necron1501

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    4
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O necron1501

  • Ranga
    Przechodzień

Previous Fields

  • GaduGadu 10328396
  1. Niedługo musiał czekać na pierwsze ślady.Nathaniel stwierdził, że lepsze będzie robienie oznaczeń w mniejszych odstępach – dziesiąta kilometra pod ziemią to bardzo duża odległość, zwłaszcza w naturalnych częściach jaskiń. Ich wstępna część stanowiła gęstą siatkę przecinających się korytarzy, wszystkich dość charakterystycznych i bliskich wyjścia. Tutaj ściany stanowiła głównie zimna skała, gdzieniegdzie tylko przechodząca w lodową ścianę – często polerowaną i żłobioną w swoisty lodoryt. Gdzieniegdzie ściany naturalne gdzie szrokość i ich kształ na to pozwalały podmurowano szarą cegłą, gdzieniegdzie we wnękach znajdowały się posągi Srebrnej Pani i płaskorzeźby z historii Sióstr Zmierzchu i Światła. W innych wnękach ustawione były urny z prochami, gdzieniegdzie bardzo rzadko sarkofagi. Półpamiętał z przeszłości, że sarkofagi raczej grupowane były w niewielkich naturalnych jaskiniach w korytarzach odchodzących w głąb świątyni i gdy zostały wypełnione, były pieczętowane tak że zawsze naraz tylko jeden korytarz prowadził do jednej odrzwionej krypty, w której wciąż było miejsce dla zmarłych.Powodem niewielu ciał pochówku nie był tylko brak miejsca, ale też fakt że niewielu mieszkańców wioski czy nawet kapłanek umierało z naturalnych przyczyn. Tak daleko na północy i w szczycie górskim wypadki związane z wysokością, śliskością podłoża, zgubieniem się lub zamarznięciem zbyt daleko od wioski, albo dzikimi zwierzętami północy były główną przyczyną zgonów i w żadnym z takich wypadków nie było mowy o odnalezieniu ciała.Ciemność rozświetlana była jedynie światłem świecy, jedynym odgłosem były miękkie, ledwie słyszalne kroki w szmatłanych butach i jego własny oddech. Ciemność i gęsta atmosfera klaustrofobicznych korytarzy, jak też obecność zmarłych przytłaczały nawet wobec jego doświadczeń, lecz dopiero pierwsze odnalezione ślady mogły wstrząsnąć Nathanielem... lub nie. Raptem tuzin metrów za drewnianymi drzwiami odnalazł pierwsze ciało akolitki w długiej lnianej spodniej sukni. Nie zdążyła przywdziać kożucha czy nawet wierzchniej sukni zbiegając do krypty. Ktoś ją dogonił – jej brzuch i plecy były przebite na wylot w miejscu wątroby płaskim ostrzem. Włócznia, miecz? Pewnym jest, że dogorywała kilkanaście minut rozsmarowując krew po podłodze, osunąwszy się wcześniej po ścianie. Na imię miała Faleyn i była dzieckiem jeszcze jak Nathaniel opuszczał wioskę. Ciało w tych warunkach nie rozkładało się, tylko posiniało do trupiobladego, nieomal błękitnego odcienia, ale nie zaczęło też się zachowywać naturalnie. Mogła tu być kilka tygodni, ale nie lata.Kolejne ciało należało do siostry Miriam, dbającej o wiarę w wiosce i służącej jako akuszerka, która była piękną młodą dziewczyną gdy opuszczał wioskę starszą o może trzy, cztery lata, teraz dorosłą kobietą o przyjemnej, sercowej twarzy, w takim samym układzie śmierci i strasznym purpurowym wylewem po całej lewej stronie twarzy, z głową przechyloną pod kątem świadczącym, że ktoś jeden raz ją uderzył z tak wielką siłą, iż złamał jej kręgosłup. Nathaniel nie wiedział, czy jemu z wrogiem taki wyczyn udałby się za pierwszym razem, może przy odrobinie szczęścia. Jednak czy mogło to być dzieło innego podążającego drogą? Na skroni znajdowały się czerwonawe żłobienia blizn sugerujące skorupiaste kłykcie lub ćwiekowaną rękawicę.Kolejne ciało było ciałem Gerharda, mężczyzny z wioski, z toporem o stępionym ostrzu obok i szramą od siecznej broni wiodącą przez cały tors. Siła ciosu rzuciła go na kamienny, półtorametrowy posąg Srebrnej Pani przewracając też posąg z postawy. Mężczyzna skąpany w jusze leżał na wznak na posągu, z kończynami zwisającymi w dół, jego skórznia i nawet futrzany płaszcz nie stanowiły dla wyższego o stopę od Nathaniela mężczyzny żadnej ochrony. Nie jego spodziewałby się tutaj zastać, jego starszy sąsiad z dzieciństwa nie był szefem milicji, ani myśliwym, ani najlepszym wojownikiem. Jakieś okoliczności, przypadek, musiały po prostu sprawić że to on tutaj był – ale ewidentnie w jakimś celu, gdyż miał broń.Dalej leżała Lani, srebrnowłosa staruszka która była trochę jak przyszywana ciotka dla wędrowcy, uczyła akolitki i kobiety z wioski o gwiazdach i ziołach, i jak leczyć choroby i rany, i gotowała w kaplicy. W kożuchu ewidentnie szła w głąb korytarza i odwróciła w jednej chwili. Na jej ciele nie było żadnych obrażeń. Wyglądała, prawie że wciśnięta plecami w jedną z wnęk, jak gdyby sprawca podszedł do niej odcinając jej drogę ucieczki i serce jej stanęło ze zgrozy i przerażenia. To też zdradzała jej twarz.Wszystkie ciała, jak Nathaniel zdał sobie sprawę po świeższych świecach w tej odnodze z jakichś sześciu niknących w głąb góry, leżały na ścieżce do najświeższej z krypt... Ciała które napotkał na swojej drodze pogłębiły jego rosnącą wściekłość. Nie był z tego dumny, gniew nie prowadzi, wyłącznie myli i Droga staje się odległa. U każdej z poległych kapłanek zamknął oczy. Nie na wiele to się zda, ich bogini na pewno już je przywitała w swej krainie, ale czuł że jest to jego obowiązek. Przy ciele Lani przystanął na dłuższą chwilę. Postawił znak na ścianie po czym odmówił modlitwę do swego boga. Bóstwo może inne, ale zmarłemu każda pomoc się przyda w tych czasach. Nie pamiętał do kogo należała najświeższa z krypt. Minęło już sporo czasu, a wspomnienia za dziecka wyblakły. Wiedział jednak, że był już niedaleko. Oddychał pełną piersią z nadzieją na wyłapanie jakiegoś nowego zapachu, wskazówki co do tego co go czeka na końcu ścieżki. Równomierny oddech pomagał mu też zapanować nad emocjami, które go rozpierały. Zmysły nie podpowiadały mu jednak niczego poza tym że był chyba jedyną żywą istotą w korytarzu, jeśli nie w katakumbach. Może rozum mógłby, nie określić na pewno co tu się stało, ale przybliżyć to. Stał w korytarzu, jego powolne oddechy przybywały jako chłodna energia i ulatywały jako ciepły widoczny obłok pary w oświetlonej lampą ciemności groty z lodu, skały i cegły. Miał tylko dwa wyjścia - iść naprzód by ujrzeć zwieńczenie tych śladów… lub przezornie cofnąć się i spróbować poznać wydarzenia po dokładnych oględzinach reszty kaplicy, i może odnalezieniu pozostałych akolitek. Czuł jednak, że jego Droga wiedzie naprzód i zboczenie z niej nie jest mu pisane. To przeczucie, że już za chwilę pozna prawdę. Myśl ta towarzyszyła mu, gdy ruszył w stronę najświeższej z krypt. Wciąż robił oznaczenia, pewność siebie w tych okolicznościach nie była wskazana. Nie wiedział co go czeka gdy wkroczy do krypty, ale był gotów wymierzyć sprawiedliwość za zbrodnie tu poczynione. Czas rozwiązać tą przerażającą zagadkę. Wrota do krypty. Portal ze znacznej grubości cegieł nie był ozdobny, lecz solidny. Kamienny łuk zapieczętowano - całość była wymurowana i zraszana kolejnymi warstwami wody. Spod warstwy powstałego w ten sposób płaskiego jak lustro lodu widział cegły. Było coś jeszcze. Pospiesznie ale starannie wybita szczelina w samym centrum, rozrzucona ewidentnie rękoma wobec pęknięć powstałych przy jej wybijaniu. Efektem, w zapieczęci była szpara na niemal całą wysokość, dość szeroka by ktoś szczupły, może kobieta, z wielkim trudem mogła się przecisnąć. Ktokolwiek pozostawił za sobą ślady makabry najwyraźniej nie zdecydował się na forsowanie plomby. Nathaniel zbliżył się do wyrwy i przybliżył pochodnie. Miał nadzieję, że płomień oświetli pomieszczenie za ścianą. Przyjrzał się też wyłomowi. Nie wyobrażał sobie żeby jakikolwiek człowiek był w stanie tego dokonać, nie bez odpowiednich narzędzi. Toll, ogr, może. Jakieś stworzenie cienia. Może użytkownik magii gdyby Ci jeszcze istnieli. On sam nie był pewien czy zdołał by wybić taką dziurę.
  2. Nathaniel nie chcąc być oślepionym rozbłyskiem błyskawicy przymknął oczy. Nie na wiele się to zdało, gdyż wiatr unoszący śnieg w powietrzu przysłaniał widok i jedynie niewyraźne sylwetki kolejnych budynków majaczyły na granicy widzialności. Zmysł słuchu również niewiele mu podpowiadał, szum wiatru skutecznie wszystko zagłuszał. Nie chcąc spędzać więcej czasu na zewnątrz niż jest to potrzebne, zaczął przedzierać się przez śnieg w kierunku gdzie przed jego opuszczeniem wioski stał dom wójta a zarazem dom spotkań. Jeśli wioska nie została opuszczona, powinien odnaleźć tam jakieś informacje. Ominął most, zapadając się w nieodgarnięty od tygodni śnieg, gdy twarz omiatały mu lodowe drobiny, wyrzucane z poniżej, z przełęczy w której wicher nie cichł nigdy. Struktura z drewna i lodu wydawała się nienaruszona - szeroka dość, by czterech konnych po niej przejechało i dość długa, lekko wygięta dla stabilności, by jej drugi koniec był ledwie widoczny w przesłaniających drugą stronę niskich chmurach. Nieomal naprzeciwko mostu, wciśnięty między rozpadlinę a niemal pionowe, skaliste zbocze, a od boków między pozostałe chaty, piętrzył się wysoki, drewniany budynek, którego parter był szeroki i zbudowany na bazie trapezu. Budynek zbudowano w najszerszym miejscu ścieżki i przerwy - stąd znajdował się tutaj most, stąd też pod zboczem wybudowano najbardziej przestronny budynek. Jego wyższe, pozostałe trzy piętra były takiej szerokości jak chaty - jedynie dach, kryty zazwyczaj słomą i wszystkim co popadnie, był nieobecny, gdyż niknął zwyczajnie w nachylającej się, przykrywającej wiosce skale dążącej do spotkania ze szczytem z drugiej strony przełęczy. Szerokie, dwuczęściowe drzwi z modrzewiu były tak zlodowaciałe, że nie dało się ich ruszyć, uchylone do środka. Na środku, wygaszone, zaśnieżone palenisko, jak cała reszta podłogi i nielicznych, drewnianych ław. Skóry i pogłowie były również nienaruszone, podobnie jak śliskie schody. We wnętrzu nie było ciał, śladów walki… niczego. Brak światła i ludzi wewnątrz jasno wskazywałyby na opuszczenie wioski. Od kiedy pamiętał zawsze wieczorami w głównej sali przebywali ludzie. Przecisnął się przez lukę pomiędzy odrzwiami i wkroczył do środka, rozglądając się wokoło. Ogłuszający wcześniej szum wiatru stał się przytłumiony, również widoczność wzrosła znacząco pomimo braku źródła światła. Jeśli opuszczali wioskę w sposób zaplanowany, większość ważnych i przydatnych rzeczy powinno być zabranych, stan głównej sali, jedynego parterowego pomieszczenia powinien rozjaśnić sytuację. Jeżeli ktoś jednak porzucał wioskę po prostu, musieli zrobić to nagle. Nad paleniskiem wciąż zawieszony był domowy garnek, dookoła stały liczne gliniane miski i kubki i drewniane sztućce. Z nielicznych mebli, głównie wyłożonych narzędziami, woreczkami z grotami strzał od płatnerza, słojami z ziołami, peklami, zacierami i smalcem… żywność pozostała, podobnie jak najpotrzebniejsze do przetrwania i polowania rzeczy. Pomieszczenie opuszczone w pośpiechu, brak ludzi a najważniejsze przedmioty pozostawione. Obrócił się na pięcie, zaczerpnął powietrza i wyszedł w zamieć która panowała na dworze. Pozostał tylko spichlerz do sprawdzenia. Może pozostało tam coś, co nadawałoby się jeszcze do użytku. Brocząc w śniegu i osłaniając twarz ręką przed wiatrem zastanawiał się, co mogło się wydarzyć. Czyżby stworzenia z północy w końcu przepędziły mieszkańców? Albo jakaś zdesperowana grupa bandytów zapuściła się tak daleko w nadziei i na łatwe łupy? Nie miałoby to sensu, za dużo rzeczy zostało nietkniętych. Ktoś dotknięty przez szaleństwo Czarnego Słońca? Nie byłby to pierwszy incydent gdy dla czystej przyjemności niszczenia i mordu wioska została zniszczona. Lecz nietknięty stan domów sugeruje co innego. Z takimi myślami sunął w kierunku drugiego co do rozmiaru budynku we wsi. Musiał przez chwilę mocować się z przymarzniętym drewnem nim sforsował drzwi. Pod wpływem dobrze wymierzonego kopnięcia usłyszał trzask i bryła drewna i lodu wpadła do środka. Było tutaj o wiele bardziej sucho, nie było śniegu, lecz brak uszczelniania i rozwarte drobne okiennice służące do wędzenia upolowanego mięsa z jaków, które zwisały z drewnianych stelaży. Beczki z nieprzerobionym tłuszczem, suszem i alkoholem stały zamknięte. Mróz nie oszczędził również tutaj wnętrza, choć dość łatwo byłoby rozmrozić i uzyskać zawartość chociaż beczek, a wody miał pod dostatkiem w każdej chwili. Nie groziła mu przynajmniej śmierć głodowa… lecz to nie brak zapasów zmusił mieszkańców do opuszczenia tego miejsca.Wszystko pozostawione tak jak być powinno. To wykluczało rabunek jakiejkolwiek maści. Szaleńcy, potwory czy cokolwiek co posiada żołądek, w czasach jakich nastały, a zwłaszcza przy warunkach jakie tu panują, nie gardzi się żywnością, nigdy. Nathaniel zamknął oczy i zaczął oddychać miarowo, regulując oddech, wsłuchując się w otoczenie i siebie. Czyżby Droga go zwiodła? Czy to znak, że nie należy odwracać się za siebie i nigdy nie powinien był tu wracać? Otworzył oczy. Niezależnie od sytuacji, nie jest w stanie dotrzeć teraz do kaplicy. Ścieżka, nawet w dobrą pogodę nierówna i wąska, w czasie zamieci może się okazać nie do odnalezienia, nawet dla niego. Zwłaszcza po tak długim okresie poza domem. Wystarczy uskok albo szczelina w skale aby wszystko zakończyło się tragicznie. Podjął decyzję. Podszedł do okiennic i starając się ich nie uszkodzić, zamknął je. Następnie wyszedł ze spichlerza i pomaszerował z powrotem do domu wójta. Zabierze jakieś pledy i przeczeka śnieżycę w spichlerzu, z rana podejmie decyzję co dalej. Stojąc na śliskiej, ale zamkniętej beczce otworzył wysoko umieszczone okiennice i zastało go białawe, blade, jasnoszare światło czarnego świtu. Półokrąg nicości wisiał nad wschodnim horyzontem, ledwie dostrzegalny zza zbocza. Wichura ustała poza wiecznym wichrem przełęczy, powietrze było rześkie, a widoczność znakomita. Posilił się nieco suszonym mięsem i ogrzał w improwizowanym igloo, znalazłszy suche koce zamknięte w zamarzniętej szafie na piętrze, w pokoju w którym wójt mieszkał z żoną.Widok był nawet nie ponury, ale w pewien sposób smutny. Wszystkie ich rzeczy osobiste, grzebienie z kości i drewna, zapas ś wiec i niedopalone z półki nad łóżkiem, pergaminy na listy, osnowa tkacka wójcianki… wszystko leżało, nie mając dalszych właścicieli.Lecz ich Droga gdzieś ich poprowadziła. Nie wiedział jednak jeszcze gdzie, ale planował się tego dowiedzieć. Wewnętrzne przeczucie mówiło mu, że w świątyni odnajdzie odpowiedź. Dlatego też, gdy posilony i wypoczęty opuścił spiżarnię, ruszył żwawym krokiem przez śnieg w kierunku opuszczonego domu. Niech Kelemvor ma w opiece kapłanki. Gdyż jeśli coś im się stało, nawet wieloletnie treningi nie powstrzymają go przed szukaniem winnego. Śnieg przyjemnie trzeszczał pod uciskiem kiepskiego obuwia, a orzeźwiający wiatr zdawał się odpędzać złe myśli. Istniała szansa, że mieszkańcy po prostu odeszli. Lecz co wówczas z kapłankami i akolitkami, oraz jego mentorem?Wspinaczka trwała kilka godzin, podczas których wytłumił swój umysł, kąpiąc twarz w słabym blasku ciepłego światła i chroniąc podartym szalem przy innych okazjach. Tak jak wcześniej obchodził pierwszy z bliźniaczych szczytów by dostać się do wioski, musiał okrążyć drugi by wejść na przypominający płaskowyż szczyt, na zboczu którego jak pamiętał znajdowała się kamienna budowla.Wyszedł nie odśnieżoną ścieżką, po stromych, ciosanych kamiennych schodach, teraz kompletnie oblodzonych. Oczom Nathaniela ukazało się zbocze samego szczytu, jeszcze jakieś dwieście metrów ponad nim, i jasnoszary budynek wzniesiony z niedociosanych granitowych głazów, którego dach stanowiła przepiękna lodowa kopuła, przez którą kiedyś, gdy był o wiele młodszy, podziwiał gwiazdy. Śnieg nigdy nie zostawał na półokręgu, który mienił się półprzezroczyście, załamywanym światłem. Wspinaczka była jednak coraz trudniejsza. Z zewnątrz świątynia również była widocznie otwarta.Przystanął i przyjrzał się sylwetce budowli. Niezmienna, stała. Długie miesiące mrozu i łagodne lata spowodowały, że kamień po prawie dekadzie nie zmienił barwy, identyczny jak we wspomnieniach. Niezłomny jak granie które ich otaczały. Gdy mijał murek okalający świątynię próbował dostrzec jakiekolwiek ślady walki, ale nic nie wskazywało na zacięty pojedynek na śmierć i życie. Tuż przed wejściem do środka, w myślach, mechanicznie, odruchowo, przywitał się z patronem po czym przekroczył próg. Te odrzwia nigdy nie były otwarte na oścież, nie kiedy Najwyższa Kapłanka otaczała to miejsce opieką. Modląc się pod nosem do Kelemvora, prosił go o łaskę nad duszami lokatorek. I nad duszą jego staruszka, opiekuna. Gniewne ogniki zaczynały się tlić w jego oczach, ale błyskawicznie je stłamsił. Nie tego by chcieli, nie tak prowadzi Droga.Opodal niewielkiego, symbolicznego ołtarza pod centrum kopuły leżały pojedyncze, kompletnie zamarzłe i przykryte śniegiem zwłoki, obejmujące ręką ołtarz.Drzwi do niewielkiej krypty, w której chowano mieszkańców wioski i dokąd schodzono schodami nosiły ślady próby sforsowania - udanej próby, przez kogoś wielkiej siły. Pozostałe, prowadzące do wyłożonych drewnem i tkaninami korytarzy w jaskiniach w głąb zbocza, które obudowano świątynią, były po prostu otwarte na oścież. Krypta również mieściła się w jaskini, lecz pod świątynią, nie za jej tylną ścianą.Uwięziony w lodowej kopule malunek Srebrnej Pani i gwiazd, których nigdy nie widział, spoglądał smutno na Nathaniela. Gdy wkroczył do kaplicy, zamarł. Widział siebie, jeszcze za smarkacza biegającego wzdłuż i wszerz po korytarzach odchodzących od sali. Siebie, spędzającego tu nieliczne okresy kiedy miał czas wolny, czytając, patrząc w niebo czy zwyczajnie odpoczywając. Statua stojąca pośrodku patrzyła na niego z wyrzutem, dlaczego pojawił się tak późno, nie jak obiecał, po pięciu latach. Podszedł na sztywnych nogach do zwłok leżących pośrodku. Przyklęknął przy nich, obrócił delikatnie żeby ujrzeć twarz. Śnieg i lód je pokrywający utrudniał ocenienie sylwetki. Twarz była niezmiernie stara i należała do mężczyzny, którego kapłanki przyjęły do siebie wespół z Nathanielem te wszystkie lata temu. Było to miejsce ostatecznego spoczynku jego mistrza. Powieki starca były otwarte, a w jego spojrzeniu widać było skupienie. Poza sugerowała, że upadł gdzieś, z nie do końca jasnych przyczyn, po czym próbował opierając się ręką o ołtarz powstać i… tak zamarzniętego odnalazł go jego dawny podopieczny.Nie zapłakał. Byłoby to nie na miejscu, wszak powędrował do lepszego miejsca, Kelemvor może i jest surowy ale nie głupi. Na pewno oceni go dobrze i przyjmie do swego spektrum aby mógł zaznać zasłużonego spokoju. Odmówił modlitwę o bezpieczną podróż duszy do zaświatów i zamknął mu oczy. Pochówkiem zajmie się za niedługo, najpierw musi odkryć co było w stanie zabić jego mistrza. Kryzys zyskał na znaczeniu. Nie znał wielu istot które byłyby go w stanie zwyciężyć. Przyjrzał się ciału w poszukiwaniu śladów walki, ran, czegoś co potrafiłoby określić napastnika. Nie było jednak żadnych, lub nie umiał się ich doszukać na zamarzniętym ciele, którego każde poruszenie mogło złamać zamarznięty fragment.Nie chcąc uszkodzić jego ciała bardziej niż to konieczne, podniósł się z przyklęku i ruszył w stronę krypty. Odetchnął, uspokoił się. Był gotów wyrżnąć całą populację poczwar jeśli była taka potrzeba. W katakumbach brakowało mu przede wszystkim światła. Mógł zajść w pierwszy poziom zakręcającego korytarza z urnami ustawionymi w wydrążonych w lodzie półkach, lecz wiedział, że w jaskiniach musiałby poruszać się zupełnie na oślep. Wrócił po swoich śladach i skierował się do jadalni. Tam powinien odnaleźć wystarczającą ilość drwa i materiału żeby móc stworzyć z dwie sensowne pochodnie. Przy okazji rozglądał się w poszukiwaniu wskazówek, znaków. Tych nie odnalazł, wróciwszy po schodach i zagłębiwszy się w środkowy korytarz do sali jadalnej, stanowiącej też kuchnię, biorąc pod uwagę rozstawione w jaskini stoły do przygotowania strawy i mniejsze worki z mąką, słoje z peklami i inne pozostawione rzeczy. Część składników jeszcze się nadawała, gdyby rozmrozić to, w co były zawinięte. Piec był wygaszony, jedyna ceglana rzecz w świątyni z czerwieni zrobiła się całkiem niebieska. Odnalazł jednak szybko szafkę z woskowymi świecami, oliwę, nawet pustą i obmarzniętą wyłącznie z zewnątrz lampę. Mógł zapalić ją, zrobić pochodnie, rozstawić świece - Nathaniel miał kilka opcji na zapewnienie sobie światła w niższej części. Zapasów też miało mu nie zabraknąć, gdyby chciał wyruszyć w drogę powrotną na południe. Lampa wydawała się najlepszym pomysłem, z racji faktu że można ją zawsze umieścić na podłodze czy na uchwycie jeśli będzie musiał uczyć obojga rąk. Po krótkich zmaganiach z przymarzniętym knotem, delikatny płomień zapłonął wewnątrz lampy, powoli nabierający na sile. Schował do kieszeni dwie świece po czym ruszył z powrotem do schodów prowadzących