Wyszukaj: Wyświetlanie wyników dla tagów 'nobilis' .

  • Wyszukuj po tagach

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukuj po autorze

Typ zawartości


Forum

  • TABLICA OGŁOSZEŃ
    • F.A.Q.
    • Kuchnia mistrza Protazego
    • Poligon
  • REKRUTACJE RPG
    • Rekrutacje: Fantasy
    • Rekrutacje: Modern
    • Rekrutacje: Inne konwencje
  • SESJE RPG: FANTASY (HEROIC & DARK, HISTORYCZNE)
    • Oficjalne Systemy RPG
    • Niezależne i autorskie
  • SESJE RPG: MODERN (URBAN FANTASY & HORROR)
    • World of Darkness
    • Inne systemy i sesje autorskie
  • SESJE RPG: INNE KONWENCJE
    • Future
    • Supermoce i superbohaterowie
    • Inne
  • FORUMOWE RPG: STRATEGIE
    • Rekrutacje: Strategie
    • Karczma: Strategie
    • Forumowe strategie
  • CIEŃ PRZESZŁOŚCI
    • Cień przeszłości
    • Cień Przeszłości: Hala Szkoleniowa
  • KOMNATA RPG
    • Karczma
    • Kuźnia
    • Tablica sławy
  • WSPÓLNA SALA
    • Gospoda
    • Wieści z szerokiego Świata
    • Księga Zlotów i Konwentów
    • Biblioteka Aleksandryjska
    • Współpraca i Reklamy

Kalendarze

  • Rekrutacje
  • Urodziny
  • Inne

Blogi

  • Myśli Zebrane Asterki!!
  • Iskry
  • Pitbullek
  • Szkicownik Mroczek
  • Skórzany kajecik
  • Zakurzona teczka

Kategorie

  • Artykuły - Inne
  • Artykuły - RPG

Kategorie

  • Files

Znaleziono 22 wyników

  1. Mężczyzna, dysząc ciężko, oparł się o ścianę budynku na przedmieściach Fresno, po czym zaczął wyrzucać z siebie Słowa. Jeszcze trochę i dotrze do San Francisco a tam, może, będzie bezpieczny. Tam podobno spełniały się marzenia. W tej chwili miał jedno, chciał przeżyć i być może, jeśli będzie miał szczęście, powiedzieć komuś, że jego Ymera nie jest tym za kogo go uważano. * * * Choć za mną - powiedział wyciągając dłoń do dziewczynki. Dziecko podniosło się, z zaskoczeniem stwierdzając, że nic go nie boli. - A mama? - Zapytała oglądając się niepewnie na drzwi do pokoju. - Nie martw się, Ellie. Ona już cię nie skrzywdzi. - Odparł rudowłosy chłopak. - Choć ze mną, a wszystko będzie dobrze. - Skłamał. Mała podała mu rękę i pozwoliła się poprowadzić do okna. - Czy ja umarłam? - Zapytała marszcząc brwi. - Jesteś aniołem? - Śmierć nie istnieje. - Odparł śmiejąc się. - Choć pokażę ci coś wspaniałego. - Dodał wychodząc przez okno. Ellie wyskoczyła za nim. Od ziemi dzieliło ich osiem pięter. Nic im się nie stało. Śmierć była tylko iluzją jak cała reszta kreacji. Jeszcze tylko osiemdziesiąt pięć, pomyślał. Osiemdziesiąt pięć osób i będziesz po właściwej stronie lustra, siostrzyczko. W jego oczach spadały gwiazdy. * * * Weszli do wwewnętrznego sanktuarium. Pomieszczenie pełne było światła księżyca sączącego się przez okna w dachu i szklane ściany. Tak jasnego, jakby słońce stało w zenicie. Woda spływała po ścianach, szemrząc pod szklaną posadzką. Kwiaty pnące się po ścianach i tulące do podłogi rozwijały się na ich widok, wzdychając w uwielbieniu . Posągi Powierników, wyrzeźbione z kamienia księżycowego tworzyły krąg wokół Księżycowego Drzewa w którego korzeniach skrywały się migotliwe, szepczące do nich, cienie. A pośród tego wszystkiego stała ona. Piękna i chłodna niczym promień księżycowego światła. Ci którzy ją kiedykolwiek ujrzeli, dobrowolnie oddawali jej swe ciała, umysły, serca i dusze. Jej dar był równie potężny, lecz subtelniejszy, niźli dar Anandy. U jej stóp tuląca się do niej Wilczyca i ocierająca się o jej stopy Czerwona Księżniczka. Tuż obok pod drzewem dwójka Sidhe, z których jedno miało wkrótce zginąć, śniących na posłaniu z księżycowego blasku. Terry instynktownie odwrócił wzrok. Ile jeszcze uda mu się unikać ujrzenia swojej Ymera? Jego spojrzenie padło na najmłodszą członkinię ich Familii. Nastka poczuła się dziwnie. Zupełnie inaczej niż przy Annu. To wrażenie. Jakby jej coś odebrano. To ja powinnam tam stać - zaszeptało coś w duszy Anastassi. Uosobienie Pamięci miał wrażenie, że pamięć dziewczyny wyjątkowo pracuje wyjątkowo intensywnie, starając się ujarzmić i odebrać niepotrzebne jej wspomnienia. I jeśli już o tym mówimy, dlaczego miał przy niej to nieznośnie wrażenie deja vu? Lidia poczuła radość i lęk jednocześnie. Jej serce śpiewało na widok ukochanej Anii, ale jednocześnie wiedziała, że Jej obecność oznacza, iż wkrótce będzie musiała odebrać komuś życie. Anni z nieskończonym wdziękiem wstąpiła między swoje potęgi kładąc im dłoń na głowie, niczym matka witająca swoje dzieci. Lód, który zdawał się otaczać serce i umysł Chrisa, chłód, który wypełniał jego ciało, zdawały się topnieć w obecności jego Pani. Zamiast tego jego serce wypełniał budzący na nowo żar Miłości. Mimowolnie dotknął swoich warg, czując na nich echo pocałunku Asha. Alice zaparło dech w piersiach. To nie było jak ujrzenie po raz pierwszy Annu. Nie było subtelnego dotyku i pożerających wszystkiego cieni. To było pochłaniające ją inferno. Utkana z Światła, postać Pani Metamorfozy, której blask odbijał się w oczach Ludzkości na zawsze miała wryć się w każdą cząstkę jestestwa Alice. Nie można było ujrzeć ich Ymera i nie pragnąć oddać jej się całkowicie. Jej dotyk na włosach Pani Cieni palił i koił jednocześnie. - Powiernicy - odezwała się Anni. - Wiele się zdarzyło. Utraciliśmy Jamesa. Utraciliśmy Charlesa. Nasze serce płacze na wspomnienie tego co ich spotkało. Nie możemy nawet w spokoju ich opłakać, gdyż Wrogowie wciąż nękają nasze Sanktuarium. Nasze nowe Powierniczki są już na miejscu. Nadszedł czas działania. Terry. - Zwróciła się do wciąż unikającego patrzenia na nią Terry'ego. Przez sekundę Nastka, która dopiero teraz rozpoznała w nim, porwanego przez nią i Alice, dyrektora Excruciańskiej szkoły, miała wrażenie, że za chwilę zobaczy identyczną scenę jak z Anandą i Melchiorem. Sama myśl starczyła by poczuła jak w jej w duszy budzi się iskra sprzeciwu. Jednak Anni nie uczyniła żadnego gestu by zmusić Powiernika Pamięci do zwrócenia na nią wzroku. - Terry. - Powtórzyła Anni. - Wykonaliście zadanie, choć nie przypominam sobie bym ci zlecała sprowadzenie Imbrium do naszego sanktuarium. Tym razem wybaczę ci jednak tą niesubordynację. Po śmierci strażnika naszego Sanktuarium potrzebujemy kogoś kto go zastąpi. Poza tym... Ethanie! Śmierć Charlesa oznacza, że u Anandy nie jest bezpiecznie. I tak jak nie pochwalam w pełni układu mego brata z nim, to jest nam potrzebny u niego ktoś zaufany, kto będzie w stanie sobie poradzić ze wszystkim, co może tam spotkać. Ty jesteś tym kimś. Doprowadź do ładu swoje sprawy tutaj i przygotuj się do zostania naszym ambasadorem w Śnie Miasta. Pod twoją nieobecność, ktoś oczywiście będzie musiał przejąc obowiązek zajmowania się utrzymaniem sprawiedliwości w naszym domu. Jestem pewna, że wybierzecie właściwie. Jest jeszcze jedna sprawa. John został tymczasowo zatrzymany w Piekle. Co oznacza, że dopóki nie wróci, ktoś inny musi pełnić rolę naszych dłoni i oczu poza Sanktuarium. Ty - zwróciła się do Alice - całkiem nieźle poradziłaś sobie z zadaniem, które wyznaczył ci mój brat. Wydaje się, że możesz zastąpić naszego szpiega idealnie. To wszystko. Wróćcie do mnie kiedy już wszystko ustalicie. - Powiedziała kucając by ukryć twarz w futrze wilczątka.
  2. Nobilis, Jesienna metamorfoza Alice Nevermowe Władczyni Cieni. Markery A3.
  3. James Donovan Wicehrabia Cieni

    Archiwalne rzeczy. Nobilis, Jesienna metamorfoza James Donovan Cienkopisy A3, markery A3.
  4. Trzecia randka

    Archiwalne rzeczy. Nobilis, Jesienna metamorfoza Lidia i jej trzecia randka z pewnym przystojnym arabem. Cienkopisy A4.
  5. Pierwsza randka

    Archiwalne rzeczy. Nobilis, Jesienna metamorfoza Lidia i jej pierwsza randka z pewnym przystojnym arabem. Markery A4.
  6. Trójkąt

    Okej, dawno tu nic nie było a w sumie jest kilka rzeczy. Zanim wrzucę archiwum to jest dzisiejsze. Nobilis, Jesienna metamorfoza Terry i jego dwie żony. A3, cienkopisy.
  7. Must Save Jane- Rebirth To nie była ich wina, że zgubili drogę. To była wina Chrisa i Ethana. Mieli tylko iść pomiędzy wytyczonymi dla nich opowieściami. Przejść przez Bramę Cierni. Pokonać Zielonego Rycerza, który zakuwał pokonanych przeciwników w nierozerwalne łańcuchy żalu i więził przez wieki. Minąć Jezioro Wiecznie Topiącej… Trudno stwierdzić, co ich do tego podkusiło. Czy była to Dzicz, która ostatnio wyjątkowo silnie wlała się w serce Ethana, przekora Chrisa i chęć łamania panujących w Arkadii praw, czy też może zwykłe ludzkie współczucie, które kazało im - kiedy ujrzeli drobną kobietę - wyciągnąć ją z jeziora. I tak Jezioro Wiecznie Topiącej stało się po prostu jeziorem, a oni zgubili drogę do następnej opowieści. Eks Wiecznie Topiąca - z pozoru, młoda Sidhe o fiołkowych oczach, brązowych włosach, ubrana w suknię z jesiennych liści - towarzyszyła im bo ani ona nie wiedziała, co teraz ma robić, ani oni nie wiedzieli, co z nią zrobić. Rzucili się przez otaczającą ich zewsząd roślinność, kiedy usłyszeli dźwięki rogu. Niedokończone Polowanie miało być ich następnym przystankiem. Wypadli na polanę w tym samym momencie co, prowadzący na łańcuchach łez ogary, myśliwi. Na polanie, zamiast uciekać, leżała Zapomniana Bestia. Ktoś klęczał koło niej głaszcząc ją po głowie. Ogary zaskomlały. Postać się odwróciła, a ich serca zamarły. Myśliwi padli na kolana. Spuszczone z łańcuchów łez, ogary zaczęły się czołgać skamląc. Młoda Sidhe zamieniła się w słup soli, a z jej piersi zaczęła się sączyć strużka krwi kiedy jej złamane niegdyś serce pękło na zawsze. Przed nimi stała MIŁOŚĆ, a ich serca zapłakały za nią bowiem kochały ją od zawsze. Od zawsze uśpiona miłość, która przebudziła się w ich sercach nie była przygniatająca, jak wpływ ich Pani. Była czymś na miejscu, co istniało w nich od zawsze lecz z czego nie zdawali sobie sprawy. Pamięć Terry’ego odruchowo podsunęła mu wspomnienia o jego, nie tak dawnym, pierwszym spotkaniu z Anni. Jej światło przenikało całe jego jestestwo będąc w nim od zawsze, a on, mimo, że przygarną go mrok ludzkich serc, był jego częścią od zawsze. Jego umysł, serce i dusza od zawsze do niej należały, ale to co do niej czuł, co oni wszyscy czuli bardziej przypominało uwielbienie. A Miłość… Kochał stojącą przed nimi osobę. Była wszystkim tym o czym kiedykolwiek marzył. Była muzyką w jego sercu. Jego muzą, która towarzyszyła mu od zawsze lecz dotąd nie znał jej twarzy. - Udacie się do Arkadii i sprowadzicie mi upadłego Sidhe. - Stwierdziła zaraz po wezwaniu ich do siebie Anni. - Na szczycie góry Davidson czeka na was brama. Przejście przez nią pozwoli wam opuścić Ziemię i dotrzeć bezpośrednio pod bramy Arkadii. Nie było to jedyne co im powiedziała, ale to było najważniejsze i to zapamiętała Lidia. Była jej kapłanką, wybraną pośród wybranymi, tą która wielbiła ją ponad wszystko i wszystkich. Ale tu, stał Miłość. Był przystojny i owszem, ale to jego zapach, który czuła przez całą polanę, sprawił, że nogi się pod nią ugięły i nie marzyła o niczym innym niż zatopieniu się w jego ramionach. Jego uśmiech dawał poczucie bezpieczeństwa, a oczy wypełniało nieskończone uczucie do niej. John nie był pewien co go bardziej zaskoczyło i zirytowało. To, że kiedy poinformował Entropię, że jest wzywany przez Anni, ten wypuścił go bez słowa? Ta misja, która sprawiała, że znów musiał zostawić potrzebujące opieki Becky i Nicole? Cz też słowa Anni? - Straciliśmy Mooney’a, bo mój brat zadłuża się u Anandy jak nałogowy hazardzista, a to wszystko po to, byśmy mogli mieć ciebie. Zatem ty zastąpisz waszego nieobecnego brata i w moim… Naszym imieniu zajmiesz się naszym domem burmistrzu Terry. Terry? Terry teraz miał rządzić miastem?! A może to była irytacja na samego siebie, że dając się wcześniej zirytować przegapił moment, w którym mógł skorzystać z okazji i dać nogę w stronę Piekła? Nic to, będzie ku temu sposobność gdy będą wracać. To nie chodziło o Nicole - uświadomił sobie patrząc w twarz Miłości. Ta śmiertelniczka i to co do niej czuł było jedynie bladym echem miłości jaką darzył stojącą teraz przed nimi kobietę. Była delikatna, urocza i to o niej w skrytości marzył ilekroć myślał o tym, czym chciałby by była dla niego rodzina. Nawet to, że miała na sobie strój przy przypominający - zdecydowanie za bardzo - czarny mundur jaki nosił Coriander, niczego w uczuciach Johna nie zmieniało. Chris cieszył się na myśl o wizycie w Mieście Maszyn. - Droga jaka stoi przed wami śmiałkowie jest długa i najeżona niebezpieczeństwami. - Powiedział siedzący na drewnianym tronie Oberon. On i jego królowa Titania przyjęli ich w Pałacu Arkadii, siedzibie Zapomnianych Bliźniąt, Klejnocie Wschodu i Siedzibie Władców. Trudno było do końca stwierdzić czym owa osławiona w ludzkiej mitologii para Królewska była. Odpowiednikiem Ymera w Arkadii? Powierników? A może po prostu byli tyko nieśmiertelnymi Sidhe? -Pośród naszego ludu nie znajdziecie nikogo kto by Upadł. - Stwierdziła delikatnym głosem Titania. -Wszyscy Upadli - cokolwiek to oznaczało bowiem jakoś nikt nawet się nie zająknął co to znaczy - odchodzą na Zachód. Ponoć w Górach Krańca Świata, w Mieście Maszyn pogrążonym w wiecznej nocy, gdzie rządzi Władca Mroku, znajdują dla siebie miejsce. Ale to wszystko było teraz nie ważne. Wszystkie zakochania, przelotne miłostki, zauroczenia. Wszystkie twarze kobiet, jakie kiedykolwiek znał, które kochał, one wszystkie miały źródło w stojącej przed nim kobiecie. Była w niej jakaś ukryta siła. Pozorna niepozorność, która sprawiała, ze nie mógł oderwać od niej wzroku. Całe jego życie, wszystkie podróże i ucieczki od zawsze - co zrozumiał w chwili gdy ją ujrzał - od zawsze prowadziły go do niej. Wycieczka do Arkadii? Zapiszcie mnie! Ethan był przy bramie i czekał na jej otworzenie, jeszcze nim Anni skończyła mówić. Wiedział dokładnie na co się piszą. To mogła być kolejna, wielka przygoda życia. A przynajmniej tak twierdziły słowa wyryte na drzwiach do Arkadii. Słowa stworzone specjalnie dla niego i jego nowych, rozbudzonych przebudzeniem Anni, zmysłów. Prawa Arkadii: Czas upływa w niej szybko - za wyjątkiem posiłków. Przyjęcie posiłku nie pozwala jej opuścić. Przysięgi chcą i muszą być wypełnione. By gdzieś dotrzeć musisz podjąć wyprawę (be on a quest). Każda droga jest wyjątkowa i niepowtarzalna. Tylko wierzchowce Sidhe skracają podróż. Nie istnieje w niej magyia śmiertelników. Nie istnieje w niej śmierć. Imiona mają w niej wielkie znaczenie. Zaparło mu dech w piersiach i przez kilka uderzeń serca nie wiedział jak się oddycha. Aishiq Wszystkie płci i żadna Jedyna Miłość w Kreacji Odcięty od Ymera Skorumpowana Dusza Przyjaciel Arakiela Wszyscy kochacie ją/jego od zawsze! Strzaskane serce Kocha was wszystkich Nie musiał widzieć jej cech by dostrzec swe uczucia do niego. Był… Był tak strasznie wspaniały. Chciał lamentować nad stanem jej duszy. Współczuł z powodu pustki jaką musiał odczuwać. Chciał płakać niczym dziecko ze szczęścia, że jest w jego sercu i jest przez nią kochany. Wiedział, że od tego momentu, każda jego przyszła miłość będzie tylko bladą kopią tego kim, czym był/a dla nich wszystkich Ashiq. Polana była, jak większości otaczającej ich roślinności zielono-fioletowa. Towarzyszące im wcześniej szepty liści zamarły w podziwie. Pomiędzy strzelistymi drzewami prześwistały promienie słońca. I nawet one, goniąc się w nieustającym wyścigu, przystawały na chwilę na polanie, zamierając na widok stojącej tam postaci. - O? - Odezwała się postać. - Nie sądziliśmy, że jest tu ktoś jeszcze poza nami. - Przesunęła dłonią pomiędzy uszami Zapomnianej Bestii, a ta na wpół zawarczała, na wpół zamruczała z rozkoszy.
