mroczek

Sidekicks
  • Ilość dodanej zawartości

    4045
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O mroczek

  • Ranga
    Pogromca smoków zmyślonych

Profile Information

  • Gender Female
  • Location Podziemia Leminkainen

Previous Fields

  • GaduGadu 2078003

Ostatnie wizyty

2257 wyświetleń profilu
  1. Jest zarys ludzkiej części postaci, wykonałam rzut 1 sukces
  2. Gwennan Godfree Czarna Burza Atrybuty Umysłowe: Inteligencja 3 Czujność 2 Determinacja 2 Fizyczne: Siła 2 Zręczność 2 Wytrzymałość 2 Społeczne: Prezencja 4 Manipulacja 1 Opanowanie 3 Umiejętności Umysłowe: Dedukcja 1 Nauka 1 Okultyzm 1 Wykształcenie 1 Fizyczne: Bijatyka 1 Broń Biała 1 Broń palna 2 Przetrwanie 2 Wysportowanie 1 Społeczne: Ekspresja 1 Empatia 1 Obycie 1 Perswazja 3 Zastraszenie 2 Zwierzęta 3
  3. Zapowiada się tydzień epickich nadgodzin więc rzeczami wymagającymi odgrywania i myślenia zajmę się pewnie nie wcześniej niż w piątek.
  4. Blue Była ciekawa. Czy to było takie dziwne? Zbyt długo siedziała w miejscu ograniczona przez ludzi, którzy nie wiedzieli co z nią zrobić. Potem miała zadanie w środowisku gdzie nie była bezpieczna. Więc czy to dziwne, ze pierwsze co jej przyszło do głowy to zwiedzanie? Zaczęła od masy żeby poszukać czegoś słodkiego do jedzenia co mogłaby przynieść Janekowi. Z tego co wiedziała rytuał ofiarowania pożywienia był elementem ludzkich manewrów związanych z zalotami. To było właściwe. Chyba. No i poza tym mogła się rozejrzeć i dyskretnie posłuchać tego co działo się na pokładzie. Mogłoby się wydawać, że poruszanie się po pokładzie gwiezdnego niszczyciela, nawet jeśli nie był rozmiarów klasy Imperial II, będzie czymś skomplikowanym. Tymczasem takie nie było. Rozkład poszczególnych sekcji i ich przeznaczenie były bardzo dobrze opisane i Blue bez większego trudu trafiła do mesy. Pierwszym zaskoczeniem mógł być fakt, że większość osób zasiadająca przy stolikach miała na sobie mundury Imperium. Czy to mundury marynarki, czy uniformy z oznaczeniami przynależności do sił myśliwskich, czy szturmowców. Tylko niewielu spośród siedzących wyróżniała się ubraniami z emblematem Sojuszu. Mimo tego iż przy stolikach siedziało dwóch Bothan, jakiś Duros i Ishi Tib, Blue zwróciła na siebie uwagę. Jej rasa była na tyle rzadko spotykana, że budziła zainteresowanie, a to, co działo się pomiędzy nią, a Janekiem, a także spojrzenia niektórych mężczyzn wyraźnie dodawały jeszcze jeden powód tego zainteresowania - Blue była uważana za atrakcyjną. Chociaż jej pojawienie się w mesie przerwało kilka rozmów, te zaraz wracały na poprzednie tory. Topowym tematem poruszanym przy posiłku był bunt. Żołnierze w uniformach Imperium nie mieli ich na sobie tylko jako elementu przykrywki, oni naprawdę jeszcze niedawno służyli Imperium wypełniając wolę Imperatora. A teraz dołączyli do Rebelii. W związku z tym Blue wyłapywała mnóstwo obaw, nadziei, ale przeważnie ekscytację związaną z nowymi wyzwaniami. Kilku marynarzy zastanawiało się na głos jakie zadanie zostanie im teraz powierzone - czy to będzie coś ważnego, coś wielkiego, czy udział w jakiejś znaczącej bitwie czy może nadal będą tkwić w tym samym miejscu czekając nie wiadomo na co. Czyli wieść o tym, że grupa Rebeliantów na którą czekali, w skład której wchodziła Blue, jeszcze nie do wszystkich dotarła. A niektórzy nie połączyli wejścia Blue - osoby, której jeszcze jakiś czas temu na niszczycielu nie było, z tym, że może być właśnie tą Rebeliantką, na którą czekali. - Szukasz czegoś konkretnego? Może ci pomóc? Spokojny, sympatyczny głos przykuł uwagę Blue. Chiss przeniosła spojrzenie w kierunku jego źródła, bez trudu zauważając stojącego przed sobą chłopaka w kombinezonie lotniczym wykorzystywanym przez pilotów Sojuszu. Uśmiechnęła się nieśmiało. - Cześć, jestem… – na chwilę zawahała się. – …Blue. I… szukam czegoś dobrego na poprawę humoru dla mojego… przyjaciela. Nie ma za bardzo jak poszukać sam. Nie mam pojęcia jak stopicie z zaopatrzeniem. Dużo tu ludzi, napadliście na jakieś Imperialne koszary? Trochę dziwiło ją ilu jest tu byłych imperialnych. - Thane Kyrell - odparł pilot i uśmiechnął się do niej. - Mesa to najlepsze miejsce do poszukiwań - stwierdził, a następnie zerknął na siedzące przy stolikach osoby. - Nie napadliśmy. Zdobyliśmy ten niszczyciel. Skineła mu głową. - Miło mi cię poznać Thane. Zdobyliście razem z załogą jak widzę. - Taaaak... - przeciągnął i podrapał się w tył głowy. - Większość załogi stawiała jednak na Imperium i albo zginęli w walkach albo zostali uwięzieni. Rozejrzała się. - To co widzę teraz to i tak dużo dezerterów jak na jedną bitwę. Imperium az tak spadło morale? Pokręcił wolno głową. - Z tego co wiem to duża zasługa roboty naszego wywiadu - odparł. - Od dłuższego czasu planowali zdobyć dla naszej floty jakąś większą jednostkę Imperium i kombinowali tak, by dać na jeden okręt jak najwięcej osób, które mają wątpliwości co do dalszej służby dla Imperium. To musiała być długa i żmudna praca, ale dzięki temu przejmowanie statku było łatwiejsze. Przekrzywiła głowę zaciekawiona. - Ładna robota. Szykujecie się do bitwy? - Na razie mieliśmy tutaj, razem z "Coronetem" czekać na przybycie oddziału Rebeliantów, którzy wykonywali swoją część zadania na Lannik. Skoro już przylecieliście - uśmiechnął się do niej delikatnie. - to pozostaje mi czekać na rozkazy komandora Torna lub komandora Derrycca co do dalszych zadań. - To nie jest zadanie któe wymagałoby jednostki… tego kalibru, - Biorę pod uwagę fakt, że konieczność oczekiwania na was jest tylko przystankiem przed czymś większym - odparł. - Zastanawiam się, czy komandor Derryc nie planuje wykorzystać tego niszczyciela i "Coronetu" do odciągnięcia uwagi okrętów prowadzących blokadę Kashyyyk. Zamyśliłą się. - Myślisz, ze to gra warta świeczki? Co sie włąściwie dzieje na Kashyyyk? To nie jest strategicznie istotny świat. - Jeśli dzięki temu będziecie mieli łatwiej dostać się na powierzchnię to warto spróbować - odparł Thane. - Acz, jak mówię, to moje przypuszczenia. Nie było jeszcze oficjalnych rozkazów - dodał. - I Kashyyyk z jakiegoś powodu jest istotny. Nie byłoby blokady gdyby nie był. Was też by tam nie wysyłano, gdyby Imperium czegoś z tej planety nie potrzebowało. Czegoś więcej niż niewolników. - To że jest istotne dla Imperium to jedno, pytanie czy jest istotne dla Rebelii? Obie organizacje chociażby ze względu na różny romiar i potrzeby w innych planet widzą korzyści - jej oczy zapłonęły wewnętrznym blaskiem bo jednak dobrze bylo porozmawiać z kimś nowym. - I blokada to zdecydowanie coś do zbadania, jednak czy warto dla niej narażać tak dużą jednostkę? - skończyła i przez chwilę przyglądała się chłopakowi. - Byłeś na “przedstawieniu” przy naszym przylocie, czy aż tak sie wybijam z tłumu, że muszę być tu nowa? - To byłby pozorowany atak - odparł Kyrell. - Nie wierzę, by komandor Derryc ryzykował prawdziwy atak mając do dyspozycji jedynie jednego Victory i Acclamatora - pokręcił wolno głową. - Nie mam nic do zarzucenia umiejętnościom naszych pilotów, zwłaszcza mojej formacji, ale myśliwce nie przechyliłyby szali bitwy na korzyść Sojuszu, gdyby to był otwarty atak. Mielibyśmy jeszcze myśliwce Imperium na głowie - dodał i uśmiechnął się lekko. - Byłem w hangarze przy swoim myśliwcu - odparł. - Acz druga opcja też pozwoliłaby mi odgadnąć, że nie byłaś tu wcześniej. - Więc pewnie wiesz dla kogo szukam czegoś smacznego. Jesteś pilotem myśliwca? - Wiem - przytaknął. - Wciąż twierdzę, że mesa to najlepsze miejsce do tego. Wątpię, by mieli tu gdzieś cokolwiek lepszego. A na pokład "Coroneta" raczej nie pozwolą ci polecieć, żebyś zabrała coś z ich zapasów - uśmiechnął się nieco szerzej. - Tak. Latam w Reaper Squadron komandora Torna. Skin eła głową zerkajać w stronę lady i automatów szukajac czegoś sebsownego. - Od dawna w Rebelii? Pokręcił wolno głową. - Cztery miesiące. A jeszcze rok temu byłem po drugiej stronie konfliktu. Skinęła głową. - Alderaan? Przytaknął, podchodząc