Nólanis

Potęg rozmowy rozmaite (L'riot&Sheila)

35 postów w tym temacie

9I2sId0.png
Lidia Brennan

Wpatrywała się w Ethana z uwagą i troską.

- Przykro mi. - Powiedziała, bo w sumie jak inaczej można było podsumować tę sytuację. Odstawiła kieliszek, wstała i przytuliła do siebie brata, jeśli potrzebował się wypłakać, albo dać upust emocjom służyła ramieniem. - Coś wymyślimy. To przez nasz powrót do przeszłości? Wtedy zmieniło się twoje życie o ile się nie mylę. Masz jakiś pomysł jak to naprawić? Ślad co mogło to spowodować?

Jeśli chcieli zacząć działać potrzebowali punktu zaczepienia.

Edytowane przez mroczek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

WSP9JnR.png

Ethan Barrington

- Poniekąd - odpowiedział cicho - Pamiętasz ten odłamek, w tym domu? Cóż... Tak bardzo go wkurzyliśmy, że zabił przodka Jessici. Ot tak, po prostu. Moi przyjaciele znaleźli na to sposób - skłonił lekko głową Trupie - i wymaga to albo ponownego cofnięcia się w czasie i nie dopuszczenia do tego by to zaszło, albo sprawienie by miał dziecko z tą samą osobą przed swoją śmiercią. Przy czym...

Głos ugrzązł mu w gardle.

- Przy czym ostatnio raczej martwię się tym, że przez moment... Przez moment nie chciałem, by się o zmieniło. Czy może inaczej - potraktowałem to jako kolejną przygodę, ot, coś co się wydarza, a jest tego sporo ostatnio. Boję się, Lidio - mówił coraz ciszej - boję się, że się zmieniam, że sam zapominam kim jestem. Nie wiem, czy rozumiesz, ostatnio odnoszę wrażenie że bardziej jestem niż że to ja jestem. Może przesadzam, może to kryzys dojrzewania - westchnął - ale w sytuacji, w której moja przyjaciółka zostaje wymazana z egzystencji a ja to zbywam sam już nie wiem kim jestem.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

9I2sId0.png
Lidia Brennan

Stała blisko brata, choć już go nie obejmowała, jednak jej dłoń wciąż spoczywała na jego ramieniu i teraz zacisnęła się na nim. Trudno było powiedzieć czy kobieta szukała pociechy, czy chciała ją ofiarować. Posmutniała i spuściła wzrok na chwilę, a kiedy go podniosłą jej niebieskie oczy wydawały się ciemniejsze od niepokoju.

- Chyba rozumiem o czym mówisz. Na wet nie masz pojęcia jak często ostatnio pytałam samą siepię co ze mnie po tym wszystkim zostanie. Kim zostanę kiedy skończy się transformacja - odpowiedziała cicho i uśmiechnęła się blado. - I ciesze się, że nie tylko ja o tym myślę. Reszta naszej rodziny wydaje się przyjmować to wszystko tak naturalnie. Zupełnie jakby poprzednie życie nie miało już znaczenia. Jakbyśmy wcale wszyscy nie umarli w chwili kiedy dostaliśmy moce. - Starała się pamiętać o tym, że jest tu aby pomóc bratu, a nie wyrzucić z siebie to wszystko co ostatnio spędzało jej sen z powiek. - Cała perspektywa się zmieniła, nie sposób jest pozostać tym kim się było. Ja... byłam nauczycielką a teraz nie powinnam się chyba za bardzo zbliżać do dzieci, bo przy tym co się wokół nas dzieje to prędzej czy później źle się skończy. Tymczasem to nie była tylko praca, to było... to jest sposób w jaki identyfikowałam siebie. I jedyne co z tego zostało to ta czwórka, która ze mną mieszka. - Znów spuściła wzrok. - Nie wiem nawet czy zatrzymując ich przy sobie nie wyrządziłam im krzywdy. Nie poświęciłam ich żeby zachować część siebie.

Przez chwile milczała.

- Ale z drugiej strony co innego możemy zrobić? Jak inaczej obronić to co było naszym rdzeniem, co było ważne? Patrząc na starsze potęgi - skrzywiła się. - Oni są fantastyczni, niesamowici cudowni, ale... to jak wielu z nich odeszło od człowieczeństwa mnie przeraża.

Edytowane przez mroczek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

WSP9JnR.png

Ethan Barrington

Ethan bawił się bezwiednie promykiem słońca który złapał w dłonie, który powoli przemieniał się w babie lato, by skończyć na kosmyku jasnych włosów. Z niewiadomych powodów przypomniał sobie rudą dziewczynę, o której myślał niedługo przed tym jak stał się Potęgą. Kim była? Zupełnie nie pamiętał jej już jako osoby, choć zapewne mógłby, niezwykle dokładnie, określić jaka była. Jak to się przedkładało na nią samą?

- To chyba ma związek z tym, że ludzie się nie zmieniają. W takiej szerszej skali, rozumiesz. Zmienia się świat wokół nich ale oni sami są stali, od pewnego wieku już ukształtowani. A my, cóż, zmieniliśmy się bardzo. No ale wiesz, jako nauczycielka się możesz realizować, nie tylko wobec dzieci. Nam też się to bardzo przyda, jak tak na nas patrzę - zaśmiał się lekko - Fakt, starsze potęgi mało maja w sobie z ludzi. Chyba oznacza to, że skoro zmiana już się rozpoczęła to nie można jej zatrzymać. Może pozostaje tylko iść z prądem. I naprawdę Lidio, nie przejmuj się. dajesz sobie radzić najlepiej z nas wszystkich. Ja na przykład - zastanowił się chwilę nad sformułowaniem - w tym całym mętliku w głowie znajduję jakieś pocieszenie w tym, że zyskałem nową rodzinę. Nie idealną, ale która taka jest? Wiem, że mogę na Was liczyć, co z resztą potwierdza Twoja obecność tutaj. Dziękuję.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

26 grudnia 2014

Chris wpadł do pokojów Lidii i jej uczniów rano, zaraz po śniadaniu. Znów je przegapił, ale jakoś nie był głodny. Rozglądał się przy tym, ciekaw tego czy i jak jego rodzina wystroiła wnętrza.

- Lidio... pamiętasz, jak pytałem cię o Sama, i czy powinienem z niego zrobić kotwicę - bardziej stwierdził, niż zapytał. - Chciałbym zamienić w związku z tym słowo z twoimi uczniami, a zwłaszcza z tym chłopakiem, o którego Bai Jie Ren chciał się z tobą pojedynkować. Nie masz nic przeciwko? - poprosił.

To co rzucało się w tej chwili w oczy to chaos. W korytarzu stały kartonowe pudła przerowadzkowe, widocznie kobieta nie miała jeszcze okazji w pełni się rozgościć na nowych włościach. W salonie cała podłoga była zasłana podartymi opakowaniami po prezentach. Uwagę przyciągała choinka ozdobiona głównie nawleczonymi na nici pieczołowicie zdobione pierniczki, głównie przedstawiające superbohaterskie maski, ale było też kilka statków kosmicznych, robotów i różnych typowo nerdowskich motywów. Efektu dopełniały papierowe wycinane ozdoby, łańcuchy z popcornu i lewitujące pomiędzy nimi światła, które co i raz zmieniały swoja barwę. Na stoliku przy kanapie stały puste kubki po czekoladzie i talerz z piernikami. Atmosfer psuły trochę poprzyklejane do ścian szkice przedstawiające starcia pomiędzy Avengersami a Ligą Sprawiedliwych. Chris mógł dostrzec że jeden z nich został już częściowo przeniesiony na ścianę w większe skali, a sądząc po starcie farb i przyborów do malowania zgromadzonych w kacie miał być kolorowany w najbliższej przyszłości.
Josh, jasnowłosy nastolatek, którego Chris widział już na przyjęciu klęczał właśnie przy telewizorze majstrując w konsoli, towarzyszył mu drugi chłopak młodszy o kilka lat. Angela w swojej wilczej formie tarzała się z lubością w stercie podartych opakowań po prezentach. Chris był gotów przysiąc, ze był tam jeszcze ktoś ale rozmył się w powietrzu w kącie.
Lidia obrzuciła tę grupkę spojrzeniem i uśmiechnęła się łagodnie. Wyglądała na niewyspaną, ale zarazem szczęśliwą i spokojną, jej oczy lśniły i uśmiechała się o wiele chętniej niż poprzedniego wieczora.
- Jasne, jeśli sami będą chcieli rozmawiać. Napijesz się czegoś? Mam świeżoparzoną kawę i gorącą czekoladę.

Chris zastanowił się chwilę, czy ma ochotę na picie czegokolwiek. Kiedyś pijał kawę co rano. Kilka żyć temu, wydawałoby się.
- Poproszę. Świeża kawa brzmi świetnie. - skinął głową. Powiódł wzrokiem po pomieszczeniu, po dzieciakach, wreszcie - zatrzymał się, aby przestudiować mural. - Swoją drogą- zwrócił się do Lidii, - nie podziękowałem ci za wczoraj. Jesteś dla nas wszystkich za dobra... całe szczęście, że wszystko się w miarę dobrze skończyło. No, przynajmniej dla mnie. Przedstawisz nas sobie?
Ciekawili go uczniowie jego siostry. Że też gotowa była wziąć na siebie tyle odpowiedzialności... pod tym względem już w śmiertelnym życiu byli swoimi przeciwieństwami. I niesamowite, że cała gromadka okazała się mieć jakieś szczególne zdolności, ciekawe, jak wielu podobnych do nich supernaturali było w całym San Francisco?

Kiedy padły podziękowania za "wczoraj" dzieciaki spojrzały na Chrisa z zaciekawieniem.
- Ciesze się, ze mogła chociaż trochę pomóc, od tego ma się rodzinę, prawda? - uśmiechnęła się w drodze do kuchni. Zatrzymała się na chwilę ograniczając wzrokiem swoją gromadkę. - Angie już znasz. - Angela wróciła do ludzkiej postaci i przyglądała się mu z uśmiechem, siedząc na podłodze. - Ta nieśmiała to Lana DeLuca - Dziewczynka pojawiła się ponownie tym razem bliżej kanapy i uśmiechnęła się niepewnie. - Josh zyskał wczoraj sławę, całkiem w swoim stylu. To jest Lincoln Marshal, pomysłodawca malowidła, które właśnie oglądałeś, śmiem twierdzić, ze będzie niezłe, kiedy je skończymy. Dzieciaki, poznajcie mojego brata Chrisa Terrego, Rycerza Ożywienia i najlepszego gitarzystę w tym mieście.
Chłopcy porzucili konsolę, uznając że Chris jest zdecydowanie ciekawszy.
- Mural byłby lepszy gdyby Pani B nie ocenzurowała nam Deadpoola i Kapitana Ameryki - powiedział trzynastolatek z lekkim wyrzutem.
- Żadnego zabijania Kapitana Ameryki, to się już robi wtórne. - Lidia sprzeciwiła się stanowczo.
- To jej ulubieniec - powiedziała Angela.
- Nie wiemy czy przez jego obrzydliwie prawy charakter, czy przez wspaniale wyrzeźbioną klatę Chrisa Evansa - dodał Lincoln.
- Obstawiam klatę - wtrąciła cicho Lana.
Lidia westchnęła cicho nim zniknęła w kuchni.
- Zaraz wracam z kawą, nie zjedzcie go w tym czasie.
Chris został sam, z czwórką nastolatków wpatrujących się w niego z zaciekawieniem.

Zdecydowanie nie spodziewał się... aż takiego ataku zmasowanych nastolatków.
- Deadpool to ten, co wygląda jak podróbka Spider-mana? - spytał ostrożnie, pamiętając, że któryś z chłopaków chyba miał komiks, w którym obaj bohaterowie ze sobą współpracowali. Zaraz jednak Lincoln poprawił go, wyjaśniając tonem znawcy, że Deadpool był parodią Deathstroke'a, o, tego tutaj, z mieczem, po lewej stronie malowidła. Chris pokiwał głową poważnie, gdyż z każdym kolejnym zdaniem stawało się jasne, że poza pobieżną znajomością kostiumów i pseudonimów wie o kulturze komiksowej niewiele więcej, niż przeciętny zjadacz chleba, który widział tylko Avengersów. I to po pijaku. I bez dźwięku.
- Rozumiem. - powiedział, szczerze, dowiedziawszy się o Deadpoolu znacznie więcej, niż było mu potrzebne do szczęścia. - Ale słuchajcie, w sumie to przyszedłem tu, bo mam do was pytanie. Do was wszystkich, ale zwłaszcza do ciebie - spojrzał na Josha. - Wiecie, że Lidia i ja mamy moce, z braku lepszego słowa. A wy, jak rozumiem, jesteście w to trochę zamieszani. I ten ostatni punkt nie jest dla mnie całkiem jasny, sam nie mam z żadnym człowiekiem podobnej, hmm, więzi. Jak to wygląda, co wy z tego macie, co was to kosztuje?
Kłamał, oczywiście. Znał odpowiedź, ale chciał wiedzieć, jak oni to widzą. I jak to opiszą.

- Myślałem, ze będzie ciekawiej. Na razie mamy z tego tylko telepatyczną linię i listę obowiązków domowych - stwierdził Lincoln, jakby trochę zawiedziony.
- Telepatyczna linia jest fajna! Mogę ją zawołać jak jakiś potwór znowu siedzi pod łóżkiem i wcale z niego nie wstawać - dodała Angela.
- A od kiedy ty się boisz potworów pod łóżkiem? - prychnął Lincoln.
- Nie boje się, ale skoro zabroniła mi je gonić i gryźć to niech sama coś z nimi zrobi!
- Mi się podoba i nie chce wracać do rodziny zastępczej - szepnęła Lana i speszyła się kiedy uwaga całej czwórki skupiła się na niej, mówiła coraz ciszej. - Znaczy się... pewnie gdyby się z nami nie połączyła to kazałaby nam sobie iść. Ja nie chce sobie iść. - ostatnie zdanie ledwie było słychać.
Lincoln zachichotał.
- No pani B to ostatnio ledwo wie co się wokół niej dzieje, ale tak chyba ma całe miasto, od tego tornado wszystko się pojeba... - ugryzł się w język i zerknął w stronę drzwi do kuchni. - Stanęło na głowie. I nie wiem czy to jest bardziej sick czy cool.
Josh, dotąd milczał z dość niepewną miną.
- Jest spoko, ja się nie skarżę niezależnie od tego co tamten sobie... - urwał, wyraźnie nie chcąc za bardzo drążyć przy dzieciakach. - No, ktoś się nią musi zaopiekować. Kto to zrobi lepiej niż ja... no my.

- To prawda - Chris postanowił się uśmiechnąć. - Wszyscy ledwie wiemy, co się dzieje. Ale dzięki, to bardzo pomaga.
Nie spojrzał przy tym specjalnie na Josha, ale to jego słowa najbardziej go przekonały. Niezależnie od tego, co ktoś odstawia na przyjęciu, co próbuje zrobić i jakie omal nie były tego konsekwencje. Zastanowił się przez moment, czy chłopak do końca rozumie, jak niebezpieczne było wtedy jego położenie, ale jeśli Lidia mu tego nie uświadomiła, to Chris tym bardziej nie zamierzał. To nie była jego sprawa... ale opinia Josha wciąż bardzo wiele dla niego znaczyła.
- A czemu Lidia tak właściwie miałaby wam kazać sobie iść? - zerknął w kierunku Lany, ale powiódł wzrokiem po pozostałych.

Lana speszyła się uwagą jeszcze bardziej.
- Wszystkim innym kazała. Szkoła i dzieciaki stamtąd, zajęcia w domu kultury... nawet swojej matki unika - odpowiedziała szeptem.
Lincoln przewrócił oczami.
- Pan się nią nie przejmuje, ona już czasami dziwne rzeczy wygaduje.
Angela kopnęła go w kostkę.
- Hej, może nie prawda!

* * *

Lidia przygotowała jego kawę, ale wciąż zwlekała, żeby dać Chrisowi chwilę na pogawędkę. To dało jej chwilę na zajrzenie do indyka. Pewnie mogła go upiec szybciej i lepiej cudem, ale po co. Gotowanie było przyjemnie uspokajające. Kiedy brat chwilę później pojawił się w kuchni, uśmiechnęła się.
- Kawa gotowa, własnie miałam sprawdzać czy ich przetrwałeś, ale widzę że jednak ci się udało. Mam nadzieję, że to pomogło... - zawahała się na chwile. - Słuchaj... odnośnie Sama, na pewno chcesz się z tym spieszyć? Nie minęło zbyt wiele czasu, zmiany nie są wyraźne i trudno ocenić jakie uczynienie kogoś kotwicą może mieć skutki. Co to znaczy przekonamy się tak naprawdę dopiero wtedy kiedy okaże się czy oni w tej sytuacji w ogóle mogą wieść normalne życie. Już na zawsze rozciągnięci miedzy światem naszym i ludźmi. Nie jestem teraz taka pewna czy to był dobry pomysł. Nie żebym żałowała, ale... dopiero za parę lat przekonam się czy nie zrobiłam im krzywdy. Kiedy rozmawialiśmy o tym czemu zrobiłam kotwicę z Angie, pytałeś mnie czy mam dziecko i... - Znów zawiesiła się na chwilę. - Co prawda moja sytuacja jest zupełnie inna, ale... - Tak, brawo Brennan, to co wygadujesz w tej chwili ma tak wiele sensu, westchnęła. - Po prostu bądź ostrożny. I spytaj Josha o szczegóły sprawy z Renem, pewnie nie chciał mówić przy reszcie, nie wiem czy na osobności będzie tez chciał, ale wiedza o tym o co tam naprawdę chodziło może dać ci trochę inną perspektywę.
W końcu chodziło o sprawy rodzinne i to kto kogo zrobił kotwicą, sama jednak nie bardzo chciała zdradzać tajemnice Josha.

Chris przyjął kubek, powąchał jego zawartość. Powinny go obezwładnić wspomnienia związane z zapachem świeżo zaparzonej kawy i poranków przed wieloma laty. A co tam, pomyślał, wypijając łyk i pozwalając sobie rozkoszować się przez moment smakiem.
- Przemyślałem to - rzekł wreszcie. - Tak naprawdę muszę wybrać, czy chcę być w życiu Sama... czy też chcę, żeby było ono normalne. Masz rację, jedno prawdopodobnie wyklucza drugie. I masz rację, nie mamy pojęcia, czy nie zrobimy im krzywdy, ale... - odstawił na moment kubek i przez długą chwilę zastanawiał się, do czego właściwie zmierza. - Myślę, że to jednak sprowadza się do tego, co mi wtedy poradziłaś. Jeśli ktoś zechce go skrzywdzić, to i tak to zrobi, a ja będę wtedy bezsilny. Będzie miał z tego korzyści, a cena... zawsze się jakąś płaci. Nie zamierzam drugi raz stracić syna, wystarczy, że jeden został Wahadłem i nic z tym nie mogę zrobić - sądząc po tonie jego głosu, Chris wciąż był tą całą sytuacją mocno poruszony. - Więc wybór jest prosty, a konsekwencje - jasne. Prędzej czy później ktoś to dostrzeże i żadne moje starania nie utrzymają Sama z dala od naszego świata. Od tego wszystkiego - gestem wskazał na nich oboje i pałac, w którym stali. Uczniów Lidii i cuda, które ich otaczały i przenikały. - W ten sposób przynajmniej dojdzie do tego na moich warunkach. A poza tym... dla niego to będzie przygoda. - dodał wreszcie z dziwnym smutkiem. - Będzie zachwycony tym pomysłem. Gdybym zwyczajnie go zapytał, co o tym myśli i czy chce zostać moim sidekickiem, nawet by się nie zastanawiał.
Podniósł znów kubek i upił kolejny łyk kawy. Była doskonała. Po chwili popatrzył uważnie na Lidię, przeciągając celowo ciszę.
- Nie musisz, jeśli nie chcesz ale... powiesz, o co chodzi z twoim dzieckiem? Co się stało? - zasugerował, nie do końca przekonany, czy powinien o to pytać. - To dla ciebie ważne, przecież widzę.

Miał racje, to w sumie była istota całej tej decyzji.
- Jesteś odważny, teraz i wtedy przy Quentinie, wiesz o tym prawda - stwierdziła uśmiechając się do Chrisa. - Znaczy się ta decyzja, żeby teraz wrócić do synów wymaga niesamowitej odwagi, przynajmniej moim zdaniem.
Sama nie wiedziała czy chce cokolwiek mówić, czy nie lepiej o całej sprawie po prostu zapomnieć. Tyle, że jeżeli ktokolwiek mógł to zrozumieć to chyba tylko Chris.
- O moim dziecku, nie jestem w stanie wiele powiedzieć. Technicznie to nie jest już nawet moje. - Skrzywiła się, te słowa wypowiedziane na głos jakoś tak ukuły ją mocniej niż myślała, że tak będzie. - Oddałam ją do adopcji zaraz po porodzie. - Spojrzała w stronę drzwi i salonu, dzieciaków nie było może widać ale słychać owszem. - Miałam szesnaście lat, problemy z narkotykami i policją, a jej ojciec dał w długą jak tylko się dowiedział. W tej sytuacji wychowywanie dziecka byłoby chyba najgorszym z możliwych pomysłów. Więc postanowiłam jej nie wychowywać. Potem, kiedy trochę się ogarnęłam, zwłaszcza ostatnio miałam w planach, poszukać jakichś informacji. Wiem tyle, że została adoptowana szybko. Więc pewnie ma swój dom, swoje życie, rodzinę... Teraz zawlekać jej do tego ten cały szalony świat byłoby okrutne.

Chris słuchał uważnie, w milczeniu, w bezruchu.
- Nie spodziewałem się tego - przyznał, patrząc na nią. Ona, poważna pani nauczycielka, odpowiedzialna, współczująca Lidia - i narkotyki, problemy z policją, nastoletnia ciąża, to tak bardzo do siebie nie pasowało, że aż się uśmiechnął. - Ale rozumiem. Niektóre bitwy się oddaje, żeby nie krzywdzić innych, nie? - uświadomił sobie, że historia Lidii stawiała jej słowa o niekrzywdzeniu dzieciaków w nowym świetle. Nie zmieniała jego zdania, ale dawała mu do myślenia. - Jeśli chcesz znać moje zdanie, to była dobra decyzja. Oczywiście, żaden ze mnie autorytet w podejmowaniu dobrych decyzji, zwłaszcza dotyczących rodziny... ale na twoim miejscu chyba bym jej nie szukał. Bo wobec ciebie też by to było okrutne, musieć udawać, że ci nie zależy.

Przytaknęła, bo nie można było odmówić Chrisowi racji, jednak coś w niej bardzo nie chciało pogodzić się z myślą, że to już przypieczętowane.
- Tak, tak zdecydowanie będzie najlepiej. Tak czy inaczej dobrze było o tym komuś powiedzieć - Podniosłą głowę skupiając wzrok na drzwiach do salonu. - Jest za cicho, trzeba to sprawdzić. Chodźmy. - Uśmiechnęła się szelmowsko. - Nie unikniesz pierniczków, mam ich tyle, że nikt kto przestąpi ten próg przez najbliższy miesiąc nie zdoła ich uniknąć.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1k9NSjU.pngNastasia.png1C7kLz3.png

           Chris                             Nastasia                         Alice

 

Mężczyzna spojrzał na dwie kobiety - a w zasadzie kobietę i dziewczynę, jak podpowiedział mu jakiś dawno niesłyszany głos z tyłu głowy - ponad maską samochodu, czując poniekąd ulgę z tego spotkania. Przynajmniej zmuszony był na moment przestać martwić się o wszystko, co się ostatnio spiętrzyło i w końcu trzeba było zacząć rozwiązywać problemy, zamiast gromadzić ich więcej. Ale tu i teraz inna myśl postała w jego głowie, na krótką chwilę dominując i oddalając wszystko inne.

Bracia, których stracili. I siostry, których jeszcze nie poznali. Poza Alice, wspomnienie ich pierwszej rozmowy było wciąż świeże - jak i tytuły, których użyła, formalność, jaką narzuciła. Już skinął głową, by powitać je obie.

Lecz widmowy pies wciąż starał się zwrócić na siebie jego uwagę. Chris odpędził go niedbałym machnięciem ręki, chwila przeminęła.

- Hej - uśmiechnął się do Sama i udał zaskoczenie, gdy ten podszedł go uściskać. - Uff, zaraz mnie przewrócisz. Słyszałem, że robicie przyjęcie?

- Mhm. Na walentynki - chłopak wyszczerzył się. Nie zawsze było to widać, ale gdy stali tak ramię w ramię, naprawdę byli do siebie podobni. - Nie mów mamie, myśli że to szkolna impreza. Pomożesz wnieść? Trochę dużo przywieźliśmy rzeczy...

Jasne, za moment. Lidia też jest z powrotem, a reszta parkuje nasz transport.

- O, o, jaki? Czekaj, zgadnę. Nowy samochód? Taki wyczesany, z silnikiem odrzutowym!

Jemma dyskretnie prychnęła z wydechu.

- Nie... ale na razie nie pytaj, bo to tajemnica. Przynajmniej na razie. Słuchaj, poszukasz Lidii? Chciałbym żeby tu przyszła na moment i do nas dołączyła. Zaraz wszystko wniesiemy do środka.

Sam pokiwał energicznie glową i pobiegł do wnętrza budynku, a duch szczeniaka pobiegł za nim.

 

Chris obszedł samochód, mimochodem gładząc dłonią maskę, pod którą mruczał przyjemnie silnik, chyba jakoś podrasowany.

- Ciebie znam, Pani Cieni. A ciebie nie. - oznajmił wprost, nie bawiąc się w grzeczności i formalności. - Musisz być Księżycem. Jestem Chris, Rycerz Ożywienia. Zakładam, że zdążyłyście poznać Sama i resztę dzieciaków...?

Nie wiedział, kiedy zostały Powierniczkami ani ile zdążyły zrobić, ale wydało mu się rozsądnym założeniem, że raczej nie nastąpiło to wczoraj.

 

- ...no więc niby kawa faktycznie lepiej budzi i jest fajniejsza w smaku, ale przez kulturę picia rozpuszczalnej w ogóle nie ma już tej mistyki i magii co w czasach karawan ziaren z Bliskiego Wschodu, nie? A herbata ma jednak w sobie nadal coś takiego... - Nastka trajkotała w najlepsze, wyraźnie próbując zagadać zarówno adrenalinę wciąż krążącą w żyłach, jak i pewną nadal niezręczność, związaną z tym, że nie była pewna, czy wobec Alice zachowywać się jak wobec normalnej obcej dorosłej (nie było szans), jak wobec starszej siostry (chyba jeszcze nie była gotowa), jak wobec starszej koleżanki ze szkoły (generalnie zwykle mijała je dość obojętnie, więc nie była pewna jak by to miało wyglądać), jak wobec starszej kumpeli z netu (nie miały takich wspólnych tematów-pasji chyba, a przynajmniej jeszcze na nie nie wpadła), czy w ogóle jakoś jeszcze inaczej. Przerwała jednak, gdy Chris zwrócił się w ich stronę i odezwał się do nich. 

 

- Cześć! Znaczy się, witaj. Miło mi Cię poznać, o Rycerzu Ożywienia, jestem Nastasia i jeśli dobrze pamiętam jestem... Baronową Księżyca. - Uśmiechnęła się tak, jak może się uśmiechać siedemnastoletnia dziewczyna o blondróżowych włosach, jasnych oczach i głębokim przekonaniu, że jednym z istotnych zadań świata jest bycie obiektem jej jarania się. - Sam to ten chłopiec z którym rozmawiałeś? Nie, ja poza Angie nikogo nie poznawałam... - Tu nagły atak zakłopotania i dziwnych motylków skłonił ją do równie nagłego zainteresowania się otoczeniem i ponownego docenienia, jak świetnie się ono prezentowało. - Ależ tu jest pięknie. Ktokolwiek to projektował, ma moje gratulacje. Czy poprz... - zająknęła się. - Znaczy, czy Mooney maczał w tym palce? To, jak światło księżyca współgra z pozostałymi elementami, to majstersztyk...

 

 

Alice Nevermore słuchała Nastasii, ale co jednym uchem wpadło, drugim wypadło. To były nietresujące fakty, ale pisarka przede wszystkim była zmęczona i Księżyc mogłaby jej opowiadać najciekawszą historię, którą udało się wymyślić ludziom, a Pani Cieni i tak puszczałaby ją mimo uszu. Zamknęła auto, przyciskiem na pilocie od kluczyków. Powoli, jak na filmach, w zwolnionym tempie, jej oczy w kolorze cieni prześliznęły się po otoczeniu, młodym chłopaku, ogrodzie, aż ostatecznie  ich wzrok osiadł na Ożywieniu. Otaksowała jego sylwetkę, oceniając, w nie nachalny sposób. Uśmiechnęła się nieznacznie bo chyba spodziewała się kogoś zupełnie, ale to zupełnie innego. Odetchnęła lekko z ulgą, bo wszystkie najczarniejsze scenariusze jakie już pisała jej wyobraźnie w jednej chwili nie sprawdziły się, a ona mogła wydrzeć te zabazgrane kartki papieru ze swojego umysłu, zupełnie odrzucając, to co zostało na nich zapisane.

Popatrzyła na Nastasię, a jej uśmiech nabrał ciepłego wyrazu, bo choć nie traktowała jej jak rodziny to za punkt honoru postawiła sobie ochronę niewinnej, rozmarzonej dziewczyny, którą brutalnie wciągnięto w ten szalony świat. Już, w Akademii, gdy nie wspomniała, jej o tym, że przyszły do tamtego miejsca po własnego brata, próbowała ją chronić, chciała by nastolatka jak najdłużej pozostała sobą. Ona jedna wiedziała, co złe, brutalne i pełne śmierci wspomnienia mogą zrobić z człowiekiem. Jej podkrążone oczy i cienie, dobrze ukryte pod warstwą korektora, były najlepszy świadectwem tego, jaką cenę można zapłacić za koszmar przeżywany w blasku dnia. Mimo to Władczyni Cieni, nie traciła pogody ducha. Uśmiechnęła się przyjaźnie w kierunku Chrisa i wyciągnęła smukłą dłoń.

- Powinniśmy się chyba odpowiednio poznać. Jak słusznie zauważyłeś, jestem Panią Cieni, a może powinnam powiedzieć Władczynią Cieni? - zamyśliła się, czekając, aż pochwyci jej dłoń by się przywitać -  Jestem Alice. Zmartwię Cię, ale poznałyśmy tylko Angie, nie byłao nas w mieście.. Nie wiem od kiedy Nastasia jest Ks.... znaczy wiem, mniej więcej, ale no... - trochę zaplatała się w swoich zeznaniach, próbując poukładać wszystko chronologicznie - Nastasia przybyła tu po mnie i zaraz po tym Annu wysłał nas poza ten czas, tak więc w zasadzie dopiero wróciłyśmy. Mam nadzieję, że wiele nas nie ominęło i tuszę, że Annu zawiesił flagę, tak jak mówił, co ułatwiło wam bezpieczny powrót do domu - miała ciepły, szczery uśmiech, który jednak gubił się gdzieś w jej cienistych oczach. 

Chris przez chwilę patrzył na wyciągniętą przyjaźnie dłoń Alice, a jego twarz była bez wyrazu. O ile rozmawiając chwilę wcześniej z chłopcem zachowywał jakieś pozory normalności - tak teraz, twarzą w twarz z równymi sobie Potęgami, sprawiał wrażenie jakby nie do końca rozumiał, co Alice próbuje tym osiągnąć albo mu przekazać; jakby nie znał znaczenia tego gestu i uściśnięcia dłoni na powitanie.

- Dogadasz się z Lidią - stwierdził, z pewnym ociąganiem wyciągając dłoń. Była zimna jak kamień, a uścisk słaby i bez przekonania. - Więc byłyście poza czasem? Zabawne, my tu z nią przylecieliśmy, chyba podziwia freski na piętrze artystów. Czas, to jest. Pewnie by chętnie posłuchała o waszej wyprawie, myślę że interesują ją takie dziwne miejsca. A jakie było wasze zadanie, jeśli to nie jest jakaś wielka tajemnica Annu i wasza?

- A mnie nie przedstawisz?

Chris zamrugał. Zajrzał pozornie do wnętrza Mustanga i na siedzenie kierowcy, a tak naprawdę patrzył na samochód. Nie był pewny, czy jego nowe siostry akurat postrzegały świat mistyczny i usłyszały te słowa, ale on nie mógł ich zignorować.

Odchrząknął. Było to chyba najbardziej ludzkim, co zrobił od momentu gdy Sam zniknął za progiem Pałacu. Gestem wskazał samochód.

- Alice, Nastasio, poznajcie Jemmę. Jemma, to nowe członkinie naszej familii. Nie bądź dla nich zbyt złośliwa, dobrze?

- Jaaaa? - obroty silnika skoczyły na moment w wyrazie udawanego oburzenia. Chris tylko położył dłoń na masce, tuż nad lewym światłem.

- Ooo, świadomy samochód? - ucieszyła się Nastka. - Czy duch samochodu? A może jakaś istota zamieniona w samochód? Miło cię poznać, Jemmo! Jesteś ze Snu Miasta? Pewnie nie, bo tamtejsze samochody nie były gadatliwe tylko raczej dość krwiożercze. Nie jesteś krwiożercza, prawda? - upewniła się pogodnie, spoglądając na Jemmę wzrokiem, który pozwalał jej dostrzegać, jak magiczny jest świat.

- A co do zadania to Lord Annu chyba nic nie mówił o żadnej tajemnicy, prawda? - zwróciła się do Alice, upewniając się, czy w nawale zdarzeń coś jej nie umknęło. Trochę ją zdziwiło, że Ożywienie nie wiedział nic o ich misji, no ale biorąc pod uwagę, że olał jej pytanie o Mooney'a, istniała szansa, że wśród Potęg Annu informacje nie krążą bardzo chętnie i żwawo.

- Witaj Jemmo, Twoja karoseria zachwyca - Alice zwróciła się do auta i zaskakująco, wcale nie poczuła się jak wariatka. Po tym czego była świadkiem od wczorajszej nocy, już chyba nic nie było jej w stanie zdziwić. Zaglądając do świata mistycznego dostrzegła ducha latarni stojącego na końcu alejki, który próbował zorientować się w zaistniałej sytuacji.

- Każdy samochód jest świadomy - wyjaśnił cierpliwie Chris.

- Ale nie każdy tak jak ja - dodała z pewną dumą Jemma, udająca że nie poruszyły ją komplementy Alice. - I nie jestem pewna co znaczy krwiożerczy w stosunku do auta, ale nie, zazwyczaj chyba nie jestem. Chyba że ktoś znowu bez uprzedzenia znika na miesiąc, chociaż umawialiśmy się że tego nie będzie więcej robić.

Chris mruknął pod nosem coś, co brzmiało prawie jak "przszm", ale Jemmie najwyraźniej to wystarczyło, przynajmniej na razie. Jakimś cudem zdołała jedynie spojrzeć na niego w sposób, który zapowiadał poważną reprymendę w niedalekiej przyszłości.

 

Alice zrobiła nieznaczny krok w bok, co by nie przeszkadzać ciekawskiemu duchowi i nie zasłaniać swoją osobą niczego, co mogłoby dla niego być interesujące. Dopiero wówczas spojrzała na Nastasię i delikatnie wzruszyła ramionami.

- Nie znam zwyczajów tej rodziny, ale uważam, że chyba Annu powinien sam o tym opowiedzieć. To jego historia i wydaje mi się, ze to sprawa osobista.. - na chwilę zawiesiła głos, oczy rozszerzyły się i uważnie spojrzała na Chrisa. Wyglądało jakby coś ją przeraziło, zafascynowało i wywołało niepewność na raz - Jak się czuje Terry?

- Zaparkuję bliżej wejścia, żeby łatwiej było wypakowywać. Nie przeszkadzajcie sobie - oznajmiła, odjeżdżając kawałek i zawracając ostrożnie, niespiesznie.

Powiernik Ożywienia skorzystał z tej chwili, by wrócić do pytania Alice.

- Poza tym, że non stop dowiaduje się o sobie nowych rzeczy i bardzo dobrze udaje że go to ani trochę nie rusza? To akurat jest u niego normalne. Poznacie go trochę to zrozumiecie, Pamięć wszystko sobie skutecznie tłumaczy i mało co kwestionuje, więc nie wiem... a jak ma się czuć? - wzruszył ramionami, zwyczajnie skonfundowany tym dziwnym pytaniem akurat o Terry'ego, którego tamte ponoć nie miały jeszcze okazji spotkać osobiście.

Nastka popatrzyła za Jemmą ciekawie. - W Śnie Miasta, domu Lorda Anandy, samochody zachowują się jak drapieżniki, rzucają się na ludzi i rozszarpują ich - poinformowała Chrisa i przeparkowującą się Jemmę tonem osoby, która zdążyła się już w sumie z tą myślą oswoić. - Cieszę się, że jak rozumiem ty Jemmo jesteś wege... - zastanowiła się - petroltarianką?

 

- O, czyli jest Potęga Pamięci? To dobrze. - Nastasia uśmiechnęła się szeroko. - Brzmi trochę pokrętnie, ale to chyba nic dziwnego w naszym nowym świecie. Spotkałaś go już? - spytała Alice.

Alice pokiwała głową, kiedy Chris wyjaśnił im, jak ich nowy brat, radzi sobie z trudnościami. To było oczywiste i mogła się tego spodziewać, co więcej mogła nawet podejrzewać, ze Pamięć Kreacji, nie pamięta, tego co działo się w Akademii. Na pytanie Nastasi Władczyni Cieni, nawet nie drgnęła. Przyglądała się Ożywieniu i dopiero po dwóch uderzeniach serca, spojrzała na Księżyc, z ciepłym uśmiechem, mocno kontrastującym z jej spojrzeniem. 

Nie spotkałam go - odpowiedziała zgodnie z prawdą, bo kontaktu poprzez posągi, czy ujrzenia go w akademii nie mogłaby nazwać spotkaniem. Nie kłamała.Naprawdę. Mimo to nie chciała o tym rozmawiać, chyba nie wiedziała, jak miałaby o tym opowiedzieć malarce. Dlatego też, odwróciła od niej spojrzenie.

- Liczę, że wybaczycie mi, ale powinnam kogoś znaleźć i podziękować za wcześniejszą pomoc. Mam nadzieję, ze jeszcze go..ich... - poprawiła się szybko - ...złapię. - stwierdziła po czym skierowała się do środka Ratusza, by odnaleźć Guilliana i być może Vex.

 

Pierwsze co zauważyła, kiedy ruszyła w kierunku Pałacu, to stojący w cieniu kolumny mężczyzna w powyciąganym swetrze, w którym jeden z rękawów po prostu zwisał, na kikucie ręki. 

Władca miejskich Mitów, którego obecność jakoś wszyscy zlekceważyli, ruszył w ich kierunku.

- Hej - zaczął Gulianne. - Wasz Ymera powiedział, że wróciliście - powiedział, mając na myśli "wróciłaś". - I wiecie, jutro są moje urodziny i Cisza organizuje nam przyjęcie. Wiem, że sami coś tutaj urządzacie, ale... Może chcecie wpaść? Będą prezenty.

Pani Cieni nie potrafiła zapanować nad twarzą, na widok Miejskich Mitów uśmiechnęła się, szeroko, szczerze. Nawet nie oglądając się na swoje nowe rodzeństwo, sama ruszyła naprzeciw zaprzyjaźnionej potędze. 

- Masz urodziny? - ciemna, wyregulowana brew zniknęła, za cienistą grzywką - Nie mogłabym tego przegapić. Ale prezenty to chyba przynosi się solenizantom. - zaśmiała się cicho pod nosem - a ode mnie i tak należą Ci się dodatkowe podziękowania, za pomoc dzisiaj, podczas całego kryzysu. 

 

 

- Nie znamy się chyba - stwierdził Chris, przypatrując się mężczyźnie. Dopiero widząc reakcję rozpromienionej na jego widok Alice, spróbował się nieco rozluźnić.

Bardziej męczyło go, jak to się stało że dotąd go nie zauważył.

- Eeee.-  Zdziwił się Wladca Miejskich Mitów. - Jak to? Przecież byłem u was na przyjęciu Gwiazdkowym. Dostałeś ode mnie prezent Chris.- Dodał urażonym tonem.

Chris przechylił głowę. Faktycznie, jak przez mgłę coś pamiętał. Pierzasta ośmiornica, coś podobnego rzeczywiście miało miejsce, ale Miejskie Mity nie zrobił wtedy na Chrisie kompletnie żadnego wrażenia. Jednak zważywszy wszystkie za i przeciw, muzyk postanowił mimo wzsystko nie zrażać do siebie kolejnej osoby, toteż teatralnie pacnął się w czoło.

- Rzeczywiście, teraz pamiętam. Guiliane, zgadza się? - nadludzkim wysiłkiem przypomniał sobie jego imię, które kiedyś wspomniał w rozmowie Carusar. - Przepraszam. Dosłownie przed chwilą wróciłem do San Francisco z dość daleka, to z pewnością zmęczenie. Albo fakt, że wy się już znacie, zbiło mnie to z tropu...? - Chris uprzejmie spojrzał pytająco na Alice, dając jej chwilę na odpowiedź lub wymiganie się od niej.

Alice spojrzała na Chrisa, który, jeśli dobrze odczytywała jego wyraz twarzy, chciał od niej jakichś wyjaśnień. Pani Cieni uznała, że może być na tyle kurtuazyjna by w kilku słowach opowiedzieć o jej spotkaniu z Miejskimi Mitami.

Tak, Guiliane pomógł mi dzisiaj, kilka razy w sumie i to on przywiózł mnie i nieprzytomnego Annu do Sanktuarium, za co chyba nie odwdzięczę się nigdy -  po tych słowach przeniosła pełne głębi spojrzenie na mężczyznę, bez dłoni i uśmiechnęła się ciepło w jego kierunku.

 

Nastka z jakiegoś powodu poczuła się nieco wyłączona z rozmowy, więc poprzestała na "wszystkiego najlepszego!" gdy usłyszała o urodzinach Władcy Mitów. Większość wymienianych tu informacji albo niespecjalnie ją obchodziło, albo niewiele jej mówiło, acz wzmianka o nieprzytomnym Annu jakoś dziwnie ją poruszyła i przywołała na myśl trudne pytania, jakie musiała sobie w końcu postawić. Czy rozmawiać z Annu o tym, w jaki sposób stała się Potęgą? Z jednej strony miała poczucie, że nadal nie wszystko rozumie i że być może jeśli będzie odkładać tę kwestię, to się to na niej zemści. Z drugiej - Annu chyba wiedział, że to nie on dał jej moc Księżyca i nie wydawał się z tym mieć problemów, a po ich ostatniej rozmowie nie chciała ryzykować, że Ymera uzna poruszenie przez nią tej kwestii za próbę popełnienia widowiskowego samobójstwa... Te niewesołe myśli sprawiły, że na chwilkę się wyłączyła i nie poświęciła głębokim spojrzeniom rzucanym przez Alice tyle uwagi, ile by normalnie mogła.

 

Chris spojrzał na Nastasię, potem na Alice, by ostatecznie - również nieco niezręcznie - odchrząknąć i spojrzeć na Guiliane'a. Nie był pewien, czy nowa Cienie tak do wszystkich się uśmiecha, czy chciała od mężczyzny czegoś więcej, zwyczajnie

Ja nie wiem jeszcze jakie mamy plany na jutro. Dziękuję za zaproszenie, chociaż osobiście niczego nie mogę obiecać.

Choć porozmawiałbym z Carusarem, dodał w duchu; ale zatrzymał tę myśl dla siebie.

- Właśnie, ta cała dzisiejsza historia... w zasadzie to chciałem porozmawiać z siostrami. Dowiedzieć się, co to był za kryzys. Jak to było z Jamesem i Mooneyem, takie sprawy. - rzucił to dość nonszalanckim tonem, jakby nie mówił o śmierci dwóch powierników, ale o popołudniowym deszczu. I prawie nie było w jego głosie tonu upomnienia; zreflektował się zresztą zaraz. - Pójdę poszukać pozostałych, jeśli pozwolicie. Może spotkamy się aby porozmawiać w większym gronie w sali z kolumnami? - zaproponował, obracając się ku drzwiom do wnętrza pałacu, tym samym za którymi wcześniej zniknął Sam.

Alice rzuciła krótkie spojrzenie Chrisowi, a gdy wspomniał o śmierci Jamesa, trudny do pochwycenia, jak królik w wysokich trawach, cień przebiegł przez jej twarz. Ostatecznie jednak skinęła głową, zgadzając się ze swoim nowym, wyjątkowo gburowatym bratem. 

- Musisz nam wybaczyć - słowa skierowała do Guilian'a - Do zobaczenia jutro, tak? - posłała mu uśmiech i zaraz dodała - zostaw mi tylko jakiś adres, czy coś. - po tych słowach chwilę jeszcze rozglądała się dookoła prześlizgując zmęczonym wzrokiem po obecnych, by ostatecznie ruszyć za Ożywieniem. 

 

Nastka zamknęła oczy. Jak to było z Mooneyem? Niech to szlag, co ona im miała w zasadzie powiedzieć? "Mój najlepszy kumpel, prawdopodobnie Excrucianin sądząc po tym że malowałam go z oczami jak Excrucianie a jestem Nephilim podobno więc to pewnie ma jakieś znaczenie jak go malowałam, zabił Mooneya bo ten rzucił się na niego bez powodu, a że przy okazji oberwałam odłamkiem i umierałam, nakarmił mnie jego sercem. Ale Mooney mi się pojawił i chyba no hard feelings, a Annu mnie posłał na misję, więc wszystko cool, nie?" Wszystko prawda, wszystko sensownie, ale jeśli reszta Familii była podobnie zdystansowana i chyba nieco zimna jak Chris, to coś czuła, że taka historia może nie zostać najlepiej przyjęta. 

No ale to będzie się martwić za jakieś parę minut. Na razie dygnęła Władcy Miejskich Mitów i poszła za pozostałymi.

 

Władca Miejskich Mitów skinął głową. - Jasne. Aczkolwiek jeśli będziesz chciał  się dowiedzieć co się stało z Jamesem i tym całym kryzysem z Haspem, sugeruję pogadać też ze mną.  Alice w tym co prawda uczestniczyła, ale jeszcze jako zwykły człowiek. Poza tym,  Hasp zaatakował moją Domenę i po trosze uderzył w Karushara, więc nie liczcie, że nie będziemy  się wtrącać. - Powiedział. -  A w sprawie Mooneya pogadajcie też z Melchiorem. Bo ta mała też nie koniecznie wie co tak naprawdę się stało.

Chris zatrzymał się w pół myśli i kroku, aby obejrzeć się na Guiliane'a.

- Haspem? On był w to zamieszany? - zacisnął dłoń w pięść. Gdyby nie to, można by pomyśleć że w ogóle go nie poruszyła ta informacja.

 

 

 

 

Edytowane przez Lunatyczka

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

9I2sId0.png1k9NSjU.png 

 

Był niedzielny poranek i dzieciarnia wciąż spała. Lidia uznała, ze może im na po pozwolić tym razem. W końcu musieli mieć siłę na sprzątanie, nie planowała zatrudniać swojej domeny żeby im w tym pomogła. Sidhe też spali więc miała chwilę wolnego. Chwilę ciszy podczas której natrętne myśli wypełniały jej głowę. Decyzje, które musiały zostać podjęte. Pomysły, których potrzebowała i nie miała.

Sam wędrowała po korytarzach jej piętra i Lidia prawie zdobyła się na odwagę żeby z nią porozmawiać. Prawie. Duża różnica.

Nie miała przecież powodu żeby odwlekać połączenie dziewczyny z jej ciałem. Żadnego poza samolubną niepewnością, co właściwie powinna zrobić.

Akurat w tej samej chwili zobaczyła jak Jemma parkuje pod Ratuszem. Niewiele myśląc zbiegła po schodach wychodząc bratu na spotkanie.

Cześć Chris, cześć Jemma. Poranna przejażdżka, czy powrót do domu?

 

Mężczyzna wysiadł, delikatnie zamykając za sobą drzwi i pomachał Lidii. Jemma dygnęła zawieszeniem, przypominając tym przez moment te tuningowane lowridery, tak modne w połowie zeszłego wieku.

Powrót do domu z porannej przejażdżki. Coś się stało? - spytał Chris na widok wychodzącej mu na spotkanie siostry. Zbyt rzadko się wszak zdarzało, żeby ktoś go specjalnie szukał.

 

Spięła się trochę I przelknęła odruch zaprzeczenia ze w sumie nic się nie stało.

Tak jakby... mam trochę plotek z przyjęcia. Podobno ktoś widział w Jotun Miłość... gdziekolwiek by owo Jotun nie było. Poza tym chyba ktoś od Pieśni Światła chce zabić Rotację, pomyślałam że chciałbyś o tym wiedzieć bo Quentin przebywa blisko niego. Wpisałyśmy się z Alice do silnika,  Mitra zrobiła Guilianowi scenę zazdrości i...  - zawiesiła się na chwilę, przecierając palcami czoło, słowa średnio z nią w tej chwili współpracowały. - Moja córka się znalazła.

 

Whoa - wysłuchawszy plotek i postanowiwszy je zignorować w obliczu tej ostatniej rewelacji, Chris uniósł dłonie, aby zatrzymać, a może uspokoić Lidię, po czym obszedł samochód i stanął bliżej siostry i delikatnie położył dłonie na jej ramionach. - Zwolnij. Wejdźmy do Pałacu, albo... - przerwał i zawahał się, gdy Jemma nieoczekiwanie otworzyła drzwi pasażera. Chris po krótkim namyśle gestem zaprosił Lidię, by wsiadła do samochodu. - Widzę że Jemma też chce posłuchać, więc możemy pogadać w środku, jeśli nie masz nic przeciwko. Opowiesz nam co to znaczy, że się znalazła. Chyba nie, że dosłownie była na tym przyjęciu?

 

Poczuła pewną ulgę, zupełnie jakby ktoś zdjął z jej ramion coś ciężkiego. Dobrze było to komuś powiedzieć i dobrze było poczuć się wspieranym. Uśmiechnęła się blado do Chrisa z wyrazem wdzięczności.

Pałac odpada oba tam jest... a raczej jej duch.

Za to do wnętrza Jemmy chętnie przyjęła zaproszenie i wskoczyła na miejsce pasażera.

Przyprowadziła ją Ćma Mooneya kiedy nas nie było. Zagnał na moje piętro i nie chce wypuścić. Link usłyszał jej myśli i nas sobie przedstawił. Ma na imi Samantha... zdaje się że wszyscy i tak mówią Sam. Mamy dzieci o praktycznie tych samych imionach. - mówiła bębniąc nerwowo palcami o kolano. - Na początku myślałam że jest martwa i utknęła, ale kiedy spytałam moją domenę okazało się, że miała wypadek. Jeździli z chłopakiem naćpani na motorze i spadła. Uderzyła głową w barierę. Jest w śpiączce, nie wiem jak poważne są uszkodzenia Keziah ale nie będzie gorzej, już o to zadbałam. Trzeba tylko połączyć duszę z ciałem co też nie powinno być trudne. Tylko... - spuściła wzrok, ale nie przestała mówić zupełnie jakby coś się w niej odkorkowało. - Jak to zrobię ona o wszystkim zapomni i... nie wiem czy umiem dalej udawać że jej nie ma, Chris... - podniosła wzrok i jej oczy dosłownie błyszczały. - Jest idealna bystra, dobra, miła... nie aż tak głęboko w złym towarzystwie żeby nie dało się tego odkręcić. Jest wspaniała i... - Blask jej w oczach zbladł a potem zgasł. - Czuję że jeśli się w mieszam w jej życie to mogę tylko coś popsuć.

 

Chris, obrócony w fotelu kierowcy ku Lidii, słuchał uważnie.

Też tak miałem z Samem. To poczucie, że coś zepsujesz. Ale chyba jest szczęśliwy, przynajmniej na razie - zamyślił się na moment. - A czego ona chce, pytałaś? Nie całkiem wiem, jak to działa i czemu akurat tak, to z zapominaniem, ale ona jest chyba starsza od Sama i trochę lepiej może o sobie decydować, dobrze mi się wydaje?

 

Dusza zdaje się nie przechowuje wspomnień. Musiałabym wiec prosić Terrego o pomoc w tej kwestii gdybym chciała żeby zapamiętała to co widziała i przeżyła poza ciałem. Gdybym go zapytała musiałabym mu o niej powiedzieć, a nie chce żeby ktoś wiedział. Z resztą wiesz jaki jest Terry. - skrzywiła się. - No i ona sama jeszcze nie wie. Nie miałam odwagi jej powiedzieć. 

 

Ale czego konkretnie nie wie? - zatrzymał ją Chris. - Że zapomni? Że jest duchem, albo w jakim stanie jest jej ciało? Nie wie kim dla ciebie jest? Bo tak czy inaczej... ech, nie mam w byciu ojcem takiego doświadczenia jak może ci się wydawać, ale wiem, że nie możesz ich chronić przed wszystkim. Jakoś się dowie, więc lepiej żeby dowiedziała się od ciebie, jeśli chcesz dać temu szansę. Bo chyba chcesz, skoro alternatywą jest ją w ten albo inny sposób stracić?

 

Westchnęła, bo miał rację. 

- Nie wie, że jest moją córką. Czuje się jak.kompletny tchórz, ale mówienie jej tego teraz jest trochę bezcelowe. Ona nic o sobie nie pamięta i bez tej pamięci nie sądzę żeby mogła jakoś sensownie na te rewelacje zareagować. Nie pamięta swoich rodziców i życia, swoich pragnień i planów. Nie jest do końca sobą.

 

Chris podrapał się po głowie.

Nie zrozum mnie źle... ale z tego co mówisz, to brzmi, jakbyś się bała stracić coś, czego na razie i tak nie masz? Jeśli ona teraz nie wie w ogóle kim jest, to fakt że po powrocie do własnego ciała też - albo znowu - nie będzie tego wiedzieć ani pamiętać, jest w pewnym sensie bez znaczenia - znów umilkł na moment, żeby dobrać słowa. Jego wzrok wędrował w zamyśleniu po desce rozdzielczej, po czym spoczął na uniesionej niespodziewanie dłoni. Jaki odruch przerwał w pół słowa, jaki gest miał ilustrować jego wypowiedź? - Jeśli dobrze rozumiem, to już zdecydowałaś, i to nie jest żadnym dylematem, czy ją budzić z tej śpiączki. Pytanie brzmi raczej czy chcesz ją teraz uświadamiać, tłumaczyć i pytać o zdanie, bo to dla niej bez znaczenia. Tylko dla ciebie. Boisz się, że potem okaże się inna, niż ją teraz poznałaś? - nieoczekiwanie strzelił na oślep.

 

Przysiadła bardziej bokiem zatapiając ramię w fotelu i opierając głowę o zagłówek.

- Prawdę mówiąc to nie wiem co się ze mną dzieje. Po prostu... zgłupiałam. Tak, wybudzę ją i to nie podlega dyskusji. Wolałabym żeby pamiętała, bo to ułatwi sprawy kiedy... jeśli jej powiem. łatwiej jej będzie zrozumieć kim jestem i jak działa moje życie. Tylko nie wiem jak to zrobić. Potem... - wzruszyła ramionami i otarła włosy z czoła. - Potem nie wiem co robić.

 

Zapadła na chwilę cisza, przerywana tylko cichutkim, nieregularnym trzaskaniem termostatu gdzieś pod maską Jemmy.

Pamiętasz, jak wychodziłem z siebie przed spotkaniem z Quentinem? Okazało się, że niepotrzebnie. A może nie? Może gdybym się wtedy nie martwił, to powiedziałbym albo zrobił coś durnego, wyszedł na dupka i on by mnie jednak znienawidził? Nie wiem i się nie dowiem - wzruszył lekko ramionami, podciągając jedną nogę na siedzenie. - Nie ma jednego rozwiązania dla wszystkich. Mi się jakoś ułożyło z synami, lepiej niż myślałem... ale własnemu ojcu nie potrafię powiedzieć, kim jestem i dlaczego. Próbowałem. Nawet się nie pokłóciliśmy; po prostu wiedziałem, że nie zrozumie. Powiedz jej, jeśli tego chcesz dla własnego spokoju sumienia. A potem... co by się nie działo, możesz na mnie liczyć, o ile w czymkolwiek mogę pomóc nie wkopując siebie i innych w jakieś głębsze bagno - uśmiechnął się bez wesołości.

 

Ciesze się, ze się wam ułożyło. - uśmiechnęła się na chwilę i zaraz znowu spochmurniała. - Dziękuję, naprawdę nie wiesz jak dobrze jest o tym porozmawiać. Ja... nie tyle boje się, ze okaże się inna, ale że ja ją zmienię i to... nie będzie dobra zmiana. Kiedy angażowałam się w życie moich uczniów wiedziałam, ze mogę zrobić dla nich coś dobrego. Byli w tak kiepskim stanie, że nie dało wiele zawalić, ona... to co innego.

 

Mówiłaś, że ućpała się i rozbiła na motorze z jakimś gościem. To jak dla mnie brzmi, jakby przydał jej się ktoś, kto umie dotrzeć do takich dzieciaków - tym razem choć Chris się nie uśmiechnął, w jego głosie było trochę ciepła. - Zresztą... to nie ci... a w każdym razie nie tylko ci na samym dnie na ciebie zasługują, wiesz?

 

Nie rozbiła, jeździli naćpani po mieście, on wziął zakręt i ona się nie utrzymała. Uderzyła głową w krawężnik. Reanimował ją, a potem zwiał. Chyba muszę sobie z nim porozmawiać. Ale to nie jej wina, to tylko nienajlepszy wybór partnera, to się zdarza kobietom w mojej rodzinie... - westchnęła i drgnęła nieznacznie, otwierając szeroko oczy, patrzyła na Chrisa zdziwiona. - Jak to... nie tylko... znaczy się... ja nie jestem... nie robię przecież nic szczególnego dla ludzi na dnie czy nie dnie.

 

Chris nieomal parsknął śmiechem widząc zdziwienie i zmieszanie Lidii. Taką rzadko się ją widziało.

- Bzdura. Zapytaj swoich podopiecznych, ile osób w ich życiu się zainteresowało tak jak ty, żeby im jakoś pomóc. Dobrze rozumiem, że część z nich nie miała wsparcia nawet ze strony własnej rodziny? Jak to ujęłaś: nie dało się wiele zawalić, tak było źle? - zauważył retorycznie. - Uważam, że to z twojej strony słabość, nie do końca rozumiem po co i dlaczego, ale chyba tak już masz. Nie wiem na jakiej podstawie decydujesz komu pomóc, ale jesteś w tym bardzo hojna - skinął w jej kierunku głową, czy to dla zaakcentowania tego stwierdzenia, czy w wyrazie... uznania?

Jemma bez słowa przewróciła wycieraczkami.

 

Lidia skurczyła się jakby w swetrze, podciągnęła kolana pod siebie i spuściła wzrok.

- Wiesz to... zaczęło się w sumie od Sam. Jak... jak ją oddałam chyba byłam w najgorszym stanie w życiu. Czułam się zupełnie zniszczona na ciele i duchu a miałam tylko szesnaście lat. Uważałam, że skoro najlepsze co mogę zrobić dla własnego dziecka to zadbać żeby się o mnie nigdy nie dowiedział to jestem naprawdę okropnym człowiekiem. Nie bardzo chciałam żyć, ale nie umarłam, bo spotkałam Ellen. Wiele dzieciaków nie ma tego szczęścia. Widzisz dzieci są... delikatne i czasami dorośli wokół nich zawodzą strasznie. Oglądałam to z własnej strony i widziałam też ile jeden dorosły może zmienić. Taki, który dla odmiany wie co robi. Byłam wtedy zła na moją matkę, na mojego ojca, na ojca Sam. Uważałam, że zawiedli, zostawili mnie z czymś z czym nie miałam prawa sobie poradzić o własnych siłach... i sobie nie poradziłam. Że gdyby którejś z nich wykazało się chociaż odrobiną odpowiedzialności może bym jej nie straciła.Wiec poszłam do innych dzieci, licząc że zdołam coś zrobić zanim one będą musiały przejść przez coś takiego jak ja. - uśmiechnęła się trochę krzywo. - A potem dorosłam i zrozumiałam, ze dorośli to... ludzie. Że każdemu niezalezienie od wieku może się zdarzyć chwila kiedy coś zawali, zawiedzie, powinie mu się noga będzie potrzebował pomocy, wsparcia, albo chociażby tego, żeby ktoś się przejął. Czasami wystarczy po prostu być, ot tyle. Na przykład tak jak w kopalni w Arkadii, nie masz pojęcia o ile łatwiejsze to było z tobą u boku. Albo teraz... mam czystszą głowę od samego wygadania się w tej sprawie.

Zamilkła na chwilę.

- Inna sprawa, że czasami nie wiem czy bardziej nie mieszam niż pomagam.

 

Chris nie odpowiadał przez chwilę.

- Wiesz, jak ja do tego podchodzę. Ostatecznie liczy się to, co ty uważasz za lepsze. Naprawdę... - zawahał się, przerwał, zamyślił. - Cieszę się, że mogłem jakoś pomóc samym słuchaniem. Nie wiedziałem, że w Arkadii to była taka różnica... dzięki - podsumował niezręcznie. Wiszące dość nisko nad horyzontem słońce zaczynało świecić im w oczy spomiędzy budynków, Chris popatrzył na nie obojętnie. - Idziemy do Pałacu? Jak myślisz, ktoś nas tam już szuka?

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

9I2sId0.png1C7kLz3.png

Lidia i Alice

 

 

Lidia zapukała do drzwi Alice rano, już bardziej ogarnięta po imprezie. W limuzynie, kiedy wracały do domu z przyjęcia Alice wspomniała coś o kotwicowaniu i tym, że przydałaby się jej pomoc. Światło wcale nie dziwiła się, sama żałowała, że kiedy ona zabrała się za kotwicowanie nie było nikogo kto by lepiej rozumiał ten proces.

Po eleganckiej dziewczynie z wieczora nie było już śladu, Lidia miała na sobie jasnobrązowe jeansy i bluzkę w stylu boho, luźną, białą w słoneczniki. Włosy wciąż trochę niedosuszone rozpuściła luźno i darowała sobie makijaż, a nadgarstki przewiązała kolorowymi sznurkowymi bransoletkami, które kiedyś zrobili dla niej uczniowie. Tak czuła się o wiele swobodniej. Na szyi pod materiałem bluzki wisiał sekretnik, jakoś nie miała ochoty jeszcze go zdejmować.

- Alice? – zawołała cicho. W końcu siostra mogła zrezygnować i pójść spać.

- Lidia? Wchodź! - usłyszała z wnętrza piętra, czy może lepiej powiedzieć mieszkania, jakie zajmowała Alice. Pani Cieni wyszła z łazienki, ubrana już na szczęście, w czarne jeansy i bordową koszulę z długimi rękawami i bardzo elegancki ręcznik na głowie, którym próbowała wytrzeć ociekające wodą włosy. Pomiędzy jej nogami biegał biały aligator, a Nevermore, patrząc pod nogi, by nie nadepnąć na zwierzaka szła w kierunku kuchni, po drodzę zrzucając ręcznik na oparcie fotela.

- Kawy?

- Chętnie! – uśmiechnęła się szeroko.

Może i potęgi mogły nie spać dłużej, jednak Lidia już zaczynała się czuć jakby zbliżała się do granicy swojej nowej, ulepszonej wytrzymałości.

Weszła do korytarza i uśmiechnęła się na widok zwierzaka.

- Szybko się zadomowił.

Alice spojrzała na Aligatora i uśmiechnęła się promiennie.

- Alfred. Tak go nazwałam. Wygląda jak Alfred - zaśmiała się do tej głupiej myśli i ku jej uciesze, wczoraj nabyła ekspres do kawy, dlatego, miała zamiar uraczyć siostrę, wyśmienitą parzoną i świeżo mieloną Arabicą.

 

- Jak się czujesz, my.. to znaczy potęgi.. chyba nie mamy problemu z kacem, co?

- Co najwyżej moralnym – odpowiedziała i uśmiechnęła się szeroko. – Czuje się dobrze, obyło się bez pojedynków to zawsze jakiś sukces. Jak ci się podobało? Oficjalne przyjęcie w nowej społeczności?

- Było lepsze niż przyjęcie do rodziny - zaśmiała się, mimo swoich słów -Mleka? - zapytała stawiając przed Lidią kawę i nalewając mleka do niewielkiego stalowego dzbanka. -i jakiego znów moralnego kaca? Co się działo, kiedy ewakuowaliśmy się z Guilianem? - spojrzała podejrzliwie na siostrę, podkładając dzbanek pod steamer i włączając go, by spienić mleko.

- Nie wiem, też się ulotniliśmy – odpowiedziała znad filiżanki. Kawa. Tak bardzo jej potrzebowała. – Aż tak źle się sprawujemy jako rodzeństwo?

-Nie, to nie tak -pokręciła głową, odstawiając dzbanek na bok. Przetarła steamer, by mleko nie zaschło na nim i opróżniła kolbę po ostatnim parzeniu kawy. Nabiła ją i umieściła w ekspresie. Wybrała odpowiedni program podstawiając filiżankę i czekała, aż kawa dla niej będzie gotowa. Na stole, postawiła też cukiernicę i położyła dwie łyżeczki.

- Ale nie ukrywajmy, byłaś jedyną, która postanowiła potraktować mnie jak człowieka, który właśnie przeżył największy szok swojego życia i totalnie nic nie ogarnia, a nie krwiożerczego szpiega czającego się na was, jako na część kreacji - mrugnęła do światełka, zabierając swoją filiżankę. Dolała ciepłego spienionego mleka. - Jesteś może głodna? Powinna mieć jakieś gofry i syrop klonowy.

- Chętnie, dzieciaki miały imprezę na moim piętrze, możesz się domyślić jak wygląda lodówka.

Lidia westchnęła, no tak, ich powitanie nie było najszczęśliwsze.

- Nasi bracia są ostrożni. Wiele dziwnych rzeczy się nam działo w dość krótkim czasie i… no po prostu się martwią – czuła się w obowiązku usprawiedliwić resztę. – James był inny, dogadalibyście się… w ogóle okazuje się, że jego śmiertelna siostra-kotwica przeżyła, tylko jest w Twierdzy na Brzegu.

- A to coś nienormalnego, że ona przeżyła.. zaraz… - wyglądała zza otwartego skrzydła drzwi lodówki marszcząc czoło - Kotwice umierają wraz z potęgami?

Lidia skinęła głową.

- Nie wspomniałam o tym? – westchnęła cicho. – Nie wiedziałam kiedy kotwicowałam swoich. Anni wydała nam polecenie i cóż, nikt z nas poza Chrisem nie pomyślał o tym, że to… – zamilkła na chwilę, patrząc na siostrę z pewnym smutkiem. – My na dobrą sprawę umarliśmy kiedy nas zmieniono, oni… to chyba trochę miniatura takiej przemiany. Podobno nie zawsze umierają, Carushar mówi, że to szok. Przy przemianie dostają kawałek naszej duszy, nasza domena wpływa na ich przeznaczenie. A kiedy odchodzimy to znika i oni… umierają z szoku. Denis… chłopak Jamesa umarł. Laura chyba miała jakiś epizod bo skoczyła z mostu, połamała się, Grace ją uratowała. Teraz chyba chce ją przemienić.*

Alice mruknęła tylko pod nosem, wyciągając gofry z zamrażalnika. Wrzuciła je do tostera, w miedzy czasie na stole wylądowały dwa talerze, sztućce, syrop klonowy i czekoladowy sos hersheysa. Alfred wodził wzrokiem za jej rękoma, ale nie wyczuwając żadnego mięsa, stracił nią zainteresowanie i podreptał do innego pokoju.

- Jak to umarliście kiedy was zmieniono? - jej brwi powędrowały w górę, bo ona sobie jednak nie przypomina by umarła.

Lidia śledziła wzrokiem ruchy siostry.

- Przemienił cię Annu więc mogło to być trochę inaczej ale ja… pamiętam ogień, to jak moc wlewała się we mnie. Spłonęłam żywcem… i nie spłonęłam. Jednak.. – spojrzała w oczy Alice i powiedziała miękko, smutno. – Być bogiem znaczy umrzeć. Nie pamiętasz tego?

- Pamiętam, ale mimo wszystko, nie czułam, żebym umarła, śmierć zaglądała mi w oczy kiedy Corriander celował do mnie z winchestera - tak, ale nie kiedy Annu mnie potęgował - wyjaśniła, łapiąc wyskakujące z tostera gofry. Włożyła kolejną porcję - Ale zostawmy ten temat, nie wydaje się być przyjemny, dla żadnej z nas - obdarzyła siostrę, ciepłym, troskliwym uśmiechem - powiedz mi lepiej co jest między Tobą a Carusarem… Hmm?

 

- Tak, bo z twojego życia jeszcze coś zostało – westchnęła cicho, na pytanie o Władcę Duchów jej dłoń jakby sama przesunęła się po łańcuszku na szyi. – My… lubimy się. Bardzo. Pomógł mi kiedy sama gubiłam się w byciu potęgą i… tak jakoś wyszło, że się zbliżyliśmy.

- Tak też myślałam - uśmiechnęła się tajemniczo, jakby zupełnie, co innego miała na myśli. Wrzuciła kolejną porcję gofrów na talerz i usiadła przy stoliku, stawiając talerz na środku - częstuj się - wskazała dłonią na gofry i sama nabijając jednego na widelec położyła go na swoim talerzu, oblewając syropem czekoladowym - Guilian mówił coś podobnego, to jest, że Causar Cię lubi.

Lidia uniosła brew.

- Co dokładnie mówi Guilian o tym… lubieniu?

- Cóż… - oblewała gofra sosem przypatrując się siostrze - że na pewno nie robicie nic nielegalnego - dziwnie podkreślała słowo na pewno - i Carusar na pewno - i znów to samo - Cię lubi, skoro to już wasza trzecia randka - lekkie pytanie wkradło się w ton Alice.

- Tak, trzecia. – przyznała, biorąc sobie jednego gofra. Alice definitywnie chciała coś przekazać. Coś co Lidia mogła zinterpretować… na różne sposoby. Gdyby chciała, ale nie chciała, bo nic dobrego by z tego nie przyszło. – W sumie to spotykamy się od gwiazdki.

- Wiem, że w naszym świecie to niemożliwie i całkowicie nielegalne - zaśmiała nerwowo z jakiegoś powodu, do swojego gofra -Ale to coś poważnego? Niektóre potęgi podobno randkują, czy nawet tworzą coś na kształt związków, tak?*

Ugryzła gofra i przez chwilę żuła powoli kupując sobie czas. Nie chciała zakładać czegoś co nie zostało powiedziane i w gruncie rzeczy nigdy powiedziane nie zostanie. Takie rzeczy nigdy się dobrze nie kończyły.

- Nie wiem. Pewnie się przekonamy – odpowiedziała cicho, spięta, po czym uśmiechnęła się pod nosem. – Wy z Gulianem, też wydawaliście się dobrze bawić. Rozumiem, że widziałaś szczeniaczki i jeden biega ci teraz po domu?

Alice roześmiała się przełykając kęs słodkiego śniadania i odwróciła się w kierunku pokoju gdzie zniknął Alfred.

- Aktualnie, to się pewnie tapla w swoim akwarium, basenie.. nie wiem jak to nazwać - powróciła spojrzeniem do siostry - ale Ty też z czymś wróciłaś - wzrok Pani Cieni zatrzymał się na złotym łańcuszku.

- Wychodzi na to, że panowie więcej dali niż dostali – pozwoliła sobie na uśmiech, taki trochę bardziej czuły niż zamierzała. – Cokolwiek z wami dalej będzie uważaj na Mitrę, jeśli będzie mogła wam coś zrobić, zrobi to.

- Właściwie, o co jej chodziło? To był tylko całus - na samo wspomnienie, policzki Alice rozgorzały wstydliwym różem - i to ona podobno zostawiła Guiliana, nie rozumiem tego, a Ty?

- Może kwestia kontroli? Nie wiem – spojrzała na Alice przez stół. – Myślisz, że oni teraz gdzieś też siedzą i sobie rozmawiają o nas tak jakby wcale nic się nie działo? – spytała z delikatnym uśmiechem. – Jeden coś o zakazanych cukierkach, a drugi daje tylko duchy odpowiedzi?

Ta wizja definitywnie rozbawiła Władczynię Cieni i nawet kilka cieni skrytych w jej włosach zachichotało razem z nią.

-jeśli mam zgadywać, to siedzą przy śniadaniu i słuchają, bardzo dosadnego milczenia Ciszy za wczorajsze zachowanie - nałożyła sobie drugiego gofra, skoro ten pierwszy zniknął z jej talerza nim się obejrzała - Ale wiesz.. - zaczęła lekkim tonem - Guilian wczoraj mówił mi o tatuażach, w sumie, kiedyś się nad tym zastanawiałam, a skoro jestem potęgą i jak mi się znudzi mogę go sobie bezboleśnie usunąć, to czemu nie spróbować? - czy ona właśnie zaczynała gadać jak Władca miejskich Mitów - jak wrócimy z tego całego kotwicowania, chyba sprawię, sobie jeden. Mogłabyś coś dla mnie zaprojektować?

 

Światło uniosła brew.

- Jasne, co chcesz mieć? I gdzie?

- Chcę mieć taki.. przedłużony półrękaw - powiodła dłonią od od swojej lewej piersi, na bark i na ramieniu kończąc - nie wiem co dokładnie jeszcze. Na pewno chce kwiaty, kwiaty rumianku ale przydałoby się abyś pomogła mi w wymyśleniu kompozycji.

Lidia przekrzywiła nieznacznie głowę.

- Będzie bolało. Serio. Jesteś chuda a jak idzie po kościach boli jak diabli. Wiem co mówię, jak miałam naście lat wpadłam na to żeby sobie coś na kręgosłupie wytatuować. Myślałam, że umrę. – Chociaż Carusharowi wczoraj jej słońce na plecach się podobało. Szybko podgryzła swojego gofra. – Zjemy i usiądziemy, rozrysujemy parę rzeczy… Skąd pomysł na kwiaty?

Cienie spoglądała na Światło, w zastanowieniu. Powoli przeżuwała gofra spoglądając w sufit, jak osoba, która bardzo usilnie próbuje podjąć właściwą decyzję.

- Tatuaże kwiatów, jeśli dobrze zrobione, potrafią być fantastyczne - odpowiedziała w końcu ważąc słowa - Rumianek to mój kwiat… - i mam już jeden na sercu, więc po co wybierać inny, dodała w myślach - ale chciałbym też dodać jakieś inne kwiaty, takie które są ładne wizualnie, może jakieś dzikie, polne kwiaty?

- To znaczy?

- No nie wiem... stokrotka, naparstnica, dzika róża? - na ostatnia propozycję uciekła wzrokiem i zaraz wepchnęła sobie kawałek gofra do buzi.

Lidia złożyła dłonie przed sobą.

- Wiesz, zaczynasz już mówić jak Guilian? Alice ja jestem prostym stworzeniem i taniec wokoło jest dla mnie dość trudny. O co chodzi?

Alice wyraźnie chciała coś odpowiedzieć, nawet otworzyła usta, tylko po to by po chwili je zamknąć. Zamiast już mówić cokolwiek, rozpięła guzik koszuli i odsunęła materiał pokazując Lidii, tatuaż na piersi, w miejscu gdzie miała serce. Był to kwiat rumianku i dzikiej róży. Zaraz zakryła go i wróciła do jedzenia tostów.

- Przesadzasz, po prostu nie umiem się jeszcze zdecydować.

Miała wrażenie, że wokoło wszyscy coś wiedzą, coś co jej zupełnie umyka i wyglądało na to, że tak już zostanie.

- Dobrze, zaraz coś skomponujemy – sięgnęła do torby po szkicownik. – Chcesz coś bardziej pnącego? A może raczej łąkę-kobierzec?

- Niech gdzieś w tych kwiatach będą leżące książki.. nie wiem.. nie myślałam, że projektowanie tatuażu będzie tak trudne.. Ale spokojnie, możemy się tym zająć jak wrócimy od Allana. - stwierdziła upijając kawy z filiżanki.

 

- Wciąż jesteś pewna, że chcesz to zrobić?

- Masz na myśli tatuaż, czy Allana? - Alice zerknęła na Światło z ukosa.

- Allana. - przez chwile milczała. - Co między wami zaszło?

Alice drgnęła, a przez jej twarz przebiegł cień, mimo to pisarka uśmiechnęła się.

- Dawno i nieprawda… najważniejsze jest to, że mogę wypełnić polecenie Anni. Tyle i aż tyle, prawda?

- Skoro dawno i nieprawda to po co on ci teraz w twoim życiu?

- Bo nikomu innemu tego nie zrobię.

- Aż tak źle?

Dłoń Pani Cieni powędrowała na jej brzuch, totalnie bezwiednie.

- Do tego będzie potrzeba wina albo jeszcze lepiej tequilii - posłała jej uśmiech, dopijając kawę.

Lidia uniosła  brew.

- To mi w domu po imprezie akurat zostało. - zapewniła, po czym dodała. - Wierz mi, to jest coś co lepiej wyartykułować przed niż po… i w sumie możemy się wymienić sekretami. Też mam jeden. Nie pożałujesz.

- Boję się, że jeśli opowiem o tym, teraz, zanim to zrobię, to zwyczajnie wystarszę się na tyle, że nie dam rady - wyznała spoglądając w denko pustego naczynia. - Obiecuję, jak tylko wrócimy, razem z nim opowiem Ci co zaszło między nami. naprawdę.

- Jeśli boisz się, że tego nie zrobisz po powiedzeniu co było między wami to jest wyraźny znak żeby tego nie robić w ogóle.

- Powiedziałam i mówię to z całą świadomością swoich słów - nie zrobię tego nikomu innemu. Ale jeśli musisz coś wiedzieć, to Allan jest moim byłym mężem - wzruszyła ramionami, poprawiając włosy, bo cieniom znów zebrało się na żarty, by ułożyć je wedle własnego widzimisie. 

- I pokpił aż tak bardzo?

- Nie jest byłym mężem jakiego możesz sobie wymarzyć, więc tak, pokpił, choć to i tak mało powiedziane.

Uniosła brwi.

- Jak chcesz mogę ci przynieść tequilę. - zamilkła na chwilę. - A skoro już o exach mowa… Grace wspomniała że po okolicy biega Odłamek, który szuka narzeczonej. A za nim drugi, który go pilnuje.

 

Alice zamrugała, przechylając głowę. Wbiła wzrok w siostrę i przez chwilę nie wiedziała czy zacząć się śmiać czy płakać.

- jakiej znowu narzeczonej? - wykrztusiła w końcu.

- Nie wiem, Grace powiedziała tylko że biegu po okolicy od kilkudziesięciu lat, wyzywa ludzi na pojedynki i szuka jej. Podobno poza tym jest jak na Odłamek bardzo grzeczny.

- Bardzo grzeczny.. - prychnęła przewracając oczami - Wspomnij obok niego o muffinkach, zobaczysz jaki jest grzeczny - pokręciła głowa z rezygnacją i uniosła dłoń na wszelki wypadek powstrzymując Lidię przed pytaniami - nie, nie pytaj, nie chcesz wiedzieć. - westchnęła ciężko - to mam kolejny problem do rozwiązania.

Lidia uniosła brew i oczywiście ze zapytała.

- Czyli to faktycznie on? I wiesz… póki nie rozwala kreacji tą nicością, którą ma w sobie… Muffinki? Serio?

- Nie wiem czy to faktycznie on, ale Wieland rzeczywiście wyglądał na takiego co nie odpuści i jeśli szuka narzeczonej, to niestety może chodzić o mnie, choć nie przyjęłam oświadczyn… nie odrzuciłam ich też ale to nie ma znaczenia - machnęła lekceważąco dłonią - po prostu.. Nie mów o muffinkach w jego obecności, gdybyśmy kiedyś na niego wpadły. On je uwielbia i zdaje się nienawidzić tego że je uwielbia. - przewróciła oczami, bo było to tak głupie że ciężko było to pojąć. - Odłamek.

Mąż, narzeczony, Alice miała rękę do mężczyzn trzeba jej to było przyznać, skoro od razu wskakiwali w zobowiązania.

- Nie mów, że biliście się o muffinka? Jak myślisz, czy on cię szuka z... przyjaznych powodów?

- Tak biliśmy się z powodów muffinków- znów przewróciła oczami, bo naprawde było to tak głupie, że sama ledwo w to wierzyła.

-Nie wiem, raz poddał mnie próbie, przeżyłam, więc liczę na powtórkę tego.

- Derry mówiła że lepiej z nimi przegrywać. Nie martw się, coś wymyślimy. Bo podejrzewam ze nie planujesz ślubu. Co to była za próba?.

Pytanie o ślub zignorowała, bo naprawde nie było sensu na nie odpowiadać, za to po jej ostatnim pytaniu powiedziała.

- Pożądania - i schowała się za filiżanką z kawą.

- To znaczy chciał cię zabić pożądaniem a ty się oparłaś? To jego domena?

- On sprawia, że chcesz tylko jego, że nie widzisz nikogo poza nim, że chcesz przed nim uklęknąć i błagać by być jego, ogarnia Cię pożądanie, które musisz spełnić, z nim, a on w tym czasie Cię spala… a przynajmniej sądzę że to się tak odbywa. Wieland zionie ogniem, wspominałam? -odstawiła pustą filiżankę,  lekko głupim uśmiechem. *

Lidia skrzywiła się.

- Trochę jak emocje nastolatka. Za starych głupich czasów miewałam takie wizje kiedy porządnie wzięłam. - uciekła wzrokiem w bok. - Rozumiem że się obroniłaś.

Zmrużyła oczy, gdy Lidia mówiła o braniu czegoś, sądząc po jej mówię ciała Alice mogła przypuszczać, że chodzi o narkotyki, postanowiła jednak nie poruszać tego tematu. Przynajmniej nie teraz.

- Arechtel, znasz Arechtela prawda? - uznawszy to za retoryczne pytanie kontynuowała - zanim zaczęłam pojedynek z Wielandem, doradził bym temu konkretnemu wojownikowi lepiej nie ulegać, bo jest trochę inny, ale nie myślałam że będzie na tyle inny by oświadczyć się pierwszej kobiecie, która mu nie ulegnie.

Przez chwilę zastanawiała się czy zna Arachtela.

- Imię brzmi znajomo. W sumie oświadczyny to lepsza opcja. Póki możesz odmówić. Coś mi mówi że nie bardzo mogłaś, prawda?

Spojrzała na siostrę z troską.

- Przykro mi.

- Zapewne mogłam, ale czy Ty byś to zrobiła będąc na dachu Akademii gdzie szkoli się odłamki Exruscian, otoczona nimi, a twoja siostra w tej chwili zabija ich dyrektora? Uznałam, że nie udzielenie mu żadnej odpowiedzi, by móc później powiedzieć mu nie w bardziej odpowiedniej chwili i na moich warunkach, będzie rozsądniejsze. - wzruszyła ramionami tłumacząc się że swojego postępowania, które jak się z czasem okazało nie było najmądrzejszym.

- Brzmi jakbyś nie za bardzo miała wybór.  - stwierdziła miękko Lidia. - Jeśli cię znajdzie możesz odmówić mu teraz. Nic ci nie zrobi wśród rodziny.

- Z jego ego wielkości Empire State Building? - Alice zaśmiała się nerwowo - To będzie ciężkie do wykonania, zobaczymy co powie, jeśli w ogóle się spotkamy. Bo na razie mam ważniejsze rzeczy na głowie niż martwienie się odłamków co ma zbyt wybujałą wyobraźnię.

Lidia uniosła brew.

- Które konkretnie?

- Wypełnienie polecenia Anni i zrobienie sobie kotwicy? - pisarka uśmiechnęła się dość blado, jak na nią.

Światło patrzyła na siostrę przez chwilę łagodnie.

- Jeśli jesteś pewna to chodźmy.

- Bardziej nie będę. - odpowiedziały Cienie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Wieczór poprzedzający walentynki

tuż po wyjściu Chrisa i Christina z pokojów Terry'ego

2015 rok

 

large.Nastasia.png.379565ad5231b3d754c86bordered2.png

  Nastasia Walken          Terry Andrews

 

Kiedy Terry i Nastasia zostali w salonie tego pierwszego sami (nie licząc kotów), ten pierwszy obdarzył tę drugą długim, zmęczonym spojrzeniem. I ciężkim westchnieniem.

 - Wiesz, miałem sporo, cóż, ważnych spraw, ale nie jestem pewien, czy okoliczności są sprzyjające - spojrzał znacząco na drzwi oddzielające ich od Vex i Mahsy - oczywiście wciąż jesteś zaproszona na herbatę, jeśli chcesz, chociaż za filiżanki, obawiam się, ręczyć już w tym domu nie mogę... Ale poważne tematy chyba musimy trochę zostawić. No, ale nie chciałbym, byś odeszła z niczym, skoro już obiecywałem pomóc więc...

Mówiąc ostatnie słowa podszedł do pokrywającej sporą część jednej ze ścian biblioteczki i wyciągnął dłoń, dotykając jednego z grzbietów. Potem przesunął się do następnego. Marszcząc brwi przewędrował palcami po grzbietach kilku jeszcze woluminów. Książki w biblioteczce Terrego Andrewsa tworzyły przedziwną mieszaninę: od ozdobnych, oprawnych w płótno albo i skórę, z wytłaczanymi złotymi literami, po tanie wydania w miękkich okładkach. Choć tych ostatnich było mniej.

Tak czy inaczej, po chwili ręka gospodarza zatrzymała się, a on sam uśmiechnął się i zdecydowanym ruchem wyciągnął znalezisko.

 - Tak, ta będzie dobra - stwierdził Powiernik Pamięci z przekonaniem, obracając się ku gościowi - nie wiem, czy rozwiąże twoje problemy, ale myślę, że zaciekawi cię bardziej, niż się spodziewasz.

 

Większe Związanie Persony Wspomnień (koszt 1 CP) na coś, co jeszcze przed chwilą było całkiem zwykłą antologią bajek z ładnymi ilustracjami. Od tej chwili książka w postaci ilustrowanych bajek przedstawia wspomnienia z szeroko rozumianego poprzedniego życia czytelnika.
Istotny szczegół tutaj: książka nie opisuje obiektywnej rzeczywistości, tylko czyjeś wspomnienia, ze wszystkimi ograniczeniami tej sytuacji. Trochę jakby "poprzednik" pisał taki bajkopamiętnik na motywach własnych wspomnień. Jeśli ktoś nie miałby łatwego do zidentyfikowania "przeszłego życia", do książki mogą się dopchać i odcisnąć w niej jakieś mniej pasujące (np. wspomnienia sprzed jakiejś wielkiej życiowej zmiany, mniej lub bardziej gwałtownej, jak dorastanie, małżeństwo itp). 

Wyciągnął w stronę Nastasii książkę. Nie wyglądała na pierwszy rzut oka jakoś szczególnie. Duża, choć nieprzesadnie gruba, w twardej okładce z akwarelową ilustracją wyobrażającą mroczny las skąpany w księżycowym świetle i parę dzieci trzymających się za ręce: jedno miało białe włosy, drugie właściwie całe było białe, i nieco rozmyte (to jest: nieco bardziej niż żądało użyte przez ilustratora medium). Ponad tym wszystkim tłuste czerwone litery głosiły dumny tytuł "Bajki Niezapomniane". Nazwiska autora nigdzie nie było widać.

 - Ale jak przeczytasz - uśmiechnął się lekko - to oddaj. Bo właściwie to sam nie czytałem, a chyba powinienem...

 

 - Oczywiście - odpowiedziała Nastka, nie do końca jeszcze rozumiejąc. - Dziękuję ci bardzo. A z zaproszenia skorzystam, ale - też zerknęła w stronę drzwi - może faktycznie w bardziej sprzyjającej chwili. - Po czym, cała w uśmiechach i ukłonach, wycofała się za drzwi, zostawiając Terry'ego sam na sam z żonami. A następnie ruszyła do swojego nowego pokoju, chwilę odsapnąć, przemyśleć strategię, no i przeczytać książkę...

 

 

luminacja wokół pierwszej litery: obrazek księżycowego drzewa, w którego konary wplecione są kwiaty lilii i lotosu.   

Dawno, dawno temu kiedy świat był jeszcze młody narodził się książę Niebios. 
Jego imię znaczyło "Cneph jest moją siłą" i by jednym z...
 
 
nieczytelne 
bardzo kolorowy ale zupełnie rozmazany obrazek 
nieczytelne 
bardzo kolorowy ale zupełnie rozmazany obrazek 
nieczytelne 
Przepiękny obrazek pałacu pośród srebrnej łąki.  
nieczytelne 
Błekitnowłosy mężczyzna, w którego oczach spadają gwiazdy i umierają galaktyki klęczący w ruinach pałacu nad nim pochyla się, jakby próbując go pocieszać śnieżnobiały koń. 
nieczytelne 
... (i tak aż do ostatniej strony gdzie jest jakaś treść i obrazek) 
  
Etienne Pani Wspomnień pocałowała po raz ostatni czoło swojej córki. 

A pod spodem śliczny bardzo realistyczny rysunek Powierniczki Wspomnień pochylającej się nad wypełnioną złotym światłem kołyską z dębowego drzewa, wokół obrazka pną się powojniki. 

Całą resztę dla historii "przeszłego życia" Nastki chroni auctoritas nałożone przez Markizę Wspomnień, ale można jej przebijać. Auctoritas maksymalnie może wynieść 5.

 

 

OK, tego się Nastka nie spodziewała. Szlag, nakapała na ten ostatni obrazek. Nie wolno płakać na pożyczone, zła Nastasia! Macając na oślep znalazła w końcu chusteczkę i uwolniła oczy i nos od zalewającego je potopu. 

Cóż, wujek sprawił jej niezły prezent.

Wujek... Ależ to brzmiało. 

Ale DLACZEGO ONA NIC NIE POWIEDZIAŁA?!? Że ukryła jej wspomnienia to ukryła, to jedna rzecz, ale PRZECIEŻ ONE SIĘ WIDZIAŁY!!! Czemu Nastka nie miała wspomnienia słów "córeczko, odnalazłaś mnie" i matczynych objęć? CZEMU?!?

...

Wdech.

Wydech.

"Nie mogę płakać, płacz zabija umysł". 

Dobra, spokojnie. Logicznie. Jakie są szanse, że Terry albo Etienne albo ktokolwiek coś tutaj namotał i namieszał? 

Jakieś. Cholera jedna wie.

Nastka odetchnęła jeszcze raz, tylko odrobinę załamując przy tym głos. Spokojnie. Wszystko jest piękne. Sny o mamie były prawdziwe. Chyba. Teraz masz obowiązki, którymi mama chciałaby pewnie żebyś się zajęła, bo losy całej Kreacji, wszystkich Słów we wszechświecie (i ewentualnie historii, zdarzeń i książek - na tę ostatnią myśl Nastka zadrżała lekko i pogładziła ilustrację) mogą od ciebie zależeć. Jak tylko tym się zajmiesz, znajdziesz tatę i porozmawiacie. Potem... albo Terry, albo szukanie mamy. Albo rozmowa z Rycerzem, przecież on mieszka w Skarbcu a mama też tam była! Była tam a ja nie wiedziałam, że to ona...

Dobra. Zmiennik Christiana nie pojawi się od razu. Zarządzam godzinę czy dwie łkania w poduszkę ze szczęścia i smutku i cholera wszystkiego. Nie mogę się tak przecież pokazać Familii. Ani mamie.

Mamo...

Edytowane przez L'riot

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

bordered2.png

 Terry Andrews

 

W końcu Nastasia również opuściła apartamenty Terrego, który przez chwilę wpatrywał się w drzwi. Wreszcie westchnął, podszedł do nich i upewnił się, że tym razem zamknięte zostały starannie.

Uczyniwszy to, westchnął ciężko, po czym podszedł do najbliższego fotela i, ściągając z pleców futerał ze skrzypcami, usiadł w nim ciężko.

 - Jeśli faktycznie robicie tę herbatę - odezwał się głośno, odchylając głowę na oparcie i przymykając oczy - to raczej nie będzie nam trzeba za wielu filiżanek. Goście tak jakby sobie poszli.

 

- A to ja miałam tę herbatę komuś podać? - Zdziwiła się uprzejmie i fałszywie wicehrabina dociekliwości wchodząc z, bliżej nie znaną Terry'emu, tacą z czerwonej laki, na której stały filiżanki z serwisu Terry'ego i  cztery maleńkie również nie znane mu czajniczki. - Ale skoro już się ich pozbyłeś to mam, na razie, do powiedzenia tylko dwie rzeczy. - Kontynuowała stawiając tacę na stoliku i zręcznym kopnięciem posyłając poduszkę tuż pod stopy męża. - Pierwsze - uniosła w górę palec. - Możesz zacząć się tłumaczyć. I drugie. - Uniosła drugi palec niczym uczennica wyrywająca się do odpowiedzi - Jakiej herbaty się napijesz, kochanie? - Słowo kochanie niemal wymruczała. 

Mahsa stanęła  drzwiach kuchni z tacą pełną maleńkich ciasteczek z kremem i truskawkami, wagashi, tartaletek z malinami i owocami lechee i równie malutkich makaroników w kolorach tęczy.

 

- Takiej bez arszeniku, jeśli można, mam alergię - odparł Terry praktycznie odruchowo, rzucając spojrzenie w stronę tacy dość egzotycznych, w większości, słodyczy - i "tłumacz się"? - powrócił spojrzeniem do Vex i posłał jej zmęczony, kwaśny uśmiech - To jest to, co masz mi do powiedzenia, kiedy wreszcie zepsuła wam się zabawa w "nic nie mówmy Terremu Andrewsowi, pośmiejemy się patrząc, jak błądzi po omacku, nic nie wiedząc"? I pomyśleć, że poznawszy w końcu twoją tożsamość uwierzyłem, żeś odniosła jakieś straszne rany w walce z Excrucianami - dodał gorzko - Że pod moją nieobecność zrobili ci coś takiego, że przetrwałaś tylko jako "zwykły" kot... Nawet próbowałem już jakoś przygotowywać na Mahsę na ujrzenie cię w takim stanie... O, naiwności! - parsknął, pokręcił głową i wparł się w fotel.

Właściwie, powinien zapewne być w tej chwili bardziej wściekły, ale nie do końca mu to jednak wychodziło. Zwłaszcza że, cóż: naprawdę sądził, a co najmniej podejrzewał, że coś z nią było mocno nie tak. I dopiero teraz docierało do niego w pełni, że jednak jego obawy były płonne, że wszystko było w porządku... To jest: wszystko poza faktem, że była pieprzonym sierściuchem, który spędził dwa miesiące (jak nie więcej) zgrywając zwyczajnego sierściucha, w komplecie z wylizywaniem się pod ogonem na barze w trakcie przyjęcia gwiazdkowego. Przyjęcia, dodajmy, z udziałem Potęg, w tym co najmniej kilku, które ją przecież znały...

 - No - mruknął Terry kwaśno - ale skoro już wiemy na pewno, że martwiłem się niepotrzebnie... to proszę, z czegóż to mam się tłumaczyć, skoro moją sytuację znasz zapewne lepiej, niż ja sam? Od dawna mnie obserwujesz?

 

Vex otworzyła szeroko oczy. Gra kartą "martwiłem się o ciebie", to był cios poniżej pasa. Tylko kobiety mogą używać bezkarnie tej techniki. 

- Od jak dawna? - Spytała ze sztucznie niewinnym głosem nalewając mu herbaty. - Pomyślmy. Policz ile masz lat, odejmij jakieś dwa, trzy tygodnie, które zajęło mi zorientowanie się, że żyjesz. No, mniej więcej tyle. Z przerwami. Ja mam pracę, wiesz? Nie wszystko w moim życiu kręci się wokół ciebie.

 

 - Oczywiście - zgodził się Terry - nie sugerowałem nic innego. Ale sama widzisz, że nie bardzo mogę wyjaśniać coś, czego sama byś o mnie nie wiedziała... 

 

Prychnęła. - Oczywiście, że możesz. Na przykład co się z tobą działo, przez mniej więcej siedemdziesiąt lat zanim się urodziłeś? Czy jest jakaś korelacja między zniknięciem twoim i Miłości? Dlaczego zszedłeś ze stanowiska podczas bitwy? Skąd wiedziałeś, że trzeba ją - wskazała zgrabnym palcem Mahsę - uratować i co ważniejsze, jak? Dlaczego kiedy znów zostałeś Pamięcią nie przypomniałeś sobie kim jestem? Dlaczego urodziłeś się ponownie? I to nie sam tylko z prawie całą swoją rodziną jaką miałeś poprzednim razem, włącznie ze wszystkimi, poza brakiem bliźniaczki, szczegółami, no, odrobinę dostosowanymi do tych czasów. Możesz się tłumaczyć z każdej z tych rzeczy, a najlepiej ze wszystkich. - Zakończyła podsuwając w jego stronę talerzyk z makaronikami.

 

 - Często spotykasz osoby, które potrafią dać sensowną odpowiedź na pytanie "co robiłeś przed swoim narodzeniem"? - mruknął Terry - I skąd właściwie wiesz, jaką miałem rodzinę poprzednim razem? Bo po mojemu, to równie dobrze Pamięć mogła coś nakombinować na którymś końcu, jak ją we mnie Annu wtłaczał. Nie mam nawet pewności, czy tak naprawdę to nas, jak tu siedzimy, nie było "trzy" zamiast "troje". Gabriel wolał, żeby jego Potęgi były kobietami, prawda?

Powiernik Pamięci parsknął cicho i pokręcił głową. Dwoma palcami uniósł z podłokietnika fotela rudy włos. Obrócił go w palcach, zmieniając "znalezisko" we wspomnienie.

 - Wszystko, o co pytasz - podjął - wiem z drugiej albo trzeciej ręki. Albo wcale. Schodzenie ze stanowiska? Pierwszy raz o tym usłyszałem od Christiana, przed chwilą; podobno Władca Ziemi mnie wezwał. Siedemdziesiąt lat nieobecności? Zdaje się, że spędziłem je jako przedszkolanka w niewoli u Excrucian, próbujących położyć łapę na Pamięci Kreacji. Z faktu, że istniejemy wnoszę, że nie odnieśli pełnego sukcesu. A co do przypominania sobie czegokolwiek, to w ogóle nie bardzo cokolwiek sobie przypomniałem... nie mówiąc o tym, że pojęcia nie mam, ile zostało do przypominania sobie. Kto wie, może masz rację, że sam wymazałem sobie wspomnienia o tobie bo, bo ja wiem, spodziewałem się, że możesz mnie odnaleźć i nie chciałem, by Excrucianie mieli skąd się dowiedzieć, czego się po tobie spodziewać, gdybyś po mnie przyszła? Pojęcia nie mam.

Terry pokręcił głową i przyciągnął do siebie filiżankę.

 - A w ogóle - dodał - to zamierzacie usiąść, czy będziecie tak stały?

Uniósł dłoń, w której wciąż trzymał coś, co niedawno jeszcze było zmienionym we wspomnienie kocim włosem, ale tymczasem zmieniło się nie do poznania. Rozwijane, pielęgnowane i udoskonalane przez cały czas, gdy mówił, rozrosło się w całkiem nowy kształt. I teraz, gdy Powiernik Pamięci rzucił swe dzieło na podłogę, jednocześnie wyrywając je na powrót z Domeny Wspomnień, uwalniając materialną naturę obiektu od brzemienia właściwej Wspomnieniom nienamacalności...

 - Proszę, mamy nawet trzeci fotel, żeby nikt nie musiał szukać sobie krzesła w moim, haha, kawalerskim mieszkanku - zakomunikował Uosobienie Pamięci, wskazując na lekki, ładny w swej prostocie mebel. Obicie z wyglądu mocno przypominało kocią sierść i trudno było oprzeć się wrażeniu, że nie inne będzie w dotyku.

 

  Pokaż ukrytą zawartość

Pomniejsze Zaklęcie Persony Wspomnień, Pomniejsza Emulacja Persony Pamięci, Pomniejsze Poświęcenie Persony Wspomnień - wszystko darmowe

 

Mahsa usiadła w kocim fotelu, Vex za to, przeciągnęła się z mruknięciem i usiadła na podłodze opierając się o nogi Terry'ego. 

- Twoja rodzina, wliczając Etienne, twoją siostrę bliźniaczkę, znaną także jako potęga wspomnień, była na naszym, twoim i moim ślubie. - Powiedziała wskazując na siebie i niego. - Do naszego ślubu z Mahsą już nie dożyli. Była na nim co prawda jakaś prawnuczka, ale miała zdecydowanie lepsze stosunki z Tienne, niż z tobą. Co, nawiasem mówiąc, nie było takie dziwne, bo mało kto poza twoimi podwładnymi miał z tobą dobre stosunki. - Dodała z czułą irytacją w głosie. - Co do ukrywania się przed tobą, po tym jak się na powrót obudziłeś jako Powiernik, cóż. - Wzruszyła ramionami - Pytaj swojego Ymera z rozszczepem osobowości, bo wiesz, że to tak na prawdę jest jedna istota, prawda? 

 

Terry nie skomentował podejścia Vex do kwestii mebli. Cóż, jeśli tak jej było wygodniej...

 - Oczywiście. Chociaż... - pokręcił głową - uważałbym z tak kategorycznymi stwierdzeniami. Jak się weźmie człowieka w Prozaicznym, to łatwo powiedzieć, że to jeden człowiek, niezależnie, ile osobowości siedzi w jego głowie. Ale jak weźmiemy Ymera, powiemy "istota" i jeszcze, powiedzmy, zejdziemy do Głębokiego Mitycznego?

Terry zamilkł na chwilę i skrzywił się.

 - No, ale tak czy siak, ta część mojego Władcy, do której mam kilka pytań, akurat postanowiła ustąpić miejsca "siostrze" jak byłem po drodze, żeby porozmawiać. Gdybym nie wiedział lepiej, może zacząłbym nawet szukać związku. Ale jak o siostrach już mowa - spojrzał w dół na Vex - to nie zrozumiałaś. Pytałem: skąd wiesz, że tamta moja rodzina i ta moja rodzina naprawdę są takie same. Moja Domena może... cóż, wiele. Zwłaszcza, jeśli chodzi o to, czego jesteśmy w stanie dowiedzieć się o przeszłości. Kto wie, co nawyczyniała, gdy nie miała Powiernika, który czuwałby nad jej... ekscesami?

 

- Serce moje. - Powiedziała Vex z niejakim rozbawieniem. -Twoja domena nie jest wszechpotężna. Każde z nas jednak w większości przypadków wyczułoby, gdyby robiła coś co nam nie odpowiada. Jedyny moment kiedy mogła namieszać na prawdę porządnie i jest duża szansa, że nikt by nie zareagował ani się nie bronił to ta chwila, kiedy nagle zniknęły nam statki kosmiczne i część z nas znalazła się w próżni. Ci co przeżyli tamtą, nie oszukujmy się, masakrę, to były osoby nieśmiertelne, albo jakoś inaczej specjalnie chronione. Plus twój Ymera może potwierdzić, że zro - Zasłoniła dłonią usta. - Dobra dalej nie mówię, bo i tak jestem na granicy złamania układu z nimi. - Stwierdziła i na wszelki wypadek zapchała się tartą z lichi.

 

 - Zro? - zapytał złowróżbnie niewinnym tonem Terry, nachylając się nieco, by móc lepiej przyjrzeć się siedzącej u jego stóp Vex - Zro co, moja droga? Albo może: jakiego dokładnie układu?

 

- Aa. - Mruknęła kręcąc głową. - Nie mogę. Obiecałam. Słowo skautki. Ale przyniosłam ciasteczka. - Wskazała na makaroniki jakby to wszystko usprawiedliwiało. - Zapytaj się swoich dziwnych Ymera. Może ci powiedzą. Ale nie mów, że ja coś powiedziałam. - Przekręciła głowę i spojrzała na niego swoimi wielkimi, okrągłymi, niewinnymi oczami. - Bo jeszcze mnie stąd wyrzucą i nie będą mogła tu z tobą mieszkać. Uhum. Uhum. - Pokiwała smutno głową. 

Skoczyła, dosłownie, od jego nóg do Mahsy. - Broń mnie Mahsa. On, on chce się mnie pozbyć. - Powiedziała kładąc jej głowę na kolanach. Mahsa zaczęła gładzić japo włosach, przewracając minimalnie oczyma i spoglądając znacząco na Terry'ego w sposób jakby to była część jakiegoś ich rytuału, który on powinien dobrze znać.

 

 - Jasne, jakby to było takie proste - mruknął Terry - nawet umarłem po drodze, urodziłem się i trzy tygodnie później kogo znów miałem na głowie? A swoją drogą, nie doceniasz Pamięci i jej zaradności. Ale mniejsza... - w końcu (nie mając koło nóg nikogo, kogo mógłby przypadkiem oblać) spokojnie napił się herbaty - Za to... skoro mowa o dowiadywaniu się rzeczy od Ymera? Annu mówił coś o nowym kocie bez ogona.

 

- Hmmm? - Vex podniosła głowę i zastrzygła uszami. - A tak. Mamy nowego kociaka. Przyplątał się. Nazywa się Yume i bardzo lubi polować na sny. I nie bez ogona. - Prychnęła. - Tylko najlepszej kociej rasy na świecie. Bo japońskiej i o! Potem go poznasz. A teraz, Mahsa - zmieniła temat - częstuj się ciasteczkami.

 

 - Och, tak, japońskie najlepsze na świecie - Mruknął Terry przewracając oczami - a ta rasa to przypadkiem nie kulminacja myśli hodowlanej związanej blisko z uroczym zwyczajem obcinania kotom ogonów, bo takie z długimi mogą stać się zmiennokształtnymi demonami, które zamordują właściciela i zajmą jego miejsce?

Powiernik Pamięci westchnął głęboko i pociągnął łyk herbaty. Cóż, przynajmniej dowiedział się, jak to się stało, że trochę lat wcześniej otarł się o ten akurat element japońskiego folkloru, choć jego ogólne zainteresowanie Japonią nie przekraczało tego, którego zwykle spodziewać się można po nastolatku, który widział parę filmów z samurajami. I trochę ichnich animacji.

 

Spojrzała na niego oburzona. - No wiesz co? Skąd ty to w ogóle bierzesz? Wymyślasz na poczekaniu czy co? One takie były od zawsze. To kwestia zmutowanego genu dominującego związanego z rozwojem ogona. - Pokręciła głową tak jak to potrafi tylko koci specjalista, którego właśnie oburzono swoją bezczelną niewiedzą. Spojrzała na Mahsę szukając wsparcia.

Mahsa otworzyła usta i przez chwilę nic nie mówiła. - Ja wolę nie zajmować stron. - Powiedziała w końcu. - Nie widziałam wcześniej takiego kota.

 

Terry westchnął.

 - Miałem na myśli, że mieli dość obcinania ogonów, więc wyhodowali koty co mają krótkie z urodzenia... nieważne - machnął ręką - ale w ogóle, jak już tak rozmawiamy, co kto robił, to właściwie, co przegapiłem przez to stulecie? Inni Władcy rozdrapali, na czym tylko mogli położyć łapy, z naszego Ymera... A Excrucianie zmienili metody? Bo teraz to... - zawahał się. James i Mooney zginęli w bardzo konkretny sposób. Były to jednak pojedyncze przypadki a nie otwarta wojna, w której każde spotkanie kończyło się przemocą - Teraz - podjął - raczej pchają się z ukulele na przyjęcia gwiazdkowe niż wydają nam walne bitwy. A może wtedy robili i to, i to?

 

- Zawsze robili to i to. - Vex spoważniała przechodząc na temat Excrucian. - No wiesz - zmarszczyła brwi - to znaczy nie wiesz... Na początku, kiedy zaczęto atakować Kreację, przybyli do nas Stratedzy. Ale oni nigdy nie mogli zbyt długo tu być więc toczyło się z nimi krwawe i intensywne bitwy. Nigdy nie było ich wielu. Oni głównie działają na płaszczyźnie duchowej i uderzają w Ymera. Potem pojawili się Oszuści i oni wprowadzili nowy sposób walki. Zaczęli wypaczać świat i niszczyć go od środka. Oni także walczą z Ymera, ale w odróżnieniu od Strategów o wiele częściej udaje się im lub ich agentom oszukać Kreację i dostać do niej przez Ścianę Świata. A potem pojawił się Wojownik i wszystko się zmieniło. Udało im się uszkodzić spory kawałek Ściany Świata i ich flota, podejrzewamy, że to była tylko jej część, wtargnęła do Kreacji. To był pierwszy tak zmasowany atak. Były ich setki, tysiące. Wtedy, wraz z nim pojawili się Wojownicy i wojna po raz kolejny zmieniła, no może nie zmieniła co rozszerzyła, swoje terytorium. Zrobiliśmy na nich Labirynt Koszmarów, ale nie na wiele się on zdał bo jak doszło do Zdrady to wszyscy więźniowie uciekli. No, jeszcze jakoś w trakcie odkryliśmy istnienie Mimików i powołano do ich zwalczania Inkwizytorów. A teraz walka z nimi wszystkimi wygląda tak na prawdę podobnie tylko w innej skali. Wojownicy wciąż, zazwyczaj, dążą do bezpośredniego konfliktu. Czasem jest to konflikt pośredni. Oszuści wciąż wypaczają Kreację, a Stratedzy głównie zajmują się dowodzeniem niejako na froncie. - Wzruszyła ramionami. - U nas za to, przez ostatnie sto lat, wiele się pozmieniało. Nadeszło nowe pokolenie Potęg, zmieniły się, uprościły, zwyczaje. Zaczęła funkcjonować taka rola jak Ymera ratownik, z braku lepszego słowa. To oni dostali to co zostało po Lordzie Gabrielu. I oni przyjmują w swoje szeregi Powierników, których Ymera polegli, ale których Domen nie excruciowano. Powstało nowe prawo w Codex Fidelitatis zabraniające kochać oraz rozciągnięto zakaz czynienia krzywdy bez prowokacji na rzecz Excrucian, by dać nam wyższą pozycję moralną nad naszym wrogiem. A przynajmniej takie jest oficjalne wyjaśnienie. Entropia zasiadł na tronie Ziemi i z typowym dla siebie brakiem litości i wyrozumiałości rozciągnął prawa na śmiertelnych mieszkańców Ziemi. Takie tam.

 

To było interesujące. Terry spodziewał się, że Powiernicy będą coś więcej wiedzieć o zmianie oblicza wojny, o którym słyszał od Excrucian... czy tam Excrucianina.  Na czym polegała zmiana, jeśli Dociekliwość nie miała o niczym pojęcia?

 - Mhm - odpowiedział elokwentnie, dając sobie dodatkowe chwile na zebranie myśli - a to trochę nie po kolei, ale - odkaszlnął, zerknął na Mahsę, z powrotem na Vex, wreszcie skrzywił się i potarł skronie - no dobrze, to prawie na pewno drażliwy temat, ale... no. Mitra Vali. Ona... ten. Niespecjalnie za mną przepada.

 

Mahsa westchnęła. Głośno. - Co znowu zrobiła moja mama?

Vex zachichotała. - Niespecjalnie za mną przepada? Właśnie zdobyłeś nagrodę za niedopowiedzenie roku. Nie, czekaj. Stulecia.

 - Nie. Serio. - dodała Mahsa. - Co tym razem?

 

Powiernik Pamięci zmierzył swe małżonki ponurym spojrzeniem.

 - Drobiazgi. W sensie: nie było z tego trupów. Jeszcze. Chciałbym za to wiedzieć, co ja zrobiłem. Albo co sądzi, że zrobiłem. Poza, zgaduję, zbałamuceniem jej biednego, niewinnego, bezbronnego maleństwa... jakieś krótkie wprowadzenie do naszych relacji?

 

- Co ty zrobiłeś? - Powtórzyła za nim Vex. - Ja powiem! Ja powiem! - Zaczęła mówić nie dając dojść Mahsie do głosu. - W sumie nic, poza uwiedzeniem jej niewinnej niczym łza córeczki, ukradzeniem jej z matczynego łona i byciem starym zbokiem i pedofilem, który powinien wiedzieć lepiej. A potem zaciągnąłeś ją na siłę do floty - Powiedziała to wszystko z uśmiechem. Po chwili dodała. - W sumie to ciekawe, że nigdy nie zauważyła, że to my pierwsze się spotykałyśmy, a ty dołączyłeś później. - Po chwili refleksji dodała jeszcze. - To znaczy, to nie tak, że cię zdradzałam czy coś na boku, po prostu poznałyśmy się bliżej zanim wy się poznaliście bliżej. - Po czym posłała mu, a potem jej całusa.

 

Terry przez chwilę milczał z kwaśną miną, rozważając to, co usłyszał.

 - Zbokiem i pedofilem - odezwał się wreszcie, dla upewnienia - w sensie "uwodzi nastolatki młodsze" czy bardziej "jak możesz, ona ma dopiero dwucyfrowy wiek, mógłbyś być jej prapraprapra..."?

 

- Hmmmm. - Vex zamyśliła się. - Ile miałaś lat jak się poznałyśmy słońce? - Spytała Mahsy.

Ta zmarszczyła brwi. - Piętnaście... Prawie szesnaście. Ja i ty- to powiedziała do Terry'ego - widziałam cię kilka razy, ale poznaliśmy się tak na prawdę jak miałam skończone dziewiętnaście.

- Widzisz - powiedziała z uśmiechem Vex - całkowicie legalna. No ale to też były trochę inne czasy, inne zwyczaje. Było minęło. - Machnęła dłonią. 

- A mama - dopowiedziała Mahsa z niewyraźną miną - tak po prostu cię chyba nie lubi. Z ojcem dogadujesz się o niebo lepiej. - dodała pocieszająco, a Vex, nagle, bardzo zainteresowała się swoimi wymanicurowanymi pazurkami.

 

Terry westchnął ciężko i pokręcił głową - było to o tyle wygodne, że nie musiało kompletnie nic oznaczać i doskonale pasowało do Mitry jako głównego tematu dyskusji.

 - Tak czy siak, będzie ją trzeba odwiedzić. Albo zaprosić. A to wszystko z wiszącym nad głową cholernym procesem... - pokręcił głową - i to raczej szybciej niż później. Chociaż, to mi przypomina... Vex, jak to jest z drugim dzieckiem Mitry? Z Silnikiem? Bo Mahsa zwróciła uwagę, że w ramach ginięcia, mojego znaczy, to się powinno wszystko odkotwicować, co miałem kiedykolwiek skotwicowanego... a najwyraźniej nie odkotwicowało się i to pomimo, że miałem po drodze epizod ze śmiertelnością. Ale to oznacza, że, jakkolwiek właściwie działa, mogę wciąż być na tym cholerstwie zapisany... bo wpisywałem się, prawda? Gdzie właściwie stawiałoby mnie to względem Społeczności Kwiatów?...

 

- To... - Vex nie dokończyła pogrążając się w myślach.

- Mama nie ma drugiego dziecka, silnika. - Wtrąciła się Mahsa. - Ona jest Silnikiem Misynchronicznym. Więc kto jak kto, ale ona na pewno może to sprawdzić ot tak. Możemy ją odwiedzić. Mogę pojechać sama jeśli wolicie. Powiem, że mnie uratowałeś, co jest prawdą i... Albo może nie bo wtedy uzna, że wiedziałeś, ale nie powiedziałeś i dałeś jej myśleć tak długo, że nie żyję.

 - To. Jest. Ciekawe. - Powiedziała do nikogo konkretnego Vex. - Teoretycznie powinno cię wymazać z Silnika w chwili śmierci. Ale wtedy nie powinno być żadnego połączenia pomiędzy twoją duszą a naszym Kocim Dworem, czy nami, czy Mahsą. - Podniosła się i zaczęła chodzić tam i z powrotem. - Ale jeśli byś nie zginął, zgodnie z definicją tego czym jest śmierć, to nigdy te więzi by nie uległy rozpadowi i nigdy nie zniknął byś z Silnika. A wtedy ona by o tym wiedziała... Albo nie, mogła nie sprawdzać... No ale odrodziłeś się i żyłeś niczym śmiertelnik przez swoje lata. Czy można się odrodzić bez umierania? Ciekawe. Bardzo ciekawe. - Podeszła do niego i pochyliła opierając się rękoma o oparcie za jego głową. W jej oczach iskrzyła się nieposkromiona dociekliwość. - Musimy się dowiedzieć jak to dokładnie wyglądało. Co się stało? Jak to się stało? Czy umarłeś? Czy nie? A jeśli tak to jakim cudem Kreacja tak nie uważa? A jeśli tak to... - Pokręciła głową przeładowana rodzącymi się pytaniami, które w mitycznym świecie dosłownie, wysypywały się z jej głowy i rozbiegały po okolicy. Pochyliła się nagle i wpiła w jego usta w namiętnym, gwałtownym pocałunku. Po chwili oderwała się od niego. - I właśnie za to cię... Za to jesteś moim mężem. Zawsze się przy tobie coś ciekawego dzieje.

 

 

 

Na koniec muszę jeszcze wstawić dwa komentarze gracza bo są bezbłędne.


Pierwsze po "broń mnie Mahsa":
jak ja sobie wyobrażam tę scenę, z Vex w ludzkiej formie zachowującą się w ten sposób, to trudno mi zachować powagę XD 
...biedna Mahsa, jak ona się w taką, ahem, rodzinę wpakowała? :D Sprawia wrażenie w miarę normalnej! :P

EDIT:
PS: Te oczy? :P
CATERS_Puss_In_Boots_03-457x773.jpeg

Drugie na zakończenie:
Terry Andrews - idealna kocia zabawka, tysiące lat niespodzianek i Tematów Do Zbadania :lol:

 

Edytowane przez L'riot

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz