Nadia

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    7742
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O Nadia

  • Ranga
    Sweet child in time
  • Urodziny 18.10.1985

Previous Fields

  • Systemy RPG Każdy z sensownym MG

Contact Methods

  • Website URL http://

Profile Information

  • Gender Female
  • Location Kielce

Ostatnie wizyty

18744 wyświetleń profilu
  1. Korytarze były już puste i ciemne. Wszyscy, przerażeni informacją o zarazie w mieście, udali się spoczynek i za nic mieli hulanki i swawole, które normalnie powinny mieć miejsce po takiej uczcie. Dzięki temu Zita przemierzała je niczym niepokojona i nikogo nie przyprawiając o atak serca. A zaiste wyglądała strasznie: śliczna, i droga, suknia Valerii miała podarty bok i biały przód uwalany krwią, sama służąca była blada niczym ściana, włosy miała w nieładzie, a wzrok obłędny. I zęby, kły straszliwe, które raz po raz odsłaniała nieświadomie w geście olbrzymiego pragnienia. Nim dotarła pod pokój swej pani była już na skraju szaleństwa i jedyne o czym była w stanie myśleć to tylko pragnienie, które ugasić mogła w jeden sposób. Stara Berta była tam gdzie miała być, przycupnięta na stołku pochrapywała cicho zanurzona w głębokim śnie. Głowa opadła jej na ramię pokazując wyraźnie żyłę, która pulsowała apetycznie... Zita dopadła starowinkę jednym susem i łapczywie zatopiła kły w jej szyi. Berta nawet nie krzyknęła, otworzyła tylko oczy, rozchyliła usta i nieporadnie zamachała rękami w powietrzu. A potem zgasła, na swoje szczęście nie czując już bólu. Wampirzyca nawet tego nie zauważyła, cała jej uwaga skupiona była na krwi, której ciepłe krople spływały do żołądka i napełniały ją euforią. Chciała więcej... WIĘCEJ!!! Rozum do niej wrócił dopiero, gdy wydrenowała swą ofiarę do cna i z jej rozerwanego gardła nie leciała ani jedna kropla. Ale Zita już więcej nie potrzebowała, mimo całej makabryczności swego czynu czuła się na granicy euforii, lekka, ale jednocześnie niesamowicie silna. Gdzieś w oddali usłyszała kroki i wsłuchała się uważnie. Jak długo z kimś mieszkasz w końcu rozpoznajesz jego sposób chodzenia i jesteś w stanie bez pudła zgadnąć kto to. Valeria, wracała do siebie. Nuciła nawet jakąś wesołą śpiewkę, czyli pewnie jej plan zakończył się powodzeniem. Zita miała ledwie parę chwil, nim jej pani wyjdzie zza zakrętu i dostrzeże okrutnie pokaleczonego trupa.
  2. Kayleigh "Kay" Sullivan - Hurr durr, a mogą skądś teraz wypaść tymi czołgami i strzelać do nas? - Kay rozejrzała się, a potem sięgnęła do commlinka by odpisać Maxowi, też na kanale ogólnym. Riggerka odwróciła się w prawo, tam gdzie powinny znajdować się trzy pomieszczenia z walizką. - Nie podoba mi się tutaj - przyznała - Może zabije wam morale, ale widzę oczami wyobraźni jak chwytamy za walizkę, a wszystkie alarmy zaczynają wyć i wyjeżdżają te czołgi.
  3. ~ Tego porywacza ~ lewitujący indianin wskazał na Dario Aggera ciągle kłócącego się z agentką ~ Porwał z tych ziem kilka niedźwiedzi, które są pod ochroną i niczym nie powinny być niepokojone. - Wiemy o projekcie zniszczenia warstwy ozonowej, o satelitach rozpylających gazy cieplarniane i jeżdżących fabrykach, które nawet rząd Laverii nazywa "toksycznymi wysypiskami na kółkach" - głos Roz Solomon przebił się na chwilę do Di - A teraz zamierzacie zarabiać na globalnym ociepleniu sprzedając kosmiczny lód i... - Z kim rozmawiasz? - Jamie zdziwiony oderwał wzrok od fascynującej kłótni i przeniósł go na fałszywą Amy/Di. - Jest pani potwornie niedoinformowana Agentko Solomon - prychnął Agger - Nasze fabryki nie jeżdżą na kółkach, one latają. ~ Cieszę się, że nie pozwoliłaś skrzywdzić moich posłańców. Mieli się nie zbliżać tak bardzo, ale trochę je poniosło. I tak będzie póki porwane stworzenia nie wrócą ~ szaman westchnął ~ Natura coraz bardziej się buntuje przeciwko ingerencjom. K R A K A B O O M Tym razem z grzmotem z jasnego nieba Di nie miała nic wspólnego.
  4. Jej by nie złapali.
  5. Oriana Lawsmith - Każda kara powinna mieć swoje zakończenie, a śmierć powinna być łaską dostępną dla wszystkich - stanowczo stwierdziła kapłanka, po czym spojrzała na widmo kobiety - Diana, tak? Jesteś w stanie się z nami komunikować? Chociażby przytakując lub kręcąc głową? Dla pewności powtórzyła to pytanie w imperialnym.
  6. Oriana Lawsmith Nadal czuła się wydrenowana jak kaczka na święta, ale wspomnienia wizji powoli blakły i Oriana coraz mniej się utożsamiała z osobą, na barkach której leżą losy świata. Zamiast tego jej obowiązkiem było zadbać o los tej ekspedycji, więc uklękła przy Rodneyu i delikatnie poklepała go po policzkach. - Słyszysz mnie? Rodney?
  7. Nagły grom z jasnego nieba przestraszył wszystkich, poza niedźwiedziami. Ludzie z przestrachem zaczęli spoglądać na siebie, tylko Daario Agger zadarł głowę i wypatrywał czegoś ponad nimi. A spojrzenie Diany spotkało się ze spojrzeniem największego z miśków, który wcale nie wyglądał na przestraszonego. Zwierzę szarpnęło łbem, zaryczało i kiwnęło jej głową. Dopiero potem się odwróciło i zaczęło się oddalać prowadząc za sobą resztę stadka. - E... to nie było normalne - podrapał się za uchem Jamie, - Grunt, że poszły - z ulgą westchnęła Helen - No dobrze, do pracy, mamy opóźnienie! Poganiali ich bezlitośnie, ale do zmroku wszystko było gotowe i nawet prezes wyglądał na zadowolonego. Wszyscy ciężko pracujący dostali miski z ciepłą zupą i mogli za sceną, a Agger rozpoczął swoje szoł dla mediów. - Chcę byście wszyscy... Na zawsze zapamiętali ten dzień. Za parę lat ludzie wspomną tę chwilę... Nas tutaj, teraz... I powiedzą, że... to się tu zaczęło. To wtedy Roxxon zaczął zbawiać świat! - zaczął swą przemowę do kamer podkreślając umiejętnie każde zdanie - Nazywam się Daario Agger. Jestem dyrektorem generalnym nowej korporacji energetycznej Roxxon. Firmy, która nie traci czasu i robi to w czym jest najlepsza: ulepszamy tą planetę, którą tak kochamy. Wciąż jesteśmy największym na świecie dostawcą ropy i energii, tak, dziś jednak... Zobaczycie pierwsze z naszych licznych przedsięwzięć, których inżynieryjny rozmach dorównuje budowie piramid... Poznacie nas znacznie lepiej. Roxxon to wasza przyszłość. Roxxon to gwarancja istnienia przyszłości. Przerwał na chwilę, a zza jego plecami rozległo się głośne buczenie śmigłowca. Firmowy helikopter przenosił na linach olbrzymi kawał lodu, który upuścił idealnie za plecami Aggera, na specjalny podest, gdzie dwóch technicznych umocowało go umiejętnie. - Wszyscy wiemy, że matka ziemia cierpi - kontynuował właściciel, gdy maszyna się oddaliła - Rozejrzyjcie się dookoła. Grunt, na którym stoimy dwadzieścia lat temu znajdował się pod stumetrową warstwą lodu. Globalne ocieplenie powoduje, że wszystkie lodowce topnieją w zastraszającym tempie, co oznacza uszczuplenie wody pitnej, i to w świecie, gdzie już jest jej zbyt mało. Ale ten lód... - Agger obrócił się i wskazał na bryłę - Ten piękny, błękitny fragment lodu, który tu widzicie. To symbol końca naszych problemów. Drodzy państwo, oto lód, który dotarł do nas z odległości sześciuset trzydziestu milionów kilometrów. Wydobyto go na Europie, jednym z księżyców Jowisza. Wyciąłem go osobiście, później zaś wspiąłem się na szczyt jednej z naszych orbitalnych platform wiertniczych i ujrzałem lśniący błękit, rozciągający się we wszystkich kierunkach, aż po horyzont. Zapłakałem na ten widok, przyznaję bez wstydu, zapłakałem ze szczęścia n myśl o przyszłości naszego gatunku. Ci sami dwaj techniczni palnikami zaczęli ogrzewać bryłę lodu i skraplać ją do kieliszków, pierwszy napełniony podając Aggerowi, - Możecie mi wierzyć, że ta woda jest zdatna do picia i ma wyśmienity smak. Zapraszam was więc, byśmy wspólnie wznieśli toast za otwarcie międzyplanetarnego lodociągu firmy Roxxon... i za koniec pragnienia! Prezes uniósł kieliszek, a większość dziennikarzy, którzy dostali już swoje naczynia, powtórzyła gest. - Gratulacje panie Agger. Udowodnił pan, że nawet szklanka wody może być pretensjonalna - kpiący głos należał do Agentki Solomon, która wyłoniła się niespodziewanie z cieni i weszła na podest - Chciałabym na przykład wiedzieć, ile będzie ludzkość kosztowała ta nowa musująca woda z kosmosu? - Czy można wycenić przetrwanie ludzkości? - na twarzy Aggera niechęć zagościła tylko na ułamek sekundy, szybko zastąpiona profesjonalnym uśmiechem. - Wy na pewno potraficie co do centa - żachnęła się agentka. - Przepraszam na chwilę - mężczyzna zwrócił się do dziennikarzy -częstujcie się wodą. A potem zbliżył się do agentki sprawiając, że ich rozmowa stała się trochę bardziej prywatna, oczywiście nie licząc przebywających za sceną stażystów. - Agentka Solomon z SHIELD jak sądzę? - Czyli dostał pan moje wiadomości. - A więc tak je pani nazywa? Moim zdaniem to były groźby i bezpodstawne nękanie. Właściwie miałem złożyć oficjalną skargę u pani przełożonych. - Koniecznie. Jestem pewna, że dyrektor Hill z chęcią z panem porozmawia, zwykle jest taka samotna na tym latającym lotniskowcu, nic tylko bomby i zabójcy z supermocami. - Kolejna groźba? Nie najlepiej... Świat się jakoś rozmył i kolejne przekomarzania docierały do Di jakby ktoś jej uszy zatkał watą. ~ Kim jesteś nieznajoma? ~ głos zza pleców usłyszała bardzo wyraźnie. Kiedy się odwróciła zobaczyła lewitującego w powietrzu, bardzo stereotypowego Rdzennego Amerykanina ~ Sojusznikiem porywacza czy wręcz przeciwnie i przybyłaś pomóc jego ofiarom?
  8. - Służąca, jest służącą - rudowłosa nadal zanosiła się stłumionym śmiechem i jej radość wydawała się strasznie nie na miejscu. Hemilkar zacisnął zęby, a potem zbliżył się na minimetry do Zity patrząc na nią z góry. Widziała tą wściekłość i zawód w jego oczach. Wyciągnął rękę i szarpnął ją brutalnie za ramię ponownie obnażając swoje straszne kły. Czy on... Czy on chciał ją... - Nie zabijaj - kobieta opanowała śmiech - Może mieć jeszcze swoją rolę do odegrania w historii świata. - Widziałaś to czy zgadujesz? - warknął do niej nie odwracając spojrzenia od, całkiem możliwe, że swej największej, życiowej porażki. - Widziałam, że to co tutaj zrobimy jest ważne. Myślę, że w tej materii nic się nie zmieniło. Wampir prychnął wściekle, ale odepchnął Zitę niedbale, z taką siłą, że aż się zatoczyła na stojącą pod szafą komodę. - To niech historia świata się sama nią zajmie - popatrzył na nią z obrzydzeniem po raz ostatni, a potem podszedł do okna, otworzył okiennice i płynnym ruchem wyskoczył po chwili rozpływając się w nocy. - Oh Hem, taki w gorącej wodzie kąpany - z czułością skwitowała kobieta i kucnęła przy Zicie - Nie będzie ci łatwo kwiatuszku, oj nie będzie. Ale masz szansę, jakąś. Unikaj słońca, ludzi kościoła i ognia. Słuchaj potężniejszych wampirów, regularnie się pożywiaj i jak najszybciej opuść to przeklęte miasto. Kiedy Kornelius dowie się co zrobiliśmy zrobi wszystko, by dopaść każdego obcego wampira w Wiedniu - sięgnęła dłonią w dekolt sukni, między piersi, wyjęła malutką, zalakowaną, skórzaną tubkę na metalowym łańcuszku i wcisnęła ją w rękę Zity - To ci się jeszcze kiedyś przyda. Za jakiś czas. Jak przetrwasz. Zachichotała rozbawiona i wstała. A potem znikła, tak po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Zita miała wrażenie, że jest na skraju szaleństwa. Była zupełnie sama, w pustej komnacie, po której hulał zimny wiatr i mogłaby uwierzyć, że to wszystko było tylko dziwnym snem. Mogłaby, gdyby tylko nie dręczyło jej upiorne pragnienie. Miała wrażenie, że jak za chwilę go nie zaspokoi to umrze.
  9. Hemilkar zmrużył brwi. - Co? Ale jak to? Zita widziała jak na jego twarzy pojawiają się i znikają emocje: zdziwienie, niedowierzanie i gniew, który już pozostał. - Kimże, więc jesteś? - nie krzyczał, ale z głosu zniknęła opiekuńcza ciepło, a brwi nasrożyły się groźnie. Towarzysząca mu kobieta wybuchła niepohamowanym śmiechem, ale szybko zakryła usta by choć trochę stłumić hałas.
  10. - Me miano brzmi Hamilkar. Jestem... Jesteśmy - poprawił się szybko - Tymi, których prostaczkowie nazywają dziećmi nocy. - Albo upirami, wąpierzami, wampirami, krwiopijcami, umrzykami i wiele innych - zaśmiała się rudowłosa - Ludzie są kreatywni. - Wszystko opowiem ci później ale najpierw zrób co trzeba, mamy mało czasu. Sypialni Wilhelma pilnuje jeden człek, bardzo groźny i niebezpieczny człek. Omiń go, nie zbliżaj się, graj zawstydzoną tym co przyszłaś zrobić. Skoro dostał polecenie by ciebie wpuścić to to uczyni. Powściągnij żądzę, która cię teraz zżera od środka. Jeśli będziesz silna wszystko będzie dobrze. - Gdy zaspokoisz pragnienie - śpiewnie szepnęła jego towarzyszka - Wyjdź tak jak weszłaś. Nie pozwól, by Wiliam zawołał pomoc. Jak coś pójdzie źle nie będziemy mogli ci pomóc kwiatuszku. - Da sobie radę - w głosie jej nowego opiekuna pobrzmiewała pewność - Jest silna i uparta. Wstał i wyciągnął do niej rękę. Kiedy dźwignęła się na nogi nadal nad nią górował przeszło o głowę. - Idź Valerio. Będziemy tu czekać. - Tylko nie zwlekaj, nasz piękny Nosferatu jest niecierpliwy - zaśmiała się znów kobieta.
  11. W salonie dla gości było dużo ciszej i dużo przytulniej. Ledwie było słychać dźwięki orkiestry dochodzące z sali balowej, a liczne pufy, sofy i fotele zachęcały by na nich spocząć. Tutaj nie było kręcących się paziów: szampan, wina i przystawki poukładane były na licznych stolikach. Ludzi także było zdecydowanie mniej: w prawym rogu salonu cichutko chichotała urocza elfka, której jakieś śmieszne historyjki opowiadał młody rycerz. Na środku na pufie drzemał niziołek w słusznym wieku, a dwóch szlachciców wymieniało jakieś biznesowe uwagi grając w misternie rzeźbione kości. Za Ritą wszedł także podbródkowy młodzian skoligacony z rodziną królewską, który ukłonił jej się uprzejmie zmierzając najwyraźniej do stołu z koreczkami. Problem był taki, że wszystkie te osoby miały idealny widok na balkon i ile żadna z nich akurat w tym momencie nie była nim zainteresowana, było ryzyko, że dziwne harce Rity nie zostaną zlekceważone.
  12. Oriana Lawsmith - Nie boli - pokręciła głową kapłanka - Tylko... czuję się całkowicie pozbawiona łaski bogini. Absolutnie i całkowicie, podejrzewam, że najprostsza prośba o pomoc nie odniosłaby teraz skutku. Obawiam się, że czeka mnie długa modlitwa by pobudzić znów moc, którą byłam rozczarowana. Oriana podniosła się lekko opierając na koleżance i zajrzała do pomieszczenia, gdzie ciągle przebywali ich towarzysze. - Te wyładowania, wokół Rodneya, to pewnie i z jego ciała ucieka energia. A co do bladawców... Miałam wizję, w której byłam obdarzoną ogromną łaską arcykapłanką biorąca udział w wielkiej wojnie. W głosie dziewczyny dał się wyczuć lekki żal za straconym omamem.
  13. Przez moment Franziska mierzyła ją gniewnym spojrzeniem, ale po chwili Zita zobaczyła w tym spojrzeniu ulgę. Uwierzyła jej, dzięki Bogu uwierzyła jej. Upust nerwom starsza córka Aldricha dała policzkując siarczyście bezczelną służącą. - Oczywiście, że się dowie. Skoro świt powiem matce by cię kazała obić i odprawić. Dajemy ci dach nad głowę, opiekę, a ty tak nam się odwdzięczasz? Pójdziesz precz. - to był wyrok wyduszony z zimną nienawiścią - A teraz wynoś się odnieść suknię. Gdybyśmy nie mieli gości kazałabym ci tutaj się rozdziać i w samym gieźle iść. Precz! Nie było sensu błagać o zmiłowanie i łaskę. Serce Franziski już dawno stwardniało i nie było w nim krztyny sympatii dla biednej służącej. Jedna nadzieja jaka Zicie pozostawała to zaufać, że plan Valerii się powiedzie i cała uwaga w dniu jutrzejszym skupi się na niej. I że Valeria dotrzyma słowa i zabezpieczy byt jej i jej siostrzyczki. Ponure myśli zaprzątały myśli dziewczyny, kiedy przemierzała ciemne korytarze z jedną świecą podebraną z korytarza prowadzącego do sali jadalnej. Jej całe życie zdawało się sypać z każdą chwilą coraz bardziej i chyba tylko spotkanie teraz Caroline mogło pogrążyć ją jeszcze bardziej. Na szczęście gospodyni nie spotkała, nieliczni goście, lekko już wstawieni, kłaniali jej się uprzejmie jako panience i nie zwracali więcej na nią uwagi zajęci własnymi sprawami. Wszystko wskazywało na to, że spokojnie uda jej się dotrzeć do komnaty Valerii i ukryć w jej łożu. Już tylko musiała minąć dwa pomieszczenia i jeden korytarzyk, już, już prawie, już tak blisko... Nagłe szarpnięcie do tyłu było tak zaskakujące, że nawet nie zdążyła krzyknąć nim dłoń w grubej rękawicy zakryła jej usta. Szarpała się i kopała, ale równie dobrze mogłaby walczyć z drzewem: ktokolwiek ją chwycił był niewiarygodnie silny. - Ciii, już dobrze, cii... - jego głos był niski i uspokajający, tak że kiedy przeniósł dłoń na jej gardło tylko raz się szarpnęła zanim straciła przytomność. *** - ... mamy czasu? - Coraz mniej, dzwony biją i biją.... Przejście się niedługo zamknie. - Musimy się pośpieszyć, Kurt nie będzie czekał. - O tak, piękniś nie lubi czekać. O zobacz, kruszynka się budzi. Zita z trudem otworzyła oczy i chwilę przyzwyczajała się do półcieni zalegających w komnacie. Stały nad nią dwie osoby: surowy mężczyzna o jasnych oczach i kasztanowłosa kobieta, która pochyliła się z troską, ale tylko po to by poprawić knebel zajmujący usta służki i upewnić się, że dłonie ma cały czas związane. - Ciii, już dobrze kruszynko, już dobrze, nie martw się - niewiasta śpiewnie intonowała każde słowo - Wszystko będzie dobrze. Ciągle była w domu, to wiedziała na pewno. Jednakże tej dwójki z pewnością nie widziała wśród zaproszonych gości. - Powinienem... Powinienem najpierw z tobą porozmawiać, wytłumaczyć się - mężczyzna westchnął i zdjął czarną rękawicę uszytą z miękkiej skórki, która wyglądała na bardzo drogą - Niestety nie mamy czasu, dlatego odwrócimy kolejność. Za chwilę spotka cię wielki ból, prawdopodobnie największy jakiego w życiu doświadczyłaś. Bądź jednak dzielna, bo po tym bólu przyjdzie zbawienie, ocalenie i już zawsze będziesz panią swego losu. Obserwowałem cię, twa buntownicza dusza nie pasuje do tego miejsca - uklęknął przy niej i czule odgarnął kosmyk przylepiony do spoconego czoła - Dlatego nic się nie bój. Otworzył szerzej usta, a Zita poczuła, że zaraz znów zemdleje. Tam gdzie normalny człowiek miał niewielkie kły, ten mężczyzna miał zęby nie mniejsze niż wilcze kły. Szarpnęła się raz i drugi, ale na daremno, więzy były mocne, a knebel skutecznie hamował przerażone jęki. Obcy się nie znęcał, nie napawał jej przerażeniem. Chwycił ją lekko niczym szmacianą lalkę i szarpiąc za włosy zmusił do odchylenia głowy, tak aby ukazała mu w pełni szyję. - Nie bój się - szepnął ostatni raz, a potem nagle, bez ostrzeżenia, zatopił swe kły w jej białej skórze. Zabolało tylko przez moment, a potem spłynęła na Zitę fala ciepła i przyjemnego dreszczu zmuszając ją do uspokojenia się i bezwolnego poddania przyjemności. Bardziej intuicyjnie czuła niż wiedziała, że obcy opróżni ją z krwi do cna i sprowadzi na nią śmierć, ale było jej już to obojętne; po prostu nie chciała by przerywał. Zmysły przywrócił jej nagły ból, torsja, która szarpnęła jej ciałem. Fizyczna udręka owładnęła nią całą zabierając dech i wykręcając stawy. Zita Taube umierała w okrutnej agonii, którą z fascynacją obserwowała kobieta i którą kontrolował mężczyzna nieprzestający wysysać jej krwi. Kilkanaście minut tej męki zdawało jej się wiecznością, ale w końcu nadszedł jej kres i zapadła w miękką ciemność. *** Pierwsze co poczuła to słodycz. Zawsze tak sobie wyobrażała, że smakują najsłodsze przysmaki, którymi zajadali się cni rycerze i panny. Chciwie spijała tą słodycz ze swych warg czując, że ogarnia ją przyjemne drżenie, zmieniające się szybko w ekscytację i rozkosz jakiej nigdy w życiu nie zaznała. Żadne ziemskie pieszczoty nie mogły się równać z tym co odczuwała, żadna grzeszna przyjemność jaką mogli nawzajem ofiarować sobie kobieta i mężczyzna. Euforia i ekstaza wybuchły w jej ciele na powrót przywracając ją do życia, a przynajmniej do jakiejś jego formy. - Lubię to obserwować - westchnęła kobieta - To zawsze jest piękne. Mimo że jedynym źródłem światła nadal pozostawała jedna świeca tym razem Zita widziała wyraźnie najmniejszą skazę na jej twarzy, załamanie w ciemnym płaszczu i dziwny wyraz oczu. - Witaj z powrotem moje dziecko. Jak się czujesz? - mężczyzna przyglądał się jej badawczo najwyraźniej czekając, aż jej ciało i dusza się uspokoją. Euforyczny stan powoli mijał, a Zita już wiedziała co jest tego przyczyną: potrzebowała więcej tego cudownego płynu, którym ją obdarowali, więcej... krwi? To była krew? - Już niedługo wszystko zrozumiesz, ale teraz musisz zrobić coś dla mnie. Tak jak było ustalone pójdziesz do Wilhelma, do jego łoża tak jak jesteś oczekiwana. Tam... - mężczyzna uśmiechnął się pokazując swoje straszne kły - Tam się pożywisz, zapełnisz pustkę, która krąży w twoich żyłach. Potem razem opuścimy to przeklęte miasto, którego zagłada już się rozpoczęła. Zaopiekuję się tobą i pokażę ci świat o istnieniu, którego istnieniu nie miałaś pojęcia.
  14. Kayleigh "Kay" Sullivan - Myślałaś kiedyś nad karierą w filmie? - Kay odsunęła się posłusznie robiąc balona z gumy - Mogłabyś grać te zabójcze, piękne cyborgi z tym automatycznym głosem. Byłabyś wiarygodna. Albo szpiegowskie - Riggerka przekrzywiła głowę podziwiając profesjonalne otwarcie - Masz dryg. A spray lepiej oszczędzajmy na wszelki wypadek jakbyśmy zabawili tu dłużej niż dwie godziny. Dziewczyna pewnie ruszyła dalej ciekawie patrząc na chemikalia i resztę osprzętu. - Może powinniśmy wziąć te fartuchy i się poprzebierać? - zaproponowała żartobliwie i przywołała swojego robaczka - Czas na zmianę przyjacielu - schowała go do pudełka i wyjęła MCT Fly Spy - Teraz twoja kolej. Wypuściła go w dół schodów by obadał czy zejście było bezpieczne.
  15. Oriana Lawsmith - Bladawce nadchodzą! - Kapłanka z głośnym krzykiem poderwała się do pozycji siedzącej niemal uderzając Merveil, ale zaraz zakręciło jej się w głowie i upadła na ziemię - Gdzie Bla...Bladawce? - zapytała słabym głosem - Gdzie moja adiutantka? Czuła się jak wyrznięta ścierka, po której przebiegło stado krów; wycieńczona i całkowicie wyzuta z jakiejkolwiek łaski bogini. Powoli jednak docierało do niej, że nie została jeszcze arcykapłanką, a wielka wojna to daleka przeszłość. - Merveil... co się stało?