Witaj na Strefie Forumowych RPG!

Witaj na Strefie Forumowych RPG!
To miejsce, w którym zagrasz w RPG prowadzone na forum (PBF), zanurzysz się w niezwykłych przygodach i porozmawiasz z ludźmi, którzy mają podobne zainteresowania jak Ty! Wystarczy się zarejestrować, by stać się członkiem naszej społeczności. Spokojnie, to prosta rzecz i będzie wymagać od Ciebie podania niewielu informacji.
Dzięki rejestracji będziesz mógł:

  •  Zaczynać nowe tematy i dodawać odpowiedzi do już istniejących.
  •  Otrzymywać powiadomienia o nowych treściach.
  •  Wysyłać prywatne wiadomości do innych użytkowników.
  •  Założyć bloga, pisać artykuły, dodawać pliki i obrazy do galerii.

Dołącz do nas!


Bazil

Primeval Creators
  • Ilość dodanej zawartości

    11708
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O Bazil

  • Ranga
    Lew Kanapowy
  • Urodziny 29.09.1986

Previous Fields

  • Systemy RPG D&D

Contact Methods

  • Website URL http://

Profile Information

  • Gender Male
  • Location Gilneas City

Ostatnie wizyty

5844 wyświetleń profilu
  1. Rodney Halsey Ciekawie wyglądała ta rezydencja od wewnątrz, gdy opuścili już przestrzeń, jak to często magowie określali, "roboczą". Rodneyowi nieco skojarzyła się z jego dawnym domem, ale po bliższym przyjrzeniu się szczegółom zmienił jednak zdanie. Nie było tu agresywnego przepychu, ani podkreślania wagi własnego nazwiska, a jedynie przytulny, rodzinny kąt. Obraz i książki mówiły same za siebie. Zaś sam gospodarz chyba dobrze ich przyjął, skoro właściwie od razu zaproponował im dodatkową robotę. Tak po prostu, czy jako część okresu próbnego? - Udajemy się do Mglistej Dziury, która jest trzy dni drogi stąd - druid przywołał z pamięci informacje, jakie im przekazano. - A stawić się mamy najpóźniej na drugi dekadzień miesiąca, więc wychodzi na to... że spokojnie zdążymy. Ja mam już pewne doświadczenie w oczyszczaniu głębokich szczelin, więc chętnie podejmę się zadania. Tylko rzeczywiście dobrze byłoby wiedzieć, co to za podziemia i czego ewentualnie możemy się spodziewać - podsumował.
  2. Rodney Halsey - No to wychodzi na to, że w dziczy raczej z głodu nie umrzemy - podsumował wesoło druid, gdy większość z ekipy zadeklarowała uzdolnienia w sztuce przetrwania. - A skoro już jesteśmy przy umieraniu, to ja, podobnie jak Merveil, wolałbym tego uniknąć. Już raz było blisko, chwilowo tak jakby... mam dość wrażeń związanych ze śmiercią - dodał, nie tracąc lekkości tonu. - Ale w razie czego możesz mnie zakopać pod drzewem w lesie - zwrócił się do Oriany. - Byle blisko natury. Ale wracając do spraw żywych... jak pierwsze wrażenie? Amelia jest nieco, ekhem, sztywna, ale ktoś musi mieć wszystko dobrze poukładane. A reszta? Wydają się mili, rzeczywiście zachowują się jak rodzina. Znaczy, tak jakbym sobie wyobrażał normalną rodzinę - westchnął. - Dobrze byłoby tu zostać.
