Swara

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    6488
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O Swara

  • Ranga
    Weteran kampanii przeepickich
  • Urodziny 24.03.1974

Contact Methods

  • Website URL http://

Profile Information

  • Gender Male

Previous Fields

  • GaduGadu 8798155

Ostatnie wizyty

1285 wyświetleń profilu
  1. Wydano 15 punktów na awans postaci.
  2. Nie można wyświetlić tego posta, ponieważ znajduje się na forum, które jest zabezpieczone hasłem. Wpisz hasło
  3. Post ćwiczebny na potrzeby przyszłej rozmowy z dziadkiem.
  4. To może ja też zaklepie miejsce na rozmowę z moim dziadkiem.
  5. To było dwa miesiące temu. Mogło mi się zapomnieć. Ale faktycznie wszystko ładnie opisane. Przepraszam za moje gapiostwo.
  6. Tylko jak zrobić awans? Możemy wykupić nowe umiejętności/czary, czy też podnieść te których używaliśmy?
  7. Akagi Konomi & John Daglas &Arden Usoka &Theo i Aviana Evans 12 Września 2017 Godzina 17:35 Stara Droga Wschodnia część Miasta Pojawili się. Z potarganymi włosami i ściśniętymi żołądkami oraz podchodzącymi ich zawartościami do gardła. Nogi nie utrzymywały ich pewnie na ziemi. - Zdarza się najlepszym, ale jesteśmy w jednym kawałku - powiedziała Konomi puszczając dłonie bliźniaków - Hurra - rzekł Theo - Gdzie jesteśmy? - zapytała Aviana, po czym rozejrzała się po nowym miejscu. Znaleźli się w leśnym zakątku, przez który biegł trakt prowadzący do lasu i rozdzielający się do zapuszczonego cmentarza. Droga nie była w najlepszym stanie. Składała się głównie z kamieni o różnorakiej wielkości. Pobliska statua anioła o rozpuszczonych włosach przyglądała im się z oddali. W pobliżu tego posągu coś się czaiło. Ciemny kształt, który przybierał formę czarnego dymu, tudzież mgły. Niebezpieczeństwo. Cmentarz nie zamierzał powitać ich z otwartymi ramionami. Grupa złożona pięciu, czarnych wilków o świecących oczach wyłoniła się zza statuy. - Co to jest? - zapytała Aviana - Czarne wilki - odpowiedziała natychmiast Konomi - Walczyliśmy już z nimi. - O mamo, znowu wilki -wyszeptał John. -Dlaczego wilki? Nienawidzę wilków. Arden westchnął lekko na widok wilków. Skoro poprzednio mieli problemy żeby rozwalić trzy… Pozostawało mieć głęboką nadzieję, że Aviana i Theo znają się na walce trochę lepiej od nich. -Dokładnie to samo co wcześniej. Mogliby już nam odpuścić… - Arden zamyślił się na chwilę. Białowłosa wariatka, choć była wariatką, raczej nie przeszkadzałaby im w odnalezieniu artefaktów - jeśli cokolwiek miałaby zrobić, to raczej coś wręcz przeciwnego. Czyli… kto stworzył te wilki? I w jaki sposób wiedział gdzie się znajdują? Arden potrząsnął głową i odrzucił od siebie te myśli. Trzeba się skupić na walce. Trójka z tej piątki wilków wysunęła się przed szereg, tworząc swego rodzaju trójkąt równoramienny. Bestie kierowały się w kierunku nastolatków. Powarkiwały cicho i kłapały szczękami oraz upatrywały sobie ofiary. Jeden z nich dopadł Ardena i ugryzł go w nogawkę, kolejny rzucił się na Theo i powalił go na ziemię, a ostatni z trójki zaatakował Johna, lecz jego zęby zatrzymały na materiale spodni. Aviana zdecydowała się uratować swojego brata. Młoda czarownica utkwiła swe spojrzenie w stworzeniu, a następnie cicho powiedziała - Phastmatos Incendia - Płomienie objęły cienistą bestię, która zaczęła wyć, ale sam ogień okazał się zbyt słabym narzędziem. Wiedźma skierowała swe dłonie, by wzmocnić zakres zaklęcia przy pomocy swej nadprzyrodzonej zdolności. Wszyscy widzieli płonący błysk w jej oczach. Kolejny wilk rzucił się na Konomi i powalił nastolatkę, a następnie siłował się z nią. Odruchowo zadał szybki cios w nos, potem poprawił dla pewności kopniakiem i odskoczył na bezpieczną odległość. -A ludzie się dziwią, że nie lubię wilków. Kopniak w nos okazał się dość skuteczną metodą na przerwanie ataku wroga. Uderzenie butem rozproszyło cienistego wilka, który spotkał się z kolejnym uderzeniem. Bestia na chwilę odpuściła. Tymczasem Theo zaczął mocować się z podpalonym oponentem. - Całkiem nieźle - rzucił do siostry, a następnie powiedział cicho -Vodux Czar wyrzucił wilka w górę i odrzucił go na bezpieczną odległość od blondyna. Czarownik powoli się podniósł i spojrzał na przeciwnika. - Kończymy zabawę - mruknął i skoncentrował się na dziwnym zwierzęciu. Theo wyciągnął obie dłonie przed siebie, kierując je ku cieniowi. - Phesmatos Pyrox Morsinus Illum ... Wszyscy słyszeli jak bestia zaczyna skamleć z bólu, a na ziemię padają pierwsze krople krwi, które wypływały z jej nosa i pysku. Rzucony czar zadziałał, a Theo uśmiechał się niczym sadysta. Chłopak tryumfował nad zranionym wilkiem. Konomi ponownie zastosowała znaną sobie sztuczkę. Nastolatka skupiła się i przy pomocy wezwanego wiatru, odrzuciła wilka, który kłapał na nią zębiskami. Odrzucony przeciwnik uderzył twardo w ziemię. Panna Akagi podniosła się z miejsca i przy pomocy telekinzey posłała wroga na drzewo. Rozległo się głuche uderzenie. Gdy Arden zobaczył szarżującego wilka, serce podskoczyło mu w okolice gardła. Jak dotąd nie miał bezpośredniego kontaktu z wrogiem, jedyne co robił to ofensywa słowna ze znacznej odległości. Opanował się jednak, i z całej siły spróbował wydostać nogę z uścisku szczęk wilka, po czym odskoczył na w miarę bezpieczną odległość. Niewiele myśląc wyciągnął dłoń i wypowiedział swoją nową ulubioną formułkę, mając gorącą nadzieję, że jego zaklęcie zadawania bólu zadziała nieco mocniej niż w ostatnim przypadku. - Errox fumas. Arden z niewielkim trudem uwolnił swoją nogę z paszczy cienistego wilka, który powarkiwał cicho i ukazywał swe kły. Bestia miała się ponownie rzucić na chłopaka, gdyby nie jeden problem - zaklęcie. Potwór zaczął skomleć i położył swoją głowę na ziemi, a oczy przysłonił łapami. Z nosa zaczęła mu skapywać krew, a cienista aura zaczęła powoli się rozpływać. Czar odnosił swój skutek. Ostatni z wilków widząc, jak jego towarzysz cierpi poprzez urok, postanowił szybkim susem doskoczyć do nastolatka i zaatakować go. Usoka poczuł wilcze łapy na swojej klatce piersiowej, które zmusiły go do cofnięcia się o kilka kroków. Wilk nie wyglądał na tego, który przystanie na jednym działaniu. Walka wciąż trwała. Zranieni przeciwnicy nie zamierzali się jeszcze poddać. Wilk, który ucierpiał przez zaklęcie Ardena podniósł się i dołączył do swego kompana, który rzucił wyzwanie Usoce. Oponent kłapał zębiskami i powarkiwał, a następnie zaatakował prawą nogę chłopaka. Kły zatopiły się w materiale spodni, a czarownik poczuł szarpnięcie. Wilk, który był nękany przez zaklęcie Theo walczył z skutkiem uroku i udało mu sie to przezwyciężyć. Powstał na łapach i ruszył na blondyna, a następnie zatopił kły w materiale spodni. Bestia, która mierzyła się wcześniej z Johnem, postanowiła kontynuować z nim walkę i z swych łopatek wytworzyła dwa, cienkie, cieniste bicze, którymi zaczęła uderzać o ziemię i przybliżała się stopniowo ku młodemu Kitsune. Jedna z tych macek smagnęła Daglasa po policzku, zostawiając po sobie niewielkie rozcięcie. Aviana widząc, że Arden ma towarzystwo postanowiła mu udzielić szybkiej pomocy. - Espirimus Paratis! - krzyknęła Ziemia pod obydwoma wilkami gwałtownie zadrżała, a same potwory zaczęły z trudem łapać powietrze. Nastąpiły ciche trzaski łamanych kręgów szyjnych, ale bardziej przypominały chrupnięcia. Po chwili oba wilki rozpłynęły się, a sama Aviana miała problem ze złapaniem równowagi. To było dość silne zaklęcie Wilk, który był zraniony przez Konomi na chwilę obecną nie odzyskał przytomności. John znalazłszy się w bezpiecznej odległości po starał się uspokoić rozbiegane serce i skorzystać z naturalnych lisich zdolności szybkości i pazurów. Kiedy obudził lisią naturę zaatakował ogniem najbliższego wilka. John uwolnił swoją lisią naturę, a także ukazał przy tym swoje szpony. Wykorzystując aurę, chłopak utworzył płomień, którym miotnął w agresora. Rozległ się pisk, a wilk wycofał się o kilka kroków. W powietrzu unosił się zapach przypalonej sierści. Tymczasem Theo Evans skrzywił się z bólu, gdy poczuł kły potwora na materiale swych spodni. - No nie, kosztowały 70 dolców - mruknął zawiedziony i następnie zacmokał - Zły piesek. Motus - mruknął, wskazując dłonią na wilka. Czar odrzucił oponenta, posyłając go do jego nieprzytomnego kompana. Arden zachwiał się lekko, czując na sobie dwie wilcze łapy. Wielkie ślepia potworka patrzyły na niego morderczym wzrokiem, i nic nie wskazywało na to żeby jego przeciwnik miał odpuścić. Z pomocą przyszła mu jednak Aviana, za co był niezmiernie wdzięczny. Postanowił jej później podziękować, jednak w tej chwili miał inny problem. A dokładniej problem miał John, któremu chłopak zamierzał pomóc. Szybkim ruchem skierował dłoń w stronę wilka. - Motus. - Mając nadzieję, że zaklęcie zadziała, Arden przesunął się w stronę Theo i reszty. Walka powoli chyliła się ku końcowi, wilcze jednostki powoli rozpływały się jedna po drugiej w powietrzu. Pozostawało coraz mniej agresorów. Konomi, ogarniając się trochę po nieprzyjemnym upadku i upewniając że żaden z futrzaków nie ma zamiaru powtórzyć na niej tego manewru postanowiła nacisnąć trochę któregoś ze zwierzaków. Jako cel obrała sobie odrzuconego, aczkolwiek przytomnego wilka który wciąż mógł stanowić zagrożenie. Skupiła się i dając upust swoim lekko skołatanym nerwom użyła telekinezy by dosłownie wgnieść wilka w ziemię. Może nie jest to litościwa forma śmierci, ale na pewno skuteczna. Chyba że magia zawiedzie... Arden miał szczęście. Jego rzucone zaklęcie zakończyło się sukcesem, a wilk, który nękał Johna został odrzucony. Po tym wszystkim, chłopak dołączył do reszty towarzyszy. Konomi aktywnie włączyła się do walki. Nastolatka skupiła się na użyciu telekinezy, by wgnieść przeciwników w ziemię. Nie był to może silny atak, ale wystarczył i zadecydował o losach tej walki. Wilki zaczęły się rozpływać w charakterystycznym dla siebie czarnym dymie. To koniec. - Odnoszę wrażenie, że to dopiero przedsmak dzisiejszego późnego popołudnia – powiedział Theo – Czym one są? – zapytał, spoglądając na unoszący się w powietrzu dym - Czymś, co chciało nas powstrzymać. Chodźcie – powiedziała Avaiana i jako pierwsza ruszyła w kierunku statuy, by w końcu ją ominąć. Reszta ruszyła za nią. 12 Września 2016 Godzina: 18:16 Stary Cmentarz Dość szybko znaleźli się na terenie starego, nieco zaniedbanego cmentarza. Pierwsze co zauważyli to dzielił się on na pewne sektory. Po obu stronach ziemistej drogi znajdowały się nagrobki. Większość wyrytych napisów wyglądały dość nieczytelnie. Tylko na części z tych grobów były zostawione kwiaty i znicze. Jednak ktoś pamiętał o zmarłych. Za szeregami kamieni nagrobnych stały pojedyncze rodzinne grobowce. Droga, która przebiegała przez to miejsce miała swoje rozgałęzienie na dwie osobne ścieżki, tuż przy jednym wielkim, starym grobowcu. Nie było w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że stała przy nim czwórka osób. Caleb Stewart, Alissa Adams, Stacy Duncan i Raven Norman – miejscowi szkolni outsiderzy należący do tych złych i zepsutych osób, które nagminnie łamią wszelkie zasady. Początkowo mogło się wydawać, że zebrali się w tym miejscu, by ćpać i pić, ale młodzi czarownicy zauważyli, że stoją przy kręgu soli i wpatrują się w wielkiego, czarnego, masywnego wilka ,którego otaczał mrok w postaci wijących się macek. - Mówiłem, że żywiołaka ciemności da się kontrolować, jeżeli posiada się ku temu odpowiednie umiejętności – powiedział Caleb - Jesteś niesamowity – przyznała Raven – Pierwszy raz widzę takiego cudaka – dodała z wyraźną ekscytacją w głosie - Mamy towarzystwo – zauważyła Alissa Caleb spojrzał na piątkę intruzów, którzy pojawili się o złej godzinie i w złym miejscu. - Witajcie przyjaciele – powiedział rozkładając ręce i zaczął iść w ich stronę. Zaraz przy nim pojawiła się Alissa i Raven, zaś Stacy trzymała się na uboczu. - Przyszliście podziwiać ten okaz? – zapytał -Podziwiać? -John prychnął ze złością. -Raczej zapytać, co wam odwaliło. Po cholerę wzywacie żywiołaka ciemności skoro nad tym nie panujecie? Przez takie zabawy widmowe wilki rozbiegły się po okolicy, atakując, co popadnie. Arden uśmiechnął się lekko na widok jego kolegów ze szkoły. Wilki które ich zaatakowały nie wyglądały na kontrolowane przez cokolwiek czy kogokolwiek. Czyli to oni są sprawcami tego zamieszania? No ładnie… - Przepiękny, naprawdę. I widzę ładnie go kontrolujesz. Oby lepiej niż ta ósemka która latała po całej okolicy, bo nie tylko my będziemy mieć kłopoty. Ardena nieco zaskoczył ton jego kolegi. Stojący przed nimi ludzie nie wyglądali na kogoś, kto uległby głosowi rozsądku. Chociaż gdyby tak wyjąć Caleba z tego uroczego haremu, może nie trzeba by było zajmować się wszystkimi naraz... Arden ściszył nieco głos i odwrócił lekko głowę do reszty. Mówił cicho, ale nie na tyle, żeby stojący przed nim chłopak nie mógł tego usłyszeć. - Mam wrażenie, że największym problemem będzie ten żywiołak. Nie jest nawet w połowie tak przyjemny jak reszta. -Czyli dobrze mamy rozumieć że reszta tych wilczych pokrak to też wasza sprawka? Jeśli tak to muszę Was zmartwić… - wygłosiła Kono z nutką niewinności w głosie - Ale będę musiała zrobić Wam krzywdę za upierdzielenie mi jednej z ulubionych sukienek. Módlcie się tylko żeby dało się wyprać to może będę dla Was łagodna! - dokończyła twardo, choć spuściła z powagi sytuacji poprzez cichy śmiech i schowała się za Ardenem i Johnem. Podczas tej krótkiej, pogróżkowej prelekcji rozejrzała się jak to wszystko wygląda. -Wydaje się potężny. Te sieroty na pewno nie kontrolują go w pełni… Nie będę się wychylać i postaram się jakoś go zablokować, tak w razie czego. Chyba że no… nie chcecie - dokończyła półżarcikiem i zabrała się za pewne przygotowania. Może da się go zamknąć w powietrznej klatce? Musiała się skupić by czekać jak najdłużej. Starała się skupić na zaklęciu by mieć w gotowości powietrzną ścianę ale użyć jej dopiero, gdy wilk by się wydostał. Nie chciałaby przez przypadek sama go uwolnić. - Głodny wilk to nieszczęśliwy wilk – odpowiedział na pierwszą pretensję Caleb –Większy żywiołak mroku ma zdolność do tworzenia pomniejszych sług. Są oczywiście słabsze, ale bardziej agresywne i nieposłuszne – dorzucił czarownik Towarzysząca mu Alissa uśmiechnęła się dość głupkowato, zaś Raven rzuciła wyzywające spojrzenie - A co wy tu robicie? – zapytała - Nie wasz biznes – warknęła Aviana - Chyba to nasza sprawa, bo powiedziano nam, by nikt tu niepowołany się nie kręcił – odparł Caleb Cała trójka wybuchła głośnym śmiechem, gdy dotarły do nich słowa Konomi. - Zabawna i głupia dziewczynka – rzucił docinkiem Konomi skoncentrowała się na swym zadaniu i w głębi ducha czuła, że poszło jej to nadzwyczajnie dobrze. Nie miała problemu z przygotowaniem powietrznej klatki. Musiała teraz czekać na rozwój wydarzeń. - Więc… – kontynuował Caleb – Skoro już się napatrzyliście to sugerowałbym wycofanie się w bezpieczne miejsce nim zrobi się tu naprawdę gorąco. Rodzeństwo Evans wymieniło się spojrzeniami i zerknęło na Ardena. -Ty chyba nie mówisz poważnie. Zamierzasz to dalej ciągnąć? Zdajesz sobie sprawę z faktu, że im dłużej utrzymujesz tą maszkarę w naszym wymiarze, tym więcej ludzi ucierpi od ataków widmowilków. nie lepiej zakończyć tę zabawę? Arden uśmiechnął się lekko słysząc słowa grupki. - Hm. Jeżeli nie kontrolujesz dość ważnej zdolności swojego wilczka, to raczej nie ma mowy o jakiejkolwiek kontroli. - Arden spojrzał lekko na Konomi i Avianę, upewniając się, że są gotowi. Jednak zanim podejmą jakąkolwiek akcję, musiał zadać jeszcze jedno ważne pytanie - właściwie ich cel przyjścia tutaj. - Jeżeli odejdziemy to raczej na pewno nie będzie gorąco. Co dobre, to tylko z nami. - Rzucił spokojnym tonem, uśmiechając się lekko. - Ale możemy zrobić coś innego, to znaczy zanim zacznie się robić gorąco. Na przykład możecie nam powiedzieć o szerzej nieznanej dziewoi imieniem Jolene. - A co nas to obchodzi? – zapytała Alissa, gdy usłyszała początkowe słowa Johna – W tej chwili liczy się fun i ta nutka niebezpieczeństwa. Caleb i ja damy sobie radę, a Raven i Stacy w każdej chwili mogą nam pomóc – rzuciła czarnowłosa. - Oczywiście – odparła Raven, strzelając kostkami palców u obu dłoni. Stacy nie miała najlepszej miny. Dziewczyna wyglądała, jakby chciała opuścić grupę. - Gdyby go nie kontrolował to już dawno bym go rozszarpał. Wilki miały tylko namierzyć intruzów, którzy chodzili po tej okolicy. Nie mam pojęcia z jakimi innymi wilkami się spotkaliście – wyjaśnił im Caleb – Jolene? – zapytał, uśmiechając się dość złowrogo i zaczekał z odpowiedzią na zadane pytanie. Uwięziony w kręgu wilk poruszył się dość gwałtownie. Jego zębiska capnęły niewidzialną barierę, a sól będąca magicznym środkiem rozsunęła się. Wilk postawił swe łapy poza przerwaną klatką - Denerwujecie mojego przyjaciela – powiedział nastolatek –A jeśli chodzi o waszą Jolene to dostaliśmy jasny przekaz. Każdy kto o nią zapyta musi… - rzekł, ale przerwał swoją wypowiedź, by wymienić krótkie i szybkie spojrzenie z dziewczynami - Zginąć – dokończyła za niego Alissa - Na wasze nieszczęście nie jesteśmy mordercami – wtrąciła się Aviana - Ale jesteśmy gotowi na wszystko – wsparł siostrę Theo - Towarzyszu – zwrócił się do wilka – Wezwij kilka sług- powiedział Caleb Czerwonooki, ogromny wilk zawył, a jego pobliżu zaczęła materializować się czarna mgła, która podzieliła się na cztery pomniejsze części. Z nich powstawały czarne, widmowe wilki. - Spadam stąd – powiedziała nagle Stacy – To nie moja walka i nie chcę się w to mieszać. Na razie, świrusy – odparła Duncan i ruszyła w kierunku Ardena i pozostałych, pewnie by ich po prostu wyminąć. - Będziesz tego żałować – rzucił do jej pleców Caleb - Już żałuję – odparła ironicznym tonem Tymczasem Raven Norman zaczęła zrzucać gwałtownie ubrania. Arden, Konomi, John i rodzeństwo nie wiedzieli, czemu to dziewczę tak postępuje, ale zauważyli, że nastolatka zaczyna się przemieniać. Jej obnażone przedramiona zaczęła pokrywać czarna sierść, a oczy nabierały kocich cech. Mięśnie gwałtownie rosły, a tuż nad pośladkami wystrzelił czarny, długi ogon. Grupa znalazła się w tarapatach. Hmmm, chyba wreszcie nadszedł moment na przygotowaną wcześniej niespodziankę. -Staramy się przynajmniej nikogo nie mordować. Później krew ciężko schodzi.- dodała swoją myśl Konomi i pstryknęła a wtedy wietrzna klatka aktywowała się, tworząc wokół wilka sferę silnego podmuchu. -Mam nadzieję że nie obrazicie się za moją małą interwencję. Tylko jeszcze bardziej zmniejszam Wasze szanse. - dodała puszczając całuska w powietrze w kierunku narwańców. -Postaram się trzymać tego dużego tak długo jak tylko się da. - rzuciła cichaczem do kompanów. Chciała się w pełni skoncentrować na trzymaniu zaklęcia. Dopiero w ostateczności chciała opuścić więzienie by ratować się z opresji. Ewentualnie przyjaciół… Tak czy siak wolała jak tylko się da pilnować dużego. -Hej mała. - rzuciła do Stacy -Na pewno nie chcesz się tutaj pobawić? Gwarantujemy rozrywkę sto na dziesięć- zachęciła żartobliwie. Czemu nie spróbować. Patrzył na przemianę dziewczyny z lekkim niesmakiem. -Czas przemiany godny szacunku, ale ,żeby tak publicznie, -lis wyraźnie się skrzywił. -Obrzydlistwo. A krew można zlizać, -odpowiedział kumplowi na sugestię o nie zabijaniu. -Chociaż w tym przypadku to będzie raczej mało przyjemnie. Po raz kolejny się skrzywił. Dzięki temu, że nie pozbył się lisich cech po ostatniej walce mógł od razu ruszyć do walki. Wycelował palce w najbliższego wilka. -Incendia, wyszeptał i wyzwolił ognisty czar płomieni próbując podpalić oponenta. Nie czekał na efekt tylko powtórzył zaklęcie celując w kolejnego. Dopiero po tym rozejrzał się po okolicy sprawdzając ruchy przeciwnika. Arden uśmiechnął się, widząc jak Stacy opuszcza grupę. Jedna mniej - pomyślał. Konomi co prawda zaproponowała dołączenie do walki, ale… -Jest nas trochę więcej niż cztery osoby. Jeśli chcesz się czegoś od nas dowiedzieć to zapraszam. Jeśli nie, droga wolna. - Rzucił do odchodzącej Stacy wzruszając ramionami, po czym odwrócił się w stronę Caleba. Raven była problemem, ale Usoka liczył na to, że John zdoła zająć ją na dłuższą chwilę. Czarnym wilkiem zajęła się Konomi, a cztery mniejsze zapewne weźmie Aviana i Theo. Czyli jemu zostaje Caleb i Alissa. -Ja nikogo nie zamierzam zabijać. To oni chcą się zabić. A tego nie mam ani prawa, ani chęci im zabraniać. - Rzucił Arden cicho w stronę grupki. Szybkim ruchem wycofał się lekko na tył swojej drużyny - był nieco bezużyteczny w bliskim starciu - i odetchnął głęboko, po czym wyciągnął dłoń w stronę Caleba. Cicho mrucząc formułkę użył zaklęcia telekinezy, żeby popchnął swojego nieprzyjaciela do przodu, po czym natychmiastowo użył zaklęcia zadawania bólu skierowanego na nogi Caleba, mając nadzieję, że ten straci równowagę. Następnie rozejrzał się po polu walki, czekając na rozwój wydarzeń. Z minuty na minutę sytuacja zaczęła się coraz bardziej rozwijać. Sfera silnego podmuchu aktywowana przez Konomi, zatrzymała wielkiego wilka w miejscu. Przynajmniej na kilka chwil. Młoda czarownica odniosła wrażenie, że długo tego stworzenia nie utrzyma w pułapce. Stacy Duncan zatrzymała się, gdy usłyszała zachętę Konomi i Ardena, który dodał swoje trzy ćwierćdolarówki. Dziewczyna zaczęła przyglądać się temu wszystkiemu. Przegryzła wargę i kiwnęła potakująco głową. - Zgoda, wesprę was – powiedziała i tym samym wywołując ogromne zaskoczenie na twarzy Caleba i Alissy. - Zdrajczyni – wysyczał Caleb, który wskazał na nią dłonią, jednak Arden był szybszy, kiedy wymówił cicho formułkę zaklęcia. Nastoletni wrogi czarownik został przyciągnięty w kierunku Usoki i reszty grupy. Dodatkowy atak za pomocą zadawania bólu, sprawił, że Stewart osunął się na kolana, głośno przy tym krzycząc. Na twarzy czarownika widniał grymas bólu. W zaciśniętej dłoni Aviany pojawiły się płomienie. Młoda czarownica skupiła się, by je przywołać, a następnie wykorzystać do innego celu. Rozległ się magiczny trzask, a z stworzonego źródła ognia wystrzeliło kilka języków, które połączyły się w pierścień ognia, oddzielający Caleba od reszty towarzystwa. Podobny płonący twór powstał przy Alissy. - Walkę uważam za zakończoną – powiedziała Aviana – Nie radzę byście coś majstrowali, bo płomienie szybko się do was zbliżą i spalą. - Wycofaj swoje wilki, a wszystko będzie dobrze – wtrącił się Theo -Caleb… - powiedziała Alissa - Nie, nie poddamy się – mruknął Theo dołączył do Johna, który podpalał wilki. Młody lis słyszał, jak oponenci wyją z bólu i spoglądał na trawiące ich płomienie. Evans zajął się pozostałą dwójką wilków i torturował je za pomocą zadawania bólu. Wszyscy słyszeli te piski i widzieli jak widmo ulega powolnemu rozmazywaniu. Alissa zamknęła oczy, a następnie tupnęła nogą o ziemię, wywołując przy tym potężny wstrząs, który sprawił, że okolica mocno zadrżała. Wstrząs trwał kilka sekund, ale sprawił swoje. Arden, John, Theo, Aviana, Stacy oraz Konomi wylądowali na ziemi i zaliczyli w tern sposób gwałtowny upadek. Tym samym klatka powietrzna wiążąca przywódcę wilków uległa osłabieniu, a sam Caleb podniósł się z kolan. - Trzeba ukarać zdrajców – powiedziała Alissa - Lihednat Dolchitni. Stacy Duncan zaczęła się dusić. Bladolica próbowała złapać oddech, ale nie mogła. Ugięła nogi w kolanach, a dłońmi oparła się o biodra, kierując tym samym głowę ku ziemi. Caleb wskazał swą wyprostowaną dłonią na Avianę i skupił na niej swój wzrok. - Lem duree mohana – powiedział cicho Zaklęcie spowodował upadek młodej czarownicy, która klęczała na cmentarnej ziemi. Evans próbowała walczyć ze skutkiem czaru, ale Caleb zwiększał wpływ. - Cofnij zaklęcie – rzucił do wiedźmy Tymczasem żywiołak ciemności otoczył się gęstym dymem, który walczył z sferą podmuchu. Bestia zaczęła stawiać swoje łapy w obszarze działania zdolności. Jeden krok, drugi krok, aż w końcu wydostała się i zawyła. Była wolna. Jeden z wilków walczył ze skutkiem zaklęcia Johna, ale jego próby nie były wystarczająco dobre. Drugi wilk bez problemu sobie z tym poradził i ruszył na młodego lisa. Oponent zmienił swą formę na wstęgę dymu z czerwonymi oczami i kłami, która pomknęła szybko ku Daglasowi, by zatopić kły w jego gardle. Wróg pokonał odległość, a jego zębiska zatopiły się w okolicach nadgarstka chłopaka. Stworzenie z każdą chwilą wgryzało się coraz bardziej. Raven dokończyła swoją przemianę. Czarna pantera rozglądała się w poszukiwaniu ofiary i zaczęła podążać w stronę Konomi. Wielki drapieżnik poruszał się początkowo powoli, by nagle wyrwać się z miejsca i zacząć biec. Zwierzę wykonało skok i z gracją wylądowało na nastolatce. Potężne łapy wysunęły pazury na ramionach Akagi i zostawiły za sobą krwawy ślad. Wystarczyła tylko chwila, by w swojej nowej formie, Raven wgryzła się w twarz nastolatki. Arden nie był zbytnio zaskoczony rozwojem sytuacji. Aviana i Theo zupełnie zlekceważyli Caleba, co było jednym z głównych powodów ich obecnej sytuacji. Nie było jednak czasu na takie rozmyślania. Arden podniósł się, przyklękając lekko na jedno kolano, po czym rozejrzał się po polu walki. Aviana była zagrożona, ale Konomi miała o wiele większe kłopoty. Pantera nie była zbyt ciekawym dodatkiem, i tak mieli dostatecznie dużo problemów. Usoka nie czekał długo, szybkim ruchem dłoni wskazał na panterę wgryzającą się w twarz Konomi, po czym wypowiedział formułkę zaklęcia zadawania bólu. Zaklęcie telekinezy nie zrobiłoby większego wrażenia na stworzenie o takiej masie, a poza tym… Arden uśmiechnął się szelmowsko w stronę Caleba, po czym odwrócił dłoń w jego stronę i uderzył go telekinezą. Oczywiście nie za mocną - nie na tyle, żeby wyrzucić go za ognisty krąg stworzony przez Avianę. Na coś w końcu musiał się przydać… John czując wilcze zęby starał się nie wpadać w panikę. Wymierzył silny cios otwartą dłonią, celując w nos przeciwnika. Wiedział, że po takim ciosie każdy wilk powinien rozewrzeć szczęki. Chwile po ciosie, silnym ruchem postarał się oderwać oponenta od swojego ramienia. Początkowo walka zapowiadała się całkiem nieźle. Główni oponenci zdawali się być unieszkodliwieni i wszystko wskazywało że będzie to szybki koniec. Złudne marzenia… Interwencja jednej z dziewczyn powaliła Konomi a w efekcie czego straciła kontrolę nad powietrzną klatką. “Niedobrze…” - zdążyła pomyśleć nim trzasnęła plecami o ziemię, obijając się trochę. Gdy już miała się podnieść czarny cień opadł na nią udaremniając próbę powrotu do walki. Cholerna pantera miała pysk kilka centymetrów od jej twarzy. Dodatkowo masywny sierściuch utrudniał jej złapanie oddechu, a jakby tego było mało ostre pazury Raven rozorały jej ramiona, pozwalając by życiodajna, karmazynowa krew pociekła z ran. Konomi spanikowała. Trudno w sumie jej się dziwić. Nie mogą się ruszyć ani złapać powietrza, z ogromnym drapieżnikiem na sobie gotowym w każdej chwili zakończyć jej życie… Warunki ekstremalne. W kącikach oczu pojawiły się łzy paniki i pod wpływem impulsu miała tylko jedną myśl której kurczowo się trzymała. “Zrzuć tego cholernego sierściucha!” Próbując pozbyć się drapieżnika postanowiła wykorzystać łapczywie chwytane powietrze by zdmuchnąć z siebie panterę. Po prostu, magicznie w nią dmuchnęła. Oby tyle starczyło... Konomi zaczęła się bronić przy pomocy wietrznego podmuchu, który miał zrzucić przemienioną Raven z ciała nastolatki. Udało się to, a czarna pantera uderzyła z łoskotem o najbliższy nagrobek. Do tej potyczki włączył się Arden, który gestem dłoni i wypowiedzeniem formuły, uderzył zaklęciem zadawania bólu. Zwierzę wydało z siebie głośny jęk. Arden Usoka nie wiedział, że zaklęcie granicznego płomienia będzie próbowało udaremnić każdą próbę ucieczki celu. Przy pomocy telekinetycznego czaru, młody czarownik sprawił gwałtowny wzrost płomieni, z którymi zetknął się miotnięty Caleb. Stewart utknął na dobre w kręgu, a na dodatek został poparzony, co spowodowało, że Aviana uwolniła się spod jego wpływu. - Dobra robota, Arden – powiedziała, powoli wstając z klęczek, a następnie zerknęła na Alissę - Motus - rzekła Alissa została odepchnięta w płomienie, a jej utrzymywane zaklęcie straciło swój wpływ na Stacy Duncan, która w końcu przestała walczyć o dopływ powietrza. Dziewczyna wzięła kilka głębokich oddechów i uspokoiła się. Na twarzy blondwłosej czarownicy pojawił się tryumf. Nastolatka nie zostawiła w spokoju Caleba i Alissy. Wiedźma wskazała obiema dłońmi na rzucone ogniste kręgi i zaczęła manipulować ich płomieniami, zmniejszając w ten sposób ich granicę i swobodę więźniów. Uwięzieni w zaklęciach, wrodzy czarownicy zaczęli przeraźliwie krzyczeć. Theo, co prawda obserwował sytuację, ale nie interweniował w poczynania siostry. W opinii chłopaka Caleb i Alissa dostali solidną nauczkę. Jego priorytetem były oba wilki. - Phesmatos Pyrox Morsinus Illum ... Phesmatos Pyrox Morsinus Illum ... – mruczał pod nosem Wilki doznawały wewnętrznych obrażeń. Krwawiły z nosa i uszu oraz z oczu, a także odnosiły bolesne skurcze całego ciała. Rzucone zaklęcia okazały się dość skuteczne, by pozbyć się na dobre obu oponentów. Stacy Duncan zachowując ostrożność, nie podjęła się żadnych znaczących działań. Wpierw chciała dojść do siebie, by móc ingerować. Johnowi udało się wydostać z zębisk atakującego go wilka. Atak w nos wystarczył, by po chwili użyć więcej siły do oderwania przeciwnika z ramienia. Caleb i Alissa zmagali się z płomieniami, które utrudniały im podjecie dalszej walki. Wezwany żywiołak ciemności obserwował zaistniałą sytuację. Ryknął, by pokazać, że jest tu obecny, a następnie oblizał pysk i skupił swe czerwone ślepia na Ardenie. Z ziemi wyrosły czarne macki, które oplotły nogi chłopaka. Nie były jednak dość mocne i trwałe. Tymczasem pozostałe wilki zaczęły krążyć wokół Johna, by go zaatakować z obu stron. Jeden z nich rzucił się chłopakowi na plecy, a drugi po raz kolejny zaatakował dłoń, którą w ostatniej chwili zasłonił się Daglas. Oszołomiona i odrzucona Raven miała wciąż siłę do dalszej walki. Pantera burknęła i ruszyła na uwięzionego Ardena. Gdy znalazła się blisko zaatakowała go swą potężną łapą, celując w rękę. Potężne pazury rozerwały materiał, a także rozcięły skórę. Chłopak poczuł silny ból i wiedział, że zaczyna krwawić. Przez myśl Johna po raz kolejny przemknęła myśl o niechęci do wilków. Szybko jednak zastąpiła ją myśl jak wyjść cało ze spotkania z dwoma osobnikami nielubianego rodzaju. Chłopak postanowił skorzystać ze swojej szybkości i zręcznie wymknąć się prześladowcom. Kiedy znalazł się w bezpiecznej odległości ponownie skorzystał z magii i posłał ogniste zaklęcie w kierunku każdego atakującego go wilka. Arden uśmiechnął się lekko widząc jak skuteczne okazało się jego banalne zaklęcie. Słysząc podziękowanie, skinął głową w stronę Aviany, po czym odwrócił się w stronę ryczącego żywiołaka. Z dość dużym niepokojem obserwował jego poczynania, a gdy poczuł wyrastające z ziemi czarne macki, był bliski paniki. Dość szybko jednak zauważył, że te prawie nic mu nie robią. Dopiero gdy zauważył biegnącą do niego Raven zaklął lekko, nie mogąc uniknąć ciosu. Chłopak stłumił okrzyk bólu. Zdawał sobie sprawę, że jego rezerwa magiczna znajduje się na wyczerpaniu, jednak z raną na ręce nie mógł próbować niczego innego. Szybkim ruchem nie zranionej jeszcze dłoni wycelował w niekoniecznie różową panterę i wypowiedział formułkę zadawania bólu. Nie czekając na efekt przeturlał się do tyłu, starając się znaleźć jak najdalej od swojej przeciwniczki. Konomi wreszcie mogła zaczerpnąć normalnie powietrza po zrzuceniu z siebie zwierzaka. Nie miała jednak czasu na komfortowe dojście do siebie. Walka jeszcze się nie skończyła. Było blisko lecz ciągle pozostawali wrogowie do unieszkodliwienia. Każdy miał co robić ze swoim rywalem. Swojego, mrocznego żywiołaka o którego jak widać nikt nie zadbał, zmierzyła wzrokiem. Trzeba było wywiać mu z głowy kolejne takie utrudnienia jakie zafundował Ardenowi. -Z tą panterką muszę zamienić dwa słowa ale to poczeka. - rzuciła w powietrze, licząc że dostąpi tej sadystycznej przyjemności zemsty na Raven… Chwilowo jednak zależało jej na osłabieniu wilczego cienia. Nie znoszą zbyt dobrze wiatru więc nakierowała na niego dłonie by następnie spróbować nakierować podmuch powietrza na cień. Liczyła że jeśli wróg nie rozpłynie się to chociaż nic nie będzie robić póki ktoś inny nie wpadnie na lepszy pomysł. Przez cmentarz przeszedł wiatr, który został wezwany przez Konomi, a ona skierowała coraz to silniejsze podmuchy na żywiołaka mroku. Nastolatka utrzymywała go w miejscu, a bestia tylko próbowała przebić się przez wietrzysko. Przez ciało Raven przeszła fala okropnego bólu, którą zafundował jej Arden, przy koniecznej samoobronie. Pantera musiała zrezygnować z dalszego ataku i walczyła ze skutkami zaklęcia, a Arden przeturlał się na z pozoru bezpieczną odległość. Aviana obserwowała skutki ognistych obręczy narzuconych na Caleba i Alissę. - Namia Exum Solvos – powiedziała, a oba ogniste kręgi znikły. W skutek odniesionych obrażeń, więźniowie uroków na szczęście nie kontynuowali walki. Theo Evans dołączył do Konomi. - Phastmatos Incendia – rzekł dość powoli Pojawiły się niewielkie płomienie wokół żywiołaka, ale były zbyt słabe by zrobić mu jakąkolwiek krzywdę. Młody czarownik dokonał drugiej próby, lecz i ona nie przyniosła oczekiwanego efektu. Stacy tymczasem skierowała swe kroki ku Raven. Zepsuta nastolatka wzięła głęboki oddech, a następnie zaczęła krzyczeć. To nie był zwykły krzyk. Stacy uwolniła swoją moc, by ogłuszyć panterę. Raven zaczęła wracać do ludzkiej postaci. Johnowi udało się uciec oprawcom, a wszystko to dzięki lisiej przebiegłości i nadprzyrodzonej szybkości. Chłopak poczuł swobodę i znalazł się w bezpiecznej odległości, a wtedy użył ofensywnego czaru, by ostatecznie podpalić i przegonić wilki. Płomienie przywołane przez Johna okazały się skuteczniejsze niż dzieło Theo. Wilki zaskomlały i wkrótce zmieniły się w dym. Przywódca stada pozostał sam. Rozpoczął transformację w dym, który udał się w kierunku Caleba i wszedł do ciała nastolatka przez jego nos. To wystarczyło, by buntownik zaczął miotać się po ziemi, a następnie uniósł się nad nią i zawisł w powietrzu. - Dziękuję za pomoc – odezwał się ustami Caleba, żywiołak – Dzięki wam udało mi się opętać tego czarownika i jest do mojej dyspozycji. Chcecie podjąć próbę paktu? – zapytał i wyciągnął dłoń w ramach oferującego gestu. Istota czekała aż ktoś po nią sięgnie. Arden wrócił do pozycji stojącej i otrzepał lekko ubranie. Ślady walki z pewnością będą widoczne gdy wróci do domu, ale nie zamierzał się o to teraz martwić. Ich drużyna zniszczyła grupę Caleba, jedynym problemem został przerośnięty wilczur, który właśnie uczynił jedną z najbardziej niezrozumiałych dla Ardena decyzji. W Caleba?! Zrozumiałbym chęć wejścia w Alissę albo Raven, ale ten zarozumiały egoista? - Arden westchnął głęboko i zwrócił się cicho do reszty grupy. - Nie znam się na tym, ale próby jakiegokolwiek paktu raczej nie skończą się dla nas dobrze. Proponowałbym go… - Arden zamilknął na chwilę. Nie był nigdy w tego typu sytuacji, dlatego nie wiedział w jaki sposób ująć próbę usunięcia potworka z tego świata. Zabić? Nie, one chyba jakoś inaczej… Wygnać? Zniszczyć? Arden potrząsnął głową, darując sobie dalsze rozmyślenia. - No, cokolwiek się z taką bestią robi. Bestia została tak mocno dmuchnięta przez magię Konomi iż z postaci wilka zmienił się w smrodek i wpadł prosto w jednego z wcześniej obezwładnionych awanturników. Najwyraźniej był to wilk typu samiec… to jedyne wytłumaczenie dlaczego wszedł akurat w Caleba. -Jeśli twoim życiowym marzeniem było zawładnięcie tym mięczakiem… to bardzo ambitny to Ty nie jesteś - skomentowała azjatka z nutką złośliwości, poprawiając pukiel włosów i badając stopień zniszczeń swojej kreacji. -Paktu? Brzmi jak coś że my dajemy Ci duszę a ty dajesz nam jakiś syf. Chyba nie masz nic specjalnego do zaoferowania co by przekonało którekolwiek z nas… - wysnuła buńczucznie zerkając na towarzyszy, to na opętanego. John chwilowo nie zwracał uwagi na tocząca sie dyskusję. podszedł do Konomi, której ramiona wciąż zdobiły ślady pazurów pantery. -Pozwolisz? Zapytał i nie czekając na odpowiedź dotknął ramienia dziewczyny, jednocześnie skupiając się na zaklęciu uzdrawiającym. -Nie powinno być blizn, -powiedział z uśmiechem jednocześnie przyglądając się pozostałym. -Komuś jeszcze potrzeba leczenia? Nie czekając na odpowiedź skierował swój wzrok na opętanego chłopaka. -Drogi panie, nie wolałby pan wrócić do siebie? W końcu ściągnięto tu pana siłą. Nikt nie chce dalszej walki. Może rozstaniemy się w zgodzie i każdy wróci do siebie. Zaklęcie Johna nie odniosło spektakularnego sukcesu, ale przynajmniej pomogło wyleczyć rany, jakie odniosła Konomi podczas bliskiego spotkania z Raven. Dagla się pomylił. Ramiona Konomi przez najbliższy czas będą szpecone przez blizny, jakie pozostały po pazurach pantery. Tymczasem zawisły nad ziemią żywiołak ciemności leczył poparzenia, jakie odniósł młody czarownik. Ciało Stewarta zostało otoczone przez wstęgi dymu, które krążyły wokół jego sylwetki. Czarownik spoglądał na nich, ale na pewno nie swymi oczyma. Czerwone, wilcze nadnaturalne ślepia spojrzały wpierw na Ardena, następnie na Konomi i zatrzymały się na Johnie. - Jego wypowiedź mi się podoba – powiedział, wskazując dłonią na czarnowłosego chłopaka –Moglibyśmy zawiązać sojusz przeciw nadchodzącej istocie, które przybędzie do waszego miasteczka, by odebrać mu moc. Oferuję wam pomoc w walce z tym stworzeniem - Akurat ci uwierzymy – prychnęła Aviana – Kim jest ta istota? - Powiadają, że jest wiedźmą, przywódczynią własnego sabatu, który ma do dyspozycji wilkołaki i wampiry, a także kilka innych stworzeń. Wiedźma chce odebrać wam moc, by użyć jej przeciw staremu wrogowi – rzekł duch - A kim jest ten jej wróg? – zapytał Theo - Nazywają go Klausem – odparł żywiołak – Należy do rodziny Pierwszych - Pierwszych? – wtrąciła się Stacy – Kim oni są? - To pierwsze wampiry. To od nich pochodzi cały wampirzy gatunek – odpowiedział - Do was należy w tej chwili decyzja. Decydujcie – rzucił – Możemy rozejść się w pokoju, możemy walczyć o ciało tego czarownika lub możemy nawiązać sojusz – zaczął wyliczać opcje -Jakie mają być warunki naszej współpracy? Czego żądasz za oferowaną pomoc? Bo wątpię byś nie miał w tym interesu. John nieznacznie się uśmiechnął. -Chętnie też dowiem się czegoś więcej o tej wiedźmie. Arden niewiele rozumiał z propozycji sojuszu, nie miał najmniejszego pojęcia o żywiołakach ani o ich paktach. Ale doskonale zdawał sobie sprawę z wagi informacji, i tego nie zamierzał w żaden sposób przepuścić. -A ja chciałbym się dowiedzieć czegoś o tym Klausie. Sprawdzi się powiedzenie “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”, czy nie jest zbyt… bezpieczny? Chłopak popatrzył na Johna i skinął z uznaniem słysząc zadane pytania. - Wszystko zależy od tego na czym miałby polegać ten sojusz. My - wskazał ruchem głowy otaczającą go grupę - najbardziej potrzebujemy informacji. Konomi słysząc pytanie Johna nie zdążyła odpowiedzieć, nim ten użył swojej magii by podleczyć jej rany. Prawdę mówiąc trochę łaskotało… -Dzięki wielkie - podziękowała i zerknęła na efekt pracy chłopaka. Przynajmniej nic się tam nie zepsuje… A blizny do reszty zlikwiduje sama. Było jej trochę głupio że John użył na niej magii. Jakoś chyba będzie musiała się zrewanżować… Mroczny wilk w ciele czarownika postanowił uchylić rąbka tajemnicy co do nadchodzących wydarzeń. Szykowała się jakaś grubsza akcja. Pokiwała głową słuchając chłopaków. -Wszystko zależy od warunków naszej współpracy. Jeśli nie przesadzisz, coś może z tego być. - podsumowała całość -Info, info… Jeśli się dogadamy to dodatkowa siła ognia też się przyda. Skoro nasz przeciwnik ma tylu popleczników, każdy sojusznik wydaje się cenny. Opętany Caleb spojrzał na Johna, który jako pierwszy ośmielił się zadać kilka ważnych pytań. - Zacznijmy od tego, że to ciało będzie należało do mnie. Wezmę jeszcze pod władanie Alyssę i Revan. Oddam je zaufanym sługom - powiedział - Moim kolejnym warunkiem jest możliwość bezpiecznego polowania po okolicy miasteczka. Nie będziemy za często zabijać. Wystarczy nam do przetrwania zwierzyna i emocje. Nie będziemy wchodzić w sobie w drogę ani oceniać postępowania - dodał i zaczekał na ewentualne reakcje - Wiedźma nazywa się Luciana Blandchard. To władcza, ambitna i okrutna kobieta, które nie odpuści dopóki nie dostanie to czego chce, a pragnie zemsty na Klausie. Za swojego syna, którego zamordował z zimną krwią. Wtedy była jeszcze słaba, ale znalazła sposób by żyć w ciągu 1000 lat. Aby osiągnąć swój cel wykorzysta każdą istotę i dostępną moc - odpowiedział Caleb - Nie wygląda mi to na kłamstwo - powiedziała Aviana - Brzmi to nieco zbyt przesadzone - wtrącił się Theo - Klaus to najpotężniejszy wampir jaki chodził po ziemi - kontynuował odpowiadanie żywiołak, kompletnie ignorując wcześniejsze wypowiedzi bliźniaków - Okrutny, zuchwały, brutalny, agresywny. Zawsze musi dostać to czego chce... - rzekł - Podobny do tej Luciany - mruknęła Stacy - Zależy mu bardzo na swojej rodzinie. Jest z nią silnie związany. Pierwotni nie zdaja sobie sprawy z jednego. Mają swoje śmiertelne odbicie - rzucił żywiołak - Sobowtórów? - dokończyła za niego Aviana, choć to było raczej pytanie - Owszem, nowe pokolenie sobowtórów pierwotnych kroczy po ziemi - odparł, a następnie spojrzał na Ardena - Sojusz z Klausem może wam się przydać, ale dobrowolnie nie będzie on współpracował. Istnieje pewien sposób, by go przekonać. - Jaki? - zapytał Theo - Jest pewien łowca, którego Klaus się boi, ale owy łowca wampirów został powstrzymany przez pewną wiedźmę i tylko jej krew, która płynie w żyłach jej potomka może go uwolnić - odpowiedział - Wiele to nam nie mówi - skomentował blondas - Ten potomek jest wśród was - rzucił żywiołak - Co was jeszcze interesuje? - zapytał Lis zjeżył się słysząc słowa widmowego wilka. -Naprawdę, chcesz zatrzymać to ciało? Do tego chcesz jeszcze dwa następne. Nie powiem wysoko cenisz swoje usługi. bardzo wysoko. Zamierzasz Zatrzymać ciała na stałe, czy tylko czasowo wypożyczyć? Konomi uśmiała się z cicha słysząc jakie warunki stawia mroczny wilk. -Też myślę że cena jest wysoka, mimo że nie my ją płacimy. - zaczęła a jej głos brzmiał dość prześmiewczo -Jeśli to co zaprezentowałeś w starciu z nami to wszystko na co Cię stać to nie mamy o czym rozmawiać. Chyba że stać Cię na coś więcej… - prowokowała mroczny byt. Niech pokaże że jest wart podanych przez siebie warunków. W momencie opisywania całej historii, Konomi tylko z początku słuchała rejestrując ogół co i jak. Później bardziej zaciekawiła się czerwonymi od krwi strzępkami rękawów. Opisy w stylu “ten tamten od tego no, którego tamten nasłał ma tego bo ten i ten chciał się zemścić że ten tamten mścił się na tym i tamtym bo tak" nigdy nie były jakieś super intrygujące. Uwagę dopiero zwróciło ostatnie obwieszczenie. -W sensie że kto? - zapytała wreszcie z nutką ciekawości. Na twarzy Caleba-Wilka pojawił się niezadowolony grymas, który został wywołany przez słowa Johna i Konomi. Jak oni śmieli wątpić w jego moc? Opętany czarownik zaczął intensywnie gestykulować dłońmi, a jego czerwone oczy świeciły nienaturalnym blaskiem. Z ziemi pod ich stopami zaczął ulatniać się dziwny czarny dym zmieszany z szarym prochem. Owa twory rozdzieliły się i rozpoczęły kolejny proces. Materializacji. Czarny dym przybierał humanoidalną formę wychudzonych postaci, a szary proch tworzył coś innego, coś co przypominało człowieka. Po chwili ujrzeli pełne twory w swej całej okazałości. Piątka tych cienistych istot otoczyła ich grupę w rozległym kręgu. Szeptały coś. - Nakarmcie nas, a będziemy wam służyć. Przyjmijcie moc pana - To są cienie, pomniejsze duchy zamieszkujące Mroczny Wymiar mieszczący się Po Drugiej Stronie – wytłumaczył wszystkim zebranym żywiołak – Podobnie jak moi pobratymcy, cienie żywią się wszystkimi pozytywnymi emocjami oraz niekiedy mięsem. W ciągu dnia są osłabione, a w nocy w pełni sił. Mogę je w pełni kontrolować i wy również, o ile zechcecie przyjąć ode mnie mroczny dar – dodał i zwrócił uwagę na kolejną piątkę wezwanych istot. Szkielety spoglądały na nich swymi wypełnionymi nienaturalną ciemnością oczami. Były nagie. Nie miały na sobie żadnego wyposażenia. - Nie bez powodu cmentarze są nazywane ziemiami umarłych. Szkielety można tworzyć przy pomocy nekromancji i dawki czarnej magii oraz pozostawionych szczątek. To dobre sługi, wykonają każdy wasz rozkaz. Pobliska mogiła zatrzęsła się - Was jeszcze nie wzywam – powiedział żywiołak spoglądając na drżącą ziemię – To tylko zombie - Nie jesteś zwykłym żywiołakiem ciemności. Jesteś czymś znacznie więcej – odezwała się w końcu Aviana – Czymś bardziej potężniejszym - Owszem – odparł i uśmiechnął się wilk - I niebezpiecznym – dodał Theo – Skąd mamy mieć pewność, że nas nie zdradzisz, jak tego tu Caleba? -Nigdy nie będziecie jej mieli. Wierzę w moją i waszą szczerość – rzekł opętany Caleb - Nie wiem czy jestem gotowa na taki sojusz – oznajmiła Aviana – Jakie mogą być jego konsekwencje? – zapytała zgromadzonych - Natura się od was odwróci – odpowiedziała jej Stacy – Przed przywołaniem tego żywiołaka, Caleb mówił, że po dokonaniu sojuszu, utraci swą moc czerpaną od Natury. - To wysoka cena – rzekła czarownica - Którą wyrównam – dokończył wilk, a z dłoni czarownika wystrzeliło sześć wstęg, które uformowały się w lewitujące czarne ogniki. Były przesiąknięte mrokiem. Biło od nich zło i nienaturalny chłód, wyczuwali go. - Możecie przyjąć te mroczne dary i ukształtować je według własnych potrzeb i w ten sposób przypieczętować nasz sojusz. Wykorzystajcie je w imię wyższego dobra – odparł – Ale pamiętajcie, że z obranej ścieżki ciężko się zawraca – po tych słowach, wilk umilkł i uśmiechał się ustami Caleba i wykorzystał jego dłoń, by wskazać na Ardena. - On jest potomkiem tej wiedźmy – odpowiedział na wcześniejsze zadane pytanie Konomi Lis zjeżył się jeszcze bardziej, Mimowolnie wyszczerzył zęby i cicho warknął. Nie przepadał za ożywieńcami i cieniami z krainy zmarłych. sama ich obecność sprawiała, że czuł narastającą w sercu trwogę i bardzo chętnie rozerwał by te cienie na strzępy byle tylko pozbyć się tego uczucia. Jeszcze chętniej znalazłby się jak najdalej od tego miejsca. Chwilowo jednak musiał być tutaj i wysłuchać niedorzecznych propozycji widma. Przypuszczał, że jawna odmowa może tylko zdenerwować widmo, musiał znaleźć inne wyjście z sytuacji. -Nie powiem kuszące składasz oferty. -powiedział spokojnym głosem. -Jednak ich koszt jak dla, jest zbyt wysoki. Nie chcę i nie mogę jej przyjąć. John zamilkł by nabrać powietrza. -Może zamiast tego, zawrzemy prosty pakt o nie wchodzeniu sobie w drogę? Na początku Konomi myślała iż twór mroku ogania się przed jakimś wysoce natrętnym owadem. Uniosła brew w reakcji na tą komiczną sytuację jednak szybko się zreflektowała widząc kształtującą się dookoła magię. To było intrygujące. Dziewczyna czuła niepewność, co zrobić w takiej sytuacji. Zgodzić się? Czy może odmówić? Przecież wiele czarownic zna tą magię i nic im się nie dzieje. Tyle że Natura się od nich odwraca. Wieloletnia tradycja by została ukruszona, gdyby na to poszła. Kurka, rodzice przecież by ją zabili! Zagryzła wargę ze zdenerwowania. Chodzi przecież o większe dobro. Znajomość takiej szkoły zwiększyłaby ich szanse przeciw obecnemu przeciwnikowi. Szanse, których Natura może nie zapewnić. No i zgoda daje możliwość jeszcze jakichś pertraktacji. Serce jej łomotało, oddychała ciężko. To był jej moment. Kiedy zrobi coś dobrego. Dla innych. I dla większego dobra. -Zgadzam się. - rzuciła w powietrze niepewnie patrząc w ziemię. Ktoś mógł nawet nie zarejestrować tego faktu że coś powiedziała. -Przystanę na ofertę - powiedziała ponownie mocniejszym głosem, tym razem podnosząc wzrok. Serce jej waliło, nawet lekko się trzęsła z nerwów jednak wzrok zdradzał determinację. - Ale… - zawiesiła - Jako przyszły sojusznik nalegam by te dwie dziewczyny zostały wolne od twoich sług. Chyba jeden, potężny sojusznik zrekompensuje te dwie miernoty… - zaproponowała poważnie. Nie chciała mówić o mocy, potędze… Nigdy o to jej nie chodzi. Jednak tutaj… ten argument mógł zadziałać. -Więc jak? Robimy układ? - naciskała. W tym wszystkim nie umknął jej fakt iż Arden jest potomkiem. Obecnie chyba więc z całej ekipy, to on jest najistotniejszy. I tego się trzymajmy. Duch w ciele Caleba uśmiechnął się jego ustami, gdy usłyszał odmowę Johna. To było dziwne. Ten uśmiech był dziwny. Postronnemu obserwatorowi trudno było określić ten uśmiech. Drapieżny? Niepokojący? Na dodatek, duch pokiwał po prostu głową. Jak się okazało, nie tylko John postanowił odmówić. - Moje moce i większość moich zaklęć opiera się na sile Natury. Nie chcę się od niej odwrócić, więc musze odmówić tym nowym możliwościom jakie oferujesz - rzekła Aviana Wilk wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział, co było można uznać za irytujące zachowanie. Później odezwała się Konomi, która mogła zaskoczyć zebrane osoby i zdecydowała się przyjąć ofertę żywiołaka, a on wyglądał na zadowolonego z pierwszych słów, jakie wypadły przez usta dziewczyny. - Konomi, nie powinnaś... - próbowała powstrzymać ją Avaiana, ale żywiolak uciszył ją gestem dłoni - Spokój, to jest jej świadoma decyzja - odpowiedział ustami Caleba - Co za zuchwałe warunki, ale nie sadze bym mógł się na nie zgodzić. Chociaż... - przerwał swoją wypowiedź i spojrzał na pannę Akagi - Ciało caleba zachowam na zawsze. Uczynię je silniejsze - odparł - Zgadzam się na twoje warunki naszego sojuszu i twoje - rzucił do Johna - Nie tylko Konomi przyjmuje twoją ofertę - odezwał się Theo - Jestem gotowy podjąć ryzyko z przyjęciem owego daru i obiecuję godnie go wykorzystać - dodał, obdarzając wszystkich szerokim uśmiechem - Theo! - zaprotestowała Aviana - Wybacz siostro, ale nie sądzę, abym stawił czoła niebezpieczeństwom opierając się tylko na samej naturze i tak jestem świadomy powagi całej sytuacji i tego odwrócenia się. Poradzę sobie. Nie oszaleję, a jeśli to zrobię to przeprowadzimy rytuał oczyszczenia czy coś w tym stylu - wytłumaczył - Nie matkuj mi i pozwól popełniać własne błędy. Aviana westchnęła cicho i splotła ręce na piersiach. Nie wyglądała na zachwyconą podjętą decyzją swojego brata. - W tym naszym duecie, ktoś musi być dojrzalszy - rzekła dosyć chłodno i z niepokojem spoglądała na rozwój sytuacji. - Również jestem za. Caleb obiecał mi dostęp do mocy, a skoro jest nieosiągalny to wierze, że TY dotrzymasz za niego umowy - powiedziała Stacy, silnie akcentując słowo "TY" - Cieszą mnie nowe nabytki - odparł Wilk - A zatem została nam jeszcze jedna, niezdecydowana osoba - rzucił i spojrzał na Ardena Arden był mocno zaskoczony, gdy usłyszał o swoim nowym, nieco nieoczekiwanym członku rodziny. “Pewna wiedźma, która kiedyś zniewoliła pewnego łowcę” jednak nic mu na razie nie mówiło, a miał teraz nieco poważniejsze sprawy na głowie. Chociaż zerwanie z więzami natury Arden mógł porównać do skończenia z segregacją śmieci, od decyzji mocno powstrzymywał go tajemniczy osobnik w ciele Caleba, znajdujący się kilka metrów od niego. W tym sojuszu nie było za grosz zaufania, i dla Usoki nie miało to większego znaczenia, jednak alarmująca była siła i wiedza potwora. Przyjęcie daru od kogoś takiego mogło się naprawdę źle skończyć. Z drugiej strony - cena za nowe zdolności była duża. Przejęcie kontroli nad ciałem Caleba i dwóch dziewczyn? Wypuszczenie na wolność potężnego żywiołaka? Wykluczając pierwsze, dość dużo poświęcali. Arden spojrzał w oczy żywiołaka. I uśmiechnął się lekko, prawie niedostrzegalnie. - Nie. - Urwał na chwilę - Ale… Te dwie dziewczyny. Będziemy mieć kłopot jeżeli będą pamiętać co się tutaj stało. I jest możliwość, że nie tylko my. - Chłopak prychnął lekko - Kobiety to straszne gaduły. - Nastolatek nie był zaskoczony decyzją Konomi, Theo, a z pewnością nie Stacy. Wręcz przeciwnie, całkowicie je popierał. Ale jego magia była dla niego zbyt ważna, żeby zdobywać ją w taki sposób. Arden obrócił się w stronę Aviany i wzruszył lekko ramionami. - To ich wybór. I nie udowodnisz nikomu, że jest to zła decyzja. Opętany Caleb machnął dłonią, gdy usłyszał odpowiedź Ardena. Za sprawą tego gestu połowa mrocznych ogników rozpłynęła się w powietrzu, a pozostawiona trójca czekała na nowych akolitów. - Pochwyćcie je - powiedział Caleb i uśmiechnął się przyjaźnie Pierwszy był Theo. To on wykonał pierwszy krok i pochwycił swego ognika w dłonie, a wtedy odchylił się do tyłu, stojąc w tym samym miejscu i pozwolił, by jego ciało chłonęło nową moc. Wokół czarownika pojawiła się niewielka ciemna poświata, która z każdą sekundą bladła. Po chwili Theo powrócił do rzeczywistości - To ... było... niesamowite - powiedział z przejęciem w głosie - Twoja kolej - rzucił żywiołak do Stacy Dziewczyna o nienajlepszej opinii podeszła do ognika i dotknęła go dłonią. Przez jej widoczną skórę przemknęło kilkanaście czarnych żył, a blada cera Duncan stała się jeszcze bielsza niż zazwyczaj. Wiatr potrząsnął jej włosami. - I po krzyku - powiedziała, błyskając srebrnymi oczyma, które wróciły do normalności Żywiołak zerknął na Konomi i skinął jej głową. Panna Akagi wiedziała co ma uczynić. W tym czasie Aviana odezwała się do Ardena - Alissa Adams jest czarownicą jak my, Arden i nie damy radę przy pomocy zaklęć zmodyfikować jej pamięci. Potrzeba tu kogoś o wiele silniejszego - odparła blondynka spoglądając na nieprzytomną dziewczynę. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, że leżąca niedaleko Revan była naga. - W każdym razie powinniśmy rozejrzeć się za Joleene, o ile nikt jej stąd jeszcze nie zabrał - powiedziała Aviana - Ufam, że nasze spotkanie zostało zakończone i jesteśmy w kontakcie - zwróciła się do Caleba - Będę w kontakcie z Theo, Konomi i Stacy - odparł Wilk Chłopak opadł na ziemię, a czarne, dymowe wstęgi przestały otaczać jego ciało. Nawet oczy nabrały normalniejszego koloru. Teraz wyglądał jak zwykły uczeń. Cienie i szkielety zostały odwołane. Pozostał po nich proch, który wsiąkł w ziemię. **** 12 Września 2016 Godzina: 18:45 Stary Cmentarz Nie spodziewali się, że tyle czasu zajęła im ta cała walka oraz rozmowa z żywiołakiem. Po przyjęciu darów, Konomi, Theo oraz Stacy czuli się odprężeni i w pełni sił. Reszta również czuła sie ciut lepiej. - Mam nadzieję, że Alissa i Revan znajdą drogę do domu - powiedziała Aviana - Wiedziały w co się pakują - odparła Stacy , która dołączyła do ich grupy i przyłączyła się do misji ratowania Joleene. - Będą miały nauczkę na przyszłość - rzucił Theo Szli mijając ostrożnie napotkane nagrobki. Otoczenie nie zmieniło się na lepsze. Im dalej się zagłębiali, tym zauważyli coraz to bardziej naruszone groby. W końcu zatrzymali się w okolicy kolejnego porzuconego rodzinnego grobowca i rozłożystego pojedynczego dębu. Przy nim leżała krwawiąca i wycieńczona Jolene. Ślady po ugryzieniach widniały na obu nadgarstkach i obu stronach szyi. - Ja... próbowałam... im wytłumaczyć... że... nie jestem ... tym ... za ... kogo...mnie... uważają - powiedziała słabym, łamiącym się głosem i straciła przytomność. Stało się. Nie było teraz odwrotu. Skoro postanowiła przyjąć tę moc, niech tak się stanie. Jako ostatnia z ochotników postąpiła kilka kroków do przodu i stanęła przed płomieniem. Nie wiedząc sama czemu, uśmiechnęła się lekko spoglądając w mroczny odmęt. Oparła jedną rękę na biodrze a drugą sięgnęła i zamknęła dłoń na ogniu. Przez chwilę nic się nie działo. Stała przez chwilę w bezruchu lekko spanikowana myśląc że coś popsuła. Otworzyła dłoń w której powinien spoczywać ognik i stało się. Otoczyła ją ognista sfera. Mroczny ogień był wszędzie, muskając ją wszędzie gdzie tylko możliwe. Ale nie było to bolesne. Nie ranił jej. Było to przyjemne uczucie. Poczuła się… inaczej. Mniej wymęczona, obolała. Był to czarny, mroczny ogień, jednak… było w nim coś pokrzepiającego, napełniającego siłą. Płomienie ogarnęły jej ubrania, jej włosy. Była jak mroczna pochodnia w środku obsydianowej bani, ale nie czuła bólu. Wręcz przeciwnie. Prędzej porównałaby to do swego rodzaju łaskotek. Nawet zdarzyło jej się zaśmiać podczas tego procesu. W końcu ogień zniknął, rozwiał się a przed wszystkimi stanęła odmieniona Konomi. Jej wiśniowe włosy przybrały kolor ciemnej purpury, śnieżnobiałe zaś ubranie i buciki przybrały kolor czarny, zmieniając całkowicie wizerunek azjatki. Ta stała przez moment, dopiero po chwili dochodząc iż coś się zmieniło. Spojrzała na swoje ubranie a następnie ruszyła swoje włosy by przyjrzeć się im w zachodzącym słońcu. -Cholera… A tyle się męczyłam żeby rosły farbowane… - jęknęła - Dziwny efekt uboczny. - po czym zastanowiła się chwilę - Jak wyglądam? - spytała innych Czuła w sobie nową, inną moc która powoli zalepiała luki po ubytku Natury. Coś straciła a coś zyskała… Spojrzała na nieprzytomne dziewczyny. Coś Konomi tknęło widząc nagą Raven. -No chłopaki, nie pozwalajcie sobie… To że chciała nas zabić nie znaczy że możecie ją pożerać wzrokiem. - przyznała kąśliwie i użyła telekinezy by przerzucić ubrania dziewczyny z ziemi na nią samą. Może kiedyś się jej odwdzięczy za ten drobny gest… Na zapewnienie wilka że ten się jeszcze odezwie kiwnęła tylko głową. -Chodźmy, poszukajmy jej. - zaproponowała i podeszła jeszcze do Aviany, kładąc jej rękę na ramieniu. -Dziękuję - przyznała z miłym uśmiechem. -Miło że chciałaś mnie odwlec od tego wyboru. Musimy częściej gdzieś wypadać, wiesz? - rzuciła przyjacielsko. *** *** *** -Najwyżej jeśli będą potrzebować naszej pomocy to chyba podamy im pomocną dłoń. No chyba że się gdzieś rozminiemy… Wtedy znaczy że jakoś dają sobie radę. - powiedziała Kono, prąc powoli naprzód razem z grupką przez cmentarz. Po głębszej i głębszej inwestygacji w końcu znaleźli pokaleczoną, wycieńczoną dziewczynę. Joleene. Konomi, widząc ją, podbiegła do dziewczyny akurat w momencie gdy ta straciła przytomność. Nie wyglądała najlepiej. -Trzeba ją uzdrowić jak się da… i szybko stąd zabrać. Nie wygląda za dobrze - zarządziła oczywiste oczywistości - Mogę spróbować ją przeteleportować, tak byłoby chyba bezpieczniej. - zaproponowała. Na pytanie dziewczyny o wygląd tylko wyszczerzył zęby i cicho warknął. Nie potrafił zrozumieć jak można dobrowolnie przyjąć taki układ. Przecież to głupota przyjmować dary od demona. Wcześniej, czy póniej wszystkie minusu wyjdą na jaw. Raczej wcześniej, patrząc na zmieniony wygląd. Do tego pojawiło się w niej coś, co powodowało, że lisowi zebrało się na wymioty. Potrząsnął głową by pozbyć się nieprzyjemnego uczucia. Starał się o tym nie myśleć i próbując zająć czymś myśli rozejrzał się po okolicy. Na chwilę skupił wzrok na nagiej Raven. Na malutką chwilkę, ale i ta chwilka wystarczyła by przemieniona towarzyszka wypowiedziała swój niepochlebny komentarz. -Daj spokój, ona mnie nie pociąga, nie jest w moim typie. Po za tym brak ogona dyskwalifikuje ją z kandydatki na partnerkę. Wyszczerzył zęby w wymuszonym uśmiechu, po czym ruszył z całą resztą na poszukiwanie Jolene. Po niedługim przetrząsaniu terenu cmentarza znaleźli ranną dziewczynę. John natychmiast ukląkł przy dziewczynie delikatnie dotknął jej ramienia i skupił się na leczeniu jej obrażeń. Arden z lekkim zaciekawieniem patrzył na przemianę Konomi, i w duchu ucieszył się, że nie przyjął darów od żywiołaka. Dostatecznie dobrze czuł się w czerni, nigdy nie wybaczyłby sobie gdyby jego włosy zmieniły kolor na biały. Albo twarz na czarny… Pytanie jego koleżanki skwitował tylko lekkim prychnięciem. - Przepięknie. Do twarzy ci w purpurze. - Arden przez kilka sekund wpatrywał się w Konomi, po czym potrząsnął głową i skierował wzrok na Raven. Jeżeli trójka jego towarzyszy utraciła właśnie kontakt z naturą, to ta dziewczyna miała wręcz pełny kontakt. Arden odchrząknął lekko, po czym odwrócił się, słysząc słowa Konomi. Co prawda Raven zupełnie go nie interesowała, ale jednak była dziewczyną. Gdy tylko skromne atrybuty jego niedawnej przeciwniczki zostały zasłonięte, Usoka podążył za grupą, szukając Joleene. Gdy tylko dotarli na miejsce, Arden od razu poczuł znajome uczucie. Dziewczyna leżąca przed nim z pewnością była tą, którą szukali. Zaklęcie lokalizacyjne nadal siedziało w jego głowie. Arden skinął widząc Johna leczącego Joleene, po czym zwrócił się do Konomi. - Teraz tak. Ale potrzebujemy miejsca. W miarę bezpiecznego. Widząc nową Konomi, Theo Evans tylko głośno zacmokał i nawet cicho zagwizdał - Że też ja na to nie wpadłem. A cichy głosik mi szeptał, bym zmienił nieco swój wizerunek, ale chyba z purpurowymi włosami rzucałbym się za bardzo w oczy –powiedział chłopak – Pięknie wyglądasz. Na pewno wszyscy jutro w szkole zwrócą na ciebie uwagę - dodał uśmiechając się Stacy Duncan cicho prychnęła pod nosem - Oczywiście, że zwrócą, zwłaszcza jak zacznie się palić – rzekła z jadem w głosie, a następnie spojrzała na resztę – Dajcie spokój, żartowałam tylko – powiedziała i uniosła dłonie w geście pokoju Aviana spojrzała na rozmawiających i zabrała swój głos - Nie sądzę aby wygląd Konomi był w tej chwili ważną sprawą – rzuciła Ubrania Revan poszybowały do swej właścicielki, która odzyskiwała siły. Dzięki gestowi Konomi, zmiennokształtna nie będzie musiała świecić swoimi skromnymi atrybutami. Sprawa Alissy pozostała nierozwiązana. - Nic w tej kwestii nie zrobimy – powiedziała Aviana – Musielibyśmy nauczyć się zaklęć umysłu i doprowadzić Alissę do takiego stanu, w jakim obecnie się znajduje. Nie chciałabym na niej eksperymentować, a skoro jest czarownicą to wierzę, że będzie trzymała swoją niewyparzoną gębę na kłódkę. **** Gdy znaleźli osłabioną Jolene, nie ociągali się, tylko z miejsca ruszyli jej na pomoc. John znalazł się natychmiast przy poszukiwanej dziewczynie i zaczął rzucać zaklęcie, by jak najszybciej postawić ranną na nogi. Kitsune osiągnął sukces. Otwarte rany po ugryzieniach zmieniały się w widoczne blizny, a krew raptownie krzepła. Wszystko wskazywało na to, że będą mogli ją zabrać do bezpiecznego miejsca. Jednak coś wyrwało ich z tych myśli. Odgłos deptanej ziemi – to pierwszy dźwięk, jaki wychwyciły uszy Johna. Właścicielami tego odgłosu okazała się para nowo przybyłych osób. Odziani w czarne bluzy z długim rękawem i jeansy, bracia Dixon spoglądali na Joleene i znajdujące się w pobliżu dziewczyny osoby. Starszy z chłopaków odkaszlnął, by po chwili ukazać swe nieco drapieżniejsze oblicze. Czarne żyłki zebrały się wokół jego oczu. Chłopak wydał z siebie ostrzegawczy syk. - Nie spodziewaliśmy się gości – rzucił Młodszy Dixon również ukazał swą potworną maskę - Ale to dobrze, prawda braciszku? – zapytał blondyna - Przyda nam się nieco odrobina świeżej krwi – odparł zapytany - Nie zapominajmy o naszych gościach – rzekł Do braci dołączyła kolejna trójka. Pierwszym z nich okazał się jasnowłosy mężczyzna o bladej karnacji. Odziany w ciemnozieloną kurtkę z wieloma kieszeniami i czarne spodnie, nieznajomy miał włożone ręce w kieszenie. Drugą osobą była ubrana w obcisły bordowy top na ramiączkach młoda dziewczyna o długich kasztanowych włosach. Nie była zbyt wysoka, ale zdawała się dobrze utrzymywać na szpilkach w panterkę. Trzecia osoba stała na uboczu. Rudowłosa kobieta, o drapieżnych oliwkowych oczach, z kamiennym wyrazem twarzy spoglądała na nastolatków, a zwłaszcza na Johna. - Widzę, że oprócz czarownicy dostaniemy posiłek – zakpił bladolicy blondyn, po czym oblizał swe usta, ukazał kły i ryknął. Kolejny wampir. Rudowłosa kobieta także postanowiła zrobić małe przedstawienie i pozwoliła, by jej ciało otoczyła ognista aura, która uformowała się w ognistego, humanoidalnego lisa. Lis będący wewnątrz Johna natychmiast się zjeżył i warknął. ~Niedobrze~ odezwał się jego głos w głowie Johna - Nie chcemy walczyć – powiedziała Aviana – Niektórzy z nas mają za sobą ciężki dzień. Przybyliśmy tylko po Joleene i sobie pójdziemy – dodała - Nie chcemy kłopotów – odezwał się Theo, który strzelił kilka razy kośćmi u dłoni. Chłopak przyjął dość pewną siebie pozę – Nasz sojusznik chciałby spotkać się z Joleene – dodał i pozwolił sobie na małe przedstawienie. Wokół jednej z dłoni chłopaka pojawiła się wstęga czarnego dymu, która owijała się dość powoli i leniwie. - Joleene jest moja – odezwał się Gabriel Dixon – Nie oddam jej bez walki - syknął - Przypomnę ci, że przeznaczyliśmy ją do wyższego celu – wpadł mu słowo nieznajomy wampir - Dzieci, wracajcie do domu, bo spóźnicie się na dobranockę, a sprawy dorosłych, które mogą być dla was zbyt bolesne i niebezpieczne zostawcie bardziej doświadczonym – dodał Dziewczyna o kasztanowych włosach zachichotała cicho pod nosem, zaś ognista Kitsune tupnęła nogą, a na ziemi pojawił się niewielki płomień. Lisica wyciągnęła przed siebie dłoń i skupiła się na tworze, by go powiększyć. - Więc jak to będzie? – zapytał wampir -Jeeej- zawołała Kono łapiąc się uroczo za główkę - Jak miło słyszeć że nie zrobiłam z siebie dziwadła. - zaświergotała. Nie omieszkała nie odpowiedzieć na komentarz Stacy. -Taka będę gorąca? Aż się spalę ze wstydu, być w takim ogniu krzyżowym spojrzeń - drażniła się grą słów. Naprawdę, czuła się nieźle mimo lekkiego bólu po walce. *** *** *** Oczywiście nie mogło tak po prostu się skończyć na akcji ratowniczej. Piątka nowoprzybyłych, potencjalnych oponentów pokrzyżowała plany o powrocie z tego cmentarza bez dodatkowych obtarć i strat. Podczas gdy wrogo nastawieni prezentowali swoje jakże interesujące moce, Konomi ciągle była przy Jolenee. Cieszyło ją że dzięki Johnowi stan dziewczyny się poprawił. Łatwiej będzie ją stąd wydostać. -Macie rację. Spieszy mi się trochę na mój wieczorny serial więc spróbujemy przyspieszyć akcję. - odpowiedziała z nieukrywaną wzgardą i postanowiła użyć teleportacji. Po dobroci i tak by nie wyszło a dziewczyna chociaż będzie bezpieczna. Chciała ją przenieść do swojego domu, tam będzie na razie bezpieczna. A potem szybki powrót na pole walki by pomóc innym. Plan prosty a może się okazać skuteczny. Cmentarz się rozmył i zniknął a oczom dziewczyny ukazał się jej własny dom i twarze zdziwionych domowników. -Zajmijcie się nią, jest w niebezpieczeństwie. Jak coś jestem na cmentarzu - rzuciła Kono jednym tchem na usprawiedliwienie i odteleportowała się z powrotem, stając już samej u boku towarzyszy. Trochę zakręciło jej się w głowie od tego skakania i nadmiaru ciężkiej magii. Złapała się na moment za głowę i zachwiała na nogach, nie spuszczając jednak oka z potencjalnych oponentów. Wyleczenie Jolenee miało zakończyć ich poszukiwania. teraz wystarczyło odtransportować dziewczynę w bezpieczne miejsce i po sprawie. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach los zadecydował inaczej. pojawiły się nowe przeszkody dość poważne przeszkody uniemożliwiające im zabranie dziewczyny. Przeszkody w postaci braci Dixon w towarzystwie wampira, wiedzmy i lisicy. Lis zjeżył się kiedy zobaczył ognistego pobratymca. Wiedział już, że będzie ciężko. Zwłaszcza z lisicą. John westchnął z rezygnacją. Miał już tego wszystkiego dość. zastanawiał się w jaki sposób wpakował się w tą sytuację. I dlaczego był na tyle głupi by się w nią wpakować. -Po pierwsze Jolenee nie jest niczyją własnością. -Warknął przez zaciśnięte zęby w kierunku jednego z braci. -Po drugie wypadałoby poczekać, aż oprzytomnieje i będzie mogła sama o sobie decydować. Atmosfera między nastolatkami, a nowoprzybyłą grupą z minuty na minutę robiła się coraz bardziej napięta. Bracia Dixon i ich sojusznicy zdecydowanie próbowali ich nastraszyć, ale nie pokazali niczego nowego. W tej chwili nic ich nie mogło zaskoczyć. John instynktownie przeczuwał, że te spotkanie z nimi nie zakończy się pokojowo. Młody Kitsune czuł to po prostu w kościach i w ich oczach. ~Wyczuwam niebezpieczeństwo~ syknął jego lis Podobne wrażenie odniosła Konomi. Dziewczyna przebywała blisko Jolene, ale także zachowywała odpowiednią odległość od reszty. Ardenowi nic nie podpowiadało, podobnie jak Avianie. Theo w spokoju obserwował resztę, a Stacy zbliżyła się do Konomi i tam zajęła miejsce. John Daglas podjął się dyskusji z Gabrielem, który cicho prychnął, gdy usłyszał słowa chłopaka - Ehhhh, człowieku na jakim świecie ty żyjesz? - zapytał z pogardą - Ona nie ma tu nic do gadania. Jest moja. JA ją otoczyłem opieką, gdy tego potrzebowała i jest mi winna przysługę - Nie Marnuj czasu, Gabrielu. Zajmijmy się nimi - wtrącił się wampir. Konomi chwyciła Joleene za dłoń i zniknęła. Powietrze ją wessało wraz z pochwyconą koleżanką. **** Pojawienie się tuż przed domem było szokiem, ale szczęście dopisało. Joleene ocknęła się i oczywiście zwymiotowała, a następnie szybkim ruchem została ogarnięta i zaprowadzona do domu. Drzwi otworzyła oczywiście Karmen. - Ale, że co? - wydukała tylko, gdy Konomi przedstawiła w kilku słowach sprawę po czym zniknęła **** - GDZIE ONA JEST? - ryknął Marley, po czym ruszył w kierunku Stacy. Błyskawicznie pokonał dzielący ich dystans, by następnie zacisnąć dłoń na jej gardle i podnieść ją wyżej. Nie spodziewał się jednak, że dziewczyna odpowie atakiem. Wystarczył tylko dotyk i po chwili pojawiły się czarne żyłki, które przenikały przez tę dwójkę. Panna Duncan karmiła się Marleyem. Widzieli, jak jego uścisk słabnie, a sam wampir pada na kolana. Do walki włączył się starszy z braci, który pojawił się przy Stacy i rzucił nią o drzewo. Banshee zdrowo runęła o dąb, po czym osunęła się o ziemi. Nie straciła przytomności. Jeszcze nie. Theo Evans przywołał gęstą czarną mgłę, która zaczęła się w coś formować. Konomi wróciła na swoje miejsce i zobaczyła, że coś się rozpętała. - CO Z NIĄ ZROBIŁAŚ? - zapytał Gabriel patrząc dzikim wzrokiem na Konomi. Nie zwracał uwagi na swojego brata, który dochodził do siebie po dotyku Stacy. -Szkoda, że ja tak nie potrafię. -Szepnął John widok wyczynu Konomi. -Już by mnie tu nie było. Napięta atmosfera eksplodowała i doszło do walki. List westchnął z rezygnacją i szybko zaczął formować zaklęcie płomieni i posłał w kierunku starszego z braci. Mimo skupienia się na walce cały czas uważnie śledził Lisicę która jako jedyna nie włączyła się do walki. nie wróżyło to nic dobrego. Teleport zadziałał, przez co Kono wpadła w coś w rodzaju małego samouwielbienia. Opłaciły się te godziny ćwiczeń i zwrócone posiłki. Szybko jednak euforia z niej zeszła widząc co się stało gdy wróciła na cmentarz. Zakręciło jej się jednak w głowie od nadmiaru mocnej magii w krótkim odstępie czasu. Z pewnymi problemami stała na nogach, jednak wiedziała że za moment to przejdzie. Szkoda tylko że nie miała tego momentu. - Zabrałam ją daleko stąd, w bezpieczne miejsce. I na pewno nie powiem Ci dokąd.- powiedziała zadziornie zdobywając się na zawadiacki uśmiech w obliczu furii zwiastowanej przez wzrok chłopaka. Wiedziała że jak szybko się nie pozbiera to ten rzuci się po prostu na nią. Może spróbuje zrobić to co wychodzi jej najlepiej - zasiać trochę zamętu. Chciała użyć magii iluzji by przywołać kilka kopii siebie a następnie cała grupka rozbiegła by się w różne kierunki. Sama chciała podbiec i pomóc pozbierać się Stacy która wyraźnie mocno oberwała. Chaos. To pierwsze określenie na zaistniałą sytuację, którą przed sobą mieli. Krzyki starszego z braci zostały przerwane przez Johna Daglasa i jego ogniste zaklęcie. Płomienie. Najgorszy wróg wampira i innych śmiertelnych stworzeń. Palące wszystko na swojej drodze, płomienie zajęły ciało bruneta, który syknął i oddalił się dość szybko od Konomi, by zająć się tym incydentem. Tymczasem wroga Kitsune skierowała swoje płomienie na Avianę Evans. Ogień zbliżał się do wiedźmy i otoczył ją w kręgu, by powoli się zaciskać i tym samym spalić nastolatkę w miejscu. Konomi skupiła się, by po chwili podzielić się na swoje mniejsze wersje. Kilka Konomi rozbiegło się po całym cmentarzu i to był dobry ruch. Wrogowie zostali zmyleni. Stacy ledwo kontaktowała, a przynajmniej tak wyglądała. Gdyby była zwykłym człowiekiem pewnie zniosła by to o wiele gorzej. - Moja głowa - powtarzała jak mantrę Aviana skierowała swoją dłoń w kierunku płonącej pułapki. Ogień zaczął słabnąć na swej sile. Płomienie malały, a w oczach młodej czarownicy czaiły się magiczne iskierki. Widzieli jak Evans walczy z zdolnościami ognistej lisicy. Do gry wkroczył Arden Usoka, który skoncentrował się na blondynie, rozglądającym się za prawdziwą Konomi. - Phesmatos superous em animi... - zaczął powtarzać słowa - Phesmatos superous em animi... - Pod ich wpływem, obcy wampir chwycił się obiema dłońmi za głowę, by po chwili krzyknąć z bólu i osunąć się na kolana. Arden zadawał mu ból. Nieznajomy walczył ze skutkiem zaklęcia. Przez cmentarz przeszedł podmuch wyjątkowo zimnego powietrza, który uderzył Johna i ugodził jego lisa. Daglas poczuł nienaturalne zimno, które musiała wywołać obca wiedźma, wskazująca otwartą dłonią w jego stronę. kasztanowe włosy magiczki falowały pod wpływem magii. Marley Dixon odzyskał siły i ruszył na Konomi znajdującą się przy Stacy. Wampir wziął dziewczynę z zaskoczenia i wbił swoje kły w jej szyję. Co za ból. Konomi musiała krzyknąć, gdy poczuła zęby wroga. Stacy była zbyt osłabiona i nie mogła pomóc koleżance. Gabriel Dixon zwalczył płomienie i korzystając z swojej szybkości, pojawił się przy Johnie, po czym chwycił go za koszulę i uniósł wysoko, jedną dłonią. - Zapłacisz mi za to śmieciu - syknął Theo Evans uformował czarnego, cienistego wilka - Ruszaj - warknął Bestia zaatakowała starszego Dixona i zatopiła kły w jego ramieniu. Wampir puścił Johna na ziemię. Wykorzystując zamęt jaki wywołała jej sztuczka, Kono znalazła się przy obolałej Stacy. -Dawaj, ocknij się. Nie czas na użalanie się. - mówiła z determinacją, poklepując dziewczynę lekko po policzku. Próbując ogarnąć dziewczynę, jakiś ciężar przygwoździł ją z impetem i poczuła okropny ból na szyi. Krzyknęła boleśnie a w oczach pojawiły się łzy. Strasznie bolało. Spanikowane, zbłądzone myśli podpowiadały jej że padła ofiarą wampira. Musi działać szybko żeby nie stracić zaraz przytomności, ale i delikatnie żeby drapieżnik nie rozerwał jej gardła kłami. Musiała się skupić. Używając mrocznej mocy spróbowała otoczyć się aurą mrocznego płomienia który będzie palić wroga. Oby tyle wystarczyło… Jeśli nie… Strach pomyśleć. Licząc iż chociaż na moment wampir się odczepi od dziewczyny, ta szykowała w dłoniach kolejną dawkę ognia. Miał to być prosty promień, wiązka ognia płynąca z obu dłoni, paląca trafiony cel. John był wściekły ten dzień nie należał do udanych. Po, co się w to pakowałem? No po, co? Zapytał po raz kolejny własnych myśli. Już po pierwszej wizji trzeba było nie ruszać się z domu. a już na pewno wrócić po kolejnej. Ale nie zachciało mi się zgrywać bohatera. Ponure myśli przerwał atak wampira na szczęście przerwani przez czarne widmo. -Masz pretensje o to, że się bronię? Warknął przez zaciśnięte zęby i by uniknąć kolejnego ataku odskoczył na bezpieczną odległość,. W chwilę potem zaatakował kolejnym ognistym atakiem. Kolejny ognisty atak posłał w kierunku wiedźmy w odwecie za zamrożenie jego serca. John wykonał szybki, ale dość niezręczny odskok, który pozwolił mu znaleźć się na bezpiecznej odległości od strony agresora, a następnie chłopak wykorzystał szansę, jaka się nadarzyła i zaatakował ognistym zaklęciem. Starszy z wampirzych braci został potraktowany solidną dawką płomieni, które otoczyły całe jego ciało. Tym razem wycelowane zaklęcie okazało się bardzo silne, by wampir ugiął się pod jego wpływem. Cienisty wilk zeskoczył z ciała nastolatka, kiedy poczuł gwałtowny skok temperatury. Daglas kontrolował sytuację Gabriela i w każdej chwili mógł go uwolnić z uroku bądź po prostu pozbawić życia. Chcesz mieć krew wampira na swych rękach, John? Jak poczujesz się z jego śmiercią? Jego krzyki zdecydowanie zagłuszały twoje myśli, John. Wiedźma kontrolująca lodowymi podmuchami została zdekoncentrowana poprzez uderzenie płomieni, które objęły ciało nastolatki. Czarownica zaczęła krzyczeć i chwilowo nie była zdolna do kontynuowania walki. Rudowłosa Kitsune wciąż pojedynkowała się z Avianą. Uwolniony przez nią ognisty, humanoidalny lis górował nad ciałem kobiety. Był rozżarzony, rozłoszczony i nienaturalnie wielki. Lis wyzwolił ognistą aurę, która nie tylko podniosła temperaturę, ale i również zaczęła podpalać pobliską trawę. Kobieta zaczęła biec w kierunku Evans, po czym wykonała skok, by z impetem wylądować na blondynce. Zaciśnięte pięści trafiły Avianę, która w wyniku doznanego szoku upadła na ziemię, a na jej skórze pojawiły się ślady po oparzeniach. Konomi miała własne problemy. Azjatka musiała ratować własną szyję przed kłami zaborczego wampira, który wgryzał się w jej szyje. Dziewczyna usłyszała za sobą syk i zobaczyła, jak jej ciało otaczają mroczne płomienie. Mistyczna tarcza objęła ją, by uchronić przed dalszym niebezpieczeństwem. Jednak to nie wystarczyło. Marley Dixon wciąż pozostał nieugięty i zamierzał ponownie zatopić swoje kły. Natrafił na przeszkodę w postaci wiązki mrocznego ognia, który pojawił się w dłoniach panny Akagi. Ugodzony przeciwnik krzyknął z bólu i zaczął płonąć. Na jego twarzy pojawiły sie pierwsze, poważne ślady po bliskim spotkaniu z takimi płomieniami. Wampir cofnął się o kilka kroków. Konomi, co dalej z nim zrobisz? Aviana głośno skrzywiła się z bólu. Syknęła, gdy próbowała się podnieść, ale wroga Kitsune stanęła nogą na jej klatce piersiowej. - Spieprzaj - warknęła - Motus! - dodała Czar odrzucił rudzielca , który z łoskotem upadł na najbliższy nagrobek. Po tym magicznym wyczynie, Aviana straciła przytomność. Tymczasem Arden kontynuował zadawanie bólu, nieznajomemu wampirowi. Czarownik skupił się, aby każdy fragment ciała wroga, był podatny na otrzymane bodźce. W końcu, trzymany w ryzach wampir to nieszkodliwy wampir? Jak daleko się posuniesz, Ardenie? Jasnowłosy mężczyzna próbował opierać się skutkom zaklęcia. Zaczynał od tłumienia krzyku i podnoszenia się z miejsca, ale po chwili fala bólu przywracała go do klęczącej pozycji. Nieznajoma wiedźma w końcu się opanowała i sprawnym ruchem ręki zgasiła płomienie, które próbowały przejąć nad nią kontrolę. Kipiała ze wściekłości. Wyglądała, jakby chciała kogoś zamordować. Wskazała dłonią w kierunku Theo Evansa, który został odrzucony w dal, by po chwili z trudem walczyć o dopływ świeżego powietrza. Arden z niepokojem rozglądał się po polu walki. Aviana straciła przytomność, Theo miał poważne kłopoty, a John podpalał wszystko jak leci. Przynajmniej ciemniejsza strony Konomi radziła sobie całkiem nieźle. Usoka jednak postanowił do końca skupić się na trzymanym przez siebie blondynie, nic innego zresztą nie mógł w tej chwili zrobić. Nastolatek postanowił zakończyć swój dość jednostronny jak na razie pojedynek. Zamiast kierować ból na całe ciało wampira, postanowił skierować całą moc zaklęcia na mózg, zamierzając pozbawić przeciwnika przytomności. Oczywiście mogło się też zdarzyć, że jego przeciwnik zginie, ale instynkt podpowiadał Ardenowi, że nikt nie będzie po nim płakał. - - Phesmatos superous em animi… - Po wykonanym zaklęciu Arden cofnął się lekko i ciężko oddychając próbował zostawić ostatnie siły organizmu na później. Konomi poczuła zastrzyk adrenaliny. kto by go nie poczuł w takiej sytuacji. Nie miała czasu ani chęci by się mazać, musiała walczyć. Udało się uwolnić z uścisku wampira by następnie go uderzyć kolejnym ognistym atakiem. Chyba to działa na nich lepiej niż podmuchy i zabawa z iluzjami. Przeciwnik stanął w płomieniach a Kono nie zamierzała zmarnować tej chwili. Kolejna może się nie trafić. Stanęła pewnie, przodem i blisko do wampira. Był może z metr od niej. I o to właśnie chodziło. Niesiona złością złożyła ręce by przywołać stożek mrocznych płomieni który by obiął wroga. Powinno mu to wypalić resztę głupot z głowy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze i coś jej nagle nie trafi, już przygotowywała w głowie kolejny ognisty pocisk którym rzuci we wroga który nękałby jej towarzyszy.. Chyba że sama będzie w większej potrzebie. John czuł coraz większe zmęczenie. odkąd opuścili mury szkoły wdają się w coraz większe i coraz brutalniejsze walki. a to wszystko z powodu jednej wizji i jednej dziewczyny, która podobno jest ważna. Chłopak westchnął. Wstawanie dzisiaj to był zdecydowanie kiepski pomysł. Pomyślał, jednocześnie skupiając się na kolejnym ognistym czarem skierowanym w wiedźmę. Strasznie głupio używać ciągle tego samego zaklęcia,- przemknęło mu przez głowę. - ale innego nie posiadam. Dokończył wyzwalając zaklęcie. Z minuty na minutę, sytuacja coraz bardziej robiła się chaotyczna. Wybuchały płomienie o różnych, intensywnych płomieniach. Wszystko jednak miało swoją granicę wytrzymałość, a John Daglas odczuwał już solidne zmęczenie całym tym dniem. Jego kolejne ogniste zaklęcie było o wiele słabsze niż poprzednie i tym razem tylko poparzyło wiedźmę, która skupiła się na swoim celu. Theo Evans wciąż walczył z dusznością, którą wywołała u niego wroga czarownica. Chłopak ewidentnie potrzebował pomocy. Wroga Kitsune nie odniosła poważniejszych obrażeń, gdy została odrzucona przez Avianę. Lisica wstała i wyraźnie ruszyła na Konomi oraz ukazała swoją prawdziwą aurę humanoidalnego lisa. Zatrzymała się, gdy zobaczyła jak Azjatka ciska stożkiem płomieni w podpalonego wcześniej wampira, który wciąż krzyczał. Mroczny ogień pogorszył tylko jego stan zdrowia. Marley Dixon padł nieprzytomny na ziemię. Aviana nie odzyskała przytomności. Nie wiadomo było, czy żyje czy jej duch postanowił opuścić ciało. Arden kontrolował swoją sytuację i wciąż walczył z nieznajomym wampirem, ,który był torturowany przez nachodzące co rusz fale bólu, koncentrujące się na poszczególnych punktach jego ciała. Tym razem, Usoka wybrał mózg. Zaklęcie odniosło sukces. Wróg padł na ziemię, a z jego nosa i uszu ciekła krew. Nieznajoma wiedźma postanowiła zmienić swój cel i skupiła swoją uwagę na Johnie Daglasie. - Ossox – powiedziała Młody Kitsune poczuł jak przez jego dłoń przepływa nagła fala bólu, a palce zaczynają wyginać się na wszystkie strony. Rozległo się głośne, pojedyncze chrupnięcie. W oczach Johna pojawiły się łzy bólu, które sugerowało jedno – łamanie kości. Marley Dixon, podobnie jak jego brat osunął się na ziemię, a jego ciało wciąż się paliło. Stacy wciąż była nieprzytomna. Arden uśmiechnął się lekko widząc nie tylko upadającego blondyna, ale też Marleya Dixona, który jeszcze niedawno usiłował walczyć z Konomi. Skinął głową z uznaniem w stronę azjatki, po czym zmartwił się nie tylko leżącą na ziemi Avianę, ale też liska potraktowanego niezbyt przyjemnym zaklęciem. O ile tej pierwszej mógł co najwyżej dorysować kocie wąsy, wiedźma atakująca Johna wydawała się dobrym celem. Arden wybrał jedno ze swoich rozlicznych zaklęć, po czym zagiął znajdującą się dookoła ciemność by uderzyć swoją przeciwniczkę piekielnym ogniem…. Żartowałem. Użył zadawania bólu. Chłopak starała się ignorować ból. najbardziej przy pomocy przekleństw skierowanych w stronę wiedźmy. Kiedy sobie ulżył Dotknął złamanej ręki i skupił się na wyleczeniu własnych obrażeń. Potem by ulżyć sobie jeszcze bardziej po raz kolejny zaatakował wiedźmę ognistym atakiem. Azjatka uśmiechnęła się pod nosem widząc stan wampira. Mogło to wyglądać dość sadystycznie ale zrobiła to w samoobronie. Gdyby nie to, pewnie role szybko by się odwróciły. A tak chociaż drań ma za swoje. Przywołała jeszcze po ogniku do dłoni widząc Kitsune. -Może starczy tej zabawy. I ty i ja mamy kim się zająć, nie? - zaproponowała wzrokiem wskazując na wampira a sama idąc tyłem i nie spuszczając z dziewczyny wzroku, miała zamiar sprawdzić stan Aviany. W razie gdyby coś miało się nieprzewidzianego wydarzyć, posypią się iskry! Ktoś kiedyś porównał pole walki do pola szachowego, gdzie figury eliminowały obce cele w drodze do zwycięstwa. Zawsze została najważniejsza z nich. I tak było w tym przypadku. Złowroga lisica i rzucająca klątwy wiedźma były ostatnimi przeciwniczkami, z jakimi mierzyły się uzdolnione nastolatki. John Daglas mierzył się z bólem i złamaną ręką, którą starał sie najszybciej wyleczyć, by pozbyć się okropnego uczucia, które towarzyszyło odniesionemu uszkodzeniu. Zaklęcie odniosło sukces, a dłoń zyskała sprawność we wszystkich palcach. Pozbywając się jednego problemu, John skupił się na rozwiązywaniem kolejnego. Czarownica, która go tak wcześniej urządziła, powinna zostać surowo ukarana. Kolejne ogniste zaklęcie zostało miotnięte w jej kierunku, a młody Kitsune stracił siły w nogach i ukląkł na ziemi, czując się wyczerpanym, głodnym i znużonym. Na ustach poczuł metaliczny smak. Krwawił. Czar, który uderzył w wiedźmę zostawił za sobą jej krzyk i płomienie oraz kolejne poparzenia. Theo odzyskał panowanie nad własnym oddechem i obserwował poczynania obcej Kitsune. Nie, nie zachował sie biernie. Wstał na równe nogi i skupił się na celu. Chłopak utrzymywał kontakt wzorkowy i poruszał ustami. Początkowo nic się nie wydarzyło, ale za chwilę rudzielec krzyknął i zasłonił swoje oczy dłońmi. Theo nie próżnował. Wyciągnął dłoń przed siebi, po czym uwolnił kłąb czarnego dymu, który sformował się w wilka. Wezwany drapieżnik runął na lisicę i powalił ją na ziemię, a następnie rozpłynął się w powietrzu. Konomi przywołała swój mroczny ognik, ale na szczęście nie musiała go używać. Dziewczyna wraz z Theo pobiegli do Aviany i sprawdzili jej stan zdrowia. Wydawał im się stabilny. Młoda wiedźma miała puls, a jej klatka piersiowa opadała i unosiła się. Innymi słowy: żyła. Arden dołączył do Johna, który odegrał się na wiedźmie. Chłopak użył swojego ulubionego zaklęcia , by przywołać falę bólu. Wroga nastolatka zaczęła krzyczeć i chwytała się za głowę, a następnie zemdlała. To był koniec. Wygrali.
  8. Takiej decyzji nie można zostawiać przypadkowi. Więc jestem za rozegraniem wszystkiego.
  9. Najlepszego dla Strefy.
  10. Wybaczamy. Mam nadzieję, że szybko ostygną ci te nadgodzinny i wrócimy do wspólnej zabawy.
  11. John Daglas &Arden Usoka &Theo i Aviana Evans 12 Września 2017 Czas między 17:00 a 17:30 Kawiarnia „Roselynn” Garden Street Zachodnia część Miasta Kawiarnia „Roselynn” mieściła się przy ulicy Garden Street, znajdującej się w zachodniej części miasta. To miejsce zasugerował John, gdy wiedział, że od jego domu będzie można szybciej zjawić się na nagłym spotkaniu z rodzeństwem Evans. Kawowy przybytek mieścił się na parterze, czteropiętrowego budynku o ciemnoczerwonych, ceglanych ścianach i prostokątnych oknach. Nad kawiarnią mieściły się lokale mieszkalne bądź też i usługowe. Chłopcy weszli do środka. Na bladoróżowych ścianach znajdowały się oprawione w drewnianych ramkach rysunki przedstawiające róże. Ciemnobrązowe panele miały namalowane czarne, kwiatowe wzorki. Stoliki były rozmieszczone głównie przy oknach i przeciwległych ścianach, a w centrum znajdował się długi blat wraz z całym asortymentem dotyczącym rodzajów kaw i ciastek oraz innych przekąsek. Aviana i Theo siedzieli przy jednym z czteroosobowych ciemnobrązowych stolików i krzesłach o poduszkowych oparciach i siedzeniach. Bliźniaki zamówiło ciasto i kawę, którą spożywali na miejscu w niewielkich filiżankach. - Nie zamawialiśmy nic dla was, bo nie wiedzieliśmy, czy coś chcecie – wytłumaczyła się Aviana - Wasz telefon do mnie brzmiał dość poważnie – mruknął Theo - Czego dowiedzieliście się o Joleene? – zapytała blondynka, po czym upiła łyk kofeinowego napoju, a jej brat ukroił kawałek ciasta i zjadł go ze smakiem. John po szybkiej wizycie w domu polegającej na szybkim ochlapaniu wodą i równie szybkiej zmianie garderoby, ubrany był w starą skórzaną kurtkę czarnego koloru nabijaną metalowymi ćwiekami, wytarte dżinsowe spodnie i równie znoszone glany. jego ulubiony strój z Nowego Jorku. Z dziadkiem zamienił tylko dwa słowa. -Poranna sprawa się komplikuje. wyjaśnię wszystko jak wrócę. Droga do kawiarni minęła dość szybko. John nigdy tu nie był. To nie jego klimaty. jak na jego gust wystrój zbyt cukierkowy. Przysiadł się do stolika rodzeństwa i przecząco pokręcił głową na propozycję zamówienia. -Nie wiem czy mamy na to czas. bo dowiedzieliśmy się więcej niż byśmy chcieli. Arden grzecznie czekał przed domem Johna. Gdy tylko ten wyszedł z nowym dresem, bez śladów krwi na twarzy i bez jedzenia w ręku, od razu ruszyli w stronę kawiarni. Wystrój wnętrza nie robił na nim większego wrażenia. Był tutaj kilka razy i nigdy nie narzekał na kawę, ale jedzenie nigdy mu nie smakowało. Usoka mógł mieć tylko nadzieję, że głód naprawdę kształtuje apetyt. Chłopak podszedł do stolika i wziął menu, po czym rozsiadł się w miarę wygodnie. - Dużo rzeczy. Właściwie chodzi o dwie Joleene, z czego co wiemy dokładnie gdzie jest… gdzie była jedna z nich, a o lokalizacji drugiej nie mamy pojęcia. I to raczej nie jest nasz największy problem, przynajmniej nie w tej chwili. - Arden uśmiechnął się lekko i warknął na Johna. -Mamy czas. Zamknij się. - Nastolatek szybkim wzrokiem rozejrzał się po sali, w poszukiwaniu kelnera. -Walczyliśmy, i to za pomocą magii. Muszę coś zjeść albo zaraz zemdleję. - Wyjaśnił rodzeństwu Evans, mając nadzieję, że zrozumieją. -Jak głodny to zły. -Uśmiechnął się na słowa kolegi. -A wydawało się, że niedawno jadłeś. Jeszcze raz się uśmiechnął. -Jedna z dziewczyn jest na cmentarzu, drugiej raczej nie możemy w tej chwili odszukać. Do stolika podszedł młody kelner ubrany w krótki czerwony podkoszulek, czarny fartuch i jeansowe spodnie. - W czym mogę pomóc? - zapytał spoglądając na Ardena i Johna. Rodzeństwo zaczekać, aż intruz się oddali, nim podjęli temat. Gdy tylko kelner otrzymał zamówienie, wrócił za bar, by je zrealizować. - Najedz się do syta i odbuduj energię - powiedziała Aviana, po wysłuchaniu obu chłopaków, a następnie zaczęła mówić szeptem - Zawsze możecie ponowić zaklęcie lokalizacyjne. - Przepraszam siostro, ale oni potrzebują przedmiotów po drugiej Joleene - Rozumiem, ale Arden zna czar, niewymagający osobistych rzeczy - odparła dziewczyna - Jaki jest cel naszego spotkania? Co chcecie ustalić? John zamówił tylko kawę. -Druga dziewczyna znajduje się na starym cmentarzu w towarzystwie braci Dixon. I grozi jej niebezpieczeństwo. Chcemy iść jej z pomocą. Nie wiedząc z jaką siła mamy do czynienia wolimy iść większa grupą. Arden zamówił kawę i coś, co można dostać w miarę szybko, ale podwójnie. Kelner uśmiechnął się lekko i odszedł od stolika. Czyżby mnie znał? Cóż, chyba nie jest to aż tak ważne. -Możemy ponowić to zaklęcie, ale wolałbym najpierw sprawdzić cmentarz. Jeśli weszli do jakiegoś budynku czy pomieszczenia jest szansa, że nie uda nam się odgadnąć gdzie oni są, a nie chcę marnować kolejnego zaklęcia. - Arden urwał na chwilę. - John też nieźle oberwał w walce, ja raczej nie będę w pełni sił. Więc potrzebujemy pomocy, jeśli coś pójdzie nie tak. Nastolatek westchnął krótko i przyjął dość zmieszaną minę. -Jest jeszcze jeden problem. Ktoś nas widział. Spotkaliśmy jakąś wariatkę zaraz po naszej walce, i przyprowadziła ze sobą Isabelle Matthews w charakterze zakładniczki. Czy jakoś tak. Była świadkiem naszej rozmowy. - Teraz to się nie dziwię, że zadzwoniliście po nas – odparła Aviana – Bracia Dixon? – zapytała nieco zaskoczona – A co oni z nią kombinują? - Może współpracują z porywaczem? – podrzucił podejrzenie Theo – Nie zdziwiłbym się. To do nich podobne. - Tego nie możemy wykluczyć, ale nie chcę robić im wielkiej krzywdy – rzekła, a gdy spojrzała na wszystkich nerwowo się uśmiechnęła – Mogę ich jedynie poobijać o ile są tylko ludźmi. Jeżeli tu będzie chodziło o coś więcej, to wtedy zdecyduję. - Zakładam, że zabójstwo nie wchodzi w grę, nawet jeśli pracują dla kogoś gorszego? – zwrócił się do siostry, Theo - Nie chcę mieć krwi na rękach – powiedziała – Jeżeli ich… - urwała wypowiedzi i rozejrzała się, czy nikt nie podsłuchuje – Trwale usuniemy to rozpoczniemy kolejną akcję poszukiwawczą i dodatkowe śledztwo. A tego nie chcemy, prawda? - A jeżeli nie dadzą nam wyboru? – zapytał Theo John otrzymał swoją kawę, która kosztowała chłopaka dolara i siedemdziesiąt pięć centów. Arden otrzymał kawę i dwa duże kawałki ciasta karmelowego, co wyniosło go cztery dolary. - Dobrze, sprawdzimy zatem cmentarz – powiedziała wiedźma – O co chodzi z wariatką? Kim ona jest? – a po tych słowach, Aviana była totalnie zaskoczona – Jaja sobie robicie? Isabelle Matthews jest w to zamieszana? – zapytała, wyraźnie wstrząśnięta - To niedobrze – odparł Theo – Ale Isabelle nie jest naszym problemem. Przyjaźni się z Konomi, prawda? Są ze sobą blisko – zauważył - Myślę, że nie musimy się tym przejmować - Żartujesz, Theo? Nie wiemy czy Isabelle się komuś nie wygada. Co prawda nikt by jej nie uwierzył dopóki nie zebrała jakiś znaczących dowodów – rzekła - Nie zrobi tego ze względu na Konomi. Mnie interesuje bardziej ta tajemnicza wariatka Ardena – odpowiedział chłopak John upił łyk kawy i skrzywił się. Posłodzona. -Nie wiem kim jest, ale na pewno nie jest wariatką. Jest natomiast bardzo niebezpieczna. Zbyt wiele wie o nas i naszych tajemnicach, do tego wydaje mi się potrafi zmieniać swoją postać. Krzywiąc się upił kolejny łyk kawy. -Chyba ma coś wspólnego z wampirami. Bo wspominała o werbenie, że szkoła nie stosuje jej do ochrony. Aviana wpatrywała się w Johna, gdy słuchała jego wypowiedzi. Dziewczyna zmarszczyła brwi, jakby nad czymś intensywnie myślała. Po chwili jej twarz wróciłą do normalnego wyglądu, a właściwie brwi. Wiedźma upiła łyk kawy z filiżanki, nim zabrała głos. - To niepokojące - przyznała cicho - Trzeba potwierdzić informacje o zmianie wyglądu. Jeżeli się potwierdzą to mamy przechlapane. - Przejebane - poprawił siostrę Theo, dziobiąc łyżeczką w cieście Aviana zignorowała przekleństwo wypowiedziane przez brata. - Werbena? Skoro tak to można uznać ją za wampira. Tylko te zioło chroni innych przed wpływami tych istot. Arden zakrztusił się lekko ciastkiem. -Jej towarzysz jest wampirem. Co do niej to nie mam pojęcia. Ale jest dziwna. Arden urwał na chwilę i pochłonął resztę ciastka. -Ona… wygląda praktycznie jak Konomi. Różni się tylko kolorem włosów. Mówiła coś o klonach, ale szczerze nie załapałem o co w tym wszystkim chodzi - poza tym, że może mieć to związek z naszą wizją. - Nastolatek zmarszczył brwi. - Chociaż to chyba sam wykombinowałem… -Słyszałem kiedyś o istotach które potrafią upodobnić się do dowolnej osoby. - Sobowtóry - powiedziała za Ardena, Aviana - Czyli mamy do czynienia z Doppelgängerem i wampirem, cudownie - dodała i dopiła kawę - Trzeba będzie uważnie ją obserwować i obmyślić plan ewentualnego spacyfikowania jej - Z wampirem nie powinniśmy mieć problemu, o ile wyposażymy się w werbenę dla naszych najbliższych - rzucił Theo Dziewczyna zerknęła na brata i posłała mu uśmiech aprobaty. - Jesteś jak zwykle genialny braciszku - powiedziała i zerknęła na Johna - Masz na myśli Zmiennoskórych? Słyszałam o nich rozmaite podania i legendy - odpowiedziała chłopakowi - Jeżeli zaś chodzi o sobowtóry to prawdopodobnie mogą dzielić się wizjami - wtrącił się Theo - Najprawdopodobniej widziała wszystko, co zobaczyła Konomi, więc to może być jej związek z wizją. Stawiam na tyle i tylko tyle - Proponuję byśmy wkrótce się zbierali. Konomi do nas dołączy? - zapytała Aviana -Nie wiem z kim ona jest. faktem jest, że podobna jest do znanej nam osoby, dużo o nas wie i rzuca groźby. całkiem poważne groźby. Chce czegoś, co ukryli dawno temu i podobno tylko my możemy otworzyć skrytkę. Strasznie jej na tym zależy, więc może to ona jest powodem tych wizji. Może nawet sama je tworzy? - Przynajmniej wiemy, że nie jest tu z byle powodu. Najpierw sama chciałabym zbadać tą skrytkę, nim oddamy jej zawartość tej lasce - powiedziała Aviana, a następnie cicho prychnęła - Nie sądzę, aby to ona stała za wizją. Tylko potężne i wiekowe czarownice są zdolne do wywołania wizji. Wybacz, ale będę upierała się przy duchach. Kiedyś podzielę się informacjami na ich temat. John dopił kawę. -Odłóżmy na razie tą sprawę, ci na cmentarzu nie będą czekać w nieskończoność. Po drodze zgarniamy Konomi i zajmiemy się pierwszą Joleene. Arden zmarszczył lekko brwi, przetrawiając informacje usłyszane od Aviany. -O ile w ogóle oddamy jej te artefakty. Ale nad tym jeszcze się zastanowimy. Na razie chodźmy po Konomi i odbijamy Jolene. Usoka szybko dojadł swój posiłek, i wstał przeciągając się lekko. -Zgoda - powiedziała Aviana, gdy usłyszała słowa Ardena i Johna - Skończyliśmy, może pan posprzątać stolik - zakomunikował kelnerowi Theo Grupka nastolatków opuściła kawiarnię. 12 Września 2017 Godzina 17:30 Przed Kawiarnią "Roselynn" Garden Street Zachodnia część Miasta Konomi czekała na nich przed budynkiem. - Hejo! - przywitała się z chłopakami oraz rodzeństwem - Pamiętacie o moim subtelnym rozwiązaniu tej sytuacji? Znaczy w dostaniu się na cmentarz? - zapytała rozmówców Theo i Aviana wymienili się spojrzeniami. Jasnowłosa czarownica zachęciła gestem dłoni, by Azjatka przedstawiła im swój plan. - Otóż znam zaklęcie teleportacji, które przeniesie nas na cmentarz. Wszystko co musicie zrobić to złapać mnie za rękę i próbować się nie wiercić - oznajmiła Akagi - Okej - powiedziała Aviana, po czym podeszła do dziewczyny i chwyciła ją za rękę. Theo uczynił podobnie jak siostra i wziął za dłoń pannę Akagi. John i Arden musieli już tylko dołączyć do bliźniaków i ująć ich dłonie, by domknąć krąg. - Trzymajcie się mocno, bo rzadko rzucam to zaklęcie - ostrzegła wszystkich i zaczęła się koncentrować na bez głosowym rzucaniu zaklęcia. Powiał zimny wiatr, który zaczął targać włosami dziewczyn i chłopców na wszystkie strony. Nikt w pobliżu nie kręcił się obok, więc istniały szanse, że nie mogli zostać przyłapani. Poczuli jak ich ciała oraz umieszczone w nich dusze odrywają się od ziemi, od tego obecnego miejsca. Zaczęło się...
