Kira

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    5536
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Kira

  1. Aurora (?) Zakonnica drgnęła. - Przepraszam jeśli cię uraziłam, nie chciałam - przemogła się by coś powiedzieć, pomimo tego jak niezręcznie się teraz tu zrobiło. - nie wiem zbyt wiele o tym konflikcie pomiędzy Vuldrokami i Hawkwoodami. I wydawało mi się że... Przerwała. Parę rzeczy przeszło jej przez głowę. Zdań na przykład o tym, że uważała dotąd Vuldroków za jakichś barbarzyńców którzy napadali przykładnych obywateli Cesarstwa, że ichni kapłani są przerażający i sama się ich boi, zwłaszcza po tym jak zorientowała się, że mogli coś jej kiedyś zrobić. I podobne. -Zresztą, nieważne - zdecydowała się wycofać - tak trochę inaczej sobie wyobrażałam przedstawiciela Vuldroków, to wszystko, ale to teraz tłumaczy skąd wiedziałeś tak dokładnie, co to jest - podniosła rękę wskazując na swój tatuaż - i skąd masz klucze do nocnych ścieżek. Myślała, że o rzeczach które opowiadali jej Duke z Loranem dowiedzieli się tylko w czasie odbywania służby. Dzisiejszy dzień i rozmowa była pełna niespodzianek. Zakonnica nie była pewna, czy to pozytywne niespodzianki, czy raczej negatywne - na razie była w szoku. Miała dużo pytań lecz nie wiedziała czy może je teraz zadać. - Ja... Znowu pomysł na to co powiedzieć pojawił się w głowie ale szybko z niego zrezygnowała, dopiero trzecią lub czwartą myśl zdecydowała się wypowiedzieć, chociaż już się jej język plątał. -.No ma pan rację, możliwe że dla przedstawicieli sił Hawkwoodów nie zastosowałoby takiej kary jak dla pan...znaczy, ciebie. Chociaż na polityce też się nie znam. Jestem tylko zakonnicą. No ale dzięki... za szczerość. To... chyba dobrze się stało, że... już wiem. To wszystko chyba też tłumaczy też czemu Loran... nie chciał za dużo mi opowiadać o tobie i o czasach kiedy służył.
  2. rozdział 1

    Roshan Zły dzień? Obejrzała dziewczynę mrużąc czerwone oczy. - Mój nadzorca wyrzucił mnie rano na środek pustyni licząc że mnie coś tam zeżre - odparła pozornie spokojnym głosem, lecz tak naprawdę wprawne oko dostrzegłoby że chisska w sobie coś dusi. Spięła mięśnie, zmarszczyła nos i czoło w swym poirytowaniu - ...a jeśli szczęście mi dopisze to jutro mnie nie zabije po tym jak mu już wygarnę co o nim myślę. Tak w skrócie. A ciebie co tak poturbowało? Potrzebujesz wsparcia? - musiała zapytać. Wyglądało na to, że jej dzień był tylko niewiele lepszy. I chyba narobiła sobie jakiegoś wroga; chociaż jej rzucone wcześniej wściekłe słowa można było różnie interpretować. - Cześć. Crow’Shaan’Ammat - albo Roshan Crow, jak wolisz. Przedstawiła się też, podała jej dłoń.
  3. Stało się coś dziwnego. W trakcie dodawania posta wywaliło mi Strefę a jednak post się pojawił, tylko na Stronie głównej wygląda jakby postujący 3h temu użytkownik go dodał a nie ja, kiedy z poziomu bezpośrednio tematu widać że ostatni post należy do mnie. EDIT: Jeszcze jakby były wątpliwości, to samo jest w widoku forum sesji, Strefa twierdzi że ostatni post dodał JM o tej samej godzinie o której pojawił się tylko i wyłącznie mój post.
  4. Larson Uniosła brwi zdziwiona że ich rozmówca posiadał taki obciążający dokument. Zaskoczył ją. Myślała że się zacznie wykręcać poproszony o namacalny dowód - a tu proszę. To, co zobaczyła na pergaminie nie budziło u niej wątpliwości, wyglądało to jak całkiem prawdziwy dokument urzędowy, no jak prawdziwy list gończy, a parę podobnych już w swym życiu oglądała. Chwilę zajęło jej studiowanie pisma, w milczeniu zastanawiała się nad treścią jak i uzupełnieniem płynącym ze słów elfa. Odezwała się dopiero gdy Jorus zaczął przyspieszać, poganiać i żegnać. Otrząsnęła się, można rzec. - Dziękuję. Zatrzymam to sobie jeśli nie macie nic przeciwko, może mi się przyda - powiedziała, zwijając dokument. - teraz mam jaśniejszą sytuację. A leśne wiedźmy, powiadacie - zainteresowała się tym wątkiem - to ciekawa plotka, więc zanim się pożegnamy, proszę zaspokoić moją ciekawość. To w okolicach naprawdę żyją jakieś wiedźmy czy one same są tutejszą legendą? Odebrała od barbarzyńcy przekazaną sowę i za ten przedmiot też podziękowała. Na daną chwilę wiele wskazywało na to, że możliwość takiego kontaktu z Thaonem może się jeszcze przydać... ta sprawa zrobiła się już skomplikowana, nie ma co. Pozostało też niewypowiedziane pytanie... czy Thaon ich tak po prostu wypuści, w końcu z jakiegoś powodu to zaklęcie rzucił.
  5. Tutaj możemy sobie wrzucać wszelkiego rodzaju rzeczy które inspirują lub skojarzyły się z sesją. Hype trzeba nakręcać.
  6. Ja również. Ja też. Posty nadrabiam dziś i jutro a potem dopiero w poniedziałek.
  7. Aurora(?) Zakonnica nie odwdzięczyła się uśmiechem. Pobladła kiedy rozmówca wspomniał o dożywotnim pobycie w klasztorze jako formie kary za jakieś tajemnicze przewinienie z przeszłości. Nie było jej teraz do śmiechu, bo to nie były żarty. Duke był kolejnym po Rajanie znajomym zakonnicy, który sugerował by uważać na to co Loran mówi. Tylko że ostrzeżenia ukara traktowała jako formę złośliwości, podszytą niechęcią do rasy obunów, więc ignorowała i bagatelizowała. Teraz, kiedy przyjaciel Lorana wyjawił co nieco na temat skrywanej przeszłości lekarza... no, to już zupełnie inna sprawa. Przeszył ją taki.... nieprzyjemny dreszcz. Jakiś kwadrans temu, albo nawet mniej, przecież zaprosiła Lorana na spacer a w liście do niego pozwoliła też sobie na trochę śmiałości w wyznaniu swoich uczuć. Może zbyt pośpiesznie? Tak, zdawała sobie od dawna sprawę, że w ogóle obuna nie zna, prawie nic o nim nie wie i chciała to zmienić. Lecz, że takich rzeczy się dowie... Kiedy tak patrzyła na Duke'a w jej oczach pojawiło się współczucie. Parę uderzeń serca; tyle co najmniej potrzebowała by w milczeniu przetrawić wszystkie nowe informacje. Tego typu wyznanie na pewno nie należało do najłatwiejszych i miała wrażenie że jej rozmówca żałuje tego, co się tamtego dnia stało. - Współczuję panu- szepnęła w końcu, łagodnym głosem. - To musiało być... straszne. I ciężkie. Ale, nie, zaraz - jedna myśl trochę zamieszała jej w głowie - byłeś... po stronie naszych, prawda. Znaczy, po stronie Hawkwoodów. Broniłeś wtedy cywili przed Vuldrockim rajdem. Nie byłeś... jednym z nich, najeźdźców, prawda? Ostatnie słowa olbrzyma, o lataniu w rajdach "z" Vuldrockami można było interpretować dwojako. Kiedy już sam olbrzym ostrzegał ją, jak to z kontekstu pozornie prostej odpowiedzi można dowiedzieć się świństwa... nie dziwne, że zakonnica zaczęła się czegoś doszukiwać.
  8. rozdział 1

    Roshan Już? W sensie, że nie spodziewała się zobaczyć w drzwiach akolitę swojego pana? Chisska uniosła brew patrząc na niewolnicę. Może Bay nie spodziewała się gości o takiej porze - to by było w punkt - lecz i tak Roshan zaczęła się zastanawiać czy nie ma w tym zdziwieniu czegoś więcej. Może niepotrzebnie się tak spinała? Kiedy przechodziła przez pustynię osuwając się w czerwonym piasku bała się, że może wrócić tu ostatnia. Że okaże się najgorsza. A tu proszę, okazuje się, że jeszcze żaden z tych osiłków, jej konkurentów, nie powrócił. Lub powrócił, ale tak jak Rayley stwierdził że woli iść spać. Ech, nawet ta myśl nie przeszkadzała jej w tym, by poczuć się lepszą. Ha. Fajtułapy. Może gdzieś tam, na głębokim, zimnym zadupiu, jej konkurencję goni teraz jakaś paskuda. Z tą myślą to poczuła się nawet lepiej. A najlepiej to poczułaby się teraz... po zjedzeniu czegoś. W miękkim łóżku. Kiedy opadła adrenalina i stres, gdy poczuła, że już nie musi gonić bo w zasadzie wykonała swoje zadanie.... wtedy znużenie zaczęło powoli przejmować nad chisską władzę. Straciła ochotę do wzniecania awantury i wybudzania młodego Morena. Skoro mała szansa że ktoś się zgłosi... to po co się śpieszyć. - Dziękuję, Bay - odparła do niewolnicy - trzymam za słowo. Więc wrócę tu jutroooo.... rano, przekaż to swego panu. Roshan Crow. Ledwo stłumiła ziewnięcia gdy to mówiła. Nie zamierzała zatrzymywać sługi swego nadzorcy, więc pożegnała ją, życząc spokojnej nocy. Teraz musiała... znaleźć swój pokój. To dopiero może być wyzwanie. Mogła zapytać Rayleya gdzie pójść, szlag. Teraz pozostało jej półsenne włóczenie się po korytarzach Akademii, żywiąc nadzieję że o ile sama nie trafi to może spotka po drodze jeszcze jakieś nocne marki, które mogłyby wskazać drogę.