  3. Larson wysyła ku przeciwnikowi trzy płonące promienie. Dwa trafiły! 17 obrażeń. Kapitan orków podbiega do Jorusa i wściekle atakuje toporem. Ciach i ciach! Dwa solidne trafienia - 14 obrażeń. Aramil osłania Larson, ale nikt jej nie atakuje, więc... w sumie nic nie robi. Jorus potężnie siecze toporem... i trafia! 16 obrażeń! Arlen turla piłeczką po wrogim pokładzie. Parę orków oberwało - jeden mocniej, reszta tak sobie. Ale jest chaos i radość. Walczymy dalej. Kapitan solidnie oberwał, ale raczej mu to nie przeszkodzi w dalszym rozdawaniu orczej miłości na prawo i lewo. @Rafal3920 - proszę o podawanie DC rzutów obronnych na zaklęcie w spoilerze, jeśli zaklęcie wymaga rzutu. @Therek - brak danych w spoilerze. Specjalnie o to proszę, bo mi to znacznie ułatwia prowadzenie walki, a dla Was to nie jest wielki deal, bo wystarczy raz zrobić porządnie a potem metodą Copy'ego i Paste'a uzupełniać w kolejnych postach, ewentualnie modyfikując jeśli sytuacja wymaga. Bierzcie przykład z Jediego, on to pisze tak, że nie muszę w ogóle zaglądać potem do karty czy podręcznika - wszystko jest na tacy. A i sugeruję skupić się na przeciwniku - on nie jest ułomkiem.
  4. Spoko, mnie upały też męczą i spowalniają mózg. Ale dobrze, że wspomniałaś o Defendersach, wydłuży mi się lista seriali na Netflixie.
  5. Walka z kapitanem orków Inicjatywa: Larson: 17 Kapitan: 16 Aramil: 14 Jorus: 7 Arlen: 3 Dla uproszczenia uznajmy, że wszyscy zdrowi, z wyłączeniem Aramila, który oberwał w salwie z pokładu za 5 obrażeń. Naturalnie zasady z informacjami w spoilerze jak w pierwszym poście opisałem.
  6. Pokład „Svernegga” Okręt, który zbliżał się do burty „Indefatigable”, z bliska wcale nie wyglądał okazale. Już wcześniej było wiadomo, że jest zdecydowanie mniejszy, a im bliżej się znajdował, tym bardziej ta różnica zdawała się pogłębiać. Prawdą było bowiem, iż nie zbudowano go w celu odkrywania nowych lądów, przez co nie potrzebował wielkiej ładowni i licznej załogi. Na jego pokładzie za to zgromadziła się grupa żądnych krwi orków, których spojrzenia skierowane były wprost na okaleczony kadłub okrętu przeciwnika. Tracąc główny maszt, nie mógł sprawnie manewrować i uciekać, co czyniło z niego łatwą ofiarę. Najwyraźniej tam, skąd pochodził, nie uzbrajano okrętów w broń, którą przewozili orkowie, więc nie spodziewali się nagłej, niszczącej odpowiedzi. Na pokładzie musiało też brakować osobników władających siłami natury, gdyż zapewne do tej pory zdążyliby odpowiedzieć. Tak więc… mogliby go zatopić w miarę bezproblemowo, ale nie o to w tym chodziło. Liczył się łup. Tak właśnie myślał kapitan orczej eskadry, obserwując powiększający się w oczach kadłub okrętu przeciwnika. Parę chwil temu łudził się jeszcze, że mają więcej czasu, by rozstrzygnąć wszystko po swojej myśli. Meldunek obserwatora jednak rozwiał wszelkie wątpliwości – zbliżały się krasnoludy. Tylko dwa okręty, lecz kapitan spotykał już ich w przeszłości nie raz, by nauczyć się, że nie wolno ich lekceważyć. Ich jednostki były znacznie bardziej zaawansowane technicznie przez szeroki dostęp do potrzebnych zasobów, a w dodatku mogły mieć na pokładzie te cholerne loupy. Ork zacisnął z wściekłości zęby. Sojusz Wędrującej Armady z Ulverden był mu prawdziwą solą w oku. Nie dość, że zmusili go i jemu podobnych do zmiany rewirów operacyjnych, to jeszcze spychali ich coraz dalej, gdy Ulverden zaczęło kolonizować dalsze wyspy w archipelagu. Wiedźma naturalnie nie ostrzegła ich przed obecnością Marynarki w okolicy. Łatwy łup, powiedziała. Cóż, niech rozstrzygną