Obi

Odcinek Pierwszy: Martwi, pogrzebani i potępieni (Obi)

162 postów w tym temacie

 

 

Odcinek Pierwszy

 

"Martwi, pogrzebani i potępieni"

 

 

 

12 Września 2016

Poranek

Harmony Falls

 

W towarzystwie bezchmurnego, błękitnego nieba i ciepłych oraz przyjemnych promieni słonecznych do Harmony Falls zawitał znienawidzony przez większość mieszkańców poniedziałek. Paskudny, upiorny poniedziałek, który zmuszał poczciwe duszyczki do powstania z wygodnych łóżek, załatwienia potrzeb fizjologicznych, przygotowania stroju i siebie oraz zjedzenia pożywnego śniadania, po którym rodzice i ich latorośle udawali się w dwóch odmiennych kierunkach. Ci pierwsi wyprawiali swoje pociechy i odwodzili je osobiście do szkoły bądź oczekiwali wraz z nimi na szkolny, żółty autobus, który zjawiał się na pobliskim przystanku o godzinie 7:00. Czasami kierowcy zdarzyło się przyjechać wcześniej bądź później. Ci drudzy oczekiwali na transport, a następnie na resztę dnia znikali w szkolnych murach, gdzie tam oddawali się różnym, pracochłonnym i czasochłonnym oraz mózgochłonnym zajęciom.

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Pokój Alexandra

Dom Państwa McQueen

Przedmieścia Harmony Falls

 

 

Co poniedziałek, Alexander McQueen był budzony o dość wczesnej porze przez swoją matkę, która jako nauczycielka japońskiego miała pierwszą lekcję w tym dniu z Alexandrem i jego kolegami oraz koleżankami z klasy, nie mogła się oczywiście spóźnić.

Promienie słońca padały na twarz pogrążonego we śnie jasnowłosego siedemnastolatka.

- Wstawaj, Yuki-Chan, dobrze wiesz, że nie możemy się spóźnić – powiedziała do syna stojąc w progu – I mógłbyś raz w tygodniu tutaj posprzątać – dodała nieco z niesmakiem w głosie i krzywiąc się lekko, a następnie odeszła, kręcąc lekko głową.

Na pierwszy rzut oka w samym pokoju było dość czysto, choć uważny obserwator bądź wścibski gość, który zacząłby oglądać półki zauważyłby drobinki kurzu, który osiadł na meblach.

Do pomieszczenia wpadł Baron, perski kocur będący domowym pieszczochem, uwielbiającym swoją kocią niezależność, gdy wypadała oczywiście stosowna pora.

Kot wskoczył na łóżko i zaczął ostrożnie stąpać po śliskiej kołdrze, powoli zbliżając się do Alexandra.

Nagle głośno prychnął na niego i zjeżył swe futerko oraz wystawił pazurki.

Rozbudzony w ten sposób chłopak nie wiedział, czemu jego zwierzak tak się zachował. To było do niego niepodobne i dziwne.

Coś przykuło wzrok blondasa, a tym czymś był wzór na zamarzniętej szybie okna. Chłopak wiedział, że z takim zjawiskiem jakim są zawijasy na szybach można się spotkać dopiero zimą i to z chłodną, srogą, prawdziwą zimą.

 

 

mjwztw.jpg

 

Dziwny znak hipnotyzował swą obecnością. Chłopak musiał kilkakrotnie zamrugać powiekami, by dobrze mu się przyjrzeć. Co ci się w nim najbardziej rzuciło w oczy, Alexandrze McQueenie?

Wkrótce wzór na oknie zmienił swój kolor. Lodowy niebieski został zastąpiony przez brudną czerwień, który zamazała fragment tego mistycznego rysunku. Spływała stróżkami do parapetu.

Po chwili wszystko zniknęło. Okno znów było czyste niczym łza.

Jesteś zaintrygowany, Alexandrze?

 

 

23le5qe.jpg

 

 

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Josephine De Clare

Skraj Lasu Fall

 

Mieszkanie w okolicy lasu ma swój niepowtarzalny urok. Świeże powietrze, piękny zapach ziół oraz odgłosy zamieszkujących zagajnik zwierząt. Czasami można było ujrzeć sarnę w towarzystwie dorodnego jelenia, który pragnął zdobyć samicę, a ona zdecydowała się odwiedzić ogród  Josphine De Clare, która w opinii innych mieszkańców mogła uchodzić za dziwną staruszkę, leczy gdy nadchodziły ważne uroczystości, starsza pani potrafiła zachować się jak prawdziwa elegantka.

Antoinette De Clare  została brutalnie zbudzona ze słodkiego snu. Do jej pokoju wpadł Puszek, prawdziwy wilk będący stróżem domu i obu kobiet.  Zwierzę zaczęło głośno wyć oraz w pewnym momencie chwyciło za fragment kołdry i pociągnęło ją za sobą. Przez otwarte okno wkradł się poranny, zimny wiatr, który sprawił, że  po gładkiej nodze dziewczyny przeszły dreszcze.

Zimno. To ją otrzeźwiło.

- Antoinette, chodź na gorące ziółka! – zawołała babcia, wiedząc już,  że Puszek wywiązał się z swojego zadania – Puszek, śniadanie! – dodała

Kilkanaście minut później, Antoinette siedziała przy drewnianym stole nad parującym kubkiem zaparzonej ziołowej herbatki, a nieco dalej znajdowały się pieczywo, pokrojony na plastry ser i wędzona wędlina oraz opakowanie musli w towarzystwie czarnych i czerwonych porzeczek czy borówek.

- No i czego się tak guzdrze? – zapytała staruszka – Jak tak będzie się guzdrać to spóźni się jeszcze do szkoły, a spóźnić się przecież nie może – po tych słowach Josephine chwyciła najbliższą kromkę czarnego pieczywa(białe w tym domu było zakazane) i zaczęła ją smarować masłem.

Wpatrując się w kubek, Inette zauważyła na nim dziwny, ciemnoczerwony, ciut lepki wzór.

 

 

mjwztw.jpg

 

Dziwny symbol składający się czegoś w rodzaju słońca i kłów wgryzających się w pentagram skupiał na sobie wzrok dziewczyny, która nie mogła przenieść swych myśli na inny punkt.

Nigdy nie widziała wcześniej czegoś takiego.  Nawet księga cieni jej babci nie zawierała takich malunków.

Po chwili wzór zamienił się w plamę, która pozostała na stole.

Jesteś zaintrygowana, Antoinette?  

 

 

 

 

23le5qe.jpg

 

12 Września 2016

Poranek

Pokój Ardena

Dom Państwa Swift

Przedmieścia Harmony Falls

 

Nastawiony budzik zadzwonił punktualnie o godzinie szóstej. Arden Usoka niechętnie otworzył lewe oko, a następnie prawe. Czy każdy weekend musi się tak szybko kończyć? Nie może potrwać dłużej?

Chłopak słyszał czyjeś kroki na korytarzu. Zapewne ojciec, Jason Swift  zdążył się już obudzić, by jako pierwszy skorzystać z łazienki.

W pokoju Ardena rozległo się pukanie.

Drzwi?

 To nie one były źródłem tego hałasu. 

Może szafa?

Blisko, bo jedna z nich zaczęła się trząść, jakby wszystkie zgromadzone w niej rzeczy chciały uciec.

Zainteresowany tym hałasem, Arden odrzucił kołdrę i wstał z łóżka, po czym podszedł do szafy, która nie pozwoliła mu zasnąć. Wahał się. Nie wiedział czy ma otworzyć drzwiczki mebla czy zostawić je w spokoju, ale ciekawość wzięła górę. Otworzył, a to co zobaczył było dość zaskakującym widokiem.

Kruki. Czarne jak noc kruki, opuściły wnętrze szafy i zaczęły krążyć po pokoju chłopaka. Część z nich zaczęła go dziobać i drapać swymi pazurami.

Krakały. Głośno krakały, a po chwili zniknęły pozostawiając po sobie pióra, które opadły na łóżko i podłogę. Na podłodze pojawił się krwawy wzór.

 

 

mjwztw.jpg

 

 

Ten dziwny symbol zmuszał chłopaka, by cały czas na niego spoglądał. Arden nie mógł oderwać od niego oczu, zastanawiając się, co to może znaczyć.  Tak nagle jak się pojawił, tak nagle zniknął pozostawiając Usokę z wymalowanym na twarzy zaniepokojeniem. Chłopak trzymał w dłoni pojedyncze, krucze pióro, które było prezentem od mieszkańców, które zalęgły się w szafie.

Jak się czujesz, Ardenie?

  

23le5qe.jpg

 

12 Września 2016

Poranek

Pokój Fabienne

Dom Państwa Fusion

Centrum Harmony Falls

 

W samym sercu miasteczka, które w wciągu dnia było w centrum zainteresowania mieszkańców, mieszkała typowa rodzina, która przeprowadziła się do tego miejsca aż z samej Europy. Państwo Fusion posiadali nieduży, jednopiętrowy dom, który znajdował sie tuż przy jednej z głównych ulic przecinających się z kolejnymi. W tym centrum miasteczka, dom państwa Fusion był tym jednym z nielicznych jednorodzinnych domków.

 Aleja "Złotych Skowronków" była reklamowana jako cicha i bezpieczna przystań, gdzie każdy może cieszyć się spokojem domowego ogniska, wypoczywając w przydomowym ogródku.

Fabienne Fusion była pogrążona w głębokim śnie. Tak dobrze jej się spało, że nie miała ochoty zrywać się z łóżka.

Ktoś oczywiście musiał przeszkodzić, a jedynaczka usłyszała głośne pukanie do drzwi pokoju oraz głos matki o imieniu Janice.

- Fabienne, wstawaj kochanie, bo spóźnisz się do szkoły - zaszczebiotała rodzicielka

Fabienne doskonale wiedziała, że jej mama powróci tu za  kilka minut, by sprawdzić, czy córcia opuściła już wygodne łóżko.

Kap.

Coś kapnęło na dłoń Francuzki. Pół otwarte oczy zauważyły czerwoną plamę. Skąd się ona tu wzięła?

Kap.

Znów coś kapnęło! Tym razem ucierpiał nos. Fabienne ujrzała dużą plamę, która paskudziła jej część ciała.

KAP!

Kolejny raz kapnęło i tym razem ubrudzone zostało czoło nastolatki.

Dziewczyna otworzyła oczy i zaczęła szukać przeszkadzającego w dalszym śnie źródła. Nie spodziewała się, że zobaczy je na suficie pomieszczenia, tuż nad jej łóżkiem.

 

 

mjwztw.jpg

 

Ciemnoczerwony, nabazgrany znak ociekał gęstą cieczą, która spływała kroplami na łóżko i samą Francuzkę.

Kap, kap, kap.

Fabienne pierwszy raz zobaczyła taki symbol i nie wiedziała z czym go może skojarzyć. Do głowy dziewczyny nie przychodziły żadne myśli.

Po chwili znak zniknął. Nie towarzyszył mu żaden błysk, a sufit wyglądał jak dawniej.

Plamy, które  wcześniej znalazły się na skórze panienki Fusion rozpłynęły się nie pozostawiając po sobie żadnego trwałego śladu. Dziwne.

Drzwi do pokoju się otworzyły, a w progu stanęła Janice Fusion ubrana w turkusowy szlafrok.

- Kochanie, wstałaś już? - zapytała z troskę w głosie - Chodź na śniadanie, tata zrobił tosty - dodała i uśmiechnęła się lekko.  

 

 

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Codego Daglasa

Skraj Lasu Huntest

 

 

 

Cody Daglas doskonale wiedział, że zaciszne miejsce sprzyja prowadzeniu spokojnego i w miarę bezproblemowego życia. Dom, który budził wrażenie nawiedzonego miał swoje dwie strony medalu. Po pierwsze, w mieście krążyły plotki, że tam straszy, co powodowało liczne rozmowy o prawdzie tych wieści. Po drugie, amatorzy mrocznych i mocnych  wrażeń zapuszczali się o zmroku, by spróbować zobaczyć ducha. Niektórzy tworzyli nawet wydarzenia na popularnym portalu społecznościowym. W końcu dziadek Johna miał tego dosyć i zgłosił u szeryfa te młodzieżowe eskapady.

- A coś ty taki zaspany? - rzucił do Johna, gdy ten pojawił się w  ulokowanej na parterze skromnej kuchni.

W powietrzu unosił się zapach smażonych naleśników.  Starszy mężczyzna postanowił uraczyć swego wnuka czymś smakowitym i ciepłym.

Trzymając w jednej dłoni rozgrzaną, czarną patelnię Cody Daglas odmierzył drugą dłonią odpowiednią ilość ciasta przy pomocy starej, nieco wysłużonej chochli.

John dobrze wiedział, że jego opiekun nie żyje w luksusie, mimo że ojciec chłopaka przesyłał pewne sumki na konto swego ojca.

- Możesz sobie wybrać z czym chcesz je zjeść – powiedział nie przerywając procesu smażenia

Młody Daglas miał całkiem dobry wybór. Na stole stał syrop klonowy w szklanej butelce, który aż się prosił, by go się chwyciło i polało się nim naleśniki. W glinianym kubeczku znajdowały się borówki, a obok niego stał słoik z domowymi konfiturami od pani Josephine De Clare.

Nim zdołał chwycić po jeden z produktów dostrzegł coś dziwnego.

 

 

j9mr8i.jpg

 

 Karmazynowy, humanoidalny sięgający ponad dwa metry wzrostu lis o świecących oczach  będący drugim wcieleniem dziadka spoglądał do niego, gdy jego opiekun był zajęty swoją aktualną pracą.  Lisi duch wskazywał na kuchenne okno. Nie było w nim nic nie zwykłego, wiec dlaczego wskazywał tam?

Odpowiedź była dość zaskakująca.

Po zewnętrznej szybie spływała czarna, gęsta maź, która nie miała pojedynczego źródła. Z północnych krańców spływały kolejne ciemne strużki, które łączyły się z pozostałymi w dość niewytłumaczalny sposób.

 

mjwztw.jpg

 

Symbol. Oto było finalne dzieło strużek. John nie wiedział, co on dokładnie przedstawiał ani do czego można by go przypasować. To coś zawierało zagadkę, która była kluczem do poznania odpowiedzi.

Po chwili symbol zniknął, zacierając za sobą wszelkie ślady swojego jestestwa.

Karmazynowy lis również zniknął, a dziadek zaczął cicho pogwizdywać.

- Wszystko w porządku? – zapytał Cody odwracając się do nastolatka.

 

 

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Łazienka

Dom Panstwa Akagi

Przedmieścia

 

Zaspana Konomi Akagi spoglądała na swe również zaspane odbicie w łazienkowym lustrze. Poniedziałek. Poranne wstawanie. Szkoła. Te trzy słowa od niecałych dwóch tygodni  zamieszkały w głowie nastolatki.

Do pomieszczenia wpadła starsza siostra Konomi, Karmen która wyraźnie była już gotowa do rodzinnego śniadania. Dzisiejszego poranka jej włosy były delikatnie falowane, a to wszystko dzięki wczorajszemu umyciu i zaplątaniu w kilkanaście warkoczyków.

- Jeszcze jesteś nie gotowa? – zapytała spoglądając na młodszą siostrzyczkę – Pospiesz się, bo nie chcesz byśmy się spóźniły do szkoły – powiedziała – Tata tego nie lubi – dodała i przewróciła oczami – Dzisiaj ja wychodzę z Bayleyem? – zapytała

Odezwało się energiczne szczekanie, a do łazienki wpadł mały, zakręcony psiak rasy York, który był ulubieńcem i pieszczochem całej rodziny.

~ Hau, hau ~ zaszczekał i zamerdał ogonkiem Bayley

- Wygląda na to, że moja kolej. Dzięki za przypomnienie, Bayley, a teraz sio stąd i czekaj na mnie na parterze

~ Grrrrrr ~ zawarczał cicho Bayley

- Nie kłóć się ze mną – mruknęła Karmen

~ Grrrrrr ~ ponowił warknięcie Bayley

- Motus – powiedziała wyraźnie Karmen wskazując dłonią na domowego zwierzaka. Pies uniósł się kilka centymetrów nad ziemią i nie wiedział, co się dzieje. Starsza panienka Akagi przy pomocy telekinetycznego zaklęcia zaczęła przenosić psiaka z łazienki. Gdy tylko pieszczoch znalazł się za drzwiami łazienki, Karmen opuściła pomieszczenie zostawiając Konomi samą.

Japonka ponownie przyjrzała się swemu odbiciu i ujrzała jasnowłosą dziewczynę, która była bardzo podobna do niej. Obie wyglądały jak dwie krople wody z jedną różnicą. Blondynka wyglądała na pewniejszą siebie i zachowywała się bardziej wyniośle. Dziewczyna znajdująca się po drugiej stronie lustra odrzuciła noszlancko swe włosy i uśmiechnęła się złośliwie ku Konomi. W jej dłoni pojawiło się rytualne ostrze wykonane ze złota. Odbicie dźgnęło swoją drugą wolną dłoń, a panna Akagi poczuła niesamowity ból.  Widząc ten czyn i efekt, złośliwe alter ego ponowiło swe działanie i rozkoszowało się bólem nastolatki.

- Boli, prawda? – zapytało odbicie i uśmiechnęło się złośliwie - Spójrz na to – dodało i przyłożyło swą krwawiącą dłoń do lustra.

Na niej Konomi ujrzała koślawy, wyryty krwawy symbol…

 

 

mjwztw.jpg

 

Wzór przypominał słońce z jakimś amuletem bądź eliksirem w środku. Wysuwające się kły łączyły się z pentagramem. Konomi pierwszy raz widziała taki znak, który pojawił się także na jej wewnętrznej stronie własnej dłoni. Wzór hipnotyzował i zmuszał do głębszego zastanowienia się nad jego znaczeniem.

Po chwili to wszystko zniknęło. Jej drugie odbicie oraz wyryty symbol na dłoni, a sama Konomi nie mogła powiedzieć w jaki sposób to wszystko się ulotniło.

 

 

 

 

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Ogród

Dom Panstwa Cooper

Przedmieścia

 

 

Mieszkanie na przedmieściach miało swoje wady i zalety, ale Lily Cooper ceniła sobie możliwość posiadania własnego  przydomowego ogródka, który był jednym z miejsc stworzonych do wypoczynku na świeżym powietrzu.

Jeszcze zielona trawa i liściaste drzewa nadawały uroku bliskiemu otoczeniu domostwa państwa Cooper. O poranku, młoda, jasnowłosa dziewczyna o imieniu Lily została poproszona o wyjście z swym francuskim buldogiem. Jak się nazywa twój piesek, Lily?

Czarne psisko krążyło przy jasnobrązowym, niedawno odświeżanym domowym płocie, szukając odpowiedniego miejsca, by móc pozostawić naturalne odpadki.  Maluch uważnie obwąchiwał każde miejsce, zastanawiając się czy już tego w jakiś sposób nie zaznaczył.

Pies cicho chrząknął i zaczął  załatwiać swoją grubszą potrzebę, zaś Lily bacznym okiem obserwowała poczynania swojego pupila.

Łup!

Obwoźny roznosiciel gazet jak zwykle przerzucił gazetę za płot przeszkadzając psiakowi dziewczyny w porannej toalecie.

Lily podeszła do prasy, by ją chwycić i zanieść do domu. Jej wzrok zatrzymał się na stronie tytułowej.

Nie było tam żadnych zdjęć czy skandalicznych wieści, ale coś o wiele dziwniejszego i niepokojącego.

Nabazgrany, ciemnoczerwoną, kleistą mazią symbol rzucał się w oczy panny Cooper.

 

 

mjwztw.jpg

 

Nie wiedziała. Nie miała pojęcia, co te bazgroły mogą symbolizować lub  czy mogą mieć jakieś głębsze  znaczenie. W jej głowie pojawił się ogromny znak zapytania. Za dużo niewiadomych.

Symbol ociekał mazią i pobrudził opuszki, jak i same palce dziewczyny.

Po chwili zniknął tak nagle, jak się pojawił. Gazeta znów zawierała swoje typowe, codzienne treści, a piesek pozostawił swoje nieczystości przy płocie i z radością pobiegł ku swej właścicielce.

 

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Sypialnia Markusa

Posiadłość Yorków

Wschodnie Przedmieścia

 

Stara elegancka posiadłość rodziny Yorków znajdująca się w odosobnieniu od innych domostw w wschodnich przedmieściach miała swój niepowtarzalny  urok. Imponował nie tylko biedniejszym mieszkańcom, ale i tym bardziej majętniejszym, którzy pragnęli rywalizować z panem Yorkiem o popularność i bycie na językach, jak to bywa w miasteczkach. Cóż niektórzy, którzy spotkali się z rzeczywistością przestali bawić się w konkurencję domostw i odpuścili, ciesząc się własnym życiem.

Pan Leonard Abraham York mimo swych dziewięćdziesięciu lat trzymał się całkiem w porządku, jak na swój wiek.  Część mieszkańców uważała, że nie wygląda na swoje lata, a jeszcze inni mówili o możliwych operacjach plastycznych bądź wartości przekazanych genów.

Ulokowana na drugim piętrze posiadłości, sypialnia chłopaka  przypominała średniej wielkości mieszkanie znajdujące się w apartamentowcu położonym w centrum miasta. W pomieszczeniu byłoa garderoba, oddzielna łazienka, kilka szaf, biurko, łóżko, telewizor oraz komputer, a każda ściana była zasłonięta z regałem wyposażonym w książki.

Każdy wiedział, że przeciętny człowiek w godzinach porannych miał najmocniejszy i głęboki sen.  Markus York nie był tu wyjątkiem. Chłopak leżał na plecach i powoli oddychał. Nie wiedział, co go jako pierwsze wyrwało ze snu. Spadająca z regału książka czy dzwoniący na nocnej szafce budzik wskazujący na godzinę 5:50.

Markus zerknął na leżącą na podłodze książce. Nie widział jej tu wcześniej. Nie takiego, opasłego tomiska w skórzanej oprawie. Młodzieniec powoli wstał z łóżka, by bliżej przyjrzeć się znalezisku.

Dostrzegł w niej coś dziwnego. Krwawy, mazisty znak na okładce.

 

 mjwztw.jpg

 

 

Widząc to miał wątpliwości. Nie wiedział, czy wciąż śpi, czy  już się obudził. Ten symbol go hipnotyzował, przyciągał dosłownie do siebie, a Markus nie potrafił go powiązać z żadną znaną mu sprawą. Pustka, kompletna pustka zagościła w głowie siedemnastolatka.

Po chwili znak zniknął, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu swej bytności, a książkę, którą podniósł Markus okazała się czyimś dziennikiem.

 

 

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Państwa Woodhaven

Przedmieścia

 

 

Każdy rodowity Amerykanin wiedział, że kuchnia jest nie tylko miejscem przygotowywania posiłków, ale i rozmów rodziców z ich dziećmi. To tutaj młodzież i starszyzna zdradza swoje tajemnice i dzieli się swymi przeżyciami, jakie towarzyszyły im przez cały dzień. To w tym pomieszczeniu odbywały się wszelkie szczere pogadanki oraz padały propozycje na temat rozpoczętego dnia.

Dzisiejszego poranka, Maxwell Woodhaven cieszył się nie tylko obecnością matki, ale również i wizytą starszej siostry Elisabeth, która korzystała jeszcze z wolnych dwóch tygodni nim wróci na studia.

Max, gdzie studiuje twoja siostra?

Ubrana jeszcze w piżamę składającą się z  koszulki z długim rękawem i materiałowych, prawie prześwitujących spodni,  dziewczyna nalewała do szklani pomarańczowy sok.

- Mam nadzieję, że w tym tygodniu nie ma żadnego spotkania z rodzicami? – zapytała matka rodzeństwa

- Ja już do takich spraw nie liczę – zażartowała Eli biorąc do ręki kromkę pieczywa, którą posmarowała masłem

- Pamiętam o tym – odpowiedziała matka – Ty chwilowo jeszcze pracujesz – dodała wiedząc, że córka ma wakacyjną, dorywczą pracę mimo, że nie musiała pracować.

- Dzisiaj mam wolne. Sezon się skończył i nie ma już takiego ruchu – rzekła Elisabeth nakładając na kanapkę wędlinę i plaster żółtego sera – Pokroisz pomidora i ogórka? – zwróciła się do brata, który był myślami gdzieś indziej.

Dzisiejszego poranka wstał w niezbyt dobrym humorze. Chłopak czuł irytację, która z minuty na minutę rosła i nie zamierzała ulec innej zmianie.

Zerknąwszy  na kalendarz  z oznaczeniem faz księżycowych, Maxwell wiedział, że zbliżający się piątek będzie jego najgorszym dniem z zdecydowanie nieciekawym wieczorem.

Tego dnia miała być szkolna impreza. Ognisko w lesie Fall.

Uwagę chłopaka odwróciła czerwona plama, która pojawiła się na wierzchu jego dłoni.

Kap.

Coś kapnęło. I to w to samo miejsce. Plama na dłoni powiększyła się, a Woodhaven zaczął instynktownie rozglądać się za źródłem tego kapania.

Nie musiał szukać długo. Sufit kuchni. To on okazał się źródłem tego kapania.

 

 

mjwztw.jpg

 

 

Maxwell wpatrywał się w ciemnoczerwony, kapiący znak, który z nieznanych mu powodów pojawił się na kuchennym suficie. Max pierwszy raz spotkał się z takim symbolem. Słońce z dziwnym wzorem oraz kłami wgryzającymi się w pentagram.

To było dziwne zjawisko, a nastolatek nie mógł go z niczym połączyć.

Nic mu w tej chwili nie przychodziło do głowy, a znak jak się nagle pojawił, tak i nagle zniknął.

- Wszystko w porządku? – zapytała mama – Od pięciu minut spoglądasz na sufit – zauważyła  

 

 

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Jensenów

Wioska Blackstone

 

Poranki w domu Jensenów były głośne i nieco chaotyczne. Od pierwszych minut po przebudzeniu, Stanley słyszał jak jego młodsza siostra Gillian i ośmioletni braciszek Billy spierają się o łazienkę.

- Siedzisz w niej za dużo czasu z tymi swoimi kredkami – zaczął marudzić chłopiec

- To nie są kredki tylko kosmetyki, a teraz wybacz maluchu, ale chcę się umalować w spokoju – odparła dziewczyna

- Gillian, Billy, nie kłóćcie się, proszęęęę – powiedział ojciec mierząc  nieco chłodnym spojrzeniem rodzeństwo przechodząc przez korytarz.

Gillian zrobiła skruszoną minę i zniknęła za drzwiami łazienki

- No widzisz jaka ona jest. Traktuje mnie jak dziecko, a ja wiem do czego służą jej kredki – rzekł chłopiec – Do malowania twarzy – odpowiedział całkiem poważnie

Rodzinne śniadanie jak zwykle odbywało się w kuchni połączonej z niewielką jadalnią. Nils Jensen pił poranną kawę w swym ulubionym jasnoniebieskim kubku w kwiatki oraz czytał gazetę. Silver przygotowywała drugie śniadanie dla dzieci, a Billy przedrzeźniał Gillian, która wpatrywała się w ekran swojej komórki i próbowała pisać smsa. W tym roku szkolnym, młodsza siostra Stanleya będzie uczęszczała do tej samej szkoły, co jej starszy brat. Nie była zachwycona pierwszym tygodniem. Ludzie określali ją wspólniczką.

Posiłkowi towarzyszyła przyjazna atmosfera. Stanley zauważył czarną maź, która spływała po zewnętrznej stronie okiennej szyby. Stróżka łączyła się z kolejnymi, które utworzyły coś w rodzaju malowidła.

 

 

mjwztw.jpg

 

 

Ten dziwny znak hipnotyzował swoją obecnością. Stanley nie bardzo wiedział, co on oznacza ani z czym się to jeszcze wiąże.

Chłopak poczuł czyjąś dłoń na swym ramieniu, a gdy odwrócił głowę ujrzał Ją. Ulrike, kobietę o złocistych lokach i ciemnych oczach oraz bladej cerze. Odziana w karmazynową, długą suknię wpatrywała się w młodego Jensena.

- Nie lekceważ tego – rzekła łamaną angielszczyzną, a nastolatek poczuł jak bije od niej chłód, nienaturalny chłód.

Ulrike podeszła do nieświadomego Billego i odchyliła jego szyję, by pokazać Stanleyowi ślady kłów.

- Może być ich więcej – powiedziała tajemniczo

Chłopak zauważył, że jego pozostali członkowie rodziny mają takie same ślady jak Billy.

Wiedźma zniknęła. Znak również przepadł podobnie jak blizny domowników.

- Coś się stało? Jesteś jakiś nieswój? – zapytała matka zapakowując zrobioną kanapkę    

 

 

 

 

 

 

 

 

///Notka od MG///

Witam w oficjalnej pierwszej przygodzie. Pamiętajcie, że wasze postacie pierwszy raz spotykają się z tymi zjawiskami, wiec oddajcie to w postach.

Deadline tej tury: 12/13 listopada 2016

Edytowane przez Obi

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

27zdn2s.jpg

 

Fabienne Fusion

 

 

Fabinka była pogrążona w głębokim śnie o kucykach z krainy tęczy, na dobra nie o tym śniła. Śniło jej się, że była w sklepie nie wiadomo po co i jak się tam znalazła, ale to miejsce było naprawdę dziwne. Kupowała płatki na śniadanie, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że była w tym sklepie sama. Nie było ani żywej duszy ani nawet sprzedawcy. Nagle coś kapnęło jej na dłoń i dziewczę się otworzyło oczy. Musiała nie usłyszeć pierwszej wypowiedzi i pukania do drzwi, tak dobrze jej się spało. Zobaczyła na swej dłoni czerwony ślad, jakby od krwi. Zignorowała ten fakt i poszła spać dalej. Po chwili znów coś na nią kapnęło, tym razem na nos.

-Qui set? - zapytała samą siebie spoglądając i przecierając nos by zobaczyć na dłoni czerwoną plamę. Zamrugała kilka razy i położyła się na plecy. Tym razem znów coś kapnęło i obudziło na dobre dziewczynę. Ze zdziwieniem wymalowanym na twarzyczce otworzyła oczy i spojrzała na sufit. Ujrzała dziwny znak na suficie swego różowego pokoju.

-Co to jest za symbol? - zapytała samą siebie wyraźnie przestraszona. Wpatrywała się drżąc cała ze strachu. Ten znak cały czas kapał i zostawiał ślady na pościeli. Kilka chwil później zniknął, a dziewczyna sprawdziła swoje dłonie i nie wiedzieć jak ślady w tajemniczy sposób zniknęły.

Pewnie jeszcze śnię, pewnie jeszcze śnię. OBUDŹ SIĘ. OBUDŹ!!! - krzyczała na siebie w myślach. Oczy jej świdrowały po pokoju szukając miejsca, gdzie się zatrzymać. Nagle drzwi do jej pokoju się otwarły i w nich stała mamusia. Oczy Fabinki zatrzymały się na niej, ale były duże jak po kroplach rozszerzających źrenice, które jej lekarze czasami aplikują. Potrząsnęła głową jakby chciała odrzucić złe myśli i to co przed chwilą zobaczyła.

-Tak, taaaaaaaaaaak - przeciągnęła drugie słowo ziewając przy tym głośno. Przeciągnęła się i jako tako ułożyła sobie włosy, tuż przed wyjściem do szkoły jeszcze je uczesze przed lustrem.

-Już schodzę - oznajmiła. Przebrała się w strój do szkoły i ciągle nie mogąc wymazać, jeszcze to było za świeże przeżycia, tego co przed kilkoma chwilami ujrzała. Zapięła żakiecik i udała się w stronę schodów prowadzących na dół domostwa.

-Hejuś tatko - uśmiechnęła się pogodnie całując Javiera w czoło, udając, że nic się nie wydarzyło przed chwilą w jej pokoju. Usiadła na swoim miejscu, tosty pachniały jak zawsze pięknie, i spojrzała na sufit w kierunku swego pokoju.

Mam nadzieję, że to było jednorazowe - pomyślała Fabienne wracając do jedzenia. Lekko zadrżały jej nogi, ale szybkim gestem postawiła prawą rękę na jednym z kolan i się uspokoiła.

Edytowane przez Adaline

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

http://oi68.tinypic.com/2uqkkys.jpg

 

Lily Cooper

 

 

 

Trawa rośnie, słońce świeci

A na zewnątrz siedzą dzieci

Ich rodzice, o mój Boże

Już wiedzą, że nikt im nie pomoże

Jednak to nie jest cel naszej historii

Zerknijmy tam, gdzie niebieski dom stoi

Żyje sobie dziewcze, Lily ma na imię

I całe szczęście, że nie cierpi na bulimię

Już dawno nie śpi w swym łóżku

A śniadanie zaś tkwi w jej brzuszku

Ubrana w swe hippiskie ciuszki

Na szczęście nie przypomina radzieckiej babuszki

Mając na sobie koszulę w kwiatki

A piękne nogi zdobiły spodnie khaki

Blond włosy powiewały na wietrze

Choć w warkoczu pewnie byłyby piękniejsze

Wspaniała to osóbka o zacnym charakterze

Co nie daje sobie w kaszę dmuchać, mój ty bohaterze

Chodzi sobie teraz po swoim ogródku

I ma nadzieje, że dzisiaj nie spotka jakiegoś smutku

U przyjaciół swoich jak i nauczycieli

Uważana za pierwszą z marzycieli

Oceny ma dobre i nie narzeka

Na każdą długą przerwę ze swoją gitarą czeka

Lecz dzisiejszy ranek zaczął się ciekawie

Gdy gazeciarz do ogrodu wrzucił nieporadnie

Gazetę co jej psiaka, Johniego wystraszyła

I potrzeby mu załatwić nie pozwoliła

Lily zaś podeszła i periodyk podniosła

A wraz z tym sporo brudu na palce naniosła

 

Patrzyła zaskoczona na symbol objawiony

 

Lecz nie pamiętała by w jej mózg był wgryziony

 

Zdziwiła się gdy obraz zniknął niespodziewanie

 

Stała wryta niczym pielgrzym na Akermanie

 

Gdy zauważyła, że Johnny stoi obok jej nogi

 

Powiedziała: Mój kochany, patrzysz jak na słup koło drogi

 

Już idę sprzątnąć by nie szkodzić biologii

 

Po czym wzięła i wyrzuciła

 

Psie nieczystości które przez woreczek mały chwyciła

 

I poszła szczęśliwa i śpiewająca

 

Podskakując w promieniach słońca

 

Do domu swego, psa wpuściła

 

Ruszyła do kuchni i kanapki wzięła, które jej mama godzinę temu zrobiła

 

Była gotowa już wyruszyć do szkoły

 

Tylko poszła jeszcze na górę po swe pierdoły

 

Plecak i gitara to najcenniejsze rzeczy

 

I ona temu Ci nie zaprzeczy

 

Chciała tylko jeszcze mamie zadać pytanie

 

Odnośnie symbolu schowanego w trawie

 

A w gazecie konkretnie

 

Lecz nie wiedziała czy się uśmiechnie

 

I powie „To nic takiego córciu

 

Może więcej Ci o tym powie wujciu

 

Który ma wpaść do nas na kolację

 

Ale możliwe, że mówię złą narrację.”

 

Tak więc Lily stała i nasłuchiwała

 

Czy gdzieś tam jej mama nie rozmawiała.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

21kf97n.jpg

Antoinette De Clare

 

Mieszkanie na łonie natury brzmi jak spełnienie marzeń. Problem polega na tym, że Antoinette całe swoje życie mieszkała w mieście. Dużym mieście, które nigdy nie śpi. Ciągle nie może się przyzwyczaić do ciszy jaka tu panuje, nie licząc oczywiście dźwięków typowych w starych domach jak ten. A to podłoga skrzypnie, a to wiatr zagwiżdże. Niby nic ale to załatwiło jej kolejną nockę wiercenia się i przeklinania zanim w końcu udało się jej zapaść w sen. Pobudka rodem z kart apokalipsy też nie poprawiła jej humoru. Wyskoczyła z łóżka jak poparzona. Wredna bestia ściągnęła jej kołdrę, w którą zaplątała się i runęła jak długa prosto pod obśliniony pysk chętny do dania jej mokrego buziaka na dzień dobry.
- Won mi stąd, cholero Ty jedna! - wycedziła, próbując się wyplątać ze zdradziecko czyhającego na jej życie okrycia. Puszek przyglądał się jej poczynaniom z narastającą ciekawością. Mogłaby przysiąc, że z tym pso- podobnym jest coś nie tak. Brakowało tylko żeby zaczął się z niej śmiać. W końcu udało się jej wrócić do pozycji pionowej.
- Jeszcze sobie pogadamy na ten temat Futrzaku. I spróbuj tylko powiedzieć komuś co tu widziałeś. - oznajmiła wilkowi, który wyszczerzył kły, w niemej odpowiedzi. - Eh... zaczynam wariować...
Poranna toaleta była jej swego rodzaju rytuałem i nie zamierzała się spieszyć, mimo nawoływania babci dochodzącego z dołu. Spokojnie wzięła prysznic i dopiero całkowicie zebrana i gotowa do kolejnej bitwy albo jak kto woli nowego tygodnia w szkole pojawiła się na dole. Nie uznała za istotne odpowiadanie na komentarze dotyczące jej guzdrania się, babcia swoje zdanie uważała za niepodważalne. Nawet łomem. Z kwaśną miną wpatrywała się w brązowawy płyn, którym wypełniony był kubek. 
Zapewne mieszanka yerby i zielonej herbaty... - pomyślała. Marzenia o aromatycznej, gorzkiej, dużej kawie z mlekiem będzie musiała odłożyć do przerwy, chyba, że się spręży i zdąży przed szko... Co to jest?! Znaczek swoim kształtem nie przypominał niczego, co znała, ale był wyraźny i zataczał kręgi w jej osobistych paskudnych ziółkach. 
- Co to do cholery ma znaczyć?! Czy nawet śniadanie nie może być wolne od tej całej "magii"?! W nosie to mam! Bez kawy nie robię. Naprawdę Joseph, bardzo zabawne. Przypominam, że zgodnie z umową TY uczysz mnie PO szkole. - powiedziała podkreślając słowa klucze. Czy ten poranek mógł być jeszcze gorszy?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

sziz54.jpg

Arden Usoka

 

 

Arden rzadko kiedy był zaskoczony. Był typem człowieka który lubił mieć wszystko pod kontrolą, być przygotowanym na wszystko. Kruki wylatujące z szafy były dla niego porządnym szokiem, większym nawet niż wiadomość o postrzale jego ojca. Otrząsnął się dopiero po chwili, próbując oczyścić pokój z piór – zbyt często wchodzili tutaj inni ludzie. Odłożył krucze pióro na biurko i wyjął swój notes. Nie tracąc ani chwili próbował jak najwierniej narysować symbol z pamięci. Ojciec uczył go kiedyś rysowania portretów pamięciowych, ale jego rysowanie było z pewnością tragiczne. Jednak w tej chwili chciał tylko w jakikolwiek zachować ten symbol na później.

Po skończonej robocie zamknął notes i włożył go z powrotem do szuflady biurka. Jego ręce trzęsły się, nie mógł skupić myśli. Jeśli w takim stanie wyjdzie do ojca ten z pewnością to zauważy. Oparł się o kruczy portal do Narni i wziął kilka głębokich wdechów. Co to było, u licha? Bardziej od kruków interesował go tajemniczy symbol. Krew na podłodze była najprawdopodobniej ludzka, a sam symbol wydawał mu się znajomy – a przynajmniej podobny do czegoś, co znał. Cała ta sytuacja przypomniała mu dzień, w który odkrył, że jest czarownikiem. I to, że magia nie jest bezpieczna. Arden z niepokojem zerknął na szafę, ale uznał, że nie ma sensu jej otwierać. Limit niezwykłych zdarzeń na ten rok i tak został osiągnięty. A przynajmniej miał nadzieję, że limit pozostanie jednym wydarzeniem na rok.

Usoka potrząsnął głową. Dość tego. Za niedługo będę musiał wyjść do szkoły. Poszukał wzrokiem plecaka, chwycił go, sprawdził czy na pewno ma wszystko czego potrzebował i wyszedł z pokoju. Nie mógł liczyć na to, że ojciec nie zauważy jego niepokoju, ale miał nadzieję, że uda mu się wytłumaczyć to niewyspaniem. Biorąc kolejny głęboki wdech udał się w kierunku kuchni.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

kcma6b.jpg

 

Alexander McQueen

 

Spał twardo, zazwyczaj ciężko było go wybudzić, jednak dzisiaj - dzisiaj, był szczególnie pochłonięty. Jego mina sugerowała, że jest w czasie jakiegoś emocjonalnego wydarzenia... Alexander spojrzał na zegar. Pokazywał, że pozostało ostatnie 10 sekund. Tłum raz to wył, raz krzyczał by zmotywować. Spalding odbijał się od parkietu, a kiedy próbował przedostać się pod kosz, był doskonale blokowany przez wysokiego oponenta. Liczył, że da radę wykorzystać szybkość i zwrotność, niestety jego oponent nie uległ prostemu trikowi. Czas nieubłaganie leciał w dół. Kibice, zaczęli odliczać wraz z zegarem. Był zmęczony, jego kompan, nie był w stanie, wykonać rzutu, a reszta drużyny nie mogła zająć dogodnych pozycji. Czuł ich spojrzenia na sobie, musiał podjąć decyzje. Uniósł głowę, by upewnić się co do wyniku 134 do 132 - Mogą zremisować, nawet wygrać. Alexander cofnął się, przejął w tym czasie podanie z kozłem, wykonał szybki obrót, rzucił! W tym samym czasie, doszedł do niego charakterystyczny dźwięk trąby - koniec czasu. Jednak piłka cały czas leciała, czy wpadnie? Na hali zapadła cisza, tak przenikliwa, że dało się usłyszeć przelatującą muchę. Wpadła! Piłka wpadła! Ekscytacja na boisku, a także na trybunach, ludzie podbiegli do Alexandra, chwila! Wynik na tablicy się nie zmienił. Chłopak przeniósł swoje spojrzenie, na sędziów. Tamci właśnie się naradzali, oglądając powtórki. Sędzia wyszedł na przód, by oznajmić decyzje. 

 

 Wstawaj, Yuki-Chan, dobrze wiesz, że nie możemy się spóźnić! Alexander obudził się. Kiedy ujrzał swoją matkę, niemal miał ochotę wykrzyczeć. A łzy prawie stanęły mu w oczach. Zakrył się kołdrą

- D-dobrze...Wstaję, mamo. - To była jego chwila! Przynajmniej w śnie. Dlaczego, życie jest tak nieuczciwe?!  Na dodatek, jego kot stwierdził, że może sobie po nim podeptać. Pogłaskał go, ten nagle, zaczął dziwnie się zachowywać. Wtedy też, Alexander ujrzał ten dziwny symbol. Patrzył na niego, jak zahipnotyzowany. Naglę, mrugnął okiem, a symbol wyparował. Chłopak przetarł oczy, po czym dotknął dłonią szybę. Była sucha. Nerwowo podniósł się z łóżka, wpadając po drodze na kota, ten wydał charakterystyczny dźwięk, który brzmiał jak obietnica śmierci w najbliższych dniach. Ten, jednak nie zwracał na to uwagi. Sięgnął po swój dziennik, gdzie na pustej stronie, narysował to co widział. Z całą pewnością, wyglądało to źle. Nie mniej, od pewnego czasu. Przestał ignorować wszystkie "dziwne" wydarzenia, które dostrzegał w okół. Tak kazała mu zrobić matka, a wiedział, że w tym przypadku nie ma co się wspierać. Usiadł na krześle przy biurku, po czym włączył radio. Nie lubił tej ciszy.  W radiu akurat trwa "poranek z naszą młodością" ta. Chwytna nazwa, mruknął sam do siebie. Co prawda, muzyka bardzo przypadła mu do gustu. 

 

Alexander przez chwilę spoglądał w stronę okna. 

- No nic... Pora iść się umyć i zjeść śniadanie... - Powiedział sam do siebie, po czym leniwie ruszył, do toalety. Nim jednak wszedł do pomieszczenia krzyknął;

- Maaaaamo! Zrobisz mi kakao i płatki? - Miał obsesje na punkcie kakao. Po prostu, je uwielbiał. Niektórzy potrzebują z rana kawy, on kakao. 

 

Kiedy chłopak opuścił łazienkę, szybko zszedł na dół. Zapomniał już o wydarzeniu z dziwnym symbolem. Na szczęście zanotował sobie o tym. Pora na kolejny dzień, ciekawe co dziś ciekawego się wydarzy? 

 

 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

21dimnb.jpg

John Daglas

 

Mieszkanie w nawiedzonym domu miało swój urok i jedną wielka zaletę. Trzymała większość ludzi z dala. Niestety zdarzały się osobniki chcące sprawdzić prawdziwość opowieści o duchach i zjawiali się nocami by dowieść swej odwagi i uwiecznić ducha na zdjęciu. Przodowali w tym młodzi zwłaszcza w Halloween. Chociaż zdarzyły się przypadki gdy w tym samym celu zakradali się starsi wiekiem. Zwykle redaktorzy pism i portali traktującej o magii i tajemnicach.

Podobne wizyty były dość denerwujące i może dlatego dziadek Johna ukrócił je dość szybko.

 

John wstał dość wcześnie, umył się i ubrał przygotowując do wyjścia do szkoły. W czasie tych czynności uśmiechał się do własnych myśli. Jego wewnętrzny głos namawiał go do pewnej rzeczy. Dzisiaj postanowił podążyć za jego głosem.

 

Ziewając zjawił się w kuchni. Była to przytulna kuchnia. Środek zajmował solidny stół z krzesłami prócz tego znajdowała się tutaj wielki piec i stylowy kredens. Była też lodówka i zlew. I nic więcej. Skromna przytulna kuchnia jakiej się można spodziewać po nawiedzonym domu.

-Dzień dobry dziadku.

Powitał się solidnym ziewnięciem. Słodki zapach naleśników sprawiał, że ślina napływała do ust a brzuch zgłaszał swoją gotowość głośnym burczeniem.

John zastanawiał się czym doprawić swoje naleśniki, kiedy te jakże ważne rozmyślania zostały przerwane przez niecodzienne wydarzenia.

 

Lisi duch dziadka pojawił się nagle i wskazał na okno. Było to o tyle dziwne, że ich duchy nie pojawiają się same z siebie. A za oknem nie było nic ciekawego.

Było za to na oknie, chłopak zamarł i poczuł jak włos mu się jeży na głowie. Szybę pokrywał ciemna maź zdająca się żyć własnym życiem i formująca w dziwny symbol.

John zamknął oczy i potrząsnął głową. Kiedy je otworzył nadal widział symbol.

-Dziadku..

Niestety zanim jego opiekun się odwrócił symbolu już nie było. John powoli podszedł do okna i węsząc jak prawdziwy lis skradający się do kurnika dotknął szyby by upewnić się czy jest realna.

Pozostał przez chwilę w bez ruchu starając się odczytać przekaż jaki pokazała mu szyba.

Jednak po chwili oderwał się od okna i odwrócił napotykając pytający wzrok dziadka.

-Tu było coś na szybie.

W krótkich słowach opisał co zobaczył na szybie.

-Te czarne linie ułożyły się w taki symbol, -na wydobytym z plecaka skrawku papieru odrysował to co zobaczył na szybie. -Najdziwniejsze jest to, że zanim się to zaczęło pojawił się twój lis. Nie wiedziałem, ze one to potrafią.

Edytowane przez Swara

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

xmk0gl.jpg

Maxwell Kenneth Woodhaven

 

 

Wstał, jak co rano o wpół do szóstej i po kilku zwyczajowych czynnościach poszedł biegać. Biegał godzinę, więc o około za kwadrans siódmej był w domu. Wziął szybki, zimny prysznic i zszedł na dół na śniadanie. Dzisiaj jeszcze była w kuchni, poza matką, Elisabeth. Studiowała na Harvardzie, ale Max jakoś nigdy nie dopytywał się, co studiuje. A dostanie się na studia nie było problemem - była wzorową uczennicą i swego czasu została prymusem szkoły. Nic więc dziwnego, że przyjęli ją do najlepszej uczelni w kraju.

- Nie. Nic nie ma w tym tygodniu - Odpowiedział nieco zirytowany. Wiedział, że w piątek ma być impreza szkolna, ale jest też pełnia, więc nie mógł przyjść. I głowił się, co z tym zrobić, ale nic nie przychodziło mu do głowy.

Zjadł na śniadanie tosty z masłem orzechowym i dżemem oraz wypił gorzką herbatę. Nie słyszał lub nie zwrócił uwagi na pytanie siostry. Poczuł na ręce kapanie, a rozglądając się za jego źródłem, dostrzegł na suficie znak. Po chwili symbol zniknął, więc chwycił kartkę i długopis i starał się narysować ten symbol na kartce. W międzyczasie odpowiadał na pytanie.

- Ta... Co? Nie, nic nie jest w porządku. W piątek jest impreza szkolna w lesie, a ja nie mogę na nią iść z powodu bycia tym głupim wilkiem... To mnie coraz bardziej denerwuje. Nie ma jakiegoś leku na to? Wystarczy, że będzie działać chociaż na jeden dzień. Mam już tego wszystkiego dość.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2nh0pxj.jpg

 

Markus York 

 

Trudno spać gdy nad uchem wyje budzik, a z półek spadają książki, choć wzbudziło to zainteresowanie młodzieńca to dalej marzył o zaśnięciu, lecz nie potrafił nawet jak wyłączył budzik coś nie dawało mu zasnąć była to książka która z jakiegoś dziwnego powodu spadła z półki, gdy zakończyły się szanse na sen Markus podszedł do dziennika i starał sobie przypomnieć czy widział ją kiedyś, odpowiedź był przecząca znał większość dzieł znajdujących się w pokoju lecz ta  była inna, po chwili na okładce pojawiła  się znak który hipnotyzował po chwili zniknął  z okładki ale nie z pamięci Markusa nie było to zwykłe przewidzenie, znak ten był bardzo dziwny nie widział go w żadnym grymuarze ani nie słyszał o czymś takim ale wiedział kto może wiedzieć.

Po dwudziestu minutach York umyty i ubrany ruszył do jadalni w której zapewne już stał przygotowane śniadanie, a przy stole siedział jego krewny który wiedział wiele o znakach i magii bo na pewno było to związane z nią.

Edytowane przez Emyrh

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Pokój Alexandra

Dom Państwa McQueen

Przedmieścia Harmony Falls

 

 

 

Rysowanie pod wpływem chwili było jednym z szybkich decyzji, jaką podjął dzisiejszego dnia chłopak.

Kartka pustego dziennika zaczęła zapełniać się kreskami, które łączyły się w to coś, co  jeszcze było na oknie. Słońce z promieniami. Kształty przypominające niewielkie trójkąty wysuwały się z promieni i łączyły się z jakimś pokracznym znakiem, który nie przypominał niczego znajomego. Może okrąg?

Może...*

Gdy nastolatek próbował skupić się na kształcie symbolu spotkał się z dziwnym oporem. Coś go blokowało.

Dziennik z zapisanym rysunkiem wylądował w szafce biurka.

 

 

****

 

 

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Państwa McQueen

Przedmieścia Harmony Falls

 

 

 

dmqt4z.jpg5l8im0.jpg

 

 

Manami McQueen, mama Alexandra stała przy kuchence gazowej i mieszała metalową łyżką zawartość niewielkiego garnuszka, przeznaczonego do zagotowania mleka czy niewielkiej ilości wody.  Chłopak wiedział, że jego rodzicielka jest atrakcyjną kobietą i często słyszał pochlebne opinie na jej temat.

Alex, zapamiętałeś jakieś szczególniejsze określenie?

Z kolei Richard McQueen, ojciec Alexandra siedział przy dużym stole i czytał gazetę. Kilka razy chrząknął głośno i przez chwilę znad papieru zawiesił spojrzenie na sylwetce swej żony.

-  Obserwujesz mnie? - zapytała Manami. Jej głos  nie był chłodny, lecz pozbawiony jakichkolwiek milszych dla ucha emocji

-  Jak zawsze o poranku - odpowiedział Richard - Jak się spało, synu? - zwrócił się do Alexandra, który wszedł właśnie do pomieszczenia.

- Dzisiaj będę w twojej szkole - rzekł pan McQueen, po czym odłożył gazetę i chwycił kubek z kawą, która była nieodłącznym elementem jego śniadania

Manami w tym czasie przelała zwartość garnka do niebieskiego kubka i podała go chłopakowi. Na miejscu znalazła się przygotowana ciut wcześniej miska kukurydzianych płatków dryfujących na mlecznym morzu wypełniającym naczynie.

- Proszę - powiedziała i zatrzymała swe spojrzenie na chłopaku, po czym  udała się na swoje miejsce i dokończyła posiłek składający się z dwóch kanapek z wędliną i plastra sera oraz ogórka.

Czego ona oczekiwała, Alex?

- Będziemy prowadzić przesłuchanie dotyczące zaginięcia dwójki uczniów. Rosalie Turner i William Porter. Wiesz może coś o nich? Wpakowali się w jakieś kłopoty? Często wagarują?  - zapytał - To nieoficjalne pytanie - dodał

Alex, co możesz powiedzieć, o zaginionych uczniach?

 

 

23le5qe.jpg

 

 

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Josephine De Clare

Skraj Lasu Fall

 

 

 

29xdj85.jpg

 

 

Josephine uniosła brew, gdy jej wnuczka wyraziła swe oburzone zdanie, ale kobieta nie odpowiedziała szybko, wręcz przeciwnie. Starsza wiedźma wpierw upiła łyk ziółek i zaczęła lustrować swym wzrokiem Antoinette.

- Pamiętam naszą umowę, dziecko - powiedziała całkiem poważnym i nieco oschłym, mentorskim głosem - Ja nic nie robię, a jeżeli chciałabym cię czegoś nowego nauczyć to zrobiłabym to popołudniu. Umysł po szkole jest lepszym narzędziem niż przed szkołą - dodała staruszka i upiła ziółek.

Puszek spojrzał na obie kobiety i wyszczerzył kły oraz zamerdał ogonem.

- Zamierzasz dokończyć posiłek czy wyjdziesz za pięć minut i trzaśniesz drzwiami? - zapytała i popijała ziółka - I nie przejmuj się wazonem w przedpokoju. Pani Bree mi go oddała w podzięce za maść - dodała spokojnym głosem i uśmiechnęła się ciepło - Odkupisz - rzekła ciut złośliwie

Antoinette z jednej strony nie wiedziała, o co chodzi jej babci, z drugiej zaś strony słowa staruszki można było wytłumaczyć jednym argumentem: magią

Co zrobisz, Antoinette? Wyjdziesz i trzaśniesz drzwiami?

Ciszę przerwał krótki sygnał telefonu komórkowego, który należał do Inette.

Jakim modelem telefonu dysponujesz? Ma te bajery, co inne  wypasione telefony?

Odbierzesz wiadomość w domu ,czy na dworze?

 

23le5qe.jpg

 

 

 

 

12 Września 2016

Poranek

Pokój Ardena

Dom Państwa Swift

Przedmieścia Harmony Falls

 

 

 

Rysunek jaki sporządzał Arden nie był dziełem sztuki, ale zawierał szczegóły, które starał się uchwycić młody Usoka. Najpierw był prosty szkic  słońca, którego wewnętrzną część wypełnił kreskami, a przynajmniej tak mu sie wydawało. Zewnętrzną część otaczały promienie, z których przy dolnej części wyrastała para równoramiennych trójkątów łączących się z znakiem. Tu pojawiła się pustka w głowie Ardena. Młodzieniec nie mógł sobie przypomnieć, co ten symbol mu przypomniał.  Usoka pozostawił tu pusty okrąg. Nic więcej nie mógł tam dodać*

Po wykonaniu i schowaniu rysunku, Arden zajął się przygotowaniem do szkoły.

 

 

****

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Państwa Swift

Przedmieścia Harmony Falls

 

 

 

Kuchnia była przestronnym i dobrze wyposażonym miejscem w domu państwa Swift. W powietrzu unosił się zapach smażonej jajecznicy oraz para z kubków herbaty i kawy.

Przy stole jak zawsze siedział Jason, ojciec chłopaka, który czytał lokalną gazetę i co chwilę spoglądał na kuchenkę gazową, znajdującą się pod opieką Ange, ciotki Ardena. Kolejne wolne miejsce zajmował Emiel Greeg, wuj nastolatka, który jak zwykle coś szkicował na podręcznej kartce papieru.

- Witaj, Arden - przywitała się Ange - Jak się spało?

 - Cześć, synu - rzekł ojciec i przyglądał się uważnie Ardenowi

Z kolei pochłonięty swą artystyczną wizją wuj przywitał się jedynym skinieniem głowy

- Co chcesz na śniadanie? Płatki czy jajecznicę? A może tosty lub kanapki?  - zapytała ciotka, która zwróciła uwagę na swojego męża - Na litość boską, Emiel! Mógłbyś się opanować i nie szkicować, gdy  siedzimy wspólnie przy stole?

- Nie mogę skarbie. Śniło mi się dziś stado kruków, które z swych piór ułożyły dziwny symbol przedstawiające ... - zaczął  opowiadać niezwykle ożywionym tonem i spojrzał na swój rysunek, po czym uderzył się otwartą dłonią w czoło.

- I zapomniałem - rzucił smutnym głosem

- To znak, że powinniśmy zająć się posiłkiem - rzuciła Angie, która powstrzymywała swe artystyczne zapędy w rydzach.

- Smacznego - powiedziała z uśmiechem i zabrała mężowi szkic. Kobieta zajęła miejsce przy stole, stawiając patelnię z jajecznicą na desce do krojenia.

 

 

23le5qe.jpg

 

 

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Państwa Fusion

Centrum Harmony Falls

 

 

Dziewczyna mogła się starać i robić wszystko by zapomnieć o dziwnym wydarzeniu, które miało miejsce w jej pokoju, ale nie udało jej się. Przez kilka chwil miała przed oczami ten symbol, który wyrył jej się w pamięci.

Nawet idealnie przygotowane  tosty przez Javiera Fusion, ojca dziewczyny, nie potrafiły skupić na sobie uwagi.

- Jedz, bo wystygną - powiedziała matka, która chwyciła tost. Kobieta obdarzyła swą córkę uśmiechem.

Tatko przeglądał lokalną gazetę.

- Piszą o zaginionych uczniach. Rosalie Turner i William Porter. Znasz ich, córciu? - zapytał Javier, którego twarz była zakryta rozłożoną prasą.

- Ich rodzice pewnie się o nich bardzo martwią - wtrąciła się Justine, biorąc tost do ust. Pani Fusion w tym momencie nie odzywała się już.

Telefon komórkowy Francuzki wydał z siebie krótki dźwięk nadchodzącej wiadomości.

Od kogo jest ten sms, Fabianne? Kto mógł do ciebie napisać, o tak wczesnej porze?

 

 

 23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Codego Daglasa

Skraj Lasu Huntest

 

 

 

2i24vhx.jpg

 

 

Cody Daglas w milczeniu obserwował czynności swojego wnuka, który podszedł do okiennej szyby i przez kilka chwil wpatrywał się w nią dość intensywnym spojrzeniem. Młodzieniec skupił się, by odczytać emocje z tego elementu. Przez jego ciało przeszły dreszcze, a to go jeszcze bardziej mogło zaniepokoić i zburzyć jego nastrój. Niepokój. To było odpowiedzią na jego pytanie. Żadnych innych uczuć, oprócz tego jednego. Niepokoju. *

Mężczyzna uniósł brew i spojrzał na szybę. W milczeniu wysłuchał opisu zjawiska jakie nawiedziło dom. Nie odezwał się, dopóki John nie skończył rysunku.

Na kartce papieru chłopak zaczął przelewać swoje myśli i rysunek wizji, jakiej doświadczył.

Promieniste słońce, które było wypełnione wzorem w postaci amuletu. Od końcówek promieni odchodziła para kłów, które łączyły się z kolejnym znakiem - pentagramem.

Może ten twór nie był dziełem sztuki, ale przedstawiał wszystko.*

Cody spojrzał na namalowany szkic, a później na swego wnuka

- Czasami nasz duch  potrafi dostrzec więcej, niż nam się wydaje. Zdarza im się ujawnić przed swoimi i tylko swoimi, by przekazać ukrytą wiadomość lub pokazać coś, czego zwykłe oczy nie dostrzegają - rzekł dziadek  - Jeżeli zaś chodzi o ten znak - powiedział i zawiesił swój głos - Nie przychodzi mi nic konkretnego do głowy na ten temat z wyjątkiem jednego. Pentagram jest ochronnym znakiem lub służy do wyzwania określonej energii. Zazwyczaj przedstawia główne elementy naturalnego świata jakimi są ogień, woda, powietrze, ziemia oraz duch. Teraz pozostaje się dowiedzieć, czy pentagram ma na celu chronić te "słońce", czy wzywa jego moc - dodał tajemniczym tonem - Zjedz coś i bądź dzisiaj ostrożny. Takie znaki nie symbolizują niczego dobrego.   

 

 

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Państwa Cooper

Przedmieścia

 

 

 

Johnny wydawał się zadowolony z porannej wizyty w domowym ogrodzie, zaś Lily zajęła się przygotowaniem do szkoły.

Kilka minut później spakowana i gotowa do drogi, nastolatka zaczęła poszukiwanie swej matki.

Znalazła ją w kuchni. Apple przycinała liście roślinki doniczkowej. Dłonie miała ubrudzone czarną ziemie, a w pobliżu kwiatu znalazły się gazety i obcięte listki.

Mama przerwała zajęcie i odwróciła się do stojącej w progu pomieszczenia, córki.

- Wszystko w porządku, skarbie? - zapytała i uśmiechnęła się.

Nastrój kobiety zmienił się, gdy usłyszała o tym, co niedawno zobaczyła jej córka.

- To rodzaj ostrzeżenia, Lily - rzekła bardzo poważnym tonem - Nie lekceważ tego - dodała i zaczęła zastanawiać się nad symbolem - Pierwszej części tego znaku nie znam, ale mogę ci powiedzieć o pentagramie - rzekła i podeszła do zlewu.

Apple przemyła dłonie i wysuszyła je przy pomocy ręczniczka

- Pentagram jest ochronnym znakiem, który ma także moc wyzwania potężnych sił.  Zazwyczaj przedstawia elementy naturalnego świata - dodała i zaczęła wyliczać na palcach - Ogień, woda, powietrze, ziemia i duch.   Nie potrafią skojarzyć słońca wypełnionego znakiem , które by posiadało kły. Może duchy mi coś powiedzą lub inni członkowie naszej rodziny   - po tych słowach Apple przytuliła Lily - Bądź dzisiaj rozważna i nie rób nic głupiego - rzekła - Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś. Masz już wszystko do szkoły? Nie potrzebujesz czegoś jeszcze?  - zapytała

 

 

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Jadalnia

Posiadłość Yorków

Wschodnie Przedmieścia

 

 

 

Umieszczona na parterze posiadłości, jadalnia była jednym z tych dużych pomieszczeń. Urządzona dość klasycznie, z eleganckimi kotarami, które zasłaniały dość duże okna.  

Śniadanie było już podane, dokładnie tak jak przewidywał Markus. Na długim, drewnianym, bogato zdobionym stole znajdowała się srebrna zastawa. Dzisiaj kucharz przygotował grillowanego pstrąga, który został podany z tostami. Pobliskie  dwie szklanki były wypełnione świeżo, wyciskanym sokiem z pomarańczy.  Jedną z nich chwycił sprawnym ruchem dłoni  Leonard Abraham York. Trudno było w to uwierzyć, ale ten staruszek całkiem nieźle się trzymał, jak na swój wiek.

Mężczyzna upił łyk i zajął się podaną rybką.

- Jak się spało? - zapytał, biorąc pierwszy kawałek do ust i obdarzył  prawnuka uśmiechem czekając na jego reakcję.

Leonard zawsze wysłucha Markusa i  chłopak doskonale o tym wiedział.

 

 

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Państwa Woodhaven

Przedmieścia

 

 

 

2z57hwg.jpg

Elisabeth  obserwowała poczynania swojego młodszego brata. Na jej twarzy malowało się zaskoczenie i zaintrygowanie.

- Znowu rysujesz? - zapytała

Matka również zainteresowała się zajęciem swojej pociechy. Maxwell jednak to wszystko zignorował i skupił się na rysowaniu.

Po chwili kartka była już wypełniona. Wypełnione kreskami słońce z wystającymi kłami stykało się z kolejnym znakiem, które było pustym okręgiem, bowiem, gdy Max próbował sobie przypomnieć z czym stykały sie te trójkąty, napotykał pustkę w głowie*

Elisabeth uniosła jedną brew, a usta wykrzywiła w nieco ironicznym uśmieszku.

- Poważnie? - zapytała - Przejmujesz się jakąś głupią imprezą? Nie spodziewałam się, że w twojej sytuacji jesteś taki małostkowy. Dobrze wiesz, że podczas pełni powinieneś trzymać się z dala od ludzi, bo możesz ich zabić

- Twoja siostra ma rację, synku. Nie powinieneś narażać siebie i innych na niebezpieczeństwo, jakie płynie z twojej klątwy -  wtrąciła się matka

- W sumie jest pewne wyjście z tej sytuacji, a ponieważ jestem dobrą siostrzyczką to udzielę mojemu braciszkowi dwóch rad. Po pierwsze,  mogę stworzyć księżycowy amulet, który wymaga czarnego cyjanitu, pełni księżyca i krwi wilkołaka, który panuje nad swoją przemianą. Musze tylko zadzwonić do koleżanki  czarownicy zapytać o formułę. Po drugie, jestem w stanie połączyć dwa  pewne zaklęcia, ale muszę zasięgnąć rady mojej koleżanki, czy to będzie bezpieczne... - po tych słowach , Elisabeth zrobiła krótką przerwę, by Maxwell mógł przyswoić nowe informacje.

- Po trzecie, musisz wiedzieć, że pierwsza opcja czyli amulet, nie osłabia twych nadnaturalnych zdolności w przeciwieństwie do drugiej opcji. Wybieraj  mądrze - rzekła  -  I pokrój mi w końcu  tego pomidora? - zapytała

 

 

///Notka od MG///

Deadline: 22 listopada 2016

Edytowane przez Obi

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2utokk1.jpg

Akagi Konomi

 

 

Poniedziałek…

Rano…

Szkoła…

~SPAAAĆ - Jęknęła cicho dziewczyna mając świadomość że znowu czas iść do szkoły i zaczynać szkolne obowiązki i farsę na nowo. -Za co…

-Nie, nie jestem gotowa. Moment, chwila. Wiem że nie lub. Mrrr, mrrr~ odpowiadała w jakimś zakręconym kalejdoskopie, po czym stuknęła się dłońmi w policzki kilka razy dla obudzenia. -Pospieszę się. Proszę, wyjdź z nim a ja się ogarnę trochę. - dokończyła zdobywając się na przyjemniejszy, niby-obudzony głos.

Następnie zaczęły się przekomarzanki Bayley’a z Karmen na które Konomi nie zwracała uwagi. Wykorzystała ten moment żeby obmyć twarz i zacząć nakładać na siebie “maskę ozdobną”. Matko… Jaki czas wakacji był piękny. Nie trzeba było się ubierać, malować. Mogła sobie siedzieć w domu taka “naga” pod pewnym względem martwiąc się najbardziej żeby obejrzeć coś dobrego, poćwiczyć grę lub coś innego. Po prawda czasem wyjść musiała ale… Ale to mniejsza większość.

