Aruna

Great Creators
  • Ilość dodanej zawartości

    9558
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O Aruna

  • Ranga
    Fallen Angel
  • Urodziny 06.11.1987

Contact Methods

  • Website URL http://

Profile Information

  • Gender Female
  • Location Sin City - Katowice

Ostatnie wizyty

9796 wyświetleń profilu
  1. Las jest ciemny, las jest zły, w lesie mało widzisz Ty. Nie jest to poezja na miarę Nyx, ale jakaś jest. Nie rzucają się w oczy, ale też nie zlewają się z ubraniem. To ma być trening z Avengers, a nie zabawa w przedszkolu z jaskrawymi szarfami.
  2. Uff... Pierwsza część jest. Profesor potrzebuje Was, a ja potrzebuję Waszych deklaracji.
  3. Część X-Men zaczęła odwracać się ku budynkowi. Pomimo wcześniejszego postrzału, mieli na tyle odwagi, by odwrócić się plecami od agentów SHIELD. Czy im ufali? Czy wierzyli we wszystkie zapewnienia? A może to profesor przekazał im telepatycznie, że w tej chwili nie mają się czego obawiać. Cokolwiek to sprawiło, zostawili za sobą SHIELD i zagrożenie, które niosła ze sobą agencja. Czekały ich wybory. Wiele wyborów. Kapitan wrócił z nimi do Instytutu. Podobnie postąpili Thor i Stark. Ten drugi nadal wyglądał na wściekłego. Podobny wyraz twarzy dało się dostrzec na twarzy Steve’a. Obaj zostali oszukani. Obaj wiedzieli też, że nie mają wielkiego wyboru i muszą zaakceptować działania Fury’ego. Nie byli w stanie tego zmienić. Nie mogli się zbuntować, bo nadal mieli w pamięci, co przyniosły ostatnie starcia z rządem. Pozostała im ponura akceptacja. Tym razem nie dostali informacji o tym, jak wiele dni Fury jest skłonny poczekać na ich decyzje. Wiedzieli jednak, że nie będzie zwlekał z uzyskaniem odpowiedzi i ich deklaracji. Tą natomiast nie mogły być same słowa. Hank potrzebował trzech dni, by przetestować otrzymane surowice. Wiedział już, czego musi szukać, jednak nadal nie był w stanie wyizolować wirusa odpowiedzialnego za utratę mocy. To obalało teorię, chociaż Steve był jej pewny. A ponieważ czas drastycznie im się kurczył, pierwsi mutanci wzięli surowicę. Jedna z nich miała zupełnie pokonać wirusa, dzięki czemu ich bazowe moce miały wyprzeć „dary” Legiona. Druga natomiast miała jedynie zabezpieczyć ich komórki mózgowe przed degradacją. Jeden zastrzyk. Tylko tyle potrzebowali. Kolejne ukłucia zmieniały ich los, ale czy świat zaakceptuje ą historyczną chwilę? Czy uwierzy? Niektórzy zdawali się potrzebować wyłącznie pretekstu, by rozpocząć kolejną wojnę przeciw mutantom. X-Men doskonale zdawali sobie z tego sprawę. - X-Men muszą znowu zaistnieć. Mutanci ich potrzebują – powiedział profesor, gdy zgromadzili się, oczekując na efekty zastrzyków. – X-Men są w stanie wiele zmienić. Mogą być ambasadorami zarówno wobec innych mutantów, jak i rządu oraz zwyczajnych ludzi. Nadal jest wielu, których trzeba przekonać do lekarstwa. Nadal są ludzie, którzy muszą uwierzyć, że mutanci nie stanowią zagrożenia. Jesteście w stanie to zrobić. Chciałbym byście dołączyli do X-Men. Wierzył w nich. Spojrzenie pełne wiary o wręcz ojcowskiej dumy przesunęło się po Petrze, Abe i Cleo.
  4. Przyczepione do kostiumów Avengers, ale powiewają sobie przy ruchu, dlatego nie trzeba aż tak bardzo macać bohaterów. Te flagi to coś w rodzaju chust/apaszek coby odwołać się do czegoś bardziej popularnego.
  5. @Therek wyrwanie się spod władzy strachu 1k100, gdzie 1-80 oznacza sukces Cena za być może sukces: dwa SOLe.
  6. Nie wiem jak z 9 zrobiło się dwa, ale nieważne. I tak się zużyją. Uwierzę jak zobaczę.
  7. Przegadamy handel. Mój post jest edytowany o część dla grupy treningowej.
  8. Kochani, Część posta jest. Druga część jutro/dzisiaj wieczorem.
  9. Szkolny bal, 13 października 2017 Edwin nie widział swojego rywala, na którego Evey nasłała Sharon. A może wolał nie widzieć? Nawet jeśli było inaczej, to nie dało się tego w żaden sposób po nim poznać. Podszedł, uśmiechnął się do Evey i wyciągnął ku niej dłoń, by tym jednym gestem dać jej odpowiedź na zadane przez dziewczynę pytanie. Na gestach jednak nie poprzestał. - Taki był plan od samego początku - stwierdził i porwał ją do tańca. Jak na kogoś, kto dla reszty szkoły był niewidzialny, jak sam twierdził, jak na kogoś, kto wydawał się być na swój sposób skryty pomimo całej otwartości względem Evey, Edwin bardzo dobrze tańczył. Nie wyglądał jak ktoś, kto musiał zbierać się cały wieczór, by zaprosić Evey. Nie brakowało mu odwagi, do tego w jego ruchach nie było nawet odrobiny zawahania. Wiedział co robi, kiedy kładł jej dłoń na plecach, gdy ujmował jej dłoń i postawił pierwszy krok, tym samym zaznaczając, że to on będzie prowadził w tym tańcu. I jakkolwiek zaskakujące to mogło być, Edwin naprawdę wiedział co robi. - W tym roku wybór królowej balu to tylko formalność i wypowiedzenie na głos tego, o czym wszyscy już doskonale wiedzą - powiedział z delikatnym uśmiechem. - Z oficjalnymi gratulacjami poczekam do momentu, aż będziesz już miała koronę i będziesz po tańcu z królem. Emily była tak zaskoczona pojawieniem się Charliego, że niemal podskoczyła, kiedy pojawił się w jej polu widzenia. Zamyślony, może nieco smutny wyraz twarzy, z którym ledwie chwilę wcześniej patrzyła w kierunku parkietu zniknął. Zniknęło również zaskoczenie, w którego miejscu pojawiły się rumieńce. Zawahała się chwilę nim podała Charliemu dłoń. Jednak wahanie nie było spowodowane niechęcią, a wręcz odwrotnie - Emily patrzyła na Rasputina jak na rycerza w lśniącej zbroi przybywającego, by ocalić ją z wieży samotności. - Em... Emily - powiedziała tylko, pozwalając porwać się mutantowi do tańca. Veronica trzymała już dłoń jednego z chłopców, który postanowił zaprosić ją do tańca, gdy pojawił się przed nią książę. Na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie nagłym pojawieniem się Louiego, gdyż do tej pory, mimo iż przyszli razem, to bawili się osobno. Jednak to musiał być ten moment, na który panna Blake czekała, bowiem przeprosiła chłopaka, z którym pierwotnie miała zatańczyć i podała dłoń księciu. Louie dostał swoją szansę, teraz jedynie musiał ją wykorzystać i pokazać, że potrafi coś więcej niż tylko siedzieć na krześle. Cały wieczór upływam im przyjemnie. Mogli poczuć się częścią tej szkoły, chociaż chodzili do niej zaledwie od tygodnia, a właściwie od pięciu dni. A jednak wystarczyła jedna szkolna impreza i ich osoby towarzyszące, by z celebrytów stali się zwyczajnymi uczniami. Tak niewiele, a równocześnie tak dużo. Pozostała trójka uczniów AA, która została w Akademii, mogła im zazdrościć szczególnie teraz, gdy tańczyli przytuleni do swoich par. Wszystko zmierzało ku lepszemu. Piosenka powoli się kończyła, a rozmarzone spojrzenia niektórych osób wskazywały na to, że na jednym tańcu się nie skończy. I gdy co poniektóre usta już szykowały się do pocałunku, gdy hormony zaczynały szybciej buzować w ciałach, coś się wydarzyło. W pierwszej chwili tego nie zauważyli. Właściwie w przypadku pewnej dwójki w ogóle tego nie zauważyli, ale Charlie nagle znalazł się na podłodze, a impet uderzenia wycisnął mu powietrze z płuc. Podobny los spotkał Evey, która nawet się nie spostrzegła, a mało wdzięcznie leżała na ziemi. Nie wiedziała, co ją trafiło. Nie wiedział tego również Edwin, który potrzebował chwili, by zorientować się, dlaczego Evey już nie znajduje się w jego nieco nieporadnych objęciach. Równie zaskoczone spojrzenie stało się udziałem Emily. Kiedy jednak cała czwórka rozejrzała się, spostrzegła dwóch chłopaków wyróżniających się na tle pozostałych. Przede wszystkim ci od razu zobaczyli, co stało się z Charliem i Evey, a po drugie wpatrywali się w uczniów A z mieszaniną bezczelności i zadowolenia. Samozadowolenia. - Runda druga, mini Avengers? – rzucili synchronicznie. Nie więcej szczęścia miał Billy. Chociaż poszczęściło mu się z Iris, ich taniec został przerwany w dość gwałtowny sposób. Tylko tak bowiem można było określić blast, który wylądował tuż przy ich stopach. - Za drugim razem nie spudłuję – obiecała dziewczyna, która stała kilkanaście kroków dalej. Chyba tylko tańczący uczniowie uchronili Billy’ego od trafienia, jednak tego typu osłona nie miała trwać wiecznie, ponieważ coraz więcej osób orientowało się w sytuacji i na razie jeszcze podświadomie usiłowało odsunąć się od potencjalnego zagrożenia. Kana musiał poczekać na wdrożenie swojego planu. Nie wiedział tylko, jak długo przyjdzie mu czekać. To, co się z nim teraz działo, było nietypowe. Dziwne. I niezrozumiałe. Kana zaczął się trząść. Najpierw nieznacznie, ale szybko dreszcze opanowały całe jego ciało. Na języku wyczuwał smak własnego strachu. Objął się ramionami, ale to nie wystarczyło. Bał się. Wyobraźnia podsuwała mu wszystkie obrazy, których się obawiał. A nieco dalej, zaledwie kilka kroków od Kanagatucko, stał chłopak, który przyglądał się swemu dziełu z krzywym uśmiechem. Philippa wreszcie zaczynała gdzieś pasować. Ten bal i jej partner to był powód, dla którego Pym mógł być z niej dumny. Zrobiła to, czego najwyraźniej od niej oczekiwał. Dopasowała się. Zaczynała się zmieniać. Nie wszyscy jednak zamierzali ją w tym wspierać. Zrozumiała to, gdy podłoga pod jej stopami nagle stała się płynna, a ona zaczęła zapadać się w niej niczym w ruchomych piaskach. W pierwszej chwili jej partner zmaierzał ruszyć jej na pomoc, ale nim zdołał znaleźć stabilne oparcie dla stóp, sam również zaczął powoli znikać w podłodze. - Nieładnie tak psuć mi zabawę. Szczególnie wtedy, gdy mam nową zabawkę – rzuciła dziewczyna, która powoli do nich podchodziła. Wydawało się, że księcia ominie to, co działo się na balu z jego towarzyszami w boju i na treningach. Właściwie wszystko zmierzało ku więcej niż optymistycznemu rozwojowi. Taneczne umiejętności następcy tronu wystarczyły, by podbić serce jego partnerki. Dziewczyna wspięła się na palce, jednak wbrew oczekiwaniom jej usta nie znalazły się na wargach księcia. Znalazły się jednak blisko jego ucha, szepcząc słowa odbiegające od słodkich obietnic. - Dam ci jedną szansę. Uciekaj… albo zostań. Nie dodała nic więcej. Nie odsunęła się. Tymczasem zszokowany książę widział jak ruch na sali wzrasta. Dostrzegał powoli rodzącą się panikę. Jeszcze nie wszyscy wiedzieli, jednak gdy przez salę pomknął blast, więcej nie potrzebowali. Krzyk poprzedził paniczną próbę ewakuacji z sali. Trening, Grass Hassock 13 października 2017, godz 19:25 Trójka Avengers wpatrywała się w milczeniu w uczniów, których wzięli na wspólny trening. Z twarzy dorosłych niewiele dało się wyczytać, jednak wymienili między sobą spojrzenia. Natasha natomiast skrzyżowała ręce na piersi i wraz z kolejnymi sekundami, które upływały bez decyzji wyglądała na coraz bardziej zniecierpliwioną. - Gdy zaczniecie wyruszać na misje – zaczęła, kiedy decyzja została podjęta – będziecie mieć sekundy na ustalenie planu działania. Czasem bardzo skomplikowanego, a innym razem wręcz banalnego. Ustalenie kto z kim będzie w jednej drużynie powinno zająć wam nie więcej niż kilkanaście sekund. Znacie nas i pozostaliście już siebie nawzajem. Poznaliście w wystarczającym stopniu, by dobrać skład. Nie dała im możliwości odpowiedzi. Odwróciła się do nich plecami. - Rozdzielamy się – oznajmił Kapitan. – Pamiętajcie o jednym: wygrana nie ma być za wszelką cenę, nawet jeśli dla zwycięzcy przewidziano nagrodę. I miejcie też na uwadze, że podczas tego treningu to wy dowodzicie, a my wykonujemy wasze polecenia. Co więcej, to Avengers trzymają flagi dlatego miejcie to na uwadze, gdy będziecie chcieli wysłać nas do walki w zwarciu. Każde z uczniów podążyło za jednym z członków Avengers, ci natomiast kierowali się w zupełnie przeciwne kierunki. Szli przez chwilę wraz ze swoim mentorem. Pozostałe drużyny szybko przestały być widoczne, chociaż mniej więcej wiedzieli, gdzie się udać, by je spotkać. O ile oczywiście reszta nie będzie się przemieszczała w jakiś trudniejszy do określenia sposób. - Jaki plan działania? – to samo pytanie padło z ust każdego członka Avengers, chociaż różniło się nieco tonem. Kapitan uśmiechnął się pokrzepiająco do Mist. Black Widow spojrzała wyczekująco na Overkilla. Hawkeye wyglądał na autentycznie zainteresowanego, gdy zdawał to pytanie Pane’owi.
  10. - Nie. Nie nazwałabym go normalnym, ale jeśli wkurzanie innych nie jest supermocą, to on nie ma żadnej. - Dodaj do tego supersłuch – rzucił Isaac. Jo nie starała się mówić jakoś przesadnie cicho, ale Isaac musiał mocno wytężać słuch, żeby usłyszeć rozmowę w sypialni. - Możemy z nim iść – powiedziała znacznie ciszej Jo. – Przez jakiś czas to powinna być bezpieczna opcja. Później inni zaczną kojarzyć fakty.
  11. Kraris Vazallush a.k.a. Emerald Guardian Było już późno kiedy ostatecznie wrócili do Wieży. Ta noc zapowiadała się na bardzo krótką, biorąc pod uwagę to, że Nightwing zamierzał jeszcze wziąć Kraris na rozmowę. Nie zamierzał jej robić dodatkowej pogadanki przy wszystkich. Nie prosił jednak, by stawiła się specjalnie w pomieszczeniu, w którym zwykle odbywały się odprawy. Nie kazał jej iść na salę treningową. Na to wszystko szkoda mu było czasu. Zwyczajnie kazał jej zostać na pokładzie T-Jeta. - Dlaczego poleciałaś sama? - zapytał wprost, kiedy zostali już sami i gdy upewnił się, że nikogo z zespołu nie ma już w hangarze. Kraris była przygotowana na to, że czeka ją kara. Wiedziała również, że ma poznać ją, gdy dotrą do Wieży, dlatego nie wyczekiwała chwili, kiedy Nightwing zarządzi powrót, chociaż nawet jej długa noc dawała się we znaki. Odpoczynek był ważny u strażnika, chociaż kosmitka potrafiła radzić sobie w sytuacjach jego braku. Jak teraz, gdy obolałe ciało, porażone mięśnie i poparzona skóra błagały ją o chwilę odpoczynku. Gdy Nightwing kazał jej zostać, spodziewała się, że pozna karę i będzie mogła wrócić do swojego pokoju. Dlatego wstała i czekała aż oznajmi jej swój wyrok. Na pewno jednak kosmitka nie spodziewała się pytania. Żadnych pytań. - To miejsce powinno być opuszczone - powiedziała powoli, walcząc z chęcią, by ponownie usiąść. To jednak oznaczałoby kolejną chwilę słabości i przyznanie, że poradziła sobie znacznie gorzej niż najwyraźniej reszta sądziła. - Nie spodziewałam się kłopotów. Była to prawda. No, część prawdy. - Dlaczego nikt nie wiedział gdzie lecisz? - zapytał. - Dlaczego ja nie wiedziałem? Na to pytanie nie było jej łatwo odpowiedzieć. Nie wtedy, gdy była zmuszona mówić prawdę. - Nie chciałam, żebyście wiedzieli - przyznała wreszcie po przedłużającej się ciszy. - Żaden z Tytanów. Starszych i nowszych członków tej grupy. Sądziłam, że uda mi się wrócić zanim któreś z was zorientuje się, że mnie nie ma. - Chciałaś coś udowodnić - stwierdził wzruszając lekko ramionami. - Sama sobie lub nam wszystkim. Może jedno i drugie. Podjęłaś ryzyko i źle oceniłaś sytuację. Cieszę się, że wezwałaś pomoc, bo nie chcę cię stracić. Ani jako członka zespołu, ani tym bardziej jako dziewczyny - zawiesił na chwilę głos. - Wiesz, że nie mogę tego tak po prostu zostawić? Nie sprzeczała się z jego oceną sytuacji. Może miał rację. Nie analizowała własnych motywów. Nie miała na to czasu. Gdy lecieli z powrotem, niemal wyłączyła myślenie, by pozwolić na regenerację przynajmniej umysłowi. Teraz jednak jej uwaga była wyostrzona, a ostatnie słowa sprawiły, że coś zacisnęło się w jej wnętrzu. Wiedziała, że czeka ją kara. Wiedziała, a jednak otrzymanie jej z jego ręki… Nie, nie myśl o tym, skarciła się w myślach. To przede wszystkim twój dowódca, którego zawiodłaś. - Tak, wiem - odpowiedziała. - Kara w tej sytuacji jest… - zawahała się. - Racjonalna. Milczał przez kilka chwil po czym westchnął. - Masz tydzień dodatkowych treningów. Symulacje różnych sytuacji. Do tego przez ten tydzień jesteś uziemiona. Nie wychodzisz z Wieży poza oficjalnymi zadaniami Tytanów. - Treningów z kim? - dopytała spokojnie. - I czy zakaz wyjść dotyczy również udania się do siedziby Ligi Sprawiedliwych? - Pod moim okiem - odparł. - Treningi drużynowe będą się odbywać standardowo, ale jeśli ktoś z zespołu