Wyszukaj: Wyświetlanie wyników dla tagów 'rozdział 1' .

  • Wyszukuj po tagach

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukuj po autorze

Typ zawartości


Forum

  • TABLICA OGŁOSZEŃ
    • F.A.Q.
    • Kuchnia mistrza Protazego
    • Poligon
  • REKRUTACJE RPG
    • Rekrutacje: Fantasy
    • Rekrutacje: Modern
    • Rekrutacje: Inne konwencje
  • SESJE RPG: FANTASY (HEROIC & DARK, HISTORYCZNE)
    • Oficjalne Systemy RPG
    • Niezależne i autorskie
  • SESJE RPG: MODERN (URBAN FANTASY & HORROR)
    • World of Darkness
    • Inne systemy i sesje autorskie
  • SESJE RPG: INNE KONWENCJE
    • Future
    • Supermoce i superbohaterowie
    • Inne
  • FORUMOWE RPG: STRATEGIE
    • Rekrutacje: Strategie
    • Karczma: Strategie
    • Forumowe strategie
  • CIEŃ PRZESZŁOŚCI
    • Cień przeszłości
    • Cień Przeszłości: Hala Szkoleniowa
  • KOMNATA RPG
    • Karczma
    • Kuźnia
    • Tablica sławy
  • WSPÓLNA SALA
    • Gospoda
    • Wieści z szerokiego Świata
    • Księga Zlotów i Konwentów
    • Biblioteka Aleksandryjska
    • Współpraca i Reklamy

Kalendarze

  • Rekrutacje
  • Urodziny
  • Inne

Blogi

  • Myśli Zebrane Asterki!!
  • Iskry
  • Pitbullek
  • Szkicownik Mroczek
  • Skórzany kajecik
  • Zakurzona teczka

Kategorie

  • Artykuły - Inne
  • Artykuły - RPG

Kategorie

  • Files

Znaleziono 6 wyników

  1. The Loving one Wukor uparł się odprowadzić ją do kontroli jak na starszego brata przystało. Bezinteresowne akty dobroci zazwyczaj nie były w jego stylu i gdyby nie to że cały czas był zasępionym kłębkiem wściekłości możnaby pomyśleć że coś się z nim stało. Zwłaszcza kiedy mruczał o tym że zamierza też odstawić Jeylena. Formalności poszły ekspresowo i sprawnie. Już sama czerwona skóra zapewniała jej uwagę kontrolerów, a stojący obok samobieżny wulkan jeszcze dodatkowo zmotywował dwóch oficerów kontroli do sprawnej pracy. Już jakiś czas temu Wukor odkrył jak gapić się na ludzi tak że robili wszystko co w ich mocy żeby tylko przestał. - Uważaj na siebie, ta cała sprawa z dziadkiem i twoim mistrzem śmierdzi - oznajmił na do widzenia. - Daj znać jak będziesz po odprawie. Była pierwsza w swoim promie, co dawało jej swobodny dostęp do ławek. Nie żeby wybór był wielki, ot pod zakrytym przez składane skrzydła oknem albo kawałek od niego. Pozostała piątka zjawiła się szybko i kiedy już zajęli miejsca nietrudno było dostrzec wspólny mianownik. Wszyscy byli Sith, mniej lub bardziej czystej krwi. Miała przed sobą całkiem szerokie spektrum własnego gatunku. Trzech chłopaków i dwie dziewczyny o skórze w różnych odcieniach czerwieni. Jeden panów miał po cztery palce, z tego co kiedyś mówiła jej matka świadczyło to o wyjątkowo czystej krwi. Lecieli w milczeniu, większość zajęta robieniem posępny albo groźnych min. Nie byli w tym nawet w połowie tak dobrzy jak Wukor, ale trzeba było dać im punkty za entuzjazm. Jedna dziewczyna wyłamywała się z tej tendencji patrząc w okno na planetę która przed wiekami stanowiła miejsce narodzin ich rasy. Korriban, serce Ciemnej Strony Mocy. Akademie wbudowano w jeden z górskich masywów, do wielkiej piramidy prowadziła aleja kamiennych kokosów z pochylonymi głowami. W środku poprowadzono ich schodami na drugie piętro. Tam miał czekać na nich mistrz i nadzorca w jednym. Musieli go jednak najpierw znaleźć co takie łatwe nie było. Sala w której ostatecznie skończyli przypominała muzealnych magazyn. Prowizoryczne regały, zawalone zatartymi kamiennymi tablicami i posążkami tak starymi ze po ich kształcie trudno było się domyślić co mogły kiedyś przedstawiać. Wszystko to tak do siebie podobne, że trudno było stwierdzić czy i kiedy mijało się już ten regał. Mulie zyskała pewność że w ogóle porusza się do przodu kiedy zobaczyła lanvaroki - starożytne skrzyżowanie halabardy i strzelby na dyski. Proste egzemplarze nie raz widziała na Yavinie w rękach Massassich. Te na które teraz patrzyła były o niebo lepiej wykonane i większe. Bardziej niż halabardy przypominały olbrzymie wibrotopory o długich styliskach, nikt poza Massassim nie mógł chyba nawet marzyć o tym żeby unieść jeden z nich. Ostrza i głowice zdobiły znaki, wyraźniejsze niż na tablicach. Za lanvarokami znajdował się regał czaszek. Czarnych od starości, potłuczonych ale definitywnie należących do Sithów. Mulie nie wiedziała jak to się stało, ale całą szóstka skończyła właśnie tam, chociaż pierwotnie rozeszli się w różnych kierunkach. - Powinienem zapewne powiedzieć, że należały do waszych poprzedników. - oświadczył nonszalancko głos za ich plecami. -Ale byłoby to trochę zbyt oczywiste kłamstwo, więc powiem tylko: Witam w zakątku wyrzutków. Stał za nimi przy stelażu lanvaroków, oparty nonszalancko o jeden z wielkich toporów. Na oko był gdzieś po trzydziestce ale jeszcze daleko przed czterdziestką. Czarne włosy opadły na ramiona znoszonego, definitywnie roboczego płaszcza, żółte oczy wędrowały spojrzeniem po ich twarzach. Coś w tym jak na nich patrzył przywiodło Mulie na myśl drapieżnika i bynajmniej nie chodziło o uśmiech odsłaniający lekko zaostrzone zęby. - Doskonale wiecie kim jestem, ja też dobrze wiem kim jesteście wy, więc nie ma potrzeby strzepic sobie