wojownicy! Pokład „Indefatigable” Przeciwnik zbliżał się nieubłaganie, a wśród załogi wywołany wcześniej chaos powoli ustępował determinacji. Obsadzone przez marynarzy balisty w końcu wystrzeliły w stronę pokładu przeciwnego okrętu. W szkwale nikt się nie przejmował pociskami zapalającymi, a uszkodzenia żagli nie miały teraz znaczenia. Należało poczynić jak największe szkody we wrogiej załodze. Gdy zbliżyli się jeszcze bardziej, w ruch poszły strzały, oszczepy i zaklęcia. Larson przypaliła akurat jednego, który rzucił się na ich pokład na linie. Ork upadł na deski, wrzeszcząc, gdzie szybko został dobity. Jorus ciskał oszczepami w ciżbę, mając nadzieję na jakieś trafienia. Aramil był gotów do rzucenia zaklęcia snu, gdy tylko przeciwnicy znajdą się bliżej. Arlen jeszcze biegała wśród rannych, których za chwilę miało przybyć, bowiem gdy wrogi okręt zbliżył się już na całkiem niedaleką odległość, z jego pokładu rozległa się palba. Huk, dym i deszcz mniejszych pocisków zasypujący znajdujących się na pokładzie marynarzy. Rozległy się jęki rannych, kilka osób padło na deski. Spośród naszych towarzyszy jedynie Aramil oberwał lekkie draśnięcie. Po tym nie było już następnej salwy, jedynie okrzyki, szczęk broni ręcznej i więcej krwi. Pokład UNS „Ulvhard” Kapitan Bjorn Grattskjegg Gunnarson obserwował bitwę z mostka swego okrętu przez lunetę. Ktokolwiek stawiał czoła orkom, nie wychodził na tym najlepiej. Cztery okręty, wszystkie obecnie w walce bezpośredniej z przeciwnikiem, z czego jeden wyraźnie nabierał wody. Raczej bez szans na przetrwanie. W innym brakowało masztu – ten nie ucieknie. Krasnolud dostał też meldunek o piątym okręcie orków, trzymającym się na uboczu. Ten był najbliżej ich samych, lecz choć „Ulvhard” i „Sverd” płynęły z największą możliwą do rozwinięcia prędkością, tamten wciąż mógł im się wymknąć. Chyba, że podejdą wystarczająco blisko, by Margaret była w stanie odpowiednio zmanipulować wiatr, albo… - Sven, gdzie jest Raleigh? – zapytał pierwszego, który chwilowo z braku nowych rozkazów znajdował się również na mostku. - W kotłowni – odpowiedział Sven Grattskjegg Meivar – Wyciska siódme poty z maszynowni. - Każ go sprowadzić na mostek – zarządził kapitan. – I przynieś szkatułę z mojej kajuty, jak będziesz wracał – wyciągnął rzeźbiony klucz zza pasa i podał swojemu kompanowi. Sven spojrzał na klucz z lekkim zaskoczeniem, a potem na kapitana. - Jest pan pewien, sir? – zapytał ostrożnie. – To może mu poważnie zaszkodzić… - Sytuacja taktyczna jest nie do pozazdroszczenia, pierwszy – odparł kapitan tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Poza tym nie wydałem rozkazu użycia eteru. Kazałem ci tylko go przynieść. - Rozkaz, sir – Meivar uderzył pięścią w pierś i podążył pod pokład. Bjorn znów uniósł lunetę. Walka wciąż trwała. Cholera, jeśli te orki odpowiadały za spustoszenie kolonii… Nie mógł im tego darować. Do obowiązków Marynarki należało zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim obywatelom Ulverden. Tym razem zawiedli, lecz Gunnarson miał zamiar wziąć krwawy odwet. I przy okazji uratować tych, których napadli piraci. Kto wie, może posiadali jakieś przydatne informacje odnośnie tych najazdów? - Posłałeś po mnie, sir – usłyszał za plecami miękki głos. Bjorn oderwał wzrok od bitwy, odwracając się do swojego Mistrza Ognia. Niewielu kapitanów decydowało się na taki wybór, uważając, iż na morzu dużo bardziej przydają się Mistrzowie Wody i Powietrza, lecz Gunnarson cenił sobie usługi Raleigha. Przede wszystkim i tak zawsze miał na podorędziu Mistrzynię Powietrza w osobie Margaret Raleigh, jego żony, a poza tym akurat on bardzo cenił sobie niszczycielską moc, którą krył w sobie łagodny, podstarzały już loup. - Owen, chodź tu i spójrz – podał mu lunetę i dał chwilę na ocenę sytuacji. – Wygląda na to, że chcą ich opanować i zdobyć to, cokolwiek mają w ładowniach. Muszą się śpieszyć, bo pewnie już o nas wiedzą. Zapewne będą chcieli nas opóźnić. - Zatopią może ze dwa okręty i pójdą nam na spotkanie, by kupić reszcie więcej czasu – zgodził się Raleigh, poprawiając kaptur na głowie. – Zginie masa ludzi. A część piratów może ucieknie. - Zgadza się – przytaknął Bjorn. – Dlatego chcę, byś spalił im żagle. - Z tej odległości i w taką pogodę? To niemożliwe – odparł mu Raleigh. – Jeszcze powiedz mi, że na wszystkich okrętach na raz. - Dokładnie – krasnolud był nieubłagany. Loup parsknął, pocierając nos dłonią. - Wiedziałem – westchnął. – Zdajesz sobie sprawę z tego, co musisz zrobić? - Owszem – Bjorn spoglądał na wyższego towarzysza z kamiennym wyrazem brodatej twarzy. - I wiesz, że Marge cię zabije, co? Zaraz po tym, jak zabije mnie – Owen błysnął zębami w szczenięcym uśmiechu. – O ile moje serce wytrzyma, prawdę mówiąc. No i gdybyś jakoś przeżył, to pewnie zabiją cię w dowództwie. Od czasu tej sytuacji z elfami eter jest towarem dość mocno deficytowym. A jeśli chcesz, bym zrobił to, co mam zrobić, będziesz musiał dać mi całkiem sporo. - Wystarczy, Owen – uciął dyskusję krasnolud. – O konsekwencjach pomyślimy później. Weź tyle, ile potrzebujesz. Przepraszam za to, co ci robię, ale sytuacja taktyczna tego wymaga. - Daj spokój – parsknął loup. – Brałeś kiedyś eter? Co ja pytam, na pewno nie. Wiesz, to lepsze, niż seks z Marge. Tylko nie powtarzaj jej tego – dodał filuternym tonem. – Dobra, nie traćmy czasu. Daj mi to w końcu i pilnuj, bym nie zrobił czegoś głupiego na pokładzie. - Na pewno nie pozwolę ci tańczyć nago wokół masztu jak ostatnim razem – burknął krasnolud, otwierając podaną mu wcześniej szkatułę. – Wciąż dręczą mnie koszmary. – Podał mu podłużną sztabkę mieniącego się turkusowym blaskiem materiału. Owen chwycił go trochę zbyt gwałtownie, a oczy mu zabłyszczały. Eter, czysta magiczna energia z innego świata, której sekret produkcji znały tylko elfy i zazdrośnie go strzegły. Dla odpowiednich osób był wiele wart, lecz korzystanie z niego groziło poważnymi konsekwencjami, gdyż silnie uzależniał i niszczył zarówno organizm, jak i umysł użytkownika. Wielu Mistrzów całkowicie odmawiało korzystania z eteru, obawiając się skutków. Owen akurat do nich nie należał. Ostatni raz wciągnął przez nozdrza orzeźwiający zapach magii i nadgryzł sztabkę. Maximum Fire Za każdym razem było to tak samo wspaniałe uczucie. Ekstaza popłynęła ogniem przez jego żyły, rozpalając je do białości. Kształty wyostrzyły się, cienie zniknęły, wszystko wydawało się dokładniejsze, bliższe