będzie chciał ci towarzyszyć podczas twoich dodatkowych treningów to mu nie zabronię, ale też nie będę nikomu kazał. To twoja kara, nie ich - dodał. - Potrzebujesz się spotkać z Ligą w sprawie oficjalnej? - Nie. To prywatna sprawa. Chciała poznać treść własnych wspomnień. Nie dodała, że nadal czekała na jego decyzję co do sprawdzenia dopasowania biologicznego. Właściwie nie była pewna czy w obecnej sytuacji nadal mieściło się to w sferze jego zainteresowań. - Przykro mi, Kraris. Jeśli to nie jest coś, czego nie można załatwić przez komunikator, to będzie musiało poczekać aż skończy ci się kara. - Rozumiem - powiedziała z tym samym obojętnym wyrazem twarzy. - Czy mogę już odejść? Niewiele jej brakowało, by naprawdę musiała usiąść. Sięgnął do twarzy i zdjął maskę. - Tak - odparł. - Nie rób tego więcej - poprosił już łagodniej. - Przestraszyłaś mnie dzisiaj. Ziemianie odpowiedzieliby “nie zrobię”. To wydawało się takie naturalne w ich języku, ale dla Kraris byłaby to obietnica. I byłoby to zarówno kłamstwo, bo wiedziała, że wystarczy jeden sygnał od J’onna, by raz jeszcze okazała nieposłuszeństwo. - Przepraszam. Wiem, że czujesz się odpowiedzialny za ten zespół i sygnał alarmowy nie był tym, na co czekałeś wieczorem. Dokonałam złej oceny sytuacji. - Byłoby o wiele gorzej, gdybyś go nie użyła - odparł. - I przestraszyłem się nie jako lider Teen Titans. Przestraszyłem się jako Dick Grayson. Jako twój chłopak. Niepewnie skinęła głową. - Dobrze. Nie będę używała więcej sygnału alarmowego. Dick patrzył na nią przez kilka chwil jakby stała przed nim zupełnie obca osoba. Lub jakby się zastanawiał czy na pewno dobrze usłyszał. - Kraris, nie chodziło mi o to byś nie używała sygnału. Ja po prostu… po prostu powiedziałem ci jak się czułem. Zmarszczyła brwi jak niemal zawsze, gdy usilnie starała się zrozumieć, coś z zachowań dla Ziemian uchodzących za naturalne. Nie wiedziała, czego Dick od niej oczekuje. Sądziła, że nadal gani ją za użycie sygnału alarmowego. Sama i bez tego żałowała naciśnięcia tego jednego przycisku. A jednak chłopakowi zdawało się chodzić o coś innego. Mogła zapytać… Nie, nie mogła. Jego spojrzenie wyraźnie mówiło, że cokolwiek Kraris teraz powie, może mieć to ogromne znaczenie. Szkoda że kosmitka nie wiedziała dlaczego. Oczekiwał, że poniesie jakoś odpowiedzialność za jego uczucia? Nie była przecież za nie odpowiedzialna. Nie mogła być. - Przepraszam, że się martwiłeś - zaczęła powoli, uważnie obserwując jego reakcję. - Przepraszam, że to z mojego powodu musiałeś się martwić - poprawiła się. - Ale wiesz.... To nie był pierwszy raz i nie będzie ostatni. Jestem Emerald Guardian to oznacza, że niejednokrotnie mogę znaleźć się w takiej sytuacji. Pamiętasz o tym, prawda? - zapytała łagodnie. Zupełnie nie miała pojęcia jak do niego podejść. - Pamiętam - przytaknął. - Jesteś bohaterką. Wszyscy tutaj jesteśmy, a to oznacza, że ponosimy ryzyko. Że którejś nocy możemy wyjść i nie wrócić. Uwierz mi, przechodziłem przez to. Pochowałem już kilkoro przyjaciół - wyjaśnił. - Jednak to, że ryzykujemy nie oznacza, że nie możemy się o siebie martwić, prawda? - To chyba niezdrowe - odparła zanim zdążyła pomyśleć. Teraz pozostało jej pogrążać się dalej. - To znaczy takie martwienie się jest chyba szkodliwe dla ludzkiego ciała. Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. - Nic mi nie będzie - zapewnił. - Skoro tak uważasz… - odparła bez przekonania. Nawet nie zauważyła, że zaczęła nieznacznie unosić się nad ziemią. Było to podyktowane potrzebami jej ciała, które niezbyt dobrze radziło sobie z energetyczną bronią o takiej sile. Kraris zdecydowanie twardo stąpała po ziemi. Nie lewitowała w Wieży przy każdej nadarzającej się okazji, ale chodziła jak zwyczajni ludzie. Teraz jednak mogła częściowo zamortyzować niezbędne ruchy. Chodzenie z pewnością do nich należało. - Mimo wszystko mam nadzieję, że nie będziesz musiał się o mnie martwić - dodała. Mimo wszystko musiała udać się po coś zimnego na oparzenia, chociaż lodowaty prysznic wydawał się równie dobrą alternatywą. - Jak twoje rany? - zapytał po chwili obserwowania tego, jak Kraris się zachowuje. - Potrzebujesz odwiedzić skrzydło medyczne? - Bywało lepiej - przyznała. - Przede wszystkim muszę się schłodzić. - Jak bardzo? - zapytał poważniejąc nieco. - Jak bardzo co? - doprecyzowała. - Jak bardzo lepiej bywało czy jak bardzo muszę się schłodzić? - Jak bardzo musisz się schłodzić. Bardziej zimny prysznic, czy bardziej wanna wypełniona lodem? - Nie jestem pewna. Nie miałam jeszcze czasu przyjrzeć się obrażeniom. - Więc zajrzyjmy do skrzydła medycznego i sprawdźmy - zaproponował. - Dasz radę? - Tak - odparła bez chwili zawahania. Nie wylądowała jednak na ziemi, cały czas poruszając się nieco nad nią. Kraris w małym stopniu przypominała samą siebie, gdy pojawiła się na miejscu zbiórki. Nawet podróż do siedziby ARGUS niewiele w tej kwestii zmieniła. Powodów, dla których Emerald Guadian mogła wyglądał na znacznie mniej twardą niż zazwyczaj, było naprawdę wiele. Skutki kaca po popijawie na imprezie zapoznawczej. Łomot ze strony Bane’a i jego popleczników. Mała ilość snu. Kara Nightwinga, jakakolwiek ona była. Cokolwiek to było, wystarczyło by przez maskę Kraris przebijała co jakiś czas mina pt. „nie chcę tutaj teraz być”. Pojawienie się Lyli zmusiło Kraris do zebrania wszystkich sił, jakie jej zostały. Nie tylko dlatego, że byli teraz na terenie pani porucznik, ale przede wszystkim z powodu Glaze’a. Poprzednie spotkanie tej dwójki przebiegło burzliwie, a ostatnie czego teraz potrzebowali to aresztowanie lodowego chłopca. - Rozumiemy – odpowiedziała Kraris, zanim Glaze zdążył cokolwiek wtrącić. – Czy od czasu pojmania Terror Titans wydarzyło się coś, o czym powinniśmy wiedzieć? Jakieś incydenty z ich udziałem? Jakieś pytania, na które już być może padły odpowiedzi? Kraris trudno było uwierzyć, że z jakimikolwiek pytaniami czekano na ich obecność.
  12. Zgłoszone do JJa.
  13. Z mojej strony update nieobecności. Powoli się ogarniam, natomiast mam (jak zwykle) sporo zaległości. W planach jest wrzucenie postów najpóźniej w sobotę, bo później wyjeżdżam na kilka dni i raczej nie zabieram komputera, a pisanie z komórki to zło. Aktualnie Strefę czytam, życzeń żadnego sortu jeszcze nie spełniam. Później wyjazd w niedzielę i powrót w piątek z bardzo ograniczoną obecnością i zerową aktywnością postową.
  14. Mam niestety szpital w domu i usiłuję równocześnie wykonać zlecenia, samej się nie rozchorować, chodzić do pracy i zająć się dzieckiem. W tym napiętym grafiku nie mam już nawet sekundy wolnego czasu dlatego zgłaszam nieobecność do odwołania. Jeśli jakimś cudem się pojawię to przelotem.
  15. Zabije nas śmiechem.