Bazil

Primeval Creators
  • Ilość dodanej zawartości

    11761
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O Bazil

  • Ranga
    Lew Kanapowy
  • Urodziny 29.09.1986

Previous Fields

  • Systemy RPG D&D

Contact Methods

  • Website URL http://

Profile Information

  • Gender Male
  • Location Gilneas City

Ostatnie wizyty

7004 wyświetleń profilu
  1. Rodney Halsey Nie no, to już był jakiś absurd. Oriana mówiła o współpracy, a oni... po prostu uciekli. Cała ta sytuacja wyglądała tak dziwnie, iż Rodney nawet zaczął się zastanawiać, czy tym wieśniakom coś nie zaczęło mieszać w głowach. Może ta mgła? Raz mówią nie, potem sprawiają wrażenie, że da się z nimi dogadać, potem znów nie, potem trochę lepiej... a teraz to. Pokręcił głową z niedowierzaniem. - Masz rację - rzekł do kapłanki. - Chodźmy tam jak najszybciej.
  2. Za. Dużo. Dobrych. Postów. 3 pkt - Kira i Jedi Master 2 pkt - Aruna 1 pkt - Deckard-Przeminięty z Wiatrem
  3. Młody loup zajęczał głośno, gdy Arlen oderwała ręcznik od rany, budząc tym samym nagły ruch ze strony swej matki, lecz Henry przytrzymał ją w miejscu, nie pozwalając przeszkadzać kapłance. Modlitwa wypełniła Arlen mocą, pozwalając jej zaleczyć paskudną ranę. Na oczach wszystkich ta zabliźniła się, a sam młodzik zadrżał i pojękując cicho otworzył powoli oczy. - Cccooo… Mama…? – wykrztusił z siebie tylko tyle, gdyż zaraz zniknął w ramionach Ginevre. Kobieta tuliła go do siebie, szlochając cicho. - Bogom niech będą dzięki… - wymamrotała, przyciskając syna do piersi. – Dziękuję… tobie – podniosła spojrzenie zapłakanych oczu na kapłankę. – Dziękuję… Gdybyś się nie zjawiła, mój… mój… - i znów zaniosła się płaczem. Henry położył jej dłoń na ramieniu. - Już wszystko w porządku, siostro – pocieszył ją. Choć wyglądał na twardego faceta, wyraźnie było widać, że jest również mocno wstrząśnięty tym, co przed chwilą się wydarzyło. – Ja również ci dziękuję – rzekł do Arlen. – Obiecuję, że nikomu nie wspomnę o tym bez twojej woli, ale… muszę wiedzieć. Jak to zrobiłaś? Słyszałem, że na świecie jest wiele cudów, ale tak szybkie leczenie ran… Tego się nie spodziewałem – przyznał szczerze. - Ktoś mi kiedyś mówił, że umiem – zagdakała kura w języku zrozumiałym wyłącznie dla barbarzyńcy. – Ale ja nie wiem. Robię to, co muszę i co chcę – dodała. Słabe wyjaśnienie, prawda? Lecz właściwie czego można się było spodziewać po kurze? – I tak, umiem odrąbać głowę dziobem. Owadom na przykład – jakby na znak potwierdzenia uderzyła dwa razy dziobem w podłogę. Reszta tymczasem przysłuchiwała się opowieściom o Pradawnych. Aenghus nie wyglądał na specjalnie ukontentowanego słowami Larson czy Aramila – najwyraźniej oczekiwał czegoś więcej. Tego, co dał mu dopiero Jorus. Wzmianka o bogach poruszyła wszystkich. Rozległy się nerwowe szepty i coraz więcej spojrzeń powędrowało w stronę ich stolika. - Nie wiem, czym jest ten lew, o którym mówisz – przyznał Aenghus, pociągając łyk rumu z kubka. – Ale że podobni do naszych bogów, powiadasz? Ha! To się Chlodvig ucieszy! – zaśmiał się. – Najpierw święty drób, teraz bogowie chodzący wśród śmiertelnych. Widać wasze ziemie muszą być jakimś rajem. Może wyście jakimiś ich sługami, co? – loup szturchnął łokciem Jorusa. – Albo i kompanami, skoro żeście pili z jednym z nich. Kto wie, może to takie wcale nie głupie, byście popłynęli po Róg? Wiecie, wysłannicy jednych bogów do drugich? Co myślisz, bracie? – szturchnął Hatiego. Ten podrapał się pod brodą. - Teoretycznie, gdyby któraś z nacji wybrała was na reprezentantów… - zastanowił się. – Ale ciężko o tym gdybać, to decyzja dla trochę wyżej postawionych. O ile Polowanie rzeczywiście nadchodzi. - A daj spokój, pewnie, że nadchodzi – rozentuzjazmował się Aenghus. – Słuchajcie, jeśli was ktoś wybierze, to płyniecie z nami. Nie ma na tych morzach lepszego okrętu niż „Stormbringer”! O lepszym kapitanie ode mnie też nie słyszałem – dodał nieskromnie, szczerząc zęby.
  4. Rozumiem co masz na myśli i w ogólności nie mam z tym problemu. Mam problem z ludźmi, którzy próbują to wykorzystywać w dyskusji bo "woooo, patrzcie, on ma zielony/czerwony/niebieski nick a tak pisze!". Wielokrotnie był w przeszłości z tym problem, kiedy moderacja musiała się użerać z trollami. Ale dobra, to jest trochę off-topic, więc już milknę.
  5. Sam miałem to napisać, ale obiad w pracy nie pozwolił na czas. Rzeczywiście mogłem to odpuścić, w końcu nie wszyscy znają. Pomyślałem tylko o zainteresowanym. Kocham podobne określenia od samego początku bytności na Strefie. To co, Bohaterscy Gracze jako jedyni mogą sobie pozwolić by mówić wszystko, co im w głowie gra, a jakikolwiek inny człek musi tonować swoje odpowiedzi względem ogólnego stanowiska? No ja proszę... Akurat nie padł żaden konkretny postulat, do którego należałoby się odnieść jako Sidekick, BoD, czy admin, używając formalnego stanowiska, a nie jako user. Czuję się wręcz dyskryminowany ze względu na przynależność do grupy na forum. A i uczciwie chciałbym zrozumieć Ferr-kona i to, co ma na myśli. Co poradzę, że nie potrafię myśleć jak on, tylko jak ja sam? Taki już ze mnie mało empatyczny typ.
  6. @Therek ma dużo racji w tym co pisze. Zaczynając od samej konstrukcji wypowiedzi - przykro mi, ale tego co tam jest napisane, zwłaszcza w części poprzecinanej cytatami, czytać się nie da. Zresztą według mnie bardzo dużo jest w tym co piszesz @Ferr-kon osobistego zdania (co zrozumiałe) i podejścia, które mnie się kojarzy z jakąś personalną krucjatą w imię Jedynych Słusznych Moich Poglądów, przy jednoczesnym braku konkretów i posługiwaniu się ogólnikami bez wskazania przykładów. Jak mam Ci uwierzyć, że na Strefie występują wskazane przez Ciebie problemy, skoro nie czytam ani Twoich sesji, ani MG vs BG, w których się udzielasz? Ja się przez całą swoją karierę jakoś nie zetknąłem z tymi kwestiami w sesjach, a jestem tu aktywnie nieco dłużej. Nie wiem, może gram z normalnymi ludźmi, którzy rozumieją podział gra/świat rzeczywisty i nie starają się tworzyć idealnego świata ze swoich marzeń w RPG-u? Zresztą, jak bardzo chcesz takowy stworzyć - masz pełne predyspozycje. Wybierasz graczy, którzy podzielają Twoje poglądy, tworzycie świat, w którym nikt nikogo nie dyskryminuje, gracie sobie i dobrze się bawicie - jest super. Gdybyś z takim zapałem prowadził sesje i pisał posty w przygodach jak teraz próbujesz nam przekazać swoje zdanie (tylko może w bardziej czytelny sposób), to kurczę, może nawet coś by dobrego z tego wyszło. Zacytuję tylko tę jedną rzecz, bo sprowadza się do tego, co chciałem napisać - KONKRETY! Z doświadczenia wiem, że nikt się nie pochyli nad czymś, co "komuś się wydaje, że jest". Ty mówisz, że Strefa ma jakiś problem i czujesz się z tym źle. Ja mówię, że nie i czuję się dobrze. A nie mogę zweryfikować Twojego problemu, bo nic o nim nie wiem. W kodzie coś przemyka po cichu i szepce Ci do ucha niecne rzeczy jak odpalasz forum? Ktoś w głowie siedzi i opowiada sprośne rzeczy?
  7. https://www.youtube.com/watch?v=Q0CbN8sfihY

    Jest Moc. Kurna, nawet Kylo Ren wygląda w miarę normalnie.

    1. Pokaż poprzednie komentarze  6 więcej
    2. Bazil

      Bazil

      @Nadia - bo ocenialiśmy coś zupełnie innego. ;) Ja po prostu tak mam, że źle odbieram postać, która mnie razi aparycją. Tak samo nie mogłem oglądać Boardwalk Empire mimo ciekawej tematyki, bo postać grana przez Buscemiego mnie odrzucała.

    3. Nadia

      Nadia

      Ah, no z tym problemów nie mam. I uwielbiam Buscemiego <3 :D

    4. Lomion

      Lomion

      W samym trailerze największe wrażenie robi scena gdy Kylo Ren spogląda na swoją maskę - w jego spojrzeniu jest tak samo wiele ekspresji jak w spojrzeniu którym maska mu odpowiada. Bezapelacyjnie bije w tej scenie na głowę młodego Anakina, wyrażającego miłość Amidali. :)

    5. Kira

      Kira

      Osom. Jaram się. <3

    6. Aquaman

      Aquaman

      No nawet ja muszę przyznać, że ten trailer wygląda zachęcająco.

      Pozostaje mieć tylko nadzieję, że film będzie tak samo dobry.

  8. Rodney Halsey Słysząc kolejną odpowiedź, Rodney zaklął w myślach, rugając durny upór wioskowych. Produkował się, przedstawiał w miarę logiczne argumenty, a do nich wciąż nic nie trafiało. Ani zwyczajne przekonywanie, ani uświadomienie zagrożenia. Naprawdę, miał już na końcu języka ciętą ripostę i był gotów rozważyć swój alternatywny plan, ale tym razem nie dał się ponieść emocjom i po prostu zamilkł. Na chwilę, by ochłonąć. W tym czasie głos zabrał Jared, próbując dalej ich przekonywać, w nieco inny sposób. On w końcu pochodził z takiej wioski, może też dlatego jego słowa lepiej do nich trafiały? W każdym razie coś zaczęło się w nich łamać. Rodney postanowił nie przerywać wojownikowi - postąpił jedynie naprzód, razem z nim, by dodać wagi jego słowom. Przy okazji dowiedzieli się paru ciekawych rzeczy, które mogła zbadać Merveil. - Dokładnie - dodał po jej słowach. - Nie jest nam w smak uwalnianie czegoś złego. Jak już mówiłem, mamy wspólny cel. Nic więcej nie dodawał, bo i po co. Teraz i tak słowo było po stronie miejscowych.
  9. Loup pędził szybko, do tego miał przewagę odległości i znajomości terenu, więc w normalnych warunkach Arlen nie miałaby w ogóle szans go dogonić. Na szczęście jej okrzyk dotarł do uszu Henry’ego, który nagle przyhamował, pozwalając kapłance się dogonić. Nie pytał ją o nic, rzucił tylko krótkie – „za mną” – i pobiegł dalej. Arlen dotrzymywała mu kroku, przemierzając kolejne zaułki nawodnej dzielnicy. Nie mieli zresztą daleko, już po paru minutach Henry zatrzymał się przy jednym z budynków i bez ceregieli wparował do środka. Kapłanka poszła za nim. Wbiegli na piętro, do jednego z mieszkań. - Ginevre! – zawołał u progu Henry. Natychmiast z korytarzu pojawiła się wysoka loupka. – Gdzie Kieran? – kobieta wyglądała na przestraszoną i na jej twarzy wyraźnie było widać łzy. Dała znak Henry’emu, by poszedł za nią. Tak uczynił, podobnie jak Arlen. Weszli do całkiem przytulnie urządzonego salonu, lecz nie był to najlepszy moment na podziwianie wnętrza. Szybko zbliżyli się do leżącego na kanapie młodego loupa. Dzieciak mógł mieć może z szesnaście, siedemnaście lat. Pojękiwał cicho i drżał, wyraźnie było widać ślady bójki na jego ciele. Większość była powierzchownymi ranami, jednak najgorsza była rana na brzuchu, do której przyciskał zakrwawiony ręcznik. Pocięte płótno bandaży leżące obok dawało znać, iż matka próbowała już mu pomóc, lecz rana była dość rozległa i ciężko było powstrzymać krwotok. - Spokojnie, Ginevre, wszystko będzie dobrze – Henry powiedział do niej łagodnie, starając się dodać jej otuchy – Będziesz w stanie pomóc? – zwrócił się do Arlen. - Głupie pytanie – stwierdziła kura, nie precyzując, o które chodziło. – Obejrzałam sobie cały statek, chciałam zobaczyć więcej. Lubię chodzić za ciekawymi ludźmi, można dużo zobaczyć. Spróbować różnych okruchów. Będę sobie z wami chodzić, jak się da. Jak z Maruderami i Shibbolethem. Oni byli ciekawi. I Shibboleth jest Pradawnym, tak? To słyszałam. Oni są ciekawi – stwierdziła. – Dobrze się za nimi biega. Mniej więcej podobnie powtórzył to wszystkim Jorus. Aenghus aż zacmokał z wrażenia. - Corrie, coś myślę, że przydałoby się trochę piasku – rzucił do szwagierki. - To idź i przynieś, jak jesteś taki mądry – odcięła się kobieta. – Jest już późno, jeśli chcesz zwiędnąć, to proszę bardzo, leć na plażę. Co najwyżej mogę załatwić popiół z ogniska. - Popiół może być – zgodziła się Starucha, co Jorus jeszcze powtórzył. Aenghus wyszczerzył zęby. - No proszę, dobrze idą ci negocjacje ze świętą kurą – ocenił. – Kurczę, sam nie wiem, o co mógłbym zapytać. Jeśli ona przypłynęła z wami… No nie jest stąd. Ale może jednak ma jakąś moc? Może przyniosłaby nam szczęście podczas rejsów? Pomyślne wiatry, takie tam. A i w ogóle, kim są ci Pradawni, o których ją pytaliście? – zainteresował się.
  10. Rodney Halsey Dyskusja szła w dość pokrętnym kierunku, ale opowieści Rodneya jakoś do nich trafiały, choć nie do końca tak, jakby druid to sam widział. Niemniej on sam poruszał się po omacku, gdyż tylko zgadywał, co mogło stać się w Mglistej Dziurze, dlatego podpuszczał miejscowych, by sami mu o tym powiedzieli. I to w pewnym sensie działało, gdyż przynajmniej już teraz wiedział, że do niczego drastycznego jeszcze nie doszło, przynajmniej jeśli chodzi o przedmiot badań elfki. Zaś z nią samą mogło być gorzej - określenie "elfia wiedźma" świadczyło wyraźnie, iż miejscowi już mieli wyrobione zdanie o uczonej i przez to utrudniało ewentualne negocjacje. Halsey jednak nie zamierzał dawać za wygraną - trzeba było kuć żelazo, póki gorące. - Doskonale rozumiem wasze obawy - odpowiedział tamtym, mając również na uwadze fakt, iż ich zdania na temat tego, co się właśnie działo, mogą być podzielone. A to mogło im pomóc. - Jednak sposób, w jaki zabraliście się do rozwiązania tej sprawy, jest zły w samym założeniu. Zmieniliście drogowskaz prowadzący tutaj, mimo iż prawo surowo tego zabrania. Do tego postawiliście blokadę, zmuszając każdego ewentualnego podróżnika do zmiany trasy. Myślicie, że władza się tym nie zainteresuje? Już niedaleko stąd mijaliśmy handlarza, który nie wydawał się być specjalnie zadowolony z tej podmiany trasy. Dla niego to strata czasu i pieniędzy, takie nadrabianie drogi. I wyście myśleli, że taki wściekły handlarz nie zacznie marudzić w przydrożnej karczmie przy piwie na to wszystko? Wieść się rozniesie, trafi do lokalnego lorda czy innego przedstawiciela władzy i ani się obejrzycie, a będziecie tu mieli na karku konstabla i zbrojnych. Nie sądzę, by skończyło się na grzywnie, potencjalne straty dla handlu i zagrożenie bezpieczeństwa ludzi są zbyt duże. Obstawiałbym raczej "przyozdobienie" winnymi co niższych gałęzi - Rodney mówił spokojnie, metodycznie, raczej wyjaśniając fakty niż strasząc. - Mglista Dziura nie jest tajemnicą dla ludzi. Nie da rady tak po prostu zniknąć. Zresztą jeśli zainteresujecie władze, to kto wie, może zjawią się i jakieś wędrowne bandy zbójców i najemników, żądne spenetrowania tego, co tam macie nieopodal. A negocjacje z nimi... no, nie sądzę, by jakiekolwiek nastąpiły. Na razie macie tylko jedną elfią badaczkę. Dodam, że bardzo znaną, więc z pewnością są gdzieś wysoko postawieni ludzie, którym jest droga. I ci ludzie z pewnością nie chcieliby, by stała się jej jakaś krzywda, prawda? Zresztą, ona jest badaczką, jak już wspomniałem. Nie rabusiem, nie jakimś szalonym złoczyńcą żądnym mocy. Jest zainteresowana tym, czego się boicie, w najmniej groźny z możliwych sposobów. Zaś my przybywamy z ramienia Gildii Spiżowych Smoków po to, by zadbać, by jej badania nie skończyły się tak, jak wy się tego obawiacie. Siłą rzeczy mamy wspólny cel - bezpieczeństwo okolicy. Swoimi działaniami już mocno naraziliście je na szwank, być może nie zdając sobie z tego sprawy. Pozwólcie więc nam wspólnie to naprawić. Porozmawiamy z elfką, dowiemy się o co chodzi w całej tej sprawie. Kto wie, może w ostatecznym rozrachunku nawet na tym zyskacie? Niekiedy zdarza się, że zostają odkryte jakieś święte miejsca, źródła leczące choroby i tym podobne - dodał, milknąc w końcu. Trochę kija, trochę marchewki. Ważne, by miejscowi byli świadomi tego, co im grozi, jeśli dalej będą ciągnąć tę farsę. I co mogli zyskać, jeśli jednak ustąpią.
  11. Rodney Halsey Rodney pokręcił głową z niedowierzaniem. Logiki w słowach tego człeka nie było za wiele, ale cóż z logiki kiedy do głosu dochodzi fanatyzm, wyraźnie zaznaczony w tonie tamtego. Druid sięgnął ku pokładom wewnętrznego spokoju ducha. Choć raczej narwany z natury, jego mistrz uczył go, iż w przypadku gdy dyskutuje się z fanatykiem, lepiej jest zachować spokój ducha i próbować normalnej dyskusji, przynajmniej dopóki nie da się ocenić poziomu fanatyzmu. Do zatwardziałych lepiej przemawiały czyny. Póki co więc Rodney wsparł się na lasce i zacmokał głośno, przybierając pozę doświadczonego mędrca. A niech mają. - Pozwólcie, że podzielę się z wami pewną opowieścią - zaczął, unosząc w górę dłoń w uspokajającym geście. - Była sobie kiedyś jedna taka mała wioska, nieopodal której, w lesie, znajdowała się jaskinia. Wioskowi od zawsze wierzyli, że kryje się w niej coś strasznego i starali się doń nie zbliżać. Aż pewnego razu do wioski przyjechał z miasta młody chłopak w odwiedziny do swojej rodziny. Jegomość ten nasłuchał się w mieście o wielkich mocach i bogactwach. Stwierdził, że w jaskini musi być ukryte coś cennego i poszedł tam, chcąc zagarnąć wszystko dla siebie. I rzeczywiście, w jaskini znajdowało się coś magicznego - potwór zamknięty tam przez potężnego czarodzieja. Chłopak wypuścił potwora, stając się jego pierwszą ofiarą. Wkrótce stwór zaczął atakować mieszkańców. Ci, bojąc się gniewu maga, postanowili ukrywać fakt wypuszczenia potwora i walczyć z nim o własnych siłach, za pomocą prostej broni i narzędzi. Nie minął tydzień jak z wioski pozostało jedynie wspomnienie pustych chat i tajemnicze opowieści - zakończył, podnosząc wzrok w stronę krzaków. - A teraz zastanówcie się, czy strach i gniew są wystarczającym powodem, by odmówić pomocy kogoś, kto ma doświadczenie w radzeniu sobie ze sprawami nadnaturalnymi. Bo ktoś znalazł u was coś niezwykłego, prawda? Prowadził badania i uwolnił coś, co powinno pozostać w zamknięciu? Ktoś z was utracił przez to kogoś. Może ojca, może dziecko. I teraz wypowiedzieliście wojnę wszystkim, którzy przybywają do Mglistej Dziury, bojąc się kolejnych konsekwencji. Nawet jeśli istnieje szansa, że ten ktoś byłby w stanie pomóc. Poradzić sobie z zagrożeniem. I nie jest tu po to, by czerpać z niego korzyści, a jedynie po to, by zadbać o czyjeś bezpieczeństwo. Rozważcie to, zanim i po Mglistej Dziurze pozostaną jedynie puste chaty i tajemnicze opowieści - zakończył posępnym, acz zdecydowanym tonem.
  12. Krasnolud uniósł spojrzenie, patrząc na górującą nad nim wzrostem kapłankę. W jego oczach wciąż tliły się płomyki ewangelizującego żaru, choć usta nie wypowiadały już gromkich słów i wzniosłych peanów. Póki co, gdyż Chlodvig widział w Arlen osobę, która chętnie podejmie z nim dyskusję na interesujące go tematy. - Bogowie nigdy wprost nie objawiają tego, czego pragną od wyznawców, nieprawdaż? – zagaił, uśmiechając się szeroko. A był to uśmiech wręcz znamionujący szaleństwo, poparty błyskiem w oku. – Moje wizje… nigdy nie są jakoś szczególnie jasne. Nigdy nie widziałem bogów w ich prawdziwych postaciach, wyobrażonych w posągach. Ale czuję ich dotyk na moich snach. Ich moc przenika nasz świat, wprawia wszystko w ruch. Inni tego nie rozumieją. Dla większości to, że nie widzą na co dzień worka pieniędzy obok wezgłowia, jest znakiem, że bogowie nie istnieją. Wszak modlili się do nich o tę mamonę! – zawołał, unosząc ramiona do góry. Zwrócił tym samym uwagę Henry’ego, który przysiadł sobie nieopodal, ale muskularny loup poświęcił mu tylko jedno spojrzenie. Najwyraźniej już nasłuchał się gadania Chlodviga wiele razy. – Dzięki bogom jednak żyjemy i mamy to, co mamy – ciągnął krasnolud. – Ostatnio jednak… coś się dzieje. Widziałem… cień. Cień, który rani boga-ojca. On walczy i cierpi. Może stąd właśnie zwiastuny Polowania…? Może to ostatni dar od bogów? A potem? Co nas czeka potem…? – Chlodvig pochylił się, pogrążając się w mamrotaniu. Tymczasem uwagę Arlen zwrócił ktoś inny. Niska postać, biegnąca ulicą w ich kierunku. Dostrzegł ją również i stróżujący loup, gdyż wstał i ruszył w jej kierunku. Wyglądał na zaniepokojonego. - Henry! – zawołała tamta. – Chodź szybko! - Co się stało, Brighid? – zapytał loup z warknięciem, które mogło uchodzić za niegrzeczne, lecz było przepełnione obawą. - To Kieran – wysapała kobieta, w końcu dobiegając do ochroniarza. Chwyciła go za rękę, opierając się o bok. – Znów poszedł do tego klubu, choć Ginevre mu zakazała. Wdał się w jakąś bójkę i… na bogów, Henry, ktoś go zranił! Tyle krwi… On może umrzeć… Loup nie potrzebował więcej słów. Pobiegł w stronę, z której wcześniej nadbiegła krasnoludka. Ta ruszyła zaraz za nim, ale parę metrów dalej przystanęła, łapiąc oddech. Dopiero co pędziła stamtąd i zdążyła złapać zadyszkę. Tymczasem w tawernie wobec ogólnej zgody Jorus zabrał się za przygotowanie rytuału, który miał mu umożliwić pogaduchy z kurą. Larson wykorzystała chwilę spokoju i rzuciła szybkie zaklęcie, mające na celu ocenił, czy ptak emanował jakąś aurą. Czar zadział, była tego pewna, gdyż w powietrzu dostrzegła jeszcze mgliste ślady magii Hatiego, nie wspominając już o świetlistych kulach. Kura wyglądała jednak zupełnie zwyczajnie. Nie była żadnym konstruktem, nie zmieniała przestrzeni wokół siebie, nie czarowała… nic z tych rzeczy. Larson przypomniała sobie jednak, że czar jako taki nie był w stanie określić, że magiczne stworzenie rzeczywiście jest magiczne. Sama kiedyś była świadkiem pokazu jednego z czarodziejów, który używał tego czaru na nimfie, niewątpliwie magicznym stworzeniu. Nie świeciła się jak świąteczny lampion, tego czarodziejka mogła być pewna. Z kurą pewnie było tak samo. Pozwoliła więc Jorusowi działać, podobnie jak reszta pogrążając się w obserwacji. Zainteresowani skupili się na barbarzyńcy, który sobie tam coś nucił i mruczał. Po paru minutach w końcu wstał z miejsca i przysiadł na podłodze obok kury. Ta dalej dziobała sobie w najlepsze te okruchy, które spadły na ziemię. Jorus bez ogródek przedstawił się i zapytał, czy kura przypłynęła z nimi i czy wie coś o Polowaniu na Róg. Potem jeszcze dodał, czy smakują jej okruchy i czy nie chciałaby czegoś innego. Ptak dalej dziobał sobie to, co spadło, acz w pewnej chwili uniósł łebek i zagdakał. - Ko, ko ko ko ko ko. Ko ko, ko ko ko, ko. Ko ko ko, ko ko ko ko. Ko. Ko, ko ko ko ko ko, ko. Ko ko, ko ko, ko, ko. Znów zapadła cisza, którą przerwał dopiero Aenghus. - I… powiedziała ci coś? – zapytał, wyraźnie zaintrygowany, to spoglądając na kurę, to na barbarzyńcę.
  13. Rodney Halsey Komu chciało się majstrować przy drogowskazie? Ludzki pomyślunek nie przestawał zadziwiać druida. Najpierw chłopaczyna, który zapłacił życiem, bo zamarzyły mu się skarby czarodzieja, a teraz to? Doprawdy, niektórym przydałoby się jakieś solidne chomąto do ciągnięcia albo inna przydatna praca. Rodney popsioczył sobie trochę w myślach i zaczął się z kolei zastanawiać, co mogłoby takiego człeka skłonić do przestawienia znaku. Tym razem myślał sobie na głos. - Jeśli to jakiś kawał, to wyjątkowo głupi - mruknął pod nosem, ale tak, by wszyscy słyszeli. - I ten, który to zrobił, powinien liczyć się z konsekwencjami. Zaś jeśli to nie dowcip... to ktoś zaryzykował i zadał sobie trud, by podróżujący do tej Mglistej Dziury nie dotarli. Ci, którzy nie znają tych terenów, oczywiście - dywagował dalej. - Jeśli tak rzeczywiście było, pozostaje pytanie... dlaczego to zrobił? Albo coś tam się dzieje i chce to ukryć przed postronnymi z dobrej woli... albo ze złej. Tak czy owak, musimy tam iść - podsumował swoje przemyślenia. Doprawdy, dodatkowe pół dnia drogi trochę go poirytowały, ale stało się. Przynajmniej nie było szansy, by przytyć od dobrego jedzenia. Tymczasem zaś, po bez zamierzenia dłuższym, ale dość przyjemnym spacerze, spotkała ich przygoda w postaci blokady drogi. Co więcej, jeszcze chwilę wcześniej druid zwrócił uwagę na coś, co mogło być trelem ptaka, ale... no właśnie. Czyżby jakieś sygnały? Usłyszał to akurat chwilę przed dostrzeżeniem blokady, więc nawet nie bardzo miał jak powiedzieć pozostałym. Z kolei sama blokada nie była opuszczona - ktoś tam siedział w krzakach i ich obserwował, sądząc po ostrzeżeniu, którego udzielił. Rodney przygotował się do walki śladem Gorgi, choć sytuacja nie wyglądała jeszcze na ostateczną. - Obserwują nas stamtąd - powiedział cicho do reszty, wskazując nieznacznie na krzaki. Oriana tymczasem już zdążyła odpowiedzieć na wezwanie. Rodney westchnął cicho. Niespecjalnie chciał się wdawać w takie odbijanie piłeczki. - A niby dlaczego mamy zawrócić? - zawołał do tamtych, nadając swemu głosowi ton pewnego siebie człowieka. - Schowaliście za tą zaporą skarby czarodzieja, czy co? A może nie chcecie, by ktoś zawędrował do Mglistej Dziury i coś mu się stało, hę? Jeśli to pierwsze, to głupio zrobiliście - do chowania skarbów lepsze są jaskinie pełne pająków. Jeśli drugie, to radzę wyjść i wytłumaczyć o co chodzi, a może da się coś temu zaradzić - stwierdził, po czym zamilkł, czekając na odzew.
  14. Mnie zaś dopadł jesienny marazm. Nie zgłaszam nieobecności, ale mogę zamulać trochę przez następne parę dni, aż mi się trybiki w głowie naoliwią.
  15. Krasnolud wciąż klęczał, ale podniósł wzrok na czarodziejkę i kurę. W jego oczach płonął religijny żar. - Pani, nie rozumiem – zaczął. – Jest pani zwiastunem bogów. Oni przysłali panią, by powiadomić nas, nacje Archipelagu, o Polowaniu. Tak, jak robią po wsze czasy. No, to rzeczywiście wyjaśnił… Wychodziło na to, że wszyscy wzięli ich za zupełnie kogoś innego. A wszystko to przez jedną kurę. Ta zaś, jakby nigdy nic, wygrzebała się z tobołka i podeszła nieśpiesznym krokiem do najbliższej ławy, pod którą spadły wcześniej jakieś okruchy i zaczęła je dziobać. To otrzeźwiło trochę wszystkich, choć ta najbardziej religijna część wciąż pozostała na kolanach. Hati, który chyba najszybciej doszedł do siebie i przeanalizował sytuację, pierwszy zabrał głos. - Kury są świętymi ptakami bogów – wyjaśnił. – Żyją wyłącznie na wyspach wokół Oka Świata. Nie dziwcie się więc, że pojawienie się jednej tutaj budzi taki… podziw – przez chwilę szukał dobrego słowa. Akurat na tyle, by także Aenghus doszedł do siebie. - Potrafisz z nią porozmawiać, dobrze słyszałem? – zapytał Jorusa. – Przecież to niemożliwe. - Bracie, oni znają inną magię – wtrącił Hati. – To, co znamy, właśnie ulega zmianie. Może i w ich rejonach kury są bardziej powszechne. - Nie bluźnij! – skarcił go Chlodvig, który wreszcie wstał z kolan, podobnie jak jego słuchacze. Krasnolud trzymał oskarżycielsko wyciągnięty palec w stronę loupa. – Wy, Mistrzowie Żywiołów, powinniście dziękować bogom za moce, które wam zesłali, a nie obrażać ich wysłanników w czasie gdy przybywają zwiastować nam dobrą nowinę. - Tak, oczywiście, dobrze – kobiecy głos wtrącił się w całą dyskusję. Corrie wraz z inną towarzyszącą jej loupką przyniosły do stolika jedzenie. Wprawdzie nikt nie zdążył nic zamówić, ale widocznie gospodyni uznała, że gościom nie wystarczy tylko rum. – Chłopcy, proszę was, nie róbcie z „Szarej Grzywy” świątyni. Chlodvigu, to przede wszystkim do ciebie – spojrzała na niego znacząco. – Jeśli chcesz głosić swoje proroctwa wszem i wobec, proszę, znajdź sobie inne miejsce. W przeciwnym razie możesz zostać. Krasnolud spojrzał na nią krytycznie, zaczął coś burczeć pod nosem, ale wrócił na miejsce, wciąż łypiąc wzrokiem na posilającą się kurę. Widocznie był ciekaw, co się dalej stanie.