Witaj na Strefie Forumowych RPG!

Witaj na Strefie Forumowych RPG!
To miejsce, w którym zagrasz w RPG prowadzone na forum (PBF), zanurzysz się w niezwykłych przygodach i porozmawiasz z ludźmi, którzy mają podobne zainteresowania jak Ty! Wystarczy się zarejestrować, by stać się członkiem naszej społeczności. Spokojnie, to prosta rzecz i będzie wymagać od Ciebie podania niewielu informacji.
Dzięki rejestracji będziesz mógł:

  •  Zaczynać nowe tematy i dodawać odpowiedzi do już istniejących.
  •  Otrzymywać powiadomienia o nowych treściach.
  •  Wysyłać prywatne wiadomości do innych użytkowników.
  •  Założyć bloga, pisać artykuły, dodawać pliki i obrazy do galerii.

Dołącz do nas!


Swara

Bohaterscy Gracze
  • Ilość dodanej zawartości

    6479
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O Swara

Contact Methods

  • Website URL http://

Profile Information

  • Gender Male

Previous Fields

  • GaduGadu 8798155

Ostatnie wizyty

1252 wyświetleń profilu
  1. John Daglas &Arden Usoka &Theo i Aviana Evans 12 Września 2017 Czas między 17:00 a 17:30 Kawiarnia „Roselynn” Garden Street Zachodnia część Miasta Kawiarnia „Roselynn” mieściła się przy ulicy Garden Street, znajdującej się w zachodniej części miasta. To miejsce zasugerował John, gdy wiedział, że od jego domu będzie można szybciej zjawić się na nagłym spotkaniu z rodzeństwem Evans. Kawowy przybytek mieścił się na parterze, czteropiętrowego budynku o ciemnoczerwonych, ceglanych ścianach i prostokątnych oknach. Nad kawiarnią mieściły się lokale mieszkalne bądź też i usługowe. Chłopcy weszli do środka. Na bladoróżowych ścianach znajdowały się oprawione w drewnianych ramkach rysunki przedstawiające róże. Ciemnobrązowe panele miały namalowane czarne, kwiatowe wzorki. Stoliki były rozmieszczone głównie przy oknach i przeciwległych ścianach, a w centrum znajdował się długi blat wraz z całym asortymentem dotyczącym rodzajów kaw i ciastek oraz innych przekąsek. Aviana i Theo siedzieli przy jednym z czteroosobowych ciemnobrązowych stolików i krzesłach o poduszkowych oparciach i siedzeniach. Bliźniaki zamówiło ciasto i kawę, którą spożywali na miejscu w niewielkich filiżankach. - Nie zamawialiśmy nic dla was, bo nie wiedzieliśmy, czy coś chcecie – wytłumaczyła się Aviana - Wasz telefon do mnie brzmiał dość poważnie – mruknął Theo - Czego dowiedzieliście się o Joleene? – zapytała blondynka, po czym upiła łyk kofeinowego napoju, a jej brat ukroił kawałek ciasta i zjadł go ze smakiem. John po szybkiej wizycie w domu polegającej na szybkim ochlapaniu wodą i równie szybkiej zmianie garderoby, ubrany był w starą skórzaną kurtkę czarnego koloru nabijaną metalowymi ćwiekami, wytarte dżinsowe spodnie i równie znoszone glany. jego ulubiony strój z Nowego Jorku. Z dziadkiem zamienił tylko dwa słowa. -Poranna sprawa się komplikuje. wyjaśnię wszystko jak wrócę. Droga do kawiarni minęła dość szybko. John nigdy tu nie był. To nie jego klimaty. jak na jego gust wystrój zbyt cukierkowy. Przysiadł się do stolika rodzeństwa i przecząco pokręcił głową na propozycję zamówienia. -Nie wiem czy mamy na to czas. bo dowiedzieliśmy się więcej niż byśmy chcieli. Arden grzecznie czekał przed domem Johna. Gdy tylko ten wyszedł z nowym dresem, bez śladów krwi na twarzy i bez jedzenia w ręku, od razu ruszyli w stronę kawiarni. Wystrój wnętrza nie robił na nim większego wrażenia. Był tutaj kilka razy i nigdy nie narzekał na kawę, ale jedzenie nigdy mu nie smakowało. Usoka mógł mieć tylko nadzieję, że głód naprawdę kształtuje apetyt. Chłopak podszedł do stolika i wziął menu, po czym rozsiadł się w miarę wygodnie. - Dużo rzeczy. Właściwie chodzi o dwie Joleene, z czego co wiemy dokładnie gdzie jest… gdzie była jedna z nich, a o lokalizacji drugiej nie mamy pojęcia. I to raczej nie jest nasz największy problem, przynajmniej nie w tej chwili. - Arden uśmiechnął się lekko i warknął na Johna. -Mamy czas. Zamknij się. - Nastolatek szybkim wzrokiem rozejrzał się po sali, w poszukiwaniu kelnera. -Walczyliśmy, i to za pomocą magii. Muszę coś zjeść albo zaraz zemdleję. - Wyjaśnił rodzeństwu Evans, mając nadzieję, że zrozumieją. -Jak głodny to zły. -Uśmiechnął się na słowa kolegi. -A wydawało się, że niedawno jadłeś. Jeszcze raz się uśmiechnął. -Jedna z dziewczyn jest na cmentarzu, drugiej raczej nie możemy w tej chwili odszukać. Do stolika podszedł młody kelner ubrany w krótki czerwony podkoszulek, czarny fartuch i jeansowe spodnie. - W czym mogę pomóc? - zapytał spoglądając na Ardena i Johna. Rodzeństwo zaczekać, aż intruz się oddali, nim podjęli temat. Gdy tylko kelner otrzymał zamówienie, wrócił za bar, by je zrealizować. - Najedz się do syta i odbuduj energię - powiedziała Aviana, po wysłuchaniu obu chłopaków, a następnie zaczęła mówić szeptem - Zawsze możecie ponowić zaklęcie lokalizacyjne. - Przepraszam siostro, ale oni potrzebują przedmiotów po drugiej Joleene - Rozumiem, ale Arden zna czar, niewymagający osobistych rzeczy - odparła dziewczyna - Jaki jest cel naszego spotkania? Co chcecie ustalić? John zamówił tylko kawę. -Druga dziewczyna znajduje się na starym cmentarzu w towarzystwie braci Dixon. I grozi jej niebezpieczeństwo. Chcemy iść jej z pomocą. Nie wiedząc z jaką siła mamy do czynienia wolimy iść większa grupą. Arden zamówił kawę i coś, co można dostać w miarę szybko, ale podwójnie. Kelner uśmiechnął się lekko i odszedł od stolika. Czyżby mnie znał? Cóż, chyba nie jest to aż tak ważne. -Możemy ponowić to zaklęcie, ale wolałbym najpierw sprawdzić cmentarz. Jeśli weszli do jakiegoś budynku czy pomieszczenia jest szansa, że nie uda nam się odgadnąć gdzie oni są, a nie chcę marnować kolejnego zaklęcia. - Arden urwał na chwilę. - John też nieźle oberwał w walce, ja raczej nie będę w pełni sił. Więc potrzebujemy pomocy, jeśli coś pójdzie nie tak. Nastolatek westchnął krótko i przyjął dość zmieszaną minę. -Jest jeszcze jeden problem. Ktoś nas widział. Spotkaliśmy jakąś wariatkę zaraz po naszej walce, i przyprowadziła ze sobą Isabelle Matthews w charakterze zakładniczki. Czy jakoś tak. Była świadkiem naszej rozmowy. - Teraz to się nie dziwię, że zadzwoniliście po nas – odparła Aviana – Bracia Dixon? – zapytała nieco zaskoczona – A co oni z nią kombinują? - Może współpracują z porywaczem? – podrzucił podejrzenie Theo – Nie zdziwiłbym się. To do nich podobne. - Tego nie możemy wykluczyć, ale nie chcę robić im wielkiej