i gorętsze. Owen uniósł głowę w górę i zawył głośno, dzieląc się ze wszystkimi swoim błogim szczęściem. Źródła ognia na okręcie, wystarczająco wyraźne już dla jego zwykłego poziomu mocy, teraz wydawały się znacznie potężniejsze i łatwiejsze w pochwyceniu. Ba, czuł się tak, jakby mógł podpalić każdego z osobna, dosłownie skąpać wszystkich w ogniu. Ani wiatr, ani szkwał nie był przeszkodą. Płomień tu, płomień tam… wszystko mogło się stać pięknym piekłem. Ciężka dłoń oparła się o jego pierś, odwracając i skupiając jego uwagę. Poczuł oszalałe bicie własnego serca. Przymknął powieki, wracając do normalności. Ekstaza wciąż krążyła w jego żyłach, jednak to on był jej panem. Spojrzał ku samotnemu okrętowi orków. Eter znacznie rozszerzył zasięg działania jego mocy. Odsłaniając zęby w szalonym uśmiechu, sięgnął ku pirackiej jednostce. Pokład działowy „Kranvaga” Gzan siedział znudzony przy dziale, bębniąc palcami o metal. Przeklęty kapitan, wszystkim dał się zabawić, a tylko ich pozostawił w odwodzie. Wprawdzie krasnoludy już nadchodziły, ale wciąż nie było rozkazu o podjęciu walki. A to kazało im się wycofać, jeśli tamci byliby zbyt blisko. Gzan był pewien, że rozkaz nadejdzie, ale póki co pozostawało im siedzieć pod pokładem w gotowości. - Ciekawe, co tamci wiozą – mruknął Rex, jego działowy. – Całkiem duże te statki. Stary się dość napalił, nie? - No – Gzan odsunął nieco dalej kosz z rozżarzonymi węglami. Lepiej by nie stał za blisko prochu. - Rozmowny, jak zawsze – burknął drugi ork, siadając obok. – Ech, wkurwia mnie to. Reszta się obłowi, a my co? Będziemy wodzić za nos Marynarkę? - Pewnie tak – mruknął Gzan, mrużąc oczy. Kosz z węglami nagle rozjarzył się nieco mocniej. Ork rozdziawił nieco gębę, widząc wąski płomień strzelający z niego w górę. Rozdziawił ją jeszcze szerzej, gdy zobaczył, że płomień skręca się… w napis. "Niespodzianka, skurwysyny" - O kurwa – jęknął Gzan, zanim płomień zalał ryczącą falą cały pokład. Pokład „Indefatigable” Kiedy pierwsi orkowie wdarli się na pokład, śliskie deski zamieniły się w pole walki. Część oberwała podczas przebiegania z okrętu na okręt, jednak wielu mimo zaklęć, strzał i oszczepów większość dostała się na „Indefatigable”, gdzie starła się z obrońcami. Nasi towarzysze przyjęli pozycje obronne w pobliżu kasztelu, zdeterminowani, by nie dopuścić wroga do kapitana i lorda. Ci, choć wyleczeni przez magiczną moc Arlen, wciąż nie byli w pełni sił, lecz gotowi do walki na tyle, na ile byli w stanie. Rozjuszony Jorus po wyrzuceniu oszczepów wziął w dłonie topór i zaszarżował na najbliższych przeciwników. Wtórowała mu kapłanka, chroniąc flankę i starając się w razie czego wspomóc zbrojnym ramieniem i magią. Barbarzyńca obciął ramię pierwszemu przeciwnikowi, obracając się zaraz do drugiego i pozwalając, by Arlen wykopała tamtego za burtę. Larson i Aramil ciskali magią i strzałami w atakujących, starając się wybierać cele tak, by nie ranić swoich. Przeciwnik uwiązł na pokładzie, starając się przedrzeć dalej, lecz zarówno żołnierze, jak i załoga robili wszystko, by ich powstrzymać. Póki co obie strony ponosiły straty, a sama walka szła na wykrwawienie. Nagły błysk ognia w oddali sprawił, że wszyscy jak