Jedi Master

Sidekicks
  • Ilość dodanej zawartości

    10111
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O Jedi Master

  • Ranga
    Mały Zielony Troll
  • Urodziny 18.07.1986

Contact Methods

  • Website URL http://

Profile Information

  • Gender Male
  • Location Warszawa

Ostatnie wizyty

3003 wyświetleń profilu
  1. Charlie - Skoczek... - mruknął Charlie lekko zawiedziony. - No nie, Polujacy Indyk wygrywa, sorki - podsumował. Kanagatucko kontra Billy, 1:0. Jedną ręką mieszając w garnku z gorącą czekolada a drugą w sosie do pizzy, przysłuchiwał się temu co dalej będą o sobie opowiadać ludzie. Wyszło, że miecz Loui'ego faktycznie był znany. Może nie tak jak inne wymienione wcześniej, ale w sumie ciągle coś o czym Charlie gdzieś tam słyszał. - Loui, a jakie moce ma ten miecz? - zainteresował się. - Dusza twojego przodka została w nim zaklęta? - dodał. Zdolności kolejnych osób też brzmiały ciekawie. Przemiana w mgłę, szklane pociski, szmanowanie... niezły zestaw. Tak czy siak to jednak Evey na razie najwięcej dawała wkoło znać swą mocą, a konkretnie skrzydłami. W pewnej chwili, gdy Neil odpowiadał Indykowi odnośnie Thora, Charlie aż musiał zanurkować by nie dostać jednym z nich po głowie. - Ej, Evey, te szczątkowe paluchy na przegubie to nie tylko ozdoba. Spróbuj ich użyć jak spinki do płaszcza. Otul się skrzydłami jak peleryną i zapleć te paluchy pod szyją. Powinno dobrze zadziałać - stwierdził tonem kogoś, kto wie o czym mówi. - Badass wygląd od razu zapewniony - zapewnił.
  2. Ja z legendarnym mieczem w dłoni to może coś w tym stylu: http://moziru.com/images/drawn-amour-white-knight-20.jpg Ja sam do końca pomysłu nie mam, ale jedno jest pewne - peleryna obowiązkowa.
  3. Ja na razie chciałbym dwa swoje SoLe rozdać: +1 dla Nyx +1 dla Thereka Oba głównie za całokształt, ale dokarmianie symbiota czekoladą oraz Polujący Indyk sprawiły, że nie mogłem już dłużej czekać z przyznaniem nagród.
  4. Charlie - Ałć, moja męskość też oberwała rykoszetem - Charlie wyszczerzył zęby do Evey udając, że kuli się jak po ciosie w klejnoty. - W sumie więc tutaj jestem Team Loui. Miecze są fajne. Nie wiem jak tot am z rycerstwem, ale eleganckie na pewno. Taki miecz przy boku albo na plecach? No po prostu +1000 do zajebistości! - stwierdził z niezachwianą pewnością. W międzyczasie zaś pojawił się chyba ostatni już brakujący do kompletu - Billy. - Czołem! - powitał go Charlie. - Generalnie impreza i przygotowanie do szamy. Kawa tam - wskazał ekspres - Ja gorącą czekoladę szykuję więc też podłączyć się możesz. Evey ogarnia czy da rade szybko pizzę zrobić a jak nie to alternatywne opcje. Rozważamy też o wyższości mieczy nad toporami. A do tego chwalimy się mocami. I imionami... Bo właśnie! Jak się tłumaczy twoje indiańskie imię? - zapytał z niewinnym uśmiechem indianina.
