Wyszukaj: Wyświetlanie wyników dla tagów 'przygoda' .

  • Wyszukuj po tagach

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukuj po autorze

Typ zawartości


Forum

  • TABLICA OGŁOSZEŃ
    • F.A.Q.
    • Kuchnia mistrza Protazego
    • Poligon
  • REKRUTACJE RPG
    • Rekrutacje: Fantasy
    • Rekrutacje: Modern
    • Rekrutacje: Inne konwencje
  • SESJE RPG: FANTASY (HEROIC & DARK, HISTORYCZNE)
    • Oficjalne Systemy RPG
    • Niezależne i autorskie
  • SESJE RPG: MODERN (URBAN FANTASY & HORROR)
    • World of Darkness
    • Inne systemy i sesje autorskie
  • SESJE RPG: INNE KONWENCJE
    • Future
    • Supermoce i superbohaterowie
    • Inne
  • FORUMOWE RPG: STRATEGIE
    • Rekrutacje: Strategie
    • Karczma: Strategie
    • Forumowe strategie
  • CIEŃ PRZESZŁOŚCI
    • Cień przeszłości
    • Cień Przeszłości: Hala Szkoleniowa
  • KOMNATA RPG
    • Karczma
    • Kuźnia
    • Tablica sławy
  • WSPÓLNA SALA
    • Gospoda
    • Wieści z szerokiego Świata
    • Księga Zlotów i Konwentów
    • Biblioteka Aleksandryjska
    • Współpraca i Reklamy

Kalendarze

  • Rekrutacje
  • Urodziny
  • Inne

Blogi

  • Myśli Zebrane Asterki!!
  • Iskry
  • Pitbullek
  • Szkicownik Mroczek
  • Skórzany kajecik
  • Zakurzona teczka

Kategorie

  • Artykuły - Inne
  • Artykuły - RPG

Kategorie

  • Files

Znaleziono 78 wyników

  1. Ratz jest jednocześnie barmanem i właścicielem Chatsubo. Baru, który tak jak on sam jest znany prawie wszystkim, ale swoją przeszłość i naturę skrywa dla nielicznych. Ogromny i muskularny jak każdy troll, ze swoimi posrebrzanymi cybernetycznymi ramionami i pokrywającymi część twarzy tatuażami bardziej przypomina bezwzględnego zabójcę niż kompana do polewania drinków czy skutecznego biznesmana. Ale, gdy temat jego wyglądu i talentów sporadycznie wypływa, stwierdza tylko że nigdy nie jest za późno by zacząć od nowa. I robi to w sposób skutecznie zniechęcający do zadawania dalszych pytań. Samo miejsce należy raczej do tych gdzie można spokojnie pogadać i napić się piwa (własnoręcznie warzonego na zapleczu przez Ratza, a nie żadnego masowo wytwarzanego szmelcu - jest to kolejny z jego talentów), niż przez całą noc tańczyć do ogłuszającej muzyki. Jest też miejscem z którego łatwo można dotrzeć w każdy zakątek Londynu i przyjrzeć się każdemu z jego obliczy: położone na zachód Westway jest siedliskiem gangów i ruin, znajdujący się na wschodzie West End na powierzchni był kiedyś dzielnicą artystyczna, będącą teraz za dnia i wzdłuż głównych ulic turystyczną atrakcją - w nocy zaś zmienia się w prawdziwą siedzibę Triad i prostytucji. Pod jej powierzchnią znajduje się Underplex: podziemne miasto zbudowane pod miastem, będącą największą na świecie świątynią komercji. Odwiedzaną przez setki tysięcy kupujących, otwartą całą dobę i nieustannie patrolowaną przez policyjne i korporacyjne patrole, nadzorujące czy nikomu nie przyjdzie do głowy zakłócać porządek kupujących. Na południu znajdują się stare dzielnice pałacowe, gdzie stare budynki wzniesione jeszcze Piątym Świecie doskonale odgradzają bajecznie bogatych właścicieli od reszty świata. Tak dobrze, że będąc orkiem czy trollem, albo nawet ubierając się nieodpowiednio elegancko można było być "poproszonym" o opuszczenie dzielnicy. Nie jest to zgodne z prawem, ale jakoś skargami składanymi na takie postępowania mało kto się przejmuje. Na północy zaś znajduje się Village District, gdzie nieco mniej bogaci metaludzie, nie posiadający pieniędzy albo wpływów by kupić sobie kilkusetletnią posiadłość w centrum ogromne metropolii mogą rozkoszować się luksusem rozłożonym pomiędzy ogromnymi połaciami parków i ogrodów. Jest to najbardziej zielona dzielnica Londynu i z tego powodu była szczególnie uwielbiana przez elfy, których żyło tu nadzwyczaj dużo. A tuż nad miejscem gdzie znajdowało się wejście do Chatsubo, była też wielka dziura w Kopule Pogodowej, która kiedyś według planów miała przykryć całe miasto i zapewnić że smog będzie wydostawał się na zewnątrz, a w środku będzie zawsze czyste powietrze i piękna pogoda. I tak by zapewne było, gdyby tych planów nie pokrzyżował zamach terrorystyczny, w wyniku którego kopuła została uszkodzona i podziurawiona. Większość uszkodzeń znajdowała się jednak nad Westway, tak więc władze uznały że naprawa jest nieopłacalna i lepiej ją zostawić taką, jaką jest. Czyli - w uproszczeniu - wciąż działającą, ale w sposób zupełnie odwrotny do pierwotnych założeń. Filtrowaniu smogu w powodu dziur było po prostu niemożliwe, ale za to kontrola pogodowa wciąż działała, wywołując niespodziewane i czasem zabawne efekty. Takie jak np. śnieg w środku lata albo mżawka, która w normalnych angielskich warunkach była ciężka i uporczywa, a przy źle działającej kopule robiła się metaliczna. I nie do zniesienia. I są też jeszcze Cage Boys - gang wariatów, wspinających się na Kopułę i urządzający wyścigi w bieganiu i zjeżdżaniu po niej. Czasem jeden z nich nie dostrzeże z odpowiednim wyprzedzeniem dziury i wtedy... cóż, doznaje przyspieszenia. A że dziura znajduje się dokładnie nad Chatsubo, musisz naprawdę spodziewać się wszystkiego. Chatsubo jest miejscem równie unikalnym co sam Ratz. Choć ze względu na położenie w pobliżu Marble Arch i Hyde Parku jest chętnie odwiedzane przez turystów, trzon jego klientów stanowi inna grupa: Shadowrunnerzy. Każdy jest tu mile widziany, o ile potrafi się przyzwoicie zachować i swoim wyglądem nie odstrasza turystów. Każdy też może liczyć na pomoc, jeśli jej potrzebuje - za odpowiednią cenę oczywiście, bądź przysługę o którą Ratz od czasu do czasu prosi. I którą potem zawsze, solidnie i z nawiązką spłaca - z tego powodu o jego przysługach mówi się że mają wartość większą od nujenów. Dlatego też chętnych do oddania mu przysług jest zawsze więcej niż mógłby potrzebować. Ratz zaś ma w zwyczaju powierzać je metaludziom w jakiś sposób obiecującym, takim w których dostrzega szansę by wybili się ponad przeciętność. Kay Kay poznała Ratza przypadkiem, odkrywając przy tej okazji że jest także domorosłym mechanikiem. I choć jego specjalizacją wydawał się być cybersprzęt, to okazało się że zna także kilka tricków przydatnych przy pracy z pojazdami - a także że posiada naprawdę szeroki dostęp do wszelkiego rodzaju części zamiennych, których często trzeba by na pniu szukać. Sam Ratz zdawał się dodatkowo lubić jej temperament, choć osobiście był raczej jej przeciwieństwem, polegającym na rozwadze i doświadczeniu, zamiast na brawurze i impulsywności. Nigdy dotąd nie poprosił jej o przysługę, więc gdy pewnego poniedziałkowego popołudnia dostała od niego wiadomość o treści: Było to coś co nie zdarzyło się wcześniej. Ale - zważywszy na to że nie przychodziło jej do głowy nic co mógłby jej mieć za złe - musiało chodzić o coś dobrego, prawda? Billie Billie znała Ratza i bywała w Chatsubo już od dawna. Ze względu na ojca, który należał do starych i stałych bywalców i gadał z Ratzem tak że nie było wątpliwości że znają się od bardzo dawna. Za każdym razem gdy Black Velvet zabierał ze sobą Bille, Ratz zwracał się do niego per "Leon" i potem obaj się z tego śmiali jak z branżowego dowcipu, którego nikt poza nimi nie rozumie. Billie początkowo też go nie rozumiała, dopóki nie poświęciła pewnej ilości czasu aby odnaleźć analogię. Dowiedziała się też przy okazji, dlaczego wielki, ręcznie modyfikowany Remington Roomsweeper którego Ratz trzyma pod blatem jest pieszczotliwie nazywany Molly. Cóż, przynajmniej nie mogła mieć wątpliwości że dzieli wraz z nimi te same zainteresowania. - Ratz pyta czy nie chciałabyś wpaść dziś wieczorem do Chatsubo i wyświadczyć mu drobną przysługę? - ojciec zapytał ją jakby od niechcenia, po przeczytaniu przesłanej do niego wiadomości - ja nie dam rady się dzisiaj wyrwać, ale Ratz obiecuje że będziesz działać w dobrym towarzystwie. Roboty pod okiem Ratza pewnie nie można było nazwać całkowicie samodzielną, chociaż z drugiej strony... zawsze to jednak działanie na własną rękę. Chris Dla Chrisa Chatsubo było miejscem gdzie zdobywał większość zleceń, służących mu do zaspokojenia swoim potrzeb finansowych. W zasadzie to nie były nawet jego potrzeby, ale musiał je zaspakajać tak czy inaczej, jeśli chciał cieszyć się dobrym zdrowiem. Dotychczas jednak dostawał raczej drobne i słabo płatne zadania i musiał nadrabiać ilością. Kiedy więc otrzymał wiadomość od Ratza: Od razu przyszło mu na myśl że może to być coś większego, niż zlecenia jakie dostawał dotychczas. A większe znaczyło lepiej płatne. Angel Angela pracowała w taki sposób, że bycie na bieżąco z tym kto jest kim, co potrafi załatwić czy jak daleko sięgają jego wpływy było jej po prostu niezbędne do działania. Było podstawą, bez której mogłaby poruszać się jedynie po omacku. Dlatego Ratza i Chatsubo znała od dawna, chociaż niezbyt dobrze. Lepiej niż ktokolwiek inny orientowała się jak rozległe kontakty posiada ten na pozór zwykły barman i jak wiele potrafi załatwić jeśli uzna że sprawa jest tego warta. Wiedziała też że Ratz zwracał na nią uwagę, świadomy tego jak wiele dostrzega i że jej talenty są o wiele rzadziej spotykane niż zdolności do bardziej bezpośredniego rozwiązywania problemów. Zawsze była mile widziana w Chatsubo, a Ratz chętnie nalewał jej piwo i rozmawiał o bieżących wydarzeniach. Tym razem było jednak inaczej. - Nie chciałabyś poznać mojego przyjaciela? Będzie tu dzisiaj wieczorem - pozornie niewinne pytanie było takim, które niosło ze sobą wiele konsekwencji. Po pierwsze, nie padło nigdy wcześniej, więc Ratz musiał uznać że warto ją poznać ze swoimi przyjaciółmi. Po drugie, Ratz miał dużo przyjaciół, z których większość posiadała szerokie wpływy. Po trzecie, musiał być jakiś powód dla którego to pytanie padło akurat teraz. Być może taki że przyjaciel Ratza także chciał ją poznać - a to otwierało szansę którą mogła wykorzystać. Milady Carolyn także znała Chatsubo od dawna, choć z nieco innej strony. Od chwili gdy zaczęła interesować się rzeczami nie do końca aprobowanymi przez jej rodzinę wiedziała, że w tej branży, jak w każdej innej, istnieją miejsca lepsze i gorsze. W tych gorszych brało się ryzykowne albo słabo płatne zlecenia, pracowało z półprofesjonalistami i generalnie narażało się swoją osobę na dużo większe ryzyko niż było trzeba. Były też miejsca lepsze, gdzie pracowało się z profesjonalistami, za profesjonalne stawki i podejmując profesjonalny poziom ryzyka. Jedyny problem z tymi miejscami był taki, że trzeba było samemu być profesjonalistą aby zostać tam dopuszczonym. Szybko udało jej się odkryć że Chatsubo jest nie tylko takim miejscem, ale posiada reputację jednego z najlepszych tego typu miejsc w Londynie. Słowem, było to miejsce w którym trzeba było być, aby być uznanym za profesjonalistę. Niestety, w drugą stronę nie działało to tak łatwo. Choć bywała w Chatsubo i dość łatwo szło jej rozróżnianie kto jest profesjonalistą, kto żółtodziobem, a kto zwykłym turystą, dotychczas nie dostała żadnej szansy aby się wykazać. Ratz był dla niej miły, ale wciąż była w jego oczach żółtodziobem i wiedziała że póki nie zmieni o niej zdania nie będzie tu traktowana inaczej. Jak na złość, okazja by to zmienić nadarzyła się akurat wtedy, kiedy uczesniczyła w rodzinnym obiedzie wydanym w Annesley Manor w Glastonbury. Zazwyczaj unikała takich uroczystości, ale tym razem nie była w stanie, bez narażania się konsekwencje. Wiadomość od Ratza była zaś dość prosta: Co oznaczało, że choć oficjalna część obiadu dobiegła już końca i mogła się bez przeszkód i niepostrzeżenie się urwać, to aby zdążyć na miejsce musiała ostro przycisnąć pedał do podłogi. Zakładając że nie napotka korków mogłaby jechać wolniej, ale w okolicach Londynu lepiej było na takich założeniach polegać. Max Max znał Chatsubo, choć nie bywał tu często. Jego ludzie woleli bardziej rozrywkowe miejsca, a na dodatek nie potrzebowali miejscówki, w której można było zgarnąć dobre zlecenie. On miał nieco inne wymagania, dlatego lepiej rozumiał zalety lokalu który pokazał mu Ziggy - który zresztą bywał tu dość często i miał nawet swoje specjalne miejsce które zajmował zawsze gdy był na miejscu. Poza tym że Chatsubo było miejscem gdzie można było dobrze zarobić, Ratz serwował tu naprawdę niezłe piwo - a do tego był jedną z nielicznych osób, która potrafiła wypić więcej od Maxa. Do samych Hien też nie chował żadnej urazy i potrafił chłopaków grzecznie usadzić, gdy od czasu do czasu któremuś strzeliło do głowy by przyjść i poszukać tu swojego szefa. Choć trzeba zaznaczyć że mając 2,5 metra wzrostu jest to pewnie łatwiejsze niż normalnie... Ratz znał jednak ulice jak mało kto, i potrafił się dzielić swoją wiedzą, znał się z Ziggim bardzo dobrze, więc po prostu nie można było go nie lubić. Podobnie zresztą jak Ziggiego. Było późne popołudnie gdy Ziggy wysłał mu wiadomość: Co by nie mówić o Ziggim, to zawsze gdy mówił o pracy czy zespole można było mieć pewność że wyjdzie się na tym dobrze. Oczywiście o ile sprosta się jego wymaganiom, ale to Max miał już za sobą. Ostatnia robota jaką Ziggy mu zlecił zaczęła się podobnie, choć w innym klubie, a skończyła w sposób którego Max nie był w stanie na początku przewidzieć. Chociaż z pewnością dobrze - wykonał robotę, zdobył pieniądze, a jakby na to właściwie popatrzeć, to także i dziewczynę. A do tego nikt nie zginął. Jakby nie liczyć, wychodziło lepiej niż pierwotnie się spodziewał.
  2. Ze złotem jak z ogniem: i ciepło, i niebezpiecznie. - przysłowie ukraińskie
  3. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak cudowny może był płatek śniegu. Olbrzymi, roziskrzony, błyskający tysiącem odcieni bieli. Johan nie zdawał sobie dotąd sprawy, że biel może mieć jakieś odcienie. Płatek był światem, wszystkim co istniało, jego rozcapierzone ramiona zapraszały, wabiły obietnicą ciepła, świata w którym już nigdy nie będzie zimno, świata iskier, białych i błękitnych, tańczących w rytmie kryształowej muzyki, mgła, wszechogarniająca mgła, biel, szarość, cisza.... Zamykające się oczy wilka. Cisza. Cisza. Cisza. -.... leży, zasnął na warcie! Sigmarze, jest sztywny jak pieprzony kloc! - .... debilu, jest martwy, zamarzł na kawał mrożonego mięsa, to jest tru... -.... mknij się! Zamknij się! Zamknij się! Zam.... - .... płej wody! No gotuj tę wodę! Ognisko! Kretynie, rozpal ognisko, no pomóż mi go ruszyć do cholery! Muzyka Rozkaz był następujący, wyruszają na swój ostatni patrol, a potem mają przezimować w forcie Grunbaum, dostali raport o bandzie zielonoskórych grasujących w okolicy, i prosty rozkaz - nie wdawać się w walkę. Zielonoskórzy mają przewagę liczebną. Należało podejść ich sprytem, wywabić ich przywódcę, zarżnąć, a reszta pewnie rozpierzchnie się sama. To był formalnie główny cel ich misji. To był już jedenasty dzień od wyjścia z fortu. Człap, człap, noga z nogą, kłus, cwał, człap, człap. Napadało trochę śniegu, ale co rusz temperatura skakała na tyle, że zaczynał się topić, a potem znów spadała. Rezultatem był mokry śnieg, idealny do lepienia kulek, albo bałwana, leżący cienką warstwą lub zebranymi w zagłębiach łachami. Chłodno, czasem zimno, jednak aketony na ubraniu i grube płaszcze dobrze spełniały swoje zadanie - ot patrol, jak patrol. Żadnych śladów zielonoskórych. Żadnych, nawet najmniejszych. Oddział wyruszył pod wodzą sierżanta Arderna Rinderberga, który zasłynął ze swojej determinacji, został przeniesiony kilka miesięcy temu do oddziału zwiadowców lekkiej jazdy w nagrodzie za swoje wcześniejsze dokonania. Na misję oddelegowano następująco: Dietgera Rossa, żołnierza z wykształceniem cyrulika. Z uwagi na wzmożone ryzyko złapania chorób, które było następstwem ciężkich warunków pogodowych, był to niewątpliwie as w rękawie oddziału. Kent Bergsohn natomiast doskonale znał się na przetrwaniu, posiadał świetną orientację w terenie. W dodatku idealnie radził sobie w walce dystansowej. Cechy te sprawiły, że w trakcie patroli takich ja ten, był dla oddziału niemal niezastąpiony. Konkurować z Bergsohnem mogła tylko Lindha ,,Szał'' Schwarz, urodzona zwiadowczyni, która w przeciwieństwie do większości oddziału, część swego życia służyła Imperium. Najpierw jako Strażniczka Dróg, następnie jako zwiadowczyni. Swoim wojskowym doświadczeniem nie ustępowała nawet sierżantowi. Na wypadek śmierci sierżanta, była następną w hierarchii do objęcia dowództwa. Frigga stanowiła największą tajemnicę, najemniczka która z oddziałem była od niedawna, nie dała się jeszcze bliżej poznać. Jedynie jej norsmeńskie pochodzenie mogło świadczyć co nieco o jej przydatności, zima była bowiem jej niestraszna, a cechowała ją ponadprzeciętna siła. *** Jedenastego dnia po zmroku rozpalili ognisko. Choć ani razu nie stracili czujności, nie spodziewali się tego, co miało niedługo nadejść. Między drzewami przeszedł mroźny wiatr, ognisko załopotało. Oddział spogląda w górę, nie ma gwiazd. Potem cisza. Ardern wychował się na północy, wiedział na co się zanosi. -Służyłem kiedyś z takim jednym, Wolf mu było, czy jakoś tak, podobnie. Był wtedy w słynnej 2 kompanii III Ostlandzkiego Reigmentu Piechoty, wracali z wyprawy na wschód. - zaczął swoją opowieść sierżant - Byli już blisko, zarys Środkowych Gór przesłaniał cały horyzont, jeszcze tydzień, a może więcej, i byliby wrócili cali i zdrowi. Ale życie to suka, naszła ich zamieć. Nagła, ostra. Tak jak teraz, wpierw było cicho, tak cicho jak nigdy wcześniej. Nie poruszała się ani jedna gałązka, nic, tylko śnieg skrzypiał pod butami. A potem rozpętało się piekło, tak mówił Wolf, widoczność spadła niemal do zera, wichura porywała oddech, rzuciła nimi, wirowała w szalonym tańcu śmierci. Podobno to nie była zwykła zamieć, to Buran, demon zimy we własnej osobie. Przeraźliwy powiew zdzierał skórę i mięso aż do kości, ponad gwizd wiatru, ponad śmiech demona, przedzierał się potępieńczy wrzask ludzi. Krew w jednej chwili zastygała, zmrożona wirowała wraz z drobinami śniegu, uderzała w twarze. Wichura z potworną siłą zatoczyła się przez oddział pozostawiając przy życiu mniej niż dziesiątą część, reszta żołnierzy padła martwa, skostniała, odarte z wszystkiego szkielety leżały okryte szalem śniegu, przysypane kryształami własnej krwi. Upiorny widok. Żaden z tamtejszych żołnierzy już nigdy nie ruszył w teren. Takie nagłe, znikąd się biorące zamieci middenlandczycy nazywają ,,Tchnieniem Ulryka''. Chwilę później temperatura zaczęła gwałtownie spadać. W jednej chwili oddech znaczył się kłębem pary, potem w nosie przy wydechu zaczynają się tworzyć zmarznięte płytki. Czuli pieczenie skóry. Czuli się, jak gdyby coś rozdzierało ją, niby igły. Śnieg nagle stał się ostry, twardy jak kamień. Konie przywiązane do drzew parskają, wiercą się niespokojnie. A w lesie nadal trwa cisza. Ponura cisza, zwiastun nadciągającej katastrofy. Cisza. Zjawisko w lesie właściwie nieznane. Zawsze słychać szum, szelest w poszyciu, klekot ocierających się o siebie gałęzi. Lecz nie tym razem. Jedyne odgłosy to dźwięki wydawane przez konie, ludzi i ognisko. Każde trzaśnięcie płonącej gałązki jest jak grom, oddech świszczy, jak wiatr w górach, odgłosy końskich kroków brzmią, niczym uderzenia w bęben. Ciszę przerywają dopiero drzewa, pnie zaczynają trzeszczeć, gdzieś słychać grom pękającej gałęzi, jakieś jęki, stęknięcia, tuż poza zasięgiem światła odprawiały się nieznane korowody Boga Zimy. A potem znów cisza. Wszystko się powtarza. Cisza trwa zdaje się, godzinami, choć mija zaledwie kilka minut. Powoli spomiędzy konarów opada wielki płatek śniegu, topiąc się nad ogniskiem. Drugi ląduje komuś na nosie. Śnieg. Na początku rzadki, a potem więcej, coraz więcej! Po chwili widoczność spada do kilku metrów. płatki wirują w powietrzu, ognisko syczy. Lekki podmuch wiatru, powietrze porusza się i natychmiast wszystkich przejmuje ziąb. Na krótką chwilę cisza, następny powiew - mocniejszy, jeszcze mocniejszy, powoli przedzierając się przez tłumiącą dźwięki kurtynę śniegu, rodzi się szum wiatru, coraz mocniejszego, rozdzierane nim płatki zmieniają się, nie są już wielkimi, potulnymi kawałkami śniegu - są teraz mniejsze, zaczynają ciąć policzki, wiatr nasila się, zaczyna huczeć, gwizdać, coraz mocniej i mocniej. Konie zerwały się! Przerażone wierzgają, kopią, wiatr niemal przygasza ognisko, rozrzuca szczapy, uderza ścianą śniegu. Zgina się ku ziemi, przewraca, wyrywa z płuc ostatni oddech. Wierzchowce próbują uciec, trzeba je schwytać! Bez nich czekać mogła ich tylko biała śmierć. Ognisko gasło, nie mogli na to pozwolić. Zbyt długo je rozpalali. Śnieg miał zaraz zasypać cały ekwipunek. Trzeba było działać. Jak najszybciej. Tym razem przeciwnikiem była zima. Nic nie robiąca sobie z ostrego miecza, umiejętności walki, z odwagi, szału bojowego. Nic.
  4. Welcome to the foreign land Here we end in blood and sand For our gods we keep this town These walls won’t break down. Serenity - The Fortress (Of Blood And Sand)
  5. There is nothing in this life but mist and we will only be alive for a short time „O Świętym George'u i czerwonym smoku” (…) W pewną gwieździstą noc kiedy północny wiatr przenikał wszystko swoim chłodem z nieba zstąpił Smok. Bestia ciemności postawiła swoje stopy na ziemi rozejrzała się i jej wzrok padł na spokojną ziemię pełną plonów. Na ludzi szczęśliwych i szlachetnych. Roześmiał się i zerwał z siebie swój pierwszy płaszcz. Kłamstwo spadło na ziemię i okryło swoim całunem miasta i wsie. Zagnieździło się głęboko w ludzkich sercach szarpiąc ich jak ryby na żyłce. Smok pozostawał w ukryciu, wpatrzony w swoje działo, poruszał się w ciemności między alejkami a jego oczy chłonęły i uszy słuchały. (…) - Sirocco. Oznajmił Shean, wpadając do pokoju z impetem. Podskoczyła na łóżku szarpiąc za grzebień na wpół zanurzony w lśniących miedzianych włosach Ginger. Siostra pisnęła odwracając się gwałtownie jakby ktoś wrzucił jej robaka za koszulę. - Czyś ty zwariował, jest środek nocy! - No i? I tak nie śpicie? – odparł szczerząc się w szerokim uśmiechu, jednym z tych które Pani Izabela komentowała rozmarzonym stwierdzeniem, że kiedyś będzie z niego przystojny młodzieniec. Jakby to miało jakieś znaczenie. - To nie przystoi – syknęła okrywając się szczelnie kocem, odkąd skończyła dwanaście lat lubiła udawać, że jest dorosła. Shean spojrzał na nią przekrzywiając głowę, jasne włosy sterczały mu na wszystkie strony. Wymienili spojrzenia nad ramieniem Ginger. - No i? – wzruszył ramionami po czym powtórzył. – Sirocco. Wreszcie, jego słowa dotarły do niej. (…) Kiedy był gotowy zerwał z siebie swój drugi płaszcz. Szaleństwo spadło na ziemię pochłaniając tych skrzonych przez kłamstwo. Wdarło siew ich myśli, skręciło serca i pochłonęło je a smok chłonął je i pożerał. A kiedy otarł paszczę, spojrzał na swoje dzieło i zerwał ostatni płaszcz. Zaraza spadła na ocalałych, dopadała ich w łózkach i za zamkniętymi drzwiami. Obsiadała lordów i chłopów, biskupów i pasterzy. A nażarty smok zwinął się w kłębek u bram miejskich i zasnął spełniony. (…) Zeskoczyła z łóżka zostawiając tam zezłoszczoną siostrę i podbiegła do okna. Przyłożyła dłonie do ciężkiej, zatrzaśniętej okiennicy i poczuła to. wiatr był zbyt potężny żeby cokolwiek mogło go zatrzymać. Nawet przez kamień i deski coś przeniknęło ją na wskroś na chwile odbierając oddech. Uśmiechnęła się szeroko i odkryła, ze nie może przestać. Shean też się uśmiechał i w tej jednej chwili wiedziała, że rozumiał, dlatego tu przyszedł. Zerwała się z miejsca i wybiegła przez uchylone drzwi, słyszała za sobą jego śmiech i syk Ginger: - Szurnięte bachory! Normalnie by się zmartwiła. Normalnie byłaby skruszona. Teraz jednak nie mogła się tym przejmować, nie było na to czasu. Sirocco przychodził tak rzadko i nawet wtedy nie wiadomo było co ze sobą niesie. Czasami czuła się po nim jakby była pustym workiem z pokutnych szat. Dziś jednak byłą pełna i wiedziała, że przez te jedną chwile może wszystko. Wbiegła po schodach tupiąc bosymi pietami o kamienie. Nie czuła zimna, tylko pośpiech. Musiała zdążyć zanim ten czas się skończy, kurtyna znowu opadnie i zostawi ją z bladymi przebłyskami. Pociągnęła ciężkie drzwi i musiała się niemal powiesić na klamce żeby się ruszyły. Skrzypiały tak głośno że musiały pobudzić cały klasztor. Trudno. Później będzie się tym martwiła. Teraz widziała światło, jak delikatnie przenikało pod drzwiami. Shean pociągnął za drugie skrzydło i wślizgnęli się do galerii. Ginger szła z nimi, wściekła i owinięta szczelnie kocem. - Jeśli matka nas złapie będziemy szorować kotły do trzydziestki – mamrotała pod nosem. (…) W najczarniejszą noc kiedy powietrze stało w bezruchu bo nie było już nic no mogło je poruszyć z nieba spadła gwiazda, a wieść o niej napełniła ludzkie serca nadzieją. Stary baron wezwał swoich ludzi i rzekł im: Mój syn śnił o mieczu, długim i smukłym, prostym ale mocnym które sięgnie serca bestii i światło, które w sobie niesie rozproszy jej mrok, ocali nasze domy i nasze duszę. Nasadę jego zdobił klejnot nie z tego świata. We śnie anioł przemówił do niego i oznajmił, że oto klejnot przybył z nieba. Znajdźmy więc go bo niewiele czasu zostało. Słuchali go uważnie natchnieni otucha, ponieważ młody Lord George, którego narodzinom towarzyszyły znaki nie raz już dostępował łaski Wszechstwórcy. Mówiło się, ze był jednym z tych, których prowadziły anioły i sam biskup ufał jego snom. (…) Za oknami wył wiatr i jego moc przenikała przez ściany. Obróciła się kilka razy wokół własnej osi zadzierając wysoko głowę. Było ich tu tak wiele, rzeźby, kawałki kamieni, niektóre szlachetne, inne na pozór zwyczajne, strzaskane naczynia, połamane pieczęci, te wszystkie dziwne rzeczy które ojciec przywiózł ze swoich podroży. Pani Izabela czasami w chwilach gniewu nazywała ja takim samym bibelotem, znajdkiem z jakiegoś zakazanej dziury. Tyle, że Pani Izabela nie wiedziała czym naprawdę były. Nikt poza ojcem ni nią nie mógł tego wiedzieć. A tylko ona widziała. Światła strzelały w górę jak dziesiątki piór wielobarwne, ciągle zmienne: czerwone, zielone, błękitne opalizowały i wydawały się wyciągać w jej stronę. Uniosła dłonie i patrzyła jak w tym mistycznym blasku jej sińce wędrują po skórze układając się w tajemnicze znaki, których nigdy nie umiała odszyfrować. Chociaż czasami kiedy patrzyła naprawdę długo wydawało się jej, że rozumie, że słyszy głos, który dochodził z daleka z za zasłony czasu i świata – wołanie zaklęte specjalnie dla niej w świetle. Może kiedyś je zrozumie. (…) Po co im ostrze, nawet najpotężniejsze, jeśli nie mieli w co uderzyć? Smok wciąż tam był, każdy o tym wiedział, jego obecność była skazą, która paliła ich wszystkich. George wiedział, że potwor jest podstępny, jak kłamstwo, szaleństwo i zaraza ma wiele twarzy. Masek czasem pięknych, czasem strasznych, pod którymi skrywa się obca, czysta ciemność, taka gotowa pochłonąć świat. W jego snach Anioł mówił i wskazywał mu czerwony, upiorny blask, ponaglał do działania. Jak pochwycić smoka? Jak stanąć z nim do walki skoro pochodził ze świata poza tym światem, światu ponad śmiercią? George był mężny i silny ale śmiertelny. Co mógł więc znaczyć dla bestii? „Jestem przy tobie” – mówił w snach Anioł. – „Razem stawimy mu czoła.” Brakowało strony. Aurora zorientowała się dopiero teraz, ponieważ nie było po niej śladu, żadnego ubytku, resztek. Nic. Tak jakby nigdy nie istniała, jakby historia nigdy się nie zakończyła. Brakowało strony. A może wcale jej nie brakowało? Madoc przywitało ich sztormem, co podobno nie było niczym dziwnym w okresie burz. Przynajmniej tak powiedziano im w kosmoporcie. Obun wybrał do lądowania jeden z mniejszych portów zwany Isul Mist. Leżał w tym samym archipelagu do stolica, Isul Citi, jednak był od niej na tule daleko by nie przyciągać uwagi. Miasto służyło za strefę buforową pomiędzy bardziej uprzemysłowionymi terenami i rafa gdzie żyli głównie rybacy. Sama wyspa w praktyce była jiednym wielkim portem uformowanym w kształt okręgów z budynkami administracyjnymi w samym centrum. Rajan już na pierwszy rzut oka stwierdził, że rządzi tu jakaś Gildia, trudno jednak było określić które. wyglądało na to, że muszą tu chwile pobyć żeby to ustalić. Loran zdołał jakoś ich przepchnąć przez oficjalne kontrole Ligii i mogli postawić stopy na ziemi. Niestety nie obyło się bez trudności. Aurora dostała jedynie przepustkę tymczasową i miała trzy dni na dostarczenie właściwych dokumentów. Rajan, uzbrojony w część tego co udało im się wynieść z Bezsennego ruszył więc na poszukiwanie kogoś kto może im wystawić lewe papiery. Aurorę zostawił z niełatwym zadaniem wymyślenia co maja w te papiery wpisać. Jakby tego było mało Loran zdecydował się przenieść kapitana do lokalnego szpitala Ligii. Zapalenie płuc dotąd uparcie opierało się leczeniu i miał tam zwyczajnie większe szanse na dojście do siebie. Wiązało się to niestety z wpisaniem w jego kartę pewnej nadinterpretacji według której Kapitan przeszedł załamanie nerwowe po starcie załogi co skutkowało zaburzeniami psychicznymi. Szpital wyglądał dobrze, nowocześnie, czysto i bardzo chłodno. Czekając przy Kapitanie, aż obun dopełni formalności Aurora miała chwilę żeby się rozejrzeć i stwierdziła, ze nie było tam za wielu pacjentów, za to bardzo dużo personelu i zamkniętych, zdaje się laboratoryjnych sal. Terapie też mieli dość dziwne, kiedy już zakończono formalności kapitan trafił pod narkozę i do jakiejś tuby gdzie przyjmował: „inhalacje z lokalnych wyciągów roślinnych” – jak doczytała się w jego karcie. Loran wydawał się być zadowolony z terapii i nie zostało im w sumie nic innego jak opuścić szpital i poszukać Rajana. Przechodzili właśnie przez izbę przyjęć, wpatrzeni już w delikatnie rozjaśnione niebo za oknami kiedy… - LORAN! Na łyse jaja druidów to naprawdę ty! – wesoły, męski głos wypełnił cały korytarz. Obun zamarł wmurowany w miejsce. Kilka uderzeń serca później pojawił się obok nich chodzący pagórek mięśni. Mężczyzna na oko miał sporo ponad dwa metry, ciało żylaste opięte czarnym paramilitarnym strojem który zapewne spodobałby się Rajanowi. Jasne włosy sterczały naokoło głowy na twarz o charakterystycznych rysach wykrzywiał szeroki uśmiech. Nieznajomy klepnął przyjacielsko obuna w ramię akurat w chwili kiedy ten odzyskał zdolność poruszania się i nawet udało mu się nie przewrócić. - Duke, co za niespodzianka – mruknął, rozcierając ramię. Olbrzym wyszczerzył się jeszcze bardziej. - Jak jasna cholera! Ile to lat? Pięć? - Osiem. - Faktycznie – Olbrzym uderzył się otwarta dłonią w czoło. – Na cherlawą kuśkę generała, to już osiem lat odkąd nas zwolnili. Ktoś by pomyślał, że trochę przytyjesz jak zejdziesz z więziennych racji! Loran westchnął. - Ktoś by pomyślał, że kiedyś nauczysz się zachowywać w towarzystwie – odparł i wskazał Aurorę. – Auroro, pozwól, ze przedstawię, Duke Halsen, stary znajomy. Duke to jest Aurora, młodszy oficer naukowy na moim nowym statku. Olbrzym spojrzał na nią i wyciągnął przed siebie wielka łapę. - Miło panienkę poznać. Dalej z niego taki sztywniak?
  6. The Loving one Wukor uparł się odprowadzić ją do kontroli jak na starszego brata przystało. Bezinteresowne akty dobroci zazwyczaj nie były w jego stylu i gdyby nie to że cały czas był zasępionym kłębkiem wściekłości możnaby pomyśleć że coś się z nim stało. Zwłaszcza kiedy mruczał o tym że zamierza też odstawić Jeylena. Formalności poszły ekspresowo i sprawnie. Już sama czerwona skóra zapewniała jej uwagę kontrolerów, a stojący obok samobieżny wulkan jeszcze dodatkowo zmotywował dwóch oficerów kontroli do sprawnej pracy. Już jakiś czas temu Wukor odkrył jak gapić się na ludzi tak że robili wszystko co w ich mocy żeby tylko przestał. - Uważaj na siebie, ta cała sprawa z dziadkiem i twoim mistrzem śmierdzi - oznajmił na do widzenia. - Daj znać jak będziesz po odprawie. Była pierwsza w swoim promie, co dawało jej swobodny dostęp do ławek. Nie żeby wybór był wielki, ot pod zakrytym przez składane skrzydła oknem albo kawałek od niego. Pozostała piątka zjawiła się szybko i kiedy już zajęli miejsca nietrudno było dostrzec wspólny mianownik. Wszyscy byli Sith, mniej lub bardziej czystej krwi. Miała przed sobą całkiem szerokie spektrum własnego gatunku. Trzech chłopaków i dwie dziewczyny o skórze w różnych odcieniach czerwieni. Jeden panów miał po cztery palce, z tego co kiedyś mówiła jej matka świadczyło to o wyjątkowo czystej krwi. Lecieli w milczeniu, większość zajęta robieniem posępny albo groźnych min. Nie byli w tym nawet w połowie tak dobrzy jak Wukor, ale trzeba było dać im punkty za entuzjazm. Jedna dziewczyna wyłamywała się z tej tendencji patrząc w okno na planetę która przed wiekami stanowiła miejsce narodzin ich rasy. Korriban, serce Ciemnej Strony Mocy. Akademie wbudowano w jeden z górskich masywów, do wielkiej piramidy prowadziła aleja kamiennych kokosów z pochylonymi głowami. W środku poprowadzono ich schodami na drugie piętro. Tam miał czekać na nich mistrz i nadzorca w jednym. Musieli go jednak najpierw znaleźć co takie łatwe nie było. Sala w której ostatecznie skończyli przypominała muzealnych magazyn. Prowizoryczne regały, zawalone zatartymi kamiennymi tablicami i posążkami tak starymi ze po ich kształcie trudno było się domyślić co mogły kiedyś przedstawiać. Wszystko to tak do siebie podobne, że trudno było stwierdzić czy i kiedy mijało się już ten regał. Mulie zyskała pewność że w ogóle porusza się do przodu kiedy zobaczyła lanvaroki - starożytne skrzyżowanie halabardy i strzelby na dyski. Proste egzemplarze nie raz widziała na Yavinie w rękach Massassich. Te na które teraz patrzyła były o niebo lepiej wykonane i większe. Bardziej niż halabardy przypominały olbrzymie wibrotopory o długich styliskach, nikt poza Massassim nie mógł chyba nawet marzyć o tym żeby unieść jeden z nich. Ostrza i głowice zdobiły znaki, wyraźniejsze niż na tablicach. Za lanvarokami znajdował się regał czaszek. Czarnych od starości, potłuczonych ale definitywnie należących do Sithów. Mulie nie wiedziała jak to się stało, ale całą szóstka skończyła właśnie tam, chociaż pierwotnie rozeszli się w różnych kierunkach. - Powinienem zapewne powiedzieć, że należały do waszych poprzedników. - oświadczył nonszalancko głos za ich plecami. -Ale byłoby to trochę zbyt oczywiste kłamstwo, więc powiem tylko: Witam w zakątku wyrzutków. Stał za nimi przy stelażu lanvaroków, oparty nonszalancko o jeden z wielkich toporów. Na oko był gdzieś po trzydziestce ale jeszcze daleko przed czterdziestką. Czarne włosy opadły na ramiona znoszonego, definitywnie roboczego płaszcza, żółte oczy wędrowały spojrzeniem po ich twarzach. Coś w tym jak na nich patrzył przywiodło Mulie na myśl drapieżnika i bynajmniej nie chodziło o uśmiech odsłaniający lekko zaostrzone zęby. - Doskonale wiecie kim jestem, ja też dobrze wiem kim jesteście wy, więc nie ma potrzeby strzepic sobie języków na prezentacje. Z resztą, pewnie chcecie wiedzieć co wam spadnie tym razem na głowy. Uzbrójcie się w jeszcze trochę cierpliwości. Zmienił nieznacznie pozycję, dostrzegła że u pasa poza zwykłym mieczem świetlnym miał też tradycyjnie wyglądająca broń. Sięgnął do boku ale nie po broń ale czerwone zawiniątko. Kiedy rozwinął je w dłoni Mulie dostrzegła kilka połyskujących szkarłatem przypinek z wytłoczoną koroną. - Co to znaczy być Sith? - zapytał przypatrując się im z akademicką ciekawością. - Nie pytam tu o zakon, ale o rasę. Co znaczą dla was wasze znamiona, wyrostki i czerwona skóra? Jego wzrok zatrzymał się na chłopaku z czterema palcami. - Sek? Czteropalcy drgnął wywołany do odpowiedzi. Przez chwilę milczał patrząc na mistrza. - Być Sith to urodzić się żeby władać. Mistrz uniósł brew. - Nawet teraz, na granicy wyginięcia trochę nas za dużo żeby to mogło udać się każdemu. - stwierdził sucho wyciągając w stronę chłopaka jedną z przypinek. Czteropalcy złapał ją mocno i ukrył w pięści. - Sadow? Szczupły i wysoki chłopak o wyjątkowo ciemnej skórze drgnął, po czym odparł dość szybko: - Być Sith, to być blisko Mocy. Tilan uniósł brew. - Nie zbyt pospolite? - spytał, kiedy chłopak zgłosił się po swoją odznakę. - Inne gatunki to marne podróbki. - Powiedz to Mrocznej Radzie, będą zachwyceni. Tymczasem wzrok mistrza padł tym razem na Mulie, w palcach obracał czerwoną przypinkę. - Ragnos?
  7. The Pride one Miała dziwne przeczucia już od samej kontroli. Oficerowie w szarych, imperialnych mundurach długo oglądali Mono, rozmawiając ze sobą cicho. Wydawali się sztywni jak marionetki i w pewnej chwili nawet przestała na nich zwracać uwagę. Z każdą kolejną sekundą spędzoną przy bramkach narastało w Roshan dziwne uczucie. Jakby coś zimnego pełzało jej po skórze i wkrótce mogła myśleć tylko o tym. Przypomniało jej o domu, całkiem logiczne skoro dotąd nie miała żadnych wspomnień z domem niezwiązanych. Czuła coś podobnego kiedy wypuszczała się do lasów na Yavinie, zazwyczaj obok któregoś z tych grobowców pod którymi Ya-Ra w obawie przed wyprawami Arcturusa rozstawiła swoich Massassi. Mieli za zadanie zawracać każde z dzieci Crow (zazwyczaj niezwykle skutecznym chwytem wielkiej czerwonej łapy za kark). Stali przed tymi grobowcami które były na liście arcaniańskiej macochy w kategorii: Zwariowałeś? Nie ma mowy! Nie myślała teraz jednak ani o Ya-Rze, ani o jej czerwonych pupilach tylko o chłodnych podmuchach, które ziały za ich plecami, z ciemności starożytnych grobowców Yavin 4. Teraz podobne czuła z za barierki gdzie na straży stało dwóch Sithów w pełnych, czerwonych zbrojach i z każdą kolejną sekundą czerwień tych pancerzy stawała się wyraźniejsza. Zupełnie jakby taki właśnie kolor miały przybrać jej złe przeczucia. W końcu po wyłączeniu droida, i wyczyszczeniu mu pamięci dostała Mono z powrotem, zapakowanego do plecaka razem z resztą rzeczy. Oficer wskazał jej drogę do jednego z małych promów. Wysłużone, nieuzbrojone jednostki służyły do transportu osobowego, tyle widziała już na pierwszy rzut oka. Nie była pierwsza w środku, kiedy wspięła się po trapie i otworzyła śluzę spojrzały na nią dwie pary oczu. Togrutanin i człowiek, młodzi o muskularnych ciałach i niepewnych spojrzeniach. Po krótkim czasie zjawiło się jeszcze trzech. Ludzie, chłopcy na oko niewiele starsi od Arcturusa, chociaż fizycznie więksi. Wszyscy jak jedno wyglądali jakby za milczeniem usiłowali ukryć niepokój. Jednak zawsze coś ich zdradzało, rozbiegane spojrzenie, zbyt sztywne plecy, dłonie mocno zaciśnięte na stalowym kiju. Zaśpiewały silniki, skrzydła maszyny rozłożyły się ukazując duże okna przez które z wysoka Roshan mogła podziwiać inne ustawione w rzędy promy. Przez chwilę wydawało się jej, że widzi tam gdzieś białą głowę Atonaia nim prom nie przyspieszył i pokonawszy energetyczną barierę zagłębił się w ciszy kosmosu. Korriban, brunatno-czerwony martwy świat, pierwsza obca planeta jaką podziwiała z orbity. Zbliżali się szybko do powierzchni, już po chwili prom wpadł w brunatne chmury atmosfery. Kadłubem zatrzęsło nieznacznie. Chwyciła mocniej swoje siedzenia. Zasłona chmur opadła, zmierzał do ziemi stałym tempem. Roshan widziała zapłatę zygzaki masywów górskich, kilka z nich łączyło się w czymś co wyglądało jak czarno czerwona piramida. - Tam właśnie umrzecie. Większość z was. Spokojne słowa sprawiły, że drgnęła. Nie ona jedna, chłopak siedzący obok też podskoczył na swoim siedzeniu odwracając się gwałtownie w stronę kokpitu. Mężczyzna w czerni stał w uchylonych drzwiach. Patrzył na nich surowo czerwonymi oczami o czarnych źrenicach. Wydawał się młody, młodszy niż jej matka, chociaż trudno było ocenić, wyglądał obco. Roshan podejrzewała, że mógł być potomkiem Chissów, bo jego skóra była niebieska jak burzowe niebo, jednak rogi na głowie i czarne tatuaże na twarzy zdecydowanie miał zabracze. Był wysoki, wyższy niż ojciec, tak wielki jak Wukor, o którym w rodzinie mówiło się, że postanowił przerosnąć Massassich. Kiedy zamknął za sobą drzwi i wkroczył pomiędzy nich poruszał się z płynnością drapieżnika. Zaglądał im w twarze i sądząc po coraz bardziej zmarszczonych brwi ach to co widział nie podobało mu się za bardzo. Prom kołował ponad piramidą powoli zmniejszając pułap. Pilot nie spieszył się dając im czas żeby dokładnie się przyjrzeli. Następnie odbił w bok i wciąż obniżając pułap pofrunął ponad szpalerem składającym się z wielkich posągów niewolników z pochylonymi głowami. W piachu uwijały się drobne czarne punkcik postaci. Prom niósł ich w głąb jednej z dolin znajdującej się między wyszczerzonymi jak zęby szczytami. Kluczyki tak robiąc szybkie skręty. Widzieli z góry zasypane piaskiem posągi, ukryte pułapki przepaści, ciemną mgłę snującą się po ziemi przy wejściach do grobowców, stada dziwnych stworzeń pędzące dolinami. - Powstań - powiedział mężczyzna w czerni, na tle stanowczo że go posłuchali. Prom złożył skrzydła i zwolnił, zniżył też pułap, wyglądało jakby zbierał się do lądowania. - Jestem Celar Moren... - oznajmił. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej podłużne pudełko. - ...i przez najbliższy rok będę waszym bogiem. - W pudełku znajdowało się sześć czarnych przypinek z symbolem przerwanego okręgu. - Jesteście moi i mogę z wami zrobić co chcę. Drzwi po bokach maszyny otworzyły się. Do środka w jednej chwili wdarł się wiatr i piach. Roshan tak jak i jej towarzysze, zebrali się na środku obok swojego zarządcy. - Jesteście tutaj bo, ktoś bardzo głupi albo bardzo pijany, uznał, że możecie być Sith. I teraz muszę się z wami użerać. Czerwone oczy przez chwilę podróżowały po ich twarzach nim zatrzymały się na Roshan. Mężczyzna wziął jedną z przypinek i przystawił ją do jej szaty na ramieniu. Poczuła jak igła wbił się w materiał niemal sięgając skóry. Chwilę potem zatrzeszczał zatrzask. - Akademia Sith na Korriban, to nie jest miejsce gdzie można sobie tak po prostu trafić. - oznajmił patrząc na Roshan z powagą, musiała zadrzeć podbródek bo górował nad nią niemal o głowę. - Ale o tym zaraz się przekonacie. Nie wiedziała jak to się stało, była pewna swojej równowagi, a jednak pokład nagle uciekł jej pod nóg. Zawył wiatr a skręcające się ciało pochłonął bezwład upadku. Szczyty przekoziołkowały jej przed oczami a potem na chwilę zapadła bolesna ciemność. To nie tak że straciła przytomność, bolesny upadek po prostu na chwilę skupił na sobie wszystkie zmysły. Chwilę potem patrzyła już na szare niebo i małą sylwetkę promu znikającą w oddali. Była cała. Chyba. Wszystkie kończyny grzecznie się zginały, tylko tyłek trochę ją bolał. Wylądowała po środku małej doliny, obok leżał jej plecak i pałka. Poza nimi za towarzystwo miała górski wiatr i piach, oraz żadnego pojęcia gdzie się właściwie znajduje.
  8. Gwałtownych uciech i koniec gwałtowny; Są one na kształt prochu zatlonego, Co wystrzeliwszy gaśnie. Miód jest słodki, Lecz slodycz jego graniczy z ckliwością I zabytkiem smaku zabija apetyt. W. Szekspir "Rome i Julia"
  9. Po naradzie w ratuszu Jan Żiżka udał się na kwaterę, choć tym razem nie był to obskurny namiot opodal pobojowiska, lecz mieszkanie jakiegoś kupca wygnanego z miasta w związku z podejrzeniem o wspieranie Luksemburczyka to hejtman nie zamierzał korzystać z uroków owego lokum. Czekało go sporo pracy nim zażyje zasłużonego odpoczynku. Wpierw należało przestudiować raporty księdza Ambroża tyczące się ludzi, których można by posłać do Kutnej Hory nim Hus się rozmyśli. Do tej pory nadal dziwiło to Żiżkę, że Hus jakby nieświadom godzi się na posyłanie armii ze sztandarem kielicha do walki z wrogami, ale jeśli idzie już o konkretne jednostki to potrafi decyzję odmienić dostrzegając okrutny los jaki znajduje się na końcu drogi owej jednostki. A przecież cóż to znaczył jeden człowiek, jeśli walka toczyła się o naprawę całego świata. Toteż Żiżka jedynie poluzował paski zbroi i zrzucił żelastwo na podłogę by ulżyć plecom, zasiadł na fotelu za biurkiem i jął przeglądać karty pergaminu zapisane zdecydowanym pismem przez Ambroża, człowieka mieniącego się kapelanem wojska, a wszak mającego więcej wspólnego ze szpiegiem niźli z kaznodzieją. -Coż tu mamy - pomrukiwał drapiąc się po policzku pokrytym szczeciną zarostu - Hynek z Jicina, waleczny, oddany kielichowi - wzrok przesuwał się w dół karty oświetlanej mdłym blaskiem świec - spalona lewa strona twarzy; Warcislav, człek obyty, zapewne łotr z jednej z licznych przed wojną band rabusiów; Zdynek, dawny pisarz miejski, oczytany ale płochego serca - kolejne karty będące charakterystyką ludzi lądowały na osobnym stosiku - Jan z Piławy, polak, podobno bijał krzyżaków; Sambor, kolejny polak do tego młokos, ale zawołany łucznik; Delion, podaje się za polaka, ale z miana wnieść można że to jakiś południowiec, zapewne dezerter; Boleslav, dzielny, pijak; Vilem, łotr nad łotrami, siedzi w lochu podejrzany o kradzież - studiował dalej ludzkie losy hejtman zerkając co jakiś czas na piasek przesypujące się klepsydrze -Eh, mus wybrać kogoś - wymruczał sam do siebie, analizując to co przyszło mu przeczytać, w końcu machnął i zawołał giermka podając mu trzy kartelusze - niechaj z rana brat Ambroż stawi się u mnie z tą trójką I tak oto odrzucając ludzi niepewnych lub też zbyt rzucających się w oczy albo zwyczajnych łotrów, którym to Żiżka nie chciał powierzać powodzenia misji los już z rana miał złączyć trzech rodaków, którzy jeśli im się powiedzie zostaną bohaterami, a jeśli nie to machina historii zmieli ich kości w bezimiennym grobie. *** Jan po udanym wypadzie jakiego dokonało wojsko kaliszników na tyły szturmujących mury Pragi, rad napiłby by się piwa, toteż nie przyłączył się do chóralnych śpiewów zwycięskich wojowników, ale udał się do hospody nieopodal Vysehradu, choć lokal przypominał raczej teraz zwykły dom, bo ani muzyki, ani innych rozrywek zaznać nie można było. Polakowi niezbyt to przeszkadzało, ważne że piwo było chłodne i nie rozcieńczone wodą, tak oto spełniając kufel trunku zastał go wyrostek nakazujący się stawienie rano w kościele Matki Bożej Śnieżnej, nim najemnikowi udało się choćby zacząć pytanie co zacz znaczy owo zaproszenie wyrostek zakręcił się na pięcie i już śmignął przez wrota w noc. Sambor podczas odpierania szturmu został przydzielony do cechu rzeźników mającego pieczę nad odcinkiem murów opasujących Nowe Miasto, może były to i chłopy rosłe, które tasakami wywijały jak piórkiem to brakło im strzelców, toteż Polak miał i okazję dać ramionom popracować przy naciąganiu cięciwy, a i w takiej kompaniji był względnie bezpieczny, bo jakby ten odcinek murów krucjatowe rycerstwo atakowało mniej zażarcie co wiązać się mogło z tym, że pierwsze drabiny które się o niego oparły szybko znalazły drogę na dół wraz ze zmasakrowanymi truchłami rycerze. Teraz na górę dostarczono beczki z piwem i jęto rozprawiać o przewagach nad niemieckim rycerstwem. Samobor przysłuchiwał się uważnie żądny wiedzy o jakowyś krzyżakach, co to by ktoś ich spostrzegł. Niemal nasłuchiwał z otwartymi ustami, gdy z zasłuchania wyrwało go pacnięcie w ramię i szybko przekazane słowa o konieczności stawienia się w kościele Matki Bożej Śnieżnej. Nim Dyszkant na dobre przetrawił nowinę, młody chłopak już znikał z muru, tylko jego płowa grzywka błysnęła jeszcze w świetle pochodni i młodzian zręcznie już manewrując wymijał ludzi pędząc na dół na złamanie karku zapewne z misją uwiadomienia kogoś jeszcze. Delion wraz z kompanami już sposobił się do udziału w dziękczynnej procesji, która miał przejść ze Starego na Nowe Miasto, gdy niepostrzeżenie podszedł do niego wyrostek i obwieścił, że brat Ambroż pragnie się z nim spotkać jutro rano w kościele Matki Bożej Śnieżnej. Ten sam Ambroż, który nie tak dawno przecież z nim rozmawiał i zdawał się badawczym spojrzeniem wwiercać w jego duszę. Już mężczyzna chciał wypytać chłopaka o chodzi, ale nagle potrącony przez kogoś zdołał tylko zobaczyć oddalające się plecy chłopaka.
  10. I only know one story. But oftentimes small pieces seem to be stories themselves. Patrick Rothfuss, "The Name of the Wind"
  11. ******* Szedł szybkim krokiem po schodach wieży. Szedł to może mało powiedziane, on biegł. Przeskakiwał po dwa stopnie, chcąc jak najszybciej dotrzeć do swej komnaty. Znalazł się na swoim piętrze, błyskawicznie skierował się w najbliższy korytarz, pragnął być bezpieczny. Pragnął uciec od niego. Rozejrzał się po miejscu w którym się znajdował. Nie, coś tu nie pasowało. Tu powinna być komnata Sheiry, a przy drzwiach do niej posąg dostojnej Ashabellenar. Dlaczego tu tego nie ma? Z paniką w oczach starał się wypatrzeć znajome dla niego widoki, ale nic takiego nie widział. Zamiast tego ujrzał dziwne wazy, na których można było dostrzec nieznane dla mrocznych elfów malunki. Był przerażony, to nie jest korytarz znajdujący się na 5. piętrze ishtarskiej wieży magów, ulokowanej w Zakazanym Mieście, o nie. On jest w zupełnie innym miejscu. Nie mógł jednak zastanowić się nad tym, gdzie się znajduje, bowiem do jego uszu dotarł złowrogi szept. - Nadchodzę…. Szybko odwrócił się i wybiegł z powrotem na klatkę. Nikt nie nadchodził, nikogo nie widział na schodach prowadzących na piętro. Jednak ponownie Go usłyszał. - Widzę cię… Był zdezorientowany. Jak możesz mnie widzieć, skoro nikogo nie widzę aby szedł po schodach? Ale coś nie dawało mu spokoju. Ten głos brzmiał jakby dobiegał z góry. Ale przecież nic nie ma wyżej. Dobiegł on przecież na ostatnie piętro wieży. Mimowolnie jednak spojrzał w górę. Z ust wyrwał się krzyk przerażenia. Jego oczom ukazały się kolejne piętra wieży. Nie kończyła się ona na piątym pietrze, o nie. Ciągnęła się jeszcze wyżej, o kilka kolejnych kondygnacji. Jednak nie to go przeraziło. Przez barierkę wychylał się On. Najczarniejsza czerń pokrywała całe jego ciało. Ciężko powiedzieć czy to był jego naturalny kolor czy po prostu tak padał na niego cień, Wpatrywał się On w niego niczym łowca, który w końcu zapędził ofiarę w róg, z którego nie ma ucieczki. Uśmiechnął się niczym dotknięty obłędem, obnażając równy rządek białych, ostrych zębów, tak jakby prowadził grę, której zasady były znane tylko jemu. Stał sparaliżowany, wpatrywali się w siebie przez kilka sekund. Jeden wyraźnie chciał uciec, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Drugi był zafascynowany, wręcz podniecony tym widokiem. W końcu, z wielkim trudem, mag ruszył z miejsca. Upadł, potknąwszy się o dywan. Zebrał w sobie dość siły by się podnieść i kontynuować ucieczkę, która niecałą minutę temu została przerwana. Wrócił na ścieżkę z której niedawno zszedł. Biegł, nie oglądając się za siebie, co jakiś czas potykając się o skrawek własnej szaty. Nie miał czasu na rozmyślanie o tym, gdzie jest. Wiedział już, że nie w wieży magów. Na pewno to nie było miejsce w którym żył od dwudziestu lat. Rzeźby przedstawiające ishtarskie bóstwa i słynnych magów zniknęły. Teraz otaczały go posągi zakute w zbroje. Był on coraz bardziej zdezorientowany. Biegł ile sił w nogach, najpierw skręcił w prawą odnogę skrzyżowania, potem w lewo… na piątym poziomie Bractwa Magów nie ma skrzyżowań do cholery! Co się dzieje?! Zerkał za siebie co jakiś czas, tylko po to aby uzmysłowić sobie, że On kroczy za nim, jest tuż tuż. Płomienie świec gasły w równomiernym tempie, to była obecnie jedyna wskazówka na temat tego, gdzie On się znajduje. „Ucieknę mu, wiem to!” powtarzał sobie. Jego szata, symbol członkostwa bractwa, mu w tym jednak nie pomagała. Potykał się o nią co jakiś czas, klnąc pod nosem. Jednak droga ucieczki gwałtownie się skończyła. Nie było już żadnych innych skrętów i skrzyżowań. Korytarz zakończony był dębowymi, masywnymi drzwiami. Ślepy zaułek? Podbiegł do nich i z drżeniem serca mocno je popchnął. Udało się! Nie były zamknięte. Co za ulga. Przekroczył próg pomieszczenia i zamknął drzwi kluczem, które tkwiły w nich po wewnętrznej stronie. Ostatnie spojrzenie na to co działo się w korytarzu pozwoliło mu zauważyć, że wraz z trzaskiem zamykających się drzwi, zgasła tam ostatnia pochodnia. Przynajmniej w pomieszczeniu poczuł się bezpieczny. Dla pewności jednak przesunął niewielką szafkę aby jakoś zabarykadować te dębowe wrota. Po chwili sporych rozmiarów fotel też został dopchany w pobliże szafki. Cofnął się na środek pokoju, dysząc ciężko. Chucherkowate ciało maga nie było przyzwyczajone do taszczenia ciężkich mebli. Nie wiedział co robić dalej. Z przerażeniem w oczach rozejrzał się po miejscu w którym przebywał. Doszło do niego, że nie ma tu żadnych okien. Wzrok skierował na jedyne wyjście z tego miejsca. Minuty mijały bardzo wolno. Właściwie to nie były minuty, ale sekundy. Wszystko odbywało się jakby było w zwolnionym tempie. Szepty i hałasy dochodzące z korytarza ucichły. Udało mu się uciec? Powolnym krokiem zaczął zbliżać się do drzwi, chcąc przyłożyć ucho i sprawdzić czy niebezpieczeństwo minęło. Nagle jednak poczuł przenikliwy ziąb, który wywołał dreszcz na jego ciele. Do uszu zaś dotarły słowa, które sprawiły, że wybałuszył oczy. - Tu cię mam... - wyszeptał zadowolony, uśmiechając się za jego plecami. Mag odwrócił się błyskawicznie, ale momentalnie poczuł skurcz, który ogarnął całe jego ciało. Zastygł, wpatrując się w szmaragdowe oczy osobnika, który właśnie pozbawiał go życia. Głowa lekko opadła sprawiając, że widział sztylet wbity w klatkę piersiową. Czuł, że ostrze przebiło jego serce. Kaszlnął, wypluwając z ust trochę krwi. Mgiełka powoli zakrywała mu to co widział, aż w końcu upadł martwy na podłogę. Szata maga wchłaniała jego krew, ale po chwili szkarłatna ciecz zaczęła pojawiać się na podłodze. Pusty wzrok wpatrywał się w sufit, a przy nim nie było nikogo. Był sam, w zamkniętym od wewnątrz pomieszczeniu. Nowy dzień w bractwie magów rozpoczął się od przerażającego krzyku jednej z uczennic. Sellion Acre'atyc, młody adept zakonu, został znaleziony martwy w swoim własnym, małym pokoju. ****** Poranne promienie słońca leniwie wpadały do pokoju, w którym spała Laura Valentine Astaroth Maplefall. Jej główka spoczywała na podusi, a co jakiś czas z jej usteczek wydobywało się delikatne mlaskanie, znak tego, że mała „Asterka” czuje się bardzo dobrze i jest jej wygodnie w łóżku. Oprócz tych dźwięków, uśmiechała się delikatnie, sama do siebie. Od ponad tygodnia przebywała u maga Bertranda Lorreine'a na jego zaproszenie, który swój dom ulokował w pobliżu Jeziora Górnego, konkretnie na północnym jej brzegu, na terytorium Kanady. Największe jezioro z całego kompleksu Wielkich Jezior Ameryki Północnej. Najczystsze spośród całej piątki akwenów tworzących to „zbiorowisko wodne”. Nie znała za bardzo szczegółów, ale wiedziała, że Bertrand pragnie sprawdzić, czy też udoskonalić, jedno ze swoich zaklęć. Miało to coś wspólnego z transmutacją, zmiennokształtnymi… Tyle wiedziałaś. Ale kto jak nie ty, najlepiej się zna na tych sprawach? Pobyt w Kanadzie jak dotąd mijał tobie spokojnie. Cieszyłaś się letnią porą, jaka teraz była w tym rejonie. Czas spędzałaś na czytaniu różnych książek, włóczeniu się po okolicy w poszukiwaniu „tylko-ty-wiedziałaś-czego”. Jak to się nazywa? A tak, „zabić-nudę”. Oprócz tego malowanie paznokci, twój konik. A teraz rozpoczynał się ósmy dzień twego pobytu w kraju syropu klonowego. Co by nie mówić, smakował tobie i to bardzo. Nowy dzień jednak nie mógł znajdować się w stanie uśpienia przez cały czas. Rozległo się pukanie i drzwi do twego pokoju otworzyły się na roścież. W progu pojawił się Corin, znałaś go, był on swego rodzaju czeladnikiem Bertranda. Chłopiec na posyłki, a przy okazji uczeń. Pilny, ale cholernie roztrzepany. Jak zawsze ubrany był w seledynową szatę maga, pragnął się wczuć w przyszłą rolę – jak sam to określał, ale szata była ciut za mała i widać mu było kawałek jeansów, wystający spod ubioru. Jego głowę zdobiły rozwalone niczym ptasie gniazdo, kruczoczarne włosy. Nigdy ich nie mógł ogarnąć. Wszedł wnosząc tacę ze śniadaniem. Aromat świeżo pieczonego chleba rozniósł się po pomieszczeniu, oprócz tego podano tobie słoiczek konfitur brzoskwiniowych, serek, twarożek, delikatną niczym Ty sama szyneczkę, a w szklance było cieplutkie kakao. - Dzień dobry Panno Maplefall – powiedział kładąc tacę na stoliczku obok łóżka – Czy wyspała się Pani? Pan Lorreine kazał mi Panią obudzić i poinformować, że dzisiaj będzie chciał dokonać pierwszej próby z nowym zaklęciem. Liczy on też, że Pani wiedza okaże się bardzo pomocna w tym dziele. Oczywiście proszę się nie śpieszyć, powie mu Pani, że jest gotowa wtedy kiedy będzie gotowa. - dodał. Wpatrywał się w ciebie przez kilka sekund, ale chyba żadne z jego słów nie dotarło do ciebie, bowiem nadal smacznie spałaś i mlaskałaś zadowolona języczkiem. Zrobił więc krok do przodu, schylił się i delikatnie cię szturchnął, gdyż trochę przypominałaś taki naleśniczek ze smakowitym nadzieniem. Tak mocno byłaś opatulona kołdrą, pod samą bródkę. Jak wspominałem, nowy dzień nadszedł, ale nikt nie miał pojęcia jak wiele rzeczy się dzisiaj wydarzy. - Proszę Panią. Budzimy się. Już nastała ósma – oznajmił cichutko.
  12. The Brave one Odprawa nie należała do przyjemnych, chociaż musiał przyznać, że spodziewał się tego. Przed nim odprawił się Allesh i kontrolerzy wydawali się tak zdziwieni tym że widzą przed sobą twi’leka że sprawdzali go trzy razy i nie byli do końca skłonni puścić nawet po potwierdzeniu z centrali. Allesh jak to Allesh, wydawał się pozornie nieprzejęty zamieszaniem, wesoło podrywał obie kontrolujące go panie oficer ostatecznie przekonując je że to naprawdę nie jest żaden przekręt. Odszedł chyba nawet z numerem jednej z nich. Po tym przedstawieniu Chiss mógł się spodziewać problemów. Nie były one jednak aż tak wielkie jak u jego młodszego brata. Dokumenty Dlara sprawdzono dokładnie, ale obyło się bez potwierdzania ich w centrali. Kiedy wzrok kontrolerek padł na imię mistrza obie wymieniły porozumiewawczo spojrzenia i puściły go dalej. Odszukanie właściwego promu wśród kilkudziesięciu stojących w hangarze nie zajęło mu wiele czasu. Kiedy podszedł bliżej dostrzegł drobne modyfikacje silników, które pozwalały maszynie poruszać się w atmosferze niemal tak sprawnie jak przeciętny myśliwiec. Ktokolwiek modyfikował to maleństwo chciał dostosować je do szybkich zwrotów i skręcających żołądek akrobacji. W środku zaś czekała na niego istna menażeria. Przy ścianie siedział KelDor zaciskając szponiaste dłonie na kolanach. Obok niego przycupnęła Duroska, tak jak większość przedstawicieli swojej rasy wydawała się smutna, może przez dziwnie wykrzywione usta, a może przez niebieską skórę, trudno powiedzieć. Za to siedząca naprzeciwko niej Miralanka miała zdecydowany wyraz twarzy. W kącie przycupnęła drobna, posiniaczona dziewczyna z opaska na oczach. Pięć łącznie z nim. Brakowało jednej osoby. Zjawiła się po kwadransie, wielki, czarny wookie wyraźnie zirytowany wpadł przez drzwi po czym zatrzasnął je za sobą z hukiem. Był wściekły, to nie ulegało wątpliwości. W tym składzie wyruszyli na Korriban. Kana Tarrid była falleenką, młodą, nie mogła być wiele starsza niż oni, jednak już nosiła blizny, nawet z nimi wydawała się ładna jak na swoją rasę. Oczekiwała na nich już na płycie lądowiska przechadzając się po jego płycie niecierpliwie. Chód miała sprężysty, ruchy pewne, sprawiały że czerwony, dopasowany pancerz wyglądał zarazem majestatycznie jak i groźnie. Towarzyszyła jej eskorta czterech obcych o twarzach przykrytych kościanymi maskami, Kaleesh, tak chyba nazywała się ta rasa. Byli uzbrojeni po zęby. - Baczność - oznajmiła zimno i coś w jej głosie sprawiło że natychmiast wszyscy wyprężył się jak struny. Minął ich pilot, który opuścił właśnie prom. Jeden z Kaleesh ruszył w stronę maszyny, pozostali ścian stali za plecami falleenki mierząc akolitow zimnym, ale i ciekawski spojrzeniem. - Jestem Kana Tarrid, mój mistrz wielki Darth Malgus, polecił mi nauczyć was co to znaczy być Sith. Patrzyła na nich z lodowatą ciekawością, jak naukowiec na próbki badawcze. Jeden z Kaleesh podał jej małą skrzynkę. Otworzyła ją i wyciągnęła w ich stronę tak żeby mogli zobaczyć zawartość. Sześć miedziano-czerwonych odznak z wytłoczonym sztyletem mieniło się w słońcu. - Powinnam dać każdemu z was po jednej na znak że należycie do tego miejsca i do Darth Malgusa. - spojrzała po nich a wzrok jej fioletowych oczu był nieodgadniony. Zatrzasnela pudełko i wręczyła je jednemu z Kaleesh. Ten skłonił przed nią głowę i razem ze wspolplemiencami odszedł do promu. Tymczasem Kana patrzyła twardo na akolitów. - W życiu Sith nigdy niczego się po prostu nie dostaje. - oznajmiła kiedy za ich plecami z szumem silników prom poderwał się do lotu. - Jeśli chcecie coś mieć musicie to wydrzeć dla siebie. - Wskazała gestem Akademię, wielką piramidę z kamienia, która górowała nad nimi wszystkimi. - Na moje słowo przez najbliższe trzy dni będziecie mieć tam schronienie. Tyle mam jeszcze dla was cierpliwości, nie będzie jej więcej. Oczekuje że w ciągu tygodnia odnajdziecie i odzyskać to co wasze. Niech Moc wam służy. Odwróciła się na pięcie I ruszyła w stronę wielkiej piramidy, która w słońcu mienila się czernią i czerwienią. Ponad jej ramieniem dało na horyzoncie nad Doliną Mrocznych Lordów znikała mała kropka promu a w.niej ich przyszłość ukryta w małej skrzyneczce.
  13. The Curioss one Było zimno. Całe jego ciało skostniało. Nie wiedział kiedy i jak, ale w pustce jaką zgodnie z instrukcjami matki, starał się wypełnić w czasie medytacji pojawił się lodowaty chłód. Ciemność pod oczami nie wydawała się neutralna lecz groźna. Słyszał swój własny oddech i dopiero po chwili dotarło do niego, że coś jest z nim nie tak. Był głośny, odbijał się echem od jakiejś wysokiej przestrzeni. Potem poczuł to w dłoniach, które przecież leżały złożone przed nim na kolanach. Owalny, chropowaty kształt, zimny kamień nie większy niż przycisk do flimsiplastu na biurku Ya-Ry, jednak jego ciężar był przytłaczający. Zupełnie jakby nagle chwycił kotwicę i ta ciągnęła go na dno otchłani. Przed oczami zobaczył skrzyżowane drzewca wielkich toporów, takich jak te, które nosili Massassi matki. Obraz brudnej flagi z symbolem baszty mignęła mu przed oczami i… Zadzwonił budzik. Przebudził się zupełnie zziębnięty i sztywny, zupełnie jakby siedział w lodówce, a nie na swojej koi. Został z obrazami pod powiekami, mrowieniem palców i bliźniaczką walczącą di drzwi, że już pora i co on tam wyrabia. Odprawa był trochę problematyczna. Co prawda nie do końca dla Arcturusa ale Sharena i Atonai musieli swoje dostać zanim oficerowie uwierzyli ze ich przepustki są autentyczne. Obecność Arcturusa, który zdaje się w przeciwieństwie do nich wyglądał jak trzeba pomogła. Niestety całą trójką byli na szarym końcu i musieli się spieszyć. Na szczęście szybko zlokalizował swój prom, w biegu trudno było się przyjrzeć maszynie, jasne jednak było, że właśnie zbierała się do startu. Kiedy wbiegał po trapie usłyszał głośne klaśnięcie i zaraz potem chichot. Oczywiście był ostatni. W środku na jednej z ławek podwieszonych pod iluminatorem siedziała czarnoskóra dziewczyna, z wysoko uniesionym podbródkiem i gniewnym wzrokiem, który trafił go jak pocisk. Nie wiedział jak to robiła, ale nawet zwykły strój akolity wyglądał jakby szył go na miarę najdroższy w sektorze krawiec. - Wspaniale, jest spóźnialski. Możemy startować! Obok niej siedział nastolatek, którego na pierwszy rzut oka można było zaklasyfikować jako: Nic dobrego, albo ewentualnie amanta dla ubogich. Czarne, romantycznie rozrzucone włosy jakoś przywodziły Arcturusowi na myśl Alesha. Zazwyczaj zapewne był wyluzowany. Zazwyczaj bo w obecnej chwili siedział z szeroko otwartymi oczami i dłonią przyciśniętą do policzka. Na przeciwległej ławce siedziały dwie kolejne dziewczyny, ruda była zgięta w pół i niemal dusiła się śmiechem. Drobniutka, mysia szatynka patrzyła przed siebie szeroko otwartymi, ciemnymi oczami. - Czyyy to było zgodne z regulaminem? – zapytała szybko. - Proszę cię, jeśli to zagrażało jego życiu to nie powinien tu nigdy trafić. – mruknął śniady chłopak rozparty wygodnie na trzeciej ławce. Wydawał się o kilka lat starszy niż cała reszta. Miał lisi uśmiech i coś w ciepłym kolorze jego skóry sugerowało, ze miał w przodkach czystokrwistych sith. Statkiem szarpnęło i Arcturus musiał zająć miejsce żeby nie upaść. Podróż się rozpoczęła. Korriban było pełne ciepłych kolorów, brązów, pomarańczy i czerwieni a jednak wydawało się lodowate. Ukruszone posagi ze smętnie spuszczonymi głowami, mrowie drobnych ludzików biegających wokoło wielkiej, czerwonej piramidy do której zmierzali, wszystko to wypełniał strach, napięcie wyczuwalne w Mocy i w powietrzu. Nadzorca Tremel, był ciemnoskórym mężczyzną w średnim wieku, emanował powagą, a to jak się poruszał było oszczędne i konkretne. Przyjął ich w swoim gabinecie, wygodnie siedząc za biurkiem przypatrywał się ich twarzom z akademicką ciekawością i lekko uniesionymi brawami. Myszka stała wyprężona na baczność tak, ze wyglądała jakby zaraz miały jej puścić kości. Elegantka starała się chyba nie wyglądać jakby patrzyła na ich nadzorcę z góry, co średnio jej wychodziło. Czerwonawy stał prosto i z naturalnością która zdawała się krzyczeć, ze należał do tego miejsca. Pseudoamant nie bardzo umiał przyjąć postawę, a może tylko usiłował zamaskować nerwy za niefrasobliwością? Ruda staął prosto w sposób zupełnie naturalny, jak ktoś nawykły do dyscypliny. Kiedy oczy nadzorcy zlustrowały ich już uważnie ten przemówił. - Jesteście tu by zostać Sith. Każde z was wychowywano właśnie dla tej chwili. Przez najbliższy rok będę pracował nad tym żebyście w pełni zrozumieli co to znaczy. – stwierdził, wstając wolno z miejsca. – Będziecie nie byle jakimi Sith, kiedy skończy się wasza służba tutaj część z was stanie na straży tego co zawsze było siłą Imperium, Tajemnic. To wyjątkowa role, dlatego Lady Safada, poleciła mi żeby i szkolenie było wyjątkowe. Potraktujecie je jako drogę. Jedną z wielu jaka was czeka. – Wyjął z szafki srebrne odznaki z wygrawerowanym na nich okrągłym symbolem planety. – Jednak zanim się wyruszy gdziekolwiek potrzebna jest mapa. Tym razem będą to dwie mapy. Jedną znajdziecie w skryptorium w Dolinie Martwych marzeń, drugą w Kancelarii Doliny Zdrady. To zadanie nie jest dla jednej osoby, więc podzielcie się na dwie grupy. Wyciągnął do nich dłonie, zarówno w prawej jak i w lewej trzymał po trzy odznaki. Popatrzyli po sobie zdezorientowani. - No dalej, nie mamy całego dnia.
  14. Do not stand at my grave and weep - Bracia: Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. Trudno się skupić, mimo najszczerszych chęci trudno się skupić na słowach kapłana. Zbyt wiele jest emocji. Emocji, które koniecznie trzeba ukryć, zwłaszcza teraz, zwłaszcza publicznie, zwłaszcza kiedy żal, strach i, przede wszystkim GNIEW usiłują wyrwać się na zewnątrz każdym porem waszej skóry. Zwłaszcza... ...tych "zwłaszcza" jest na tyle dużo, że swobodnie można je zamienić na "zawsze". Macie wiele do ukrycia. Być może nawet fakt, że znałyście kobietę, której ciało spoczywa w zamkniętej trumnie. Być może to, jak była wam bliska. Na pewno to, że wiecie dlaczego trumna jest zamknięta. Jak koszmarnie zmasakrowane jest ciało. Dlaczego jest zmasakrowane. Nie, nikt nie może się nawet domyślić co wiecie. Albo że mogłybyście coś wiedzieć. Taki jest wasz los w tym świecie. Świecie, w którym nikt nie zna waszych prawdziwych imion, waszych talentów, waszego przeznaczenia, powodów, dla których Matka Luna was wybrała. Ithaeur - gdzie odbywa się pogrzeb? Jak wygląda to miejsce? Jak zachowują się jego duchy? Elodoth - kto ze społeczności miasteczka uczestniczy w pogrzebie? Kim wasza towarzyszka, mentorka, przywódczyni, była dla tych ludzi? Rahu - dlaczego trumna jest zamknięta? Co zabiło tę kobietę? Kiedy to się stało? Jakie plotki chodzą po miasteczku w związku z jej śmiercią?
  15. Wślizgnęli się do doku przed pierwszą z jesiennych burz. Od dwóch dni czuli jej lodowaty oddech na plecach kiedy „Szary Zdobywca” pruł falę powracając z dalekiej północy. Niebo było szare i ciężkie od chmur kiedy Garlen zobaczył z oddali znajomą sylwetkę Gniazda. Wracał tam już po raz dziesiąty, a jednak za każdym razem posiadłość wydawała mu się zupełnie inna. Tym razem było coś ponurego w jego strzelistych wieżach. Ominęli port w którym skrywały się pomniejsze statki i wpłynęli do ukrytej zatoczki pod rodową posiadłością Vilidarich. Otoczona z trzech stron przez skały i zadaszona częściowo podczas budowania Gniazda przyniosła ulgę od niepokoju, którego Garlen nie uświadamiał sobie nawet do końca. Zaczęło się chyba od tego snu, w którym niebo ponad jego głową szarzało, a potem opadło białym deszczem popiołu na ziemię. W szarym, cichym świecie zobaczył w oddali sylwetkę jelenia, ale kiedy zbliżył się do niego dostrzegł, ze to tylko szkielet rozciągnięty na suchych gałęziach. Nie wiedząc czemu podszedł do niego i wtedy szkielet uniósł łeb i zawył żałośnie. Obudził się zlany zimnym potem obok Charlotte i pomimo jej usilnych zabiegów niepokój nie ustąpił do końca. Przez kilka dni czuł jakby ktoś nieustannie chodził za nim i patrzył prosto w kark. Cały dobry nastrój z jakim zawsze opuszczał północ prysnął. Dopiero teraz kiedy postawił stopę na skale Gniazda. To miejsce w połowie było jak dom, tak samo jak lasy północy, w których oddychał pełna piersią i czuł, że żyje. Był u siebie i czekała na niego długa, rodzinna zima. Anake witała ich w domu zawsze chętnie, traktując jak przyjaciół, ostatnie lody przełamali chyba dwa dni przed ślubem kiedy zabrała jego, Gabriela i Charlotte na prywatny rejs po zatoce. W piękny letni wieczór zaproponowała żeby tam i teraz, przy dwójce świadków, wymienili się przysięgami. Mogła sama udzielić sobie ślubu, była kapitanem, a tak znaczyłby o wiele więcej niż ceregiele przy „rodzince” i „stadzie dziwnych ludzi”. Oczywiście musieli przeprowadzić cały proces jeszcze raz publicznie, ale właściwie była to tylko formalność. Przez kolejne dziesięć lat jakie upłynęło od tego dnia Garlen mógł się przekonać nieraz, że może liczyć na Anakę, chociaż wciąż pozostawała dla niego trochę tajemnicą. Charlotte jak zawsze pierwsza wyszła na trap, o wiele gorzej od niego znosiła morskie podróże, dlatego pilnowała żeby wszystkie potrzebne rzeczy załatwić na samym początku. Potem robiła się coraz bardziej roztargniona, coraz gorliwiej wypatrywała brzegu i równie gorliwie na niego wypadała. A kiedy tylko pojawiła się na trapie z góry wąskich, wyciosanych w skalnej półce schód dobiegły ich bliźniacze głosy. - Mamo! Tato! - Ostrożnie na skale – Charlotte zawołała zupełnie odruchowo, aż za dobrze znając swoich synów by wiedzieć, ze lecą na łeb na szyję jakby czegoś takiego jak śmierć czy wypadek nie było. Podniósł głowę i tak jak się spodziewał pokonywali już ostatni odcinek przed przystanią, jak zawsze wyżsi o głowę odkąd ich ostatni raz widział. Dwóch siedmiolatków trochę masywniejszych niż elfickie dzieci ale nie tak pulchnych jak te ludzkie, identyczni o czuprynach o kilka tonów jaśniejszych niż złote włosy ich matki i szarych oczach Garlena. Nie byli planowani, ot pewnego lata złapała ich powódź na północnych bagnach sprawiając, że spędzili nadprogramowe trzy miesiące w chłodnej tajdze. Zdarzenie całkiem przyjemne dla Garlena Charlotte trochę odchorowała. Dopiero kiedy spóźnieni dotarli do Gniazda w środku zimy wyznała mu, że na pustkowi skończyły się jej zioła przeciwko „kłopotom” i cóż. Były kłopoty, a ona chciała za jego pozwoleniem te kłopoty zatrzymać. Więc je zatrzymali. Anake nie była zła, przynajmniej nie jakoś bardzo i tylko na początku. Teraz obaj bliźniacy mówili jej per ciociu i regularnie chodzili razem popływać. Rodzina Garlena w większości udawała, że chłopców nie ma, tylko Gabriel zdawał się dostrzegać ich istnienie, pozwalał się nazywać wujkiem i przywoził prezenty zawsze kiedy u nich bywał. Gilis i jego Lordowska Mość Pan Ojciec traktowali malców jak powietrze. Co było trudne biorąc pod uwagę ich żywiołowy charakter i to, że wszędzie było ich pełno. Żółty i niebieski – jak zwykła mawiać o malcach służba zupełnie niezdolna ich odróżnić, ot nie bardziej niż po tym że jeden zawsze miał na sobie coś żółtego, drugi, coś niebieskiego. Garlen był niemal pewien, że czasem się zamieniali, chociaż nigdy nie zdołał ich na tym przyłapać. Charlotte upierała się przy towarzyszeniu mu w podróżach praktycznie odkąd odstawiła ich od piersi. Może chodziło o dumę, a może i Gilisa, który zwykł kąśliwie stwierdzać, że jeśli nie nadawała się na Pierwszą Garlena to wycofa ja do hodowli. Uwagi Gabriela o tym, że to jest decyzja Garlena najstarszy z braci kwitował krzywym uśmiechem i krótkim: zobaczymy. Tak czy inaczej zawsze kiedy wracali trudno było ją odkleić od dzieci. Teraz też po uściskaniu ich odsunęła się niechętnie żeby mogli uściskać ojca. - Ciocia Anakę złamała nogę! – oznajmił żółty, kiedy całą czwórką kierowali się w stronę schodów. - Mieli jakąś stłuczkę na statku i teraz chodzi z takim długim kijem i mamrocze… ale nie wolno nam powtarzać co – dodał niebieski. Charlotte uśmiechnęła się pod nosem, marynarskie słownictwo Anakę było wszystkim znane. - Skoro chodzi to chyba nic poważnego? – zapytała. - Nie chce nam powiedzieć – stwierdzili chórem, trochę obrażeni. Potem przeszli w przeplatankę podczas której trudno było ocenić, który właśnie mówi. – Wujek Artemis też nie, ale... - …Duny i Callan mówią, że… - …spotkali statki wojenne… - …i było jakieś bum! Duny i Callan byli średnimi synami Artemisa Durane, pierwszego oficera u Anakę, chłopcy często bawili się z jego dziećmi, których nawiasem mówiąc miał już trzynaścioro, choć część opuściła już rodzinne gniazdo. Powrót do Gniazda był dla Garlena zawsze miłym doświadczeniem. Tym bardziej, że on i Anake już od dawna nie bawili się w podchody, jak to miało miejsce na początku. Garlen nie udawał nikogo innego niż był naprawdę, co przeszło dekadę temu poradziła mu Charlotte, i czego do dnia dzisiejszego się trzymało. To pomagało w utrzymywaniu dobrych relacji z żoną. Tym bardziej, że pod jej okiem wychowywała się dwójka jego synów, których matką była jego Pierwsza, a nie sama Anake. Fakt, że kobieta szybko przestała się o to gniewać i mieć żal do Garlena był kolejną z rzeczy na liście tych, za które elf podziwiał swoją żonę. I za które ją kochał. Nie przestawał też kochać Charlotte. Zatem od dziesięciu lat trwał w związku małżeńskim z jedną kobietą, którą kochał, mając dwóch cudownych synów z drugą kobietą, którą również kochał. Nie było to do końca normalne, z czego sam zdawał sobie sprawę, ale tak już po prostu było. Żył z dwiema kobietami, które różniły się od siebie tak, jak dzień może różnić się od nocy i był szczęśliwy. Tak prawdziwie szczęśliwy i spełniony. Nie przeszkadzało mu już nawet to, że ojciec i Gilis traktują jego synów jakby ci nie istnieli. Z początku go to bolało. To byli w końcu jego synowie. Krew z jego krwi. Z nieprawego łoża, których matką była niewolnica, jednak w ich żyłach płynęła krew Sirjów, co chłopcy często udowadniali, zwłaszcza jak już podrośli. Jednak brak akceptacji i zainteresowana synami ze strony starszego brata i rodzica całkowicie wynagradzał mu Gabriel. Młodszy brat był tym członkiem rodziny, którego Garlen zawsze chętnie gościł w Gnieździe, z którym pisywał listy kiedy tylko miał ku temu okazję i który nie patrzył na chłopców jak na okrutny żart bogów. Lubił ich, bawił się z nimi, gdy tylko nie widział tego nikt, kto mógłby donieść o tym ojcu lub Gilisowi. I to Garlenowi wystarczało. Dwóch zdrowych synów, dwie piękne kobiety, które darzył czystym uczuciem i brat, który jednocześnie był jego najlepszym przyjacielem. Brakowało mu jedynie Sil. Cioci Sil, która zawsze znalazła czas i cierpliwość dla chłopców. Która zawsze miała dobre słowo dla Garlena, jakąś mądrość, którą potrafiła przekazać w prosty sposób. Nowa Pierwsza Gabriela nie była zła. Przykładała się do swoich obowiązków i potrafiła dotrzymać tajemnicy, jeśli chodziło o kontakty Gabriela z bratankami. Ale przy wszystkich jej zaletach, miała jedną wadę, której nic nie było w stanie przyćmić – nie była Sil. Nim okręt wpłynął do zatoki, Garlen rzucił jeszcze jedno spojrzenie na strzeliste wieże Gniazda i gęste, ciemne chmury na niebie nad nimi. Nie podobało mu się to, jak złowieszczo wygląda jego dom. Ostatnim razem, gdy wyglądał w ten sposób, jeden z jego synów był ciężko chory. Bał się, że tym razem czeka ich podobna niespodzianka po powrocie – jego złość z powodu bezradności i nieprzespane noce Charlotte, kiedy wyrzucała sobie bycie złą matką, której nie było przy dziecko, kiedy była potrzebna. Sirja zrobiłby wszystko, by oszczędzić ukochanej podobnego przeżycia. Nie mógł jednak oprzeć się wrażeniu, że coś się stało podczas ich nieobecności. I znów przypomniał mu się ten sen. To truchło jelenia. To, jak silne poczucie niepokoju mu towarzyszyło. Wystarczyło jednak, by przybili do brzegu, a wszystko minęło, jak ręką odjął. Zwłaszcza, kiedy usłyszał radosne okrzyki swoich synów. Nawet nie próbował opuszczać pokładu przed Charlotte. Jego Pierwsza niemal sfrunęła po trapie, niesiona skrzydłami matczynej miłości. On sam, schodząc ze statku, z czułym uśmiechem patrzył na Charlotte wyściskującą dzieci. - Varlan, urwisie, znowu wyrosłeś! - zakrzyknął, przyklękając na jedno kolano i wyciągając ręce do synów, kiedy ci zostali wypuszczeni z rąk matki. Varlan otrzymał imię wybrane przez Charlotte. Garlen uznał, że jego Pierwsza ma prawo do nadania imienia ich dziecku. Tym bardziej, że on wybrał imię dla drugiego syna. - A ja to co? - zapytał z oburzeniem „niebieski”. - A ty jeszcze bardziej, Aegisie - Garlen zaśmiał się, obejmując w niedźwiedzim uścisku obu synów. Sam nie wiedział dlaczego takie imię nadał swemu synowi. Ani skąd przyszedł mu na nie pomysł. Tak jakby to imię przez cały czas siedziało z tyłu jego głowy, jakby zawsze miał je gdzieś na końcu języka. Zupełnie jakby to imię czekało tylko na okazję, by wypłynąć. Podnosząc się, zmierzwił jeszcze jasne włosy, które obaj odziedziczyli po matce i poprawiając łuk na ramieniu, pozwolił się poprowadzić w kierunku schodów. Krótki uśmiech, jaki posłał Charlotte, jak zawsze, gdy po rozłące witali się z dziećmi, zamarł na jego ustach, gdy usłyszał informacje o złamanej nodze Anake. A kolejne rewelacje, jakie wypowiadali synowie sprawiały, że rozbawienie ze sposobu w jaki opowiadali, mieszało się z troską o żonę. Jeśli skończyło się na złamanej nodze, to nie było aż tak źle. Choć Garlen potrafił sobie wyobrazić te słowa, których nie wolno było urwisom powtarzać. Tak, jego ukochana Anake potrafiła rzucać całkiem wymyślnymi wiązankami. - Chłopcy, gdzie jest teraz ciocia Anake? - zapytał z troską w głosie, której nie był w stanie ukryć. Chciał jak najszybciej zobaczyć się z żoną i dowiedzieć się co się stało. - Pani doktor mówi, że powinna leżeć… - zaczął Aegis. - …ale ona jej nie słucha. – podjął Varlan. - Była w srebrnym salonie… - …tym wychodzącym na morze. - Nie może chodzić po schodach… - …wtedy najwięcej mówi, tak śmiesznie… - …ale bez sensu. Wszyscy w domu nawykli już do przeplatanki, dzieciaki czasem potrafiły dać popis indywidualizmu, ale zazwyczaj zachowywali się jakby mieli wspólny umysł, przynajmniej częściowo. - Mali zdrajcy – padło ze szczytu schodów. - Ciocia zaczęła – odkrzyknęli chórem dalej oburzeni tym, że trzyma się coś w tajemnicy przed nimi. Anakę czekała na nich na samym szczycie wsparta na drewnianej kuli i… w sukience. Garlen dawno nie widział żony nawet w spódnicy jeśli nie liczyć oficjalnych okazji. Teraz długa, błękitna suknia zakrywała jej nogi. Elfka uśmiechnęła się zaczepnie, ale w jej oczach widać było ulgę, zupełnie jakby nie do końca spodziewała się ich zobaczyć całych i zdrowych. - Jak podróż? Anake i leżeć? Garlen nie wyobrażał sobie lekarskiego zalecenia, które byłoby bardziej sprzeczne z naturą jego żony niż to. Anake leżała naprawdę rzadko, właściwie tylko wtedy gdy musiała, a i wtedy wydawała się to robić przymusowo. Tak jakby była obrażona, że natura uniemożliwiła spanie i chodzenie jednocześnie. Srebrny salon był jednym z ulubionych pomieszczeń Anake w Gnieździe. Garlen wytyczał już w głowie najkrótszą trasę do niego, gdy usłyszał głos ukochanej. Gdy uniósł spojrzenie z głów synów w kierunku źródła dźwięku, na krótką chwilę oniemiał. Anake ubierała się w ten sposób niezwykle rzadko i zawsze wtedy wyglądała zniewalająco. Ulotnie i eterycznie. W sukniach wydawała się jeszcze bardziej tajemnicza, niż była na co dzień. Zamiast odpowiadać na jej pytanie, Garlen wyminął chłopców i sunąc po dwa stopnie jednocześnie, dopadł do szczytu schodów. Zamknął Anake w objęciach, a jej usta w pocałunku, któremu intensywnością mógł dorównać jedynie sztorm. - Tęskniłem - wyszeptał w jej usta, kiedy przerwał pocałunek. – Nie ma mnie kilka miesięcy, a ty tak rozrabiasz, że łamiesz nogę? - zapytał z zaczepnym uśmiechem, jednak w jego głosie i spojrzeniu kryła się troska. Oddała pocałunek. - Musze, inaczej dzieciaki pomyślą, ze tylko im wolno. – odpowiedziała krótko po czym cofnęła się w korytarz. – Chodźcie, pokoje czekają kazałam w nich napalić kiedy pojawiliście się na horyzoncie. Właśnie mieliśmy siadać do obiadu. Przytaknął tylko i uśmiechnął się do niej ciepło. - Pięknie wyglądasz - ujął jej dłoń. – Pójdziesz z nami? - Młodzi panicze powinni się ogarnąć przed posiłkiem – stwierdziła Charlotte czule, bliźniaki jęknęły chóralnie. – Jeszcze się nacieszycie ojcem, a teraz chodźcie, mama też musi się ubrać w coś co nie pachnie rybą. Przygarnęła ich do siebie i rzucając Garlenowi spojrzenie spod znaku: Masz chwilę spokoju, dziękuj mi, szybko nowa się nie trafi, ruszyła holem w stronę pietra. Anakę szła wolno wspierając się na kuli, kołysała się przy tym dziwnie a coś pod jej spódnicą stukało. - Wyglądam jak wypłosz, ale czemu mam psuć dobre spodnie – stwierdziła cicho. – Mieliście spokojne morze? - Tak, morze i wiatry nam sprzyjały - odparł, idąc wolno u boku żony. – I sądzę, że dziesięć lat to wystarczający okres czasu, by nauczyć się przyjmować komplementy od męża - stwierdził rozbawiony. Wywróciła oczami. - Pogadamy jak będę w sukienkach wyglądała chociaż w połowie tak dobrze jak Charlotte. Jedna elegancka kobieta ci wystarczy. Pokręcił głową z uśmiechem. - Skoro w pobliżu nie ma dzieci, możesz mi powiedzieć co ci się stało? Chłopcy zasłyszeli coś pokątnie o jakiejś flocie wojennej? Skrzywiła się. - Allinelczycy podpływają coraz bliżej ze swoją wojenką, mieliśmy incydent – stwierdziła krótko. Wojna w Vedzie zakończyła się ślubem wdowy po królu i jego bękarta, który teoretycznie powinien był pogodzić wszystkich. W praktyce zapoczątkował otwartą wojnę między Allinelą i Covadarem z udziałem Ileanu. Wojne, która za nic nie chciała się skończyć, wręcz przeciwnie pochłaniała kolejne elfickie państwa. Na południ w Cesarstwie Taoi trwała rebelia i wyglądało na to, że cały kontynent powoli zaczyna się tlić. Było to dobre dla interesów ponieważ handel niewolnikami kwitł, jednak sytuacja zaczynała coraz gorzej wyglądać dla Haeuro. Mówiło się że przystąpienie po którejś stronie jest tylko kwestią czasu. - Incydent - powtórzył za nią. – A którą częścią incydentu było, cytując chłopców „BUM”? - Tą w której zmusiliśmy ich żeby, że tak poetycko powiem: wypierdalali w podskokach z naszych wód terytorialnych. – syknęła. – Straciliśmy maszt w wymianie ognia. Garlen westchnął cicho, słysząc rewelacje żony. Wojna może i służyła interesom, ale coraz bardziej zbliżała się do ziem, w których odnajdywał spokój po wyprawach. Do ziem, gdzie wychowywali się jego synowie i gdzie czekała na niego żona. - Jak poważne jest to złamanie? - zapytał z troską. Machnęła ręką. - Nic wielkiego, poboli i przestanie. - Na pewno? - zapytał podejrzliwie. Prychnęła. - Jak cię znam i tak zrobisz kontrolę. – rzuciła lekko, z delikatnym uśmiechem na ustach. – Albo spytasz tej histeryczki lekarki. - Owszem, zapytam - stwierdził z uśmiechem. – Ta histeryczka od czegoś tutaj jest. I to, że dla ciebie otwarte złamanie jest traktowane w kategorii draśnięcia, nie znaczy, że dla każdego tak jest - dodał rozbawiony i spojrzał na nią, mrużąc delikatnie oczy. – A co do kontroli… żebyś wiedziała, że mam zamiar sprawdzić osobiście twój stan, kochanie. - Rozumiem, że dzisiaj mam się spodziewać wizyty wieczorem? - Tak, jeśli będziesz czuła się na siłach - odparł z uśmiechem. – A zmieniając na chwilę temat… widziałem zatroskanie na twojej twarzy, kiedy nas witałaś. To wynik naruszania wód terytorialnych, czy też dzieje się coś jeszcze? - Ja i nie czucie się na siłach? – prychnęła jak rozdrażniony kot, ale zaraz spoważniała. - Widzieliśmy białe fregaty – stwierdziła krótko. – Nie, nie próbowaliśmy ich ścigać, nie oszalałam jeszcze. Białe fregaty, tajemnicze statki z Allineli o białych żaglach dorobiły się ponurej sławy, podobno wypełniała je magia, która potrafiła zniszczyć cały konwój w jednej chwili, były szybkie, umiały pływać pod wiatry… i w sumie według legend umiały wszystko. Tylko nikt się z nich nie śmiał, nie kiedy coraz więcej statków ginęło na morzu. - Białe fregaty? - zapytał z niepokojem w głosie i ściągnął brwi. – Bosman Ehret nazywa je Fregatami Duchów. I gdyby nie to, że tak wielu je widywało, uznałbym, że one nie istnieją, że są tylko legendą. Postrachem dla wrogów - potarł podbródek nerwowo. – Zmierzały gdzieś w te okolice? - Tak przypuszczam – westchnęła cicho. – Nie podoba mi się to, Illeian i Allinela coraz mocniej naciskają żebyśmy dołączyli do tej ich głupiej wojenki o nie wiadomo w sumie co. - Pytanie kto ma mocniejsze argumenty - mruknął Garlen. – W obliczu wojny otaczającej świat dookoła bardzo trudno zachować neutralność. Nawet jeśli bardzo się chce. - A nawet jak się próbuje pływają ci okrętami wojennymi po podwórku – mruknęła niezadowolona, przetarła skroń odgarniając na ramiona kilka kosmyków włosów. – Lepiej nie wspominajmy o tym przy młodych, bliźniaki już od miesiąca marudzą, że wojna się skończy zanim będą duzi i będą mogli zostać żołnierzami. Charlotte ostatnio nie reagowała na takie uwagi najlepiej. - Dobrze - przytaknął. – Chłopcy jak to chłopcy, myślą o wojaczce jako dobrej zabawie. Zbyt wielu przekonuje się na własnej skórze, że wojna z zabawą ma bardzo mało wspólnego - w jednej chwili spoważniał, tracąc dobry nastrój. Nie tego spodziewał się po powrocie do domu. – Artemis też jest ranny? Czy stary farciarz wyszedł z tego bum bez szwanku? - On? A widziałeś go kiedyś poważniej rannego? – stwierdziła rozbawiona. – Może i nie robi się młodszy ale czas jeszcze się do wgryzł na dobre. To tylko ja jestem taka narwana – skrzywiła się, wyraźnie zła na całą tę sytuację. - Pewnie gdyby się ciebie tak nie bał, to próbowałby cię jakoś powstrzymywać lub hamować - stwierdził Garlen, uśmiechając się nieznacznie do żony. – Zobaczysz, w mgnieniu oka znowu będziesz chodziła, a kula nie będzie ci potrzebna. - Nie chodzi o kulę, jest nawet fajna, służba mnie uważniej słucha, chyba boją się, że im przyłożę – stwierdziła na wpół żartem. - No tak, zawsze to jakiś podręczny argument, którego można w dowolnej chwili użyć - stwierdził, zbliżając się nieco do Anake. Objął ją dłonią w pasie, zrównując się z nią rytmem. – Więc o co chodzi, jeśli nie o kule? Odetchnęła i wyprostowała plecy patrząc na niego tak jakby trochę nieśmiało, co się jej raczje na trzeźwo nie zdarzało. - W skrócie to… - TAAATOOO – chóralny wrzask wdarł się jej w słowo i po chwili z tumultem godnym oddziału wojska Aegis i Varlan zbiegli z piętra, przebrani, czyści na tyle na ile mali chłopcy są do tego zdolni i zdecydowanie stęsknieni za obecnością ojca. Dopadli go błyskawicznie. - Jesteśmy już dusi… - …sam tak powiedziałeś… - i tak się zastanawialiśmy… - …czy już dość duzi żeby… - …nauczyć się strzelać? Było coś nieskończenie urzekające, kiedy patrzyła na niego w ten sposób. Ta silna kobieta, która nie bała się zaśmiać niebezpieczeństwu twarz, patrząca na niego z tą dozą nieśmiałości i niepewności. To zawsze ujmowało go za serce, sprawiając, że to szybciej biło, czego oznaką (tym razem) było nieco mocniejsze przyciągnięcie jej ku sobie. I wtedy pojawiła się szarża siedmiolatków, szarpiąca ten wyjątkowy moment na strzępy, niczym demony rzucające się na ciało ofiary. Garlen kochał swoich synów i uwielbiał spędzać z nimi czas, ale tym razem z trudem powstrzymał się od westchnięcia. Bo czas zaraz po powrocie do domu był czasem trudnych wyborów. Był koniecznością dzielenia się sobą pomiędzy stęsknionymi dziećmi i wyczekującą na męża żoną. Chociaż przez minione lata zdążył się już do tego przyzwyczaić, konieczność podejmowania takich decyzji i dzielenie się pomiędzy ukochane osoby zawsze sprawiała mu ból. Wiele razy żałował, że nie może się po prostu rozdzielić. - Strzelać z łuku? - zapytał, kładąc dłoń na głowie Aegisa. – Chcecie, żeby wasza matka zrzuciła mnie z wieży wprost w objęcia morza? - Powiedzieliście, że jak będziemy duzi. Jesteśmy - oznajmił stanowczo Varlan. - Duzi, to pojęcie względne - odparł Garlen z uśmiechem. – Porozmawiam o tym z mamą - obiecał. – Sądzę, że zgodzi się na bezpieczne strzały. Charlotte schodziła wolno po schodach i wcale nie wyglądała na skorą do zgody na cokolwiek uwzględniającego bliskość jej synów i broni. W takich chwilach mówiła zazwyczaj coś w stylu: Po moim trupie. Co biorąc pod uwagę długość życie półelfów i ludzi było cóż, w sumie całkiem prawdopodobne. - Skoro tak bardzo chcecie się uczyć chyba czas zorganizować wam guwernera – powiedziała z uśmiechem, który wypadł dość blado. Chłopcy wydawali sobie nic nie robić ze zmiesza nią matki, za to jęknęli słysząc znienawidzone słowo na „g”. Garlen uśmiechnął się nieco łobuzersko słysząc reakcje synów na stwierdzenie Charlotte o guwernerze. I uznał, że to dobry moment, by wesprzeć swoją Pierwszą. - Cóż, jeśli uważacie, że jesteście wystarczająco duzi na naukę korzystania z łuku, to jesteście też wystarczająco duzi na guwernera. W pełni popieram pod tym względem mamę. - Ale… będzie też łuk? – spytał Varlan zerkając tęsknie na broń przewieszoną przez ramię ojca. - No właśnie, jak ma być matematyka – Aegis wzdrygnął się wypowiadając ostatnie słowo. – To nie za nic. Charlotte uśmiechnęła się już trochę spokojniej. - Z takim umysłem będzie z ciebie wspaniały kupiec. Aegis przewrócił oczami. - To będzie ten łuk? – dopytywał się żółty-Varlan. - Zobaczymy. - Znaczy się, nie – westchnął Aegis. - Ja wiem, że zwykle „zobaczymy” to zawoalowane „nie”, ale porozmawiam na ten temat z mamą - rzucił Charlotte krótkie spojrzenie. – Jestem pewny, że dojdziemy do jakiegoś porozumienia. Charlotte zacisnęła usta ale trwało to tylko jedną chwilę, potem uśmiechnęła się i delikatnie dotykając ramion synów pognała ich do jadalni. Obiad i reszta dnia minęły pod znakiem opowieści. Chłopcy chcieli wiedzieć wszystko o jesiennej wyprawie, o trollach, o orkach, o tundrze i północy. Garlen zaś lubił o tym mówić. Podróż północna była weselsza, przyjemniejsza. Ta wiosenna niosła ze sobą smutek i strach. W Taoi nie działo się najlepiej od lat ale teraz sytuacja była już tragiczna. Kiedy zwozili niewolników do zasilenia cesarskiego wojska skupowali też towar masowo dla akademii, głównie dzieci, teraz starsze bo młodszych w Taoi nie było za wiele, wychudzone i wynędzniałe, często na granicy życia i śmierci. Często zbyt słabe by przeżyć podróż, ale zabierali je. Nie płacili wiele a rodziny się nie targowały, nie chodziło o pieniądze, ale o jedzenie. Na statku niewolniczym dzieci dostawały dwie porcje dziennie, w swoich domach zazwyczaj jedną na dwa dni a to i tak dobry wynik. Gdyby ich nie kupili zapewne umarłyby z głodu szybko. Charlotte starała się opiekować tymi dziećmi i jednocześnie nie pogrążać finansów wyprawy, kilka razy złapał ją na tym, że sprzedała coś co dostała w prezencie żeby wyrównać rachunek. Kupowali ich wiele bo nie wymagały za dużych nakładów a po krótkim szkoleniu i odkarmiemiu można było je z zyskiem sprzedać jako służbę domową na północy. Charlotte mówiła ze to więcej niż spotkało by je w domu. Lżejsza praca, lepsze warunki. Los biednych w Taoi był nie do pozazdroszczenia. Wiedziała o tym. Sama była kiedyś jednym z takich dzieci. W porównaniu z tym jesień była spokojna. Covadar przywykł do wojny więc chyba najlepiej ją znosił ze wszystkich elfickich królestw. Dostarczyli niewolników, odebrali „specjalny oddział” Gabriela, po który jego mały brat zapewne zjawi się w ciągu miesiąca. Wrócili, o tyle. Wszystko w otoczeniu przyrody i nawet bez widoku orków z bliska. Dzieciaki były niepocieszone ale ożywiły się kiedy zaczął mówić o gryfach. Charlotte zawsze po powrocie do domu zabiegana krążyła między dziećmi, a piętrami zaległej korespondencji i papierów formalnych, bardziej na korzyść dzieci. W końcu wieczorem dyskretnie uwolniła Garlena od synów. Anakę tuż po obiedzie gorzej się poczuła i poszła do siebie, jednak kiedy zawitał do niej po kolacji była na chodzie. Względnie. Siedziała przy oknie wpatrując się w zachodzące słońce nad morzem, zamyślona i zachmurzona tak jak kiedy po raz pierwszy ich przywitała. - Wymęczony ojciec w ukryciu? Lubił opowiadać synom o swoich podróżach. Nigdy nie mówił ze szczegółami o wizycie na południu kontynentu. Wizyty w Taoi były przygnębiające, przedstawiające rzeczywistość tak ponurą, że wręcz wydającą się być nierealną. A jednak tak wyglądało tam życie. Brudne, nędzne, wśród głodu i wszechobecnej śmierci. Garlen miał zbyt miękkie serce na ten etap wyprawy. Gdyby to od niego zależało, zabrałby wszystkich, byle tylko uwolnić ich od takiej wegetacji w oczekiwaniu na śmierć, która przychodziła prędzej niż później. Pamiętał skąd pochodzi jego Pierwsza i matka jego pierworodnych. Dlatego tak bardzo leżał mu na sercu los dzieciaków z tych ziem. Dlatego nie unikał kontaktu z nimi i pomagał swojej Pierwszej, kiedy tylko mógł. A kiedy ktoś zwracał mu uwagę, że nie powinien się tak zachowywać, tak angażować, że to niegodne wysoko urodzonemu, że konwenanse i tak dalej, odpowiadał krótko – pieprzyć konwenanse. Dlatego oszczędzał opowieści o tej części wyprawy. To nie były historie przeznaczone dla młodych uszu i zbyt bujnej wyobraźni jego synów. Za to o północy, jej mroźnym pięknie i dzikich lasach mógłby opowiadać godzinami. Coś kryło się w tej pogrążonej w wojnie północy, do czego go ciągnęło. Może to poczucie wolności? Może połacie otwartej przestrzeni, które budziły w nim jakąś nieodgadnioną tęsknotę? A może proste, żołnierskie życie, gdy każdy dzień, mógł być dla nich tym ostatnim? Tak, Garlen wiele czasu spędzał na rozmowach z żołdakami, czasem wypijając za dużo pędzonego przez nich samogonu, który wypalał gardło i smakował jak końskie siki. Ale o tym też nie mówił synom. Chętnie opowiadał o przyrodzie, o uczuciach, jakie wiązały się z pobytem w tamtej części świata. O tym, jak dla rozrywki stawał w zawody z covardskimi zwiadowcami w strzelaniu z łuku. Snuł opowieści o wieczorach spędzonych przy ogniskach, o żołnierskich pieśniach o odwadze, męstwie i braterstwie (pomijając te o cielesnych podbojach, wypruwanych flakach i tanich dziwkach), chętnie mówił o majestatycznych gryfach. A później znów oddawał synów pod opiekę Charlotte, która z iście matczyną troską, miłością i przesadą, zaganiała chłopców do mycia i łóżek. On sam poszedł do Anake. Zapukał krótko, jak to miał w zwyczaju, odczekał kilka chwil i wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. - Nie - odparł z uśmiechem, zmierzając nieśpieszenie w jej stronę. – Stęskniony i zmartwiony mąż odwiedzający żonę. Podszedł bliżej do niej i objął ją ramionami, stając w taki sposób, by mogła wesprzeć głowę na jego torsie. Oparła się o niego z cichym westchnieniem. Coś w jej sylwetce wydawało się inne niż zazwyczaj chociaż w tej chwili trudno mu było ocenić co. - Niedługo będzie trzeba zdecydować co z nimi zrobimy. Ty i Charlotte rozmawialiście już o ich przyszłości? - Nie - odparł cicho, całując czubek jej głowy. – Jeszcze nie podejmowaliśmy tego tematu. Cały czas… - zawahał się. – Cały czas zastanawiam się jakie są tak naprawdę opcje. Takie realne, które będą dla nich najlepsze. Zamyśliła się. - Sirjowie ich nie uznają więc miejsce w rodzinnym interesie mieliby tylko w obroży na co chyba nawet Charlotte nie pozwoli. Nie mogę przepisać na nich majątku Vilidarich przodkowie mi nie wybacza. Możesz ich uznać co da im wolność i pewna pozycję. Potem sprawa robi się trudna. - Na obroże sam bym się nie zgodził - odparł. – To w końcu moi synowie. Fakt, pochodzą z nieprawego łoża, ale w ich żyłach płynie moja krew - zamilkł na chwilę, wodząc wolno palcami po ramionach Anake. – Sprawa robi się trudna przez to, że będę musieli sobie jakoś radzić? Czy z innego powodu? - Będą musieli coś ze sobą zrobić. Bycie panem na włościach jest dla nich mało realne. Chyba, zę jak wyrosną okaże się, że mają twój talent do zdobywania kobiet. Garlen zaśmiał się krótko. - Sugerujesz, że zawsze mogą uwieść zamężną damę i żyć na jej garnuszku? - Wtedy to byłby bardziej pomysł od strony matki - zażartowała, po czym skrzywiła się. - Chociaż czasami mam wrażenie, ze to tylko Charlotte w tym domu pracuje a my dwoje się bawimy. - Jak już to ja się bawię - stwierdził, samemu się przy tym krzywiąc. – Ty strzeżesz tego miejsca. Kopiesz tyłki i karmisz rekiny każdym, kto tylko spróbuje naruszyć spokój twojego domu. Charlotte wypełnia całą masę papierków, przygotowuje każdą moją wyprawę i rozlicza je, kiedy zawiniemy do portu. Do tego zajmuje się chłopcami. A ja? Moja praca to prowadzenie negocjacji, kiedy już jestem na miejscu. Milczała przez chwilę. - Ja też się bawię, mam trzy statki i gdyby faktycznie ktoś chciał zrobić coś na naszych wodach nie mogłabym zrobić nic. Z jednym, uszkodzonym statkiem ledwo się udało. - To dlatego jesteś taka zamyślona? Taka nieobecna? - zapytał z troską, masując jej ramiona. - Nie - odpowiedziała i uśmiechnęła się nieznacznie, a potem odwróciła się do niego i zaplotła mu ręce na karku. - Czekam na twój atak dzikich protestów kiedy się dowiesz, że w przyszłym roku znowu sam zajmujesz się wyprawami, bo anektuję Charlotte. Ja się nie nadaję do opieki nad niemowlakami a nie powierzę naszego dziecka komuś obcemu. Jego dłonie zsunęły się na jej biodra, kiedy obróciła się ku niemu. Patrzył na nią przez kilka chwil, analizując to, co do niego powiedziała. - Jesteś… jesteś w ciąży? - zapytał z zaskoczeniem odmalowanym na twarzy. Z zaskoczeniem, które po chwili zamieniło się w wybuch radości, kiedy poderwał ją w ramionach w górę i wykonał z nią dwa obroty. – Jesteś w ciąży! - zakrzyknął radośnie. Zaśmiała się głośno mocno chwytając jego ramiona. - Jestem, a tobie się nawet upiekło i ominąłeś mój etap nudności, ciesz się chciałam cię wtedy bardzo zabić. Objął ją i przytulił do siebie, trwając tak przez chwilę. - To który to miesiąc? - zapytał, przyglądając się jej uważnie. – Niczego po tobie nie widać. Coś było czuć, chociaż zmiany wciąż były całkiem subtelne. - Czwarty...chyba, zdaje się że zaszliśmy tuż przed twoim wypłynięciem. A nic nie widać bo sukienki poza nie darciem się przez opatrunki bardzo ładnie kryją pewne rejony jeśli są dobrze skrojone. Chrząknął z uśmiechem. - Taaak, ekhm… nasze pożegnanie było gorące - stwierdził, gładząc ją wolno po plecach i spojrzał po sylwetce żony. – To stąd ta suknia. A już myślałem, że to tak dla mnie, na powitanie. - Jakbym mieściła się w spodnie z łupkami na tej głupiej nodze nosiłabym spodnie. Nawet jeśli musiałam je pożyczyć od kogoś większego. - stwierdziła lekko. - No to już wiesz. Twój ojciec przestanie nas wiecznie pytać kiedy dziecko, a dom znowu będzie pachniał pieluchami i pełen wrzasków. - Za tym ostatnim to akurat nie wydawałaś się w ogóle tęsknić - stwierdził z uśmiechem i pocałował ją czule. – Wiesz, że teraz ze sto razy dziennie będę się pytał czy ci w czymś pomóc albo czegoś nie przynieść? - A ja raz będę ci płakać w ramię, a raz wyrzucać cię oknem - oznajmiła z szerokim uśmiechem. - Taaak - oznajmił z namysłem, wciąż jednak się uśmiechając. - Chyba upewnię się, że nie będziesz miała trójzęba pod ręką. Jeszcze cię za bardzo poniesie i skończę z dodatkowymi dziurami w tyłku. - Myślisz że pozwoliłabym ci się tak łatwo wymigać od obowiązków ojca dla kolejnego dziecka? - Oj tam zaraz wymigać - odparł. – Z dziurawym tyłkiem wciąż mógłbym nosić dziecko na rękach. Chociaż z drugiej strony… może lepiej nie będę ci podsuwał wymówek za okaleczanie mnie. - Nieee kto by wtedy słuchał moich wrzasków? - Cały dom? - podpowiedział usłużnie, wciąż z uśmiechem na ustach. - Większość z nich słucha tego od stu lat i już tylko jednym uchem. - Ale teraz słyszeliby nowe wrzaski. Już i tak pewnie się nasłuchali, jak miałaś mdłości. Nie zdziwiłbym się, gdyby twoje mdłości i chęć zamordowania mnie były powodem, dla których o twojej ciąży usłyszała cała okolica. - Bez przesady, wolałam żeby całe miasto się przed tobą nie dowiedziało. Pocałował ją krótko. - Dziękuję za takie wieści - powiedział czule. - Naprawdę nie wiesz jak bardzo się cieszę. Uśmiechnęła się promiennie. -Nie ma za co. Chciałam napisać ci list ale nie bardzo miał go kto dostarczyć. Artemis się oferował ale pewnie tylko po to żeby uciec od krzyków. No ale potem Allinela i Ilean postanowiły zacząć się bić koło naszych wód terytorialnych i potrzebowałam go za sterami. - No tak - pogładził ją po ramionach. - Artemis nie psioczył na mnie, że jesteś niedysponowana, a ja włóczę się po Covadarze? - Artemis wiał i robił uniki. - Przez ostatnie cztery miesiące? - uniósł brew z powątpiewaniem. – Zresztą to czy dostanę od niego gratulacje, czy po pysku nie ma większego znaczenia. Najważniejsze teraz jest to, jak ty się czujesz. Potrzebujesz czegoś? - Hmmm może mojego męża? – powiedziała przyciągając go mocniej do siebie. – Tak. Zdecydowanie mojego męża. – wymruczała nim zamknęła mu usta pocałunkiem.
  16. 14. 08. 5006 według kalandarza Świętej Tery Jej sny pełne były ruchu, wydarzeń, emocji które kłębiły się jej nocą pod powiekami. Usiłowała je złapać jednak większość umykała po przebudzaniu zostawiając ja z uczuciami, pojedynczymi obrazami. Czasami jednak zostawiały ze sobą sceny, zbyt wyraźne i realne żeby o nich zapomnieć. Blacha drżała pod naporem wiatru, tańczyła wokół nich jęcząc boleśnie, niwecząc ulgę tych nielicznych chwil w ciągu dnia kiedy nie tkwiła w skafandrze jak w puszce. - Spójrzcie tutaj, tutaj… i tutaj – zawołał Laertes nachylony nad ekranem, w błękitnym świetle wydawał się jeszcze młodszy niż zazwyczaj, jego złote włosy wydawały się niemal białe. – Te struktury są wszędzie. - Mury? Zasypane miasto? – spytała Elena, zerkała na ekran pobieżnie zbyt zajęta utrzymaniem panowania nad dronem. W skupieniu wydawała sie jeszcze bardziej kanciasta i stateczna, Ophelia nie wiedziała jak Elenie sie to udawało ale nawet w niedbałym stroju podróżniczym wyglądała na służbistkę. - Za cienkie – stwierdził stanowczo po czym dodał z westchnieniem. – Jakim cudem jesteś w stanie utrzymać to żelastwo w powietrzu w taką wichurę? To musza być jakieś czary. Przewoźniczka prychnęła pod nosem, jednak kiedy mu odpowiedziała w jej głosie słychać było nutkę dumy. - To dobre silniki i lata wprawy… i przede wszystkim on nie lata pod wiatr, lata z wiatrem… zazwyczaj. - Cóż, czary nie czary dzięki tobie przynajmniej nie odmrażamy tam sobie tyłków. - Tym razem chyba i tak będziemy musieli – Ophelia nie chciała żeby to tak zabrzmiało, tak sucho zrezygnowanie. Rozkojarzona odwróciła się w stronę ekranu by skupić wzrok na liniach wśród piasków. Szybko zdała sobie sprawę, że brat miał rację. Były zbyt regularne jak na przypadkowe formacje i zdecydowanie za cienkie na mury obronne. Kręgi otaczały wzgórze z gargulcem coraz szerszymi pierścieniami, oddalone od siebie o kilkadziesiąt metrów każdy, dotąd naliczyli ich dwadzieścia trzy, a im dalej się cofali tym więcej nowych się pojawiało. Kiedy patrzyła na regularne formacje zarysowane pod piaskiem robiło się jej zimno, zupełnie jakby stała na wietrze. Tyle, ze wtedy przecież by nie żyła., na zewnątrz prawie wszystko było martwe. Irracjonalna myśl od której zakleiło się jej w głowie. Obraz przed oczami zamazał się jej na chwilę, potrząsnęła głową a kiedy znów otworzyła oczy napotkała zmartwione spojrzenia brata. - Chcesz się położyć? – spytał łagodnie Laertes. Martwił się, bardziej to wyczuwała niż widziała. Tak jak i on wyczuwał jak bardzo niedobrze jej tutaj. Odwróciła wzrok, błękit jego oczu parzył, a myśl, że jeszcze niedawno jej własne tęczówki były tak samo modre wydawała się nie do zniesienia. Czy ten kolor jeszcze kiedyś wróci? Co jeśli będzie jeszcze gorzej? Jeśli oślepnie? Jak będzie żyła bez wzroku? - Nie będę się obijać jak jakaś udzielna księżniczka! – sprzeciwiła się stanowczo. Elena uśmiechnęła się do niej nieznacznie, jakby niczego innego nie oczekiwała. - To w drogę jeśli chcemy skończyć przed zmrokiem. Z góry Vril-Ya tętniło zielenią i błękitem, ktokolwiek projektował tutaj miasta wkomponował je doskonale w teren. Z orbity wyglądały jak błyszczące klejnoty. Miałą dość czasu na podziwianie ich kiedy czekali w kolejce do lądowania. Ruch był całkiem spory, a niebo zakorkowane niemal tak jak ponad Ligheim. Kiedy ona pilnowała Loran i Rajan zbierali dokumenty do kontroli, rzeczy na sprzedaż i roztrząsali trudne kwestie życiowe. Stali teraz za jej plecami i z zatroskaniem na twarzach wyglądali prawie jak bracia. - Nie ma szans żebym to wszystko sprzedał za więcej niż sto feników – stwierdził ukar. - Potrzebujemy przynajmniej trzy razy tyle. Szybko – skwitował obun. - No to potrzebujemy roboty – westchnął Rajan drapiąc się po krótkiej szczecinie na głowie. - Możecie się za nią rozejrzeć. - W drogę – oznajmił Laertes wręczając jej zwitek papierów, oszołomiona spojrzała na nie, dokumenty, bilet, weksle sędziów. Uśmiechnął się do niej i nagle z cała mocą dostrzegła jak bardzo zmieniły go ostatnie dwa lata. Stał się twardszy, silniejszy, powiedziałby, że wreszcie dorósł gdyby nie ten błysk szaleństwa w niebieskich oczach. Rozejrzała się oszołomiona, zgiełk panujący w drodze na odprawy okrywał ich swoim chaosem jak peleryną niewidką. Jak strasznie tęskniła za ludźmi, za przestrzenią. - Willa Szekspir, tak się teraz nazywasz, nie powinnaś mieć problemu z zapamiętaniem. Wbrew sobie zaśmiała się z tego rodzinnego żartu. - Tak, ja też uważam, że to kiczowate, ale uparł się, dyskutować z nim to jak gadać z samym szejkiem panem. Nic nie dociera. Zupełnie nic. – oznajmiła Elena, posyłając jej bratu ciepły uśmiech. Pojawiła się za jej plecami nie widomo kiedy. Ona z kolei zupełnie się nie zmieniła, jak zawsze praktyczna i twarda. Dlatego właśnie jej akurat Ophelia nie spodziewała się tu zobaczyć. Elena nie przewróciła oczami widząc jej zdziwioną minę. - Chyba nie myślałaś, że cię tam tak po prostu zostawię? – spytała urażona i zaraz wepchnęła jej ciężką, podróżną torbę. – Powinny pasować, nie będziesz się w nich wyróżniała. Niestety nie wszystkie czarne, na twoim miejscu nie kręciłabym na to nosem. Jak założysz coś kolorowego to będzie lepsze przebranie niż sztuczna twarz. Zmusiła się żeby spojrzeć na papiery, konkretnie bilet. - OP Bezsenny… gdzie to leci? - Tam gdzie trzeba, nie martw się… do tego całkiem szybko i na niezłym poziomie – zapewnił Laertes. - Nikt nie będzie się cię spodziewał tak bezczelnie na widoku – dodała Elena, po czym pchnęła ja w stronę oszklonych drzwi. – Zbieraj się, niedługo zamykają odprawę. - A wy… co z wami? – zapytała. Spojrzeli po sobie. - My… zajmiemy się odciągnięciem ewentualnych kłopotów – odpowiedział Laertes i delikatnie ujął dłoń Eleny. – Ściągniemy ci ich z karku na tak długo jak tylko się da. Przewoźniczka zaśmiała się. - I nie martw się, to ani tak romantyczne, ani niebezpieczne jak brzmi w ustach tego wariata po prostu… – odetchnęła. – Leć tam i się dowiedz. To teraz najważniejsze. Brat ochoczo jej przytaknął. - Znajdziemy cię kiedy tutaj trochę się uspokoi. Spuściła głowę, czując jak po powiekami zbierają się jej łzy. - Nie wiem co będzie gorsze, mieć rację czy się pomylić. Laertes puścił Elenę, zrobił krok do przodu i przygarnął ją do siebie, poczuła szorstki materiał pod policzkiem i ciepło braterskiego uścisku. - Po prostu się dowiedz. Wtedy przynajmniej będziemy wiedzieli co robić. Nie martw się. Poradzisz sobie. Cokolwiek to będzie my sobie poradzimy. Miasto wybudowano z metalu i szkła ze szczególną dbałością na zieleń przetykająca jasne uliczki jak długie pasma wody. Napatrzyli się na nie już z kosmoportu, gdzie zostawili Lorana z papierologią lądowania. Po tylu dniach w zamknięciu każda chwila na zewnątrz pod nieskończonym niebem wydawała się na wagę złota. Ophelia wyruszyła wiec na ulice Verdan mając do towarzystwa Raja któremu pomimo gipsu na ramieniu wciąż dopisywał humor. Zmierzając na Aleję Marzycieli zobaczyli jak wielkie żuki pielące grządki przy jednym z bardziej tłocznych chodników. Gdzieś w oddali mignęła im olbrzymia, obładowana pudłam, pokraczna niby krewetka z piekła rodem i. - Posłałbym tu chętnie każdego kto mi mówi jaki jestem obcy i dziwny – Rajan szepnął jej na ucho kiedy minął ich Gannok dosiadający jakiegoś wielkiej łasicopodobnej istoty o masywnej szczęce i krótkim ogonie. Na swój sposób czuła ulgę widząc znając nazwę gatunku choć jednego mijającego ja obcego. Aleja Marzycieli znajdowała się całkiem blisko kosmoportu, w nowej i dość bogatej dzielnicy pełniącej zdaje się funkcje lokalnego bazaru. Była pełna niskich zabudowań w których mieściły się sklepy i zakłady. Zapomniane cuda znajdowały się wciąż w miejscu na które wskazywała wizytówka. Kiedy przekroczyli próg wnętrze wypełnił dźwięk staroświeckiego dzwonka zawieszonego ponad drzwiami. W przedsionku powitał ich ciężki zapach kurzu i starych przedmiotów. Minęli cztery rzędy regałów zapełnionych starymi woluminami. Za nimi pomieszczenie stawało się ciaśniejsze, ściany zastawiono szklanymi gablotami za którymi w rzędach stały różnorakie figurki aniołów, demonów, gargulce całkiem podobne do tego, który Ophelia wciąż miała przy sobie. Rajan stanął przy jednej z nich i przez chwilę wpatrywał się w pokrzywionego dwugłowego demona z nietoperzymi skrzydłami. - Fałszywka i to średnio udana. – stwierdził. - Owszem, ale za to przeklęta – Kobieta pojawiła się za nimi wyszła spomiędzy regałów szeleszcząc długą białą suknią. Była wysoka, czarnowłosa, ani ładna ani brzydka, jeśli Ophelia miała ją określić jednym słowem byłoby to: profesjonalna. – Jeden szaman tak bardzo przejął się fałszerstwem, że odprawił rytuał. Rajan uniósł brew. - Więc dlaczego to tu trzymacie? Uśmiechnęła się, co dodało jej trochę uroku. - Bo się sprzedaje. – odparła lekko i spojrzała na Ophelie. - W czym mogę pomóc?
  17. przygoda przygoda każdej chwili szkoda
  18. Po wydarzeniach w L'Anguille i wiosce Serrac, Lavina, Lucien i Karl zawędrowali do Imperium, gdzie podejmowali się przeróżnych zadań, by w końcu wylądować w niewielkim, kupieckim mieście Eilhart leżącym przy jednym z rozgałęzień Reiku, które drogą wodną prowadziło do majestatycznego Marienburga oraz samej stolicy - Altdorfu. Stąd również głównym szlakiem można było dostać się do Middenheim i nawet dalej, jeśli ktoś miał taką potrzebę. Tu również losy zaprowadziły czarodziejkę Kolegium Światła Klaudine, dworzanina Adelhelma i cyrulika Vincenta, a całą szóstkę przeznaczenie połączyło w gospodzie "Złota Gęś" trzy dni wcześniej. Eilhart duże nie było, mogło liczyć około czterystu mieszkańców, jednak pierwsze, co od razu rzucało się w oczy, to zaludnione, a wręcz przeludnione uliczki, zwłaszcza przy dość sporym placu targowym, na którym sprzedawano szeroki asortyment - od broni, przez towary codziennego użytku, aż po narzędzia piśmiennicze. Ceny również nie były wygórowane, więc kto chciał uzupełnić braki w ekwipunku, z pewnością nie żałował. Po mieście kręciło się wielu przyjezdnych, a ruch przy nabrzeżu niemal nie ustawał. Barki przypływały, lub odpływały, ktoś czekał na towar, ktoś towar rozładowywał. Zarobione we wcześniejszych przedsięwzięciach pieniądze szybko znikały, należało zatem rozejrzeć się za jakimś zajęciem. A tych w Eilhart wiele nie było, głównie ze względu na to, że miasteczko stanowiło jedynie przystanek w dalszej podróży do Marienburga lub Altdorfu. Kupcy zwykle mieli już wynajętych ochroniarzy, a skupione na handlu miasto było spokojne i niewiele się w nim działo. Gdy myśleliście o tym, by ruszyć w dalszą drogę w kierunku Miasta Białego Wilka, w końcu pojawiła się perspektywa zarobku. Nieco wyniosły, imperialny poborca podatkowy o nazwisku Haschke zaproponował płacę w wysokości dwudziestu srebrników za dzień, w zamian za eskortę jego osoby do i z wioski Fauligmere leżącej cztery dni od Marienburga. Powód podróży był prozaiczny i związany z zawodem wykonywanym przez Gustava - niedawne badanie ksiąg podatkowych Eilhart wykazało, że niejaka rodzina von Stauffer z Fauligmere uchylała się od płacenia dziesięciny przez sześć ostatnich lat, a przecież nikt będzie okradać samego cesarza, jak grzmiał Haschke. Oprócz tego, urzędnik zapewniał bezpłatną podróż barką do miejsca docelowego oraz opłacenie pokoi w "Złotej Gęsi" aż do dnia jutrzejszego, kiedy to mieliście wyruszyć w drogę. Jako, że warunki były niezłe, a i lepsze to, niż szukanie ciekawszej fuchy, zgodziliście się, parafując papier (w większości stawiając krzyżyk w pokazanym przez poborcę miejscu), według którego mieliście ochraniać Gustava Haschke. Mężczyzna postawił wam jeszcze obiad i upewniwszy się, że będziecie czekać na niego skoro świt na przystani, wyszedł z karczmy, zostawiając was w swoim towarzystwie, przy suto zastawionym stole. Światło dnia oddało pole jesiennej szarówce, a im ciemniej robiło się za oknem, tym tłoczniejsza stawała się główna sala. W pewnym momencie do waszego stolika podszedł starszy, ale wciąż dobrze trzymający się mężczyzna w kapłańskich szatach. Medalion przedstawiający młot, zawieszony na szyi od razu zdradzał, komu służy nieznajomy. Sigmaryta przysiadł się do was, jakby znał was od dawna. - Nazywam się ojciec Anders i sam Sigmar wskazał mi was podczas snu, bracia i siostry - powiedział energicznym głosem, patrząc po waszych twarzach. - Powiedział mi, że mam poprosić was o pomoc, a na pewno się zgodzicie. Czy dwie butelki dobrego wina osłodzą wam te kilka chwil, gdy będę opowiadał, co za sprawę mam? Wysłuchać mogliście, zwłaszcza, gdy ktoś stawiał darmowy alkohol. Ojciec Anders zawołał służkę do waszego stolika, a ta po dłuższej chwili przyniosła dwie ciemne butelki bretońskiego wina z winnic Parravonu. Kapłan rozlał wam szkarłatny płyn do kubków i zaczął mówić. - Jestem duchownym z Fauligmere i muszę wam powiedzieć, że źle się tam dzieje od pewnego czasu. Ostatnio było jednak najgorzej... Pojawiło się cielesne objawienie zła. Przez palisadę przeszło, a psy to tak ujadały, że wszystkich pobudziły. Ludzie zabrali, co mieli pod ręką i wyszli na zewnątrz, żeby sprawdzić, co się stało i kto wioskę atakuje, a to był on we własnej osobie. Wiedźmiarz. Nim się kto zdążył zorientować, on już czarować zaczął. Głos miał taki, że nie można było się oderwać... Ojciec Anders westchnął ciężko. - Potem wokół jego dłoni pojawiły się fale ognia, a jedna z nich wystrzeliła w najbliższy dom. Wtedy dopiero ludziska się ocknęli, jeden z wieśniaków cisnął w jego kierunku włócznią, jednak on po prostu spopielił ją w locie. Ot tak, na zawołanie. - Sigmaryta pstryknął palcami. - Ludzie zaczęli krzyczeć, a on po prostu uciekł, ale kto wie, czy nie wróci lepiej przygotowany do wioski? Jadę do Altdorfu o pomoc prosić, ale i o to samo chciałbym was zapytać. Sigmar mi was we śnie pokazał, więc to nie mógł być przypadek. Pomożecie zatem? Fauligmere naprawdę was potrzebuje. - Zakończył z przekonaniem w głosie.
  19. Oo-oo-oo-oo! Wielki Wojownik, ogień i stal! Oo-oo-oo-oo! Wielki Wojownik, płomień i żar! Nocny Kochanek - Wielki Wojownik
  20. Bezahltag, 15. dzień Brauzeit 2523 wg K.I. L'Anguille, Księstwo L'Anguille Bretonia, L'Anguille. Klejnot i stolica księstwa o tej samej nazwie oraz jeden z architektonicznych cudów Starego Świata. Największy port Bretonii został wzniesiony przez elfy, a wiele miejskich budowli przetrwało tysiąclecia i wciąż zachwycało swym pięknem oraz kunsztem kamieniarskim. Zwłaszcza widoczna z każdego miejsca portu latarnia morska o wysokości ponad stu metrów, której ściany były tak gładkie, że na pierwszy rzut oka zdawało się, iż wieża została wykuta z pojedynczego głazu. Przybywające do portu elfy właśnie do niej kierowały swe pierwsze kroki, a żaden z latarników nie ważył się bronić im wejścia na szczyt wieży. Latarnia stanowiła również część umocnień samego portu, gdyż po obu jej stronach ciągnęły się potężne, wysokie na dwadzieścia metrów mury, za którymi znajdowały się już znacznie nowsze konstrukcje, wzniesione ludzką ręką. Jedną z najstarszych był zamek, położony na wyspie pośrodku portu i strzegący wejścia do kanału dzięki potężnym balistom i katapultom. W obrębie murów, strategicznie umiejscowione były jeszcze cztery inne forty uzbrojone w armaty, co stanowiło skuteczną obronę wybrzeża przed ewentualnymi najeźdźcami. Poza tym mówiło się, że owiane złą sławą wybrzeże stanowi schronienie dla morskich potworów, które zwano w księstwie pomiotem Theralindy. Każdy Bretończyk znał je z legend - zaciekłe, krwiożercze bestie, przypominające pokryte łuskami węże morskie z końskimi głowami i ostrymi kłami polowały na nieuważnych żeglarzy i mniejsze statki znoszone w stronę wschodniego wybrzeża. Miasto dzieliło się na dwa rodzaje mieszkańców - tych żyjących w porcie i poza nim. W L'Anguille mieszkali przede wszystkim marynarze, kupcy, rybacy, choć można było właściwie spotkać tu przedstawicieli wszystkich zawodów. Pod murami od południowej strony żyli silni i dumni wieśniacy utrzymujący się z polowań i upraw, dzielnie stawiający czoła zbójnikom i potworom ze znajdującego się niedaleko, owianego złą sławą Lasu Arden. Mimo to, port otwarty na handel, rozsiane wokół niego pastwiska i pola uprawne stanowiły idealne miejsce do życia. Łagodny klimat sprzyjał rozwojowi rolnictwa, przez co L'Anguille było jednym z bogatszych księstw Bretonii. Przyjezdni mogli jedynie narzekać na zimny, północny wiatr i przykry zapach wodorostów i ptasich odchodów unoszący się z wybrzeża. Tak się złożyło, że tego wczesnego popołudnia siedzieliście wszyscy w tawernie "Pod Strzaskanym Kompasem", jednej z wielu rozsianych na całej długości nabrzeża portu. Gospoda nie wyglądała może na przesadnie luksusową, ale miała swój klimat, a prowadzący ją były marynarz i najemnik Gaston d'Aberre cieszył się opinią osoby wyjątkowo tolerancyjnej i przyjaznej cudzoziemcom. Zresztą, jak okiem sięgnąć, w lokalu można było zobaczyć żeglarzy z całego Starego Świata - posępnych mężczyzn wyglądających na Norsmenów, śniadych Arabów, przystojnych Południowców w dziwnych kapeluszach z piórkiem, czy toczących ze sobą głośne dysputy śpiewnym językiem wojów z Albionu. Jeden stolik zajmowało kilku krasnoludów, inny - po przeciwnej stronie sali - grupka elfów, rozmawiająca o czymś ściszonymi głosami. Główna sala pękała w szwach - panował tłok i wielojęzyczny gwar, w powietrzu unosił się przyjemny zapach pieczonych ślimaków i żab zmieszany z wonią alkoholu. Znaliście się od kilku dni, gdy przypadkiem zajęliście ten sam stolik pewnego mglistego wieczoru. Od słowa do słowa, okazało się, że całkiem dobrze się dogadujecie, zatem i to popołudnie spędzaliście przy wspólnym obiedzie i napitku. Po jakimś czasie usłyszeliście jednak wzmożony hałas z zewnątrz, przebijający się wyraźnie przez gwar rozmów jaki panował w zajeździe. Marie-Noëlle jako pierwsza zorientowała się, iż jest to szum wzbierającego przyboju, przerywany głośnymi trzaskami zamykanych drzwi. Nagle do karczmy wdarła się z impetem morska woda, zalewając podłogę i mocząc wasze obuwie powyżej kostek. Wraz z nią w gospodzie pojawił się z tuzin piszczących szczurów, które wdrapywały się po nogach stołów i pałaszowały pozostawione przez gości talerze. W sali podniósł się jeszcze większy szum, raz po raz słyszeliście przeróżne przekleństwa w różnych językach, a gospodarz, brodząc w wodzie, wrzeszczał trzymając się za głowę: - To już drugi raz w tym kwartale! Znowu ten cholerny przypływ! I kto to teraz do diabła posprząta?! Przeklęta woda... Claude, Patrice, łapcie za stoły i wynoście na piętro, nie mam zamiaru kupować kolejny raz nowych rzeczy! Gaston biegał się po całej gospodzie, dyrygując ochroniarzami i służbą, podczas gdy pozostali goście albo uciekali na piętro, albo wybiegali na zewnątrz, gdzie chyba nie było lepiej. Zresztą, i stamtąd dochodziły was wrzawa i podniesione głosy, co mogło oznaczać, że nie wszyscy radzili sobie z przybojem. Lucien ponadto od razu pomyślał o Alecto, który odpoczywał w przytawernianej stajni. Wody nie było dużo, jednak powoli, acz systematycznie jej przybywało.
  21. Odcinek Pierwszy "Martwi, pogrzebani i potępieni" 12 Września 2016 Poranek Harmony Falls W towarzystwie bezchmurnego, błękitnego nieba i ciepłych oraz przyjemnych promieni słonecznych do Harmony Falls zawitał znienawidzony przez większość mieszkańców poniedziałek. Paskudny, upiorny poniedziałek, który zmuszał poczciwe duszyczki do powstania z wygodnych łóżek, załatwienia potrzeb fizjologicznych, przygotowania stroju i siebie oraz zjedzenia pożywnego śniadania, po którym rodzice i ich latorośle udawali się w dwóch odmiennych kierunkach. Ci pierwsi wyprawiali swoje pociechy i odwodzili je osobiście do szkoły bądź oczekiwali wraz z nimi na szkolny, żółty autobus, który zjawiał się na pobliskim przystanku o godzinie 7:00. Czasami kierowcy zdarzyło się przyjechać wcześniej bądź później. Ci drudzy oczekiwali na transport, a następnie na resztę dnia znikali w szkolnych murach, gdzie tam oddawali się różnym, pracochłonnym i czasochłonnym oraz mózgochłonnym zajęciom. 12 Września 2016 Poranek Pokój Alexandra Dom Państwa McQueen Przedmieścia Harmony Falls Co poniedziałek, Alexander McQueen był budzony o dość wczesnej porze przez swoją matkę, która jako nauczycielka japońskiego miała pierwszą lekcję w tym dniu z Alexandrem i jego kolegami oraz koleżankami z klasy, nie mogła się oczywiście spóźnić. Promienie słońca padały na twarz pogrążonego we śnie jasnowłosego siedemnastolatka. - Wstawaj, Yuki-Chan, dobrze wiesz, że nie możemy się spóźnić – powiedziała do syna stojąc w progu – I mógłbyś raz w tygodniu tutaj posprzątać – dodała nieco z niesmakiem w głosie i krzywiąc się lekko, a następnie odeszła, kręcąc lekko głową. Na pierwszy rzut oka w samym pokoju było dość czysto, choć uważny obserwator bądź wścibski gość, który zacząłby oglądać półki zauważyłby drobinki kurzu, który osiadł na meblach. Do pomieszczenia wpadł Baron, perski kocur będący domowym pieszczochem, uwielbiającym swoją kocią niezależność, gdy wypadała oczywiście stosowna pora. Kot wskoczył na łóżko i zaczął ostrożnie stąpać po śliskiej kołdrze, powoli zbliżając się do Alexandra. Nagle głośno prychnął na niego i zjeżył swe futerko oraz wystawił pazurki. Rozbudzony w ten sposób chłopak nie wiedział, czemu jego zwierzak tak się zachował. To było do niego niepodobne i dziwne. Coś przykuło wzrok blondasa, a tym czymś był wzór na zamarzniętej szybie okna. Chłopak wiedział, że z takim zjawiskiem jakim są zawijasy na szybach można się spotkać dopiero zimą i to z chłodną, srogą, prawdziwą zimą. Dziwny znak hipnotyzował swą obecnością. Chłopak musiał kilkakrotnie zamrugać powiekami, by dobrze mu się przyjrzeć. Co ci się w nim najbardziej rzuciło w oczy, Alexandrze McQueenie? Wkrótce wzór na oknie zmienił swój kolor. Lodowy niebieski został zastąpiony przez brudną czerwień, który zamazała fragment tego mistycznego rysunku. Spływała stróżkami do parapetu. Po chwili wszystko zniknęło. Okno znów było czyste niczym łza. Jesteś zaintrygowany, Alexandrze? 12 Września 2016 Poranek Kuchnia Dom Josephine De Clare Skraj Lasu Fall Mieszkanie w okolicy lasu ma swój niepowtarzalny urok. Świeże powietrze, piękny zapach ziół oraz odgłosy zamieszkujących zagajnik zwierząt. Czasami można było ujrzeć sarnę w towarzystwie dorodnego jelenia, który pragnął zdobyć samicę, a ona zdecydowała się odwiedzić ogród Josphine De Clare, która w opinii innych mieszkańców mogła uchodzić za dziwną staruszkę, leczy gdy nadchodziły ważne uroczystości, starsza pani potrafiła zachować się jak prawdziwa elegantka. Antoinette De Clare została brutalnie zbudzona ze słodkiego snu. Do jej pokoju wpadł Puszek, prawdziwy wilk będący stróżem domu i obu kobiet. Zwierzę zaczęło głośno wyć oraz w pewnym momencie chwyciło za fragment kołdry i pociągnęło ją za sobą. Przez otwarte okno wkradł się poranny, zimny wiatr, który sprawił, że po gładkiej nodze dziewczyny przeszły dreszcze. Zimno. To ją otrzeźwiło. - Antoinette, chodź na gorące ziółka! – zawołała babcia, wiedząc już, że Puszek wywiązał się z swojego zadania – Puszek, śniadanie! – dodała Kilkanaście minut później, Antoinette siedziała przy drewnianym stole nad parującym kubkiem zaparzonej ziołowej herbatki, a nieco dalej znajdowały się pieczywo, pokrojony na plastry ser i wędzona wędlina oraz opakowanie musli w towarzystwie czarnych i czerwonych porzeczek czy borówek. - No i czego się tak guzdrze? – zapytała staruszka – Jak tak będzie się guzdrać to spóźni się jeszcze do szkoły, a spóźnić się przecież nie może – po tych słowach Josephine chwyciła najbliższą kromkę czarnego pieczywa(białe w tym domu było zakazane) i zaczęła ją smarować masłem. Wpatrując się w kubek, Inette zauważyła na nim dziwny, ciemnoczerwony, ciut lepki wzór. Dziwny symbol składający się czegoś w rodzaju słońca i kłów wgryzających się w pentagram skupiał na sobie wzrok dziewczyny, która nie mogła przenieść swych myśli na inny punkt. Nigdy nie widziała wcześniej czegoś takiego. Nawet księga cieni jej babci nie zawierała takich malunków. Po chwili wzór zamienił się w plamę, która pozostała na stole. Jesteś zaintrygowana, Antoinette? 12 Września 2016 Poranek Pokój Ardena Dom Państwa Swift Przedmieścia Harmony Falls Nastawiony budzik zadzwonił punktualnie o godzinie szóstej. Arden Usoka niechętnie otworzył lewe oko, a następnie prawe. Czy każdy weekend musi się tak szybko kończyć? Nie może potrwać dłużej? Chłopak słyszał czyjeś kroki na korytarzu. Zapewne ojciec, Jason Swift zdążył się już obudzić, by jako pierwszy skorzystać z łazienki. W pokoju Ardena rozległo się pukanie. Drzwi? To nie one były źródłem tego hałasu. Może szafa? Blisko, bo jedna z nich zaczęła się trząść, jakby wszystkie zgromadzone w niej rzeczy chciały uciec. Zainteresowany tym hałasem, Arden odrzucił kołdrę i wstał z łóżka, po czym podszedł do szafy, która nie pozwoliła mu zasnąć. Wahał się. Nie wiedział czy ma otworzyć drzwiczki mebla czy zostawić je w spokoju, ale ciekawość wzięła górę. Otworzył, a to co zobaczył było dość zaskakującym widokiem. Kruki. Czarne jak noc kruki, opuściły wnętrze szafy i zaczęły krążyć po pokoju chłopaka. Część z nich zaczęła go dziobać i drapać swymi pazurami. Krakały. Głośno krakały, a po chwili zniknęły pozostawiając po sobie pióra, które opadły na łóżko i podłogę. Na podłodze pojawił się krwawy wzór. Ten dziwny symbol zmuszał chłopaka, by cały czas na niego spoglądał. Arden nie mógł oderwać od niego oczu, zastanawiając się, co to może znaczyć. Tak nagle jak się pojawił, tak nagle zniknął pozostawiając Usokę z wymalowanym na twarzy zaniepokojeniem. Chłopak trzymał w dłoni pojedyncze, krucze pióro, które było prezentem od mieszkańców, które zalęgły się w szafie. Jak się czujesz, Ardenie? 12 Września 2016 Poranek Pokój Fabienne Dom Państwa Fusion Centrum Harmony Falls W samym sercu miasteczka, które w wciągu dnia było w centrum zainteresowania mieszkańców, mieszkała typowa rodzina, która przeprowadziła się do tego miejsca aż z samej Europy. Państwo Fusion posiadali nieduży, jednopiętrowy dom, który znajdował sie tuż przy jednej z głównych ulic przecinających się z kolejnymi. W tym centrum miasteczka, dom państwa Fusion był tym jednym z nielicznych jednorodzinnych domków. Aleja "Złotych Skowronków" była reklamowana jako cicha i bezpieczna przystań, gdzie każdy może cieszyć się spokojem domowego ogniska, wypoczywając w przydomowym ogródku. Fabienne Fusion była pogrążona w głębokim śnie. Tak dobrze jej się spało, że nie miała ochoty zrywać się z łóżka. Ktoś oczywiście musiał przeszkodzić, a jedynaczka usłyszała głośne pukanie do drzwi pokoju oraz głos matki o imieniu Janice. - Fabienne, wstawaj kochanie, bo spóźnisz się do szkoły - zaszczebiotała rodzicielka Fabienne doskonale wiedziała, że jej mama powróci tu za kilka minut, by sprawdzić, czy córcia opuściła już wygodne łóżko. Kap. Coś kapnęło na dłoń Francuzki. Pół otwarte oczy zauważyły czerwoną plamę. Skąd się ona tu wzięła? Kap. Znów coś kapnęło! Tym razem ucierpiał nos. Fabienne ujrzała dużą plamę, która paskudziła jej część ciała. KAP! Kolejny raz kapnęło i tym razem ubrudzone zostało czoło nastolatki. Dziewczyna otworzyła oczy i zaczęła szukać przeszkadzającego w dalszym śnie źródła. Nie spodziewała się, że zobaczy je na suficie pomieszczenia, tuż nad jej łóżkiem. Ciemnoczerwony, nabazgrany znak ociekał gęstą cieczą, która spływała kroplami na łóżko i samą Francuzkę. Kap, kap, kap. Fabienne pierwszy raz zobaczyła taki symbol i nie wiedziała z czym go może skojarzyć. Do głowy dziewczyny nie przychodziły żadne myśli. Po chwili znak zniknął. Nie towarzyszył mu żaden błysk, a sufit wyglądał jak dawniej. Plamy, które wcześniej znalazły się na skórze panienki Fusion rozpłynęły się nie pozostawiając po sobie żadnego trwałego śladu. Dziwne. Drzwi do pokoju się otworzyły, a w progu stanęła Janice Fusion ubrana w turkusowy szlafrok. - Kochanie, wstałaś już? - zapytała z troskę w głosie - Chodź na śniadanie, tata zrobił tosty - dodała i uśmiechnęła się lekko. 12 Września 2016 Poranek Kuchnia Dom Codego Daglasa Skraj Lasu Huntest Cody Daglas doskonale wiedział, że zaciszne miejsce sprzyja prowadzeniu spokojnego i w miarę bezproblemowego życia. Dom, który budził wrażenie nawiedzonego miał swoje dwie strony medalu. Po pierwsze, w mieście krążyły plotki, że tam straszy, co powodowało liczne rozmowy o prawdzie tych wieści. Po drugie, amatorzy mrocznych i mocnych wrażeń zapuszczali się o zmroku, by spróbować zobaczyć ducha. Niektórzy tworzyli nawet wydarzenia na popularnym portalu społecznościowym. W końcu dziadek Johna miał tego dosyć i zgłosił u szeryfa te młodzieżowe eskapady. - A coś ty taki zaspany? - rzucił do Johna, gdy ten pojawił się w ulokowanej na parterze skromnej kuchni. W powietrzu unosił się zapach smażonych naleśników. Starszy mężczyzna postanowił uraczyć swego wnuka czymś smakowitym i ciepłym. Trzymając w jednej dłoni rozgrzaną, czarną patelnię Cody Daglas odmierzył drugą dłonią odpowiednią ilość ciasta przy pomocy starej, nieco wysłużonej chochli. John dobrze wiedział, że jego opiekun nie żyje w luksusie, mimo że ojciec chłopaka przesyłał pewne sumki na konto swego ojca. - Możesz sobie wybrać z czym chcesz je zjeść – powiedział nie przerywając procesu smażenia Młody Daglas miał całkiem dobry wybór. Na stole stał syrop klonowy w szklanej butelce, który aż się prosił, by go się chwyciło i polało się nim naleśniki. W glinianym kubeczku znajdowały się borówki, a obok niego stał słoik z domowymi konfiturami od pani Josephine De Clare. Nim zdołał chwycić po jeden z produktów dostrzegł coś dziwnego. Karmazynowy, humanoidalny sięgający ponad dwa metry wzrostu lis o świecących oczach będący drugim wcieleniem dziadka spoglądał do niego, gdy jego opiekun był zajęty swoją aktualną pracą. Lisi duch wskazywał na kuchenne okno. Nie było w nim nic nie zwykłego, wiec dlaczego wskazywał tam? Odpowiedź była dość zaskakująca. Po zewnętrznej szybie spływała czarna, gęsta maź, która nie miała pojedynczego źródła. Z północnych krańców spływały kolejne ciemne strużki, które łączyły się z pozostałymi w dość niewytłumaczalny sposób. Symbol. Oto było finalne dzieło strużek. John nie wiedział, co on dokładnie przedstawiał ani do czego można by go przypasować. To coś zawierało zagadkę, która była kluczem do poznania odpowiedzi. Po chwili symbol zniknął, zacierając za sobą wszelkie ślady swojego jestestwa. Karmazynowy lis również zniknął, a dziadek zaczął cicho pogwizdywać. - Wszystko w porządku? – zapytał Cody odwracając się do nastolatka. 12 Września 2016 Poranek Łazienka Dom Panstwa Akagi Przedmieścia Zaspana Konomi Akagi spoglądała na swe również zaspane odbicie w łazienkowym lustrze. Poniedziałek. Poranne wstawanie. Szkoła. Te trzy słowa od niecałych dwóch tygodni zamieszkały w głowie nastolatki. Do pomieszczenia wpadła starsza siostra Konomi, Karmen która wyraźnie była już gotowa do rodzinnego śniadania. Dzisiejszego poranka jej włosy były delikatnie falowane, a to wszystko dzięki wczorajszemu umyciu i zaplątaniu w kilkanaście warkoczyków. - Jeszcze jesteś nie gotowa? – zapytała spoglądając na młodszą siostrzyczkę – Pospiesz się, bo nie chcesz byśmy się spóźniły do szkoły – powiedziała – Tata tego nie lubi – dodała i przewróciła oczami – Dzisiaj ja wychodzę z Bayleyem? – zapytała Odezwało się energiczne szczekanie, a do łazienki wpadł mały, zakręcony psiak rasy York, który był ulubieńcem i pieszczochem całej rodziny. ~ Hau, hau ~ zaszczekał i zamerdał ogonkiem Bayley - Wygląda na to, że moja kolej. Dzięki za przypomnienie, Bayley, a teraz sio stąd i czekaj na mnie na parterze ~ Grrrrrr ~ zawarczał cicho Bayley - Nie kłóć się ze mną – mruknęła Karmen ~ Grrrrrr ~ ponowił warknięcie Bayley - Motus – powiedziała wyraźnie Karmen wskazując dłonią na domowego zwierzaka. Pies uniósł się kilka centymetrów nad ziemią i nie wiedział, co się dzieje. Starsza panienka Akagi przy pomocy telekinetycznego zaklęcia zaczęła przenosić psiaka z łazienki. Gdy tylko pieszczoch znalazł się za drzwiami łazienki, Karmen opuściła pomieszczenie zostawiając Konomi samą. Japonka ponownie przyjrzała się swemu odbiciu i ujrzała jasnowłosą dziewczynę, która była bardzo podobna do niej. Obie wyglądały jak dwie krople wody z jedną różnicą. Blondynka wyglądała na pewniejszą siebie i zachowywała się bardziej wyniośle. Dziewczyna znajdująca się po drugiej stronie lustra odrzuciła noszlancko swe włosy i uśmiechnęła się złośliwie ku Konomi. W jej dłoni pojawiło się rytualne ostrze wykonane ze złota. Odbicie dźgnęło swoją drugą wolną dłoń, a panna Akagi poczuła niesamowity ból. Widząc ten czyn i efekt, złośliwe alter ego ponowiło swe działanie i rozkoszowało się bólem nastolatki. - Boli, prawda? – zapytało odbicie i uśmiechnęło się złośliwie - Spójrz na to – dodało i przyłożyło swą krwawiącą dłoń do lustra. Na niej Konomi ujrzała koślawy, wyryty krwawy symbol… Wzór przypominał słońce z jakimś amuletem bądź eliksirem w środku. Wysuwające się kły łączyły się z pentagramem. Konomi pierwszy raz widziała taki znak, który pojawił się także na jej wewnętrznej stronie własnej dłoni. Wzór hipnotyzował i zmuszał do głębszego zastanowienia się nad jego znaczeniem. Po chwili to wszystko zniknęło. Jej drugie odbicie oraz wyryty symbol na dłoni, a sama Konomi nie mogła powiedzieć w jaki sposób to wszystko się ulotniło. 12 Września 2016 Poranek Ogród Dom Panstwa Cooper Przedmieścia Mieszkanie na przedmieściach miało swoje wady i zalety, ale Lily Cooper ceniła sobie możliwość posiadania własnego przydomowego ogródka, który był jednym z miejsc stworzonych do wypoczynku na świeżym powietrzu. Jeszcze zielona trawa i liściaste drzewa nadawały uroku bliskiemu otoczeniu domostwa państwa Cooper. O poranku, młoda, jasnowłosa dziewczyna o imieniu Lily została poproszona o wyjście z swym francuskim buldogiem. Jak się nazywa twój piesek, Lily? Czarne psisko krążyło przy jasnobrązowym, niedawno odświeżanym domowym płocie, szukając odpowiedniego miejsca, by móc pozostawić naturalne odpadki. Maluch uważnie obwąchiwał każde miejsce, zastanawiając się czy już tego w jakiś sposób nie zaznaczył. Pies cicho chrząknął i zaczął załatwiać swoją grubszą potrzebę, zaś Lily bacznym okiem obserwowała poczynania swojego pupila. Łup! Obwoźny roznosiciel gazet jak zwykle przerzucił gazetę za płot przeszkadzając psiakowi dziewczyny w porannej toalecie. Lily podeszła do prasy, by ją chwycić i zanieść do domu. Jej wzrok zatrzymał się na stronie tytułowej. Nie było tam żadnych zdjęć czy skandalicznych wieści, ale coś o wiele dziwniejszego i niepokojącego. Nabazgrany, ciemnoczerwoną, kleistą mazią symbol rzucał się w oczy panny Cooper. Nie wiedziała. Nie miała pojęcia, co te bazgroły mogą symbolizować lub czy mogą mieć jakieś głębsze znaczenie. W jej głowie pojawił się ogromny znak zapytania. Za dużo niewiadomych. Symbol ociekał mazią i pobrudził opuszki, jak i same palce dziewczyny. Po chwili zniknął tak nagle, jak się pojawił. Gazeta znów zawierała swoje typowe, codzienne treści, a piesek pozostawił swoje nieczystości przy płocie i z radością pobiegł ku swej właścicielce. 12 Września 2016 Poranek Sypialnia Markusa Posiadłość Yorków Wschodnie Przedmieścia Stara elegancka posiadłość rodziny Yorków znajdująca się w odosobnieniu od innych domostw w wschodnich przedmieściach miała swój niepowtarzalny urok. Imponował nie tylko biedniejszym mieszkańcom, ale i tym bardziej majętniejszym, którzy pragnęli rywalizować z panem Yorkiem o popularność i bycie na językach, jak to bywa w miasteczkach. Cóż niektórzy, którzy spotkali się z rzeczywistością przestali bawić się w konkurencję domostw i odpuścili, ciesząc się własnym życiem. Pan Leonard Abraham York mimo swych dziewięćdziesięciu lat trzymał się całkiem w porządku, jak na swój wiek. Część mieszkańców uważała, że nie wygląda na swoje lata, a jeszcze inni mówili o możliwych operacjach plastycznych bądź wartości przekazanych genów. Ulokowana na drugim piętrze posiadłości, sypialnia chłopaka przypominała średniej wielkości mieszkanie znajdujące się w apartamentowcu położonym w centrum miasta. W pomieszczeniu byłoa garderoba, oddzielna łazienka, kilka szaf, biurko, łóżko, telewizor oraz komputer, a każda ściana była zasłonięta z regałem wyposażonym w książki. Każdy wiedział, że przeciętny człowiek w godzinach porannych miał najmocniejszy i głęboki sen. Markus York nie był tu wyjątkiem. Chłopak leżał na plecach i powoli oddychał. Nie wiedział, co go jako pierwsze wyrwało ze snu. Spadająca z regału książka czy dzwoniący na nocnej szafce budzik wskazujący na godzinę 5:50. Markus zerknął na leżącą na podłodze książce. Nie widział jej tu wcześniej. Nie takiego, opasłego tomiska w skórzanej oprawie. Młodzieniec powoli wstał z łóżka, by bliżej przyjrzeć się znalezisku. Dostrzegł w niej coś dziwnego. Krwawy, mazisty znak na okładce. Widząc to miał wątpliwości. Nie wiedział, czy wciąż śpi, czy już się obudził. Ten symbol go hipnotyzował, przyciągał dosłownie do siebie, a Markus nie potrafił go powiązać z żadną znaną mu sprawą. Pustka, kompletna pustka zagościła w głowie siedemnastolatka. Po chwili znak zniknął, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu swej bytności, a książkę, którą podniósł Markus okazała się czyimś dziennikiem. 12 Września 2016 Poranek Kuchnia Dom Państwa Woodhaven Przedmieścia Każdy rodowity Amerykanin wiedział, że kuchnia jest nie tylko miejscem przygotowywania posiłków, ale i rozmów rodziców z ich dziećmi. To tutaj młodzież i starszyzna zdradza swoje tajemnice i dzieli się swymi przeżyciami, jakie towarzyszyły im przez cały dzień. To w tym pomieszczeniu odbywały się wszelkie szczere pogadanki oraz padały propozycje na temat rozpoczętego dnia. Dzisiejszego poranka, Maxwell Woodhaven cieszył się nie tylko obecnością matki, ale również i wizytą starszej siostry Elisabeth, która korzystała jeszcze z wolnych dwóch tygodni nim wróci na studia. Max, gdzie studiuje twoja siostra? Ubrana jeszcze w piżamę składającą się z koszulki z długim rękawem i materiałowych, prawie prześwitujących spodni, dziewczyna nalewała do szklani pomarańczowy sok. - Mam nadzieję, że w tym tygodniu nie ma żadnego spotkania z rodzicami? – zapytała matka rodzeństwa - Ja już do takich spraw nie liczę – zażartowała Eli biorąc do ręki kromkę pieczywa, którą posmarowała masłem - Pamiętam o tym – odpowiedziała matka – Ty chwilowo jeszcze pracujesz – dodała wiedząc, że córka ma wakacyjną, dorywczą pracę mimo, że nie musiała pracować. - Dzisiaj mam wolne. Sezon się skończył i nie ma już takiego ruchu – rzekła Elisabeth nakładając na kanapkę wędlinę i plaster żółtego sera – Pokroisz pomidora i ogórka? – zwróciła się do brata, który był myślami gdzieś indziej. Dzisiejszego poranka wstał w niezbyt dobrym humorze. Chłopak czuł irytację, która z minuty na minutę rosła i nie zamierzała ulec innej zmianie. Zerknąwszy na kalendarz z oznaczeniem faz księżycowych, Maxwell wiedział, że zbliżający się piątek będzie jego najgorszym dniem z zdecydowanie nieciekawym wieczorem. Tego dnia miała być szkolna impreza. Ognisko w lesie Fall. Uwagę chłopaka odwróciła czerwona plama, która pojawiła się na wierzchu jego dłoni. Kap. Coś kapnęło. I to w to samo miejsce. Plama na dłoni powiększyła się, a Woodhaven zaczął instynktownie rozglądać się za źródłem tego kapania. Nie musiał szukać długo. Sufit kuchni. To on okazał się źródłem tego kapania. Maxwell wpatrywał się w ciemnoczerwony, kapiący znak, który z nieznanych mu powodów pojawił się na kuchennym suficie. Max pierwszy raz spotkał się z takim symbolem. Słońce z dziwnym wzorem oraz kłami wgryzającymi się w pentagram. To było dziwne zjawisko, a nastolatek nie mógł go z niczym połączyć. Nic mu w tej chwili nie przychodziło do głowy, a znak jak się nagle pojawił, tak i nagle zniknął. - Wszystko w porządku? – zapytała mama – Od pięciu minut spoglądasz na sufit – zauważyła 12 Września 2016 Poranek Kuchnia Dom Jensenów Wioska Blackstone Poranki w domu Jensenów były głośne i nieco chaotyczne. Od pierwszych minut po przebudzeniu, Stanley słyszał jak jego młodsza siostra Gillian i ośmioletni braciszek Billy spierają się o łazienkę. - Siedzisz w niej za dużo czasu z tymi swoimi kredkami – zaczął marudzić chłopiec - To nie są kredki tylko kosmetyki, a teraz wybacz maluchu, ale chcę się umalować w spokoju – odparła dziewczyna - Gillian, Billy, nie kłóćcie się, proszęęęę – powiedział ojciec mierząc nieco chłodnym spojrzeniem rodzeństwo przechodząc przez korytarz. Gillian zrobiła skruszoną minę i zniknęła za drzwiami łazienki - No widzisz jaka ona jest. Traktuje mnie jak dziecko, a ja wiem do czego służą jej kredki – rzekł chłopiec – Do malowania twarzy – odpowiedział całkiem poważnie Rodzinne śniadanie jak zwykle odbywało się w kuchni połączonej z niewielką jadalnią. Nils Jensen pił poranną kawę w swym ulubionym jasnoniebieskim kubku w kwiatki oraz czytał gazetę. Silver przygotowywała drugie śniadanie dla dzieci, a Billy przedrzeźniał Gillian, która wpatrywała się w ekran swojej komórki i próbowała pisać smsa. W tym roku szkolnym, młodsza siostra Stanleya będzie uczęszczała do tej samej szkoły, co jej starszy brat. Nie była zachwycona pierwszym tygodniem. Ludzie określali ją wspólniczką. Posiłkowi towarzyszyła przyjazna atmosfera. Stanley zauważył czarną maź, która spływała po zewnętrznej stronie okiennej szyby. Stróżka łączyła się z kolejnymi, które utworzyły coś w rodzaju malowidła. Ten dziwny znak hipnotyzował swoją obecnością. Stanley nie bardzo wiedział, co on oznacza ani z czym się to jeszcze wiąże. Chłopak poczuł czyjąś dłoń na swym ramieniu, a gdy odwrócił głowę ujrzał Ją. Ulrike, kobietę o złocistych lokach i ciemnych oczach oraz bladej cerze. Odziana w karmazynową, długą suknię wpatrywała się w młodego Jensena. - Nie lekceważ tego – rzekła łamaną angielszczyzną, a nastolatek poczuł jak bije od niej chłód, nienaturalny chłód. Ulrike podeszła do nieświadomego Billego i odchyliła jego szyję, by pokazać Stanleyowi ślady kłów. - Może być ich więcej – powiedziała tajemniczo Chłopak zauważył, że jego pozostali członkowie rodziny mają takie same ślady jak Billy. Wiedźma zniknęła. Znak również przepadł podobnie jak blizny domowników. - Coś się stało? Jesteś jakiś nieswój? – zapytała matka zapakowując zrobioną kanapkę ///Notka od MG/// Witam w oficjalnej pierwszej przygodzie. Pamiętajcie, że wasze postacie pierwszy raz spotykają się z tymi zjawiskami, wiec oddajcie to w postach. Deadline tej tury: 12/13 listopada 2016
  22. Południowa część Sylvenory nie jest dzielnicą o wysokim poziomie bezpieczeństwa. Kręci się tu sporo podejrzanych osobników o dość nieczystych intencjach. To właśnie tu, jeżeli wiesz gdzie szukać, możesz nająć ostrze na jedno, szybkie zlecenie lub zakupić truciznę, która sprawi, że twój wróg umrze w śmiertelnej agonii. Najważniejszymi elementami tej części były magazyny. Wybudowane z cegły i sprowadzonego drewna czy budulca stworzonego z jaskiniowych olbrzymich korzeni bądź wielkich grzybów. W tych mierzących ponad osiem metrów budynkach lokalni kupcy i przemytnicy przetrzymywali towar. Często można było się także spotkać z wymuszeniami, prostytucją oraz przemocą. Każdy pilnował własnych pleców i nikt nikomu nie spieszył z pomocą. Zdarzał się oczywiście wyjątek buntowniczego elfa. Południowa część była także gospodarzem wszelkich knajp i tanich przybytków oferujących rozmaite rozrywki. Hazard, walki gladiatorów czy handel informacjami oraz niezbyt legalnymi substancjami i przedmiotami. "Damulka Warta Grzechu" była swego rodzaju centrum rozrywki w tej dzielnicy. Z zewnątrz mogła przypominać tani zamtuz czy podejrzaną spelunę. Dwupiętrowy budynek w otoczeniu magazynów nie wyróżniał się na tle innych budowli. Widniejący nad drzwiami wejściowymi szyld przedstawiał kobietę odzianą w skąpą szatę i przyozdobioną biżuterią. Artysta miał tu pole do popisu. Tego mrocznego i ponurego dnia siedziałeś w kącie sali karczemnej wraz ze swoim przyjacielem, Illar'em, który zamówił dla waszej dwójki tutejszy specjał zwany "Grzechem Damy" - trunek mieszający słodki smak z ostrym i palącym język posmakiem. Purpurowa ciecz rozlana została na dwa drewniane puchary. Illar był średniego wzrostu o atletycznej budowie ciała Ishtarem o szpiczastych uszach, które jedno z nich było przyozdobione srebrnymi kolczykami. Miał wyzywający wyraz twarzy i zdarzało mu się zadzierać nosa. Często przeczesywał swą białą czuprynę, a jego ciemnoczerwone oczy wypatrywały czegoś interesującego. Illar był specjalistą od zamków, pułapek i szybkich ucieczek. Zwykle nie unikał walki w zwarciu, ale zdarzało mu się używać kilka niecnych sztuczek typu kopniak w krocze czy sypnięcie piekącym piaskiem. W tym dniu, Illar odziany był w skórzaną zbroję, dodatki do niej w postaci butów, rękawic, kaptura, spodni i karwasz. Za plecami znajdowały się dwie pochwy w których spoczywały dwa, długie , stalowe miecze. - Nudzę się - powiedział biorąc łyk trunku - Ostatnio nie wydarzyło się nic interesującego, a ta stagnacja mnie dobije. Potrzebuję adrenaliny, przygód, jakiegoś balansowania między życiem, a śmiercią - zaczął swój wywód łotr -Powiedz mi, przyjacielu - zwrócił się do ciebie - Czy masz podobne myśli?
  23. Deliver us ♬♪♩ Błoto! Piasek! Wody! Szybciej! Błoto, podnieś, piasek, ciągnij, wody, wstań Szybciej! Przeciętny obywatel Zapomnianych Krain drży na myśl o owianych paskudną sławą Czerwonych Czarnoksiężnikach. Mimo to, wpływy Thayczyków w światowym handlu wciąż rośną. Ten lud swe bogactwo i wygody zyskał dzięki pracy setek niewolników, licznym intrygom oraz sprzedaży swych magicznych usług. A teraz, w czasach w których świat podnosi się z kolan po wielkim kataklizmie magicznym, ich interesy mają się nawet lepiej! Przed laty, krajem rządziła rada ośmiu potężnych magów znanych jako Zulkirowie. Podczas chaosu związanego ze Splugawieniem Magii, Szass Tam sprytnym zagraniem zdobył sobie przychylność ludu, a dalej, pokonawszy swych politycznych oponentów, obwołał się regentem i ostatecznie stał się największą potęgą w Thay. To on odpowiedzialny jest za to, że kraina która tak silnie bazowała na magicznej potędze nie upadła jak powinna, ba, bardzo szybko podniosła się z kolan. Z racji wspomnianego kryzysu magicznego wiele niezwykłych, czarodziejskich przedmiotów uległo zniszczeniu. Sam Splot uległ zmianie, a w związku z tym wiele receptur i schematów musi ulec poprawkom. Aktualnie wytworzenie magicznych przedmiotów stało się trudne oraz kosztowne. Popyt na nie? Wzrósł gwałtownie. A Czerwoni Czarnoksiężnicy gotowi są sprzedać każdemu, kto zapłaci odpowiednią sumę, urządzenie czy artefakt czyniący wszystko co sobie tylko klient wymarzy. Wszystko. W przeciwieństwie do wielu królewskich czy rządowych kolegiów magów, którzy czasem po prostu załamują ręce, twierdząc że takiej usługi jeszcze dostarczyć nie potrafią. Spekuluje się nawet, że obdarowując głowy państw sąsiadów wasale Szass Tama zdobywają w ten sposób wpływy. Wpływy, które potem skrzętnie wykorzystują, by wpływać na światową politykę. Dzięki temu pociągają za sznurki, czyli to, co zawsze było ich pieprzoną ambicją. Oczywiście, to tylko... plotki, bo żadna koronowana głowa nie przyzna że na decyzje co do przyszłości ich kraju wpłynął jakiś zakapturzony, podejrzany typ i banda jego "kontraktorów". No właśnie, bo tę machinę finansową napędzają też najemnicy oraz poszukiwacze przygód, zarówno rodowici thayjczycy jak i chętni wielu sąsiednich krain. Traktowani są o wiele lepiej niż niewolnicy, czasem nawet lepiej jak obywatele kraju w samym Thay. Poza granicami państw różnie się na nich reaguje; ciekawością, strachem, nieufnością, klienci zazwyczaj radują się na ich widok. Nazywani są "kontraktorami". Łasi na zysk zobowiązują się wspomóc przedsiębiorców z Thay w prowadzeniu biznesu, ochronie i dostarczeniu magicznych przedmiotów od sprzedawcy do klienta. Podejmując się takiego zlecenia po raz pierwszy nie wiedzą, w co tak naprawdę się pakują. Oto historia jednego z takich... interesów życia.
  24. 18 grudnia 2016 roku, poranek, dzielnica Coventry, Gotham City, Stan Nowy Jork, USA, Znów śniła ten sam koszmar. Ciemna, deszczowa noc, stary pokój z łóżkiem i ona. Mała, chuda dziewczynka skulona w kącie, trzęsąca się na samą myśl o tym, co za chwilę się stanie. Serce biło jej jak szalone, gdy usłyszała spokojne, ciężkie kroki za drzwiami. Zbliżał się i wiedziała, że nie da rady mu się przeciwstawić. Krzyki i walka nie pomagały; sprawiały, że było tylko gorzej. Wolała się podporządkować - gdy była uległa, szybciej kończył i odchodził. Chciała tylko, by ten koszmar się skończył, jednak wiedziała, że to niemożliwe. Nikt nie mógł jej pomóc. Drzwi otworzyły się w końcu ze skrzypnięciem, a Lina aż podskoczyła w miejscu. We wpadającym przez okno świetle latarni ujrzała jego szczupłą sylwetkę, wypielęgnowane dłonie i okrągłe okulary na nosie. Jego szyderczy uśmiech sprawiał, że miała ochotę zerwać się na równe nogi i uciec. Nie mogła się jednak ruszyć, sparaliżowana strachem. Gdy podszedł i dotknął dłonią jej policzka, cicho jęknęła i natychmiast zacisnęła zęby. Wiedziała, co za chwilę nastąpi, za każdym razem było przecież tak samo. On pacnął ją palcem w czubek nosa i rozpiął pasek, a następnie rozporek i zsunął bokserki. Oczom Liny ukazał się na wpół nabrzmiały członek i owłosione jądra. Chwycił jej dłoń i położył na swoim przyrodzeniu, masturbując się powoli. Dziewczynka zaczęła płakać, starając się nie patrzeć na to, do czego ją zmuszał. I nagle, w mroku nieopodal, dojrzała jakiś przedmiot. Nóż. Jej wybawienie. Nie wiedziała, skąd się tutaj wziął, ale nie interesowało ją to. Łkając, wyciągnęła wolną dłoń w jego kierunku i chwyciła za zimną rękojeść. On dyszał ciężko z odchyloną do tyłu głową. To była jej szansa. Bała się, ale musiała to zrobić, by zakończyć ten koszmar trwający zbyt długo, by pamiętała nawet, kiedy się zaczął. Zamachnęła się ostrzem w stronę sterczącego penisa, a chwilę później słyszała tylko przeraźliwy krzyk i poczuła na twarzy ciepłą, ciemną krew... Obudziła się z bijącym ciężko sercem, a zaspany umysł potrzebował chwili, by sprowadzić ją do rzeczywistości. Odetchnęła z ulgą, stwierdzając w końcu, że to był tylko zły sen a ona znajduje się w łóżku, w swoim mieszkaniu. Nie była już małą, zastraszoną dziewczynką, tylko pewną siebie, dojrzałą kobietą. Detektywem z wydziału zabójstw G.C.P.D. Spojrzała na stojący na szafce przy łóżku zegarek - czerwone diody pokazywały niemal piątą rano. Przetarła twarz i prawą dłonią przejechała po kołdrze w miejscu, gdzie zwykle spała Willow. Brakowało jej ukochanej, jednak wiedziała, że ta niebawem wróci do domu ze służbowego wyjazdu do Metropolis. Przez niedosłonięte zasłony widziała sypiący gęsto śnieg, odcinający się bielą na tle ciemnego nieba. Wygramoliła się z łóżka i podeszła do okna, zerkając na krajobraz za nim. Gotham City było niebezpiecznym miastem - wszyscy mieszkańcy doskonale o tym wiedzieli, a przyjezdni szybko się przekonywali. Zwykle bywało, że na własnej skórze. Po zmroku na dystryktach i w wąskich alejkach pojawiał się rak toczący metropolię. Można było tu trafić na cały przekrój podziemnego łańcucha pokarmowego miasta - złodziei, morderców, dewiantów, paserów, alfonsów i całą masę innych psycholi, którymi zwykle zajmował się zamaskowany symbol Gotham, czyli Batman i jego pomocnicy. Chociaż nigdy nie miała z nimi do czynienia, wiedziała, kim są Joker, Two-Face, czy Pingwin. Zresztą, kto w Gotham nie wiedział... Przez chwilę wpatrywała się w tańczące na wietrze płatki śniegu. Wstawał kolejny dzień, pełen nowych wyzwań i niespodzianek. Tego Lina mogła być bardziej, niż pewna.
  25. Podróż bez koni dłużyła się niemiłosiernie, droga była jednak solidna i nie padało o tej porze roku, nie było więc zbytnio powodów do narzekania. Poznaliście się w karczmie w Daggerford i pomimo że nie każdy z Was przyjął zlecenie od posłańca szlachcica razem próbowaliście dotrzeć do Nightstone, ufortyfikowanej osady położonej kilka mil na południe od lasu Ardeep, tego samego w którym odbędzie się zapowiedziane polowanie. Nikt z Was nigdy nie był w tym mieście i nie wiedział czego się spodziewać, wieść jednak niosła że jest rozsądnie zarządzane przez Lady Velrose a palisada i otaczająca ją fosa skutecznie zapewnia spokój mieszkańcom. Podróżowaliście od dłuższego czasu nie niepokojeni przez jakichkolwiek rabusiów czy gobliny. Trasa ta była dość często uczęszczana a i sami nie odeszliście jeszcze daleko od miasta. Drugi dzień podróży chylił się ku zachodowi słońca otaczając okoliczne łąki i pagórki złocistą poświatą, tworząc bajeczny widok, tak piękny że dziwnym zdawało się nazywanie tych terenów Dzikim Pograniczem. Zmęczenie nóg całodniowym marszem części z Was dawało coraz mocniej o sobie znać...