jeden mąż spojrzeli w jego kierunku. Piąty okręt orków, ten, który nie brał udziału w abordażu, nagle gwałtownie eksplodował. Potężny huk poniósł się w powietrzu, a z wrogiej jednostki wystrzeliła w górę potężna kolumna ognia i szczątków. Zagłada okrętu była brutalna i natychmiastowa. Co więcej, na pokładzie nikt nie miał pojęcia, co się stało. A nie był to koniec niespodzianek. Z jednego z nadpływających w oddali okrętów z białymi żaglami nagle wystrzeliły w niebo cztery słupy płomieni, które… skręcając się w powietrzu niczym żywe węże pomknęły w stronę złączonych w starciach jednostek. Walczący mogli tylko z rozdziawionymi ze zdziwienia ustami obserwować, jak ryczące płomienie przemierzają nieboskłon i uderzają precyzyjnie w maszty orkowych okrętów, kąpiąc je w piekielnym żarze. Wszystkie liny, żagle i obserwatorzy – ktokolwiek i cokolwiek było na masztach – spłonęło w ciągu kilkunastu następnych sekund. Pokład „Svernegga” Rozwścieczony kapitan mógł tylko bezsilnie obserwować, jak płomienie trawią żagle całej jego eskadry, uniemożliwiając im jakąkolwiek ucieczkę. Przeklęta niech będzie ta wiedźma! I on sam, za to że nie przewidział, że krasnoludy mogą mieć na pokładzie zarówno Mistrza Ognia, jak i eter. Bo fakt, w jaki sposób jednym uderzeniem pozbawiły ich zdolności bojowych, nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Wychodząc na pokład, kapitan zabrał ze sobą swój wielki topór. Nie była to może najpopularniejsza broń na morzu, ale przyzwyczajenie było zbyt silne. Widząc, jak jego ludzie zmagają się z wrogiem na pokładzie, ruszył ku przerzuconemu trapowi. - Panie, co robimy? – usłyszał pytanie od jednego z marynarzy. Normalnie obiłby mu mordę za zawracanie mu głowy, lecz sytuacja zrobiła się beznadziejna. Musiał zachować resztki morale. - Każ przygotować rezerwy prochu – rozkazał. – Niech część naszych zabierze je na wrogi okręt, najlepiej pod pokład. Resztę niech zgromadzą u nas. Walczymy do końca i zarżniemy ich wszystkich – warknął, wskakując na trap i biegnąc na drugą stronę. Pokład „Indefatigable” Kiedy opadło zaskoczenie nagłym atakiem, przeciwnicy rzucili się na siebie ze zdwojoną zajadłością. Paru orków dołączyło do swoich towarzyszy, którzy zdawali się zdobywać chwilową przewagę. Za to wokół kasztelu zrobiło się trochę luźniej. Czar Larson dobił akurat ostatniego orka, który miał za chwilę zaatakować Jorusa, a walki przesunęły się bardziej ku dziobowi okrętu. Lecz nie na długo, bo oto właśnie z ciżby wyszedł w ich stronę przeciwnik większy i wyraźnie silniejszy niż pozostali. A przy tym dużo lepiej ubrany, z pewnością dowódca albo oficer. W dłoniach trzymał potężny dwuręczny topór. Nie dało się ukryć, że jego celem był kasztel, a chcąc się tam dostać, najpierw musiał przedrzeć się przez drużynę go chroniącą.
  7. Wspomniałaś o tych postach i trochę może słaba podstawa od nas była (a oczy zamydliło), więc dopisałem jeszcze jednego, by takową podstawę wzmocnić.
