Wyszukaj: Wyświetlanie wyników dla tagów 'prolog' .

  • Wyszukuj po tagach

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukuj po autorze

Typ zawartości


Forum

  • TABLICA OGŁOSZEŃ
    • F.A.Q.
    • Kuchnia mistrza Protazego
    • Poligon
  • REKRUTACJE RPG
    • Rekrutacje: Fantasy
    • Rekrutacje: Modern
    • Rekrutacje: Inne konwencje
  • SESJE RPG: FANTASY (HEROIC & DARK, HISTORYCZNE)
    • Oficjalne Systemy RPG
    • Niezależne i autorskie
  • SESJE RPG: MODERN (URBAN FANTASY & HORROR)
    • World of Darkness
    • Inne systemy i sesje autorskie
  • SESJE RPG: INNE KONWENCJE
    • Future
    • Supermoce i superbohaterowie
    • Inne
  • FORUMOWE RPG: STRATEGIE
    • Rekrutacje: Strategie
    • Karczma: Strategie
    • Forumowe strategie
  • CIEŃ PRZESZŁOŚCI
    • Cień przeszłości
    • Cień Przeszłości: Hala Szkoleniowa
  • KOMNATA RPG
    • Karczma
    • Kuźnia
    • Tablica sławy
  • WSPÓLNA SALA
    • Gospoda
    • Wieści z szerokiego Świata
    • Księga Zlotów i Konwentów
    • Biblioteka Aleksandryjska
    • Współpraca i Reklamy

Kalendarze

  • Rekrutacje
  • Urodziny
  • Inne

Blogi

  • Myśli Zebrane Asterki!!
  • Iskry
  • Pitbullek
  • Szkicownik Mroczek
  • Skórzany kajecik
  • Zakurzona teczka

Kategorie

  • Artykuły - Inne
  • Artykuły - RPG

Kategorie

  • Files

Znaleziono 18 wyników

  1. Zebrali się nad jej grobem w milczeniu. Część przyszła ją pożegnać z grzeczności, część z przyjaźni, jeszcze inni by powspominać opowieści o jej przygodach - tych kilku prawdziwych i tych wszystkich, które ożywiła jej wyobraźnia. Były też one, jedyne, które przez te wszystkie lata pamiętały jej sekret…
  2. WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ DO THAY Prolog Enya ~ Boadicea Silverymoon jest często nazywane "Klejnotem Północy", ponieważ jest jednym z piękniejszych miejsc i przypomina swym wyglądem oraz klimatem zaginione elfie miasto Myth Drannor. To miasto czarodziejów, magii, nauki; miejsce w którym jednoczą się siły dobra a każdy dzień przeżywa się w spokoju oraz harmonii. Miejsce, gdzie wita się z otwartymi rękami mędrców, podróżników, artystów, bez względu na rasę czy wiek. Miejsce prosperując właśnie w duchu między-rasowej i międzynarodowej przyjaźni, jedno z niewielu cywilizowanych miejsc pośrodku surowej i nieposkromionej pustyni - Północy Faerûnu. Silverymoon jest chronione potężną barierą stworzoną dzięki mocy Mythalu. Bariera ta co prawda zniknęła w czasie ostatniej światowej zawieruchy zwanej Plagą Czarów lecz wraz z końcem magicznego kryzysu niczym tęcza po burzy wystrzeliła w niebiosa znów ukazując się mieszkańcom w swej okazałości. I znów, aż po dziś dzień, chroni wszystkich mieszkańców. Ochrania nie tylko od najeźdźców ale też zapobiega niespodziewanym opadom deszczu, ekstremalnym temperaturom i najcięższej zimowej pogodzie. Dziś dzień jak co dzień. Ładna pogoda, słońce swym złocistym blaskiem otula wszystko, na ulicach rozbrzmiewają dźwięki muzyki i śmiechy. Musi być to jakiś dzień świąteczny, bo ulice miasta są pięknie, barwnie przystrojone. Jakie? Ciężko tu dojść, ze względu na to, że wiele rożnych ras i kultur zamieszkuje Silverymoon, kalendarz imprez jest przepełniony po brzegi, kto by to spamiętał... na pewno nie podróżnik taki jak Tiernan który w roku dłużej przebywał poza granicami Silverymoon. A ludzie, elfy i krasnoludy mieszkają tu w tych samych częściach miasta; nie ma tu słynnego w innych krainach podziału na dzielnice i segregacje rasowe. Przy jednej z kamiennych ścieżek gdzie rosło stare, ogromne drzewo nazywane Co'Ysgafn znajdowało się sąsiedztwo bazy wypadowej Tiernana Neithyra. Przez okno nasz bohater miał widok na typową architekturę miasta; pomieszanie tego co natura stworzyła z ingerencją rzemieślników. Tu ludzki dom stoi tu u podstawy drzewa, a dwie kolejne kamienice obok są wkomponowane w kamienne wzniesienie - to już dzieło krasnoludzkie. Elfy zaś wykorzystują szeroki, stary pień drzewa na potrzeby swej siedziby. I to nie ewenement, całe Silverymoon było zbiorowiskiem takich budynków, poprzetykanych pomiędzy polankami, gąszczem drzew i starych, pieknych elfiskich budowli. Jego sąsiedzi rozłożyli przed domostwem szeroki stół i nawoływali okolicznych do świętowania. Niestety, Tiernan nie miał czasu przyłączyć się do zabawy, śpieszno mu było na spotkanie. * * * W tym kwiecisto liściastym mieście spacerowicz może się łatwo zgubić. Na szczęście problem ten nie dotyczył Tiernana, który już znał dość dobrze miasteczko do którego powracał po wykonaniu swych zleceń. Mógł za to trochę obawiać się o swojego starego druha, Zuratara z Turmish. Niby pół-ork powinien sobie poradzić, bo miejsce które zresztą wybrał na spotkanie było dość charakterystycznym punktem miasta, więc lokalni powinni łatwo dać staremu karczmarzowi wskazówki gdyby pobłądził. Wszystko miało się okazać niedługo, już na miejscu. Twierdza Map. Wysoka, kamienna budowla, niegdyś należąca do heroldów Srebrnego Tronu a obecnie jest już częścią infrastruktury uniwersyteckiej ufundowanej przez Lady Alustriel. Ta wieża pełni w Silverymoon funkcję skarbca wiedzy. Miejsca pełnego map, zapisków, dokumentów dotyczących na przykład opisów dziejów historycznych, historii rodzin królewskich oraz władców państw świata Zapomnianych Krain. Na półkach znajdują się także zapiski podróżników i bardów, szkice, dokumenty z wielu zakątków świata. Większość zbiorów to niestety kopie cennych oryginałów, lecz bardzo dokładne kopie dzieł. Które chętny ma tu na wyciągniecie ręki. Każdy goszczący w mieście po uiszczeniu opłaty przy wejściu, może wejść do wieży by przeglądać zebrane tu skarby. Niczego nie można zabrać ze sobą ani wypożyczyć; kopie można zamawiać tylko poprzez złożenie oficjalnego wniosku do Mistrza Wiedzy urzędującego w tej wieży. A jest to nie kto inny jak słynny mędrzec Esklindrar, którego Alustriel namówiła do przeniesienia się tutaj, a potem dostarczając mu funduszy na zakup wszystkiego co znajduje się w kolekcji. Oraz, obiecując w swej wspaniałomyślności, że w swej wieży to on będzie panem oraz władcą, nawet ponad rozkazy urzędników. Były dni, gdy pomieszczenia tu pełne były gości ale i takie jak dzisiaj - gdy ledwo parę osób w ciszy oraz skupieniu snuło się pomiędzy ścianami oglądając zawieszone mapy, półkami uginającymi się od ksiąg i gablotami z zakurzonymi eksponatami w poszukiwaniu informacji. By znaleźć swego towarzysza Tiernan nie musiał długo błądzić. Rosły pół-ork znajdował się w największej z sal, na parterem do której trafiało się zaraz po wejściu na teren Twierdzy Map. Oparty o barierkę, stojąc w kącie sali. Trzymał na swym ramieniu ciężki plecak. No i odróżniał się od innych gości, zarówno przez swoją posturę jak i kolor skóry, no więc od razu rzucił się w oczy Tiernana. Stary karczmarz nie był sam. Rozmawiał z jakimś młodym, niziutkim fircykiem ubranym w szaty podobne do tych, które nosili mężczyźni zbierający opłaty przy wejściu. Była to rozmowa raczej biznesowa, biorąc pod uwagę na gesty i słowa które mógł usłyszeć Tiernan, jeśli tylko podszedł bliżej odpowiednio szybko. -... oczywiście. Przygotujemy pana zamówienie dzisiaj do końca dnia. Niezwłocznie poinformuję moich przełożonych o tym że jest to sprawa priorytetowa. - młodzieniec pokiwał ochoczo głową i przyjął mieszek który pół-ork mu wręczył.
  3. Południowa część Sylvenory nie jest dzielnicą o wysokim poziomie bezpieczeństwa. Kręci się tu sporo podejrzanych osobników o dość nieczystych intencjach. To właśnie tu, jeżeli wiesz gdzie szukać, możesz nająć ostrze na jedno, szybkie zlecenie lub zakupić truciznę, która sprawi, że twój wróg umrze w śmiertelnej agonii. Najważniejszymi elementami tej części były magazyny. Wybudowane z cegły i sprowadzonego drewna czy budulca stworzonego z jaskiniowych olbrzymich korzeni bądź wielkich grzybów. W tych mierzących ponad osiem metrów budynkach lokalni kupcy i przemytnicy przetrzymywali towar. Często można było się także spotkać z wymuszeniami, prostytucją oraz przemocą. Każdy pilnował własnych pleców i nikt nikomu nie spieszył z pomocą. Zdarzał się oczywiście wyjątek buntowniczego elfa. Południowa część była także gospodarzem wszelkich knajp i tanich przybytków oferujących rozmaite rozrywki. Hazard, walki gladiatorów czy handel informacjami oraz niezbyt legalnymi substancjami i przedmiotami. "Damulka Warta Grzechu" była swego rodzaju centrum rozrywki w tej dzielnicy. Z zewnątrz mogła przypominać tani zamtuz czy podejrzaną spelunę. Dwupiętrowy budynek w otoczeniu magazynów nie wyróżniał się na tle innych budowli. Widniejący nad drzwiami wejściowymi szyld przedstawiał kobietę odzianą w skąpą szatę i przyozdobioną biżuterią. Artysta miał tu pole do popisu. Tego mrocznego i ponurego dnia siedziałeś w kącie sali karczemnej wraz ze swoim przyjacielem, Illar'em, który zamówił dla waszej dwójki tutejszy specjał zwany "Grzechem Damy" - trunek mieszający słodki smak z ostrym i palącym język posmakiem. Purpurowa ciecz rozlana została na dwa drewniane puchary. Illar był średniego wzrostu o atletycznej budowie ciała Ishtarem o szpiczastych uszach, które jedno z nich było przyozdobione srebrnymi kolczykami. Miał wyzywający wyraz twarzy i zdarzało mu się zadzierać nosa. Często przeczesywał swą białą czuprynę, a jego ciemnoczerwone oczy wypatrywały czegoś interesującego. Illar był specjalistą od zamków, pułapek i szybkich ucieczek. Zwykle nie unikał walki w zwarciu, ale zdarzało mu się używać kilka niecnych sztuczek typu kopniak w krocze czy sypnięcie piekącym piaskiem. W tym dniu, Illar odziany był w skórzaną zbroję, dodatki do niej w postaci butów, rękawic, kaptura, spodni i karwasz. Za plecami znajdowały się dwie pochwy w których spoczywały dwa, długie , stalowe miecze. - Nudzę się - powiedział biorąc łyk trunku - Ostatnio nie wydarzyło się nic interesującego, a ta stagnacja mnie dobije. Potrzebuję adrenaliny, przygód, jakiegoś balansowania między życiem, a śmiercią - zaczął swój wywód łotr -Powiedz mi, przyjacielu - zwrócił się do ciebie - Czy masz podobne myśli?
  4. “What people forget is a journey to nowhere starts with a single step, too” Chuck Palahniuk
  5. Wind, wind! Thou art sad, art thou kind? Wind, wind, unhappy! Thou art blind, yet still thou wanderest the lily-seed to find. ~William Morris
  6. There are only two forces that unite men - fear and interest.
  7. Fate To było ostatnie takie śniadanie. Myśl zdawała się dźwięczeć w Mocy szczególnie mocno tego poranka kiedy cała dwunastka dzieci Darth Crowa zasiadła do wspólnego posiłku. Coś zupełnie prozaicznego, co jeszcze niedawno było rzeczą tak pewną, że niezauważalną, nagle stało się czymś szczególnym. Czy będą jeszcze mieli okazje usiąść tak razem? Czy kiedy to wszystko się skończy wciąż wszyscy będą żyli? Pytania odbijały się niemym echem w ich głowach, kiedy jedli w wielkiej okrętowej mesie. Był to posiłek cichszy niż zazwyczaj. Oczywiście najpierw 2V-R5 droid protokolarny musiał się zamknąć, jednak jedna uwaga o przerobieniu na złom zazwyczaj załatwiała ten problem. Jedli wiec we względnej ciszy, pełnej równego stukotu sztućców i ukradkowych spojrzeń. Byli sami w wielkiej jadalni, jeśli nie liczyć maszyny, która zarządzała podawaniem dań. Kuchnia postarała się, bo każde z dzieci mogło wskazać na stole swoją ulubiona potrawę. Mimo to nastrój był kiepski. Nawet Allesh milczał, co rzadko mu się zdarzało, chociaż nie podarował sobie ukradkowych uśmiechów do niewolnic z jedzeniem. Sharena siedziała z nosem w datapadzie, z tego co Arcturus zdołał wyczytać jej przez ramię miała tam sporo notatek o lokalnej faunie Korriban. Zapewne nie była to przyjemna lektura, bo co i raz przełykała ślinę. Jeylen milczał wpatrzony w swój talerz, ledwie skubał to co na nim miał, był blady, o wiele bledszy niż zazwyczaj. Atonai co i raz nachylał się nad nim żeby coś powiedzieć. Dia szeptała do ucha S’kye’owi najmłodsi wydawali się być na równi wystraszeni i podekscytowani. Wukor warczał na wszystkich i wszystko od kilku dni. Mulie wiedziała, że przed wylotem rozmawiał z matką i cokolwiek mu powiedziała sprawiło, że pierworodny syn rodziny nie spał najlepiej. Jeśli którekolwiek z nich wiedziało co się dzieje to tylko on. Reszta w dwa dni po pogrzebie została zebrana i zapakowana na Uparciucha, uzbrojoną korwetę którą dawno temu ojciec oddał Reginie do dyspozycji. Lecieli z eskortą sześciu mniejszych statków i trzech eskadr myśliwców na Korriban. Lecieli spokojnie wbrew temu czego prawdopodobnie się po tej podróży spodziewano. Do samego końca obyło się bez kłopotów. Dzisiaj zadokowali na stacji orbitalnej. Z tego co powiedział im 2V-R5 wyokrętowanie panów i panienek przewidziano na najbliższe dwie godziny. Więc zaczęło się. Może dlatego niewiele osób przy stole miało tego dnia apetyt. Prawie już skończyli kiedy drzwi jadalni rozsunęły się i do pomieszczenia wkroczyła Regina, natychmiast wszystkie spojrzenia skierowały się w jej stronę, zawsze umiała to osiągnąć, na kilka chwil stać się najwyraźniejszym punktem w całej sali, ściągać na siebie spojrzenia. - Dzień dobry dzieci. Z szelestem czarnej, pięknej sukni podeszła do swojego miejsca z góry stołu. Za nią cicho wsunęły się do pokoju dwie twi’lekańskie dwórki ciągnąc ze sobą wózek, na którym równo ułożono dwanaście workowatych plecaków. Kiedy pani skinęła im głową niewolnice zaczęły cicho krążyć miedzy nimi stawiając po jednym plecaku przy każdym z dzieci. Dia pierwsza sięgnęła do środka, wyciągając ubranie, czarna bluzę z kapturem w swoim rozmiarze. - Dwa komplety ubrań, commlink o zasięgu ograniczonym do samej akademii i jej okolic, kij… – wyliczała powoli Regina, kije akurat roznoszono pomiędzy nimi, były mocne, zrobione z lekkiego metalu, czasami widywali je w rękach uczniów ojca ćwiczących na placu. – …datapad z przydziałem i trzy przedmioty osobiste nie będące bronią, pancerzem, urządzeniem komunikacyjnym. Właściwie dwie rzeczy, bo pozwoliłam sobie coś wam tam dołożyć. To wszystko co możecie ze sobą zabrać. Atonai wyciągnął ze swojego plecaka pojedynczy stimpak, ampułkę pełną kolto z igłą dozującą, reszta też miała po jednej ukrytej pod stertą ubrań. - Jeśli w ciągu pierwszych dwóch tygodni nikt z was nie będzie go potrzebował to dobra waluta do wymiany wewnątrz Akademii. – Regina odpowiedziała na pytające spojrzenie arcaniana. – Na waszym miejscu nie ruszałabym tych rzeczy za bardzo przed odprawą, jeśli nie liczyć przebrania się. Zostaniecie dokładnie skontrolowani przed wejściem na promy. – oznajmiła patrząc znacząco na Shakkę. – Za to po wylądowaniu im szybciej spersonalizujecie ubranie tym lepiej dla was. Im bardziej standardowo wasz strój się prezentuje tym bardziej wyglądacie na ofiarę dla starszych akolitów. Zrobiła przerwę i uśmiechnęła się nieznacznie widząc, że Sharena już wygrzebała z plecaka datapad i wczytywała się w jego treść. Arcturus dostrzegł wśród rzędów znaków imię Thanaton. - Sugeruję wziąć przykład z siostry, jest tam kilka słów o waszym przyszłym mistrzu, oraz nadzorcy. To co nie jest kodem wpisałam tam ja, nie jest częścią odprawy ale nie będzie też stwarzało przy niej problemu. Jeylen spojrzał na swój datapad obojętnie, ale otworzył go. Wukor na swój tylko zerknął, zdaje się, że znał już jego zawartość. Atonai uniósł brew czytając swój, Allesh uśmiechnął się pod nosem. Mulie znalazła w swoim tylko jedno nazwisko, Lord Celadwar Tillan, sam nadzoruje własne próby. Najmłodsze dziecko w rodzie Tillan i zarazem jego czarna owca, w sumie nie widomo dlaczego. Owszem, po bardzo obiecującym starcie i zdobyciu tytułu Lorda w zaledwie dwa lata przestał interesować się polityką i zajął wykopaliskami, jednak trudno nazwać go słabym albo mało ambitnym. Blisko związany ze Służbami Odzysku i Sferą Starożytnej Wiedzy. Pierwszy raz poszukuje ucznia. Na datapadzie Dlara znajdowało się nazwisko, które słyszał wiele razy z ust ojca. Darth Malgus, jeden z wojowników u boku których Darth Crow nieraz walczył, zawsze mówił o nim z szacunkiem. Regina dopisała krótko. Lubi obcych i najemników, zwłaszcza Mandalorian. Miał już dwoje uczniów. Nadzorować próby miała Kana Tarrid, uczennica Malgusa, upadła padawanka przygarnięta po zniszczeniu jakiejś enklawy Jedi. Miała smykałkę do cybernetyki i brak litości dla akolitów, wybiła poprzednią grupę uznając ich za zbyt słabych. Roshan został przydzielona do Darth Morena, najsilniejszego z dawnych uczniów Darth Acharona. Zaznaczył się w Sferze Nauk Biotycznych biegłością w Alchemii Sith, zajmował się życiem, jego tworzeniem i modyfikacją. Miał już dwanaścioro uczniów, obecnie żyła jeszcze piątka. Próby w jego imieniu, tak jak zawsze, przeprowadzał będzie jego syn Celar. Celar Moren był wojownikiem, ceni siłę i samodzielność. Arcturus miał zostać uczniem Lady Safady, jednego z poszukujących na usługach Darth Rictusa i Sfery Tajemnic, wyszkoliła już kilku poszukujących. Niewiele było o niej wiadomo, odbyła szkolenie Jedi młodości, jednak w momencie ataku Imperium na Republikę była już przez swój zakon poszukiwana jako zdrajczyni. Jej przyłączenie się do Sith jest niejasne, ale pozycja w zakonie bardzo mocna. Do przeprowadzania sowich prób najęła Baltazara Tremela, jednego z akademickich nadzorców, ceni sobie tradycję i siłę. Shakka po otwarciu swojego datapadu została powitana nazwiskiem Darth Mortis, członek Mrocznej Rady, głowa Sfery Sprawiedliwości i Praw. Telepata, niezwykle potężny w Mocy, nie przywiązuje wiele wagi do tradycji, wobec obcych ostrożny, jednak nie rasistowski. Niedawno stracił jednego z uczniów i oddział jego dwunastu rąk sprawiedliwości jest niepełny, stąd rekrutacja. Przeprowadza ją dla niego akademicki nadzorca Eliash Darwoon, stary formalista, ceni sobie ponad wszystko skuteczność. Regina dała im chwilę na czytanie. - Zaraz po lądowaniu zostaniecie zaprowadzeni do swoich nadzorców, oni dadzą wam wasz medal, znak przynależności do Akademii i do danej grupy szkoleniowej. Pilnujcie ich, w grobowcach Doliny Mrocznych Lordów mieszka wielu upadłych akolitów, którzy gotowi są zrobić wszystko żeby je wam odebrać i zyskać drugą szansę. Nadzorcy przez najbliższy rok będą was prowadzić na drodze Sith, według własnych kryteriów i tego czego chce wasz przyszły mistrz. Ich zadaniem jest wpojenie wam zasad, sprawienie żebyście zrozumieli co to znaczy być Sith. Nie będą się zajmowali waszymi umiejętnościami, od tego są nauczyciele do których musicie zgłaszać się sami. Nikt nie będzie wam mówił czego macie się uczyć, ani żebyście się w ogóle uczyli, jednak daleko bez tego nie zajdziecie. – tłumaczyła powoli. – W każdej grupie jest sześciu akolitów, z których tylko jeden zostanie uczniem. Jednak przez pierwsze pół roku nie przejmowałabym się tym, ale skupiła na przeżyciu. Co najmniej połowa waszej konkurencji nie przeżyje pierwszych miesięcy. Dopiero kiedy skończy się okres izolacji warto zacząć myśleć o tym jak pozbyć się tych, którzy jeszcze żyją. - Izolacji? – spytał Allesh. Regina przytaknęła. - Przez pierwsze pół roku wasze kontakty ze światem poza akademią są, ograniczone. Nie wolno wam kontaktować się z nikim spoza Akademii i Korriban przez pierwsze trzy miesiące. Potem przez kolejne trzy przysługuje wam w sumie pół godziny miesięcznie na rozmowy pozaplanetarne. Po pół roku zakazy rozmów zostają zniesione, ale dalej nie wolno wam opuścić Korriban bez zgody waszego nadzorcy. - Mamo… – S’kye odezwał się niepewnie, na ziemi i stole wokół niego walały się rzeczy, które panicznie wyjmował ze swojego plecaka. – Ja… chyba gdzieś zgubił się mój datapad z przydziałem. - Mój też – dodała Dia, wywracając swój plecak na drugą stronę. Regina pokręciła głową i uśmiechnęła się blado. - Nie zgubił się. Wy idziecie ze mną, mam dla was coś… specjalnego. Wyprostowała się w siedzeniu na znak, ze nie powie nic więcej na ten temat, popatrzyła po reszcie. - Pytania?
  8. Magia Przyszłości Łowcy Samanthy Przedstawia misję pod tytułem „Polowanie: Obiekt Zemsta” 1 Czerwca 2082 Godzina 8:40 Hangar Poszukiwacza Prywatne Lądowisko Siedziba Strzelb Od dobrych czterech godzin słońce znajdowało się na czystym niebie Wolnego Jorku. Po ostatnich zawirowaniach pogodowych dzisiejszy dzień zapowiada się wyjątkowo słonecznie, a przecież nic nie może zepsuć corocznej parady z okazji między narodowego i rasowego dnia dziecka. Świętowanie będzie huczne, a zacznie się od miejskiej parady w Górnym Mieście od godziny dwunastej. Większość pracujących osób otrzymała dzień wolny, ale część z nich musiała zostać na swych stanowiskach. To właśnie dotyczyło najemników, łowców nagród zrzeszonych w jednej organizacji zwanych "Strzelbami Samanthy" Profesja łowcy nagród zdawała się być najlepiej płatnym zajęciem w tym mieście. Podróże, zmagania i spotkania z niebezpiecznymi potworami i zbiegami, właśnie to czekało na ambitnych karierowiczów. Niestety śmierć zbierała swoje żniwa, a na miejsce doświadczonego łowcy czy tropiciela zgłaszało się pięciu nowych, zapalonych młodziaków, którzy próbowali spełnić swe największe marzenie. Organizacja Strzelb Samanthy zapewniała stabilną pracę i godziwe zarobki. Każdy kto znał Samanthę Jones nie narzekał na jej wypłaty i traktowanie. Nowy dzień zawsze przynosi z sobą kolejne zlecenia. Grupa łowców posiadała siedzibę położoną w Dolnym mieście. W tej dzielnicy niebezpieczeństwo czaiło się na każdym kroku. Zasada dolnego miasta brzmiała „Posiadasz broń, zachowujesz swe życie” To właśnie tutaj można było nabawić się problemów. Nawet Okręgi Rozrywkowe nie gwarantowały spokojnego i relaksującego pobytu. Trzy piętrowy, biały budynek z złotymi i czerwonymi zdobieniami przy oknach, drzwiach i balkonach wyróżniał się na tle innych budowli. Na poziom bezpieczeństwa nikt z uzbrojonych po zęby najemników Samanthy nie narzekał. Każde wejście było rejestrowane przez specjalny system założony przez najlepszych techników. Prywatne lądowisko znajdowało się na krańcu zajmowanej platformy Strzelb. Jeden, wielki hangar o jasnoniebieskim pokryciu dachu i olbrzymi wrotach. Do tego miejsca można było dostać się na dwa sposoby. Pierwszym było przedostanie się przez zewnętrzne drzwi budynku, których czujniki skanowały każde wyjście i wejście, a system informatyczny rejestrował dane. Drugi sposób wejścia był umożliwiany przez tunel znajdujący się w piwnicy siedziby Strzelb. Te wszelkie zabezpieczenia kryły za sobą coś wyjątkowego i cennego, a tym czymś okazał się należący niegdyś do przemytników broni i minerałów statek, zwany "Poszukiwaczem" Historia tego środka lotniczego jest zagmatwana i długa. Poszukiwacz często zmieniał swojego głównego właściciela. Z nieznanych przyczyn trafiał z rąk do rąk aż znalazł się w posiadaniu złomiarzy z Kazamatów, którzy nie znając prawdziwej wartości sprzedali go za 3000 kredytów, a sama Samantha śmieje się, że to był interes jej życia. Przywrócenie „Poszukiwacza” do pełnej funkcjonalności zajęło dobre pięć miesięcy. Technicy i mechanicy oraz droidy protokolarno-naprawcze mieli pełne ręce roboty. W dużym rozległym pomieszczeniu o szarej, płytkowej podłożu i perłowych ścianach znalazło się dużo technicznego sprzętu. Komputery, monitory, deski rozdzielcze, składowiska na nieczynne części, złom czy uszkodzone skutery. Spokojnym krokiem do wyznaczonego miejsca spotkania zmierzała Elara Evenia, Android, który przypominał piękną, jasnowłosą elfkę. Uzdolniona technolog i nieustraszona wojowniczka- tak ją określali inni łowcy. Przy statku na dużej, czarnej oponie siedziała drobna i szczupła białowłosa Selhari o złotych, nieco świecących się oczach, szarej cerze i drobnym nosku. Włosy dziewczęcia światła upięte były w niechlujny koczek. Bystry obserwator nie przegapiłby czarnych brwi zakończonych w łagodnym łuku i drobnych usteczek pomalowanych ciemnoróżową szminką. Ubrana w kremową, prostą, materiałową szatę magów z długim rękawem i przyszywanym kapturem czarodziejka wyglądała na zniecierpliwiona całym tym oczekiwaniem na liderkę grupy. Lidia, początkująca i wciąż ucząca się magini należała do organizacji od jakiś czterech lat. Znająca magię powietrza, światła i pierwotną pełniła zazwyczaj rolę wsparcia podczas danego zlecenia. Z natury buntownicza i nie przepadająca za dziecinnymi określeniami, które otrzymywała ze względu na swój młodziutki wiek. Gdy tylko zauważyła zmierzającą technolog na jej twarzy pojawił się mały uśmieszek. Elaro, jak dobrze znacie się z Lidią? Jesteście przyjaciółkami czy dobrymi koleżankami? Niedaleko Lidi stał średniego wzrostu, nieco umięśniony białowłosy, półelfi, przystojny mężczyzna przenikliwym spojrzeniu oliwkowych oczu i śnieżnobiałej, krótkiej przystrzyżonej bródce. Jego włosy doskonale kryły jego spiczaste uszy, ale spoglądając na pociągłą twarz można było ujrzeć delikatne, elfie rysy. Odziany w lekki uniform bojowy Ferrios sprawdzał stan "Mściciela" czyli popularnego karabinu szturmowego. Mężczyzna dosłownie na chwilę odwrócił swe spojrzenie w kierunku Evenii i nie zrobił znaczącego gestu, po czym wrócił do swojego zajęcia. Ten półelf był znany z swojego chłodnego dystansu jaki utrzymywał z innymi współpracownikami w Strzelbach. Elaro, jak myślisz, dlaczego Ferrios jest taki oschły? Wkrótce rozległ się charakterystyczny stukot laski i kroków. Kolejny gość zmierzał do wyznaczonego miejsca spotkania. Oliver Crowley, ludzki mag, starszy i doświadczony osobnik, który potrafił oczarować kogoś nie tylko swoją magią, ale umiał także umiejętnie owinąć sobie wokół palca własnymi słowami. Mężczyzna z, którym trzeba się po prostu liczyć. Olivierze, co sądzisz o zebranych w tym miejscu osobach? Jak dobrze znasz Lidię i Ferriosa? Podzielisz się z nami ich myślami? Samantha miała pojawić się za dziesięć minut i wyjawić cel zadania. Być może obecni kompani słyszeli jakieś pogłoski dotyczącej misji. ///Notka/// W temacie z przygodą wyłączamy duże sygnatury
  9. Magia Przyszłości SALERIA Przedstawia misję pod tytułem „Demoniczny Podarek” 1 Czerwca 2082 roku Godzina 7:05 Gabinet Matki, Siedziba SALERII Dolne Miasto, Wolny Jork - W Wolnym Jorku zawitał, kolejny pracujący dzień. Po ostatnich zawirowaniach pogodowych dzisiejszy poranek zapowiada się wyjątkowo słonecznie. Utrzymujące się dwanaście stopni Celsjusza wzrośnie do dwudziestu czterech, a prawdopodobieństwo opadu wynosiło dziesięć procent. Tymczasem zostawiam was z starą, może i zapomnianą, ale wciąż dobrą Taylor Swift – powiedział komentator prowadzący lokalną rozgłośnię radiową zwaną „Punktem Zero” Mieszkańców czekały dzisiaj coroczne obchody międzynarodowego i między rasowego dnia dziecka. W tym szczególnym dniu żaden najmniejsza istotka nie mogła zostać pominięta. Świętowanie będzie huczne, a zacznie się od miejskiej parady w Górnym Mieście od godziny dwunastej. Większość pracujących osób otrzymała dzień wolny, ale część z nich musiała zostać na swych stanowiskach. Godzina 7:00 wzywała szaraków, którzy musieli się zmagać z nudną codziennością. Nie wszyscy jednak mają bezpieczną pracę. Istnieją zajęcia przeznaczone dla nielicznych ludzi i nieludzi nie obawiających się ryzyka i balansowania na granicy życia i śmierci. Bycie agentem lub agentką Matki Przełożonej, kobiety dowodzącej SALERIĄ przynosiło kilka osobistych korzyści. Niestety bracia czuli się gorzej traktowani niż siostry. Mężczyźni w tej grupie tracili swe przyrodzenie jak i rodowe klejnoty. Symbole męskości były kolekcjonowane przez sadystyczną i jakże tajemniczą Matkę. Podopieczni SALERII wykonywali zlecenia, które w opinii publicznej można byłoby uznać za nieetyczne i złe oraz okropne, ale czego to się nie robiło by zarobić kilkaset kredytów. Jak Matka powiedziała „Skacz” jej agenci odpowiadali „Jak wysoko Matko?” Nie było innej możliwej odpowiedzi. Tej personie nigdy się nie odmawiało, a ona sama uwielbiała podejmować ryzyko, zwłaszcza jak zapraszała gości z innych sfer. W samej organizacji nie istniał problem rasizmu, tylko bezwzględna kontrola. Kontrola wszystkiego i wszystkich. Siedziba SALERII mieściła się w nieczynnym czteropiętrowym budynku, który niegdyś należał do obrońców środowiska. Z wynikających problemów finansowych grupa musiała opuścić zajmowane miejsce, a Matka odnowiła je i przekształciła w biuro prawników i ekonomistów, którzy zajmowali tylko pierwsze piętro, reszta pełniła zaś inną rolę. Dolne Miasto nigdy nie było bezpieczne i zdarzyły się organizowane zamachy na „Wielebną” ale zawsze były skutecznie powstrzymywane i zażegnane. Bracia i siostry czuli się w swej twierdzy bezpieczni, zwłaszcza jak ta prowokatorka umieściła symbole piekła i nieba na dachu budynku. To oczywiście wywołało kontrowersje i niepokój Zakonu. Gabinet Matki Przełożonej był średnim pomieszczeniem o fioletowych ścianach na, których zostało umieszczone kilka świecących słabym, pomarańczowym światłem lamp w kształcie kul. Drewniane, rzadko już spotykane panele przykryte były czerwonym dywanem o złotych końcówkach. W centrum pomieszczenia stało biuro, a właściwie dotykowy i holograficzny panel komputerowy ukazujący wiele wartościowych i szyfrowanych informacji trafiających wprost do rezydującej tu wysokiej i szczupłej kobiety w wieku czterdziestu paru lat o płonących rudych włosach i szaro-zielonych oczach, które obecnie wpatrywały się w panel. Odziana w czarną, prosta, pozbawioną jakichkolwiek udziwnień suknię z długimi, obcisłymi rękawami Wielebna zasiadła przed panelem i zajęła się sprawdzaniem nowinek jakie do niej dotarły. Oprócz wspomnianego biura znalazło się półka, która przeznaczona była na przechowywanie zabezpieczonych dysków i innych nośników danych, obecny był jeszcze regał z tomiskami, co wiązało się z dużym zaskoczeniem gości. Książki w erze omni-kluczy i innych technologicznych wynalazków? Wyglądało to śmiesznie, każdy postronny obserwator by to przyznał. W tym miejscu obecne jeszcze były ciemnoczerwona sofa i fotele z skórzanym oparciem przeznaczone dla gości Matki. Nikt nie zapomniał jeszcze o sejfie i o przejściu blokowanym przez pole siłowe prowadzącym do osobistej kwatery przywódczyni SALERII. Matka Przełożona oczekiwała na dwójkę pewnych podopiecznych, którzy wczorajszego popołudnia zostali poinformowaniu o wezwaniu. Jako pierwsza do gabinetu wkroczyła półelfia agentka Pfeifer Hooks. Wielebna przywitała ją skinieniem głowy i wskazała dłonią na jedno z krzeseł o skórzanych obiciach. Merthari Tabneus w towarzystwie wyszkolonych magiń technokratek został odprowadzony do pomieszczenia, w którym urzędowała „Najwyższa” Właśnie Tabneousie, dlaczego maginie technokratki cię odprowadzały do gabinetu „Najważniejszej”? Znowu coś przeskrobałeś? Kobieta wskazała mu miejsce, tuż obok Pfeifer. Matka Przełożona kilkakrotnie odkaszlnęła nim przeszła do sedna sprawy. Liderka organizacji wytarła usta chustką i odłożyła ją na biurko. -Witam moich agentów. Zostaliście wezwani tutaj nie bez przyczyny. Dowiedziałam się wczorajszego popołudnia, że mój konkurent Lysander Levitt czyli „Boski” lub znany bardziej jako „Ojciec Przełożony” z Los Angeles pojawił się w mieście by zdobyć pewną kluczową broń przeciw naszej organizacji. Lysander zamierza powadzić rozmowy w sprawie inwestycji w mieście. Wystarczy, że jest członkiem Wielkiej Rady i ma dostęp do innych funduszy, ale jemu jest wiecznie mało. Nie mogę pozwolić by on od tak próbował przejąć nasz dom! – powiedziała wyraźnie zdenerwowana kobieta – Sprawami jego finansowania zajmę się sama, waszym zadaniem będzie odkrycie tajnej broni Boskiego, którą chce sprowadzić z więziennego wymiaru, a mają mu pomóc trzy trollańskie, siostry wiedźmy o imionach Zesa, Zesha i Zonraja. Musimy się dowiedzieć co to za broń i ją przejąć bądź ewentualnie zniszczyć. Najpierw jednak trzeba poznać lokalizację kryjówki wspomnianych czarownic. Tutaj może nam pomóc Arios bądź, któryś z jego informatorów. Musicie udać się do „Rozpusty” by rozmówić się z właścicielem tego przybytku. Pamiętajcie, że tuż przed wejściem do klubu zostaniecie rozbrojeni, a wasze omni-klucze stracą ofensywne możliwości. W budynku istnieje też strefa martwej magii, która skutecznie uniemożliwi rzucanie zaklęć. – rzekła rudowłosa kobieta. Drzwi gabinetu otworzyły się, a do pomieszczenia wkradł się świeży powiew letniego, powietrza. Źródłem tego zjawiska okazała się para żywiołaków, drobna i niska kobieta i wysoki, postawny mężczyzna. Maurice i Maurik, czarodziejka i utalentowany technolog, kochające się rodzeństwo, po prostu bliźniaki. Żywiołaki miały srebrzyste postawione włosy przez, które przemykał chłodny wicherek, świecące, szare oczy z srebrnymi refleksjami, szarą skórę, spiczaste uszy, drobne nosy i czarne brwi. Maurice ubrana była w jasnobrązową szatę z kapturem i prostymi rękawami. Ramiona, klatka piersiowa jak i plecy były wzmocnione specjalnym włóknem w kolorze dorodnej pomarańczy. Drobne, zadbane dłonie zostały zakryte przez pomarańczowe rękawiczki z smoczymi łuskami na zewnętrznej stronie ręki. Spod szaty wystawały buty w tym samym kolorze co rękawice i też były widoczne smocze łuski. Maurik miał na sobie lawendową, obcisłą koszulę, zakrytą przez czarną, łuskową kamizelkę z kapturem. Dolną częścią jego stroju stanowiły czarne spodnie i ciemnobrązowe pantofle. Maurik głównie posługiwał się omni-kluczem, pistoletem maszynowym typu Shuriken oraz granatami, a Maurice miała do dyspozycji składany, magiczny, w stalowym kolorze kostur. - Maurika i jego siostrę Maurice znacie nieprawdaż? – zapytała Matka Tabneusie i Pfeifer skąd znacie parę bliźniaków i jak się poznaliście? -Maurik jest naszym technologiem i sprawnie posługuje się dronami oraz sondami, a Maurice wesprze was swoją magią. Będziecie ze sobą współpracować podczas tej misji. Pfeifer dowodzisz misją – dodała Wielebna – Pytania? – zapytała kobieta i zaczekała na reakcję swych agentów.
  10. Magia Przyszłości Buntownicy Przedstawia misje pod tytułem „Poszukiwany Archiwista I Najlepsza na Zimno” 1 Czerwca 2082 roku Godzina 7:05 Sala zgromadzenia, Siedziba Buntowników Stare Kanały poziom III - W Wolnym Jorku zawitał, kolejny pracujący dzień. Po ostatnich zawirowaniach pogodowych dzisiejszy poranek zapowiada się wyjątkowo słonecznie. Utrzymujące się dwanaście stopni Celsjusza wzrośnie do dwudziestu czterech, a prawdopodobieństwo opadu wynosiło dziesięć procent. Tymczasem zostawiam was z starą, może i zapomnianą, ale wciąż dobrą Taylor Swift – powiedział komentator prowadzący lokalną rozgłośnię radiową zwaną „Punktem Zero” Mieszkańców czekały dzisiaj coroczne obchody międzynarodowego i między rasowego dnia dziecka. W tym szczególnym dniu żaden najmniejsza istotka nie mogła zostać pominięta. Świętowanie będzie huczne, a zacznie się od miejskiej parady w Górnym Mieście od godziny dwunastej. Większość pracujących osób otrzymała dzień wolny, ale część z nich musiała zostać na swych stanowiskach. Godzina 7:00 wzywała szaraków, którzy musieli się zmagać z nudną codziennością. Nie wszyscy jednak mają bezpieczną pracę. Istnieją zajęcia przeznaczone dla nielicznych ludzi i nieludzi nie obawiających się ryzyka i balansowania na granicy życia i śmierci. Bycie buntownikiem nie było jednak pracą. To był styl życia prowadzący do wolności, jednak wymagana była ciągła walka o przetrwanie. Każdy kto chciał obalić Zakon musiał wykazać się determinacją i wyjątkowym sprytem. Nie było tutaj żadnych wyjątków. Ukryci głęboko w podziemiu w nieczynnych starych kanałach buntownicy prowadzeni przez rodzeństwo Ismenę i Iserola, każdego dnia stawiają opór religijnej organizacji wyznającego Najwyższego Pana. Sama siedziba dzieliła się na kilka sektorów. Laboratoria, zbrojownia, małe sale treningowe oraz kwatery sypialniane było wszystkim co mogliby użyć poplecznicy bliźniaków. Skradzione lub zdobyte na drodze uczciwości mini generatory zapewniały dostawę prądu do kryjówki. Magowie i ich sojusznicy z małych radyjek dowiadywali się o nowych informacjach. W dużej, przestronnej sali zgromadzeń podtrzymywanej przez cztery, grube kolumny znajdował się główny holoprojektor, który wyświetlał różne dane o ruchach Zakonu i ich sprzymierzeńcach. To właśnie tu, w tym miejscu od niedawna byli przyjmowani na obrady członkowie grupy Buntowników. Aby dotrzeć do tego pomieszczenia trzeba było pokonać kanałowy korytarz prowadzący od głównej sali pełniącej rolę holu. Młody mag technokrata Edward Eisenhower w towarzystwie atrakcyjnej kobiety kota znanej jako Nina Nikolajewa, będącej Arlekinką przybył do sali zgromadzeń buntowników gdzie przy głównym holoprojektorze czekała na nich średniego wzrostu, szczupła kobieta o długich białych włosach upiętych w kok. Na ramiona czarodziejki opadały dwa, pasemka. Zimne, bladoniebieskie oczy wpatrywały się w automatyczne drzwi i stojącą przed nimi dwójkę buntowników. Głównym atutem Ismeny nie były zapewne jej niewielkie piersi, ale duże, pełne usta i średniego rozmiaru nos oraz delikatna opalenizna Przywódczyni buntowników była odziana w bogato ozdobioną czarno-złotą szatę z długim rękawem. Strój przypominał bardziej kimono niż typową szatę. Ismena była uważana za zimną sukę, u której wyższe uczucia takie jak dobroć czy miłosierdzie nic nie znaczyły. Dla niej liczył się sukces i zemsta, a do tego celu potrafiła iść po trupach. Nikt, ale to nikt jeszcze nie nikt nie odważył się sprzeciwić w wykonaniu polecenia. Nino,Edwardzie jak oceniacie Ismenę? Jest dobrą przywódczynią mimo swojego chłodnego podejścia? -W końcu jesteście – przywitała się chłodno Ismena. To oczywiście było w jej stylu, krótkie, chłodne przywitanie – Mam dla was dwie sprawy, które należy delikatnie rozwiązać. Pewien wysoko postawiony templariusz będący dodatkowo archiwistą wieży zakonnej w Górnym Mieście udał się na przepustkę i rzekomo zaginął. Z tego co mi wiadomo, to posługuje się imieniem Neon Cox i ma dostęp do wieży i archiwum templariuszy, które mnie interesuje, więc nie ukrywam, że zależy mi na jego odnalezieniu. Istnieją pewne tropy, które powinniście zbadać by jak najszybciej odszukać Coxa. Nocny rozrywkowy klub „Rozpusta” znajdujący się w Dolnym Mieście często gości templariuszy na przepustkach, którzy przyszli się zabawić. Zasięgnijcie tam informacji. Może ktoś coś tam wie na temat pobytu naszego rycerza. Kolejne miejsce to mieszkanie luksusowej damy do towarzystwa Luandry w Górnym Mieście. Dokładny adres prześlę wam na omni-klucz - rzekła czarodziejka - Czarny rynek „Agross” w Dolnym Mieście jest ostatnim miejscem, które przychodzi mi do głowy. Osobnik o imieniu Saito rezyduje w okręgu rozrywkowym „Chima”. Saito zajmuje się ciemnymi sprawkami. Określiłabym go mianem podrzędnego gangstera. Jeżeli jakieś inne miejsce wpadnie wam do głowy to możecie się tam udać. Nie mam nic przeciwko tylko pamiętajcie o jednym. Jeżeli ktoś was złapie to nie znamy się ani nie widzieliśmy się i nie łączą nas żadne interesy – mruknęła z nutką groźby kobieta, po czym jeszcze wtrąciła – Dzisiejszej nocy straciliśmy jednego z naszych kompanów, a mianowicie młodego maga Rassila. Chłopak oberwał kulką, która zabrała mu życie jak i magię. Nasi technicy badają odpady, ale nie mamy pojęcia co to może być. Waszym zadaniem będzie odnalezienie handlarza zakonu i wymierzenie mu naszej zemsty. Sugeruję abyś rozpoczęli wycieczkę od odwiedzin burdelu Ylony w Czerwonej Dzielnicy w Kazmatach. Tak się składa, że nasze przejście doprowadzi was w najbliższe okolice tego budynku. Zapytajcie czy nie gościli tam jacyś podejrzani osobnicy z tajemniczym asortymentem przeznaczonym do handlu. Możecie nawet kogoś zabić czy solidnie postraszyć – powiedziała liderka grupy i zastanowiła się nad kolejną kwestią – Po wizycie w przybytku przejdziecie się do „Schroniska”, to rodzaj klubu prowadzonego przez elfkę Aryę. Uważa się za królową Kazamat i ma o sobie wysokie mniemanie, ale sucz ma też głowę do interesów. Prawdopodobnie będzie wiedziała, co mogło zabić Rassila. Być może ktoś tam się kręcił podejrzany. Ostatnie miejsce to „Chima” i spotkanie z Saito – tymi słowami Ismena zakończyła przekaz informacji, a następnie uruchomiła swój omni-klucz i wpisała pewną komendę. Do sali weszła niezbyt wysoka, o delikatnej, atletycznej budowie ciała, prawie że ludzka kobieta o nie za długich białych włosach. Złote, świecące oczy wskazywały, że ta osoba na pewno nie jest człowiekiem, chociaż to mogły być jak najbardziej wszczepy nadający niesamowity i nienaturalny kolor tęczówkom. Strój tej istoty składał się głównie z metalowej powłoki przypominającą bardziej wygląd jakiegoś humanoidalnego, protokolarnego droida. Przy miejscu ,gdzie powinien widnieć pas znajdowały się dwie kabury z ciężkim pistoletem „Orłem” i pistoletem maszynowym „Shuriken”. - Naszą broń przeciw templariuszom na pewno kojarzycie. Mathilda będzie specjalistką od programowania, hakowania, deszyfracji i zwiadu oraz walki. Użyjcie jej skutecznie przeciw naszym wrogom - rzekła Ismena, która znów skorzystała z Omni-klucza i podała pewne dane. Na osobistym komunikatorach Edwarda i Niny pojawił się adres Luandry. Ul. Nadziei 13 Blok 9/m 64 Górne Miasto, Wolny Jork
  11. Magia Przyszłości Łowcy Samanthy Przedstawia misję pod tytułem „Sługi Wizjonera” 1 Czerwca 2082 roku Godzina 7:05 Sala Trofeów, Siedziba Strzelb Dolne Miasto,Wolny Jork - W Wolnym Jorku zawitał, kolejny pracujący dzień. Po ostatnich zawirowaniach pogodowych dzisiejszy poranek zapowiada się wyjątkowo słonecznie. Utrzymujące się dwanaście stopni Celsjusza wzrośnie do dwudziestu czterech, a prawdopodobieństwo opadu wynosiło dziesięć procent. Tymczasem zostawiam was z starą, może i zapomnianą, ale wciąż dobrą Taylor Swift – powiedział komentator prowadzący lokalną rozgłośnię radiową zwaną „Punktem Zero” Mieszkańców czekały dzisiaj coroczne obchody międzynarodowego i między rasowego dnia dziecka. W tym szczególnym dniu żaden najmniejsza istotka nie mogła zostać pominięta. Świętowanie będzie huczne, a zacznie się od miejskiej parady w Górnym Mieście od godziny dwunastej. Większość pracujących osób otrzymała dzień wolny, ale część z nich musiała zostać na swych stanowiskach. Godzina 7:00 wzywała szaraków, którzy musieli się zmagać z nudną codziennością. . Nie wszyscy jednak mają bezpieczną pracę. Istnieją zajęcia przeznaczone dla nielicznych ludzi i nieludzi, którzy nie obawiają się ryzyka i balansowania na granicy życia i śmierci. Profesja łowcy nagród zdawała się być najlepiej płatnym zajęciem w tym mieście. Podróże, zmagania i spotkania z niebezpiecznymi potworami i zbiegami, właśnie to czekało na ambitnych karierowiczów. Niestety śmierć zbierała swoje żniwa, a na miejsce doświadczonego łowcy czy tropiciela zgłaszało się pięciu nowych, zapalonych młodziaków, którzy próbowali spełnić swe największe marzenie. Organizacja Strzelb Samanthy zapewniała stabilną pracę i godziwe zarobki. Każdy kto znał Samanthę Jones nie narzekał na jej wypłaty i traktowanie. Nowy dzień zawsze przynosi z sobą kolejne zlecenia. Grupa łowców posiadała siedzibę położoną w Dolnym mieście. W tej dzielnicy niebezpieczeństwo czaiło się na każdym kroku. Zasada dolnego miasta brzmiała „Posiadasz broń, zachowujesz swe życie” To właśnie tutaj można było nabawić się problemów. Nawet Okręgi Rozrywkowe nie gwarantowały spokojnego i relaksującego pobytu. Trzy piętrowy, biały budynek z złotymi i czerwonymi zdobieniami przy oknach, drzwiach i balkonach wyróżniał się na tle innych budowli. Na poziom bezpieczeństwa nikt z uzbrojonych po zęby najemników Samanthy nie narzekał. Każde wejście było rejestrowane przez specjalny system założony przez najlepszych techników. Wyjątkowo skuteczny i nieco cyniczny i burkliwy elfi łowca Teirendil Vladov w towarzystwie niskiej, szczupłej, bardzo uroczej i pewnej siebie lisiej arlekinki Astaroth Valentine Laura "Aster Maplefall i wyjątkowo groźnego i wzbudzającego nagłe zainteresowanie, gdziekolwiek by się nie pojawił inkuba Farenovana wkroczył do sali trofeów. Przyzwanie tego osobnika na świat materialny budziło kontrowersje, ale Samantha związała go ze swoją krwią i cóż, myślała, że ma nad nim kontrolę. Okazało się, że miedzy nią, a piekielnym gościem z otchłani powstała więź, która uniemożliwiała zerwanie jej tradycyjnymi metodami. Tylko dwa razy Fare poczuł się wolny. To było związane z śmiercią liderki, ale władczyni Fare wciąż miała się dobrze, a wręcz doskonale. Sala trofeów znajdowała się na dolnym poziomie budynku, można by rzec, że w piwnicy. Oprócz tej sali trofeów w tym miejscu znajdowało się jeszcze archiwum i przejście do prywatnego lądowiska oraz składowisko droidów i dronów. Oczywiście nikt nie zapominał o tajnym schowku i trzech salach treningowych. Białe, nieskazitelne ściany sali z drobnymi płytkowymi elementami zostały ozdobione przez wypchane głowy monstr, które groźnie łypały na wchodzące osoby. Ogry, małe smoczęta, krwawe gobliny, hobgobliny, koboldy, bazyliszki. To tylko nieliczni goście, którzy wisieli na tej ścianie sław, a właściwie to były ich odpowiednio zabezpieczone głowy. Czarne, kafelkowe podłoże odbijało blade światło ciemnoniebieskich lamp w kształcie plam umieszczonych na suficie. Oprócz głównego holoprojektora w sali trofeów znalazło się jeszcze cztery mniejsze, które wyświetlały zazwyczaj poboczne zlecenia o różnym stopniu przypuszczanego zagrożenia. Przy wspomnianym głównym holoprojektorze krzątały się dwie kobiety. Jedna z nich okazałą się niezbyt wysoka, ale za to szczupła elfka o białych, krótkich, nastroszonych włosach, czarnych grubych brwiach, oliwkowych oczach i niewielkich piersiach ukrytych za nieco pobrudzonym jasnobrązowym podkoszulkiem. Na szyi ostrouchej znajdował się kolorowy tatuaż przestawiający różnorakie kwiaty. Nie wiadomo, na jakiej części ciała kończył się ten artystyczny twór. Dolną częścią garderoby stanowiły ciemnoniebieskie spodnie i zwykłe trampki. Na prawym ostro zakończonym uchu elfickiej kobiety znajdował się przypięty, czarno-szary komunikator głosowy kończący się na podbródku. Severra, bo tak miała na imię elfia technolog interesowała się Wixenami i starożytnymi kulturami z innych wymiarów, a także odpowiadała za część wynalazków i naprawę broni czy pancerzy noszonych przez innych członków Strzelb. Do Severry zgłaszał się każdy kto potrzebował jej pomocy. Łowcy,kiedy mieliście kontakt z Severrą oraz co o niej sądzicie? - Cześć Łowcy! – przywitała się wesołym tonem Severra. Krótko i zwięźle, bo nie miała nic do dodania. Elfkę już dawno przestał dziwić widok prawie nagiego inkuba. W końcu demon był tajną bronią Samanthy i cóż zabił wiele wrogów panny Jones, także nikt nie mógł się do niego przyczepić. Sam Fare często czuł na sobie zaciekawione spojrzenie elfki. Niedaleko elfki stał syntetyk o humanoidalnym kobiecym wyglądzie. Istota była wysokiego wzrostu i miała szczupłe, ponętne ciało. Niewielkie, piersi o sterczących sutkach zostały zakryte przez czarno-srebrną błyszczącą kamizelkę odsłaniającą ramiona. Dolną częścią stroju tej maszyny stanowiły ciemnobrązowa, spódniczka i obcisłe legginsy oraz buty na wysokim obcasie. Syntetyczna kobieta miała białe, krótkie włosy, czarne oczy zakryte jasnoniebieskimi okularami, a jej “skóra” miała srebrzysty, metalowy odcień. Tą istotą była właśnie Ezra, najlepsza doradczyni Samanthy. To właśnie ona kierowała wszystkimi zabezpieczeniami cybernetycznymi i wyszukiwała zlecenia oraz pomagała łowcom w trakcie wykonywania misji. -Witaj Teirendil, Astaroth i Farenovan– przywitała się Ezra. Jej głos może i brzmiał dość kobieco, ale zebrani czuli jak jest wciąż nienaturalny i sztuczny. Jak myślisz Teirendilu Ezra jest przydatnym członkiem załogi? Aster uważasz, że mogłabyś poradzić się Ezry w sprawie mody? Farenovanie, czy gdybyś tylko mógł to byś spróbował skosztować Ezry? -Dziękuję Severro – podziękowała uprzejmie wysoka i szczupła podchodząca pod trzydziestkę kobieta o białych jak mleko, krótkich włosach z fragmentem żółtych pasemek opadających na czoło. Duże niebieskie oczy zawsze były skierowane na aktualnego rozmówcę, który otrzymał zaszczyt spotkania z właścicielką sporawych piersi, wzbudzających zainteresowanie mężczyzn i zazdrosnych kobiet, ale te atuty nie były tym czym chwaliła się Samantha Jones, najbardziej przedsiębiorcza i odważna kobieta w tym wieku. Jasna skóra wyglądała na należycie pielęgnowaną. Żadnych blizn ani niedoskonałości. Pomalowane ciemnoczerwoną szminką usta nie wymagały poprawek chirurga, a czarne, cienkie kreski, które stanowiły brwi czasami unosiły się, gdy Jones była czymś zaskoczona. Dzisiejszego poranka kobieta miała na sobie ciemnoniebieską z żółtą podpinką i futrzastym jasnobrązowym kołnierzem kurtkę z podwijanym rękawem . Na ramionach widniały wzmacniające ten twór metalowe płytki. Pod tym ubiorem krył się szary, odsłaniający top z krótkim rękawem. Dolną częścią garderoby Jones stanowiły seledynowo-szare spodnie , ozdobiony kilkoma światełkami pas , kabury na broń oraz buty z wysoką cholewką, które były w tym samym kolorze co spodnie. Wszystko wskazywało na to, że szefowa Strzelb jest chodzącą doskonałością, ale jednak coś tu było nie tak. Jedna z jej dłoni była zastąpiona przez syntetyczną, czarno-szarą protezę. Samantha Jones dość długo i bacznie obserwowała poczynania swoich towarzyszek. Samancie dotrzymywała towarzystwa młoda, niskiego wzrostu, szczupła, Azjatka o śniadej karnacji, skośnych , ciemnoniebieskich oczach i czarnych krótkich włosach, ozdobionych niebieskim pasemkiem. Dziewczę ubrane było w lekki ,czarny, mocno przylegający do ciała uniform bojowy , szare rękawiczki i czarno-żółte buty. Przy pasie znajdował się pistolet maszynowy Szarańcza oraz skórzana pochwa ze świetnie wykonaną, ozdobioną azjatyckimi znakami kataną Kira Tai, magini technokratka, która należała do Strzelb właśnie została przydzielona do ekipy. Teirendil i Astaroth jakoś nie mogli być zaskoczeni pojawieniem się dziewczyny. W końcu raptem wczoraj widzieli się w kantynie. Samantha Jones wskazała im wszystkim na jedną z skórzanych, czarnych kanap, która wyrosła z spod ziemi, gdy szefowa uruchomiła swój omni-klucz by uaktywnić siedzisko. Sofa mogła spokojnie pomieścić sześć czy siedem osób. Gestem dłoni kobieta zachęciła swych łowców by usiedli. Severra uruchomiła główny holoprojektor i odsunęła się. Ekran komputera ukazał niewielki, złoty posążek przedstawiający kobietę, która w jednej dłoni trzymała sierp, a w długiej tarczę z wizerunkiem słońca. - Ten posążek przedstawia Alastrę, Kaleeańską boginię Słońca i Księżyca. Owy przedmiot został skradziony przez grupę rabusiów pobliskiego domu aukcyjnego znajdującego się w Górnym Mieście – powiedziała liderka Ekran zmienił obraz i zaczął pokaz slajdów. Najpierw ukazał się ludzki młody mężczyzna, następnie naszpikowany czipami i wszczepami elf później ukazał się złowrogi i na pewno nie ponętny sukub Tuż po tej demonetce objawił się cyborg,który kiedyś był człowiekiem z krwi i kości. Do tejże grupy dołączyła Trollica i łysy krasnolud Całą tę zgraję zamykał wychudzony, wytatuowany ludzki mężczyzna o dość dziwnym spojrzeniu - Ozzie Pinkock , Ralikanthae, Xydia ,Rainer, Katanja, Furg, Noaleth to nasi poszukiwani zbiedzy – powiedziała Samantha – Najgorsze szuje żyjące w Wolnym Jorku. Nie są zbytnio zgrani ani społeczni, ale ktoś musiał nimi kierować. Kradzież przeprowadzili szybko, precyzyjnie i bezboleśnie jakby ktoś nimi kierował. Posążkiem interesuje się Lord Pająk, miejscowy kolekcjoner takich zdobyczy. Oferuje 25 000 kredytów za rozwiązanie sprawy i odzyskanie posążku. Naszych sprawców śledzi Finnick i otrzymałam wiadomość, że zaszyli się w Kazamatach. Spodziewałam się tego miejsca. Jak sami dobrze wiecie do Kazamatów można się dostać na różne sposoby. Lokalny przewóz aero Taxi, nielegalny przewóz prowadzony przez Saito , winda Ariosa bądź ALFY lub Zakonu , skok przez Wymiar Cieni. To są możliwe drogi dostania się tam. W każdym bądź razie nasza sprawa jest powiązana z niedawnym odkryciem Kaleeańskich ruin. Archeolodzy zajmujący się z znaleziskami zaczęli dziwnie się zachowywać. Jeden z nich popełnił samobójstwo, wcześniej powiadamiając kompanów o Wizjonerze , którym mu to nakazał zrobić. Nie wiem czy chcę wierzyć w te opowieści, ale grupa następnego dnia ogłuchła, oślepła i wymiotowała krwią. Później doszło do incydentu w domu aukcyjnym – dodała Jones i zaczekała aż Teirendil, Astaroth, Farenovan i Kira przyjmą do wiadomości dane dotyczące zlecenia. Do rozmowy wtrąciła się Severra - Dzisiaj po północy skontaktował się ze mną Arios twierdząc, że ma w swoim przybytku specjalistę od Wizjonerów, a nim jest Solenius, zapomniany, elficki bóg światła. Nie wiem czy mamy mu wierzyć na słowo, ale moglibyście podjąć ten trop. Odwiedźcie „Rozpustę”, nocny klub Ariosa i zobaczcie czego ten gangster chce w zamian za wypożyczenie Soleniusa. Musicie zdawać sobie sprawę, że wasze omni-klucze zostaną rozbrojone, a broń trafi do schowka. Na klub nałożono też strefę martwej magii także zapomnijcie o czarach. Ezra, także postanowiła wtrącić swoje trzy kredyty - Wymiar Cienia jest powiązany z kamieniami cieni, które pozwalają na otwieranie portali znajdujących się w różnych częściach miasta. Moje programowanie podpowiada mi abyście nabyli dany kamień by mieć ewentualną drogę do Kazamatów. Stopień ryzyka wynosi 150 %. Moje oprogramowanie podpowiada mi, że w Sferze Cieni jest duże niebezpieczeństwo. Samantha odkaszlnęła i zabrała ponownie głos. Liderka skierowała swoje spojrzenie na Farenovana i Kirę. - Ktoś musi cię pilnować, a jak dobrze wiemy to magowie zazwyczaj się sprawdzają. Kiro, będziesz strażniczką Fare, będziesz jego tymczasową panią, a zatem przejdźmy do przyjemniejszej części – Jones wyjęła z kieszeni kamień runiczny. Płaski, z namalowanym czerwonym pentagramem i rozpoczęła słowną inkantację zaklęcia wiążącego-przekazującego. Wystarczyło tylko zawrzeć całą moc w kamieniu i wypowiedzieć formułkę. Wokół demona i Azjatki pojawiły się runiczne, jasnoczerwone, litery, które zaczęły krążyć, aż do czasu nastąpienia błysku. Farenovan poczuł obecność nowej, tymczasowej właścicielki, a sama Kira nie miała najlepszej miny. Dziewczyna wyglądała na zaniepokojoną. -Mam nadzieję, że mnie nie zjesz – mruknęła cicho -Sprawy techniczne mamy już za sobą. Jakieś pozostałe pytania? – zapytała Samantha
  12. Magia Przyszłości SALERIA Przedstawia misję pod tytułem "Naczynie Dusz" 1 Czerwca 2082 roku Godzina 7:00 Sala Narad Siedziba SALERII Dolne Miasto, Wolny Jork - W Wolnym Jorku zawitał, kolejny pracujący dzień. Po ostatnich zawirowaniach pogodowych dzisiejszy poranek zapowiada się wyjątkowo słonecznie. Utrzymujące się dwanaście stopni Celsjusza wzrośnie do dwudziestu czterech, a prawdopodobieństwo opadu wynosiło dziesięć procent. Tymczasem zostawiam was z starą, może i zapomnianą, ale wciąż dobrą Taylor Swift – powiedział komentator prowadzący lokalną rozgłośnię radiową zwaną „Punktem Zero” Mieszkańców czekały dzisiaj coroczne obchody międzynarodowego i między rasowego dnia dziecka. W tym szczególnym dniu żaden najmniejsza istotka nie mogła zostać pominięta. Świętowanie będzie huczne, a zacznie się od miejskiej parady w Górnym Mieście od godziny dwunastej. Większość pracujących osób otrzymała dzień wolny, ale część z nich musiała zostać na swych stanowiskach. Godzina 7:00 wzywała szaraków, którzy musieli się zmagać z nudną codziennością. Nie wszyscy jednak mają bezpieczną pracę. Istnieją zajęcia przeznaczone dla nielicznych ludzi i nieludzi nie obawiających się ryzyka i balansowania na granicy życia i śmierci. Bycie agentem lub agentką Matki Przełożonej, kobiety dowodzącej SALERIĄ przynosiło kilka osobistych korzyści. Niestety bracia czuli się gorzej traktowani niż siostry. Mężczyźni w tej grupie tracili swe przyrodzenie jak i rodowe klejnoty. Symbole męskości były kolekcjonowane przez sadystyczną i jakże tajemniczą Matkę. Podopieczni SALERII wykonywali zlecenia, które w opinii publicznej można byłoby uznać za nieetyczne i złe oraz okropne, ale czego to się nie robiło by zarobić kilkaset kredytów. Jak Matka powiedziała „Skacz” jej agenci odpowiadali „Jak wysoko Matko?” Nie było innej możliwej odpowiedzi. Tej personie nigdy się nie odmawiało, a ona sama uwielbiała podejmować ryzyko, zwłaszcza jak zapraszała gości z innych sfer. W samej organizacji nie istniał problem rasizmu, tylko bezwzględna kontrola. Kontrola wszystkiego i wszystkich. Siedziba SALERII mieściła się w nieczynnym czteropiętrowym budynku, który niegdyś należał do obrońców środowiska. Z wynikających problemów finansowych grupa musiała opuścić zajmowane miejsce, a Matka odnowiła je i przekształciła w biuro prawników i ekonomistów, którzy zajmowali tylko pierwsze piętro, reszta pełniła zaś inną rolę. Dolne Miasto nigdy nie było bezpieczne i zdarzyły się organizowane zamachy na „Wielebną” ale zawsze były skutecznie powstrzymywane i zażegnane. Bracia i siostry czuli się w swej twierdzy bezpieczni, zwłaszcza jak ta prowokatorka umieściła symbole piekła i nieba na dachu budynku. To oczywiście wywołało kontrowersje i niepokój Zakonu. Sala narad mieściła się w piwnicach budynku. Dostęp mieli do niej agenci i agentki, którym została przydzielona misja. Nie występowały konflikty, miedzy osobami chcącymi wynająć pomieszczenie na czas obrad. Ras'al siedział na krześle o skórzanych obiciu przy okrągłym , metalowym, szarym stole z złotymi ozdobieniami na krańcach meblu. Na środku został ustawiony niewielki, płaski holoprojektor, który aktualnie ukazywał coś w rodzaju wyrobu ceramicznego przypominającą wazę. -Ras'al, skup się w końcu! - rzuciła gniewnym tonem niebieskooka, średniego wzrostu, szczupła kobieta o wygolonym boku , długich, jasnych, włosów sięgających aż do ramion zabójczyni. Bryce należała do doświadczonych, członkini organizacji, która znała się na szybkim i bezproblemowym eliminowaniu celów wyznaczonych przez Matkę Przełożoną. Odziana w szary, lekki uniform bojowy i wyposażona w "PM Shuriken" i pistolet automatyczny "Grom" aktualnie tłumaczyła Ras'alowi i bladolicej, ciemnowłosej, smukłej i niezbyt wysokiej elfiej arlekince Carli szczegóły nowego przedziału. Wielebna zażyczyła sobie sprowadzenie mistycznego, azjatyckiego artefaktu zwanym "Naczyniem Duszy" Podobno ten prastary artefakt był w stanie uwięzić i przechować dusze poległych ofiar, które były wchłonięte przez złowrogie ostrze zwane "Pocałunkiem Shenga" Zaklęcie lokalizacji zatrzymało się tuż przed strefą chińskiej dzielnicy "Chinatown", znajdującej się między Dolnym Miastem, a Górnym Miastem. To właśnie w tym miejscu wpływy innych organizacji traciły na znaczeniu i musiały zderzyć się z potęgą, czterech założycielskich rodzin. Chang, Yunxu, Xinyou i Liwei -Nasze poszukiwania zaczniemy od wizyty w Złotym Smoku. Do dzielnicy musimy dostać się incognito i dobrze, by było gdybyśmy ten status utrzymali - powiedziała Bryce - Złoty Smok to miejscowy przybytek taniej rozrywki i uciech. Tam, będą na nas oczekiwać Sarana i Sarono, elfy wywodzące się z Dalekiego Wschodu. Mieli za zadanie wytropić artefakt i go zlokalizować. Gdy się z nimi spotkamy, to śmiało mogę założyć, że nasza misja nabierze rumieńców. Naszym drugorzędnym celem jest zdobycie "Pocałunku Shenga" - dodała zabójczyni. Jej ton głosu brzmiał chłodno i nieco wyniośle, ale nieodstępna Bryce była twardą sztuką, która nie obawiała się cierpienia. Z kolei zaś ubrana w jasnozielony, obcisły kombinezon z niewielkim dekoltem Carla w swym nietypowym milczeniu i upiornym makijażu była raczej wolnym słuchaczem. W walce używała katany o gładkim ostrzu i dobrze wykonanej rękojeści ozdobionej owiniętej skórzanym paskiem. Elfka preferowała walkę wręcz i dodatkowo szkoliła się w sztukach walki i rzucaniu nożami. Ras'alu, co sądzisz o przydzielonych ci towarzyszkach? Mieliście już jakieś wspólne misje?
  13. Magia Przyszłości Buntownicy Przedstawia misję pod tytułem "MORPH" 1 Czerwca 2082 roku Godzina 9:30 Schronisko Aryi Kazamaty Młoda dziewczyna, która stała na blacie jasnobrązowego baru właśnie rozgrzewała się wraz z kolejną partią, rozgrywaną na nietypowych skrzypcach ,z zdolnościami regulacji dźwięku. Obok niej znalazła się skąpo ubrana tancerka, którą kręciła się i wiła lassem Rachel czy podoba ci się taka muzyka i pokaz tańca? Lin, co sądzisz o tego typu rozrywce? Gdzie przy kolejnym stoliku , młody, wymalowany Arlekin odziany w bordową marynarkę, czarne spodnie i cylinder pokazywał sztuczkę z wybuchowymi kartami do gry, a niewysoka, szczupła w upiornym makijażu z brązowymi dredami żonglowała ostrzami. Obecni goście wiwatowali i klaskali na ich cześć. Arlekini zajmują się na co dzień ulicznym artyzmem. Co ciekawego o nich usłyszałaś Rachel? Podzielisz się swymi opiniami na ich temat? Lin, jak oceniasz arlekinów? Czy swym artyzmem i charyzmatycznością potrafią przyciągać ludzi? Schronisko prowadzone przez Aryę, przypominało od zewnątrz zaniedbaną, upiorną, wysoką, czteropiętrową wieżę. To właśnie do tego miejsca lgnęli mieszkańcy Kazamat, by przy muzyce, trunku i hazardzie zapomnieć o trudności codziennego życia. To właśnie tutaj, spotykali się najemnicy, templariusze czy naukowcy Omegi z miejscowego ośrodka badawczego. Przy jednym ze stolików siedziała trójka buntowników. Rachel Vaile, młoda agentka, Lin Meifeng, żywiołaczka ognia będąca mniszką, która kroczy własną i tajemniczą ścieżką Que-Tang-Chi oraz Rhamonna, czarnowłosa, elfia magini technokratka ubrana w skórzaną kurtkę i szare spodnie. Biegle posługiwała sie kosturem, a jeszcze szybciej opanowała omni-klucz, drony, sondy i nanoboty, które wykorzystuje w celach bojowych oraz wywiadowczych. Rozkazy Ismeny i Iselora były jasne. W Schronisku miał być obecny agent templariuszy, szukający informacji o uciekającym stworzeniu zwanym MORPH, genetycznie, zmodyfikowanej istocie, która mogła zmieniać kształt i przybrać formę dowolnego żywego organizmu. Buntownicy otrzymali informację o tym, że Zakon chce znaleźć stworzenie i wykorzystać jego zdolności do produkcji nowych droidów HK, które będą mogły zmienić swą powłokę na przeciwstawny żywioł jakim operuje mag i wykorzystać go przeciwko walce z buntownikami. - Nasz cel przybędzie tu za pół godziny i uda się na spotkanie z Aryą, która ma informacje na temat naszego uciekiniera. Musimy dobrze zaplanować, jak to rozegramy. Jakieś propozycje? - zapytała Rhamonna. To ona opiekowała się nowymi i oceniała ich umiejętności. Elfka słynęła z swojego ciętego języka i pomysłów. Zazwyczaj nikt nie chciał podczas pierwszej misji podpaść magini. Podobno była mniejszą wersją Ismeny, ale znacznie bardziej przyjaźniejszą niż liderka grupy. ///Notka od MG/// Witam moich graczy w wątku Buntowników. Pytania oznaczone na pomarańczowo(podchodzące pod ten kolor) to graczoquesty, pytania/zadania dla graczy, na które trzeba (choć nikt nie jest zmuszony) odpowiadać, by dodać coś od siebie do świata i wzbogacać go opiniami postaci
  14. Magia Przyszłości Wędrowcy Cienia Przedstawia misję pod tytułem „Porwany Profesor” 1 Czerwca 2082 roku Godzina 7: 05 Sala Spotkań, Siedziba Wędrowców Cienia Górne Miasto, Wolny Jork - W Wolnym Jorku zawitał, kolejny pracujący dzień. Po ostatnich zawirowaniach pogodowych dzisiejszy poranek zapowiada się wyjątkowo słonecznie. Utrzymujące się dwanaście stopni Celsjusza wzrośnie do dwudziestu czterech, a prawdopodobieństwo opadu wynosiło dziesięć procent. Tymczasem zostawiam was z starą, może i zapomnianą, ale wciąż dobrą Taylor Swift – powiedział komentator prowadzący lokalną rozgłośnię radiową zwaną „Punktem Zero” Mieszkańców czekały dzisiaj coroczne obchody międzynarodowego i między rasowego dnia dziecka. W tym szczególnym dniu żaden najmniejsza istotka nie mogła zostać pominięta. Świętowanie będzie huczne, a zacznie się od miejskiej parady w Górnym Mieście od godziny dwunastej. Większość pracujących osób otrzymała dzień wolny, ale część z nich musiała zostać na swych stanowiskach. Godzina 7:00 wzywała szaraków, którzy musieli się zmagać z nudną codziennością. Nie wszyscy jednak mają bezpieczną pracę. Istnieją zajęcia przeznaczone dla nielicznych ludzi i nieludzi, którzy nie obawiali się ryzyka i balansowania na granicy życia i śmierci. Profesja agenta do zadań specjalnych grupy Wędrowców Cienia była podziwiana przez wielu szaraczków, którzy marzyli o zaznaniu niebezpiecznych misji, jednak trzeba było też zauważyć, że nie każdy do tego się nadawał. Rada Cienia ceniła umiejętności sprawnościowe jak i panowanie nad magiczną mocą. Każdy chętny musiał się liczyć z tym, że może nie dożyć do późnej starości. Jedno było jednak pewne, członkowie Wędrowców Cienia dobrze zarabiali na swym fachu i tylko dzięki nim równowaga na świecie była pod kontrolą. Ścisłą kontrolą. Siedziba grupy znajdowała się w Górnym Mieście, jedną z najlepiej strzeżonych dzielnic w Wolnym Jorku. Rzadko zdarzały się tu zabójstwa, a nawet jeśli takie ktoś popełnił to zazwyczaj ALFA wymierzała mu sprawiedliwość, innymi słowy nieuzasadniona i głupia przemoc nie była tu mile widziana. Wędrowcy Cienia posiadali na własność pięciopiętrową willę, należącą do lokalnego dobroczyńcy miasta, który jest także ukrytym członkiem rady. Prywatne SPA, ukryte sale treningowe , biblioteka, archiwa, zbrojownia czy laboratorium oraz prywatne lotnisko były eksploatowanymi zasobami organizacji. Każdy, młody agent dziwił się, że to wszystko mieści się w jednym budynku, a zwykli mieszkańcy o tym nic nie wiedzą. Nawet botaniczny ogród z wieloma egzotycznymi gatunkami roślin wzbudzał sensację i powszechne zainteresowanie grupy ekologów oraz druidów czyli czarodziei , którzy próbują opanować nieprzewidywalną moc natury i kochają przybywać wśród dzikich zwierząt. Członkowie Wędrowców zazwyczaj odpoczywali w ogrodzie i dochodzili do siebie w trakcie trwania rehabilitacji. Sama posiadłość była skuteczne zabezpieczona przed niechcianymi intruzami. Kamery, czujniki ruchu, sondy strażnicze czy bojowe syntetyki nastawione nawet na śledzenie uciekinierów i ich unieszkodliwienie. Utalentowany technolog Lisołak Namuz Chi Gahrtook w towarzystwie ludzkiego maga Eryo został wezwany do sali spotkań przez pana X, ich głównego mentora, opiekuna szkoleń i innych agentów. Tą dwójkę łączyła specyficzna więź spowodowana przez odłamki cienistej asteroidy była niewytłumaczalna. Każdy z nich dowiadywał się o drugiej osobie coraz więcej i pojmował jej zwyczaje. To było naprawdę dziwne i zarazem niepokojące. Mieszcząca się na piątym piętrze posiadłości sala spotkań była owalnym pomieszczeniem o nieskazitelnych białych ścianach i czarnej, kafelkowej podłodze. Automatyczne, pancerne drzwi otworzyło się gdy tylko czujniki ruchów wykryły wchodzące osoby. Namuza i Eryo pozdrowiła średniego wzrostu, szczupła, młoda kobieta o długich, jasnych włosach, jasnobrązowych oczach i niewielkim nosku Wyglądała dość uroczo i niewinnie. Pewnie właśnie przez swój wizerunek nie budziła skojarzeń z bycia niebezpieczną agentką. Chloe, tak miała na imię blondynka była naprawdę przemiłą i bezkonfliktową osobą. Słuchała uważnie i wtrącała się, gdy chciała coś dopowiedzieć. Jej ciemnoniebieski, lekki uniform bojowy uwypuklał kobiece krągłości dziewczyny i zasłaniał jedno ramię jak i całą dłoń, a drugą dłoń i ramię bezwstydnie odsłaniał. Do kompletu został dołączony pas z kaburami na pistolety maszynowe typu Shuriken i Szarańcza. Całość uzupełniały czarne buty z wysoką cholewką. Być może Chloe miała tam ukryty nóż wojskowy, ale o tym wiedziała tylko sama zainteresowana. Namuzie, Eryo jak dobrze znacie Chloe? Wiecie coś, szczególnego o niej? Przy północnej ścianie znajdowało się biurko pana X z holograficznym panelem komputerowym i dwoma małymi, okrągłymi komunikatorami Wędrowców Cienia przypominające pufy. Za biurkiem znajdował się wysoki, o normalnej budowie ciała czarnoskóry, łysy mężczyzna, który miał dość niezwykły wszczep oczu. Same białka oczne, brak tęczówek. Odziany w fioletowy garnitur i czarne pantofle mężczyzna zakończył połączenie z agentami. Jedna z jego dłoni zacisnęła się na złotej, głowicy, stalowej, czarnej laski. Mr X rozsiadł się na skórzanym fotelu. Agenci jak dobrze znacie Mr X? Jak on was zazwyczaj traktuje? -Witam moich agentów – zaczął spokojnym tonem Pan X. – Mam nadzieję, że rehabilitacja przyniosła dobry efekt. Z waszych akt wynika, że dobiegła końca, a doktor Theresa Atkins dała wam legalne pozwolenie na kontynuowanie kariery w naszej organizacji Po tych słowach mężczyzna przyjrzał się wszystkim obecnym w pomieszczeniu uważnie i uruchomił swój Omni-klucz, a następnie podał komendę. Do sali wkroczył złoty robot zwany „Kamerdynerem” z srebrną tacą zaopatrzoną w świeżo, zaparzoną kawę w pięciu eleganckich filiżankach i kruche ciasteczka. Pan X po prostu kochał stary styl bycia. Nie interesowała go zbytnia nowoczesność. Agenci usłyszeli kliknięcie i tuż niedaleko biura pana X wysunęła się z podłoża czarna, skórzana pięcioosobowa kanapa i mały, szklany stolik kawowy. -Spocznijcie – rzekł mentor - Agentkę Chloe Taryen znacie nieprawdaż? Będziecie ze sobą współpracować podczas nowej sprawy. Norman Esery jest znanym i lubianym profesorem, który zajmuje się cywilizacją Kaleean, wymarłej rasy podróżników przemierzających wymiary. Jak niektóre dowody donoszą Kaleeanie nas obserwowali od samego początku ludzkości i pozostawili po sobie ruiny, nieaktywne portale do obcych światów czy własne artefakty. Dopiero zderzenie światów odkryło przed nami, to co zostało na Ziemi. Tydzień temu w ręce Normana trafiła kula, którą badał przez kilka następnych dni. Prawdopodobnie ten przedmiot służył jako komunikator z innymi Kaleeanami, ale tego do końca nie wiemy. Dzisiaj w godzinach między czwartą, a szóstą rano doszło do włamania. Agenci Victoria i Rhaac’vaar zabezpieczyli mieszkanie i odkryli pięciu martwych, najemnych zbirów. Śladu profesora przy nich nie było. W trakcie walki, ktoś go przejął i rozpłynął się w powietrzu. Nasz specjalista od wymiaru cienia elf o imieniu Shizyaki twierdzi, że nieznany porywacz uciekł do wspomnianej cienistej sfery. Eryo jako mag będzie potrafił otworzyć portal, ale potrzebuje kamienia cienia i przewodnika. Możecie skontaktować się z Shizyakim albo wykorzystać energię z odłamków meteorytów by dostać się do wspomnianego miejsca. Chciałbym jeszcze abyście uważnie rozejrzeli się po mieszkaniu profesora. Eryo, jako, że jesteś najstarszym stażem będziesz trzymał pieczę nad misją. Słuchaj swoich towarzyszy i bacznie obserwuj najbliższe otoczenie. Liczę, że na ciebie i pamiętaj o przygotowaniu końcowego raportu – powiedział X i zaczekał na ewentualne pytania, a w między czasie podał współrzędne mieszkania. Na otrzymanej wiadomości poprzez omni-klucz Eryo ujrzał następujący adres Ul. Św. Jakuba 14 Blok 2/ m 84 Górne Miasto, Wolny Jork
  15. Magia Przyszłości ALFA Przedstawia misję pod tytułem "Pożeracz Mózgów" 1 Czerwca 2082 roku Godzina 7:00 Gabinet Aveline Siedziba ALFY Górne Miasto Wolny Jork - W Wolnym Jorku zawitał, kolejny pracujący dzień. Po ostatnich zawirowaniach pogodowych dzisiejszy poranek zapowiada się wyjątkowo słonecznie. Utrzymujące się dwanaście stopni Celsjusza wzrośnie do dwudziestu czterech, a prawdopodobieństwo opadu wynosiło dziesięć procent. Tymczasem zostawiam was z starą, może i zapomnianą, ale wciąż dobrą Taylor Swift – powiedział komentator prowadzący lokalną rozgłośnię radiową zwaną „Punktem Zero” Mieszkańców czekały dzisiaj coroczne obchody międzynarodowego i między rasowego dnia dziecka. W tym szczególnym dniu żaden najmniejsza istotka nie mogła zostać pominięta. Świętowanie będzie huczne, a zacznie się od miejskiej parady w Górnym Mieście od godziny dwunastej. Większość pracujących osób otrzymała dzień wolny, ale część z nich musiała zostać na swych stanowiskach. Godzina 7:00 wzywała szaraków, którzy musieli się zmagać z nudną codziennością. Nie wszyscy jednak mają bezpieczną pracę. Istnieją zajęcia przeznaczone dla nielicznych ludzi i nieludzi nie obawiających się ryzyka i balansowania na granicy życia i śmierci. Bycie członkiem organizacji zwalczającej bezprawie i inne jej odmiany nie jest łatwą i przyjemną rolą. Na każdym rogu czai się niebezpieczeństwo, które może kosztować nawet życie. Na szczęście ALFA przyjmuje odpowiednich, wyszkolonych i nie bojących się śmierci ludzi i czasami nieludzi. Organizacja ALFA posiadała siedzibę w Górnym Mieście i tutaj miała pełną kontrolę. Rządowy, trzy piętrowy budynek o szarych ścianach, małych okrągłych oknach był otoczony wzmocnionym murem, a przy bramie wejściowej znajdowała się technologiczna tabliczka wyświetlający trójwymiarowy, jasnoniebieski napis ”Bezpieczeństwo, prawo, porządek” Samo urządzenie wyzwalało również w coś rodzaju holograficznej sekretarki, która odpowiadała na pytania przechodniów i tłumaczyła im do czego jest przeznaczony obiekt. Za murem znajdował się ogród z różnymi krzewami i kwiatami. Ogród oddzielał mur od placu ćwiczeniowego i sali treningowej oraz zbrojowni dla klonów. Selim Gray wkroczył do gabinetu Aveline Vallen, swojej nowej przełożonej, o której chodziły dość dobre pogłoski. Nikt nie zarzucał jej korupcji, a wszystkich ludzi potrafiła trzymać twardą ręką. Służbowy pokój Vallen mieścił się na czwartym piętrze siedziby. Białe ściany, szara podłoga, holoprojektor, skórzana kanapa, biurko z dotykowym panelem komputerowym, okrągłe, okno widniejące za wspominanym meblem to wszystko stanowiło obraz tego miejsca. Za biurkiem w biało-czerwonym, średnim pancerzu taktycznym siedziała wysoka, nieco umięśniona, ognistowłosa kobieta o usłanej piegami twarzy, małym nosie i zielonych bystrych oczach. W jej sylwetce było widać prawdziwą posturę kobiety- żołnierza. Na kanapie dwa miejsca były już zajęte. Pierwsze zajmowała młoda, błętkinowłosa Serafia o jasnoniebieskich skrzydłach, szarych, bystrych oczach, małym nosku i ustach pomalowanych ciemną szminką. Odziana w jasnobrązową tunikę, która odsłaniało wytatuowane ramię anielicy. Dolną częścią jej garderoby stanowiły szare, obcisłe spodnie oraz złoty pas. Selim rozpoznał w tej dziewczynie Ambriel, młodą, utalentowaną czarodziejkę, która niedawno ukończyła kurs przygotowawczy w szeregach organizacji. Anielica była bardzo ambitna, ale również i nieco dziecinna. Czy Ambriel widzisz tu po raz pierwszy Selimie? Miałeś do czynienia z jej egzaminami? -Cześć Selim - powiedziała wesołym tonem i uśmiechnęła się do niego - Szykuje się niezła jazda - dodała z entuzjazmem. Gray widział jej podniecenie misją. Wysoki i ciut umięśniony ludzki mężczyzna o nastroszonych ciemnoczerwonych włosach i jasnych, fioletowych oczach siedzący niedaleko anielicy nie podzielał jej entuzjazmu. Ubrany w lekki uniform bojowy ALFY , poprawił swoje spodnie i przywitał się skinieniem głowy. Rodrigo Moore, technolog pracujący dla ALFY był specjalistą i znawcą od wszelkiej maści syntetyków i wynalazków. Podobnie jak Ambriel, Rodrigo niedawno dołączył do organizacji. Selimie czy zdażyłeś zamienić wcześniej kilka słow z Rodrigo? -Dzień dobry Selim - przywitała się pani kapitan - Zajmij miejsce przy Ambriel i Rodrigo, chcę abyśmy zaczekali na egzekutorkę Sarsę Moonrose, która przedstawi wam cel misji. Będzie ono dość nietypowe - rzekła Aveline -Jak bardzo nietypowe? - zapytał Rodrigo -Dotyczy prawdopodobnie istoty uważanej za nadnaturalną i niespotykaną w Wolnym Jorku - odpowiedziała kapitan Selimie, co nam powiesz o pani kapitan? Cenisz ją za coś?
  16. Magia Przyszłości Rodzina Chang Przedstawia misję pod tytułem: „Przyczajony tygrys, ukryty smok” 1 Czerwca 2082 roku Godzina 9:00 Taras Herbaciarni Chang Północno-Wschodnie Chinatown, Dolne Miasto, Wolne Miasto W wolnym Jorku rozpoczął się kolejny dzień. Po ostatnich zawirowaniach pogodowych, chłodny czerwcowy poranek zapowiadał się słonecznie i rozrywkowo. Rozgłośnie radiowe przypominały o zbliżającej się paradzie z okazji dnia dziecka. Mieszkańcy ogrodzonej i niezależnej dzielnicy zwanej Chinatown zorganizowali własne atrakcje, które miały zakończyć się pokazem fajerwerk. Chinatown było wyjątkowe nie ze względu na swoją niezależność, ale to właśnie, w tym miejscu nikt nie zwariował na punkcie obecnej technologii. Główne przepisy tej części miasta ograniczyły obecność pojazdów, holograficznych reklam i innych rzucających się kolorowych ofert. Tutaj liczyła się estetyka i staromodność, jednak każda z trzech głównych wejściowo-wyjściowych bram była wyposażona w skanery, kamery i odpowiednią dobraną straż w postaci czerwonych samurai reprezentujących szanowaną i honorową rodzinę Liwei. Osoby z zewnątrz były mile widziane i jeszcze chętniej sprawdzane, gdy jednak sprawiały problemy musiały się liczyć z konsekwencjami swego zachowania jak i możliwością zemsty z strony, którejś rodziny. Wpływowa, bogata, mistyczna i szanowana rodzina Chang władała północnowschodnią częścią Chinatown. Ich główna siedziba kryła się pod postacią uroczej herbaciarni, pełniącą rolę lecznicy i również zielarni. Malownicze otoczenie z parkiem rekreacyjnym i sztucznym jeziorem pozwalało zaznać naturalnego spokoju. Sama Lu Chang, nestorka rodu , zajmująca się zielarstwem twierdziła, że nie ma lepszego miejsca do wypoczynku niż wspomniany rodzinny park. Sama herbaciarnia była często odwiedzanym przybytkiem przez mieszkańców Chinatown, ale i zdarzyły się przypadki gości z Górnego i Dolnego Miasta. Podobno ktoś kiedyś dotarł nawet i z Kazamat. Rodzina Chang nie odmówiła tej osobie pomocy i przyjęła ją z otwartymi ramionami. Każdy wchodzący gość trafiał do dużej, przestrzennej i idealnie zagospodarowanej z zgodnie z zasadami feng shui sali, która była podzielona na parterze i pierwszym piętrze zajmowanego budynku, który łączył się z głównymi i olbrzymimi włościami należącymi do rodziny Chang. Przybywające osoby czujące źle sie w pomieszczeniach miały do dyspozycji taras. Znajdowały się w nim głównie kwiaty, drewniane stoły, duże, wygodne, fioletowe poduszki i zawieszone czerwone lampiony, które za pomocą magii rozsiewały swój urok i zachwycały spożywających herbatę odwiedzających lokal. W odosobnionej, a jednak osobliwej części tarasu odbywało się spotkanie młodszej matrony Chang i jej gości. Su Chang, elegancka, w miarę wysoka, szczupła starsza kobieta o twarz, na której gościły już zmarszczki i nienaganny delikatny makijaż. Siwe włosy upięte zostały w kok, a ciemnoniebieskie oczy kobiety podobno potrafiły wykryć przypisany do danej osoby żywioł duszy. Odziana w szarą z złotymi zdobieniami na ramionach suknię z bufiastymi rękawami i prostym wykończeniem Su nalewała właśnie gościom zaparzonej herbaty do ślicznych filiżanek Trzy miejsca obok siebie były zajęte. Pierwsze zajmował lokaj i zarówno egzekutor familii Dai Zanjiao, syntetyk stworzony 30 lat temu, ulubienic pani domu i ochroniarz oraz bliski przyjaciel najmłodszej z wnuczek Su, panienki Meimei. Urokliwa i słodka jak miód i owoce dziewczyna nie sprawiała problemów swej matce i jako jedyna w rodzinie nie posługiwała się magią. Sama matrona twierdziła, że siłą dziedziczki nie będzie moc, ale jej zdrowy rozsądek i talent do innych spraw. Czy według Ciebie Dai, Su Chang była dobrą panią domu? Dwudziestoczteroletnia urocza Azjatka wyróżniała sie swoją fryzurą, którą można było określić jako balejaż. Brąz, biel, fiolet i czerń były pamiątką po okresie młodzieńczego buntu. Duże, ciemnobrązowe oczy z błyskiem zaciekawienia zerkały na syntetyka i babcię. Dzisiejszego dnia Mei ubrana była w jasnoniebieską tunikę z różowymi kwiatkami i szare, podziurawione, obcisłe spodnie. Panienka Chang jako pasjonatka technologicznych nowinek, dronów, nanobotów, robotów nie przykładała uwagi do strojów grzecznych i ułożonych dziewcząt. Dai, co takiego robiła Meimei w czasach swojej nastoletniego okresu życia? Czemu to był bunt? Bliską sąsiadką Meimei okazała się średniego wzrostu, szczupła zmiennokształtna wykazująca się widocznymi cechami zwierzęcymi pandy małej. Lava Tarmell, bo tak miała na imię adoptowana sierota z Świątyni Czterech Żywiołów miała długie, ciemnobrązowe, lekko kręcone i falowane włosy, krótkie, rudo-białe futerko porastające ramiona i twarz. Sterczące, puchate, uszy wychwytywały usłyszane słowa i dźwięki. Długi, pręgowany, rudy ogon zakończony ciemnobrązową kitką kołysał sie spokojnie. Odziana w czarny top, ciemnozieloną kamizelkę z złotymi guzikami i bordowe, obcisłe spodnie z kieszeniami Lava Tarmell była magiem i jedną z uczennic nauk Su. Dai, co sądzisz o obecnej tu Lavie? -Mam nadzieję, że smakuje wam herbatka - powiedziała Su i usiadła naprzeciwko zebranej trójki, po czym uśmiechnęła się do nich jak do małych dzieci - Dai, chciałabym cię prosić abyś dzisiaj szczególnie uważał na Meimei i Lavę, bowiem mam wam coś ważnego do przekazania, ale najpierw spędźmy trochę czasu w miłej atmosferze - rzekła pani Chang swym tajemniczym głosem niezdradzającego podenerwowania. -Oczywiście babciu. Dai czy wybierzesz się ze mną do galerii dronów? Chciałabym nabyć kilka części i zapoznać się z najnowszymi trendami. To będzie dopiero za tydzień, ale wolałabym sie upewnić czy nikt nie będzie miał planów wobec ciebie - zwróciła się do syntetyka Meimei Przysłuchująca się rozmowie Lava upiła łyk herbaty z swojej filiżanki.
  17. WZGÓRZA MAJĄ OCZY Preludium dla Charlotty ♫ Where ere thou hast been; here, or in yon world manifest. Canst thou tell what is, or what was or what is to come? No thing shall last. And there are things that shall never change. History is written in Purple Blood, Yet are battles really lost on the battlefields? Canst thou tell me whence thou comest, and where thou goest and what is, or what was, or what is to come? Entuzjazm związany z nową misją nie opadał w czas przygotowań. O nie. Bran Lackman, który pierwszy zjawił się na miejscu zbiórki powitał ją z uśmiechem na ustach. Chodź wciąż nie odzyskał wspomnień od tamtej wspólnej ich przygody, ona pozostała w jego głowie. I bardzo cieszyło go, że na tę misję wyruszają razem. "Z tą kobietą można czuć się bezpieczniej na szlaku", żartował, wrzucając na swego konia torby i zabezpieczając siodło przed ewentualnym ześlizgnięciem się. Nieco inne zdanie na ten temat miał Bjorn, który dołączył do nich, w stajni, chwilę potem. Zaśmiał się w głos, po czym skomentował złośliwie, że co jak co, ale ta kobieta i "bezpieczeństwo" pasują do siebie tak jak worg do roli pupilka domowego. Nie zmienił się od ostatniego ich spotkania; wystarczyło kilka chwil rozmowy i przepychanek słownych, by się przekonać. Na szczęście? Szybko spoważniał i zdystansował się, gdy zaczęto przedstawiać im szczegóły zadania. Niewiele tego było, ponieważ ledwie szczątkowe informacje dotarły z Leśnego Królestwa do Ratusza Brzasku. Nowe, nieznane ale i niebezpieczne kulty. Przepowiednie. Proszono o szybkie się pojawienie. Zwerbowano więc drużynę nieco "po omacku", spośród wolnych agentów. Mag, ostatni z kompanów przydzielonych im, śmiertelnie poważnym i milczącym był towarzyszem. Nie śmiał się z przytaczanych w czasie podróży dowcipów. Nie komentował zbyt wiele, odzywał się tylko zapytany, lub zawołany. Na imię mu było... chyba Murron. Miał jakieś nazwisko, ale kto by tam spamiętał? Z samym imieniem były problemy, żeby go zawołać albo spytać o coś. Ba, były takie momenty, że dało się zapomnieć w ogóle o towarzystwie maga. Gdy na ten przykład, rozdzielali warty w nocy, Bjorn ze dwa razy zapomniał że jest ich czwórka, a w związku z tym, miał problem by podzielić między trzech czuwanie na w miarę równe i łatwe do ocenienia odcinki czasu. No bo siedział tak, cicho, kontemplując swe księgi. Lub coś skrobiąc. Podróż z Berdusk minęła im bezpiecznie. Gdy minęli Iraebor, narzucili sobie nieco większe tempo i szybko dotarli do granic Cormyru. Złożono na ich ręce glejt, dzięki któremu mieli przekroczyć ją spokojnie. Straż graniczna i tak była dość... nachalna. Prosiła i spisywała wszelkie dane, mające ułatwić ewentualne potem rozpoznanie ich i zlokalizowanie. Pytali o cel podróży. Pouczeni wcześniej, przyznali że przybywają tu na Święto Mieczy. Jak i wielu przed nimi i wielu po nich, ustawionych w kolejce. Gdy nieprzyjemności związane z formalnościami i papierzyskami zostały załatwione, pouczono ich na temat praw tego kraju. I kar, które czekają, jeśli się nie zastosują. Dopiero wtedy, gdy przyznali że wszystko jest zrozumiałe, pozwolono im odejść. Zgodnie z informacjami jakie posiadała Lotta, rezydencja Claire de Brang zlokalizowana była bliżej Arabel, wielkiego miasta kupieckiego, znajdującego się na trasie kilku znanych szlaków kupieckich. Może jakoś by trafili, kiedyś, mając tylko tak skąpe dane. Jednak zostali uspokojeni i zapewnieni że przy granicy czekać będzie na nich przewodnik, agentka z Cormyru. I tak było. Czekała na nich, jak zapowiedziano, w zajeździe dla zagranicznych gości, niedaleko samego przejścia granicznego zbudowanego. Kobieta wysoka i smukła, o prostych siwawych włosach. Twarz jej gładka, nie pokryta zmarszczkami, rozpromieniona uśmiechem. Oczy miała bystre, ciemne. Jakieś takie...obce. I Lotta czuła od niej specyficzną... aurę? Znała się troszkę na tym i owym. W żyłach ich przewodniczki musiała płynąć krew niebian. Lub innej, magicznej bestii. Była dość rozgadana. I przyjazna. Ucieszyła się na ich widok, zaraz zaprosiła do stołu, gdzie podano im jadło i napoje. Przedstawiła się jako Lyriel. Pieśniarka z Cormyru. Postać dość tu znana, jak się okazało. Bohaterka. Rozjaśniła nieco sytuację, chodź sama niewiele więcej od nich wiedziała. Niedawno też powróciła z podróży, z Sembii konkretnie. I dostała wiadomość od Królowej przy granicach kraju się meldując. Że ma poczekać na grupę z Berdusk. I ma ją odprowadzić do Suzail. Gdzie ponoć nie dzieje się najlepiej:, tajemnicza, nieznana grupie organizacja, nazywana Wyzwolicielami, rozzuchwaliła się. Podobno podburzała tutejsze ludy, głosząc niechybnie zbliżający się koniec świata. Strasząc. Napadając. Namawiając do ucieczki z kraju. Awanturując się. Ich przywódca, ponoć półsmok o ogromnej mocy, planował potajemnie zamach na króla. Chodź to ostatnie ta była plotką, jak podkreśliła Lyriel. Na całą prawdę i realny raport sytuacji mogli liczyć dopiero gdy trafią do stolicy. ♫ Wyruszyli jeszcze tego samego dnia; do zmierzchu kilka dzwonów, szkoda było czas marnować. Wjechali na słynną Wysoką Drogę; trakt który wiódł na północ kraju, przez całą długość pasma Burzowych Rogów, aż do Orlego Gniazda. Potem dalej, przez jar do najsłynniejszej z twierdz tych ziem - Wysokiego Rogu. Była to chyba jedna z najbezpieczniejszych tras w całym państwie. Paradoks, prawda? Chodź prowadziła przez najniebezpieczniejszy z sektorów, jednak patrole Purpurowych spotykali lub widywali wyjątkowo często. A poza nimi, wielu z przybywających w te okolice miało już wynajętych własnych ochroniarzy; poszukiwaczy przygód, zawadiaki. Wielu organizowało się w większe grupy, których liczebność z góry odstraszała nomadów goblinowatych i rabusiów. Ich przewodniczka podjechała do jednego z oficerów Smoków, prowadzących grupkę karawan. Nie dowiedziała się zbyt wiele - oficerowie zbierali oddziały, większość chłopa miało wyjechać do stolicy, na obchody święta. Eskortowano więc ważnych gości, lub dostawy specjalnie na tę okazję. Lyriel udało się załatwić im towarzystwo grupy Purpurowych aż do samego Mostu Poległych. Drogę tę mogliby przebyć szybciej, gdyby pogonili swe konie i wyprzedzili innych podróżujących. Jednak ich przewodniczka wytłumaczyła, że tym samym zyskają więcej. Przede wszystkim, mogli uzupełnić zapasy. Zaopiekowano się ich zmęczonymi wierzchowcami i porządnie je dokarmiono. Mogli porozmawiać z tutejszymi oraz kupcami sąsiednich krain, chcących ubić interes w czas święta. Pod opieką zaprzyjaźnionego oficera żaden inny partol ich nie zatrzymywał, a sam znajomy pieśniarki nie pytał ich nawet o cel podróży, a co dopiero mowa o przeszukiwaniu czy konfiskowaniu czegoś! Tak więc, ledwo ich konie przejechały most, Lyriel poinformowała że tu niestety, będą musieli opuścić zacne towarzystwo. Wcześniej swą grupę ostrzegła, że będą jechać skrótem i teraz zamierzała ten plan zrealizować. Pokazała im mapę, gdy zjechali już z traktu, zatrzymując się na postój i naradę. Ścieżka, znacznie rzadziej wybierana przez podróżnych, wzdłuż rzeki Timy, przy podnóży Burzowych rogów - ku Smoczemu Morzu, po czym dalej, jego brzegami, aż do Suzail. Nadłożyliby sporo drogi i dni kilka stracili, podróżując głównym traktem. A tutaj, mieli zatrzymać się by odpocząć i zmienić konie, w twierdzy Walkur's Roar, należącej do jednego z potężniejszych przyjaciół pieśniarki. Plan wydawał się sensowny. A poza tym, musieli się na nią zdać. Ruszyli więc, kamienistą, wyboistą ścieżką. Wkrótce okazało się, że słowa "rzadziej używana" były....hmmm...jakby to ładnie ująć... trafniejszym jest stwierdzenie "nieużywana bo prawie nieprzejezdna". Godziny jechali, tym niegościnnym, ciężkim szlakiem. Konie nie raz potykały się lub kręciły łbami, dając swym jeźdźcom do zrozumienia jak bardzo im się to, do czego ich zmuszają, nie podoba. Przemykając w cieniu wielkiego pasma górskiego - ani żywego ludzkiego lub podobnego tym ducha. Dzikie zwierzęta pierzchły między skały, słysząc tętent kopyt i rozmowy jeźdźców. Poprzez dzikie ostępy, wykarczowane obszary które kiedyś musiały być częścią widocznej już w oddali lasu. Przez niego mieli się przebić. Bran, w czasie jazdy, zaczął czuć się słabo. Zatrzymał swego wierzchowca, tak gwałtownie, że aż pył z drogi uniósł się i zawirował wokoło sylwetki jego. Wziął kilka głębszych wdechów. Pokręcił głową, gdy reszta zbliżyła się doń i zaczęła wypytywać, co się stało. Mówił że... źle się czuje. I chyba mu zaszkodziło jedzenie, lub woda. Albo to jakieś przeziębienie. Wedle słów Lyriel, niedługo mieli na swej drodze zastać już pierwszą dużą, ludzką osadę. Tam mogliby odpocząć. Może jakaś lokalna znachorka doglądnęłaby też Brana. Wyjechali w końcu spomiędzy gęstwiny drzew i krzewów. Wtedy, do ich nozdrzy dobiegł swąd spalenizny. Niepokojącym były też kłęby dymu, ulatujące ponad pagórki, w górę, ku zachmurzonemu niebu. Kierując się pędem ku wysokim, trawiastym pagórkom, mieli jakieś złe przeczucia. I słusznie. Jak poinformowała ich przewodniczka, za tymi wzniesieniami znajdowała się kotlinka, w której wybudowano lata temu wioskę Smocze Gały. A kiedy ich konie wbiegały na szczyt wzniesień podszedł oczom ukazał się wstrząsający widok. Znad miejsca, gdzie powinny mieścić się budynki, unosiły się opary ciemnego dymu. Zamiast budowli, tony zwęglonego drewna i osmolone kamienie. Wieś była doszczętnie spalona. Tak, Smocze Gały stały się jednym, wielkim pobojowiskiem. A wszystko co zielone wokoło wioski stało się szarawą kupką popiołu i torfu. Ogień nie oszczędził nawet okolicznych drzew, jego języki musiały sięgnąć koron, trawiąc piękne, zielone listki. Tutaj... przez to miejsce musiała przepłynąć fala ognia. Inaczej nie dało się wytłumaczyć skali zjawiska. Tak to właśnie wyglądało. Wszystkich... zamurowało. Nie taki widok spodziewali się ujrzeć, o nie. - Co tu się... na bogów stało? - pierwsza wykrztusiła z siebie coś Lyriel. Pociągnęła za uzdę, próbując uspokoić swoją klacz. Nikt nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Tak więc kolejna chwila ciszy zapadła między nimi. A gdy uznali że samym wgapianiem się nic przecież nie osiągną, rozpoczęły się niemrawe dyskusje i pierwsze propozycje - co robić. - Widzicie? Tam - pokazała dłonią. Rzeczywiście, ponad morzem pożółkłych liści i gołych gałęzi widać było coś wartego uwagi. Wysoką, smukłą wieżę. Wzniesiona z kamieni koloru piaskowego i brunatnego. Dach zaś swą krzywizną układał się w szpic. Przedłużeniem jego zaś na czubku był kawał jakby metalicznego drąga. - Zwą się 'nadajnikami'. - poinformowała Lyriel - Mnóstwo ich pobudowano w Cormyrze. Dzięki mechanizmom zamontowanym wewnątrz, w błyskawicznym tempie możemy przekazywać krótkie informacje i sygnały, z dowolnego na dowolny. - wyjaśniała - Stacjonują w nich oddziały patrolowe. Mają maga na posterunku, który obsługuje mechanizmy, a ponadto bada aury otoczenia, natężenia magii. Śledzi swoimi sztuczkami wszelkie zmiany lub anomalie. Poza tym, są tam też ludzie od obserwowania okolicy konwencjonalnymi metodami. - spojrzała po nich - Wiecie. Niemożliwe że by przegapili te dymy. I ewentualnych sprawców, jeśli nie był to wypadek albo katastrofa naturalna. Zacisnęła usta, ponownie odwracając wzrok ku ruinom wioski, na dnie kotliny. Bran jęknął coś niezrozumiałego, pochylając się w siodle. Pobladł znacznie, od momentu gdy ostatni raz Charlotta na niego zerknęła. - Tam. - odezwał się nagle ich towarzysz, mag - Musi. Być źródło. Aury którą czuję. - wymruczał, przypominając wszystkim o swym istnieniu. Palcami dłoni wodził w powietrzu, chyba rzucił zaklęcie, dzięki któremu mógł wykrywać magię - Musimy to sprawdzić. Natychmiast. - Proponuję najpierw złożyć waszym chłopcom wizytę, w tym nadajniku. Objedziemy kotlinę i wrócimy tu ze wsparciem - Bjorn zwrócił się do Lyriel. Był wyraźnie zaniepokojony. I też zauważył kiepski stan Brana. Zrównał swego wierzchowca z jego, po czym położył dłoń na ramieniu kompana, dopytując szeptem czy czuje się na siłach. Łowca zaklinał na wszystkie świętości, że to tylko migrena. Chwilowa niedyspozycja. I że w zasadzie, już mu przechodzi. - A ja bym się rozejrzał. Poszukał śladów, poszlak, zabezpieczył je. W końcu, to chyba nasz obowiązek? I może tam ktoś potrzebuje naszej pomocy? - wtrącił się znów mag. Podobnie jak pieśniarka, patrzył na zwęglone zgliszcza wioski, znajdujące się w kotlinie. Tyle że w jego oczach tliła się... ciekawość. - Najwięcej dowiemy się od zarządcy nadajnika. - dorzuciła swoje Lyriel. Głosy rozłożyły się więc równomiernie. I to chyba Charlotta musiała zadecydować.
  18. Silently we wander Into this void of consequence My shade will always haunt her But she will be my guiding light Kamelot, "Wander"