Witaj na Strefie Forumowych RPG!

Witaj na Strefie Forumowych RPG!
To miejsce, w którym zagrasz w RPG prowadzone na forum (PBF), zanurzysz się w niezwykłych przygodach i porozmawiasz z ludźmi, którzy mają podobne zainteresowania jak Ty! Wystarczy się zarejestrować, by stać się członkiem naszej społeczności. Spokojnie, to prosta rzecz i będzie wymagać od Ciebie podania niewielu informacji.
Dzięki rejestracji będziesz mógł:

  •  Zaczynać nowe tematy i dodawać odpowiedzi do już istniejących.
  •  Otrzymywać powiadomienia o nowych treściach.
  •  Wysyłać prywatne wiadomości do innych użytkowników.
  •  Założyć bloga, pisać artykuły, dodawać pliki i obrazy do galerii.

Dołącz do nas!


Bazil

Twórca posta miesiąca
  • Ilość dodanej zawartości

    11653
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O Bazil

  • Ranga
    Lew Kanapowy
  • Urodziny 29.09.1986

Previous Fields

  • Systemy RPG D&D

Contact Methods

  • Website URL http://

Profile Information

  • Gender Male
  • Location Gilneas City

Ostatnie wizyty

4538 wyświetleń profilu
  1. @Therek - good point. Pomysłów można mieć wiele, owszem, ale trzeba być uczciwym wobec innych. Powiedzmy, że gracz podeśle na początku rekrutacji kartę maga, po czym po prawie dwóch tygodniach zobaczy, że czterech innych też podesłało magów, to on dodatkowo podeśle barbarzyńcę, nie anulując wcześniejszego maga. Albo od razu rzuci dwiema-trzema kartami, które przecież mają różne historie. To tak, jakby zgłosił się za dwie, trzy osoby. Therek jest bardziej liberalny - wskazałby co i jak, coś by wybrał. Mnie takie zagrywki zwyczajnie wku***, dlatego zrobiłbym to, co napisałem. No chyba, że byłyby tak jak Therek napisał, że ktoś by mi od razu napisał, że ma dwa koncepty, wskazał je i wtedy jakoś by się wybrało ten jeden, bo wtedy jeden tylko brałby udział w rekrutacji, a nie dwa.
  2. To chyba zależy od indywidualnych preferencji MG. Ja kiedyś, prowadząc rekrutację do Star Wars w czasach KotOR-a dostałem kartę postaci, która była jawnym reusingiem z innej sesji - był tam Luke Skywalker i w ogóle. Tego typu bezczelne próby kończą się natychmiastowym wrzuceniem na czarną listę. Natomiast co do wykorzystywania "nieudanych" postaci do sesji, ale zrobionych poprawnie pod koncept rekrutacji nie mam żadnych przeciwwskazań i myślę, że większość ma podobnie. Acz koncept zgłaszania więcej niż jednej postaci w rekrutacji na raz u mnie prawdopodobnie skończyłby się automatycznym failem obu.
  3. Shibboleth przewrócił oczyma. - Dobrze, niech będzie, mógłbym mieć wyznawców - zgodził się. - Może, gdybym był taki jak wy. Tutejsi ludzie odczuwają niemożliwą wręcz potrzebę do wiary w coś lub kogoś. Niektórych to wzmacnia, inni rekompensują sobie tym samym kiepską wiarę w swoje możliwości. Nie zamierzam oceniać - machnął ręką. - A co do obowiązków, tak jakoś wyszło, że mam rodzinę. Walczyłem o nią tysiące lat, dla niej powróciłem z martwych. Dla Arielli właśnie, mojej żony. Uwolniłem ją z Souldrake'a i nie zamierzam się z nią rozstawać - dodał twardo. Po chwili spojrzał na swych towarzyszy. - Oczywiście, Hamish pomógł. Pozostali również. - Miło, że wspomniałeś - góral trącił go łokciem, śmiejąc się rubasznie. - A co do broni, prawda li to, że ją zatrzymaliśmy. I ten miecz rzeczywiście był z kryształu - odpowiedział Jorusowi. - Tylko wiecie... jeśli chcecie poruszać się po świecie w miarę, jak to mówią ci magowie, inko... inka... no po cichu, to raczej nie zabieracie ze sobą miecza, o którym opowieści zna ten cały świat, co nie? - Cóż, prawda - podsumował Blackthorn, wcześniej długo milczący. - W ogóle, Shibboleth, nie wstyd ci mówić o swojej rodzinie i jednocześnie składać takie propozycje towarzyszce przy stole? Nubianin westchnął cicho. - Tyberiusie, Tyberiusie, proszę, nie graj już. Doskonale wiesz, że w moim słowniku nie istnieje słowo wstyd. Gwoli wyjaśnienia, bo nie wiem, czy wszyscy tutaj mają pojęcie o naszych zwyczajach - rozejrzał się po towarzyszach i przynajmniej w paru spojrzeniach rozpoznał niezrozumienie. - Moi ziomkowie mają bardzo swobodne obyczaje, jeśli chodzi o wzajemne kontakty. Owszem, zakładamy związki, podobnie jak wy, ale jeśli ktoś ma ochotę na kogoś innego i dla tej osoby nie jest to problem... to nic nas nie powstrzymuje. Tym bardziej w rodzinie, tu jesteśmy jeszcze bardziej otwarci - dodał bez skrępowania. - Wiecie, kiedy w końcu pojednałem się z bratem po tym długim czasie, to w gruncie rzeczy było to całkiem przyjemne pojednanie. Więc moja droga - zwrócił sie znów bezpośrednio do Aliry. - Jeśli moja propozycja cię nie obraża, odpowiedz mi proszę, z łaski swojej. Nie chciałbym, byś biegała później po mieście jak jakiś lalusiowaty nowicjusz Lathandera i krzyczała wniebogłosy, że "lew cię molestuje".
  4. Scott jest naturalnie za pójściem do szpitala. IMO możemy zrobić tak, że ja zostanę, a wy pójdziecie do Kamar-Taj poszukać info. Jak coś, komórka powinna działać. W razie czegoś podejrzanego dam znać, gdybym musiał np. się potem zmienić w wilka i niuchać. Co do Scotta Ch., jestem za tym, co mówi Jedi, by go odesłać. Acz dobrze byłoby, gdyby Ancient One na niego wcześniej spojrzała, ewentualnie ktoś inny wysoko postawiony (Mordo?). @Nadia - nie pamiętam dokładnie, może i tak, ale wiesz... nasze postacie tego nie wiedzą.
  5. Sorry, że tak długo z mojej strony, ale miałem lekkiego demota przez nieco przeciągającą się scenę i nie mogłem zebrać myśli. Scott chce działać, może teraz ktoś inny wyważy drzwi.
  6. - Dobre pytanie - mruknął Scott, gdy jego imiennik zaczął w przypływie nagłego uzewnętrznienia się wystrzeliwać z siebie pytania z szybkością karabinu maszynowego. O ile rzeczywiście tamten szpital był na tyle lepiej wyposażony (a na pierwszy rzut oka - był), to rzeczywiście w grę mógł wchodzić jakiś zagraniczny kapitał i tak dalej. Scott bardzo chciał tam wrócić, może nie od razu, ale w ogóle. Z tym... ech, to naprawdę wyglądało jak w filmach. Zamarudzą, pokrążą wokół tematu, a jak wrócą na miejsce, to wszystkie ślady będą już zatarte i szukaj wiatru w polu. Rozdarcie pomiędzy chęcią zbadania sprawy, zdrowym rozsądkiem, a niechęcią do pochopnego działania wywołaną skutkami wcześniejszych akcji, pogłębiało się. - Okay, chłopaki - wtrącił, gdy Jamie rozpoczął swoją rozmowę telefoniczną. - Nie możemy tu sterczeć jak kołki. Ta sprawa śmierdzi i w tej chwili chyba to właśnie my mamy najwięcej podejrzeń wobec tego, co działo się w tamtym szpitalu. Dwa wyjścia - albo wracamy do Kamar-taj poszukać informacji, albo idziemy z powrotem do szpitala by poniuchać. Opcja pierwsza - możemy się czegoś dowiedzieć, ale ryzykujemy, że wszystko sprzątną na miejscu i nic nie wskóramy. Opcja druga - problem ze służbami i wszystko, co związane z przemykaniem się. No i idziemy w ciemno, chyba... że Jamie zaraz czegoś się dowie - zerknął ku koledze. - Tak czy owak, trzeba wybrać. Ja jestem póki co za szpitalem - szkocka krew zwyciężyła. Naturalnie, o ile za chwilę nie okaże się, że Jamie przekaże wszystkim coś przydatnego.
  7. Ja zapewne się pojawię, szarpać mięso w towarzystwie i rozczłonkowywać ofiary do spółki z Ozem.
  8. Maile formalne to inna bajka. Acz czasem w kontaktach handlowych się zdarzają. Np. jak kupowałem fotel do biurka to w korespondencji z managerką produktu leciały emoty i jakoś nikt się nie obraził. Aczkolwiek nie w pierwszym mailu, to fakt. Zaś w innej sytuacji - kiedyś z Goldenline chyba przyszło do mnie ogłoszenie o pracę tak napisane, że mi ręce opadły, bo miałem wrażenie, że rekruter zna mnie z piaskownicy, tak pisał.
  9. No właśnie mylisz się, bo to, co dla Ciebie wydaje się uniwersalne, nie dla każdego będzie. Nie każdy przegląda Kwejka, JoeMonstera czy inne portale z zabawnymi rzeczami, nie każdy ogląda seriale (albo ogląda inne), nie każdy wie, co to jest Grumpy Cat. Uniwersalne jest właśnie słowo pisane. Nie wiem, może to ja jestem skrzywiony, ale jeśli np. bym z kimś dyskutował na jakiś temat, pisał argumenty, opisywał swoje stanowisko i tak dalej, a ten ktoś by mi odpowiedział gifem, to IMO jest to po prostu brak szacunku dla partnera w dyskusji. A to, że inny temat - przecież jesteśmy w NO. Zaznacz w poście cytat i na ekranie gdzieś powinien pojawić się pływający link z napisem "Cytuj". Profit. Z takimi się jeszcze nie spotkałem, ale do emot mam takie same podejście jak Ty. Niemniej, potrafię zrozumieć osoby starsze, dla których czasem nawet idea społeczeństwa technologicznego jest zupełnie obca, bo wyrośli w innej kulturze. Ja na przykład doświadczenie z Internetem jako medium ogólnodostępnym zacząłem mieć dopiero jak poszedłem na studia, pewnie stąd wrodzona odporność na "głupoty w necie". Spoko, ja kiedyś tak postawiłem średnik, że w warunku mi wyszło, że 2+2=5. O, dokładnie to.
  10. Z czysto akademickiego zainteresowania - która edycja Werewolfa jest ciekawsza w graniu - Apocalypse czy Forsaken?

    1. Pokaż poprzednie komentarze  22 więcej
    2. Selyuna

      Selyuna

      @Bazil - to może solówkę, one są mniej czasochłonne :D ?

    3. Mhelkir

      Mhelkir

      W solówkę, lub duala bym chętnie zagrał też :)
      @Bazil tak swoją drogą co do puchatych stworzonek to w świecie WA istnieją Kotołaki, sądząc po postaci Shibboletha byłyby Ci bliższe ;)  http://whitewolf.wikia.com/wiki/Bastet_(WTA) W dodatku mają tą zaletę że poza Swara (were-gepardami) do Umbry (świata duchów) mogą wchodzić dopiero na naprawdę wysokim "poziomie" więc odpada Ci cały świat duchów do prowadzenia i relacje z nimi, możesz się skupić na urban fantasy :) (dla porównania każdy Wilkołak może odwiedzać Umbrę).

    4. Bazil

      Bazil

      @Selyuna - w moim przypadku prawie tak samo. :D Nie, naprawdę nie dam teraz rady.

    5. Mhelkir

      Mhelkir

      Nawet na Bastety się nie skusisz? ;)

    6. Bazil

      Bazil

      @Mhelkir - nope, IMO jakoś jeśli chodzi o were, to wolę wilkołaki. Może to kwestia przyzwyczajenia. Koty dobrze pasują jak od początku są anthro, jak Shibboleth właśnie.

  11. No to zasmucę Cię, bo jak ostatnio prowadziłem rekrutację, to kilka osób mi takie coś do zgłoszenia dopisało. Nie prowadziłem nic od bardzo dawna i w sumie trochę mnie to zaskoczyło, bo pierwszy raz się spotykam z taką praktyką, ale koniec końców w dużej mierze poczta pantoflowa na Strefie i tak roznosi wszelkie miłości i animozje, więc jeśli człek ma dobre źródła, to coś tam wie. Zresztą, nie wierzę, że znajdzie się doświadczony na forum MG, który po poprowadzeniu paru sesji nie ma absolutnie żadnej osoby na tej tak zwanej "czarnej liście". Czy gracz ma? Nie wiem, osobiście chyba nie mam aż takich animozji, by marudzić Mistrzowi podczas rekrutacji. Co innego jako MG, tu na pewno się znajdzie parę osób, z którymi po prostu albo nie chce mi się użerać, albo mi ich styl pisania (lub jego brak) nie odpowiada, albo po prostu inne doświadczenia związane z ich grą utwierdzają w przekonaniu, iż najlepiej będzie, jak się już nie spotkamy w kontakcie MG - Gracz. Peeeewnie, to że ktoś nie chce mieć do czynienia z kimś, kto mu zatruwał życie od razu znaczy, że jest konfliktowy <3 nie ma to jak zwalać winę na ofiarę Najlepiej to w ogóle zrobić z siebie ofiarę. Anyway, chociaż zgodziłbym się ze stwierdzeniem, że nie chciałbym mieć z taką osobą do czynienia, to w kontekście tego, co napisała Sel, ta odpowiedź jest tak spod ogona jak tylko się da. I potem słyszysz tylko "gdzie post, gdzie post?" I w ogóle z takich luźnych spostrzeżeń z tej dyskusji z NO odnoszę wrażenie, że ja już kurczę chyba stary jestem, bo jak tak patrzyłem na niektóre posty, to takie odpowiadanie na wypowiedzi przy pomocy gifów czy innych memów to dla mnie taki trochę gimnazjalny poziom dyskusji. Trochę tak jak w artykułach na cudnych portalach internetowych a'la WP, gdzie wchodzisz w artykuł, a tam tylko filmik.
  12. Shibboleth wydawał się być w ogóle nie zrażony krążeniem smoczycy wokół tematu. Ot, nie raz spotkał się przecież z podobnymi odpowiedziami. To jedna chciała, to nie, ale zawsze gadały. A na koniec pewnie i tak byłyby chętne spróbować nowych wrażeń. Bez pracy nie ma kołaczy, tak powiadają. - Naturalnie, że poważna oferta – odparł więc, uśmiechając się tajemniczo i mrużąc oczy w niezwykle koci, ponętny sposób. – Jeśli zaś potrzebujesz kufelka na rozluźnienie obyczajów, nie będzie to problem – uniósł przy tym dłoń w górę, kiwając w stronę szynkwasu. Usłużna dziewoja pojawiła się przy stole po kilku chwilach. – Proszę jeszcze jeden kufelek tego samego dla tej pani – wskazał na Alirę. Dziewczyna przyjęła zamówienie i ruszyła dalej. Shibboleth tymczasem kontynuował swe podchody. - Cóż, byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł wziąć udział w tej wyprawie, lecz obawiam się, że mamy tylko dzisiejszy wieczór i noc dla siebie. Obowiązki trzymają mnie na stałym lądzie, choć nie ukrywam, myśl jest kusząca. Niestety, w moim obecnym stanie pozostaje mi tylko życzyć wam wszystkiego dobrego i umilić te ostatnie godziny jak tylko będę potrafił – mrugnął do Aliry znacząco.
  13. - Szkoda – zarówno Benjamin, jak i jego towarzysze byli najwyraźniej zawiedzeni decyzją Aliry. – Gdybyś zmieniła zdanie, wiesz, gdzie nas szukać. Zresztą… wnioskuję, iż będziemy mieli sporo czasu podczas rejsu. – a więc płynęli wraz z nimi. Ciekawe, czy i kura ostanie się do tego czasu. W jej przypadku istniało dość spore prawdopodobieństwo, że skończy w rosole, ale przy tych umiejętnościach, jakie posiadała… któż wie? Alira nie planowała się chwilowo nad tym zastanawiać. Trzeba było wrócić do towarzyszy, no i… w grę wchodziła również nierozwiązana kwestia trunku, którą się szybko zajęła. Akurat wróciła na czas, by posłuchać najciekawszych części opowieści i pytań, które się z nią wiązały. Shibboleth nie wyglądał na zaskoczonego, wręcz przeciwnie. Po prawdzie poczuł się znacznie lepiej po tym, jak się wygadał z tym wszystkim w sumie obcym ludziom. Alkohol również zrobił swoje, wprowadzając go w przyjemny nastrój gawędziarza. - Twierdza, tak… - odchrząknął. – Cóż, pozostawiłem ją tam, skąd ją zabrałem. W górach nieopodal Silverymoon, tak chyba się to miasto nazywało. Poprosiłem Ariellę, by ustawiła stosowne zabezpieczenia, by nikt niepowołany jej nie używał. Zresztą… mało kto może – uniósł dłoń w górę i parokrotnie poruszył palcami. – Nie mając naszej krwi w sobie, genu, jak to nazywali inni, nie da się używać przedmiotów naszej technologii. Oczywiście, mówię o tych z moich czasów. Te, które miał ze sobą Carduin, były bardziej uniwersalne. Ale on postarał się, by nic po sobie nie pozostawić, więc nie liczcie na myśliwce, czy jakąkolwiek inną broń – uśmiechnął się, odsłaniając zęby. Zdawał sobie sprawę, do czego może doprowadzić ta konwersacja, ale czy naprawdę zależało mu na ukrywaniu wszystkiego? Sądząc po tym, ile już powiedział, raczej nie. - Wracając do twierdzy… nie przesadzałbym z tą wyspą. To tylko zamek wryty w skałę i na niej wybudowany. Nie jest tak wielki jak wyspa. Może chodziło o coś innego? Wszak bogowie chodzą własnymi ścieżkami, nieprawdaż? – zagadnął do Arlen. – Jak również i różne rzeczy zsyłają swoim wyznawcom. Czworobok pikinierów, powiadasz? Równie dobrze tą wiedzą mogłaby się podzielić potężna istota, chcąca wywrzeć wpływ na śmiertelników i ukształtować ich zachowania i zwyczaje. Niemniej, to co mówisz, jest… pokrzepiające. Nie wiem jeszcze czemu, ale poczułem się lepiej. A ta myśl o kapliczce i własnych wyznawcach… cóż, kto by mógł to być? I co takiego zaoferować miałbym takim osobom w przeszłości, by chcieli mnie wyznawać? Pomyślmy… Może upojna noc spędzona razem? Hamish parsknął śmiechem. - Ty nigdy się nie zmienisz, sierściuchu – szturchnął go w ramię. - Raczej nie – odparł nubianin, wodząc wzrokiem po towarzyszach, aż w końcu zatrzymał go na siedzącej cicho Alirze. – Moja droga srebrna przyjaciółko, co sądzisz o mej kudłatej osobie? Wszak oboje jesteśmy zgoła odmienni od większości tutejszych gości. Zechciałabyś spędzić ze mną noc? - Wódka – mruknął Blackthorn, spoglądając z ukosa na Shibboletha. - Nie – szepnął Hamish. – Oni po prostu tacy są. Inne wychowanie, czy coś tam mi kiedyś Liz tłumaczyła. Nie zrozumiesz.
  14. Na potrzeby upływu czasu możemy uznać, że Alira będzie miała szansę usłyszeć opowieść Shibboletha, jeśli za bardzo się tam nie wciągnie w grę. Chociaż jeszcze nie wiem, jak się sytuacja przy stole rozwinie. Ja zaś jestem szczęśliwy, że pojawiła się okazja na opisanie tej sceny, nawet jeśli tylko w opowieści. Trzymałem ją w głowie przez lata, włącznie z muzyką. Wprawdzie w samej sesji pewnie wyszłoby bardziej epicko, ale jak mówią, jak się nie ma... Tak więc po prostu Shib to opowiedział.
  15. Benjamin przekrzywił zawadiacko głowę, uśmiechając się półgębkiem. Nie śpiesząc się, sięgnął ku swemu mieszkowi i rzucił na stół trzy złote monety. - Stawiam przeciw – oznajmił. – Kura na pewno znajdzie kartę. A wtedy zobaczysz, że jednak warto było uwierzyć. Na twarzach jego towarzyszy wykwitły uśmiechy, znaczące sporą pewność siebie i politowanie dla nowej, najwyraźniej naiwnej graczki. Jak to mówią w kręgach hazardzistów, „kolejny ptaszek do oskubania”. Czy jak tym razem, gad. Alira nie zamierzała się jednak wycofywać. Pieniądze zostały rzucone, karty poszły w ruch. Nie wiedziała tylko, jak zareaguje kura. Czarna nioska przespacerowała się tymczasem po stole, pogdakując coś po cichu do siebie na tyle niewyraźnie, iż nawet smoczyca nie była w stanie tego zrozumieć. Kiedy karty znalazły się na swych miejscach, nieśpiesznie podeszła bliżej i przekrzywiła łebek. Tu przygarnęła, tam znów odeszła, aż w końcu dziobnęła jedną z nich. Rozdający sięgnął po wskazaną kartę i odwrócił ją. Była to pikowa trójka. Kura zgadła. - Ha! – zawołał radośnie Benjamin, bardzo z siebie zadowolony. – Mówiłem, smoczyco, że nie warto stawiać przeciw niej. Ale nie przejmuj się – zgarnął pieniądze w swoją stronę. – Zawsze możesz się odegrać. Może coś bardziej złożonego, hę? – zagadnął, coraz bardziej pewny swego. Jego towarzysze również wyglądali, jakby chcieli więcej. - Ko, ko ko ko ko ko, ko – zagdakała czarnopióra kura, co odpowiednie uszy zrozumiały jako – Wielki pan na włościach poczuł, że może kogoś oskubać. Zagrajcie w trzy karty, zobaczymy jak mu tam pójdzie. * * * Hamish, Tyberius i Shibboleth rozsiedli się przy ławie, zajmując ostatnie wolne miejsca. Przedstawianie się i pierwsze rozmowy wywołały na twarzy nubianina głównie rozbawienie. Góral zaś wydawał się być lekko zażenowany, czemu naturalnie dał upust, jako człek bezpośredni. - Wystarczy Hamish, naprawdę – zaczął. – Co było, już było, moi przyjaciele. Exordius uczynił to, do czego go stworzyli, a tytuły i sława nigdy nie grzały tak dobrze, jak porządna gorzała, czy kobieta. Nieprawdaż? – trącił Shibboletha łokciem. - Przyjacielu, żeby tylko kobieta – Shibboleth uśmiechnął się filuternie. – Nie uwierzyłbyś, ilu ekspertów od ciągnięcia… ekhem… lin znalazłbyś na tym świecie. W tym mieście. Może nawet w tej tawernie… - Shibboleth, za bardzo się rozpędzasz, a jeszcze nic nie wypiłeś – wtrącił się Blackthorn. – A temu właśnie teraz powinniśmy zaradzić – uniósł się trochę i gestem poprosił do stołu dziewkę służebną, by zebrać brakujące zamówienia od towarzyszy. Trunki miały pojawić się lada chwila. Ci, którzy już je mieli, mogli zapewnić pozostałych o zadziwiająco wysokiej jakości napitków. Nawet Larson, która pod tym względem miała dość wybredny gust, musiała przyznać, że czuje w swym piwie coś cormyrskiego. - Wracając do kapłanów – Tyberius znów podjął temat, pociągając solidny łyk ciemnoczerwonego ale. – Czasami nie rozumiem, jak ludzie mogą mieć tak dobrą pamięć do tego jednego problemu, a zapominać o innych. Przecież nie minęły ze trzy lata, a niektórzy znów zaczęli się ze sobą szarpać, zamiast odbudowywać po wojnie. Teraz upłynęło przeszło trzydzieści, a religia wciąż stoi na chwiejnych nogach. - Ja też tego nie rozumiem – zgodził się Shibboleth. – Wy, ludzie, macie jakieś dziwne ciągoty do wiary w istoty, jak to określacie, „wyższe”. Bez urazy, moja droga – kiwnął kuflem w stronę Arlen. – Ale bogowie to po prostu potężne istoty o wielkich możliwościach. Podobnie jak wy mają duszę. Podobnie jak wy krwawią. Co prawda zaskoczyło mnie trochę to, jak krótko zajął im powrót do jako takiej normalności po pożarciu przez Souldrake’a, ale powtarzam sobie, że to wciąż tylko kwestia mocy – pociągnął łyk. – W sumie, gdyby popatrzeć na to z takiej perspektywy, ja też mógłbym być bogiem jeszcze przed ostatnią walką. Tylko nigdy jakoś mnie władza nie kręciła. - Akurat, sierściuchu – wtrącił Hamish, uśmiechając się półgębkiem. – A ta twoja latająca twierdza i ci wszyscy ludzie? Co bardziej uważni mogli dostrzec, iż Blackthorn lekko pobladł. - Twierdzy w to nie mieszaj – odciął się Shibboleth. – Zresztą, to ja uratowałem tych wszystkich ludzi. Nic dziwnego, że byli mi wdzięczni. Do niczego ich nie zmuszałem, przecież to byś mi wtedy dał. A siedzieć tam samemu i nie mieć do kogo gęby otworzyć, kiedy was gdzieś wywiało z Faerunu… nuda. No i przynajmniej Tyberiusa poznałem – wyszczerzył się, obejmując Blackthorna ramieniem w przyjacielskim geście. Czy to ta drobina alkoholu sprawiła, iż był taki bezpośredni, czy po prostu taki był? Cóż, ci, którzy go nie znali dobrze, nie wiedzieli. - Shib, nie pogrążaj mnie przed członkami mojej wyprawy – ton Blackthorna przybrał poważne zabarwienie, choć dało się w nim wyczuć nutkę rozbawienia. – Ty i Hamish nie płyniecie na tę wyprawę, więc może opowiedz jakieś kompromitujące historie o sobie. Albo o nim, skoro tak mu sława przeszkadza – mrugnął do górala, który się tylko zaśmiał. - Prawda li to, nie płyniemy – zgodził się Hamish. – A i historii będzie co niemiara, może cosik się opowie. I siwuchę w końcu polejemy. Ty lubisz językiem mielić, Shibboleth, zupełnie jak baba, więc możesz zacząć. Tylko oszczędź nam proszę tych twoich zbereźnych szczegółów, bo jakem Hamish Kilkeny, pójdę na zaplecze i znajdę jakąś deskę z dziurą po sęku, byś mógł się tutaj wyżyć. Blackthorn parsknął śmiechem, nie tylko on zresztą. Nubianin również wyglądał na rozbawionego. - Ja tym językiem potrafię zrobić naprawdę dużo ciekawych rzeczy i to lepiej niż baba, mój drogi – odciął się. – Ale skoro nalegasz, mogę wygrzebać jakąś ciekawą historię. Może o twierdzy… Blackthorn jęknął głucho. - Daj już spokój tej twierdzy… - Tyberiusie, proszę, nie przerywaj – skarcił go nubianin. – Nie miałem zamiaru ogłaszać wszem i wobec, że należałeś do mojej załogi i łączyło nas… ups… - rozejrzał się po twarzach wokół. – Wydało się. Blackthorn westchnął z zażenowaniem. - Namieszałeś mi w głowie czarami – rzucił zimnym tonem. – I zgodziłeś się, że nie będziemy o tym rozmawiać. Shibboleth uniósł ramiona w geście poddania się. - Masz rację, nie powinienem. Przepraszam, ciebie i was. To były… inne czasy – westchnął. – Minęło tyle lat, a wciąż nie potrafię zapomnieć, jak to jest, móc dokonać niemal dowolnej rzeczy. Mógłbym sprawić, że nic byście nie pamiętali z tego, co powiedziałem. A tak… muszę zdać się na siwuchę Hamisha – wyszczerzył białe zębiska. – Wracając jednak do opowieści… twierdza. Pominę niepotrzebne szczegóły. Otóż Hamish i jego wesoła kompania pomogli mi odzyskać ciało, kiedy jeszcze byłem duchem. Mając dostęp do swojej pełnej mocy, obudziłem starą, ukrytą w górach latającą twierdzę moich pobratymców. Bardzo przydatny wynalazek, prawda? Masz na miejscu kwatery, zapasy, broń i możesz przemieszczać się właściwie w każde miejsce, w jakie zechcesz. Niezbyt szybko, ale bez przeszkód. Dla mnie było to doskonałe miejsce, by zacząć badania nad rytuałem, który miał odwrócić zaklęcie spajające Souldrake’a. Pominę szczegóły, zanudziłbym pewnie większość z was – spojrzał tu wymownie na Larson, co do której nie miał wątpliwości, iż o tym chciałaby usłyszeć. – W każdym razie gdy moi towarzysze nagle zniknęli mi z oczu i właściwie również ze świata, musiałem czymś się zająć. Polatałem to tu, to tam. Zbierałem ludzi, trochę pomogłem tu i ówdzie… a jak znów mogłem wyczuć ich obecność, poleciałem w ich stronę. Hen na południe i zachód stąd. Ku Smoczym Wyspom. W sumie to w waszym kierunku, prawda? - Zgadza się – odparł Tyberius. – Tyle że my płyniemy dalej, zobaczyć co znajdziemy na nieznanych wodach. - Aż sam jestem ciekaw – mruknął Shibboleth. – Ale nie popłynę, bo żona i dzieci… Nie te czasy. Wróćmy jednak do historii. Lecę sobie w tej mojej twierdzy nad oceanem. Wiem, że już niewiele mi brakuje, że oni są całkiem blisko. Doleciałem w końcu na miejsce i co widzę? Moi towarzysze zdążyli wrócić z podróży w czasie, jak to opowiadali. Widzieli Faerun w wersji po zwycięstwie Souldrake’a. Brrr, paskudne miejsce. Nie chcielibyście go poznać. – pociągnął tęgi łyk trunku, chcąc zmyć z ust niesmak, jaki cisnął mu się od wspomnienia o Souldrake’u. – Co więcej, poza tymi niesamowitymi przygodami, jakie przeżyli, zdążyli na miejscu sprzymierzyć się z wygnanym smoczym władcą i jego drużyną, zdobyć podwodny skarb i zgodzić się na wsparcie smoków w próbie obalenia uzurpatora. Co więcej, znaleźli przy tym kolejną zabawkę, którą pozostawili na tym świecie moi pobratymcy. - Och, lads, ależ to była fajna łajba – wtrącił Hamish. – Tylko gdyby nie miała takiego paskudnego charakteru… Jak to jest, że w tej waszej kociambrzej maszynie zawsze musi mieszkać jakiś paskudny duch? - Nie zawsze i nie w każdej – poprawił go Shibboleth. – Jeśli ma być w jakiś sposób autonomiczna, zasilająca rdzeń dusza musi być świadoma. To dość… skomplikowane, wystarczy, że w tym przypadku tak było. Wyobraźcie sobie okręt cały z metalu, znacznie większy niż wasz „Indefatigable”, potrafiący miotać magiczne promienie zdolne roznieść w pył standardowy żaglowiec jednym trafieniem i do tego w pewnym sensie żyjący własnym życiem. Takie coś mniej więcej znaleźli. Do tego, jak Hamish mówi, dusza okrętu należała do gościa o wyjątkowo parszywym charakterze, więc i on chciał wszystko niszczyć po przebudzeniu. - Na szczęście Maya go opanowała – dodał Hamish. – Ona zawsze miała dryg do stawiania na swoim. - I doświadczenie ze mną – parsknął Shibboleth. – Tak, okrętem dało się sterować, mając ku temu specjalne predyspozycje, takie jak Mayanna, czy ja, ale ja musiałem kierować twierdzą. W przeciwieństwie do okrętu, ona nie posiadała świadomej duszy. Może to i lepiej… - podrapał się pod brodą i pociągnął kolejny łyk. – Ach, ale dobre. Na czym to skończyłem? A, okręt i smoki. No więc pewnego pięknego poranka wyruszyliśmy naszą małą armadą ku Krak de Dragon, gdzie znajdowała się siedziba uzurpatora. Czy jak on sam twierdził – prawowitego władcy. Shan’do miałby o tym jednak inne zdanie. Nie zapomnijcie go pozdrowić, kiedy będziecie przepływać przez Smoczy Archipelag. Dobrze, co do wyprawy… wiedzieliśmy, że przeciwnik będzie przygotowany, ale byliśmy przekonani, że damy radę. Smoki mogły walczyć ze smokami, mieliśmy też nasz okręt i moją twierdzę. Niby przewaga, powiecie? A gdzie tam. Nikt się nie spodziewał, że drań w zamku będzie miał kogoś, kto będzie w stanie kontrolować technikę moich pobratymców. I tak stanęliśmy naprzeciw hordy złych smoków i złych mechanicznych smoków… - Oho, już wiem, do czego to zmierza – wtrącił Hamish. – Na pewno chcesz o tym wszystkim opowiadać? - O tym, co się tam wydarzyło, prawie nikt nie wie – Shibboleth ściszył głos. – Owszem, efekt może i ktoś tam później zobaczył, ale mało kto cokolwiek powiedział. Łatwo było zostać osądzonym o szaleństwo – parsknął. – A ja chcę o tym opowiedzieć. - No tobie raczej w tym przypadku szaleństwa nie wytkną – zgodził się góral. - Raczej nie – zgodził się nubianin, odwracając się do pozostałych. – Weźcie się lepiej napijcie, bo to, co usłyszycie, może wam trochę namieszać w głowach. A po wódce zawsze lepiej. Polej, Hamish. Góralowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Siwucha poszła w ruch. Pokrzepieni trunkiem, wszyscy byli gotowi na rewelacje Shibboletha. - Był to paskudny dzień i paskudna sytuacja – zaczął tamten. – Nie dziwota więc, że i pogoda była paskudna. Chmury zasnuły całe niebo i wciąż grzmiało. Smoki walczyły ze sobą i co rusz ktoś spadał w dół. Te mechaniczne były jednak wyjątkowo twarde. Jeszcze jak na złość upatrzyły sobie mnie jako doskonały cel. Dwoiłem się i troiłem, posyłałem im jedną wiązkę skoncentrowanej magicznej miłości za drugą. Mimo iż wciąż byłem pewien, że jestem w stanie dać im radę, musiałem też myśleć o innych. A oni walczyli na całym niebie. To uczucie, kiedy masz moc, ale nie możesz być wszędzie – westchnął Shibboleth. – To już prawie desperacja. Było naprawdę ciężko. I wtedy… stało się coś, czego za cholerę bym się nie spodziewał. Descent of the Archangel - Mówiłem, że pogoda była paskudna? Mówiłem. Ale nie wspomniałem, że błyskawice przecinające chmury były całkowicie nienaturalne. Biel? A w życiu? Niebieskie? Nie, one były fioletowe. To musiała być magiczna burza, tak wtedy myślałem. Pioruny przetykały chmury, ledwie rozjaśniając tę dziwną, mętną ciemność. I nagle, w jednej chwili, nieboskłon pękł na dwoje. Pomiędzy chmurami pojawiła się iskrząca plama purpurowego światła, błyskawice, jeszcze większe, przecięły mrok i ze środka tego wszystkiego wystrzelił on. „Archangel”, międzywymiarowy okręt moich pobratymców. Tak – powiedział z naciskiem, nie chcąc pozostawiać jakichkolwiek złudzeń. – W tamtym momencie wiedziałem, że to oni. Wrócili. Dlaczego wiedziałem? Bo w momencie, gdy ten okręt pojawił się na niebie, wyczułem świadomość mojego brata. Osoby, do której nienawiść pielęgnowałem długo i pieczołowicie. Shibboleth przerwał na chwilę, biorąc kilka głębokich oddechów i jeszcze jeden łyk wódki. Widać było, że opowieść trochę nim wstrząsnęła. Przeszłość potrafiła tak zadziałać. - Carduin również wiedział, że tam jestem – podjął na nowo nubianin. – Rozsądnie jednak nie skontaktował się ze mną od razu. Musiał obserwować bitwę, gdyż niemal natychmiast jak tylko opuścił wymiar, w którym się skrywał, wysłał w bój mniejsze pojazdy, które miał na pokładzie. Myśliwce, tak je nazywał. Dołączyły do naszych, ścigając te mechaniczne smoki. Miały broń, która wyewoluowała z naszej magii dusz… walka się wyrównała. Do pewnego momentu, gdyż szala dość szybko przechyliła się na naszą stronę. Kiedy Hamish z pozostałymi wylądowali w twierdzy i rozprawili się z uzurpatorem, było po wszystkim. Pozostało mi tylko rozprawić się z własnym bratem – Shibboleth wbił spojrzenie w blat, uśmiechając się sam do siebie. – Nie było to radosne spotkanie po latach, tak sobie teraz wspominam. Kto mnie wtedy powstrzymał, już nie pamiętam. Chyba każdy po trochu, także i on. Wiele musieliśmy sobie wyjaśnić. Wiele też się dowiedziałem. Ale nie mogłem wrócić razem z nimi. Nie pasuję już tam. Nikt nie pasuje. Carduin to wiedział. Kiedy było po wszystkim, po Souldrake’u… Odleciał, by powstrzymać naszych przed powrotem tutaj. By nikomu to nawet do głowy nie przyszło. Bo uwierzcie mi, chcieli. Wysłali go, by zrobił zwiad, ocenił sytuację i przygotował grunt pod powrót. A z tym, czym dysponują… nie sądzę, by ktokolwiek tutaj miał szansę ich powstrzymać. Spojrzał po towarzyszach, obserwując ich miny. Hamish wyglądał poniekąd posępnie. Jednakże, jego zmęczoną twarz raz jeszcze po kilku chwilach rozjaśnił uśmiech. - Twój brat odwalił dobrą robotę, sierściuchu – klepnął Shibboletha w plecy. – Trzy dziesiątki lat i żadne kocie okręty nie zasłaniają nam słońca. Nie ma co się tym przejmować na zapas. Jak to moja towarzyszka Gudril, niech jej ziemia lekką będzie, mówiła - bij po ryju tych, których masz na wyciągnięcie ręki, na innych przyjdzie kolej. Także ten, no… wypijmy. Wypili. Shibboleth ze stuknięciem odstawił kubek na blat. - Doprawdy, nawet nie wiecie, jak dobrze się czasem z kimś podzielić taką opowieścią. Taką osobistą. Prawda, Tyberiusie? Blackthorn jęknął, pochylając się nad swoim kuflem.