Obi

Odcinek Pierwszy: Martwi, pogrzebani i potępieni (Obi)

162 postów w tym temacie

12 Września 2016 roku

Godzina 17:45

Brama Uczelni

Kilka minut później, nastolatki znalazły się za bramą uniwersytetu.

W tym miejscu miała na nich czekać limuzyna. Czekała, wraz z szoferem, który leżał martwy na masce samochodu. Jego szyja i ręce były pogryzione i krwawiły obficie,  a pusty wzrok mężczyzny wlepiał się w ich trójkę.

- Co, co to ma znaczyć? – zapytał wstrząśnięty Alexander

Markus nic nie powiedział. Wyglądał na zaskoczonego całą tą sytuacją.

- Miejcie się na baczności. Cokolwiek go zabiło, pewnie wciąż się tu kręci – rzucił do Fabienne i Alexandra

 

-Dziękuję za wyjaśnienie - odparła nastolatka. Po chwili Markus zarządził “wymarsz” z sali. Co też uczyniła. Przekraczając próg poczuła znów swą moc jak dawniej.

Wróciła - pomyślała Fabi. Ona wiedziała co wróciło. Minęło kilka minut i znalazła się już poza placówką, gdzie Victoria dała im księgi ze znakami. Bardzo przydatne informacje nie ma co. Spuściła głowę wlepiając oczy w podłogę, rozmyślając jeszcze niedawne wydarzenia. Uniosła głowę i wymsknął się jej krótki acz nagły krzyk, gdy ujrzała ciało szofera leżące na masce samochodu. Kolana jej miękły z każdym spojrzeniem na nieruchome ciało. Tylko puste spojrzenie szofera patrzyło na nią. Drżała w przestrachu. Zakryła usta. Potem całą twarz. Znieruchomiała. Przez palce spojrzała raz jeszcze na trupa.

-Boże. nie mów tak. Proszę… - powiedziała mając kluchę w gardle. Rozejrzała się po okolicznych oknach czy aby nikt nie patrzy, ale chyba nie znalazła żywej duszy.

To tylko zły sen. Tylko sen. Tylko…. - powtarzała sobie jak mantrę w myślach. Wszystko jednak okazało się prawdą. Nie mogła patrzeć. Zakryła twarz w dłoniach.

Ta sytuacja prawię zmroziła krew w żyłach Markusa, nigdy nie widział tak zmasakrowanych zwłok zrobiło to coś silnego i brutalnego i nie mogło to być zwykłe zwierze - Alexander dzwoń po policje, a ja dzwonię do Dziadka - Poinstruował Alexandra i wyciągnął swój telefon, gdy wybrał numer zwrócił uwagę na  - Fabienne musisz się uspokoić, wycofujemy się na teren kampusu. Musimy ich o tym poinformować, poza tym są tam bariery które nas o chronią w razie gdyby to coś tu jeszcze było - Spojrzał na Fabienne czy posłuchała jego słów. W tej sytuacji nie mogli pozwolić sobie na takie zachowania emocje należało trzymać w ryzach inaczej staną się one przeszkodą.

- Idźcie przodem, będę za wami - Powiedział czekając na reakcję reszty i przyłożył do ucha telefon. - Dziadku mam problem coś zabiło szofera i może dalej gdzieś tu być, wracamy do na teren kampusu, nie rozłączaj się - Przekazał informacje Staruszkowi chowając telefon do kieszeni.   

Alexander wyglądał na spiętego, ale podszedł do dziewczyny i położył jej dłoń na ramieniu.

- Nie martw się – szepnął – Wszystko będzie dobrze – dodał

Na szczęście nie silił się jakieś żarty. Cała trójka zachowała powagę i była gotowa na spotkanie z niebezpieczeństwem, chociaż Markus układał inny plan i chciał wciągnąć go odpowiednie służby. Spod limuzyny zaczął pojawiać się dziwny, czarny gęsty dym.

Cień gęstniał i opuszczał bezpieczną kryjówkę, by pojawić się przed nowymi gośćmi. Fabienne i chłopcy widzieli, jak ta forma życia zaczyna się dzielić na pomniejsze twory, które zaczęły nabierać wyraźnych kształtów.

 

14dg6ti.jpg

 

Wilki. Zrodzone z cienia i ciemności wilki o czarnym umaszczeniu i czerwonych oczach oraz ostrych pazurach i kłach zmierzały w kierunku nastolatków.

- Jest ich pięć – powiedział Aleksander – Nie znam się na magii i niewiele mogę zrobić w tej sytuacji, a każda moja próba zrobienia czegoś innego może źle się skończyć.

I wszystko potoczyło się błyskawicznie.

Jeden z wilków zaatakował jako pierwszy. Bestia celowała w dłoń Aleksandra i zatopiła w niej swe kły, ale nie na długo. Nie zdołała się nimi utrzymać w skórze chłopaka. Do agresora dołączył drugi wilk, który doskoczył do nogi, lecz spotkał się z nagłym kopniakiem w pysk. Trzeci z oponentów zainteresował się Fabienne i ruszył w jej kierunku. Rzucił się na wiedźmę, która zdołała uniknąć ataku, a wilk uderzył zębami i łapami w ziemię.  Aleksander próbował coś zrobić. Zdecydowanie coś nadnaturalnego, lecz jego próby spotkały się z  porażką. Jednak chłopak się nie poddał, Chwycił najbliższą gałąź i zamierzał użyć jej jako ewentualnej broni. Kolejny z wilków podchodził powoli do Markusa i obnażał swoje kły.

Nastolatek rzucił pomysł ucieczki, ale chwilowo oponenci postanowili utrudnić sprawę. Dziadek oczywiście odebrał telefon lecz na odległość nie mógł nic zrobić.

Wilk rzucił się na Yorka. Bestia powaliła chłopaka na ziemię, a następnie zatopiła swe kły w gardle. Krew. Mnóstwo krwi zaczęło opuszczać zranione miejsce. Markus musiał szybko coś zrobić, jeśli chciał przetrwać.

- Markus! – krzyknął Aleksander

Wszystko działo się bardzo szybko, atak nastąpił niespodziewanie, Markus nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Musiał szybko działać.

-  Motus - Wycharczał  używając  zaklęcia Telekinezy, by oderwać wilka od siebie i przy okazji skręci. Gdyby to się udało użył swojej wita kinezy do  zasklepiania  ran. Po tym skupił się na kolejnym przeciwniku

- Motus -  ponownie używając zaklęcia telekinezy by zakończyć żywot bestii.

 

Fabienne uniknęła ataku wilka odchylając się w lewo. Na szczęście wilki jej nie drasnął.

-Szybki skur… - chciała przeklnąć, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Popatrzyła za siebie ile metrów ma do drzwi wejściowych, ale zanim pobiegnie tam jeden z wilków zaatakował Markusa, a ten mamrocząc zaklęcia chyba mu się uda pokonać wilka samemu, więc bez zbędnych ceregieli uda się do wnętrza budynku by tam przeczekać atak i wziąć kilka głębszych oddechów i opanować łomot serca.

 

Pierwsze zaklęcie poskutkowało. Wilk został odepchnięty z ciała Markusa, który skoncentrował się na wyleczeniu swojej rany. Korzystając z nadnaturalnej zdolności regeneracji, rana ulegała powolnemu gojeniu. To był bardzo bolesny i powolny proces. W między czasie, Markus postanowił skręcić kark. W ruch znów poszedł czar. Rozległo się głośne chrupnięcie, a widmowy wilk padł martwy na ziemię i zaczął się rozpływać. Jego esencja opuszczała to ciało.

W trakcie zmagań  Markusa, Fabienne wykorzystała szansę na ucieczkę. Udało jej się to! Migiem znalazła się przed bramą, która jednak była już zamknięta. Szarpnięcie o klamkę nic nie dało.

Przygotowany do obrony Aleksander został celem jednego z wilków. Bestia zaatakowała chłopaka, ale jej atak nie był dość skuteczny. McQueen został się obronić przy pomocy chwyconego kijka. Wystarczył szybki ruch, by zębiska wilka zatrzymały się na drzewcowej broni.

Pozostałe dwa wilki, które wcześniej zaatakowały Kitsune ponowiły atak. Jeden z nich rzucił się na ramię chłopaka, a drugi zaatakował nogę, lecz jego zęby słabo wgryzły się w wybrane miejsce.

Ostatni wilk nie zamierzał odpuścić Fabienne i rzucił się na dziewczynę, popychając nastolatkę na bramę. Bolało, ale nie za bardzo. Fusion widziała jak bestia przybliża swój pysk z ostrymi jak brzytwy zębiskami.

Aleksander dość szybko zrzucił z pleców napastnika, a gdy ten wylądował na plecach, dwukrotnie  został dźgnięty ostrym końcem kija w samo gardło, po to by jak najszybciej zakończyć żywot agresora, który zaczął się rozpływać.

 

Dziewczyna szybko znalazła się przy drzwiach.

-No dalej! Ruszcie się! - krzyczała na siebie szarpiąc za klamkę. Wilk, który szedł za nią wpadł na nią, aż ta wpadła na drzwi. Jęknęła cicho z bólu, ale to naturalne jak się uderzy o metalowe drzwi. Odwróciła się opierając ramionami o drzwi. Wilk szedł w jej stronę kłapiąc zębiskami.

-Ossox! - rzuciła zaklęcie blondynka. Miała nadzieję, że zadziała od razu, bo jak nie to będzie źle. Chyba, że da mu w pysk z buta.

Fabienne usłyszała ciche łupnięcie, a właściwie odgłos trzaskającej kości. Wrogi wilk zawył z bólu i stracił równowagę.

Markus przez krótki moment czasu obserwował walkę Alexandra. Widząc, że towarzysz ma kłopoty, chłopak skierował swą dłoń w kierunku najbliższego wilka i powiedział

- Motus

Wystarczyło to jedno słowo i garść własnej mocy, by wilk został odrzucony. Czar  rzucił oponentem o najbliższe drzewo. Markus nie zamierzał dawać za wygraną

- Motus – rzekł po raz drugi

Tym razem czar odniósł mniejszy sukces. York pragnął skręcić przeciwnikowi kark, ale urok tylko delikatnie przekręcił szyją i przednią łapą wilka. Chłopak wiedział, że wróg nie ponowi w tej chwili ataku.

Agresor mierzący się z McQueenem nie zamierzał darować mu śmierci kompana. Zaatakował  Kitsune, raniąc go w udo. Pazury i kły przerwały materiał spodni.

Alexander syknął z bólu.

Tymczasem wilk mierzący się z Fabienne próbował wyleczyć swą złamaną łapę, którą owinęła ciemność.

McQueen kontynuował swoją walkę. Jego ciosy kijem były poprawne. Oponent oberwał dwukrotnie po pysku, lecz to było za mało, by zrobić mu jeszcze większą krzywdą.  Na ziemi wylądowało kilkanaście kropel krwi zranionego wilka.

 

Zaklęcie Fabi zadziałało za pierwszym podejściem, to był dobry ruch by może trochę pomocować się z drzwiami. Szarpnęła raz, dwa i trzy, ale brama stała jak stała.

Hm - pomyślała dziewczyna. Odwróciła się w stronę łachudry i zmrużyła oczy.

Ty albo ja - pomyślała i wyciągnęła szybkim gestem dłoń przed siebie krzycząc.

-Motus! - miała nadzieję, że trafi przeciwnika.

 

Markus postanowił dokończyć sprawę z ogłuszonym wilkiem, jeśli nie teraz może później stanowić problem ponieważ nie było to zwykłe zwierze, a w jakiś sposób zaklęte. -Motus- Ponownie wypowiedział zaklęcie mierząc w ogłoszoną bestie, z zamiarem zabicia wroga, nie zważając na rezultat, zwrócił się w stronę Aleksandra - Phasmatos Somnus - Wypowiedział w stronę drugiego wilka by dać szansę McQueenowi na dobicie zwierzęcia

 

Fabienne skoncentrowała się na rzuceniu zaklęcia, ale nic się nie wydarzyło. Dosłownie nic. Jej czar się nie powiódł. Widmowy wilk nie drgnął ani przez moment.

Tymczasem Markus zajął się swoim przeciwnikiem. Rzucony czar telekinezy odniósł swój skutek, a ogłuszony wcześniej przeciwnik został w końcu dobity. Kolejny oponent spotkał się z kolejnym urokiem, który posłał York. Zadziałało. Bestia padła nieprzytomna na ziemię, a Alexander wykorzystał daną mu szansę i dobił ją kijem.

Pozostał ostatni wilk, który wciąż regenerował swe ciało. McQueen nie pozwolił mu na dokończenie procesu leczenia, tylko zbliżył sie do niego  dość szybko i zadał ten ostateczny cios.

To był już koniec.

- Po wszystkim - oznajmił Alex, odrzucając zakrwawiony kij

Widzieli jak zwłoki widmowych wilków zaczynają się rozpływać.

- Co robimy? - zapytał - Co zrobimy z ciałem? - dodał

Czar dziewczyny się nie powiódł. Serio? Po raz pierwszy poniosła klęskę z czarem, ale na szczęście mogła liczyć na pomoc innych. Kilka chwil później McQueen dobił regenerującego się wilka.

-Ta, po wszystkim. Jesteś pewien? - powiedziała dziewczyna nerwowo rozglądając się za być może jeszcze jedną łachudrą.

-A co z ciałem? To dobre pytanie, ale ja go nie tknę - westchnęła Fabienne i uniosła ręce do góry w geście, że nie będzie brała w tym udziału.

 

Na to wygląda że to koniec, ale co to było? - Powiedział do towarzyszy

- Nieszczęsny - Spojrzał na Szofera, wyciągając telefon z kieszeni, sprawdzając czy dalej jest połączony z opiekunem

- Dziadku co mamy zrobić z ciałem, nie możemy przecież powiedzieć, że zagryzły go wilki, a my je zabiliśmy... Poczekał na odpowiedź dziadka i spojrzał na resztę - Potrafilibyście prowadzić ten samochód - Wskazał na pojazd.

 

- Całkowicie – odparł McQueen

Dziadek nie zdążył nic odpowiedzieć.

Rozbłysło światło i ukazał im się portal, który już wcześniej widziała Fabienne. Z magicznego przejścia wyszli Percivall i Cassidy – czarodzieje, których dzisiaj poznali.

- Widzę, że macie problemy – powiedział mag, spoglądając na pozostałości po bitwie.

- Może… - zastanowiła się na głos Cassidy – Możemy rozwiązać wasz kłopot na dwa sposoby.

- Wysłuchamy waszych propozycji  - odparł Markus

Dziewczyna zerknęła na swojego kompana. On skinął jej głową.

- Moglibyśmy zabrać ciało waszego szofera do miejscowego prosektorium. Posłużyłby nauce albo stworzylibyśmy golema, któremu wczepilibyśmy duszę szofera. Miałby takie sztuczne życie – wyjaśniła wszystkim

- A może zrobilibyśmy mu pogrzeb? – zapytał Alex

- Jego ciało może posłużyć badaniom. To ważne! – powiedziała z naciskiem Cassidy

Cassidy i Percivall szeptali słowa w niezrozumiałym języku, a ciało kierowcy limuzyny zaczęło się delikatnie podnosić. Czarodzieje podjęli decyzje szybciej niż Markus i jego towarzysze.

- Bezpiecznej podróży do domu – odpowiedział Percy

Magowie wraz z magicznie podniesionym ciałem weszli w portal, pozostawiając uczniów samych sobie.

- Myślę, że dam radę kierować tym autkiem – rzucił Alex

Nic więcej nie mieli już tu do zrobienia. Wsiedli do limuzyny, Alex zajął miejsce kierowcy.  Mieli tylko nadzieje, że ich nowo poznani znajomi z uniwersytetu wyciszą sprawę o popełnionym morderstwie.

****

12 Września

Godzina 19: 50

Przedmieścia

Harmony Falls

 

Zbliżał się kolejny, chłodny, wrześniowy wieczór, a limuzyna z uczniami miejscowego liceum Harmony Falls wjeżdżała na przedmieścia. W aucie niewiele rozmawiali. Każdy odczuwał zmęczenie i zdenerwowanie całą sytuacją. Alex odstawił limuzynę tuż przed posiadłością Yorków, a sam ruszył w kierunku własnego domu, wiedząc, że ma spory kawałek drogi do przejścia. To samo odczuwała Fabienne. Dziewczyna wiedziała, że przynajmniej przez najbliższe trzy kwadranse będzie maszerowała do centrum miasta.

****

12 Września

Godzina 20:00

Posiadłość Yorków

Harmony Falls

 

Wchodząc do obszernego holu, Markus czuł, że ten wieczór w końcu należy do niego. Na ostatnich stopniach schodów prowadzących na pierwsze piętro stał pradziadek chłopaka, Abraham York

- Jak wypadła wycieczka? – zapytał - Widzę, że sporo przeżyłeś

 

****

12 Września

Godzina 20: 50

Dom Państwa Fusion

Harmony Falls

Tuż przed samą dziewiątą wieczorem, Fabienne przekroczyła próg drzwi. Panowała tu cisza, która skończyła się pojawieniem się rodziców w samym przedsionku.

- Gdzie się podziewałaś? – zapytał ojciec dziewczyny – Nie dałaś nam znaku życia. Co się dzieje moja panno? – dodał, a na jego twarzy malowało się porządne zdenerwowanie, które Fabienne dawno nie widziała. Stojąca przy ojcu, matka Justine wyglądała na zakłopotaną.

- Javier, daj jej spokój. Jest cała i zdrowa. Chodź, pewnie jesteś głodna – powiedziała

- Najpierw niech się wytłumaczy – rzekł Javier

Co powiesz rodzicom? Jakiej użyjesz wymówki

 

-Ta ważne. Już to widzę - wymamrotała dziewczyna. Po co im było ciało szofera? Nie wiedziała. Nawet nie próbowała się domyślić. Ta walka z wilkami zamąciła jej umysł na długie minuty. Minie dużo czasu zanim wróci do normalnego myślenia. Wsiadła do limuzyny bez zbędnych słów i po prostu pojechali do domu.

Dziesięć minut przed dwudziestą pierwszą dotarła przed próg domu. Otworzyła drzwi. W środku panowała dziwna cisza, którą zakłócił pojawienie się rodziców.

Nie odpowiedziała. Tylko stała i rozmyślała jeszcze co się wydarzyło ponad godzinę temu.

-Wilki. Ciało, Krew. Walka. Szkoła - powiedziała dość tajemniczo Fabienne ze spuszczoną głową. Jak jakiś demon. Pewnie im te słowa nic nie mówiły, ale Fabi wiedziała, że musi powiedzieć im prawdę. Tak, skorpiony zawsze mówią prawdę.


 

- Fabienne! - krzyknął natychmiast ojciec - Jakie wilki? Jaka krew? O co tu chodzi - zaczął bombardować pytaniami blondynkę

- Córeczko, powiedz nam co sie dzieje - powiedziała matka

Te kilka słów wystarczyło, by rodzice Fabienne byli zaniepokojeni. Solidnie zaniepokojeni.

W brzuchu nastolatki głośno zaburczało, a to był znak, by rodzina zasiadła przy stole i omówiła wydarzenia.

Javier i Justine pozwolili, by dziewczyna odłożyła swoją torbę z książkami, a następnie zawitali do kuchni, gdzie tam matka czarownicy zaczęła odgrzewać obiad i przy okazji nastawiła wodę na herbatę.  

- Na spokojnie nam wszystko opowiedz - poprosił Javier siadając z córką przy stole

 

Na ten krzyk tatusia Fabi aż podskoczyła w miejscu. Potem zaś odłożyła na miejsce torbę i udała się do kuchni, tak była głodna.

Ta najpierw drzesz ryja, a potem “na spokojnie”? - pomyślała i popatrzyła na ojca wymownie.

-W trakcie zajęć musiałam pojechać wraz z dwoma uczniami do innej szkoły. Szofer nas zawiózł. Musieliśmy się spotkać z Victorią Owens w sprawie znaków, które widzieliśmy w szkole. Wszystko szło jak po sznurku, aż do momentu wyjścia ze szkoły. Wtedy tam miał na nas czekać szofer by nas zawieść do domu, ale jego ciało leżało na masce samochodu, a potem wyszły wilki takie bardziej widmowe. Jeden z nich rzucił się na Markusa, ale Alexander był na posterunku. Ranił Markusa jeden z wilków, mnie też prawie trafił. Najgorsze było w tym to, że Cassie zabrała ciało szofera bez pytania. Podobno do jakichś badań. Jak w sekcie Joe Carolla, tyle że bez ciał. Może to oni zabili szofera i nasłali na nas wilki. Może to jakaś sekta - zakończyła swój wywód dziewczyna i zabrała się za jedzenie, choć pewnie za dużo nie zje z tych emocji.

 

Odpowiedź Fabienne rodziła jeszcze więcej pytań. Rodzice słuchali córki w milczeniu, która zajmowała się posiłkiem.

- Nie będziesz zajmowała się żadnymi znakami - wycedził ojciec - Włóczysz się do późna, nie dajesz znaku życia, a teraz dowiaduję się, że wplatałaś się w jakąś sektę z jakiejś innej szkoły

- Avalon High? - zapytała matka - Morganville High?  Blackstone High?

O tych szkołach Fabienne słyszała, a przynajmniej kojarzyła z nazw drużyn, które reprezentowały placówki podczas meczy piłki nożnej.

Kolacja składała się z piersi kurczaka w panierce, brokułów w sosie serowym i ziarnistego pieczywa.

Gdy Fusion próbowała określić uniwersytet Lincolna napotkała blokadę. Coś nie pozwalało jej powiedzieć o tym co zaszło przed spotkaniem z Victorią Owens. O TYCH osobach.

- Jak wplątałaś się w sprawę z jakimiś znakami? - zapytał Javier

- Javier, daj Fabienne zjeść w pokoju i odpocząć po tym dniu.  Wrócimy do tej rozmowy jutro, proszę  - rzekła Justine

- Justine... - próbował odpowiedzieć ojciec

- Javier - rzuciła matka - Fabienne, po kolacji jesteś już wolna - zwróciła się do córki

 

Dziewczyna usiłowała sobie silnie przypomnieć o tych ludziach i nazwę szkoły, ale nie mogła sobie tego przypomnieć. Coś ją blokowało. Jej umysł akurat na tę nazwę się zablokował. Dziwne. Kolacja była pyszna, a w szczególności sos serowy jej zasmakował. Resztę posiłku dokończyła w milczeniu, nie miała już siły na dalsze wypowiedzenia się co zaszło w szkole. Podziękowała skinieniem głowy za posiłek i poszła do siebie się walnąć na łóżko i na spokojnie przemyśleć to co zaszło i położyć się spać.

Edytowane przez Obi

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12 Września 2016 roku

Godzina 17:30

Szkolny Teren

 

Znalazła się na zewnątrz. W pobliżu nie było już nikogo, kto mógłby mieć coś wspólnego z tymi istotami. Na trawniku pojawiło się coś, czego nastolatka się nie spodziewała. Błysk, intensywny błysk światła, a  po tym błysku na zielonej połaci wylądowała dziewczyna.

2uhmtsk.jpg

- Ohhhh, nie powinnam tak eksperymentować z tym zaklęciem – powiedziała spoglądając przed siebie – Ohhhh – wyrwało się, gdy ujrzała Lily – Eeeee … cześć – rzekła, robiąc głupią minę – To tylko takie złudzenie optyczne. Ja… przewróciłam się, o! – dodała, próbując mizernie się tłumaczyć.

 

Popchnęła drzwi, odepchnęła potwora i poczuła to! Poczuła wolność, ale i swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. Miała przeczucie, że te cholerstwa nie powinny już jej gonić, że na szkolnym dziedzińcu będzie bezpieczna. Promienie powoli zachodzącego słońca na początku ją oślepiły gdy tylko znalazła się na zewnątrz, ale to było przejściowe, bardzo szybkie. Mimo, że takie dystansy nie były jej obce to musiała wpierw złapać oddech. Emocje dawały o sobie znać. Odłożyła na trawnik plecak i futerał z gitarą, głośno wciągając i wyrzucając powietrze z płuc. Pochyliła się, dłonie opierając o kolana..

- Spokojnie Lily, ten koszmar się skończył. To się nie wydarzyło naprawdę. To twa wyobraźnia płata ci figla - powtarzała sama do sobie, uspokajając się. Nagle jednak przed nią zaczęło jakby migać, pojawiało się zielone światełko, które z każdą chwilą stawało się intensywniejsze. Nagle błysnęło i “z nieba” spadła dziewczyna. Lily zamrugała szybko wpatrując się w ten niecodzienny obrazek.

- Czy ten dzień może być dziwniejszy? - spytała ni to siebie, ni to ją - Najpierw jakaś bliźniaczka, potem upiory, a teraz nieudane, a może udane, zaklęcie teleportacji. Brawo, ciekawe. - dodała kucając przed nieznajomą. Lekko przechyliła głowę, a usta wykrzywiły się w swego rodzaju dzióbku, zawsze tak robiła gdy nad czymś się mocno zastanawiała - Czyli tamte upiory to nie twoja sprawka? Kim jesteś? Ja jestem Lily. - powiedziała

 

Dziewczyna uśmiechnęła się dość uroczo i poczochrała dłonią swoje włosy.

- Nie przedstawiłam się? – zapytała, a następnie pacnęła czoło otwartą dłonią – Ano masz rację. Nie przedstawiłam się. Wybacz. Jestem Riley Carver – przedstawiła się w końcu.

Gdy Riley usłyszała o upiorach wzruszyła ramionami i zmarszczyła brwi.

- Nie, nie to nie moja sprawka. To trochę zaawansowana magia, znaczy każdy może jej się nauczyć, ale skutki mogą być tragiczne. Bardzo tragiczne – powiedziała, wstając w końcu z kolan.

Lily zauważyła bardzo ciekawy wisiorek, a właściwie przezroczysty,  kryształowy kamień w kształcie równoramiennego trójkąta zawieszony na szyi Carver, który zaczął migotać.

- Niebezpieczeństwo – szepnęła Riley

W dłoni dziewczyny pojawiło się blade, jasnoniebieskie światło, które materializowało się i przybierało kształt kuli. Złożona z czystej mocy, broń była gotowa do użycia.

Panna Cooper widziała, jak nowo poznana koleżanka miota swym tworem. Śledząc jej lot, Lily dostrzegła, że salę gimnastyczną opuściły upiory, które kierowały się w ich stronę. Rozległ się niewielki odgłos uderzenia energii z ciałem wrogiej istoty. Śledzący hipiskę agresor został odepchnięty i podpalony magicznym, bladym, jasnoniebieskimi płomieniami.

Istota zaczęła syczeć.

Tymczasem drugi z upiorów wykonał gest ręką, co spowodowało wywrócenie się Lily, która niewidzialna siła zaczęła przyciągać ku mrocznemu stworzeniu. Ten atak był zbyt słaby, a panna Cooper miała szansę na obronę.

 

- Riley, Riley, Riley….. - powtarzała przez kilka sekund Lily aż w końcu skomentowała - Ładne imie. Takie irlandzkie. I mówisz, że to zaawansowana magia? Ciekawe, bardzo ciekawe. I imponujące. Domyślam się, że jak zaklęcie się nie uda, to konsekwencje mogą być różne - odparła z usmiechem. Jednak ta miła, sielankowa chwila szybko minęła, bowiem dopiero co poznana dziewczyna oznajmiła, że zbliża się niebezpieczeństwo. Lily odwróciła się w kierunku, w który wpatrywała się Riley i ze smutkiem stwierdziła, że te same istoty dalej ją śledzą. Trzeba je jak najszybciej rozwalić, bo wygląda na to, że poszłyby za nią aż do jej domu. Ponownie skupiła się na “ognistym zaklęciu”, celując w drugą istotę, która zdecydowała się zaatakować hipiskę, pozostawiając pierwszego dla Riley.

- Proszę cię o pomoc. Te przebrzydy gonią mnie od sali gimnastycznej - szepnęła, skupiając się na zaklęciu mrucząc - Phasmatus Ignitium Dos Ex Salvo, Phasmatis Ignitium Dos On Salvo, Phasmatis Ignitium Dos On Salvo, Phasmatus Ignitium Dos Ex Salvo...

 

Panna Cooper była przyciągana do jednego z upiorów, który pragnął zatopić swe szponiaste ręce w jej delikatnej szyi.  Nastolatka nie traciła czasu, tylko skupiła się na rzuceniu zaklęcia. Poskutkowało.

Wróg został podpalony i zaczął syczeć oraz machać dłońmi. Lily była chwilowo bezpieczna, Riley nie stała w miejscu. Poznana nadprzyrodzona dziewczyna zaczęła tworzyć coś w rodzaju świetlistej lancy, która emanowała słabym blaskiem, ale po chwili zaraz zgasła.

- Szlag – mruknęła złą pod nosem i skupiła się na ponownym wezwaniu broni.

Druga próba przyniosła oczekiwane efekty. Carver trzymała ja pewnie i przymierzała się do rzutu.

Rzuciła.

Błyszcząca, stworzona z magicznej, pierwotnej energii lanca poszybowała do swego celu. Trafiła. Upiór został ugodzony i wydał z siebie przeraźliwy pisk, a następnie eksplodował wraz z utworzoną i utkwioną w nim bronią.

Rozległ się huk magicznej eksplozji, który odrzucił drugiego upiora. W powietrzu unosił się czarny pył. Opadał swobodnie na ziemię.  Pozostawiony i osamotniony przeciwnik zaczął transformować się w dym. Wycofywał się z dalszej walki.  

- Wygląda na to, że pozbyliśmy się go – powiedziała Riley – Zawsze tak przyciągasz kłopoty? – zapytała

 

Walka z tymi cholerstwami ponownie się zaczęła chociaż w tym wypadku można powiedzieć, że zaczęła sie trzecia runda - dwie poprzednie miały miejsce w szkole, a teraz czas na walkę na wolnym powietrzu. Na szczęście Lily nie była teraz sama, a do pomocy miała nowopoznaną dziewczynę. I chyba tylko dzięki jej obecności, walka ta nie była jednostronna na korzyść cienistych pokrak. Dzięki Riley jedna istota dość efektownie zakończyła żywot, a druga widząc to, postanowiła się szybko ewakuować. Wraz z końcem tego pojedynku Lily opadła na kolana, wydając z siebie długi gwizd. Gwizd ulgi.

- Czy przyciągam kłopoty? - spytała się, powoli ogarniając, że to już koniec. Przynajmniej na tę chwilę - Nie wiem. To znaczy, zawsze było tak, że wszystko było w idealnej harmonii z Matką Naturą, ale od dzisiejszego poranka wszystko jakby jest przeciwko mnie. Bardzo Ci dziękuję za pomoc. Dobry pokaz magii moja droga - pochwaliła Riley - Naprawdę nie mam pojęcia skąd te potwory się zjawiły… Zero...

 

- Wyglądasz mi na taką cichą wodę, a wiadomo jak to z nimi jest - powiedziała Riley - Te potwory, które nas  zaatakowały to jakaś forma żywiołaków ciemności - rzekła czarodziejka  i szczerze uśmiechnęła się słysząc komplement - Dziękuję - odpowiedziała - Twoja magia również robi wrażenie.

Riley spoglądała na pozostałości upiora.

- Powinnyśmy stąd się zbierać - zauważyła - Znasz jakieś sympatyczne i bezpieczne miejsce? Muszę przemyśleć co dalej, a nie wiem ogólnie, gdzie ja wylądowałam

 

- Zaufaj, od dzisiejszego dnia mogę powiedzieć, że me życie wywróciło się do góry nogami - odparła Lily biorąc swoje rzeczy, futerał z gitarą trzymała w dłoni, a torbę z książkami zarzuciła sobie przez ramię - I cudownie słysząc, że jakieś żywiołaki ciemności mnie próbowały skrzywdzić. Pięknie ten dzień dobiega końca - w tym momencie mruknęła już lekko niezadowolona z tego co przyniósł jej los. Uśmiechęła się i prychnęła rozbawiona, słysząc taki “komplement”.
- Uroczo kłamiesz, naprawdę. Powiedzmy, że preferuję inny rodzaj magii. Gdybyś nie ty to pewnie bym uciekała z buta jak najdalej od nich, bo nie znam aż takich zaklęć jak ty - dodała

- Zgadzam się, że powinniśmy się stąd zbierać. Mam dosyć na dzisiaj szkoły - słowa Riley o tym, że nie wie gdzie wylądowała mocno ją zaskoczyły - Nie wiesz gdzie wylądowałaś… chcesz powiedzieć, że nie pochodzisz stąd? Jesteś w mieście Harmony Falls, a konkretnie na terenie tutejszej szkoły. Sympatyczne i bezpieczne miejsce? Kurczę…. Powiem Ci, że nie mam pomysłu. Sympatyczne i bezpieczne to z pewnością jest mój dom. Może wpadniesz do mnie i tam odpoczniesz i pomyślisz co dalej chcesz zrobić? Na tę chwilę tyle mogę ci zaoferować za pomoc jakiej mi udzieliłaś - powiedziała Lily


 

- A wcześniej jakie było? - zapytała z zainteresowaniem Riley - Jakie było twoje życie? Nudne? Zwyczajne? Romantyczne? - dodała, uśmiechając sie cały czas - Przynajmniej masz ze sobą swoje rzeczy - zwróciła na to uwagę torbę i futerał - Potraktuj to jako zmianę, dość gwałtowną, wiem, ale lepiej abyś nie skończyła następnym razem martwa, prawda? - zapytała czarodziejka

Carver zachichotała pod nosem, gdy usłyszała wypowiedź o kłamstwie i magii

- Wcale nie kłamię. Twoja magia jest inna niż moja i tym samym ciekawsza, ale to rozmowa nie na tę chwilę - przyznała  i następnie lekko przechyliła głowę, słysząc propozycję bezpiecznego miejsca Lily

- Nie jesteś trochę zbyt ufna? Znamy się jakieś dziesięć może piętnaście minut - powiedziała - Nie boisz się? - zapytała, a gdy uzyskała stosowną odpowiedź ruszyła za Lily do jej domu.

****

12 września 2016 roku

Godzina 18:15

Dom Państwa Cooper

Przedmieścia

 

Jakiś czas później, obie dziewczyny wchodziły do domu młodej czarownicy.  W  przedpokoju Riley zatrzymała się i rozkoszowała sie zapachem dobiegającym z kuchni. Panna Cooper doskonale wiedziała, że jest to pora obiadokolacji.

- Pięknie pachnie - powiedziała Riley - Zatrzymam się na jakąś godzinę i spadam. Nie chcę robić ci jakiś kłopotów

- Lily, skarbie! Wróciłaś? - odezwał się głos matki

 

Jakie było twoje życie? Riley nawet nie wie jak bardzo dziwne jest to pytanie. Bo co Lily ma odpowiedzieć? Że w sumie nowo poznana dziewczyna ma racje? Nudne, lekko statyczne co prawda, ale w jakiś sposób stałe i pozbawione niespodziewanych sytuacji. Z pewnością nie było ono romantyczne tak jak się może to wydawać postronnym, ale Lily potrafiła taki romantyzm wokół siebie sprawić, grając na gitarze czy to pisząc wiersze. Albo czasem się brudząc farbami. Więc w sumie można powiedzieć, że słowo „zwyczajne” - jak to powiedziała Riley – jest poprawne.

- Wiesz co? Patrząc na to jaki jest ten dzień to mogę z całą stanowczością powiedzieć, że było…. Nudne. Tak, w porównaniu z tym co się dzieje, to tak. Było nudno. Było normalnie, zwyczajnie. A teraz to wszystko nie jest normalne i nie jest zwyczajne. I oczywiście, że nie widzę siebie jako nawozu dla matki Gai. Nie dzisiaj. I nie jutro. Jak osiągnę odpowiedni wiek do tego – powiedziała Lily ucinając, kończąc praktycznie temat tego jakie było jej życie. Jednak spojrzała trochę zaskoczona gdy usłyszała, że jej magia jest jednak warta uwagi.

- Powiem Ci, że ja naprawdę nie wiem co w niej wyjątkowego widzisz. A to, że inna niż twoja? To było widoczne na szkolnym podwórku. - odparła uśmiechając się. Jednak jej ostatnie słowa, jakie Riley wypowiedziała, potraktowała w pewnym sensie jako pochwałę.

- Ohhh, spokojnie mój pomidorku. Znamy się dokładnie dwanaście minut, ale wiele osób mówi mi, że mam w sobie taki „piąty zmysł”, który pozwala mi wyczuć kto kim jest. Czego mogę się spodziewać po takiej osobie. A w tobie wyczuwam coś bardzo miłego i dlatego skora jestem ci zaufać – powiedziała delikatnie szczypiąc dziewczynę w policzek – Tak więc zapraszam cię do domu na jedzonko!- zawołała, prowadząc ją do siebie

 

- MAMO! TATO! WRÓCIŁAM! - od drzwi wejściowych rozległ się doniosły okrzyk młodej hipiski – I tym razem przyprowadziłam gościa, który… - Lily zaciągnęła się zapachem, który unosił się po domu – Mniam. Trafiłyśmy na świetną porę. - rzuciła do Riley rozmarzonym tonem, który wskazywał, że zaczęła jej cieknąć ślinka

- Mamo? Czyżbym wyczuwała kotleciki sojowe w sosie pomidorowym? - zawołała. Szturchnęła też delikatnie dziewczynę – Pewnie razem z ziemniaczanym puree i sałatką z ogródka. Klasyczny, ale bardzo sycący obiad. Zaraz wszystko mi o sobie opowiesz. - dodała podekscytowana – Rozgość się. Kochani, chciałabym wam przedstawić Riley. Nie macie nic przeciwko aby zjadła z nami, prawda? - powiedziała to tak najuroczej jak tylko potrafiła – I gdzie jest Johnny? Johnny?! Zobacz kto wrócił do domciu. - zaczęła wołać swego psa.

 

- Dobrze zgadłaś. Punkt dla ciebie! - zawołała mama, a Lily mogła być z siebie dumna, chociaż to nie było trudne. Zapach był bardzo charakterystyczny, a sama Riley wydała się nie mieć nic przeciwko takiemu zestawieniu dań.

- Solidnie zgłodniałam - powiedziała dziewczyna.

Próg kuchni został opuszczony przez rodziców młodej hipiski, którzy zainteresowali się nowym gościem.

 

70w9cp.jpg29nc5g8.jpg

 

- Apple Cooper, a to jest mój mąż, Mark - powiedziała matka Lily  podała swoją dłoń czarodziejce

- Riley Carver - odparła czarodziejka i podała dłoń Apple i Markowi, którzy ją uścisneli - Przejezdna z Nowego Jorku - dodała i uśmiechnęła się

- Z Nowego Jorku? - zapytał ojciec - Ale jakim cudem tu się dostałaś? Gdzie są twoje bagaże? - zaczął zarzucać pytaniami

- Oh, to trochę skomplikowana sprawa. Eksperymentowałam z pewnym zaklęciem teleportacji i wylądowałam tuż pod szkołą Lily, która została zaatakowana przez dwa upiory - odparła Riley

- PRZEZ CO? - zapytał zaskoczony ojciec

Lily czuła na sobie wzrok obojga rodziców, którzy na pewno będą czekali na jakieś wyjaśnienia.

Pojawił się takze Johnny, który natychmiast podbiegł do Riley i zaczął ją obwąchiwać.  Po chwili zamerdał swym krótkim ogonkiem i zaszczekał głośno, ale nie było to złe szczeknięcie, tylko takie na przywitanie, które nie było skierowane do Lily.

- Mogą się państwo uspokoić. Udało nam się je odegnać i nie sądzę, aby odważyły się powrócić - wyjaśniła szybko Riley - Umieram z głodu - powiedziała z małym wyrzutem - Przejdziemy do tej części, gdzie jemy posiłek i poznajemy się? - zapytała bez żadnego wahania się.

Lily musiała przyznać, że te pytanie było nieco niegrzeczne, ale rodzice nic nie powiedzieli.

- Podobasz mi się - przyznała Apple

- Dziękuję - wyznała nieco zaskoczona Riley, która przywitała się z buldogiem.

- Cześć kolego, miło mi ciebie poznać. Jestem Riley - zagruchała do niego

- Lily, wyjdź z psem, a następnie wróć do nas. Riley, zapraszam do kuchni - powiedziała mama i wróciła do pomieszczenia.

Mark utkwił swoje spojrzenie w obu dziewczynach, a następnie udał się za swoją żoną.  

 

Lily uśmiechnęła się sama do siebie, pod noskiem, na wieść o tym, że jej jedno z ulubionych potraw będzie właśnie podawane przy rodzinnym stole. Zerknęła na Riley.

- Teraz jesteś głodna, ale obiecuję, że wkrótce on zniknie - powiedziała do dziewczyny. Chwilę później podeszli do nich rodzice hipiski, w strojach prawdziwych hipisów. Już z miejsca przeszli “do interesów”, szybko witając się z Riley, która poinformowała rodzinę Cooperów, że pochodzi z Nowego Jorku. Lily na tę informację aż zakaszlała z zaskoczenia. Nie spodziewała się, że nowopoznana dziewczyna pochodzi z tak daleka. No…. ma ona rozmach, nie ma co.  I oczywiście musiała chlapnąć o tym, że została zaatakowana… W myślach Lily zrobiła fejspalma… Cudowna informacja na dzień dobry.

- Cóż...hehe….jakby to….tak….ująć...zgrabnie - szukała odpowiedniego słownictwa, jak zacząć to zdanie - No nie ukrywam, że mój dzień był dzisiaj bardzo….intensywny! Ale fakt faktem, że lepiej opowiem to przy obiedzie, a nie tu w przedpokoju. - powiedziała w końcu Lily chcąc lekko uspokoić atmosferę. Po chwili przybiegł też Johnny, który o dziwo zamiast do swej pańci to pobiegł do kogoś obcego. Lily zdziwiona, ale też i lekko smutna, patrzyła jak pies całkowicie ją ignoruje. Przecież ona go tak kocha, a on tak się jej odwdzięcza? Zaczęła też co raz baczniej, z uwagą przyglądać się swoim rodzicom. Jej mama ni z gruchy, ni z pietruchy walnęła coś co można uznać za komplement, a ojciec patrzył się na nie przez chwilę po czym zniknął razem z gościem w kuchni. Wcześniej rzucono komendę: wyjdź z psem… No tak, oczywiście. Lily westchnęła cicho.

- Johnny, dawaj. Idziemy na spacer - powiedziała biorąc z szafeczki smycz - Chodź maluchu, przejdziemy się.

 

Lily starała się by załagodzić napiętą atmosferę, która dość szybko narodziła się w tym miejscu. Rodzice spoglądali wyczekująco na swoją latorośl, a ona ich nie zawiodła, tylko poprosiła, by ta rozmowa odbyła się w przyjemniejszych warunkach.

Spacer z Johnnym po domowym ogródku był relaksem, chwilą odpoczynku i przyjemności, której obecnie potrzebowała słodka Lily. Po kilku minutach, pupil hipiski załatwił swoje potrzeby, pokopał tylnymi łapami trawkę i podbiegł zadowolony do swojej pańci.

Wystarczyło tylko po nim posprzątać, wyrzucić odchody , wrócić do domu, skorzystać z łazienki i udać się do kuchni.

Gdy tylko panna Cooper przekroczyła próg kuchni zobaczyła jak jej rodzice są rozluźnieni przy Riley, która zabawiała ich historyjką.

- … I wtedy mu mówię „Cody, te zaklęcie rozsadzi tą dynię, a nie ją powiększy” a ten za przeproszeniem debil, zignorował mnie, a następnie byliśmy cali obryzgani zawartością tego eksperymentu.

Po tych słowach państwo Cooper wybuchli śmiechem.

Dziewczyna uśmiechnęła się do Lily, pomachała jej wolną dłonią i wróciła do posiłku.

- Więc Riley jesteś…? – zapytał Mark

- Czarodziejką – odpowiedziała

- Na czym polega wasza magia? – zapytała Apple

- Na sferach, proszę pani – odpowiedziała Riley – To nie jest coś, co można wyjaśnić w kilku słowach, ale postaram się to zrobić. Sfery są dziedzinami tudzież dyscyplinami magii, które kierunkują i określają wpływ oraz charakter rzuconego czaru. Sfery można ze sobą łączyć i tworzyć duże kombinacje, ale większość magów skupia się na wybranych przez siebie kilka dyscyplin i stara się je jak najlepiej opanować.  Na przykład Sfera Natury to połączenie dwóch sfer. Roślin i zwierząt.

Ta wypowiedź zrobiła wrażenie na rodzicach blondynki.

- Gdzie studiujecie?

- Zazwyczaj na magicznych uniwersytetach, ale swoją magią nauczyłam się władać dzięki Internetowi i zakodowanym wiadomościom. Nie mogę na ten temat nic powiedzieć -  odpowiedziała Riley i spuściła głowę, pochylając się nad swoim talerzem – Po prostu wykładowcy z Nowojorskiego Uniwersytetu Magii uznali, że nie nadaję się na czarodziejkę i próbowali odebrać mi pamięć oraz moc, ale znalazłam sposób, by o niej pamiętać i ją odtworzyć. Teraz już ich nie obchodzę, ale nie mogę pojawić się w murach uczelni czy w jakimś oficjalnym kręgu czarodziejów.

Nastała niezręczna cisza.

 

Spacer z Johnnym był miłym odpoczynkiem od tego całego zgiełku jaki pojawił się dzisiejszego dnia. Lily wyrzuciła z pamięci, przynajmniej na chwilę tego spaceru, to się działo. Te zjawy ze sfery ciemności, ta cała podróba Konomi… DOŚĆ! Nie ma myślenia o tym. Nie teraz. Teraz odpoczywamy. Z psem. Na spacerze. Johnny biegał po ogrodzie, a Lily rzucała mi piłkę, którą ten mały, czworonożny słodziak przynosił i prosił o więcej. Co jakiś czas jednak Lily zerkała za siebie czy żadna cienista pokraka jej nie obserwuje, ale to chyba po prostu była lekka paranoja po tym co się działo. Bo nikogo nie widziała. Żartowniś z tego mózgu…

W końcu przyszedł czas w którym wzięła psiaka i zaprowadziła go do domu. Zrobił wszystko, ale pewnie i tak jeszcze wyjdzie z nim po 22, tak dla pewności by malec smacznie spał w nocy. Z kuchni dobiegały hałasy, różne śmiechy. Ucieszyła się, że Riley została tak dobrze odebrana przez rodziców. Zdjęła buty i ruszyła tam, by zająć miejsce przy stole. Riley zaczęła opowiadać historię, mocno skróconą, tego kim jest i skąd pochodzi, jak się tu wzięła. W sumie, poczuła żal, że tak skończyła się jej przygoda z magicznym uniwerkiem. To chyba jedno niewielu zmartwień jakich nie czuły Wiedźmy. One po prostu były samoukami.

- A skąd twoje nagłe pojawienie się u nas? Wybacz, że tak pytam - zaczęła nakładając sobie jedzenie na talerz - ale zaciekawiło mnie to. Ktoś cię gonił? Czy po prostu starałaś się uczyć samej i zaklęcie ci wyszło, ale nie trafiłaś tam, gdzie chciałaś?

 

Riley spojrzała na Lily, która przerwała ciszę i zadała jej pytanie.

- Nic z tych rzeczy. Żadne ucieczki nie wchodzą w grę - powiedziała spokojnym głosem czarodziejka - Znalazłam zaklęcie "Skoku" i chciałam je wypróbować. Według autora czaru, trzeba było odpowiednio  gestykulować, narysować dobrze portal oraz wybrać docelowe miejsce - opowiadała i przy okazji jadła posiłek, ale nie mówiła z pełnymi ustami. Przełykała odpowiednie kęsy i popijała kompotem  - Przy tym ostatnio musiałem coś sknocić. Będę mogła skorzystać z telefonu? - zapytała państwa Cooper

- Oczywiście - odparła Apple - Nie ma żadnego problemu.

- Super. Powiadomię Codego, że nic mi nie jest i myślę, że jutro powinnam spróbować wrócić do Nowego Jorku - rzekła dziewczyna - Tylko nie mam gdzie się zatrzymać - dodała i zerknęła na Lily

- Lily, chyba powinniśmy ugościć twoją koleżanką mimo, że słabo ją znamy - powiedziała pani Cooper

- W końcu uratowała jej życie - dodał Mark

- No nie wiem, Mark. Nie znamy jej za dobrze - odpowiedziała mężowi Apple

 

- O. Zaklęcie “Skoku”. Mamo, czy my potrafimy tego typu zaklęcia? Bo wydaje mi się, że one chyba są ciut za trudne… albo ja po prostu jeszcze do tego etapu nauki nie dotarłam - powiedziała Lily po odpowiedzi nowopoznanej. Ta chwilę potem poprosiła o zgodę na użyczenie telefonu.

- Dobrze zrobisz. Jak się rodzina zacznie niepokoić to się robi nieciekawie. - Następnie jej rodzina przeszła do tematu “noclegu”.

- Mamo… - żachnęła się Lily na słowa Apple - Nie powinnaś tak mówić. Poważnie, gdyby nie Riley nie wiem co by się stało dzisiaj. Wiem, że nie do mnie należy ostatnie słowo, ale uważam, że powinniśmy ugościć naszego gościa na te noc - powiedziała, uważnie wpatrując się w swoich rodziców - Któryś pokój chyba możemy dla niej przeznaczyć.

 

- Zaklęcie Skoku? – zapytała Apple i przyglądała się córce – Mamy jego odpowiednik. Nazywamy to zaklęciem „Teleportacji” Przenosi nas z jednego znanego miejsca na drugie – odpowiedziała – Jak będziemy miały trochę czasu to nauczę cię tego zaklęcia – dodała

- Na pewno przed snem zadzwonię do Codego. On jest moją najbliższą rodziną i oczywiście pozostali członkowie kabały – rzekła Riley, która chwilę później przysłuchiwała się rozmowie o jej nocowaniu.

Apple spojrzała na męża i ponownie na córkę oraz na Riley.

- Nie umniejszam jej czynów, ale to nie zmienia faktu, że jest dla nas obcą osobą. Mam nadzieję, że nie jesteś zła, Riley – zwróciła się do czarodziejki – Dziękuję, że uratowałaś mojej córce życie i zgadzam się, abyś została na tę jedną noc. Później musisz poszukać sobie czegoś innego.

- W porządku – odpowiedziała Carver –Jedna noc i nie będę nadużywała państwa gościnności.

- Lily, przygotujesz gościnny pokój.  Sprawdź czy mamy świeżą pościel - poleciła matka

Dalsza część kolacji upłynęła bez żadnych incydentów.

Po skończonym posiłku, Riley poszła zadzwonić, a Lily wybrać pościel dla koleżanki.

 

Rozmowa z mamą potoczyła się tak jak powinna się potoczyć chociaż Lily była troszkę zaskoczona tym jej zdystansowaniem wobec nowo przybyłej osoby. Chociaż z drugiej strony jest to jak najbardziej logiczne - dopiero co ją poznali i dziwnym by było gdyby pozwolili się jej rozgościć jakby była u siebie. Nawet miłość, pokój i zaufanie hipisów ma swoje granice, zwłaszcza gdy rodzina dowiaduje się, że ich córka została zaatakowana przez dziwne stworzenia. Lily trochę w myślach pokręciła głową, ale koniec końców udało się jej jakoś odwdzięczyć Riley. Darmowy nocleg wraz z kolacją i śniadaniem. Dobre i to. Zasłużyła dziewczynka. Uśmiechnęła się do mamy.

- Dziękuję mamo, że się zgadzasz - powiedziała wstając i zabierając talerz, aby odłożyć go do zlewu - Riley może spać w pokoju obok mojego. A pościel już idę wziąć - odparła i pomaszerowała najpierw w stronę szafki by wyjąć świeże prześcieradło i pościel, a następnie udała się do pokoju, które na noc przejmie dziewczyna z Nowego Jorku.

- Johnny, chodź ze mną - zawołała do swego psa - Pomożesz mi.

 

12 września 2016 roku

Godzina 18:54

Pokój Gościnny

Dom Państwa Cooper

Przedmieścia

 

Znajdujący się na pierwszym piętrze domu Lily, pokój gościnny był średnim pomieszczeniem urządzonym dość w  zwyczajny sposób. Stolik z telewizorem, szafka z książkami, szafka  z zestawem porcelany, puchaty, pstrokaty dywan, mały stolik na herbatę oraz rozkładana kanapa. Panna Cooper w towarzystwie psa Johnnego przygotowywała posłanie dla swojej wybawicielki, która prowadziła rozmowę telefoniczną.

Kilka minut później, w progu drzwi stanęła Riley

- Chyba trochę za wcześnie na sen - powiedziała patrząc na działania jasnowłosej - Masz może jakąś koszulkę do spania. Pożyczę tylko na jedną noc i odeślę wypraną! - obiecała, robiąc przy tym słodką minkę.

 

Lily elegancko zajmowała się ogarnięciem łóżka dla nowoprzybyłej dziewczyny z Nowego Jorku. Poszewki były już nałożone na poduszeczki i kołdrę. O pościeli nie wspomnę, świeża biel wylądowała jako pierwsza na materacu. Lily kilka razy strzepała kołdrę aby idealnie leżała. Johnny jak zawsze, leżał obok niej i drapał się. Ale tego, że jej nie przywitał tak jak zawsze, tylko rzucił się na obcego mu nie daruje. Zdrajca. Po jakimś czasie, Riley zawitała do pokoju.

- Co? Nie, oczywiście, że jeszcze nie idziemy spać. Tylko przygotowuję Tobie pokój, aby był od razu dla ciebie gotowy. Po co mamy się z tym męczyć później, prawda? - spytała narzucając kołdrę - Wieczór będziemy miały tylko dla siebie. Poopowiadamy sobie opowieści, oczywiście o ile będziesz chciała - dodała

- No. I zrobione - rzuciła zadowolona, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Spojrzała na dziewczynę. Jasne, że pożyczy jej koszulkę do spania. Toż raczej nie ma nic innego przy sobie, oprócz tego w co jest obecnie ubrana.

- Oczywiście, że ci coś dam. Chodź ze mną do mego pokoju, dam ci jakąś czystą i pachnącą. Wybór wzorów na koszulkach jest mocno ograniczony, przeważnie są to kwiaty, mówię to abyś nie była zaskoczona - powiedziała idąc do swego pokoju. Palcem wskazującym i uśmiechem daje jej znać aby poszła razem z nią. Od razu powie czy pasuje. Może ma wymagajacy gust i byle czego nie nałoży?


 

Riley uśmiechnęła się lekko

- Od czego mamy magię? - zapytała, podczas gdy jedna z jej dłoni zaświeciła słabym różowawym światłem - Żartuję, czasami trzeba dać sobie spokój i odpocząć od nadużywania mocy - dodała i przerwała swój popis.

Propozycja opowiadania opowieści, ucieszył dziewczynę.

-  W sumie znam kilka Nowojorskich przypadków o których mogę ci szepnąć słówko bądź dwa, ale ty mi opowiesz o nadprzyrodzonych zjawiskach, jakie dzieją się w tym mieście, okej? - zaproponowała

Wybór koszuli nocnej, nie był jakimś większym problemem. Riley nie kręciła nosem, tylko przyjęła propozycję gospodyni i udała się z nią do jej pokoju. Johnny pobiegł za dziewczętami i upominał się o głaskanie, głośno przy tym szczekając.

Kilka chwil później, Riley trzymała w dłoniach jasnozieloną koszulę na ramiączkach. Na całej piżamie znajdowały się stokrotkowe wzorki.

- Jest urocza - powiedziała, przykładając do swego ciała świeżą i pachnącą koszulę.

Dalsza część tego dnia upłynęła na rozmowach. Lily poznała mistyczną historię Nowego Jorku, który był zamieszkiwany przez nadnaturalne społeczeństwo.

- Satyrzy pędzą naprawdę świetne wino, a ich każda karczma jest dobrze ukryta i można się dostać przez drzwi w niekiedy obskurnych i obszczanych ścianach - rzekła - Musisz uważać na Elfy. Są aroganckie, wyniosłe i niekiedy wredne. Ich magia jest dosyć specyficzna. A jeśli chodzi o duchy... - kontynuowała swoją opowieść.

Lily poznała też trochę Codego, który okazał sie bliskim przyjacielem Riley od spraw magii. Razem ją praktykowali i wspierali sie w trudnych chwilach.

- Kiedyś go poznasz. Gwarantuję ci to - dodała i chwyciła kosmyk włosów Lily - Taka laska jak ty na pewno ma adoratora  - komplementowała, bawiąc się przy tym zebranym włosiem.

W trakcie tych opowieści, Lily musiała także zajrzeć do książek.

- Mam nadzieję, że ci w niczym nie przeszkodziłam - powiedziała Carver

W końcu przyszedł też czas na sen.  Lily mogła mieć tylko nadzieję, że jeszcze jej ścieżka skrzyżuje się ze ścieżką Riley i to przy dość sprzyjających okolicznościach.

Edytowane przez manfret

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

2utokk1.jpg21dimnb.jpgsziz54.jpg13yqck8.jpgngui46.jpg

Akagi Konomi & John Daglas &Arden Usoka &Theo i Aviana Evans

 

 

  12 Września 2017

Godzina 17:35

Stara Droga

Wschodnia część Miasta

 

 

Pojawili się. Z potarganymi włosami i ściśniętymi żołądkami oraz podchodzącymi ich zawartościami do gardła.  Nogi nie utrzymywały ich pewnie na ziemi.

- Zdarza się najlepszym, ale jesteśmy w jednym kawałku - powiedziała Konomi puszczając dłonie bliźniaków

- Hurra - rzekł Theo

- Gdzie jesteśmy? - zapytała Aviana, po czym rozejrzała się po nowym miejscu.

Znaleźli się w leśnym zakątku, przez który biegł trakt prowadzący do lasu i rozdzielający się do zapuszczonego cmentarza. Droga nie była w najlepszym stanie. Składała się głównie z kamieni o różnorakiej wielkości.  

Pobliska  statua anioła o rozpuszczonych włosach przyglądała im się z oddali. W pobliżu tego posągu coś się czaiło. Ciemny kształt, który przybierał formę czarnego dymu, tudzież mgły.

Niebezpieczeństwo. Cmentarz nie zamierzał powitać ich z otwartymi ramionami. Grupa  złożona pięciu, czarnych wilków o świecących oczach wyłoniła się zza statuy.

- Co to jest? - zapytała Aviana                   

- Czarne wilki - odpowiedziała natychmiast Konomi - Walczyliśmy już z nimi.

- O mamo, znowu wilki -wyszeptał John. -Dlaczego wilki? Nienawidzę wilków.

 

Arden westchnął lekko na widok wilków. Skoro poprzednio mieli problemy żeby rozwalić trzy… Pozostawało mieć głęboką nadzieję, że Aviana i Theo znają się na walce trochę lepiej od nich.

-Dokładnie to samo co wcześniej. Mogliby już nam odpuścić… - Arden zamyślił się na chwilę. Białowłosa wariatka, choć była wariatką, raczej nie przeszkadzałaby im w odnalezieniu artefaktów - jeśli cokolwiek miałaby zrobić, to raczej coś wręcz przeciwnego. Czyli… kto stworzył te wilki? I w jaki sposób wiedział gdzie się znajdują? Arden potrząsnął głową i odrzucił od siebie te myśli. Trzeba się skupić na walce.

 

Trójka z tej piątki wilków wysunęła się przed szereg, tworząc swego rodzaju trójkąt równoramienny. Bestie kierowały się w kierunku nastolatków. Powarkiwały cicho i kłapały szczękami oraz upatrywały sobie ofiary. Jeden z nich dopadł Ardena i ugryzł go w nogawkę, kolejny rzucił się na Theo i powalił go na ziemię, a ostatni z trójki zaatakował Johna, lecz jego zęby zatrzymały na materiale spodni.  Aviana zdecydowała się uratować swojego brata. Młoda czarownica utkwiła swe spojrzenie w stworzeniu, a następnie cicho powiedziała

- Phastmatos Incendia -

Płomienie objęły cienistą bestię, która zaczęła wyć, ale sam ogień okazał się zbyt słabym narzędziem. Wiedźma skierowała swe dłonie, by wzmocnić zakres zaklęcia przy pomocy swej nadprzyrodzonej zdolności.

Wszyscy widzieli płonący błysk w jej oczach.

Kolejny wilk rzucił się na Konomi i powalił nastolatkę, a następnie siłował się z nią.

Odruchowo zadał szybki cios w nos, potem poprawił dla pewności kopniakiem i odskoczył na bezpieczną odległość.

-A ludzie się dziwią, że nie lubię wilków.

Kopniak w nos okazał się dość skuteczną metodą na przerwanie ataku wroga. Uderzenie butem rozproszyło cienistego wilka, który spotkał się z kolejnym uderzeniem. Bestia na chwilę odpuściła.

Tymczasem Theo zaczął mocować się z podpalonym oponentem.

- Całkiem nieźle - rzucił do siostry, a następnie powiedział cicho -Vodux

Czar wyrzucił wilka w górę i odrzucił go na bezpieczną odległość od blondyna. Czarownik powoli się podniósł i spojrzał na przeciwnika.

- Kończymy zabawę - mruknął i skoncentrował się na dziwnym zwierzęciu. Theo wyciągnął obie dłonie przed siebie, kierując je ku cieniowi.

- Phesmatos Pyrox Morsinus Illum ...

Wszyscy słyszeli jak bestia zaczyna skamleć z bólu, a na ziemię padają pierwsze krople krwi, które wypływały z jej nosa i pysku. Rzucony czar zadziałał, a Theo uśmiechał się niczym sadysta. Chłopak tryumfował nad zranionym wilkiem.

Konomi ponownie zastosowała znaną sobie sztuczkę. Nastolatka skupiła się i przy pomocy wezwanego wiatru, odrzuciła wilka, który kłapał na nią zębiskami. Odrzucony przeciwnik uderzył twardo w ziemię.  Panna Akagi podniosła się z miejsca i przy pomocy telekinzey posłała wroga na drzewo. Rozległo się głuche uderzenie.

 

Gdy Arden zobaczył szarżującego wilka, serce podskoczyło mu w okolice gardła. Jak dotąd nie miał bezpośredniego kontaktu z wrogiem, jedyne co robił to ofensywa słowna ze znacznej odległości. Opanował się jednak, i z całej siły spróbował wydostać nogę z uścisku szczęk wilka, po czym odskoczył na w miarę bezpieczną odległość. Niewiele myśląc wyciągnął dłoń i wypowiedział swoją nową ulubioną formułkę, mając gorącą nadzieję, że jego zaklęcie zadawania bólu zadziała nieco mocniej niż w ostatnim przypadku.

- Errox fumas.


 

Arden z niewielkim trudem uwolnił swoją nogę z paszczy cienistego wilka, który powarkiwał  cicho i ukazywał swe kły. Bestia miała się ponownie rzucić na chłopaka, gdyby nie jeden problem - zaklęcie.

Potwór zaczął skomleć i położył swoją głowę na ziemi, a oczy przysłonił łapami. Z nosa zaczęła mu skapywać krew, a cienista aura zaczęła powoli się rozpływać. Czar odnosił swój skutek.

Ostatni z wilków widząc, jak jego towarzysz  cierpi poprzez urok, postanowił szybkim susem doskoczyć do nastolatka i zaatakować go.

Usoka poczuł wilcze łapy na swojej klatce piersiowej, które zmusiły go do cofnięcia się o kilka kroków.  

Wilk nie wyglądał na tego, który przystanie na jednym działaniu.

Walka wciąż trwała. Zranieni przeciwnicy nie zamierzali się jeszcze poddać.  Wilk, który ucierpiał przez zaklęcie Ardena podniósł się i dołączył do swego kompana, który rzucił wyzwanie Usoce. Oponent kłapał zębiskami i powarkiwał, a następnie zaatakował prawą nogę chłopaka. Kły zatopiły się w materiale spodni, a czarownik poczuł szarpnięcie.

Wilk, który był nękany przez zaklęcie Theo walczył z skutkiem uroku i udało mu sie to przezwyciężyć. Powstał na łapach i ruszył na blondyna, a następnie zatopił kły w materiale spodni. Bestia, która mierzyła się wcześniej z Johnem, postanowiła kontynuować z nim walkę i z swych łopatek wytworzyła dwa, cienkie, cieniste bicze, którymi zaczęła uderzać o ziemię i przybliżała się stopniowo ku młodemu Kitsune. Jedna z tych macek smagnęła Daglasa po policzku, zostawiając po sobie niewielkie rozcięcie.

Aviana widząc, że Arden ma towarzystwo postanowiła mu udzielić szybkiej pomocy.

- Espirimus Paratis! - krzyknęła  

Ziemia pod obydwoma wilkami gwałtownie zadrżała, a same potwory zaczęły z trudem łapać powietrze. Nastąpiły ciche trzaski łamanych kręgów szyjnych, ale bardziej przypominały chrupnięcia.

Po chwili oba wilki rozpłynęły się, a sama Aviana miała problem ze złapaniem równowagi. To było dość silne zaklęcie

Wilk, który był zraniony przez Konomi na chwilę obecną nie odzyskał przytomności.

 

John znalazłszy się w bezpiecznej odległości po starał się uspokoić rozbiegane serce i skorzystać z naturalnych lisich zdolności szybkości i pazurów.  Kiedy obudził lisią naturę zaatakował ogniem najbliższego wilka.

 

John uwolnił swoją lisią naturę, a także ukazał przy tym swoje szpony. Wykorzystując aurę, chłopak utworzył płomień, którym miotnął w agresora. Rozległ się pisk, a wilk wycofał się o kilka kroków. W powietrzu unosił się zapach przypalonej sierści.

Tymczasem Theo Evans skrzywił się z bólu, gdy poczuł kły potwora na materiale swych spodni.

- No nie, kosztowały 70 dolców - mruknął zawiedziony i następnie zacmokał - Zły piesek. Motus - mruknął, wskazując dłonią na wilka.

Czar odrzucił oponenta, posyłając go do jego nieprzytomnego kompana.  

 

Arden zachwiał się lekko, czując na sobie dwie wilcze łapy. Wielkie ślepia potworka patrzyły na niego morderczym wzrokiem, i nic nie wskazywało na to żeby jego przeciwnik miał odpuścić. Z pomocą przyszła mu jednak Aviana, za co był niezmiernie wdzięczny. Postanowił jej później podziękować, jednak w tej chwili miał inny problem. A dokładniej problem miał John, któremu chłopak zamierzał pomóc. Szybkim ruchem skierował dłoń w stronę wilka.

- Motus. - Mając nadzieję, że zaklęcie zadziała, Arden przesunął się w stronę Theo i reszty.


 

Walka powoli chyliła się ku końcowi, wilcze jednostki powoli rozpływały się jedna po drugiej w powietrzu. Pozostawało coraz mniej agresorów. Konomi, ogarniając się trochę po nieprzyjemnym upadku i upewniając że żaden z futrzaków nie ma zamiaru powtórzyć na niej tego manewru postanowiła nacisnąć trochę któregoś ze zwierzaków. Jako cel obrała sobie odrzuconego, aczkolwiek przytomnego wilka który wciąż mógł stanowić zagrożenie. Skupiła się i dając upust swoim lekko skołatanym nerwom użyła telekinezy by dosłownie wgnieść wilka w ziemię. Może nie jest to litościwa forma śmierci, ale na pewno skuteczna. Chyba że magia zawiedzie...


 

 

Arden miał szczęście. Jego rzucone zaklęcie zakończyło się sukcesem, a wilk, który nękał Johna został odrzucony. Po tym wszystkim, chłopak dołączył do reszty towarzyszy. Konomi aktywnie włączyła się do walki. Nastolatka skupiła się na użyciu telekinezy, by wgnieść przeciwników w ziemię.  Nie był to może silny atak, ale wystarczył i zadecydował o losach tej walki. Wilki zaczęły się rozpływać w charakterystycznym dla siebie czarnym dymie. To koniec.

- Odnoszę wrażenie, że to dopiero przedsmak dzisiejszego późnego popołudnia – powiedział Theo – Czym one są? – zapytał, spoglądając na unoszący się w powietrzu dym

- Czymś, co chciało nas powstrzymać. Chodźcie – powiedziała Avaiana i jako pierwsza ruszyła w kierunku statuy, by w końcu ją ominąć. Reszta ruszyła za nią.

 

12 Września 2016

Godzina: 18:16

Stary Cmentarz

 

 

Dość szybko znaleźli się na terenie starego, nieco zaniedbanego cmentarza. Pierwsze co zauważyli to dzielił się on na pewne sektory. Po obu stronach ziemistej drogi znajdowały się nagrobki. Większość wyrytych napisów wyglądały dość nieczytelnie. Tylko na części z tych grobów były zostawione kwiaty i znicze. Jednak ktoś pamiętał o zmarłych. Za szeregami kamieni nagrobnych stały pojedyncze rodzinne grobowce.

Droga, która przebiegała przez to miejsce miała swoje rozgałęzienie na dwie osobne ścieżki, tuż przy jednym wielkim, starym grobowcu. Nie było w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że stała przy nim czwórka osób.  

 

fVzlLiavOKfzQfCoGc0qlKfsPo4c1s7TSAyBUt84JwfN4uCkKOuzWSRRwP03lqdXKXeNyyV7CsphL1WUlXqYPS0Dk-IkYfLpp21nJnFMy7uFvd5V2MUnA1xt5PHlkptcugcPHBylDiE8hMaVUEUZv1T-f-8wjob_R87Ruj7sOLyEmDmRSe-GpoaNtcrmbSo31Ev3EWPwxaInlSqQQTeXJLxRPb6C8nKWvYqAdtFBjW_Hb2ldAjPs_kgTxVY3QDOCbicAS8YVI5ZgqhC27jzNmJp9iIgAizZBgXI7iZHlRgJ10g5em8_O7lxbSOTvLmv2wLOkDshYCyIfOsw3OmqAGzjW-y6P0pLsJ548ZmmbMuJ_UlPgLOmYYY4YUwdMRnU3zc7w-gvRZdj8j-6ojIVHtc2qNhlWsNieUkucaT6XEIWFgn-56dSf8roXfUHBm-CC1cVmRZTzrI2Mb_c1UtvZ92sjiiNo2zMQQ00bTlkRTR3A12_3c9enKUzn8vvzclnuShnJtQvQ

 

 

Caleb Stewart, Alissa Adams, Stacy Duncan i Raven Norman – miejscowi szkolni outsiderzy należący do tych złych i zepsutych osób, które nagminnie łamią wszelkie zasady. Początkowo mogło się wydawać, że zebrali się w tym miejscu, by ćpać i pić, ale młodzi czarownicy zauważyli, że stoją przy kręgu soli i wpatrują się w wielkiego, czarnego, masywnego wilka ,którego otaczał mrok w postaci wijących się macek.

 

- Mówiłem, że żywiołaka ciemności da się kontrolować, jeżeli posiada się ku temu odpowiednie umiejętności – powiedział Caleb

- Jesteś niesamowity – przyznała Raven – Pierwszy raz widzę takiego cudaka – dodała z wyraźną ekscytacją w głosie

- Mamy towarzystwo – zauważyła Alissa

Caleb spojrzał na piątkę intruzów, którzy pojawili się o złej godzinie i w złym miejscu.

- Witajcie przyjaciele – powiedział rozkładając ręce i zaczął iść w ich stronę.

Zaraz przy nim pojawiła się Alissa i Raven, zaś Stacy trzymała się na uboczu.

- Przyszliście podziwiać ten okaz? – zapytał

 

-Podziwiać? -John prychnął ze złością. -Raczej zapytać, co wam odwaliło. Po cholerę wzywacie żywiołaka ciemności skoro nad tym nie panujecie? Przez takie zabawy widmowe wilki rozbiegły się po okolicy, atakując, co popadnie.

 

Arden uśmiechnął się lekko na widok jego kolegów ze szkoły. Wilki które ich zaatakowały nie wyglądały na kontrolowane przez cokolwiek czy kogokolwiek. Czyli to oni są sprawcami tego zamieszania? No ładnie…

- Przepiękny, naprawdę. I widzę ładnie go kontrolujesz. Oby lepiej niż ta ósemka która latała po całej okolicy, bo nie tylko my będziemy mieć kłopoty.

Ardena nieco zaskoczył ton jego kolegi. Stojący przed nimi ludzie nie wyglądali na kogoś, kto uległby głosowi rozsądku. Chociaż gdyby tak wyjąć Caleba z tego uroczego haremu, może nie trzeba by było zajmować się wszystkimi naraz... Arden ściszył nieco głos i odwrócił lekko głowę do reszty. Mówił cicho, ale nie na tyle, żeby stojący przed nim chłopak nie mógł tego usłyszeć.

- Mam wrażenie, że największym problemem będzie ten żywiołak. Nie jest nawet w połowie tak przyjemny jak reszta.

 

-Czyli dobrze mamy rozumieć że reszta tych wilczych pokrak to też wasza sprawka? Jeśli tak to muszę Was zmartwić… - wygłosiła Kono z nutką niewinności w głosie - Ale będę musiała zrobić Wam krzywdę za upierdzielenie mi jednej z ulubionych sukienek. Módlcie się tylko żeby dało się wyprać to może będę dla Was łagodna! - dokończyła twardo, choć spuściła z powagi sytuacji poprzez cichy śmiech i schowała się za Ardenem i Johnem. Podczas tej krótkiej, pogróżkowej prelekcji rozejrzała się jak to wszystko wygląda.

-Wydaje się potężny. Te sieroty na pewno nie kontrolują go w pełni… Nie będę się wychylać i postaram się jakoś go zablokować, tak w razie czego. Chyba że no… nie chcecie - dokończyła półżarcikiem i zabrała się za pewne przygotowania. Może da się go zamknąć w powietrznej klatce? Musiała się skupić by czekać jak najdłużej. Starała się skupić na zaklęciu by mieć w gotowości powietrzną ścianę ale użyć jej dopiero, gdy wilk by się wydostał. Nie chciałaby przez przypadek sama go uwolnić.

 

- Głodny wilk to nieszczęśliwy wilk – odpowiedział na pierwszą pretensję Caleb –Większy żywiołak mroku ma zdolność do tworzenia pomniejszych sług. Są oczywiście słabsze, ale bardziej agresywne i nieposłuszne – dorzucił czarownik

Towarzysząca mu Alissa uśmiechnęła się dość głupkowato, zaś Raven rzuciła wyzywające spojrzenie

- A co wy tu robicie? – zapytała

- Nie wasz biznes – warknęła Aviana

- Chyba to nasza sprawa, bo powiedziano nam, by nikt tu niepowołany się nie kręcił – odparł Caleb

Cała trójka wybuchła głośnym śmiechem, gdy dotarły do nich słowa Konomi.

- Zabawna i głupia dziewczynka – rzucił docinkiem

Konomi skoncentrowała się na swym zadaniu i w głębi ducha czuła, że poszło jej to nadzwyczajnie dobrze. Nie miała problemu z przygotowaniem powietrznej klatki. Musiała teraz czekać na rozwój wydarzeń.

- Więc… – kontynuował Caleb – Skoro już się napatrzyliście to sugerowałbym wycofanie się w bezpieczne miejsce nim zrobi się tu naprawdę gorąco.

Rodzeństwo Evans wymieniło się spojrzeniami i zerknęło na Ardena.

 

-Ty chyba nie mówisz poważnie. Zamierzasz to dalej ciągnąć? Zdajesz sobie sprawę z faktu, że im dłużej utrzymujesz tą maszkarę w naszym wymiarze, tym więcej ludzi ucierpi od ataków widmowilków. nie lepiej zakończyć tę zabawę?

 

Arden uśmiechnął się lekko słysząc słowa grupki.

- Hm. Jeżeli nie kontrolujesz dość ważnej zdolności swojego wilczka, to raczej nie ma mowy o jakiejkolwiek kontroli. - Arden spojrzał lekko na Konomi i Avianę, upewniając się, że są gotowi.

Jednak zanim podejmą jakąkolwiek akcję, musiał zadać jeszcze jedno ważne pytanie - właściwie ich cel przyjścia tutaj.

- Jeżeli odejdziemy to raczej na pewno nie będzie gorąco. Co dobre, to tylko z nami. - Rzucił spokojnym tonem, uśmiechając się lekko. - Ale możemy zrobić coś innego, to znaczy zanim zacznie się robić gorąco. Na przykład możecie nam powiedzieć o szerzej nieznanej dziewoi imieniem Jolene.

 

- A co nas to obchodzi? – zapytała Alissa, gdy usłyszała początkowe słowa Johna – W tej chwili liczy się fun i ta nutka niebezpieczeństwa. Caleb i ja damy sobie radę, a Raven i Stacy w każdej chwili mogą nam pomóc – rzuciła czarnowłosa.

- Oczywiście – odparła Raven, strzelając kostkami palców u obu dłoni.

Stacy nie miała najlepszej miny. Dziewczyna wyglądała, jakby chciała opuścić grupę.

- Gdyby go nie kontrolował to już dawno bym go rozszarpał. Wilki miały tylko namierzyć intruzów, którzy chodzili po tej okolicy. Nie mam pojęcia z jakimi innymi wilkami się spotkaliście – wyjaśnił im Caleb – Jolene? – zapytał, uśmiechając się dość złowrogo i zaczekał z odpowiedzią na zadane pytanie.

Uwięziony w kręgu wilk poruszył się dość gwałtownie. Jego zębiska capnęły niewidzialną barierę, a sól będąca magicznym środkiem rozsunęła się. Wilk postawił swe łapy poza przerwaną klatką

- Denerwujecie mojego przyjaciela – powiedział nastolatek –A jeśli chodzi o waszą Jolene to dostaliśmy jasny przekaz. Każdy kto o nią zapyta musi… - rzekł, ale przerwał swoją wypowiedź, by wymienić krótkie i szybkie spojrzenie z dziewczynami

- Zginąć – dokończyła za niego Alissa

- Na wasze nieszczęście nie jesteśmy mordercami – wtrąciła się Aviana

- Ale jesteśmy gotowi na wszystko – wsparł siostrę Theo  

- Towarzyszu – zwrócił się do wilka – Wezwij kilka sług- powiedział Caleb

Czerwonooki, ogromny wilk zawył, a jego pobliżu zaczęła materializować się czarna mgła, która podzieliła się na cztery pomniejsze części. Z nich powstawały  czarne, widmowe wilki.

- Spadam stąd – powiedziała nagle Stacy – To nie moja walka i nie chcę się w to mieszać. Na razie, świrusy – odparła Duncan i ruszyła w kierunku Ardena i pozostałych, pewnie by ich po prostu wyminąć.

- Będziesz tego żałować – rzucił do jej pleców Caleb

- Już żałuję – odparła ironicznym tonem

Tymczasem Raven Norman zaczęła zrzucać gwałtownie ubrania. Arden, Konomi, John i rodzeństwo nie wiedzieli, czemu  to dziewczę tak postępuje, ale zauważyli, że nastolatka zaczyna się przemieniać. Jej  obnażone przedramiona zaczęła pokrywać czarna sierść, a oczy nabierały kocich cech. Mięśnie gwałtownie rosły, a  tuż nad pośladkami wystrzelił czarny, długi ogon.

Grupa znalazła się w tarapatach.

 

Hmmm, chyba wreszcie nadszedł moment na przygotowaną wcześniej niespodziankę.

-Staramy się przynajmniej nikogo nie mordować. Później krew ciężko schodzi.- dodała swoją myśl Konomi i pstryknęła a wtedy wietrzna klatka aktywowała się, tworząc wokół wilka sferę silnego podmuchu. -Mam nadzieję że nie obrazicie się za moją małą interwencję. Tylko jeszcze bardziej zmniejszam Wasze szanse. - dodała puszczając całuska w powietrze w kierunku narwańców.

-Postaram się trzymać tego dużego tak długo jak tylko się da. - rzuciła cichaczem do kompanów. Chciała się w pełni skoncentrować na trzymaniu zaklęcia. Dopiero w ostateczności chciała opuścić więzienie by ratować się z opresji. Ewentualnie przyjaciół… Tak czy siak wolała jak tylko się da pilnować dużego.

-Hej mała. - rzuciła do Stacy -Na pewno nie chcesz się tutaj pobawić? Gwarantujemy rozrywkę sto na dziesięć- zachęciła żartobliwie. Czemu nie spróbować.

 

Patrzył na przemianę dziewczyny z lekkim niesmakiem.

-Czas przemiany godny szacunku, ale ,żeby tak publicznie, -lis wyraźnie się skrzywił. -Obrzydlistwo. A krew można zlizać, -odpowiedział kumplowi na sugestię o nie zabijaniu. -Chociaż w tym przypadku to będzie raczej mało przyjemnie.

Po raz kolejny się skrzywił. Dzięki temu, że nie pozbył się lisich cech po ostatniej walce mógł od razu ruszyć do walki. Wycelował palce w najbliższego wilka. -Incendia, wyszeptał i wyzwolił ognisty czar płomieni próbując podpalić oponenta. Nie czekał na efekt tylko powtórzył zaklęcie celując w kolejnego.

Dopiero po tym rozejrzał się po okolicy sprawdzając ruchy przeciwnika.

 

Arden uśmiechnął się, widząc jak Stacy opuszcza grupę. Jedna mniej - pomyślał. Konomi co prawda zaproponowała dołączenie do walki, ale…

-Jest nas trochę więcej niż cztery osoby. Jeśli chcesz się czegoś od nas dowiedzieć to zapraszam. Jeśli nie, droga wolna. - Rzucił do odchodzącej Stacy wzruszając ramionami, po czym odwrócił się w stronę Caleba. Raven była problemem, ale Usoka liczył na to, że John zdoła zająć ją na dłuższą chwilę. Czarnym wilkiem zajęła się Konomi, a cztery mniejsze zapewne weźmie Aviana i Theo. Czyli jemu zostaje Caleb i Alissa.

-Ja nikogo nie zamierzam zabijać. To oni chcą się zabić. A tego nie mam ani prawa, ani chęci im zabraniać. - Rzucił Arden cicho w stronę grupki. Szybkim ruchem wycofał się lekko na tył swojej drużyny - był nieco bezużyteczny w bliskim starciu - i odetchnął głęboko, po czym wyciągnął dłoń w stronę Caleba. Cicho mrucząc formułkę użył zaklęcia telekinezy, żeby popchnął swojego nieprzyjaciela do przodu, po czym natychmiastowo użył zaklęcia zadawania bólu skierowanego na nogi Caleba, mając nadzieję, że ten straci równowagę. Następnie rozejrzał się po polu walki, czekając na rozwój wydarzeń.

 

Z minuty na minutę sytuacja zaczęła się coraz bardziej rozwijać. Sfera silnego podmuchu aktywowana przez Konomi, zatrzymała wielkiego wilka w miejscu. Przynajmniej na kilka chwil. Młoda czarownica odniosła wrażenie, że długo tego stworzenia nie utrzyma w pułapce.

Stacy Duncan zatrzymała się, gdy usłyszała zachętę Konomi i Ardena, który dodał swoje trzy ćwierćdolarówki. Dziewczyna zaczęła przyglądać się temu wszystkiemu. Przegryzła wargę i kiwnęła potakująco głową.

- Zgoda, wesprę was – powiedziała i tym samym wywołując ogromne zaskoczenie na twarzy Caleba i Alissy.

- Zdrajczyni – wysyczał Caleb, który wskazał na nią dłonią, jednak Arden był szybszy, kiedy wymówił cicho formułkę zaklęcia. Nastoletni wrogi czarownik został przyciągnięty w kierunku Usoki i reszty grupy. Dodatkowy atak za pomocą  zadawania bólu, sprawił, że Stewart osunął się na kolana, głośno przy tym krzycząc. Na twarzy czarownika widniał grymas bólu.

W zaciśniętej dłoni Aviany pojawiły się płomienie. Młoda czarownica skupiła się, by je przywołać, a następnie wykorzystać do innego celu. Rozległ się magiczny trzask, a z stworzonego źródła ognia wystrzeliło kilka języków, które połączyły się w pierścień ognia, oddzielający Caleba od reszty towarzystwa. Podobny płonący twór powstał przy Alissy.

- Walkę uważam za zakończoną – powiedziała Aviana – Nie radzę byście coś majstrowali, bo płomienie szybko się do was zbliżą i spalą.

- Wycofaj swoje wilki, a wszystko będzie dobrze – wtrącił się Theo

-Caleb… - powiedziała Alissa

- Nie, nie poddamy się – mruknął

Theo dołączył do Johna, który podpalał wilki. Młody lis słyszał, jak oponenci wyją z bólu i spoglądał na trawiące ich płomienie.  Evans zajął się pozostałą dwójką wilków i torturował je za pomocą zadawania bólu. Wszyscy słyszeli te piski i widzieli jak widmo ulega powolnemu rozmazywaniu.

Alissa zamknęła oczy, a następnie tupnęła nogą o ziemię, wywołując przy tym potężny wstrząs, który sprawił, że okolica mocno zadrżała. Wstrząs trwał kilka sekund, ale sprawił swoje. Arden, John, Theo, Aviana, Stacy oraz Konomi  wylądowali na ziemi i zaliczyli w tern sposób gwałtowny upadek.  Tym samym klatka powietrzna wiążąca przywódcę wilków uległa osłabieniu, a sam Caleb podniósł się z kolan.

- Trzeba ukarać zdrajców – powiedziała Alissa - Lihednat Dolchitni.

Stacy Duncan zaczęła się dusić. Bladolica próbowała złapać oddech, ale nie mogła. Ugięła nogi w kolanach, a dłońmi oparła się o biodra, kierując tym samym głowę ku ziemi.

Caleb wskazał swą wyprostowaną dłonią na Avianę i skupił na niej swój wzrok.

- Lem duree mohana – powiedział cicho

Zaklęcie spowodował upadek młodej czarownicy, która klęczała na cmentarnej ziemi. Evans próbowała walczyć ze skutkiem czaru, ale Caleb zwiększał wpływ.

- Cofnij zaklęcie – rzucił do wiedźmy

Tymczasem żywiołak ciemności otoczył się gęstym dymem, który walczył z sferą podmuchu. Bestia zaczęła stawiać swoje łapy  w obszarze działania zdolności. Jeden krok, drugi krok, aż w końcu wydostała się i zawyła. Była wolna.

Jeden z wilków walczył ze skutkiem zaklęcia Johna, ale jego próby nie były wystarczająco dobre. Drugi wilk bez problemu sobie z tym poradził i ruszył na młodego lisa. Oponent zmienił swą formę na wstęgę dymu z czerwonymi oczami i kłami, która pomknęła szybko ku Daglasowi, by zatopić kły w jego gardle. Wróg pokonał odległość, a jego zębiska zatopiły się w okolicach nadgarstka chłopaka. Stworzenie z każdą chwilą wgryzało się coraz bardziej.

7X2_kPzFvE4r8Alw8U4OXaAQP47WgB57iWc1tBMkPK7DGlZRt_rXbyGmAc8HGAXXskcWcSPenSPFMGrvYftpZS68UV1Nd9j-jshIGPYYiY2Nrt0UovumzcGVEc2x3UeAaQ

 

 

Raven dokończyła swoją przemianę. Czarna pantera rozglądała się w poszukiwaniu ofiary i zaczęła podążać w stronę Konomi. Wielki drapieżnik poruszał się początkowo powoli, by nagle wyrwać się z miejsca i zacząć biec. Zwierzę wykonało skok i z gracją wylądowało na nastolatce. Potężne łapy  wysunęły pazury na ramionach Akagi i zostawiły za sobą krwawy ślad. Wystarczyła tylko chwila, by w swojej nowej formie,  Raven wgryzła się w twarz nastolatki.

 

Arden nie był zbytnio zaskoczony rozwojem sytuacji. Aviana i Theo zupełnie zlekceważyli Caleba, co było jednym z głównych powodów ich obecnej sytuacji. Nie było jednak czasu na takie rozmyślania. Arden podniósł się, przyklękając lekko na jedno kolano, po czym rozejrzał się po polu walki. Aviana była zagrożona, ale Konomi miała o wiele większe kłopoty. Pantera nie była zbyt ciekawym dodatkiem, i tak mieli dostatecznie dużo problemów.

Usoka nie czekał długo, szybkim ruchem dłoni wskazał na panterę wgryzającą się w twarz Konomi, po czym wypowiedział formułkę zaklęcia zadawania bólu. Zaklęcie telekinezy nie zrobiłoby większego wrażenia na stworzenie o takiej masie, a poza tym… Arden uśmiechnął się szelmowsko w stronę Caleba, po czym odwrócił dłoń w jego stronę i uderzył go telekinezą. Oczywiście nie za mocną - nie na tyle, żeby wyrzucić go za ognisty krąg stworzony przez Avianę. Na coś w końcu musiał się przydać…

 

John czując wilcze zęby starał się nie wpadać w panikę. Wymierzył silny cios  otwartą dłonią, celując w nos przeciwnika. Wiedział, że po takim ciosie każdy wilk powinien rozewrzeć szczęki.

Chwile po ciosie, silnym ruchem postarał się oderwać oponenta od swojego ramienia.

 

Początkowo walka zapowiadała się całkiem nieźle. Główni oponenci zdawali się być unieszkodliwieni i wszystko wskazywało że będzie to szybki koniec. Złudne marzenia…

Interwencja jednej z dziewczyn powaliła Konomi a w efekcie czego straciła kontrolę nad powietrzną klatką.

“Niedobrze…” - zdążyła pomyśleć nim trzasnęła plecami o ziemię, obijając się trochę. Gdy już miała się podnieść czarny cień opadł na nią udaremniając próbę powrotu do walki. Cholerna pantera miała pysk kilka centymetrów od jej twarzy. Dodatkowo masywny sierściuch utrudniał jej złapanie oddechu, a jakby tego było mało ostre pazury Raven rozorały jej ramiona, pozwalając by życiodajna, karmazynowa krew pociekła z ran. Konomi spanikowała. Trudno w sumie jej się dziwić. Nie mogą się ruszyć ani złapać powietrza, z ogromnym drapieżnikiem na sobie gotowym w każdej chwili zakończyć jej życie… Warunki ekstremalne. W kącikach oczu pojawiły się łzy paniki i pod wpływem impulsu miała tylko jedną myśl której kurczowo się trzymała.

“Zrzuć tego cholernego sierściucha!”

Próbując pozbyć się drapieżnika postanowiła wykorzystać łapczywie chwytane powietrze by zdmuchnąć z siebie panterę. Po prostu, magicznie w nią dmuchnęła. Oby tyle starczyło...

 

Konomi zaczęła się bronić przy pomocy wietrznego podmuchu, który miał zrzucić przemienioną Raven z ciała nastolatki. Udało się to, a czarna pantera uderzyła z łoskotem o najbliższy nagrobek. Do tej potyczki włączył się Arden, który gestem dłoni i wypowiedzeniem formuły, uderzył zaklęciem zadawania bólu. Zwierzę wydało z siebie głośny jęk.

Arden Usoka nie wiedział, że zaklęcie granicznego płomienia będzie próbowało udaremnić każdą próbę ucieczki celu. Przy pomocy telekinetycznego czaru, młody czarownik sprawił gwałtowny wzrost płomieni, z którymi zetknął się miotnięty Caleb. Stewart utknął na dobre w kręgu, a na dodatek został poparzony, co spowodowało, że Aviana uwolniła się spod jego wpływu.

- Dobra robota, Arden – powiedziała, powoli wstając z klęczek, a następnie zerknęła na Alissę - Motus  - rzekła

Alissa została odepchnięta w płomienie, a jej utrzymywane zaklęcie straciło swój wpływ na Stacy Duncan, która w końcu  przestała walczyć o dopływ powietrza. Dziewczyna wzięła kilka głębokich oddechów i uspokoiła się.

Na twarzy blondwłosej czarownicy pojawił się tryumf. Nastolatka nie zostawiła w spokoju Caleba i Alissy. Wiedźma wskazała obiema dłońmi na rzucone ogniste kręgi i zaczęła manipulować ich płomieniami, zmniejszając w ten sposób ich granicę i swobodę więźniów. Uwięzieni w zaklęciach, wrodzy czarownicy zaczęli przeraźliwie krzyczeć.

Theo, co prawda obserwował sytuację, ale nie interweniował w poczynania siostry. W opinii chłopaka Caleb i Alissa dostali solidną nauczkę. Jego priorytetem były oba wilki.

-  Phesmatos Pyrox Morsinus Illum ... Phesmatos Pyrox Morsinus Illum ... – mruczał pod nosem

Wilki doznawały wewnętrznych obrażeń. Krwawiły z nosa i uszu oraz z oczu, a także odnosiły bolesne skurcze całego ciała. Rzucone zaklęcia okazały się dość skuteczne, by pozbyć się na dobre obu oponentów. Stacy Duncan zachowując ostrożność, nie podjęła się żadnych znaczących działań. Wpierw chciała dojść do siebie, by móc ingerować.

Johnowi udało się wydostać z zębisk atakującego go wilka. Atak w nos wystarczył, by po chwili użyć więcej siły do oderwania przeciwnika z ramienia.

Caleb i Alissa zmagali się z płomieniami, które utrudniały im podjecie dalszej walki.

Wezwany żywiołak ciemności obserwował zaistniałą sytuację. Ryknął, by pokazać, że jest tu obecny, a następnie oblizał pysk i skupił swe czerwone ślepia na Ardenie. Z ziemi wyrosły czarne macki, które oplotły nogi chłopaka. Nie były jednak dość mocne i trwałe.

Tymczasem pozostałe wilki zaczęły krążyć wokół Johna, by go zaatakować z obu stron. Jeden z nich rzucił się chłopakowi na plecy, a drugi po raz kolejny zaatakował dłoń, którą w ostatniej chwili zasłonił się Daglas.

Oszołomiona i odrzucona Raven miała wciąż siłę do dalszej walki. Pantera burknęła i ruszyła na uwięzionego Ardena. Gdy znalazła się blisko zaatakowała go swą potężną łapą, celując  w rękę. Potężne pazury rozerwały materiał, a także rozcięły skórę. Chłopak poczuł silny ból i wiedział, że zaczyna krwawić.

 

Przez myśl Johna po raz kolejny przemknęła myśl o niechęci do wilków. Szybko jednak zastąpiła ją myśl jak wyjść cało ze spotkania z dwoma osobnikami nielubianego rodzaju.

Chłopak postanowił skorzystać ze swojej szybkości i zręcznie wymknąć się prześladowcom.

Kiedy znalazł się w bezpiecznej odległości ponownie skorzystał z magii i posłał ogniste zaklęcie w kierunku każdego atakującego go wilka.

 

Arden uśmiechnął się lekko widząc jak skuteczne okazało się jego banalne zaklęcie. Słysząc podziękowanie, skinął głową w stronę Aviany, po czym odwrócił się w stronę ryczącego żywiołaka. Z dość dużym niepokojem obserwował jego poczynania, a gdy poczuł wyrastające z ziemi czarne macki, był bliski paniki. Dość szybko jednak zauważył, że te prawie nic mu nie robią. Dopiero gdy zauważył biegnącą do niego Raven zaklął lekko, nie mogąc uniknąć ciosu. Chłopak stłumił okrzyk bólu. Zdawał sobie sprawę, że jego rezerwa magiczna znajduje się na wyczerpaniu, jednak z raną na ręce nie mógł próbować niczego innego. Szybkim ruchem nie zranionej jeszcze dłoni wycelował w niekoniecznie różową panterę i wypowiedział formułkę zadawania bólu. Nie czekając na efekt przeturlał się do tyłu, starając się znaleźć jak najdalej od swojej przeciwniczki.

 

Konomi wreszcie mogła zaczerpnąć normalnie powietrza po zrzuceniu z siebie zwierzaka. Nie miała jednak czasu na komfortowe dojście do siebie. Walka jeszcze się nie skończyła. Było blisko lecz ciągle pozostawali wrogowie do unieszkodliwienia. Każdy miał co robić ze swoim rywalem. Swojego, mrocznego żywiołaka o którego jak widać nikt nie zadbał, zmierzyła wzrokiem. Trzeba było wywiać mu z głowy kolejne takie utrudnienia jakie zafundował Ardenowi.

-Z tą panterką muszę zamienić dwa słowa ale to poczeka. - rzuciła w powietrze, licząc że dostąpi tej sadystycznej przyjemności zemsty na Raven…

Chwilowo jednak zależało jej na osłabieniu wilczego cienia. Nie znoszą zbyt dobrze wiatru więc nakierowała na niego dłonie by następnie spróbować nakierować podmuch powietrza na cień. Liczyła że jeśli wróg nie rozpłynie się to chociaż nic nie będzie robić póki ktoś inny nie wpadnie na lepszy pomysł.

 

Przez cmentarz przeszedł wiatr, który został wezwany przez Konomi, a ona skierowała coraz to silniejsze podmuchy na żywiołaka mroku. Nastolatka utrzymywała go w miejscu, a bestia tylko próbowała przebić się przez wietrzysko.

Przez ciało Raven przeszła fala okropnego bólu, którą zafundował jej Arden, przy koniecznej samoobronie. Pantera musiała zrezygnować z dalszego ataku i walczyła ze skutkami zaklęcia, a Arden przeturlał się na z pozoru bezpieczną odległość.

Aviana obserwowała skutki ognistych obręczy narzuconych na Caleba i Alissę.

- Namia Exum Solvos – powiedziała, a oba ogniste kręgi znikły.

W skutek odniesionych obrażeń, więźniowie uroków na szczęście nie kontynuowali walki.

Theo Evans dołączył do Konomi.

-  Phastmatos Incendia – rzekł dość powoli

Pojawiły się niewielkie płomienie wokół żywiołaka, ale były zbyt słabe by zrobić mu jakąkolwiek krzywdę. Młody czarownik dokonał drugiej próby, lecz i ona nie przyniosła oczekiwanego efektu.

Stacy tymczasem skierowała swe kroki ku Raven. Zepsuta nastolatka wzięła głęboki oddech, a następnie zaczęła krzyczeć. To nie był zwykły krzyk. Stacy uwolniła swoją moc, by ogłuszyć panterę. Raven zaczęła wracać do ludzkiej postaci.

Johnowi udało się uciec oprawcom, a wszystko to dzięki lisiej przebiegłości i nadprzyrodzonej szybkości. Chłopak poczuł swobodę i znalazł się w bezpiecznej odległości, a wtedy użył ofensywnego czaru, by ostatecznie podpalić i przegonić wilki.  Płomienie przywołane przez Johna okazały się skuteczniejsze niż dzieło Theo. Wilki zaskomlały i wkrótce zmieniły się w dym.

Przywódca stada pozostał sam. Rozpoczął transformację w dym, który udał się w kierunku Caleba i wszedł do ciała nastolatka przez jego nos. To wystarczyło, by buntownik zaczął miotać się po ziemi, a następnie uniósł się nad nią i zawisł w powietrzu.

- Dziękuję za pomoc – odezwał się ustami Caleba, żywiołak – Dzięki wam udało mi się opętać tego czarownika i jest do mojej dyspozycji. Chcecie podjąć próbę paktu? – zapytał i wyciągnął dłoń w ramach oferującego gestu.

Istota czekała aż ktoś po nią sięgnie.

 

Arden wrócił do pozycji stojącej i otrzepał lekko ubranie. Ślady walki z pewnością będą widoczne gdy wróci do domu, ale nie zamierzał się o to teraz martwić. Ich drużyna zniszczyła grupę Caleba, jedynym problemem został przerośnięty wilczur, który właśnie uczynił jedną z najbardziej niezrozumiałych dla Ardena decyzji. W Caleba?! Zrozumiałbym chęć wejścia w Alissę albo Raven, ale ten zarozumiały egoista? - Arden westchnął głęboko i zwrócił się cicho do reszty grupy.

- Nie znam się na tym, ale próby jakiegokolwiek paktu raczej nie skończą się dla nas dobrze. Proponowałbym go… - Arden zamilknął na chwilę. Nie był nigdy w tego typu sytuacji, dlatego nie wiedział w jaki sposób ująć próbę usunięcia potworka z tego świata. Zabić? Nie, one chyba jakoś inaczej… Wygnać?  Zniszczyć? Arden potrząsnął głową, darując sobie dalsze rozmyślenia.

- No, cokolwiek się z taką bestią robi.

 

Bestia została tak mocno dmuchnięta przez magię Konomi iż z postaci wilka zmienił się w smrodek i wpadł prosto w jednego z wcześniej obezwładnionych awanturników. Najwyraźniej był to wilk typu samiec… to jedyne wytłumaczenie dlaczego wszedł akurat w Caleba.

-Jeśli twoim życiowym marzeniem było zawładnięcie tym mięczakiem… to bardzo ambitny to Ty nie jesteś - skomentowała azjatka z nutką złośliwości, poprawiając pukiel włosów i badając stopień zniszczeń swojej kreacji. -Paktu? Brzmi jak coś że my dajemy Ci duszę a ty dajesz nam jakiś syf. Chyba nie masz nic specjalnego do zaoferowania co by przekonało którekolwiek z nas… - wysnuła buńczucznie zerkając na towarzyszy, to na opętanego.

 

John chwilowo nie zwracał uwagi na tocząca sie dyskusję. podszedł do Konomi, której ramiona wciąż zdobiły ślady pazurów pantery.

-Pozwolisz?

Zapytał i nie czekając na odpowiedź dotknął ramienia dziewczyny, jednocześnie skupiając się na zaklęciu uzdrawiającym.

-Nie powinno być blizn, -powiedział z uśmiechem jednocześnie przyglądając się pozostałym. -Komuś jeszcze potrzeba leczenia?

Nie czekając na odpowiedź skierował swój wzrok na opętanego chłopaka.

-Drogi panie, nie wolałby pan wrócić do siebie? W końcu ściągnięto tu pana siłą.

Nikt nie chce dalszej walki. Może rozstaniemy się w zgodzie i każdy wróci do siebie.


 

Zaklęcie Johna nie odniosło spektakularnego sukcesu, ale przynajmniej pomogło wyleczyć rany, jakie odniosła Konomi podczas bliskiego spotkania z Raven. Dagla się pomylił. Ramiona Konomi przez najbliższy czas będą szpecone przez blizny, jakie pozostały po pazurach pantery.

Tymczasem zawisły nad ziemią żywiołak ciemności leczył poparzenia, jakie odniósł młody czarownik.

vUthnJj82x8CXhLjJmJdg5gktQb7erMFCvmUJqe78iTgqYvFW65yamgfJHH9hyswcUzN4gw9ITJre9peA3c_sGe-P89Fiz8w1a0wsJ6omAFTTMSXI0D7fBy0ffV0DJW9MA

 

Ciało Stewarta zostało otoczone przez wstęgi dymu, które krążyły wokół jego sylwetki. Czarownik spoglądał na nich, ale na pewno nie swymi oczyma. Czerwone, wilcze nadnaturalne ślepia spojrzały wpierw na Ardena, następnie na Konomi i zatrzymały się na Johnie.

- Jego wypowiedź mi się podoba – powiedział, wskazując dłonią na czarnowłosego chłopaka –Moglibyśmy zawiązać sojusz przeciw nadchodzącej  istocie, które przybędzie do waszego miasteczka, by odebrać mu moc. Oferuję wam pomoc w walce z tym stworzeniem

- Akurat ci uwierzymy – prychnęła Aviana – Kim jest ta istota?

- Powiadają, że jest wiedźmą, przywódczynią własnego sabatu, który ma do dyspozycji wilkołaki i wampiry, a także kilka innych stworzeń. Wiedźma chce odebrać wam moc, by użyć jej przeciw staremu wrogowi – rzekł duch

- A kim jest ten jej wróg? – zapytał Theo

- Nazywają go Klausem – odparł żywiołak – Należy do rodziny Pierwszych

- Pierwszych? – wtrąciła się Stacy – Kim oni są?

- To pierwsze wampiry. To od nich pochodzi cały wampirzy gatunek – odpowiedział  - Do was należy w tej chwili decyzja. Decydujcie – rzucił – Możemy rozejść się w pokoju, możemy walczyć o ciało tego czarownika lub możemy nawiązać sojusz – zaczął wyliczać opcje

 

-Jakie mają być warunki naszej współpracy? Czego żądasz za oferowaną pomoc? Bo wątpię byś nie miał w tym interesu.

John nieznacznie się uśmiechnął.

-Chętnie też dowiem się czegoś więcej o tej wiedźmie.

Arden niewiele rozumiał z propozycji sojuszu, nie miał najmniejszego pojęcia o żywiołakach ani o ich paktach. Ale doskonale zdawał sobie sprawę z wagi informacji, i tego nie zamierzał w żaden sposób przepuścić.

-A ja chciałbym się dowiedzieć czegoś o tym Klausie. Sprawdzi się powiedzenie “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”, czy nie jest zbyt… bezpieczny?

Chłopak popatrzył na Johna i skinął z uznaniem słysząc zadane pytania.

- Wszystko zależy od tego na czym miałby polegać ten sojusz. My - wskazał ruchem głowy otaczającą go grupę - najbardziej potrzebujemy informacji.

 

Konomi słysząc pytanie Johna nie zdążyła odpowiedzieć, nim ten użył swojej magii by podleczyć jej rany. Prawdę mówiąc trochę łaskotało…

-Dzięki wielkie - podziękowała i zerknęła na efekt pracy chłopaka. Przynajmniej nic się tam nie zepsuje… A blizny do reszty zlikwiduje sama. Było jej trochę głupio że John użył na niej magii. Jakoś chyba będzie musiała się zrewanżować…

Mroczny wilk w ciele czarownika postanowił uchylić rąbka tajemnicy co do nadchodzących wydarzeń. Szykowała się jakaś grubsza akcja. Pokiwała głową słuchając chłopaków.

-Wszystko zależy od warunków naszej współpracy. Jeśli nie przesadzisz, coś może z tego być. - podsumowała całość -Info, info… Jeśli się dogadamy to dodatkowa siła ognia też się przyda. Skoro nasz przeciwnik ma tylu popleczników, każdy sojusznik wydaje się cenny.

 

Opętany Caleb spojrzał na Johna, który jako pierwszy ośmielił się zadać kilka ważnych pytań.

- Zacznijmy od tego, że to ciało będzie należało do mnie. Wezmę jeszcze pod władanie Alyssę i Revan. Oddam je zaufanym sługom - powiedział - Moim kolejnym warunkiem jest możliwość bezpiecznego polowania po okolicy miasteczka. Nie będziemy za często zabijać. Wystarczy nam do przetrwania zwierzyna i emocje.  Nie będziemy wchodzić w sobie w drogę ani  oceniać postępowania - dodał  i zaczekał na ewentualne reakcje

- Wiedźma  nazywa się Luciana Blandchard. To władcza, ambitna i okrutna kobieta, które nie odpuści dopóki nie dostanie to czego chce, a pragnie zemsty na Klausie. Za swojego syna, którego zamordował z zimną krwią.  Wtedy była jeszcze słaba, ale znalazła sposób by żyć w ciągu 1000 lat. Aby osiągnąć swój cel wykorzysta każdą istotę i dostępną moc - odpowiedział Caleb

- Nie wygląda mi to na kłamstwo - powiedziała Aviana

- Brzmi to nieco zbyt przesadzone - wtrącił się Theo

- Klaus to najpotężniejszy wampir jaki chodził po ziemi - kontynuował odpowiadanie żywiołak, kompletnie ignorując wcześniejsze wypowiedzi bliźniaków - Okrutny, zuchwały, brutalny, agresywny. Zawsze musi dostać to czego chce... - rzekł

- Podobny do tej Luciany - mruknęła Stacy

- Zależy mu bardzo na swojej rodzinie. Jest z nią silnie związany. Pierwotni nie zdaja sobie sprawy z jednego. Mają swoje śmiertelne odbicie - rzucił żywiołak

- Sobowtórów? - dokończyła za niego Aviana, choć to było raczej pytanie

- Owszem, nowe pokolenie sobowtórów pierwotnych kroczy po ziemi - odparł, a następnie spojrzał na Ardena - Sojusz z Klausem może wam się przydać, ale dobrowolnie nie będzie on współpracował. Istnieje pewien sposób, by go przekonać.

- Jaki? - zapytał Theo

- Jest pewien łowca, którego Klaus się boi, ale owy łowca wampirów został powstrzymany przez pewną wiedźmę i tylko jej krew, która płynie w żyłach jej potomka może go uwolnić - odpowiedział

- Wiele to nam nie mówi - skomentował blondas

- Ten potomek jest wśród was - rzucił żywiołak - Co was jeszcze interesuje? - zapytał

Lis zjeżył się słysząc słowa widmowego wilka.

-Naprawdę, chcesz zatrzymać to ciało? Do tego chcesz jeszcze dwa następne. Nie powiem wysoko cenisz swoje usługi. bardzo wysoko. Zamierzasz Zatrzymać ciała na stałe, czy tylko czasowo wypożyczyć?

 

Konomi uśmiała się z cicha słysząc jakie warunki stawia mroczny wilk.

-Też myślę że cena jest wysoka, mimo że nie my ją płacimy. - zaczęła a jej głos brzmiał dość prześmiewczo -Jeśli to co zaprezentowałeś w starciu z nami to wszystko na co Cię stać to nie mamy o czym rozmawiać. Chyba że stać Cię na coś więcej… - prowokowała mroczny byt. Niech pokaże że jest wart podanych przez siebie warunków.

W momencie opisywania całej historii, Konomi tylko z początku słuchała rejestrując ogół co i jak. Później bardziej zaciekawiła się czerwonymi od krwi strzępkami rękawów. Opisy w stylu “ten tamten od tego no, którego tamten nasłał ma tego bo ten i ten chciał się zemścić że ten tamten mścił się na tym i tamtym bo tak" nigdy nie były jakieś super intrygujące. Uwagę dopiero zwróciło ostatnie obwieszczenie.

-W sensie że kto? - zapytała wreszcie z nutką ciekawości.


 

Na twarzy Caleba-Wilka pojawił się niezadowolony grymas, który został wywołany przez słowa Johna i Konomi. Jak oni śmieli wątpić w jego moc? Opętany czarownik zaczął intensywnie gestykulować dłońmi, a jego czerwone oczy świeciły nienaturalnym blaskiem.

Z ziemi pod ich stopami zaczął ulatniać się dziwny czarny dym zmieszany z szarym prochem. Owa twory rozdzieliły się i rozpoczęły kolejny proces. Materializacji.  Czarny dym przybierał humanoidalną formę wychudzonych postaci, a szary proch tworzył coś innego, coś co przypominało człowieka.

Po chwili ujrzeli pełne twory w swej całej okazałości.

txlwVbtVjWlr_D7czQHwddYrBiWPRAoZBe_LXWcFvvJyH72uT0jLG4IbzTiTPDmRxYq5FtbmPchrwEcJScu53x3mZo4gxRH2qHkdPPYyjPkxFcMspWqCRHdg2uZt8mXtFQ

 

 

Piątka tych cienistych istot otoczyła ich grupę w rozległym kręgu. Szeptały coś.

- Nakarmcie nas, a będziemy wam służyć. Przyjmijcie moc pana

- To są cienie, pomniejsze duchy zamieszkujące Mroczny Wymiar mieszczący się Po Drugiej Stronie – wytłumaczył wszystkim zebranym żywiołak – Podobnie jak moi pobratymcy, cienie żywią się wszystkimi pozytywnymi emocjami oraz niekiedy mięsem. W ciągu dnia są osłabione, a w nocy w pełni sił. Mogę je w pełni kontrolować i wy również, o ile zechcecie przyjąć ode mnie mroczny dar – dodał i zwrócił uwagę na kolejną piątkę wezwanych istot.

o1Fa6qJdZRLVJ-YJKivB4M1IKbhdiVFExvvQY0qAB2yrl8x92uxuYchtQs9h7CrwIs9jYxtrOJmk6tgjtOaz_xLDQOrMUeMKe22vAQLOhqH2DCFG40G9iS1S0L6VZnt7gA

 

Szkielety spoglądały na nich swymi wypełnionymi nienaturalną ciemnością oczami. Były nagie. Nie miały na sobie żadnego wyposażenia.

- Nie bez powodu cmentarze są nazywane ziemiami umarłych. Szkielety można tworzyć przy pomocy nekromancji i dawki czarnej magii oraz pozostawionych szczątek. To dobre sługi, wykonają każdy wasz rozkaz.

Pobliska mogiła zatrzęsła się

- Was jeszcze nie wzywam – powiedział żywiołak spoglądając na drżącą ziemię – To tylko zombie

- Nie jesteś zwykłym żywiołakiem ciemności. Jesteś czymś znacznie więcej – odezwała się w końcu Aviana – Czymś bardziej potężniejszym

- Owszem – odparł i uśmiechnął się wilk

- I niebezpiecznym – dodał Theo – Skąd mamy mieć pewność, że nas nie zdradzisz, jak tego tu Caleba?

-Nigdy nie będziecie jej mieli. Wierzę w moją i waszą szczerość – rzekł opętany Caleb

- Nie wiem czy jestem gotowa na taki sojusz – oznajmiła Aviana – Jakie mogą być jego konsekwencje? – zapytała zgromadzonych

- Natura się od was odwróci – odpowiedziała  jej Stacy – Przed przywołaniem tego żywiołaka, Caleb mówił, że po dokonaniu sojuszu, utraci swą moc czerpaną od Natury.

- To wysoka cena – rzekła czarownica

- Którą wyrównam – dokończył wilk, a z dłoni czarownika wystrzeliło sześć wstęg, które uformowały się w lewitujące czarne ogniki.

Były przesiąknięte mrokiem. Biło od nich zło i nienaturalny chłód, wyczuwali go.

- Możecie przyjąć te mroczne dary i ukształtować je według własnych potrzeb i w ten sposób przypieczętować nasz sojusz. Wykorzystajcie je w imię wyższego dobra – odparł – Ale pamiętajcie, że z obranej ścieżki ciężko się zawraca – po tych słowach, wilk umilkł i uśmiechał się ustami Caleba i wykorzystał jego dłoń, by wskazać na Ardena.

- On jest potomkiem tej wiedźmy – odpowiedział na wcześniejsze zadane pytanie Konomi

Lis zjeżył się jeszcze bardziej, Mimowolnie wyszczerzył zęby i cicho warknął. Nie przepadał za ożywieńcami i cieniami z krainy zmarłych. sama ich obecność sprawiała, że czuł narastającą w sercu trwogę i bardzo chętnie rozerwał by te cienie na strzępy byle tylko pozbyć się tego uczucia. Jeszcze chętniej znalazłby się jak najdalej od tego miejsca.

Chwilowo jednak musiał być  tutaj i wysłuchać niedorzecznych propozycji widma.

Przypuszczał, że jawna odmowa może tylko zdenerwować widmo, musiał znaleźć inne wyjście z sytuacji.

-Nie powiem kuszące składasz oferty. -powiedział spokojnym głosem. -Jednak ich koszt jak dla, jest zbyt wysoki.  Nie chcę i nie mogę jej przyjąć.

John zamilkł by nabrać powietrza.

-Może zamiast tego, zawrzemy prosty pakt o nie wchodzeniu sobie w drogę?

 

Na początku Konomi myślała iż twór mroku ogania się przed jakimś wysoce natrętnym owadem. Uniosła brew w reakcji na tą komiczną sytuację jednak szybko się zreflektowała widząc kształtującą się dookoła magię. To było intrygujące. Dziewczyna czuła niepewność, co zrobić w takiej sytuacji. Zgodzić się? Czy może odmówić? Przecież wiele czarownic zna tą magię i nic im się nie dzieje. Tyle że Natura się od nich odwraca. Wieloletnia tradycja by została ukruszona, gdyby na to poszła. Kurka, rodzice przecież by ją zabili!

Zagryzła wargę ze zdenerwowania. Chodzi przecież o większe dobro. Znajomość takiej szkoły zwiększyłaby ich szanse przeciw obecnemu przeciwnikowi. Szanse, których Natura może nie zapewnić. No i zgoda daje możliwość jeszcze jakichś pertraktacji.

Serce jej łomotało, oddychała ciężko. To był jej moment. Kiedy zrobi coś dobrego. Dla innych. I dla większego dobra.

-Zgadzam się. - rzuciła w powietrze niepewnie patrząc w ziemię. Ktoś mógł nawet nie zarejestrować tego faktu że coś powiedziała.

-Przystanę na ofertę - powiedziała ponownie mocniejszym głosem, tym razem podnosząc wzrok. Serce jej waliło, nawet lekko się trzęsła z nerwów jednak wzrok zdradzał determinację. - Ale… - zawiesiła - Jako przyszły sojusznik nalegam by te dwie dziewczyny zostały wolne od twoich sług. Chyba jeden, potężny sojusznik zrekompensuje te dwie miernoty… - zaproponowała poważnie. Nie chciała mówić o mocy, potędze… Nigdy o to jej nie chodzi. Jednak tutaj… ten argument mógł zadziałać.

-Więc jak? Robimy układ? - naciskała.

W tym wszystkim nie umknął jej fakt iż Arden jest potomkiem. Obecnie chyba więc z całej ekipy, to on jest najistotniejszy. I tego się trzymajmy.

 

Duch w ciele Caleba uśmiechnął się jego ustami, gdy usłyszał odmowę Johna. To było dziwne. Ten uśmiech był dziwny. Postronnemu obserwatorowi trudno było określić ten uśmiech. Drapieżny?  Niepokojący? Na dodatek, duch pokiwał po prostu głową.

Jak się okazało, nie tylko John postanowił odmówić.

- Moje moce i większość moich zaklęć opiera się na sile Natury. Nie chcę się od niej odwrócić, więc musze odmówić tym nowym możliwościom jakie oferujesz - rzekła Aviana

Wilk wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział, co było można uznać za irytujące zachowanie.

Później odezwała się Konomi, która mogła zaskoczyć zebrane osoby i zdecydowała się przyjąć ofertę żywiołaka, a on wyglądał na zadowolonego z pierwszych słów, jakie wypadły przez usta dziewczyny.

- Konomi, nie powinnaś... - próbowała powstrzymać ją Avaiana, ale żywiolak uciszył ją gestem dłoni

- Spokój, to jest jej świadoma decyzja - odpowiedział ustami Caleba - Co za zuchwałe warunki, ale nie sadze bym mógł się na nie zgodzić. Chociaż... - przerwał swoją wypowiedź  i spojrzał na pannę Akagi - Ciało caleba  zachowam na zawsze. Uczynię je silniejsze - odparł - Zgadzam się na twoje warunki naszego sojuszu i twoje - rzucił do Johna

- Nie tylko Konomi przyjmuje twoją ofertę - odezwał się Theo - Jestem gotowy podjąć ryzyko z przyjęciem owego daru i obiecuję godnie go wykorzystać - dodał, obdarzając wszystkich szerokim uśmiechem

- Theo! - zaprotestowała Aviana

- Wybacz siostro, ale nie sądzę, abym stawił czoła niebezpieczeństwom opierając się tylko na samej naturze i tak jestem świadomy powagi całej sytuacji i tego odwrócenia się. Poradzę sobie. Nie oszaleję, a jeśli to zrobię to przeprowadzimy rytuał oczyszczenia czy coś w tym stylu - wytłumaczył - Nie matkuj mi i pozwól popełniać własne błędy.

Aviana westchnęła cicho i splotła ręce na piersiach.  Nie wyglądała na zachwyconą podjętą decyzją swojego brata.

- W tym naszym duecie, ktoś musi być dojrzalszy - rzekła  dosyć chłodno i z niepokojem spoglądała na rozwój sytuacji.

- Również jestem za. Caleb obiecał mi dostęp do mocy, a skoro jest nieosiągalny to wierze, że TY dotrzymasz za niego umowy - powiedziała Stacy, silnie akcentując słowo "TY"

- Cieszą mnie nowe nabytki - odparł Wilk - A zatem została nam jeszcze jedna, niezdecydowana osoba - rzucił i spojrzał na Ardena

 

Arden był mocno zaskoczony, gdy usłyszał o swoim nowym, nieco nieoczekiwanym członku rodziny. “Pewna wiedźma, która kiedyś zniewoliła pewnego łowcę” jednak nic mu na razie nie mówiło, a miał teraz nieco poważniejsze sprawy na głowie. Chociaż zerwanie z więzami natury Arden mógł porównać do skończenia z segregacją śmieci, od decyzji mocno powstrzymywał go tajemniczy osobnik w ciele Caleba, znajdujący się kilka metrów od niego. W tym sojuszu nie było za grosz zaufania, i dla Usoki nie miało to większego znaczenia, jednak alarmująca była siła i wiedza potwora. Przyjęcie daru od kogoś takiego mogło się naprawdę źle skończyć. Z drugiej strony - cena za nowe zdolności była duża. Przejęcie kontroli nad ciałem Caleba i dwóch dziewczyn? Wypuszczenie na wolność potężnego żywiołaka? Wykluczając pierwsze, dość dużo poświęcali.

Arden spojrzał w oczy żywiołaka. I uśmiechnął się lekko, prawie niedostrzegalnie.

- Nie. - Urwał na chwilę -  Ale… Te dwie dziewczyny. Będziemy mieć kłopot jeżeli będą pamiętać co się tutaj stało. I jest możliwość, że nie tylko my. - Chłopak prychnął lekko - Kobiety to straszne gaduły. - Nastolatek nie był zaskoczony decyzją Konomi, Theo, a z pewnością nie Stacy. Wręcz przeciwnie, całkowicie je popierał. Ale jego magia była dla niego zbyt ważna, żeby zdobywać ją w taki sposób.

Arden obrócił się w stronę Aviany i wzruszył lekko ramionami.

- To ich wybór. I nie udowodnisz nikomu, że jest to zła decyzja.

 

Opętany Caleb machnął dłonią, gdy usłyszał odpowiedź Ardena. Za sprawą tego gestu połowa mrocznych ogników rozpłynęła się w powietrzu, a pozostawiona trójca czekała na nowych akolitów.

- Pochwyćcie je - powiedział Caleb i uśmiechnął się przyjaźnie

Pierwszy był Theo. To on wykonał pierwszy krok i pochwycił swego ognika w dłonie, a wtedy odchylił się do tyłu, stojąc w tym samym miejscu i pozwolił, by jego ciało chłonęło nową moc. Wokół czarownika pojawiła się niewielka ciemna poświata, która z każdą sekundą  bladła.

Po chwili Theo powrócił do rzeczywistości

- To ... było... niesamowite - powiedział z przejęciem w głosie

- Twoja kolej - rzucił żywiołak do Stacy

Dziewczyna o nienajlepszej opinii podeszła do ognika i dotknęła go dłonią.  Przez jej widoczną skórę przemknęło kilkanaście czarnych żył, a blada cera Duncan stała się jeszcze bielsza niż zazwyczaj. Wiatr potrząsnął jej włosami.

- I po krzyku - powiedziała, błyskając srebrnymi oczyma, które wróciły do normalności

Żywiołak zerknął na Konomi i skinął jej głową. Panna Akagi wiedziała co ma uczynić.

W tym czasie Aviana odezwała się do Ardena

- Alissa Adams jest czarownicą jak my, Arden i nie damy radę przy pomocy zaklęć zmodyfikować jej pamięci. Potrzeba tu kogoś o wiele silniejszego - odparła blondynka spoglądając na nieprzytomną dziewczynę.

Dopiero teraz zdali sobie sprawę, że leżąca niedaleko Revan była naga.

- W każdym razie powinniśmy rozejrzeć się za Joleene, o ile nikt jej stąd jeszcze nie zabrał  - powiedziała Aviana - Ufam, że nasze spotkanie zostało zakończone i jesteśmy w kontakcie - zwróciła się do Caleba

- Będę w kontakcie z Theo, Konomi i Stacy - odparł Wilk

Chłopak opadł na ziemię, a czarne, dymowe wstęgi przestały otaczać jego ciało. Nawet oczy nabrały normalniejszego koloru. Teraz wyglądał jak zwykły uczeń.

Cienie i szkielety zostały odwołane. Pozostał po nich proch, który wsiąkł w ziemię.  

****

12 Września 2016

Godzina: 18:45

Stary Cmentarz

 

Nie spodziewali się, że tyle czasu zajęła im ta cała walka oraz rozmowa z żywiołakiem.  Po przyjęciu darów, Konomi, Theo oraz Stacy czuli się odprężeni i w pełni sił. Reszta również  czuła sie ciut lepiej.

- Mam nadzieję, że Alissa i Revan znajdą drogę do domu - powiedziała Aviana

- Wiedziały w co się pakują - odparła Stacy , która dołączyła do ich grupy i przyłączyła się do misji ratowania Joleene.

- Będą miały nauczkę na przyszłość - rzucił Theo

Szli mijając ostrożnie napotkane nagrobki. Otoczenie nie zmieniło się na lepsze. Im dalej się zagłębiali, tym zauważyli coraz to bardziej naruszone groby. W końcu zatrzymali się w okolicy kolejnego porzuconego rodzinnego grobowca i rozłożystego pojedynczego dębu.

Przy nim leżała krwawiąca i wycieńczona Jolene.

lra_yKUVYJdRjqmLKpDrrtO5Lt9-S70OzCy9ot69McWkKCNHQzIGZJ-3MZ4e98d6cIVa-6e6ok3ACepqUCp8w4jcUCW3OrmVhaSypVCWt61NnGpHzusZ-JT7Jm_S9x7cgw

 

Ślady po ugryzieniach widniały na obu nadgarstkach i obu stronach szyi.

 

- Ja... próbowałam... im wytłumaczyć... że... nie jestem ... tym ... za ... kogo...mnie... uważają -  powiedziała słabym, łamiącym się głosem i straciła przytomność.


 

konomi_new_ramka__by_shadowwordzik-dbjgtqt.jpg

Stało się. Nie było teraz odwrotu. Skoro postanowiła przyjąć tę moc, niech tak się stanie. Jako ostatnia z ochotników postąpiła kilka kroków do przodu i stanęła przed płomieniem. Nie wiedząc sama czemu, uśmiechnęła się lekko spoglądając w mroczny odmęt. Oparła jedną rękę na biodrze a drugą sięgnęła i zamknęła dłoń na ogniu. Przez chwilę nic się nie działo. Stała przez chwilę w bezruchu lekko spanikowana myśląc że coś popsuła. Otworzyła dłoń w której powinien spoczywać ognik i stało się. Otoczyła ją ognista sfera. Mroczny ogień był wszędzie, muskając ją wszędzie gdzie tylko możliwe. Ale nie było to bolesne. Nie ranił jej. Było to przyjemne uczucie. Poczuła się… inaczej. Mniej wymęczona, obolała. Był to czarny, mroczny ogień, jednak… było w nim coś pokrzepiającego, napełniającego siłą. Płomienie ogarnęły jej ubrania, jej włosy. Była jak mroczna pochodnia w środku obsydianowej bani, ale nie czuła bólu. Wręcz przeciwnie. Prędzej porównałaby to do swego rodzaju łaskotek. Nawet zdarzyło jej się zaśmiać podczas tego procesu. W końcu ogień zniknął, rozwiał się a przed wszystkimi stanęła odmieniona Konomi. Jej wiśniowe włosy przybrały kolor ciemnej purpury, śnieżnobiałe zaś ubranie i buciki przybrały kolor czarny, zmieniając całkowicie wizerunek azjatki. Ta stała przez moment, dopiero po chwili dochodząc iż coś się zmieniło. Spojrzała na swoje ubranie a następnie ruszyła swoje włosy by przyjrzeć się im w zachodzącym słońcu.

-Cholera… A tyle się męczyłam żeby rosły farbowane… - jęknęła - Dziwny efekt uboczny.  - po czym zastanowiła się chwilę - Jak wyglądam? - spytała innych

Czuła w sobie nową, inną moc która powoli zalepiała luki po ubytku Natury. Coś straciła a coś zyskała…

Spojrzała na nieprzytomne dziewczyny. Coś Konomi tknęło widząc nagą Raven.

-No chłopaki, nie pozwalajcie sobie… To że chciała nas zabić nie znaczy że możecie ją pożerać wzrokiem. - przyznała kąśliwie i użyła telekinezy by przerzucić ubrania dziewczyny z ziemi na nią samą. Może kiedyś się jej odwdzięczy za ten drobny gest…

Na zapewnienie wilka że ten się jeszcze odezwie kiwnęła tylko głową.

-Chodźmy, poszukajmy jej. - zaproponowała i podeszła jeszcze do Aviany, kładąc jej rękę na ramieniu.

-Dziękuję - przyznała z miłym uśmiechem. -Miło że chciałaś mnie odwlec od tego wyboru. Musimy częściej gdzieś wypadać, wiesz? - rzuciła przyjacielsko.

 

*** *** ***

 

-Najwyżej jeśli będą potrzebować naszej pomocy to chyba podamy im pomocną dłoń. No chyba że się gdzieś rozminiemy… Wtedy znaczy że jakoś dają sobie radę. - powiedziała Kono, prąc powoli naprzód razem z grupką przez cmentarz.

Po głębszej i głębszej inwestygacji w końcu znaleźli pokaleczoną, wycieńczoną dziewczynę. Joleene. Konomi, widząc ją, podbiegła do dziewczyny akurat w momencie gdy ta straciła przytomność. Nie wyglądała najlepiej.

-Trzeba ją uzdrowić jak się da… i szybko stąd zabrać. Nie wygląda za dobrze - zarządziła oczywiste oczywistości - Mogę spróbować ją przeteleportować, tak byłoby chyba bezpieczniej. - zaproponowała.


 

Na pytanie dziewczyny o wygląd tylko wyszczerzył zęby i cicho warknął. Nie potrafił zrozumieć jak można dobrowolnie przyjąć taki układ. Przecież to głupota przyjmować dary od demona. Wcześniej, czy póniej wszystkie minusu wyjdą na jaw. Raczej wcześniej, patrząc na zmieniony wygląd.

Do tego pojawiło się w niej coś, co powodowało, że lisowi zebrało się na wymioty.

Potrząsnął głową by pozbyć się nieprzyjemnego uczucia. Starał się o tym nie myśleć i próbując zająć czymś myśli rozejrzał się po okolicy. Na chwilę skupił wzrok na nagiej Raven.

Na malutką chwilkę, ale i ta chwilka wystarczyła by przemieniona towarzyszka  wypowiedziała swój niepochlebny komentarz.

 

-Daj spokój, ona mnie nie pociąga, nie jest w moim typie. Po za tym brak ogona dyskwalifikuje ją z kandydatki na partnerkę.

Wyszczerzył zęby w wymuszonym uśmiechu, po czym ruszył z całą resztą na poszukiwanie Jolene. Po niedługim przetrząsaniu terenu cmentarza znaleźli ranną dziewczynę.

John natychmiast ukląkł przy dziewczynie delikatnie dotknął jej ramienia i skupił się na leczeniu jej obrażeń.

 

Arden z lekkim zaciekawieniem patrzył na przemianę Konomi, i w duchu ucieszył się, że nie przyjął darów od żywiołaka. Dostatecznie dobrze czuł się w czerni, nigdy nie wybaczyłby sobie gdyby jego włosy zmieniły kolor na biały. Albo twarz na czarny… Pytanie jego koleżanki skwitował tylko lekkim prychnięciem.

- Przepięknie. Do twarzy ci w purpurze. - Arden przez kilka sekund wpatrywał się w Konomi, po czym potrząsnął głową i skierował wzrok na Raven. Jeżeli trójka jego towarzyszy utraciła właśnie kontakt z naturą, to ta dziewczyna miała wręcz pełny kontakt. Arden odchrząknął lekko, po czym odwrócił się, słysząc słowa Konomi. Co prawda Raven zupełnie go nie interesowała, ale jednak była dziewczyną. Gdy tylko skromne atrybuty jego niedawnej przeciwniczki zostały zasłonięte, Usoka podążył za grupą, szukając Joleene.

 

Gdy tylko dotarli na miejsce, Arden od razu poczuł znajome uczucie. Dziewczyna leżąca przed nim z pewnością była tą, którą szukali. Zaklęcie lokalizacyjne nadal siedziało w jego głowie. Arden skinął widząc Johna leczącego Joleene, po czym zwrócił się do Konomi.

- Teraz tak. Ale potrzebujemy miejsca. W miarę bezpiecznego.  

 

Widząc nową Konomi, Theo Evans tylko głośno zacmokał i nawet cicho zagwizdał

- Że też ja na to nie wpadłem. A cichy głosik mi szeptał, bym zmienił nieco swój wizerunek, ale chyba z purpurowymi włosami rzucałbym się za bardzo w oczy –powiedział chłopak – Pięknie wyglądasz. Na pewno wszyscy jutro w szkole zwrócą na ciebie uwagę  - dodał uśmiechając się

Stacy Duncan cicho prychnęła pod nosem

- Oczywiście, że zwrócą, zwłaszcza jak zacznie się palić –  rzekła z jadem w głosie, a następnie spojrzała na resztę – Dajcie spokój, żartowałam tylko – powiedziała i uniosła dłonie w geście pokoju

Aviana spojrzała na rozmawiających i zabrała swój głos

- Nie sądzę aby wygląd Konomi był w tej chwili ważną sprawą – rzuciła

Ubrania Revan poszybowały do swej właścicielki, która odzyskiwała siły. Dzięki gestowi Konomi, zmiennokształtna nie będzie musiała świecić swoimi skromnymi atrybutami.

Sprawa Alissy pozostała nierozwiązana.

- Nic w tej kwestii nie zrobimy – powiedziała Aviana – Musielibyśmy nauczyć się zaklęć umysłu i doprowadzić Alissę do takiego stanu, w jakim obecnie się znajduje. Nie chciałabym na niej eksperymentować, a skoro jest czarownicą to wierzę, że będzie trzymała swoją niewyparzoną gębę na kłódkę.

****

Gdy znaleźli osłabioną Jolene, nie ociągali się, tylko z miejsca ruszyli jej na pomoc. John znalazł się natychmiast przy poszukiwanej dziewczynie i zaczął rzucać zaklęcie, by jak najszybciej postawić ranną na nogi. Kitsune osiągnął sukces. Otwarte rany po ugryzieniach zmieniały się w widoczne blizny, a krew raptownie krzepła. Wszystko wskazywało na to, że będą mogli ją zabrać do bezpiecznego miejsca. Jednak coś wyrwało ich z tych myśli.

Odgłos  deptanej ziemi – to pierwszy dźwięk, jaki wychwyciły uszy Johna.

Właścicielami tego odgłosu okazała się para  nowo przybyłych osób.

 

Jh1aBCae4ELklidXmmpPnMyAgRDf53f3fSvI3nQYkEmVDJQvXPPIdMF6x-cGu1tLQ5coJ1mU9PnVYnOXxQuNpvWXKLlGgZVXo5A_Rf5DzGUGmWW0fH-jfldafEPEZQC0oQAXbIg5iMzEe9f1zOC-n6ogx_Mbaej2GfPsxKvnL5ytxF9qiGLiitHOSK9I6-LHz3D4tLpMEY4tcH52ip4CqXz8N4_AHwCCOt1EDJT4WkoU85lGSVYYXz1-g99sb-xpKC5w

 

Odziani w czarne bluzy z długim rękawem i jeansy, bracia Dixon spoglądali na Joleene i znajdujące się w pobliżu dziewczyny osoby. Starszy z chłopaków odkaszlnął, by po chwili ukazać swe nieco drapieżniejsze oblicze. Czarne żyłki zebrały się wokół jego oczu. Chłopak wydał z siebie ostrzegawczy syk.

- Nie spodziewaliśmy się gości – rzucił

Młodszy Dixon również ukazał swą potworną maskę

- Ale to dobrze, prawda braciszku? – zapytał blondyna

- Przyda nam się nieco odrobina świeżej krwi – odparł zapytany

- Nie zapominajmy o naszych gościach – rzekł


 

NRMXQQcCTxZKy9KCp9Uj1wwlaTxeGv3d-VuhD0ZttnnMaIobCm-nibvN-vaVVt6cIHiCz2Klmxyca6oPr2p8iD25oxyPqMhyS49PqAYR0lYVarIRtV0gJ6K4bV6J0znvlwMz9M-rtNaCBs2HHFlLKMlknPmUOvEmsnqt1Nmweah9QNFuincR7_VIaFBFWXlPznxK7tHCVCD8HPzjG5mEcjW3EAWqhSHPxTRDxNSE5quouSGNcuO9QnMzNu05GRGis7ZAdMWU_abah-17BtCZR_fLdFoCxmqDnNUK2ebY-6HY4OYpv923PuHkjs2LIpUWNt-RzvCSyxPi7ke0X0EHob4Wr-vclNr5VfEkY5F1TazL74QLZjkN0PBuLAx-dxEsUb-b6g

 

 

Do braci dołączyła kolejna trójka. Pierwszym z nich okazał się jasnowłosy mężczyzna o bladej karnacji. Odziany w ciemnozieloną kurtkę z wieloma kieszeniami i czarne spodnie, nieznajomy miał włożone ręce w kieszenie. Drugą osobą była ubrana w obcisły bordowy top na ramiączkach młoda dziewczyna o długich kasztanowych włosach. Nie była zbyt wysoka, ale zdawała się dobrze utrzymywać na szpilkach w panterkę.

Trzecia osoba stała na uboczu. Rudowłosa kobieta, o drapieżnych oliwkowych oczach, z kamiennym wyrazem twarzy spoglądała na nastolatków, a zwłaszcza na Johna.

- Widzę, że oprócz czarownicy dostaniemy posiłek – zakpił bladolicy blondyn, po czym oblizał swe usta, ukazał kły i ryknął.

Kolejny wampir.

Rudowłosa kobieta także postanowiła zrobić małe przedstawienie i pozwoliła, by jej ciało otoczyła ognista aura, która uformowała się w ognistego, humanoidalnego lisa.

Lis będący wewnątrz Johna natychmiast się zjeżył i warknął.

~Niedobrze~ odezwał się jego głos w głowie Johna

- Nie chcemy walczyć – powiedziała Aviana – Niektórzy z nas mają za sobą ciężki dzień. Przybyliśmy tylko po Joleene i sobie pójdziemy – dodała

- Nie chcemy kłopotów – odezwał się Theo, który strzelił kilka razy kośćmi  u dłoni. Chłopak przyjął dość pewną siebie pozę – Nasz sojusznik chciałby spotkać się z Joleene – dodał i pozwolił sobie na małe przedstawienie. Wokół jednej z dłoni chłopaka pojawiła się wstęga czarnego dymu, która owijała się dość powoli i leniwie.

- Joleene jest moja – odezwał się Gabriel Dixon – Nie oddam jej bez walki - syknął

- Przypomnę ci, że przeznaczyliśmy ją do wyższego celu – wpadł mu słowo nieznajomy  wampir  - Dzieci, wracajcie do domu, bo spóźnicie się na dobranockę, a sprawy dorosłych, które mogą być dla was zbyt bolesne  i niebezpieczne zostawcie bardziej doświadczonym – dodał

Dziewczyna o kasztanowych włosach zachichotała cicho pod nosem, zaś ognista Kitsune tupnęła nogą, a na ziemi pojawił się niewielki płomień. Lisica wyciągnęła przed siebie dłoń i skupiła się na tworze, by go powiększyć.

- Więc jak to będzie? – zapytał wampir

 

-Jeeej- zawołała Kono łapiąc się uroczo za główkę - Jak miło słyszeć że nie zrobiłam z siebie dziwadła. - zaświergotała. Nie omieszkała nie odpowiedzieć na komentarz Stacy.

-Taka będę gorąca? Aż się spalę ze wstydu, być w takim ogniu krzyżowym spojrzeń - drażniła się grą słów. Naprawdę, czuła się nieźle mimo lekkiego bólu po walce.

 

*** *** ***

 

Oczywiście nie mogło tak po prostu się skończyć na akcji ratowniczej. Piątka nowoprzybyłych, potencjalnych oponentów pokrzyżowała plany o powrocie z tego cmentarza bez dodatkowych obtarć i strat. Podczas gdy wrogo nastawieni prezentowali swoje jakże interesujące moce, Konomi ciągle była przy Jolenee. Cieszyło ją że dzięki Johnowi stan dziewczyny się poprawił. Łatwiej będzie ją stąd wydostać.

-Macie rację. Spieszy mi się trochę na mój wieczorny serial więc spróbujemy przyspieszyć akcję. - odpowiedziała z nieukrywaną wzgardą i postanowiła użyć teleportacji. Po dobroci i tak by nie wyszło a dziewczyna chociaż będzie bezpieczna. Chciała ją przenieść do swojego domu, tam będzie na razie bezpieczna. A potem szybki powrót na pole walki by pomóc innym. Plan prosty a może się okazać skuteczny.

Cmentarz się rozmył i zniknął a oczom dziewczyny ukazał się jej własny dom i twarze zdziwionych domowników.

-Zajmijcie się nią, jest w niebezpieczeństwie. Jak coś jestem na cmentarzu - rzuciła Kono jednym tchem na usprawiedliwienie i odteleportowała się z powrotem, stając już samej u boku towarzyszy. Trochę zakręciło jej się w głowie od tego skakania i nadmiaru ciężkiej magii. Złapała się na moment za głowę i zachwiała na nogach, nie spuszczając jednak oka z potencjalnych oponentów.

 

Wyleczenie Jolenee miało zakończyć ich poszukiwania. teraz wystarczyło odtransportować dziewczynę w bezpieczne miejsce i po sprawie.

Jak to zwykle bywa w takich przypadkach los zadecydował inaczej. pojawiły się nowe przeszkody dość poważne przeszkody uniemożliwiające im  zabranie dziewczyny.

Przeszkody w postaci braci Dixon w towarzystwie wampira, wiedzmy i lisicy.

Lis zjeżył się kiedy zobaczył ognistego pobratymca. Wiedział już, że będzie ciężko. Zwłaszcza z lisicą.

John westchnął z rezygnacją. Miał już tego wszystkiego dość. zastanawiał się w jaki sposób wpakował się w tą sytuację. I dlaczego był na tyle głupi by się w nią wpakować.

-Po pierwsze Jolenee nie jest niczyją własnością. -Warknął przez zaciśnięte zęby w kierunku jednego z braci. -Po drugie wypadałoby poczekać, aż oprzytomnieje i będzie mogła sama o sobie decydować.


 

Atmosfera między nastolatkami, a nowoprzybyłą grupą z minuty na minutę robiła się coraz bardziej napięta.  Bracia Dixon i ich sojusznicy zdecydowanie próbowali ich nastraszyć,  ale nie pokazali niczego nowego.  W tej chwili nic ich nie mogło zaskoczyć. John instynktownie przeczuwał, że te spotkanie z nimi nie zakończy się pokojowo. Młody Kitsune czuł to po prostu w kościach i  w ich oczach.

~Wyczuwam niebezpieczeństwo~ syknął jego lis

Podobne wrażenie odniosła Konomi. Dziewczyna przebywała blisko Jolene, ale także zachowywała odpowiednią odległość od reszty.

Ardenowi nic nie podpowiadało, podobnie jak Avianie. Theo w spokoju obserwował resztę, a Stacy zbliżyła się do Konomi i tam zajęła miejsce.

John Daglas podjął się dyskusji z Gabrielem, który cicho prychnął, gdy usłyszał słowa chłopaka

- Ehhhh, człowieku na jakim świecie ty żyjesz? - zapytał z pogardą - Ona nie ma tu nic do gadania. Jest moja. JA  ją otoczyłem opieką, gdy tego potrzebowała i jest mi winna przysługę

- Nie Marnuj czasu, Gabrielu. Zajmijmy się nimi - wtrącił się wampir.

Konomi chwyciła Joleene za dłoń i zniknęła. Powietrze ją wessało wraz z pochwyconą koleżanką.

****

Pojawienie się tuż przed domem było szokiem, ale szczęście dopisało. Joleene ocknęła się i oczywiście zwymiotowała, a następnie szybkim ruchem została ogarnięta i zaprowadzona do domu.  Drzwi otworzyła oczywiście Karmen.

- Ale, że co? - wydukała tylko, gdy Konomi przedstawiła w kilku słowach sprawę po czym zniknęła

****

- GDZIE ONA JEST? - ryknął Marley, po czym ruszył w kierunku Stacy. Błyskawicznie pokonał dzielący ich dystans, by następnie zacisnąć dłoń na jej gardle i podnieść ją wyżej. Nie spodziewał się jednak, że dziewczyna odpowie atakiem. Wystarczył tylko dotyk i po chwili pojawiły się czarne żyłki, które przenikały przez tę dwójkę. Panna Duncan karmiła się Marleyem.  Widzieli, jak jego uścisk słabnie, a sam wampir pada na kolana.

Do walki włączył się starszy z braci, który pojawił się przy Stacy i rzucił nią o drzewo. Banshee zdrowo runęła o dąb, po czym osunęła się o ziemi. Nie straciła przytomności. Jeszcze nie.

Theo Evans przywołał gęstą czarną mgłę, która zaczęła się w coś formować.

Konomi wróciła na swoje miejsce i zobaczyła, że coś się rozpętała.

- CO Z NIĄ ZROBIŁAŚ? - zapytał Gabriel patrząc dzikim wzrokiem na Konomi. Nie zwracał uwagi na swojego brata, który dochodził do siebie po dotyku Stacy.

 

-Szkoda, że ja tak nie potrafię. -Szepnął John widok wyczynu Konomi. -Już by mnie tu nie było.

Napięta atmosfera eksplodowała i doszło do walki. List westchnął z rezygnacją i szybko zaczął formować zaklęcie płomieni i posłał w kierunku starszego z braci.

Mimo skupienia się na walce cały czas uważnie śledził Lisicę która jako jedyna nie włączyła się do walki. nie wróżyło to nic dobrego.

 

Teleport zadziałał, przez co Kono wpadła w coś w rodzaju małego samouwielbienia. Opłaciły się te godziny ćwiczeń i zwrócone posiłki. Szybko jednak euforia z niej zeszła widząc co się stało gdy wróciła na cmentarz. Zakręciło jej się jednak w głowie od nadmiaru mocnej magii w krótkim odstępie czasu. Z pewnymi problemami stała na nogach, jednak wiedziała że za moment to przejdzie. Szkoda tylko że nie miała tego momentu.

- Zabrałam ją daleko stąd, w bezpieczne miejsce. I na pewno nie powiem Ci dokąd.- powiedziała zadziornie zdobywając się na zawadiacki uśmiech w obliczu furii zwiastowanej przez wzrok chłopaka. Wiedziała że jak szybko się nie pozbiera to ten rzuci się po prostu na nią. Może spróbuje zrobić to co wychodzi jej najlepiej - zasiać trochę zamętu. Chciała użyć magii iluzji by przywołać kilka kopii siebie a następnie cała grupka rozbiegła by się w różne kierunki. Sama chciała podbiec i pomóc pozbierać się Stacy która wyraźnie mocno oberwała.


 

Chaos. To pierwsze określenie na zaistniałą sytuację, którą przed sobą mieli. Krzyki starszego z braci zostały przerwane przez Johna Daglasa i jego ogniste zaklęcie. Płomienie. Najgorszy wróg wampira i innych śmiertelnych stworzeń. Palące wszystko na swojej drodze, płomienie zajęły ciało bruneta, który syknął i oddalił się dość szybko od Konomi, by zająć się tym incydentem.

Tymczasem wroga Kitsune skierowała swoje płomienie na Avianę Evans.  Ogień zbliżał się do wiedźmy i otoczył ją w kręgu, by powoli się zaciskać i tym samym spalić nastolatkę w miejscu.

Konomi skupiła się, by po chwili podzielić się na swoje mniejsze wersje. Kilka Konomi rozbiegło się po całym cmentarzu i to był dobry ruch. Wrogowie zostali zmyleni.

Stacy ledwo kontaktowała, a przynajmniej tak wyglądała. Gdyby była zwykłym człowiekiem pewnie zniosła by to o wiele gorzej.

- Moja głowa - powtarzała jak mantrę

Aviana skierowała swoją dłoń w kierunku płonącej pułapki. Ogień zaczął słabnąć na swej sile.  Płomienie malały, a w oczach młodej czarownicy czaiły się  magiczne iskierki. Widzieli jak Evans walczy z zdolnościami ognistej lisicy.

Do gry wkroczył Arden Usoka, który skoncentrował się na blondynie, rozglądającym się za prawdziwą Konomi.

- Phesmatos superous em animi... - zaczął powtarzać słowa -  Phesmatos superous em animi... -

Pod ich wpływem, obcy wampir chwycił się obiema dłońmi za głowę, by po chwili krzyknąć z bólu i osunąć się na kolana. Arden zadawał mu ból.

Nieznajomy walczył ze skutkiem zaklęcia.

Przez cmentarz przeszedł podmuch wyjątkowo zimnego powietrza, który uderzył Johna i ugodził jego lisa. Daglas poczuł nienaturalne zimno, które musiała wywołać obca wiedźma, wskazująca otwartą dłonią w jego stronę. kasztanowe włosy magiczki  falowały pod wpływem magii.

Marley Dixon odzyskał siły i ruszył na Konomi znajdującą się przy Stacy. Wampir wziął dziewczynę z zaskoczenia i wbił swoje kły w jej szyję. Co za ból. Konomi musiała krzyknąć, gdy poczuła zęby wroga.

Stacy była zbyt osłabiona i nie mogła pomóc koleżance.

Gabriel Dixon zwalczył płomienie  i korzystając z swojej szybkości, pojawił się przy Johnie, po czym chwycił go za koszulę i uniósł wysoko, jedną dłonią.

- Zapłacisz mi za to śmieciu - syknął

Theo Evans uformował czarnego, cienistego  wilka

- Ruszaj - warknął

Bestia zaatakowała starszego Dixona i zatopiła kły w jego ramieniu. Wampir puścił Johna na ziemię.


 

Wykorzystując zamęt jaki wywołała jej sztuczka, Kono znalazła się przy obolałej Stacy.

-Dawaj, ocknij się. Nie czas na użalanie się. - mówiła z determinacją, poklepując dziewczynę lekko po policzku. Próbując ogarnąć dziewczynę, jakiś ciężar przygwoździł ją z impetem i poczuła okropny ból na szyi. Krzyknęła boleśnie a w oczach pojawiły się łzy. Strasznie bolało. Spanikowane, zbłądzone myśli podpowiadały jej że padła ofiarą wampira. Musi działać szybko żeby nie stracić zaraz przytomności, ale i delikatnie żeby drapieżnik nie rozerwał jej gardła kłami. Musiała się skupić. Używając mrocznej mocy spróbowała otoczyć się aurą mrocznego płomienia który będzie palić wroga. Oby tyle wystarczyło… Jeśli nie… Strach pomyśleć.

Licząc iż chociaż na moment wampir się odczepi od dziewczyny, ta szykowała w dłoniach kolejną dawkę ognia. Miał to być prosty promień, wiązka ognia płynąca z obu dłoni, paląca trafiony cel.

 

John był wściekły ten dzień nie należał do udanych.

Po, co się w to pakowałem? No po, co? Zapytał po raz kolejny własnych myśli.

Już po pierwszej wizji trzeba było nie ruszać się z domu. a już na pewno wrócić po kolejnej. Ale nie zachciało mi się zgrywać bohatera.

Ponure myśli przerwał atak wampira na szczęście przerwani przez czarne widmo.

-Masz pretensje o to, że się bronię?

Warknął przez zaciśnięte zęby i by uniknąć kolejnego ataku odskoczył na bezpieczną odległość,. W chwilę potem zaatakował kolejnym ognistym atakiem.

Kolejny ognisty atak posłał w kierunku wiedźmy w odwecie za zamrożenie jego serca.


 

John wykonał szybki, ale dość niezręczny odskok, który pozwolił mu znaleźć się na bezpiecznej odległości od strony agresora, a następnie chłopak wykorzystał szansę, jaka się nadarzyła i zaatakował ognistym zaklęciem. Starszy z wampirzych braci został potraktowany solidną dawką płomieni, które otoczyły całe jego ciało.  Tym razem wycelowane zaklęcie okazało się bardzo silne, by wampir ugiął się pod jego wpływem. Cienisty wilk zeskoczył z ciała nastolatka, kiedy poczuł gwałtowny skok temperatury.

Daglas kontrolował sytuację Gabriela i w każdej chwili mógł go uwolnić z uroku bądź po prostu pozbawić życia. Chcesz mieć krew wampira na swych rękach, John? Jak poczujesz się z jego śmiercią? Jego krzyki zdecydowanie zagłuszały twoje myśli, John.

Wiedźma kontrolująca lodowymi podmuchami została zdekoncentrowana poprzez uderzenie płomieni, które objęły ciało nastolatki. Czarownica zaczęła krzyczeć  i chwilowo nie była zdolna do kontynuowania walki.

Rudowłosa Kitsune wciąż pojedynkowała się z Avianą. Uwolniony przez nią ognisty, humanoidalny lis górował nad ciałem kobiety. Był rozżarzony, rozłoszczony i nienaturalnie wielki. Lis wyzwolił ognistą aurę, która nie tylko podniosła temperaturę, ale i również zaczęła podpalać pobliską trawę.  Kobieta zaczęła biec w kierunku Evans, po czym wykonała skok, by z impetem wylądować na blondynce.  Zaciśnięte pięści trafiły Avianę, która w wyniku doznanego szoku upadła na ziemię, a na jej skórze pojawiły się ślady po oparzeniach.

Konomi miała własne problemy. Azjatka musiała ratować własną szyję przed kłami zaborczego wampira, który wgryzał się w jej szyje. Dziewczyna usłyszała za sobą syk i zobaczyła, jak jej  ciało otaczają mroczne płomienie. Mistyczna tarcza objęła ją, by uchronić przed dalszym niebezpieczeństwem. Jednak to nie wystarczyło. Marley Dixon wciąż pozostał nieugięty i zamierzał ponownie zatopić swoje kły. Natrafił na przeszkodę w postaci wiązki mrocznego ognia, który pojawił się w dłoniach panny Akagi. Ugodzony przeciwnik krzyknął z bólu i zaczął płonąć. Na jego twarzy pojawiły sie pierwsze, poważne ślady po bliskim spotkaniu z takimi płomieniami. Wampir cofnął się o kilka kroków. Konomi, co dalej z nim zrobisz?

Aviana głośno skrzywiła się z bólu. Syknęła, gdy próbowała się podnieść, ale wroga Kitsune stanęła nogą na jej klatce piersiowej.

- Spieprzaj - warknęła - Motus! - dodała

Czar odrzucił rudzielca , który z łoskotem upadł na najbliższy nagrobek. Po tym magicznym wyczynie, Aviana straciła przytomność.

 Tymczasem Arden kontynuował zadawanie bólu, nieznajomemu wampirowi. Czarownik skupił się, aby każdy fragment ciała wroga, był podatny na otrzymane bodźce. W końcu, trzymany w ryzach wampir to nieszkodliwy wampir? Jak daleko się posuniesz, Ardenie?

Jasnowłosy mężczyzna próbował opierać się skutkom zaklęcia. Zaczynał od tłumienia krzyku i podnoszenia się z miejsca, ale po chwili fala bólu przywracała go do klęczącej pozycji.

Nieznajoma wiedźma w końcu się opanowała i sprawnym ruchem ręki zgasiła płomienie, które próbowały przejąć nad nią kontrolę. Kipiała ze wściekłości. Wyglądała, jakby chciała kogoś zamordować.  Wskazała dłonią w kierunku Theo Evansa, który został odrzucony w dal, by po chwili z trudem walczyć o dopływ świeżego powietrza.

 

Arden z niepokojem rozglądał się po polu walki. Aviana straciła przytomność, Theo miał poważne kłopoty, a John podpalał wszystko jak leci.  Przynajmniej ciemniejsza strony Konomi radziła sobie całkiem nieźle. Usoka jednak postanowił do końca skupić się na trzymanym przez siebie blondynie, nic innego zresztą nie mógł w tej chwili zrobić. Nastolatek postanowił zakończyć swój dość jednostronny jak na razie pojedynek. Zamiast kierować ból na całe ciało wampira, postanowił skierować całą moc zaklęcia na mózg, zamierzając pozbawić przeciwnika przytomności. Oczywiście mogło się też zdarzyć, że jego przeciwnik zginie, ale instynkt podpowiadał Ardenowi, że nikt nie będzie po nim płakał.

- - Phesmatos superous em animi… - Po wykonanym zaklęciu Arden cofnął się lekko i ciężko oddychając próbował zostawić ostatnie siły organizmu na później.

 

Konomi poczuła zastrzyk adrenaliny. kto by go nie poczuł w takiej sytuacji. Nie miała czasu ani chęci by się mazać, musiała walczyć. Udało się uwolnić z uścisku wampira by następnie go uderzyć kolejnym ognistym atakiem. Chyba to działa na nich lepiej niż podmuchy i zabawa z iluzjami. Przeciwnik stanął w płomieniach a Kono nie zamierzała zmarnować tej chwili. Kolejna może się nie trafić. Stanęła pewnie, przodem i blisko do wampira. Był może z metr od niej. I o to właśnie chodziło. Niesiona złością złożyła ręce by przywołać stożek mrocznych płomieni który by obiął wroga. Powinno mu to wypalić resztę głupot z głowy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze i coś jej nagle nie trafi, już przygotowywała w głowie kolejny ognisty pocisk którym rzuci we wroga który nękałby jej towarzyszy.. Chyba że sama będzie w większej potrzebie.

 

John czuł coraz większe zmęczenie. odkąd opuścili mury szkoły wdają się w coraz większe i coraz brutalniejsze walki. a to wszystko z powodu jednej wizji i jednej dziewczyny, która podobno jest ważna.

Chłopak westchnął. Wstawanie dzisiaj to był zdecydowanie kiepski pomysł. Pomyślał, jednocześnie skupiając się na kolejnym ognistym czarem skierowanym w wiedźmę.

Strasznie głupio używać ciągle tego samego zaklęcia,- przemknęło mu przez głowę. - ale innego nie posiadam.

Dokończył wyzwalając zaklęcie.

 

Z minuty na minutę, sytuacja coraz bardziej robiła się chaotyczna. Wybuchały płomienie o różnych, intensywnych płomieniach. Wszystko jednak miało swoją granicę wytrzymałość, a John Daglas odczuwał już solidne zmęczenie całym tym dniem.  Jego kolejne ogniste zaklęcie było o wiele słabsze niż poprzednie i tym razem tylko poparzyło wiedźmę, która skupiła się na swoim celu.

Theo Evans wciąż walczył z dusznością, którą wywołała u niego wroga czarownica. Chłopak ewidentnie potrzebował pomocy.  Wroga Kitsune nie odniosła poważniejszych obrażeń, gdy została odrzucona przez Avianę. Lisica wstała i wyraźnie ruszyła na Konomi oraz ukazała swoją prawdziwą aurę humanoidalnego lisa. Zatrzymała się,  gdy zobaczyła jak Azjatka ciska stożkiem płomieni w podpalonego wcześniej wampira, który wciąż krzyczał. Mroczny ogień pogorszył tylko jego stan zdrowia. Marley Dixon padł nieprzytomny na ziemię.

Aviana nie odzyskała przytomności. Nie wiadomo było, czy żyje czy jej duch postanowił opuścić ciało.

Arden kontrolował swoją sytuację i wciąż walczył z nieznajomym wampirem, ,który był torturowany przez nachodzące co rusz fale bólu, koncentrujące się na poszczególnych punktach jego ciała. Tym razem, Usoka wybrał mózg. Zaklęcie odniosło sukces. Wróg padł na ziemię, a z jego nosa i uszu ciekła krew.

Nieznajoma wiedźma postanowiła zmienić swój cel i skupiła swoją uwagę na Johnie Daglasie.

- Ossox – powiedziała

Młody Kitsune poczuł jak  przez jego dłoń przepływa nagła fala bólu, a palce zaczynają wyginać się na wszystkie strony. Rozległo się głośne, pojedyncze chrupnięcie.  W oczach Johna pojawiły się łzy bólu, które sugerowało jedno – łamanie kości.

Marley Dixon, podobnie jak jego brat osunął się na ziemię, a jego ciało wciąż się paliło. Stacy wciąż była nieprzytomna.

 

Arden uśmiechnął się lekko widząc nie tylko upadającego blondyna, ale też Marleya Dixona, który jeszcze niedawno usiłował walczyć z Konomi. Skinął głową z uznaniem w stronę azjatki, po czym zmartwił się nie tylko leżącą na ziemi Avianę, ale też liska potraktowanego niezbyt przyjemnym zaklęciem. O ile tej pierwszej mógł co najwyżej dorysować kocie wąsy, wiedźma atakująca Johna wydawała się dobrym celem. Arden wybrał jedno ze swoich rozlicznych zaklęć, po czym zagiął znajdującą się dookoła ciemność by uderzyć swoją przeciwniczkę piekielnym ogniem….

Żartowałem. Użył zadawania bólu.

Chłopak starała się ignorować ból. najbardziej przy pomocy przekleństw skierowanych w stronę wiedźmy. Kiedy sobie ulżył Dotknął złamanej ręki i skupił się na wyleczeniu własnych obrażeń.

Potem by ulżyć sobie jeszcze bardziej po raz kolejny zaatakował wiedźmę  ognistym atakiem.


 

Azjatka uśmiechnęła się pod nosem widząc stan wampira. Mogło to wyglądać dość sadystycznie ale zrobiła to w samoobronie. Gdyby nie to, pewnie role szybko by się odwróciły. A tak chociaż drań ma za swoje. Przywołała jeszcze po ogniku do dłoni widząc Kitsune.

-Może starczy tej zabawy. I ty i ja mamy kim się zająć, nie? - zaproponowała wzrokiem wskazując na wampira a sama idąc tyłem i nie spuszczając z dziewczyny wzroku, miała zamiar sprawdzić stan Aviany. W razie gdyby coś miało się nieprzewidzianego wydarzyć, posypią się iskry!

 

Ktoś kiedyś porównał pole walki do pola szachowego, gdzie figury eliminowały obce cele w drodze do zwycięstwa. Zawsze została najważniejsza z nich. I tak było w tym przypadku. Złowroga lisica i rzucająca klątwy wiedźma były ostatnimi przeciwniczkami, z jakimi mierzyły się uzdolnione nastolatki.

John Daglas mierzył się z bólem i złamaną ręką, którą starał sie najszybciej wyleczyć, by pozbyć się okropnego uczucia, które towarzyszyło odniesionemu uszkodzeniu.  Zaklęcie odniosło sukces, a dłoń zyskała sprawność we wszystkich palcach.  Pozbywając się jednego problemu, John  skupił się na rozwiązywaniem kolejnego. Czarownica, która go tak wcześniej urządziła, powinna zostać surowo ukarana. Kolejne ogniste zaklęcie zostało miotnięte w jej kierunku, a młody Kitsune stracił siły w nogach i ukląkł na ziemi, czując się wyczerpanym, głodnym i znużonym. Na ustach poczuł metaliczny smak. Krwawił.

Czar, który uderzył w wiedźmę zostawił za sobą jej krzyk i płomienie oraz kolejne poparzenia.

Theo odzyskał panowanie nad własnym oddechem i obserwował poczynania obcej Kitsune. Nie, nie zachował sie biernie. Wstał na równe nogi i skupił się na celu. Chłopak utrzymywał kontakt wzorkowy i poruszał ustami. Początkowo nic się nie wydarzyło, ale za chwilę rudzielec krzyknął i zasłonił swoje oczy dłońmi.

Theo nie próżnował. Wyciągnął dłoń przed siebi, po czym uwolnił kłąb czarnego dymu, który sformował się w wilka. Wezwany drapieżnik  runął na lisicę i powalił ją na ziemię, a następnie rozpłynął się w powietrzu.

Konomi przywołała swój  mroczny ognik, ale na szczęście nie musiała go używać. Dziewczyna wraz z Theo pobiegli do Aviany i sprawdzili jej stan zdrowia. Wydawał im się stabilny. Młoda wiedźma miała puls, a jej klatka piersiowa opadała i unosiła się. Innymi słowy: żyła.

Arden dołączył do Johna, który odegrał się na wiedźmie. Chłopak użył swojego ulubionego zaklęcia , by przywołać falę bólu. Wroga nastolatka zaczęła krzyczeć i chwytała się za głowę, a następnie zemdlała. To był koniec. Wygrali.

Edytowane przez Obi

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

              

sziz54.jpg21dimnb.jpg  GkVblw9hv3lgUBJVjEbqtJ46XpKdkiqBmg02nfWU

2cpe3i0.jpg29f5dp2.jpg

 

 

Arden&John&Konomi&Karmen&Joleene

 

 

Arden prawie nie odezwał się słowem przez ostatnią godzinę. Ich pożegnanie z rodzeństwem Evans zawierało tylko kilka słów, między innymi obietnicę spotkania się jutro w szkole. Stacy milczała przez cały czas, mamrotając tylko “dziękuję” gdy nie do końca wesoła kompania odprowadziła ją pod dom. Arden jednak doskonale to rozumiał - sam nie miał ochoty zbyt dużo mówić po zdarzeniach z dzisiejszego dnia, i najchętniej poszedłby do domu, kolejne osiem godzin spędzając na łóżku. Jednak gdy docierali już do domu Konomi uznał, że musi w końcu przełamać milczenie.

- To… mamy Joleene. - Arden urwał na chwilę. - Tylko pytanie co teraz z nią zrobić. I czy za te ostatnie porwania była odpowiedzialna ta nadnaturalna grupka wampirów, lisa i czarownicy. I czy to całe potężne zło o którym była mowa w wizji dalej ją ściga. I… - Arden zatrzymał się na chwilę i westchnął, starając się uspokoić. Po chwili milczenia odwrócił się do Konomi.

- Czy u Ciebie w domu jest jakieś miejsce w którym moglibyśmy spokojnie pogadać? Czy lepiej będzie ustalić co robimy z naszą nową przyjaciółką zanim wejdziemy ją odebrać?

John wlókł się na końcu grupy. Był milczący, zły i co najgorsze głodny. jego żołądek dopominał się o swoje prawa odgłosami przywodzącym na myśl odgłosy nadchodzącej burzy.

Kiedy usłyszał pytania Ardena zatrzymał się i wpatrywał się w niego milcząco przez chwilę trzymając ręce w kieszeniach.

-A co możemy zrobić? -Zapytał wyciągając ręce z kieszeni. -mamy najwyżej dwa wyjścia. Odeskortować ja do domu, lub ukryć w bezpiecznej kryjówce. Znamy jakąś kryjówkę, która ukryje ją przed niechcianym wzrokiem?

 

 

Konomi była zmęczona, brudna i jakoś tak niedużo jej się już chciało. Miała ochotę na prysznic i położyć w wygodnym łóżku. Wlokła się z gromadką w kierunku swojego domu aż nawiązała się w końcu dyskusja co do losu Joleene.

-U mnie w domu jest spokojnie jak trzeba, bez przesady. -  odpowiedziała -Jak chcecie ją ukryć? Przecież to praktycznie niemożliwe, jakkolwiek byśmy nie próbowali. Nie będziemy przecież jej więzić w domu albo w piwnicy. Może zapytajmy samą Joleene co ma nam na ten temat do powiedzenia. - zaproponowała azjatka.

 

 

Arden zastanowił się nad wszystkim co powiedzieli jego towarzysze. Fakt, nie mieli możliwości jej ukryć i chronić. W szkole nie było możliwości żeby ją zgubić, pytanie co robić gdy przebywa w domu i w drodze do szkoły. Oczywiście, Usoka miał już kilka pomysłów, ale wszystkie wymagały dość dużego zaangażowania ze strony Joleene, czego wolał uniknąć.

- Raczej nie mamy co się spodziewać podobnego porwania. Proponowałbym obserwować ją w szkole i być może w drodze, w domu jest raczej bezpieczna. Tylko nie chciałbym za bar… - Arden urwał na chwilę, po czym uśmiechnął się lekko do Konomi. - Zresztą, jeśli chcesz z nią porozmawiać, wytłumaczyć o co chodzi, to proszę bardzo. To w sumie nie jest głupi pomysł. - Nastolatek zmarszczył brwi. - Tylko będziemy potrzebować jej osobistego przedmiotu. Coś o podobnej sile do naszych talizmanów.

 

 

-To chodźmy z nią porozmawiać i odstawmy do domu. Zróbmy to jak najszybciej, padam z głodu. Jak zaraz czegoś nie zjem to padnę.

 

 

 

 

Wracając do domu Konomi, Arden podjął się tematu o dalszym losie uratowanej przez nich dziewczyny. Wciąż nie zdecydowali się jakimi metodami mogą jej pomóc, a czas nie był ich sojusznikiem. W końcu dotarli na miejsce spotkania, a ich cel stał właśnie na gangu i pił coś z parującego kubka.  To była Joleene. Wyglądała o wiele lepiej. Uspokojona, uczesana i podmalowana.

 

 

2cpe3i0.jpg

Na szczęście ktoś miał na nią oko. Karmen, starsza siostra Konomi dotrzymywała jej towarzystwa.

- W końcu jesteście - odezwała się Akagi  - Długo was nie było. Zaczynałam się niepokoić - powiedziała i uśmiechnęła się na widok siostry i jej kolegów - Nie mieliśmy okazji, aby się poznać - dodała - Jestem Karmen, starsza siostra tego nicponia - rzekła i puszczając oczko w kierunku Konomi - Zakładam, że chcecie pogadać z Joli na osobności? - zapytała

Joleene obdarzyła zgromadzonych słabym uśmiechem.

- Karmen mi trochę powiedziała o cz.... cz.....czarownicach  - zaczęła z niepewnością w głosie - Czy faktycznie mogę być jedną z nich? - zapytała, bardziej samą siebie nie resztę

 

 

-Niewykluczone.

Lis przyjrzał się dziewczynie starając się dostrzec jej aurę. Każda czarownica ma aurę i nie można jej z niczym innym pomylić. Gdyby udało się ją odczytać powiedziałaby wszystko.

-Przeraża cię perspektywa zostania czarownicą?

 

 

John nie ujrzał nic, co mogłoby mu przypominać aurę Joleene. Może b yło jeszcze za wcześnie na takie eksperymenty, a może aura Joleene nie była rozwinięta na tyle, by można było ją dostrzec.

- Nawet nie wiem z czym to się wiążę -rzekła wciąż z pewną dozą nieśmiałości - Mam pełno, a właściwie masę obaw - dodała

 

 

-Od nicponi mnie, erudytka jedna - żachnęła się Konomi, oczywiście kwitując to bladym uśmiechem sugerującym że mimo zmęczenia, resztki humoru jej się jeszcze trzymają. - No dobrze by było zamienić dwa słowa. Dzięki Karmi że się nią zajęłaś. Wiedziałam że będziesz strzałem w dziesiątkę - podziękowała starszej siostrze.

-Myślałam że jesteś pełnoprawną czarownicą… - bąknęła cicho Kono pod nosem, słysząc co mówi Joleene - Spokojnie, to nic strasznego. Wręcz przeciwnie. Życie staje się ciekawsze gdy możesz za pomocą magii porobić sobie jaja z innych - tłumaczyła swój punkt widzenia azjatka. Zorientowała się jednak że jej podejście może zostać odebrane jako… nieprawidłowe. - Znaczy ten… No… Luzik, wszyscy jakoś przez to przechodzą. Albo możliwe że po prostu wydzielasz jakiś rodzaj energii czy coś… Działo Ci się kiedyś coś dziwnego? - spytała, kładąc opiekuńczo dłoń na jej ramieniu, próbując dojść czemu akurat ta dziewczyna była taka ważna dla tamtej gromadki.

 

 

Arden spojrzał ciekawie na obie dziewczyny. Odpowiedział lekkim skinieniem głowy na pytanie Karmen, po czym uśmiechnął się, słysząc pytanie Joleene.

- Jeśli faktycznie jesteś czarownicą, to nie ma się czego obawiać. - Arden porzucił swój uśmiech. - Ale w twoim wypadku, hmm… Po prostu może być to troszkę bardziej skomplikowane. - Arden umilkł na chwilę. Wyjaśnienie i pytanie Konomi nie zdziwiło go, sam nawet był ciekaw odpowiedzi. Postanowił poczekać chwilę z pytaniem o ochronę, Joleene i tak była mocno zdezorientowana.

-Czyli… nigdy wcześniej nie miałaś styczności z magią?

 

 

John nie mając innych pytań z ciekawością popatrzył na dziewczynę oczekując jej odpowiedzi.

 

 

- Cóż mogę rzec? – powiedziała Karmen uśmiechając się niewinnie – Jestem stworzona do bycia opiekunką – dodała i wróciła do domu, zostawiając Joleene w dobrych rękach.

Konomi dotknęła ramienia Joleene, a pod wpływem tego dotyku, dziewczyna się nieco spięła, jakby sprawiało jej to ból.

- Gabriel często to robił i zaciskał swoje dłonie, gdy wgryzał się w moją szyję – powiedziała nastolatka – Wcześniej urywał mi się film, jakbym coś brała, ale ja nie jestem ćpunką! Nigdy nią nie byłam! – dodała, denerwując się i podnosząc głos. Zdała sobie z tego sprawę i zakryła dłonią usta, a następnie odsunęła się od Konomi. Byłą przy tym niezdarna. Kubek z parującą herbatą wypadł jej z dłoni i uderzył z brzdękiem o werandę.

- Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Ja nie chciałam… - rzekła dodała spoglądając na kubek – Wcześniej nic dziwnego się nie działo. Dopiero kilka dni temu wydarzyło się coś niezwykłego. Ożywiłam martwy kwiat, zmusiłam napotkanego psa do stania w miejscu czy stłukłam lustro za pomocą wzroku, tuż po samej sprzeczce z Daisy Chapman.

 

 

Arden popatrzył na przestraszoną dziewczynę. Gdyby przed walką wiedział co robił z nią Gabriel... Z pewnością zatłukłby sukinsyna w pierwszej kolejności.

- Spokojnie. Gabriel dostał na co zasłużył, jeśli w jakikolwiek sposób cię to pocieszy. - Usoka urwał na chwilę, nie za bardzo wiedząc jak zabrać się do kolejnego tematu. Po chwili poprawił ręką włosy i spojrzał Joleene w oczy.

- Nie dziwię się, zwłaszcza tego ostatniego. Po mojej ostatniej sprzeczce z Daisy Chapman też miałem ochotę ją zatłuc, ale potem przypomniałem sobie, że ona już jest mocno stuknięta. - Chłopak uśmiechnął się lekko na chwilę, po czym znowu spoważniał. - W każdym razie, na razie nic ci nie powinno grozić. Ale żeby mieć całkowitą pewność, mogę… hmm, rzucić zaklęcie, które będzie mi mówiło gdzie jesteś. - Chłopak wolał nie mówić, że zaklęcie lokalizacyjne cienia daje wizję dotyczącą bezpośredniego otoczenia osoby. Nie chciał, żeby poczuła się nieswojo… Arden przez chwilę wyobrażał sobie różne, ‘dziwne’ sytuacje, kiedy spostrzegł, że minęło dobrych kilka sekund. Szybko przyłożył rękę do ust i odkaszlnął.

- Gdyby coś ci się stało, od razu pójdziemy na ratunek. Będę do tego jednak potrzebował jakiegoś osobistego, bliskiego ci przedmiotu. Im mocniejsza więź, tym lepiej. - Arden zawahał się po raz kolejny. I… numeru telefonu. Wiesz, żebyśmy przypadkiem nie przyszli ci na pomoc podczas gdy ty będziesz z ojcem na grzybach.

Chłopak uśmiechnął się lekko, wyobrażając sobie sytuację w głowie.

.

- Dostał na co zasłużył? – zapytała zaintrygowana sprawą Gabriela, Joleene, a następnie uśmiechnęła się – Dziękuję- wyszeptała

Nastolatka słuchała propozycji Ardena, która wydawała się rozsądnym wyjściem z całej tej sytuacji.

- To nie będzie bolało? – zapytała, gdy padło słowo zaklęcie – Jasne, znajdę coś z czym czuję poważny związek – powiedziała, po czym sięgnęła plecioną, koralikową bransoletkę i podała ją Ardenowi – Proszę. Dostałam ją od mamy nim umarła na raka – dodała spoglądając na skromną ozdobę nadgarstka

Następnie Joleene podała swój numer telefony, by Arden i reszta zainteresowanych osób mogła go zapisać.

- Nie mam ojca. Odszedł pięć lat temu. Mieszkam z starszą siostrą – odparła uratowana niedoszła wiedźma, gdy padł tekst o tacie. Widzieli, że sprawił jej przykrość, choć rozmówczyni starała się tego nie okazywać.

- Więc? – zaczęła – Będziecie mieli mnie teraz na oku? Mam z wami spędzać przerwy? – zapytała

 

 

Lis przymknął oczy i uśmiechnął się do wspomnień. przed oczami stanął mu obraz jego własnego lisiego przebudzenia. było dość zabawnie.

-To raczej nie będzie konieczne.

Oderwał się od własnych myśli spojrzał na pytająca dziewczynę.

-Zaklęcia ochronne powinny wystarczyć. powiadomią nas jak coś się zacznie dziać.

 

 

Arden zauważył, że dziewczynie zadrżał lekko głos gdy mówiła o ojcu. Cóż, trudno. Być może nie powinien z tego żartować. Nastolatek przyjął z szacunkiem bransoletkę Joleene.

- Raczej nawet nic nie poczujesz, a ja nie będę tego używał zbyt często. - Chłopak zważył bransoletkę w dłoni, po czym schował ją do wewnętrznej kieszeni plecaka. Słysząc ostatnie pytanie zaśmiał się lekko.

- Jeśli chcesz, jak najbardziej. Ale nikt cię do tego nie zamierza zmuszać. Po prostu daj nam znać jak będziesz miała jakieś problemy. Zwłaszcza te niezbyt “normalne”.

 

 

Wzrok Joleene przeskakiwał z Ardena na Johna i na Konomi. Dziewczyna uważnie słuchała chłopaków, którzy aktywnie brali udział w rozmowie, a zwłaszcza młody Usoka.

- Myślę, że w tej chwili wiem wszystko i chciałbym wrócić już do domu – odezwała się w końcu Joleene – Jeśli będę miała do was jakieś pytania to na pewno z nimi przyjdę – dodała, słabo się uśmiechając.

Wiedzieli, że Joleene nie miała ze sobą żądnej torby czy coś w tym stylu, dlatego też nie zdziwił ich fakt , gdy dziewczyna zeszła z ganku, na którym rozmawiali i udała się w stronę wyjścia z tej dzielnicy.

To było jej ciche pożegnanie. Nie musieli chwilowo więcej ustalać. Pierwszy krok ku zapewnieniu jej bezpieczeństwa mieli już za sobą.

 

Edytowane przez Obi
niewidzialny atrament (?)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

2i24vhx.jpg21dimnb.jpg

Dziadek Daglas&John Daglas

 

Zmęczony i głodny John Daglas snuł się powolnym krokiem do domu. Ten dzień był pełen wrażeń i sam chłopak musiał przyznać, że tego było za dużo, jak na jego nastoletnie życie.

W domowej kuchni unosił się intensywny zapach naleśników i owoców leśnych. Dziadek znów robił swoje popisowe danie na kolacje.

-  W końcu wróciłeś – odezwał się Cody – Myślałem, że całkowicie zapomnisz o powrocie do domu – zażartował mężczyzna.

Jego spojrzenie zatrzymało się na ubiorze nastolatka.

- Znalazłeś kłopoty czy one ciebie? – zapytał

 

-Jedno i drugie

John podszedł do kredensu stojącego w kuchni,wyciągnął słoik malinowej konfitury zabrał się  za robienie kanapek.

-Pamiętasz ten symbol z rana? -Zapytał biorąc pierwszy kęs. -W szkole było ich jeszcze więcej. Co ciekawsze, nie tylko ja je widziałem. Cała klasa. no prawie cała.

Przełknął kolejny kęs.

-Nie wiedziałem, że w tak miłym miejscu jest, aż tylu odmieńców. -Chłopak lekko się uśmiechnął i odpowiedział dokładnie wydarzenia ze szkoły i jak doszło, że wszyscy odkryli swoje moce.

-Z tych symboli wynikało, że czai się wielkie zło i że  jednej dziewczynie trzeba pomóc i to szybko. no i postanowiliśmy ją odszukać. I jak to zwykle bywa sprawy się skomplikowały. mocno skomplikowały.

John przełykajać kęsy kanapki kontynułował opis ostatnich wydarzeń w lesie i na pobliskim cmentarzu.

 

Dziadek zdecydował się na ciepłe naleśniki. Dołączył do wnuka i zajął się posiłkiem. Mężczyzna uważnie słuchał słów nastoletniego Kitsune. Nie wyglądał na zaskoczonego tymi wieściami.

- Harmony Falls, należy do miejsc na świecie, które mają bliską styczność ze Zasłoną, granicą dzielącą nasz świat od świata duchów. Sama Zasłona wpływa na obecnych nadnaturalnych mieszkańców miasteczka i przyciąga ich do siebie – powiedział stary Lis – A więc prawie cała klasa widziała wiadomość? Ciekawe, bardzo ciekawe. Będziesz miał więcej sojuszników w tej sprawie. Dobrze, że nie siedzisz w tym sam.

Mężczyzna kroił naleśniki i brał udział w rozmowie.

- A więc brałeś udział w walce i to nie jednej. Cieszę się, że wyszedłeś z tego cało, ale będziesz musiał skupić się na treningu – odparł dziadek – Czy dowiedzieliście się czegoś o tym przeciwniku?  Co zamierzacie zrobić dalej? Jaki jest wasz następny krok?

 

-Po pierwsze muszę, zacząć trenować, bo strasznie jestem kiepski w walce. Kolejnej walki mogę nie przeżyć. Co do następnego kroku, to trudno powiedzieć. zobaczymy czego inni się dowiedzieli i wtedy będziemy decydować.

Chłopak zamilkł na chwilę.

-Ciekawi mnie motywacja moich towarzyszy. Dlaczego przyjęli ofertę czarnego widmowego wilka? Zwłaszcza kiedy wilk ucieszył się jak to określił “nowych nabytków”

 

Cody Daglas był naprawdę bardzo dobrym i wyrozumiałym słuchaczem. Kiwał głową w odpowiednim momencie i  zatrzymał swój wzrok, gdy się nad czymś zastanawiał.

- Musisz wzmocnić swoje ciało.  Zacznij więcej fizycznie ćwiczyć, a także ucz się nowych zaklęć i dostrój się ze swoim lisem – powiedział Cody – Pamiętasz moją opowiastkę o Wielkim Lisie i jego Trzynastu Potomkach?  - zapytał mężczyzna

Stary Daglas wzruszył ramionami i westchnął ciężko.

- Nie wszystkie duchy zamieszkujące Drugą Stronę są dobre i zazwyczaj potrzebują naczyń i oczu, które pozwolą dostać im się do naszego świata i realizować cele, które trzymają dla siebie. Miej oko na swoich przyjaciół. Pamiętaj, że obserwacja jeszcze w niczemu nie przeszkodziła.

 

-Trening nie stanowi problemu, kłopoty mogę mieć z magią, gdzie ją ćwiczyć? Znajdzie się w okolicy spokojne miejsce, gdzie będzie można bezpiecznie ćwiczyć magię?

 

- Możesz ćwiczyć w lesie. Trzymaj się jego granicy i nie strasz okolicznych zwierząt, ale pamiętaj także o tym domu. Tu jest twoje sanktuarium i możesz tu praktykować magię lisów i nie musisz tego robić sam. Zaproś kogoś z nowych przyjaciół – odpowiedział dziadek – Wstań jutro nieco wcześniej. Zabiorę cię na pierwszą lekcję.

 

-Nie chcę spalić domu przy okazji. Z czarów ofensywnych znam tylko ten ognisty.

Przydałby się jakiś podręcznik. Mamy w domu coś co traktuje o magii?

Szkoda też, że nie ma książki jak być lepszym lisem.

Chłopak uśmiechnął się i posmarował kolejną kanapkę konfiturą.

 

Cody Daglas westchnął, gdy usłyszał słowa wnuka.

- Nikt ci nie każe trenować tego ognistego zaklęcia. Poszukaj innych czarów, które uratują ci skórę. Spróbuj otworzyć umysł na własne projekty, bowiem lis gra na własnych zasadach, a nie na cudzych. Jesteśmy oszustami. Szybko się uczymy, szybko się przystosowujemy i szybko reagujemy na znane nam zachowania – odparł dziadek – O ile się nie mylę to podczas ostatnich porządków na strychu, kazałem ci odłożyć kilka starych tomów na bok, prawda? Powinny być wciąż na miejscu – dodał mężczyzna i zachichotał cicho – John, pomówmy o dostrojeniu twojego lisa. Co pamiętasz o mojej przypowiastce o Wielkim Lisie i jego Trzynastu Potomkach? – zapytał pan Daglas

 

-Chodzi o tę  w której trzynastu potomków staje się pierwszymi Kitsune?

 

- Chodzi o tych potomków, którzy stali się pierwszymi Kitsune w swoim unikalnym rodzaju – poprawił wnuka, Cody – To od nich pochodzą Ogniste Kitsune, Grzmotne, Leśne, Rzeczne, Morskie, Górskie, Niebiańskie, Dźwięku, Duchowe, Czasu, Pustki i Dzikie. W pewnym momencie naszego życia dostrajamy się z naszym prawdziwym lisem. Niektórym przychodzi to szybciej, a innym wolniej. Musisz się zastanowić nad tą sprawą. To będzie twoja praca domowa. Pomyśl z czym masz największą więź.

 

Chłopak przekrzywił głowę i chwilę się zastanawiał.

-Las. Zawsze mnie uspokaja spacer po lesie,  w nim czuję się najpewniej.

 

Cody pokiwał tylko głową.

- A zatem w najbliższym czasie sprawdzimy, jak silna jest twoja więź z naturą i czy ma wpływ na twojego lisa – dodał mężczyzna – Czy chcesz coś jeszcze poruszyć?

 

-Chyba nie. -Chłopak wzruszył ramionami. -Dzisiaj wszystko działo się tak szybko, że nawet nie wiem o co miałbym zapytać. Chyba lepiej poszukam tych książek na strychu.

 

Edytowane przez Swara

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

`Wchodząc do obszernego holu, Markus czuł, że ten wieczór w końcu należy do niego. Na ostatnich stopniach schodów prowadzących na pierwsze piętro stał pradziadek chłopaka, Abraham York
- Jak wypadła wycieczka? – zapytał - Widzę, że sporo przeżyłeś
 

 

- Do pewnego momentu dobrze, Pani Owens wytłumaczyła nam część znaków i co mogą znaczyć do tego dowiedziałem się że mam drugą aurę czarnoksiężnika czy słyszałeś żeby ktoś z naszej rodziny był nim ? -  Zapytał się Markus zdejmując buty z nóg. Czuł się wykończony, pomimo działania Witakinezy dalej czuł ranny które powstały po spotkaniu się z wilkami. - Po tym jak wyszliśmy zaatakowały nas zaklęte wilki, zabiły Alexandra, a magowie go zabrali by zrobić z niego golema czy coś takiego.

 

Abraham w milczeniu obserwował swojego prawnuka. Jego pytanie było dość niecodzienne, a młody York miał prawo dążyć do całkowitej prawdy.

- Cóż... - zaczął stary York - Jeden z czarnoksiężników właśnie przed tobą stoi twarzą w twarz - dokończył i uśmiechnął się tajemniczo - W twoich żyłach płynie krew czarnoksiężników i czarownic. Jesteś chodzącym połączeniem obu stronnictw - dodał  - Taka odpowiedź cię satysfakcjonuje? - zapytał

Abraham wysłuchał kolejnych słów, nim ponownie zabrał swój głos.

- Zasłona dzieląca świat żywych i umarłych zrobiła się zbyt słaba. Musisz wiedzieć, że po Drugiej Stronie nie tylko znajdują się dusze nadnaturalnych osób, ale wśród nich można wyczuć zbłąkane dusze oraz żywiołaki.

Mężczyzna przerwał swoją wypowiedź.

- Aleksandra zostawimy w ich rękach - mruknął

 

- Połączeniem? Czyli nie będę musiał wybrać pomiędzy jedną z natur ? - Zapytał spojrzawszy na staruszka - W akademii powiedziano mi, że będę musiał wybrać pomiędzy jedną z nich. - Powtórzył informacje, które uzyskał w szkole - Nie bardzo rozumiem, zasłona? Jak mogła osłabnąć? - Zadał kolejne pytanie - Czy aby na pewno powinniśmy go im oddać? Był naszym pracownikiem, co prawda dzięki Nim nie musieliśmy się nikomu tłumaczyć, ale nie powinniśmy im pozwalać na robienie z naszymi ludźmi co chcą.   

 

-  W pewnym momencie będziesz musiał to zrobić, a wszystko zależy ile odkryjesz w sobie czarnoksiężnika. Pewne umiejętności wymagają poświęcenia - odparł Abraham.

Stary York nie wyglądał na zaskoczonego, po tych wszystkich informacjach, jakie zaserwował mu jego prawnuk.

- Zawsze wiedziałem, że czarodzieje to mądrzy ludzie - odparł z uśmiechem - Zgadza się, Markusie.  Zasłona jest nienamacalną kurtyną, a wręcz granicą, która oddziela nasz świat od świata zmarłych  zamieszkiwanych przez zbłąkane dusze i inne stworzenia.  Można by ją nazwać punktem pośrednim pomiędzy życiem, a śmiercią i z tego punktu można wejść do jednego z tych dwóch wymiarów - rzekł czarnoksiężnik - Wiele czynników wpływa na Zasłonę. Śmierć, narodziny nowych nadnaturalnych stworzeń, wymierzone zaklęcia,  łamanie zasad Natury oraz wskrzeszanie zmarłych czy przywoływanie duchów czy innych stworzeń. To wszystko tworzy dziury w Zasłonie - odpowiedział mężczyzna, a następnie zastanowił się nad kolejną kwestią

- Miło, że przejmujesz się jego losem, Markusie, ale Aleksander dobrze wiedział na co sie pisze, gdy podejmował pracę u nas. Wtajemniczyłem go w trochę spraw i był świadom ryzyka służby dla naszej rodziny.

 

- Nie wiem co o tym myśleć, czuje w sobie tę moc, ale nie jestem pewny… - Zrobił pauzę.

- Podczas lekcji coś zesłało na nas wizje i na mojej dłoni pojawił się znak - Pokazał dłoń.

- Czułem wielką moc podczas tego, byłem przekonany, że nie ważne kto stanie na mojej drodze dorównam mu i go pokonam - Spojrzał na dziadka-  Ale wilki sprowadził mnie trochę na ziemię, moc nie przychodzi ot tak sobie, należy się rozwijać dlatego proszę cię dziadku być pomógł mi lepiej opanować, absorpcję mocy oraz abym mógł zablokować lepiej moc wrogich czarownic.    

 

Abraham spojrzał na dłoń, którą pokazał mu jego wnuk. Mężczyzna w milczeniu przyglądał się temu znakowi.

- Tak, to jest symbol czarnoksiężnika. To dowód, że w twoich żyłach płynie krew innych czarowników, którzy odwrócili się od Natury i zawarli pakt z demonami - odparł starszy York i zrobił krok do Markusa - Pomogę Ci. Przekażę ci moją wiedzę  i spróbujemy poznać twoje ukryte zdolności. Zajmie to trochę czasu, a teraz chodź na kolację. Liczę, że przyrządzili dzisiaj coś wyjątkowego.

Tymi słowami mężczyzna zakończył temat. Markus podświadomie wiedział, że prawdziwe lekcje zaczną się od następnego poranka.

 

Edytowane przez Emyrh

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

23le5qe.jpg

 

Po burzliwym i bogatym w różne wydarzenia poniedziałku nastąpił w końcu wtorek, dzień zapowiadający się na spokojniejszy.  Pogoda dopisywało. Harmony Falls zostało przywitane przez bezchmurny wschód słońca, który swymi pierwszymi promieniami ogrzewał i budził roślinność i zwierzęta zamieszkujące okoliczne lasy.

 

23le5qe.jpg

13 Września 2016

Godzina: 5:40

Las Huntest

 

John Daglas został zbudzony ze snu o dość nieprzyzwoitej porze. Jego dziadek wpadł na pomysł, by chłopak trochę potrenował przed pójściem do szkoły. Mężczyźni wybrali się na skraj lasu. Cody zamierzał coś pokazać.

John nie był jeszcze do końca przytomny, gdy szedł za swoim opiekunem. Starszy lis zachował dość szybkie tempo, a nastolatek musiał je nadrabiać.

Mijali okoliczne pola, gdy szli piaskowym traktem prowadzącym do pierwszej linii wysokich drzew.

W końcu znaleźli się na skraju lasu Huntest, miejsca często odwiedzanego przez Johna i jego dziadka.

 

2i24vhx.jpg

 

Mężczyzna wpatrywał się w dalsze zakątki lasu i oddychał głęboko. Zachował skupioną postawę.

- Co czujesz? – zapytał, nie odwracając się do Johna.

Mężczyzna czekał na odpowiedź.

Do uszu Johna dotarł cichy i odległy szept.

- Chodź, chodź do mnie, Johnie Daglasie – kusił kobiecy głos

Jak na to reagujesz, John?

Kap, kap, kap. Kitsune poczuł znany  smak na ustach. Krew. Czyżby poranny krwotok z nosa?

 

23le5qe.jpg

 

 

13 Września 2016

5:45

Pokój Ardena

Dom Państwa Swift

Przedmieścia Harmony Falls

 

Tym razem budzik zadzwonił za piętnaście szósta. Po wczorajszym i emocjonującym dniu, Arden Usoka obudził się nieco wypoczęty. Całe te zmęczenie zeszło z jego ciała i umysłu, choć pojawiły się nowe zmartwienia. Sportowiec zdał sobie sprawę, że opuścił pierwszy, oficjalny trening koszykówki i nie podał jeszcze swojego wytłumaczenia. Wiedział, że jeszcze jedno potknięcie, a jego pozycja zastępcy będzie zagrożona. Dodatkowo wciąż jeszcze nie porozmawiał z ojcem o plotkach dotyczące jego matki. Może teraz nadarzy się dobra okazja do przeprowadzenia poważnej rozmowy?

Rozmyślania zostały przerwane przez nadchodzący kobiecy szept.

- Chodź, chodź do mnie, Ardenie Swift -  

Jak na to reagujesz, Arden?

Kap, kap, kap. Czarownik poczuł znany   smak na ustach. Krew. Czyżby poranny krwotok z nosa?

 

23le5qe.jpg

 

13 Września 2016

5:45

Pokój Fabienne

Dom Państwa Fusion

Centrum Harmony Falls

 

Bzzzzt!

Bzzzt! Bzzzt!

Postawiony na szafce nocnej, budzik właśnie alarmował, że nadszedł czas na pobudkę. Fabienne przebudziła się, będą jeszcze w fazie zaspania. Francuzka mogła się cieszyć, że wczorajszy dziwny dzień ma już za sobą i nastał przed nią nowy, dobrze zapowiadający się poranek. Dziewczyna musiała się przygotować. Dobrać strój i makijaż oraz ułożyć fryzurę. Fabienne zwlokła się z łóżka.

- Chodź, chodź do mnie, Fabienne Fusion -  

Kobiecy, łagodny i odległy szept nawoływał czarownicę, by przyszła do jego źródła.

Fabienne, jak na to reagujesz?

Kap, kap, kap. Czarownica poczuła znany   smak na ustach. Krew. Czyżby poranny krwotok z nosa?

 

 

 

23le5qe.jpg

13 Września 2016

5:45

Pokój Lily

Dom Panstwa Cooper

Przedmieścia

 

Promienie wczesnego słońca wkradły się do pokoju młodej hipiski, by powiedzieć jej, że nowy, cudownie zapowiadający się dzień rozpoczął się i zaprasza ją do wspólnego świętowania.  Drugim budzikiem okazała się technologia. Stojące na nocnej szafce radyjko włączyło się, a z głośników popłynęła skoczna melodia. Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi, które po chwili zostały uchylone, a w progu, w  nocnej koszuli w stokrotki stanęła Riley, która uśmiechała się od ucha do ucha.

2uhmtsk.jpg

- Dzień dobry! – powiedziała i pobiegła w kierunku łóżka jasnowłosej, by wylądować z impetem na kołdrze – Jak się spało? – zapytała radośnie, ale nim Lily zdążyła się na dobre obudzić i do jej uszu dobiegł inny szept.

- Chodź, chodź do mnie, Lily Cooper

Ten głos brzmiał kusząco, ale z całą pewnością był nieznajomy.

Kap, kap, kap. Czarownica poczuła znany  smak na ustach. Krew. Czyżby poranny krwotok z nosa?

 

23le5qe.jpg

13 Września 2016

5:45

Pokój Konomi

Dom Panstwa Akagi

Przedmieścia

 

Konomi miała za sobą ciężki dzień. Potrzebowała snu, dużo snu, ale noc szybko się skończyła i odpoczynek został przerwany przez piszczący i nastawiony zegarek. Alarm coraz się bardziej nasilał. W końcu udało się go wyłączyć macnięciem dłoni i to przy zamkniętych oczach. Jednak Konomi poczuła niewielkie spięcie, gdy jej palce dotknęły elektroniczny sprzęt. Co to było?

Ta iskra dodała jej kopa energii. Dziewczyna poczuła się, tak jakby wypiła mocną kawę. To było coś!

Nastolatka spojrzała na stojący doniczkowy kwiatek stojący na biurku, przy którym zazwyczaj odrabiała lekcje. Roślinka wyglądała na źródło witalnej energii.

- Chodź, chodź do mnie, Konomi Akagi – szepnął kobiecy głos

Jak reagujesz, Konomi?

Kap, kap, kap. Czarownica poczuła znany   smak na ustach. Krew. Czyżby poranny krwotok z nosa?

 

23le5qe.jpg

13 Września 2016

5:45

Sypialnia Markusa

Posiadłość Yorków

Wschodnie Przedmieścia

 

Wygodne, zasłane satynową pościelą łóżko było czymś, czego potrzebował Markus. Jego wczorajsza rozmowa z pradziadkiem, który okazał się czarnoksiężnikiem sprawiła, że chłopak miał sporo do przemyślenia. Poniedziałek był ciężkim dniem. Te zaginięcia, śmierć i walka to były wydarzenia, przez które człowiek potrzebował więcej czasu by ochłonąć. Markus zbudził się, gdy usłyszał budzik, który wyrwał go z głębokiego snu.

Będą jeszcze półprzytomny, chłopak usiadł na łóżku.

- Chodź, chodź do mnie, Markusie York– szepnął kobiecy głos

Jak reagujesz, Markusie?

Kap, kap, kap. Pół-czarownik, pół czarnoksiężnik poczuł znany   smak na ustach. Krew. Czyżby poranny krwotok z nosa?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

GkVblw9hv3lgUBJVjEbqtJ46XpKdkiqBmg02nfWUGVkXUZ9JTSCHTe15AiXUYcV0oMmlISnxIbYW_AYmhGKmrCU6K7I44ZP83G7gyUcL2kMFtXcGZF_boMkTfhYVsOG0rg

Konomi Akagi

 

Noc była stanowczo za krótka żeby całkowicie zregenerować siły po ciężkim dniu. Liczyła na chociaż jakąkolwiek dozę odpoczynku po tym jak wczoraj padła jak kłoda. Jakakolwiek była... Ale zdecydowanie za mało. Niemal załkała gdy budzić zaczął brzęczeć i próbowała go wyłączyć ruchem podobnym do odganiania natrętnej muchy. Machała, machała aż w końcu sukces! Udało się trafić ten cholerny zegarek. 

Szybko cofnęła dłoń. Poczuła jakby lekko kopnąć ją prąd. Takie... nieprzyjemne mrowienie. Dziwne... Ale zaraz przyszło coś jeszcze dziwniejszego. Nagle poczuła przypływ energii, jakby wcale nie była niewyspana i w ogóle! Zerwała się na równe nogi, przeciągnęła i pierwszy raz od kilku lat przeprowadziła krótką gimnastykę na rozruszanie się.

-Trzeba się szybko ubrać! I wyjść z psem i pędzić do szkoły. Nie można pozwolić żeby taki piękny dzień się zmarnował. Dzisiaj każdego uściskam, może przełamię pierwsze randkowe lody z Emmetem... I oczywiście zgnębię jakoś Daisy i jej świtę! Ooo tak, obowiązkowo. Tyle cudowności!  - niemalże śpiewała, ambitnie przy tym gestykulując. Nie miała pojęcia co to za magia ale... Było niezłe. Złote na ciężkie poranki. Ciekawe tylko czy może tak zrobić z innymi rzeczami. W mgnieniu oka znalazła się przy kwiatku stojącym na biurku. Bardzo dbała o roślinkę i nie chciała zabrać jej energii więc... chciała po prostu tyknąć leciutko żeby zobaczyć co się stanie. Zatrzymała jednak palucha w połowie drogi mrugając ze zdziwieniem  i przyglądając się roślince.

"Coś mi umknęło z wczorajszego wieczora? Tak się czują narkomani...?" - pomyślała będąc rozbitą na całego. 

-No... no jestem przecież obok. Jak mam być jeszcze bliżej? Z resztą... Czemu gadam z kwiatkiem...? - zadała pytanie na tą bezsensowną sytuację, licząc jednak że nie odbija jej już do reszty. Z drugiej strony... Jej kwiatek jest jakimś duszkiem? Czy czymś takim? Liczyła że nie zamilknie nagle zostawiając ją jak ostatnią debilkę gadającą z roślinką. 

Z zamyśleń wyrwał ją żelazny posmak na ustach i wilgoć przy nosie. Dotknęła tam palcem. Krew. Znowu. Zerkając na kwiatek sięgnęła do pobliskiego pudełka z chusteczkami i wyciągnęła jedną by zatamować chwilowo jako tako krwawienie. Masakra. Jak mowa o dorastaniu dziewczyn to wspomina się o krwawieniu... ale nie z nosa. A tampona do nosa sobie nie włoży, co to to nie!

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

21dimnb.jpg

John Daglas

 

Po ostatnich wydarzeniach najchętniej by przespał cały dzień. A jeszcze bardziej zaszył się w jakieś norze, z dala od tego zamieszania.

Niestety nawet pospać nie było mu dane. Został dość brutalnie wyrwany ze snu i postawiony przez dziadka przed widmem treningu.

John ledwo nadążał za dziadkiem, więc musiał mocna wyciągać kroki.

-Czy musimy iść aż taki kawał?

Zapytał marudnie trąc zaspane oczy, ale wyglądało na to, że w końcu doszli do celu podróży. Lasu Huntest.

To tutaj miał zgnębić tajnik lisiej natury.  Chłopak idąc za przykładem dziadka wsłuchał się w odgłosy lasu.  Dość nagle do głosu doszedł inny zmysł. Smak.

I to wyrazisty, trącący metalem smak krwi. Bezwiednie przesunął dłonią pod nosem chcąc się pozbyć krwistych kropelek. Kiedy do uszu doszedł go szept, wyrazisty kobiecy szept.

Chłopak wyprężył się i kilkakrotnie pokręcił głową starając się wykryć źródło tajemniczego szeptu.

-Krew i tajemniczy kobiecy szept.

odpowiedział na pytanie zadane przez dziadka.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

  sziz54.jpg

Arden Usoka

 

Arden obudził się, słysząc natrętny dźwięk budzika. Instynktownie lekko uderzył go ręką, po czym odczekał chwilę, upewniając się, że denerwujący odgłos nie powróci. Kilka sekund później podniósł się do pozycji siedzącej, rozciągając ręce. Zdawał sobie sprawę, że gdyby położył się ponownie, następny przystanek miałby dopiero około dziewiątej. Na chwilę obecną miał dość problemów, więc półprzytomny zszedł z łóżka i doczłapał do łazienki, gdzie próbował doprowadzić się do porządku.

W drodze powrotnej do pokoju przypomniał sobie o wczorajszych wydarzeniach, i o konieczności przeprowadzenia rozmowy z ojcem. Co prawda zasada „nie ufaj obcym” jak dotąd nie zawodziła młodego czarownika, jednak nie zaszkodzi zapytać. Nieco gorzej z koszykówką, jednak o tym będzie się martwił w szkole.

Zanim Usoka zdążył się przebrać, usłyszał kobiecy szept. Nastolatek rozejrzał się po pokoju, szukając jego źródła, po chwili jednak zrezygnował.

-To znaczy… gdzie mam iść? - Krótko po swojej odpowiedzi chłopak zastanawiał się, czy na pewno dobrze zrobił odpowiadając na głos nieznanego pochodzenia, który równie dobrze mógłby być wytworem jego wyobraźni. Szybko potrząsnął głową i przyłożył dłonie do twarzy, przecierając oczy. Gdy je obniżył, zauważył… krew.

- No nie… znowu? - Mruknął cicho. Szybkim krokiem poleciał do biurka i wyjął chusteczkę jednocześnie postanawiając, że następne zaklęcie które stworzy będzie tamowało krwotoki.

Edytowane przez Tirren47PL

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

27zdn2s.jpg

Fabienne Fusion

 

 

 

Ach ten budzik - pomyślała dziewczyna i zmęczonymi jeszcze powiekami zobaczyła godzinę. Piąta czterdzieści pięć!

-Mam piętnaście minut! Ech spokojnie kochana się wyrobisz - powiedziała do siebie i leniwie zeszła z łóżka. Była prawie szósta. Tata zazwyczaj o tej porze wychodził do pracy i Fabi tego nie usłyszała? Zazwyczaj się budzi o tej porze i później śpi dalej. Jak to się stało, że to przespała? No nic trzeba było jakoś wyglądać, więc poszła do łazienki.

-Hejka słonko. Męczący dzień był wczoraj nie? - zapytała samą siebie i pokręciła głową na “nie” z uśmieszkiem na twarzy. Ząbki umyte, włosy rozczesane, teraz ubrania. Zdjęła z siebie koszulę nocną i w samej bieliźnie otworzyła szafę rozglądając się za czymś ciepłym. W końcu mamy wrzesień.

-To nie. To nie. Tamto też nie - pomyślała patrząc na kolejne ciuchy. Wybrała czarną ramoneskę, biały sweterek do tego żółta koszulka, dżinsy plus buty. Zamykając szafkę usłyszała czyjś głos. Obejrzała się, ale głos był bardzo daleko. Wzruszyła ramionami, jakby to ją nie obchodziło. W końcu uznała, że to umysł płata jej figle po wczorajszym dniu. Spojrzała na zegar na szafce. Miała pięć minut na wyjście. Szybko weszła raz jeszcze do łazienki za potrzebą i umalować się jakoś. Otworzyła szafkę, gdzie wisiało lustro i ostrożnie pomalowała sobie rzęsy czarnym lakierem, a usta matową jasnoczerwoną szminką.

-No nie - powiedziała, gdy nakrętka upadła na posadzkę. Gdy się podnosiła by schować kosmetyki do szafki zauważyła krew.

No nie znowu? Przecież niedawno mi krew leciała, a teraz znów? - pomyślała i wyciągnęła z szafki chusteczki by zatamować krwotok.

Zaraz się spóźnię - wzięła plecak, odpowiednie książki na lekcje i ruszyła w stronę przystanku.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2uqkkys.jpg

Lily Cooper

 

Lily wiedziała, że musi zostawić za sobą cały ten cholerny dzień. Dzień pełen "przygód" jak to się mówi, ale dla Lily te przygody można było schować w przydomowym ogródku, głęboko pod ziemią (jakieś pół metra maksymalnie, bo na więcej to totalna strata czasu jak i marnotrawienie ogródka). Mimo, że kolacja już dawno była za nią, spędziła miłe parę godzin z Riley z którą rozmawiała o wielu sprawach - począwszy od pierdół związanych z magią, czarodziejstwem, a na ubraniach i chłopakach kończąc. W końcu jednak nastała taka godzina, że małą hipiska nie mogła dłużej czekać i potulnie podreptała do łóżka.

O dziwo, nic się nie śniło. Chociaż poprzedni dzień był pełen przedziwnych wydarzeń, które do śmiesznych i uroczych raczej trudno zaliczyć, to nic się Lily nie przyśniło. Ciężko jednak powiedzieć, że po przebudzeniu była wyspana. Z pewnością nie miałaby nic przeciwko dodatkowej godzinie snu. Ale cóż, czas do szkoły. Trzeba wstawać. Zresztą, ten cholerny budzik, który rozbrzmiał był wystarczającym powodem aby zleźć z wyra. Twarz Lily była jeszcze schowana w poduszce, ale jej ręka uniosła się i dłoń wylądowała z hałasem na budziku, wyłączając go. Jakby tego było mało, ktoś zapukał do jej drzwi.

- Pewnie mama - pomyślała, nie zerknąwszy na drzwi, które po chwili się otworzyły. Zabrzmiał głos, który nie należał ani do jej mamy, ani do jej taty. ZAPOMNIAŁA ŻE MA GOŚCIA! Riley Carver, dziewczyna z Nowego Jorku, jakby nigdy nic wkroczyła do jej pokoju i wskoczyła do jej łóżka. Świetnie, nie ma już wyrka tylko dla siebie. Tym razem nie miała wyboru. Z bólem w sercu musiała odwrócić głowę aby na nią spojrzeć. Oznaczało to koniec laby. Trzeba wstawać. Uroczy jęk pełen bólu, że spanie dobiegło końca, powitało gościa. Oczy były wypełnione bólem. "Jeszcze 5 minutek. Tylko 5 minutek..."

- Dzień dobry Riley. Spało się dobrze, ale to łóżko jest takie ciepłe i milusie - mruknęła wcierając twarz w poduszkę. Nie wiedziała czy jej to pomoże czy jeszcze bardziej wzbudzi w niej senność. Nagle do jej uszu dobiegło...wołanie? Ale takie ciche. Tym razem jęk był dużo głośniejszy, A więc wczorajszy dzień nie był wymysłem jej umysłu... I te dziwne wydarzenia zaczynają się już od rana....

- Nniiiiieeeeeeeee - jęknęła Lily - Nie chcę iść do szkoły. Dobrze mi w moim łóżeczku! - mruknęła zła

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

23le5qe.jpg

13 Września 2016

Godzina: 5:50

Las Huntest

2i24vhx.jpg

Cody Daglas nie wyglądał, jakby odpowiedź, która była udzielona zgodnie z prawdą, zdołała go zadowolić. Mężczyzna zmrużył oczy i w milczeniu przyglądał się wnukowi.

- Chwilowo się tym nie przejmuj – odpowiedział – Zamknij oczy i sięgnij dalej. Spróbuj skupić się na samym lesie i jego mieszkańcach. Poczuj to, co czuje roślinność i zwierzęta. Wyobraź sobie, że jesteś tego wszystkiego częścią .

Po tych słowach mężczyzna zrobił przerwę, by John mógł spróbować połączyć się z lasem.

Nastolatek wyciszył swój umysł i swoje ciało. Zachowanie koncentracji przy spływającej krwi było dość trudnym zadaniem, ale chwilowo udało mu się to zignorować, podobnie jak wcześniejszy kobiecy szept.

eyes_of_the_forest_by_grimwolf.jpg

To co poczuł i zobaczył John okazało się niesamowitym przeżyciem. Najpierw wydawało mu się, że jest zającem, który przebiega przez trawę i zaczepia krzewy. Zwierze było pobudzone i głodne. Poszukiwało pożywienia. John czuł, jak mieszkaniec Huntest wyrusza na łowy. Kitsune opuścił umysł zająca i przeskoczył do czegoś innego. Tym razem stał się krukiem, który siedział na wysokiej gałęzi drzewa i czyścił swe ciemne pióra. Widok, jaki miał przed sobą, zapierał wdech w piersiach. Oczami ptaka, John widział siebie i dziadka, którzy stali w cieniu innych drzew.

Nastąpił kolejny skok. Biegł. Poczuł zapach krwi ściganej ofiary. Jako zwykły dziki kot z zakończonymi pędzlami na uszach ścigał ranną, niewielką młodą sarenkę. Instynkt podpowiadał mu, że jest niedaleko i wkrótce zatopi w niej swoje kły.

Połączenie zostało zerwane, a John znów znalazł się w swoim ciele.

- Ta zdolność nazywa się Okiem Lasu. Dzięki niej masz wgląd do umysłów innych zwierząt, które znajdują się w pobliżu. Twoje ciało nieruchomieje, jakbyś kogoś opętał, a twój umysł wędruje do ciała innej istoty. Tym sposobem zaczynasz dostrajać się ze swoim prawdziwym lisem. Leśny Kitsune, to twoja nowa część duszy – rzekł dziadek

 

 

23le5qe.jpg

 

 

 

 

13 Września 2016

6:00

Pokój Ardena

Dom Państwa Swift

Przedmieścia Harmony Falls

 

 

 

Zapadła cisza. Źrodło kobiecego głosu nie raczyło nawet odpowiedzieć. Arden nie wiedział czy śnił na jawie czy ktoś próbuje się z nim skontaktować. Wyglądało na to, że ten dzień znów zaczyna się tajemniczo, jak poprzedni.

Ten mały problem z krwawieniem udało się rozwiązać za pomocą chusteczki. Nic więcej nie było potrzebne.

23le5qe.jpg

 

 

13 Września 2016

6:00

Kuchnia

Dom Państwa Swift

Przedmieścia Harmony Falls

 

 

 

Poranny widok, jaki zastał Arden należał do klasycznych. Ciotka Ange przygotowywała oczywiście śniadanie, ojciec Jason jedną dłonią trzymał gazetę, a w druga znajdowała się blisko parującego kubka z czarną cieczą. Kawa. Aromat tego napoju rozlał się po kuchni, sprawiając, że chciało się jeszcze bardziej spać niż rozbudzić się na dobre. Wuj Emiel mieszał łyżką w swoim kubku z namalowanym kolorowym sercem. Nie wyglądał na obudzonego. Arden zauważył podkrążone oczy.

- Dzień dobry, Arden – przywitała się Ange – Co chcesz zjeść? – zapytała

- Późno wczoraj wróciłeś, a twój strój pozostawiał wiele do życzenia. Gdzie się tak urządziłeś? – zapytał ojciec

 

 

 23le5qe.jpg

 

 

13 Września 2016

6:05

Pokój Fabienne

Dom Państwa Fusion

Centrum Harmony Falls

 

Fabienne w swoim własnym i niepowtarzalnym stylu przygotowywała się do wyjścia do szkoły. Dziewczyna była przekonana, że wstała o wiele za późno. Musiała się pospieszyć. Łazienka, śniadanie, spakowanie się. Przecież to zajmie jej tyle czasu. Na dodatek ta krew i ten szept, mogły przyprawić ją o ciarki, ale to na szczęście zignorowała. Wychodząc ze swojego pokoju minęła ojca, który życzył jej dobrego dnia z uśmiechem na ustach i prosił, by tym razem, Fabienne wróciła wcześniej do domu, albo chociaż uprzedziła o późniejszym powrocie. To był krótki przekaz. W kuchni czekało przygotowane w papierowej torbie drugie śniadanie. Wystarczyło je tylko pochwycić i wybiec z domu, by skierować swoje kroki do przystanku.

 

 

 

 

  23le5qe.jpg

 

 

13 Września 2016

6:15

Przystanek Autobusowy

Centrum Harmony Falls

 

O tej porze dnia na przystanku autobusowym składającego się ze znaku i przeszklonej ławki z dachem, znajdowało się zaledwie parę osób. Starsza, siwowłosa pani w grubych okularach, odziana w sukienkę, która musiała pamiętać pięćdziesiąt lat, matka z dwójką mały dzieci w wieku siedmiu lat. Chłopczyk w czapce z daszkiem pokazał Fabienne język i sprawdzał czy nastolatka na to zareaguje.

Nagle Francuzka poczuła czyjąś dłoń na ramieniu.

- Bu – odezwał się kobiecy głos

Nastolatka gwałtownie się odwróciła i ujrzała brązowooką, jasnowłosą dziewczynę o nieco pucatych policzkach.

mtbkfs.jpg

 

Blondynka zdecydowanie miała długie włosy, które sięgały aż do pasa. Musiała robić furorę na koncertach rockowych trzepocząc swoimi włosami na wszystkie strony.  Dziewczyna ubrana była w ciemnoniebieską skórzaną kurtkę ze złotymi zamkami i w spodnie w kolorze stalowym.

- Fabienne, prawda? – zagruchała, uśmiechając się przyjaźnie – Chodzisz do drugiej klasy – dodała, zauważając istotny fakt – Broklyn Meyers. Często jeździmy tym samym busem – rzekła

 

 

 

 

23le5qe.jpg

13 Września 2016

6:00

Pokój Lily

Dom Państwa Cooper

Przedmieścia

 

2uhmtsk.jpg

Riley nie była skrępowana i na pewno tak się nie zachowywała.

- Ej – powiedziała do śpiącej księżniczki – Nie zmuszaj mnie, abym przywołała deszcz nad twoją śliczną główką – zaćwierkała i uśmiechnęła się – No śpiochu, spędź ze mną trochę czasu nim sobie pójdę – dodała i zaczęła przybliżać się do nastoletniej wiedźmy. To był spokojny koci ruch. Carver znalazła się nad Lily i oparła swoje dłonie po obu stronach poduszki dziewczyny. Zawisła nad nią i starała się wyrwać poduszkę. Oczywiście to było na żarty. Żadna przemoc nie wchodziła w grę.

- Budzimy się, budzimy się! – zawołała czarodziejka- Mam cię pocałować? Połaskotać czy brutalnie zepchnąć z łóżka – zaczęła rzucać pytającymi propozycjami.

Czy któraś z nich ci się spodobała, Lily?

23le5qe.jpg

13 Września 2016

6:00

Pokój Konomi

Dom Państwa Akagi

Przedmieścia

 

 

 

Kwiatek nie odpowiedział. Być może był nieśmiały, albo głos nie należał do niego, tylko do kogoś innego, kto próbował namieszać w głowie Konomi. Jednak tym nie musiała się przejmować. Dzisiaj po prostu tryskała energią. Nawet wytarcie krwi chusteczką przyszło z energią. Nim zdążyła się jej pozbyć, Konomi poczuła nowe źródło witalnej energii.

2cpe3i0.jpg

-Nadużywasz mocy? – odezwała się zaspana Karmen  stojąc w progu pokoju Konomi i widząc poczynania młodszej siostry – I rozmawiasz z kwiatkiem? I kiedy zdążyłaś pofarbować włosy? – zapytała, przecierając oczy – Co się stało z budzikiem? I coś się w tobie zmieniło – zauważyła, robiąc przy tym bardzo poważną minę – Aha. Dzisiaj twoja kolej na wyjście z Bayleyem – dodała, lecz wciąż stała w miejscu

Edytowane przez Obi

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

https://lh3.googleusercontent.com/GkVblw9hv3lgUBJVjEbqtJ46XpKdkiqBmg02nfWUGVkXUZ9JTSCHTe15AiXUYcV0oMmlISnxIbYW_AYmhGKmrCU6K7I44ZP83G7gyUcL2kMFtXcGZF_boMkTfhYVsOG0rg

Konomi Akagi

 

Konomi wytarłszy nos nie otrzymała odpowiedzi. Złożyła ręce na piersi z wyrazem focha na twarzy.

-Dobra, jak chcesz. Będziesz jeszcze chciał! Też tak zrobię! - wypaliła w kierunku rośliny. Zaraz jednak na ziemię sprowadził ją głos Karmen. Odwróciła się do niej momentalnie zmieniając wyraz twarzy na bardziej pasujący do ich siostrzanych relacji.

-Skąd! Przecież nie mam mocy żeby gadać z kwiatkami! Z resztą... To on zaczął. Kazał mi się przysunąć i... nie wiem na co liczył. - zaczęła się tłumaczyć gdy zrozumiała że jednak to jest głupsze i bardziej bezsensowne niż na początku się wydawało. - No wczoraj... Ten... Chciałam spróbować nowe image. Przesadziłam troszeńkę? - zapytała niewinnie z równie niewinnym uśmieszkiem. Zaśmiała się zaraz szczerze i zerknęła na budzić. - Aaa... budzik. Sama jeszcze nie wiem. Ale dojdę do tego. Zazwyczaj mówi się że wtedy ktoś dorasta jak dzieje się coś dziwnego - i znowu wybuchła śmiechem. Wraz z nadmiarem energii przyszedł nadmiar dobrego humoru i jakaś taka dziwna głupawka. Dziwne... Ale fajne z drugiej strony!

-Jasna sprawa! Bayley, chodź szybko na dworek! - zaczęła wołać jednak gdy już miała przejść obok Karmen zatrzymała się - No masz, zapomniałabym. W piżamce przecież nie wyjdę. Ale ze mnie gapa. Upsik - zawołała chichocząc i zdjęła koszulę nocną by założyć swój różany dres w ogóle nie przejmując się obecnością siostry. -Mam nadzieję ze mnie nie podglądasz! Chociaż co za różnica w sumie. Jesteśmy siostrami nie?- zaintonowała monolog podczas przebierania. -Kore wa hentai jya nai neee~ i wołając pieska wypadła z pokoju. Mijając siostrę przystanęła na moment by trącić ją pośladkami ze śmiechem i zaraz była na dole razem ze swoim pupilkiem.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

27zdn2s.jpg

Fabienne Fusion

 

 

Fabi była na bank przekonana, że się spóźni do szkoły, więc szybko zeszła na dół.

-Hejka tatko - powiedziała i kątem oka zauważyła już w torbie drugie śniadanie, więc szybko je pochwyciła rzuciwszy pod nosem, że obiecuje iż wróci wcześniej i wyszła z domu. Dotarła przystanek i usiadła na ławce. Było zaledwie parę osób w tym matka z dwójką małych, jak na nią, dzieci. Spojrzała na rozkład jazdy i popatrzyła w lewo czy autobus akurat nie podjeżdżał.

Na gest chłopca, który pokazał jej język, tylko pomyślała:

Idź się lecz - potem wstała na chwilę by wyciągnąć telefon i sprawdzić ile ma jeszcze czasu jak ktoś ją zaskoczył.

-Skąd znasz moje imię? Nie przedstawiałam się - zrobiła minę nieco zdziwionej. Dobrze, że Fabienne nie uprawia Kung Fu, bo pannica już by leżała jak kłoda na chodniku. Wing Chun to zupełnie inna technika.

I dopiero teraz się spotykamy? Trzeba wychodzić z domu częściej, bo jak widać ludzi można tu spotkać i pogadać - pomyślała dziewczyna.

-Dlaczego ja cię nie zauważyłam? - próbowała jakoś rozpocząć dialog.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

21dimnb.jpg

John Daglas

 

John głęboko zaczerpnął powietrza, zupełnie jak człowiek wynurzający się na powierzchnię.

Przez chwile rozglądał się dookoła jakby zupełnie nie zdając sobie sprawy gdzie się znajduje.

Wzrok jego padł na czarnego ptaka siedzącego na pobliskiej gałęzi. Uśmiechnął się i z szacunkiem skinął mu głową.

To co przed chwilą przeżył było niesamowite. Trudno opisać, co teraz czuł. Z jednej strony wciąż był sobą z drugiej w jego umyśle wciąż pobrzmiewały instynkty odwiedzonych zwierząt.

Z trudem się powstrzymał by za nimi nie podążyć.

-To było niesamowite!- Zawołał w chwilę po tym jak głos dziadka przywróciły go do rzeczywistości. -Musze tylko poćwiczyć. Bo przed chwilą odwiedziłem trzy zwierzaki. Mozna nad tym zapanować? Odwiedzić konkretny umysł, czy zawsze zdajemy się na los i wpadamy w przypadkowy umysł.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

2uqkkys.jpg

Lily Cooper

 

Leżała spokojnie, pragnąc zebrać siły na dokonanie jakże trudnej i pochłaniającej wszystko, niczym czarna dziura, czynności. Nagle poczuła jak ktoś, konkretnie to była Riley, wdrapuje się na jej łóżko. Poczuła na sobie pewien ciężar, który sprawił, że musiała w końcu zabrać głos.

- Riley - jęknęła podnosząc głowę, czując jak dziewczyna częściowo opiera się o nią swoim ciałem - Jaka ty ciężka jesteś. Zmiażdżysz mnie - po czym znowu schowała twarz w podusi, tłumiąc swój chichot. W końcu nie miała wyjścia. Została rozbudzona. Na dobre. To całkiem dobry budzik. Mógłby tak ją często budzić. Przynajmniej miałaby pewność, że nie będzie się spóźniała na zajęcia na 7.30. No i to, że powinna jeszcze spędzić z gościem trochę czasu. Tak, musi. Bo chce.

- Już wstaję Kwiatuszku. Było mi tak ciepło, tak dobrze, że jeszcze bym pospała - mruknęła odwracając się na plecy, starając się jakoś zrzucić kołdrę. No i Riley jakoś też. - I co to za jakiś teleturniej? Co, mam trzy bramki i za tymi bramkami jest nagroda? - spytała lekko zaskoczona propozycjami dziewczyny na rozbudzenie. Ale uśmiechnęła się do niej. To był ten jeden z niewielu momentów kiedyś pomyślała, że jednak fajnie byłoby mieć jakąś siostrę w jej wieku. Taaaak, ale to już przeszłość.

- Czas się iść umyć, prawda? - powiedziała, zsuwając się z wyra niczym gąsienica. Po chwili znalazła się na podłodze.

- Podłoga zimna - mruknęła. W końcu wstała, przeciągając się - Ty to jakiś ranny ptaszek, moja droga. Przerażające - dodała - To co? Która idzie się pierwsza myć? Czy może ty już umyta? Zjemy śniadanko i coś jeszcze porobimy zanim mnie opuścisz. - w sumie szkoda, że tak szybko musi ją opuszczać. No, ale to nie Nowy Jork.

Edytowane przez manfret

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

23le5qe.jpg

13 Września 2016

Godzina: 5:53

Las Huntest

2i24vhx.jpg

Mężczyzna uśmiechnął się widząc ekscytację swojego wnuka. Daglas klasnął kila razy dłońmi, tym samym gratulując pierwszego użycia nowej mocy.

- Z czasem będziesz wpływał na pobliskie zwierzęta, które znasz, widzisz lub znalazłeś ślad świadczący o jego obecności. Im potężniejszym Leśnym Kitsune się staniesz, tym będziesz mógł odwiedzać więcej umysłów lasu – odparł mężczyzna – Spróbujmy czegoś innego   - dodał z tajemniczym uśmiechem. John nie wiedział czego może się spodziewać.

- Chciałbym abyś skupił się i wykorzystał najbliższe źródło natury do rzucenia dowolnego zaklęcia – rzekł stary Kitsune – Uchwyć poranny wiatr przechodzący przez korony drzew albo krople deszczu znajdujące się na liściach krzewów.

 

  23le5qe.jpg

 

13 Września 2016

6:15

Przystanek Autobusowy

Centrum Harmony Falls

mtbkfs.jpg

 

-Oh, daj spokój. To nie jest wielka metropolia. Mamy co prawda kilka szkół, jakieś knajpy i nawet kino, ale dużo tu anonimowości nie uświadczysz – powiedziała Broklyn – Poza tym, tylko ty nosisz takie egzotyczne imię – dodała i mrugnęła powieką.

Dziewczyna wyjęła telefon komórkowy i sprawdziła godzinę.

- Mamy jeszcze trochę czasu – mruknęła, spoglądając na ekran i Fabienne – Wiesz cicho się poruszam to może dlatego mnie nie zauważyłaś albo byłaś myślami gdzieś indziej, a to każdemu się zdarza – zaświergotała

Broklyn zdecydowanie wyglądała, jakby miała dobry humor, którego nikt nie mógł zepsuć.

 

  23le5qe.jpg

13 Września 2016

6:00

Pokój Konomi

Dom Panstwa Akagi

Przedmieścia

2cpe3i0.jpg

 

- Kwiaty nie gadają – powiedziała Karmen – Nie mają duszy, zresztą ten twój dawno ją stracił, gdy zaczęłaś się nim zajmować – dogryzła siostrze i pokazała język, a następnie przyjrzała się nowemu kolorowi włosów Konomi – Zostaną ci na stałe czy zmienisz, jak ci się znudzą? – zapytała podchodząc bliżej. Starsza siostra wyciągnęła przed siebie dłoń, by dotknąć włosów nastolatki i  przesunęła po kosmyku.

- Nawet ci pasuje – stwierdziła odsuwając się i zerknęła na budzik – Będziesz płaciła z własnego kieszonkowego.

Urządzenie miało pęknięty czerwony wyświetlacz. Zdecydowanie wymagało przeglądu, naprawy bądź wymiany na nowszy model.

Brwi Karmen powędrowały ku górze, gdy zobaczyła, co zamierza zrobić Konomi. Starsza siostra zakryła oczy dłońmi i pisnęła cicho.

- Nie muszę widzieć tych maluchów! – powiedziała, ale Konomi wiedziała, że to tylko droczenie się – Owszem, jesteśmy siostrami – zgodziła się wstępnie – To nie znaczy, że musimy się widzieć w takim stanie, jak nas natura stworzyła  

 

  23le5qe.jpg

13 Września 2016

6:10

Okolice domu

Przedmieścia

 

Domowy pieszczoch był wyraźnie zadowolony z poświęconego mu czasu. Psiak nie oddalał się za daleko, a Konomi miała go cały czas w zasięgu wzroku. Bayley dość szybko załatwił swoje potrzeby i był gotowy do powrotu. Jednak zatrzymał się i pisnął cicho, po czym pobiegł przerażony przed siebie wzdłuż dzielnicy. Co go mogło przerazić?

Będziesz biegła za psem, Konomi?

 

  23le5qe.jpg

13 Września 2016

6:05

Pokój Lily

Dom Panstwa Cooper

Przedmieścia

 

 

2uhmtsk.jpg

Lily poczuła pacnięcie w ramię i głowę, gdy wspomniała o wadze swojej koleżanki, która przyciskała się do jej pleców.

- Ja… ci… dam! – powiedziała Riley, pacając dłonią nastolatkę – Wcale nie jestem ciężka! – wysyczała, po czym roześmiała się głośno.

- Kwiatuszku? Wydaje mi się, że ty w naszym duecie nim jesteś – droczyła się – Jesteś delikatna i trzeba o ciebie bardzo, ale to bardzo dbać? – ostatnie pytanie było szeptem, który Lily usłyszała tuż przy swym uchu. Riley musiała się nachylić.

- Nie chcesz żadnej nagrody? – zapytała szeptem

W końcu Riley opuściła plecy swojej koleżanki, a Lily wysunęła się z łóżka.

- Nie, jeszcze się nie myłam i jak chcesz to możemy wziąć wspólny prysznic. Wiesz, oszczędność wody i takie tam. Chyba nie jesteś wstydliwa, co? -  powiedziała i zaczekała na reakcje blondynki

 

 

///Notka od MG///

Swara rzut na channeling i dowolne zaklęcie poproszę. Wynik daj w poście pod treścią

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

  sziz54.jpg

Arden Usoka

Arden odłożył chusteczkę na miejsce, ciesząc się, że nie musiał podejmować żadnych innych kroków w sprawie krwotoku. Nie usłyszał zupełnie żadnej odpowiedzi, więc uznał, że był to sen, albo zmęczenie po wczorajszym dniu płatało mu figle. Miał tylko nadzieję, że tym razem nie będzie musiał tłumaczyć tajemniczych krwotoków innym nauczycielom. Arden westchnął, po czym dokończył się ubierać i poszedł na parter swojego domu.

 

Widok kuchni przypomniał mu wczorajszy poranek. I Kilkaset jeszcze wcześniejszych, ale w tej chwili najbardziej pamiętał dzień wczorajszy. Może dzisiaj jego rodzinka poruszy przyjemniejsze tematy niż jego orientacja seksualna? Arden szybko zbył zabawną dla niego myśl, i zaczął zastanawiać się jak porozmawiać z ojcem sam na sam. Miał jednak sporo czasu, i był głodny.

- Cześć wujku, ciociu. Hej tato. - Przyjął z uśmiechem pytanie Ange. - Cokolwiek, byle z kawą w zestawie. - Pytanie ojca i surowość w nim zawarta nie zdziwiły chłopaka, zresztą był przyzwyczajony. Co jak co, jego ojciec był gliną.

- Najpierw sprawy szkolne, później ktoś poprosił mnie o wywiad. A później musiałem na chwilę pójść ze znajomymi, zresztą też chodziło o moje wybory na przewodniczącego. - Arden urwał, po czym szybko spojrzał na ojca i dodał. - Bez procentów, po prostu mieszkał na przedmieściach i chciałem pójść na skróty w drodze powrotnej. - Arden wzruszył ramionami i uśmiechnął się lekko. - Nie wyszło.

Arden urwał na chwilę, po czym spróbował już teraz wyjaśnić pytanie które nurtowało go od wczoraj. I przy okazji setkę innych. - A, i mam pytanie. Mógłbyś mi pomóc z jedną rzeczą zanim pójdę do szkoły? Chodzi o te zaginione osoby. To trochę głupia rzecz, więc wolałbym porozmawiać tylko z tobą.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

21dimnb.jpg

John Daglas

 

Chłopak zamknął oczy i wsłuchał się w odgłosy lasu. oczyścił swój umysł ze zbędnych myśli.

Starał się pochwycić wiatr zaplatany w koronie drzew. Swoim nosem węszył krople wilgoci zbierające się w porannym słońcu.

Wszystko to.

Szmer strumienia, osypujący się piasek, jęk wiatru, zapach wilgoci. wszystko to usiłował pochwycić i skupić we własnej osobie.  postarał się by drobiny natury przepełzły przez niego jak przez soczewkę i skupiły się na wyzwoleniu zaklęcia.

 

Spoiler

Rzuciwszy 1k10, Swara uzyskał(a) wyniki:
kość 1: 6.
Suma wyników = 6
Powód rzutu: Channeling

 

Rzuciwszy 1k10, Swara uzyskał(a) wyniki:
kość 1: 9.
Suma wyników = 9
Powód rzutu: Zaklęcie Płomieni I

 

Edytowane przez Swara

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

27zdn2s.jpg

Fabienne Fusion

 

 

 

-Oj tam bez przesady - zachichotała Fabi -We Francji czy w Szwajcarii to dość popularne imię. Na przykład Fabienne Suter, szwajcarska zawodniczka w narciarstwie alpejskim - rzekła blondynka. Ciekawe czy jej mina zrzednie.

-Wiesz ja sama jestem taka cicha woda - powiedziała dodając -Dlatego czasem uciekam do fajek - słowo “fajek” powiedziała jej na ucho. Nawyk, którego musi się oduczyć, chyba sama sobie z tym problemem nie poradzi. No i masz jak na złość pomyślała o papierosach.

-Gdzie ten autobus….. - spojrzała na zegarek i zaczęła nerwowo chodzić od progu chodnika do ławki na przystanku -.....no i spóźniliśmy się - westchnęła Fusion rozkładając ręce na boki w geście “no weź”.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

GkVblw9hv3lgUBJVjEbqtJ46XpKdkiqBmg02nfWUGVkXUZ9JTSCHTe15AiXUYcV0oMmlISnxIbYW_AYmhGKmrCU6K7I44ZP83G7gyUcL2kMFtXcGZF_boMkTfhYVsOG0rg

Konomi Akagi

 

-Nie mów tak - "oburzyła" się panna Akagi - Staram się jak mogę. - po czym sama się uśmiechnęła. Przejechała sama dłonią po włosach po czym pozwoliła siostrze. 

-Dzięki Jeszcze nie wiem. Na razie podobają mi się takie a jak będzie dalej to się zobaczy. A ty nie myślałaś nad jakąś skromną zmianą? - podpytała ciekawie i teraz z kolei ona przejechała po rudych kosmykach Karmi. Na budzik machnęła ręką. Wiedziała. Wreszcie kupi sobie taki, jaki chce! Będzie cool i OMG i w ogóle! A nie taki jakiś zwyczajny. 

-Ale ja nie wiem o co Ci chodzi... - droczyła się z siostrzyczką. -To ja nie mogę Cię podglądać? Dobrze że Cię nie ma jak przymierzam twoje ciuchy- rzuciła zabierając się z pokoju z pieskiem - Upsik, wygadałam się! - i chichocząc, poleciała na dół zasłaniając usteczka. 

 

*** *** *** *** ***

 

-Bayley, chodź! *gwizd* - zawołała za pieskiem, po czym na powrót zaczęła rozglądać się po okolicy i emanować pozytywnymi wibracjami. -Tylko nie sikaj sąsiadom na samochody! Znowu dostanie mi się za Ciebie!

Mieli już zawracać kiedy nagle coś spłoszyło psa który pobiegł ile sił przed siebie w popłochu. Dziwne, biorąc pod uwagę że ulica była pusta. Konomi oczywiście nie zwlekając ruszyła szybko za nim.

-Bayley! Chodź tu, wracaj! Czekaj na mnie! - wołała próbując jeśli nie dogonić pieska to chociaż nie stracić go z oczu. Nie mogła pozwolić żeby stała mu się krzywda. W razie krytycznej sytuacji zawsze zostaje jej szybka sztuczka magiczna z telekinezą. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

23le5qe.jpg

13 Września 2016

Godzina: 5:53

Las Huntest

 

Skupienie na źródle pochodzącym z lasu wyszło mu całkiem dobrze. John poczuł wiatr we włosach i przeczuwał, że wydarzy się coś niezwykłego. Las Huntest ofiarował mu swoją moc, a on czerpał z niego, by wyzwolić zaklęcie. To był nowy sposób na rzucanie zaklęć, ale Kitsune domyślał się, że w kryzysowych i stresujących sytuacjach to wezwanie zewnętrznego źródła nie pójdzie tak gładko, jak w obecnym czasie. John czuł na sobie uważne spojrzenie swojego milczącego dziadka. Mężczyzna właśnie oceniał jego próbę.

I udało mu się stworzyć płomień, który zaczął przybierać na sile. To był dobry zamierzony efekt, a sam John odkrył, że wykorzystanie zewnętrznej energii nie męczy jego organizmu.

- Jak na pierwszą próbę, nie poszło  źle – skomentował dziadek

 

 

 

 

 

23le5qe.jpg

 

13 Września 2016

6:00

Kuchnia

Dom Państwa Swift

Przedmieścia Harmony Falls

 

- Jasne, zaraz coś Ci przygotuję – odpowiedziała Ange zabierając się tym samym za przyrządzenie posiłku – O tej porze powinieneś zjeść coś pożywnego i ciepłego – dodała

Chłopak widział, jak kobieta wyjmuje z pobliskiej szafki patelnie i stawia ją na kuchence gazowej, a następnie podchodzi do lodówki i wyjmuje dwa jajka, bekon i ser w opakowaniu, który oczywiście otwiera. Kolejnym krokiem ciotki jest szafka z przyprawami.

- Cześć, Arden – odparł wuj niezbyt przytomnym tonem.

Ojciec z bardzo poważnym wyrazem twarzy słuchał wytłumaczenia syna. Nie wyglądał jakby to wszystko kupił.

- Rozumiem, że telefonu komórkowego to nie używasz wcale? – zapytał – Czy może zastępuje ci zegarek?

Gdy usłyszał prośbę o rozmowę w cztery oczy,  skinął po prostu głową i wstał z krzesła.

- Chodź do mojego gabinetu – odparł i zachęcił gestem otwartej dłoni syna

Mężczyźni opuścili kuchnie i udali się na piętro.

 

23le5qe.jpg

 

13 Września 2016

6:10

Gabinet Jasona

Dom Państwa Swift

Przedmieścia Harmony Falls

 

Gabinetem pana Swifta okazała się stara sypialnia – jeden z tych dziewięciu pokoi.  Ciemnozielone ściany bardziej pogłębiały półmrok, jaki tu panował dzięki zasłoniętym żaluzjom. Pod samym oknem znajdowało się dębowe biuro z laptopem i lampką oraz kilkoma szafkami, które były zamykane na klucz, o czym sam Arden doskonale wiedział.  Za biurkiem wisiał obraz przedstawiającym ciemnowłosą kobietę o złotych oczach i bladej cerze, ubraną w białe szaty.

W tym pokoju znalazł swoje miejsce jeszcze fotel, krzesło naprzeciwko biurka, regał z książkami i sztaluga. Jason oparł się plecami o biurko i skrzyżował ręce na piersiach.

- Pytaj – rzucił krótko spoglądając wciąż na syna

 

  23le5qe.jpg

 

13 Września 2016

6:15

Przystanek Autobusowy

Centrum Harmony Falls

mtbkfs.jpg

Broklyn słuchała Fabienne, która wspomniała o pochodzeniu swojego imienia.

- Nigdy o niej nie słyszałam. Jesteś jedyną Fabienne, którą znam – powiedziała i uśmiechnęła się niczym mały diabełek, który coś planował, gdy tylko z ust Francuzki padły „fajki”

- Chcesz zapalić? – zapytała, a następnie chwyciła torebkę i pogrzebała w niej chwilę, by wyciągnąć paczkę papierosów. Dziewczyna wysunęła jednego i zachęciła koleżankę.

Czekała aż Fabienne chwyci oferowany produkt. Sama również wzięła pojedynczego papierosa, a następnie w dłoni Meyers znalazła się srebrna zapalniczka. Starsza koleżanka nie krępowała się obecnością innych osób. Po prostu, bez żadnego wahania się zapaliła papierosa.

- Nie ma to jak dostęp  do nikotyny o poranku – zachwyciła się, wypuszczając dym z ust.

- Taka młoda pannica jak ty, nie powinna palić papierosów – zwróciła uwagę starsza pani

- Goń się, starucho – warknęła Broklyn

- Co za niewychowana młodzież! – powiedziała pod nosem staruszka –Za moich czasów….

I tak Fabienne dowiedziała się, że za czasów nieznajomej kobieciny, dziewczyny w wieku Broklyn były miłe,  nie przeklinały, nosiły sukienki, wracały o przyzwoitej porze do domu , nie wałęsały się z chłopcami, pozwalały im jedynie na pocałunki w policzek, a nie wciskanie rąk do majtek.  Broklyn tylko przewracała oczami.

- Nie panikuj – rzuciła do denerwującej się Fabienne – O 7:30 dopiero zaczynamy zajęcia – dodała z pokrzepiającym uśmieszkiem   

 

23le5qe.jpg

13 Września 2016

6:02

Pokój Konomi

Dom Panstwa Akagi

Przedmieścia

2cpe3i0.jpg

- Co masz na myśli mówiąc skromną zmianę? – zapytała Karmen – Farbowanie czy podcięcie włosów? – dodała, robiąc nieco zaskoczona minę.

Konomi wiedziała, że jej starsza siostra była przywiązana do swoich włosów i unikała eksperymentów, które mogłyby nadwyrężyć ich stan. Trudno było ją do czegoś namówić, a każda rozmowa na ten temat kończyła się szybkim jego ucinaniem.

- ŻE CO?! KONOMI AKAGI! – zdążyła krzyknąć Karmen, gdy dowiedziała się o przymierzaniu osobistych rzeczy pod jej nieobecność.  

 

23le5qe.jpg

13 Września 2016

6:14

Okolice domu

Przedmieścia

 

Konomi ruszyła za przestraszonym psiakiem i nawoływała go, by do niej grzecznie wrócił. Na szczęście nie oddalił się daleko. Zatrzymał się pod pobliskim drzewem, które graniczyło z posesją Normanów. Bayley nie był sam. Ktoś go trzymał.

 

14cryf4.jpg

 

Cienista postać przypominająca kształtem dziewczynę. Pozbawiona twarzy, miała zachowana pełną anonimowość. Otaczała ją aura mroku. Dłonie o niezwykle długich palcach głaskały skomlącego psiaka, który pod każdym dotykiem tej istoty trząsł się coraz bardziej.

- Cudowny i taki pełen życia – wysyczał stwór

 

 

///Notka od MG///



Inicjatywa:

Konomi: 5+6=11

Cień: 7

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

27zdn2s.jpg

Fabienne Fusion

 

 

Na pytanie Broklyn dziewczyna odpowiedziała:

-A daj jednego - i wzięła go między dwa palce po czym uniosła w górę rękę w geście “na zdrowie” jak przy unoszeniu kieliszka z winem. Po czym poczekała na ogień. Zaciągnęła się i od razu zrobiło się lepiej, nerwy puściły jak ręką odjął.

-Tego mi było trzeba z rana - tak się spieszyła, że zapomniała o zapaleniu dymka, którego i tak ogranicza. Zamknęła na chwilę oczy, a tu rozegrała się akcja między Broklyn, a starszą panią, na którą nie zareagowała, ale za to wysłuchała co miała do powiedzenia starsza pani.

Tu masz rację. Kiedyś żyło się pewnie lepiej - westchnęła cicho tak, by meyers nie usłyszała.

 

-O siódmej trzydzieści!? - zapytała zdziwiona Gdzie ja mam głowę - pomyślała tuż po tym co powiedziała.

-To mogłam jeszcze pospać - i ziewnęła zakrywając usta wierzchem dłoni.

Prawie godzinę czekać na autobus. Hm świetnie - pomyślała. Mogła pospać, ale wtedy nie poznałaby Broklyn i jakoś ten czas zleci na przynajmniej miłej rozmówce.

-Jak tu czekamy to opowiedz mi co więcej o sobie. Jak czegoś nie chcesz mówić to się nie narzucam - od razu sprostowała się Fusion. Tak cz inaczej muszą czekać, a przynajmniej nie będzie nudno. Gdyby były wolne krzesła to by usiadły i pogadały.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

21dimnb.jpg

John Daglas

 

Mimo początkowych trudności udało mu się rzucić zaklęcie.

-Czy z tego sposobu rzucania zaklęć można korzystać wszędzie?- Zapytał lis sadowiąc się pod drzewem. -Czy tylko na własnym terenie? Bo nie powiem, to mniej męczące od tradycyjnej metody.

Przez chwilę milczał wsłuchując się w odgłosy lasu budzącego się do życia po nocnej zmianie.

-I kolejne pytanie. Oko Lasu możemy używać tylko w lesie? Czy można nim się posłużyć na przykład w Nowym Jorku i popatrzeć na miasto oczami dzikich kotów i gołębi?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz