Bazil

Primeval Creators
  • Ilość dodanej zawartości

    11863
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O Bazil

  • Ranga
    Lew Kanapowy
  • Urodziny 29.09.1986

Previous Fields

  • Systemy RPG D&D

Contact Methods

  • Website URL http://

Profile Information

  • Gender Male
  • Location Gilneas City

Ostatnie wizyty

10979 wyświetleń profilu
  1. Dej mi!
  2. Percival gra o 22.00 w sobotę, mało tego czasu na spotkanie będzie.
  3. Rodney Halsey Labirynt ciągnął się, jak to labirynt. Wypełniony potworami, które należało pokonać. W końcu taka była ich misja - zapewnić bezpieczeństwo i równowagę. Rodney szedł naprzód, kładąc pokotem kolejne fale stworów. Na początku były ruiny, jakieś duchy... teraz już sam dokładnie nie pamiętał, jak to się zaczęło, tyle widział po drodze różnych miejsc, różnych przeciwników i zmian w rzeczywistości. Na szczęście nie był sam, towarzyszyła mu wszak najwierniejsza osoba. Zaraz... czy wcześniej nie było ich więcej? Druidowi wydawało się, że miał jeszcze innych towarzyszy. Ale... nie, to musiała być Erika. Tylko Erika zapuściłaby się z nim w najgłębsze otchłanie, by pokonać plugastwo, które bezcześciło okolicę. Najgorsze były zające... Cóż za spaczony umysł wpadł na to, by zmutować niegroźnych obgryzaczy marchewek i nasycić ich małe móżdżki morderczymi myślami? Druid tego nie wiedział, jednak z największą przyjemnością zamierzał wgnieść tego kogoś w ziemię. Tymczasem zaś hordy zajęcy ustąpiły miejsca czemuś znacznie potężniejszemu i bardziej obrzydliwemu. Spoglądając z dołu na pękatą sylwetkę kobiety-pająka, Rodney sam cofnął się w pół kroku, jednak nie zamierzał ustąpić. Skoro to plugastwo stanęło mu na drodze, niech poczuje moc Natury. - Czas na ciebie, potworze! - zawołał, zwracając na siebie uwagę pajęczycy, chwilę wcześniej wyjmując z zanadrza obręcz z jadeitem, którą umieścił na swym czole. Klejnot rozbłysł jasnym blaskiem, gdy druid rozpoczął inkantację, pobierając moc z otoczenia. Jego ciało nagle wygięło się w łuk, błyskawicznie przekształcając się w inną formę, znacznie większą i potężniejszą, niż zwyczajny człowiek. Opadł na czworaka, dłonie i nogi przekształciły się w muskularne łapy, twarz zmieniła się w pysk pełen ostrych zębów, osadzony na długiej szyi. Pojawiły się skrzydła i ogon... Chwilę później przed potworem stał nie druid, a ogromny, mosiężny smok. - Zatańczmy - niczym grzmot rozległ się potężny, nowy głos Rodneya. Druid-smok ruszył w kierunku przeciwnika.
  4. Ja wstępnie w sobotę po 20.30 jestem wolny. Wcześniej nie da rady.
  5. Znając odległość między pawilonami i kolejki na Pyrkonie to nie sądzę bym dał radę.
  6. No i macie małe polowanko na start. Zanim jego obiekt do was przyczłapie, macie chwilę na przygotowanie się, ale niedużą, akurat na jakiś plan, deklarację, itp. Proszę też zapoznać się z postem w "Watasze...". Co do amuletu - ja wiem, że brakuje mocy dla czaromiotów, ale chciałem w ich przypadku dać coś bardziej ciekawego, a póki co nie miałem motywacji do wymyślania. Teraz jakąś mam i będę informował, jak coś się pojawi w pliku.
  7. Welcome... to the cannibal island! Skryty w cieniu większej chaty ekwipunek był rozrzucony, trochę poprzebierany, jednak zadziwiająco kompletny. Największym problemem okazało się po prostu ponowne odnalezienie wszystkiego, co należało do każdego z osobna. Zajęło to trochę czasu, lecz ku uldze wszystkich nie brakowało niczego ważnego. Zaginęło jedynie trochę racji żywnościowych – najwyraźniej miejscowi postanowili zagarnąć to, co przedstawiało największą praktyczną wartość. A i tu nie wszystko zabrali. Cóż, chwała im za to. Ponownie wyekwipowana, drużyna ruszyła w gąszcz dżungli wraz z towarzyszącą im grupą kanibali. Oprócz szamana poszła z nimi ósemka wojowników, najwyraźniej pełnych obaw o zdrowie swojego nowego „wybrańca”. Otaczali bowiem Aenghusa i starego loupa szczelnym kordonem, pilnie rozglądając się wokół i nasłuchując. Przedzieranie się przez gęstą, soczystą roślinność, nie należało do rzeczy najłatwiejszych, a tym bardziej do przyjemnych. Widoczność była dość ograniczona, a liczne gałęzie drzew nie pomagały również na wysokości, utrudniając latanie odpowiednio nisko, a wyżej praktycznie całkowicie blokując widok. Nie brakowało również irytującego robactwa i pohukiwania ptaków, które najwyraźniej poczuły się w obowiązku powitać gości koncertem skrzeków i treli. Z raz czy dwa gdzieś w oddali zamajaczyło jakieś większe stworzenie, lecz postanowiło się do was nie zbliżać. Cóż, w grupie siła. Trudno powiedzieć, ile minęło czasu, zanim w końcu dostrzegliście miejsce, które najprawdopodobniej było waszym celem. Godzina, półtorej? Może dwie. Niemniej, dotarliście w końcu na szczyt porośniętego krzakami wzgórza i z niego dostrzegliście w dole, pomiędzy drzewami, sporą polanę upstrzoną kamiennymi kształtami, zdecydowanie nie dostarczonymi tu przez naturę. Nie tworzyły może jakiegoś regularnego wzoru, lecz już na pierwszy rzut oka było widać, iż większość z nich jest w pewien sposób ociosana w słupy, bądź w jakieś posągi. Schodząc na dół po zboczu, w miarę zbliżania się zaczęliście dostrzegać ryte w kamieniach wzory i piktogramy. Nie układały się w nic znajomego, nie miały także nic wspólnego z wcześniej spotkanymi podziemiami. Ot, coś nowego w nieznanym świecie. Dopiero bliskie oględziny pozwoliły na rozpoznanie pośród nieregularnych rycin także kształtów, które mogły być postaciami loupów oraz prawdopodobnie jaszczuroludzi albo smokowców. Obrazy wyraźnie wskazywały na niezbyt przyjazne nastawienie jednych i drugich. Szaman zaprowadził wszystkich do centralnego punktu polany, gdzie pośród kamiennych słupów stał jeden szeroki, płasko ociosany głaz, pokryty nieregularnymi rysami i brunatnymi zabarwieniami. Jego wygląd budził jednoznacznie skojarzenie. Stary loup rzucił kilka ostro brzmiących słów do Aenghusa, po czym wygiął się w tył i zawył donośnie. Dźwięk zabrzmiał wyjątkowo ostro i przejmująco, wręcz dość nienaturalnie, biorąc pod uwagę akustykę tego miejsca. Aenghus najwyraźniej nie do końca zrozumiał, co tamten chciał mu przekazać. Rzucił kilka dziwnych słów, na co szaman odwarknął i pokazał mu parę znaczących gestów. Dwójka wojowników podeszła do kapitana, lecz ten powstrzymał ich groźnym warknięciem, po czym zwrócił się do was. - Wygląda na to, że mam robić za przynętę. Na ołtarzu. Zupełnie jak w książkach – wyszczerzył zęby w pełnym uśmiechu. – Wy się lepiej przygotujcie. Zobaczymy, co takiego oni wielbią… - nie tracąc rezonu, de Ruyter wskoczył na zimny kamień i położył się nań, zalotnie puszczając oko do tutejszych pań. Nawet jako potencjalna ofiara starał się wyglądać ponętnie i bohatersko. W swoich staraniach zapewne nie zauważył, że wcześniej drażniący świergot ptaków całkowicie ucichł… Nagle drzewami wstrząsnął ogłuszający ryk, który mógłby obudzić nawet umarłego. Dźwięk zelektryzował wszystkich, dając do zrozumienia, że nadchodził czas działania. Loupy niczym duchy czmychnęły pomiędzy kamienie i zieleń, ustępując pola wam i temu, co nadchodziło. A sądząc po tąpnięciach stóp i poruszeniu wśród roślinności, było to coś wielkiego… … niczym potężny, dwunożny jaszczur, z paszczą pełną ostrych jak brzytwa zębów. - Mamo, tato i bracie kochany… - wyjęczał Aenghus, podnosząc oczy w stronę nadchodzącej bestii. Nagle zerwał się na nogi i zaczął podskakiwać i machać ramionami. – Hej, hej! Kreaturo! Tutaj! – zawołał do jaszczura, wabiąc go w stronę ołtarza, prosto do was.
  8. House rules oraz wszelka twórczość własna 1. Amulet Aspektów - w tym dokumencie znajduje się opis działania Amuletu Aspektów, który odnaleźliście w podziemiach pod Brannfjell. UWAGA - na ten moment dostępnych mocy nie ma wiele, gdyż muszę jeszcze nad nimi popracować (a to wcale takie proste i przyjemne nie jest jak się wydaje...). Zastrzegam możliwość zmiany mocy w dowolnym momencie w imię balansu i własnego widzimisię. 2. House Rule 1 - chowańce nie mogą w żaden sposób oddziaływać na walkę poza przenoszeniem zaklęć dotykowych na dystans.
  9. NPC Placeholder, będzie uzupełniony później.
  10. @Obca Ja na 19.30 najpewniej będę na Gaslight Cthulhu. Ogólnie wygląda na to, że sobota pewnie będzie najbardziej upakowana, więc ewentualne spotkanie w Strefowym gronie chyba najlepiej planować na inny dzień. Chociaż w tej chwili ja ze swojej strony nie mówię nic konkretnego, muszę przejrzeć wszystko, wybrać poszczególne punkty i zaplanować też spotkania ze znajomymi z Poznania.
  11. Rodney Halsey Rozszalała zjawa była dość uciążliwą przeszkodą, lecz i takową byli w stanie pokonać dzięki współpracy. Najpewniej również była ona powodem, dla którego ich przewodniczka nie mogła przejść dalej, gdyż dosłownie chwilę po tym, jak zły duch rozwiał się w powietrzu, kobieta znów się zmaterializowała, dalej wskazując im drogę. Ciekawy, co tym razem miała do pokazania, Rodney zbliżył się i zajrzał do pomieszczenia. Widok siedzącej na tronie sylwetki nie zachęcił go jednak do zbliżenia się - akurat sprawy trupów wolał zostawić osobom się w nich specjalizujacym, czyli Orianie. Zajrzał w tym czasie do pozostałych pomieszczeń. - Ani chybi jakieś więzy - dał towarzyszom do zrozumienia, że zgadza się z wykoncypowaną wizją. Skojarzenie z ruinami jako więzieniem i wcześniejszymi obawami wieśniaków jakoś same się nasunęły. Niemniej, ich robota polegała na eliminacji niebezpieczeństw, toteż Rodney, po krótkich oględzinach komnat, dołączył do towarzyszy w pokoju wskazanym przez ducha kobiety. - Obstawiam, że odesłaliśmy ją tam, gdzie jej miejsce - zagadnął Jareda, odpowiadając na jego pytanie. - Oriana lepiej ci to wytłumaczy, ja raczej jestem ekspertem od wilków - uśmiechnął się półgębkiem, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu. - Ta poświata wyróżnia to miejsce. Możecie sprawdzić, czy jest magiczna? - zagadnął do towarzyszek, po czym zaczął przyglądać sie otoczeniu. Do trupa jakoś nie chciał się zbliżać póki co.
  12. Jak wyżej. Najpierw błąd po odświeżeniu strony głównej, zaraz potem następny przy wejściu w ten temat.
  13. https://www.kickstarter.com/projects/battlefieldpress/gaslight-victorian-fantasy-for-5e-fantasy - to chyba będzie kolejna rzecz, którą poprowadzę w przyszłości. Jeśli w końcu wyjdzie. :P 

    1. Kira

      Kira

      Ciekawe nawet. ;) 

    2. Obca

      Obca

      Idę w to.

    3. Vidar

      Vidar

      Nie wiem dlaczego, ale bawi mnie nazywanie tego systemu "Fifth Edition Fantasy" i usilne unikanie użycia dwóch wielkich liter D, samodzielnie czy w pobliżu znaku '&'. Oczywiście podejrzewam, że wynika to z jakiegoś zapisu w OGL.

    4. Bazil

      Bazil

      Obstawiam, że chodzi o jakąś licencję. Swoją drogą Gaslight ma też swoją wersję na mechanice Savage Worlds wydaną, ale ja sobie poczekam na dedeki, jest czas. 

  14. - Został w wiosce – Aenghus wzruszył ramionami na wspomnienie o szamanie. – Zresztą niedługo go poznacie, bo musimy iść. Nie ma co tracić czasu. Mam plan – błysnął zębami w szelmowskim uśmiechu. Nie wyglądał na zbyt przejętego obawami o życie swoje czy innych, zupełnie jakby pertraktacje z tubylcami w ich nieznanym języku nie stanowiły dlań żadnego problemu. Tak czy inaczej, ruszyliście razem z kapitanem i tubylcami w stronę wioski. Wysokie trawy skrywały sylwetki wszystkich i znacznie utrudniały obserwację terenu. Nie dotyczyło to wprawdzie elfa, ale finalnie nie miało to żadnego znaczenia, gdyż jego chowaniec nie wypatrzył nic godnego uwagi bardziej niż być powinno. Wioska tubylców stanowiła skupisko chat z gliny, gałęzi i liści, ustawionych bez większego ładu i składu. Jedynymi wyróżniającymi się miejscami był szeroki plac w centrum osady, przy którym stał wzniesiony z plecionki tron oraz znajdujący się nieopodal większy budynek. Właśnie do tronu Aenghus zaprowadził swoich „gości”. Kiedy tylko cała grupa pojawiła się wśród chat, pozostali mieszkańcy, głównie kobiety i dzieci, wycofali się do ich wnętrza. Zrobiło się cicho i nerwowo. Kapitan de Ruyter naturalnie wydawał się tego w ogóle nie zauważać. - Spocznijcie sobie tu, ja pogawędzę z szamanem – rzekł do was, lustrując wzrokiem otoczenie. Znajdowaliście się właśnie na głównym placu, nieopodal sporego paleniska. Kątem oka dało się złowić jaskrawo pomalowaną tarczę Jorusa, niedbale opartą o ścianę przy dużym budynku. Obok niej leżał jakiś karwasz i but. Szaman, o którym wspomniał Aenghus, wyłonił się nagle zza węgła. Nie sposób było go pomylić ze zwykłym wojownikiem. Zamiast broni nosił długi, sękaty kij, służący raczej do podpierania się, niż do walki. Z jego ramion i przegubów zwisała plecionka z kości i zębów różnych stworzeń, zaś futro pokrywały liczne wijące się wzory, odmienne od tych, którymi został „upiększony” Aenghus. Na jego widok wojownicy wyprostowali się i zbliżyli, odcinając wam ewentualne drogi ucieczki. Kapitan tymczasem nie próżnował. Uniósł dłoń i zawołał coś do szamana, po czym podszedł doń i zatopił się w cichej rozmowie. Przynajmniej tak wam się wydawało, gdyż Aenghus mówił po ichniemu, czyli w praktyce pewnie plótł trzy po trzy. W międzyczasie atmosfera wokół nieco się rozluźniła. Wojownicy wciąż was obserwowali, lecz żaden nie uczynił wrogich gestów. Inni mieszkańcy wrócili do swych czynności. Nawet jeden z małych loupów, dzieciak na oko może sześcioletni, prześlizgnął się przez kordon otaczający plac i zbliżył się do Jorusa, obwąchując go ostrożnie. Szaman i Aenghus debatowali dalej, gestykulując żywo, jakby odgrywali jakieś przedstawienie. Tubylec wskazywał dłonią w stronę dżungli i terkotał o czymś z przejęciem, natomiast kapitan kiwał głową. W końcu coś odpowiedział, po czym podszedł znów do was. - Ale z niego gaduła – westchnął i ziewnął, zasłaniając usta dłonią. – Słuchajcie, wasze graty są w tej dużej chacie. Pewnie w nich grzebali, więc lepiej, byście sprawdzili, czy wszystko co ważne jest na miejscu. Jeśli dobrze rozumiem to, eee… chyba chcieli was złożyć w ofierze jakiemuś duchowi, czy czemuś takiemu. Albo bóstwu. Nie wiem, ale chyba czemuś dużemu – podrapał się za uchem. – Powiedziałem mu, że sami jesteście duchami, czymś w rodzaju mojej świty… i chyba to kupił. Chce teraz nas zaprowadzić gdzieś do dżungli i zapolować na coś… innego ducha. Czy tam totem. Albo ofiarę… Kurczę, ciężko zrozumieć ten bełkot – mruknął, zerkając w stronę szamana, po czym pochylił się nad wami. – Nie wiem, ilu z nami pójdzie, ale tam w dżungli chyba będzie dobry moment, by nawiać. No chyba, że chcecie zatłuc to, co im tam wadzi, ale i tak musimy się sprężać. Sporo drogi do pokonania, a ja przed północą muszę być na wodzie. Możliwe, że nie będę mógł iść z wami do Greyhaven.
  15. Słysząc Jorusa, loup rozpromienił się bardzo i wypiął dumnie pierś, prezentując wszystkim swą owłosioną klatę, pomalowaną w misterne wzorki. Podszedł do barbarzyńcy i po przyjacielsku poklepał go po ramieniu. - Na pewno zdarzy się okazja, w końcu nie mogę być wszędzie – wyszczerzył zęby, zadowolony z siebie. – I oczywiście, że żyję. Plemię kanibali to za mało, by powstrzymać pogromcę krakena – znów aż urósł z dumy na dźwięk własnych słów. – A co do tych przedmiotów… pewnie, powiem im, ale wiecie… - nachylił się konspiracyjnie do was. – Po prawdzie to ja nie wiem, co oni tam gadają. Coś mówią, łapami machają, ja powtarzam… i jakoś to idzie – wzruszył ramionami, prostując się i odwracając do tubylców. – Mere-mere naka so bzium! – zawołał do tubylców, wskazując w kierunku, z którego przyszli. Paru pokiwało głowami, pełni zrozumienia. – Chyba wzięli mnie za jakiegoś boskiego posłańca, czy coś takiego – wtrącił Aenghus, uśmiechając się pod nosem. – Ten ich szaman zaczął tę całą czołobitność, potem zaczął malować te wzory. Nakama mo-bi, no! – zawołał do loupów, którzy wyraźnie nie chcieli się ruszyć bez niego.