Aquaman

ONI
  • Ilość dodanej zawartości

    9461
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Aquaman

  1. Ja to bym najchętniej ograniczył się do samych deklaracji tutaj, bo na posta to ani siły, ani weny dziś nie ma, a nie chcę stopować. -Petr bierze swoją starą moc; -zostaje w X-men; Co prawda planowałem wykorzystać do tego Psylocke, ale z Cleo też może poćwiczyć I to by chyba było na tyle.
  2. Theme Przestrzeń przed nim była niepokojąca i piękna jednocześnie. Ta pustka, niosąca ciszę i możliwość skupienia się. Jedynymi punktami, które w tej chwili skupiały jego uwagę były gwiazdy rozsiane po tym bezmiarze, który mógł obserwować ze swojego stanowiska. - Kapitanie. Głos oficera odpowiedzialnego za łączność zakłócił jego spokój. I chociaż chciał ciężko westchnąć, ukazując w ten sposób swoje rozdrażnienie, zdołał się powstrzymać. Wiedział, że ten mężczyzna nie czerpał radości z przerywania momentu relaksu swojego dowódcy. On wykonywał tylko swoje obowiązki. Dlatego kapitan Jax Nalto odwrócił wolno głowę i spojrzał na młodego, może dwudziestoletniego łącznościowca. - Słucham? - Otrzymaliśmy przekaz od kapitana Voida. Za chwilę wyjdą z nadprzestrzeni - zameldował. Nalto jedynie przytaknął. Nie była to żadna ważna informacja, łącznościowiec nie mógł jednak zostawić ją tylko do swojej wiadomości, nie przekazując dowódcy okrętu. Byłoby to karygodne złamanie regulaminu Imperialnej Floty. Niemniej, Jax czuł poirytowanie na myśl, że z tak błahego powodu przerwano mu moment relaksu. Zewnętrzne Rubieże pomyślał z goryczą. Tu nigdy nie dzieje się nic ciekawego. Już nawet piraci przestali pojawiać się na tym zadupiu. - Okręt kapitana Voida wyszedł z nadprzestrzeni. Nalto szybko odnalazł trójkątny kształt pojawiający się w normalnej przestrzeni. Niszczyciel klasy Victory I, pamiętający jeszcze czasy Wojen Klonów, wciąż służył w marynarce, a kapitan Void dowodził nim od pięciu lat. Jax Nalto miał okazję widzieć go w akcji, na własne oczy widząc czego może dokonać okręt tej klasy pod dowództwem doświadczonego marynarza. I choć samego siebie uważał za dobrego dowódcę, który był wielokrotnie odznaczany, nie chciałby stoczyć walki z okrętem dowodzonym przez Voida. I nie tylko dlatego, że jego Carrack był znacznie mniejszą jednostką. - Kapitanie, „Demolisher” nawiązuje łączność. Dowódca Carracka przeniósł spojrzenie z przestrzeni, w której unosił się niszczyciel, na ekran na którym pojawiła się twarz kapitana. Oblicze pięćdziesięcioletniego marynarza, który powinien piastować znacznie wyższe stanowisko, wypełniła cały monitor, a Jax poczuł na sobie siłę spojrzenia stalowych oczu Amadeusa Voida. - Kapitanie Void, w czym możemy pomóc? - zapytał uprzejmie. Nie doczekał się jednak odpowiedzi ze strony swego rozmówcy. Usłyszał strzał z blastera, a następnie zobaczył jak część twarzy kapitana Voida zostaje zwęglona. Był w takim szoku, że po prostu patrzył z rozdziawioną buzią na ekran, na którym widział mostek „Demolishera”. Obraz pokazywał kilka ciał oficerów na nim służących i kilkunastu krzątających się na nim ludzi. Alarm wyrwał go z tego szoku. - Co się dzieje?! - zakrzyknął. - Zostaliśmy namierzeni! - jeden z jego podwładnych przeniósł na kapitana przerażone spojrzenie. - CO?! - Nalto znów spojrzał na obraz na monitorze. Tym razem patrzył w szare oczy na obcej twarzy, która mimo młodego wieku, należała do osoby, która wiele przeszła. Patrzył na Zabraka, w którego oczach dostrzegał determinację przeplatającą się z zuchwałością. Ta mieszanka sprawiła, że Nalto zatrząsł się z wściekłości. - Kim jesteś?! - Tamir Torn i aresztuję cię kapitanie, a pański okręt przekażę Sojuszowi - głos Zabraka był spokojny, co jeszcze bardziej rozjuszyło Nalto. - Aresztujesz?! ARESZTUJESZ?! - wrzasnął. – Namierzyć okręt i… - Wielka szkoda, kapitanie - przerwał mu Torn, by w chwilę później zakończyć połączenie. Gdy tylko twarz Zabraka zniknęła z ekranu, iluminator pokrył się zielenią, a w chwilę później zatańczyły po nim niebieskie wyładowania. Jax Nalto nie miał już okazji do narzekania na nudę Zewnętrznych Rubieży. Nie, kiedy dowodzony przez niego Carrack, znalazł się pod zmasowanym ostrzałem niszczyciela. *** Acclamator wyszedł z nadprzestrzeni gotów do walki. Jednostka, choć przestarzała i służąca głównie piratom i Rebelii, wciąż znajdowała się jeszcze na wyposażeniu floty Imperium. Jednak ten konkretny okręt wyróżniał się już na pierwszy rzut oka. Zamiast standardowej jednolitej barwy, przez grzbiet przemalowany był na zielono. Połać zieleni ciągnęła się od dziobu do połowy długości okrętu. Nie był to jednak świeży malunek, a i sam okręt nosił ślady stoczenia wielu pojedynków. Odrapany lakier, osmolone poszycie. Okręt zdawał się nosić z dumą te blizny. Siedzący na mostku Zeltron rozparł się wygodniej w fotelu kapitana. Obserwował poruszający się wolno niszczyciel klasy Victory, który mijał wirujące w przestrzeni szczątki innego okrętu. - Kapitanie, nawiązano łączność z niszczycielem. Zeltron wzdrygnął się na dźwięk elektronicznego głosu jednego z droidów, które obsługiwały mostek. To rozwiązanie zostało wprowadzone jeszcze przez poprzedniego właściciela tej jednostki, by móc ograniczyć liczebność załogi niezbędnej do obsługi statku. Żywe istoty lepiej sprawdzały się w przeprowadzaniu abordaży i jako piloci myśliwców. - Widzę, że misja przebiegła pomyślnie - Zeltron uśmiechnął się do wizerunku Zabraka na monitorze. - Zgodnie z planem. „Demolisher” przechodzi do służby pod banderę Sojuszu - odparł Zabrak. – Trzeba mu będzie tylko wymyślić nową nazwę. Ta jest taka… Imperialna. - Jak zawsze w dobrym nastroju, co Tamir? - zaśmiał się Zeltron. – Do czasu aż nie wrócimy do reszty floty, „Coronet” jest okrętem flagowym. - Leczysz kompleksy, Zhuks? - tym razem to Torn się zaśmiał. – Mniejsza jednostka okrętem flagowym? - Liczę na to, że jak Imperium pofatyguje tu swoje tyłki to pomyślą dokładnie tak samo jak ty i najpierw będą walić w ciebie - odparł Zeltron. – Bez odbioru. Sprawdź tylko, czy ta część załogi, która dołączyła do Rebelii znów nie zmieni barw. - Zajmę się tym. Bez odbioru. Gdy wizerunek Zabraka zniknął, Zhuks zerknął na droida odpowiedzialnego za łączność. - Wyślij wiadomość, że droga na Kashyyyk jest czysta. Zespół może ruszać. ----------------- Kochani! Z przyjemnością informuję, że rekrutacja do sesji w klimatach Gwiezdnych Wojen oficjalnie została otwarta! Większość osób biorących udział w tej ankiecie pomogła mi podjąć decyzję co do okresu, w jakim będzie toczyła się akcja sesji. Mamy zatem Galaktyczną Wojnę Domową, czas najbardziej klasyczny z klasycznych. Jak dowiedzieliście się z intro, Gwiazda Śmierci została zniszczona. Gramy zatem już w tej części ABY, a dokładniej w 1 ABY. Z ważnych informacji: System: Star Wars D20 Saga Edition z następującymi dodatkami: -Starships of the Galaxy -Ultimate Alien Anthology -Arms and Equipment Guide -Galaxy at war -Galaxy of Intrigue -Rebellion Era -Scavenger's Guide to Droids -Scum and Villainy -The Clone Wars -The Force Unleashed -Threats of Galaxy -Unknow Regions Poziom postaci: 8 Ilość kredytów: Liczymy wg wzoru z podręcznika odpowiednio dla danej klasy+ jako bonus od MG, otrzymany wynik mnożymy x2 Współczynniki na skille: Rzucamy kośćmi zgodnie z instrukcją z podręcznika by wiedzieć ile pkt mamy do rozdysponowania Klasa zbanowana: Wszystkie klasy Force users Dostępne rasy: wszystkie z podręcznika podstawowego + te opisane w Ultimate Alien Anthology – te z listy zbanowanej (jest z czego wybierać ^^) Rasa zbanowana: Yuuzhan Vong (na wypadek, gdyby komuś przyszedł do głowy pomysł na jakiegoś zagubionego Vonga), Hutt, Gammorean, Miraluka Strona konfliktu: Sojusz Rebeliantów Historia Canon/Legends Legends z elementami Canon. Jeśli ktoś chce nawiązywać do Wojen Klonów to może czerpać z książek/komiksów/gier i obu seriali animowanych. Wolałbym, żeby w historii nie czerpać ze Star Wars Rebels, chyba, że ktoś NAPRAWDĘ musi. Zbanowana znajomość z postaciami: Załoga Ducha z SW Rebels, Galen Marek, Rahm Kota, Ahsoka Tano, klony (już po Wojnach Klonów) Karta postaci: -Imię i nazwisko -Wiek (nie daje ograniczeń, ale określając wiek postaci zerkajcie w podręcznik) -Pochodzenie -Rasa -Wygląd -Charakter -Znajomości -Historia Kwestie mechaniczną najwygodniej rozpisać w docu i podlinkować do KP. Liczba graczy: 3-5 Przewidywane tempo odpisów: Post MG min 1 na tydzień. Przy dialogach 24-48h, do ustalenia. Data zakończenia rekrutacji: 15.01.2017r z możliwości przedłużenia. Z innych informacji ważnych dla graczy: Na wstępie wolę uprzedzić, że lubię mieszać postaciom graczy. Na różne sposoby, mniej lub bardziej brutalne. Odwrócić życie o 180 stopni, by zaraz znowu coś w nim namieszać. Stąd duża prośba żeby mieć to na uwadze i nie podchodzić do swojej postaci jak do łatwo tłukącej się kulki, na którą należy chuchać i dmuchać. To wojna. Należy brać pod uwagę wszelkie okoliczności, w tym skrajne, w jakich wasze postacie mogą się znaleźć. A zainspirowany Rogue One będę się kierował tą samą zasadą co scenarzyści – zero rozczulania się nad postaciami. Także tak – zgonów jak najbardziej można się spodziewać, tak wśród NPC, jak i graczy. Jeśli tymi ostatnimi informacjami was nie odstraszyłem, to zapraszam serdecznie.
  3. My acolytes! BLEED THEM! Bleed them all! --Brother Blood
  4. Cześć! Mamy podforum, mamy już pierwszy temat służący do opisów postaci i to będzie temat, który chciałbym, aby został przez was w miarę szybko uzupełniony. Prosiłbym, żeby uzupełnić go o podstawowe informacje, jakie wasze postacie wzajemnie o sobie wiedzą uwzględniając informacje, które były zawarte w rekrutacji - jesteście drużyną już od pół roku. Mieszkacie razem, żyjecie razem i wspólnie walczycie ze złem. Co nie znaczy, że musicie wiedzieć o sobie wszystko Druga ważna sprawa - origin waszej drużyny. Ustalenia zrobimy na zasadzie napisania tego originu wspólnie, poprzez opowieść jak to było z waszego punktu widzenia. Stworzę do tego osobny temat, w którym ja rozpocznę historię tego originu, zadam kilka pytań i każde z was poprzez odpowiedzi na nie, będzie tworzyło dalszy ciąg tej historii. Taka zabawa na czas tworzenia mechanicznych części waszych postaci. Trzecia sprawa - skład zespołu. Do sesji dostało się czterech graczy. Mamy zatem cztery postacie, które tworzą zespół (kto wie, może ktoś będzie chciał dołączyć w trakcie?). Na razie jednak mam też propozycję dokoptowania wam jednego NPC, jako piątego członka zespołu. Pytanie do was, kochani gracze, co wy na to?
  5. Witajcie! Rebelia znów rekrutuje! Jesteśmy na takim etapie przygody, w którym mogę dołączyć do gry nową postać. Na chwilę obecną mam wolny slot na jedną osobę, preferowana postać specjalizująca się w walce, bo w tej chwili zespół właśnie specjalisty od sprawnego posługiwania się bronią potrzebuje. Dołączacie do zespołu w momencie, w którym postacie graczy dotarły do checkpointa przed dalszą podróżą i kolejnym etapem misji. Na pewno wasza postać przebywała na pokładzie Acclamatora "Coronet", a to jaką rolę dokładnie pełniła i jak się tam dostała - to już wasza rola. Trochę o samym statku -okręt, który pamięta jeszcze czasy Wojen Klonów; -wyróżnia się malowaniem - przez jego grzbiet, od dzioba, mniej więcej do połowy statku, pomalowany jest na zielono. W wielu miejscach farba już wyblakła, samo poszycie też nosi blizny po wielu starciach; -na pokładzie "Coronetu" można spotkać wiele droidów B1, z wymalowanymi na torsach insygniami Rebelii -dowódcą okrętu jest Zeltron imieniem Zhuks, jego pierwszym oficerem i jednocześnie małżonką jest Twi'lekanka imieniem Sab. Na pokładzie można się też natknąć na Mandalorianina - majora Ploora, na którego Zhuks i Sab mówią Tay, cała reszta zwraca się do niego "panie majorze". Do barwniejszych postaci należy również Zabraczka Krea, którą można spotkać głównie w hangarze. -w hangarach znajdują się, poza nowoczesnymi myśliwcami, także takie pamiętające okres Wojen Klonów -w hangarze znajduje się również frachtowiec YT-1300 "Mynock II" Co do czasów, w których toczy się gra, to tu niewiele się zmieniło Galaktyczna Wojna Domowa, 1ABY. Karta postaci: -Imię i nazwisko -Wiek (nie daje ograniczeń, ale określając wiek postaci zerkajcie w podręcznik) -Pochodzenie -Rasa -Wygląd (koniecznie z avkiem) -Charakter -Znajomości -Historia !!!UWAGA!!! Zmiana co do mechaniki! Pierwotnie graliśmy w SW D20, ale obecnie jesteśmy na etapie konwersji postaci na FFG czyli Age of Rebellion i Edge of Empire. EXPy do wykorzystania przy tworzeniu postaci to: startowe dla wybranej rasy+300XP. Kredyty do wykorzystania na ekwipunek: 3000. Czas na nadsyłanie kart - 04.05.2018 godz 20:00. Z pewnością o czymś zapomniałem, więc pytajcie śmiało. Serdecznie zapraszam.
  6. ... you just have to be born lucky, I guess. --Longshot (Mojoverse)
  7. Tajna baza Rebelii, Planeta Daalang, Mid Rim 1 ABY Podczas gdy flota była w ciągłym ruchu, gdy jej poszczególne części wykonywały swoje zadania, staczały bitwy w różnych częściach Galaktyki, oddziały specjalne i grupy uderzeniowe, przegrupowywały się tutaj, w jednej z tajnych baz Rebelii. Utworzona ledwie przed miesiącem, stanowiła zaplecze taktyczne dla grup szybkiego reagowania, oddziałów szturmowych, które miały brać udział w bitwach naziemnych zakrojonych na szeroką skalę, a także oddziałów specjalnych. To właśnie ci ostatni znaleźli to miejsce, zaadoptowali i doprowadzili do stanu, w jakim znajdowało się w chwili obecnej. To właśnie oddziały specjalne miały przed sobą zadania wykraczające poza zdolności i zakres obowiązków piechurów, czy pilotów. I to członkowie oddziałów specjalnych, zaraz obok pilotów myśliwców, byli uważani za najkrócej żyjącą formację w siłach Sojuszu. Mimo to, z ich szeregów nikt nie dezerterował, nikt nie rezygnował dobrowolnie. Za to ich szeregi często były zasilane nowymi rekrutami. Czasem bardzo nietypowymi jednostkami. Marco Ordo przebywał na Daalang już od tygodnia. Był jedną z tych osób, które zabezpieczały teren, pilnował perymetru i dokonywał wypadów w głąb lasów otaczających bazę. Przez ten okres zdążył poznać część załogi bazy, zarówno tej typowo militarnej, z którą zabezpieczał przedsięwzięcie, jak i tej technicznej, która utrzymywała bazę w stanie używalności. Miniony tydzień nie był szczególnie zajmujący. Baza Sojuszu pozostawała niewykryta, a on w każdej wolnej chwili korzystał ze swojej ulubionej rozrywki, odpływając w świat narkotycznych snów i wizji. To właśnie po ostatnim zażyciu narkotyków, dokładnie dwa dni temu, wpadł na jednego z techników obsługujących bazę. Adon'Rihe nie miał powodu, by wspominać to spotkanie z Ordo w sposób miły i ciepły. Pracował wtedy przy odsłoniętych przewodach, dokonując diagnostyki systemu cieplnego i podsystemów odpowiadających za dostawę wody. Skupiony na swojej pracy, nie zauważył nadchodzącego Mandalorianina, który nie do końca oprzytomniał po ostatnim odlocie jaki sobie zafundował. Otwarty właz serwisowy, wciąż przytępione zmysły i późna pora, gdzie pracowało tylko zasilanie awaryjne, wszystko to zwiastowało problemy. Stopa Marco trafiła w pustkę, ona sam wpadł do włazu, spadając na pracującego Adona. Efekt był taki, że obaj mężczyźni grzmotnęli twardo na dno kanału serwisowego, po drodze uszkadzając przewody i pozbawiając bazy dostępu do bieżącej wody na dwa dni. Dwa dni, które zakończyły się dzisiaj, gdy Adon dokonał karnej naprawy usterki. A Marco, jako współwinny, robił za jego asystenta i stracił cały zapas narkotyków, kiedy kapitan Dantels wraz z trzema szeregowymi, wpadła do kwatery Ordo i przewróciła ją do góry nogami. A teraz obaj, ku swej ogromnej radości, zostali wezwani do gabinetu generała Crackena. Lulu Banks, mimo czasowego odcięcia się od Rebelii, nadal miała w niej wielu znajomych. Właściwie to znajomych jej matki, którzy wciąż pamiętali Lulu jako małego brzdąca, którego było wszędzie pełno. Nie oznaczało to jednak, że od razu uwierzono w jej historię i tożsamość, że od razu przekazano współrzędne i wszystkie informacje niezbędne do odnalezienia bazy na Daalang. Przez blisko miesiąc, Lulu musiała pojawiać się we wskazanych miejscach, kontaktując się z osobami, które widziała pierwszy raz w życiu i odpowiadać na różne pytania. Z pozoru, dla postronnego słuchacza, nic nie znaczące, nie mogące stanowić żadnego zagrożenia dla Imperium i nie wzbudzające podejrzeń. Ot, dla każdego donosiciela Imperium, takie spotkania wyglądały jak spotkania Lulu z dawnymi znajomymi. Jednak pytania i historie jakie były opowiadane podczas nich pozwalały weryfikować tożsamość Banks, bo tylko prawdziwa Lulu mogła udzielić właściwych odpowiedzi na pytania, albo dokończyć rozpoczęte opowieści, czy poprawić niezgadzające się w nich fragmenty. Wszystko po to, by ostatecznie otrzymać współrzędne planety w systemie Daalang. Planety o tej samej nazwie co system i sektor, w którym się znajdowały. Lulu trafiła na Daalang dzięki pomocy jej szefa. Bley Dark nie był zadowolony z faktu, że Lulu go opuszcza, by podążyć ścieżką jej matki. Dark był zdania, że praca dla Rebelii jest niebezpieczna i niepewna, a zakończyć może się tylko nagłą śmiercią. Jednak mimo tego zdania, kilka razy szmuglował dla nich. Na kilku takich wyprawach, z samą Lulu za sterami jego zmodyfikowanego koreliańskiego frachtowca, zwykł mawiać, że robota dla Sojuszu może i jest bardziej ryzykowna i mniej opłacalna finansowo, ale zawsze gwarantuje zabawę. Na pokładzie frachtowca podróżował również HK-78, którego los, od jakiegoś czasu, związany był z kapitanem Darkiem. Dokładnie od momentu, w którym Bley Dark nie znalazł droida na jednej z zapyziałych dziur Zewnętrznych Rubieży. Dark naprawił HK, który w momencie odnalezienia przez kapitana, był tylko częściowo sprawny, a i praca u boku przemytnika bywała ciekawa. Zwłaszcza wtedy, gdy Dark dostarczał przeszmuglowany towar, a kontrahent okazywał się być nieuczciwym worem mięcha. Wtedy HK, towarzyszący Bley’owi jako droid protokolarny, stanowił użyteczne wsparcie ogniowe, niejednokrotnie pozwalając przemytnikowi cieszyć się zarobionymi kredytami i ocalonym życiem. HK-78 o Lulu Banks, pracując dla Bley’a Darka, kilkukrotnie pracowali już też ze sobą. Wiedzieli czego mogą się po sobie spodziewać i jedno wiedziało na co stać drugie. Nie było też wielkiego zdziwienia, kiedy Dark, po tym jak Lulu posadziła frachtowiec pośrodku bazy Rebeliantów na Daalang, przekazał HK pod zwierzchnictwo Lulu, czyniąc z niej priorytetowy cel do ochrony dla droida. Gdy tylko Lulu i HK-78 opuścili pokład frachtowca, jeden z żołnierzy poinformował ich, że są oczekiwani w gabinecie generała Crackena. Blue czekała już w ładowni transportowca GR-75, wraz z żołnierzami i członkami wywiadu, którzy mieli zasilić szeregi bazy na Daalang. Przydział tutaj, po tak długim okresie służby u boku generała Dodonny był dla niej wyraźnym sygnałem, że Sojusz zaczął jej ufać. Że przestali trzymać ją w jednym, zamkniętym miejscu, w którym oficjalnie nie była więźniem, ale nieoficjalnie tak właśnie mogła się czuć. Tutaj, na Daalang, miały na nią czekać nowe wyzwania i nowe zadania. Jej przeszkolenie i doświadczenie miały zostać właściwie spożytkowane. Na żołnierzy, którzy opuszczali trap, czekali już oficerowie, wyczytując nazwiska i wydając dyspozycje konkretnego przydziału. Wytężając słuch, nie wyłapała swojego imienia. Zamiast tego, zauważyła białowłosą kobietę, która podeszła do niej i przedstawiła się jako Winter Retrac. Winter oznajmiła po prostu, że Blue jest oczekiwana w gabinecie generała Crackena i zaproponowała, że ją do niego zaprowadzi. Gabinet generała Crackena był przestronnym pomieszczeniem. Ale nie dlatego, że został wybudowany tak, by zajmował więcej miejsca, czy z powodu próżności jego właściciela. Powodem była wolna przestrzeń, która się w nim znajdowała. Gabinet generała był urządzony wręcz spartańsko. Proste biurko, którego jedynym zadaniem miała być funkcjonalność nie zajmowało wiele miejsca, podobnie jak krzesła, których postawiono w gabinecie więcej niż było to konieczne. Przebywając tu, można było odnieść wrażenie, że albo generał nie zdążył się jeszcze do końca zakwaterować, albo jego gabinet został wybudowany większy, niż był w rzeczywistości potrzebny. Marco i Adon czekali w gabinecie sami. Byli pierwsi, ale nie kazano im długo czekać na resztę towarzystwa. Gdy drzwi otworzyły się z cichym sykiem, do wnętrza gabinetu weszła Lulu wraz ze swoim metalowym towarzyszem, droidem protokolarnym serii HK. We czworo musieli zaczekać jakieś pięć minut, by drzwi ponownie się otworzyły. Jednak to nie generał Cracken przez nie wszedł, a dwie kobiety. Przedstawicielka rasy Chiss i białowłosa aldeeranka imieniem Winter. To właśnie ta ostatnia zablokowała drzwi i stanęła za biurkiem, siadając w fotelu, w którym zwykł przesiadywać generał. - Jestem Winter Retrac, wywiad Sojuszu - przedstawiła się. – Na prośbę generała Crackena, udzielę wam wszelkich niezbędnych informacji, by misja, do której zostaliście przydzieleni, zakończyła się sukcesem. Wcisnęła jeden z nielicznych przycisków widocznych na blacie biurka, a w pokoju zapanował półmrok, rozjaśniony holograficznym wizerunkiem około pięćdziesięcioletniego mężczyzny. - To doktor Nycolai Kinesworthy - zaczęła Winter. – Znany i ceniony cybernetyk widziany był na audiencji u gubernatora sektora Mytaranor. Dwa miesiące później, widziano jak w eskorcie szturmowców, opuszcza Coruscant. Ostatnie miejsce, w którym widziano doktora to Kashyyyk - wizerunek mężczyzny zniknął, zastąpiony przez wirującą wolno zieloną kulę, przestawiającą ojczyznę Wookiech. – Kashyyyk to finalny cel waszej wyprawy. Wywiad donosi, że Imperium pracuje nad kilkoma nowymi projektami. Ponieważ doktor Kinesworthy do tej pory nie opuścił Kashyyyk, mamy wszelkie przesłanki ku temu, by uważać, że wcielono go do jednego z tych projektów lub przekazano nad takowym zwierzchnictwo - zrobiła krótką pauzę. – Ze względu na to, że Kashyyyk jest pod kontrolą Imperium, udacie się najpierw na planetę Lannik, tam wykradniecie imperialny wahadłowiec i dokonacie skoku na współrzędne, które zostaną wam przesłane na datapady. W punkcie wyjściowym będzie na was czekał niszczyciel klasy Victory I. Komandor Torn i komandor Derrycc ugoszczą was, pomogą uzupełnić zapasy i zmienić kody transpondera, byście, korzystając ze skradzionego wahadłowca, mogli wylądować na Kashyyyk. Podczas gdy mówiła, holoprojektor, zamiast planety, wyświetlił portery wymienionych przez Winter komandorów, z krótkim bio. Tamir Torn był Zabrakiem, który dołączył do Sojuszu niemal na początku jego istnienia, wcześniej walcząc z Imperium na własną rękę. Xan Derrycc, Zeltron był doświadczonym marynarzem, zbierającym szlify jeszcze w czasie Wojen Klonów. - Wasz cel to odszukanie doktora Kinesworthy’ego, zdobycie informacji na temat projektu, w który może być zaangażowany i sabotaż projektu.
  8. Kochani, Witam was serdecznie i oficjalnie! Po długiej rekrutacji i trudnym wyborze, doczekaliśmy się podforum. Sama przygoda ruszy jeszcze w ten weekend. Do tego czasu, otworzę wam temat na opisanie postaci i na inspiracje. No i, oczywiście, tutaj możecie dyskutować Niech Moc będzie z Wami!
  9. Rekrutacji... Hmm... dlaczego nie wpadłem na to, by tam tego poszukać? Wielkie dzięki za pomoc, co do nagrody to się dogadamy
  10. Dlar'ebune Widząc jak Salome sięga po owoce, Dlar nie był w stanie zapanować nad swoim brzuchem i głośnym burczeniem w nim. Jednak nie pozostało mu teraz nic innego, jak udawać, że nic nie słyszał, że wcale nie jest głodny i z godnością dokończyć tą rozmowę, by coś zjeść na stołówce. Nie zniży się do proszenia Salome o to, by go poczęstowała. To oznaczałoby kolejny, tym razem zupełnie niepotrzebny, dług. Wszak na Korriban nie ma nic za darmo. - To moje pierwsze działanie w przebraniu na wrogim terenie - odparł. - Sądzę jednak, że wiedza się przyda. Kogo unikać, komu salutować, po czym rozpoznawać rangi wśród strażników - wymienił. - Jeśli będę potrzebował kod dostępu lub kartę dostępu, by móc się poruszać, to również się przyda - ciągnął dalej. - Rozkład pomieszczeń? - zastanawiał się na głos. - Zmiana wart? Może istnieje tylko ograniczony czas, w którym mogę dokonać poszukiwań, by nie wzbudzić podejrzliwości?
  11. Byłem na 100% pewny, że wrzucałem do sesji cutscenkę z przejęcia tego niszczyciela klasy Victory, na którym teraz jesteście, ale przejrzałem całą przygodę, wszystkie 11 stron i nie widzę mojego posta z tą cutscenką... Czy tylko mi się wydawało, że takiego posta wrzucałem, czy wy go też widzieliście i on sobie po prostu zniknął? Also - kto go znajdzie i mi zalinkuje ten dostanie nagrodę. Jaką? A to już ustalimy indywidualnie
  12. Zgodnie z podręcznikiem - 100 xp maks
  13. @Lunatyczka ja chyba podświadomie wyparłem Twojego posta z info, że nie znasz mechaniki albo jak miałem otwarty telefon ze strefą, to dziecko mi odczytało tego posta, bo dopiero teraz go zobaczyłem Kiedy masz czas, żeby zacząć coś omawiać w tym temacie? @mroczek i @Therek - jak tam u was? Od Thorongila już dostałem, więc coś zaczęło w tym temacie się ruszać. I ja nie wiem, czy wam kogoś zaraz do tej scenki co piszecie nie wrzucę, żeby was jakoś rozruszać
  14. Garlen Sirja Przy Gabrielu jak zwykle kręciły się dziewczęta. Był dla nich wymarzonym klientem, młody i bogaty. Nadzieja na sensowny zysk i nieśmiałe marzenia o czymś więcej. Pani Rohe też miała słabość do chłopca więc nie miał nigdy problemu z wynajęciem apartamentu. Teraz też dostał dla siebie kilka pokoi z tarasem, tam właśnie poprowadziła go Pierwsza, kiedy tylko pojawił się w drzwiach. Dziwna to była pogoda na siedzenie na tarasie, prawie padało i niebo cały czas zachodzilo chmurami znad morza. Młodszy brat powitał go z szerokim uśmiechem. - Zajęty jak zawsze. Masz jeszcze jakiś czas żeby po prostu pożyć? Na swój sposób i z pewnych względów zazdrościć Gabrielowi. Był najmłodszy, więc ojciec najbardziej mu pobłażał. Do tego cieszył się zainteresowaniem dziewcząt pracujących u pani Rohe i każda liczyła na to, że dostąpi zaszczytu jego uwagi. Mniejsza odpowiedzialność, więcej uciech z życia. Ale Garlen pewnie miał podobnie w jego wieku. - Bardzo niewiele - odparł starszy elf, uśmiechając się szeroko do brata. Podszedł do niego i serdecznie wyściskał. - Taki już mój los, że wszyscy dookoła dbają o to, bym miał co robić. Ty, z tego co widzę, też jesteś... zajęty - rzucił z wymownym uśmiechem. Gabriel zaśmiał się. - Dziewczęta, zostawcie nas samych. Będzie o interesach a to nudne i smutne. Szkoda by było waszych uszu. Po chwili kiedy już byli sami młodszy Sirja zrobił krok do przodu i uściskał brata. - Gratuluję. Odpowiedział na uścisk i uniósł nieznacznie brew. - Wieści bardzo szybko się rozchodzą. Gabriel uśmiechnął się. - Po prostu mam swoje sposoby żeby wiedzieć co trzeba i wiedzieć szybko. Rodzina nam rośnie. - Tak, rośnie - przytaknął. - To jest powód, dla którego nawet ojciec przypłynął? - dopytał. Gabriel skrzywił się. - Nie wiem, nie powiedział mi. Co Charlotte i chłopcy na tę nowinę? Uniósł brew ku górze zaskoczony tą wieścią. Jednak najpierw skupił się na czymś innym. - Charlotte się cieszy. Ona lubi dzieci i żałuje, że nasi synowie już tak wyrośli, że nie może ich całymi dniami nosić na rękach - odparł z ciepłym uśmiechem. - A chłopcy… cóż, nie do końca wiedzą o co chodzi z tą całą ciążą. Próbowałem im to wyjaśnić, ale… nie jestem najlepszym nauczycielem w tej dziedzinie - dodał, drapiąc się z lekkim zakłopotaniem po tyle głowy. - Chcesz powiedzieć, że nie wiesz z jakiego powodu ojciec i Gilis tu przypłynęli? Pokręcił głową. - Ostatnio jestem na cenzurowanym. Nie mam pojęcie o co im chodzi, ale jestem. Garlen potarł podbródek w zamyśleniu. - Pewnie dlatego, że ty i ja jesteśmy za blisko - odparł. - Za dobrze się dogadujemy. Po prawdzie, jesteś jedynym członkiem rodziny, z którym utrzymuję regularny kontakt, i który zawsze jest u mnie mile widziany - dodał i zawiesił na chwilę głos. - Gabrielu, czy wiesz.... kto jeszcze z wami przypłynął? - dopytał. - Wiem, że królowa gości nie tylko naszego ojca i starszego brata. Młody skrzywił się. - Mag z Alinelli, wariat, lepiej trzymaj się od niego z daleka, zajmuje się trupami. Garlen ściągnął brwi. - Trupami… - powtórzył za bratem i zrobił kolejną pauzę. - Czekaj… nie powiesz mi chyba, że on jest tym specjalnym kupcem z Alinelli? Chłopak westchnął. - Z grubsza, ale ojciec nie chce powiedzieć co mu właściwie sprzedajemy - Chwila, chwila - pokręcił głową. - Czyli on zabawia się z trupami, my mu coś sprzedajemy i nawet nie wiemy co? - dopytał. - Nie ma szans, że mu coś sprzedamy. MOŻE, jeśli się dowiemy co chce kupić. Ale tylko może. - Chcesz o tym pogadać z ojcem? Ja już sobie zdarłem gardło i mi wystarczy. Garlen otwierał usta, by coś powiedzieć, ale westchnął tylko ciężko i opuścił nieco ramiona. Zupełnie jakby uszło z niego powietrze. - Nawet jeśli obaj będziemy się przeciw temu buntować, to i tak niczego nie zmieni - uznał. - Jak już ojciec sobie coś wbije do głowy, to nic nie jest w stanie mu tego wybić. Jest uparty jak stary osioł... - mruknął niezadowolony. - A jeszcze Gilis na pewno go w tym wspiera, więc stoimy na z góry przegranej pozycji. Zamilkł na chwilę i wyszedł na taras, by oprzeć się dłońmi o balustradę. - Gabrielu, czy wiesz może coś o tym, by ojciec lub Gilis spotkali się ostatnio z Charlotte? - zapytał zamyślony. Gabriel milczał przez chwilę. - Nic jej nie zrobią, nie martw się. - Nic? - zapytał nieco ostrzej niż zamierzał. - Już zrobili. Dowiedziałem się, że Charlotte, jeszcze przed moim powrotem, poruszała się jakby ktoś ją pobił - przeniósł spojrzenie na brata. - To jest dla ciebie "nic" Gabrielu? Młodszy elf patrzył ze spokojem, może tylko pobladł trochę ale zachował spokój. - Cokolwiek się stało to nie byli oni. Po co mieliby robić jej coś złego? - Po co? - zapytał, unosząc nieznacznie brew. - Gabrielu, mówimy o Gilisie i naszym ojcu - przypomniał. - Najprawdopodobniej chcieli Charlotte coś przypomnieć. Lub za coś ją ukarać. - Nie możesz wszystkiego co złe zrzucać na nich tylko dlatego ze tu są. - Gabriel bardzo chciał brzmieć pewnie jednak nie wydawał się aż tak przekonany jak jeszcze chwilę temu. - Nie, nie zrzucam wszystkiego co złe - odparł. - Zrzucam to, w czym mogli maczać palce. Bo dokąd się nie pojawili, z Charlotte wszystko było dobrze - stwierdził, ściągając brwi. - I nie rozumiem dlaczego, skoro coś wiesz, ukrywasz to przede mną, Gabrielu. Gabriel spiął się. - Nie wiesz z czym chcesz zadrzeć - Więc może mnie po prostu oświecisz, bracie? - zapytał spokojnie. - Mam dość tych tajemnic. Dość tego, że ciągle ktoś coś przede mną ukrywa. Sekrety nigdy nie wyszły nikomu na dobre. Prędzej czy później wychodzą na jaw. - A rodziny też masz dość? - Dawno nie widział swojego małego brata tak poważnym. - Nie pamiętasz co zrobili Sill? - Co zrobili… - powtórzył, niemal wybałuszając oczy. - To sprawka ojca i Gilisa?! Przytaknął. - Nie do końca, raczej tych z którymi się zadają, atak na przyjęciu na pewno był za ich wiedzą… i przyzwoleniem. Próbowałem im się sprzeciwić w tajemnicy. Elf z którym wtedy tańczyła mógł... pomóc… - Skrzywił się, widać było na jego twarzy cień jaki wciąż odcisnęły na nim te wydarzenia. - Nie wiem jak się dowiedzieli ale to było ostrzeżenie i… - westchnął. - ...od tego czasu nic mi nie mówią. Garlen stał w milczeniu z niedowierzaniem wciąż malującym się na jego twarzy. Nawet przez chwilę nie przypuszczał, że tamten atak na balu w jakikolwiek sposób jest powiązany z jego starszym bratem i ojcem. - Wiesz… wiesz po co atakowali? - zapytał Gabriela. - Co chcieli osiągnąć poza wysłaniem ci ostrzeżenia? Gabriel pokręcił głową. - Pewnie coś chcieli, ale co? Nie wiem. Kontrolują informacje, które do mnie dochodzą. Elf westchnął. - To jest nas dwóch, braciszku. Acz tobie mówią cokolwiek, do mnie nie docierają żadne wieści. Nawet o tym, że przybyliście musiałem dowiedzieć się od osób trzecich - stwierdził. - Boję się jednak, że cokolwiek chodzi im po głowie, nie jest to nic dobrego. Atak na balu, na którym obaj byliśmy obecni i mogliśmy ucierpieć. Na którym mogła ucierpieć królowa - dodał. - Teraz to przebywanie w towarzystwie nekromanty i skrzywdzenie Charlotte... - odruchowo, bezwiednie zacisnął dłonie w pięści, a rysy jego twarzy stężały. Trwało to kilka chwil, ale uspokoił się. Milczenie też przerwał cichym, ale ciężkim westchnięciem. - Gabrielu, czy masz jakiś kontakt z tą czarodziejką, która opiekowała się Sil po ataku? Gabiriel milczał przez chwilę. - Chodzi co o Vanessę Resiren? Ostatnio trudno złapać z nią kontakt, ciągle jest w ruchu, ale myślę, że byłbym w stanie ją sprowadzić Garlen przytaknął. - Sprowadź ją, proszę - powiedział. - Zaznacz przy tym, że jest to sprawa pilna. Gabriel przekrzywił głowę. - Czego od niej potrzebujesz? - Jej magii - odparł elf. - Jej talentów i umiejętności. Chcę mieć pod ręką kogoś sprawdzonego i zaufanego, kto zna się na leczeniu. Gabriel westchnął. - Jest dobra, nie mam pojęcia na ile… obliczalna. - Jest czarodziejką, to chyba jest wpisane w ich sposób życia, prawda? Wzruszył ramionami. - I tak i nie, mają swoją własną politykę i… ona jest dziwna. - Dziwniejsza niż pomysły i działania naszego ojca? - zapytał z powątpiewaniem. - Nasz ojciec nie ożywia skał. - Ale jego znajomi ożywiają trupy - odparł wzruszając ramionami. - Jeśli mam wybór, to wolę takich znajomych, którzy ożywiają skały. - I po to ci ona? Skąd wiesz, ze ona też nie ożywia trupów? - A ożywia? - Nie wiem. - wzruszył ramionami. - Ale to można powiedzieć o każdym z nich. - Mimo wszystko jestem skłonny jej zaufać - odparł Garlen ze spokojem. - Bo tak samo jak o każdym z magów można powiedzieć, że ożywia trupy, tak o każdym kogo znasz można powiedzieć, że jest mordercą. Tylko w jednym i drugim przypadku to nie jest prawda. - Do czegop chcesz ją wykorzystać? Bo nie sądze żeby przybyła “tak na wszelki wypadek” Garlen ufał Gabrielowi zdecydowanie bardziej niż Gilisowi i ojcu. Jednak nie mógł być z nim szczery. Nie do końca. Bo w tle wciąż gdzieś toczyło się coś, co umykało Garlenowi. A Gabriel mógł chcieć wrócić w łaski ojca. Mógł chcieć mu zdradzić coś, co Garlen chciałby przed ojcem ukryć. - Anake - odparł z ciężkim westchnieniem. - Ciąża nie przebiega tak dobrze, jak to wygląda. Ściągnięcie tu tej czarodziejki, Vanessy, to był pomysł mojej żony. Po prostu... jest zbyt dumna i uparta, by sama o to poprosić - znów westchnął i spojrzał zatroskany na brata. Na twarz Gabriela natychmiast pojawiła się troska. - Coś się stało kiedy złamała nogę? - Uskarża się na bóle - odparł. - Wiesz jaka ona jest uparta. Przy wszystkich zgrywa twardą i niewzruszoną jak skała, na której stoi Gniazdo, a gdy nikt nie patrzy... - pokręcił wolno głową. - Anake nie mówi tego głośno, ale pewnie tak jak ja ma obawy, że może nie donosić ciąży. - Zdajesz sobie sprawę, ze z tym nie można tyle czekać?! Pani Rohe na pewno ma tu jakiegoś zaufanego lekarza, bo zgadzam się, ze temu który jest na usługach króloewj ufać nie możecie… zaraz jej zapytamy. - Gabriel - powiedział, zatrzymując zapędy brata. - Panikujesz bardziej niż ja. Anake jest w kontakcie z pani Rohe. Nalegała jednak na to, by ściągnąć tu Vanessę - zawahał się. - Nie tylko dla niej. Także dla mnie. - To jest coś czego nie możecie bagatelizować. - upierał sie młodszy elf. - Postaram się szybko ściągnąć Vanessę. Przytaknął. - Zachowaj to, proszę dla siebie - powiedział. - Nie mów Anake, co ci zdradziłem. A już w ogóle nie wolno ci powiedzieć ojcu. Możesz mi to obiecać? Gabriel uniósł brew. - Jeśli wam już odbija a dziecko sie jeszcze nie urodziło strach pomyśleć co będzie potem. - Będzie tylko gorzej - odparł z uśmiechem. - Raz już to przerabiałem z bliźniakami - stwierdził. - Teraz, kiedy dojdzie jeszcze ten malec... - westchnął, a w jego głosie pojawiła się czułość. - Już teraz ciężko mi się wypływa stąd na wiosnę, kiedy wiem jak długo nie będę się z nimi widział. A teraz będę zostawiał o jedno dziecko więcej. Pewnie wiosną będą mnie musieli odurzyć i nieprzytomnego wrzucić na pokład, żebym stąd w ogóle wypłynął - dodał z lekkim uśmiechem. Gabriel uśmiechnął się. - Charlotte to pewnie jakoś zorganizuje. Jest zdolna i nie z takimi rzeczami sobie radziła. - Wiem o tym - przytaknął. - Gdyby nie ona, nie odnosiłbym sukcesów. Gabriel pokręcił głową. - Nie jest aż tak źle. Ale… - zawahał się. - Jesteś jej życiem, całym życiem jakie wolno jej mieć biorąc pod uwage kim jest. Ty i chłopcy. - Wiem o tym, braciszku - powiedział. - Charlotte i Anake to dwie kobiety, na których mi zależy. Dwie, które kocham i dzięki bogom, obie o tym wiedzą i dogadują się ze sobą. - Masz więcej szczęścia niż rozumu. - Tak, z tym się nie będę kłócił, bo to prawda - przyznał z uśmiechem. - Nie wiem co bym zrobił, gdyby się nie dogadywały. Na moje szczęście Anake jest pod względem Charlotte bardzo wyrozumiała. Pod względem bliźniaków też. Gabriel przytaknął. - Anakę ma charakter i empatię, a to się nie tak często zdarza. Zazwyczaj kończysz z charakterną zołzą albo z empatycznym delikatnym stworzeniem. I w sumie obie te wersje to są dobre wersje bo może być duuużo gorzej. Czasami jestem ciekaw co mi się trafi. - Ojciec uwolnił cię już od zaręczyn z tą panną, co to uciekła z jakimś chłoptasiem, który wpadł jej w oko? - dopytał zainteresowany przyszłymi losami małżeńskimi brata. Gabriel uśmiechnął się krzywo. - Tak, jej rodzina zapłaciła mu i się uspokoił. - Czyli na razie nie ma jeszcze dla ciebie kandydatki? - dopytał nieco zaskoczony. - Zapewne nie trafiła się jeszcze żadna odpowiednia partia. - Na razie szuka chętnej dla Gilisa, to chwilowo priorytet. - Tak, dziedzic rodu - stwierdził Garlen. - Właściwie to dlaczego ja byłem pierwszy do ożenku? - dopytał zaintrygowany. - Skoro Gilis jeszcze nie ma małżonki, czy nie on powinien pojąć Anake za żonę? Nie żebym marudził, czy nie był zadowolony z tego, że to ja jestem jej mężem. Ale to po prostu trochę dziwne, nie sądzisz? Gabriel westchnął i skrzywił się zarazem. - Za słaba partia. Ojcu się wymyśliło że zrobi z niego króla. - Króla - w pierwszej chwili prychnął, po czym nagle doznał olśnienia i uderzył dłonią w barierkę balkonu. - To dlatego ojciec siedzi teraz cały czas na głowie królowej! Gabriel uniósł brew. - Myślisz? Garlen wolno przytaknął głową. - Król jest już sędziwy, królowa jest nie tylko młodsza od króla, ale i urody jej nie brakuje. Jeśli zabraknie króla, jeśli ojciec na jego miejsce będzie chciał wepchnąć Gilisa, to nasz braciszek może jeszcze dorobić się dziedzica z własnej krwi - kontynuował, coraz bardziej nakręcając samego siebie i wypluwając myśli, które krążyły mu po głowie. - A jak zapewnić sukcesję i to, że kolejnym królem będzie potomek Gilisa, a nie obecnie panującego króla? Dołączyć wyspy do wojny, na którą uda się książę i już z niej nie wróci. Po to ojciec tu przybył. Dlatego siedzi w gościnie u królowej. I po to ma ze sobą tego maga. Gabriel pokręcił głową. - Ładny plan, jest tylko jedno ale, ona nie może mieć więcej dzieci. - Skoro ojciec ma znajomego maga, który potrafi truchło ożywić, to i może sprawić, że królowa znów wyda na świat potomka - odparł Garlen. Młodszy przekrzywił głowę. - Chcesz żebym to sprawdzil? Garlen wahał się przez chwilę. Nie chciał narażać życia brata. - Dasz radę dowiedzieć się czegoś bez wzbudzania podejrzeń? - Nie mam pojęcia - wzruszył ramionami Gabriel. - Królowa - powiedział po chwili namysłu. - Sądzę, że od niej uda mi się czegoś dowiedzieć - stwierdził, skubiąc się w podbródek. - Ale najpierw będę musiał spotkać się z jej synem. On też może coś wiedzieć. - Jak ci się układa z młodym księciem? - Dobrze - przytaknął. - Przez ten czas spędzony tutaj stałem się jego opiekunem, a także przyjacielem i powiernikiem. - I co on na całe to zamieszanie wokół matki? - Tego jeszcze nie wiem - przyznał. - Mam się z nim dopiero spotkać i porozmawiać na ten temat. Wczoraj wróciłem, nie miałem jeszcze okazji spotkać się z księciem. Gabriel milczał przez chwilę. - Ojciec interesował się tym twoim wyjazdem. - Jestem pewny, że strasznie zmartwił się tym, że popłynąłem ja, a nie Anake. Gabriel westchnął. - Był przejęty, on nie jest potworem, wiesz? - Nie twierdzę, że jest - odparł. - Ale wiem dlaczego był tak przejęty, Gabrielu - dodał. - Bo wiedział na co się tam natknę. Co będzie na mnie czekało. - A co się tam właściwie stało? Charlotte nie chciała nic mówić kiedy ją ostatnio widziałem. - Nie tyle nie chciała, co nie miała co powiedzieć - odparł Garlen. - Nie powiedziałem jej co tam zaszło. W szczegóły nie będę się wdawał, ale poznałem z dość bliska twory przyjaciela naszego ojca. Młodszy Sirja pobladł nieznacznie. - Co przez to rozumiesz? - To, że ledwo uszedłem z życiem bo coś co wyglądało jak zlepek zwłok urządziło sobie na mnie polowanie. - Nie wiem czemu uważasz ze to był on. Nie opuszczał dworu nawet na chwilę - sprzeciwił się Gabriel. - Intuicja, Gabrielu - odparł wzruszając ramionami. - Nauczyłem się jej ufać już jakiś czas temu. - Jak sie oskarża kogoś o takie rzeczy przydałyby się twarde dowody. - Nie wysuwam żadnego oficjalnego oskarżenia - przypomniał. - Dzielę się swoimi spostrzeżeniami i przypuszczeniami z bratem. Nie wytaczam nikomu procesu. Gabriel westchnął. - Dobrze… trzeba będzie to sprawdzić. – Przez chwilę milczał, odwracając pierścień na palcu, po czym ściągnął go i podał Garlenowi. – Wymieńmy się, bo coś mi mówi, ze planujesz wpakować się w coś głupiego. - I z tego powodu mam ci dać pierścień, którym można kontrolować Charlotte? - zapytał z powątpiewaniem. Gabriel westchnął. - Szczerze… to nie wiem kogo można nim kontrolować. Wiem, że ten… - podrzucił swój. - Zwinąłem kiedyś Gilisowi po tym jak okazało sie, że mój nie kontroluje wszystkich niewolników. Konkretnie naszej ochrony. - skrzywił się. - Gilisowy kontroluje. Podejrzewam też, że może kontrolowac więcej. I przyda ci się. - Boisz się, że nasza ochrona może zostać wykorzystana przeciwko nam i dlatego mi go dajesz? - dopytał. Gabriel przytaknął ponuro. - Albo i gorzej. Bo nie oszukujmy sie Gilis ma największe uprawnienia z nas trzech. Nigdy też nie waha się z nich korzystać. - Jest najstarszy i jest oczkiem w głowie ojca - odparł Garlen. - Do tego ma paskudny charakter... - mruknął. - Mam złe przeczucia, braciszku - przyznał. - Gdzieś pod skórą czuję, że niedługo zacznie się przelewać krew i nasza rodzina będzie gdzieś w centrum tego wszystkiego. - Tym bardziej przyda ci się przewaga. - A co z tobą? - zapytał z troską. - Gilis mnie będzie jako ostatniego podejrzewał o kradzież swojego pierścienia, jeśli odkryje, że ten który obecnie posiada nie kontroluje wszystkich niewolników. Gabriel uśmiechnął się. - O mnie się nie martw, umiem sobie radzić z Gilisem. A z ożywionym zlepkiem zwłok? - nie powiedział jednak tego, zostawiając to swoim myślom. Na głos zaś dodał: - Kiedy przyjdziesz odwiedzić swoich bratanków? - zapytał, powoli kierując rozmowę ku końcowi. Najmłodszy Sirja uśmiechnął się jeszcze szerzej. - A kiedy macie wolne popołudnie żeby mnie zgarnąć na obiad? - Jutro? - zapytał z lekkim uśmiechem. - No chyba, że do jutra nie opędzisz się od tych wszystkich piękności - dodał rozbawiony. - Zależy, może skończyć mi się kieszonkowe. Niemniej jutro to dobry dzień. Garlen zaśmiał się krótko, radośnie. - Bądź mniej rozrzutny to na dłużej je utrzymasz - stwierdził. - Albo znajdź żonę sam, skoro ojciec na razie skupiony jest na Gilisie. - Jak spotkam kogoś sensownego to się zastanowię… i jak ojciec pozwoli mi samemu zarządzać własną częścią majątku. - Z tym zarządzaniem majątkiem to jest tak, że najpierw na wszystkim ręce trzyma ojciec, a później żona, więc nigdy nie zarządzasz, braciszku - stwierdził z uśmiechem. - Zależy jaką żonę znajdziesz - Tak, to prawda - przyznał. - Zawsze możesz znaleźć cichą myszkę, która każde twoje słowo będzie traktowała jako wyrocznię, ale gdzie tu przyjemność? - zapytał z lekkim uśmiechem. - Ja z całą pewnością mogę uważać się za szczęściarza. Trafiłem bardzo dobrze i Anake nie traktuje mnie jako męża z przymusu, którego tylko toleruje. Niewiele aranżowanych małżeństw ma tyle szczęścia co moje. - Obym też miał takie szczęście – stwierdził Gabriel i zerknął na drzwi za którymi zniknęły kurtyzany. – Na razie planuje się cieszyć tym co mam.
  15. Sureshot Dick nie wyglądał na udobruchanego. Właściwie między nim a Batwoman dało się wyczuć napięcie, jakby każde z nich czekało na kroplę, która przeleje czarę goryczy. Brakowało tak niewiele… Oboje mieli swoje racje i oboje nie chcieli przyznać, że druga strona może mieć inne zdanie. Batwoman myślała wyłącznie o Gotham. Nightwing natomiast zdawał sobie sprawę z tego, jak trudno będzie zrezygnować z roli, w której znajdzie się nawet na krótką chwilę. Batcave już czekało. Nie był to pierwszy raz, gdy Sureshot znalazł się w tym miejscu. Zapewne nie był to również ostatni raz. Teraz jednak miejsce to wydawało się być jedynie przystankiem. Przystankiem, z którego miała ich zabrać Liga sprawiedliwych. Nightwing nawiązał połączenie z Ligą. Nie upłynęło więcej niż kilka, może kilkanaście sekund, gdy mrowienie skóry zapowiedziało teleportację. Sureshot nigdy dotychczas nie był w siedzibie Ligi. Właściwie nigdy nie był w kosmosie. Za rozległymi oknami mógł oglądać przestrzeń kosmiczną, jednak nie mógł zbyt długo cieszyć się widokami. Na tle barwnej przestrzeni bowiem przy długim zaokrąglonym stole siedzieli członkowie Ligi. Ich spojrzenia przesunęły się po przybyszach. - Dziękujemy, że do nas dołączyliście – jako pierwszy odezwał się Superman. Miejsce obok niego było wolne. Z jakiegoś powodu Sureshot był niemal pewny, że należało do Batmana. - Nie mieliśmy wyjścia – odparował Nightwing. - Zawsze jest wyjście. I zawsze są decyzje, które należy podjąć – Superman nadal zachował spokój. To była jego pierwsza teleportacja. I musiał przyznać, że było to dość osobliwe odczucie. Zwłaszcza teraz, gdy stał już pewnie na nogach, czując twarde podłoże. Żołądek na chwilę podjechał mu do gardła, w ustach poczuł charakterystyczny, nieprzyjemny posmak i zakręciło mu się w głowię. Na tyle, że musiał na kilka chwil wesprzeć się na stojącej obok Batwoman. Kiedy mu przeszło, stanął o własnych siłach i rozejrzał się nie tylko po przestrzeni za oknem, ale po osobach znajdujących się przed nim. Zasiadających przy stole. Jego wzrok na dłuższą chwilę zatrzymał się na pustym miejscu. Miejscu, które musiało należeć do Batmana. A ta pustka aż raziła. - Udało się wam coś ustalić na temat ciała? Na przykład to jak to się stało, że w ogóle ktoś je wykradł? - Gdybyśmy wiedzieli, jak ktoś wykradł ciało, wiedzielibyśmy również kto to zrobił - odparła Wonder Woman. - Joker coś wie, ale nie udało nam się niczego od niego dowiedzieć. - Próbowaliście z Harley? - Tak. Odmawia udzielenia jakichkolwiek odpowiedz. - Kto próbował z nią rozmawiać? I w jaki sposób? - Nightwing - odparł Superman. Spojrzenia członków Justice League spoczęły na protegowanym Batmana. - Nie miałem wielu możliwości. Po rozmowie z Sureshot domagała się kucyka. Sureshot zaśmiał się słysząc żądanie Harley. - I odmówiłeś jej kucyka? Jak mogłeś, ty draniu bez serca? - zapytał wciąż z rozbawieniem w głosie. - Porozmawiam z nią. I z Jokerem też - dodał. - Sądząc po zajściu podczas procesji to chyba dobrze wychodzi mi wyprowadzanie go z równowagi. Wiem nawet jak to zrobić. - Joker jest w Arkham Asylum. Byłoby dobrze gdyby sam Batman się tam pojawił. Sureshot niemal słyszał, jak Nightwing zazgrzytał zębami. - Pojawi się - odparł, nim Nightwing miał okazję w jakikolwiek sposób zareagować czy się odezwać. - Jeden raz. Pojawi się, wszyscy go zobaczą i upewnią się w tej iluzji, którą wszyscy chcą stworzyć. - A co później? - o dziwo, Superman skierował to pytanie do Sureshot. Wzruszył ramionami w odpowiedzi. - I tak chcieliście tylko kupić czas. Skoro chcieliście kupić czas, to znaczy, że mieliście ku temu powód. Jakiś pomysł, który wymaga tego czasu, by móc go wprowadzić - odparł. - Być może później, jeśli naprawdę nie macie pomysłu, przyjdzie czas na kłamstwo związane z wysłaniem Batmana na tajną misję. Być może w międzyczasie pojawi się ktoś, kto zdecyduje się wziąć na barki to brzemię i dobrowolnie, bez niczyjego nacisku, założy tą maskę? - Nightwing? - tylko tyle. Tylko to jedno słowo zawisło między Supermanem a Dickiem. - Zrobię to - odparł niechętnie. Kryptończyk skinął głową. - Rozmawiałeś z Harley. Czego się dowiedziałeś? - ponownie zwrócił się do Sureshot. Wzruszył ramionami w odpowiedzi. - Nic przydatnego póki co. - Spróbujcie czegoś się dowiedzieć. Joker ma wiele wspólnego z kradzieżą ciała, ale to prędzej Harley zacznie mówić. - Moglibyście też w międzyczasie wykorzystać zaawansowany technologicznie sprzęt, który macie i zrobić skanowanie Ziemi - odparł Sureshot. Z całym szacunkiem dla Supermana, ale nie podlegał jego jurysdykcji i słuchanie jak ten wydaje mu polecenia trochę go irytowało. - Już nad tym pracujemy - odparł Martian Manhunter. Być może wyczuł nadchodzący konflikt. - To dobrze - przytaknął, a następnie znów spojrzał po twarzach JL. - Coś jeszcze? Członkowie Ligi spojrzeli po sobie. Czy coś ukrywali? A może nie przygotowali się wystarczająco dobrze do tej rozmowy. - Nie, to wszystko - odparł Superman. Czy spodziewał się czegoś więcej po tym spotkaniu z Ligą? Zdecydowanie tak. Czegoś więcej niż zwykłego przesłuchania, by mogli dowiedzieć się tego, czego chcieli się dowiedzieć. By usłyszeli to, że zyskali na co liczyli i czego oczekiwali. Czy liczył na jakieś podziękowania? Na cokolwiek innego niż zwykłe zaakceptowanie przez Ligę, że zostanie wykonane to, na co liczyli? Tak. Najwidoczniej niepotrzebnie. Stojąc tu przed nimi, teraz, tuż po tym... przesłuchaniu, bo trudno mu było na to inaczej patrzeć, czuł ogromną przepaść pomiędzy nimi, zasiadającymi przy stole, a ich trójką stojącą tutaj. Po co w ogóle ich wzywano, skoro ta rozmowa równie dobrze mogła odbyć się na odległość? Liga była tak małostkowa, że chcieli zrobić na nich wrażenie? W subtelny sposób wywrzeć presję? Nie rozumiał tego i chyba nie do końca w tej chwili miał ochotę to zrozumieć. - To chyba możemy wrócić i zacząć robić swoje, nie? - rzucił w powietrze, do nikogo konkretnego. Superman skinął głową. Zanim zdążyli coś dodać, znowu byli w Batcave.
  16. Co prawda to studenckie dzisiaj, ale dzisiaj
  17. Czy Gargoyle zgadzał się z Glazem, czy tylko gryzł się w język, żeby nie doprowadzić do kłótni pomiędzy dwójką młodych bohaterów - trudno powiedzieć. Odwarknął tylko gniewnie i niezrozumiale lodowemu Tytanowi, rozpostarł szeroko skrzydła i jako pierwszy z zespołu zaczął opuszczać ten teren. To było jak sygnał dający znać, że zadanie zostało wykonane i można było wracać. Tak też zadecydował Nightwing. Tytani nie wrócili jednak od razu do swojej Wieży. Najpierw zrobili przystanek w więzieniu specjalizującym się w przetrzymywaniu przestępców, mogących sprawiać większe problemy niż zwykle. Po odstawieniu zatrzymanych członków HIVE, w tym Bane'a i tą, którą nazywano Mother Mayhem, Tytani wrócili do Wieży. Jednak nie dla wszystkich powrót oznaczał możliwość udania się do łóżek. Nightwing kazał Kraris zostać w T-Jecie, co oznaczało, że ma zamiar zdradzić jej jaka będzie jej kara za ryzykowną samowolną akcję. Jego milczenie i nie rozpoczynanie tematu, póki pozostali Tytani znajdowali się w T-Jecie, lub w ogóle w hangarze, było wyraźnym sygnałem dla reszty Tytanów, że sprawa dotyczy tylko Nightwinga i Emerald Guardian. To miała być krótka noc dla młodych bohaterów, a dla Kraris jeszcze krótsza. San Francisco High Security Prison, Prison Island, San Francisco Bay, San Francisco 2 października 2020 roku, godz 08:30 (Who, Josiradei, Hornet i Red Arrow) Więzienie o zaostrzonym rygorze, a także o podwyższonej ochronie zostało zaprojektowane na wzór takich ośrodków jak Belle Reve czy Arkahm Asylum. Jako bazę dla tego więzienia wykorzystano Alcatraz, które zostało zmodernizowane o najnowocześniejsze zdobycze techniki, włączając w to obroże tłumiące moce. Technologiczne cuda produkowane przez Wayne Industries czy Lexcorp miały tutaj zastosowanie w praktyce, zaś niemal w całości, zostało to ufundowane przez Maxwella Lorda. Lord, mimo niechęci względem Teen Titans, był człowiekiem pragmatycznym, który nader wszystko, chciał chronić swoje miasto. Sam twierdził, że dlatego, że to jego dom i ludzie w to wierzyli, natomiast gro osób zdawało sobie sprawę, że chronienie San Francisco poprzez odpowiednie zabezpieczenie więźniów aresztowanych przy pomocy Teen Titans, leży w interesie Lorda. Bez względu na to jaka była prawda, więzienie spełniało swoją rolę. Nowa część Teen Titans przybyła na miejsce na pokładzie łodzi motorowej znajdującej się na wyposażeniu Titans Tower. T-Boat bez wątpienia było najszybszym pojazdem wodnym w zatoce San Francisco i możliwe także, że na wodach z nią sąsiadujących. Podróż nią była nie tylko szybka, ale i komfortowa, zaś w razie zagrożenia, okręt był też uzbrojony. Gdy jeden ze strażników prowadził czworo Tytanów korytarzami więzienia w kierunku miejsca, gdzie miało odbyć się przesłuchanie, dało się wyczuć nerwową atmosferę. Gdy Red Arrow zapytał o to oprowadzającego ich strażnika, ten odparł, że to z powodu ich nocnej wizyty i Josiradei'a. Ci więźniowie, których Tytani dostarczyli w nocy opowiadali z przerażeniem o tym, co ich spotkało. Nawet Bane wzdrygał się na samo wspomnienie, a przecież był osobą, która musiała dużo widzieć w swoim życiu i w swoim fachu. Kiedy wyszli zza zakrętu, niemal wpadli na dziewczynę o ciemniejszej, nieco egzotycznej karnacji, rudych włosach i brązowych, niemal karmelowych oczach. Choć miała na sobie cywilne ubranie, przy pasie znajdował się olster, w którym spoczywał Glock. Do pasa miała także przypiętą odznaką policji San Francisco. - Detektyw Ciara Nichols - przedstawiła się szybko, przyjemnym dla uch głosem. - Więźniowie są już gotowi do przesłuchania. Ponieważ przypisano mi sprawę tych ataków, chciałabym być obecna podczas przesłuchań. Mam nadzieję, że to możliwe i niczego nie komplikuje? ARGUS HQ Nitro, Richmond, California 2 października 2020 roku, godz 08:30 (Glaze, Emerald Guardian, Shoxx, Nymph) Nitro, dzielnica Richmond znajdująca się na półwyspie wcinającym się w zatokę San Francisco niczym ostrze noża. To tutaj, na odgrodzonym terenie, znajdowała się placówka ARGUS. Trudno powiedzieć, by było to ściśle tajne miejsce. Cały teren otoczony był wysokim ogrodzeniem, na którym, co kilka metrów, wisiały tabliczki ostrzegawcze z logo ARGUS. Sam teren był też pilnowany przez grupki żołnierzy w budkach strażniczych, do tego był tylko jeden wjazd na teren siedziby. To były te środki ochrony, które były widoczne. Tych niewidocznych, a nie mniej, o ile nie bardziej groźnych, musiało być tutaj całe mnóstwo. W końcu był to teren rządowy, a samo ARGUS powstało na podwalinach rozwiązanego Cadmus. Innymi słowy - technologia, której tu używano była nie gorsza niż ta posiadana przez Justice League, dodatkowo wspomagana przez pracowników STARLabs, z którym ARGUS ściśle współpracowało. I to właśnie tu przetrzymywano Terror Titans. T-Jet, po wcześniejszym otrzymaniu zgody od kontroli lotów, osiadł miękko na wyznaczonym lądowisku. Powitało ich troje żołnierzy - dwóch szeregowych w pełnym uzbrojeniu, z naszywkami ARGUS na ramionach i kobieta w stopniu sierżanta, mająca ich oprowadzić. Dla nikogo nie było wątpliwości, że ci żołnierze bardziej niż oprowadzeniem Tytanów, mieli zająć się pilnowaniem, by młodzi bohaterowie nie wałęsali się po ośrodku i szli tylko tam, gdzie ARGUS chciało, by szli. Te korytarze, którymi zostali poprowadzeni, były puste. Można było wręcz odnieść wrażenie, że siedziba jest opustoszała, a żołnierze na zewnątrz mają tylko pozorować jakąś aktywność na tym terenie. Jednak wszystko się zmieniło, gdy zjechali na poziom 3F. Wystarczyło, że przekroczyli próg, a ich oczom okazali się krzątający się pracownicy ARGUS. W większości byli to naukowcy, zapewne też jacyś wyżsi rangą oficerowie i tylko kilku szeregowych żołnierzy. Była też porucznik Lyla Michaels-Diggle, którą Tytani mieli okazję poznać w Lord's Palace, gdy przybyła zabrać stamtąd Terror Titans. - Wielki dzień, hm? - zaczęła. - Dziękuję pani sierżant - kobieta i dwoje żołnierzy zasalutowało i oddaliło się ponownie do windy. Lyla skupiła się całkiem na stojących przed nią bohaterach. - Wierzę w wasz rozsądek, a przynajmniej w to, że niektórzy z was go posiadają. Żadnego chojrakowania. Macie szerokie plecy w postaci Batmana, ale nawet on was nie uchroni przed aresztowaniem jeśli w kierunku jakiegokolwiek pracownika ARGUS polecą groźby. Nawet zawoalowane. Rozumiem, że nie podoba wam się to, że zgarnęliśmy waszą zdobycz, ale tak czasem bywa. Wierzcie lub nie, lecz znajdujemy się po tej samej stronie - zrobiła krótką pauzę. - Jakieś pytania, czy możemy zaczynać? "Rosie's Restaurant", San Francisco 2 października 2020 roku, godz 08:30 (Gargoyle, Nightwing) "Rosie's Restaurant" nie była tak naprawdę restauracją. To bardziej przypominało klasyczny amerykański bar mleczny, do którego najczęściej chadzali stali bywalcy, a w porach lunchu, pracownicy pobliskich biur. Jednak rano było tu niemal pusto i pewnie dlatego Grayson wybrał to miejsce na spotkanie. Dick szedł w swoim cywilnym stroju. Tego dnia miał na sobie klasyczne jeansy, do tego jasną koszulkę polo i sportowe obuwie. Wyglądał jak typowy student, których w San Francisco nie było wcale tak mało. Nie wyróżniał się niczym i nic nie zdradzało, że zwykł nosił jeszcze inny kostium i maskę na twarzy. August też wyglądał normalnie, dzięki czemu żaden z nich nie przyciągał niepotrzebnej uwagi. Do tej pory, do momentu aż nie weszli do lokalu, Sutton nie wiedział z kim mają się spotkać. To się jednak zmieniło, kiedy Richard ruszył w kierunku jednego ze stolików. Siedząca przy nim dziewczyna, na oko w wieku Graysona, uśmiechnęła się do nich, gdy tylko ich zobaczyła. Podniosła się z miejsca i gdy tylko podeszli, przytuliła Dicka na powitanie, a Augusta obdarzyła ciepłym, promiennym uśmiechem. Eleganckie spodnie, biała bluzka i czarna marynarka były raczej strojem biznesowym, odbiegającym od tego, co mieli na sobie obaj Tytani. Być może znajoma Nightwinga urwała się z pracy na to spotkanie. Tak można było pomyśleć i tak pewnie pomyślałby każdy, kto spojrzałby w ich kierunku. August był jednak pewny, że gdzieś już widział tą dziewczynę, tylko nie był pewny gdzie. Elementy układanki wskoczyły jednak na swoje miejsce, gdy brunetka się przedstawiła. - Zatanna - wyciągnęła do Augusta dłoń na powitanie. - Dick opowiadał mi trochę o tobie i myślę, że mogłabym ci pomóc. Potrzebowałabym jednak usłyszeć wszystko od początku. Jak TO dokładnie się stało?
  18. Aruna jest na powrocie z delegacji wiec przez weekend post sie pojawi
  19. Post sie pisze i zapewne dzis wieczorem sie pojawi
  20. mgbg

    Niestety, ale też spodziewałem się, że do tego powoli zdążamy. Z jednej strony szkoda, bo lubiłem moją postać i generalnie ten playbook, ale z drugiej to wszyscy widzieliśmy jak to ostatnio opornie szło, ile każdy zwlekał z odpisem itp. Dlatego, mimo wszystko, uważam, że lepiej zakończyć to teraz, w tym momencie i zostawić miłe wspomnienia niż próbować pociągnąć dalej, gdzie sytuacja mogłaby się pogorszyć i mogłoby dojść do kłótni. Dzięki za sesję i spróbowanie, mimo wszystko, czegoś nowego. No i gratki dla Thomasa, który podbił level postaci A teraz pytanie moderatorskie, sesję można już przenieść do Cienia?
  21. Czy będziecie mieli coś jeszcze do dodania do naszego więźnia/Nightwiga? Domyślam się, że Who może chcieć odpowiedzieć na jego pytanie ale co z resztą? Jeśli nie, to chyba możemy szykować się do przeskoku do przesłuchań, prawda?
  22. Dlar'ebune - Zignorować - odparł z tym samym wyrazem twarzy, który rysował się na jego obliczu niemal przez całe spotkanie. Z tym pozornym spokojem graniczącym z obojętnością, który był jedną z jego cech charakterystycznych. - Po pierwsze planowałem doprowadzić do eksplozji na lądowisku lub w hangarach, ale raczej w hangarach. Eksplozja wprowadziłaby chaos i zamieszanie, które umożliwiłyby start i przelot na lądowisko, które mnie interesuje. Jednak zwrócono mi uwagę, że po tej eksplozji stałbym się oczywistym celem dla wszystkiego, więc przez myśl przemknął mi po prostu przelot z punktu A do punktu B - mówił spokojnie, rzeczowo. Niemal jakby zdawał raport starszemu stopniem. - Większość baterii przeciwlotniczych jest skierowana poza Akademię. W końcu wszyscy spodziewają się nalotu z przestrzeni, nie z powierzchni planety, a już na pewno nie z terenu samej Akademii. Zanim te baterie skierowałyby się w stronę pilotowanego przeze mnie wahadłowca, byłoby już za późno, by przeprowadzić efektywny ostrzał. Zaś te, które są mniejsze i miałyby większe szanse na szybszą reakcję i na trafienie byłbym w stanie wymanewrować - tego ostatniego stwierdzenia nie był całkowicie pewien, ale wierzył w swoje umiejętności pilotażu na tyle, by chociaż spróbować. Nawet pomimo faktu, że pilotowałby wahadłowiec, który siłą rzeczy jest mniej zwrotny niż myśliwiec. - Nie zostałbym zniszczony w powietrzu. Co najwyżej wahadłowiec uległby uszkodzeniu i zostałbym strącony, a nawet wtedy miałbym spore szanse na doholowanie go na lądowisko. Ucieczka tą samą drogą i tak nie wchodziłaby w grę - przyznał. Widział luki w swoim rozumowaniu. Byłby naiwnym głupcem, gdyby ich w ogóle nie dostrzegał. A tacy giną szybko. On nie miał zamiaru umierać tutaj w pierwszych dniach pobytu. Miał zadanie do wykonania. Liczyła na niego cała jego rodzina. Był to też winny ojcu, by przeżyć. Dlatego zwrócił się do Salome z prośbą o pomoc. Dlatego był gotów zaciągnąć u niej dług, kolejny, bo liczył na to, że z jej pomocą jego szanse na zdobycie odznaki i przeżycie rosły. - Jednak - ciągnął dalej. - Nie mam klapek na oczach. Nie jestem też uparty. Jeśli widzę, że są inne sposoby na osiągnięcie tego samego celu, które mają większe szanse na powodzenie, to po nie sięgam. Między innymi dlatego liczyłem na to, że wpadnę na ciebie gdzieś na terenie Akademii. Dlatego chcę zaciągnąć u ciebie kolejny dług. By wypełnić zadanie i przeżyć, aby móc ten dług u ciebie spłacić.
  23. Na jakim etapie jesteśmy? Tak w sumie to ze wszystkim - konwersja postaci, scenki itp?
  24. Candlestick Point State Recreation Area San Francisco Teren zamknięty - Glaze ma rację co do pojemności i tego ile osób musiałoby się tam zmieścić - odparł Nightwing. - To by oznaczało, że oni spodziewali się znaleźć tu coś niewielkiego, co nie będzie wymagało dodatkowej przestrzeni. Inaczej przybyliby tu większą liczbą pojazdów, niż tylko ten jeden - dodał, po czym przeniósł wzrok na Who. - W tej... wizji... widziałaś coś jeszcze? Tymczasem Glaze, jeśli liczył na to, że tabliczka w jakikolwiek sposób na niego wpłynie - przeliczył się. Nie było nic. Nie doznał żadnej wizji, nie poczuł zupełnie niczego. Tabliczka wydawała się po prostu zwyczajnym glinianym przedmiotem.
  25. Candlestick Point State Recreation Area San Francisco Teren zamknięty - Kobieta? - zerknął w kierunku nieprzytomnej w habicie. - Mówią na nią Mother Mayhem. I z tego co mi wiadomo, ona nie ma żadnych mocy. Chyba, że jakieś ukrywa - wzruszył nieznacznie ramionami. - Pracowałem dla HIVE. A baza, o którą pytasz znajduje się w Mount Diablo. Daleko na wschód stąd. Jeszcze za Oakland. - Szczerze wątpię, by przyszło nam walczyć z samym Lucyferem, Glaze - sceptycyzm był wyraźnie słyszalny w głosie Nightwinga. - Teraz wątpisz - stwierdził jeniec. - Przestaniesz, gdy staniesz z nim twarzą w twarz.