  12. Lwi shugenja już się kryje w mroku
  13. 12 Września 2016 Godzina: 16:10 Leśny Zakątek Las Huntest John zatrzymał się i wpatrując w symbol widniejący na drzewie zaczął węszyć. powoli zbliżył się do drzewa i powoli wyciągając rękę ostrożnie dotknął kory zabarwionej czerwoną mazią. Krzywiąc się powąchał ją. -Tego nie było wcześniej, kolejne przesłanie od tajemniczego ktosia? Zapytał wycierając ręce o trawę. Lisi nos był wrażliwym organem, a tajemnicza czerwonawa maź pachniała krwią. Nie wiadomo było do kogo mogła należeć. Arden rozejrzał się po okolicy. Z pewnością mniej uczęszczane miejsce od jego propozycji, John znał się na rzeczy. Gdy jego towarzysz zatrzymał się przed drzewem, Usoka od razu zwrócił uwagę na tajemniczy symbol znajdujący się na drzewie. Styl rysunku przypominał mu wydarzenia z dzisiejszego dnia, jednak w niczym nie przypominał reszty pod względem znaczenia. - Pewnie tak. Skończyły mu się ściany, to zaczął rysować po drzewach. - Powiedział z lekkim uśmiechem. Szybkim krokiem podszedł do drzewa, zrzucił plecak z ramion i zajrzał do środka. Kilka sekund później zaklął pod nosem i zwrócił się do kolegi. - Masz jakąś wodę? Zapomniałem wziąć swoją z szafki. -Niedaleko jest źródełko, o ile mamy naczynie by tej wody zaczerpnąć. Czy obecność krwi nie przeszkodzi w twoich czarach? Arden wzruszył ramionami. -Nie mam pojęcia. Nie powinna, w odróżnieniu od innych zaklęć to wymaga praktycznie tylko skupienia się. A wody aż tak nie potrzebujemy. - Nastolatek wyjął z kieszeni chusteczkę i przetarł znajdujący się na szyi talizman. Nie pierwszy raz wykonywał to zaklęcie, ale wolał być pewny, że o niczym nie zapomniał. Kilka razy powtórzył sobie w myślach formułę zaklęcia, po czym usiadł na plecaku, plecami opierając się o drzewo. -Chyba będę zaczynał. Gdybym dostał nagłych drgawek i na czole pojawił się mały czerwony smok, to potrząśnij mną lekko. Obserwował przygotowania z szalonym zaciekawieniem. w głowie kłębiło mu się tysiące pytań i z trudem się powstrzymał by nie zadać setki pierwszych. słysząc słowa kolegi lekko pokiwał głową w zrozumieniu. -Co może pójść nie tak? Odważył się zadać jedno pytanie. -Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Ale gdyby jednak, to zrób tak. - Arden odetchnął głęboko. Jeszcze raz wyrecytował w myślach formułę, po czym skupił się na swoim celu. Nie miał konkretnego nazwiska, ale zaklęcie tego nie wymagało. Nastolatek zaczął powoli odtwarzać wydarzenia z tego popołudnia, a dokładniej jego wizję w klasie. Arden ujrzał obraz tego, co działo się wcześniej w klasie zajęć literatury. Krwawe symbole, ujawniające się drugie natury osób, przemieniający sie uczniowie, powtarzające się imiona uczniów oraz samo imię “Joleene”Ono w tej wizji wydawało się wyraźniejsze. Obraz szybko się zmienił. Ulicami miasta szła drobna i niewysoka dziewczyna o długich blond włosach związanych w luźny warkocz i niebieskich oczach. Wyraźnie się spieszyła, gdyż czułą się obserwowana. Arden widział jak nieznajoma nastolatka zmierza w kierunku miejskiego skweru. Ktoś za nią powoli podąża. Chłopak nie widzi twarzy prześladowcy, ale rzucają mu się w oczy rude loki. Kobieta? Być może. Charakterystycznym elementem tego stroju jest skórzany, jasnobrązowy płaszcz i buty o wysokiej cholewce. Ciemne, czerwone glany. Rudzielec przyspiesza, a blondynka odwraca się w jego czy tam jej kierunku i krzyczy. Obraz gwałtownie się zmienia. Dwóch młodych chłopaków prowadzi młodą, ciemnowłosą dziewczynę. Młodzieńcy wyglądają na braci. Jeden z nich jest brunetem, a drugi blondynem. Trójka zmierza w kierunku starego i opuszczonego cmentarza, znajdującego się w drodze do miejscowego lasu. Blondyn sprawdza czy nikt za nimi nie podąża, a blada nastolatka zdaje się być niepewna tego, co ma za chwilę nastąpić. - W końcu musisz wyzwolić swą moc, Joleene - powiedział jeden z braci - Nasz kontakt się niecierpliwy - dodał drugi - Ale ja nie mam żadnej mocy! - protestowała dziewczyna - Bo ci uwierzymy - zachrypiał brunet Joleene zaczęła płakać i próbowałą się wycofać, ale blondyn ukazał jej swą dziwną twarz. Okolice oczu pokrywały ciemne żyłki, a z warg wystawały kły. Chłopak uśmiechnął się dość drapieżnie, zaś jego oczy zmieniły kolor. Krwistoczerwone twardówki lustrowały ofiarę. Szybkim ruchem chwycił nadgarstek dziewczyny i wgryzł się w go. Na tym wizja się zakończyła. Arden oddychał szybko, a w głowie wciąż znajdowały się oba obrazy. Były jak przerywane kadry filmu. Chłopak zdał z sobie czegoś sprawę. Rozpoznał porywaczy. Bracia Dixon. Arden doznał lekkiego szoku po wyjściu z wizji. Kilkakrotnie ćwiczył używanie tego zaklęcia, ale jeszcze nigdy nie doświadczył tego w ten sposób. Nie do końca wiedząc co robi podniósł się na równe nogi, czego bardzo szybko pożałował. Zataczając się lekko oparł się o drzewo, starając się uspokoić oddech. -Spokojnie, wszystko gra? Zapytał podtrzymując kolegę. -I jak? dowiedziałeś się czegoś? Zapytał z przejęciem gdy ten jako tako wrócił do siebie. Dziesiąty oddech uspokoił chłopaka na tyle, żeby zrozumieć co mówił do niego John. Chociaż dopiero po chwili zauważył, że ten cały czas czeka na odpowiedź. -Wszystko w porządku. Trochę mi się kręci w głowie, ale to nic. - Arden urwał na chwilę, po czym w kilku zdaniach opowiedział mu obie wizje. -Może chodziło o obie dziewczyny z tym imieniem, a może zaklęcie przywołało wizje wszystkich Jolene które znam. Ale obie wyglądają, jakby były w tarapatach. - Nastolatek urwał ponownie. Dalej był nieco roztrzęsiony, ale zaczynał powoli wracać do siebie. - Trzeba skontaktować się z Theo. Trzy osoby ciężko podzielić na dwóch, a na pewno nie puszczę nikogo samego. Albo wybieramy jedną osobę i idziemy tam razem, albo wzywamy kogoś do pomocy i rozdzielamy się. John gwałtownie pokręcił głową. -Wzywamy pomoc. nie wiemy nawet z kim mamy do czynienia. Dwoje braci wyglądających na wampiry i tajemniczą kobietę która kojarzy mi się z Łowcą. Lepiej iść większą grupą i mieć jakiś plan. Arden pokiwał głową. -Masz rację. Trzeba będzie zgarnąć Theo. Pobliski krzak zaszeleścił dość tajemniczo. Za nim pojawił się kolejny szelest, który nie brzmiał naturalnie. Coś obserwowało całą, obecną trójkę i zamierzało wyjść z ukrycia. Chłopak nastawił uszu i uśmiechnął się tajemniczo. -W tych krzakach jest niewygodnie. Nie lepiej wyjść i pokazać się, skoro wiemy o swojej obecności. Najpierw pojawił się dym, który gęstniał i zmieniał swój kształt. Nabierał koloru. Z szarej barwy zmienił się w czarną smołę. W ciemnościach zalśniły oczy drapieżnika. Dziwna mgła uformowała się w zrodzone z cienia i ciemności wilki. Trójka osobników podchodziła coraz bliżej. Nie wyglądały na zwyczajne zwierzęta ani na wilkołaki. Bestie warknęły ostrzegawczo. John zaklął przekleństwem usłyszanym od dziadka. -Cholera by to wzięła, co to za stwory? Wziął parę głębokich oddechów, powietrze wokoło niego zadrżało i przybrało zielonkawą barwę a w powietrzu rozniósł się intensywny leśny zapach. Dłonie chłopaka przeobraziły się w pazury, z tyłu powiewał widmowy lisi ogon a głowę zdobiły lisie uszy. On i lis stanowili jedno. Arden patrzył z niedowierzaniem na wyłaniające się z cienia wilki. Czyżby przywołało je tutaj jego użycie magii? Czy chodziło bardziej o to, co zobaczył? Mimo kłębiących się w głowie pytań Arden skupił się na obecnej sytuacji, która wcale nie wyglądała zbyt kolorowo. Arden szybkim ruchem dłoni wyciągnął scyzoryk zza pasa, i przyjął postawę do obrony, znaną mu z uprawianej sztuki walki, Krav Maga. Jeden z wilków wykonał pierwszy krok, następnie przykucnął na łapach i wybił się do skoku. Bestia rzuciłą się na Johna i zatopiłą kły w rękawie jego bluzy. Młody Kitsune poczuł niesamowity ból. Pomimo przejmującego bólu chłopak starał się nie tracić głowy. zacisnął zęby i z całej siły walnął przeciwnika w nos. Do ataku postanowił dołożyć jeszcze ogień. Na widmowym ogonie pojawiły się małe ogniki, a z ust chłopaka w kierunku wilka poleciał niewielki strumień ognia. Na sam koniec postarał sie odczepic wilka od swojego ramienia. Arden z lekkim przerażeniem patrzył na walczącego towarzysza. Mimo, że dwa wilki mogły z łatwością go zabić, nie zamierzył stać bezczynnie i patrzeć na zmagania kolegi. Wziął ostrożny krok do tyłu, po czym wyjął prawą rękę w kierunku wilka znajdującego się na Johnie. -Errox fumax. - Wypowiedział słowa zaklęcia zadawania bólu, które starał się skupić na sercu wilku. Nie czekając na efekt, Usoka wziął scyzoryk do ręki i starając się skupić na nim wzrok dwóch pozostałych futrzaków zamarkował wyrzut w powietrze używając lekkiej magii iluzji, po czym z całej siły rzucił nożyk celując w oczy bliższego wilka. [teraz rzuty] John próbował strącić wilka, który uczepił się jego ręki. Wykonany uzbrojoną w pazury dłonią, nie przyniosła spodziewanego efektu. Bestia wciąż się trzymała chłopaka i zaciskała swe szczęki. Nastolatek skupił się na swym wewnętrznym duchu i stworzył płomień, który miał na celu dotkliwie poparzenie tego dziwnego zwierzęcia. Mały płomyczek dosłownie poła łaskotał wilka, który jednak wciąż nie odpuszczał. Dopiero wykorzystując swą nadprzyrodzoną siłę wraz z uchwytem pazurów, udało mu się odrzucić wilka, który uderzył o ziemię. Do akcji wkroczył, Arden wraz z swoim zaklęciem. Kontakt wzrokowy i umiejętnie wypowiedziana formuła sprawiła, że odrzucony wilk zaczął głośno wyć nie mogąc ruszyć się z miejsca. Przez ciało stworzenia przeszedł ból, niesamowity ból. Usoka nie zatrzymywał się, tylko próbował kolejnych sztuczek. Iluzja się sprawdziła. Ogłupione wilki wycofały się o kilka kroków, a wyrzucony scyzoryk trafił w głowę bestii. Broń utknęła w materialnej części zwierzęcia. Konomi tymczasem otworzyła swoje ramiona i próbowała skupić się na wezwaniu wiatru. Przez liście przetoczył się wietrzyk i wraz z każdym szelestem przybierał na sile, by ukształtować się w coś w rodzaju ściany, która miała zatrzymać wilki. Panna Akagi zabezpieczyła siebie i Ardena. Jeden z wilków próbował zrzucić z siebie nóż, a drugi pobiegł w kierunku Ardena. Istota napotkała opór. Utworzona wietrzna ściana skutecznie go zatrzymywała i próbowała go rozpłynąć. Tymczasem odrzucony wilk wstał o resztkach sił i zaszarżował na Johna. Nastolatek został obalony na ziemię, a bestia próbowała zatopić kły w jego gardle. Chłopak odruchowo skrzyżował ręce starając osłonić szyję, jednocześnie starał się rzucić wilka i odturlać w bezpieczne miejsce. Usoka zaklął pod nosem, widząc co wilk robi z jego przyjacielem. Nie mógł jednak zaprzepaścić okazji jaka stała tuż przed nim. Szybkim ruchem dłoni wycelował w wilka i skupił się na wbitym w jego ciało sztylecie. -Egia. - Powiedział donośnym głosem patrząc na wilka, po czym z całej siły pchnął scyzoryk głębiej w delikatną skórę wilka. Po krótkiej chwili zakończył zaklęcie i odwrócił się w stronę kolegi. Zaklęcie zadawania bólu byłoby raczej bezużyteczne rzucone po raz drugi, ale mimo to musiał w jakiś sposób ulżyć lisowi. Z braku lepszego pomysłu Arden przybliżył się nieco do wilka za pomocą telekinezy rzucił w wilka mieszaninę pyłu i liści zebranych z podłoża. Miał nadzieję dać chociaż chwilę czasu Johnowi. Oby tylko wilk nie poszedł w moją stronę… Konomi kątem oka obserwowała co się dzieje u chłopaków, jednak na chwilę obecną większość uwagi poświęcała na trzymaniu jednego z trzech wilków za wietrzną ścianą. Zaciekawiło ją że te stworzenia wyglądają jakby były wywiewane. Może dałoby się je całkiem rozwiać? W końcu pojawiły się magicznej, czarnej mgły. Starała się podtrzymać rzucone zaklęcie a gdyby się dało nawet wzmocnić jego siłę, a tymczasem szykowała jednego asa. Przygotowała sobie w głowie zaklęcie by używając telekinezy po prostu unieść wilka i zawiesić w powietrzu. Wydawało się to równie skuteczne co bariera wiatru a mniej męczące. -Chłopaki, trzymajcie się tam. Nie każcie mi Wam pomagać. - przedrzeźniała, próbując wpłynąć na męską stronę grupy, choć właśnie poświęcając drobną uwagę i im, by w razie czego szybko zareagować w jakiś defensywny sposób. Na przykład przygotowywanym zaklęciem telekinezy. Skrzyżowanie rąk było dobrym manewrem obronnym. Wilk zatopił swe kły w nadgarstkach, ale w ostateczności chłopakowi udało się przeturlać i tym samym pozbywając się wilka z swojego ciała. Arden nie próżnował, tylko rzetelnie praktykował swe ofensywne zaklęcia. Za sprawą czaru, utkwiony scyzoryk zatapiał się w ciele stworzenia aż w końcu stworzony z ciemności i cienia wilk rozpłynął się. Jednego przeciwnika mniej. Wykonanie kolejnego ruchu sprawiło, że przeciwnik instynktownie zasłonił się łapą i kłapał pyskiem na rzucone liście oraz pył. Stwór zwrócił swoją uwagę na chłopaka i ruszył w jego kierunku. Tymczasem, Konomi udało się wzmocnić powietrzną ścianę i wyrzucić zatrzymanego w niej wilka w powietrze. Dziewczyna była skoncentrowana, ale nie dość mocno. Jej oponent upadł na ziemię i był zdezorientowany. Po chwili wstał, zawarczał i ruszył na Ardena. Ściana Konomi obroniła czarowników przed atakiem obu wilków. Wciąż miały siłę by walczyć, a tymczasem John mógł wykorzystać dany mu czas do przekradnięcia się. John zyskał chwile oddechu. przede wszystkim skupił się na odzyskaniu sprawności i wyleczeniu ran. dotkna pokąsanego ramienia i skupił na zaklęciu uzdrawiającym. Dopiero po tej czynności ponownie zaatakował zatrzymanego wilka przy pomocy lisiego płomienia. Arden uśmiechnął się lekko na widok płomyczka kolegi. Dość często zdarzało mu się to samo z zaklęciem wizyjnym, ale skutkiem tego były kilkudniowe koszmary senne. Też niezbyt przyjemna sprawa, choć nie zagrażały życiu. Nastolatek zwrócił swój wzrok na leżący na ziemi scyzoryk. Raz zadziałało, czemu nie może zadziałać i drugi raz. Szybkim gestem i wypowiedzianą formułką na zaklęcie telekinezy podniósł nóż i rzucił go w stronę wilka. Nie czekając na efekt odwrócił się w drugą stronę. Zbliżający się z tej strony wilk był zdecydowanie większym zagrożeniem. Arden szybko ocenił swój poziom zmęczenie po wszystkich zaklęciach, i zdecydował się na coś, co robił bardzo rzadko. Poprosić o pomoc kogoś innego. Nie chciał jednak zostawiać Konomi samej z tym zadaniem, więc spróbował osłabić nieco wilka, rzucając zaklęcie zadawania bólu na dwie przednie łapy wilczura. -Konomi, pomożesz?! - Zapytał lekko zdenerwowanym głosem. John czuł jak jego zaklęcie odnosi pozytywny skutek. Krwawe ślady po zębach zagoiły się i pozostały po nich tylko czerwone plamy. Przywołanie lisiego płomienia po raz kolejny się powiodło, jednak to był mierny sukces. W dłoni nastolatka pojawił się niewielki płomyczek, który za chwilę zgasł. Arden czuł nadchodzące zmęczenie. Coś spływało mu z nosa, a to był metaliczny smak. Krew? Ale skąd? Jak? W głowie zaczęło mu się kręcić. Nie, nie mógł teraz opaść na ziemię, nie teraz, gdy walczą o życie. Wykorzystując zaklęcie telekinezy, chłopak cisnął ponownie scyzorykiem w zatrzymanego na wietrznej ścianie wilka. Ostrze zatopiło się w skórze cienistego zwierzęcia. To wystarczyło, by stworzenie rozpłynęło się w czarnym dymie. Drugi z oponentów zaczął wyć z bólu, gdy chłopak na niego spojrzał. Łapy wilka zaczęły się wyginać, co było dość dziwnym widokiem. Cień cicho skamlał, aż w końcu ulęgnął całkowitemu rozpłynięciu. John stał i ciężko oddychał, widać było, że jest wściekły. -Cholera by to wzięła. Na moim terenie takie paskudztwo. jak dorwę tego kto to nasłał rozerwę na strzępy. Nie daruję takiej zniewagi. Z rozmachem usiadł na ziemi i dokładnie przyjrzał się ramieniu pokąsanemu przez wilka. -Warto by ktoś znający się na rzeczy obejrzał to ramię. nie wiadomo co wilk miał na zębach. Arden ze zdziwieniem popatrzył na rozpływające się w powietrzu pozostałości wilka. -W sumie to nie musisz pomagać… - Mruknął i przycisnął rękę do nosa. Był zdziwiony, że udało mu się rzucić aż tyle zaklęć. Przez resztę dnia będzie musiał ograniczyć rzucanie jakichkolwiek czarów, najlepiej całkowicie. Nastolatek wiedział jednak, że nie jest to możliwe. Jolene numer jeden była w tej chwili rozszarpywana przez dwóch Dixonów, a Jolene numer dwa została najprawdopodobniej porwana przez… kogoś. W porównaniu z tym ich obrażenia wydawały się niewielkie. -Masz rację. Ale nie zapominaj po co tutaj przyszliśmy. Jeśli nie czujesz się na siłach to możesz iść do kogoś i to sprawdzić. Ale nasze Joleny są chyba w większych tarapatach. - Arden urwał na chwilę, czując potężny zawrót głowy. - Co nie znaczy, że idziemy tam od razu. Muszę coś zjeść i się napić. I musimy skontaktować się z Theo... Plan dziewczyny nie wypalił i jej błąd mógł okazać się tragiczny dla któregoś z chłopców. Jednak na szczęście błąd został sprawnie naprawiony przez Ardena i przeciwnicy zostali skutecznie rozgromieni. Nawet nie zdążyła udzielić pomocy… -Trzymacie się jakoś? Mogłam trochę inaczej to rozegrać, wybaczcie. - przyznała z lekkim zawodem, patrząc na rany dwójki. Aż trochę jej było głupio że wyszła z tego bez większego szwanku, chociaż to głupi sposób myślenia… -Faktycznie, takie wilki to niecodzienny widok w dzień - przyznała, naciskając na wyraz “takie”. - Ktoś nas musi bardzo nie lubić. Wypuściła powietrze i zamyśliła się z lekka. Wyciągnęła z leżącej torebki chusteczki i zaproponowała każdemu z chłopców. Z troską przyglądała się nieciekawej sytuacji na ramieniu Johna. -Boli? Wyjdziesz z tego? - dopytała z lekkim niepokojem. Podobne pytanie o stan, zadała Ardenowi, który nie wyglądał najlepiej. Dużo mu brakowało do normy. -Przydadzą się komuś? Wybaczcie ale apteczki jeszcze przy sobie nie noszę… - chciała subtelnie zażartować. Lis najeżył się. -Za kogo mnie masz? oczywiście, że idę dziewczynom na pomoc. Tylko idźmy większą grupą, bo jeżeli tu były samotne wilki, to tam będzie jeszcze lepiej. Spojrzał na dziewczynę. -Nie nie boli. - Odpowiedział na zadane pytanie nieco ironicznym tonem, przyjmując chusteczkę. -Dziękuję. Arden skinieniem głowy podziękował za chusteczkę, i natychmiast przycisnął ją do nosa pochylając się lekko. -Wszystko w porządku. Apteczka nie jest mi potrzebna, ale… masz trochę wody? Lub czegokolwiek do picia? - Odpowiedział z lekko wymuszonym uśmiechem i oparł się o drzewo. Mimo zapewnienia nie czuł się najlepiej. Słowa o wilkach skwitował tylko lekkim mruknięciem, na chwilę obecną wolał o tym nie myśleć. -Twoja ściana była skuteczna. Gdyby nie to, sam skończyłbym z raną taką jak John lub nawet większą. - Chłopak westchnął lekko i podszedł do scyzoryka. Nie mógł go tak po prostu przymocować do pasa, krew byłaby widoczna.Na chwilę obecną musiał schować swojego wiernego towarzysza do plecaka i liczyć, że nie będzie już dzisiaj potrzebna - z czego byłby niezwykle zadowolony, gdyby okazało się to prawdą. Na ironię Johna wyprychnęła cicho pod nosem powietrze i skwitowała zarówno do jednego jak i drugiego cichym -Proszę- -Chyba powinnam coś mieć. - powiedziała, po czym przegrzebała trochę bibeloty by wynaleźć do połowy pełną butelkę z wodą -Mam nadzieję że starczy. - wypowiedziała podając buteleczkę. Pochwały które usłyszała mi mo wszystko przyjęła z dystansem. -Bez przesady. Gdyby nie Wasze heroiczne akcje to raczej by już o mnie nigdzie nie usłyszano. - przyznała z uznaniem i nieskrywaną wdzięcznością w głosie, jakby próbując im tak wynagrodzić za cierpienia starcia. -Dobrze by było zająć się tymi dziewczynami w miarę szybko. Jak będziemy gotowi i będziecie wystarczająco głu… znaczy odważni - ugryzła się w język - to mogę zaproponować subtelny teleport, o ile wierzycie w takie cuda. Ich rozmowę przerwał telefon, który dzwonił w torebce Konomi. Czy spodziewałaś się telefonu? … … … I tu zadzwonił telefon… Po kolejnym grzebu-grzebu starciu w końcu się do niego dobrała. -Moshi… znaczy, halo? Słucham? - Konomi, Konomi?! - odezwała się w słuchawce Isabelle - Dlaczego kazałaś mi przyjść do lasu? Dlaczego?! - powiedziała Isabelle, ale telefon został jej zabrany, a w słuchawce odezwał się drugi głos. - Podoba mi się twoja przyjaciółka Isabelle. Jest taka słodka i naiwna - Konomi czuła jak serce zaczyna jej głośniej bić. Ten głos, ten drugi głos należał do niej. -Isabelle? Beella! Jak ja mogłam skoro… - zaczęła, lecz drugi głos skutecznie ją zamurował, pozbawiając głosu. Na jej twarz wpełzł blady strach. Nie miała pomysłu co zrobić. Mózg jej nie rejestrowa. To… ona sama? -Bella! Hej, Ty! Mów gdzie jesteście! Zostaw ją w spokoju słyszysz?! - krzyczała do telefonu czując jak gotujące się emocje wyciskają jej łzy z oczu. Wrażliwy słuch Johna wychwycił zbliżające się cudze kroki. Ktoś się do nich zbliżał. Do zakątku wkroczyły trzy postacie. Pierwszą z nich okazała się Isabelle Matthews, drugą osobą był wysoki,.czarnowłosy śniady Azjata o świecących, drapieżnych oczach, a ostatnią grupę zamykała białowłosa Konomi, która szła po środku tejże trójcy. Z nadgarstków przyjaciółki panny Akagi kapała krew, a dziewczyna, która ją trzymała za kark i prowadziła, uśmiechałą się dość pysznie. - Ty musisz być Konomi - powiedziała nastolatka o białych włosach. John i Arden nie mogli uwierzyć własnym oczom. Ta nieznajoma wyglądała zupełnie jak ich koleżanka, która znajdowała się obok. Arden uśmiechnął się lekko w stronę przybyłych osób. Przez chwilę wyobraził sobie siebie z białymi włosami, jednak na dłuższą metę nie zdało to egzaminu. Biała konomi nie była Konomi którą znał. I tego postanowił się trzymać. - A ty z pewnością nie możesz być Konomi. Miło mi poznać. - Mówiąc to położył rękę na ramieniu prawdziwej Konomi i cofnął ją lekko z siebie jednocześnie zerkając ukradkiem na Johna. Walka w tej chwili zabiłaby ich wszystkich, dlatego wolał aby jego towarzysze zachowywali się w miarę spokojnie. - Zachowujcie się spokojnie. Proszę. - Powiedział ściszonym głosem, tak aby usłyszeli to tylko bezpośrednio zainteresowani. John z którego powoli uchodziła złość, widząc obcych na swoim terenie ponownie się zjeżył. -Miło poznać. Można wiedzieć, czym zawdzięczamy, tą jakże miłą wizytę? Ledwo zdążyła swój bunt przeciw temu co się dzieje a na polanę wkroczyła nowa trójka osób. O ile Azjata to był na ten moment jakiś ostry Turbo-zjeb i nie przyciągnął większej uwagi, o tyle kopia Konomi to było już coś, prawie osiągając taki stan wybuchu emocji jak widok rannej Isabelle z tymi… nazwijmy to ładnie: osobami. Tylko dłoń Ardena i jego prośba powstrzymały ją od panicznej próby zrobienia czegoś. -Bella, spokojnie. Wyciągnę Cię od nich… - zawołała, starając się ogarnąć i panować nad sobą. -Ta… To ja. Chociaż już chyba się dzisiaj widziałyśmy, co? - spytała nieufnie, z cichą wrogością mając na myśli poranną przygodę przed szkołą. Druga Konomi uśmiechała się przymilnie przez cały czas. - Arden, cudownie cię widzieć. Jak twoja mama? Pewnie dalej gnije w psychiatryku? - zapytała radosnym tonem i zachichotała jak młody podlotek - John, a jak dziadek? Nie dręczą go wyrzuty sumienia, po tym jak zabijał innych nadprzyrodzonych? W tym innych Kitsune? - zwróciła się do chłopaka - I moja podobizna, a właściwie Doppelganger. Cudownie - rzekła, spoglądając na Konomi - Nie, nie widziałyśmy się, ale obserwowałam cię od dłuższego czasu i nie ja jedna. - KONOMI! - krzyczała Isabelle - Kim są ci ludzie? Co się tu dzieje? - rozpaczała Druga Konomi chwyciła ją pod podbródek i spojrzała jej oczy, a następnie powiedziała poważnym i spokojnym głosem. - Nie krzycz Isabelle pokiwałą głową i zamilkła - Nie przedstawiliśmy się. Jestem Margo, a to jest Kazuri - rzekła wskazując na siebie i towarzysza - Mieliście dzisiaj bardzo ciekawy dzień, prawda? - zapytała i obdarzyła ich sztucznie, przemiłym uśmieszkiem Arden uśmiechnął się jeszcze bardziej, słysząc pierwszy komentarz. Ile to już razy słyszał historie o swojej matce? Zawsze miał tylko jeden wspólny punkt - były kłamstwem. -Nie wiem. Pewnie nienajgorzej. - Arden wzruszył ramionami i spojrzał na białą Konomi. -Przynajmniej nie ucieka i nie wkurwia innych łażąc po lasach i biorąc niewinne osoby jako… zakładniczki? Bo domyślam się, że czegoś chcesz. Chyba, że faktycznie jesteś szalona. - Mimo uśmiechu na twarzy Arden był lekko zdenerwowany. Nie przejął go komentarz Margo, ale zwrócił uwagę na nazwisko jej towarzysza. Kazuri było imieniem azjatyckim. Była więc możliwość, że naprawdę wiedzieli coś o jego matce. Na razie jednak postanowił, że wcześniejszy komentarz był ich jedyną wiedzą. Zastanowiły go też słowa o ciekawym dniu. Czyżby też byli w to zamieszani? -Bardzo. Żałuj, że z nami nie byłaś. - Powiedział kpiącym tonem. - Nie masz nawet jednej dziesiątej charyzmy, żeby być za to odpowiedzialną, więc pewnie jesteś w tej samej sytuacji co my. Albo przeciwnej. Powiesz, co od nas chcesz, czy mam ładnie spytać? Obserwował to wszystko z pod przymrużonych powiek. opinia intruza na temat dziadka, nie wywołała w nim żadnej reakcji. pewnie miała wywołać złość. jeżeli tak to się przeliczyła. Uśmiechnął się lekko do własnych myśli. -Podobizna? Też mi coś… To samo mogę powiedzieć o Tobie… - przyznała przyswajając każde jadowite słowo jej klona. -Bella, zabiorę Cię od nich, spokojnie. Wszystko będzie dobrze! - starała się uspokoić przyjaciółkę donośnym głosem, a gdy druga Kono uciszyła Isabelle, powiedziała tylko: -Puść ją! Dalej widziała że Arden próbował prowadzić konwersację, więc na razie zamilkła próbując wymyślić jakiś ambitny plan ratowania przyjaciółki. Margo zacmokała ustami, gdy usłyszała odpowiedź Aredna. -Ojojoj, chyba nam tu nasz kolega nie wierzy. Zapytaj swojego taty, dlaczego co miesiąc wysyła kwoty od 120 dolarów w górę na rzecz przytułku Oasis.Kazuri ma swoje metody, by wyciągnąć coś, czego osobiście potrzebuję. -Oczywiście - potwierdził swym przyjemnym dla ucha głosem mężczyzna - To było dość proste. - A Ty, John nic nam nie masz do powiedzenia? - zwróciła się do Daglasa, a następnie poprawiła włosy, zarzucają je za ramię. - Wiecie… -zaczęła znów mówić - Wasza szkoła słabo chroni prywatność uczniów. Nikt nie jest na werbenie, a to powoduje, że łatwo zdobyć informacje - rzekła, ale nie powiedziała wprost o co jej chodzi. - Nie, nie puszczę jej - skierowała te słowa do Konomi - Niech Isabelle trochę pocierpi za własną głupotę - po tych słowach, dziewczyna zerknęła na Ardena - Lubię cię. Stawiasz od razu sprawy jasno. Ten symbol, który dzisiaj widzieliście jest drogą prowadzącą do pewnej skrytki zawierającej artefakty albo coś w tym stylu. Nieważne - zachichotała cicho - Chcę je dostać. Macie mi je dostarczyć, a jak nie to wasze miasteczko spłynie krwią niewinnych, których nie chcecie mieć na sumieniu. Mogę zacząć od Isabelle - powiedziała Margo, a jej twardówki i białka oczne przybrały krwistoczerwoną barwę. Na powiekach pojawiły się liczne czarne żyłki. Dziewczyna uniosła wskazujący palec przed siebie - Nawet nie próbujcie żadnych sztuczek, by mnie wykiwać. W każdej chwili mogę powiązać własne życie z życiem Konomi lub wprowadzić w magiczną śpiączkę, waszą drogą Isabelle, która obudzi się, dopiero gdy John czy Arden umrze ze starości. - Nie! - zaprotestowała Isabelle - Nie chcę tego! - krzyknęła - Isabelle - warknęła Margo i spojrzała na nastolatków - Jesteśmy zatem umówieni, prawda? - zapytała bardzo poważnym tonem. Tym razem już nie chichotała, a zachowała powagę. Lis uśmiechnął się przymilnie. -Nadal nie powiedzieliście, kim jesteście. To po pierwsze. Po drugie, skoro tyle wiesz o tej skrytce, czemu sama tam nie pójdziesz. Unikniesz niepotrzebnych kłopotów. Co takiego skrywa skrytka, że boisz się iść sama? - A czy my mamy wam mówić, kim jesteśmy? Jakiego rodzaju jesteśmy? - odpowiedziała pytaniem na słowa Johna - Sprawa jest nieco skomplikowana. Piętnaście lat temu, wasze czarodziejskie i lisie rodziny wzmocniły barierę skrytki za pomocą waszej krwi i tylko wy będziecie mogli ją otworzyć - rzekła jasnowłosa - Nie obawiam się zawartości skrytki ani jej strażnika. To wy powinniście się tego bać - dodała, przybierając dumną i bezwzględną pozę - Legendy mówią, że to wynaturzenie łączące cechy kilku gatunków. -I ty mówisz o wynaturzeniu. -Lis prychnął i przybrał równie dumną pozę. -Co dla Ciebie jest wynaturzeniem? John z całych sił usiłował wyczuć kłamstwo w słowach rozmówczyni. -I dlaczego to my powinniśmy obawiać się strażnika? Skoro dla ciebie nie jest problemem, czemu nas posyłasz? nie mówisz nam całej prawdy, za tym kryje się coś więcej, niż stary artefakt. Lis dał znać Johnowi, że jego rozmówczyni nie kłamała we wcześniejszych słowach. - Połączenie dwóch lub trzech czy czterech gatunków. Wyobrażasz sobie Kitsune z zdolnościami wampira, wilkołaka i Banshee? - odpowiedziała, podchwytliwym pytaniem - Ale to jest legenda, a każda legenda zawiera ziarno prawdy. Bądź kłamstwo - rzekła i uśmiechnęła się - Jesteś głuchy czy głupi? Tylko wy możecie otworzyć skrytkę za pomocą waszej krwii. Bez tego nic nie zdziałam i tak obcy mieszają mi szyki. Myślą, że jak złamią pierwszą barierę to dostaną się do zawartości schowka, ale ja byłam pierwsza i zachowałam wiedzę dla siebie - powiedziała Arden był lekko zaskoczony słowami Margo. Mogła mieć rację, ale wolał to zweryfikować. W końcu musiał być jakiś powód dla którego jego matka zniknęła z jego życia, równie dobry był ten. Nastolatek westchnął lekko słysząc dalsze słowa białej psychopatki. Jej wzmianki o psychiatryku coraz bardziej utwierdzały go w przekonaniu, że coś o tym ośrodku wie - i to nawet od środka. Nie mógł się oprzeć lekkim prychnięciu gdy usłyszał o zabezpieczeniu krwi, artefaktach i “niewinnych”. Prawda, obchodziło go życie Isabelle, ale wolał to niż oddawać cokolwiek tej wariatce. Mimo to, wystarczyło jedno zerknięcie na Konomi żeby wiedzieć, że muszą ocalić Isabelle. -Ale wiesz… że jak tego nie zrobimy, to nawet więcej niż całe miasteczko spłynie krwią? Przynajmniej tak słyszałem. - Arden urwał na chwilę i spojrzał na Isabelle. Naprawdę lepiej by było, żeby teraz zginęła. Chyba, że coś zna zaklęcia na mieszanie z pamięcią. Trzeba będzie kogoś takiego znaleźć. -Ty chcesz artefaktów, my chcemy rozwiązać tą sprawę. Każdy z nas czegoś chce, a nikt nie chce pomagać. - Mam pozdrowić twojego ojca, Arden? - zapytała Margo - Chętnie to zrobię, jak tylko będę wracała do miasta - powiedziała i uśmiechnęła się złośliwie - Ja nie pomagam, ja wymagam - dodała akcentując ostatnie słowo. Arden zaczął lekko odczuwać złość i znużenie obecną sytuacją. Owszem, była silniejsza. Mogła ich zabić, mogła zabić ich bliskich, zranić ich. Nie mieli większych szans w walce. Jeśli to wszystko jest prawdą, to dlaczego dalej używa tanich gróźb? Coś jest nie tak. Arden nie potrafił określić co, ale zaczynał podejrzewać kilka możliwych rozwiązań - albo biała Konomi potrzebuje tego artefaktu jak najszybciej, albo artefakt potrzebuje krwi wszystkich zainteresowanych. Mimo to nie mógł przecież narażać bliskich dla głupiego zaspokojenia swojej dumy. Zemści się… później. -Gdybyś przestała grozić wszystkim na prawo i lewo, być może dostałabyś te artefakty szybciej. Ale twój wybór. - Po tych słowach Arden wzruszył lekko ramionami i westchnął. -Poza tym, większego wyboru nie mamy. Przynajmniej na razie. - Ostatnie zdanie wypowiedział szeptem, na tyle cichym aby brzmiało jak skierowane do dwójki za jego plecami, i na tyle głośnym, aby usłyszał to każdy zainteresowany. Margo wysłuchała Ardena i prychnęłą nieco pogardliwie. - Zadowolę się tym, co mam. Znajcie mój dobry gest i przyjmijcie życie Isabelle. Następnym razem nie będzie miała tyle szczęścia - powiedziała, a jej twarz wróciła do normalnego wyglądu - I tak cię słyszę. Mam wyczulony słuch - oznajmiła z dumą - Jeszcze się spotkamy - powiedziała - Do zobaczenia - pomachała dłonią po czym odwróciła się i wraz z swym towarzyszem ruszyła dość szybkim krokiem, by po chwili rozpłynąć się w powietrzu, a przynajmniej taki rozmazany efekt ujrzeli jej rozmówcy. Isabelle wyglądała na zdezorientowaną. -Czy ktoś mi wyjaśni, co się tu właściwie dzieje? - zapytała - Żądam wyjaśnień! - dodała Groźby o wybiciu mieszkańców miasta wydały się nierealne, podobnie jak uśpienie Isabelle czy jakieś tam mistyczne podłączenie się do Kono. Nie zmieniało to jednak faktu że ta dziewczyna, Margo była walnięta, miała moc i mogła jej użyć przeciw Belli. Bardzo tego nie chciała. Strasznie jej zależało żeby ratować zakładniczkę, jednak nie miała zbytnio jak. Brakowało jej jakiegoś utylitarnego planu. Nie było też mowy o walce. Wszystko zakręciło się wokół jakiegoś artefaktu który rzekomo mógł zostać wyniesiony tylko przez któreś z tutaj obecnych. W filmach takie rzeczy to zazwyczaj coś, co rujnuje co najmniej połowę świata, ale… Osobiście na tą chwilę uznała zgodę na to za jedyną, słuszną i właściwą ścieżkę ratunku wszystkich bliskich. Sprawa jednak rozluźniła się i Isabelle została puszczona. Wychodziło że na razie. Lekko zrozpaczona Kono podbiegła do Belli i rzuciła się jej na szyję z wyrazem ulgi. -Belluś! Tak się cieszę że nie zrobili Ci nic bardzo złego… Oczywiście, wszystko Ci wyjaśnię. Obiecuję. Należy Ci się - zasypała ją azjatka, ciesząc się z takiego obrotu wydarzeń. Arden odetchnął głęboko i rozluźnił się trochę. Niebezpieczeństwo ze strony Margo chwilowo zostało zażegnane. Co prawda tylko chwilowo, ale to zawsze coś. Jednak rozluźnienie szybko zmieniło się w lekkie przerażenie. Znajdująca się przed nim dziewczyna mogła to wszystko wypaplać, a wtedy całe ich szukanie komplikuje się niemiłosiernie, a ich normalne życie legnie w gruzach. Poza tym… żądam? Arden uśmiechnął się lekko. -Też się cieszę, że nic ci nie jest. - Usoka stanął obok dwóch przyjaciółek, po czym przybrał nieco poważniejszą minę. - Ale mam nadzieję, że rozumiesz w co się wpakowałaś. I to, że nie możesz nikomu o tym powiedzieć. Prawda? - Zakończył z lekkim uśmiechem. John skrzywił się słysząc ostatnie słowa kolegi. -Nie miej złudzeń. taka sprawa wcześniej , czy później i tak wypłynie. Nie ma takiej siły która by ją powstrzymała. A wtedy będziemy mieli panikę. Bo jeśli ludzie dowiedzą się, że ktoś, lub coś walczy o tajemniczy artefakt wtedy mamy wojnę pewną. Chłopak wzruszył ramionami. -Jesteśmy w czarnej dupie. Mamy kilka stronnictw które chcą artefakt, tajemnicze zaginięcia i masę równie tajemniczych symboli. Do tego nie wiadomo od czego zacząć. Arden uśmiechnął się w duchu. O nie, zła osoba chce zabić zakładniczkę. Ocalmy ją! W sumie to wie zbyt dużo. Zabijmy ją. Doskonale rozumiał kolegę, i to że trzeba coś w tej sytuacji zrobić. Ale nie mógł odpędzić od siebie uśmiechu Margo i jej towarzysza, który z pewnością nastąpiłby, gdyby ją teraz zabili. Nastolatek wzdrygnął się nieco. -Isabelle. Zapewne rozumiesz, jak ważne są dla nas te informacje. Nie chciałbym ci nic robić, ale jeśli ktoś się o tym dowie… Cenię swoje życie oraz życie tych tutaj dużo bardziej niż twoje. Rozumiesz, o co mi chodzi? - Po tych słowach zwrócił się cicho do Johna. -Wiemy od czego zacząć. Joleene. Powinniśmy już tam być. Ale masz rację z tą dupą. - Zakończył z lekkim uśmiechem. -Isabelle zostawcie mi. Nic nie wypłynie i będzie dobrze. Byle mi jej nie grozić ani nic! Zaufajcie mi i tyle… - zapewniała po prostu ciesząc się a nie wymyślając scenariusze i komplikacje. -Wojny, nie wojny. Co za różnica. Jeśli mamy zająć się Joleene, czyli tym co tu i teraz, lepiej się pospieszmy. -Zgoda. Odprowadz Isabell do domu. My w tym czasie zgarniamy wsparcie i lecimy na cmentarz. -Cmentarz nie jest powiązany z tą sprawą. Najprawdopodobniej. Ale nie wiemy kompletnie nic o miejscu pobytu tej drugiej, więc… Chyba bierzemy wsparcie i biegusiem na cmentarz. - Zgodził się z kolegą Arden. Później porozmawia z Evansami na temat pamięci Isabelle. Bez obecności Konomi, najlepiej. Isabelle spoglądała na ich wszystkich, a w szczególności na Johna i Ardena, którzy tłumaczyli jej o prawidłowym postępowaniu w całej tej sytuacji. - Za kogo wy mnie macie? Myślicie, że ktoś by mi uwierzył? – zapytała – Ta cała „Margo” zgarnęła mnie przed szkołą i zaczarowała tym spojrzeniem i głosem. Nie mogłam się jej oprzeć. Wypytywała mnie co wiem o Konomi i jej rodzinie – rzekła, a po jej policzkach spływały łzy – Przepraszam cię, Konomi. Nie chciałam cię wydać, ale ona mnie zmusiła – Matthews ocierała łzy – Będę milczała i chętnie cię wysłucham, Konomi – zwróciła się do dziewczyny, a następnie podbiegła i przytuliła się do czarownicy. Po tym uścisku, Isabelle zerknęła na chłopaków – Dziękuję – wyszeptała – Czy macie jakieś chusteczki? Moje nadgarstki… - powiedziała spoglądając na ranne miejsca – Margo piła ze mnie krew. Miała ostre kły i straszne oczy – skomentowała
  14. Wszystkiego Najlepszego z okazji Świąt Wielkiej nocy.
  15. John Daglas Nie dość, ze spóźnili się na kolejne zajęcia to i następne nie były lepsze. Przez ostatnie wydarzenia trudno było się skupić na nauce. A tym czasem nauczyciele ich nie oszczędzali. Sprawdzian z pierwiastków chemicznych. John Nie przepadał za chemią. Jednak wzory, nazwy i przynależność do odpowiedniej grupy jakoś odnalazły się w głowie chłopaka. Przynajmniej w większości. Jeszcze gorzej było z Fizyką. Ta powitał ich niezapowiedzianym sprawdzianem. Sprawdzianem który wymagał precyzyjnych odpowiedzi. Na szczęście dla chłopaka zadane pytania w większości pokrywały się z tym co już wiedział od swojego ojca i nie miał problemu z opowiedzą. Drobny problem wystąpił przy pozostałych pytaniach. Chłopak wpisał więc to, co wydawało mu się za słuszne i z westchnieniem ulgi oddał kartkę. Po fizyce John wrzucił książki do szafki i nie zwlekając Pobiegł na umówione spotkanie. Po raz pierwszy zrywając się z zajęć.