Bazil

Primeval Creators
  • Ilość dodanej zawartości

    11822
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O Bazil

  • Ranga
    Lew Kanapowy
  • Urodziny 29.09.1986

Previous Fields

  • Systemy RPG D&D

Contact Methods

  • Website URL http://

Profile Information

  • Gender Male
  • Location Gilneas City

Ostatnie wizyty

9863 wyświetleń profilu
  1. Walther i Maarten przyglądali się swym rozmówcom z nieskrywanym zaciekawieniem. W przypadku kapitana można było powiedzieć również o sporej rezerwie i dozie ostrożności w jego spojrzeniu i postawie, zaś jego partner wręcz emanował spokojem. Tworzyli interesującą parę, w pewnym sensie przypominającą Aenghusa i Hatiego, choć oczywiście tamci dwaj byli braćmi, a Tromp i de With dzielili ze sobą łoże. - Dobrze słyszałem, że towarzyszy wam kura? – zapytał w końcu Maarten, zdradzając tym samym główny powód zainteresowania swego i partnera. – Doprawdy, to niezwykłe. Jak i w ogóle wasza obecność tutaj. Alira już opowiedziała nam co nieco, ale opowieść to jedno, a zobaczenie na własne oczy… Zaiste, niezwykłe – powtórzył. - I tak, ekhm… nie ma sprawy – odchrząknął kapitan Tromp. – Spełniliśmy nasz obowiązek. Teraz zaś zaczynamy Polowanie… cóż, jeśli dobrze pamiętam, musimy wyruszyć we wskazane przez Zwiastuna miejsce po informacje gdzie zacząć. A potem… wyprawa. Przygoda i chwała – specjalnie zaakcentował ostatnie słowa, kierując spojrzenie na Aenghusa. Uśmieszek na jego twarzy był nieprzypadkowy. Złotofutry loup milczał, naburmuszony, jakby wstydził się kolejnego wybuchu, choć niewątpliwie bardzo by chciał obrzucić Trompa inwektywami. - Rozumując czysto technicznie, nasi goście nie mogą wziąć udziału w Polowaniu – do rozmowy przyłączył się nowy głos, należący do siwobrodego krasnoludzkiego kapłana w powłóczystej szacie, z wysoką laską w ręku. – Przynajmniej nie jako frakcja. Nie pochodzą z Archipelagu i bogowie nie spojrzeliby na nich przychylnie, gdyby usiłowali naginać nasze obyczaje. Po prawdzie jednak, właśnie o tym rozmawiamy – skinął w stronę Blackthorna, który słuchał właśnie żywo tłumaczącego mu coś krasnoluda, któremu wejść w słowo próbowała dwójka wcześniej szepczących. – Rada thane’ów rozważa wystąpienie do was z prośbą o reprezentowanie Ulverden w Polowaniu. Choć z pewnością w naszych granicach znalazłoby się wielu śmiałków, którzy mogliby wystąpić w naszym imieniu, brakuje nam… pasji, odrobiny szaleństwa, nieszablonowego myślenia. Doszliśmy do sukcesów metodyczną pracą, natomiast Polowanie jest inne. Ono przyciąga niespokojne dusze. Bogowie to czują i tak kierują losem odpowiedzialnych za wybór, by był on jak najtrafniejszy. Twój wybór też nie był przypadkiem, kapitanie Tromp – zwrócił się do loupa. – Mundur może próbować cię w sztywne ramy ograniczeń, lecz nie jest w stanie zgasić ognia, który tli się wewnątrz – położył dłoń na szerokiej piersi Walthera i uśmiechnął się dobrotliwie, kierując spojrzenie na Aenghusa. – Pana też nie ominie przygoda, kapitanie de Ruyter. W końcu każda drużyna reprezentantów musi mieć swój okręt – zauważył. – Zaś boskie znaki wyraźnie wskazują, iż obecne Polowanie może być ważniejsze od dawnych. Kto wie, może nawet będzie ostatnim? – zastanawiał się.
  2. Rodney Halsey Cóż, jednak w tym przypadku druid miał rację. Maszkary zaatakowały gdy tylko zwietrzyły okazję. Przygotowany na ich reakcję Rodney posłał w kierunku pierwszego nadlatującego gargulca ognisty pocisk, po czym skupił się na przywołaniu bardziej niszczącej wersji żywiołu. Dzięki współpracy i umiejętnościom poradzili sobie z wrogiem w miarę sprawnie, wychodząc bez szwanku lub z niegroźnymi ranami. Nie bez znaczenia okazało się również naprawienie miecza przez Jareda, choćby prowizoryczne. Klinga doskonale poradziła sobie z kamieniem. - Ze mną wszystko w porządku - odpowiedział Orianie. - Wychodzi na to, że kłopot ze strażnikami mamy z głowy, przynajmniej tymi z zewnątrz. Póki co może lepiej dokończmy zwiad, by wyeliminować ewentualne zagrożenie dla badań. W wieży z pewnością może znaleźć się coś interesującego, ale skoro czekało tyle lat na odkrycie, może jeszcze chwilę zaczekać - podsumował.
  3. Bonus Action - jeśli złol gdzieś zwieje, to turlu-turlu-turlu kulką w Gargulca II (2k6, DC13 Dex na połowę obrażeń). W innym wypadku kula go po prostu będzie tam smażyć. Action - atak z Produce Flame na Gargulca II (+5+k4 / 1k8 fire) Move Action - chwilowo nic.
  4. Bonus Action - turlu-turlu-turlu kulką w Gargulca II (2k6, DC13 Dex na połowę obrażeń). Staram się ją ustawić tak, by zepchnąć go w stronę Jareda, jeśli będzie chciał się dalej odsuwać. Action - atak z Produce Flame na Gargulca II (+5+k4 / 1k8 fire) Move Action - chwilowo nic.
  5. - Świętą Kurę? A to dobre – parsknął Tenebral. – Ja nic nie wiem, a ty, bracie? Ciebie w sumie zamknęli nieco wyżej… - Nic nie mówią mi te nazwy – przyznał Penn’rhyn. – Cokolwiek stworzyło te rzeczy i miejsca, musiało nastąpić później niż nasze zamknięcie. Być może będziemy w stanie cokolwiek pomóc, kiedy znajdziecie się w ich pobliżu. Rozpoznać… nie sądzę, acz jeśli ich natura będzie znajoma, kto wie…? Nie mieli już wiele więcej do powiedzenia, pozostała więc ostateczna decyzja do podjęcia. Drużyna zdecydowała, że zabierze amulet ze sobą, natomiast pierwszą palącą sprawą było odnalezienie zagubionych górników. Tenebral najwyraźniej nie zamierzał kręcić – poprowadził ich z powrotem do „swojej” części labiryntu, dalej za komnatę z sadzawką. Jego moc pozwoliła im na dostrzeżenie ścieżki tam, gdzie wcześniej znajdowała się lita ściana. Niedługo później dotarli do komnaty, gdzie spało sześciu krasnoludów. Wyglądali trochę nędznie, lecz ich życiu bezpośrednio nic nie zagrażało. Nic, czego by nie można naprawić paroma solidnymi posiłkami i odpoczynkiem w prawdziwym łóżku. Przebudzeni, wydawali się być mocno skołowani, jednak wspomnienie o waszym mocodawcy i pierwotnym celu wywołało u nich zrozumienie i nawet swoistego rodzaju entuzjazm, by w końcu wyjść na powierzchnię. Droga i tak wiodła dokładnie w tym samym kierunku, co wcześniej, więc w końcu powróciliście do Penn’rhyna i jego azerów. Pozostała ostatnia kwestia – zaklęcie ducha ognia z powrotem w amulet. Przy tym jednak musieliście zdać się na samego zainteresowanego. Sam proces poszedł sprawnie i wkrótce oprócz ciemnopurpurowego kamienia w medalionie tkwił jeszcze jeden – jasnopomarańczowy. Do kompletu brakowało trzech. Penn’rhyn nakazał azerom wyprowadzenie was z powrotem do szybów wydrążonych przez krasnoludy. Zapowiedział, że przyjmą oni każdego posłańca z powierzchni, o ile nie zjawi się na dole ze złymi zamiarami. Kwestia tego należała już do miejscowych, w grę wchodziła polityka, w którą postanowiliście się nie mieszać. Przynajmniej na razie. Bądź co bądź, o ile do głosu nie dojdą tacy jak ten Brann Harbaron, wszystko powinno być w porządku. Zresztą nie zostawiliście tam na dole nic, co by mogło być groźne. Tak myśleliście. Umówiony sygnał zadziałał. Trzy krótkie, dwa wolne i klapa odcinająca drogę na górę otworzyła się, ukazując twarze pilnujących jej krasnoludów. Strażnicy czym prędzej pomogli wszystkim wejść na górę, ze szczególnym uwzględnieniem swych współbraci. Było wiele słów, także wiele nie skrywanej radości i podziękowań. Ktoś zaraz pobiegł po wodę i jakąś szybką przekąskę, którą mieliście okazję przegryźć w marszu, idąc tunelami dalej, wyżej, do windy. Już na górze wpadł na was James Crestfallen. Loup nie był sam – towarzyszyła mu wasza przewodniczka, Yennfreya. - Chłopcy wrócili! – zawołał na powitanie. Raczej nie o was mówił, a górnikach. – Nie wszyscy, niestety… ale cóż, drańskie życie… Co żeście tam napotkali? Stwora jakiegoś? Czy to gaz był? Albo coś dziwnego? - James – przerwała mu stanowczym tonem krasnoludka. – Później. Zresztą, ściemnia się, powinieneś wracać do domu – dodała z naciskiem, przypominając mu o klątwie. Loup miał już coś na końcu języka, ale nie pozwoliła mu dojść do słowa. Zwróciła się do was. - Wybaczcie, że w takim pośpiechu, ale dostałam pilne rozkazy. Potrzebują was w Ratuszu Miejskim. To ważne, bardzo – zaznaczyła. – Uprzedzając pytania – ja nic nie wiem, was też nie będę pytać o waszą wyprawę, po prostu wiecie – władza. Taaa jest! I do przodu. - Kiedy zrobiła się z ciebie taka służbistka? – zainteresował się James, patrząc na nią nieco spode łba. - Od czasu, kiedy zobaczyłam twój włochaty tyłek w kopalni – odcięła się krasnoludka. – Dobra, nie traćmy już czasu. Chodźmy – skinęła na was i odwróciła się, by was poprowadzić. Jakiś niewielki kamyczek oderwał się od podłoża i ze świstem przeciął powietrze, uderzając ją w tył głowy. Odwróciła się. - Pozer – mruknęła, patrząc na niewinnie stojącego pod ścianą loupa. Coldness Kills Najpierw był huk. Potem uderzenie. Następnie… zimno i ciemno. I mokro. Morska toń, nawet w czasie sztormu, nie oznaczałaby śmierci na miejscu, lecz stan, w jakim doń wpadła, nie pozwalał by sądzić, że wszystko skończy się dobrze. Wręcz przeciwnie, w głowie miała tylko szum, ciało jakoś nie chciało reagować na bodźce, a fale bardzo szybko przykryły ją, zapraszając do królestwa ryb i wraków. Co się stało tam na górze? Jakaś magia? Broń? Co działo się z innymi na pokładzie? Wciąż żyli, czy też ich wypchnęło…? Próbowała się ruszyć, wydostać na powierzchnię. Była jednak słaba, ogłuszona i ranna. Czarna kipiel zamykała się nad nią z ogromną szybkością. Zimno… Zimno… Zimno zabija… Bulgotanie… Słyszała jakieś bulgotanie. Wciąż było zimno. Czy to jakieś głosy? Kłócili się? Nie… Może to zaświaty? Była duchem? Nie tak wyobrażała sobie życie po śmierci. Powinna być wolna, biegać po równinach, latać jak ptak. Tymczasem nie mogła się ruszyć, a kiedy próbowała, coś wciąż ją powstrzymywało. I jeszcze ta głowa, taka ciężka… Spać, tylko spać. Światło było szare i dochodziło jakby z daleka. Głowa wciąż ciążyła, lecz przed oczyma zdawały się pojawiać jakieś kształty. I nie było już zimno… Ani mokro. Wydawało się jej, że leży gdzieś, zawinięta w jakieś suche ubrania. Gdzieś w pobliżu krążyły mewy, słyszała ich powrzaskiwania. Czyżby znów była na okręcie? A może na lądzie? Ale jakim cudem… Ktoś był w pobliżu. Słyszała jego kroki, ale nie potrafiła skupić się na sylwetce. Coś wciąż rozmazywało jej wzrok, a głowa… cóż, nie pomagała. Uszy jako tako łowiły dźwięki, ale poza ptakami i krzątaniem się nie słyszała już nic. Czy oby na pewno? Nie… jeszcze szum fal. Ostatnie, co zapamiętała, zanim osunęła się znów w miękki sen były słowa jakiejś piosenki, nuconej we wspólnym języku. Wilki śpiące pośród drzew… Kiedy znów się obudziła, ostatnio zapamiętane słowa wciąż kołatały się po jej głowie. Uczepiła się ich kurczowo i aż podskoczyła, kiedy zobaczyła nad sobą wilczy pysk. Czy twarz, gdyż należała ona do istoty niewątpliwie rozumnej, jak ona, wyglądającej właśnie jak wilk o ciele przypominającym człowieka. Wilkołak, jak mówili w jej stronach. Mężczyzna nazywał się Maarten de With, przynajmniej tak się przedstawił i jak szybko uzupełnił, był loupem. Tak nazywano jego rasę w tych stronach, jak się okazywało. Opowiedział jej, że znajduje się na pokładzie okrętu kaperskiego Wędrującej Armady – „Olyphanta” – pod dowództwem kapitana Walthera Trompa, zmierzającego właśnie z wieściami do stolicy krasnoludzkiego państwa Ulverden – Brannfjell. Na pytanie jak znalazła się na pokładzie okrętu Maarten powiedział tylko tyle, że została im dostarczona przez pewnego niesławnego łowcę potworów. Gdzie on ją znalazł, tego loup już nie wiedział. Wyjaśnił tylko, że była w dość kiepskim stanie, w dodatku odurzona pewnym środkiem, który zaburzał zmysły. To by po części wyjaśniało ciężką głowę i zamglony wzrok… Dalej przyszły kolejne pytania i odpowiedzi. Maarten był bardzo miły i cierpliwie wyjaśniał jej kolejne kwestie, na swój sposób przybliżając ją do świata, w którym się właśnie znalazła. Wkrótce dołączył również do nich wspomniany kapitan, który również okazał się być loupem, lecz w przeciwieństwie do nie rzucającego się w oczy Maartena, ten miał potężną sylwetkę i władcze spojrzenie budzące respekt. Był jednak dość młody i jak się okazało, wcale nie taki straszny, jak wydawało się na początku. Może trochę szorstki w obejściu, ale nie gryzł, jak się z początku obawiała. Nieco dłuższa obserwacja pozwoliła jej również stwierdzić, że obaj darzyli siebie wzajemnie uczuciem bliższym niż przyjaźń. Ciekawa obserwacja, tego w sumie się nie spodziewała. Niemniej, ciekawość to jedno, a prywatne sprawy dwójki nowo poznanych loupów to drugie. Na razie czekał ją dalszy wypoczynek i rejs do miasta. Walther co prawda patrzył na nią trochę dziwnie, ale… przyczynę tego poznała dopiero później, kiedy była już zdrowa i mogła wyjść na pokład. Otóż okazało się, że jej rasa, a przynajmniej jej tutejszy odpowiednik, blisko współpracowała z siłami, które były odpowiedzialne za obecny, dość nieciekawy stan królestwa loupów. Co prawda ci smokowcy mieli gorejące zielone ślepia bez źrenic, ale już same podobieństwo zewnętrzne sprawiło, że jej obecność na okręcie pełnym loupów stała się nagle mniej komfortowa. Na szczęście kapitan w mocnych słowach wyjaśnił załodze, czego od niej oczekuje i obyło się bez żadnych incydentów. Samo Brannfjell zaskoczyło ją swoją wielkością i obcymi cudami, jakie tam zobaczyła. Nie miała jednak okazji zapoznać się bardziej z okolicą, gdyż Walther uparł się, by dostarczyć ją prosto do ratusza wraz z informacją, nie zważając na późną porę, a co więcej, na miejscu okazało się, że… to nie wszystko. Budynek ratusza miejskiego prezentował się naprawdę okazale i to zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz. Choć zrobiło się już ciemno ze względu na późną porę, uliczne latarnie dawały tyle światła, iż dało się podziwiać krasnoludzką konstrukcję w całej okazałości. Yennfreya nie zamierzała jednak oprowadzać towarzystwa na zwiedzaniu, więc gdy wysiedli z wozów parowych, zaraz udali się do środka. Urzędy wprawdzie były już zamknięte, lecz krasnoludka okazała stosowne dokumenty i niezwłocznie ich wpuszczono. Co więcej, bardziej czujne oczy zauważyły sporą liczbę kręcących się w pobliżu żołnierzy krasnoludzkich. Nie wyglądali na miejską straż, raczej na regularne wojsko. To tylko spotęgowało zaciekawienie tym, co znajdowało się w środku. Yennfreya zaprowadziła ich wąskimi, acz długimi korytarzami na piętro, gdzie znajdowała się galeryjka, z której mieli całkiem dobry widok na mieszczącą się na parterze wielką halę przyjęć. Za dnia zapewne roiło się tam od petentów i urzędników, chcących załatwić wszystkie sprawy, jednak teraz brakło tam tego całego gwaru. Co nie znaczy, że nie działo się nic ciekawego. Na galeryjce znajdował się już lord Blackthorn. Mężczyzna dał wam znak, byście podeszli bliżej, jednocześnie kładąc palec na ustach. Żadnych rozmów. Tylko słuchanie i obserwowanie. A było na co patrzeć. Po obu stronach hali przyjęć w równym szyku klęczało kilkudziesięciu krasnoludzkich żołnierzy. Trochę przed waszym punktem obserwacyjnym stało siedmiu krasnoludów odzianych w odświętne szaty, z czego sześciu wyglądało bardziej na urzędników, a jeden na kapłana. Obok nich w pozycji zasadniczej znalazło się dwóch loupów w oficerskich mundurach oraz… Alira. Tak, oczy was nie myliły. Obok loupów stała cholerna Alira, której nie widzieliście od czasów bitwy z orczymi piratami. Całości zgromadzenia dopełniali jeszcze Aenghus i Hati, stojący po drugiej stronie krasnoludów. Hati wyglądał na spokojnego, natomiast jego brat wyraźnie łypał spode łba na jednego z umundurowanych pobratymców, tego wyższego i mocniej zbudowanego. Coś wyraźnie musiało mu w nim nie pasować, coś bardzo Aenghusowego, gdyż niemal zupełnie ignorował… to coś, na co patrzyli się wszyscy pozostali, przed czym klękało wojsko. Otóż właśnie na środku sali znajdowała się… właśnie nie do końca wiadomo co. Istota? Konstrukt? Bardziej to drugie, gdyż wyglądało nieco jak animowana magiczna zbroja, której fragmenty wiązały nie złączenia, a czysta moc. Bił od niej silny blask, przez co ci na dole z pewnością musieli mrużyć oczy. Z pewnością był to niezwykły przykład kunsztu magicznego rzemiosła, lecz zbroja posiadała pewną cechę, która przypomniała wam opowieści z poprzedniego wieczoru w gospodzie. Mianowicie, w zagłębieniu na jednym z ramion konstruktu zajęła miejsce… kura. Siedziała tam niemal nieruchomo, przekrzywiając tylko raz za razem łeb, kiedy spoglądała na wszystkich zgromadzonych. - Bogowie pragną ogłosić wam nowinę, drogie istoty – przemówiła w końcu zbroja. – Oto zbliża się czas Polowania na Róg. Niech wszelkie nacje Archipelagu wyznaczą swych wybrańców, którzy przybędą na Wyspę Zwiastunów, by rozpocząć świętą rywalizację o sławę i dobrobyt dla tych, których reprezentują. Wielkie Polowanie zaczyna się za trzy cykle od dziś, więc wybierajcie mądrze, jeśli chcecie, by chwała stała się waszym udziałem. Wolą bogów jest, by wszyscy reprezentanci zjawili się na czas i w swej łasce zadbają, byście mieli pomyślne wiatry. Nie przynieście im wstydu! – głos podniósł się, a chwilę później magiczną zbroję otoczyła aura mocy, która rozbłysła jaskrawym światłem, zamigotała i… znikła. Jak również i konstrukt wraz z dosiadającą go kurą. I wtedy zaczął się gwar. - Chodźmy na dół – skinął na was lord Blackthorn. – Coś czuję, że będzie dużo do omówienia. I rzeczywiście, gdy zeszliście na parter, dyskusje trwały w najlepsze. - Och, Tyberiusie, jesteś wreszcie! – jeden z krasnoludów, krępy rudobrody jegomość w żółtej urzędowej szacie z brylantowymi guzikami skinął na lorda i resztę. – Doprawdy, nie spodziewałem się, że ta chwila nadejdzie za naszego panowania. Najpierw wasze przybycie, teraz Polowanie. Ciekawe czasy… - Cóż, jest w naszych stronach takie powiedzenie o ciekawych czasach – uśmiechnął się z przekąsem Blackthorn. – Lecz ono nie zwiastuje raczej nic dobrego. Oby u was było inaczej, Ubbe. Niemniej, chyba to by się zgadzało, skoro widzę naszą Alirę całą i zdrową – spojrzał w stronę smoczycy, która wyglądała na nieco oszołomioną. - O, to raczej musiałbyś podziękować tym młodym oficerom – krasnolud kiwnął na dwójkę loupów. – Przywieźli twoją zgubę razem z wieściami o Polowaniu, chwilę przed Zwiastunem… Tymczasem Aenghus najwyraźniej już nie mógł wytrzymać w milczeniu. - Dlaczego akurat spośród wszystkich oficerów przysłali akurat ciebie? – warknął, podchodząc do wysokiego loupa. – Zwiastun doskonale wykonał swoją robotę, nie trzeba mu pomagać. Jednak Admiralicja zdecydowała, by wielki Walther Tromp przybył w chwale z wieściami dla sojusznika, co? - Och, zazdrościmy? – odparował kpiącym tonem oficer. – Sławny Aenghus de Ruyter nie może znieść, że komuś innemu przypadła w udziale misja ku chwale Naivaru? Wiesz, nasza marynarka posiada wielu utalentowanych oficerów, nie tylko jednego o ego nadmuchanym pod sufit… - Umiejętności mówią za siebie – wbił mu się w słowo Aenghus. – Nie królewska krew, jak w twoim przypadku. Och, tatuś szepnął słówko tu i ówdzie, by synek w końcu mógł ruszyć się z eskorty matecznika, co? A może nie chciał już na ciebie patrzeć i przypominać sobie, jak to jego jedyny syn zaprzepaścił mu szansę na przedłużenie rodu…? – spojrzał znacząco na towarzyszącego Waltherowi drugiego loupa, który do tej pory tylko przyglądał się wymianie zdań. Cokolwiek to znaczyło, wyraźnie trafiło we właściwy punkt, gdyż futro na karku Trompa nastroszyło się, a oczy zapłonęły gniewem. - Nie waż się… - już unosił pięść, gdy jego towarzysz chwycił go za ramię szybkim ruchem. - Uspokój się, Walther – powiedział stanowczo, po czym spojrzał na de Ruytera. – Aenghusie, naprawdę zamierzasz dalej drążyć ten temat? Wszyscy wiedzą, jak się z Waltherem uwielbiacie, ale tu nie ma żadnego drugiego dna. „Olyphant” był na miejscu, dostaliśmy misję i tyle z całej historii. - Zapomniałeś mu powiedzieć, że król wybrał nas do reprezentowania Naivaru w Polowaniu – dodał jadowitym tonem Tromp. Aenghus aż się zapowietrzył, co skwapliwie wykorzystał jego brat. - Cieszymy się z wami – dał mu solidnego kuksańca pod żebra. – A ja osobiście liczę, by wam się powiodło jak najlepiej. Cokolwiek stanie przed wybranymi. Blackthorn tymczasem zaczął rozmawiać z krasnoludami, które najwyraźniej chciały coś z nim omówić. Przynajmniej paru z nich, gdyż co najmniej dwóch przyglądało się temu z niesmakiem na twarzy i zaczęli szybko szeptać między sobą.
  6. - Tutaj moja moc jest większa – pierwszy odezwał się Tenebral. – Penn’rhyna też, dlatego obaj możemy przybrać widzialną formę. Poza tym miejscem medalion będzie nas ograniczał. Raczej będziemy mogli się komunikować, choć nie zapewnię, że zawsze i wszędzie – dodał. - Rozumiem, że macie swoje podejrzenia – powiedział Penn’rhyn. – Dla nas ten świat też będzie czymś obcym. Was również nie znamy, nie wiemy, w jaki sposób będziecie chcieli wykorzystać daną wam moc. Niemniej, dajemy wam szansę. A jeśli chodzi o nasze rodzeństwo… nikt nie wie, gdzie oni się znajdują. Jeśli znajdziemy się w pobliżu, będziemy w stanie wyczuć ich moc. Tylko tyle mogę zapewnić. - A skoro jesteście tacy ciekawi, to do kompletu brakuje nam Wody, Powietrza i Ziemi – wtrącił Tenebral.
  7. Action - Flaming Sphere za Gargulcem II Move Action - chwilowo nic. Bonus Action - turlu-turlu-turlu kulką w Gargulca II (2k6, DC13 Dex na połowę obrażeń). Kulka daje światło i podpala wszystko na drodze, co łatwopalne. I trwa sobie dalej, bo się na niej koncentruję.
  8. - Świetnie – podsumował jednym słowem Tenebral. – Działajcie więc – mówiąc to, dym utracił swe kształty i zaczął rozwiewać się po komnacie i cofać w stronę sadzawki, pozostawiając lewitujący w powietrzu medalion. Przedmiot leniwie podążył w stronę Larson, dając do zrozumienia, iż właśnie ona powinna go przejąć. Chcąc, nie chcąc, czarodziejka zabrała go i schowała. W końcu ona ostatecznie zgodziła się zabrać go ze sobą, więc odpowiedzialność spadała na nią. Towarzysze wrócili po swoich śladach i z pewnym zaskoczeniem zauważyli, iż ich wcześniejszy przewodnik wciąż na nich czekał. Azer stał tam niewzruszenie, oparty o ścianę, wypatrując kogokolwiek. Gdy wyszli zza załomu korytarza, poruszył się i spojrzał w ich kierunku, choć nic nie powiedział. Po prostu bez słowa poprowadził ich już znaną drogą, z powrotem do komnaty, w której ostatnio widzieli tutejszego strażnika z ognia. Penn’rhyn, bo w końcu poznali już jego imię, już na nich czekał. Jego jaśniejąca postać płonęła intensywnie w kręgu przywołań komnaty, otoczona przez uzbrojonych azerów. Jak zdołaliście się szybko przekonać, było ich znacznie więcej, niż wcześniej - dwudziestu, może nawet jeszcze kilku. Wyglądali na spokojnych i niewzruszonych jak skała, choć niewątpliwie pozostawali w gotowości do walki, gdyby wydarzyło się coś nieprzewidzianego. - Medalion – trzaskający głos Penn’rhyna rozbrzmiał w komnacie. – Wyczuwam, że macie go ze sobą. Zatem strażnik nie żyje. - Zgadza się, bracie – głęboki głos Tenebrala ponownie zagościł w waszych głowach. Azerowie nawet się nie poruszyli, jakby go nie słyszeli. Albo po prostu… nie zrobił na nich wrażenia. – Twoi wysłannicy uwolnili mnie od jego obecności. Całkiem sprytny plan, jak na ciebie. Zabrać mnie z czeluści mojej domeny pod swoje skrzydła, gdzie możesz mieć nade mną kontrolę. Najstarszy brat, pełen żądzy dominacji. Jak za starych, dobrych czasów – jego ton, choć nadal spokojny, zabrzmiał nieco złośliwie. Po płomieniu nie było jednak widać, by się zmieszał, czy odczuł cokolwiek innego. On po prostu trwał. - Osłabiłeś pieczęć medalionu – stwierdził ognisty. – Wykorzystałeś strażnika, by użył twojej mocy do zmanipulowania górników… - O nie – odparł Tenebral. – Wiesz, że nie mogę tego zrobić w tym stanie. On użył swojej mocy, ja ją tylko… ulepszyłem. - Liczy się efekt – odrzekł niewzruszenie Penn’rhyn. – Do tego napadłeś na moich podopiecznych… - … by się bronić i zwrócić twoją uwagę – przerwał mu brat. – Och, nie musisz się kryć ze swoimi intencjami. Ja przynajmniej byłem szczery z tymi młodymi istotami, które za mną wysłałeś. Też chcesz się stąd wyrwać równie bardzo jak ja. To, że nasi dawni przyjaciele mnie przyspawali na dobre do medalionu, a ciebie uczynili panem tego miejsca, nie znaczy, że darzyli cię jakąś wielką miłością i szacunkiem. Jesteś w tym samym pieprzonym więzieniu, co ja – Tenebral najwyraźniej zdenerwował się wspomnieniem przeszłości. – I podobnie jak ja, chętnie byś się stąd wyrwał. Ci, którymi się rzekomo opiekujesz, dadzą sobie radę bez ciebie. Nie powiesz mi, że nie zamierzałeś poprosić tych młodych, by zabrali cię stąd jak będą opuszczać to miejsce? Zapadła chwila milczenia, którą przerwał w końcu Penn’rhyn, najwyraźniej nieco zbity z tropu. - Istotnie – przyznał. – Moja obecność nie jest tu konieczna. Azerowie cieszą się z mojej opieki, ale jej nie potrzebują. Istoty z powierzchni dokopały się do tych tuneli i ciężko uwierzyć, by zrezygnowały z dalszej eksploracji. Na początku próbowałem je odstraszyć, lecz gdy wtrąciłeś się ty, ze swymi manipulacjami… zrozumiałem, że to szansa, by znów wróciła namiastka dawnego życia. I jak doskonale wiesz, potrzebowałem medalionu. Wybaczcie, młode istoty, że nie wyjawiłem wam całej prawdy – po raz pierwszy od przywitania zwrócił się do was. – Tenebral i ja jesteśmy związani z tym amuletem, podobnie jak pozostała trójka naszego rodzeństwa, których dusze zaklęte w klejnotach medalionu ukryto w innych miejscach. Niegdyś każde z nas władało biegle jednym Aspektem naszej magii. Okoliczności… zmusiły nas do poświęcenia doczesnego życia w celu walki z potężną istotą, renegackim czarodziejem naszej rasy, który wypowiedział wojnę swym pobratymcom. Potem zaś, gdy już spełniliśmy swój cel, a moc medalionu była niemal na wyczerpaniu, pracowano nad tym, by istoty, które nie miały predyspozycji do używania naszej magii, mogły w pewien sposób korzystać z jej dobrodziejstw. Każde z nas, każda dusza obecna w tym amulecie, może na raz użyczyć swej mocy jednej istocie. Komu, zapytacie? Zaś temu, którego wskaże osoba, która w danej chwili amulet nosi. Moce zaś, związane z naszymi Aspektami, są bardzo różne, aczkolwiek w dużej mierze związane z wojną, jako że do tego celu medalion został stworzony. Im więcej klejnotów dusz w amulecie, tym moce będą potężniejsze. Im silniejsze są dusze tych, którzy z mocy korzystają, tym silniejsze będą i one same. Znając Tenebrala, już wam o tym powiedział. - Nie do końca, acz ogół był na rzeczy – wtrącił się drugi głos. – Zgodzili się, by zabrać mnie do ciebie. Chcą, bym uwolnił pozostałych przy życiu górników od swojego wpływu. Z radością to uczynię, jeśli będę mógł stąd odejść. Z tobą, bracie, jak mniemam. - Nie dopuszczam innej możliwości – odparł Penn’rhyn. – Młode istoty, usłyszałyście całą prawdę. Jesteśmy gotowi opuścić to miejsce i ofiarować wam naszą moc poprzez medalion. Po zaklęciu naszych dusz z powrotem w klejnoty i naprawieniu przeze mnie pieczęci, które osłabił mój brat, nie będziecie musieli się obawiać, że którekolwiek z nas opanuje wasze umysły. Kiedy stąd wyjdziemy, nasza możliwość manifestacji zaniknie zupełnie i pozostaniemy w mocy tego amuletu, lecz będziemy w stanie odczuwać świat zewnętrzny za pomocą tego, który go nosi. Tego właśnie chcemy – zaznaczył. – Tenebral uwolni górników, ja zaś przekażę azerom, iż powierzchniowcy nie są dla nich zagrożeniem i przy odrobinie chęci współpracy z ich strony mogą nawiązać z nimi przyjazne stosunki. Czy taki układ wam odpowiada? – zapytał.
  9. Rodney Halsey - Prędzej, czy później i tak nam przyjdzie z nimi walczyć, gdyż pewnie będziemy chcieli dostać się do wieży. Jak dla mnie, możemy zająć się nimi już teraz - zawyrokował druid. - Choć... jeśli ten miecz rzeczywiście jest adamantytowy, być może nadałby się do walki z nimi. Słyszałem, że ten metal dobrze radzi sobie z rozłupywaniem twardych rzeczy. Potwory może rzeczami nie są, ale ich skóra jest tak jakby z kamienia. Być może gdyby dorobić jakąś prowizoryczną rękojeść, owinąć liną, z pomocą drobnego zaklęcia naprawiającego... może się udać - stwierdził, spoglądając wymownie na Jareda. - Zawsze to szansa, że bardziej je zaboli, a w przeciwnym wypadku masz swoją broń. Jeśli zaś zostawimy je w spokoju, będziemy musieli je ciągle obserwować, by nie wywinęły nam jakiegoś numeru z zaskoczenia.
  10. - Souldrake… - głos Tenebrala zdradzał zamyślenie. – Kiedyś słyszałem to imię… ale nie pamiętam gdzie. Zresztą, to nie jest istotne – stwierdził, wracając do rzeczywistości. – Powiadacie, że brat mi nie ufa? Cóż, miewaliśmy różnice zdań w przeszłości, ale to, czy się dogadamy, nie powinno was martwić. A co do naszego wzajemnego zaufania… to potrwa. Mówicie, że więzienie oznacza zasłużone uwięzienie. Ciekawe, bardzo ciekawe… i uproszczone. Mało wiecie o świecie i moich pobratymcach. Oni lubili wiele ukrywać, zwłaszcza przed Exodusem. Eksperymenty, broń, ciekawostki… Ja to nazywam więzieniem, bo wolałbym być gdzie indziej. Na zewnątrz, widzieć świat nieograniczony ścianami podziemnych budowli. Myślicie, że mając taką szansę, zamierzam nadużywać waszego zaufania tam, na górze? Pomyślcie o tym – dodał, błyskając oczyma. – Zresztą, jeśli będę tam przywiązany do amuletu, moje możliwości manifestacji będą znacznie ograniczone. Tu, na dole, moja moc jest większa, gdyż wspiera ją sam ten budynek. Zbudowany, jakże by inaczej, dla nas. Mistrzów Aspektów magii, którzy zdecydowali się, bądź zostali „zachęceni” przez władze do wzięcia udziału w operacji, dzięki której miała powstać broń zdolna przeciwstawić się największemu zagrożeniu dla naszej rasy w przeszłości – renegatowi Shibbolethowi Ilmarionowi. Także widzisz, brodaty kompanie, zrobiono z nas broń dla szlachetnego celu. Skuteczną, na szczęście, choć w tej chwili z zaledwie ułamkiem swej dawnej potęgi. Aczkolwiek renegat został rozszczepiony, więc tyle dobrego – przynajmniej byliśmy skuteczni – dym zawirował. – Zaś co do Exodusu… czy to coś złego? Myślę, że nie. Moi pobratymcy po prostu wrócili do macierzystego świata. Dlaczego? Nie wiem. Widocznie mieli poważny powód. Może dlatego, że osiągnęli wszystko, co mogli? Chcieli pozostawić ten świat dla młodszych ras? – zastanawiał się. – Moglibyśmy rozmyślać o tym latami, a do niczego byśmy nie doszli. Na razie rozwiążmy więc kwestię zaufania. Ja mogę was zapewnić, że jeśli mnie stąd zabierzecie, to gwarantuję wam, że w żadnej mierze nie wystąpię przeciwko wam. Niemniej wiem, że wam zależy głównie na tych górnikach. Nie użyję więc swojego głównego atutu jako zwykłego zapewnienia. Już wiele wam zdradziłem i wiele obiecałem. Czas, byśmy spotkali się z Penn’rhynem. – podsumował stanowczo.
  11. Rodney Halsey - Jeśli tu są, z pewnością czegoś pilnują - mruknął Rodney do towarzyszy na wspomnienie gargulców. - Ktoś musiał mieć powód, by je tu pozostawić. Nie wiem o nich za wiele, z opowieści wynika, że są dość odporne i paskudne, lubują się w zadawaniu bólu. Cóż, mogliśmy się tego spodziewać - dodał, przygotowując się do starcia. Potwory na razie tkwiły w bezruchu, ale druid nie spodziewał się, by miało to potrwać dużo dłużej. - Możemy iść dalej, ale obstawiam, że zaraz się nami zainteresują - odpowiedział Jaredowi. Czy gargulce były odpowiedzialne za te trupy wokół? Trudno powiedzieć. Czas nie miał dla nich znaczenia, dla ludzi wręcz przeciwnie. Niemniej, cokolwiek interesującego się tu znajdowało, z pewnością było w tej wieży.
  12. Odpowiedzią na pytanie Aramila był zduszony, krótki śmiech. Chmury tworzące ciało Tenebrala zawirowały leniwie. - Nie, nie, nie, nie, nie. Zupełnie nie zrozumiałeś - oczy istoty błysnęły złowrogo. - Gesty dobrej woli z mojej strony właśnie się skończyły. Teraz czas na was. Zabierzecie mnie do brata, dogadamy się w sprawie opuszczenia podziemi i wtedy wskażę wam drogę do górników. W końcu zależy wam na ich uwolnieniu, nieprawdaż?
  13. Tenebral milczał, pozwalając każdemu powiedzieć cokolwiek, zadać pytania. Chmury dymu tworzące jego sylwetkę kotłowały się leniwie, lecz świetliste punkty oznaczające oczy błyszczały jasno i pewnie, wpatrując się z zaciekawieniem w przybyszy. - Mało wiecie, a wiele was interesuje – odezwał się w końcu. – Ci górnicy, o których mówicie, nie są z domeny mego brata. Penn’rhyn opera swą moc na Aspekcie Ognia, a jego sługi stworzono z płomienia i skały. Nie, oni pochodzą z zewnętrza, jak wy – stwierdzenie było raczej oczywiste, lecz istota najwyraźniej się nie przejmowała, dalej myśląc na głos. – Nic dziwnego, że interesuje was ich los. Cóż… być może się dogadamy – dymna postać skinęła głową. – Jako gest dobrej woli, opowiem wam parę słów o tym amulecie. Jak już zauważyliście, czegoś w nim brakuje. Czterech kamieni – czworga mojego rodzeństwa. Piątki utalentowanych czarodziejów z rasy starszej, niż się wam wydaje, z których każde wyspecjalizowało się we władaniu jednym Aspektem magii. Ja jestem tutaj, mój brat również. Pozostała trójka… cóż, zapewne też gdzieś są, gdyż żadne z nas nie opuściło tego świata podczas Wielkiego Exodusu. Chętnie znów bym się z nimi spotkał. Zobaczył świat, co się zmieniło przez te wszystkie lata spędzone w zamknięciu. Co prowadzi nas do wspomnianych wcześniej negocjacji – oczy Tenebrala zalśniły jasno. – Mój brat pozostał w tym więzieniu razem ze mną, gdyż obawiał się, że zniszczę umysły maluczkich, próbujące się ze mną układać. Prawda jest taka, że po wiekach w samotności przestało mi zależeć na tym, co przeszłe. Chcę opuścić to miejsce. Penn’rhyn się na to nie zgodzi, ale jeśli przekonacie go, żeby również je opuścił, wszyscy na tym zyskają. Ja będę miał towarzysza, on będzie mógł dalej mnie pilnować, a wy będziecie mieli potężniejszy amulet – dym zawirował. – Och tak, ten medalion zadziała i na was, nie obdarzonych naszą krwią. Nie wyczuwam jej w żadnym z was, inaczej jak w tych krasnoludach. Wiem, że jesteście z dalszych ziem. Ale to nie problem, nie problem… Jeśli zgodzicie się na moje warunki, wskażę wam drogę do ocalałych górników. Ostatnie zdanie zawisło w powietrzu w oczekiwaniu na odpowiedź. Chwilę później usłyszeliście jeszcze ciche mruknięcie. - „Pradawny”, hmm… interesujące określenie.
  14. Rodney Halsey Mgła rzeczywiście zmieniała wszystko. Druid niby był przyzwyczajony do poruszania się po podmokłych terenach leśnych, gdzie rankami, wieczorami, a i czasem w ciągu dnia również świat spowijała mleczna poświata... tyle że nigdy nie czuł się w niej tak niepewnie, jak teraz. Stąpanie owszem, w obu przypadkach mogło być zdradliwe, ale Rodney nigdy nie wpadł wcześniej w taką mgłę, która by znacząco utrudniała mu widzenie. No i ten dźwięk, to chyba było najgorsze. Chwilami wręcz korciło go, by przemienić się w wilka i spróbować ogarnąć okolicę innymi zmysłami, lecz w tej formie byłby nieprzydatny dla swojej pracodawczyni, więc postanowił powstrzymać swe chęci. Dalej robił swoje i choć czuł się nieswojo, brał się w garść i podążał wraz z resztą naprzód. I tak do wieczora. Praca okazała się na tyle wyczerpująca, iż druid nie miał już za bardzo ochoty na cokolwiek poza snem. Gorzałka musiała poczekać. Warty wprawdzie nie, ale cóż, nie narzekał. I tak lepiej siedzieć w środku nocy przy ogniu i mając towarzystwo, niż przebijać się przez mleczną poświatę, która oszukiwała zmysły. To drugie zaś czekało ich następnego dnia. Na szczęście, mimo wstępnych zapowiedzi, udało im się dotrzeć do wewnętrznego krańca mgły, który ujawnił skryte wewnątrz ruiny. Poszarpane krawędzie skruszonych smętnych resztek murów obudziły w Rodneyu chęć do refleksji. Kim byli ci, którzy wybudowali to miejsce? Co tu się znajdowało? Dlaczego wszystko otaczała mgła? Być może odpowiedzi właśnie znajdowały się gdzieś przed nimi? Naturalnie, wyćwiczona ostrożność była już na miejscu, hamując jego chęć do szybkiego przeczesania okolicy, jednak gdzieś tam również tlił się dreszczyk emocji. Wchodzili przecież na zapomniany, zupełnie nieznany teren, miejsce o bogatej historii - myślał sobie. Tymczasem padły pierwsze polecenia. Szykował się zwiad. - Proponuję obejść najpierw wszystko wzdłuż tych murów - zwrócił się do towarzyszy. - Da nam to ogólny pogląd, jak duże jest to miejsce, a to, co zobaczymy w środku - okazję do podjęcia decyzji, gdzie iść dalej. Jeśli macie na podorędziu możliwość wykrywania magii, może się przydać - zwrócił się do Merveil i Oriany. - Nie spodziewałbym się raczej pułapek wokół murów, w końcu to miejsce musiało nieść ze sobą jakiś użytek, ale kto wie - potarł dłonią brodę, po czym przeczesał włosy palcami, rozglądając się po murach uważnie. Wyglądał na gotowego do działania.
  15. Po akcji Aramila z medalionem napięcie w drużynie znacznie wzrosło. Obserwator leżał już martwy na ziemi, ale mimo tego wciąż mogło jeszcze dojść do rozlewu krwi. Choć… może jednak nie. Skończyło się na słowach, zwłaszcza że jeszcze do nie dawna balansująca na krawędzi życia i śmierci Larson wytłumaczyła Jorusowi dręczący go problem i starała się załagodzić sytuację. Aramil zaś niemal zapomniał o amulecie, który wepchnął sobie do kieszeni w momencie, gdy sięgał po łuk. Przypomniał sobie rychło w czas, kiedy wisiorek nagle tylko znanym sobie sposobem wypadł mu na ziemię. Zamachnął się, by chwycić go w powietrzu, jednak jego dłoń odepchnęła jakaś niewidzialna moc. Amulet poszorował po podłodze i nagle uniósł się mniej więcej na wysokość oczu człowieka i tak też zawisł przed zaskoczoną drużyną. - Nareszcie – rozległ się znów ten sam głęboki głos, tym razem znacznie bardziej spokojny. – Koniec tego paplania. Teraz możemy sobie ponegocjować w spokoju – z umieszczonej na środku komnaty sadzawki nagle zaczął wydobywać się ciemnoniebieski dym, spowijając podłogę. Jego kłęby zbliżyły się do wejścia, w którym stali towarzysze i uniosły się w górę, formując humanoidalny kształt wokół amuletu. Nie do końca ostry, lecz ogólnie rzecz ujmując, zarysy „postaci”, którą stworzył dym, w dużym uproszczeniu przypominały… sylwetkę Shibboletha. - Jam jest Tenebral, mistrz Aspektu Duszy – oznajmiła postać potężnym głosem, którego echo zdawało się rezonować w waszych umysłach. W miejscu, gdzie w dymnej głowie powinny być oczy, zapaliły się dwa intensywne, błędne ognie o bladoniebieskim, wpadającym w biel kolorze. – Kimże jesteście, młode istoty? Jaki jest wasz cel? Czy przysłał was mój brat, byście mogli wreszcie zabrać mnie stąd i przywrócić światu? – dopytywał, zaś jego ton okraszony był coraz mocniejszą emfazą, wręcz wwiercając się w umysł tak, że mimowolnie chcieliście słuchać, co ma do powiedzenia. Jednocześnie uspokajał was, pozwalając zapomnieć o tak niedawnej złości na siebie wzajemnie. Przy okazji, mogliście się lepiej przyjrzeć amuletowi, spoczywającemu teraz na „piersi” dymnej postaci. Miał on kształt okrągłego, metalowego medalionu, zbudowanego z substancji której nie mieliście okazji poznać. Metal ten miał ciemnoszarą barwę, przecinaną jaśniejszymi żyłkami, wijącymi się niczym chaotyczny wzór. W medalion zatopiono klejnot koloru ciemnej purpury, stanowiący zwieńczenie pentagramu, na który składał się właśnie on oraz cztery puste otwory podobnej wielkości. Klejnot jarzył się słabym blaskiem, jakby coś w jego środku żyło. Wzory wiły się wokół pięciokąta, a dokładniejsze oględziny pozwoliłyby na odkrycie, że ich twór nie jest przypadkowy. Tworzyły jakieś frazy składające się ze znaków, których żadne z was nie znało.