  8. Poniedziałek - 12.22.2014 - wczesne popołudnie Pałac Blasków i Cieni - Locus San Francisco Byli wewnątrz sanktuarium Pałacu Blasku i Cieni. Był środek dnia, ściany i sufit pomieszczenia były przeszklone, mimo to światło było przytłumione, a wokół tańczyły migotliwe cienie. Rośliny wypełniające piętro szeptały między sobą. Kolumny symbolizujące Powierników zdawały się poruszać ilekroć przestawało się na nie patrzeć. Blask księżycowego drzewa również przygasł, jakby pogrążyło się we śnie. Tylko Lidia i John weszli tu sami. Pozostała piątka, jeszcze przed sekundą zajęta swoimi sprawami, usłyszała zew swego Ymera i nie mogła, ba nawet nie pomyślała o tym, by się mu oprzeć. A gdyby przyszło im to w tym momencie do głowy i tak byłoby to tak trudne, że niemal niemożliwe. Ymera wezwał ich, otworzył im drogę i poprowadził do siebie, który z Powierników zdołałby się oprzeć takiemu zewowi. Imperator stał, opierając się o pień drzewa i uśmiechał się do nich. W jego oczach zachodził księżyc. Ciało miał z cieni mieszkających na dnie duszy każdego człowieka. Żar jego uśmiechu mógłby spopielić drzewo Kreacji. - Witajcie moi wybrani. - Odezwał się. Głos, którego nie sposób opisać, gdyż poza samym pięknem swego brzmienia niósł ze sobą tysiące doznań, koił lęki i wyciszył niepokój jaki niektórzy czuli z powodu nieobecności Anni - Większość z was mnie jeszcze nie zna, więc pozwólcie, że się przedstawię. - Wibracje jakie wywoływał wprawiały ich ciała i dusze w ekstatyczne drżenie. - Jestem Annu Nieodgadniony, którego cień skrywa się w duszach Ludzkości, Samonarodzony Syn C'nepha, Pan Metamorfozy i przyszły władca świata. Ale może tym ostatnim tytułem, nie dzielcie się, na razie, z nikim. Cieszę się, że wreszcie udało się wam bezpiecznie wrócić. Skoro ja się przedstawiłem, to jest Terry, który jest Pamięcią. - Wskazał na młodego mężczyznę, który stał najbliżej niego. - Terry, to jest reszta, którą wybrała moja siostra. Chyba coś o nich wspominałem. To co tam u was? Gotowi wziąć byka za rogi i wrócić do obowiązków, czy coś tam? Czy też włamaliście się do mnie kiedy spałem - spojrzał na Johna - bo tak bardzo nie mogliście się mnie doczekać? I gdzie jest choinka? Nie mówcie, że będziemy kupować na ostatnią chwilę? Trudno było powiedzieć co było dziwniejsze. To, że byli tu wszyscy w towarzystwie, najwyraźniej nowego członka swojej Familii. To co i jak mówił ten mężczyzna. Czy też to, że ta istota, co czuli wszyscy, faktycznie byłą ich Władcą i dzielili z nim swe dusze.
  9. Tak do końca to nie wiedziały czego się spodziewać po przyjęciu urodzinowym Powierników. Owszem, Lidia brała już udział w przyjęciu, ale to było ich przyjęcie, z wybranymi przez nich gośćmi i nie mogło mieć w sobie tych wszystkich naleciałości i zwyczajów jakie stały u podstaw Społeczności Kwiatów. Specyfikę tą wyjaśnił Alice - kiedy jechały czarną limuzyną prowadzoną przez milczącego szofera - przystojny arab o imieniu Carusar, który przedstawił się jako Władca Duchów, obywatel Locus Silentium, asystent Sądu Szarańczy i sługa Lorda Medana, Namiestnika Mroku, Pana Szarańczy, władcy Ciszy, Duchów i Miejskich Mitów. Jego brat, siedział obok niego i milczał koncentrując się raz na polerowaniu stalowego haka, który miał zamiast dłoni, a raz na wbijaniu wzroku w Alice. Jedno i drugie sprawiało upiorne, ale takie jakiego należało oczekiwać po Władcy Miejskich Mitów, wrażenie. Społeczność Kwiatów była, wedle słów przystojnego araba, który co jakiś czas, spoglądał sponad przeciwsłonecznych okularów na Lidię z nieukrywanym zainteresowaniem, czymś w stylu zarazem śmietanki towarzyskiej i stowarzyszenia, które powstało w celu zachowania dawnych tradycji, oraz zapewnienia bezpieczeństwa Powiernikom na Ziemi. - Musisz zrozumieć - tłumaczył - że w naszym społeczeństwie, prawie nieśmiertelnych pół-bogów, bardzo łatwo o animozje i wchodzenie, czasem czysto przypadkiem, w czyjeś kompetencje czy wpływy. Bez ograniczenia samych siebie, bez narzucenia zasad, które będą regulować nasze spory moglibyśmy rozpętać konflikt zdolny zniszczyć cały świat, o który walczymy. Wszystkich nas obowiązuje Codex Fidelitatis, ale on oddaje naszą rolę w świecie. Prawa i zwyczaje naszej społeczności pozwalają nam ze sobą współżyć i dają nam narzędzia do honorowego i w miarę pokojowego rozstrzygania sporów. Ci, którzy tak jak on, wybrali postępowanie zgodnie z przyjętymi zasadami, którzy są gotowi uznawać granice wytyczane przez innych, odpowiednio się zachowywać by nie przynosić wstydu swoim Ymera i Familii Celestis, podpisują się pod Porozumieniem Babilońskim wyrytym na Silniku Misynchronicznym. Sam Pakt Babiloński, którego zapisy Carusar także wyjaśnił, okazał się być dość prosty i ogólny. Na przyjęciu, na które się udawały, wszyscy goście mieli być sygnatariuszami Porozumienia. One, jako osoby osobiście zaproszone przez solenizantów, miały stanowić jedyny wyjątek od zasady. Zasady jaką narzuciła w Locus Silentium ich siostra Księżna Ciszy będąca prawą ręką i ich Ymera i strażniczką ich domu. Zgodnie z jej życzeniem nikt kto nie był członkiem Społeczności Kwiatów nie miał do ich domu wstępu jeśli nie był oficjalnym wysłannikiem jakiegoś Ymera bądź sprowadzono go na proces w roli świadka bądź oskarżonego. Do Sanktuarium Lorda Medana dojechali korzystając z jednej z setek, jeśli nie tysięcy, bram zaczepionych w Mitycznym Świecie San Francisco. Moment wjazdu odczuły natychmiast. W pierwszym momencie nie mogły zidentyfikować co to było co odstawało od znanego im świata. Po chwili uświadomiły sobie, że ich samochód przestał wydawać jakiekolwiek dźwięki. Gdyby nie towarzyszący im wciąż głos Carusara miałyby wrażenie jakby ogłuchły. Jechali przez miasto zbudowane z czarnego kamienia, skryte w wiecznej nocy. Mijali, gestykulujących do siebie w języku migowym, mieszkańców w kolorowych, wręcz krzykliwych strojach, które były jedynymi plamami żywych kolorów jakie tam widziały. Od czasu do czasu zauważały stojącą w cieniu uliczek samotną postać skrytą brązowym habitem, która zdawała się obserwować ich podróż. Jakiś nieszczęśnik wpadł do wpół otwartej studzienki kanalizacyjnej, na widok czego Guiliane uśmiechnął się. Właściwości Locus Silentium: Nic i nikt żywego nie wywołuje dźwięków. Jeśli żyjesz to mieszkasz w mieście. Jeśli jesteś martwy to przenosisz się na wzgórze. Jeśli jesteś jednym z Wybranych to jesteś w posiadłości. A potem samochód wyjechał z miasta, droga zaczęła się wspinać, minęli starą bramę cmentarną, wjechali pomiędzy stare drzewa. Droga wznosiła się coraz bardziej, raz po raz zakręcając. Wszędzie pomiędzy drzewami wyrastały z ziemi nagrobki i krypty, spomiędzy których z zaciekawieniem przyglądały się im widmowe twarze. Przez chwilę, w tłumie widmowych postaci mignęła Lidii twarz Sandry. Była narzeczona Keziaha zdawał się przez chwilę patrzeć gniewnie prosto na nią. Zatrzymali się pod ogromną posiadłością na szczycie wzgórza. Posiadłość sprawiała wrażenie, wrażenie to potęgowało kilka widmowych twarzy spoglądających z okien, nawiedzonej i ponurej. Budynek był tak samo ciemny jak domy w mieście, pozbawiony ozdób, a w jego oknach nie widziały żadnych świateł. Gdy stanęli przed domem coś w postawie ich towarzyszy się zmieniło. Na wargach Carusara zaczął błąkać się uśmiech, poprawił okulary i kołnierz czarnej koszuli. Sprawiał przy tym wrażenie jakby nakładał na siebie, niewidoczny dla nikogo poza nim, strój. Guiliane schował hak w przydługim rękawie płaszcza i poprawił kapelusz nasuwając go jeszcze bardziej na oczy tak iż jego twarz zupełnie nikła w cieniu. Promieniował niebezpieczeństwem niczym skradający się w ciemnej uliczce, za nieświadomą i niewinną ofiarą, drapieżnik. Drzwi od limuzyny otworzyły się same, a one spostrzegły, że ich kierowca zniknął. Mężczyźni pomogli im wysiąść. Alice poczuła w dłoni zimny dotyk. Guiliane wsunąwszy hak jej w dłoń, uniósł ją nim delikatnie, niemal do swoich warg. - Pozwolisz? - Spytał. Zapewne retorycznie bowiem nie czekawszy na odpowiedź wsunął jej na palec stary, ciężki, srebrny pierścień z ładnie przyciętym rubinem. - To symbol, że jesteś tu jako moja osoba towarzysząca. - Jego częściowo skryte w cieniu kapelusza oczy zdawały się błyszczeć. - I nie przejmuj się jak zobaczysz za swoimi plecami w lustrze Bethany. Ona próbuje zabić każdego, kto go założy. - Dodał od niechcenia ujmując ją pod ramię - A jeśli to - zamachał hakiem - ci przeszkadza, to teraz kiedy jesteśmy u mnie mogę w dowolnym momencie zregenerować dłoń. - Zamyślił się przez chwilę. - Chyba nie powinno mi to zaburzyć stroju. - Pani. Jeśli zechciałabyś uczynić mi ten zaszczyt. - Carusar, stojąc przed Lidią w szafirowym sportowym garniturze z seksownym uśmiechem na ustach, wyjął z kieszeni pudełeczko z widmowym kwiatem. Poczekał, aż Lidia poda mu dłoń. Otworzył je i delikatnie ułożył na jej nadgarstku kwiat białej lilii splecionej z pędami lotosu. Pędy poruszyły się muskając delikatnie jej skórę, oplatając nadgarstek. Wspięły się wzdłuż przedramienia i weszły na ramię. Co jakiś czas spomiędzy nich wyrastały białe lilie. Kwiaty Carusara. Bardzo wymowne. - Witajcie w naszym domu. - Powiedział i weszli je do środka. Wnętrze nie było ponurym, ciemnym domem jakiego można było się spodziewać. Główny hol, prowadzący w głąb domu ozdobiony był eleganckimi tapetami i dużymi obrazami przedstawiającymi naturalnej wielkości, różne męskie i kobiece postacie. Pomiędzy nimi paliły się w kryształowych kandelabrach świece. - To hol pamięci. - Wyjaśnił Władca Duchów. - Każdy z tych obrazów przedstawia z naszych poprzedników, którzy zginęli w służbie naszego Pana. - Ze ścian patrzyły na nich surowe, stare, młode, zadziorne i zmęczone oblicza. Było tam pięciu mężczyzn i osiem kobiet. Każda z kobiet miała w jakiś sposób zasłonięte usta. Czy to skryte za wachlarzem, za podniesioną do ust dłonią w czerwonej rękawiczce czy też przesłonięte spływającą z toczka woalką. Wszystkie postacie były niczym żywe, jakby miały zaraz zejść z obrazów i dołączyć do nich. - Lord Medan wybiera na Powierników Duchów i Miejskich Mitów mężczyzn, a władanie Ciszą zarezerwował dla kobiet. Być może spotkacie go dzisiaj jeśli zechce objawić swoją obecność. Jeśli tak się stanie, może was zapytać co sądzicie o obrazach. Mówię o tym ponieważ wszystkie obraz wyszły spod jego ręki. A teraz - zakończył gdy podeszli do drzwi na końcu korytarza - pora wejść na salę. Jesteśmy oczekiwani. Faktycznie nie wiedziały czego się spodziewać po przyjęciu urodzinowym Powierników. Na sporej sali przypominającej ozdobną ni to galerię obrazów, ni to salę balową, ni to salę wizytową otoczoną, podtrzymywaną czarnymi kolumnami galeryjką, czekało na nich prawie pięćdziesiąt Potęg. W tłumie ubranych barwnie i w całkowicie różnych stylach ludzi znalazł się popijający - przy stoliku w towarzystwie dwóch starszych, dystyngowanych dam - herbatę sfinks, młody przerażony młodzieniec trzymający w dłoniach, niczym największy skarb, doniczkę z trującym bluszczem, który wyglądał jakby powoli wpełzał na jego ramiona, kamienny golem zbudowany z ostro ociosanych kamieni, kobieta-orka, duch, który wyglądał jakby nie mógł się zdecydować czy jest mężczyzną czy kobietą, a także kobieca ni to lalka ni to marionetka naturalnych rozmiarów, o wyrzeźbionej w mosiądzu twarzy, mechanicznej sukni i ciele skrywającym ciągle poruszające się i klekoczące kółka zębate. Pierwszą osobą, która ich przywitała była piękna dziewczyna o prostych czarnych włosach, w czarnej, krojem przypominającą unowocześnioną wersję wiktoriańskiej, sukni długich aż do ramion rękawiczkach i zaszytych krwistoczerwoną nicią ustach. Gesty stanowiące, instynktownie zrozumiałe dla nich, powitanie i przedstawienie się, były pozbawione jakichkolwiek dźwięków. Nie słyszały szelestu materiału, ani stukotu butów na kamiennej podłodze. Joyce Lacroix, Księżna Ciszy ich gospodyni, powitała je, uważnie poszukując w ich postawie, zachowaniu i słowach, ewentualnych oznak braku manier. Nie widząc w nich niczego, za co mogłaby potem ochrzanić braci, pokiwała głową i dodała, że później odbędzie się pokaz niemych filmów w sali kinowej i jeśli tylko będą miały taką ochotę mogą się na nim pojawić. Po niej zaczęli do solenizantów schodzić się pozostali. Witali się, przedstawiali towarzyszącym solenizantom damom i czekali, aż one zostaną przedstawione. Wszyscy byli, jak należało tego oczekiwać, uprzejmi, a w ich oczach kryła się, przynajmniej u większości gości, ciekawość. A całości, możliwe by jeszcze bardziej podkreślić niesamowitość samego przyjęcia jak i jego gości, wszystkiemu temu, przyglądał się stojący na galerii PIĘKNY mężczyzna o czarnych włosach, w eleganckim czarnym mundurze i oczach, których spadały gwiazdy.
  10. SPIS TREŚCI Codex Fidelitatis Społeczność Kwiatów Waluta Powierników Rozwiązywanie konfliktów w Społeczności Kwiatów Powiernicy, którzy przeżyli Zdradę
  11. SPIS TREŚCI Co każdy Powiernik o Excrucianach wiedzieć powinien - według Derry Corriander Hasp Iaziz, Strateg Siedemdziesiątego Czwartego Legionu Chwalebnego Odzyskania
  12. Początek tutaj i tutaj -Lordzie Annu. Jesteśmy! - Zawołała tuż po przekroczeniu drzwi Ange. Ciągnęła za sobą młodą dziewczynę, która przypatrywała się wszystkiemu szeroko otwartymi oczyma. Migoczące cienie, tańczące pomiędzy rozbłyskami spływającej po ścianach wody. Delikatnie poruszające się kwiaty, niczym na nieistniejącym wietrze, które powoli zwracały swe pąki ku księżycowej dziewczynie, otwierając się na jej wewnętrzny blask. Posągi, które zdawały się, ukradkiem rzucać na nią oceniające spojrzenia. Księżycowe drzewo wyrastające pośrodku zaścielonej kwiatami polany. Jego rozłożysta korona sięgała niemal sufitu, a ono samo szeptało wprost do jej duszy - witając nowy Księżyc. Stojący pod jego gałęziami ludzie. Nie. Nie ludzie. Kobieta o cienistych włosach, w których kryły się lęki i potwory. I ON. Coś zaskoczyło w jej duszy kiedy spojrzeli na siebie. Annu Nieodgadniony, Pan Metamorfozy, Którego Cień skrywa się w Duszach Ludzkości. W jego oczach wschodził księżyc a na jego ustach pojawił się smutny uśmiech. Nastassia poczuła się jakby wróciła do domu. - Moja nowa Pani Księżyc... - Jego głos był niesamowicie słodki i wywoływał w Powierniczkach uczucie błogości. Ale czy czy usłyszały w jego głosie lekkie westchnienie? - A więc nadszedł ten czas... Stojący przed drzwiami Melchior odchrząknął teatralnie. - O? Pan Miast. - Annu przeniósł na niego uwagę. - Mój Pan, Lord Ananda, Piękno Kreacji, Pan Oczekiwań, Przewodnik Rzeczników, Władca Miast, Morderstw i Nieskończoności, polecił mi odeskortować nową Powierniczkę Księżyca do Ciebie Lordzie Annu. Składa także kondolencje z powodu przedwczesnej straty Mooneya. - Podziękuj proszę Annadzie w moim imieniu Melchiorze. Jeśli chodzi o ambasadora... Zostanie nim Szczęście. Jest chwilowo niedostępny. Jest w Piekle. Może niech Ananda przedyskutuje tą kwestię z Lucyferem, jestem pewien, że odda mu Johna. Dajcie mi znać jeśli będą kłopoty. A teraz wybacz, ale muszę porozmawiać z moimi wybrankami. Melchior skinął sztywno głową. - Oczywiście. Sam także muszę szybko wracać. Miło było was poznać. - Dodał do Nastki i Alice. - Au revoir. Anu patrzył za nim przez chwilę. Drzwi do sanktuarium zamknęły się same. - Dziś zabito dwójkę moich Powierników. - Powiedział Annu z ogromnym smutkiem. - Wiem co stało się z poprzednikiem Alice, ale śmierć Mooneya poczułem dopiero kiedy odchodził. Nie było mnie przy tobie i nie mogłem dać ci wyboru. - Uniósł dłoń i pogłaskał Nastkę po policzku - Przykro mi. Nie jestem fanem odbierania ludziom wolnej woli. - Westchnął. - Nawet jeśli maja w sobie fragment duszy Anioła. Ala ta historia musi poczekać.Teraz musicie się dowiedzieć o Valde Bellum. Usiadźmy - Księżycowe drzewo za nimi zaczęło szeptać im historię Kreacji. - Na długo przed Czasem stworzonym przez Niebo, kiedy na sklepieniu Kreacji nie było jeszcze żadnej z gwiazd, Stwórca, którego Anioły z braku lepszego imienia nazywały Cneph, skradł Dzieciom Harumpha Piękno Kreacji. Dzięki niemu mógł zawrzeć je w Drzewie Świata. Dzieci Harumpha rozgniewały się na niego, wiec Cneph w swej nieroztropności złożył im pewną obietnicę. Jednak nie zamierzał dotrzymać słowa. Wiedział bowiem, że wymuszonych obietnic nie wolno dotrzymywać. Z tego powodu, tysiące lat temu Dzieci Harumpha, Excrucianie poprowadzili swoją armię nicości, Jeźdźców na Bladych Wierzchowcach, ku bramom Niebios gdzie zamordowali ich strażnika za pomocą Nienawistnego Ostrza o imieniu Okrucieństwo. Tak zaczęła się Wielka Wojna - Valde Bellum a wraz z nią nadszedł Czas Bólu, który trwa do dziś. Nasz Wróg dąży do unicestwienia całej Kreacji. Czyni to atakując kolejno jej części i wymazując je z rzeczywistości tak jakby nigdy w niej nie istniały. Jeśli Światło padnie pod ich mieczami i czarnoksięskimi rytuałami, świat pogrąży się w mroku, w którym istniał od zawsze i nikt nie będzie w stanie wyobrazić sobie czym było. Poprzez tysiąclecia trwania wojny wiele elementów Stworzenia padło ofiarą Excrucian i ani jeden śmiertelnik nie jest w stanie przypomnieć sobie tego co zostało utracone. W obliczu zagrożenia ze strony Bladych Jeźdźców, Excrucian, zawiązano sojusz. Sojusz pomiędzy Aniołami i Demonami, Namiestnikami Światła i Lordami Mroku, Dziczą, Starymi Bogami i innymi jeszcze dziwniejszymi istotami. Wszyscy ci, którzy bronią Kreacji zwani są Władcami. Wojna, którą toczą przez większość czasu odbywa się w świecie duchowym, płaszczyźnie istnienia, która leży poza zdolnościami pojmowania kogokolwiek innego niż Władcy i Excrucianie. Tam Władcy stawiają czoła armiom nicości. To oni są ostatnią linią obrony i strażnikami Kreacji. Podczas gdy Władcy toczą wojnę na planie Ducha ktoś musi zajmować się bezpieczeństwem Ziemi, jej mieszkańców oraz co najważniejsze, mieć pieczę nad bezpiecznym schronieniem dla Władców. Kimś takim jesteście Wy. Obdarowane władzą nad odłamkami Kreacji. - Drzewo zakończyło opowieść. Angie spojrzała pytająco na Annu. - Nie! - Odparł Ymera. - Opowieść o Wilkach i śmierci Księżyca, będzie musiała poczekać. - Dziewczynka spojrzała na niego prosząco i zapiszczała.- Nie! Tym bardziej, nie! Jesteś za młoda i Moja Szlachetna Siostra, niech śpi jak najdłużej, nie dała by mi spokoju. - Westchnął i spojrzał na swoje Powierniczki. - Macie może jakieś pytania, zanim powierzę wam moje bezpieczeństwo i wyślę do robienia ważnych rzeczy?
  13. Alice nie mogła spać. Nie żeby było w tym coś dziwnego, bezsenność towarzyszyła jej od czasu kiedy Alan postanowił ją zabić, a może i dawniej. Za oknem świecił księżyc, o ile świecił, to było dobre określenie na to, co wyprawiał księżyc w San Francisco. Była pełnia, a na zewnątrz było jaśniej niż w pochmurny dzień w Chicago. W dodatku jedno z drzew rosnących przed jej domem wydawało się emanować własnym światłem. To na nic. Nie zaśnie. Równie dobrze mogła wrócić do książki. Madame Velvet tym razem wpakowała się w takie tarapaty, że trzeba by cudu by ją wyratować. Przez chwilę bawiła się myślą czy nie sprowadzić jej ratunku w postaci pojawiającego się niczym diabeł z pudełka przystojnego iluzjonisty, ale nie. Velvet była niezależna i potrafiła sobie radzić sama. Alice była romantyczką, ale nie znosiła lalkowatych księżniczek Disneya. Velvet i ksieżniczka Disneya, dobre sobie. Parsknęła z irytacją. Czy Ellen Harkney w ogóle czytała którąkolwiek z jej książek?! Zmusiła się by nie myśleć o nieprzychylnej recenzji. W końcu Harkney zmasakrowała też Harry'ego Pottera i książkę podróżniczą Barringtona. Skup się! Pomyśl! Jak wydobyć Velvet z tej pułapki? Cholera jasna! A przecież kiedy zaczynała pisać miała pomysł na całą tą scenę. Tyle że teraz rozwiązanie wydawało się jej mało przekonujące i żywcem wyciągnięte z... Dosyć! Skup się! Ten cholerny księżyc. Światło było tak intensywne, że nie pozwalało jej myśleć. Jak u licha miała skończyć książkę przed deadlinem, jeśli nie da jej pracować. Podeszła do okna i z wyrazem zniecierpliwienia szarpnęła zasłonę. Idąca ulicą młoda kobieta o figurze modelki, ubrana w obcisłą małą czarną i trzymająca w ręku parę czerwonych szpilek zdawała się półprzejrzysta w intensywnym świetle cholernego księżyca, ale tak potwornie przejmująco smutna. Odwróciła się i spojrzała prosto na Alice. Co do... - Pomóż mi... - Oczy kobiety dawały się nie mal błagać. Alce potrząsnęła głową. Dziewczyna zniknęła za rogiem. * * * Dzwonek telefonu wyrwał ją ze snu. - Alice, kochanie, będę za pięć minut! - Zaśpiew w głosie jej agentki przywodził na myśl panią domu z południa rodem z serialu z lat pięćdziesiątych. Brrr, aż nią wstrząsnęło. Otworzyła lodówkę i ponuro wpatrzyła się w jej, niemal puste, wnętrze. Cholera! Znowu zapomniała zrobić zakupy. Rozejrzała się po tym co jej zostało. Trochę mleka, dzięki bogu świeże, dwa jajka, niemal zeschły chleb tostowy i resztka dżemu pomarańczowego, który ostatnio przyniosła Paige. No dobra znowu tost francuski. Całe szczęście, że potrafiła gotować. Pstryknęła ekspres, nalała sobie kawy i włączyła telewizję śniadaniową. ... Jenna McBoyd została znaleziona w swoim apartamencie. Policja na razie nie chce komentować... Brzdęk! Kubek wypadł jej z dłoni i rozchlapując malowniczo kawę po całej kuchni, rozbił się o posadzkę. Z ekranu patrzyła na nią twarz dziewczyny z wczoraj.
  14. Welcome to Madness -Wow! - Chłopak pochylił się nad jednym z plakatów jakie Nastka przywiozła ze sobą na Kraken-Con. - Wyglądam jak totalny basass. Miecz jest chory, co prawda mogłaś już darować sobie złote światło zza moich pleców i spadające gwiazdy w moich oczach, ale reszta... Wow. Na pewno zarobisz na tym masę kasy. Ej czy nie powinienem dostać jakiejś prowizji? Stassia jesteś? - Nie dokończył. Coś. Rozmyta plama światła. Smuga. Minęła ją i zniknęła wraz z Coyotem. Anastazja zamarła. Smuga przeleciała przez tłum cosplayowców pozujących do zdjęcia. Wpadła na ścianę. Przesunęła się wzdłuż niej wchodząc na sufit i zniknęła. Nikt nie zareagował. Anastazja spojrzała na zamarły tłum ludzi. Smuga pojawiła się ponownie po drugiej stronie sali. Prześlizgnęła się pomiędzy stoiskami. Anastazja ledwo mogła nadążyć za nią wzrokiem. Nieopodal w powietrzu wisiała, zatrzymana wpół uderzenia skrzydeł, mucha. Nie. To nie była smuga. To były dwie smugi. Pierwsza, srebrzysto-błękitna, splatała się w - jakoś, nie wiedziała skąd i jak, ale wiedziała - śmiertelnym tańcu z drugą, srebrzysto-białą. Rozdzieliły się i rozpadły w przeciwnych kierunkach. Stoiska eksplodowały kiedy srebrno-bękitna smuga wpadła w nie. Drzazgi z łamanych stołów, rozrzucane figurki i komiksy rozprysły się i zamarły w bezruchu. Srebrno-biała smuga musnęła ozdobioną plakatem Superman vs Batman ścianę. Odłamki kamienia rozleciały się na boki niczym odłamki eksplodującego granatu. Zbyt szybko by zdążyć zamrzeć w powietrzu. Wpadły w tłum przelatując przez stojących w bezruchu ludzi i wbiły się w przeciwległą ścianę. Kilka przelatując obok roztrąciła jej wydruki. Jeden przeleciał przez nią i poleciał dalej ciągnąc za sobą zawisającą w powietrzu smugę czerwieni. To nie były smugi. To byli ludzie. Ledwo zauważała ich kształty kiedy poderwali się z miejsc, w których upadli i rzucili się ponownie na siebie. Świat zaczął się przechylać na prawo. Spotkali się w połowie sali, zbyt szybko by mogło za nimi nadążyć ludzkie oko. Walczyli. W ułamkach sekund zadawali i otrzymywali setki ciosów. Jeden, ten obcy, dzierżył promień księżyca. Drugi, jej... Kumpel, Coyot... Aybek? Porwany, zaatakowany, miał tylko swoje pięści. Skręcający świat przekrzywił się już prawie o dziewięćdziesiąt stopni. Pojawiło się pierwsze ukłucie bólu. Chybiony cios księżycowego ostrza przepołowił salę. Zbity sierpowy wywołał falę dźwiękową, która zmiażdżyła ścianę za plecami walczących. Spojrzała na rozlewającą się na swej piersi plamę czerwieni. To nie świat skręcał. To ona się przewracała. Podniosła wzrok, który powoli zaćmiewała czerwona mgła bólu. Stali w bezruchu w epicentrum zniszczenia. Aybek trzymał starszego od niego o kilka lat mężczyznę o potarganych, srebrzystych włosach za gardło. Jego nogi dyndały nad podłogą. Pięść chłopaka wbiła się w pierś tamtego. Tuż zanim zderzyła się z ziemią zobaczyła, niczym w zwolnionym tempie, jak wyszarpuje dłoń, w której trzymał jego serce. Ogarnęło ją czerwone morze bólu... - Nastassia! O Boże Stassia. - Aybek przypadł do niej.-Jak? Przepraszam nie. Nie chciałem... Nie możesz umrzeć! Nie wolno ci! - Słyszała jego oddalający się głos. - Czekaj... Czekaj, wiem! Ból powoli odchodził, a na jego miejsce wkradało się zimno i mrok. Coś lepkiego i ciepłego w jej ustach. - ..knij! Przełknij to! Jej ciało, czy to pod wpływem głosu, czy odruchu, przełknęło. Wszechświat eksplodował jej w głowie. Płonęła, była rozrywana, roztrzaskiwana i składana po wielokroć. Księżyc! Blask spowił ją, przenikał na wskroś. Wypełnił od czubka głowy aż po palce. Szepty. Wspomnienia. Stała na księżycu, na którym nigdy nie stanęła jej stopa. Stała na księżycu jakim był. Otaczała ją pustka i chłód. Przed nią stało srebrzyste widmo o potarganych włosach. Patrzyło na nią smutno. -Wszystko się zmienia. - Powiedział. - Oto moje życie. - Rozłożył dłonie. - Teraz twoje. To nie tak miało być... Przykro mi. - Pokręcił głową. Zaczynał powoli znikać. Spojrzał jej w oczy. - Mam siostrę. Powiedz jej, że niczego nie żałowałem. Oto co znaczy być bogiem… Światło. Blask wewnątrz ciała, myśli i duszy. Jestestwo rozerwane na strzępy i pospiesznie szczepione na powrót. Wszechświat zamknięty w twym wnętrzu jak ziarnko piasku uwięzione w muszli ostrygi. Wszechświat jak perła leżąca na twej dłoni. Srebrne światło. Stoisz na pylistej równinie. Powietrze nie istnieje. Wokół Rój. Samotna. Odkrywasz swoją naturę. Na przeciw ciebie stoi On. Wojownik. Znasz jego Imię. Znasz wszystkie imiona. Ściany Wszechświata pękają. Wyjąca nicość wysysa chciwie życie. NIE PRZEJDZIESZ. Patrzysz w jego oczy w których eksplodują galaktyki. Twoi Powiernicy Płoną w twym Blasku. To nie tak miało być. W Jego pustych oczach pojawia się coś. Uczucie. Stoisz pomiędzy mrokiem i światłem. Twoją bronią jest ogień w płonący twej duszy. Nowy i nieokiełznany jak świeżo zaleczona rana. Być bogiem znaczy umrzeć. Jego głos -Nie wolno ci umrzeć! Otworzyła oczy. Jej ciało, takie lekkie. Słabe, niczym narodzone na nowo. Silne, przepełnione energią zdolną niszczyć światy. Nieopodal w ciszy bezruchu toczyła się rozmowa. -... późno. Kilkanaście sekund wcześniej i... - Głos mężczyzny. W połowie smutny, w połowie bardzo, bardzo wkurzony. - I co? - Przerywa mu kobieta o cichym, ale mocnym głosie. Brytyjski akcent w jej słowach nadaje słowom dodatkowej wagi. - Też byś zginął? Cokolwiek to było... - Ona się obudziła. - Trzeci, kobiecy, głos. Nie było na niego ludzkich słów. Był nie z tego świata. Nakazała swemu ciału usiąść. Usiadła. Ten prosty gest przyniósł jej więcej satysfakcji i radości niż jej całe, dotychczasowe życie. Świat wokoło wciąż wisiał w nieistnieniu. Zamrożony. Ale teraz WIDZIAŁA dlaczego. Delikatne linie srebrnego światła przecinały całą salę nakładając na nią drugi, nowy, kruchy niczym sen,nałożony na Kraken-Con, ale istniejący obok niego, świat, w którym się znajdowali. Trójka nieznajomych wpatrywała się w nią. Wysoki mężczyzna o azjatyckiej urodzie w przydużym płaszczu, jasnych pogniecionych spodniach typu chino i kapeluszu á la Miś Paddnigton. Brytyjska dama, na oko po sześćdziesiątce, w eleganckim ciemnoniebieskim kostiumie i w toczku z woalką i zjawiskowa kobieta, w białej szmizjerce z białym fascynatem w srebrnych włosach w oczach której skrywała się Wieczność.
  15. Z wysoka

    Ostatnio wpadła mi ochota na bardziej normalny rysunek. Tak jakoś połączyła się z gwiazdkowym przypływem nowych markerów, których szkoda by było nie wypróbować. Żeby wyjść trochę z DA i GS-owej strefy komfortu na tapetę poszła Lidia z Jesiennej metamorfozy, w bardziej ludzkiej wersji, nad atrybutami jej domeny pewnie pokombinuje coś w innym rysunku, tym razem naprawdę stęskniłam się za "normalnie". Wersja czarno-biała i kolorowa. A4, cienkopisy i markery.
  16. Oto rzeczywistość, która Cię otacza. Świat jest i zawsze był płaski. Każda rzecz, którą widzisz żyje, myśli i czuje. Każde życie ma swojego ducha, z którym możesz rozmawiać, walczyć albo się kochać. Twój samochód jeździ, bo ma ochotę jeździć i wozić cię w zamian za świeże dostawy benzyny oraz okazjonalne wizyty u mechanika. Duch promienia słonecznego odbitego od wystawy chwilowo Cię oślepia, a potem ucieka, ponieważ czynienie tego leży w jego naturze. A ten konkretny duch jest młody i chce się bawić. W mitycznym świecie, jeśli dobrze poszukać można znaleźć drogę do każdego miejsca i czasu. Ziemia jest tylko jednym z setek jeśli nie tysięcy czy milionów światów rosnących niczym dojrzały owoc na jednej z niezliczonych gałęzi ogromnego Jesionu zwanego Yggdrasil - Drzewem Świata, Drzewem Życia czy Drzewem Kreacji. Jego korona sięga do Niebios. Jego korzenie płoną otoczone Piekłem. Błękitny płomień Ściany Świata chroni je przed nicością, pośród której się unosi. Wokół naszego wszechświata i jego światów pełzają niczym rój siły Excrusian. Ich armia jest nieskończenie wielka, jak nicość, którą zamieszkują. Ziemia jest jednym z głównych frontów w Wojnie o Stworzenie lecz jeśli zna się odpowiednie drogi można ją opuścić i przejść do jednego z innych znanych Potęgom światów. Postrzeganie mitycznego świata jest dla Potęg wyjątkowo łatwe. To jak założenie mitycznych okularów, które pozwalają go widzieć i doświadczać, które każda Potęga może w dowolnym momencie nałożyć lub zdjąć. SPIS TREŚCI Właściwości Mitycznego Świata (świat przygraniczny) Właściwości (Prawa) Arkadii
  17. Ogólnoświatowa organizacja przenikająca wszystkie dziedziny życia śmiertelników. Kiedy powstali w 1310 roku byli niewielkim kultem, oddanym Lordowi Entropii, który przez wieki starannie gromadził wpływy. Jednakże swój unikalny status uzyskała dopiero jakieś sto lat temu kiedy Lord Entropia został Władcą Ziemi. Aktualnie członkowie Cammory są kimś w rodzaju pośredników, załatwiaczy, przedstawicieli międzynarodowej korporacji, najemnikami i zabójcami dla Powierników gdyż mogą działać wszędzie tam i takimi metodami jakimi Potęgi - ograniczone przez Codex Fidelitatis - nie mogą. Cammorę cechuje jedna unikalna rzecz w świecie śmiertelnych. No dwie. Po pierwsze większość z nich zdaje sobie sprawę z toczącej się Wojny i tego jak mniej więcej wygląda prawdziwy świat. Po drugie oni i ich działania są całkowicie poza wszelkim Prawem. Niektóre Potęgi mówią wprost, że nietykalność Cammory jest szóstym Prawem Codex Fidelitatis. Mechanicznie: każdy członek Cammory ma Przypadłość: Moje działania nie łamią prawa [2]. Wielu z nich jest obdarzonych specjalnymi właściwościami będącymi wynikiem cudów Potęg płacących Cammorze za usługi.
  18. Zmory są efektem uboczny powstawania Sanktuarium. Kiedy Ymera wyrywa z Ziemi kawałek rzeczywistości to ta rzeczywistość reaguje. Wynikiem tej reakcji są Zmory - twory, których natura odzwierciedla opór świata wobec istnienia Sanktuarium, Ymera oraz Potęg. Wszystkie Zmory są, w jakimś stopniu, odporne na cuda oraz często dodatkowo chronione swoją naturą, która ujawnia się w formie Przypadłości. Dodatkowo potrafią od razu rozpoznać prawdziwą naturę Powierników Anni/Annu.
  19. Szli za Anni, aż dotarli do centrum miasta. Tam gdzie zniszczenia były największe. Mijali zrujnowane budynki. Samochody porozbijane i pogniecione jakby bawiło się nimi gigantyczne dziecko. Zbitych w nieregularne grupki ocalałych. I ciała, mnóstwo ciał. Część z nich wyglądała jakby zrzucono je z dużej wysokości, inne porozrywane, przygniecione przez samochody, jeszcze inne nosiły ślady kul. Masowa egzekucja dokonana na niewinnych mieszkańcach San Francisco. Cała część dzielnicy, z komendą Policji i ratuszem legły w gruzach. Na miejscu rozerwanego przez tornado ratusza wyrastał teraz zupełnie inny budynek. Białe strzeliste kolumny, niczym promienie światła, podtrzymywały skrzące się ściany z przejrzystego szkła. Weszli do środka. Olbrzymia otwarta przestrzeń z kilkunastoma okrągłymi pokojami wewnątrz ogromnych kolumn. Podłogi były z czarnego migocącego w słońcu kamienia, sufit i wewnętrzne ściany z jakiegoś półprzejrzystego materiału. Mlecznego zmatowionego szkła? Papieru, jak ekrany shoji? Półprzejrzystego kwarcu? Światło było wszędzie. Sprzęty z czarnego drewna rzucały cienie, dłuższe niż wskazywała na to pozycja słońca. Budynek wydawał się w pełni funkcjonalny, ale nie było w nim nikogo. Doszli to krętej klatki schodowej tam Anni nakazała swym wybranym by poszli za nią, innym rozkazując by pozostali na dole. Szli za nią w milczeniu wspinając się na siódme piętro. Światło! Pomieszczenie pełne światła sączącego się przez okna w dachu i szklane ściany. Woda. Spływająca po ścianach, płynąca pod szklaną podłogą. Cienie. Migotliwe. Szepczące do nich. Kwiaty. Pnące się po ścianach. Tulące się do podłogi. Wyciągające głowy ku niebu. Posągi. Dokładnie sześć. Piękne. Majestatyczne, a przy tym dziwnie znajome. Wyrzeźbione z tego samego półprzejrzystego materiału co wewnętrzne ściany na niższych piętrach. A pośrodku tego srebrzyste Księżycowe drzewo i posłanie utkane z blasku księżyca. Anni podeszła do niego i usiadła im wskazując miejsca w zagłębieniach korzeni drzewa. -Usiądźcie ze mną. - Powiedziała. - Jestem zmęczona. - Oświadczyła po chwili. - Będę musiała odpocząć. Moje rany wciąż nie zostały uleczone. To miejsce - powiedziała rozglądając się wokoło - będzie moim domem. Moim schronieniem. Wy moi wybrani będziecie go strzec. By to zrobić musicie wziąć na siebie obowiązek władania nim. - Spojrzała na Chandlera. - W mym imieniu będziesz władał moim domem. Będziesz jego królem... Burmistrzem. - Poprawiła się. - Lecz to nie wszystko. Potrzebuję osoby, która będzie dbać o mnie i o was w myślach mieszkających tu ludzi. Kogoś kto będzie mym wysłannikiem i kto będzie przemawiał w waszym imieniu kiedy zajdzie taka konieczność. Potrzebuję też osoby, która zajmie się naszym bezpieczeństwem tak by tragedia jak dzisiaj nigdy więcej się nie powtórzyła. Ten kto się tego podejmie ma przewodzić ochronie mego domu i zapewnić bezpieczeństwo swoim braciom i siostrze. Ludzie są niedoskonali. Są ślepi i popełniają błędy. Nie ma na to miejsca w moim domu. Któreś z was zostanie strażnikiem praw. Sędzią, przed którym będą odpowiadać śmiertelni. Potrzebuję energii. Ilekroć śmiertelni czynią coś prawego w me imię, tylekroć staję się silniejsza. Ktoś będzie musiał poprowadzić zagubione dusze by mnie odnalazły. Kapłan? - Wyraźnie szukała w swej pamięci właściwego słowa. - Tak, kapłan. Potrzebuję kapłana. Ale jest coś jeszcze. To miejsce zostało napadnięte. Jeden z Władców, moich towarzyszy broni, próbował przeszkodzić mi w przybyciu tutaj i wystąpił przeciw miejscu, które stać się miało mym domem. Zabito wielu niewinnych. To niedopuszczalne. Będzie mi potrzebny ktoś kto przejrzy takie intrygi. Kogo posłać można w sekrecie i kto nie zdradzi mych zamiarów lecz pozna zamiary mych rywali i skradnie ich tajemnice. - Przez chwilę zastanawiała się czy ma im powiedzieć coś więcej. - Sami zdecydujcie kto i jak wypełni te zadania. Prawdopodobnie będziecie potrzebować w tym pomocy. Niechaj każde z was skorzysta z daru jakim was obdarzyłam i znajdzie dla siebie pomocników, z którymi podzieli się cząstką siebie, tak byście nawet nieobecni byli zawsze w stanie dbać o bezpieczeństwo moje, mego domu i mieszkających tu ludzi. Anni nie musiała tłumaczyć. Każde z nich znalazło w swym sercu coś, kogoś kto idealnie nadawał się do tej roli. Tak jak każde z nich wiedziało jak prostym będzie spotkanie się z nimi, sięgnięcie ku ich duszy i powiązanie jej ze sobą nierozerwalnymi więziami. - Teraz będę odpoczywać. Wysłuchajcie historii, która zostanie wam przekazana, a następnie powróćcie do mnie kiedy spełnicie swe zadania. - Z tymi słowami ułożyła się na księżycowym posłaniu i zamknęła oczy. Księżycowe drzewo opowiedziało to co musieli usłyszeć. O Valde Bellum, najwyższej i najprawdziwszej wojnie we wszechświecie, którą ich Pani ukazała im w wizji. O Radzie Władców, która rządzi Ziemią. O Surolam, Łaskawej Pani niosącej Ukojenie, będącej uosobieniem Ściany Świata, Władczyni Prawa, Siły Woli i Złamanych Serc, której Locus - Hol Nieskończoności znajduje się w sercu każdego człowieka o złamanym sercu i straconej woli. O Anandzie będącym Pięknem tego świata, Władcy Miast, Morderstw, Nieskończoności i Czwartego Wieku, który nadejdzie po trwającym teraz Wieku Trzecim. Anandzie, którego sanktuarium Sen Miasta znajduje się pod każdą uliczką, każdego z miast na Ziemi i którego istnienie pozwala miastom istnieć. O Ha-Qadosch Berakha Dzikim Władcy, o którym wiadomo tylko, że jest Tajemnicą. Oraz o Lordzie Entropii - Panu Zamkniętych Systemów, Władcy Biurokracji, Granic, Korupcji Odpadów i Braku Litości, o którym proroctwo mówi, że będzie tym, który wygra Valde Bellum pod warunkiem, że najpierw nie zdradzi Kreacji i nie doprowadzi do jej upadku. Istocie, która jest najwyższa spośród równych i Rada prawie zawsze głosuje w zgodzie z jego zdaniem. To on stworzył Sąd Szarańczy, przed który jego wysłannicy zaciągają tych, którzy ośmielili się złamać prawa. Usłyszeli o Codex Fidelitatis, prawach stworzonych przez Lorda Entropię, które Rada Ziemi nałożyła na wszystkich Powierników na niej mieszkających i zadrżeli w głębi swych serc słysząc pierwsze z nich. A potem drzewo także zamilkło i zostali sami w najwyższym sanktuarium Anni.
  20. Ponieważ zdecydowaliśmy, że postaci będziecie tworzyć w dwóch etapach, przed i po preludium, mamy do was dwie sprawy. Najpierw omówimy pierwszą, która chyba będzie krótsza. Władca. Zrobimy to trochę nie podręcznikowo i na dzień dobry damy wam wybór dotyczący Afiliacji i Creda Władcy. Zdecydujcie się jako grupa, którą z następujących opcji chcecie. 1. Pierwsza Opcja Niebiosa lub Piekło 2. Druga Opcja Światło lub Mrok 3. Trzecia Opcja Dzicz lub Własne Credo Wybieracie jeden z pakietów - Opcję pierwszą, drugą lub trzecią, a my dokonujemy wyboru wewnątrz opcji Adnotacja HG: Tu wybieracie Credo Władcy, wasze postaci mogą mieć zupełnie niezależne od Jego, a nawet przeciwstawne.
  21. 26 listopada 2014 Kiedy tego ranka Graham Terry zapowiadał piękną i słoneczną pogodę dla San Francisco nie wiedział, że niespełna cztery godziny później będzie niepotrzebnie martwił się o swoją posadę. Niepotrzebnie gdyż przeznaczeniem Grahama była powolna, brutalna i bardzo potrzebna śmierć tego popołudnia. Niestety ktoś postanowił to zmienić… * * * Chandlerem targały sprzeczne uczucia. Siedzieli z Rosie w niewielkiej kawiarni w Castro. Ich stolik był tuż obok szyby, w najlepszej miejscówce w lokalu. Jak co tydzień rozmawiali przy kawie. Towarzyszyło im dudnienie deszczu o szyby. Nie przejęli się zbytnio pojazdami straży pożarnej, które minęły kawiarnię, jadąc na sygnale. Rosie była zaabsorbowana tym co się dzieje w mieście. Seria rytualnych morderstw jaka nawiedziła San Francisco w ostatnich miesiącach sprawiła, że wielu ludzi było przestraszonych. Więc siedzieli i rozmawiali. Zignorowali speakera w telewizorze. Było tam coś o załamaniu pogody. Coś o zbliżającej się do Mission trąbie wodnej... Coś o ewakuacji San Francisco General Hospital… Zaraz. Trąba wodna? General Hospital?! Przecież tam teraz jest... Julie! * * * Jeszcze przed kilkoma minutami, kiedy James wraz z Henrym wchodzili do budynku, na zewnątrz dopiero zaczynało padać. Jeszcze przed paroma minutami to było rutynowe śledztwo, które doprowadziło ich do Jimmiego. Znanego w dzielnicy pasera, który wiedział o większości rzeczy dziejących się na osiedlu. Musiał też coś wiedzieć o tym napadzie. Minutę temu drzwi do mieszkania Jimmiego były zamknięte i nikt nie odpowiadał, ale Henry przysiągł, że “usłyszał” jakiś niepokojący dźwięk i powinni to sprawdzić. A teraz stali, w kuchni. Na zewnątrz dudnił deszcz.... Każdy w policji wiedział o seryjnym mordercy, który od kilku miesięcy grasował w mieście. Miał na koncie siedemdziesiąt siedem ofiar. Wszystkie zabite długim cienkim ostrzem, najprawdopodobniej sztyletem, ułożone na podłodze i otoczone dziwnymi symbolami wykreślonymi ich krwią. James i Henry patrzyli właśnie na siedemdziesiątą ósmą. * * * To miało być słoneczne popołudnie. Chris jedząc kanapkę wpatrywał się przez okno w ciemne, przecinane błyskawicami, niebo. Po chwili, tak jak przewidział, zaczął padać deszcz tworząc chaotyczne wzory na szybie Jemmy. Z zamyślenia wyrwał go dzwonek komórki. - Pan Terry? - Odezwał się kobiecy głos w słuchawce. - Taaaa... - Dzień dobry, jestem doktor Barington. Dzwonię z St. Mary's Medical Center. Pańska była żona i dzieci byli w wypadku samochodowym. Pana synom nic nie jest, ale Pani Foster jest na urazówce i jeszcze nie odzyskała przytomności. Pana syn podał nam ten numer. Czy przyjedzie Pan po nich, czy… ? Gdzieś za oknem rozległ się odgłos grzmotu. * * * John pomagał w treningu Vrishaba. Vrishab był młodym pół hindusem, który jeśli by go dobrze poprowadzić miał predyspozycje by pójść na zawodowca. John lubił z młodym trenować, co prawda czasami podziw jaki widział w jego oczach był irytujący, ale jego entuzjazm i zapał do pracy były zaraźliwe. - Ej! Słyszeliście?! - Zawołał Tony wchodząc na salę. - Mówią, że nadciąga tajfun. - Dopiero teraz John zauważył, że Tony jest przemoczony do suchej nitki. - Ewakuują nabrzeże i mówią żeby nie wychodzić z domów. Johna coś zakuło w sercu. Nad nabrzeżem mieszkała Nicole i o tej porze pewnie była już w domu... * * * Lidia miała na dzisiejsze popołudnie zupełnie inne plany. Lecz, jak to się w jej życiu często zdarzało, była w złym miejscu, w złym czasie i postanowiła zrobić coś co należało. Tym razem było to rozdzielenie dwójki, uczniów zanim przepychanka zamieni się w bojkę i obu ich zawieszą. I tak wylądowała jako opiekunko-nadzorczyni tej dwójki i dwóch towarzyszących im dziewczyn. W ramach kary za niewłaściwe zachowanie mieli siedzieć jeszcze przez pół godziny w sali chemicznej i odrabiać w ciszy lekcje. Cisza była. Ale zamiast lekcjami, zajmowali się swoimi komórkami i sądząc po ich minach dyskutowali ze sobą przez smsy. - Eeee, przepraszam Pani Brennan. - Odezwała się piegowata brunetka o imieniu Amanda, którą Lidia znała z prowadzonych przez siebie zajęć. - Czy my możemy jednak wcześniej wyjść? - Wyglądała na niezbyt pewną siebie kiedy to mówiła. - Bo mówią - pokazała na swojego iphona - że jest straszne załamanie pogody i że, no nie powinniśmy być na zewnątrz. A ja nie bardzo chcę tu utknąć. Czy możemy wezwać taksówkę i pojechać do domu? Do rodziców? Lidia obróciła się w stronę okna akurat w tym samym momencie kiedy małe drzewko wyrwane z ziemi i ciśnięte przez szalejącą wichurę, która właśnie się rozpętała, wpadło przez okno do laboratorium. Rozległ się przeraźliwy pisk dziewczyn, kiedy wokół nich poleciał odłamki szkła. Timothy spadł z krzesła i otwartymi szeroko oczyma wpatrywał się w gałąź, która zatrzymała się kilka centymetrów od jego twarzy. * * * Na zewnątrz padał deszcz, a Ethan siedział na niewygodnym siedzeniu w autobusie. Opierał głowę o szybę i myśląc o kawie i o Mandy, walczył z sennością. To właśnie z powodu Mandy miał za sobą całą nieprzespaną noc i większość dzisiejszego dnia. Poznali się wczoraj, w barze. Była rudoblond Irlandką, z przepięknym akcentem, na wymienia studenckiej, a jej współlokatorka z akademika akurat wybyła na całą noc. A to, że do akademika nie można było po 22 zapraszać mężczyzn tylko dodawał wszystkiemu pikanterii. To w sumie nie była wina Ethana, że akurat myślał o kolczyku w kształcie gwiazdy, który miała w pępku kiedy koło autobusu uderzyła błyskawica. Kierowcy, który oślepiony błyskiem gwałtownie wykręcił, by to nie pomogło, ale Ethan zamiast spaść z siedzenia może zdołałby się przytrzymać. Właśnie się podnosił na kolana kiedy kątem oka dostrzegł zbliżającą się z prawej furgonetkę. Sekundę później wbiła się w bok autobusu. Poczuł szarpnięcie i ból kiedy wpadł na siedzenia po prawej. Jakaś blondynka poleciała na drzwi autobusu gubiąc zakupy. Ethan miał przez chwilę wrażenie jakby czas zwolnił kiedy warzywa powoli spadały z wypuszczonej torby. A potem rozległ się odgłos pisku opon. Huk! Jęk wyginającego się metalu! Świat przechylił się o siedemdziesiąt pięć stopni. Autobus uderzył o hydrant i przechylił, przewracając się na zaparkowane z boku drogi samochody. Ktoś krzyczał. Obok niego leżał, niczym rzucona w kąt szmaciana lalka, nieprzytomny ciemnoskóry chłopak we fleku. Krwawił z nosa i ucha. Kobieta od zakupów próbowała się podnieść z roztrzaskanych drzwi. Z jej czoła spływała krew, a ona zdezorientowanym wzrokiem rozglądała się wokół. A pośród tego chaosu i zniszczenia, krzyków i krwi, leżał Ethan którego kurtka została lekko rozerwana na prawym ramieniu, ale nie na tyle by wyglądał w niej źle, wręcz przeciwnie, dodawało mu to tylko dramatyzmu.