  5. Charlie - Polujący. Indyk. Nazywasz się Polujący Indyk - upewnił się Charlie i powrócił do swego naturalnego szerokiego uśmiechu. Wobec tego newsa wszystkie kwestie niebezpiecznych obcych i rasizmu odeszły na boczny tor. - To jest epickie. Nie obrazisz się jeśli częściej będę używał angielskiej wersji? - zapytał retorycznie Polującego Indyka. Gdzieś w międzyczasie zaś w jego dłoniach pojawiły się aż dwa kubki. No cóż, na nadmiar nie ma co narzekać. Zgarnął więc garnek, mleko z lodówki i czekoladę, którą ktoś z Avengers zachomikował w jednej z szafek. Będzie gorąca czekolada jak znalazł. - Z tym mieczem to dla dobra Evey lepiej by nie był po świętym Jerzym - zauważył. - Ale najbardziej zajebiste by było gdyby to był miecz He-Mana! - rzucił swój typ. - W sumie jeszcze Conan byłby super - dodał po chwili. Choć tak pewnie nie będzie. Pewność Louiego sugerowała, że to raczej coś pokroju Excalibura czy coś. Niby fajnie, ale... no miecz He-Mana to ciągle liga wyżej. - Ej, ale znalazłaś gotowe spody do pizzy? - tknęło go nagle gdy Evey przypomniała o jedzeniu. - Bo jak nie to czekanie na wyrośnięcie ciasta będzie trwało i trwało. Choć można też tosty zrobić takie a'la pizza tyle, że na pieczywie - zaproponował.
  6. Przynajmniej wiemy jak Groot by to skomentował.
  7. Charlie - Taki demon musiał by być bardzo głupi, mama by mu nie odpuściła potem. Ale w sumie to każdy może mnie zdradzić i zabić bo uzna to za korzystne - Charlie wzruszył ramionami. - Na przykład ty. Bo skoro już jedziemy stereotypami to skąd mamy wiedzieć czy nie chowasz sekretnej urazy przeciw białym, którzy zajęli ziemię twoich przodków i obrażają pingwiny? Ja jestem rudy więc pewnie zaprzedałem duszę diabłu. W sumie kiedyś za to ludzi palili! A potem podobne hasła szły jak ludzie się o mutantach dowiedzieli. Bo inni są, bo moce mają, niebezpieczni przez to są na pewno. Rejestrować, obroże pozakładać, pozamykać, wybić nawet - prychnął Charlie i chyba po raz pierwszy mogli go zobaczyć bez szerokiego uśmiechu na twarzy. - Każdy z nas jest kim jest, ok. Ale to dopiero początek przecież. I patrzcie, wszyscy tutaj trafiliśmy, do akademii. A chyba nie powiecie, że wszyscy zaczynaliśmy tak samo, nie? - nikły uśmiech wrócił na jego twarz. - No... to kto się pisze na płynną czekoladę? Wszyscy mi zawsze powtarzają, żeby kawy nie pić bo więcej kofeiny nie potrzebuję. Nie wiem czemu... - ruszył do szafek szukać jakiegoś fajnego kubka.
  8. Charlie Charlie poczuł się odrobinę zignorowany przez to, że cała uwaga skupiła się na wielkim potworze, ale w sumie... co z tego? W końcu to był wielki potwór. One przyciągają uwagę. Świat tak działa. Tym ciekawej było, że z tego co mówili pozostali, to był nie tyle potwór co Olek. Albo raczej i potwór i Olek, pakiet dwa w jednym. Przy czym ten pierwszy był niczym innym jak... kosmitą? To było coś. A jak Evey jeszcze zaczęła go dokarmiać czekoladą... no mistrzostwo świata. Wyglądało jednak, że nie wszyscy podzielali zachwyt Arcana. - Ej no, ludziska, tak oceniać jak go nawet nie znacie? - zdziwił się Charlie. - Nawet niektóre demony są sympatyczne jak się je bliżej pozna. A wierzcie mi, że w większości nie wyglądają jak materiał na mistera universe - zapewnił chłopak. - Dajmy mu szansę, co?
  9. rozdział 1

    Arcturus - No raczej, że jakiś handel tu kwitnąć musi. Nikt jeszcze nie rzucił się na nas z potrzeby zjedzenia świeżego mięsa. Do tego wiele z tego, co noszą ludzie mijani na korytarzach to rzeczy, które nie przeszły by odprawy. Trzeba tylko się zorientować kto, gdzie i czym obraca - zgodził się Arcturus. - Niemniej jednak chyba nie warto opóźniać wyprawy z tego powodu. Jeszcze jeden dzień na sucharach i filtrowanej wodzie wytrwamy. A może po drodze znajdziemy coś, co nada się potem na wymianę bo teraz niewiele mamy - zauważył młody Crow. - No a z treningami to zazdroszczę. Sam chętnie bym się dostał na szkolenie z walki mieczem, choć zobaczymy jak to będzie. Sama zdolność użycia mocy też może się przydać. Ciekawe jak tam wygląda przesiew chętnych - zaczął się zastanawiać, ale przerwał mu sygnał z komunikatora. - Oho... - mruknął widząc, że to od brata. - Sekundkę, ok? - przeprosił dziewczyny i zaczął pisać odpowiedź. W pierwszej chwili chciał zacząć od czegoś w stylu "przecież nikt mnie tu nie zabije zaraz po wylądowaniu", ale zawahał się. I to z dwóch powodów nawet. Po pierwsze nie chciał być złośliwy wobec Atonaia, który pewnie szczerze się martwił. Po drugie zaś... cóż, byli na Korriban. Tutaj zdecydowanie mógł go ktoś zabić zaraz po wylądowaniu. Ostatecznie więc wiadomość zyskała trochę inną formę. Hejka. Przepraszam. Miałem się zameldować na wieczór. U mnie na razie dobrze choć jutro rano planuję wyruszyć poza akademię na pierwszą misję od Nadzorcy, podeślę ci szczegóły później jakby co. U pozostałych też wszystko OK? Tak, to była dobra odpowiedź. I faktycznie Arcturus poczuł się trochę winny, że sam nie pomyślał o sprawdzeniu co u innych. Ale te poszukiwania, wyzwania, niebezpieczeństwa i wszystko inne... To wciągało, ekscytowało. Potem pewnie będzie boleć, ale na razie Arcturus cieszył się chwilą. - Macie jakieś dalsze pomysły na wieczór? - zapytał gdy już wysłał wiadomość. - Bo biblioteki zdecydowanie mam już dość. Lu, te wszystkie zajęcia mają jakieś grafiki czy inne rozpiski czy o wszystko trzeba podpytywać innych - zapytał uznając, że można się chociaż rozeznać w tych wszystkich szkoleniach jakich mógł się tu podjąć. Sprawdził też godzinę - nie chciał wracać za późno do pokoju by mieć jeszcze szansę pogadania ze współlokatorami nim ci pójdą spać. Mogli być nieocenionym źródłem informacji.
  10. Jorus Zwycięski Barbarzyńca Jorus nie miał wielkich wątpliwości odnośnie tego kogo bić. Sam zawsze wierzył, że bogowie dali mu siłę i umiejętności by mógł je wykorzystywać do obrony innych. To najczęściej oznaczało walkę z tymi, którzy na owych potrzebujących obrony się rzucali. Tutaj zaś po jednej stronie było pięciu atakujących co to rzucili się na czwórkę broniących. Jasne wiec było kto jest agresorem i komu wpierdol spuszczać. Topór poszedł więc w ruch. Mimo jednak, że dziki szał opanował Jorusa to jednak jego samokontrola nie zniknęła zupełnie. Mimo ognia palącego jego skórę gdy tylko nawet zbliżał się do azorów, zachowywał tyle samozaparcia by jego ciosy nie były do końca śmiertelne. Co jak co, ale jedna i druga strona, w potyczkę których się wtrącili należała do tej samej rasy. Kto tam wie jak tacy reagują na ubijanie pobratymców, nawet wrogo nastawionych. Choć jednak przewaga była teraz po stronie grupy Jorusa, i tak nie było łatwo. Może długa podróż tak pogorszyła sprawność barbarzyńcy a może po prostu pech tak chciał, ale nie wszystkie ciosy trafiały jak trzeba. Półelf zaś był świadom, że i jego siły są już na wyczerpaniu. Z ostatnim przeciwnikiem już się więc nie pieprzył. W ostatni cios włożył całą swą siłę i mało biednego azora w podłogę nie wbił. Pozostawało mieć nadzieję, że nie przesadził i koleś wyżyje... Tak czy inaczej upadek ostatniego przeciwnika oznaczał zwycięstwo i koniec potyczki... chyba. Oto bowiem mieli naprzeciw siebie cztery uzbrojone postacie, których intencji nie znali, a z którymi dogadać się nie bardzo było jak. Pewne gesty są jednak uniwersalne. Gdy więc jeden z azerów złożył broń i pokazał puste dłonie, Jorus wykonał dokładnie taki sam gest odkładając toporzysko na ziemię. Jak się okazało, był to dobry początek bo zaraz potem inni... no cóż, Jorus nie wiedział, co tamci zrobili. Ale efekt był dobry bo wreszcie mięli kogoś, z kim można gadać normalnie. - Witaj, głosie z ognia! Jestem Jorus, a to moi kompani: Larson, Arlen i Aramil - przywitał się więc półelf. - Skoro to miejsce jest twoje to przepraszam za ścianę. No ale uznałem, że faktycznie warto pomóc jak zabaczylim, że jedni z przewagą liczebną atakują drugich. Ci twoi wyglądali jakby tylko się bronić chcieli więc tak wynikało, że to im warto pomóc. Dobrze wyszło, jak widać. Nawet w sumie lepiej skoro mówisz, że ci tutaj jacyś opętani byli. Bo w sumie nas to krasnoludy o pomoc poprosiły by ogarnąć kto to ich tam atakuje ostatnio. Mówili, że właśnie tacy jak ci tu, o - wskazał na pokonanych, ignorując zupełnie fakt, że obrońcy wyglądali przecież tak samo. - I że coś w głowach robotnikom miesza i w snach im mąci czy coś. No to zeszliśmy tutaj poszukać i... no wpadliśmy akurat na tą rozpierduchę. Coś pominąłem? - zwrócił się do swych towarzyszy.
  11. - Symbol, nie symbol, pierwsza myśl, że czaszka. A tego typu znaki jakoś tak z zaskoczenia dobrych myśli nie przywołują. Nie powiedziała bym też, że samą śmierć jakoś z chęcią ludzie witają jak im do drzwi puka, nie? - odparła na słowa Oriany. - A kapłan jest jest, Fidelius. Młodzik jeszcze, tego lata do nas przybył po tym jak staremu Samborowi się zeszło. Ale gdzie go teraz znajdziecie to nie wiem. Kręci się gdzieś w okolicy, po polach albo u drwali szukając czy komu nie da rady pomóc. Dobry z niego chłopak, choć posłuch musi sobie jeszcze wyrobić u mieszkańców - wspomniała krasnoludka. - Po zbiorach pewnie i nauką dzieciaków się chłopak zajmie też, ale jak mu pójdzie to zobaczymy. Może komu coś do głowy wepchnie. Niejednemu by się przydało.
  12. No już, już! Jest post. Nawet dwa.
  13. Charlie Tę właśnie chwilę wybrał sobie na wejście Charlie. Jego zapowiedzią był pojawiający się na podłodze świetlisty dysk, taki jak widzieli wcześniej, z którego po krótkiej chwili wyłonił się sam chłopak. I on zdążył się przebrać tak więc miecz zostawił w pokoju a i świetlista marynarka zniknęła. Zamiast niej miał na sobie T-shirt z uzbrojonym kotem ujeżdżającym ziejącego ogniem jednorożca, wszystko oczywiście na tle tęczy. Widać było, że ktoś tu w którymś momencie odkrył fascynujące zakamarki internetów. - Bingo, namiar na kuchnię perfe... - zaczął wyraźnie zadowolony z siebie. Zamilkł jednak (ale tylko na bardzo, bardzo krótką chwilę) gdy zobaczył Evey w ze skrzydłami na grzbiecie oraz wielkie czarne coś. - Woooooooooow! - wyrwało mu się chwilę potem. - Ale czad! - stwierdził zachwycony. - Ktoś ty? - zapytał też nie do końca pewien kto to przybrał taką postać. - I skrzydła też super! - dodał zaraz spoglądając na Evey. - W sumie... łuski, skrzydła... jesteś smokiem? - zapytał z namysłem. - Była taka jedna mutantka. Umiała się w smoka zmieniać właśnie. Takiego totalnie pełnego smoka. I nawet X-meni z nią musieli kiedyś walczyć. Tata mi opowiadał, że była niezła jazda. W końcu przywalił jej jednorożcem a reszta ogłuszyła. Ty też się umiesz tak zmienić? - zainteresował się.
  14. Charlie Kolega Kangugacek by naprawdę interesującym osobnikiem. Sprawiał wrażenie lekko twardogłowego i pewne jego stwierdzenia nie miały sensu, ale niestety Charliemu nie było dane sprostować indianina na miejscu. Oto bowiem potencjalna ciekawa dyskusja została zawczasu ucięta przez jedną z koleżanek. Anaya chyba zdziebko źle zareagowała na Loui’ego. Wczesniej można było posądzać Evey, że zareagowała trochę ponad miarę, ale teraz Anaya pobiła ją o przynajmniej pół skali. Z perspektywy Charliego ciężko było powiedzieć co takiego przerażającego mógł zrobić francuz, ale fakt pozostawał faktem - finalny efekt był oszałamiający. Ale w tym dosłowny i mało przyjemny sposób. Krzyk był bolesny i Charlie tak jak większość pozostałych skończył przyciskając dłonie do uszu i próbując przeczekać niespodziewany atak. W pewnej chwili w panice nawet przeszło mu przez myśl przenieść się gdzieś indziej, ale skupienie w takich warunkach było ciężkie. Zaraz zresztą sam krzyk się skończył i pozostało tylko brzęczenie w uszach. - To... było mocne - skomentował gdy wreszcie słuch zaczął chłopakowi wracać. I w przeciwieństwie do niektórych, nie widać było po nim żadnego żalu do dziewczyny czy czegoś. - Niezły głosik. To twoja moc? - zapytał Anayę korzystając z okazji. Bardzo ciekawiło go co inni ukrywają i gdzie. Bo na przykład był i Olek. - I co to było to czarne? - skierował zaraz swą uwagę kolegę, który zdawał się najgorzej znieść atak Anayi. W sumie Charlie słyszał, że czasem mówi się, że jakieś miejsce jest tak brudne, że ów brud zaczyna żyć własnym życiem. Od Olka nie dochodziły jednak żadne potworne zapachy więc to musiało być coś innego. I dobrze - nadnaturalny brud musiał być chyba gdzieś wysoko na liście najgorszych mocy jakie można by sobie wyobrazić. Tak czy inaczej zaraz wynikła też inna ważna kwestia a mianowicie dalsze plany. Na pewno trzeba było obczaić swój pokój. Kangugacek chyba też o tym pomyślał. - Tak, mój panie, jak sobie życzysz - odpowiedział Indianinowi kłaniając się przy tym niczym rasowy lokaj, choć szeroki uśmiech na twarzy raczej psuł efekt. - Tak czy inaczej szybkie zlustrowanie pokoi a potem szama to dobry plan. Jakby trzeba było coś skołować ze sklepu to zawsze mogę skoczyć! - zapewnił też pozostałych.