języków na prezentacje. Z resztą, pewnie chcecie wiedzieć co wam spadnie tym razem na głowy. Uzbrójcie się w jeszcze trochę cierpliwości. Zmienił nieznacznie pozycję, dostrzegła że u pasa poza zwykłym mieczem świetlnym miał też tradycyjnie wyglądająca broń. Sięgnął do boku ale nie po broń ale czerwone zawiniątko. Kiedy rozwinął je w dłoni Mulie dostrzegła kilka połyskujących szkarłatem przypinek z wytłoczoną koroną. - Co to znaczy być Sith? - zapytał przypatrując się im z akademicką ciekawością. - Nie pytam tu o zakon, ale o rasę. Co znaczą dla was wasze znamiona, wyrostki i czerwona skóra? Jego wzrok zatrzymał się na chłopaku z czterema palcami. - Sek? Czteropalcy drgnął wywołany do odpowiedzi. Przez chwilę milczał patrząc na mistrza. - Być Sith to urodzić się żeby władać. Mistrz uniósł brew. - Nawet teraz, na granicy wyginięcia trochę nas za dużo żeby to mogło udać się każdemu. - stwierdził sucho wyciągając w stronę chłopaka jedną z przypinek. Czteropalcy złapał ją mocno i ukrył w pięści. - Sadow? Szczupły i wysoki chłopak o wyjątkowo ciemnej skórze drgnął, po czym odparł dość szybko: - Być Sith, to być blisko Mocy. Tilan uniósł brew. - Nie zbyt pospolite? - spytał, kiedy chłopak zgłosił się po swoją odznakę. - Inne gatunki to marne podróbki. - Powiedz to Mrocznej Radzie, będą zachwyceni. Tymczasem wzrok mistrza padł tym razem na Mulie, w palcach obracał czerwoną przypinkę. - Ragnos?
  2. The Curioss one Było zimno. Całe jego ciało skostniało. Nie wiedział kiedy i jak, ale w pustce jaką zgodnie z instrukcjami matki, starał się wypełnić w czasie medytacji pojawił się lodowaty chłód. Ciemność pod oczami nie wydawała się neutralna lecz groźna. Słyszał swój własny oddech i dopiero po chwili dotarło do niego, że coś jest z nim nie tak. Był głośny, odbijał się echem od jakiejś wysokiej przestrzeni. Potem poczuł to w dłoniach, które przecież leżały złożone przed nim na kolanach. Owalny, chropowaty kształt, zimny kamień nie większy niż przycisk do flimsiplastu na biurku Ya-Ry, jednak jego ciężar był przytłaczający. Zupełnie jakby nagle chwycił kotwicę i ta ciągnęła go na dno otchłani. Przed oczami zobaczył skrzyżowane drzewca wielkich toporów, takich jak te, które nosili Massassi matki. Obraz brudnej flagi z symbolem baszty mignęła mu przed oczami i… Zadzwonił budzik. Przebudził się zupełnie zziębnięty i sztywny, zupełnie jakby siedział w lodówce, a nie na swojej koi. Został z obrazami pod powiekami, mrowieniem palców i bliźniaczką walczącą di drzwi, że już pora i co on tam wyrabia. Odprawa był trochę problematyczna. Co prawda nie do końca dla Arcturusa ale Sharena i Atonai musieli swoje dostać zanim oficerowie uwierzyli ze ich przepustki są autentyczne. Obecność Arcturusa, który zdaje się w przeciwieństwie do nich wyglądał jak trzeba pomogła. Niestety całą trójką byli na szarym końcu i musieli się spieszyć. Na szczęście szybko zlokalizował swój prom, w biegu trudno było się przyjrzeć maszynie, jasne jednak było, że właśnie zbierała się do startu. Kiedy wbiegał po trapie usłyszał głośne klaśnięcie i zaraz potem chichot. Oczywiście był ostatni. W środku na jednej z ławek podwieszonych pod iluminatorem siedziała czarnoskóra dziewczyna, z wysoko uniesionym podbródkiem i gniewnym wzrokiem, który trafił go jak pocisk. Nie wiedział jak to robiła, ale nawet zwykły strój akolity wyglądał jakby szył go na miarę najdroższy w sektorze krawiec. - Wspaniale, jest spóźnialski. Możemy startować! Obok niej siedział nastolatek, którego na pierwszy rzut oka można było zaklasyfikować jako: Nic dobrego, albo ewentualnie amanta dla ubogich. Czarne, romantycznie rozrzucone włosy jakoś przywodziły Arcturusowi na myśl Alesha. Zazwyczaj zapewne był wyluzowany. Zazwyczaj bo w obecnej chwili siedział z szeroko otwartymi oczami i dłonią przyciśniętą do policzka. Na przeciwległej ławce siedziały dwie kolejne dziewczyny, ruda była zgięta w pół i niemal dusiła się śmiechem. Drobniutka, mysia szatynka patrzyła przed siebie szeroko otwartymi, ciemnymi oczami. - Czyyy to było zgodne z regulaminem? – zapytała szybko. - Proszę cię, jeśli to zagrażało jego życiu to nie powinien tu nigdy trafić. – mruknął śniady chłopak rozparty wygodnie na trzeciej ławce. Wydawał się o kilka lat starszy niż cała reszta. Miał lisi uśmiech i coś w ciepłym kolorze jego skóry sugerowało, ze miał w przodkach czystokrwistych sith. Statkiem szarpnęło i Arcturus musiał zająć miejsce żeby nie upaść. Podróż się rozpoczęła. Korriban było pełne ciepłych kolorów, brązów, pomarańczy i czerwieni a jednak wydawało się lodowate. Ukruszone posagi ze smętnie spuszczonymi głowami, mrowie drobnych ludzików biegających wokoło wielkiej, czerwonej piramidy do której zmierzali, wszystko to wypełniał strach, napięcie wyczuwalne w Mocy i w powietrzu. Nadzorca Tremel, był ciemnoskórym mężczyzną w średnim wieku, emanował powagą, a to jak się poruszał było oszczędne i konkretne. Przyjął ich w swoim gabinecie, wygodnie siedząc za biurkiem przypatrywał się ich twarzom z akademicką ciekawością i lekko uniesionymi brawami. Myszka stała wyprężona na baczność tak, ze wyglądała jakby zaraz miały jej puścić kości. Elegantka starała się chyba nie wyglądać jakby patrzyła na ich nadzorcę z góry, co średnio jej wychodziło. Czerwonawy stał prosto i z naturalnością która zdawała się krzyczeć, ze należał do tego miejsca. Pseudoamant nie bardzo umiał przyjąć postawę, a może tylko usiłował zamaskować nerwy za niefrasobliwością? Ruda staął prosto w sposób zupełnie naturalny, jak ktoś nawykły do dyscypliny. Kiedy oczy nadzorcy zlustrowały ich już uważnie ten przemówił. - Jesteście tu by zostać Sith. Każde z was wychowywano właśnie dla tej chwili. Przez najbliższy rok będę pracował nad tym żebyście w pełni zrozumieli co to znaczy. – stwierdził, wstając wolno z miejsca. – Będziecie nie byle jakimi Sith, kiedy skończy się wasza służba tutaj część z was stanie na straży tego co zawsze było siłą Imperium, Tajemnic. To wyjątkowa role, dlatego Lady Safada, poleciła mi żeby i szkolenie było wyjątkowe. Potraktujecie je jako drogę. Jedną z wielu jaka was czeka. – Wyjął z szafki srebrne odznaki z wygrawerowanym na nich okrągłym symbolem planety. – Jednak zanim się wyruszy gdziekolwiek potrzebna jest mapa. Tym razem będą to dwie mapy. Jedną znajdziecie w skryptorium w Dolinie Martwych marzeń, drugą w Kancelarii Doliny Zdrady. To zadanie nie jest dla jednej osoby, więc podzielcie się na dwie grupy. Wyciągnął do nich dłonie, zarówno w prawej jak i w lewej trzymał po trzy odznaki. Popatrzyli po sobie zdezorientowani. - No dalej, nie mamy całego dnia.
  3. The Pride one Miała dziwne przeczucia już od samej kontroli. Oficerowie w szarych, imperialnych mundurach długo oglądali Mono, rozmawiając ze sobą cicho. Wydawali się sztywni jak marionetki i w pewnej chwili nawet przestała na nich zwracać uwagę. Z każdą kolejną sekundą spędzoną przy bramkach narastało w Roshan dziwne uczucie. Jakby coś zimnego pełzało jej po skórze i wkrótce mogła myśleć tylko o tym. Przypomniało jej o domu, całkiem logiczne skoro dotąd nie miała żadnych wspomnień z domem niezwiązanych. Czuła coś podobnego kiedy wypuszczała się do lasów na Yavinie, zazwyczaj obok któregoś z tych grobowców pod którymi Ya-Ra w obawie przed wyprawami Arcturusa rozstawiła swoich Massassi. Mieli za zadanie zawracać każde z dzieci Crow (zazwyczaj niezwykle skutecznym chwytem wielkiej czerwonej łapy za kark). Stali przed tymi grobowcami które były na liście arcaniańskiej macochy w kategorii: Zwariowałeś? Nie ma mowy! Nie myślała teraz jednak ani o Ya-Rze, ani o jej czerwonych pupilach tylko o chłodnych podmuchach, które ziały za ich plecami, z ciemności starożytnych grobowców Yavin 4. Teraz podobne czuła z za barierki gdzie na straży stało dwóch Sithów w pełnych, czerwonych zbrojach i z każdą kolejną sekundą czerwień tych pancerzy stawała się wyraźniejsza. Zupełnie jakby taki właśnie kolor miały przybrać jej złe przeczucia. W końcu po wyłączeniu droida, i wyczyszczeniu mu pamięci dostała Mono z powrotem, zapakowanego do plecaka razem z resztą rzeczy. Oficer wskazał jej drogę do jednego z małych promów. Wysłużone, nieuzbrojone jednostki służyły do transportu osobowego, tyle widziała już na pierwszy rzut oka. Nie była pierwsza w środku, kiedy wspięła się po trapie i otworzyła śluzę spojrzały na nią dwie pary oczu. Togrutanin i człowiek, młodzi o muskularnych ciałach i niepewnych spojrzeniach. Po krótkim czasie zjawiło się jeszcze trzech. Ludzie, chłopcy na oko niewiele starsi od Arcturusa, chociaż fizycznie więksi. Wszyscy jak jedno wyglądali jakby za milczeniem usiłowali ukryć niepokój. Jednak zawsze coś ich zdradzało, rozbiegane spojrzenie, zbyt sztywne plecy, dłonie mocno zaciśnięte na stalowym kiju. Zaśpiewały silniki, skrzydła maszyny rozłożyły się ukazując duże okna przez które z wysoka Roshan mogła podziwiać inne ustawione w rzędy promy. Przez chwilę wydawało się jej, że widzi tam gdzieś białą głowę Atonaia nim prom nie przyspieszył i pokonawszy energetyczną barierę zagłębił się w ciszy kosmosu. Korriban, brunatno-czerwony martwy świat, pierwsza obca planeta jaką podziwiała z orbity. Zbliżali się szybko do powierzchni, już po chwili prom wpadł w brunatne chmury atmosfery. Kadłubem zatrzęsło nieznacznie. Chwyciła mocniej swoje siedzenia. Zasłona chmur opadła, zmierzał do ziemi stałym tempem. Roshan widziała zapłatę zygzaki masywów górskich, kilka z nich łączyło się w czymś co wyglądało jak czarno czerwona piramida. - Tam właśnie umrzecie. Większość z was. Spokojne słowa sprawiły, że drgnęła. Nie ona jedna, chłopak siedzący obok też podskoczył na swoim siedzeniu odwracając się gwałtownie w stronę kokpitu. Mężczyzna w czerni stał w uchylonych drzwiach. Patrzył na nich surowo czerwonymi oczami o czarnych źrenicach. Wydawał się młody, młodszy niż jej matka, chociaż trudno było ocenić, wyglądał obco. Roshan podejrzewała, że mógł być potomkiem Chissów, bo jego skóra była niebieska jak burzowe niebo, jednak rogi na głowie i czarne tatuaże na twarzy zdecydowanie miał zabracze. Był wysoki, wyższy niż ojciec, tak wielki jak Wukor, o którym w rodzinie mówiło się, że postanowił przerosnąć Massassich. Kiedy zamknął za sobą drzwi i wkroczył pomiędzy nich poruszał się z płynnością drapieżnika. Zaglądał im w twarze i sądząc po coraz bardziej zmarszczonych brwi ach to co widział nie podobało mu się za bardzo. Prom kołował ponad piramidą powoli zmniejszając pułap. Pilot nie spieszył się dając im czas żeby dokładnie się przyjrzeli. Następnie odbił w bok i wciąż obniżając pułap pofrunął ponad szpalerem składającym się z wielkich posągów niewolników z pochylonymi głowami. W piachu uwijały się drobne czarne punkcik postaci. Prom niósł ich w głąb jednej z dolin znajdującej się między wyszczerzonymi jak zęby szczytami. Kluczyki tak robiąc szybkie skręty. Widzieli z góry zasypane piaskiem posągi, ukryte pułapki przepaści, ciemną mgłę snującą się po ziemi przy wejściach do grobowców, stada dziwnych stworzeń pędzące dolinami. - Powstań - powiedział mężczyzna w czerni, na tle stanowczo że go posłuchali. Prom złożył skrzydła i zwolnił, zniżył też pułap, wyglądało jakby zbierał się do lądowania. - Jestem Celar Moren... - oznajmił. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej podłużne pudełko. - ...i przez najbliższy rok będę waszym bogiem. - W pudełku znajdowało się sześć czarnych przypinek z symbolem przerwanego okręgu. - Jesteście moi i mogę z wami zrobić co chcę. Drzwi po bokach maszyny otworzyły się. Do środka w jednej chwili wdarł się wiatr i piach. Roshan tak jak i jej towarzysze, zebrali się na środku obok swojego zarządcy. - Jesteście tutaj bo, ktoś bardzo głupi albo bardzo pijany, uznał, że możecie być Sith. I teraz muszę się z wami użerać. Czerwone oczy przez chwilę podróżowały po ich twarzach nim zatrzymały się na Roshan. Mężczyzna wziął jedną z przypinek i przystawił ją do jej szaty na ramieniu. Poczuła jak igła wbił się w materiał niemal sięgając skóry. Chwilę potem zatrzeszczał zatrzask. - Akademia Sith na Korriban, to nie jest miejsce gdzie można sobie tak po prostu trafić. - oznajmił patrząc na Roshan z powagą, musiała zadrzeć podbródek bo górował nad nią niemal o głowę. - Ale o tym zaraz się przekonacie. Nie wiedziała jak to się stało, była pewna swojej równowagi, a jednak pokład nagle uciekł jej pod nóg. Zawył wiatr a skręcające się ciało pochłonął bezwład upadku. Szczyty przekoziołkowały jej przed oczami a potem na chwilę zapadła bolesna ciemność. To nie tak że straciła przytomność, bolesny upadek po prostu na chwilę skupił na sobie wszystkie zmysły. Chwilę potem patrzyła już na szare niebo i małą sylwetkę promu znikającą w oddali. Była cała. Chyba. Wszystkie kończyny grzecznie się zginały, tylko tyłek trochę ją bolał. Wylądowała po środku małej doliny, obok leżał jej plecak i pałka. Poza nimi za towarzystwo miała górski wiatr i piach, oraz żadnego pojęcia gdzie się właściwie znajduje.
  4. The Brave one Odprawa nie należała do przyjemnych, chociaż musiał przyznać, że spodziewał się tego. Przed nim odprawił się Allesh i kontrolerzy wydawali się tak zdziwieni tym że widzą przed sobą twi’leka że sprawdzali go trzy razy i nie byli do końca skłonni puścić nawet po potwierdzeniu z centrali. Allesh jak to Allesh, wydawał się pozornie nieprzejęty zamieszaniem, wesoło podrywał obie kontrolujące go panie oficer ostatecznie przekonując je że to naprawdę nie jest żaden przekręt. Odszedł chyba nawet z numerem jednej z nich. Po tym przedstawieniu Chiss mógł się spodziewać problemów. Nie były one jednak aż tak wielkie jak u jego młodszego brata. Dokumenty Dlara sprawdzono dokładnie, ale obyło się bez potwierdzania ich w centrali. Kiedy wzrok kontrolerek padł na imię mistrza obie wymieniły porozumiewawczo spojrzenia i puściły go dalej. Odszukanie właściwego promu wśród kilkudziesięciu stojących w hangarze nie zajęło mu wiele czasu. Kiedy podszedł bliżej dostrzegł drobne modyfikacje silników, które pozwalały maszynie poruszać się w atmosferze niemal tak sprawnie jak przeciętny myśliwiec. Ktokolwiek modyfikował to maleństwo chciał dostosować je do szybkich zwrotów i skręcających żołądek akrobacji. W środku zaś czekała na niego istna menażeria. Przy ścianie siedział KelDor zaciskając szponiaste dłonie na kolanach. Obok niego przycupnęła Duroska, tak jak większość przedstawicieli swojej rasy wydawała się smutna, może przez dziwnie wykrzywione usta, a może przez niebieską skórę, trudno powiedzieć. Za to siedząca naprzeciwko niej Miralanka miała zdecydowany wyraz twarzy. W kącie przycupnęła drobna, posiniaczona dziewczyna z opaska na oczach. Pięć łącznie z nim. Brakowało jednej osoby. Zjawiła się po kwadransie, wielki, czarny wookie wyraźnie zirytowany wpadł przez drzwi po czym zatrzasnął je za sobą z hukiem. Był wściekły, to nie ulegało wątpliwości. W tym składzie wyruszyli na Korriban. Kana Tarrid była falleenką, młodą, nie mogła być wiele starsza niż oni, jednak już nosiła blizny, nawet z nimi wydawała się ładna jak na swoją rasę. Oczekiwała na nich już na płycie lądowiska przechadzając się po jego płycie niecierpliwie. Chód miała sprężysty, ruchy pewne, sprawiały że czerwony, dopasowany pancerz wyglądał zarazem majestatycznie jak i groźnie. Towarzyszyła jej eskorta czterech obcych o twarzach przykrytych kościanymi maskami, Kaleesh, tak chyba nazywała się ta rasa. Byli uzbrojeni po zęby. - Baczność - oznajmiła zimno i coś w jej głosie sprawiło że natychmiast wszyscy wyprężył się jak struny. Minął ich pilot, który opuścił właśnie prom. Jeden z Kaleesh ruszył w stronę maszyny, pozostali ścian stali za plecami falleenki mierząc akolitow zimnym, ale i ciekawski spojrzeniem. - Jestem Kana Tarrid, mój mistrz wielki Darth Malgus, polecił mi nauczyć was co to znaczy być Sith. Patrzyła na nich z lodowatą ciekawością, jak naukowiec na próbki badawcze. Jeden z Kaleesh podał jej małą skrzynkę. Otworzyła ją i wyciągnęła w ich stronę tak żeby mogli zobaczyć zawartość. Sześć miedziano-czerwonych odznak z wytłoczonym sztyletem mieniło się w słońcu. - Powinnam dać każdemu z was po jednej na znak że należycie do tego miejsca i do Darth Malgusa. - spojrzała po nich a wzrok jej fioletowych oczu był nieodgadniony. Zatrzasnela pudełko i wręczyła je jednemu z Kaleesh. Ten skłonił przed nią głowę i razem ze wspolplemiencami odszedł do promu. Tymczasem Kana patrzyła twardo na akolitów. - W życiu Sith nigdy niczego się po prostu nie dostaje. - oznajmiła kiedy za ich plecami z szumem silników prom poderwał się do lotu. - Jeśli chcecie coś mieć musicie to wydrzeć dla siebie. - Wskazała gestem Akademię, wielką piramidę z kamienia, która górowała nad nimi wszystkimi. - Na moje słowo przez najbliższe trzy dni będziecie mieć tam schronienie. Tyle mam jeszcze dla was cierpliwości, nie będzie jej więcej. Oczekuje że w ciągu tygodnia odnajdziecie i odzyskać to co wasze. Niech Moc wam służy. Odwróciła się na pięcie I ruszyła w stronę wielkiej piramidy, która w słońcu mienila się czernią i czerwienią. Ponad jej ramieniem dało na horyzoncie nad Doliną Mrocznych Lordów znikała mała kropka promu a w.niej ich przyszłość ukryta w małej skrzyneczce.
  5. The Compassionate One Oczywiście, od samego początku wszystko musiało pójść nie tak. Chociaż była pewna że co miała do zrobienia zrobiła jak trzeba. Doprawdy ciężko byłoby to sknocić. Podeszła do bramek, pokazała swój datapad i… zaczęło się. Dwoje oficerów wpierw patrzyło na nią z niesmakiem, potem po przejrzeniu jej dokumentów z niedowierzaniem. Zajęli się dokładnym sprawdzaniem kodowania przydziału, potem potwierdzili go w centrali. Wszystko szło wolno i publicznie. Shakka czuła za sobą zniecierpliwienie powoli rosnącej kolejki. Emocje coraz lepiej wyczuwalne w Mocy. Zdawały się dyszeć jej w kark, szeptać gdzieś za uchem. Nie była zaskoczona kiedy przerodziły się w gniew. Dość znajomy gniew. - Czy mają panowie jakiś problem z przepustką mojej siostry ? Wukor wyrósł obok kontrolerów dość nagle, jego głos był lodowaty a spojrzenie pełne furii. Oficerowie w szarych mundurach niemal podskoczyli widząc wściekłą, czerwoną, górę. W Imperialnymi wojsku szybko wyrabiano pewne odruchy. Pomagały przeżyć. - Nie, Sir - jeden z nich wykrztusił zanim zdążył pomyśleć, potem wyprostował się, ale Wukor i tak dalej patrzył na niego z góry. - Tylko rzadko widujemy… Sith nie dał mu skończyć. - Więc puśćcie ją wreszcie. Chyba że wolicie się tłumaczyć czemu wszyscy się przez was spóźniliśmy? Nie woleli, chociaż ich niechęć wciąż wisiała w powietrzu wyraźnie wyczuwalna. Brat skinął jej głową i odprowadził ją wzrokiem kiedy znikała między rzędami promów. Przez to wszystko dotarła do swojego promu ostatnia. Gdy tylko pokonała trap powitały ją kolejne zdziwione spojrzenia. Wszystkie były młode i ładne. Catharka, trzy rasy ludzkiej i jedna która wyglądałaby jak człowiek, gdyby nie jej zielone włosy. Wpatrywały się w Shakkę szeroko otwartymi oczami jak na tańczącego Hutta. Catharka spłoszyła się pierwsza, zielonowłosa kiedy tylko wystartowali wbiła wzrok w okno i mocno zacisnęła palce na swoim siedzeniu. Jedna z ludzkich pannic przestała po kilku zdegustowany spojrzeniach, dwie ostatnie lustrowały spojrzeniem uważnie wszystkie potencjalne rywalki, po dłuższym przyjrzeniu się im Shakka stwierdziła że są podobne do siebie, dość podobne żeby nie był to przypadek. Na lądowisku pierwsze co się jej rzuciło w oczy to rozmiar. Wszystko wokół wydawało się mieć jeden cel, wznosić się nad nimi. Szczyty gór pięły się ku niebu jak obnażone zęby. Wbudowane w nie posągi patrzyły z wysokości na akolitów, nie pierwszych ani nie ostatnich, którzy kroczyli w ich cieniu. Nawet skulone posągi nagich niewolników były imponujące. Podano im numer gabinetu i polecony niezwłocznie się tam udać. Więc udały się grzecznie po schodach na piętro, a kiedy szły przyciągały wzrok. Wszystkie sześć wyróżniały się urodą, lekkością i płynnością ruchów, miały w sobie ten magnes na męskie spojrzenia. Nawet honorowa straż w czerwonych pancerzach rozstawiona strategicznie po budynku, oglądała się za nimi. Gabinet, w którym ostatecznie skończyły wydawał się bardzo ugruntowany. Kamienne biurko, na nim ustawione równo sprzęty jakby oczekiwały inspekcji. Ciężkie, przytłaczające kobierce na ścianach i on, nadzorca. Wszystko to onieśmielało. Sprawiało że nawet tej najśmielsze ludzkiej dziewczynie trudno było wyprostować kark. Kiedy weszły do środka ich nowy pan i władca siedział na fotelu za biurkiem, odwrócony plecami do nich, widziały tylko ramiona i tył zadartej głowy, zdaje się że patrzył w godło Imperium wiszące dumnie na ścianie. Biurko było jak mur który je od niego oddzielał, blady ekran datapadu, leżącego na blacie migotał jak zasłona. Nie mógł nie zauważyć ich przybycia, jednak nie odwrócił się do nich. Nie zrobił tego kiedy wchodziły, ani kiedy ustawiły się w szeregu przed biurkiem. Nie zrobił też tego przez kolejne dłużące się minuty. Cisza w gabinecie robiła się coraz cięższa, gęsta, jak powietrze przed burzą. Nadzorca dalej milczał.
  6. Mur Cieśli Hida Yakamo spojrzał w dół, na otwierającą się bramę do Krain Cienia. Wyruszał kolejny patrol, a jego ludzie byli spokojni i rozluźnieni, jak nigdy wcześniej żaden Krab przed nimi. Myśl o tym, że Krainy Cienia spały zdejmował mu sen z oczu, bardziej niż mogłaby to zrobić jakakolwiek wizja wojny. Wojna była prosta, wojna była czymś, z czym potrafił sobie poradzić. Pokój... Wychował się z myślą, że pokój to iluzja. To gra, w którą grają na północy, starając się zagłuszyć strach przed kolejną wojną z Cieniem. Że pokój nie może być celem, ponieważ pokój nigdy nie utrzyma się zbyt długo. Pokój jest tylko oczekiwaniem. Ale nawet on czuł, że ta trucizna zaczyna go toczyć od wewnątrz. Spokój był iluzją, próbował sobie powtarzać. Spokój jest tylko iluzją. Wróg próbował ich uśpić, to musiało być to. Miał nadzieję, że ten patrol zginie z honorem, spotykając prawdziwe niebezpieczeństwo. Przypomni Krabom jakie jest ich przeznaczenie. Tak... Powtórzył sobie w myślach i zacisnął dłoń na swoim Tetsubo. Krab musi pamiętać. Ale patrol wrócił. Krab ziewnął. Lecz Hida Yakamo był ciągle czujny... Musiał być. Topazowy Turniej Piątka przyszłych samurajów powoli zbliżała się do Tsumy, przyglądając się pięknemu i zapierającemu dech w piersiach porankowi. Było dla nich oczywiste, że musiał być tak piękny! W końcu czy shugenja Asahina pozwoliliby na deszcz w trakcie tak spektakularnego wydarzenia? Nie należało spodziewać się czegokolwiek innego niż tego, że najbliższe dni będą piękne i każdy będzie opowiadał o nich przez długie miesiące. Dolina rzeki była ożywiona bujną zielenią wiosny, a źdźbła pomarańczonych zbóż wul rosły by uszczęśliwić rolników w trakcie żniw. Młodzi zrobili wcześniej tylko krótki postój w ostatniej z przydrożnych stacji, by teraz pomykać z ogromnym podekscytowaniem i szybkością kucyków przez sady w kierunku Tsumy, ich celu podróży. Wtedy też, bez żadnego ostrzeżenia, nagle wpadli na niecodzienną sytuację. Starzec ubrany jak wieśniak (chociaż z szyją owiniętą pięknym, błękitnym szalem) obciążony wielką skrzynią na mocno skulonych plecach zdawał się iść spokojnym spacerem w kierunku miasta. Lecz gdy tylko dojrzał przyszłych samurajów, natychmiast odskoczył na bok chcąc szybko zejść im z drogi, jednak gdy tylko spróbował to zrobić, nogi zaplątały mu się i stoczył się z wału na którym znajdowała się droga prosto w płyciznę rzeki, twarzą w wodę. Zaczął się podnosić, ale bardzo powoli, nie mogąc unieść ciężaru skrzyni.