiu, a piętnastu. Po drugie, Gerwina Pfistera nigdy nie widzieliśmy na oczy. Rozdział 1 Gdzie podział się Gerwin Pfister? Oficer Gerwin Pfister stał na baczność, przyglądając się młodemu chłopakowi, który uporczywie starał się wyczyścić brudną plamę na sierści konia należącego do oficera. Młody, czarnowłosy chłopak starł pot spływający mu z czoła, i spojrzał na Gerwina, który przyglądał się w znudzeniu swoim paznokciom u dłoni. Oficer podniósł wzrok - Co? - zapytał rzucając młodzieńcowi groźne spojrzenie, był wyraźnie sfrustrowany, odepchnął chłopca na bok, a następnie położył dłoń na swojej klaczy, w skupieniu przyglądał się jej umaszczeniu. Po jakimś czasie udało mu się wystarczająco wytężyć wzrok, brązowa plama, choć ledwie widoczna, znajdowała się tam nadal. - Nie da rady jej wyczyścić. Ale mógłby ją pan sprzedać, ojcze, to znaczy, sir.... - rzucił chłopak. Gerwin gwałtownie odwrócił się, i ścisnął gardło chłopca. - Powtórz to. - warknął, ale chłopiec nie odezwał się ani słowem, jego twarz była sina od uścisku. Gerwin uderzył go otwartą dłonią w policzek. - A teraz maszeruj do domu i zapakuj prowiant, jutro rano ruszasz ze mną. Puścił syna, ten stracił równowagę, próbując gwałtownie złapać oddech. - D… dokąd? - zapytał przerażony chłopak, Gerwin skoncentrował się na głaskaniu swojej klaczy. - Do Middenlandu. Zrobię z ciebie prawdziwego mężczyznę, dzieciaku. - odparł, odwrócony tyłem do syna. Chłopiec przyglądał się swojemu ojcu z przerażeniem. - Tak jest, sir. - rzucił, jeśli czegoś mądrego nauczył się przez całe swoje życie, to tego, że Gerwinowi Pfisterowi nie można się sprzeciwstawiać. *** Do misji eskortowania wieśniaków zgłosiło się wielu, ale kapitan który zajął się organizowaniem drużyny zdecydował, że tak mało znacząca wyprawa musi odbyć się jak najmniejszym kosztem. Zdecydowano się więc przyjąć zgodnie z kolejnością zgłoszeń siedmiu ochotników, niespecjalnie przejmowano się z kolei tym, jaką profesją się trudzili. Do przypilnowania porządku przydzielono im oficera Gerwina Pfistera, kapitan spotkawszy się po raz pierwszy z ochotnikami, mówił otwarcie, że Pfister jest największym kutasem jakiego zrodziło Imperium. Dodał także, że jeśli w trakcie wyprawy stanie mu się jakakolwiek krzywda, osobiście im podziękuje i wręczy kwiaty, a następnie zgodnie z prawem wtrąci do lochów. Spotkanie przebiegało następująco, ochotnik zjawiał się w koszarach, a kapitan zajmował się przy tym swoimi sprawami, przyglądał mu się przez ułamek sekundy, a następnie przydzielał do drużyny. I tyle, żadnej rekrutacji, czy weryfikacji nazwiska. Ekipę zebrano w ten sam dzień, w którym pojawiło się ogłoszenie. Ochotnicy mieli zebrać się z samego rana, przed główną bramą Altdorfu, na moście w okół fosy. Gerwin Pfister zjawił się jako pierwszy, wraz ze swoim młodym synem. Pierwszy przybył Arvein, który zobaczył przed sobą opisanego mu przez kapitana straży oficera. Był to wysoki, wychudzony mężczyzna w zbroi, siedział wyprostowany na swojej klaczy. Miał długie, przetłuszczone, zaczesane do tyłu siwe włosy. Surową twarzą, pozbawioną lewego oka, przez które przeciągała się paskudnie wyglądająca, głęboka blizna. Kiedy Arvein się zbliżył, oficer rzucił. - Chłopiec stajenny? - zapytał wyraźnie zirytowany - Kto, do chuja, przydzielił chłopca stajennego na moją misję? - spojrzał na syna. - Nie wiem, sir. - odezwał się czarnowłosy chłopiec, spojrzał na Arveina, i spuścił głowę wyraźnie zawstydzony. Następnie zjawił się Reginmund, kolejny młody chłopiec, przypominający swoim wyglądem bardziej uczonego, niż wojownika. Gerwin zacisnął zęby. Spodziewał się że kapitan wykażę się większym rozsądkiem, przy doborze ochotników. - Ten parszywy gnój próbuje mnie zawstydzić. - warknął po dłuższej przerwie Garwin, ignorując nowo przybyłych. Następny zjawił się Gwido, który podobnie jak poprzednicy, nie przypominał swoim wyglądem wojownika. Gerwin zeskoczył z klaczy, poklepał ją po głowie, a następnie przyjrzał się całej trójce. - Umiecie walczyć? - zapytał - Czy mam wysłać syna po pieluchy, w razie gdybyście mieli zeszczać się w gacie? Tuż za Gerwinem stanął Johann Dunkel. Oficer początkowo nawet nie zwrócił na niego uwagi. - Ojcze... - zaczął syn, oficer odwrócił się. Ujrzał mężczyznę o rysach twarzy, które już nie przywodziły na myśl rozwydrzonego dzieciaka. Po raz pierwszy tego dnia, oficer Garwin uśmiechnął się. - Może jednak coś z tego będzie... - powiedział jak gdyby sam do siebie. Przez chwilę przyglądał się mężczyźnie, i złapał go za rękę, ściskał ją przez chwilę. - Twarda skóra... Wszyscy powinniście tak wyglądać - spojrzał na pozostałych - Chodzi wam tylko o złoto, prawda, szczeniaki? Jeśli okaże się że którykolwiek z was do niczego mi się nie przydał, to osobiście dopilnuję, żebyście nie otrzymali nic. Kolejną osobą która pojawiła się na moście była Klara. Podobnie jak pozostali, nie przypominała w żadnym stopniu nikogo, kto byłby w stanie się obronić. - I dobrze... - Garwin machnął dłonią - Wy sobie pospacerujecie, a nasz budżet ani trochę nie zmaleje. Johann dostrzegł w oddali dwie postacie, na początku były niewyraźne, ale z każdą chwilą mężczyzna coraz bardziej zaczynał rozpoznawać znajome sylwetki, z lewej strony zbliżał się jego brat, zaś z prawej, od strony bramy Altdorfu, siostra. Kiedy już wszyscy zebrali się na moście, Garwin skrzyżował ręce na piersi, oceniał wzrokiem każdego przybysza. Następnie zasłonił twarz dłonią i chrząknął. - Od czego tu zacząć... - odparł, syn stał po jego prawej stronie - Idziemy do Middenlandu, kapitan wyraźnie oczekuje od nas, że w ogóle podejmiemy próbę uratowania tych prostaczków. Sądząc po waszym wyglądzie, efekt końcowy zwisa mu między chujem. I mi od tej chwili, też zwisa między chujem. - spojrzał w lewo, w stronę rozciągającego się w okół Altdorfu lasu - Macie słuchać moich rozkazów, o ile w ogóle chcecie mieć minimalne szansę na przeżycie, bo beze mnie ich nie macie, jeśli zrobicie coś głupiego, to na własną odpowiedzialność. - następnie szturchnął swojego syna w ramię. Chłopiec wyszedł naprzeciw i zaczął dziwnie gestykulować dłońmi, wymachując nimi na wszystkie strony. - Jeśli mi lub mojemu ojcu stanie się krzywda, macie obowiązek zrobić wszystko, aby nam pomóc. Jeśli ktokolwiek z nas umrze, lub zazna trwałego uszczerbku na zdrowiu, zapłacicie za to własnym życiem. - powiedział drżącym głosem, a następnie spojrzał na Garwina. - Zgodnie z prośbą, sir. - Doskonale. Gotowi do drogi? - zapytał Gerwin.
  11. Rikac Greatthane W czasie, gdy Rikac tłumaczył Lavinie, dlaczego nie zamierza krzywdzić mężczyzny którego noga zwisała z parapetu, rozległy się krzyki. Młody łowca ujrzał twarz mutanta, i już zamierzał gwałtownie zareagować, wypuszczając strzałę prosto w jego kierunku. Tymczasem mężczyzna sam zsunął się z parapetu, i runął z hukiem na ziemię. Rikac przewiesił swój łuk przez ramię, a strzałę włożył z powrotem do kołczanu. Spojrzał na towarzyszkę. - Cierpliwość nam się opłaciła, ja nadal mam dziesięć strzał w kołczanie zamiast dziewięciu, a skończyło się tak jak skończyłoby się przy każdym zaproponowanym przez ciebie scenariuszu - odparł beznamiętnie. - Jego zgonem. Różnica jest taka, że przynajmniej nie mam go na sumieniu. Gdy Lavina przeszukała ciało, Rikac schylił się i zabrał sztylet. Nie miał żadnej broni do walki w zwarciu, więc uznał że ostrze rzeczywiście może mu się przydać. Łowca spojrzał na zbliżającego się krasnoluda. - Już po imprezie, krasnal. To przeklęty mutant, trzeba założyć, że może być ich tu więcej. Widocznie mieli tu jakąś kryjówkę, czy coś w ten deseń - rzucił. - Musimy sprawdzić tę piwnicę. - wskazał głową na wejście na podwórzu. - Lavina zaraz przyniesie nam jakieś lampy.