I tak dobrze że ma trochę czasu. Czasem jak bardzo zaśpi to musi uciekać się do magii i nakładać sobie “Sztuczną maskę sztuczności” jak to zwykła nazywać w swojej głowie. Cóż, taki los, prawda. Musiała się spieszyć na śniadanie, dlatego nie przesiedziała w łazience bardzo długo. na pewno nie tyle co Karmen. O której ona musiała wstać…?!

Założyła dzisiaj na siebie koszulę w kratę przeplatającą się w niebieskie i białe paski o ułożonym dobrze kołnierzyku i (korzystając że skarg jeszcze na nieodpowiedni ubiór nie było i oby tak zostało!) naumyślnie zostawionym guziku niedopiętym pozostawiając spore pole do popisu. Jako dolna część garderoby została wybrana lekko rozkloszowana spódnica o głębokim, czarnym kolorze. Jako dodatek padło na “kocie rajstopy”. Dlaczego kocie? Otóż dlatego że wyglądały jak czarne zakolanówki które u swego szczytu przybierały kształt kota. Takich nie nosiła jeszcze, jest to jej szalona zdobycz podczas letnich zmagań sklepowych i czas najwyższy sprawdzić jak takie słodziaki zaprezentują się w jej środowisku. Do tego miała zamiar założyć lśniące, czarne buciki na lekkim obcasiku. Taaak… Ciekawe kiedy przyjdzie uwaga za niedostosowanie się do dress code…

Gdy czesała włosy przed lustrem zaczęło się. W odbiciu dostrzegła postać pojawiającą się tuż za nią. Była tak do niej podobna, jak dwie krople wody za wyjątkiem koloru włosów. Odbicie miało je w kolorze jasnego blondu. Lśniące, odbijające światło lamp, inaczej jak bordowe włosy prawdziwej Konomi. Wydawała się także trochę inna, jakby pewniejsza jednak w negatywnym stosunku. Z jej oczu biła pewność że zrobi zaraz coś słusznego, że prawdziwa Japonka nic na to nie poradzi i że jej ból sprawi jej nieopisaną radość. Trochę przypomniała jej wtedy osobę jaką się czasem staje w szkole. Nie często, tylko czasem. I to na swój sposób było okropne.

Dziewczyna obróciła się oszołomiona tym zjawiskiem jednak nie widząc nikogo za sobą spojrzała ponownie w lustro. Akurat by zobaczyć szczerzącą się w perfidnym uśmiechu Konomi-ducha i by zobaczyć jak ta bezceremonialnie dźgnęła się w dłoń. Niewypowiedziany ból przeszedł przez ciało Czarownicy pulsując od rannej dłoni przez całe ciało. Nigdy nie miała przyjemności kłuć się nożem niemal na wylot w dłoń ale pewnie takie to było uczucie. Do jej oczu od razu wstąpiły łzy, łzy bólu. Krzyknęła boleśnie trzymając się za kaleczoną dłoń, jednak nic to nie dawało. Z każdym dźgnięciem, z każdym krzywym koślawcem kolejna fala bólu rozchodziła się po jej ciele nie dając jej nawet czasu na złapanie oddechu czy próbę opanowania się. Nie mogła. Nigdy ją tak nie bolało.

-Spieprzaj!* - Wycedziła do widma, zapłakana, trzęsąca się jak galareta i walcząca z ogniskującym bólem. Zobaczyła w odbiciu krwawy symbol na dłoni. Taki sam ukazał się na jej ranionej ręce. Podniosła wzrok by zobaczyć ostatni podły uśmiech i widmowa Konomi zniknęła razem z symbolem na jej dłoni. Pozostał jedynie ból i czerwony ślad. Ślad układający się w krwawą, bliznę. Rozdygotana upadła na podłogę wciąż w szoku trzymając się za rękę. Jej umysł myślał teraz zbyt chaotycznie. Jej myśli skakały po tysiącu różnych płaszczyzn w ciągu jednej chwili a ból wcale nie pomagał się skupić. W przeciągu momentu pomyślała o całym zajściu, o symbolu, o jego znaczeniu, co rodzice powiedzą bo nie sposób było nie słyszeć jej krzyku, o szkole i jak to będzie musiała go ukryć przed wścibskimi, o nie zrobionej pracy domowej i o jej zniszczonym makijażu bez którego na pewno w szkole się nie pojawi.

 

 

 

*Kurokurae

 

Edytowane przez Astaroth

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

27zdn2s.jpg

 

Fabienne Fusion

 

 

Krótko strzyżona blondwłosa dziewczyna starała się zapomnieć o tym dziwnym symbolu, który widziała jeszcze przed paroma chwilami w jej pokoju. Jej wzrok patrzył “pusto”, gdzieś w dal jakby się zawiesiła. Nagle matka powiedziała kilka słów i Fabienne “wróciła” myślami będąc wciąż w pokoju lub raczej oczami wyobraźni. Nie mogła tego pojąć, jak to się pojawiło to wzbudziło w niej jakieś takie mieszane uczucia, jedno było silniejsze od drugiego. Wzięła tost do ręki i wsunęła do buzi. Były smaczne, ale nie to było w tej chwili najważniejsze. Nawet, przynajmniej na razie, nie próbowała się odezwać do rodziców. Javier zaszeleścił gazetą i wyrwał Fabinkę z zamyślenia. Pokręciła głową odrzucając złe myśli na później, ale tak nie do końca.

-Ja….co? - zaczęła niemrawo -Nie, nie znam ich, te nazwiska są mi obce - powiedziała nieco dokładniejszym głosem, jakby już się obudziła.

Znikający uczniowie? O tak wczesnej porze? Chyba, że to informacja z wczoraj - pomyślała Fusion. Teraz się podwójnie stresuje, tym co widziała w pokoju i tymi dwoma uczniami, może zostali porwani, może pojechali gdzieś i ślad po nich zaginął, a może się ukryli i robią wszystkich “w konia”? Te myśli krzątały się jej w głowie. Po prostu super. Nagle z tych zawirowań myślowych wyrwał ją sygnał nadchodzącej wiadomości telefonu, który miała w tylnej kieszeni spodni. Dziewczę się zdziwiło, ale i lekko rozluźniło.

Przecież ja nie mam przyjaciół? - pomyślała mając resztę tosta w ustach sięgając po telefon. Wpisała “tajny” szyfr by odbezpieczyć go i przeczytała wiadomość.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

21kf97n.jpg

Antoinette De Clare

 

Warknęła, zirytowana. Nie znosiła kiedy ktoś jej udowadniał, jak bardzo jest przewidywalna. Ok, niby babcia powiedziała, że to nie jej sprawka, ale przecież staruszka mogła ją sprawdzać. No i faktycznie miała ochotę wyjść, nawet nie za 5 minut tylko już, a trzaśnięcie drzwiami zapewne samo by tak jakoś... Odkupienie wazonu nie byłoby jakimś większym problemem, ale po co dawać wiedźmie satysfakcję, że znowu miała rację. Zamknęła na chwilę oczy i po kolei wyliczyła cięcia. Wbrew, wzerk, wlic, wpierś, włęg, wtrok, wkłąb, odlew, podlew, nyżkiem, wpion... Powtórzyła to jeszcze parę razy. Kiedy ponownie spojrzała na babcię była w stanie przywołać nawet swój zwykły, kpiący uśmieszek. Chwyciła borówkę i zaczęła ją dokładnie oglądać, jakby to było co najmniej dzieło Rafaela Santi, a nie zwykła jagoda.
- Zakładając, że to nie Ty. Zakładając, że to brak kofeiny. Albo nawet, że oszalałam,- co nie byłoby w sumie takie dziwne zważywszy na fakt z kim mieszkam - czy mogłabyś mi powiedzieć co moja podświadomość chce mi powiedzieć, ukazując to? - w plamie, która była sprawcą zamieszania, palcem nakreśliła wzór. Skrupulatne wyczekiwanie na odpowiedź przerwał dźwięk telefonu (Gdyby ktoś ją zapytał jaki to model, powiedziałaby, że ładny. Średnio się interesowała technologią. Ten wybrała dosłownie na zasadzie "podoba mi się" bo przecież i tak ten, jak i poprzednie nie wytrzymają z nią za długo. Nie wiedziała nawet jakie ma opcje prócz tych, które były jej przydatne, odtwarzacz muzyki i dostęp do internetu.)  Lily? No bo chyba nie... Nawet nie było sensu robić sobie nadziei. Cały problem polegał na tym, że ona sama się pojawiła. Złośliwie wykiełkowała, rozkładając z zadowoleniem płatki i złośliwie łechtała wnętrzności. Oblała się rumieńcem na wspomnienie ich ostatniego spotkania. Stanowczo za dużo wtedy powiedziała. Mogłaby to zrzucić na alkohol ale po co? Co się stało, to się nie odstanie i nie było sensu szukać innego winnego, niż ona sama i jej krótki (w tym wypadku) rozumek. Odsunęła telefon dalej od siebie, krzywiąc się przy tym jakby był jadowity, jednak już po chwili jej ręka z powrotem nad nim zawisła. Opanuj się! Nakazała sobie w myślach. Zapomniana borówka pękła w jej palcach, oblepiając je słodkim sokiem. Co się z nią dzieje? Opłukała ręce, bezwiednie dała buziaka Josephine, zgarnęła swoje rzeczy i wyszła. Najpierw usłyszała brzdęk tłuczonego szkła, a potem złośliwy chichot opiekunki. No, oczywiście, że trzasnęła drzwiami! Ale chociaż została sam na sam ze swoim mózgiem. Czyli praktycznie w samotności. Z westchnieniem odblokowała telefon.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

21dimnb.jpg

John Daglas

 

Szyba nie powiedziała nic szczególnego, prócz jednego. Niepokój.

Niepokój to on czuł i bez tego, szyba pogłębiła ten stan. Zrezygnowany usiadł za stołem i wysłuchał słów dziadka. Lekko się zawiódł słysząc, że dziadek nie ma nic szczególnego do powiedzenia. Myślał, że dziadek będzie znał tajemnicę Czarnego Słońca.

Rozczarowany zabrał się za naleśniki z syropem klonowym.

-A może pentagram chroni przed Czarnym Słońcem?- Zastanawiał się głośno, między jednym kęsem a drugim. -Może chroni nas przed czymś, co próbuje się wedrzeć do naszego świat?

Na takich rozmyślaniach i rozmowach minęła większość śniadania.

Były to głośne rozważania na które nie dane było poznać odpowiedzi. Przynajmniej do czasu puki dysponowali tylko rysunkiem na szybie i uczuciem niepokoju.

 

Na dalsze rozmyślania nie było już czasu. Zbliżała się pora wyjścia do szkoły. John wstał od stołu dziękując za posiłek. Szybko opłukał naczynia pod zlewem i złapawszy plecak ruszył do wyjścia.

-Do widzenia dziadku.

Rzuciła przed zamknięciem drzwi. Tuż za progiem wsiadł na rower i spokojnie ruszył w stronę szkoły. Właściwie to nie musiał się spieszyć. Specjalnie wyruszał wcześniej by bez pośpiechu dotrzeć na miejsce. A podczas jazdy miał dość czasu by podziwiać widoki i rozmyślać.

I właśnie dzisiaj kiedy trasa powoli przybierała złotą barwę nie miał głowy by ją podziwiać.

Jego głowę zaprzątały niezbyt wesołe myśli.

Dlaczego to właśnie u nich pojawiło się Czarne Słońce? Dlaczego to duch dziadka a nie jego zwrócił na to zjawisko uwagę? I gdzie właściwie był wtedy jego lis? Czemu i on się nie pokazał?

Na tych i podobnych rozmyślaniach minęła droga do szkoły. Nawet nie zauważył kiedy minął szkolną bramę. Zupełnie bezwiednie zapiął rower w stojaku i ruszył w kierunku wejścia do budynku.

Edytowane przez Swara

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

http://oi68.tinypic.com/2uqkkys.jpg

Lily Cooper

 

Lily szukała, szukała
Ale nigdzie mamy nie znalazła
Chodziła po domu, nasłuchiwała
Jednakże rozmów i szeptów nie słyszała
Gdy trochę zrezygnowana do drzwi się kierowała
Zauważyła, że mama w kuchni się znajdowała
- Czy to magia? - pomyślała
Skoro wcześniej jej  tu nie widziała?
Uśmiechnęła się i podbiegła
A jej mama ciepło ją objęła
Na pytanie rodzicielki
"Czemuś strapiona, bo widzę, że masz problem wielki"
Lily wszystko opowiedziała
To co w ogrodzie widziała
A jej mama miała minę nietęgą
Gdy tego słuchała wcale nie z mitręgą

Lecz wyjaśniła najlepiej jak umiała

Wszystko co o pentagramach wiedziała

A Lily stała i słuchała

Potwierdzając, że rozumie głową kiwała

Apple spytała Lily czy coś jeszcze potrzebuje

I czy na powrót do szkoły po weekendzie się raduje

Córka odpowiedziała twierdząco

I dała swej mamie buziaka w policzek rano

Po czym dziękując jej za daną wiedzę

Powiedziała: będę grzeczna, ale muszę iść, bo za długo siedzę

Po czym wzięła rzeczy swoje

I wyszła z domu aby z nauką toczyć boje

Pożegnała Johnnego i próg domu przekroczyła

Dzierżąc plecak i gitarę wręcz się szczerzyła

Myśląc o spotkaniach

Z Przyjaciółmi w szkolnych korytarzach

A, że jest wcześnie rano

Zdecydowała się spacerem udać do budynku tego

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2nh0pxj.jpg

Markus York 

- Mmm pstrąg.-  Pomyślał Markus, oblizując się na samą myśl o pysznej rybie. Więc nic dziwnego, że wszedł do jadalni z uśmiechem na ustach, pomimo dziwnej pobudki.

- A bardzo dobrze dziadku, choć poranek miałem osobliwy. - Spojrzał na dziennik w jego ręku.

-  Ten dziennik obudził mnie, uderzając o ziemię, ale jestem pewny, że nie miałem go w swoim pokoju, co już jest dziwne, ale najdziwniejsze było to co na nim zobaczyłem, był tam  pewny symbol.-  Zrobił pauzę i zajął miejsce.

-  Był narysowany krwią lub czymś o podobnej konsystencji. -  Mówiąc, nałożył sobie na talerz kawałek pstrąga.

-  Pentagram i coś podobnego do słońca, ale nie jestem pewny, bo tak jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął, zabierając ze sobą szczegóły i hipnotyzujące uczucie. - Zakończył opowiadać i zaczął pałaszować swoje śniadanie, czekając na odpowiedź dziadka, przy okazji zerknął na zegarek z posiadłości do szkoły był kawałek drogi, a Markus nie chciał się spóźnić na zajęcia. 

Edytowane przez Emyrh

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

kcma6b.jpg

Alexander McQueen

 

Alex zawiesił się na chwilę, kiedy jego matka obdarzyła go spojrzeniem. Nie spojrzał jej w oczy, wybrał po prostu jakiś losowy punkt, w którym czuł się bezpieczny. Brak słowa, nie zawsze jest dobrą oznaką, pamiętał – że, tak długo jak szef na Ciebie narzeka, to jeszcze masz szanse, gorzej jak już nic nie mówi.
Popił szybko napojem. Nie odpowiedział od razu na pytanie ojca. Po chwili, kiedy wyszedł z „transu”. Uśmiechnął się w stronę staruszka.


- Skoro… To nie oficjalne pytanie, nie widzę żadnych pieniędzy.  - chłopak zmienił wyraz twarzy 
- Nie są to bliskie mi osoby, ta..Turner, to pamiętam - że zawsze miała przy sobie kamerę. Nasze relacje polegały na tym, że co jakiś czas znajdowałem się w jej obiektywie, i cały czas jej groziłem, że ją za to pozwę… - Uśmiechnął się sam do siebie, nigdy nie miał zamiaru tego zrobić, jednak nie lubił być filmowany. - Tego drugiego, przykro mi, ale nie znam. To jakiś pierwszak? - zapytał wyraźnie zaciekawiony.


Upił znów łyk napoju. Po czym, wreszcie zdecydował się odezwać do matki.


- Mamo… Chciałbym z tobą… porozmawiać. Nie! Chciałbym Ci coś powiedzieć… - był wyraźnie zestresowany. Chodziło to za nim, od kilku dni. 


Złapał głęboki oddech, jak gdyby miał nurkować. 


- Ja… Wiem, że może mieć to spore znaczenie, szczególnie dla Ciebie. Zdaję sobię z tego sprawę… Jednak, ja… ja tego nie chcę. Ja… Po prostu, chcę skończyć szkołę, robić to co robią wszyscy. Mam wrażenie, że, że to… w jakiś sposób, ogranicza. Nie, nie jest to dobre słowo. Eeem nie pasuje? 


Manami postanowiła zaskoczyć syna. 
- Chodziło mi o słowo “dziękuję” - rzekła chłodno - Nie znasz tego słowa? - zapytała 


-Tak to pierwszak - odpowiedział ojciec - W tym roku rozpoczął szkołę i zdaje się, że zapoznał się z Rosalie i być może dlatego razem zniknęli. Nie znamy powodów,  nie mamy poszlak prócz nowego filmowego projektu, który miała w planach zaginiona - powiedział i zrobił krótką przerwę - W tej sprawie mogą też działać jakieś nadnaturalne siły  - dodał i zajął się swoją kawą. 


Manami milczała. Nie odzywała się, nie wykonała nawet drobnego innego gestu dłonią czy po prostu zwykłego westchnięcia. W jej spojrzeniu było coś niepokojącego, coś nienaturalnego. 
Kobieta zachowała spokój.
- Bycie kimś innym niż śmiertelnik cię ogranicza? Ogranicza cię twoja natura czy ja? - zapytała


Nie, nie, nie - wszystko poszło zupełnie inaczej, niż planował. Przełknął ślinę.
- Właśnie o to mi chodzi. Ja, nie mówię, że robisz coś… źle. Mamo, po prostu. - Nie wiedział, jak powinien to ubrać w słowa.  - Ja, ja nie potrafię tak… Ja, nie chcę tego. Po prostu, czuje się oszustem, albo kimś innym. Nie daje mi to spokoju, tak jakbym sam siebie oszukiwał - Miał nadzieję, że wyjaśnia to w miarę logicznie. Kiedy rozmawiał z matką, niemal zawsze zapominał o ojcu.
- Po prostu. Chcę iść spać, wstawać rano, nie chcę widzieć w prostych rzeczach drugiego dna. Chcę jeść z wami obiady, nie myśląc o tym, że jakieś cholerne mutanty, zrobią coś, któremuś z nas. Po prostu… Męczy mnie ta… niepewność.   - Było widać, że jest bardzo zestresowany


Richard w milczeniu przysłuchiwał się rozmowie Alexandra z Manami, która z uwagą słuchała słów syna. 
- W młodości czułam się podobnie jak ty, Aleksandrze. Nie rozumiałam, dlaczego większość niezwykłych przypadków tylko mi się przydarza - rzekła i położyła swoją dłoń na ramieniu chłopaka, a drugą dłonią pogładziła go po policzku - Jesteśmy Kitsune. Jesteśmy długowiecznymi istotami, które chodzą po ziemi i przeżywają żywota innych istot. Patrzymy jak umierają nasi najbliżsi, patrzymy jak czas idzie do przodu, patrzymy jak wszystko się zmienia. My możemy stać w miejscu lub wykonywać krok do przodu. Jesteś Kitsune. Nie zmienisz swojego ducha i nie wyrzekniesz się swojej  prawdziwej natury. Musisz to zaakceptować i stawić czoło przeznaczeniu, ale - w tym momencie, Manami zrobiła krótką przerwę - Ale możesz próbować prowadzić typowe życie nastolatka. Możesz być jak inni. W końcu jesteśmy Kitsune, potrafimy dopasowywać się do lokalnego społeczeństwa. 


- I o to właśnie mi chodzi! Nie rozumiesz, nie chcesz! Nie chodzi, przystosowanie się, czy bawienie się w coś. Nie mogę tego porzucić, wiem! Jednak, jednak… to, to nie jest dobre.


-I nigdy nie będzie dobre. Nigdy nie będziesz szczęśliwy, dopóki tego nie zaakceptujesz. Spróbuj znaleźć równowagę między śmiertelnością, a długowiecznością, neutralny punkt między życiem śmiertelnika, a żywotem lisa - odpowiedziała matka dość tajemniczym tonem głosu, który nie zdradzał nic szczególnego. 
- Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć - wtrącił się ojciec 


Chłopak miał jeszcze gorszy humor, nim zaczął tę rozmowę. 


- Powiem… Powiem to raz, nie chcę, nie chcę więcej o tym wspominać. Chcę, byście przestali oznaczać  tę konkretną część mojego życia. Po prostu… Ja się źle czuję, mogę dzisiaj zostać? - naglę urwał temat.


- W porządku, nie będziemy wspominali o twojej naturze - odpowiedziała matka - Przynajmniej dzisiaj, a jeśli chodzi o szkołę to niech ci będzie, ale na pewno chcesz robić sobie zaległości? Czym się zajmiesz w domu? 
- Może porobić porządki - wtrącił się Richard - Albo zająć się studiowaniem magii lub jakaś praca społeczna znajdzie się w policji. 
- Albo napisze mi w tym momencie kartkówkę z wyrazów i zwrotów, którą mam zrobić za niecałą godzinę lub napisze list do przyjaciela w języku japońskim  - zaproponowała matka i skrzywiła się, gdy dotarły do niej słowa jej męża - Naprawdę, Richard? Chcesz zabrać chłopaka na posterunek?  - zapytała 
- Mamy archiwum do posprzątania. Zajmie mu to przynajmniej pięć godzin - odpowiedział ojciec
- W takim razie popieram ten pomysł - rzuciła matka- Ale wolałabym, abyś poszedł dzisiaj do szkoły - po tych słowach kobieta podeszła do chłopaka i przyłożyła mu swoją dłoń na jego czoło 
- Nie masz gorączki - oznajmiła bardzo oczywistym tonem 

 

Alexander był wyraźnie zawiedziony. 

Wiecie, po prostu... Pójdę... - Wstał od stołu i poszedł się szykować.
 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

xmk0gl.jpg

Maxwell Woodhaven 

 

Słuchał słów siostry i matki. Na odpowiedź tej drugiej od razu zareagował

-Nie. Jestem. Niebezpieczny. To, że nie jestem jak inni, nie znaczy, że chcę ich krzywdzić i jestem do tego zdolny. Po prostu to dla mnie za dużo.

Potem z nadzieją wysłuchał rozwiązań od Elisabeth.

-Na prawdę możesz? 

Podszedł do niej i mocno ją objął.

- Jeśli tak... To ten amulet byłby bardzo przydatny. I już robię to, o co mnie prosisz...

Zawsze koniec końców ulegał i robił, co mu każą. No prawie zawsze, bo zasada ta tyczy się małego grona osób. Zabrał się za krojenie pomidora, a gdy kończył, zaciął się. Ale ze mnie sierota... Odruchowo wsadził palec do ust i podszedł do szafki po plaster. Następnie sprawdził swój telefon, czy może ktoś do niego nie napisał albo coś. Przy okazji postanowił sprawdzić bloga, gdzie zamieszczał swoje prace.

Edytowane przez Obi

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

sziz54.jpg

Arden Usoka

 

Arden podszedł do stołu raźnym krokiem.

- Cześć ojcze, cześć wujku, cześć ciociu. - Uśmiechnął się lekko zwracając się do Ange. - Jajecznica, jeśli to nie problem. A jak zostało trochę tej naturalnej szynki to z chęcią ją wykorzystam. - Mówiąc to usiadł na swoim zwyczajnym miejscu, naprzeciwko Ange. Z zainteresowaniem pochylił się ku Emielowi.

- Rysowanie ze snu, czyżby wizja? Musisz mi to później pokazać, jeszcze nigdy nie widziałem obrazu prawdziwego artysty u samego źródła. - Ostatnie zdanie wypowiedział z lekkim sarkazmem, jednak nie miał zamiaru urazić wujka. Miał zamiar jedynie zobaczyć obraz, a w zasadzie dotknąć go. Kto wie, może uda mu się zobaczyć coś więcej?

- I jak? Nie wiem czy uda mi się to dokończyć. - Powiedział wuj.

Arden wpatrywał się w obraz z fascynacją i narastającą ciekawością. Mimo to nie potrafił ukryć lekkiego niepokoju. Przecież Emiel nie ma żadnych zdolności magicznych, dlaczego przyśniło mi się to samo? Postanowił później zapytać o to ciotkę, ale nie potrafił nawet pomyśleć o mieszaniu w to ojca. Zauważył, że Emiel od dłuższej chwili czeka na odpowiedź, więc oddał mu kartkę.

- Niesamowity obraz. - Zabierając się pomału za posiłek skierował pytanie do państwa Greeg. - Każdy  tak zaczynacie?

Emiel nie był zachwycony swym rysunkiem.

- To… to dopiero początek - powiedział biorąc się wreszcie za posiłek - I nie, nie każdy obraz się tak zaczyna. Jak byłem młodszy to sprcycowałem się pewnymi… - przerwał swoją wypowiedź, gdy napotkał karcące spojrzenie Jasona - Rzeczami - dokończył nieco speszony - One naprawdę mi pomagały przy tworzeniu obrazów. Wystarczy, że coś mi się przyśniło i miałem wenę. WENĘ! - rzekł podniosłym tonem.

- Uspokój się - syknęła ciotka, robiąc przy tym minę oburzonej kotki - Nie musisz tego aż tak przeżywać!

- Kiedy ja na to nic nie poradzę, kochanie - odpowiedział Emiel.

- Kiedy ostatnio była u nas Charlotte? - zapytał Jason i skierował swe spojrzenie na syna.

Arden zamyślił się na chwilę i odpowiedział ojcu spojrzeniem.

- W sobotę. Nie rozumiała ostatniego tematu z matematyki, prosiła, żeby jej to wytłumaczyć. Ciężko było jej wyjaśnić, że to powtórka z tamtego roku, ale jakoś daliśmy radę. Dlaczego pytasz? - Usoka zawzięcie siłował się z jajecznicą, ale nie mógł dokończyć posiłku. Zapewne wydarzenia z ostatniej nocy odcisnęły swoje piętno.

- Pytałem z ciekawości. Zauważyłem, że jesteście ze sobą… - powiedział Jason i zamyślił się szukając odpowiedniego słowa - Blisko - dodał - Słyszałeś o tych zaginionych uczniach? Rosalie Turner i William Porter? W gazecie napisali, że zaginęli w zeszłym tygodniu i ślad po nich zaginął. Podobno policja jest bezradna - rzucił posyłając uważne spojrzenie Angie

- Może popytam kilka osób. - Odpowiedziała kobieta – A jeśli chodzi o Charlotte, to może wpadnie do nas na rodzinny wieczór w piątek? - Zaproponowała ciotka.

W piątek wypadało ognisko w lesie - zakrapiana alkoholem impreza. Oczywiście z rodziny Swiftów wiedział o tym tylko Arden. Usoka rzucił karcące spojrzenie ojcu, jednak wytrzymał tylko pięć sekund.

- Tak to wygląda? Cóż, lubię ją. Ale nie wiem czy jesteśmy aż tak blisko jak uważasz. A o zaginionych uczniach słyszałem, chociaż nie mam z nimi kontaktu. - Odpowiedział z zauważalnym uśmiechem który zniknął wraz z tematem zaginionych uczniów. Przy tym zdaniu zawiesił się przez chwilę. Znał Rosalie i Williama tylko z widzenia, nie przypominał sobie rozmowy z nimi. Mimo to tydzień to kupa czasu, jest możliwe nawet najgorsze. Mam nadzieję, że ojciec nie martwi się tym za bardzo. Gdyby był na czynnej służbie zapewne by się tym zajął. Albo był gdzieś z dala od domu i nawet o tym nie usłyszał… - Arden odrzucił od siebie tą myśl. Nie było sensu myśleć o takich rzeczach. Za to sprawa z ogniskiem… Jego ojciec wiedział, że pije ale wiedział też, że potrafi zachować umiar. A zachowywanie umiaru na takich ogniskach było uznawane za co najmniej lekki brak kultury. Z drugiej strony zależało mu na przyjaciółce i nie zamierzał nie iść na ognisko jeżeli ona tam będzie. Zanotował sobie w pamięci, żeby porozmawiać o tym z Charlotte.

- Muszę porozmawiać z Charlotte, często zdarza się, że gdzieś wyjeżdża. Ale jeśli będzie w Harmony Falls to postaram się ją namówić. - Odpowiedział ciotce. Zresztą w razie czego przesunę spotkanie rodzinne na inny termin. - Dopiero teraz uświadomił sobie, że jak dotąd jego rodzina nie próbowała zapraszać Charlotte na kolacje rodzinne. Ciekawe, czy jego znajomi ze szkoły widzieli ich związek w ten sam sposób?

Ojciec cicho chrząknął i rzucił wymijające spojrzenie na Emiela i Ange, jakby szukał u nich wsparcia.

- Wydawało mi się, że jesteście razem, tworzycie parę - mruknął Jason - Bo gdy chłopak spotyka się z dziewczyną to czasami może chodzić o coś więcej niż zwyczajną pomoc w lekcjach

- Chłopcy też to robią - wtrąciła się ciotka.

- I dziewczyny - dodał Emiel.

- Ale Arden nie jest gejem. Ma kolegów i koleżanki i cieszę się, że spotyka się z Charlotte.

- A czy my mówimy, że jest gejem? - zapytała Ange.

- To, że facet w jego wieku ma sporo koleżanek nie znaczy, że interesuje się swoimi kolegami z drużyny - dodał Emiel.

- Nie bądź taki zamknięty i staroświecki, Jason - mruknęła ciotka.

- Troszkę przesadzasz - odpowiedział ojciec - Pewne opcje trudno jest zaakceptować - dodał i zdecydował się zmienić temat - Uważaj na siebie. Nie chcę aby coś ci się stało, jak tamtym dzieciakom - rzucił.

- Nic mu nie będzie. Umie się obronić. Chodzi na tę swoją krav-coś tam - wtrącił się Emiel

- A jeśli chodzi o Charlotte to spokojnie. Nie spieszy się nam. W ten weekend wyjeżdżam do Nowego Jorku na otwarcie galerii i nie będzie mnie przez kilka dni. Zostaniecie chłopcy sami. Dacie sobie radę? - oznajmiła ciotka

Arden popatrzył kolejno na ojca i wujka po czym uśmiechnął się lekko w stronę ciotki.

- Na pewno. - Postanowił ruszać tematu jego orientacji seksualnej. Zarówno zaprzeczanie jak i dalsze drążenie tematu przyniosłoby odwrotny skutek do zamierzonego. Poza tym… Jego wuj zdecydowanie przesadzał. Z poważnym wyrazem twarzy zwrócił się do ojca. - Będę uważał. A teraz… - Odłożył pusty talerz z jajecznicą - rozmowa jego rodzinki przypominała seans filmowy w kinie na tyle, że potrzebował jakiegoś zamiennika popcornu - i podniósł się z miejsca. - Będę musiał już iść, bo nie zdążę na autobus.

- Udanego dnia - rzekł ojciec.

- Trzymaj się, Arden - rzucił wuj.

- Miłego dnia, kochanie - powiedziała ciotka i ucałowała policzek chłopaka.

Chłopak widział jak pozostali domownicy wstają od stołu i ogarniają kuchnię, a przynajmniej robi to ciotka Ange.

 

 

 

Edytowane przez Tirren47PL

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

23le5qe.jpg

 

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Państwa McQueen

Przedmieścia Harmony Falls

 

 

 

dmqt4z.jpg5l8im0.jpg

Alexander zauważył, że jego kąciki ust jego matki unoszą się ku górze. Uśmiech. Chłopak jej się nie dziwił. Nie dość, że nie potraktowała jego dylematu poważnie to jeszcze nie pozwoliła zostać w domu. Nastolatek usłyszał jak jego ojciec zaczyna cicho pogwizdywać.

Chłopak opuścił kuchnię i zaczął szykować się do wyjścia z domu.

Jego uwagę od sprawdzenia plecaka odwrócił sygnał przychodzącej wiadomości w telefonie. To był news od Logana Bradleya.

 

 

W piątek jest tradycyjne ognisko w lesie. Będziesz obecny?

 

 

 

Krótko i bez zbędnych słów.

Alexandrze, lubisz takie imprezy? Dużo na nich pijesz? Masz coś przeciwko mocno zakrapianym wydarzeniom?

Wkrótce Alxeander został zawołany przez Manami, która zabrała go ze sobą do samochodu. Matka i syn odjechali z podwórza w kierunku centrum miasteczka.

 

 

23le5qe.jpg

 

 

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Josephine De Clare

Skrajj Lasu Fall

 

 

29xdj85.jpg

Jospehine przyglądała się nakreślonemu nieporadnie i niezbyt szczegółowemu wzorowi.

- Ostrzeżenie. To ostrzeżenie dziecko, którego nie powinnaś zignorować. Duchy chcą coś ci przekazać – odpowiedziała poważnym tonem

Staruszka przyjęła buziaka na do widzenia i zajęła się własnymi sprawami.

****

12 Września 2016

Poranek

Podwórko

Dom Josephine De Clare

Skraj Lasu Fall

 

Tego było jej właśnie potrzeba! Świeżego powietrza i zapachu lasu oraz widok zaciekawionej sarenki, która spoglądała na wzburzoną nastolatkę.

Serce Antoinette przyspieszyło, gdy ujrzała nadawcę wiadomości. Morgan Ellis.

 

Czy szanowna panienka, pozwoli mi się zabrać na ognisko odbywające się w ten piątek w lesie Fall?

Będą tańce, drinki i przyjemni ludzie pragnący uroczego towarzystwa panienki. Zapewniam swoją opiekę, dowcip i uwagę. Obiecuję, że nie będę rozglądał się za innymi kobietami czy mężczyznami ;)

 

 

Wiadomość brzmiała oficjalnie, ale również krył się dowcip.

Co zrobisz, Antoinette? Zgodzisz się pójść z Morganem czy spławisz go?

W dobrym nastroju dziewczyna skierowała swe nogi na najbliższy przystanek autobusowy, by stamtąd dostać się busem do centrum miasta. Piętnastominutowy spacer był odpowiednim sposobem na rozbudzenie się i zebranie myśli.

Na ławce, w oczekiwaniu na środek transportu siedziała Stacy Duncan.

 

 

34q38df.jpg

 

Tak, ta zepsuta i nieprzewidywalna dziewczyna nosząca wysokie, ciężkie glany, czarną koszulę z nadrukiem „Smooked Queens”, rozpinany purpurowy sweter oraz czarną krótką spódnicę i obcisłe podkolanówki, właśnie czekała na ten sam bus, co Aintoinette i to nie był jej pierwszy raz.

 - Siema – powiedziała – Jak tam? – zagaiła, zakładając nogę na nogę i zaczęła nią lekko kiwać.

Stacy chodziła na francuski i była w grupie Antoinette, więc widok tej osoby nie zaszokował nastolatki.

 

 

23le5qe.jpg

 

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Państwa Swift

Przedmieścia Harmony Falls

 

Arden wiedział kiedy należy się wycofać z rozmowy, a rozmowy o orientacji seksualnej i randkach oraz sympatiach są czymś w rodzaju ruchomych piasków, które w każdej sekundzie mogą zacząć wciągać w pułapkę.

Nastolatek pożegnał się z domownikami, po czym udał się przygotować do szkoły.

Kilka chwil później opuścił w pośpiechu domostwo i skierował swe kroki na przystanek autobusowy.

Dziesięciominutowy spacer był dobrym sposobem na rozbudzenie się z domowego lenistwa.

Na przystanku stała dziewczyna.

i3avb8.jpg

 

 

Fujino Mami. Trochę nieśmiała i często stresująca się dziewczyna, która zaczynała się jąkać.

Ubrana w czarną skórzaną kurtkę pod którą się krył czerwona koszula z długim rękawem w kratę oraz tego samego koloru i wzoru spódniczka sięgająca zaledwie do kolan.  Całość stroju dopełniały białe szare podkolanówki i brązowe kabaretki. Usoka dostrzegł też dziwaczny pas składający się z metalowych części, które w jakiś sposób musiały byś połączone ze sobą

- O, Arden – powiedziała zerkając na chłopaka – C-cześć – przywitała się i nieśmiało się uśmiechnęła.

Fujino chodziła na japoński i jej widok na przystanku nie był zaskoczeniem.

 

 

23le5qe.jpg

 

 

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Państwa Fusion

Centrum Harmony Falls

 

 

- No cóż, może będzie jeszcze okazja, byś się z nimi zdążyła zapoznać – odparł Javier – Pewnie do waszej szkoły wpadnie policja, by zapytać o zaginionych. Odpowiadaj tylko zgodnie z prawdą – mruknął mężczyzna i uśmiechnął się do swej latorośli.

SMS był oczywiście od Azaleei

 

 

W piątek jest impreza- ognisko w lesie Fall! Postaraj się, aby starzy cię wypuścili!

Będzie alkohol, fajni chłopcy i dobra muza. Nie nawal.

Pogadamy jeszcze o tym szkole. Strzała

 

 

Impreza. Co o takich wydarzeniach sądzisz, Fabienne? Lubisz takie okoliczności? Pijesz alkohol na takich zebraniach? Wybierzesz się

Nastolatka mogła w spokoju zjeść śniadanie. Nie musiała się spieszyć jak większość jej rówieśników. Mieszkanie w centrum miasta miało swój urok. Niewielka odległość dzieliła młodą Francuzkę od centrum miejscowej edukacji.

Kilka chwil później, Fabienne mogła spakować się i ruszyć do szkoły.

 

 

 

 

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Codego Daglasa

Skraj Lasu Huntest

 

2i24vhx.jpg

- Wszystko jest możliwe, John, wszystko jest możliwe – odpowiedział Cody – Obawiam się, że wkrótce poznasz odpowiedź na twe pytania. Uważaj dzisiaj na siebie, bowiem takie ostrzeżenie o poranku nie wróży niczego dobrego – mruknął dziadek – Daj mi znać, kiedy będziesz wracał do domu. Postaram się wrócić na czas, a tymczasem udam się do mojej przyjaciółki, która wykłada na miejscowym uniwersytecie. Dobrego dnia – pożegnał się mężczyzna

Zamyślony i zaintrygowany całą tą sytuacją, John spakował swoje rzeczy i wyruszył do szkoły.

Ciekawe, co go dzisiaj spotka?

Droga do centrum miasta przebiegła bezpiecznie. Nastolatka nic złego nie spotkało.

 

 

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Łazienka

Dom Państwa Akagi

Przedmieścia

 

15z1849.jpg

- Niedługo poznasz odpowiedź – powiedziała blondynka w odbiciu lustra

Konomi miała nadzieję, że ból z powodu odniesionej rany wkrótce zniknie, ale tak też się nie stało.

Sparaliżowaną niepokojem i bólem dłoni, nastolatkę odnalazła jej starsza siostra, Karmen.

2cpe3i0.jpg

- Co ci się stało? - zapytała przerażona  dziewczyna  - Skąd ta krew? Co tu się wyprawia, Konomi? Jak mogłaś się tak okaleczyć? – dopytywała

Konomi widziała w jej oczach narastający strach i zrozumienie.

Karmen natychmiast otworzyła szafkę z lekami i zaczęła szukać bandaży oraz utlenionej wody.

- Może jakoś ku temu zaradzimy, a ty podnoś mi się i opowiadaj, co ci się tu wydarzyło – mruknęła panna Akagi

 

 

 

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Przedmieścia

 

Przy porannym słońcu Lily Cooper przemierzała przedmieścia kierując się do centrum miasteczka. Dziewczyna mijała zadbane, jednorodzinne domy z przystrzyżonymi trawnikami i spoglądała na strażników posiadłości. Niektóre psy reagowały głośnym szczekaniem, a inne zamerdały ogonem. Z jednego domku wychodziła dziewczyna o Azjatyckiej urodzie i drobnej budowie ciała.

2d77eig.jpg

Ciemnowłosa i ciemnooka dziewczyna ubrana w bluzę z kapturem i szary dres wyglądała jakby zbierała się na poranny jogging.

- Hej ty! Mam do ciebie sprawę! – przywitała się nieznajoma – Szukam pewnego sklepu, gdzie mogę nabyć zioła. Potrzebuję korzenia mandragory, melisy, werbeny, szałwię. Znasz może jakiś przybytek, gdzie mogłabym to nabyć? – zapytała z troską – Mój tato źle się czuje i chciałam zrobić mu naparu – dodała  

 

 23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Jadalnia

Posiadłość Yorków

Wschodnie Przedmieścia

 

 

Leonard chwycił od chłopaka dziennik i zaczął mu się przyglądać. Spojrzenie starszego mężczyzny zostało utkwione na sylwetce Markusa. Nastolatek wiedział, że jego pradziad uważnie go słuchał.

- Dziennik, który nigdy tu nie był – mruknął pod nosem – Tajemniczy symbol o konsystencji krwi lub czymś podobnym – dodał po chwili

Mężczyzna oddał dziennik i kontynuował w spokoju posiłek

- To rodzaj wiadomości, ostrzeżenia o nadchodzącym zagrożeniu – rzekł w końcu – Chciałbym, abyś na siebie dzisiejszego dnia na siebie uważał. Nie lekceważ wszelkich znaków, które pojawią się na twojej drodze, a ja zbadam ten znak. Dobrego dnia – pożegnał się Abraham pozwalając Markusowi odejść od stołu i przygotować się do wyjścia do szkoły.

 

 

23le5qe.jpg

12 Września 2016

Poranek

Kuchnia

Dom Państwa Woodhaven

Przedmieścia

 

 

 

2z57hwg.jpg

- Oczywiście – odpowiedziała – Dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych – po tych słowach cicho zachichotała – Są tylko rzeczy nie do przeskoczenia.

Elisabeth objęła Maxa i poklepała go lekko po plecach

- Nie bój się, tylko załatw mi tu czarny cyjanit, a wszystko będzie dobrze – mruknęła

Chłopak  chwycił za swój telefon  i ujrzał nieprzeczytaną wiadomość. To był Blake Gardner

 

 

W piątek nie pokażę się na ognisku. Moi rodzice chcą abym pojechał do chorej babci, bym zaniósł jej jakieś leki i konfitury. Czy ja jestem czerwonym kapturkiem? :P

 

 

Z kolei na blogu pojawiło się kilka pochlebnych komentarzy oraz kilka pozytywnych ocen.

Super rysujesz <3

Sam bym chciał tak rysować

Kiedy będzie coś ostrego?

Eeee, rysujesz jak pięcioletnie dziecko

Czekam na cycki i dupeczki!

A kiedy jakieś penisy?!

 

 

 

- Ej, Braciak, tylko nie wpadnij w ten ekran – zażartowała siostra

 

 

23le5qe.jpg

 

 

12 Września 2016

Godzina 7: 25

Klasa 207

Szkoła

Centrum Harmony Falls

 

 

Miesząca się na drugim piętrze budynku, pracownia 207 była salą języka japońskiego, która znajdowała się pod opieką pani Manami McQueen i pana Mase Buncho. Arden Usoka, Alexander McQueen, John Daglas, Konomi Akagi i Stanley Jensen znajdowali się pod opieką matki Alexandra.

 

dmqt4z.jpg

Pani Manami McQueen była bardzo wymagającą nauczycielką. Aby dostać u niej przynajmniej „B” trzeba było się o wiele bardziej postarać i wykazać się dodatkową wiedzą na temat danego zagadnienia. Alexander nie mógł tu nic zdziałać, jeśli chodziło o przesunięcie terminu klasówki czy wypracowania

- To słabość, a osoba w twoim wieku nie powinna być słaba. To nie wypada. Jak się nie nauczyłeś to musisz ponieść tego gorzkie konsekwencje – odpowiadała za każdym razem, gdy ktoś chciał przesunąć termin zapowiedzianej pracy klasowej – Mogę od razu wstawić ci „E”, jeśli chcesz – mruknęła

To wystarczyło, by Chiyo Chang zalewała się łzami, a Arai Yurissa na przerwie pocieszała biedną przyjaciółkę, zaś Moriyama Kutinaro potrafił narzekać na nauczycielkę przez cały dzień.

 

 

 i3avb8.jpg 2rx8weg.jpg34qw968.jpg21ay6fk.jpg2n74nk6.jpg

 

Fujino Mami, nieśmiała i jąkająca się dziewczyna, która zazwyczaj zajmowała miejsce przy ścianie, zakręcona Akae Tazu wybrała oczywiście środkowy rząd.  Ćwicząca kenjutsu, Azariah Lamb zajęła ostatnie miejsce i przyglądała się swym notatkom w zeszycie. Chiba Chiyuri jako buntowniczka z lekceważeniem spoglądała na zegar zawieszony na ścianie, a Chiyo Chang strzepywała paproch z swej białej, nieskazitelnej koszuli z długim rękawem.

 

 28ajdhd.jpgop1tus.jpg

Kaneshiro Yasouka, chwalił się siedzącą za nim Maremi Takaharze genialną transakcją.

- Mówię ci Maremi, ten burak kupił odpowiedzi z ostatniej kartkówki z biologii i to tylko jednego rzędu. Zarobiłem 10 dolarów, bo powiedziałem, że nie łatwo było je zdobyć – mruknął

- Nie boisz się, że połamie ci ręce?

- Niee, jest za głupi, by załapać o co chodzi. Biznes to biznes, a on liczy na fart, że będzie miał ten sam rząd, co ja – rzekł Kaneshiro

- A co z tej kartkówki dostałeś? – zapytała Maremi

- „B -”  - odparł ciut zawiedziony

 

 

wrba7d.jpg2s9qbfm.jpgx5xl69.jpg

 

Siedzący nieco dalej od ich miejsc, Moriyama Kutinaro i Yoshikiro Tanaka oraz Yuno Kurizoki rozprawiali o sposobie na podrywanie dziewcząt.

- Mówię wam chłopaki, dzięki temu tekstowi każda niunia będzie jadła wam z ręki – powiedział Moriyama – Kilka słodziutkich szeptów wystarczy, by lasie miały mokro w majtkach, a ja w ten weekend porządnie zaliczę i to nie raz.

- Do tej pory nie wychodziło ci to – zauważył Yuno – Dalej jesteś prawiczkiem

- Bo… bo ostatnio nie miałem passy. Wiecie, kiedyś dobiorę się do majtek Daisy

- A nie chcesz się zająć Konomi? – zapytał – Daisy to za wysoka liga jak Asari z Mass Effect – wtrącił się Yoshikiro – Lepiej jest walczyć ze swoją ligą

-  Ale te z wyższej smakują bardziej jak są doświadczone i wiedzą, co zrobić facetowi by poczuł się jak w niebie – odparł Moriyama – A Konomi? – zerknął na dziewczynę – Jeszcze się z nią umówię. Zobaczycie i to na ognisku.

- Pierdolisz – syknął cicho Yuno

 

Uczniowie mieli jeszcze dla siebie pięć minut nim rozpocznie się pierwsza lekcja. Alexandrze, Ardenie, Konomi, Johnie, Stanleyu, jak wykorzystujecie ten czas?

 

 

23le5qe.jpg

 

 

12 Września 2016

Godzina 7: 25

Klasa 109

Szkoła

Centrum Harmony Falls

 

 

Antoinette De Clare, Fabienne Fusion i Lily Cooper poznały się na zajęciach języka francuskiego, na które razem uczęszczały. Lekcje odbywały się w pracowni 109, która była kolejną klasą językową. Znajdowały się tu ławki, krzesła i przede wszystkim pomoce dydaktyczne w postaci plansz z odmianami niektórych czasowników.

W grupie znajdowało się kilka dziewcząt i chłopców.

 

 

2comzo5.jpg34q38df.jpg

 

Lily Valentine czytała notatki dotyczące ostatniej lekcji. Dziewczyna uniosła głowę i uśmiechnęła się, gdy ujrzała swoją przyjaciółkę w towarzystwie dwóch innych blondynek, zaś Stacy Duncan zajęła ostatnią ławkę i położyła na niej swoje nogi w ciężkich glanach.

 

 

2ldu8fd.jpg13yqck8.jpgqswrdl.jpg

 

Eliott Marshall spoglądał na szybę tęsknym wzrokiem i rozmyślał intensywnie nad czymś, co wcale nie musiało być powiązane z bieżącą lekcją, a siedzący nieco dalej Theo Evans pisał coś w jakimś oprawionym skórą notatniku. Podobnymi czynnościami zajmowała się również Isabell Matthews.

 

 

jzw6k6.jpg 2a69uhe.jpg

 

Amber Woods i Arielle Fisher rozmawiały ze sobą.

- To co myślisz o tej imprezie w lesie? – zapytała Arielle

- Nie wiem. Jakoś uważam, że nie pasuję do towarzystwa upijających się ludzi

- Też tak sądzę, ale może powinnyśmy się wybrać, co? Trzeba czasami korzystać z życia niż siedzieć w czterech ścianach?

- A jeśli coś nam się stanie?

- Oj, nie możesz się wszystkiego bać, wyluzuj się, a uwierz mi, że będzie dobrze. Poznasz jakiegoś chłopaka i potańczysz z nim trochę. Nic więcej

- Myślisz?

- Oczywiście, a jak nie wpadniemy na Daisy to wszystko będzie dobrze i nic nie zepsuje nam nastroju

- Pewnie. Okej, chętnie z tobą pójdę, jeśli nie masz innych planów

- Nie, nie mam, także jesteśmy już umówione.

 

Z kolei przy najbliższych ławkach siedziała trójka chłopców.

dndezn.jpgsl2wdx.jpg255uz54.jpg

 

Daniel Wells opowiadał o nowej marynarce jaką ostatnią zakupił. Zaangażowany Eli Mccoy słuchał uważnie słów swojego kolegi, a Elis Woods wyglądał na znudzonego tymi doniesieniami.

- Jest klasyczna, elegancka i mogę w niej chodzić w szkole – powiedział z zachwytem Daniel

- Myślisz, że powinienem sobie taką sprawić? – zapytał Eli

- Oczywiście, Eli. Będziesz w niej wyglądał dostojniej – zapiszczał Daniel

- Elis? – zapytał Eli

- Rób jak uważasz – odparł Elis, który wstał i postanowił przywitać się z Lily Cooper – Hej, Lily, co tam u ciebie? – zapytał

 

 

 

 

2hydpi8.jpg2gv7akw.jpg

 

Emery Reed siłował się na rękę z Ethanem Specnerem. Drugi chłopak zdecydowanie miał przewagę w tych siłowych zmaganiach. Obaj chłopcy mieli skupione spojrzenie i żaden nie odwracał wzroku od swego rywala.

W końcu Ethan wygrał.

- Brawo – skwitował Emery – Okazałeś się lepszy, ale następnym razem cię pokonam.

- Chętnie to zobaczę, Reed – mruknął Specner uśmiechając się do kolegi.

 

 

2w3t4sy.jpg

 

Wszyscy wiedzieli, że grupę uczy pani Margaret Marks, która była „spoko babką”. Cierpliwa, nie humorzasta, z pasją prowadziła swoje lekcje oraz  nigdy nie krzyczała na swych uczniów.

Zawsze potrafiła znaleźć jakieś plusy w pracy klasowej wybranego ucznia.

 

 

Nauczycielki jeszcze nie było, a uczennice i uczniowie mieli jeszcze 5 minut do swojej dyspozycji.

 

 

23le5qe.jpg

 

 

 

 

12 Września 2016

Godzina 7: 25

Klasa 108

Szkoła

Centrum Harmony Falls

 

 

W pracowni numer 108  odbywały się zajęcia języka hiszpańskiego, na które uczęszczał Markus York .

Chłopak miał jeszcze pięć minut by zająć swoje miejsce i przygotować się do nadchodzących zajęć. Jego grupa liczyła piętnaście osób, a wśród nich była

ngui46.jpg

Oczywiście  to była Aviana Evans, która uśmiechnęła się do chłopaka i pomachała mu dłonią, po czym zajęła się przeglądaniem notatek.

 

 

2ikbgxk.jpg5jtojb.jpg

Isla Cook i Jean Ruben chichotały i szeptały między sobą. Obie uśmiechnęły się do Markusa i zatrzepotały rzęsami, a właściwie zrobiła to pierwsza z dziewcząt licząc, że ten gest zwróci uwagę Yorka.

 

 

m9oz9t.jpg

 

 

Na ostatnim miejscu w klasie siedział jak zwykle Jessie Aguirre, który czytał ostatnie notatki, które sporządził przy pomocy Markusa. Chłopak cicho coś dukał pod nosem i zawiesił swe intensywne spojrzenie na wchodzącego kolegę do klasy.

 

 

29f5dp2.jpg2njzewg.jpg

 

 

Jolene Kiney jak zwykle wyglądała na przemęczoną. Nienaturalnie blada, nieuśmiechnięta wyglądała dość niepokojąco. Siedząca bliżej niej,  jej imienniczka, Jolene Giles czytała mity i legendy o pochodzeniu elfów i tylko sprawdzała czy nie zbliża się nauczyciel.

 

 

28tx20k.jpg 20jk9y0.jpg

 

 

Kyra Wilder, jak zwykle przygotowana do lekcji wpatrywała się w zegar. Dziewczyna cały czas sprawdzała czy wszystko ma w zasięgu dłoni. Markus widział, że jego koleżanka nie mogła się doczekać zajęć.

Siedząca za  szkolną prymuską, Laney Murphy miała na głowie opaskę w kształcie kocich uszek, które przyczesywała niczym prawdziwy kot. Uśmiechała się pod nosem i wolną dłonią bębniła paznokciami o blat ławki.

Spojrzenie Leah Gibson było utkwione w trzymanym przez dziewczynę niewielkim, okrągłym, płaskim lusterku.  Nastolatka właśnie poprawiła rzęsy przy pomocy tuszu i szczoteczki.

 

 

whmovc.jpg

Logan Bradley otworzył podręcznik i zaczął go wertować, a następnie zatrzymał się na losowej stronie. Chłopak sprawdzał swoją komórkę i wystukiwał klawisze.

 

 

sayxj9.jpg29qjrrm.jpg

Maliyah Lloyd uzupełniała pracę domową w swym zeszycie, a Margarett Russo była zajęta wyjmowaniem podręcznika i zeszytu z swojej torby.

- Cześć, Markus – przywitała się Margarett

 

 

28jfywi.jpg b87o0o.jpg

Uwielbiająca mrok i nieprzyzwoite zagrania, Silvia Bryant malowała czarnym lakierem swe długie paznokcie i przyglądała się im. Ta nastolatka zawsze zajmowała ostatnie miejsce w klasie, a Willow Wells, trenująca z zapałem łucznictwo i sztuki walki, czytała coś w podręczniku i nie przejmowała się tym, co robi jej koleżanka.

svrxwm.jpg

Tą różnorodną grupą opiekował się pan Javier Jefferson – osoba ambitna, wymagająca i wiedząca co robi. Jefferson miał w sobie niewytłumaczalną charyzmę, która inspirowała uczniów. Z pasją w głosie opowiadał o różnych ciekawostkach i tłumaczył zawirowane zagadnienia czy pojęcia.

Niektóre uczennice nie mogły oderwać wzroku od pana Jeffersona.

Markus miał jeszcze pięć minut, które mógł spokojnie wykorzystać.

 

 

 

 

23le5qe.jpg

 

 

 

 

12 Września 2016

Godzina 7: 25

Parter

Szkoła

Centrum Harmony Falls

 

 

Maxwell Woodhaven przekroczył próg drzwi wejściowych. Hol szkolny prowadził go do schodów na pierwsze piętro oraz pobliską szatnię mieszczącą się tuż przy samym wejściu. Naprzeciwko drzwi do szatni znajdował się dobrze wyposażony sklepik szkolny i automat z przekąskami.

Korytarz prowadzący do schodów dzielił się  również na dwa odłamy. Pierwszy korytarz prowadził do drzwi na boisko i biblioteki, a drugi do młodzieżowego klubu i niedużej, wydzielonej szklarni oraz kanciapy  sprzątaczek oraz przejścia do szkolnej stołówki.

15ozfnr.jpg

Przy automacie z przekąskami stał oczywiście Blake Gardner. Chłopak uderzył pięścią w blaszaną ściankę maszyny.

- Dajesz, dajesz! – mruczał głośno pod nosem – Nie chcę byś mi zżarła tego dolara. Oddawaj batonika, albo spotka cię ostry łomot – po tych słowach Gardner odwrócił się w kierunku drzwi wejściowych – O to ty – przywitał się i odszedł od maszyny – Co za  ...–  powiedział, ale nie dokończył myśli. Blake westchnął z rezygnacją.

- Idziemy się poszwendać czy popatrzymy na trenujące cheerleaderki? – zaproponował Maxowi

Edytowane przez Obi

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

27zdn2s.jpg

 

Fabienne Fusion

 

 

-Może - odparła beznamiętnie Francuzka odbierając komórkę. Przeczytała wiadomość w myślach i chciała jej szybko odpisać, ale zrobi to jak będzie się pakowała do szkoły.

-To, oczywiste tatko, że będę mówić całą prawdę i tylko prawdę - rzekła blondynka i dokończyła śniadanie i poszła na górę do swego pokoju, by spakować się do szkoły.

-Dobra co my tam mamy na poniedziałek do szkoły - powiedziała, gdy znalazła się już w pokoju.

Język Francuski, Biologia, Matematyka, WF, Literatura, Ekonomia, Chemia, Fizyka i pójdziemy sobie dziś na dodatkowe zajęcia czyli do szkółki piłkarskiej - w myślach mówiła sobie plan na dzisiejszy dzień. Ok, teraz trzeba było jakoś wyglądać. Weszła do łazienki i przemyła twarz letniawą wodą i zmoczyła sobie włosy, bo wyglądała jak czupiradło. Ach krótkie włosy jednak potrafią denerwować, może sobie zapuści na nieco dłuższe.

TO JUŻ TA GODZINA!!! - zdziwiła się Fabinka, gdy kończyła myć ząbki. Ubrała się w ciemnoczerwony cienki sweterek do tego jasnożółte cienkie spodnie ¾ i butki na lekkim obcasie. Pomalowała usta matową szminką czerwoną plus machnęła rzęsy, była gotowa. Schodziła po schodach sprawdzając stan baterii w komórce, a ta pokazywała 89% hm jest dobrze, ale nie tak dobrze jak mogłoby być.

-Ok tatko i mamusiu idę do szkoły, także będę dziś później, bo mam dodatkowe zajęcia - powiedziała i wyszła z domostwa. Na dworze chyba nie zapowiadało się, że będzie padać tak, więc szła dosyć szybkim krokiem na autobus, gdzieś po drodze w jakimś kiosku kupiła bilet na niego. Dotarła na przystanek, wiatr lekko muskał jej włosy i łaskotał skórę, czekała na żółty pojazd. Mogła teraz wreszcie przeczytać i odpisać na wiadomość od Azalei.

 

“Cześka Azi. Nie wiem czy pójdę nie lubię takich imprez, bo zazwyczaj kiepsko się bawię, albo atmosfera jest jak na pogrzebie. Postaram się być, ale niczego nie obiecuję.

Do zobaczenia w szkole.”

 

Po czym kliknęła wyślij do Azalea Mendez i poszło. Schowała telefon pod sweterkiem, gdyż miała go zawieszonego na smyczy i w futerale z Hello Kitty. Fabienne nie chadza na takie imprezy dla dupków, bez urazy, ale po prostu ją to nie kręci, sama była na dwóch czy trzech potańcówkach, ale było raptem dosłownie może z pięć osób, więc jakoś tak się zraziła do wychodzenia do klubów. Nie tyka alkoholu, może z wyjątkiem bezalkoholowych napitków, typu Cola czy Pepsi. Czy się wybierze, prawdopodobnie, a raczej pewne, że sobie odpuści tą błazenadę. Szkolne imprezki ją nie kręcą. Autobus wreszcie przyjechał i zajęła miejsce pod oknem, tak szybko by nikt jej nie zajął. Drzwi się zamknęły i maszyna ruszyła.

Po kilkudziesięciu minutach była już na miejscu. Ach nie ma to jak szkoła o poranku, lubiła się uczyć tego nie można było jej odmówić, w końcu umysł ścisłowca sam się nie zrobił. Na pierwszej lekcji języka ojczystego Fabienne poznała dwie dziewoje, które akurat chodziły na tą samą lekcję co Francuzka. Miło było ujrzeć nowe twarze. Szła korytarzami by wejść do sali oznaczonej numerem 109. Wystrój tak to wystrój, niczego sobie sala, pewnie bardziej od sali wzrok przykuwała sama Fusion tymi jaskrawymi spodniami. Rozejrzała się po sali i wypatrywała Azalei, która chciała się spotkać i obgadać sprawę imprezy w lesie. Przechodząc koło Amber Woods i Gabrielle Fisher tylko się uśmiechnęła słysząc Amber, która tak jak i sama Fabienne chyba nie lubiła tego typu imprez. Tylko na chwilkę spojrzała w jej stronę, by przenieść wzrok na Theo Evansa, który coś skrobał w zeszycie. Zajęła swoje ulubione miejsce na przodzie sali, gdyż miała słaby wzrok, ale plus był tego, że jak inni odpowiadali na sali to ta nawet jakby podniosła rękę i tak by tego nikt nie widział, co dawało jej szansę na wymigiwanie się od ewentualnej odpowiedzi. W pierwszych ławkach jacyś faceci rozmawiali o garniturach co zupełnie nie pasowało w guście Fabinki. Natomiast, gdzieś dalej dwóch cwaniaczków się siłowało na rękę, więc po cichu się odwróciła i “kibicowała” Ethanowi.

Dajesz, dajesz - pomyślała i trzymała kciuki za bardziej umięśnionego typa. Jak się okazało to Ethan wygrał Tak! - krzyknęła w myślach Francuska. Miała jeszcze pięć minut, więc mogła sobie z kimś pogawędzić, ale na razie zachowała milczenie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

21kf97n.jpg

Antoinette De Clare

 

Odczytała wiadomość i poczuła jak kolana jej miękną. Oparła się o ścianę domu z otwartymi ustami wpatrując się w jej treść. Czy to żart? Nie chyba nie. Mimo jej ostatniej wpadki dalej chciał z nią gadać! Ba, gadać! Zaprosił ją na ognisko! Na jej twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
- No proszę, proszę. Czyżby jakiś chłopiec? Do mnie się tak nie szczerzysz. - Z okna w kuchni wpatrywała się w nią, Josephine. W tym momencie nawet nie próbowała się złościć na staruszkę. Nic nie mogło jej zepsuć humoru. Przesłała babci buziaka i ruszyła do szkoły. Była zbyt rozkojarzona żeby wsiadać za kierownice więc skierowała się w stronę przystanku. Czy tu zawsze było tak ładnie? Słońce przyjemnie grzało więc podwinęła rękawy koszuli. Czy powinna się zgodzić? Tak! Wszystko w niej krzyczało, że dalsze zastanawianie się nie ma w ogóle sensu.

- "Love me, love me! Say that you love me!" - Zanuciła, obracając się wokół własnej osi. Tylko co mu odpisać? Lilka będzie wiedziała. Jej przyjaciółka była mistrzem zdawkowych wypowiedzi, na pewno wymyśli coś lepszego niż "TAK!", które wystukałyby jej zdradzieckie palce. W końcu powiedział, że nie będzie się rozglądał za innymi kobietami.

- Nie tym razem kochana - z satysfakcją pomyślała, przypominając sobie blondynkę z ostatniego ogniska, które może jednak nie skończyło się aż tak fatalnie jak się jej wydawało. Dalej nucąc pod nosem, tanecznym krokiem pokonała resztę drogi. Już z daleka zauważyła kiwający się do rytmu glan. Ale nawet Stacy i jej dziwaczne teksty nie zepsują jej dzisiaj humoru. Chociaż z drugiej strony strzeżonego, ktoś tam strzeże. Więc Antoinette spróbowała chyłkiem przemknąć się niezauważona. Jak się okazało niezbyt skutecznie bo jej plecy dobiegł głos dziewczyny. Teraz nie było już wyjścia. Odrzuciła włosy do tyłu i przybrała swój zwykły znudzony wyraz twarzy. Nie miała ochoty wdawać się w dyskusje z tą dziewczyną. Skinęła jej ręką.
- Doskonale. Dziękuję. - Ucięła, nie zaszczycając dziewczyny dłuższym spojrzeniem. Wyjęła słuchawki i wcisnęła play na odtwarzaczu. Jak tylko usłyszała pierwsze nuty The Cardigans całą siłą woli musiała powstrzymywać się przed głupim uśmiechem, który za wszelką cenę chciał wcisnąć się na jej twarz. Gdziekolwiek po drodze zgubiła mózg, lepiej by było gdyby zechciał wrócić. Chyba. A zresztą "Love me...". W autobusie szybko zajęła miejsce przy jakiejś staruszce żeby Stacy nie przyszło do głowy siadać koło niej. Farmony Falls było ładnym miejscem. Rychło w czas to zauważyła. Drzewo. Ładne drzewo. Jeszcze ładniejsze drzewo. Jaki świat jest kurwa piękny! Z ulgą powitała koniec podróży. Gdyby miała potrwać jeszcze choćby pięć minut wywierciłaby dziurę w siedzeniu. Wypadła z autobusu jako pierwsza. Rozejrzała się, ale w tłumie uczniów nie zauważyła specyficznej garderoby przyjaciółki. Za to jej uwagę zwrócił zielony pokrowiec na gitarę w kwiaty, rytmicznie obijający tyłek drobnej blondynki.
- Kwiatuszku! - krzyknęła chcąc zwrócić na siebie jej uwagę i nie czekając na reakcję dziewczyny podbiegła do niej, rzucając się jej na szyje. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2utokk1.jpg  2cpe3i0.jpg

Akagi Konomi & Akagi Karmen

 

- Niedługo poznasz odpowiedź – powiedziała blondynka w odbiciu lustra

Konomi miała nadzieję, że ból z powodu odniesionej rany wkrótce zniknie, ale tak też się nie stało.

Sparaliżowaną niepokojem i bólem dłoni, nastolatkę odnalazła jej starsza siostra, Karmen.

- Co ci się stało? - zapytała przerażona  dziewczyna  - Skąd ta krew? Co tu się wyprawia, Konomi? Jak mogłaś się tak okaleczyć? – dopytywała

Konomi widziała w jej oczach narastający strach i zrozumienie.

Karmen natychmiast otworzyła szafkę z lekami i zaczęła szukać bandaży oraz utlenionej wody.

- Może jakoś ku temu zaradzimy, a ty podnoś mi się i opowiadaj, co ci się tu wydarzyło – mruknęła panna Akagi

 

-Karmen… Ja… Boli… - mamlała spazmatycznie między chaotycznymi oddechami i kolejnymi strugami łez, pokazując zakrwawioną dłoń siostrze. Bolało okropnie. Wyrywanie zęba to przy tym był mały pikuś. Praktycznie nie czuła całego ramienia, tylko dlatego że widziała ruch, wiedziała że wciąż może ruszać dłonią. A widok faktycznie był paskudny. Krew skapywała dość obficie na podłogę, sącząc się z krzywego symbolu. Dzięki pomocy siostry udało jej się podnieść, aczkolwiek nogi nadal jej się trzęsły na tyle, że gdyby nie przysiadła sobie na czymś, czego nawet nie zarejestrowała bo miała ważniejsze rzeczy na głowie, prawdopodobnie by znowu znalazła się na podłodze. Mogła spróbować magią zatrzymać krwawienie ale… Chyba wszyscy rozumiemy że w takiej sytuacji nie każdy potrafi zachować całkowitą poczytalność, nie wspominając o koncentracji wystarczającej na rzucenie czaru.

-Karmen… Boli… Słabo mi… Jakiś duch się pojawił w lustrze... wyrył mi to nożem na dłoni… Jak ja teraz wyglądam, co? - zamartwiała się, plecąc co jej przychodziło na myśl, patrząc na skąpaną w szkarłatnej cieczy dłoni.

 

Karmen spojrzała na młodszą siostrę ze współczuciem widocznym na twarzy. Podeszła do niej, gdy tylko chwyciła bandaże i butelkę z wodą utlenioną.

- Wiem, że boli, bo paskudnie to wygląda - powiedziała biorąc delikatnie dłoń dziewczyny i zaczęła oględziny.

Starsza siostra była zaskoczona widokiem blizny jaką zastała.

-Pierwszy raz coś takiego widzę - przyznała przed młodszą Akagi - To chyba jakiś symbol - mruknęła - Poprawimy makijaż, wytrzemy tą zapłakaną buźkę i zajmiemy się raną - rzekła pocieszającym tonem i pomasowała ramię siostry.

- Bierzmy się do dzieła - rzekła

Karmen nie powiedziała, że ten zabieg będzie bezbolesny. Gdy tylko pierwsze krople wody utlenionej zetknęły się z wrażliwą skórą, Konomi poczuła silne pieczenie, a łzy znów zebrały się w oczach nastolatki. Po chwili do rany został przyłożony pocięty bandaż, a kolejna dłuższa część została przeznaczona na dokończenie opatrunku.

Karmen cierpliwie owijała dłoń młodszej siostry.

- Duch - powtórzyła Karmen - Jak wyglądał? - zapytała 

 

Młodsza jęknęła przeciągle, z cicha gdy Karmen złapała ją za dłoń. Nie do końca było wiadomo czy faktycznie ból się nasilił przy tym chwycie, czy skoro bolało ją całe ramię a ból rozchodził się dalej po ciele, po prostu nie udała asekuracyjnie, ot tak z przyzwyczajenia że przy takim czymś boli. Na szybką diagnozę pokiwała smutno, przyczyniając się do zwiększenia wilgotności w powietrzu pomiędzy kolejnymi oddechami. Słysząc ciepły, pocieszający głos pokiwała energicznie, aprobując chęć naprawienia się wizerunku.

-Ale spóźnisz się do szkoły… Tata będzie na Ciebie zły… - wymamrotała jakby nie zdając sobie do końca sprawy z dziury w dłoni a jednak ciągle wiedząc że ona tam jest z powodu dyskomfortu jaki doświadczała. Widząc zbliżającą się wodę utlenioną, słysząc obwieszczenie siostry i mając w głowie co się działo jak na drobne skaleczenie polało się wody utlenionej, jakiś przebłysk świadomości ujrzał światło dzienne w postaci paniki.

-Nie, nie! Czekaj Karmen, czekaj nie jestem gooo… *hlip* - zaczęła protestować ale było za późno. Postulat czarownicy został przerwany przez pieczącą wodę, której nieprzyjemne skutki jakimś nieopisanym sposobem przebiły się przez ogólny ból w ramieniu. Nowa fala łez opuściła oczy dziewczyny, podobnie jak sprawa się miała z jęknięciem wyrażającym… No odczuwane nieprzyjemności. Na dłoni zaraz pojawił się bandaż przesłaniający makabryczny widok i młodsza Akagi po raz wtóry spróbowała się uspokoić.

-W sumie… Wyglądał jak ja… Jak moje lustrzane odbicie… Tylko że taka blondwłosa… I jakaś taka podlejsza ode mnie… - próbowała sobie przypomnieć, pozwalając starszej dokończyć bandażowanie. - Mam nadzieję że to nie jest nic złego… Mieć klątwę na ręce nie byłoby fajnie…

 

- Nie spóźnię się! - odpowiedziała Karmen nie znoszącym jakiegokolwiek sprzeciwu tonem i spojrzała na siostrę.

Opis wyglądu lustrzanego ducha zainteresował siostrę

- Podobna do ciebie - zaczęła mruczeć pod nosem kończąc wiązać opatrunek. Dłoń nie wyglądała najgorzej, ale wciąż bolała.

- Nie mam pojęcia, co to może znaczyć. Trzeba zajrzeć do internetu i poczytać stare podania o złych bliźniakach. Może byśmy się czegoś dowiedziały - mruknęła - Cholercia! - powiedziała nagle - Zostawiłam telefon w pokoju, ale to nic. Przyjrzymy się tej sprawie po południu. Może uda mi się coś zdziałać na okienku. A co do rany to chyba potraktuj to jako ostrzeżenie w formie takiej wiadomości - rzekła do młodszej siostry - Nie szukaj dzisiaj kłopotów, dobrze? Staraj się unikać stresujących sytuacji - dopowiedziała

 

Konomi jedynie spojrzała z wdzięcznością na siostrę. Cieszyła się że jej pomogła. W przeciwnym razie mogło być gorzej. Spojrzała na zabandażowaną dłoń. Nie było chociaż widać rany, chociaż ciągle było ją czuć. Sięgnęła drugą ręką po chusteczkę leżącą w pobliżu i wreszcie wytarła nos i twarz. Tak, będzie musiała się umalować jeszcze raz. Dopiero teraz też zobaczyła że jej ubranie jest nie tylko poplamione w czerwone łatki, ale i częściowo zasmarkane więc… Siła wyższa. Nici z jej koszuli.

-Karmen… Może założę dzisiaj rękawiczki do szkoły...? Taki opatrunek może rzucać się w oczy. - wydedukowała, patrząc na zmartwioną twarz siostry. -Będę uważać. Może nic więcej już się dzisiaj nie wydarzy. Będę wdzięczna, jak czegoś poszukasz. I dzięki za pomoc, naprawdę. Gdyby nie Ty to nie wiem co by się stało... - i zdobyła się na uśmiech, jednocześnie przypominając sobie o pewnej niedogodności. - Jak ja będę w takim stanie ćwiczyć na WF? Masakraaa~!

 

- Dobry pomysł z tymi rękawiczkami - pochwaliła pomysł Karmen przyglądając się siostrzyczce - A jak wyjaśnisz obecność rękawiczek? Wysypka? Mamy koniec lata pamiętaj o tym. Zapowiadali dzisiaj 22 stopnie na plusie, więc możesz mi się przegrzać, a nie chcesz mieć przez cały dzień spoconych dłoni - powiedziała z delikatnym obrzydzeniem - Zobaczę, co da się zrobić, ale nic z góry nie obiecuję. Internet nie zawsze może w tych sprawach pomóc. I przestań, znalazłabyś kogoś innego. Ta dziewczyna z twojej klasy, Aviana, prawda? Chyba jest czarownicą, co nie? Może ona coś wie o złych bliźniakach - podsunęła Karmen i uśmiechnęła się do siostry

- Zwolnij się z WFu - poradziła - Możemy podrobić podpis mamy - dodała

 

-Wezmę lekkie, białe rękawiczki z kokardkami. Do tego białą sukienkę i może jakoś przejdzie. W klasie to normalne że się ubieram czasem inaczej niż inni, a i tak i tak będzie mi ładnie. - wytłumaczyła uśmiechając się z lekka. -Mam tylko nadzieję że będzie wystarczająco dobrze żeby się nie pociły. Nie chcę żeby mi odcinali rękę przez zakażenie!

Konomi mimo bólu zachichotała z cicha na odpowiedź siostry.

-Z informacjami to jedno. Ale za pomoc z ręką, głuptasku!

Słysząc o zwolnieniu z WF skrzywiła się lekko i pomruczała coś pod nosem w geście niezadowolenia, jednak widok uszkodzonej dłoni wywołał smutne westchnięcie i zgodę na pomysł.

-Niech będzie. Trzeba będzie napisać że przez wypadek w dłoń mam zwolnienie. Nie powinni się skapnąć a w razie czego powiem że to sprawa prywatna skąd to się wzięło.

 

Karmen była pod wrażeniem szybkiego pomyślunku siostry nad zapasowym strojem.

-Niezła jesteś. Szybko myślisz w takich sprawach, nic dziwnego, że niektórzy geje i dziewczyny podziwiają twój gust - mruknęła puszczając oczko - Ale nie wszyscy są tacy stereotypowi, tylko ci mniej męscy - dodała i zachichotała cicho  - A od czego masz swoją regenerację? Użyj jej, jak już będziesz w pełni skoncentrowana. Niech ta rana ci się szybciej zagoi i po sprawie - podsumowała problem zakażeniem dłoni - Dobrze, to ja zajmę się fałszowaniem zwolnienia, a ty doprowadź się do porządku - rzekła i skierowała swe kroki do wyjścia z łazienki

 

-Hah, tak już mam. Geje i dziewczyny podziwiają, a zwykli chłopcy ślinią. Cała ja. - podsumowała żartem. - Jak wrócę ze szkoły to się nią zajmę. Przeniosę ją może gdzieś na kartkę i dopiero zajmę regeneracją. - spojrzała z wdzięcznością na siostrę - Super, mega. - skwitowała po czym spojrzała na siebie w lustro, rozglądając się za sprawczynią nieszczęścia a dopiero potem koncentrując się na sobie. Następnie jej wzrok spoczął na uszkodzonej ręce od której promieniował ciągle ból a potem zajęła ponownym przygotowaniem do szkolnego dnia. Oby nic więcej jej dzisiaj dziwnego nie spotkało.

 

*** *** *** *** ***

 

Konomi przy pomocy i dobrym słowie Karmen dostała się do szkoły i to nawet przed rozpoczęciem lekcji. Niedługo potem rozeszły się w swoją stronę i młodsza Akagi samodzielnie przemierzała korytarz. Wymieniała liczne przywitania i uśmiechy a nie umknęły jej uwadze także spojrzenia na jej strój. Niektóre faktycznie wyrażały zdziwienie takim strojem, a niektóre wyrażały jedynie zrozumienie co do oryginalności wybranego odzienia. Przy szafce wzięła absolutne minimum potrzebnych książek i przedmiotów. Naprawdę chciała dzisiaj na siebie uważać. Zakręciła się w swojej bielusiej sukience z kołnierzykiem którą otaczała czarna wstążka związana w kokardkę na wysokości szyi. Podobna wstążka, tylko ciutek szersza znajdowała się na wysokości pasa. Odzienie prawie sięgało do kolan i miało krótkie rękawki. Do tego na dłoniach obiecane białe rękawiczki, także z wplecioną, niedużą kokardką. Na nogach miała równie białe buty na niedużym obcasiku które ostatnio miała przyjemność wyczyścić - w końcu zbliżała się szkoła. jedynie z czego nie mogła zrezygnować to ze swoich “kociaków” na nogach odznaczających się na białym tle. Co prawda w normalnym środowisku jej wygląd mógłby być niecodzienny jednak Ci którzy ją znali, wiedzieli że takie cudactwa to nic nadzwyczajnego, często to tłumacząc “Dziwactwami rodem od Japońców”. A Konomi takie tłumaczenie nie przeszkadzało.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

http://oi68.tinypic.com/2uqkkys.jpg21kf97n.jpg27zdn2s.jpg

Lily Cooper, Antoinette De Clare i Fabienne Fusion

 

Droga do szkoły mijała w miłej atmosferze. Mimo dość wczesnej godziny, pogoda była słoneczna i ciepła. Oczywiście czuła, że łóżko ją chyba jeszcze wzywało do siebie, było takie cieplutkie, ale niestety - szkoła jest ważniejsza. Z gitarą w jednej ręce i z plecakiem zarzuconym na drugie ramię Lily dreptała wesoło pogwizdując szczęśliwie. W końcu, po pewnym czasie dotarła na teren “kampusu” szkoły do której chodziła. Na powitanie jej przybiegła nie kto inny jak Antoinette, która rzuciła się na hipiskę i mocno ją wyściskała.

- Jejciu, jak zawsze mnie witasz z miłością, której nie pokazujesz innym - wręcz wysapała te słowa próbując złapać oddech, ale dziewczyna jej nie puszczała więc jakimś cudem odłożyła futerał z gitarą i sama mocno uściskała swoją przyjaciółkę

- Przyznam szczerze, moja droga

Nie wiem czy to ta pogoda błoga

Ale serduszko me się raduje

Gdy cię kochana mocno tulę - powiedziała na powitanie, obejmując mocno i serdecznie dziewczyn

 

 

Antoinette wpatrywała się w blondynkę starając się powstrzymać potok słów cisnący się jej na usta. Zamiast tego wyszczerzyła się i jeszcze mocniej objęła dziewczynę.

- Kwiatuszku… Bo ja… Nie wiesz gdzie sprzedają mózgi? Jeden by się przydał.- zaśmiała się całkowicie olewając fragment o nie okazywaniu uczuć. Co ona do jasnej cholery gada?!

 

Wypuszczona z niedźwiedziego uścisku Lily mogła już na spokojnie zaczerpnąć oddechu. Wyglądało to trochę tak jakby blondyneczka mała się przeciągała, ale bardziej chodziło o sprawdzenie czy wszystkie kości i kosteczki są całe i na swoich miejscach.

- Ty moja mała żabciu - zaczęła Lily chichocząc serdecznie - znowu mówisz rzeczy, których nie rozumiem. Ja naprawdę nie nadążam za twoim tokiem myślenia złotko. Jakie sklepy z mózgami? - zapytała podnosząc futerał z gitarą - Ale opowiadaj mi skarbie, jak minął tobie weekend? - rzuciła kierując się powoli w stronę drzwi wejściowych do budynku szkoły.

 

- Ale nie śmiej się. - zaczęła Antoinette niepewnie. Jak ma to powiedzieć? Nie miała wprawy w rozmowach na TAKIE tematy. Bo i co tu powiedzieć? Zakochałam się? Odchrząknęła i na jednym wydechu wyrzuciła:

-Noboonnapisałijaterazniewiemcomamzrobićawogóletozarazsięzrobięczerwonajakburak! - zakończyła, wpatrując się w Lily wielkimi oczami, licząc na cud. Jaki cud? No na przykład chciałaby teraz dostać gotową, najlepiej krótką i zrozumiałą receptę. Może być zakończona słowami “Ja Ciebie też.”.

- Bogowie... Ratuj! - dodała widząc, że przyjaciółka milczy.

 

Lily stała i wpatrywała się w osóbkę, która znajdowała się tuż przed nią i z każdą sekundą jej twarz nabierała kolor ślicznego, dorodnego buraczka. Cooperka zastanawiała się co dokładnie znaczył ten potok słów, które dosłownie wyleciały z jej ust, brzmiące jak jeden wielki chaos, który był na początku. Jednak z każdą chwilą mózg Lily przetwarzał coraz więcej danych, rozumiał coraz więcej aż w końcu dziewczyna wręcz eksplodowała piszcząc

- NIE WIERZĘ! - wydobyło się z jej gardziołka, aż podskoczyła ze szczęścia czy z zachwytu. Złapała przyjaciółkę za dłonie - Poważnie? Poważnie? Kto? Znam go? Od jak dawna? Kim jest? Jaki sport uprawia? Kocha zwierzęta? Jaką muzykę lubi? Gdzie się poznaliście? OpowiadajmituiterazAnetko!!!! - nie było rady. Chrzanić szkołę i lekcje. Musi jej wszystko opowiedzieć
- Albo idźmy wolno i opowiadaj. Nie powinniśmy się spóźnić, bo mamy jeszcze sporo czasu - dodała

 

- Ale ja nie wiem! On to… Znaczy… Morgan. Ja… Eh… Poddaje się. Kwiatuszku… Jak to możliwe, że ja się zachowuje tak głupio?- westchnęła. - No bo to tak… Będzieogniskoionmniezaprosiłijachcęiśćipowiedziałżeżadneinneniebędąsięliczyć. I ja nie wiem. Czy ja powinnam w to wierzyć? Czy nie zrobię z siebie idiotki? CZY JA ABY NA PEWNO MOGĘ MU WIERZYĆ?!- zatkała usta dłonią, rozglądając się przestraszona bo stanowczo zbyt mocno dała się ponieść emocjom. Z jej szczęściem, on gdzieś tu był.

Słuchała z zapartym tchem jęków przyjaciółki, która była załamana tym co się stało. W każdym razie Lily tak to widziała, że była ona załamana. Wyglądała jakby się poddawała czy coś. Ale słuchając Antoinette nie pozwoliła aby choć jedno słowo jej umknęło.

- Poczekaj….Anetko….Ty naprawdę jesteś zakochana - powiedziała jakby odkryła coś czego nikt wcześniej nie zrobił - Jejciu, przecież Ty…..Ty zawsze zachowywałaś się tak….zawadiacko? To chyba dobre słowo. A teraz? I o jakim Morganie mówisz? - przysunęła się bliżej twarzy dziewczyny aby jak najlepiej usłyszeć - Mówisz o Morganie Toddzie czy Ellisie? Opowiadaj mi wszystko - wyszeptała. Nagle poczuła się totalnie rozbudzona i była gotowa na to co przyniesie jej dzień.

 

Drzwi od klasy były coraz bliżej przypominając do wtóru głosu Lily, że czas się opanować. Przed nią nie musiała udawać ale dla reszty trzeba było założyć maskę. Im mniej osób zna jej słabości, tym lepiej.

- Lilunia, porozmawiamy w czasie lunchu ok? Zapomniałam w sumie, że nie piłam jeszcze kawy. Poza tym… Może do tego czasu uda mi się zebrać myśli. - poprawiła włosy, zapięła mankiety koszuli i przeciągnęła dłonią po twarzy, rozmasowując napięte uśmiechem mięśnie. “Wbrew, wzerk, wlic, wpierś, włęg, wtrok, wkłąb, odlew, podlew, nyżkiem, wpion…” mantra zadziałała i już po chwili mogła spojrzeć na dziewczynę z dumnie zadartą głową, a nawet próbując silić się na poważny ton oznajmiła:

- W końcu co złego może się stać do tego czasu?

 

Lily była troszeczkę rozczarowana tym, że musi czekać tak długo aby dowiedzieć się więcej, czegoś co pozwoli zaspokoić jej ciekawość, która narodziła się dzięki jej kochanej towarzyszce. No bo kurde, każda dziewczyna chce wiedzieć w którym ciachu zakochała się druga dziewczyna. No każda! Ale musiała czekać, bo nic innego jej nie pozostawało.

- Moja droga Antoinette, oczywiście. W czasie lunchu wszystko mi opowiesz. Wszyściutko - ostatnie słowo wypowiedziała z szerokim uśmiechem na ustach, który bardziej wyrażał radość niż jakieś sadystyczne zabawy. Szła wyprostowana i uśmiechała się cały czas do Anetki.

- Strzała Amora cię trafiła, skarbie. Ale się cieszę - powiedziała po czym zmieniła swe zachowanie aby nic nie zdradzało jej ekscytacji.

- Co się może zdarzyć? Nie wiem złociutka. Może jakaś kartkówka? - spytała.

 

- Ty to naprawdę umiesz człowieka pocieszyć… - chcąc nie chcąc odpowiedziała śmiechem. Drzwi do sali jak zawsze stały otworem, jakby mówiły “Wejdź!”, z całkowitą niewinnością. Niewinnością bardzo złudną, o tym Inette wiedziała aż za dobrze. Zajrzała do środka omiatając wzrokiem sytuację. Nic nadzwyczajnego. Dzień jak co dzień. Ktoś rozmawia, chłopcy próbują udowodnić swoją “niezaprzeczalną” męskość w widowiskowo dziecięcy sposób i siłują się na rękę. Zdziwiło ją tylko, że Fabinka wyglądała tak jakby po cichu kibicowała tej rozgrywce. Westchnęła. Nie było co przedłużać tej chwili. Weszła do środka i skierowała swoje kroki w stronę francuski.

Z zamyślenia, a raczej z “kibicowania” Ethanowi, wyrwały ją charakterystyczne kroki stawiane przez Antoinette.

-Cześka - powitała dziewczynę skromnym uśmiechem na ustach powstając z krzesła by przytulić koleżankę. Nowy dzień w szkole zapowiadał się lepiej niż się mogło francuzce wydawać na pierwszy rzut oka, oby nikt nie stracił oka, bo to byłoby trochę chore zacząć dzień od higienistki. Zauważyła też drugą dziewczynę o tej samej kolorystyce włosów co Fabinka czyli blond, ale ta miała dużo dłuższe włosy niż Fusion, była to Lily Cooper. Nazwa po samochodzie, ale to szczegół. Ją też przywitała uściskiem.

 

Lily weszła za Antoinette do sali języka francuskiego. Lubiła ten przedmiot, lubiła poznawać i uczyć się nowych rzeczy. Język obcy był jednym z nich i Lily całkiem dobrze sobie z nim radziła. W każdym razie tak myślała, bo jak zawsze uważa “nauczycielka zweryfikuje jej pogląd”. Uśmiechnęła się widząc Antoinette, która ginęła w uścisku Fabienne. Zaskoczona była jednak tym, że dziewczyna również ją tak wita. Nie dała po sobie tego poznać, tego zaskoczenia, ale było jej miło. Objęła ją jedną wolną ręką i odwzajemniła powitanie.

- Och, a to urocze Fabienne moja miła

Nie mogę się doczekać jak będę się z wami bawiła

Na przerwie, która za jakiś czas nadejdzie

Gdy Słońce kochane wysoko wzejdzie

powiedziała na powitanie. Spojrzała również na Elisa Woodsa, który ją przywitał

- Ach Elisie czarnowłosy

Rad jestem, żeś nie jest dzisiaj bez głosy

Miło usłyszeć dźwięk głosu twego

I pytam jak weekend ci minął, kolego?

 spytała z lekkim dygiem i uśmiechem na twarzy.

 

Antoinette wpatrywała się w Lily z zaciekawieniem. To było w zasadzie niesamowite jak ta dziewczyna potrafiła rzucać rymami. Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczai.

- Jak tam? Czy mi się wydawało czy zauważyłam zaciekawienie na Twojej twarzy? Co się stało, że Fabienne zainteresowała się siłującymi się kolesiami? - Postanowiła tym razem zachować dla siebie referat na temat tego, że nie lubi okazywania uczuć, nawet tak zwyczajnych, przy innych. Wolała być uważana za zimną i bezwzględną. Tak było wygodniej i bezpieczniej.

- Lilka Ty te poematy to tak z głowy czy masz przygotowane coś na każdą okazję?- nie wytrzymała i zadała nurtujące ją pytanie. “Wypadałoby najpierw poczekać na jedną odpowiedź!” skarciła się w myślach. Cierpliwość nie jest jej mocną stroną.

 

 

 Fabienne zrobiła wielkie oczy na Lily. Niezła była z tymi rymami, ale francuska potrafi zapodać bit:

-Nowy dzień się zaczyna

Czas trochę porozkminiać

Mam PEG-a w brzuchu

I wadę słuchu

Taki jest mój uśmiech losu

Dlatego czasem nie używam głosu

Wiem, że to co mówię nie ma sensu najmniejszego

Dlatego, więc wracam do zacisza mego

 zarapowała blondi, a co nie będzie gorsza, po czym wróciła do stolika. Fabienne jest dziwną osobą, najpierw coś palnie jak w stylu tej rymowanki dla małoletnich, a potem się chowa jak myszka w dziurce po wiertarce i kiwa się w przód i tył jak mała idiotka. Taka już jest. Stara się jakoś to powstrzymywać i wychodzić z inicjatywą jako pierwsza, ale się ciemnota stresuje. Na stoliku, jak to ona ma w zwyczaju, podręczniki szkolne ma po lewej stronie, a zeszyty po prawej, wiem nie próbuj ogarnąć, taka logika. Zostało jeszcze trochę czasu, więc może, a tak miała odpowiedzieć na pytanie. Już odpowiada.

-Chciałam się czymś zająć do czasu aż moje dwie psiapsiółki przyjdą, więc po kibicowałam sobie Ethanowi w tej “walce” i wygrał - uśmiechnęła się, powiedziała i odgarnęła kosmyk włosów, które i tak były krótkie, za prawe ucho.

 

Lily z uśmiechem słuchała rymów Fabienne, która była dobra w te klocki. Jednak na zakończenie jej występu, na twarzyczce Cooper pojawił się tajemniczy uśmieszek, gdy najpierw zapatrzyła się przez okno, a potem powoli obróciła twarz w jej stronę. Zakaszlała raz, wzięła głęboki wdech i Lily zaczęła “mówić”

- Pozwól, że zacznę od prostej rady

Co prawda nie szukam z Tobą zwady

Ale jest jedna sprawa

Co mi myśli blokowała

Chcę Ci powiedzieć jedno

I możliwe, że trafię prosto w sedno

Może nie zabrzmię skromnie

Ale wiem, że ja rymuję składnie

Aniołku ty mój kochany

Która ma styl niepodrabiany

Wiedz, że ja rymuję od dawna

I jest to najszczersza prawda

Rodzice moi za głowę się łapią

Gdy pod moim pokojem człapią

Słuchając moich rymów gdy przez telefon rozmawiam

Gdy swe przyjaciółki do gry na gitarze namawiam

Rymuję od dawna, to fakt powszechnie znany

Lecz na szczęście nie notowany

Rymuję rano, kiedy wstaję

I przy tablicy kiedy kolejne cyfry dodaję

Nawet gdy w łóżku już leżę

Niczym urocze, śpiące zwierzę

Więc powiem ci tylko tyle

Że zostaną po tobie śliczne espadryle

Może kiedyś moja miła

Ze swymi rymami będziesz mnie żądliła

Lecz na ten czas kochana

Wiedz, że jestem zatroskana

I z pewnością kiedyś zostanę zdetronizowana

Ale teraz moja droga

Usiądźmy i zaczekajmy na naszego pedagoga

Niech się lekcja już zacznie

A potem zjemy coś razem smacznie - zakończyła, siedzącym obok kolegom, Antoinette jak i samej Fabienne się z gracją ukłoniła i wziąwszy swoje rzeczy do ławki swej się udała, a uśmiechała się do wszystkich od samego rana.

 

 

Antoinette szybko zamknęła usta, które mimowolnie się jej otworzyły w reakcji na występ Lily. Miała nadzieję, że “nagły” atak kaszlu skutecznie zamaskował parsknięcie śmiechem. Cat fight! Ciekawe jaki kisiel lubią dziewczyny. Ugryzła się w język bo już prawie wypowiedziała to na głos. Kwiatuszek nieźle ją zaskoczyła. Nie sądziła, że potrafi tak delikatnie i gustownie pokazać pazurki. Poklepała Fabienne po ramieniu pocieszająco. No tą potyczkę na rymy faktycznie przegrała, ale jej osobiście podobał się “rap” francuzki. Był uroczy. Wyuczonym ruchem obróciła się praktycznie w miejscu, na samych palcach, tak żeby jej włosy mogły zafalować i ładnie zalśnić. Oczywiście owa scena przeznaczona była dla Morgana, który jak miała nadzieję, to widział. Niestety nigdzie go nie zauważyła więc smutno podreptała w kierunku swojej ławki. Dopiero siedząc na miejscu zauważyła swoją “drugą” Lilke. Jej osobista Austen była tak zaczytana, że nic dziwnego, że jej nie zauważyła. Ale jak to możliwe, że ona sama też ją przeoczyła? No nic, kwestia odpisania na Morganowi będzie musiała poczekać. Od książek Morgensternówny nie da się oderwać nawet trzęsieniem ziemi.

 

Może i Fabinka przegrała z kretesem z Lily, ale no co, ona wymyślała na bieżąco, a nie że od tak z rękawa sypie rymy jak P56.

-Co się nie zmienia

Lubimy się oceniać

Ale co nas wyniszcza

Lubimy się wywyższać

Musimy udowadniać jacy jesteśmy ważni

A innych poniżamy w przypadku porażki

Łatwo o tolerancję gdy wszystko się układa

Trudniej o tolerancję, gdy nieszczęście na nas spada

Dlaczego jesteśmy tak pełni nienawiści

Przecież na świecie jest miejsca wszystkich

Napędzają nas wygórowane ambicje

Chore pragnienia nagle stają się bliskie

A swoją wściekłość wyładujemy na ludziach

Mamy karty kredytowe, a nie mamy współczucia

Choć w trudnych momentach ciężko dostrzec dobro

Wierzę w lepsze chwilę, wiem że z wiatrem dojdą - zarapowała Fabienne i usiadła na swoje miejsce.

 

Głos Fabienne, a raczej jej słowa wprawiły ją w osłupienie. Już kompletnie się nie przejmując opadłą szczęką wpatrywała się w dziewczynę. Kiedy dotarło do niej w pełni znaczenie tego co przed chwilą usłyszała, gwałtownie obróciła się w stronę Lily. Bogowie… Co się dzisiaj tu dzieje? Czy Fabienne powiedziała to na tyle głośno, żeby dotarło też do Kwiatuszka?

Lily spokojnie szła do swojej ławki, dzierżąc swe rzeczy w dłoniach. Czy usłyszała rym Fabienne? Oczywiście, że tak, ale postanowiła puścić to mimo uszu. Postawiła swoje rzeczy przy ławce, plecak powiesiła na haku, a gitarę schowała przy ścianie. Odwróciła się w stronę Fabienne i niczym prezydentowa pewnego europejskiego mocarstwa, posłała jej całusa. Co to mogło znaczyć? Tylko Lily raczy wiedzieć. Następnie wygodnie rozsiadła się w swojej ławce i z uśmiechem na twarzy czekała na nauczycielkę.

 

 

Edytowane przez Obi

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

sziz54.jpgkcma6b.jpg2utokk1.jpg21dimnb.jpg

Arden Usoka Alexander McQueen Akagi Konomi John Daglas

 

Zamyślony John wszedł do klasy, położył książkę z zeszytem na ławce i wymienił standardowe powitania z osobami zajmującymi sąsiednie ławki.

Wciąż był nowy w tej szkole, więc nie miał za wiele przyjaciół. Nawet gdyby było ich więcej to nie miał zbytniej ochoty na rozmowy. Dlatego po tej wymianie uprzejmości usiadł w ławce i pogrążył się w rozmyślaniach.

Myśli jego wciąż biegły do tego co ukazało się na szybie.


 

Arden wszedł do klasy ze swoją zwyczajną miną. Z lekkim uśmiechem przywitał się ze znajomymi których miał po drodze i usiadł przy swojej ławce. W ciągu pięciu minut nie było sensu zaczynać rozmowy, a on sam nie był w nastroju na rozmowy. Jego myśli zajęły wydarzenia z rana...

Na jakieś dwadzieścia sekund. Po tym czasie wypakował się i zaczął przeglądać notatki z ostatniej lekcji jednocześnie szukając okazji do podjęcia jakiejś rozmowy.

 

Stuk, puk, stuk, puk, stuk, puk, puk, stuk, stuku puku, puku, stuk~

Osobom które się trochę wsłuchały, zachowały trochę ciszy i zaczęły się zastanawiać co to się zbliża dane było dość szybko poznać tą tajemnicę. Wciągnęła i wypuściła powietrze zanim weszła do sali. Musiała być ostrożna w swym zachowaniu, więc wystarczyło zachowywać się jak zawsze.

W nieustającym stukaniu obcasika do sali weszła Konomi, uśmiechnięta (nieco sztucznie, jednak dopiero do bardziej dokładnych oględzinach można było to stwierdzić) oraz kiwająca rytmicznie głową na prawo i lewo. Jaśniejąca bielą swego stroju, zarówno sukienki, jak i rękawiczek i bucików co kontrastując z typowym dla azjatów odcieniem skóry, czarnymi ozdóbkami, “kociakami” oraz bordowym kolorem włosów przykuwało uwagę. Z mijanymi osóbkami witała się i odpowiadała pokrótce na pytaniaco tam?” równie prostą odpowiedzią A wiesz, nic nowego” słysząc równie kontrodpowiedźLuzik, u mnie też”. Każdy wiedział że jeśli czegoś od niej potrzebuje, bądź jeśli ona czegoś potrzebuje od kogoś - nie ma co się wahać.

Przystanęła przy swojej ławce w drugim rzędzie, odkładając specjalnie przygotowany, biały, skórzany plecaczek na ławkę i rzucając okiem na pobliskie towarzystwo które wchodziło moment przed nią a także które jak wyglądało, od dłuższego czasu oczekiwało na lekcję.

-Nie mówcie mi chłopaki że coś było. Nie chcę na start dostać za brak zadania domowego. Albo za jakieś pytanie na z pupki wzięty temat… - zapytała siedzącego i grzebiącego coś w zeszycie Ardena, podchodząc do niego z rękami na bioderkach a ostatecznie przykucając i kładąc głowę na ławce i posyłając mu uśmiech. Czarujący, japoński uśmiech. Zaciekawił ja też ten świeżak. Wypuściła cicho powietrze i pokazując ręką że może mówić a ona i tak słucha (świetna podzielność uwagi, jak na dziewczę w jej wieku przystało!), podeszła. Nie mógł jej nie słyszeć - wina stuk-bucików.

-Heej~ Nie załamuj się. Najwyżej oboje dostaniemy po eFce i tyle. Chodź, pogadasz z nami - zachęciła delikatnie Johna, stając mniej więcej w równej odległości od obu chłopców by móc wyłapywać wypowiedzi tej dwójki. Chyba że któryś by nie chciał…

 

John oderwał się od ponurych myśli i spojrzał na pytającą. Uśmiech na chwilę zagościł na jego twarzy.

-Witaj. O czym konkretnie chcesz rozmawiać? O ostatniej lekcji? Ostatnim meczu naszej drużyny? Czy ostatnich trendach w modzie?

Jego głos ociekał przesadną słodyczą.

-Wybacz, ale chwilowo rozmowa mnie nie kręci.  Muszę poprawić swoją wymowę, bo profesorka znowu mnie objedzie. Może dla ciebie dostać F to nic takiego, ale  ja podchodzę do tego inaczej.

 

Arden odłożył książkę i uśmiechając się wyprostował się na krześle.

- Mówisz o tym wypracowaniu na temat wakacji? Tym na dziesięć stron? Poza tym chyba nic nie było. - Żarcik był słaby, ale właśnie o to chodziło – nikt nie lubi ludzi którzy lubią wrabiać innych. Usoka z zaciekawieniem spojrzał na dziewczynę. Z pewnością była ładna, ale jego uwagę zwróciła suknia i białe rękawiczki. Konkretniej – to drugie.

- Ładne rękawiczki. Nie jest ci przypadkiem zbyt ciepło w dłonie?

 

Ton wypowiedzi i nietypowe “Witaj” zadziałało na Konomi jak znak “STOP” przed przejazdem. Te czynniki wraz ze zwrotem kluczem zadecydowały że będzie wolała spędzić te niecałe 5 minut inaczej niż przeszkadzać myślicielowi w zajęciu.

-Luzik, żaden problem. Tak więc dobrej zabawy przy poprawianiu wymowy patrząc się cicho w okno. - odpowiedziała z nieukrywanym przekąsem i wróciła do Ardena, prychając pod nosem. Co poradzić. Może fakt że rzadko kiedy dostaje F z japońskiego nie powinien przesądzać a zabieraniu cennego czasu edukacji innym. Mimo wszystko pozostał w tym wszystkim pewien taki niesmak interakcyjny.

-Próbowałam - wytłumaczyła się szybko Ardenowi wracając ponownie do pozycji kucająco-głowo-na-ławkowej. Jej uśmiech zanim zdążył się pojawić na nowo został zastąpiony twarzą z której biło typowym niezrozumieniem.

-Ale… Jak to? Jakie wypracowanie? Serio? - pytała na wpół przytomnym głosem, nie chcąc zaakceptować nawet takiej myśli że już w drugim tygodniu strzeli taką gafę. Z odpowiedzi ustnej jakoś wybrnie, kartkówka ujdzie… Ale nie wypracowanie w pięć minut.

-Dziękuję~ Pasowały mi akurat do sukienki i butów, a przynajmniej tak mi się zdawało więc… także ten… Także no. A wcale nie są takie grube. Wydają się takie ale materiał jest dość cienki i nie powinno być z nimi kłopotu. Spójrz. - i podała Ardenowi umyślnie prawą dłoń, wolną od opatrunku by mógł sprawdzić miły w dotyku i faktycznie dość cienki materiał. Musiała trochę udawać ale w końcu to była jedna z jej ulubionych cech. Zdolność do udawania. Drugą umyślną rzeczą było że lewą, z dala od wzroku chłopaka położyła delikatnie sobie na nodze, opierając się jedynie podbródkiem a ostatecznie unosząc się ciutek do bardziej wyprostowanej pozycji.

 

John nie był zainteresowany rozmową. W cichym skupieniu przyglądał ostatnie zadanie domowe w poszukiwaniu błędów.

Treść odrobionego zadania przesuwała mu się przed oczami nie zajmująć jednak jego myśli.

Te wciąż zajęte były tym zobaczył na szybie i gdzie do diabła podział się jego lis.

 

Arden ujął delikatnie dłoń Konomi, jednak dość szybko puścił. Nie chciał żeby to wyglądało

zbyt dziwnie.

- Taa, zimowe rękawiczki to raczej nie są. I do twarzy ci z tym. - Spojrzał na Konomi i uśmiechnął się lekko. - Z tego co wiem to nic nie było. Nasza nauczycielka nie zadaje zadań tak szybko. Ale pewnie za dwa tygodnie można się spodziewać jakiegoś wypracowania. - Dopiero teraz zastanowił się czy było jakiekolwiek zadanie domowe. Wydawało mu się, że jedyne co miał zrobić to powtórzyć ostatnią lekcję, ale… Zresztą, nie miało to większego znaczenia. Rzadko kiedy zdarzało się żeby to Arden nie miał zadania, zazwyczaj jeśli on czegoś nie miał nie miało tego pół klasy.

- Słyszałaś o tym ognisku w piątek? - Zapytał patrząc Konomi w oczy. Zadał pytanie tylko żeby jakoś podtrzymać rozmowę, ale sam był tego ciekaw. Jeśli dużo osób nie pójdzie na to ognisko to on raczej też zrezygnuje, a Charlotte lubi się pokazywać tylko przed większą widownią. Przynajmniej jeden problem byłby rozwiązany.


 

Jako jeden z ostatnich, do sali wszedł Alexander. Ten zazwyczaj sprawiał raczej bardzo pozytywne wrażenie. Tego dnia jednak, jego mina było posępna i przejawiała zdenerwowanie. Zazwyczaj, jak był w takim stanie, obrywało się też reszcie, bo oznaczało to jego walkę z matką.

- Cześć wszystkim - rzucił od niechcenia. Przemknął między ławkami i zajął swoje miejsce. Opadł na nim ciężko, a po chwili jego twarz zderzyła się z ławką

 

 

Dziewczyna uśmiechnęła się miło, słysząc miłe słowo. Cofnęła rękę i oparła sobie swobodnie o ławkę. Odetchnęła też spokojniej słysząc że to był jednak tylko żart. Zanotowała sobie też sobie w przestrzeni mózgowej że trzeba będziepodziękować” Ardenowi któregoś razu za to przypomnienie o zadaniu domowym.

-Aj tam, to dopiero za dwa tygodnie. Szkoła zdąży nas już do reszty zepsuć przez ten czas więc nie będzie to aż taki szok. Mimo wszystko… Przypomnij mi gdy nadejdzie czas. - i puściła oczko, licząc że taki układ jakoś przejdzie. Prace pisemne były najgorsze ze względu że nie da się z nimi nic zrobić. na odpowiedzi ustnej można improwizować. Tutaj prosta piłka - masz albo nie masz i tyle.

-Aaaahahah, coś niecoś słyszałam. Mam nadzieję że się wybierasz. Chcę żeby jednak była tam jakaś osoba której będę mogła powierzyć opiekę nad sobą. Wiesz - tutaj spojrzała porozumiewawczo - W razie czego. - i zaśmiała się cicho, w sumie nie wiedziała sama z czego. Pewnie po prostu - ot tak.

Obok nich przemknął Alexander w stanie… No takim w jakim był. Znaczyło to dwie rzeczy: Zaraz zacznie się lekcja oraz że może być dzisiaj ciężko na JP. Oby jednak Sensei nie była aż tak bardzo cięta.

-Kolejny nie w sosie? Słabo coś dzisiaj to wygląda.

 

Alex był dzisiaj wyjątkowo rozkojarzony. Nerwowo przeglądał notatki oraz ćwiczenia.

- Psst! Konomi! Było dzisiaj coś zadane? Cholera… zapomniałem - Chłopak całkiem nieźle sobie radził, jeśli nie musiał się zbliżać do dziewczyn. Poza tym, Konomi była jedną z najlepszych osób w klasie, jeśli chodzi o język japoński.

 

Konomi wyłoniła się i spojrzała ciekawsko na Alexa.

-To dobre pytanie, sprawdzę szybko, mimo wszystko. Arden mówi że nic nie było, wiec jest nadzieja. - podniosła się i w tempie wygrzebała z plecaczka zeszyt od japońskiego. Trzeba było się spieszyć, przerwa się kończy lada moment. Niespokojnie znalazła jedną z pierwszych zapisanych stron, na której było na marginesie zapisane “♥ Powtórz, śliczna na następną lekcję ♥” z typowym serduszkiem nad “i”.

-Mam żeby tylko powtórzyć. Ale chyba to był tylko straszak. Dobrze wiemy że lubi sobie nas postraszyć a i tak nic nie ma. - wyciągnęła wniosek mimo wszystko rzucając okiem na słówka z ostatniej lekcji.


 

John zamknął w końcu zeszyt i ułożył go na ławce z wielką pedanterią. Następnie przeciągnął się i potrząsnął głową jakby chciał się pozbyć wszystkich niepotrzebnych myśli.

-Znając, życie pewnie nas czymś zaskoczy. Na pewno tym, że moja kaligrafia jest daleka od doskonałości.

Uśmiechnął się krzywo.

-Jakoś nie mogę spamiętać w która stronę idzie dana kreska i w jakiej kolejności.

Ciągle sprawia mi to problem.

Ostatnie zdanie wypowiedział zdecydowanie ciszej.

 

Arden spojrzał z ciekawością na Alexa i Konomi. Z pewnością Alex zupełnie normalnie rozmawiający z dziewczyną był rzadkim widokiem, nawet o sprawach takich jak zadanie. Może to po prostu urok Konomi?

- Wydaje mi się, że mówiła coś o powtórzeniu słówek z ostatniej lekcji, ale wątpię czy będzie to sprawdzać na ocenę. - W rzeczywistości wiedział doskonale, że ich kochana nauczycielka wyraźnie mówiła o zadaniu, ale nie chciał jeszcze bardziej psuć reszcie humorów. Niech się cieszą swoimi ostatnimi chwilami...

- Alex... - W tym momencie Arden ugryzł się w język, miał zamiar zapytać czy jego kolega nie wie czegoś więcej o zadaniu. A przecież doskonale wiedział, że Alex nie cierpi pytań na temat swojej matki i lekcji razem wziętych. - Jak zdążysz to powtórz daty i nazwy miesięcy, to najważniejsze. I do miesięcy koniecznie Kanji. - Miał nadzieję, że nikt nie zauważył jego pomyłki. W tym momencie westchnął i spojrzał ponownie w swój zeszyt. Podejrzanie dużo osób było dość przygnębionych, ale nie to w tej chwili go najbardziej irytowało - najgorsze było to, że za nic nie mógł odzyskać swojego typowego rytmu.

- Te krzaczki mnie kiedyś wykończą, słowo daję. - Mruknął cicho. - Styczeń, ichigatsu...


 

-Ichigatsu, Styczeń. Nigatsu, Luty. Sangatsu, Marzec. Shigatsu, Kwiecień. Gogatsu, Maj. Rokugatsu, Czerwiec Shichigatsu, Lipiec. Hachigatsu, Sierpień. Kugatsu, Wrzesień. Jūgatsu, Październik. Jūichigatsu, Listopad. Jūnigatsu, Grudzień.

Mamrotał w podobnym tonie do kolegi, jednocześnie próbując rozpisać to znaki Kanji

Styczeń - 一月 Luty - 二月 Marzec - 三月 Kwiecień - 四月 Maj - 五月 Czerwiec -六月 Lipiec - 七月 Sierpień - 八月 Wrzesień - 九月

Październik - 十月 Listopad - 十一月 Grudzień - 十二月

Kaligrafował starannie z lekko wysuniętym językiem.

 

-No i git. Jak nie na ocenę to możemy być spokojni. - podsumowała Konomi uspokajając się już całkowicie. Podniosła się, położyła dłoń na głowie Ardena i uśmiechnęła się przyjacielsko a następnie ruszyła się do swojej ławki.

Miesiące to banał, numerek + słowo “miesiąc” więc to nie ma o czym gadać. Dni w miesiącu - tutaj był już większy problem. Zawsze jej się musiały pomylić!

-Ichinichi, futsuka, mikka, yokka, itsuka… Te nieregularne formy mnie dobiją kiedyś. Ale chill, chill mała. Dwa razy powtórzyć i jakoś pójdzie. Na ewentualne pytanie o podanie dzisiejszej daty wystarczy. Zaraz, który dzisiaj? - spojrzała na kalendarz wiszący na ścianie sali. - Jak to szło? Kyo wa kugatsu, jyuuninichi desu.

Powtórzenie szło sprawnie. Pamiętane słówka powoli wraz z powtórzeniem wyciekały na światło dzienne jak krew z rozdrapanej rany. Jeśli będzie pytać tylko o daty to będzie prosta ocenka. Oby…

 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz