Wyszukaj: Wyświetlanie wyników dla tagów 'jesienna metamorfoza' .

  • Wyszukuj po tagach

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukuj po autorze

Typ zawartości


Forum

  • TABLICA OGŁOSZEŃ
    • F.A.Q.
    • Kuchnia mistrza Protazego
    • Poligon
  • REKRUTACJE RPG
    • Rekrutacje: Fantasy
    • Rekrutacje: Modern
    • Rekrutacje: Inne konwencje
  • SESJE RPG: FANTASY (HEROIC & DARK, HISTORYCZNE)
    • Oficjalne Systemy RPG
    • Niezależne i autorskie
  • SESJE RPG: MODERN (URBAN FANTASY & HORROR)
    • World of Darkness
    • Inne systemy i sesje autorskie
  • SESJE RPG: INNE KONWENCJE
    • Future
    • Supermoce i superbohaterowie
    • Inne
  • FORUMOWE RPG: STRATEGIE
    • Rekrutacje: Strategie
    • Karczma: Strategie
    • Forumowe strategie
  • CIEŃ PRZESZŁOŚCI
    • Cień przeszłości
    • Cień Przeszłości: Hala Szkoleniowa
  • KOMNATA RPG
    • Karczma
    • Kuźnia
    • Tablica sławy
  • WSPÓLNA SALA
    • Gospoda
    • Wieści z szerokiego Świata
    • Księga Zlotów i Konwentów
    • Biblioteka Aleksandryjska
    • Współpraca i Reklamy

Kalendarze

  • Rekrutacje
  • Urodziny
  • Inne

Blogi

  • Myśli Zebrane Asterki!!
  • Iskry
  • Pitbullek
  • Szkicownik Mroczek
  • Skórzany kajecik
  • Zakurzona teczka