  12. Przypominam że czas macie do północy, a jak do tej pory brakuje mi aż czterech odpisów @EDIT @Nadia @Smalauk @Vadeanaine @franekfrog @Rrr @Ufeu Z przykrością piszę, że straciłem chęci i wenę do prowadzenia tej sesji, a nie chcę też ciągnąć niczego na siłę ku uciesze tej garstki osób, które rzeczywiście wykazują odrobinę zainteresowania. Zastanawiałem się nad tym już od grudnia, a dzisiaj - godzinę przed dedlinem, kiedy brakuje mi 3 odpisów, podjąłem ostateczną decyzję. Widzę że zaangażowanie powoli wygasa, a jeśli to ma się toczyć w takim tempie jak do tej pory, to do końca tego roku nie zrealizowalibyśmy nawet połowy fabuły. W komentarzach też nie udziela się prawie nikt. Nie widzi mi się stanie nad wami i upierdliwe upominanie się co chwila o odpis. Skoro nie odpisujecie sami z siebie, to i ja nie zamierzam was do tego zmuszać. RPG mają sprawiać przyjemność, a jeśli hobby zamienia się w obowiązek, to lepiej sobie odpuścić. Może mój scenariusz był niewystarczająco interesujący, a może nie. Nie będę tego teraz roztrząsać. Po prostu coś nie pykło. Z tej sesji rezygnuję, ale postacie zostawiam przy życiu. Jeśli ta część z was, którzy w Warhammera grać chcą, a i będą skłonne angażować się na bieżąco i zgłaszać nieobecności, zdecydują się wziąć udział w mojej kolejnej rekrutacji - chętnie przyjmę wasze postacie ponownie. Tym samym zamykam tę sesję, choć nie twierdzę że do pomysłu nie wrócę, rodzina Pfisterów ma jeszcze wiele za uszami, co warto byłoby w przyszłości kiedyś poruszyć Żeby nie zostawiać was z niczym, przygotowałem krótką fabularną notkę, dotyczącą tego, co wydarzyło się z waszymi postaciami. I tym akcentem żegnam się z wami Do przeczytania kolejnym razem!
  13. Możemy może po prostu skrócić tę turę? Nie ma co przeciągać tego na cały tydzień.
  14. Ja nie mam. Wydaje mi się że zapytano go już o wszystko, co się dało
  15. Rikac Greatthane & Lavina Bleich Rikac nadal trzymał łuk wycelowany w mężczyznę, obrócił na ułamek sekundy głowę, aby spojrzeć na Levinie. - Spójrz na tego mężczyznę - odparł cicho w jej kierunku, tak aby nikt wewnątrz budynku ich nie usłyszał -- Boi się. Miota się jak zaszczute zwierze, po co go straszyć jeszcze bardziej? Nie stanowi żadnego zagrożenia, to i nie będę go krzywdził. Przynajmniej nie teraz. Przecież on może nie mieć nic wspólnego z tymi mutantami. - patrzył na kobietę ze stoickim spokojem, wypowiadając słowa tak, jak gdyby recytował je z kartki - Dajmy mu szansę na wyjaśnienie tego i owego, jak nie będzie chciał po dobroci, to rozprawimy się z nim inaczej. Założę się, że i bez przyszpilania go strzałą do tego parapetu, zaraz wszystko wyśpiewa. - Z nas dwojga ty masz go w zasięgu więc Ty decydujesz. Ja tym czasem baczam by ci nikt noża w plecy nie wbije. - Odpowiedziała Lavina równie cicho, nie chcąc się kłócić na temat słuszności jej podejścia i brakiem poczucia humoru u towarzysza.
  16. @Obca - właściwie to my jeszcze nie wiemy że mężczyzna jest zmutowany. Widzimy tylko zwyczajnego otyłego faceta wystawiającego nogę przez okno.
  17. Ja już odpisałem Zostawmy to na razie jak jest. Rikac i tak bardziej przyda się na zewnątrz, w ciasnych pomieszczeniach z łukiem dużo nie zawojuje.
  18. Nie deklarowałem nic Też chciałem zostać w budynku.
  19. Rikac Greatthane Wychodząc na zewnątrz, łowca cały czas obserwował wejścia, kątem oka tylko przyglądając się samemu podwórzu. Łuk zdjął z pleców, a jedną strzałę trzymał w dłoni - tak, aby mógł natychmiast zareagować, gdyby tajemniczy obcy chciał zwiać, albo jego towarzysze mieliby znaleźć się w niebezpieczeństwie. Kiedy dostrzegł wejście do piwnicy, rzucił tylko porozumiewawcze spojrzenie Lavinie. - Nie sądzę, żeby prowadziło tam, gdzie prowadzi przejście w posiadłości. - podzielił się swoim przemyśleniem - Tym bardziej powinniśmy zbadać oba przejścia. O ile wszystko pójdzie zgodnie z planem. W tym samym momencie tajemniczy przybysz wystawił nogę przez okno na piętrze, Rikac nałożył strzałę na cięciwę, i wycelował w jego kierunku. Oceniał jego posturę, nie wyglądał na takiego, który mógłby stanowić zagrożenie. - Facet za cholerę im nie ucieknie. Połamie się, jeśli zeskoczy. - odparł z niedowierzaniem. - Chyba jednak mamy do czynienia z kretynem... - Ani się waż zeskakiwać! - krzyknął ostrzegawczo Rikac - Wracaj na górę! - po chwili dodał już szeptem - Dla swojego własnego dobra...
  20. Rikac Greatthane Przeszukując parter, domostwo wydawało się być całkowite spokojnie. Nie było niczego, co mogłoby świadczyć o tym, że dzieje się tutaj coś złego. Rikac ostrożnie rozglądał się w okół, próbując znaleźć coś, co mogliby przeoczyć. Rozejrzeli się również po piętrze, gdzie także nie znaleźli niczego co mogłoby być warte uwagi. Zarówno łowca jak i jego towarzysze zdecydowali się nie odpuszczać. Go zżerała ciekawość, a niektórzy, choćby Lucien uważali to za konieczne. Wspólnie szybko doszli do wniosku że rozsądnie będzie poszukać piwnic bądź ukrytych przejść, i nie mylili się. Udało im się wreszcie znaleźć przejście, gdy Rikac usłyszał kroki, gwałtownie obrócił się, ściągając łuk z pleców. Spojrzał gniewnie na towarzyszy. - Zbyt dużo gadacie... - warknął szeptem - Ktokolwiek tu jest, już wie, że my wiemy. Rozdzielenie się to beznadziejny pomysł - Rikac wyprostował się - Jeśli obcego nie speszyły nasze głosy, to znaczy, że albo jest głupi, albo szykuje zasadzkę. A może poszedł już po wsparcie? Piwnica może poczekać. Część z nas powinna pilnować wejść, jeśli maczają w tym palce kultyści chaosu, czy inne zbiry, to jestem pewien że tutaj wrócą. Nie dajmy się zaskoczyć. Zatrzymał odchodzącą Lavinę, chwytając ją za ramię. - Latarnie albo świece powinny być tutaj, w domostwie. Po prostu poczekaj. Nie śpieszmy się z tym. - odparł.
  21. W tej sytuacji powinnaś wykonać rzut na przekonywanie Narzędzia, sztućce, noże i ewentualne przybory kuchenne są na widoku. Nie potrzeba tu spostrzegawczości.
  22. Skoro Sven mu go przekazał, to jasne że ma
  23. Została z Reigmundem. Zresztą pozostali też są w gospodzie, tylko że w innym pomieszczeniu. Odległość nie jest tak duża, gdyby coś poważnego i głośnego miało się wydarzyć, usłyszeliby wszyscy.
  24. Na kolejny post czekam standardowo do kolejnego piątku To jest 12.01.2018
  25. Nikt z wyjątkiem Reigmunda zdawał się nie usłuchać rozkazów Pfistera przekazanych przez Klarę. Akolita ostrożnym krokiem ruszył w kierunku cyruliczki, Noh chrząknął głośno, wówczas ten zatrzymał się parę kroków przed Klarą, obrócił się do tyłu, aby spojrzeć na gospodarza. - Przekażcie więc panu Pfisterowi... - odparł pan Noh który siedział swobodnie na stoliku, przerzucając z dłoni do dłoni swój nóż myśliwski - Że nigdzie się nie wybieracie. Musimy znaleźć rozwiązanie naszego wspólnego problemu. - uśmiechnął się drwiąco, a następnie zeskoczył ze stolika. Wszyscy obecni w gospodzie skierowali swoje spojrzenia na gospodarza, patrzyli na niego wyczekująco. Ten krzątał się od stolika do stolika, klepiąc każdego z wieśniakóa po ramieniu. - Pieprzyć Imperium! - pan Noh podniósł dłonie w górę, wszyscy wieśniacy powtórzyli te słowa chórem, zahipnotyzowani przyglądali się charyzmatycznemu gospodarzowi. Uśmiech nie schodził z jego twarzy. - To wasz zleceniodawca spalił domy tych ludzi. A gdy dokonał tego, czego dokonał, obwołano go kapitanem. - zaczął - Wasz oficer brał udział czynny w podpaleniu wiosek, pracował pod sztandarem kapitana. Dziś wiemy, że dręczony wyrzutami sumienia oficer Gerwin Pfister zorganizował zamach na życie swojego przełożonego. Co prawda spieprzył robotę. A teraz z łowcy stał się zwierzyną. Jest bydlakiem, zamordował wielu niewinnych. Ale ma sumienie, i jest po naszej stronie, rozumiecie? Wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem. A wy macie w drużynie pieprzonego kreta. Wiecie do czego dążę? Dążę do tego, że jeśli jesteście niewinni, macie siedzieć na dupie i czekać aż wszystko się skończy. Wkrótce wszyscy poznamy prawdę. Gwido dostrzegł z daleka, że wściekły Pfister zaczął powoli się uspokajać, z daleka wydawał się być niemal potulny. Pan Goldrey klepał go po ramieniu, a oficer przytakiwał, Pfister obrócił się, a swoje spojrzenie skierował na stojącego przy stajni Gwido. Wskazał na niego palcem, Goldfrey również spojrzał w kierunku stajni. Po chwili położył sobie palec do ust, próbując tym gestem przekazać coś rudowłosemu. Mężczyzna z bliznami rzucił spojrzenie na Gwido. - Zachowaj spokój. Nic nie widziałeś, jasne? - zapytał. Pfister i Goldrey ruszyli przed siebie, w przeciwnymi kierunku, oddalając się od gospody. - Gerwina Pfistera nigdy tu nie było. Jeśli nie wejdziesz do gospody, pozwolę ci za jakiś czas stąd uciec. Udawaj po prostu, że nigdy nie miałeś z tą sprawą nic wspólnego. Kiedy dotrą tu ludzie kapitana, rozpęta się rzeź. Możesz tego uniknąć. - spojrzał na stajennych którzy ruszyli po strawę dla konia. - Przynieście jeszcze piwo i karty chłopcy! - puścił oczko w kierunku Gwido - Na razie dajmy panu Goldfreyowi czas na ukrycie oficera. Gunther prowadził grupę ochotników w kierunku kuchni, przeszli przez ladę, gdzie następnie mężczyzna uchylił drzwi, zapraszając pozostałych do środka. W środku znajdował się otyły, łysy mężczyzna który przygotowywał potrawy, posypywał cebulą mięso znajdujące się na drewnianych talerzach, w pomieszczeniu roznosiło się mnóstwo apetycznych zapachów. Kucharz podniósł głowę - Dobry wieczór, Gunterze. - odparł uprzejmie, pozostałych zmierzył tylko nieufnym wzrokiem. Gunther poprowadził ich dalej w głąb, na końcu pomieszczenia przewieszono na suficie skórzaną płachtę, zasłaniającą część kuchni. Mężczyzna silnym pociągnięciem zerwał ją z sufitu , odsłaniając mężczyznę który siedział na drewnianym krześle, z dłońmi związanymi z tyłu, miał głowę spuszczoną w dół, w okół z kolei znajdowało się mnóstwo krwi. Na jego ciele widać było mnóstwo śladów tortur, jego prawe ucho było odcięte, twarz obita, a na ciele widać było wiele nacięć. - Ten facet nazywa się Arnold Fendler. Nie wydaje mi się żeby to imię cokolwiek wam mówiło... - poinformował Gunter - Chyba że mamy na sali mordercę. Arnold przyprowadził kapitanowi zabójcę który otrzymał zlecenie zabójstwa Gerwina Pfistera. Dowiedzieliśmy się od niego, że wspólnie zdecydowali się wysłać go na fałszywą misję ratunkową. Nie znamy imienia sprawcy, ale Arnold na pewno go rozpozna. - na ziemi, tuż pod krzesłem znajdowała się miska z wodą, mężczyzna podał ją Gesine. - Wiemy że zabójcą jest mężczyzna. Dlatego tylko szanownej pani pozwolę czynić honory. Proszę go obudzić - odparł - Jeśli nie rozpozna nikogo, pozwolimy wam odejść.