w dół. Stopnie były śliskie od mrozu i dodatkowo nierówne przez uszczerbki w położonym przed stuleciem granicie. Schodziły spiralnie, wokół obwodu zwieńczonej kopułą sali modlitw i tylko cienkie płytki w krojonej przez krasnoludzkich kamieniarzy cegły wyściełały nierówne, wydrążone ściany i sufit, gdzieniegdzie wsparty drewnianymi belkami, jakby dla bezpieczeństwa. Wszystko oczywiście pokryte było błękitnawym nalotem, który mógł stopnieć pod wpływem drobnego płomyka lub nawet uporczywego nacisku, dotyku żywej istoty. Miejsce nie tylko przez swoje przeznaczenie przywodziło na myśl opustoszenie i brak życia.Na oko dwie kondygnacje niżej - patrząc po wysokości zmuszającego do pochylenia karku tunelu ze schodami - napotkał drewniane odrzwia, praktycznie przymarznięte do ściany i to tak, że niemożliwe do rozpoznania było drzewo z jakiego je wykonano, a żelazne zawiasy w mniejszym stopniu je utrzymywały w pionie niż mróz. Za nimi rozciągała się siatka zagłębiających w głąb górskiego zbocza jaskiń, gdzieniegdzie zwieńczonych zamkniętymi kryptami lub wytopionymi w lodzie liczniejszymi grobami z niespisanej historii pobliskiej wioski - to jest tam, gdzie skała ustępowała lodowi. W dzieciństwie nie zwiedził tych kryp, łączących się z naturalnymi jaskiniami.Było tu jednak coś sugerującego… cokolwiek, w przeciwieństwie do dotychczas napotkanych śladów. Pod wierzchnią warstwą zmarzliny roztaczała się bordowa w tej chwili, załamana błękitem plama, którą mógł dostrzec tylko dzięki światłu lampy. Nie była znacząca - nie większa, niż gdyby komuś ulało się z drewnianego kubka - lecz definitywnie była to jucha. Nie było jednak więcej śladów, prowadzących gdzie indziej - była od wewnątrz, tuż przed drzwiami.Nathaniel zatrzymał się tuż przed drzwiami pozostawiając sobie chwilę aby spróbować usłyszeć jakiekolwiek odgłos za nimi. Cisza która go otaczała nie została jednak zakłócona niczym innym niż jego oddechem. Przykucnął więc nad plamą krwi która rozlana była przed jego stopami i przyjrzał się jej. Ze względu na pogodę nie było możliwości określić jak długo się tu znajduje, lecz barwa mogła mu wiele podpowiedzieć. Na nieszczęście nie była niczym innym niż zamarzniętą, przynajmniej z barwy ludzką krwią. Przekroczył próg i trzymając lampę wysoko w powietrzu rozejrzał się po pomieszczeniu. Jeśli przy drzwiach jest krew, może będzie jakiś ślad biegnący od niej, kawałek materiału, cokolwiek. Niestety, po drugiej stronie drzwi nie było już tego typu śladów.Przed kontynuowaniem podróży w głąb korytarza postanowił robić oznaczenia na ścianach, roztapiając lód przez przyłożenie dłoni aż błękitna warstwa zniknie a następnie zeskrobanie lodu w literę K nad odciskiem. Postanowił to robić mniej więcej co 100 metrów na lewej ścianie aby utrzymać poczucie odległości i móc powrócić po śladach. W ten sposób kontynuował podróż jaskinią.
  3. No cześć. Ciężko mi odpowiedzieć na 1 pytanie, bo nie do końca wiem jak działa to forum. Jeśli jakieś osobne katalogi dla gracza uważacie za potrzebne, to spoko. Co do drugiego, nie ma chyba co przesadzać, jestem za prostotą.
  4. Witam wszystkich, żyję, działam i z chęcią będę grać jak ruszymy, jak ogarnę czas i to forum to pewnie moja aktywność wzrośnie!