krzywdy – rzekła, a gdy spojrzała na wszystkich nerwowo się uśmiechnęła – Mogę ich jedynie poobijać o ile są tylko ludźmi. Jeżeli tu będzie chodziło o coś więcej, to wtedy zdecyduję. - Zakładam, że zabójstwo nie wchodzi w grę, nawet jeśli pracują dla kogoś gorszego? – zwrócił się do siostry, Theo - Nie chcę mieć krwi na rękach – powiedziała – Jeżeli ich… - urwała wypowiedzi i rozejrzała się, czy nikt nie podsłuchuje – Trwale usuniemy to rozpoczniemy kolejną akcję poszukiwawczą i dodatkowe śledztwo. A tego nie chcemy, prawda? - A jeżeli nie dadzą nam wyboru? – zapytał Theo John otrzymał swoją kawę, która kosztowała chłopaka dolara i siedemdziesiąt pięć centów. Arden otrzymał kawę i dwa duże kawałki ciasta karmelowego, co wyniosło go cztery dolary. - Dobrze, sprawdzimy zatem cmentarz – powiedziała wiedźma – O co chodzi z wariatką? Kim ona jest? – a po tych słowach, Aviana była totalnie zaskoczona – Jaja sobie robicie? Isabelle Matthews jest w to zamieszana? – zapytała, wyraźnie wstrząśnięta - To niedobrze – odparł Theo – Ale Isabelle nie jest naszym problemem. Przyjaźni się z Konomi, prawda? Są ze sobą blisko – zauważył - Myślę, że nie musimy się tym przejmować - Żartujesz, Theo? Nie wiemy czy Isabelle się komuś nie wygada. Co prawda nikt by jej nie uwierzył dopóki nie zebrała jakiś znaczących dowodów – rzekła - Nie zrobi tego ze względu na Konomi. Mnie interesuje bardziej ta tajemnicza wariatka Ardena – odpowiedział chłopak John upił łyk kawy i skrzywił się. Posłodzona. -Nie wiem kim jest, ale na pewno nie jest wariatką. Jest natomiast bardzo niebezpieczna. Zbyt wiele wie o nas i naszych tajemnicach, do tego wydaje mi się potrafi zmieniać swoją postać. Krzywiąc się upił kolejny łyk kawy. -Chyba ma coś wspólnego z wampirami. Bo wspominała o werbenie, że szkoła nie stosuje jej do ochrony. Aviana wpatrywała się w Johna, gdy słuchała jego wypowiedzi. Dziewczyna zmarszczyła brwi, jakby nad czymś intensywnie myślała. Po chwili jej twarz wróciłą do normalnego wyglądu, a właściwie brwi. Wiedźma upiła łyk kawy z filiżanki, nim zabrała głos. - To niepokojące - przyznała cicho - Trzeba potwierdzić informacje o zmianie wyglądu. Jeżeli się potwierdzą to mamy przechlapane. - Przejebane - poprawił siostrę Theo, dziobiąc łyżeczką w cieście Aviana zignorowała przekleństwo wypowiedziane przez brata. - Werbena? Skoro tak to można uznać ją za wampira. Tylko te zioło chroni innych przed wpływami tych istot. Arden zakrztusił się lekko ciastkiem. -Jej towarzysz jest wampirem. Co do niej to nie mam pojęcia. Ale jest dziwna. Arden urwał na chwilę i pochłonął resztę ciastka. -Ona… wygląda praktycznie jak Konomi. Różni się tylko kolorem włosów. Mówiła coś o klonach, ale szczerze nie załapałem o co w tym wszystkim chodzi - poza tym, że może mieć to związek z naszą wizją. - Nastolatek zmarszczył brwi. - Chociaż to chyba sam wykombinowałem… -Słyszałem kiedyś o istotach które potrafią upodobnić się do dowolnej osoby. - Sobowtóry - powiedziała za Ardena, Aviana - Czyli mamy do czynienia z Doppelgängerem i wampirem, cudownie - dodała i dopiła kawę - Trzeba będzie uważnie ją obserwować i obmyślić plan ewentualnego spacyfikowania jej - Z wampirem nie powinniśmy mieć problemu, o ile wyposażymy się w werbenę dla naszych najbliższych - rzucił Theo Dziewczyna zerknęła na brata i posłała mu uśmiech aprobaty. - Jesteś jak zwykle genialny braciszku - powiedziała i zerknęła na Johna - Masz na myśli Zmiennoskórych? Słyszałam o nich rozmaite podania i legendy - odpowiedziała chłopakowi - Jeżeli zaś chodzi o sobowtóry to prawdopodobnie mogą dzielić się wizjami - wtrącił się Theo - Najprawdopodobniej widziała wszystko, co zobaczyła Konomi, więc to może być jej związek z wizją. Stawiam na tyle i tylko tyle - Proponuję byśmy wkrótce się zbierali. Konomi do nas dołączy? - zapytała Aviana -Nie wiem z kim ona jest. faktem jest, że podobna jest do znanej nam osoby, dużo o nas wie i rzuca groźby. całkiem poważne groźby. Chce czegoś, co ukryli dawno temu i podobno tylko my możemy otworzyć skrytkę. Strasznie jej na tym zależy, więc może to ona jest powodem tych wizji. Może nawet sama je tworzy? - Przynajmniej wiemy, że nie jest tu z byle powodu. Najpierw sama chciałabym zbadać tą skrytkę, nim oddamy jej zawartość tej lasce - powiedziała Aviana, a następnie cicho prychnęła - Nie sądzę, aby to ona stała za wizją. Tylko potężne i wiekowe czarownice są zdolne do wywołania wizji. Wybacz, ale będę upierała się przy duchach. Kiedyś podzielę się informacjami na ich temat. John dopił kawę. -Odłóżmy na razie tą sprawę, ci na cmentarzu nie będą czekać w nieskończoność. Po drodze zgarniamy Konomi i zajmiemy się pierwszą Joleene. Arden zmarszczył lekko brwi, przetrawiając informacje usłyszane od Aviany. -O ile w ogóle oddamy jej te artefakty. Ale nad tym jeszcze się zastanowimy. Na razie chodźmy po Konomi i odbijamy Jolene. Usoka szybko dojadł swój posiłek, i wstał przeciągając się lekko. -Zgoda - powiedziała Aviana, gdy usłyszała słowa Ardena i Johna - Skończyliśmy, może pan posprzątać stolik - zakomunikował kelnerowi Theo Grupka nastolatków opuściła kawiarnię. 12 Września 2017 Godzina 17:30 Przed Kawiarnią "Roselynn" Garden Street Zachodnia część Miasta Konomi czekała na nich przed budynkiem. - Hejo! - przywitała się z chłopakami oraz rodzeństwem - Pamiętacie o moim subtelnym rozwiązaniu tej sytuacji? Znaczy w dostaniu się na cmentarz? - zapytała rozmówców Theo i Aviana wymienili się spojrzeniami. Jasnowłosa czarownica zachęciła gestem dłoni, by Azjatka przedstawiła im swój plan. - Otóż znam zaklęcie teleportacji, które przeniesie nas na cmentarz. Wszystko co musicie zrobić to złapać mnie za rękę i próbować się nie wiercić - oznajmiła Akagi - Okej - powiedziała Aviana, po czym podeszła do dziewczyny i chwyciła ją za rękę. Theo uczynił podobnie jak siostra i wziął za dłoń pannę Akagi. John i Arden musieli już tylko dołączyć do bliźniaków i ująć ich dłonie, by domknąć krąg. - Trzymajcie się mocno, bo rzadko rzucam to zaklęcie - ostrzegła wszystkich i zaczęła się koncentrować na bez głosowym rzucaniu zaklęcia. Powiał zimny wiatr, który zaczął targać włosami dziewczyn i chłopców na wszystkie strony. Nikt w pobliżu nie kręcił się obok, więc istniały szanse, że nie mogli zostać przyłapani. Poczuli jak ich ciała oraz umieszczone w nich dusze odrywają się od ziemi, od tego obecnego miejsca. Zaczęło się...
  2. Lwi shugenja już się kryje w mroku
  3. 12 Września 2016 Godzina: 16:10 Leśny Zakątek Las Huntest John zatrzymał się i wpatrując w symbol widniejący na drzewie zaczął węszyć. powoli zbliżył się do drzewa i powoli wyciągając rękę ostrożnie dotknął kory zabarwionej czerwoną mazią. Krzywiąc się powąchał ją. -Tego nie było wcześniej, kolejne przesłanie od tajemniczego ktosia? Zapytał wycierając ręce o trawę. Lisi nos był wrażliwym organem, a tajemnicza czerwonawa maź pachniała krwią. Nie wiadomo było do kogo mogła należeć. Arden rozejrzał się po okolicy. Z pewnością mniej uczęszczane miejsce od jego propozycji, John znał się na rzeczy. Gdy jego towarzysz zatrzymał się przed drzewem, Usoka od razu zwrócił uwagę na tajemniczy symbol znajdujący się na drzewie. Styl rysunku przypominał mu wydarzenia z dzisiejszego dnia, jednak w niczym nie przypominał reszty pod względem znaczenia. - Pewnie tak. Skończyły mu się ściany, to zaczął rysować po drzewach. - Powiedział z lekkim uśmiechem. Szybkim krokiem podszedł do drzewa, zrzucił plecak z ramion i zajrzał do środka. Kilka sekund później zaklął pod nosem i zwrócił się do kolegi. - Masz jakąś wodę? Zapomniałem wziąć swoją z szafki. -Niedaleko jest źródełko, o ile mamy naczynie by tej wody zaczerpnąć. Czy obecność krwi nie przeszkodzi w twoich czarach? Arden wzruszył ramionami. -Nie mam pojęcia. Nie powinna, w odróżnieniu od innych zaklęć to wymaga praktycznie tylko skupienia się. A wody aż tak nie potrzebujemy. - Nastolatek wyjął z kieszeni chusteczkę i przetarł znajdujący się na szyi talizman. Nie pierwszy raz wykonywał to zaklęcie, ale wolał być pewny, że o niczym nie zapomniał. Kilka razy powtórzył sobie w myślach formułę zaklęcia, po czym usiadł na plecaku, plecami opierając się o drzewo. -Chyba będę zaczynał. Gdybym dostał nagłych drgawek i na czole pojawił się mały czerwony smok, to potrząśnij mną lekko. Obserwował przygotowania z szalonym zaciekawieniem. w głowie kłębiło mu się tysiące pytań i z trudem się powstrzymał by nie zadać setki pierwszych. słysząc słowa kolegi lekko pokiwał głową w zrozumieniu. -Co może pójść nie tak? Odważył się zadać jedno pytanie. -Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Ale gdyby jednak, to zrób tak. - Arden odetchnął głęboko. Jeszcze raz wyrecytował w myślach formułę, po czym skupił się na swoim celu. Nie miał konkretnego nazwiska, ale zaklęcie tego nie wymagało. Nastolatek zaczął powoli odtwarzać wydarzenia z tego popołudnia, a dokładniej jego wizję w klasie. Arden ujrzał obraz tego, co działo się wcześniej w klasie zajęć literatury. Krwawe symbole, ujawniające się drugie natury osób, przemieniający sie uczniowie, powtarzające się imiona uczniów oraz samo imię “Joleene”Ono w tej wizji wydawało się wyraźniejsze. Obraz szybko się zmienił. Ulicami miasta szła drobna i niewysoka dziewczyna o długich blond włosach związanych w luźny warkocz i niebieskich oczach. Wyraźnie się spieszyła, gdyż czułą się obserwowana. Arden widział jak nieznajoma nastolatka zmierza w kierunku miejskiego skweru. Ktoś za nią powoli podąża. Chłopak nie widzi twarzy prześladowcy, ale rzucają mu się w oczy rude loki. Kobieta? Być może. Charakterystycznym elementem tego stroju jest skórzany, jasnobrązowy płaszcz i buty o wysokiej cholewce. Ciemne, czerwone glany. Rudzielec przyspiesza, a blondynka odwraca się w jego czy tam jej kierunku i krzyczy. Obraz gwałtownie się zmienia. Dwóch młodych chłopaków prowadzi młodą, ciemnowłosą dziewczynę. Młodzieńcy wyglądają na braci. Jeden z nich jest brunetem, a drugi blondynem. Trójka zmierza w kierunku starego i opuszczonego cmentarza, znajdującego się w drodze do miejscowego lasu. Blondyn sprawdza czy nikt za nimi nie podąża, a blada nastolatka zdaje się być niepewna tego, co ma za chwilę nastąpić. - W końcu musisz wyzwolić swą moc, Joleene - powiedział jeden z braci - Nasz kontakt się niecierpliwy - dodał drugi - Ale ja nie mam żadnej mocy! - protestowała dziewczyna - Bo ci uwierzymy - zachrypiał brunet Joleene zaczęła płakać i próbowałą się wycofać, ale blondyn ukazał jej swą dziwną twarz. Okolice oczu pokrywały ciemne żyłki, a z warg wystawały kły. Chłopak uśmiechnął się dość drapieżnie, zaś jego oczy zmieniły kolor. Krwistoczerwone twardówki lustrowały ofiarę. Szybkim ruchem chwycił nadgarstek dziewczyny i wgryzł się w go. Na tym wizja się zakończyła. Arden oddychał szybko, a w głowie wciąż znajdowały się oba obrazy. Były jak przerywane kadry filmu. Chłopak zdał z sobie czegoś sprawę. Rozpoznał porywaczy. Bracia Dixon. Arden doznał lekkiego szoku po wyjściu z wizji. Kilkakrotnie ćwiczył używanie tego zaklęcia, ale jeszcze nigdy nie doświadczył tego w ten sposób. Nie do końca wiedząc co robi podniósł się na równe nogi, czego bardzo szybko pożałował. Zataczając się lekko oparł się o drzewo, starając się uspokoić oddech. -Spokojnie, wszystko gra? Zapytał podtrzymując kolegę. -I jak? dowiedziałeś się czegoś? Zapytał z przejęciem gdy ten jako tako wrócił do siebie. Dziesiąty oddech uspokoił chłopaka na tyle, żeby zrozumieć co mówił do niego John. Chociaż dopiero po chwili zauważył, że ten cały czas czeka na odpowiedź. -Wszystko w porządku. Trochę mi się kręci w głowie, ale to nic. - Arden urwał na chwilę, po czym w kilku zdaniach opowiedział mu obie wizje. -Może chodziło o obie dziewczyny z tym imieniem, a może zaklęcie przywołało wizje wszystkich Jolene które znam. Ale obie wyglądają, jakby były w tarapatach. - Nastolatek urwał ponownie. Dalej był nieco roztrzęsiony, ale zaczynał powoli wracać do siebie. - Trzeba skontaktować się z Theo. Trzy osoby ciężko podzielić na dwóch, a na pewno nie puszczę nikogo samego. Albo wybieramy jedną osobę i idziemy tam razem, albo wzywamy kogoś do pomocy i rozdzielamy się. John gwałtownie pokręcił głową. -Wzywamy pomoc. nie wiemy nawet z kim mamy do czynienia. Dwoje braci wyglądających na wampiry i tajemniczą kobietę która kojarzy mi się z Łowcą. Lepiej iść większą grupą i mieć jakiś plan. Arden pokiwał głową. -Masz rację. Trzeba będzie zgarnąć Theo. Pobliski krzak zaszeleścił dość tajemniczo. Za nim pojawił się kolejny szelest, który nie brzmiał naturalnie. Coś obserwowało całą, obecną trójkę i zamierzało wyjść z ukrycia. Chłopak nastawił uszu i uśmiechnął się tajemniczo. -W tych krzakach jest niewygodnie. Nie lepiej wyjść i pokazać się, skoro wiemy o swojej obecności. Najpierw pojawił się dym, który gęstniał i zmieniał swój kształt. Nabierał koloru. Z szarej barwy zmienił się w czarną smołę. W ciemnościach zalśniły oczy drapieżnika. Dziwna mgła uformowała się w zrodzone z cienia i ciemności wilki. Trójka osobników podchodziła coraz bliżej. Nie wyglądały na zwyczajne zwierzęta ani na wilkołaki. Bestie warknęły ostrzegawczo. John zaklął przekleństwem usłyszanym od dziadka. -Cholera by to wzięła, co to za stwory? Wziął parę głębokich oddechów, powietrze wokoło niego zadrżało i przybrało zielonkawą barwę a w powietrzu rozniósł się intensywny leśny zapach. Dłonie chłopaka przeobraziły się w pazury, z tyłu powiewał widmowy lisi ogon a głowę zdobiły lisie uszy. On i lis stanowili jedno. Arden patrzył z niedowierzaniem na wyłaniające się z cienia wilki. Czyżby przywołało je tutaj jego użycie magii? Czy chodziło bardziej o to, co zobaczył? Mimo kłębiących się w głowie pytań Arden skupił się na obecnej sytuacji, która wcale nie wyglądała zbyt kolorowo. Arden szybkim ruchem dłoni wyciągnął scyzoryk zza pasa, i przyjął postawę do obrony, znaną mu z uprawianej sztuki walki, Krav Maga. Jeden z wilków wykonał pierwszy krok, następnie przykucnął na łapach i wybił się do skoku. Bestia rzuciłą się na Johna i zatopiłą kły w rękawie jego bluzy. Młody Kitsune poczuł niesamowity ból. Pomimo przejmującego bólu chłopak starał się nie tracić głowy. zacisnął zęby i z całej siły walnął przeciwnika w nos. Do ataku postanowił dołożyć jeszcze ogień. Na widmowym ogonie pojawiły się małe ogniki, a z ust chłopaka w kierunku wilka poleciał niewielki strumień ognia. Na sam koniec postarał sie odczepic wilka od swojego ramienia. Arden z lekkim przerażeniem patrzył na walczącego towarzysza. Mimo, że dwa wilki mogły z łatwością go zabić, nie zamierzył stać bezczynnie i patrzeć na zmagania kolegi. Wziął ostrożny krok do tyłu, po czym wyjął prawą rękę w kierunku wilka znajdującego się na Johnie. -Errox fumax. - Wypowiedział słowa zaklęcia zadawania bólu, które starał się skupić na sercu wilku. Nie czekając na efekt, Usoka wziął scyzoryk do ręki i starając się skupić na nim wzrok dwóch pozostałych futrzaków zamarkował wyrzut w powietrze używając lekkiej magii iluzji, po czym z całej siły rzucił nożyk celując w oczy bliższego wilka. [teraz rzuty] John próbował strącić wilka, który uczepił się jego ręki. Wykonany uzbrojoną w pazury dłonią, nie przyniosła spodziewanego efektu. Bestia wciąż się trzymała chłopaka i zaciskała swe szczęki. Nastolatek skupił się na swym wewnętrznym duchu i stworzył płomień, który miał na celu dotkliwie poparzenie tego dziwnego zwierzęcia. Mały płomyczek dosłownie poła łaskotał wilka, który jednak wciąż nie odpuszczał. Dopiero wykorzystując swą nadprzyrodzoną siłę wraz z uchwytem pazurów, udało mu się odrzucić wilka, który uderzył o ziemię. Do akcji wkroczył, Arden wraz z swoim zaklęciem. Kontakt wzrokowy i umiejętnie wypowiedziana formuła sprawiła, że odrzucony wilk zaczął głośno wyć nie mogąc ruszyć się z miejsca. Przez ciało stworzenia przeszedł ból, niesamowity ból. Usoka nie zatrzymywał się, tylko próbował kolejnych sztuczek. Iluzja się sprawdziła. Ogłupione wilki wycofały się o kilka kroków, a wyrzucony scyzoryk trafił w głowę bestii. Broń utknęła w materialnej części zwierzęcia. Konomi tymczasem otworzyła swoje ramiona i próbowała skupić się na wezwaniu wiatru. Przez liście przetoczył się wietrzyk i wraz z każdym szelestem przybierał na sile, by ukształtować się w coś w rodzaju ściany, która miała zatrzymać wilki. Panna Akagi zabezpieczyła siebie i Ardena. Jeden z wilków próbował zrzucić z siebie nóż, a drugi pobiegł w kierunku Ardena. Istota napotkała opór. Utworzona wietrzna ściana skutecznie go zatrzymywała i próbowała go rozpłynąć. Tymczasem odrzucony wilk wstał o resztkach sił i zaszarżował na Johna. Nastolatek został obalony na ziemię, a bestia próbowała zatopić kły w jego gardle. Chłopak odruchowo skrzyżował ręce starając osłonić szyję, jednocześnie starał się rzucić wilka i odturlać w bezpieczne miejsce. Usoka zaklął pod nosem, widząc co wilk robi z jego przyjacielem. Nie mógł jednak zaprzepaścić okazji jaka stała tuż przed nim. Szybkim ruchem dłoni wycelował w wilka i skupił się na wbitym w jego ciało sztylecie. -Egia. - Powiedział donośnym głosem patrząc na wilka, po czym z całej siły pchnął scyzoryk głębiej w delikatną skórę wilka. Po krótkiej chwili zakończył zaklęcie i odwrócił się w stronę kolegi. Zaklęcie zadawania bólu byłoby raczej bezużyteczne rzucone po raz drugi, ale mimo to musiał w jakiś sposób ulżyć lisowi. Z braku lepszego pomysłu Arden przybliżył się nieco do wilka za pomocą telekinezy rzucił w wilka mieszaninę pyłu i liści zebranych z podłoża. Miał nadzieję dać chociaż chwilę czasu Johnowi. Oby tylko wilk nie poszedł w moją stronę… Konomi kątem oka obserwowała co się dzieje u chłopaków, jednak na chwilę obecną większość uwagi poświęcała na trzymaniu jednego z trzech wilków za wietrzną ścianą. Zaciekawiło ją że te stworzenia wyglądają jakby były wywiewane. Może dałoby się je całkiem rozwiać? W końcu pojawiły się magicznej, czarnej mgły. Starała się podtrzymać rzucone zaklęcie a gdyby się dało nawet wzmocnić jego siłę, a tymczasem szykowała jednego asa. Przygotowała sobie w głowie zaklęcie by używając telekinezy po prostu unieść wilka i zawiesić w powietrzu. Wydawało się to równie skuteczne co bariera wiatru a mniej męczące. -Chłopaki, trzymajcie się tam. Nie każcie mi Wam pomagać. - przedrzeźniała, próbując wpłynąć na męską stronę grupy, choć właśnie poświęcając drobną uwagę i im, by w razie czego szybko zareagować w jakiś defensywny sposób. Na przykład przygotowywanym zaklęciem telekinezy. Skrzyżowanie rąk było dobrym manewrem obronnym. Wilk zatopił swe kły w nadgarstkach, ale w ostateczności chłopakowi udało się przeturlać i tym samym pozbywając się wilka z swojego ciała. Arden nie próżnował, tylko rzetelnie praktykował swe ofensywne zaklęcia. Za sprawą czaru, utkwiony scyzoryk zatapiał się w ciele stworzenia aż w końcu stworzony z ciemności i cienia wilk rozpłynął się. Jednego przeciwnika mniej. Wykonanie kolejnego ruchu sprawiło, że przeciwnik instynktownie zasłonił się łapą i kłapał pyskiem na rzucone liście oraz pył. Stwór zwrócił swoją uwagę na chłopaka i ruszył w jego kierunku. Tymczasem, Konomi udało się wzmocnić powietrzną ścianę i wyrzucić zatrzymanego w niej wilka w powietrze. Dziewczyna była skoncentrowana, ale nie dość mocno. Jej oponent upadł na ziemię i był zdezorientowany. Po chwili wstał, zawarczał i ruszył na Ardena. Ściana Konomi obroniła czarowników przed atakiem obu wilków. Wciąż miały siłę by walczyć, a tymczasem John mógł wykorzystać dany mu czas do przekradnięcia się. John zyskał chwile oddechu. przede wszystkim skupił się na odzyskaniu sprawności i wyleczeniu ran. dotkna pokąsanego ramienia i skupił na zaklęciu uzdrawiającym. Dopiero po tej czynności ponownie zaatakował zatrzymanego wilka przy pomocy lisiego płomienia. Arden uśmiechnął się lekko na widok płomyczka kolegi. Dość często zdarzało mu się to samo z zaklęciem wizyjnym, ale skutkiem tego były kilkudniowe koszmary senne. Też niezbyt przyjemna sprawa, choć nie zagrażały życiu. Nastolatek zwrócił swój wzrok na leżący na ziemi scyzoryk. Raz zadziałało, czemu nie może zadziałać i drugi raz. Szybkim gestem i wypowiedzianą formułką na zaklęcie telekinezy podniósł nóż i rzucił go w stronę wilka. Nie czekając na efekt odwrócił się w drugą stronę. Zbliżający się z tej strony wilk był zdecydowanie większym zagrożeniem. Arden szybko ocenił swój poziom zmęczenie po wszystkich zaklęciach, i zdecydował się na coś, co robił bardzo rzadko. Poprosić o pomoc kogoś innego. Nie chciał jednak zostawiać Konomi samej z tym zadaniem, więc spróbował osłabić nieco wilka, rzucając zaklęcie zadawania bólu na dwie przednie łapy wilczura. -Konomi, pomożesz?! - Zapytał lekko zdenerwowanym głosem. John czuł jak jego zaklęcie odnosi pozytywny skutek. Krwawe ślady po zębach zagoiły się i pozostały po nich tylko czerwone plamy. Przywołanie lisiego płomienia po raz kolejny się powiodło, jednak to był mierny sukces. W dłoni nastolatka pojawił się niewielki płomyczek, który za chwilę zgasł. Arden czuł nadchodzące zmęczenie. Coś spływało mu z nosa, a to był metaliczny smak. Krew? Ale skąd? Jak? W głowie zaczęło mu się kręcić. Nie, nie mógł teraz opaść na ziemię, nie teraz, gdy walczą o życie. Wykorzystując zaklęcie telekinezy, chłopak cisnął ponownie scyzorykiem w zatrzymanego na wietrznej ścianie wilka. Ostrze zatopiło się w skórze cienistego zwierzęcia. To wystarczyło, by stworzenie rozpłynęło się w czarnym dymie. Drugi z oponentów zaczął wyć z bólu, gdy chłopak na niego spojrzał. Łapy wilka zaczęły się wyginać, co było dość dziwnym widokiem. Cień cicho skamlał, aż w końcu ulęgnął całkowitemu rozpłynięciu. John stał i ciężko oddychał, widać było, że jest wściekły. -Cholera by to wzięła. Na moim terenie takie paskudztwo. jak dorwę tego kto to nasłał rozerwę na strzępy. Nie daruję takiej zniewagi. Z rozmachem usiadł na ziemi i dokładnie przyjrzał się ramieniu pokąsanemu przez wilka. -Warto by ktoś znający się na rzeczy obejrzał to ramię. nie wiadomo co wilk miał na zębach. Arden ze zdziwieniem popatrzył na rozpływające się w powietrzu pozostałości wilka. -W sumie to nie musisz pomagać… - Mruknął i przycisnął rękę do nosa. Był zdziwiony, że udało mu się rzucić aż tyle zaklęć. Przez resztę dnia będzie musiał ograniczyć rzucanie jakichkolwiek czarów, najlepiej całkowicie. Nastolatek wiedział jednak, że nie jest to możliwe. Jolene numer jeden była w tej chwili rozszarpywana przez dwóch Dixonów, a Jolene numer dwa została najprawdopodobniej porwana przez… kogoś. W porównaniu z tym ich obrażenia wydawały się niewielkie. -Masz rację. Ale nie zapominaj po co tutaj przyszliśmy. Jeśli nie czujesz się na siłach to możesz iść do kogoś i to sprawdzić. Ale nasze Joleny są chyba w większych tarapatach. - Arden urwał na chwilę, czując potężny zawrót głowy. - Co nie znaczy, że idziemy tam od razu. Muszę coś zjeść i się napić. I musimy skontaktować się z Theo... Plan dziewczyny nie wypalił i jej błąd mógł okazać się tragiczny dla któregoś z chłopców. Jednak na szczęście błąd został sprawnie naprawiony przez Ardena i przeciwnicy zostali skutecznie rozgromieni. Nawet nie zdążyła udzielić pomocy… -Trzymacie się jakoś? Mogłam trochę inaczej to rozegrać, wybaczcie. - przyznała z lekkim zawodem, patrząc na rany dwójki. Aż trochę jej było głupio że wyszła z tego bez większego szwanku, chociaż to głupi sposób myślenia… -Faktycznie, takie wilki to niecodzienny widok w dzień - przyznała, naciskając na wyraz “takie”. - Ktoś nas musi bardzo nie lubić. Wypuściła powietrze i zamyśliła się z lekka. Wyciągnęła z leżącej torebki chusteczki i zaproponowała każdemu z chłopców. Z troską przyglądała się nieciekawej sytuacji na ramieniu Johna. -Boli? Wyjdziesz z tego? - dopytała z lekkim niepokojem. Podobne pytanie o stan, zadała Ardenowi, który nie wyglądał najlepiej. Dużo mu brakowało do normy. -Przydadzą się komuś? Wybaczcie ale apteczki jeszcze przy sobie nie noszę… - chciała subtelnie zażartować. Lis najeżył się. -Za kogo mnie masz? oczywiście, że idę dziewczynom na pomoc. Tylko idźmy większą grupą, bo jeżeli tu były samotne wilki, to tam będzie jeszcze lepiej. Spojrzał na dziewczynę. -Nie nie boli. - Odpowiedział na zadane pytanie nieco ironicznym tonem, przyjmując chusteczkę. -Dziękuję. Arden skinieniem głowy podziękował za chusteczkę, i natychmiast przycisnął ją do nosa pochylając się lekko. -Wszystko w porządku. Apteczka nie jest mi potrzebna, ale… masz trochę wody? Lub czegokolwiek do picia? - Odpowiedział z lekko wymuszonym uśmiechem i oparł się o drzewo. Mimo zapewnienia nie czuł się najlepiej. Słowa o wilkach skwitował tylko lekkim mruknięciem, na chwilę obecną wolał o tym nie myśleć. -Twoja ściana była skuteczna. Gdyby nie to, sam skończyłbym z raną taką jak John lub nawet większą. - Chłopak westchnął lekko i podszedł do scyzoryka. Nie mógł go tak po prostu przymocować do pasa, krew byłaby widoczna.Na chwilę obecną musiał schować swojego wiernego towarzysza do plecaka i liczyć, że nie będzie już dzisiaj potrzebna - z czego byłby niezwykle zadowolony, gdyby okazało się to prawdą. Na ironię Johna wyprychnęła cicho pod nosem powietrze i skwitowała zarówno do jednego jak i drugiego cichym -Proszę- -Chyba powinnam coś mieć. - powiedziała, po czym przegrzebała trochę bibeloty by wynaleźć do połowy pełną butelkę z wodą -Mam nadzieję że starczy. - wypowiedziała podając buteleczkę. Pochwały które usłyszała mi mo wszystko przyjęła z dystansem. -Bez przesady. Gdyby nie Wasze heroiczne akcje to raczej by już o mnie nigdzie nie usłyszano. - przyznała z uznaniem i nieskrywaną wdzięcznością w głosie, jakby próbując im tak wynagrodzić za cierpienia starcia. -Dobrze by było zająć się tymi dziewczynami w miarę szybko. Jak będziemy gotowi i będziecie wystarczająco głu… znaczy odważni - ugryzła się w język - to mogę zaproponować subtelny teleport, o ile wierzycie w takie cuda. Ich rozmowę przerwał telefon, który dzwonił w torebce Konomi. Czy spodziewałaś się telefonu? … … … I tu zadzwonił telefon… Po kolejnym grzebu-grzebu starciu w końcu się do niego dobrała. -Moshi… znaczy, halo? Słucham? - Konomi, Konomi?! - odezwała się w słuchawce Isabelle - Dlaczego kazałaś mi przyjść do lasu? Dlaczego?! - powiedziała Isabelle, ale telefon został jej zabrany, a w słuchawce odezwał się drugi głos. - Podoba mi się twoja przyjaciółka Isabelle. Jest taka słodka i naiwna - Konomi czuła jak serce zaczyna jej głośniej bić. Ten głos, ten drugi głos