  8. Cóż, zatem mieli ją zostawić... Scott westchnął. Wcale mu się nie uśmiechało ścigać dziewczynę przez te wszystkie uliczki, zwłaszcza nie zapominając o tych dziwnych dzieciakach, ale kurczę, była w tarapatach. Chociaż... może Jamie miał rację? Znów by narobili więcej bigosu. Po ostatnich wpadkach McFife zrobił się ostrożniejszy w podejmowaniu trudnych decyzji. - Avengers? Poczekaj, już dzwonię do Thora... - mrugnął porozumiewawczo do kolegi. - A tak serio, to chyba towarzystwo w Kamar-Taj jest naszym najlepszym wyborem. Skoro umieją wysyłać ludzi między miastami ot tak, to i może z Avengers się skontaktują albo sami coś z tym zrobią - stwierdził. - Jeśli za nią nie gonimy, to ja bym postawił na nich. Chyba, że jeszcze chcecie poszukać czegoś w samochodzie. Mogłem coś przegapić, warunki nie były najlepsze - przyznał.
  9. Rodney Halsey Po załatwieniu formalności, Rodney postanowił spędzić czas przed zabawą na pokręceniu się po siedzibie gildii. Część niepotrzebnych klamotów zostawił w pokoju, zabrał medalion i ruszył na zwiady. Przy odrobinie szczęścia miał spędzać tutaj znacznie więcej czasu, toteż chciał dobrze poznać okolicę. Zajrzał więc tu i ówdzie, wymienił parę miłych słów z napotkanymi po drodze osobami, jak to miał w zwyczaju. Zdążył i wyskoczyć na chwilę do samego Albany i wrócić akurat przed występami. Wprawdzie na osobiste powiadomienie Kendricka o stanie obecnym czasu nie było, lecz druid miał w mieście znajomych, którzy mieli dać znać jego mistrzowi o wszystkim. Niech się nie martwi. Następnego dnia po zabawie Rodney wstał równie późno jak pozostali, a i tak był nieco zaspany. Grunt, że bez kaca, w końcu dobrze się pilnował. Chwilę czasu spędził na medytacji - był to jego codzienny rytuał, wspomagający zachowanie jasności umysłu. Takie drobne, powtarzalne rzeczy były ważne. Pozwalały się skupić na nadchodzących sprawach. A te miały się zdarzyć już teraz, już za kilka chwil. Po śniadaniu i ogarnięciu wszystkiego nastąpił czas teleportacji. Rodney jeszcze nigdy nie miał okazji doświadczyć podobnego uczucia i jeśli miałby opisać je jednym słowem, powiedziałby, że było... nagłe. Krąg, którym zajmował się Archibald, to już była poważna magia. Działał doskonale, co sprawdzili na własnej skórze. Podobnie jak i sprawdziły się słowa o opiekunie drugiej lokacji teleportu. - Rodney Halsey, druid z Sennej Kniei - przedstawił się siwobrodemu mężczyźnie. - Również rekrut Smoków. - myślał z początku o wtrąceniu jakiegoś komentarza, ale ugryzł się w język i oparł się na kosturze, czekając na reakcję gospodarza. Czekały ich jeszcze trzy dobre dni marszu, ale o organizacji mogli sobie porozmawiać już po tym, jak stąd wyjdą. Vandervena to już raczej nie interesowało. No chyba, że znał ich zleceniodawczynię i mógł im coś o niej opowiedzieć... ale o to w razie czego można było zapytać później.
  10. Rodney Halsey Rodney na wieczór nie planował większego picia - wszak mieli jechać wkrótce na wyprawę. Zadowolił się pojedynczym piwem, przy którym miło spędził czas, słuchając występów śpiewaków. Naturalnie, Lily skradła uwagę i serca publiki ze zdecydowanie najpiękniejszym występem, ale i pozostali wykonawcy dawali radę. Druid przyklaskiwał, zachęcał i czasami sam łapał niektóre nuty, bardzo dobrze się przy tym bawiąc. Sam dużo nie tańczył, wolał słuchać, ale dał się namówić na parę pląsów. Wkrótce jednak dołączył do pozostałych, gdzie właśnie zaczynały być podnoszone kwestie bardziej poważne. - Druidzka magia jest dość uniwersalna - odpowiedział, kiedy Merveil zagaiła rozmowę. Odgarnął lekko spocone po tańcu włosy do tyłu. - Zazwyczaj na taką ogólną wyprawę mam na podorędziu trochę zaklęć leczących i trochę bojowych. Broń... cóż, potrafię walczyć, lecz zdecydowanie lepiej czuję się z magią - uśmiechnął się lekko. - A co do umiejętności... jeśli będziemy musieli przedzierać się przez dzicz, żaden problem. Umiem też się nieźle skradać. A w razie czego stać się wilkiem na jakiś czas, gdyby był potrzebny zwiad na czterech łapach. Z tą całą mgłą może nam się przydać książkowa wiedza o magii. Strzelam, że możesz coś na to zaradzić? - spojrzał na dziewczynę. Ona lub Oriana, Jared zdecydowanie parał się walką i Rodney nie oczekiwał od niego znajomości prawideł magii tajemnej.
  11. Nie oglądam wybiórczo, tylko mówię o frakcjach. Północ = Starkowie. Zresztą Jon nosi wilkory na zbroi, więc? Nazwisko to szczegół.
  12. Mnie ogólnie tak do wtorku-środy również niet.
  13. Mnie się ogólnie ten sezon podoba, bo się sporo dzieje i skończono z rozwlekaniem wątków (bo musieli). I mocno doceniam aspekty wizualne - wyspa, na której leży Dragonstone, jest po prostu piękna ze swoimi surowymi skałami i morzem. Za to postacie... cóż, niektórym wyłączyli mózg ("Lannisterowie zdobyli zapasy z Reach!" - "Och, czym wyżywimy wojsko?" - "Aaaa... gińcie zapasy, spal je mój smoku!!!"), na niektóre kompletnie nie ma pomysłu (patrzę na ciebie, Petyrze), potencjał niektórych jest dramatycznie marnowany (patrzę na ciebie, Tyrionie), inne są i dają mniej lub bardziej radę. Oczywiście nie sposób lubić wszystkich, no ale zawsze można komuś pokibicować. Jedno mnie tylko ciekawi... skoro jest już zima, to czemu tak wiele scen jest wciąż pod słoneczkiem? Ja wiem, że południe, no ale c'mon, tam miały być taaaaaakie zimy! A no i jestem mocno rozdarty w kibicowaniu, chlip. U Starków nie trawię Jona i Brana (spłońcie obaj!), poza tym oni raczej nastawiają się na walkę z zombiakami. Jak bardzo bym nie był #teamlannister, jak bardzo bym nie lubił Jaimego, to Lenie Headey udało się stworzyć tak antypatyczną kreację Cersei, że mój wewnętrzny paladyn po prostu nie pozwala mi im kibicować, póki ona jest na tronie. Zostaje więc #teamtargaryen, tylko Danka musiałaby się pozbyć bagażu wnerwiających postaci (Missandei, Robak) i zyskać nieco mózgu. Same dylematy. A i niech ktoś w końcu zabije Theona, proszę. Nie jestem w stanie patrzeć na jego gębę od czasu akcji z Boltonami.
  14. Moja myśl po wczorajszym oglądaniu Stranger Things na Netflixie - "Co, jeszcze tylko jeden odcinek?"

    1. Pokaż poprzednie komentarze  4 więcej
    2. Nadia

      Nadia

      Zaraz będzie drugi sezon, nie ma co ronić łez.

      Chociaż mnie dalece bardziej cieszy powrót The Crown w grudniu. :)

    3. Lunatyczka

      Lunatyczka

      2 sezon is coming ;)

       

    4. Lomion

      Lomion

      Matematyczny symbol nieskończoności to wstęga Moebiusa, a nie leżąca ósemka - to tak na marginesie :)

    5. Obca

      Obca

      wstęga Moebiusa to taka leżąca na boku naciągana ósemka :-P

    6. PoloxDisc

      PoloxDisc

      Ten serial też mi szybko minął :V

  15. Tutaj pewnie bym się ugiął.