  9. Larson - Miłośniczka loupów. Albo bardzo jej się to określenie spodobało albo się obraziła. Ten krzywy uśmiech można było interpretować na wiele sposobów. Ten cały Thaon to dopiero okazał się być przyjemniaczkiem. Mniejszym niż stary mentor kapitana, ale jeszcze nie wszystko jasne, ten długouchy miał pewno nie jednego asa w rękawie. Na początku obawiała się, że rozmówca przeprowadza atak; dlatego gdy purpurowe iskry spłynęły w powietrzu uniosła gwałtownie rękę. Nie zdradziła jednak, że też zna magię, no nie dosłownie, bo nie zdołała spleść żadnego zaklęcia i zaniechała, gdy zrozumiała, że póki co nic kompanii nie grozi. Póki co. Milczała, na poczatku pozwalając innym gadać. Milczała i analizowała. - No widać, że wielu talentów. Iluzjonista. Cudownie. - szepnęła pod nosem i coś w jej tonie sugerowało, że nie jest zadowolona. No nie podziewała entuzjazmu Jorusa do tych kolorowych światełek. - To co nam pan mówi to póki co tylko pańska wersja - podjęła rozmowę z nieznajomym, włączając się zaraz po ostatnim pytaniu barbarzyńcy. Położyła Jorusowi dłoń na ramieniu, chciała rzucić okiem na kompana, czy to po prostu dziecięca fascynacja sztuczkami czy już zauroczenie. - A jeśli za Mankera wystawiono nagrodę na pewno jesteś w stanie pokazać nam jakiś dowód, list gończy na przykład? - zapytała, siląc się na uprzejmy i spokojny ton, chociaż bacznie przyglądała się elfowi w rękawiczkach, jakby oczekiwała tylko na jakiś podejrzany ruch. - I mam na myśli prawdziwe dowody - nie magiczne sztuczki - dodała trochę niegrzecznie, ale odkąd jej wzrok omiótł efekt przywołany przez elfa to już spodziewała się kolejnych magicznych manipulacji rzeczywistością - ...bo jeśli tamten loup jest przestępcą to zmienia postać wielu rzeczy. Nie chcemy działać przeciwko władzom tego miasta i nie chcemy ściągać na siebie kłopotów, tego może być pan pewny, panie Thaonie. Sam Manker nie jest nam potrzebny a w zasadzie ktoś, kto dobrze zna okolicę, ma kontakty i jest dobrze poinformowany. Jak dobrze zrozumiałam, w zamian za swoje usługi chciałby pan, byśmy pomogli wydać w pana ręce poszukiwanego przez nas loupa, tak? Na sam koniec skinęła głową. - Larson. Mag bojowy, badaczka magicznych przedmiotów. Do usług. Nie była jeszcze pewna co o tym elfie myśleć. Zaufać mu czy nie?
  10. Jego urok osobisty na pewno przekonał Lorana do zwierzeń A czemu Lorana, bo nie chwytam? Przecież ja myślałam o wyciąganiu od Duke'a tej informacji. Skoro Aurorze wyszło bo po prostu go zapytała to nie wiem czemu Rajan miałby się nie dowiedzieć, jeśli spędzał z olbrzymem o wiele więcej czasu niż Aurora. I nie miałam na myśli okłamywania czy też nie, bo prawda, nie okłamał, ale okłamywanie a ukrywanie przestępczej przeszłości to zupełnie inna sprawa i ma to sporą różnicę w odbiorze takiej osoby. A jak nie widzisz różnicy to się raczej nie zrozumiemy.
  11. Skoro Aurorze tak łatwo poszło wyciąganie tej informacji od Duke'a myślę że Rajanek już też wie że Loran to były skazany. Rajan jest dobry w te klocki, bitwy na słówka, perswazję, urok osobisty ma. No ale wypsnąć się Aurorze przy Rajanie może, jeśli będzie okazja. Zobaczyłabym z chęcią co o tym myśli ukar. Biorąc pod uwagę jakie obun miał do wyboru kary to nie była jakaś kradzież ze spożywczaka tylko coś na tle religijnym, politycznym albo jakieś ciężkie przestępstwo. To rzuca troszkę nowe światło na tę relację i na to jak Aurora może być teraz niepewna co ma myśleć. Może to i lepiej że się dowiedziała po zostawieniu listu do Lorana przy jego drzwiach. Bo ten list mógłby brzmieć teraz inaczej. Zupełnie.
  12. Cudzoziemiec, zwłaszcza taki co pierwszy raz przybył w te strony, musi załatwiać interesy wieczorem. W samo południe skwar i duchota na ulicach thayskich miast może go nawet zabić. Więc teraz, gdy już zaszło słońce, wychodzi na łowy. Przeciska się w tłumie, mimo pory miasto jest pełne życia. Dopiero teraz może przespacerować się po tym ogromnym targowisku, zachwycić szaloną mieszanką zapachów, dźwięków, smaków i kolorów. Komentarze, plotki, ustalenia.
  13. WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ DO THAY Prolog Enya ~ Boadicea Silverymoon jest często nazywane "Klejnotem Północy", ponieważ jest jednym z piękniejszych miejsc i przypomina swym wyglądem oraz klimatem zaginione elfie miasto Myth Drannor. To miasto czarodziejów, magii, nauki; miejsce w którym jednoczą się siły dobra a każdy dzień przeżywa się w spokoju oraz harmonii. Miejsce, gdzie wita się z otwartymi rękami mędrców, podróżników, artystów, bez względu na rasę czy wiek. Miejsce prosperując właśnie w duchu między-rasowej i międzynarodowej przyjaźni, jedno z niewielu cywilizowanych miejsc pośrodku surowej i nieposkromionej pustyni - Północy Faerûnu. Silverymoon jest chronione potężną barierą stworzoną dzięki mocy Mythalu. Bariera ta co prawda zniknęła w czasie ostatniej światowej zawieruchy zwanej Plagą Czarów lecz wraz z końcem magicznego kryzysu niczym tęcza po burzy wystrzeliła w niebiosa znów ukazując się mieszkańcom w swej okazałości. I znów, aż po dziś dzień, chroni wszystkich mieszkańców. Ochrania nie tylko od najeźdźców ale też zapobiega niespodziewanym opadom deszczu, ekstremalnym temperaturom i najcięższej zimowej pogodzie. Dziś dzień jak co dzień. Ładna pogoda, słońce swym złocistym blaskiem otula wszystko, na ulicach rozbrzmiewają dźwięki muzyki i śmiechy. Musi być to jakiś dzień świąteczny, bo ulice miasta są pięknie, barwnie przystrojone. Jakie? Ciężko tu dojść, ze względu na to, że wiele rożnych ras i kultur zamieszkuje Silverymoon, kalendarz imprez jest przepełniony po brzegi, kto by to spamiętał... na pewno nie podróżnik taki jak Tiernan który w roku dłużej przebywał poza granicami Silverymoon. A ludzie, elfy i krasnoludy mieszkają tu w tych samych częściach miasta; nie ma tu słynnego w innych krainach podziału na dzielnice i segregacje rasowe. Przy jednej z kamiennych ścieżek gdzie rosło stare, ogromne drzewo nazywane Co'Ysgafn znajdowało się sąsiedztwo bazy wypadowej Tiernana Neithyra. Przez okno nasz bohater miał widok na typową architekturę miasta; pomieszanie tego co natura stworzyła z ingerencją rzemieślników. Tu ludzki dom stoi tu u podstawy drzewa, a dwie kolejne kamienice obok są wkomponowane w kamienne wzniesienie - to już dzieło krasnoludzkie. Elfy zaś wykorzystują szeroki, stary pień drzewa na potrzeby swej siedziby. I to nie ewenement, całe Silverymoon było zbiorowiskiem takich budynków, poprzetykanych pomiędzy polankami, gąszczem drzew i starych, pieknych elfiskich budowli. Jego sąsiedzi rozłożyli przed domostwem szeroki stół i nawoływali okolicznych do świętowania. Niestety, Tiernan nie miał czasu przyłączyć się do zabawy, śpieszno mu było na spotkanie. * * * W tym kwiecisto liściastym mieście spacerowicz może się łatwo zgubić. Na szczęście problem ten nie dotyczył Tiernana, który już znał dość dobrze miasteczko do którego powracał po wykonaniu swych zleceń. Mógł za to trochę obawiać się o swojego starego druha, Zuratara z Turmish. Niby pół-ork powinien sobie poradzić, bo miejsce które zresztą wybrał na spotkanie było dość charakterystycznym punktem miasta, więc lokalni powinni łatwo dać staremu karczmarzowi wskazówki gdyby pobłądził. Wszystko miało się okazać niedługo, już na miejscu. Twierdza Map. Wysoka, kamienna budowla, niegdyś należąca do heroldów Srebrnego Tronu a obecnie jest już częścią infrastruktury uniwersyteckiej ufundowanej przez Lady Alustriel. Ta wieża pełni w Silverymoon funkcję skarbca wiedzy. Miejsca pełnego map, zapisków, dokumentów dotyczących na przykład opisów dziejów historycznych, historii rodzin królewskich oraz władców państw świata Zapomnianych Krain. Na półkach znajdują się także zapiski podróżników i bardów, szkice, dokumenty z wielu zakątków świata. Większość zbiorów to niestety kopie cennych oryginałów, lecz bardzo dokładne kopie dzieł. Które chętny ma tu na wyciągniecie ręki. Każdy goszczący w mieście po uiszczeniu opłaty przy wejściu, może wejść do wieży by przeglądać zebrane tu skarby. Niczego nie można zabrać ze sobą ani wypożyczyć; kopie można zamawiać tylko poprzez złożenie oficjalnego wniosku do Mistrza Wiedzy urzędującego w tej wieży. A jest to nie kto inny jak słynny mędrzec Esklindrar, którego Alustriel namówiła do przeniesienia się tutaj, a potem dostarczając mu funduszy na zakup wszystkiego co znajduje się w kolekcji. Oraz, obiecując w swej wspaniałomyślności, że w swej wieży to on będzie panem oraz władcą, nawet ponad rozkazy urzędników. Były dni, gdy pomieszczenia tu pełne były gości ale i takie jak dzisiaj - gdy ledwo parę osób w ciszy oraz skupieniu snuło się pomiędzy ścianami oglądając zawieszone mapy, półkami uginającymi się od ksiąg i gablotami z zakurzonymi eksponatami w poszukiwaniu informacji. By znaleźć swego towarzysza Tiernan nie musiał długo błądzić. Rosły pół-ork znajdował się w największej z sal, na parterem do której trafiało się zaraz po wejściu na teren Twierdzy Map. Oparty o barierkę, stojąc w kącie sali. Trzymał na swym ramieniu ciężki plecak. No i odróżniał się od innych gości, zarówno przez swoją posturę jak i kolor skóry, no więc od razu rzucił się w oczy Tiernana. Stary karczmarz nie był sam. Rozmawiał z jakimś młodym, niziutkim fircykiem ubranym w szaty podobne do tych, które nosili mężczyźni zbierający opłaty przy wejściu. Była to rozmowa raczej biznesowa, biorąc pod uwagę na gesty i słowa które mógł usłyszeć Tiernan, jeśli tylko podszedł bliżej odpowiednio szybko. -... oczywiście. Przygotujemy pana zamówienie dzisiaj do końca dnia. Niezwłocznie poinformuję moich przełożonych o tym że jest to sprawa priorytetowa. - młodzieniec pokiwał ochoczo głową i przyjął mieszek który pół-ork mu wręczył.
  14. Jak Loran miał do wyboru dożywocie w klasztorze albo 10 lat karniaka to zaczynam się zastanawiać czy spacerek nad morzem tylko we dwoje jest dobrym pomysłem...
  15. Larson Czarodziejka poszła za ekipą i jakoś starała się wytrzymać smród ryb i znużenie. Natomiast torba, którą nosiła przy udzie od czasu do czasu poruszała się niespokojnie; schowane w niej zwierzaki też reagowały na zapaszki przenikające przez materiał. Oby tylko na poszukiwaniach nie zeszła cała noc, pomyślała sobie, wzdychając ciężko. Miała nadzieję że albo znajdą tego mentora Aenghusa i będzie można w końcu położyć się spać. Rozglądała się po okolicy, tak trochę w nadziei że dostrzeże jakiegoś loupa, którego można by zagadać. Nikogo takiego nie dojrzała i nie mogła czuć się rozczarowana - wiedziała przecież, że o tej porze prawdopodobnie żadnego na ulicy nie znajdą. Jednak ulice nie były puste; jej wzrok zatrzymał się na grupce przy karczmie. Uniosła brwi w zdziwieniu na to, co właśnie zaszło. Dołączyła do towarzyszy, którzy weszli w konwersację z tym elfem. - Dobry wieczór. Nie planujemy łamać panu ław jeśli o to chodzi - dodała rzeczowym tonem, zakładając że tego spodziewał się właściciel i nazwał to "sabotażem" - my szukamy kogoś w tej okolicy. Jednego loupa, znajomego znajomego, eksperta z polecenia. Jej wzrok dłużej zatrzymał się na rękawicach, które zwisały przy pasie. W jej oczach pojawił się pewien znajomy błysk - akademickiego zainteresowania.
  16. Problemy z brakiem dostępności forum wciąż u mnie występują. Na przykład sytuacja z dzisiaj.
  17. Weź mi nawet nie mów. Chociaż ja po równo Lorana jak i Duke'a, co oni tam zmalowali te naście lat temu. Btw, wczoraj sesji stuknęły dwa lata, weeee, jest co świętować.
  18. Coś co mi się skojarzyło z losem biednego Duke'a i Lorana.
  19. Aurora (?) Aurora stała w miejscu z lekko uchylonymi ustami, spojrzeniem nie tyle pustym, co pozbawionym wcześniejszej troski, współczucia, zainteresowania - to wszystko wyparło zdziwienie. - Na Wszechstwórcę, to... to... niemożliwe - wymamrotała po dłuższej chwili milczenia. Przypomniała sobie tamten miły wieczór kiedy siedzieli we dwoje w jej pokoju racząc się tym słodkim winem. Pamiętała zawadiacki uśmiech na ustach Lorana, błysk w jego ciemnym oku, gdy opowiadał jak marzyła mu się przygoda w kosmosie. Pamiętała jego, co prawda dość krótkie, ale wydawało się że spójne wyjaśnienie jak trafił na Damę. - Loran.... on opowiedział mi coś innego - zaprzeczyła - że po prostu skończył mu się kontrakt, że był lekarzem wojennym na usługach Cesarskich a kontraktu nie przedłużył, bo wolał zainwestować czas i pieniądze w ten statek - w Damę. Nie było tam nic o wyroku czy kompanii karnej. Wspominał też o odłożonych oszczędnościach które zainwestował w statek, zakonnica zrozumiała, że odkładał przez lata swój ciężko zarobiony żołd. Jeśli dobrze rozumiała sugestię olbrzyma, to Loran tak samo jak Duke nie zarabiali na służbie a... odrabiali swój wyrok. - Mieliście, a za co... niby pan dostał ten wyrok? I za co Loran miałby go dostać? Miała w tym momencie już zmieszaną minę, jej pewność topniała. Tylko nie mogła uwierzyć, bo przecież Loran jakiego znała nie był przestępcą. Nie mógł być przestępcą - tacy mężczyźni jak on nie zostają przecież zbirami. W to, że Duke miał w przeszłości jakiś wyrok, może kłopoty z prawem, w to by uwierzyła wcześniej, chociaż tu też miała wątpliwości. Troszkę tego olbrzyma już poznała i w życiu by złego słowa o nim nie powiedziała. Nie dojrzała nawet cienia uśmiechu na twarzy Duke'a. Ton głosu miał poważny, ciężki, nie mógłby z tego tak żartować...
  20. Półork skrzywił się. Źle zrozumiał poprzednie pytanie, taki fakt. I z tego powodu wygadał się, szlag by to, zaklął. Chociaz i tak planował kiedyś towarzyszowi to powiedzieć. Lepiej teraz jak później. - Problem w tym, że Nawałnica czarów waha się, czy iść w interesy z thayjczykami czy lepiej trzymać się od nich politycznie z daleka - kontynuował swe wyjaśnienia, nachylając się dalej ku Tiernanowi, by dobrze słyszał jak szepta - Wolałby pewno to drugie, ba, wolałby pewnie znaleźć dowody dzięki którym mógłby innym odradzać bratanie się z tymi sukinsynami w czerwonych sukienkach, ale... ech westchnął - ale prawdą jest, że wielu możnych tego świata już z Thay handluje, oficjalnie czy nie. Sąsiedzi dozbrajają się w magiczne przedmioty, nie wiadomo jak potężne, a których i tak aktualnie na rynku jak na lekarstwo. Balans, o który Taern usilnie walczy od jakiegoś czasu może być tylko iluzją. Tymczasem, kiedy on się tak zastanawia i drapie po swojej siwej brodzie, pośród wysoko postawionych w samym Silverymoon uformowała się już grupa chętnych by pójść na układy z Czerwonymi i mają zbudowaną wokół tego całkiem ładnie brzmiąca gadkę - szmatkę, którą można pokarmić opinię publiczną. Ten ktoś, kto za tą gadką stoi, jest fundatorem najbliższego wypadu do Czerwonych. Zrobił przerwę. Zerknął na swój pusty już kufel z taka tęsknotą, pewnie z chęcią zamówiłby drugie piwo. No ale się powstrzymał. - Oficjalnie nasz fundator posyła grupę ze swym łukiem, niegdyś magicznym, aktualnie pozbawionym tej mocy. Liczy że czarnoksiężnicy przywrócą przedmiotowi dawne siły magiczne i będzie to gest dobrej woli ze strony Thay. To oficjalna wersja, nieoficjalnie... cholera wie co oni chcą tam przehandlować - machnął ręką - możliwe że coś więcej. Nawałnica był ponoć przeciwny tej transakcji, ale właściciel owego łuku od jakiegoś czasu trwa z nim w konflikcie więc postawił na swoim. Wiesz... - tu znów zawiesił głos, ale dla efektu. -... nawet sam Taern nie może rozkazywać synowi Alustriel, Methrammarowi, jak ma żyć i trwonić swe pieniądze. Tak, ten synalek to szycha, o którą pytałeś. Metrasammar Aerasumé był wojownikiem i czarodziejem równocześnie, poza tym w połowie elfem i w połowie człowiekiem. Bardzo szanowanym człowiekiem w Silverymoon, nie tylko przez wzgląd na swoja matkę, ale także z powodu niezwykłej odwagi i talentów bojowych, dzięki którym zasłynął w wielu bitwach. Prawda, Tiernan słyszał, że syn Alustriel nosił przy sobie parę niezwykłych, magicznych przedmiotów, które ratowały mu tyłek w czasie potyczek. W tym, także o łuku, który kiedyś stworzył wspólnie ze swym przyrodnim bratem. Po ostatniej magicznej pladze wiele potężnych nawet artefaktów utraciło swe moce, więc wszystko to mogło się składać w sensowna całość. Może poza faktem, że Metrasammar miałby oddać w brudne łapy Czarnoksięzników z Thay swoje ukochane dzieło, skoro sam posiadał zdolności wytwarzania magicznych przedmiotów. Czyżby był tak zdesperowany i sam nie potrafił go naprawić? Metrasammar Aerasumé był znany także ze swej prawości i szczerości, miał niegdyś nawet paladynem zostać. Układanie się z thayjczykami tak w gruncie rzeczy Tiernanowi tu.... zgrzytało. Oczywiście, nie znał Metrasammara osobiście, więc mógł opierać swoje rozważania jedynie na plotkach i tego, co słyszał. - Może natomiast zasugerować paru ludzi jako dodatek do ekipy która będzie odpowiadać za transport łuku. Z których zrobi swoich szpiegów, dodatkowa parę oczu i uszu już na miejscu, ktoś kto może zdobyć dowody jeśli Thay coś kręci. Oczywiście, ja - wskazał na siebie - mam też swoją motywację, by znaleźć swego zdolniachę. Aspekt polityczny który tu w tle kiełkuje wcale mnie nie bawi, wręcz śmierdzi - gdy to powiedział, skrzywił się - lecz, to jedyne zlecenie dla Kontraktorów w które udało mi się na szybko wkręcić z moimi kontaktami i wpływami. Nie mogę czekać w nieskończoność, jeśli Czerwoni przetrzymują mojego człowieka, każdy dzień zwłoki działa na niekorzyść. Odetchnął głębiej. - I co teraz? Skoro się zgodziłeś - klepnął go po ramieniu - to jak mówiłem, mamy trochę czasu na przygotowania, zebranie zasobów, zakupy. Czeka nas w międzyczasie spotkanie z naszą kompanią, o to jak się w nią wkręcimy zostaw mnie. Jeśli chciałbyś być przedstawiony pośród członków wyprawy jako ktoś konkretny, mieć przykrywkę, możesz mi powiedzieć - też to można ugrać. Będziemy musieli jeszcze przed wyjazdem wrócić do miejsca, w którym się dziś spotkaliśmy. Tamten strachliwy urzędniczek będzie miał dla nas mapy i parę potrzebnych dokumentów.
  21. Larson Pożegnała kapitana Aenghusa i ruszyła za resztą. W głowie krążyły jej wciąż ostatnie słowa loupa, "powodzenia i nie dajcie się zabić, powiedział, łatwo powiedzieć. Przecież zmierzali do jakiejś przestępczej dziury, której totalnie nie znali i najprawdopodobniej trafią tam już w nocy. Gorzej chyba być nie mogło. Trzymała się raczej z tyłu, chociaż nie chciała być ostatnią osobą. Przedzieranie się przez dżunglę nie znosiła najlepiej. Takie dzikie ostępy nie są przyjazne dla czarodziejek, co to to nie. Torby ciążyły jej na ramieniu a miejscowa flora chyba się sprzysięgła przeciwko niej, bo nie raz zaczepiła o jakiś korzeń czy gałąź i ledwo co trzymała pion w takim przypadku. Lżej jej było, gdy znaleźli strumień i poruszali się plażą, chociaż dłuższy, forsowny marsz po piaskowym terenie także nadwyrężał kondycję. Przynajmniej rześki wiatr wiał i można było odetchnąć lżejszym powietrzem a nie tropikalnym zaduchem. Czuła też mentalne zmęczenie po niedawnej bitwie oraz wcześniejszej podróży statkiem. Teraz z radością zaznałaby dłuższego odpoczynku w jakimś wygodniejszym łóżku w miejscowej gospodzie. Chociaż, gdy weszła za resztą pomiędzy budynki tej mieściny, ten jej entuzjazm trochę opadł. Mieszanka śniętej ryby, potu, taniego bimbra to nie jakieś perfumy - skręcało ją w żołądku od tego smrodu. A spoglądając na boki, widziała same parszywe twarze i spodziewała się, że niedługo mogą się zacząć jakieś kłopoty. Odwróciła wzrok w stronę Jorusa, by nie prowokować tutejszych bezczelnym "gapieniem się". - Chyba nic nie mamy - wtrąciła się do rozmowy Larson, ściszając głos - no ja o pieniądze nie prosiłam. A mentor kapitana jest loupem, więc dziś go już nie znajdziemy, wrócił nad wodę. Lepiej byłoby wypytać o jakąś gospodę i czy dopuszczają wymianę dóbr jako formę zapłaty.
  22. Billie Jean - Spoko - zgodziła się nie zdradzać tej ślicznej Apii a.k.a Śnieżynce że słyszała o niej od Maxa. No tak, Hiena wspominał że jego poprzednia misja nie poszła najlepiej i kumple z pracy trafili do szpitala. Współczuła mi i z tej racji postanowiła uszanować prośbę. No, ale zaintrygowała ją ta osoba. Nie chciała wspominać tego Maxowi, ale przecież miały ze sobą bardzo dużo wspólnego. No, ale to może po pracy, teraz trzeba było się skupić na zadaniach. Trochę kombinowała z tymi kamerami, GOD był jej wirtualną osobą bardzo zainteresowany, trzeba to było coś z tym zrobić. Opcje były dwie, przelogowanie przez reboot persony albo trudniejsza sprawa, próba manipulacji by uśpić czujność strażnika. Nie chciała stracić taga jakiego już nałożyła na hosta, więc postanowiła najpierw spróbować to zbić. Zgodnie z planem który przegadała z Maxem, przeszła w potencjalnie bezpieczniejsze miejsce, zabierając ze sobą broń darowaną przez Chrisa. A skoro już o nim, wysłała mu odpowiedź. Billie♡Jean: Ta, nudy. Pogrzebię w ich Hoście, poszukam brudów. ⇀‿‿↼ Znalazła miejsce, w którym mogłaby sobie usiąść i nie zrobić krzywdy, gdyby jej ciało opadło bezwładnie, zanim przekierowała całe swoje zmysły i uwagę do innego świata.
  23. Aurora (?) Kobieta otworzyła szerzej oczy w reakcji na te rewelacje. O funkcjonowaniu wojska tak naprawdę nic nie wiedziała, ale z tego krótkiego opisu bliższe to, co przeżył Duke czy Loran było niewolnictwu niż służbie wojskowej. - To brzmi strasznie - wyszeptała.- Nie wyobrażam sobie by ktoś chciał się na to pisać z własnej woli. Bez kontaktu ze światem, bliskimi, walcząc z jakimiś nadnaturalnymi stworzeniami i dzikimi najeźdźcami. Wiedzieliście że tak będzie zanim was przydzielono do kompanii? Długo taka służba trwa?
  24. rozdział 1

    Roshan - Do zobaczenia wkrótce. Pożegnała się krótko, ale z naciskiem na słowo wkrótce, tak jakby była pewna że nic złego się jej nie stanie. Odeszła, nie pokazując po sobie czy jego słowa jakoś na nią wpłynęły. Maszerując w stronę pokoju nadzorcy z zaciętą miną, układała sobie w głowie słowa, które rzuci w stronę Morena. To jej poszło dość szybko, a droga była o wiele dłuższa. Przemierzając puste korytarze, jednak chcąc nie chcąc zatopiła się w głębszych przemyśleniach dotyczących swojej aktualnej sytuacji. Cokolwiek nie stało się tam, przy promie, duża szansa że jej osoba zostanie powiązana jakoś ze sprawą rozbitka na pustyni, może jeszcze ją wezwą na jakieś przesłuchanie. Co mogło być wielce niekorzystne, tym bardziej że Roshan wiedziała, jak kiepska jest w zmyślaniu. I mając to zagrożenie z tyłu głowy, zaczęła zastanawiać się czy nie lepiej jest jednak... nie robić sobie tej nocy więcej kłopotów. W końcu, mając przeciwko sobie i Inkwizycję i własnego Nadzorcę, szanse przetrwania w Akademii wydawały się bliskie zeru. Rzuciła bacznie spojrzenie mijanemu uczniowi Akademii. W głowie wciąż brzmiały jej słowa Rayleya. I kiedy przeszła w ostatni z korytarzy, tak zupełnie bez związku, nie no, zupełnie, przypomniała sobie też słowa lady Reginy. W których stwierdziła, że Nadzorca ma pełne prawo zabić swojego podopiecznego. Wzięła głęboki wdech i zaczęła pukać. Kiedy po pierwszych próbach nikt nie otwierał zaczęła nawet zastanawiać się, czy nie lepiej będzie pójść za radą sitha i odpuścić. Wtedy drzwi się uchyliły i pojawiła się w nich ta drobna postać. Chisskę nie zdziwiło to, że jej Nadzorca ma własną niewolnicę, przecież w ich domu też było wiele sług należących do jej ojca, chociaż... zatrzymała swój wzrok na obroży twi'lekanki i warga jej drgnęła. - Śpi - powtórzyła głucho, skrzywiła się. Gdyby nieśmiała uchyliła drzwi szerzej, może Roshan miałaby możliwość zweryfikować tą wiadomość, a tak to odpuściła sobie wypatrywanie Morena w ciemnym pokoju. - Jestem jedną z uczennic twojego pana, Roshan Crow, wróciłam do Akademii i muszę z nim porozmawiać. Powiedz mi.... - zastanowiła się nim dokończyła swe pytanie. - ....jaki jest plan zajęć twojego pana, czy dziś za dnia będzie czymś bardzo zajęty?
  25. Larson Trafiała celnie bo i wróg był spory. Udawało jej się też podtrzymywać swe skupienie na sylwetce Jorusa by utrzymywać efekt przyśpieszenia. A serce jej stanęło, gdy zobaczyła jak bestia łapie w zęby barbarzyńcę. Czuła, że coś musi zrobić. Jakoś mu pomóc. Lecz żadnej jej zaklęcie nie nadawało się bezpośrednio do takiej roboty. Teraz, zadziałał u niej odruch wyuczony doświadczeniem, zaczęła oklepywać swoje kieszenie. Czraodzieje wojenni z Cormyru, zwłaszzca tacy wysyłani w teren, jako wsparcie zwiadu, w razie potrzeby wyciągania swych towarzyszy z opałów byli czasem wyposażani w magiczne różdżki czy zwoje. Teraz szukała takiej, lata doświadczeń przyzwyczaiły ją do posiadania takowych. Jej palce natrafiły w końcu na jakiś przedmiot, ba, nawet...magiczny. Otrzeźwiała, widząc w swych dłoniach medalion znaleziony w kopalni. Zdała sobie sprawę, że to jedyny podobny działaniem do różdżek czy zwojów przedmiot, jaki posiadała. I przypomniała sobie, że może jakoś pomóc. - No przydaj się do czegoś - syknęła, ściskając przedmiot w dłoni. Wydawało jej sę, że coś poczuła, jakby lodowaty chłód spłynął od przedmiotu po jej dłoniach. Zadziałało to? Nie była pewna. Nie mogła traci więcej czasu, więc uderzyła też swa własna magią. Trzy ogniste pociski, jak małe komety, poleciały na wroga. Walka trwała dalej, każdy próbował ubić gadzinę jak umiał. Larson nie przywykła jeszcze do tej całej broni palnej. Tu to niby taka powszechna broń ale na dźwięk jej wystrzału miała nieprzyjemny dreszcz, chciała odskakiwać w bok albo w tył. Choć nie można było odmówić temu wynalazkowi skuteczności. Po ostatnim wystrzale Larson dostrzegła, że gadzina zaczyna się niepokojąco chwiać, więc jak najprędzej zaczęła się wycofywać, byle nie zostać zgniecioną. Ogromne cielsko padło na ziemię, ziemia zadrżała, zadrżała i czarodziejka. Uniosła swoją dłoń, gotowa cisnąc kolejną strugą ognia prosto w wystawiony na cel łeb, gdy tylko się poruszy. Ale stwór leżał na ziemi, już nie podniósł łba. Walka była skończona. Mogła wziąć głębszy wdech. Już....koniec. Ruszyła w stronę paszczy bestii, by pomóc Jorusowi, chociaż barbarzyńca sobrze sobie poradził z wygrzebaniem się spomiędzy kłów. Kiedy inni to radowali się na głos, cieszyli tym zwycięstwem, Larson przetarła czoło i pozwoliła sobie na przelotny, delikatny uśmiech - reakcję na dumne przekomarzanie się loupa i barbarzyńcy. Rzeczywiście, wyglądało na to że barbarzyńska obstawa Aenghusa się rozpierzchła. Kolejny problem z głowy, dobrze. Otrzepała swoją szatę analizując aktualną sytuację. Ich loupi towarzysz w tej chwili dał do zrozumienia, że powinien wracać nad morze a to komplikowało sprawy. - Ten Egbert Manker to loup czy krasnolud? - zapytała - Jak poznamy że to ten a nie jakiś, którego nam wskazali żeby nas w coś wmanewrować? A skoro nie idziesz teraz z nami, to powiedz też, czy jest coś, o czym lepiej nie gadać z mieszkańcami, by nie wpaść w kłopoty. Takie wskazówki mogą się nam przydać. Póki co nie skomentowała sprawy mięsa z ogona, chociaż gdy Jorus zakrzyknął swój pomysł odwróciła się na chwilę w jego stronę, spojrzała na powaloną bestię a potem znowu na Jorusa i ostatecznie wróciła wzrokiem do Aenghusa. Coś przy okazji mruknęła pod nosem, ale ledwo to było słychać.