należał do niej. -Isabelle? Beella! Jak ja mogłam skoro… - zaczęła, lecz drugi głos skutecznie ją zamurował, pozbawiając głosu. Na jej twarz wpełzł blady strach. Nie miała pomysłu co zrobić. Mózg jej nie rejestrowa. To… ona sama? -Bella! Hej, Ty! Mów gdzie jesteście! Zostaw ją w spokoju słyszysz?! - krzyczała do telefonu czując jak gotujące się emocje wyciskają jej łzy z oczu. Wrażliwy słuch Johna wychwycił zbliżające się cudze kroki. Ktoś się do nich zbliżał. Do zakątku wkroczyły trzy postacie. Pierwszą z nich okazała się Isabelle Matthews, drugą osobą był wysoki,.czarnowłosy śniady Azjata o świecących, drapieżnych oczach, a ostatnią grupę zamykała białowłosa Konomi, która szła po środku tejże trójcy. Z nadgarstków przyjaciółki panny Akagi kapała krew, a dziewczyna, która ją trzymała za kark i prowadziła, uśmiechałą się dość pysznie. - Ty musisz być Konomi - powiedziała nastolatka o białych włosach. John i Arden nie mogli uwierzyć własnym oczom. Ta nieznajoma wyglądała zupełnie jak ich koleżanka, która znajdowała się obok. Arden uśmiechnął się lekko w stronę przybyłych osób. Przez chwilę wyobraził sobie siebie z białymi włosami, jednak na dłuższą metę nie zdało to egzaminu. Biała konomi nie była Konomi którą znał. I tego postanowił się trzymać. - A ty z pewnością nie możesz być Konomi. Miło mi poznać. - Mówiąc to położył rękę na ramieniu prawdziwej Konomi i cofnął ją lekko z siebie jednocześnie zerkając ukradkiem na Johna. Walka w tej chwili zabiłaby ich wszystkich, dlatego wolał aby jego towarzysze zachowywali się w miarę spokojnie. - Zachowujcie się spokojnie. Proszę. - Powiedział ściszonym głosem, tak aby usłyszeli to tylko bezpośrednio zainteresowani. John z którego powoli uchodziła złość, widząc obcych na swoim terenie ponownie się zjeżył. -Miło poznać. Można wiedzieć, czym zawdzięczamy, tą jakże miłą wizytę? Ledwo zdążyła swój bunt przeciw temu co się dzieje a na polanę wkroczyła nowa trójka osób. O ile Azjata to był na ten moment jakiś ostry Turbo-zjeb i nie przyciągnął większej uwagi, o tyle kopia Konomi to było już coś, prawie osiągając taki stan wybuchu emocji jak widok rannej Isabelle z tymi… nazwijmy to ładnie: osobami. Tylko dłoń Ardena i jego prośba powstrzymały ją od panicznej próby zrobienia czegoś. -Bella, spokojnie. Wyciągnę Cię od nich… - zawołała, starając się ogarnąć i panować nad sobą. -Ta… To ja. Chociaż już chyba się dzisiaj widziałyśmy, co? - spytała nieufnie, z cichą wrogością mając na myśli poranną przygodę przed szkołą. Druga Konomi uśmiechała się przymilnie przez cały czas. - Arden, cudownie cię widzieć. Jak twoja mama? Pewnie dalej gnije w psychiatryku? - zapytała radosnym tonem i zachichotała jak młody podlotek - John, a jak dziadek? Nie dręczą go wyrzuty sumienia, po tym jak zabijał innych nadprzyrodzonych? W tym innych Kitsune? - zwróciła się do chłopaka - I moja podobizna, a właściwie Doppelganger. Cudownie - rzekła, spoglądając na Konomi - Nie, nie widziałyśmy się, ale obserwowałam cię od dłuższego czasu i nie ja jedna. - KONOMI! - krzyczała Isabelle - Kim są ci ludzie? Co się tu dzieje? - rozpaczała Druga Konomi chwyciła ją pod podbródek i spojrzała jej oczy, a następnie powiedziała poważnym i spokojnym głosem. - Nie krzycz Isabelle pokiwałą głową i zamilkła - Nie przedstawiliśmy się. Jestem Margo, a to jest Kazuri - rzekła wskazując na siebie i towarzysza - Mieliście dzisiaj bardzo ciekawy dzień, prawda? - zapytała i obdarzyła ich sztucznie, przemiłym uśmieszkiem Arden uśmiechnął się jeszcze bardziej, słysząc pierwszy komentarz. Ile to już razy słyszał historie o swojej matce? Zawsze miał tylko jeden wspólny punkt - były kłamstwem. -Nie wiem. Pewnie nienajgorzej. - Arden wzruszył ramionami i spojrzał na białą Konomi. -Przynajmniej nie ucieka i nie wkurwia innych łażąc po lasach i biorąc niewinne osoby jako… zakładniczki? Bo domyślam się, że czegoś chcesz. Chyba, że faktycznie jesteś szalona. - Mimo uśmiechu na twarzy Arden był lekko zdenerwowany. Nie przejął go komentarz Margo, ale zwrócił uwagę na nazwisko jej towarzysza. Kazuri było imieniem azjatyckim. Była więc możliwość, że naprawdę wiedzieli coś o jego matce. Na razie jednak postanowił, że wcześniejszy komentarz był ich jedyną wiedzą. Zastanowiły go też słowa o ciekawym dniu. Czyżby też byli w to zamieszani? -Bardzo. Żałuj, że z nami nie byłaś. - Powiedział kpiącym tonem. - Nie masz nawet jednej dziesiątej charyzmy, żeby być za to odpowiedzialną, więc pewnie jesteś w tej samej sytuacji co my. Albo przeciwnej. Powiesz, co od nas chcesz, czy mam ładnie spytać? Obserwował to wszystko z pod przymrużonych powiek. opinia intruza na temat dziadka, nie wywołała w nim żadnej reakcji. pewnie miała wywołać złość. jeżeli tak to się przeliczyła. Uśmiechnął się lekko do własnych myśli. -Podobizna? Też mi coś… To samo mogę powiedzieć o Tobie… - przyznała przyswajając każde jadowite słowo jej klona. -Bella, zabiorę Cię od nich, spokojnie. Wszystko będzie dobrze! - starała się uspokoić przyjaciółkę donośnym głosem, a gdy druga Kono uciszyła Isabelle, powiedziała tylko: -Puść ją! Dalej widziała że Arden próbował prowadzić konwersację, więc na razie zamilkła próbując wymyślić jakiś ambitny plan ratowania przyjaciółki. Margo zacmokała ustami, gdy usłyszała odpowiedź Aredna. -Ojojoj, chyba nam tu nasz kolega nie wierzy. Zapytaj swojego taty, dlaczego co miesiąc wysyła kwoty od 120 dolarów w górę na rzecz przytułku Oasis.Kazuri ma swoje metody, by wyciągnąć coś, czego osobiście potrzebuję. -Oczywiście - potwierdził swym przyjemnym dla ucha głosem mężczyzna - To było dość proste. - A Ty, John nic nam nie masz do powiedzenia? - zwróciła się do Daglasa, a następnie poprawiła włosy, zarzucają je za ramię. - Wiecie… -zaczęła znów mówić - Wasza szkoła słabo chroni prywatność uczniów. Nikt nie jest na werbenie, a to powoduje, że łatwo zdobyć informacje - rzekła, ale nie powiedziała wprost o co jej chodzi. - Nie, nie puszczę jej - skierowała te słowa do Konomi - Niech Isabelle trochę pocierpi za własną głupotę - po tych słowach, dziewczyna zerknęła na Ardena - Lubię cię. Stawiasz od razu sprawy jasno. Ten symbol, który dzisiaj widzieliście jest drogą prowadzącą do pewnej skrytki zawierającej artefakty albo coś w tym stylu. Nieważne - zachichotała cicho - Chcę je dostać. Macie mi je dostarczyć, a jak nie to wasze miasteczko spłynie krwią niewinnych, których nie chcecie mieć na sumieniu. Mogę zacząć od Isabelle - powiedziała Margo, a jej twardówki i białka oczne przybrały krwistoczerwoną barwę. Na powiekach pojawiły się liczne czarne żyłki. Dziewczyna uniosła wskazujący palec przed siebie - Nawet nie próbujcie żadnych sztuczek, by mnie wykiwać. W każdej chwili mogę powiązać własne życie z życiem Konomi lub wprowadzić w magiczną śpiączkę, waszą drogą Isabelle, która obudzi się, dopiero gdy John czy Arden umrze ze starości. - Nie! - zaprotestowała Isabelle - Nie chcę tego! - krzyknęła - Isabelle - warknęła Margo i spojrzała na nastolatków - Jesteśmy zatem umówieni, prawda? - zapytała bardzo poważnym tonem. Tym razem już nie chichotała, a zachowała powagę. Lis uśmiechnął się przymilnie. -Nadal nie powiedzieliście, kim jesteście. To po pierwsze. Po drugie, skoro tyle wiesz o tej skrytce, czemu sama tam nie pójdziesz. Unikniesz niepotrzebnych kłopotów. Co takiego skrywa skrytka, że boisz się iść sama? - A czy my mamy wam mówić, kim jesteśmy? Jakiego rodzaju jesteśmy? - odpowiedziała pytaniem na słowa Johna - Sprawa jest nieco skomplikowana. Piętnaście lat temu, wasze czarodziejskie i lisie rodziny wzmocniły barierę skrytki za pomocą waszej krwi i tylko wy będziecie mogli ją otworzyć - rzekła jasnowłosa - Nie obawiam się zawartości skrytki ani jej strażnika. To wy powinniście się tego bać - dodała, przybierając dumną i bezwzględną pozę - Legendy mówią, że to wynaturzenie łączące cechy kilku gatunków. -I ty mówisz o wynaturzeniu. -Lis prychnął i przybrał równie dumną pozę. -Co dla Ciebie jest wynaturzeniem? John z całych sił usiłował wyczuć kłamstwo w słowach rozmówczyni. -I dlaczego to my powinniśmy obawiać się strażnika? Skoro dla ciebie nie jest problemem, czemu nas posyłasz? nie mówisz nam całej prawdy, za tym kryje się coś więcej, niż stary artefakt. Lis dał znać Johnowi, że jego rozmówczyni nie kłamała we wcześniejszych słowach. - Połączenie dwóch lub trzech czy czterech gatunków. Wyobrażasz sobie Kitsune z zdolnościami wampira, wilkołaka i Banshee? - odpowiedziała, podchwytliwym pytaniem - Ale to jest legenda, a każda legenda zawiera ziarno prawdy. Bądź kłamstwo - rzekła i uśmiechnęła się - Jesteś głuchy czy głupi? Tylko wy możecie otworzyć skrytkę za pomocą waszej krwii. Bez tego nic nie zdziałam i tak obcy mieszają mi szyki. Myślą, że jak złamią pierwszą barierę to dostaną się do zawartości schowka, ale ja byłam pierwsza i zachowałam wiedzę dla siebie - powiedziała Arden był lekko zaskoczony słowami Margo. Mogła mieć rację, ale wolał to zweryfikować. W końcu musiał być jakiś powód dla którego jego matka zniknęła z jego życia, równie dobry był ten. Nastolatek westchnął lekko słysząc dalsze słowa białej psychopatki. Jej wzmianki o psychiatryku coraz bardziej utwierdzały go w przekonaniu, że coś o tym ośrodku wie - i to nawet od środka. Nie mógł się oprzeć lekkim prychnięciu gdy usłyszał o zabezpieczeniu krwi, artefaktach i “niewinnych”. Prawda, obchodziło go życie Isabelle, ale wolał to niż oddawać cokolwiek tej wariatce. Mimo to, wystarczyło jedno zerknięcie na Konomi żeby wiedzieć, że muszą ocalić Isabelle. -Ale wiesz… że jak tego nie zrobimy, to nawet więcej niż całe miasteczko spłynie krwią? Przynajmniej tak słyszałem. - Arden urwał na chwilę i spojrzał na Isabelle. Naprawdę lepiej by było, żeby teraz zginęła. Chyba, że coś zna zaklęcia na mieszanie z pamięcią. Trzeba będzie kogoś takiego znaleźć. -Ty chcesz artefaktów, my chcemy rozwiązać tą sprawę. Każdy z nas czegoś chce, a nikt nie chce pomagać. - Mam pozdrowić twojego ojca, Arden? - zapytała Margo - Chętnie to zrobię, jak tylko będę wracała do miasta - powiedziała i uśmiechnęła się złośliwie - Ja nie pomagam, ja wymagam - dodała akcentując ostatnie słowo. Arden zaczął lekko odczuwać złość i znużenie obecną sytuacją. Owszem, była silniejsza. Mogła ich zabić, mogła zabić ich bliskich, zranić ich. Nie mieli większych szans w walce. Jeśli to wszystko jest prawdą, to dlaczego dalej używa tanich gróźb? Coś jest nie tak. Arden nie potrafił określić co, ale zaczynał podejrzewać kilka możliwych rozwiązań - albo biała Konomi potrzebuje tego artefaktu jak najszybciej, albo artefakt potrzebuje krwi wszystkich zainteresowanych. Mimo to nie mógł przecież narażać bliskich dla głupiego zaspokojenia swojej dumy. Zemści się… później. -Gdybyś przestała grozić wszystkim na prawo i lewo, być może dostałabyś te artefakty szybciej. Ale twój wybór. - Po tych słowach Arden wzruszył lekko ramionami i westchnął. -Poza tym, większego wyboru nie mamy. Przynajmniej na razie. - Ostatnie zdanie wypowiedział szeptem, na tyle cichym aby brzmiało jak skierowane do dwójki za jego plecami, i na tyle głośnym, aby usłyszał to każdy zainteresowany. Margo wysłuchała Ardena i prychnęłą nieco pogardliwie. - Zadowolę się tym, co mam. Znajcie mój dobry gest i przyjmijcie życie Isabelle. Następnym razem nie będzie miała tyle szczęścia - powiedziała, a jej twarz wróciła do normalnego wyglądu - I tak cię słyszę. Mam wyczulony słuch - oznajmiła z dumą - Jeszcze się spotkamy - powiedziała - Do zobaczenia - pomachała dłonią po czym odwróciła się i wraz z swym towarzyszem ruszyła dość szybkim krokiem, by po chwili rozpłynąć się w powietrzu, a przynajmniej taki rozmazany efekt ujrzeli jej rozmówcy. Isabelle wyglądała na zdezorientowaną. -Czy ktoś mi wyjaśni, co się tu właściwie dzieje? - zapytała - Żądam wyjaśnień! - dodała Groźby o wybiciu mieszkańców miasta wydały się nierealne, podobnie jak uśpienie Isabelle czy jakieś tam mistyczne podłączenie się do Kono. Nie zmieniało to jednak faktu że ta dziewczyna, Margo była walnięta, miała moc i mogła jej użyć przeciw Belli. Bardzo tego nie chciała. Strasznie jej zależało żeby ratować zakładniczkę, jednak nie miała zbytnio jak. Brakowało jej jakiegoś utylitarnego planu. Nie było też mowy o walce. Wszystko zakręciło się wokół jakiegoś artefaktu który rzekomo mógł zostać wyniesiony tylko przez któreś z tutaj obecnych. W filmach takie rzeczy to zazwyczaj coś, co rujnuje co najmniej połowę świata, ale… Osobiście na tą chwilę uznała zgodę na to za jedyną, słuszną i właściwą ścieżkę ratunku wszystkich bliskich. Sprawa jednak rozluźniła się i Isabelle została puszczona. Wychodziło że na razie. Lekko zrozpaczona Kono podbiegła do Belli i rzuciła się jej na szyję z wyrazem ulgi. -Belluś! Tak się cieszę że nie zrobili Ci nic bardzo złego… Oczywiście, wszystko Ci wyjaśnię. Obiecuję. Należy Ci się - zasypała ją azjatka, ciesząc się z takiego obrotu wydarzeń. Arden odetchnął głęboko i rozluźnił się trochę. Niebezpieczeństwo ze strony Margo chwilowo zostało zażegnane. Co prawda tylko chwilowo, ale to zawsze coś. Jednak rozluźnienie szybko zmieniło się w lekkie przerażenie. Znajdująca się przed nim dziewczyna mogła to wszystko wypaplać, a wtedy całe ich szukanie komplikuje się niemiłosiernie, a ich normalne życie legnie w gruzach. Poza tym… żądam? Arden uśmiechnął się lekko. -Też się cieszę, że nic ci nie jest. - Usoka stanął obok dwóch przyjaciółek, po czym przybrał nieco poważniejszą minę. - Ale mam nadzieję, że rozumiesz w co się wpakowałaś. I to, że nie możesz nikomu o tym powiedzieć. Prawda? - Zakończył z lekkim uśmiechem. John skrzywił się słysząc ostatnie słowa kolegi. -Nie miej złudzeń. taka sprawa wcześniej , czy później i tak wypłynie. Nie ma takiej siły która by ją powstrzymała. A wtedy będziemy mieli panikę. Bo jeśli ludzie dowiedzą się, że ktoś, lub coś walczy o tajemniczy artefakt wtedy mamy wojnę pewną. Chłopak wzruszył ramionami. -Jesteśmy w czarnej dupie. Mamy kilka stronnictw które chcą artefakt, tajemnicze zaginięcia i masę równie tajemniczych symboli. Do tego nie wiadomo od czego zacząć. Arden uśmiechnął się w duchu. O nie, zła osoba chce zabić zakładniczkę. Ocalmy ją! W sumie to wie zbyt dużo. Zabijmy ją. Doskonale rozumiał kolegę, i to że trzeba coś w tej sytuacji zrobić. Ale nie mógł odpędzić od siebie uśmiechu Margo i jej towarzysza, który z pewnością nastąpiłby, gdyby ją teraz zabili. Nastolatek wzdrygnął się nieco. -Isabelle. Zapewne rozumiesz, jak ważne są dla nas te informacje. Nie chciałbym ci nic robić, ale jeśli ktoś się o tym dowie… Cenię swoje życie oraz życie tych tutaj dużo bardziej niż twoje. Rozumiesz, o co mi chodzi? - Po tych słowach zwrócił się cicho do Johna. -Wiemy od czego zacząć. Joleene. Powinniśmy już tam być. Ale masz rację z tą dupą. - Zakończył z lekkim uśmiechem. -Isabelle zostawcie mi. Nic nie wypłynie i będzie dobrze. Byle mi jej nie grozić ani nic! Zaufajcie mi i tyle… - zapewniała po prostu ciesząc się a nie wymyślając scenariusze i komplikacje. -Wojny, nie wojny. Co za różnica. Jeśli mamy zająć się Joleene, czyli tym co tu i teraz, lepiej się pospieszmy. -Zgoda. Odprowadz Isabell do domu. My w tym czasie zgarniamy wsparcie i lecimy na cmentarz. -Cmentarz nie jest powiązany z tą sprawą. Najprawdopodobniej. Ale nie wiemy kompletnie nic o miejscu pobytu tej drugiej, więc… Chyba bierzemy wsparcie i biegusiem na cmentarz. - Zgodził się z kolegą Arden. Później porozmawia z Evansami na temat pamięci Isabelle. Bez obecności Konomi, najlepiej. Isabelle spoglądała na ich wszystkich, a w szczególności na Johna i Ardena, którzy tłumaczyli jej o prawidłowym postępowaniu w całej tej sytuacji. - Za kogo wy mnie macie? Myślicie, że ktoś by mi uwierzył? – zapytała – Ta cała „Margo” zgarnęła mnie przed szkołą i zaczarowała tym spojrzeniem i głosem. Nie mogłam się jej oprzeć. Wypytywała mnie co wiem o Konomi i jej rodzinie – rzekła, a po jej policzkach spływały łzy – Przepraszam cię, Konomi. Nie chciałam cię wydać, ale ona mnie zmusiła – Matthews ocierała łzy – Będę milczała i chętnie cię wysłucham, Konomi – zwróciła się do dziewczyny, a następnie podbiegła i przytuliła się do czarownicy. Po tym uścisku, Isabelle zerknęła na chłopaków – Dziękuję – wyszeptała – Czy macie jakieś chusteczki? Moje nadgarstki… - powiedziała spoglądając na ranne miejsca – Margo piła ze mnie krew. Miała ostre kły i straszne oczy – skomentowała
  4. Wszystkiego Najlepszego z okazji Świąt Wielkiej nocy.
  5. John Daglas Nie dość, ze spóźnili się na kolejne zajęcia to i następne nie były lepsze. Przez ostatnie wydarzenia trudno było się skupić na nauce. A tym czasem nauczyciele ich nie oszczędzali. Sprawdzian z pierwiastków chemicznych. John Nie przepadał za chemią. Jednak wzory, nazwy i przynależność do odpowiedniej grupy jakoś odnalazły się w głowie chłopaka. Przynajmniej w większości. Jeszcze gorzej było z Fizyką. Ta powitał ich niezapowiedzianym sprawdzianem. Sprawdzianem który wymagał precyzyjnych odpowiedzi. Na szczęście dla chłopaka zadane pytania w większości pokrywały się z tym co już wiedział od swojego ojca i nie miał problemu z opowiedzą. Drobny problem wystąpił przy pozostałych pytaniach. Chłopak wpisał więc to, co wydawało mu się za słuszne i z westchnieniem ulgi oddał kartkę. Po fizyce John wrzucił książki do szafki i nie zwlekając Pobiegł na umówione spotkanie. Po raz pierwszy zrywając się z zajęć.
  6. Prośba o wykorzystanie Łaski Klausa
  7. Racja, trochę jest w tym mojej winy. Za długo zwlekam z odpisem. Na przyszłość obiecuje poprawę.
  8. Mniejsze. Bo wystarczy spojrzeć ile rozgrywamy pierwszy dzień.
  9. Może być piątek.
  10. Najlepiej byłoby się spotkać jednego dnia i napisać razem. Znając jednak życie, trudno będzie umówić termin, który odpowiada wszystkim. Pozostaje więc pisanie doc-a w kawałkach.
  11. Tak tłumnie zebraliśmy się w jednym miejscu. Mają zapaść ważne decyzje. Może wspólny doc?
  12. "Ghost in the Shell" Właśnie wróciłem z seansu i muszę przyznać, że mimo wcześniejszych obaw jestem zadowolony. Film ma klimat oryginału i momentami niemal go kopiuje.
  13. Lili - 3 Fabienne - 3 Markus - 3
  14. John Daglas Powitanie Fabi skwitował wykrzywieniem który uchodził za uśmiech i pomrukiem uchodzącym za powitanie. Niby szli razem, jednak każdy z osobna rozważał w głowie to, co zaszło w klasie literatury. Przed gabinetem pielęgniarki spotkali jeszcze jedna osobę. Jego dobrą znajomą Abby. John uśmiechnął się lekko. -Nie ty jedna. Uśmiechnął się ponowie dotykając własnego nosa. Jednocześnie pod wpływem tego dotyku jego własny lis zaczął węszyć. Trudno było mu zaprzeczyć. Sprawa zaczynała robić się coraz dziwniejsza. I wszystko wskazuje na to, że do podobnych krwawień doszło w innych klasach. -Tylko tobie tak poleciało? Zapytał by zaspokoić lisią ciekawość. -Może to wszystko przemęczenie? Za bardzo nas cisną. Powiedział z uśmiechem przed wejściem do gabinetu. W środku z ledwością utrzymał lisa na wodzy, który wyraźnie się rozbrykał i miał ochotę pokazać się całemu światu. Po wypiciu mikstury wzmacniającej i wyjściu z gabinetu John uderzył się pięścią w pierś. -Czy ty nie przesadzasz? -Zapytał ledwo słyszalnym szeptem. -Najpierw cię nie ma przez kilka miesięcy a teraz chcesz wyskakiwać przed każdym. To trochę nieodpowiedzialne, nie uważasz? W szkolnej stołówce wybrał krokiety ze szpinakiem. Raz , że szpinak wzmocni po utracie krwi. Dwa, że o szkolnych pulpetach krążyły legendy i ich składu nikt nie potrafił podać. Z tacą wybrał się do oddalonego stolika, rodzeństwo już na nich czekało. Chłopak zabrał się do jedzenia w oczekiwaniu na pozostałych. Kiedy wszyscy zainteresowani się zebrali. Dziewczyna zabrała się za czary. Nie było to przyjemne. Chłopak warkną ostrzegawczo i instynktownie odskoczył. -Nie przesadzasz?- zapytał otrzepując się jak pies po wyjściu z wody. -Mogłaś uprzedzić, albo chociaż zapytać czy życzymy sobie takich atrakcji. I tak na poważnie. Naprawdę uważasz, ze ktoś zechce nas podsłuchiwać?
  15. Nie spóźnione. Dziękuje za życzenia.