Kategorie

  • Artykuły - Inne
  • Artykuły - RPG

Kategorie

  • Files

Znaleziono 7 wyników

  1. Lidia i Carushar

    Jesienna metamorfoza Lidia Brennan Baronowa Światła i Carushar Hazare Władca Duchów. Markery alkoholowe, cienkopisy A4
  2. Must Save Jane- Rebirth To nie była ich wina, że zgubili drogę. To była wina Chrisa i Ethana. Mieli tylko iść pomiędzy wytyczonymi dla nich opowieściami. Przejść przez Bramę Cierni. Pokonać Zielonego Rycerza, który zakuwał pokonanych przeciwników w nierozerwalne łańcuchy żalu i więził przez wieki. Minąć Jezioro Wiecznie Topiącej… Trudno stwierdzić, co ich do tego podkusiło. Czy była to Dzicz, która ostatnio wyjątkowo silnie wlała się w serce Ethana, przekora Chrisa i chęć łamania panujących w Arkadii praw, czy też może zwykłe ludzkie współczucie, które kazało im - kiedy ujrzeli drobną kobietę - wyciągnąć ją z jeziora. I tak Jezioro Wiecznie Topiącej stało się po prostu jeziorem, a oni zgubili drogę do następnej opowieści. Eks Wiecznie Topiąca - z pozoru, młoda Sidhe o fiołkowych oczach, brązowych włosach, ubrana w suknię z jesiennych liści - towarzyszyła im bo ani ona nie wiedziała, co teraz ma robić, ani oni nie wiedzieli, co z nią zrobić. Rzucili się przez otaczającą ich zewsząd roślinność, kiedy usłyszeli dźwięki rogu. Niedokończone Polowanie miało być ich następnym przystankiem. Wypadli na polanę w tym samym momencie co, prowadzący na łańcuchach łez ogary, myśliwi. Na polanie, zamiast uciekać, leżała Zapomniana Bestia. Ktoś klęczał koło niej głaszcząc ją po głowie. Ogary zaskomlały. Postać się odwróciła, a ich serca zamarły. Myśliwi padli na kolana. Spuszczone z łańcuchów łez, ogary zaczęły się czołgać skamląc. Młoda Sidhe zamieniła się w słup soli, a z jej piersi zaczęła się sączyć strużka krwi kiedy jej złamane niegdyś serce pękło na zawsze. Przed nimi stała MIŁOŚĆ, a ich serca zapłakały za nią bowiem kochały ją od zawsze. Od zawsze uśpiona miłość, która przebudziła się w ich sercach nie była przygniatająca, jak wpływ ich Pani. Była czymś na miejscu, co istniało w nich od zawsze lecz z czego nie zdawali sobie sprawy. Pamięć Terry’ego odruchowo podsunęła mu wspomnienia o jego, nie tak dawnym, pierwszym spotkaniu z Anni. Jej światło przenikało całe jego jestestwo będąc w nim od zawsze, a on, mimo, że przygarną go mrok ludzkich serc, był jego częścią od zawsze. Jego umysł, serce i dusza od zawsze do niej należały, ale to co do niej czuł, co oni wszyscy czuli bardziej przypominało uwielbienie. A Miłość… Kochał stojącą przed nimi osobę. Była wszystkim tym o czym kiedykolwiek marzył. Była muzyką w jego sercu. Jego muzą, która towarzyszyła mu od zawsze lecz dotąd nie znał jej twarzy. - Udacie się do Arkadii i sprowadzicie mi upadłego Sidhe. - Stwierdziła zaraz po wezwaniu ich do siebie Anni. - Na szczycie góry Davidson czeka na was brama. Przejście przez nią pozwoli wam opuścić Ziemię i dotrzeć bezpośrednio pod bramy Arkadii. Nie było to jedyne co im powiedziała, ale to było najważniejsze i to zapamiętała Lidia. Była jej kapłanką, wybraną pośród wybranymi, tą która wielbiła ją ponad wszystko i wszystkich. Ale tu, stał Miłość. Był przystojny i owszem, ale to jego zapach, który czuła przez całą polanę, sprawił, że nogi się pod nią ugięły i nie marzyła o niczym innym niż zatopieniu się w jego ramionach. Jego uśmiech dawał poczucie bezpieczeństwa, a oczy wypełniało nieskończone uczucie do niej. John nie był pewien co go bardziej zaskoczyło i zirytowało. To, że kiedy poinformował Entropię, że jest wzywany przez Anni, ten wypuścił go bez słowa? Ta misja, która sprawiała, że znów musiał zostawić potrzebujące opieki Becky i Nicole? Cz też słowa Anni? - Straciliśmy Mooney’a, bo mój brat zadłuża się u Anandy jak nałogowy hazardzista, a to wszystko po to, byśmy mogli mieć ciebie. Zatem ty zastąpisz waszego nieobecnego brata i w moim… Naszym imieniu zajmiesz się naszym domem burmistrzu Terry. Terry? Terry teraz miał rządzić miastem?! A może to była irytacja na samego siebie, że dając się wcześniej zirytować przegapił moment, w którym mógł skorzystać z okazji i dać nogę w stronę Piekła? Nic to, będzie ku temu sposobność gdy będą wracać. To nie chodziło o Nicole - uświadomił sobie patrząc w twarz Miłości. Ta śmiertelniczka i to co do niej czuł było jedynie bladym echem miłości jaką darzył stojącą teraz przed nimi kobietę. Była delikatna, urocza i to o niej w skrytości marzył ilekroć myślał o tym, czym chciałby by była dla niego rodzina. Nawet to, że miała na sobie strój przy przypominający - zdecydowanie za bardzo - czarny mundur jaki nosił Coriander, niczego w uczuciach Johna nie zmieniało. Chris cieszył się na myśl o wizycie w Mieście Maszyn. - Droga jaka stoi przed wami śmiałkowie jest długa i najeżona niebezpieczeństwami. - Powiedział siedzący na drewnianym tronie Oberon. On i jego królowa Titania przyjęli ich w Pałacu Arkadii, siedzibie Zapomnianych Bliźniąt, Klejnocie Wschodu i Siedzibie Władców. Trudno było do końca stwierdzić czym owa osławiona w ludzkiej mitologii para Królewska była. Odpowiednikiem Ymera w Arkadii? Powierników? A może po prostu byli tyko nieśmiertelnymi Sidhe? -Pośród naszego ludu nie znajdziecie nikogo kto by Upadł. - Stwierdziła delikatnym głosem Titania. -Wszyscy Upadli - cokolwiek to oznaczało bowiem jakoś nikt nawet się nie zająknął co to znaczy - odchodzą na Zachód. Ponoć w Górach Krańca Świata, w Mieście Maszyn pogrążonym w wiecznej nocy, gdzie rządzi Władca Mroku, znajdują dla siebie miejsce. Ale to wszystko było teraz nie ważne. Wszystkie zakochania, przelotne miłostki, zauroczenia. Wszystkie twarze kobiet, jakie kiedykolwiek znał, które kochał, one wszystkie miały źródło w stojącej przed nim kobiecie. Była w niej jakaś ukryta siła. Pozorna niepozorność, która sprawiała, ze nie mógł oderwać od niej wzroku. Całe jego życie, wszystkie podróże i ucieczki od zawsze - co zrozumiał w chwili gdy ją ujrzał - od zawsze prowadziły go do niej. Wycieczka do Arkadii? Zapiszcie mnie! Ethan był przy bramie i czekał na jej otworzenie, jeszcze nim Anni skończyła mówić. Wiedział dokładnie na co się piszą. To mogła być kolejna, wielka przygoda życia. A przynajmniej tak twierdziły słowa wyryte na drzwiach do Arkadii. Słowa stworzone specjalnie dla niego i jego nowych, rozbudzonych przebudzeniem Anni, zmysłów. Prawa Arkadii: Czas upływa w niej szybko - za wyjątkiem posiłków. Przyjęcie posiłku nie pozwala jej opuścić. Przysięgi chcą i muszą być wypełnione. By gdzieś dotrzeć musisz podjąć wyprawę (be on a quest). Każda droga jest wyjątkowa i niepowtarzalna. Tylko wierzchowce Sidhe skracają podróż. Nie istnieje w niej magyia śmiertelników. Nie istnieje w niej śmierć. Imiona mają w niej wielkie znaczenie. Zaparło mu dech w piersiach i przez kilka uderzeń serca nie wiedział jak się oddycha. Aishiq Wszystkie płci i żadna Jedyna Miłość w Kreacji Odcięty od Ymera Skorumpowana Dusza Przyjaciel Arakiela Wszyscy kochacie ją/jego od zawsze! Strzaskane serce Kocha was wszystkich Nie musiał widzieć jej cech by dostrzec swe uczucia do niego. Był… Był tak strasznie wspaniały. Chciał lamentować nad stanem jej duszy. Współczuł z powodu pustki jaką musiał odczuwać. Chciał płakać niczym dziecko ze szczęścia, że jest w jego sercu i jest przez nią kochany. Wiedział, że od tego momentu, każda jego przyszła miłość będzie tylko bladą kopią tego kim, czym był/a dla nich wszystkich Ashiq. Polana była, jak większości otaczającej ich roślinności zielono-fioletowa. Towarzyszące im wcześniej szepty liści zamarły w podziwie. Pomiędzy strzelistymi drzewami prześwistały promienie słońca. I nawet one, goniąc się w nieustającym wyścigu, przystawały na chwilę na polanie, zamierając na widok stojącej tam postaci. - O? - Odezwała się postać. - Nie sądziliśmy, że jest tu ktoś jeszcze poza nami. - Przesunęła dłonią pomiędzy uszami Zapomnianej Bestii, a ta na wpół zawarczała, na wpół zamruczała z rozkoszy.
  3. Początek tutaj i tutaj -Lordzie Annu. Jesteśmy! - Zawołała tuż po przekroczeniu drzwi Ange. Ciągnęła za sobą młodą dziewczynę, która przypatrywała się wszystkiemu szeroko otwartymi oczyma. Migoczące cienie, tańczące pomiędzy rozbłyskami spływającej po ścianach wody. Delikatnie poruszające się kwiaty, niczym na nieistniejącym wietrze, które powoli zwracały swe pąki ku księżycowej dziewczynie, otwierając się na jej wewnętrzny blask. Posągi, które zdawały się, ukradkiem rzucać na nią oceniające spojrzenia. Księżycowe drzewo wyrastające pośrodku zaścielonej kwiatami polany. Jego rozłożysta korona sięgała niemal sufitu, a ono samo szeptało wprost do jej duszy - witając nowy Księżyc. Stojący pod jego gałęziami ludzie. Nie. Nie ludzie. Kobieta o cienistych włosach, w których kryły się lęki i potwory. I ON. Coś zaskoczyło w jej duszy kiedy spojrzeli na siebie. Annu Nieodgadniony, Pan Metamorfozy, Którego Cień skrywa się w Duszach Ludzkości. W jego oczach wschodził księżyc a na jego ustach pojawił się smutny uśmiech. Nastassia poczuła się jakby wróciła do domu. - Moja nowa Pani Księżyc... - Jego głos był niesamowicie słodki i wywoływał w Powierniczkach uczucie błogości. Ale czy czy usłyszały w jego głosie lekkie westchnienie? - A więc nadszedł ten czas... Stojący przed drzwiami Melchior odchrząknął teatralnie. - O? Pan Miast. - Annu przeniósł na niego uwagę. - Mój Pan, Lord Ananda, Piękno Kreacji, Pan Oczekiwań, Przewodnik Rzeczników, Władca Miast, Morderstw i Nieskończoności, polecił mi odeskortować nową Powierniczkę Księżyca do Ciebie Lordzie Annu. Składa także kondolencje z powodu przedwczesnej straty Mooneya. - Podziękuj proszę Annadzie w moim imieniu Melchiorze. Jeśli chodzi o ambasadora... Zostanie nim Szczęście. Jest chwilowo niedostępny. Jest w Piekle. Może niech Ananda przedyskutuje tą kwestię z Lucyferem, jestem pewien, że odda mu Johna. Dajcie mi znać jeśli będą kłopoty. A teraz wybacz, ale muszę porozmawiać z moimi wybrankami. Melchior skinął sztywno głową. - Oczywiście. Sam także muszę szybko wracać. Miło było was poznać. - Dodał do Nastki i Alice. - Au revoir. Anu patrzył za nim przez chwilę. Drzwi do sanktuarium zamknęły się same. - Dziś zabito dwójkę moich Powierników. - Powiedział Annu z ogromnym smutkiem. - Wiem co stało się z poprzednikiem Alice, ale śmierć Mooneya poczułem dopiero kiedy odchodził. Nie było mnie przy tobie i nie mogłem dać ci wyboru. - Uniósł dłoń i pogłaskał Nastkę po policzku - Przykro mi. Nie jestem fanem odbierania ludziom wolnej woli. - Westchnął. - Nawet jeśli maja w sobie fragment duszy Anioła. Ala ta historia musi poczekać.Teraz musicie się dowiedzieć o Valde Bellum. Usiadźmy - Księżycowe drzewo za nimi zaczęło szeptać im historię Kreacji. - Na długo przed Czasem stworzonym przez Niebo, kiedy na sklepieniu Kreacji nie było jeszcze żadnej z gwiazd, Stwórca, którego Anioły z braku lepszego imienia nazywały Cneph, skradł Dzieciom Harumpha Piękno Kreacji. Dzięki niemu mógł zawrzeć je w Drzewie Świata. Dzieci Harumpha rozgniewały się na niego, wiec Cneph w swej nieroztropności złożył im pewną obietnicę. Jednak nie zamierzał dotrzymać słowa. Wiedział bowiem, że wymuszonych obietnic nie wolno dotrzymywać. Z tego powodu, tysiące lat temu Dzieci Harumpha, Excrucianie poprowadzili swoją armię nicości, Jeźdźców na Bladych Wierzchowcach, ku bramom Niebios gdzie zamordowali ich strażnika za pomocą Nienawistnego Ostrza o imieniu Okrucieństwo. Tak zaczęła się Wielka Wojna - Valde Bellum a wraz z nią nadszedł Czas Bólu, który trwa do dziś. Nasz Wróg dąży do unicestwienia całej Kreacji. Czyni to atakując kolejno jej części i wymazując je z rzeczywistości tak jakby nigdy w niej nie istniały. Jeśli Światło padnie pod ich mieczami i czarnoksięskimi rytuałami, świat pogrąży się w mroku, w którym istniał od zawsze i nikt nie będzie w stanie wyobrazić sobie czym było. Poprzez tysiąclecia trwania wojny wiele elementów Stworzenia padło ofiarą Excrucian i ani jeden śmiertelnik nie jest w stanie przypomnieć sobie tego co zostało utracone. W obliczu zagrożenia ze strony Bladych Jeźdźców, Excrucian, zawiązano sojusz. Sojusz pomiędzy Aniołami i Demonami, Namiestnikami Światła i Lordami Mroku, Dziczą, Starymi Bogami i innymi jeszcze dziwniejszymi istotami. Wszyscy ci, którzy bronią Kreacji zwani są Władcami. Wojna, którą toczą przez większość czasu odbywa się w świecie duchowym, płaszczyźnie istnienia, która leży poza zdolnościami pojmowania kogokolwiek innego niż Władcy i Excrucianie. Tam Władcy stawiają czoła armiom nicości. To oni są ostatnią linią obrony i strażnikami Kreacji. Podczas gdy Władcy toczą wojnę na planie Ducha ktoś musi zajmować się bezpieczeństwem Ziemi, jej mieszkańców oraz co najważniejsze, mieć pieczę nad bezpiecznym schronieniem dla Władców. Kimś takim jesteście Wy. Obdarowane władzą nad odłamkami Kreacji. - Drzewo zakończyło opowieść. Angie spojrzała pytająco na Annu. - Nie! - Odparł Ymera. - Opowieść o Wilkach i śmierci Księżyca, będzie musiała poczekać. - Dziewczynka spojrzała na niego prosząco i zapiszczała.- Nie! Tym bardziej, nie! Jesteś za młoda i Moja Szlachetna Siostra, niech śpi jak najdłużej, nie dała by mi spokoju. - Westchnął i spojrzał na swoje Powierniczki. - Macie może jakieś pytania, zanim powierzę wam moje bezpieczeństwo i wyślę do robienia ważnych rzeczy?
  4. Alice nie mogła spać. Nie żeby było w tym coś dziwnego, bezsenność towarzyszyła jej od czasu kiedy Alan postanowił ją zabić, a może i dawniej. Za oknem świecił księżyc, o ile świecił, to było dobre określenie na to, co wyprawiał księżyc w San Francisco. Była pełnia, a na zewnątrz było jaśniej niż w pochmurny dzień w Chicago. W dodatku jedno z drzew rosnących przed jej domem wydawało się emanować własnym światłem. To na nic. Nie zaśnie. Równie dobrze mogła wrócić do książki. Madame Velvet tym razem wpakowała się w takie tarapaty, że trzeba by cudu by ją wyratować. Przez chwilę bawiła się myślą czy nie sprowadzić jej ratunku w postaci pojawiającego się niczym diabeł z pudełka przystojnego iluzjonisty, ale nie. Velvet była niezależna i potrafiła sobie radzić sama. Alice była romantyczką, ale nie znosiła lalkowatych księżniczek Disneya. Velvet i ksieżniczka Disneya, dobre sobie. Parsknęła z irytacją. Czy Ellen Harkney w ogóle czytała którąkolwiek z jej książek?! Zmusiła się by nie myśleć o nieprzychylnej recenzji. W końcu Harkney zmasakrowała też Harry'ego Pottera i książkę podróżniczą Barringtona. Skup się! Pomyśl! Jak wydobyć Velvet z tej pułapki? Cholera jasna! A przecież kiedy zaczynała pisać miała pomysł na całą tą scenę. Tyle że teraz rozwiązanie wydawało się jej mało przekonujące i żywcem wyciągnięte z... Dosyć! Skup się! Ten cholerny księżyc. Światło było tak intensywne, że nie pozwalało jej myśleć. Jak u licha miała skończyć książkę przed deadlinem, jeśli nie da jej pracować. Podeszła do okna i z wyrazem zniecierpliwienia szarpnęła zasłonę. Idąca ulicą młoda kobieta o figurze modelki, ubrana w obcisłą małą czarną i trzymająca w ręku parę czerwonych szpilek zdawała się półprzejrzysta w intensywnym świetle cholernego księżyca, ale tak potwornie przejmująco smutna. Odwróciła się i spojrzała prosto na Alice. Co do... - Pomóż mi... - Oczy kobiety dawały się nie mal błagać. Alce potrząsnęła głową. Dziewczyna zniknęła za rogiem. * * * Dzwonek telefonu wyrwał ją ze snu. - Alice, kochanie, będę za pięć minut! - Zaśpiew w głosie jej agentki przywodził na myśl panią domu z południa rodem z serialu z lat pięćdziesiątych. Brrr, aż nią wstrząsnęło. Otworzyła lodówkę i ponuro wpatrzyła się w jej, niemal puste, wnętrze. Cholera! Znowu zapomniała zrobić zakupy. Rozejrzała się po tym co jej zostało. Trochę mleka, dzięki bogu świeże, dwa jajka, niemal zeschły chleb tostowy i resztka dżemu pomarańczowego, który ostatnio przyniosła Paige. No dobra znowu tost francuski. Całe szczęście, że potrafiła gotować. Pstryknęła ekspres, nalała sobie kawy i włączyła telewizję śniadaniową. ... Jenna McBoyd została znaleziona w swoim apartamencie. Policja na razie nie chce komentować... Brzdęk! Kubek wypadł jej z dłoni i rozchlapując malowniczo kawę po całej kuchni, rozbił się o posadzkę. Z ekranu patrzyła na nią twarz dziewczyny z wczoraj.
  5. Welcome to Madness -Wow! - Chłopak pochylił się nad jednym z plakatów jakie Nastka przywiozła ze sobą na Kraken-Con. - Wyglądam jak totalny basass. Miecz jest chory, co prawda mogłaś już darować sobie złote światło zza moich pleców i spadające gwiazdy w moich oczach, ale reszta... Wow. Na pewno zarobisz na tym masę kasy. Ej czy nie powinienem dostać jakiejś prowizji? Stassia jesteś? - Nie dokończył. Coś. Rozmyta plama światła. Smuga. Minęła ją i zniknęła wraz z Coyotem. Anastazja zamarła. Smuga przeleciała przez tłum cosplayowców pozujących do zdjęcia. Wpadła na ścianę. Przesunęła się wzdłuż niej wchodząc na sufit i zniknęła. Nikt nie zareagował. Anastazja spojrzała na zamarły tłum ludzi. Smuga pojawiła się ponownie po drugiej stronie sali. Prześlizgnęła się pomiędzy stoiskami. Anastazja ledwo mogła nadążyć za nią wzrokiem. Nieopodal w powietrzu wisiała, zatrzymana wpół uderzenia skrzydeł, mucha. Nie. To nie była smuga. To były dwie smugi. Pierwsza, srebrzysto-błękitna, splatała się w - jakoś, nie wiedziała skąd i jak, ale wiedziała - śmiertelnym tańcu z drugą, srebrzysto-białą. Rozdzieliły się i rozpadły w przeciwnych kierunkach. Stoiska eksplodowały kiedy srebrno-bękitna smuga wpadła w nie. Drzazgi z łamanych stołów, rozrzucane figurki i komiksy rozprysły się i zamarły w bezruchu. Srebrno-biała smuga musnęła ozdobioną plakatem Superman vs Batman ścianę. Odłamki kamienia rozleciały się na boki niczym odłamki eksplodującego granatu. Zbyt szybko by zdążyć zamrzeć w powietrzu. Wpadły w tłum przelatując przez stojących w bezruchu ludzi i wbiły się w przeciwległą ścianę. Kilka przelatując obok roztrąciła jej wydruki. Jeden przeleciał przez nią i poleciał dalej ciągnąc za sobą zawisającą w powietrzu smugę czerwieni. To nie były smugi. To byli ludzie. Ledwo zauważała ich kształty kiedy poderwali się z miejsc, w których upadli i rzucili się ponownie na siebie. Świat zaczął się przechylać na prawo. Spotkali się w połowie sali, zbyt szybko by mogło za nimi nadążyć ludzkie oko. Walczyli. W ułamkach sekund zadawali i otrzymywali setki ciosów. Jeden, ten obcy, dzierżył promień księżyca. Drugi, jej... Kumpel, Coyot... Aybek? Porwany, zaatakowany, miał tylko swoje pięści. Skręcający świat przekrzywił się już prawie o dziewięćdziesiąt stopni. Pojawiło się pierwsze ukłucie bólu. Chybiony cios księżycowego ostrza przepołowił salę. Zbity sierpowy wywołał falę dźwiękową, która zmiażdżyła ścianę za plecami walczących. Spojrzała na rozlewającą się na swej piersi plamę czerwieni. To nie świat skręcał. To ona się przewracała. Podniosła wzrok, który powoli zaćmiewała czerwona mgła bólu. Stali w bezruchu w epicentrum zniszczenia. Aybek trzymał starszego od niego o kilka lat mężczyznę o potarganych, srebrzystych włosach za gardło. Jego nogi dyndały nad podłogą. Pięść chłopaka wbiła się w pierś tamtego. Tuż zanim zderzyła się z ziemią zobaczyła, niczym w zwolnionym tempie, jak wyszarpuje dłoń, w której trzymał jego serce. Ogarnęło ją czerwone morze bólu... - Nastassia! O Boże Stassia. - Aybek przypadł do niej.-Jak? Przepraszam nie. Nie chciałem... Nie możesz umrzeć! Nie wolno ci! - Słyszała jego oddalający się głos. - Czekaj... Czekaj, wiem! Ból powoli odchodził, a na jego miejsce wkradało się zimno i mrok. Coś lepkiego i ciepłego w jej ustach. - ..knij! Przełknij to! Jej ciało, czy to pod wpływem głosu, czy odruchu, przełknęło. Wszechświat eksplodował jej w głowie. Płonęła, była rozrywana, roztrzaskiwana i składana po wielokroć. Księżyc! Blask spowił ją, przenikał na wskroś. Wypełnił od czubka głowy aż po palce. Szepty. Wspomnienia. Stała na księżycu, na którym nigdy nie stanęła jej stopa. Stała na księżycu jakim był. Otaczała ją pustka i chłód. Przed nią stało srebrzyste widmo o potarganych włosach. Patrzyło na nią smutno. -Wszystko się zmienia. - Powiedział. - Oto moje życie. - Rozłożył dłonie. - Teraz twoje. To nie tak miało być... Przykro mi. - Pokręcił głową. Zaczynał powoli znikać. Spojrzał jej w oczy. - Mam siostrę. Powiedz jej, że niczego nie żałowałem. Oto co znaczy być bogiem… Światło. Blask wewnątrz ciała, myśli i duszy. Jestestwo rozerwane na strzępy i pospiesznie szczepione na powrót. Wszechświat zamknięty w twym wnętrzu jak ziarnko piasku uwięzione w muszli ostrygi. Wszechświat jak perła leżąca na twej dłoni. Srebrne światło. Stoisz na pylistej równinie. Powietrze nie istnieje. Wokół Rój. Samotna. Odkrywasz swoją naturę. Na przeciw ciebie stoi On. Wojownik. Znasz jego Imię. Znasz wszystkie imiona. Ściany Wszechświata pękają. Wyjąca nicość wysysa chciwie życie. NIE PRZEJDZIESZ. Patrzysz w jego oczy w których eksplodują galaktyki. Twoi Powiernicy Płoną w twym Blasku. To nie tak miało być. W Jego pustych oczach pojawia się coś. Uczucie. Stoisz pomiędzy mrokiem i światłem. Twoją bronią jest ogień w płonący twej duszy. Nowy i nieokiełznany jak świeżo zaleczona rana. Być bogiem znaczy umrzeć. Jego głos -Nie wolno ci umrzeć! Otworzyła oczy. Jej ciało, takie lekkie. Słabe, niczym narodzone na nowo. Silne, przepełnione energią zdolną niszczyć światy. Nieopodal w ciszy bezruchu toczyła się rozmowa. -... późno. Kilkanaście sekund wcześniej i... - Głos mężczyzny. W połowie smutny, w połowie bardzo, bardzo wkurzony. - I co? - Przerywa mu kobieta o cichym, ale mocnym głosie. Brytyjski akcent w jej słowach nadaje słowom dodatkowej wagi. - Też byś zginął? Cokolwiek to było... - Ona się obudziła. - Trzeci, kobiecy, głos. Nie było na niego ludzkich słów. Był nie z tego świata. Nakazała swemu ciału usiąść. Usiadła. Ten prosty gest przyniósł jej więcej satysfakcji i radości niż jej całe, dotychczasowe życie. Świat wokoło wciąż wisiał w nieistnieniu. Zamrożony. Ale teraz WIDZIAŁA dlaczego. Delikatne linie srebrnego światła przecinały całą salę nakładając na nią drugi, nowy, kruchy niczym sen,nałożony na Kraken-Con, ale istniejący obok niego, świat, w którym się znajdowali. Trójka nieznajomych wpatrywała się w nią. Wysoki mężczyzna o azjatyckiej urodzie w przydużym płaszczu, jasnych pogniecionych spodniach typu chino i kapeluszu á la Miś Paddnigton. Brytyjska dama, na oko po sześćdziesiątce, w eleganckim ciemnoniebieskim kostiumie i w toczku z woalką i zjawiskowa kobieta, w białej szmizjerce z białym fascynatem w srebrnych włosach w oczach której skrywała się Wieczność.
  6. Z wysoka

    Ostatnio wpadła mi ochota na bardziej normalny rysunek. Tak jakoś połączyła się z gwiazdkowym przypływem nowych markerów, których szkoda by było nie wypróbować. Żeby wyjść trochę z DA i GS-owej strefy komfortu na tapetę poszła Lidia z Jesiennej metamorfozy, w bardziej ludzkiej wersji, nad atrybutami jej domeny pewnie pokombinuje coś w innym rysunku, tym razem naprawdę stęskniłam się za "normalnie". Wersja czarno-biała i kolorowa. A4, cienkopisy i markery.