z nią do dystrybutorów z jedzeniem. - Od tego się zaczęło. Później widziałem wiele złego, czego nie widziałem lub nie chciałem widzieć wcześniej. Widok rodziny wyciąganej siłą z ich domu przez szturmowców i to jak ich traktowali, to była ta kropla, która przelała czarę. Spojrzała na niego ze współczuciem, trochę uważniej. - Twojej rodziny? Pokręcił wolno głową z uspokajającym uśmiechem. - Nie, nie mojej rodziny - odparł. - Rodziny obcych, która była źle traktowana chyba głównie przez to, że nie byli ludźmi - wyjaśnił. - Moja rodzina jest.... - zawahał się. - Kyrellowie wiernie służą Imperium. Ja jestem czarną owcą. W sumie to zawsze byłem. Niewielu Imperialnych przejmowało się losem obcych, bo przecież nie jest tak ze nie wiedzieli, nawet jeśli tego nie oglądali. Jednak Blue wiedziała że w sumie czasem sami obcy tez tego nie widzieli, ona nie widziała latami. - Nawet grzecznie latając dla Imperium? - Nawet - odparł. - Wszystko przez pewną... znajomość - wyjaśnił. - W każdym razie, oficjalnie uchodzę w Imperium za zaginionego w akcji, może nawet za martwego. Tak jest lepiej. - Rodzina też za takiego cię uważa? - zapytała, unosząc nieznacznie brew. - Znajomość? - Nie wysyłałem im żadnej wiadomości, że żyję - odparł. - A na pewno otrzymali oficjalną informację z wojska. A znajomość... - zawahał się. - Znasz planetę Jelucan? Przywołała z pamięci ogólne dane o planecie. - Usytuowana w Odległych Rubieżach, ludność podzielona na nomadyczną i miejską, frakcje w konflikcie. Poza tym zdaje się nie najgorsze miejsce do życia. - Nie najgorsze - przytaknął. - Ale ten konflikt pomiędzy ludźmi z doliny, a tymi mieszkającymi w miastach jest nieznośny. Ciena i ja pochodzimy z dwóch różnych frakcji... - westchnął, jakby to miało wszystko wyjaśniać. Uśmiechnęła się. - Zakazana miłość? Odpowiedział jej delikatnym uśmiechem. - Wtedy to była tylko przyjaźń, ale w czasach nauki w Imperialnej Akademii na Coruscant.... - westchnął. - Gdybyś mogła ją tylko zobaczyć w stroju wieczorowym podczas balu, na który zostaliśmy zaproszeni jako jedni z najlepszych uczniów. Niezapomniany widok. - Wierzę - odpowiedziała z uśmiechem. - Po której stronie barykady teraz jest? Delikatny uśmiech zniknął z jego ust, za to opuściło je ciężkie westchnięcie. - Służy na "Executorze", okręcie flagowym Dartha Vadera. -Wciąż nic straconego - zapewniła łagodnie. - Możliwe... - odparł bez przekonania. - Jest pierwszofalowcem. Dla nich honor znaczy więcej niż cokolwiek innego. Gdyby zdradziła Imperium i przeszła do Rebelii, splamiłaby swój honor. Przynajmniej ona tak to widzi. - Być może dotrze do niej ze wspieranie kogoś kto sam nie ma nic wspólnego z honorem nie może być honorowe. - zasugerowała. - Po cichu na to liczę - przyznał z lekkim uśmiechem. - A twój... przyjaciel? - dopytał, unosząc brew. Uciekła wzrokiem trochę speszona. - Mój przyjaciel właśnie to dostrzegł. Niestety ma swoje za uszami, jak my wszyscy z drugiej strony, ale myślę że się tu odnajdzie. Jak tylko przestanie mieć areszt. - Też służyłaś w Imperium? - zapytał zaintrygowany. Uśmiechnęła się krzywo. - Tak, w wywiadzie. Wsparcie i rozpoznanie. - W twoim przypadku też przeważył Aldeeran? Pokręciła głową, zaciskając na chwilę wargi. - Moi przełożeni uznali za stosowne uśpić mojego kolegę z drużyny bo ucierpiał w akcji i byłby niepełnosprawny do końca życia. Nie zamierzałam czekać aż zrobią ze mną to samo. - Przykro mi - odparł szczerze. - Wygląda na to że w Sojuszu jest więcej byłych Imperialnych niż rodowitych buntowników. Thane zaśmiał się krótko. - Czyż wszyscy w Sojuszu nie są byłymi Imperialnymi? - zapytał. - Przecież każdy gdzieś zaczynał, prawda? - Cześć to podobno było Republikańscy żołnierze, którzy nigdy nie dołożyli broni. Komandor Torn nie wygląda na byłego Imperialnego. - Komandor Torn walczył jeszcze w Wojnach Klonów - odparł Kyrell. - Nim te dobiegły końca złożył broń i założył rodzinę. Z tego co wiem... - zawahał się. - Z tego, co wiem to stracił rodzinę przez Imperium. Pewnie dlatego tak zaciekle z nimi walczy. - Stracił? - Podobno jego żona i syn nie żyją - odparł. - Jak rozmawiałem z nim na ten temat, to powiedział, że pochował syna, ale nie mógł pochować żony, bo Imperium zabrało jej ciało. Blue westchnęła cicho. - Wojna. Jakby to jedno słowo wszytsko wyjaśniało. - Co złego było w tysiącleciu pokoju, że wszytsko musiało się popsuć? - Nie było Imperium i Palpatine'a u władzy - mruknął Kyrell. - Liczę na to, że jak wojna dobiegnie końca, to zapanuje pokój na kolejne tysiąc lat. - Oby. - przyknęła. Z tego co widziała najlepiej wyglądała w gablocie najlepiej wygladała galaretka, zapakowała więc dwie na tacę. - Nie wiesz czy mają tu jakiś alkohol? - Legalnie? Nie - odparł z uśmiechem. - Ale nielegalnie da się coś załatwić. Nie liczyłbym jednak na nic wyszukanego - zastrzegł. Uśmiechnęła się. - Wiec przemycę mu kiedy będą mniej zwracać uwagę. Na razie jest tu… nowy i pewnie ochrona będzie chciała się wykazać. Wzruszył ramionami. - Alkohol nie powinien być problemem - odparł. - Gdybyś chciała wejść do niego z bronią to już inna kwestia. - Zapamiętam. Dziękuję za pogawędkę, mam nadzieję, że długo już nie będziecie się nudzić. Uśmiechnął się do niej w odpowiedzi. - Ja wiem co się mówi o pilotach myśliwców, ale kilka chwil wytchnienia jeszcze nikomu nie zaszkodziło - odparł rozbawiony. - Miło było poznać. Nawet jeśli w sumie nie wiedziała o co chodzi z nią i z nim, była pewna, ze nie może go zostawić samego w zamknięciu. Uzbrojona więc w sensowny obiad i galaretkę przeszła przez kontrolę pod drzwiami kwatery Janeka. - Hej… to nie obiad na Klejnocie Naboo, ale lepszy niż to co mieliśmy w wahadłowcu – przywitała się z uśmiechem i stawiając tace na stoliku spojrzała na niego z troską. – Jak się czujesz? Janek siedział na koi, kiedy weszła. Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, podniósł się i uśmiechnął do niej ciepło. Nie miał na sobie munduru, jedynie strój, w którym marynarze odbywali rutynowe ćwiczenia fizyczne. - Teraz już lepiej - odparł z nieco szerszym uśmiechem i zbliżył się do niej. Zawahał się na krótką chwilę, jakby niepewny tego, co może zrobić. Jednak w chwilę później już ją obejmował, przytulając do siebie. Uścisk był kojący i sama zdziwiła się jak łatwo było się po prostu odprężyć w objęciach mężczyzny. - To dobrze. Pół statku to byli Imperialni niedługo po dezercji więc nie powinni was długo męczyć – zapewniła cicho. - Mam nadzieję - odparł cicho i trwał tak jeszcze przez chwilę, by następnie odsunąć się nieznacznie. Kiedy spojrzał w jej twarz, uśmiechnął się lekko, ciepło. - Cieszę się, że jesteś zdrowa i nic ci się nie stało - powiedział, odgarniając jej delikatnie niesforny kosmyk włosów. Zaśmiała się cicho. - Nic mi nie groziło, wierz mi. Chociaż nie wiem co będzie z moim zdaniem. Cóż, zostanie coś wymyślić, może dzięki temu trochę tu zostanę. - Masz już jakiś pomysł, co możecie zrobić? - zapytał, wykonując zapraszający gest w kierunku koi. Przysiadła we wskazanym miejscu. - Lulu na coś wpadła i może uda się to wykonać - odparła, w sumie nie wiedząc za bardzo czy powinna z nim rozmawiać o szczegółach. - Chcesz żeby kogoś zawiadomić, ze tu jesteś? Pokręcił wolno głową, przysiadając obok niej. - Nie. Nie ma nikogo, kto musiałby o tym wiedzieć. Poza mną - pomyślała i trochę się tej myśli wystraszyła. - A twój przyjaciel Luke? - Luke... - zawahał się i westchnął cicho. - Nie. Im później się dowie tym lepiej. - Zdajesz sobie sprawę że on cię nie może ciągnąć do odpowiedzialności za to co było. Skoro Huxowi się upiecze… - Ależ może - odparł Janek. - Nikt nie powiedział, że Huxowi się upiecze. Tak on, jak i ja pewnie w jakiś sposób będziemy musieli zapłacić za to, co robiliśmy. Pokręciła głową. - Nie sądzę. Musieliby wsadzac każdego dezerterów co byłoby po pierwsze nie efektywne po drugie szkodliwe dla morale, po trzecie poważnie szkodziło rekrutacji. - Być może - odparł nieprzekonany. - Mimo wszystko pozostaje jeszcze kwestia osobistej urazy. Westchnęła. - Wiesz… masz powód do osobistej urazy nie mniejszy niż on. - To nie on wkradł się w szeregi Imperium próbując mnie zabić - odparł. - Do tego z mojego powodu naprawdę mogła zginąć księżniczka Leia i mocno ucierpiała wasza flota. - Oboje wiemy, że to nie takie proste. I jeśli on ma jakis olej w głowie też to zrozumie. - zapewniła, ujmując dłoń Janeka. Uśmiechnął się delikatnie. - Miał go o tyle więcej ode mnie, by od początku stać po tej właściwej stronie - stwierdził, odpowiadając na jej dotyk delikatnym muśnięciem kciuka wierzchniej strony jej dłoni. - Albo miał pecha i nie miał wyboru. - Tak też mogło być - przyznał. - Niemniej został w Sojuszu i robi karierę, czyż nie? - Sam też możesz zacząć. - zapewniła łagodnie. - Tak, mogę - przyznał. - W piechocie lub siłach specjalnych - dodał, po czym cicho westchnął. - Jak tylko przejdę weryfikację. Temat brzmiał już trochę bardziej znajomo. - Gdzie byś wolał? - Trudno powiedzieć - przyznał. - W piechocie służyłem od lat w Imperium. Wiem, jak się walczy w takiej formacji i znam strategie Imperium, więc pewnie moja wiedza też byłaby przydatna. Z drugiej strony, siły specjalne to byłoby coś nowego, pełnego wyzwań. - Myślisz bardziej o specjalnych oddziałach uderzeniowych czy komórkach do zadań specjalnych? - dopytywała. - Raczej to drugie - odparł. - Brzmi ciekawiej, a przede wszystkim… - zawahał się na chwilę. - dawałoby szansę pracy z tobą. Szansę na spędzanie razem czasu. Spojrząła na niego z namysłem. - Masz predyspozycje na Orange albo Yellow… albo coś pomiędzy. Tylko… nie dokonuj wyboru ze względu na mnie. Sama nie wiem ile będę robić to co robię. Czy nie przydzielą mnie do czegoś innego. - zawahała się nim zadała kolejne pytanie. - Czym… czym chciałbyś się zajmować w życiu? - Zdaję sobie z tego sprawę - przyznał. - Jednak... to wciąż wydaje się opcja, która da nam okazję do spędzania razem czasu. Więcej niż tylko kilka chwil pomiędzy zadaniami - dodał. - Pytasz o to, czym chciałbym się zajmować gdy to wszystko się skończy? Gdy nie będzie już wojny? “Gdy nie będzie już wojny” - to brzmiało tak nierealnie. - Chyba tak - odpowiedziała cicho. Wzruszył nieznacznie ramionami. - Nie zastanawiałem się nad tym - przyznał. - Najprawdopodobniej w dalszym ciągu zostanę w wojsku. To, że wojna się skończy nie znaczy, że żołnierze nie będą potrzebni. A może pod jej koniec będę już na tak wysokim stanowisku, że będę mógł siedzieć za biurkiem - dodał z uśmiechem. - Ty myślałaś już coś o tym co będziesz robiła po tym galaktycznym bałaganie? - Nie - odpowiedziała, w sumie nawet się nad tym nie zastanawiała. Średnia życia agentów terenowych nie była zbyt wysoka. Nie mówiąc już o tym że istnienie czegokolwiek poza pracą było dla niej mocno abstrakcyjne. Zamyślił się na chwilę. - Taak, to chyba rozsądniejsze podejście niż moje - stwierdził. - Wojna wcale nie jest bliska zakończeniu, do tego wiele może się po drodze wydarzyć. Pokręciła głową. - Plany są potrzebne do odpowiedniego nakierowana aktywności i uzyskania przy tym maksymalnej wydajności - nie do końca świadomie zacytowała podręcznik. - Chyba powinnam nad jakimiś popracować. Janek uśmiechnął się delikatnie. - Może zaczniemy metodą małych kroczków? - zapytał. - Choćby od tego, że wspólnie zjemy to, co przyniosłaś? - zaproponował. - Tak… to może być dobry pomysł - odpowiedziała mu z uśmiechem. Janek delikatnie się od niej odsunął i chcąc poczuć się jak gospodarz, a nie jak więzień, zajął przygotowaniem posiłku przyniesionego przez Blue. Przy czym w tym przypadku przygotowanie polegało na rozdzieleniu porcji na dwie osoby. Przy tak nakrytym stole zasiedli oboje. - Tooo.... kiedy będę mógł cię zobaczyć znów w tej spódniczce, którą ubrałaś z okazji odlotu z Lannik? - zapytał z uśmiechem, w którym zdecydowanie więcej było łobuza niż oficera. Zaczerwieniła się po same uszy. - Ja… zazwyczaj nie noszę takich rzeczy… nie publicznie. Mmmoże kiedyś… prywanie - wyszeptała, spuszczając oczy. - Hej, nie masz się czego wstydzić - zapewnił, ujmując jej dłoń. - Wyglądałaś w niej naprawdę zmysłowo i zniewalająco. Dobrze wiedzieć, że jeśli założysz ją znowu to będzie to tylko dla mnie - uśmiechnął się do niej cieplej. Uciekła wzrokiem w stronę talerza. - Miło mi. Jedli przez chwilę w milczeniu. Janek musiał wyczuć, że kontynuowanie tego tematu tylko bardziej zawstydziłoby Blue, bo nie podnosił go więcej. Zamiast tego, po kilku chwilach milczenia, zerknął na nią z typowo żołnierską ciekawością. - Miałaś okazję przyjrzeć się dostępnym zasobom? Znajdzie się tutaj coś, co wam pomoże? - Możliwe, sporo zależy od tego co zdecyduje dowództwo - odpowiedziała. - Jest tu mała flota czekająca na rozkazy. - Wasze zadanie wymaga jej użycia? - zapytał zaintrygowany i nieco zbity z tropu. - Sądziłem, że jesteście małym oddziałem, który indywidualnie wypełnia kolejne zadania zlecane przez dowództwo. - Właśnie nie wymaga. Nasza misja jest infiltracyjna, więc flota i problemy na orbicie celowej planety mogą nas wkopać. Mogą też odwrócić uwagę. - rozważała na głos. - Może to tylko punkt zborny i oni mają swoje zadanie, a wy swoje? - Tak podejrzewam, na pewno to logiczniejsze niż słanie ich z nami. niemniej… - upiła łyuk wody. - Dobrze będzie ich mieć gdzieś w obwodzie, gdyby nam nie poszło. - Wychodziłaś już z taką propozycją? - zapytał. - Komandor Torn wydaje się podchodzić do tematu rozsądnie. - Pewnie tak zrobię. Nie miałam kiedy. - uśmiechnęła się. - Są… priorytety. Uśmiechnął się do niej nieco szerzej i ujął jej dłoń. - Cieszę się, że jestem twoim priorytetem. Uśmiechnęła się i spuściła znów wzrok, jednak tym razem zaraz go podniosła. - Ja… nie jestem wyszkolona do… no… do tego typu kontaktów. Znaczy prywatnych. - Całe szczęście, że nie jesteś do nich szkolona - przyznał z uśmiechem i pogładził czule wierzch jej dłoni. - Dzięki temu wszystko co mówisz, co robisz, jest naturalne. I podoba mi się to. - Mój skrajny brak profesjonalizmu ci się podoba? - Tak - przyznał. - Gdybyśmy oboje od samego początku zachowywali się w pełni profesjonalnie to ja pewnie jeszcze długo nie zaciągnąłbym się do Rebelii, nie widziałbym cię w bikini i nie jedlibyśmy teraz razem posiłku - wymienił z szerokim uśmiechem. - Więc tak, jak najbardziej mi się podoba. Zaśmiała się. - W skrócie, wpakowałam cię w kłopoty. Również się zaśmiał. - Tak bym tego nie nazwał - odparł. - Raczej... sprawiłaś, że moje życie stało się ciekawsze. Zaśmiała się. - A narzekałeś na brak rozrywki? - Na pewno teraz moje życie jest ciekawsze - odparł z delikatnym uśmiechem i uniósł jej dłoń ku górze, składając krótki pocałunek na jej wierzchu. - Będziesz miała coś przeciwko jeśli cię pocałuję? Zadrżała nieznacznie i odpowiedziała zgodnie z prawdą. - Nie, nie będę miała nic przeciwko. Nim usłyszał odpowiedź, musiał wyczuć to jak zadrżała. Na jego twarzy na moment pojawiła się niepewność, zupełnie jakby obawiał się odmowy z jej strony. Dlatego też, gdy padła odpowiedź, na jego twarzy odmalowała się ulga zakryta uśmiechem. Sunber nie czekał dłużej. Przysunął się bliżej niej, siadając tuż obok Blue. Położył jej dłoń na policzku i pochylając się ku niej, złożył na jej ustach delikatny pocałunek, w którym można było wyczuć przede wszystkim czułość. Wyszła mu naprzeciw i serce łomotało jej jak głupie kiedy tylko ich usta się zetknęły. Przylgnęła do niego nieśmiało odpowiadając na pocałunek. - Co… teraz? Jaka jest procedura? – spytała szeptem. - Procedura? - również mówił szeptem, a jego głos był cały rozedrgany. -W… randkowaniu. Odpowiedział jej uśmiechem i pogładził delikatnie po policzku. - Na to nie ma procedury - odparł. - Słuchasz siebie. Tego co czujesz, że chcesz zrobić. Dajesz znać tej drugiej osobie, w sposób subtelny lub wprost i stawia się kolejny krok. - Na wszystko są procedury, czasem są po prostu ukryte - oświadczyła cicho. - Więc jak ci się wydaje, co teraz powinno nastąpić? - zapytał spokojnie, gładząc ją wciąż po policzku. - Jaka powinna być teraz procedura? - Zależy… co robimy. Czy dopracowujemy obecny etap… - przygryzła dolną wargę. - Czy szykujemy sie do kolejnego? - Sądzę, że to powinna być nasza wspólna decyzja - odparł. - Jeśli miałbym to przełożyć na procedury wojskowe to... standardowo - zaczął z namysłem. - obecny etap powinien trwać nieco dłużej nim przejdzie się do kolejnego. Jednak nie znajdujemy się w standardowej sytuacji. A takie wymagają podjęcia decyzji - działamy standardowo w niestandardowej sytuacji czy improwizujemy? Milczała przez chwile. - To zależy od tego jaki jest ostateczny cel. - Zwykle dąży się do " i żyli długo i szczęśliwie" - odparł z delikatnym uśmiechem. -W naszej branży? Wzruszył ramionami. - W każdej jednej branży to możliwe - odparł. Uśmiechnęła się. - Marzyciel z ciebie. Pogładził ją po policzku i musnął ustami jej usta. - To o tobie będę marzył, gdy wyruszysz dalej. Oparła czoło o jego czoło bo nagle zrobiło się jej jakoś dziwnie błogo. - Co zdaje się nie będzie tak szybko jak zakładałam. - Ma to swoje plusy - odparł łagodnie, bawiąc się jej włosami. - Istnieje szansa, że jeszcze się zobaczymy. - Nie szansa, myślę że to raczej pewne. *** Na początku trudno było jej znaleźć słowa, więc po prostu gapiła się w kamerę, potem kilkanaście razy poprawiała to nagranie i chociaż wciąż wydawało się jej chaotyczne uznała, że lepsze już nie będzie. Zapakowała je więc i załączyła do wiadomości: Generale Dodona, Ufam, że zastaję Pana w dobrym zdrowiu. Ukończyłam właśnie z mniejszym lub większym sukcesem moje pierwsze zadanie jako rebeliantka. Można powiedzieć, że zaczęłam moje drugie życie i to panu je zawdzięczam. Wiele pan dla mnie zrobił i trochę wstyd mi prosić o więcej ale muszę pilnie przekazać załączone nagranie do rebelianta o imieniu Luke Skywalker, nie mam niestety jego zamiarów jednak wierze, ze są w Pańskim zasięgu. Proszę o jeszcze tą jedna przysługę. Blue Zdecydowała się na nagranie bo wierzyła, ze lepiej przemówi niż pisane słowa. Wierzyła też, że coś bardziej osobistego trudniej będzie zignorować. Obrazy łatwiej wywoływały emocje, a przecież na te właśnie najbardziej liczyła.
  5. Zedytowałam post.
  6. Jak jest w końcu z atrybutami?
  7. rozdział 1

    Rayley uniósł brew. - O świcie? - zaśmiał się cicho. - Jesteś naprawdę zabawnym stworzeniem. Jak dożyłaś dorosłości? Pokręcił głową na znak że w sumie to nie chce wiedzieć. - Idę się wykąpać i znaleźć swój pokój. Może uda mi się złapać trochę snu. Młodego Morena będę łapał po śniadaniu.
  8. Wyglądał na rozgniewanego, no ale to Wukor, on prawie zawsze tak wyglądał. - Dziadek nie miał szans wyrazić czegokolwiek wobec mnie. Nie dali mu jej - stwierdził z wyrzutem. - Zawsze byli uczynni i pełni szacunku ale trzymali nas jak najdalej od siebie. Matka robi to nawet teraz.
  9. rozdział 1

    Danae przez chwilę przyglądała się im uważnie zaspanym wzrokiem, zwyciężył jednak odruch słuchania poleceń, który zapewne wpojono jej w akademii. Odwróciła się na drugi bok i wróciła do spania. B5 gwizdnął pod nosem coś co zupełnie nie nadawało się do tłumaczenia i odjechał kawałek dalej. Lu wstrząsnęła jego ramiona i prychnęła, zrobiła kilka kroków po jaskini. - To coś zbiera informacje. O nas, o naszych bliskich, naprawdę cię nie obchodzi ci się z nimi stanie?
  10. Salome w zamyśleniu sięgnęła do owoców na talerzu. Wyglądały świeżo, chociaż nie mogły wyrosnąć tutaj. - Więc potrzebujesz zbroi strażnika - stwierdziła w zamyśleniu. - Czegoś jeszcze?
  11. Miralanin spojrzał na nią srogo ale była to taka zmartwiona srogość którą czasem widywała na twarzy ojca. A potem znów westchnął. - Dobrze, ale tylko do rana - Wskazał skład. - Tutaj, masz go odebrać przed śniadaniem.
  12. Duke zastanawiał się przez chwilę. - Bezpieczna zazwyczaj, jeśli nie liczyć pogody ale ta jest beznadziejna na całej planecie. No i też pytanie dla kogo. Odkąd synalek Księcia napierdala się na Hirze Inkwizycja jest tam mocna.
  13. Policjanci spojrzeli po sobie i od razu widać było że nigdzie nie pójdą. Jednak słuchać swojego przełożonego też nie zamierzali. - Sir, myślę że powinniśmy zawiadomić Protektora - oznajmił stanowczo ten po lewej, a drugi natychmiast doznał ulgi. Komendant westchnął. - To nie będzie konieczne, Willis. - Sir, mamy tu definitywnie incydent dyplomatyczny - ten po prawej sprzeciwił się stanowczo. Kolega mu przytaknął. - A skoro Perry… To stało się nagle, Ophelia zobaczyła jak wyrwa w świecie drży, Rajan złapał ją za ramię i pociągnął w tył. Poczuła fale chłodu na twarzy i obaj policjanci zamarli w jednej chwili. Ich twarze zastygły w wyrazie zaskoczenia, skóra w jedynej chwili posiniała od zimna. Komendant zetknął tylko bok. W tej chwili jego oczy całe były wyrwą. - Mieliście swoją szansę - oznajmił. Zaatakował.
  14. Hierarchia opiera się na sile a ta ma różne twarze i wiele składowych. To była jedna z tych rzeczy które Czarna Burza nauczyła się od Siostry Cieni. Jedna z tych, o jakich myślała siedząc w ławce z wysoko uniesioną głową. Gwennan Godfree nigdy nie zastanawiała się co Margaret Trench robi nocami poza miastem. Może zbierała zioła do tych wszystkich fascynujących rzeczy o które ją posądzano i o których ta jak na złość nigdy nie chciała mówić z dziewczyną, a trzeba było jeszcze kilku lat by Gwen przemieniła się i zrozumiała wołanie wilczej natury. Z resztą dla młodej panienki oczywistym było, że kobiety czasem mają swoje tajemnice. Jej własne zamiłowanie do polowania o świcie na ptactwo nie było jedną z nich. Jednak powód dla którego włóczyła się z psami i bronią ojca po wrzosowiskach był trochę inny niż mogło się wydawać. Gwen lubiła swobodę i samotność okraszone nutką społecznej dezaprobaty, ale przede wszystkim lubiła słyszeć własne myśli. A te nigdy nie były głośniejsze. Wychodziła więc z domu ciemną nocą, pędziła po polach w towarzystwie psów i wiatru. Jak to jazda nastolatka nie wierzyła że coś może się jej stać. Kiedy masz czternaście lat śmierć nie istnieje. Chyba że spotkasz ją na drodze. Gwen nie pamiętała już czemu tamtej nocy poszła do lasu zamiast na wrzosowiska. Tam zobaczyłaby ich z daleka, zdarzyłaby chociaż przywołać psy. Zdarzyłaby ich zastrzelić zanim by się zbliżyli. Margaret usiłowała ją ostrzec, jak to miała w zwyczaju pojawiła się tuż za Gwen, zdarzyła nawet położyć jej dłoń na ramieniu. Zaskoczona dziewczyna odskoczyła nagle i oczywiście wpadła na suche gałęzie. W oczach starszej kobiety widziała to co ta zwykła mówić w takich chwilach. “Gwennan Godfree jesteś chudym, samobieżnym wcielonym hałasem”. A potem pojawili się oni. Było ich trzech i zdecydowanie nie wyglądali na dżentelmenów. Chudzi, żylaści i cuchnący brudem, stali trochę przykurczeni jak stworzenia z koszmaru. Gwen głupia nie była, wręcz przeciwnie więc szybko dodała ich wygląd do tego że na południu przeszła obława o której oczywiście ojciec nie chciał jej nic powiedzieć. Serce zabiło jej szybciej, o dziwo miała chłodny, oceniła sytuację. Byli uzbrojeni w kije, wydawało się jej że gdzieś też błysnął metal. Wyglądali na zmęczonych ale byli też zdesperowani, a to często pchało ludzi poza granicę fizycznej wytrzymałości. Owszem miałyby szansę przed nimi uciec, tyle że jeśli się nie uda ich pozycja obronną będzie gorsza. Zetknęła na Margaret i odkryła że ta się nie boi. Coś teraz oczywistego wtedy było dla Gwen nie lada odkryciem. Dziwna panna Trench nie bała się ale też nie wydawała się skora do działania, patrzyła tylko na nastolatkę jakby chciała powiedzieć: Nawarzyłeś to wypij. Gwen nie była skora do ucieczek, nie chciała też zostawiać rozproszonych po lesie psów. Pytanie czy była w stanie sobie poradzić z trzema mężczyznami. - No proszę, panie o tej porze poza domem? - zagadał jeden z nich. - Same w lesie - dodał drugi. Gwen jednym płynnym ruchem ściągnęła ramienia sztucer ojca. - Jak widać nie same, niestety - oznajmiła z całą stanowczością na jaką było ją stać. - Nigdy nie chybiałam, z resztą z tej odległości to naprawdę trudne. Zanim tu podejdziecie zabije jednego z was, a strzał zaalarmuje ludzi w mieście. Więc pytanie brzmi: - powiodła po nich wzrokiem. - Który z was będzie miał dziś pecha?