Aquaman

Część I: Łatwa robota (Aquaman)

215 postów w tym temacie

DKNQJud.png

 

Tajna baza Rebelii,

Planeta Daalang, Mid Rim

1 ABY

 

Podczas gdy flota była w ciągłym ruchu, gdy jej poszczególne części wykonywały swoje zadania, staczały bitwy w różnych częściach Galaktyki, oddziały specjalne  i grupy uderzeniowe, przegrupowywały się tutaj, w jednej z tajnych baz Rebelii. Utworzona ledwie przed miesiącem, stanowiła zaplecze taktyczne dla grup szybkiego reagowania, oddziałów szturmowych, które miały brać udział w bitwach naziemnych zakrojonych na szeroką skalę, a także oddziałów specjalnych. To właśnie ci ostatni znaleźli to miejsce, zaadoptowali i doprowadzili do stanu, w jakim znajdowało się w chwili obecnej. To właśnie oddziały specjalne miały przed sobą zadania wykraczające poza zdolności i zakres obowiązków piechurów, czy pilotów. I to członkowie oddziałów specjalnych, zaraz obok pilotów myśliwców, byli uważani za najkrócej żyjącą formację w siłach Sojuszu. Mimo to, z ich szeregów nikt nie dezerterował, nikt nie rezygnował dobrowolnie. Za to ich szeregi często były zasilane nowymi rekrutami. Czasem bardzo nietypowymi jednostkami.

 

Marco Ordo przebywał na Daalang już od tygodnia. Był jedną z tych osób, które zabezpieczały teren, pilnował perymetru i dokonywał wypadów w głąb lasów otaczających bazę. Przez ten okres zdążył poznać część załogi bazy, zarówno tej typowo militarnej, z którą zabezpieczał przedsięwzięcie, jak i tej technicznej, która utrzymywała bazę w stanie używalności. Miniony tydzień nie był szczególnie zajmujący. Baza Sojuszu pozostawała niewykryta, a on w każdej wolnej chwili korzystał ze swojej ulubionej rozrywki, odpływając w świat narkotycznych snów i wizji. To właśnie po ostatnim zażyciu narkotyków, dokładnie dwa dni temu, wpadł na jednego z techników obsługujących bazę. Adon'Rihe nie miał powodu, by wspominać to spotkanie z Ordo w sposób miły i ciepły. Pracował wtedy przy odsłoniętych przewodach, dokonując diagnostyki systemu cieplnego i podsystemów odpowiadających za dostawę wody. Skupiony na swojej pracy, nie zauważył nadchodzącego Mandalorianina, który nie do końca oprzytomniał po ostatnim odlocie jaki sobie zafundował. Otwarty właz serwisowy, wciąż przytępione zmysły i późna pora, gdzie pracowało tylko zasilanie awaryjne, wszystko to zwiastowało problemy. Stopa Marco trafiła w pustkę, ona sam wpadł do włazu, spadając na pracującego Adona. Efekt był taki, że obaj mężczyźni grzmotnęli twardo na dno kanału serwisowego, po drodze uszkadzając przewody i pozbawiając bazy dostępu do bieżącej wody na dwa dni.

Dwa dni, które zakończyły się dzisiaj, gdy Adon dokonał karnej naprawy usterki. A Marco, jako współwinny, robił za jego asystenta i stracił cały zapas narkotyków, kiedy kapitan Dantels wraz z trzema szeregowymi, wpadła do kwatery Ordo i przewróciła ją do góry nogami. A teraz obaj, ku swej ogromnej radości, zostali wezwani do gabinetu generała Crackena.

 

Lulu Banks, mimo czasowego odcięcia się od Rebelii, nadal miała w niej wielu znajomych. Właściwie to znajomych jej matki, którzy wciąż pamiętali Lulu jako małego brzdąca, którego było wszędzie pełno. Nie oznaczało to jednak, że od razu uwierzono w jej historię i tożsamość, że od razu przekazano współrzędne i wszystkie informacje niezbędne do odnalezienia bazy na Daalang. Przez blisko miesiąc, Lulu musiała pojawiać się we wskazanych miejscach, kontaktując się z osobami, które widziała pierwszy raz w życiu i odpowiadać na różne pytania. Z pozoru, dla postronnego słuchacza, nic nie znaczące, nie mogące stanowić żadnego zagrożenia dla Imperium i nie wzbudzające podejrzeń. Ot, dla każdego donosiciela Imperium, takie spotkania wyglądały jak spotkania Lulu z dawnymi znajomymi. Jednak pytania i historie jakie były opowiadane podczas nich pozwalały weryfikować tożsamość Banks, bo tylko prawdziwa Lulu mogła udzielić właściwych odpowiedzi na pytania, albo dokończyć rozpoczęte opowieści, czy poprawić niezgadzające się w nich fragmenty. Wszystko po to, by ostatecznie otrzymać współrzędne planety w systemie Daalang. Planety o tej samej nazwie co system i sektor, w którym się znajdowały.

Lulu trafiła na Daalang dzięki pomocy jej szefa. Bley Dark nie był zadowolony z faktu, że Lulu go opuszcza, by podążyć ścieżką jej matki. Dark był zdania, że praca dla Rebelii jest niebezpieczna i niepewna, a zakończyć może się tylko nagłą śmiercią. Jednak mimo tego zdania, kilka razy szmuglował dla nich. Na kilku takich wyprawach, z samą Lulu za sterami jego zmodyfikowanego koreliańskiego frachtowca, zwykł mawiać, że robota dla Sojuszu może i jest bardziej ryzykowna i mniej opłacalna finansowo, ale zawsze gwarantuje zabawę.

Na pokładzie frachtowca podróżował również HK-78, którego los, od jakiegoś czasu, związany był z kapitanem Darkiem. Dokładnie od momentu, w którym Bley Dark nie znalazł droida na jednej z zapyziałych dziur Zewnętrznych Rubieży. Dark naprawił HK, który w momencie odnalezienia przez kapitana, był tylko częściowo sprawny, a i praca u boku przemytnika bywała ciekawa. Zwłaszcza wtedy, gdy Dark dostarczał przeszmuglowany towar, a kontrahent okazywał się być nieuczciwym worem mięcha. Wtedy HK, towarzyszący Bley’owi jako droid protokolarny, stanowił użyteczne wsparcie ogniowe, niejednokrotnie pozwalając przemytnikowi cieszyć się zarobionymi kredytami i ocalonym życiem.

HK-78 o Lulu Banks, pracując dla Bley’a Darka, kilkukrotnie pracowali już też ze sobą. Wiedzieli czego mogą się po sobie spodziewać i jedno wiedziało na co stać drugie. Nie było też wielkiego zdziwienia, kiedy Dark, po tym jak Lulu posadziła frachtowiec pośrodku bazy Rebeliantów na Daalang, przekazał HK pod zwierzchnictwo Lulu, czyniąc z niej priorytetowy cel do ochrony dla droida.

Gdy tylko Lulu i HK-78 opuścili pokład frachtowca, jeden z żołnierzy poinformował ich, że są oczekiwani w gabinecie generała Crackena.

 

Blue czekała już w ładowni transportowca GR-75, wraz z żołnierzami i członkami wywiadu, którzy mieli zasilić szeregi bazy na Daalang. Przydział tutaj, po tak długim okresie służby u boku generała Dodonny był dla niej wyraźnym sygnałem, że Sojusz zaczął jej ufać. Że przestali trzymać ją w jednym, zamkniętym miejscu, w którym oficjalnie nie była więźniem, ale nieoficjalnie tak właśnie mogła się czuć. Tutaj, na Daalang, miały na nią czekać nowe wyzwania i nowe zadania. Jej przeszkolenie i doświadczenie miały zostać właściwie spożytkowane.

Na żołnierzy, którzy opuszczali trap, czekali już oficerowie, wyczytując nazwiska i wydając dyspozycje konkretnego przydziału. Wytężając słuch, nie wyłapała swojego imienia. Zamiast tego, zauważyła białowłosą kobietę, która podeszła do niej i przedstawiła się jako Winter Retrac. Winter oznajmiła po prostu, że Blue jest oczekiwana w gabinecie generała Crackena i zaproponowała, że ją do niego zaprowadzi.

 

Gabinet generała Crackena był przestronnym pomieszczeniem. Ale nie dlatego, że został wybudowany tak, by zajmował więcej miejsca, czy z powodu próżności jego właściciela. Powodem była wolna przestrzeń, która się w nim znajdowała. Gabinet generała był urządzony wręcz spartańsko. Proste biurko, którego jedynym zadaniem miała być funkcjonalność nie zajmowało wiele miejsca, podobnie jak krzesła, których postawiono w gabinecie więcej niż było to konieczne. Przebywając tu, można było odnieść wrażenie, że albo generał nie zdążył się jeszcze do końca zakwaterować, albo jego gabinet został wybudowany większy, niż był w rzeczywistości potrzebny.

Marco i Adon czekali w gabinecie sami. Byli pierwsi, ale nie kazano im długo czekać na resztę towarzystwa. Gdy drzwi otworzyły się z cichym sykiem, do wnętrza gabinetu weszła Lulu wraz ze swoim metalowym towarzyszem, droidem protokolarnym serii HK. We czworo musieli zaczekać jakieś pięć minut, by drzwi ponownie się otworzyły. Jednak to nie generał Cracken przez nie wszedł, a dwie kobiety. Przedstawicielka rasy Chiss i białowłosa aldeeranka imieniem Winter. To właśnie ta ostatnia zablokowała drzwi i stanęła za biurkiem, siadając w fotelu, w którym zwykł przesiadywać generał.

- Jestem Winter Retrac, wywiad Sojuszu - przedstawiła się. – Na prośbę generała Crackena, udzielę wam wszelkich niezbędnych informacji, by misja, do której zostaliście przydzieleni, zakończyła się sukcesem.

Wcisnęła jeden z nielicznych przycisków widocznych na blacie biurka, a w pokoju zapanował półmrok, rozjaśniony holograficznym wizerunkiem około pięćdziesięcioletniego mężczyzny.

- To doktor Nycolai Kinesworthy - zaczęła Winter. – Znany i ceniony cybernetyk widziany był na audiencji u gubernatora sektora Mytaranor. Dwa miesiące później, widziano jak w eskorcie szturmowców, opuszcza Coruscant. Ostatnie miejsce, w którym widziano doktora to Kashyyyk - wizerunek mężczyzny zniknął, zastąpiony przez wirującą wolno zieloną kulę, przestawiającą ojczyznę Wookiech. – Kashyyyk to finalny cel waszej wyprawy. Wywiad donosi, że Imperium pracuje nad kilkoma nowymi projektami. Ponieważ doktor Kinesworthy do tej pory nie opuścił Kashyyyk, mamy wszelkie przesłanki ku temu, by uważać, że wcielono go do jednego z tych projektów lub przekazano nad takowym zwierzchnictwo - zrobiła krótką pauzę. – Ze względu na to, że Kashyyyk jest pod kontrolą Imperium, udacie się najpierw na planetę Lannik, tam wykradniecie imperialny wahadłowiec i dokonacie skoku na współrzędne, które zostaną wam przesłane na datapady. W punkcie wyjściowym będzie na was czekał niszczyciel klasy Victory I. Komandor Torn i komandor Derrycc ugoszczą was, pomogą uzupełnić zapasy i zmienić kody transpondera, byście, korzystając ze skradzionego wahadłowca, mogli wylądować na Kashyyyk.

Podczas gdy mówiła, holoprojektor, zamiast planety, wyświetlił portery wymienionych przez Winter komandorów, z krótkim bio. Tamir Torn był Zabrakiem, który dołączył do Sojuszu niemal na początku jego istnienia, wcześniej walcząc z Imperium na własną rękę. Xan Derrycc, Zeltron był doświadczonym marynarzem, zbierającym szlify jeszcze w czasie Wojen Klonów.

- Wasz cel to odszukanie doktora Kinesworthy’ego, zdobycie informacji na temat projektu, w który może być zaangażowany i sabotaż projektu.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

QiBiUN6.png

Lulu Banks

 

Znała całe procedury jakimi rządziła się Rebelia i spotkania z "dawnymi przyjaciółmi" były czymś normalnym. Musiała zagryźć zęby i to przerwać. W końcu gdy dostała koordynaty, przyszedł czas na trudną rozmowę z szefem. Zawsze myślała, że jego chłodny, profesjonalny stosunek to jedyne co może okazać, jednak myliła się. Nie spodziewała się jego niezadowolenia, jak i tego, że odda jej droida, a co więcej każe mu ją pilnować. W przypływie nagłej sympatii wobec Darka, Lulu podeszła do niego, uściskała go na do widzenia i usnęła ustami jego policzek po czy odeszła machając jeszcze na pożegnanie.  Jej noga cicho pobrzękiwała gdy energicznym krokiem ruszyła ku gabinetowi generała.

 

Przywitała się z obecnymi w pokoju mężczyznami przedstawiając siebie oraz swojego rdzawego towarzysza. Czekając bawiła się swoim warkoczem rozglądając ciekawsko po pustym gabinecie.

- To.. od dawna jeste...-  przerwała gdy drzwi znów się otworzyły. Weszły przez nie dwie kobiety, a jedna z nich usiadła za biurkiem generała. Po ustach Lulu błądził łobuzerski uśmiech, a gdy usłyszała o Kashyyk przewróciła tylko oczami. Po cholerę się stamtąd ruszała? Jakby siedziała na dupie, to sami by do niej przylecieli. 

- Czyyyli.. Lannik, tam kradniemy statek, ja go potem pilotuję co byśmy się nie rozbili, robimy skok i siup zgarnia nas komandor Torn i Derryc a potem siuu na Kashyyk. Bułka z masłem - stwierdziła Lulu najwyraźniej będąc w dobrym humorze. - przynajmniej ta część, a potem się zobaczy - machnęła nie tyle niedbale co od niechcenia dłonią. 

- Jak obecnie wygląda sytuacja na Lannik, coś o czym powinniśmy wiedzieć? - Poważna mina w jej wykonaniu, nie była zbyt poważna, uśmiech od ucha sugerował, że nie może się już doczekać kiedy wyjdzie z tego pokoju i zacznie działać. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1JYVygs.png

Marco Ordo

 

Ostatnie dwa dni nie były najlepsze dla mandalorianina, po zleconym przez Dantels nalocie na jego kwaterę (której nota bene dotychczas nie uporządkował i wciąż wyglądała jakby w środku coś eksplodowało) i skonfiskowaniu jego zapasu pałeczek śmierci niemal cały czas był w paskudnym humorze. Przydzielona robota z Adonem, też nie była najmilsza dla żadnego z nich, mechanik był marudny i wyraźnie niechętny obecności Marco. Marco też niespecjalnie miał ochotę zajmować się pompami, ale nie miał w tej kwestii nic do powiedzenia.

 

Wiadomość, że został przywitał z nadzieją. Może będzie miał okazję się wyrwać z planety. Minusem było, że wezwano również czerwonoskórego twi'leka. Na miejscu nie zastali nikogo, ale pokrótce dołączyła do nich ładna dziewczyna z jakimś na wpół zardzewiałym droidem, a chwilę później kolejne dwie. Ostatnia z tych dwóch wprowadziła ich w szczegóły misji. Czyli słusznie liczył na wyrwanie się stąd, a patrząc na zebrane na miejscu kobiety, Marco naprawdę nie miał na co narzekać.

- Rąbnęliście cały niszczyciel, a nie macie na składzie wahadłowca? - spytał wykrzywiając usta w cwanym uśmiechu -  Jakie są plany związane z samym doktorem? Likwidacja? Pojmanie?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

BrOZR9n.png

HK-78

 

Niezapowiedziana niczym zmianę właściciela, HK przyjął ze stoickim spokojem na jaki stać tylko maszynę. Dark był... akceptowalny, jak na wór mięcha, a Banks wydawała się utrzymywać ustanowiony przez niego standard.  To, że przy okazji został wciągnięty mocniej w konflikt jako prowadził ta cała Rebelia było mu obojętne - wszyscy organiczni usiłowali zabić jakiś innych organicznych, każdy z jakiś powodów które dla jego mięsistej osoby były niezwykle ważne i istotne.

 - [STWIERDZENIE] Byłbym urażony przekazywaniem mnie z rąk do rąk jak pospolitego droida, gdyby nie to że potencjalne zmierzenie się z Imperium może okazać się interesujące - powiedziała maszyna, bardziej do siebie niż do Banks, dotrzymując jej dziarskiego kroku.

 

W pomieszczeniu zajął pozycję za Banks, wlepiając światła sensorów optycznych w każdego kto wszedł do środka. Odprawa była prosta - przekraść się na Kashyyk, znaleźć i wyeliminować cel. Nic prostszego. Słysząc pytanie brodatego wora mięcha, odwrócił się do niego.

 - [ODPOWIEDŹ] Oczywiście, że celem jest eliminacja. Jak inaczej chciałbyś skutecznie sabotować projekt, bez usuwania mózgu za nim stojącym?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

xc9F4Yd.png

Blue

 

Głowa do góry, przecież cię nie zjedzą – powiedział jej Alex kiedy dostała rozkaz przeniesienia. Teraz powtarzała jego słowa w głowie jak modlitwę rozglądając się po lądowisku. Przyglądała się statkom, skrzyniom z ładunkiem, widocznym w tle fortyfikacją, chmarze istot biegającej w te i z powrotem. Wszytko co nowe chłonęła z fascynacją, jakby to była woda na Tatooine. Obracała się powoli, przyciskając do piersi swój datapad jak tarczę jej oczy wydawały się wielkie, intensywnie czerwone w bogatej w tlen atmosferze.

To, że na kogoś wpadnie było jak najbardziej do przewidzenia, przez pierwsze pięć minut niemal weszła pod koła jakiegoś pojazdu toczącego się wolno z transportem części zamiennych na pace. Zaraz potem musiała przepraszać mechanika, którego potraciła swoim ciężkim plecakiem.

Wtedy podeszła białowłosa i powiedziała, że jest oczekiwana.

To było miłe uczucie, być gdzieś oczekiwaną.

Zastanawiała się czy kiedykolwiek do tego przywyknie, różnorodności kolorów, form i dźwięków jakie atakowały na każdym kroku. Pod tym względem chyba wszystkie bazy Rebelii były takie same, wyglądały jak dziwny mechanizm złożony z zupełnie niepasujących do siebie części, które nie miały prawa być kompatybilne. Mechanizm obcy i na swój sposób piękny zarazem. Blue łapała się na szukaniu w nim wzorów, reguł, czegoś co pozwoliłoby jej złapać rytm.

Wzór na Dodonne i jego ludzi znała, wpasowała się w niego, nauczyła ignorować jego niewygody i doceniać zalety. Polubiła generała, Alexa, nawet swoich strażników i tych wszystkich, którzy tak bardzo starali się nie dać jej odczuć tego, że właściwie nie do końca wiedzą co mają z nią zrobić. Jednocześnie było jej tam ciasno, nie w sensie fizycznym, ale intelektualnym, powoli kończyły się zadania do których mogła zaprząc swój umysł. Jej mózg nie znosił bezczynności, bez dostępu do nowych informacji, nowych problemów do rozwiązania, rzeczy do nauczenia się zaczynał się buntować. Bywały wieczory kiedy chodziła po ciasnej kabinie, którą dzieliła z jeszcze czterema dziewczynami i czuła, jakby w głowie miała rój wściekłych owadów. Zaczytała niemal na śmierć te wszystkie rzeczy do których dano jej dostęp, w tym tandetne romansidła pożyczone przez koleżanki z pokoju, wybudzona w nocy umiałaby zacytować część zawartych w nich dialogów, mając jednocześnie poczucie, że wątpliwej jakości treści usiłują pożreć część jej inteligencji. Znała na pamięć karty i historie choroby wszystkich swoich pacjentów, czasami mogła nawet wyrecytować dokładne dawki leków jakie przyjmowali razem z datami i godzinami. Te rzeczy były czymś nowym, czymś w co mogła się zaangażować. Najtrudniej było pamiętać żeby zachować dla siebie te bolesną potrzebę nowości, ukryć ból stagnacji. To co się działo nie było winą otaczających ja istot, oni po prostu robili to co było rozsądne w tej sytuacji, ba wykazali nawet więcej dobrej woli niż się spodziewała. Jeśli ktoś był winny to jej dawni przełożeni i trochę ona sama. W sumie bardziej niż trochę. Zrobiła głupi błąd i powinna się cieszyć, że przeżyła. Rebelia chroniła ją, starała się o tym pamiętać. Mimo wszystko potrzeba nowych bodźców i zadań stawała się chwilami niemal bolesna.

Teraz to miała i całe jej ciało wypełniała ekscytacja połączona ze zdenerwowaniem.

 

Podczas krótkiego wprowadzenia przyglądała się swoim towarzyszom, łapała się na instynktownych próbach zaklasyfikowania ich do jakiejś grupy, dziewczyna wyglądała na Yellow, droid zdecydowanie Red, mężczyzna wydawał się Yellow albo Purple, twi’lek Green albo Purple. Nie była pewna na ile jej te przypuszczenia są trafne ale dobrze wróżyły, szeroki rozstaw kompetencji podnosił skuteczność w polu.

Zwłaszcza, że zadanie wydawało się niełatwe. Na dźwięk nazwiska Kinesworthy’ego jej brwi powędrowały wysoko. No proszę, ktoś tego wariata jeszcze zatrudnia. Za czasow szkolenia czytała kilka jego wczesnych prac, zwłaszcza te o zastosowaniu nowoczesnych metod immunosupresji w przypadkach ponad pięćdziesięcioprocentowej cyborgizacji, były wciąż na czasie. Późniejsze publikacje lądowały w przegródce, genialne ale dla desperatów, głownie przez wysoki poziom moralnych kontrowersji wokół tematu i niesmaczny romans z dojechanymi ideami filozoficznymi.

Dla desperatów - czy Imperium zaliczało się już do tej kategorii? Z taktycznego punktu widzenia nie, ale Moffowie mieli rożne pomysły. Jeśli kontrowersyjne projekty Kinesworthy’ego miały szanse gdzieś wyrosnąć to zdecydowanie na Kashyyyk gdzie zasobów było w bród. Zasobów i obiektów do testów. Na samą myśl o tych testach zrobiło się jej zimno.

- Projekt może być już w fazie kiedy usunięcie mózgu niewiele da - wtrąciła, odnosząc się do słów droida, stwierdzając w duchu, że co do jego klasyfikacji prawie na pewno się nie pomyliła, był Red. - Jeśli technologia jest w na przykład fazie zaawansowanych testów naukowiec nie jest już prawie do niczego potrzebny. Trzyma się go głównie na wypadek niepowodzenia testów, lub z założeniem, że w przyszłości będzie się chciało inwestować w kolejne, udoskonalone wersje. Kinesworthy pracował nad swoimi pomysłami całe życie, teorie i znaczną część praktyki ma już za sobą, teoretycznie nie potrzebowałby wiele czasu żeby zrobić prototyp, zwłaszcza jeśli dostał finanse i zasoby. Jego los powinien zależeć raczej od tego czy po sabotażu chcemy przejąć projekt czy też nie – wtrąciła się do rozmowy. Mieli wojną, jej dość ostrą fazę, Imperium weszło w ofensywę i w sumie nie była pewna jak bardzo zdesperowana jest Rebelia.  – Prace doktora Kinesworthy’ego są bardzo kontrowersyjne pod względem etycznym, całkowita cyborgizacja jak i związana z nią dyskusja nad tym co jest doskonalsze, formy organiczne czy mechaniczne, albo za jaka cenę należy wprowadzać do ciała implanty to bardzo zły PR. Jednak nie da się mu odmówić skuteczności, do tego jest zdaje się człowiekiem oddanym swojej pracy, a nie pracodawcy. Niestety same jego eksperymenty są też bardzo drogie właściwie pod każdym względem. – Starała się przedstawić sprawę obiektywnie, odkładając na obok kwestie moralne. Moralność na wojnie to luksus, nawet jeśli jest oficjalnie ma się ja na sztandarach.

Edytowane przez mroczek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Tajna baza Rebelii,

Planeta Daalang, Mid Rim

1 ABY

 

Winter westchnęła.

- Doktor Kinesworthy, jak wspomniała Blue, budzi kontrowersje. Wywiad zgadza się z oceną Blue, projekt może być na etap na tyle zaawansowanym, że zabicie doktora może nie powstrzymać projektu. Niemniej część naszych przełożonych uważa, że ostateczne pozbycie się doktora będzie… mniejszym złem - skrzywiła się nieznacznie. – Druga część uważa, że lepiej go schwytać i trzymać na wszelki wypadek. Może uda się od niego zdobyć kilka cennych informacji. Jego los nie został jeszcze dokładnie określony i… nim dotrzecie na Kashyyyk, otrzymacie ostateczne wytyczne co do postaci samego doktora - obiecała.

Jej palce płynnie przebiegły po kilku klawiszach i holoprojektor pokazał zieloną planetę obracającą się wolno w przestrzeni.

- Lannik jest pod całkowitą kontrolą Imperium. Choć wśród naszych szeregów znajdują się przedstawiciele tej rasy, rząd planety całkowicie współpracuje z Imperium i jest mu oddany - wyjaśniła Winter. – Dlatego też, na samą planetę lecicie transportem komercyjnym. Powiedzmy - dodała. – Polecicie na Lannik liniowcem, z którego najczęściej korzystają bogatsi mieszkańcy Galaktyki. Lecicie pod przykrywką. Każdy z was dostanie do odegrania swoją rolę i od tego, jak dobrze się w nią wczuję zależy to, czy dolecicie na Lannik, czy Imperium zwietrzy w was rebeliantów. Dla waszego dobra i powodzenia misji sugeruję dobre przygotowanie się do waszych ról - zawiesiła na chwilę głos. – Blue, ty wcielisz się w rolę Amer’len’ir D’han, dyrektor do spraw rozwoju w Cybot Galactica. Twój cel w podróży na Lannik to znalezienie miejsca na pozaświatową filię. Ordo, ty lecisz jako jej osobisty ochroniarz, Galen Ren - jej spojrzenie przeniosło się na Lulu i Adona. – Lulu, wcielisz się w rolę Esme Gadluci z Kuat. Lecisz na romantyczną podróż ze swoim kochankiem, reżyserem holodram, o personaliach Dinek Karawn. Twój droid protokolarny świetnie wpisuje się w twoją rolę, Lulu.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
1JYVygs.png

Marco Ordo

 

Marco już miał spytać, po co im w ogóle ta pordzewiała sterta śrubek, ale odezwali się inni. W szczególności chisska. Nie żeby miał coś przeciwko, mógł spokojnie się jej przyjrzeć i nie musiał rzucać ukradkowych spojrzeń. Wysłuchał jej, a potem Winter. I znów otaksował niebieską dziewczynę od stóp do głów. Nieźle, wcale nieźle pomyślał. Spojrzał na drugą dziewczynę, Lulu. Między tymi dwiema nie było złej decyzji.

- A ten wahadłowiec to mamy sobie znaleźć, czy macie w planach konkretną placówkę, z której mamy go wypożyczyć? Ewentualnie jakiś kontakt na powierzchni? - spytał przenosząc spojrzenie na Winter.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

QiBiUN6.png

Lulu Banks

 

Dziewczyna wysłuchała wszystkich informacji, jakie mogła im przekazać Winter, na temat miejsca, do którego zmierzali. Powoli analizowała je w swojej głowie, gdy kobieta przeszła do kwestii ich przykrywki i tego kogo mogą udawać. W zasadzie zostali podzieleni na dwa podzespoły, które dla ich dobra, lepiej by nie były widziane razem, przynajmniej nie od początku. Przyjrzała się uważniej Blue i Ordo. To były dobre przykrywki dla nich, ona wyglądała na jajogłową, a on równie dobrze mógłby być jakimś wyjątkowo zarośniętym ochroniarzem. A potem Winter przeszła do niej. Lulu zmarszczyła brwi, nie to, żeby przykrywka jej się nie podobała ale...no, jej noga, jakoś nie pasowała jej do całego obrazka, wypindrzonej, uwieszonej na ramieniu kochanka paniusi. Na tę myśl postukała mechaniczną nogą, która niby nie była widoczna od razu, ale dziewczyna nie miała możliwości założenia niczego innego, niż długie, luźne spodnie i wysokie buty, by jej odmienność nie rzucała się w oczy. Zafrasowała się na chwilę, a dopiero później spojrzała na jej "kochanka". 

- Esme Gadluci z Kuat - powtórzyła, by wbić sobie to imię do głowy. - Dinek Karawan - zwróciła się do czerwonego Twi'leka z rozbrajającym uśmiechem - Dostaniemy jakieś pełniejsze dane, czy wszystko zależy od naszej wyobraźni?

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

xc9F4Yd.png

Blue

 

- Amer’len’ir D’han - powtórzyła z delikatnym akcentem Cheunh, to imię pasowało do tego języka, z korporacyjną dyrektor powinna sobie poradzić, spędziła dwa lata badając to środowisko. Wystarczyło odświeżyć informacje o Cybot Galactica, kilka godzin w holonecie powinno wystarczyć na przestudiowanie ich ostatnich wyników finansowych jak, sprawdzenie kto jest kim w zarządzie i na wyższych stanowiskach, może uda się dotrzeć do jakiś nieformalnych plotek w bardziej kameralnych miejscach sieci. Zdąży to spokojnie zrobić zanim dotrą na Lannik. No i oczywiście regulamin. Zerknęła na swojego partnera, a więc Ordo, mandalorianin, ciekawe. Więc jednak może był Red? Nie wyglądał na Orange, na to był za wątły i za mało scyborgizowany. Dobry Orange był w stanie gołymi rekami rozerwać wookiego na pół. Już szybciej Red. No ale Purple też mieli dość szeroko zakrojone szkolenie bojowe. Lepiej by było gdyby był Purple to zdecydowanie lepiej wróżyło całej maskaradzie.

- Będziemy potrzebować przebrania i dokumentów, macie coś czy załatwiamy to we własnym zakresie?

I fryzjera, pomyślała, zerkając znowu na swojego towarzysza. Chociaż gdyby związać te włosy ciasno i wcisnąć pod czapkę jakoś by uszło.

Stwierdzając, ze gapienie się bez wokalnego kontaktu może zostać źle odebrane zwróciła się do Marca.

- Znasz korporacyjny protokół? Przygotować ci krótkie wprowadzenie? A może wolisz udawać zewnętrznego pracownika na prywatnym kontrakcie?

Edytowane przez mroczek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1JYVygs.png

Marco Ordo

 

- Znam imperialny protokół - powiedział masując nasadę nosa, znów zaczęła go boleć głowa. Efekt uzależnienia, który nie był już tak drażniąco jak dawniej. Teraz była to niedogodność - Są podobne?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

xc9F4Yd.png

Blue

 

- Z grubsza - na ustach Chisski zatańczył delikatny zadziorny uśmiech. - Zamiast Imperium wstaw-Cybot Galactica, zamiast Imperator- Zyski, z korupcją trzeba się bardziej kryć, ale za to z chciwością nawet nie należy. Reszta to detale, możemy je omówić po drodze.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

BrOZR9n.png

HK-78

 

Droid protokolarny - nic nowego. Rola która przychodzi mu z fabryczną łatwością, a którą przećwiczył tysiące razy... tak mu się przynajmniej wydawało. Rdzeń pamięci wciąż był daleki od świetności, niestety. Pomarańczowe sensory zlustrowały Banks

 - [UWAGA] W celu wiarygodnego udawania tej roli sugerowana będzie zmiana w wyglądzie. Nie mamy czasu i możliwości zamieniać protezy na bardziej dyskretny model, więc opcją będzie zmiana garderoby na niepraktyczny długi klosz materiału, preferowany przez organiczne samice... Pani - ostatnie słowo dodał po zauważalnej przerwie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

oV4XZFB.png

Adon'Rihe

 

Adon miał kupę różnych zajęć w bazie. Zawsze coś wymagało przeglądu, czy naprawy. Taka była już natura Rebelii, że nie mieli za dużo funduszy i dostępu do sprzętu, aby wszystko mieć wyposażone w towar z najwyższych półek. Trzeba było się do tego przyzwyczaić, ale Twi'lek lubił pracować z takim sprzętem. Miał on swój charakter. Naprawiane w zaimprowizowany sposób maszyny miały swój charakter. Niestety oznaczało to czasami, że miały swój charakterek i wymagały troskliwej uwagi, ale wszystko ma swoje plusy i minusy. Plusem była możliwość pracy w słusznej sprawie. Minusem było to, że od czasu do czasu spadał na Ciebie jakiś idiota i generował dodatkową pracę, której można było uniknąć. Czas i zasoby można było wykorzystać w lepszy sposób gdyby ktoś nie był na haju. Dla takich osób trzeba było szykować detoks, a nie dodatkową pracę. Będąc na głodzie jeszcze gotowi byli coś zepsuć. A detoks by dał im w kość. Szczególnie taki gdzie składnikiem byłoby chłodziwo rdzenia... Nie dość że przeczyściłoby mu organizm z narkotyków, to jeszcze ze wszystkiego innego. Zdychałby przez tydzień nim zacząłby dochodzić do siebie. To by może dało mu do myślenia, bo wiedziałby, że ponowne zażycie, to będzie powtórka koszmaru detoksu. No ale nie... zamiast tego musieli przydzielić go Adonowi, aby się zrehabilitował. Twi'lek nie miał zamiaru mu ułatwiać tych dwóch dni. Na koniec obaj zostali wezwani do kwatery generała... Adon spodziewał się kontynuacji kary, ale przestał o tym myśleć kiedy drzwi się i dołączyły do nich kolejne osoby.

Witaj piękności... - Powiedział od razu wstając z miejsca jak tylko dostrzegł kto zawitał w ich progi. Podszedł od razu zachodząc łukiem aby dokładnie przyjrzeć się całości tych rozkosznych kształtów. Może nie wypadało być tak bezpośrednim, ale przecież byli tu sami swoi, a on przecież nie dostanie po twarzy na dzień dobry. Jego wzrok bezczelnie badał każdy centymetr i analizował. Stojący przed nim droid zdecydowanie nie był popularnym modelem, a to oznaczało, że szykowało się coś ciekawego. A i oprócz niego weszła też kobieta, ale jakoś nie przykuła uwagi Adona. Tak samo jak kolejne, które najwidoczniej nie interesowały się zbytnio jego obecnością, więc Twi'lek mógł się w spokoju skupić na podziwianiu HK i próbie kategoryzowania go. Humanoidalna forma zdecydowanie była standardem wśród wielu modeli. Jego nogi i ramiona nie miały ograniczeń typowych dla tańszych modeli protokolarnych. W końcu protokolarne miały tylko tłumaczyć, więc nie było sensu przeinwestowywać przy funkcjach motorycznych. Ten jednak został odpowiednio wyposażony co świadczyło o tym, że w zamyśle miał też służyć do zadań czysto fizycznych. Adon ciekaw był co też twórcy mieli w zamyśle przy tym modelu i co było z nim nie tak, że nie był jakoś wielce spopularyzowany, bo Rihe pierwszy raz na oczy widział ten model. Słowa droida o eliminacji celu wskazywały, że oprogramowanie nie ma ograniczników zakazujących krzywdzenie ludzi. Czyżby protokolarny-ochroniarz? To by było przydatne.

- Że jak? - Zapytał odruchowo kiedy dyskusja doszła do jego roli w całym przedsięwzięciu. - Ja reżyserem holodram? - Dużo bardziej by mu pasowało gdyby miał się wcielić w jakiegoś technika ze stoczni Kuat. Tą przykrywkę byłby w stanie doskonale podeprzeć swoją wiedzą i ciężko byłoby na tej podstawie go zdemaskować. Ale reżyser holodram? To było coś z czym nawet nie wiedział od czego zacząć, a miał się dobrze wczuwać, aby nie spalić roli. Z drugiej strony mało znany reżyser był dobrą przykrywką, bo skoro był mało znany, to raczej był kiepski. No a personel stoczni był zbyt łatwy do weryfikacji, więc mogli polec już na pierwszej kontroli. - Chyba kiepskim reżyserem. - Podsumował swoje przemyślenia kiedy jego nowa towarzyszka zastukała metaliczną nogą. Wyglądało na to, że jednak nie była taka zwyczajna jak myślał na początku. Przynajmniej nie sparowali go z tym narkomanem.

Czy ten reżyser w ogóle istnieje? Są jakieś jego dzieła? Bo jak trafię przypadkiem na fana, to może być problem.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Tajna baza Rebelii,

Planeta Daalang, Mid Rim

1 ABY

 

- Lannik jest pod całkowitą kontrolą Imperium, nie mamy tam żadnych aktywnych agentów. Nie mamy również informacji o żadnej podziemnej grupie walczącej z Imperium. Będziecie tam zdani na siebie. Na wasz mały oddział, na wasze umiejętności i wzajemne zaufanie do siebie - powiedziała. – Dlatego też, to wy wybieracie sobie wahadłowiec, lądowisko, z którego go podprowadzacie, wy opracowujecie plan działania i działacie zgodnie z nim - wyjaśniła, przenosząc spojrzenie na Lulu.

- Ty i Adon macie dwie godziny, by dopracować szczegóły bio waszych postaci i przesłać je na mój datapad. Macie o tyle łatwiej niż Blue, że tworzycie swoje postacie, ich głębię, od podstaw. No, może z wyjątkiem Adona, który ma przypisaną konkretną rolę i kilka dzieł na koncie - Winter zerknęła na swój datapad i wymieniła – „Poranek na Naboo”, „Nasz ostatni taniec”, „Lot nad Onderonem” - przeniosła spojrzenie na Twi’leka z uśmiechem błąkającym się na ustach. – To filmy, którzy nasi specjaliści sklasyfikowali na pogranicze klasy C/D, więc twoja postać jest, jak sam to ująłeś, kiepskim reżyserem. Jest całkowicie fikcyjna, podobnie jak te filmy - dodała i zerknęła na droida. – Twój droid ma rację - powiedziała. – proteza może rzucać się w oczy, ale odpowiednio długa suknia, z wycięciami i podkreślonym dekoltem odciągną uwagę od nogi - jej spojrzenie powędrowało do Blue. – Przebranie, dokumenty i bilety na rejs otrzymacie od nas. Cała reszta będzie leżała w waszej gestii i waszych rękach.

Zrobiła krótką chwilę, przyglądając się im bacznie, wodząc po nich spokojnym i uważnym wzrokiem.

- Macie jeszcze jakieś pytania? Jeśli nie, możecie zacząć brać się do roboty.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

xc9F4Yd.png1JYVygs.png

Blue & Marco Ordo

 

Po zakończonej odprawie był czas by usiedli gdzieś razem i porozmawiali na temat ich przykrywek. Najlepiej gdzieś, gdzie nikt nie będzie im przeszkadzał. Na początku, Marco zaproponował kwaterę Blue, tylko by się dowiedzieć, że dziewczyna jest świeżo po przeniesieniu i jeszcze nie przydzielono jej kwater. Zaznaczyła też, że będzie jej potrzebne łącze do holonetu, więc ostatecznie Marco zaprowadził ją do swojego pokoju.
Kwatery Mandalorianina nie sprawiały dobrego wrażenia. Wyciągnięte szuflady, z których wszystko było powyciągane i walało się po podłodze, pościel na łóżku rzucona byle jak. Różne drobne przedmioty na półkach były albo przewrócone, albo znajdowały się na podłodze. Jedyne krzesło leżało przewrócone, a na niewielkim biurku pod którym walały się papiery leżał karabin i kilka granatów.
- Możesz podłączyć się koło biurka - powiedział Blue, gestem zapraszając ją do środka.

Rozejrzała się pobieżnie po kwaterach, powstrzymując ciężkie westchnienie. Przez chwilę zachodziła o głowę jak istota organiczna może tak żyć i co rano znajdować własny mózg.
Rebelia. Tego nie dało się inaczej określić. W duchu tejże rebelii zostało jej pracować na tym co miała pod ręką. Ściągnęła ciężki plecak i ustawiła go we wskazanym miejscu, z doświadczenia wiedziała już, że jest w stanie na nim siedzieć, co znacznie ułatwiało prace. Rozłożyła się na kolanach z datapadem, urządzenie było małe, czyste, nieliczne delikatne rysy świadczyły o tym, ze wiele przeszło od czasów fabrycznej nowości, jednak za nic nie dałoby się go nazwać ani zużytym, ani zdezelowanym.
- Będziemy potrzebowali trochę informacji na wypadek gdyby trafił się ktoś zorientowany sprawach Cybot Galactica – stwierdziła, jej palce szybko przebiegły po klawiaturze. Z datapadu wystrzeliły w górę trzy holoekrany otaczając dziewczynę widmowym półkolem pełnym obrazów i tekstu. – Masz w tym doświadczenie? W pracy z zaimprowizowaną tożsamością? – spytała, kiedy jej wzrok ślizgał się po ekranach.

Marco wszedł za chisską i postawił na nogi krzesło na którym spoczął, skoro obca wybrała własny plecak.
Na jej pytanie tylko wzruszył ramionami.
- Poradzę sobie. W końcu jak bardzo skomplikowane może to być?

- Jak gra w sztuce teatralnej 24 godziny na dobę bez gotowego tekstu. Aktor to wbrew pozorom nie jest łatwy zawód – odparła zerkając na niego na chwilę, dość chłodno. – Zwłaszcza jeśli kiepska gra oznacza bolt w głowę.

- Wymyśl imię, kilka faktów z życia, trzymaj się ich kiedy ktoś zapyta. Nie brzmi zbyt skomplikowanie.

Ślicznie. Amator.
Zerknęła na broń obok stołu. Czyli jednak Red? Chociaż kto wie, zależy jak wysokie ma predyspozycje jeśli chodzi o interakcje społecznych..
- Plus kilka nazwisk, procedur i informacji oczywistych dla pracowników. Ale to są rzeczy świadome, statystyki pokazują że najłatwiej się wyłożyć na tych nie do końca świadomych.
Dotknęła jednego z bocznych ekranów wypełniając go oknem po czym obróciła w stronę Marca. To był filmik jakiejś stacji informacyjnej, zdaje się z Coruscant, grupa elegancko ubranych ludzi przechodziła przez plac do zaparkowanych tam pojazdów, otaczał ich wianuszek ochrony.
- Na tym jak się poruszasz, co robisz kiedy wchodzisz do pokoju, kiedy widzisz nową osobę, jak stoisz, jak mówisz. Proste, odruchowe rzeczy. Które niestety bardzo wyraźnie widać.
Wróciła spojrzeniem do ekranów, siedziała właśnie na oficjalnej stronie korporacji i przeglądała informacje o zarządzie wypisując obok coś w pliku od punktów.
- Przejrzyj to co dostałeś o swoim nowym ja, wypisz co ci będzie potrzebne żeby dobrze być tym człowiekiem, postaram się znaleźć odpowiednie nagrania, teksty. Mamy jeszcze trochę czasu na przygotowania.
Cóż, jeśli nikt dotąd go nie przeszkolił chyba ona będzie musiała to zrobić, chociaż powierzchownie.
- W porządku, skoro ma ci to poprawić humor - odparł i na chwilę zanurzył się w informacjach, szczątkowych informacjach, jakie przekazano mu o nowej tożsamości.
- Galen Ren, osobisty ochroniarz pani Amer’len’ir D’han. Pochodzący z Korelii - wymienił na spokojnie te kilka informacji - Poradzę sobie, jako ochroniarz mogę być gburem i ludzie to przyjmą. Możesz co najwyżej opowiedzieć mi o tej korporacji, czym się właściwie zajmują?

- Możesz, ale nie dla każdego. Ale to dobrze, że coś już o panu Renie masz. Jest gburem. Co jeszcze? Co lubi, czego nie znosi, jakie ma marzenia, zalety, słabości. To wszystko może się przydać – stwierdziła, odrywając na chwile wzrok od swoich ekranów. Skoro twierdził, że da rade nie powinna w to wątpić. W końcu nie daliby go do tej grupy gdyby miał tej rady nie dać. – Cybot Galactica produkuje droidy, głównie 3PO. To robią oficjalnie, co robią nieoficjalnie postaram się dowiedzieć przed odlotem.

Trafiła mu się wymagająca, przecież nikt nie będzie wypytywał ochroniarza. Ale nie miał nastroju na kłótnie.
- Zna się na broni, czasem przesadza z procedurami, skłonny do szybkiego sięgania po broń. Z mniej chlubnych cech pewna ciągota do alkoholu, okazjonalny hazard.
Skinęła głową.
- A jak mu się w takim układzie żyję pod literkę korporacyjnych norm i w ogóle z przysłowiowym kijem w tyłku? – dopytywała się.
Wzruszył ramionami.
- Robi swoją robotę, nie narzeka. Zresztą to chyba powinno być pytanie do pani dyrektor, jakie ma do tego podejście? W końcu to ona go trzyma i zawierza mu życie.
Zamyśliła się.
- Pani dyrektor jest młoda jak na swoje stanowisko, nawet na standardy Chiss. Korporacje nie są aż tak rasistowskie ale i tak nie było jej łatwo. Podejrzewam, że może mieć ograniczone zaufanie do części swoich współpracowników, stad nie do końca konwencjonalny ochroniarz. – powiedziała w końcu. – Ponadto pewnie kontroluje jego hazardowe przygody, to byłoby za łatwe dojście dla kogoś kto chciałby jej zaszkodzić. Wrobić pana Rena w wielkie długi i przez niego dobrać się do niej.
- Młoda i naiwna, pełna ideałów? A może bezlitosna oportunistka skłonna wykorzystać każdą okazję?
- Idealistki siedzą w laboratorium i za kulisami, nie zostają dyrektorami, jednak myśle że umie całkiem dobrze udawać miłą jeśli chce.

Skinął głową.
- A jak kontroluje jego hazardowe przygody? - ta zabawa zaczynała mu się nawet podobać.

Zamyśliła się na chwilę.
- Na początek wystarczyłby dostęp do operacji na jego koncie, to da się dość łatwo uzyskać na jej stanowisku, a nawet jeśli nie dobry slicer jest w stanie sam je wydobyć. Myslę, że ona jest dobrym slicerem choć sie tym nie chwali. To zapewne dałoby jej wgląd w to w jakich miejscach grywa. Potem zostałoby wypłacanie pewnej sumki komuś z obsługi tamtego miejsca żeby donosił jej o większych wygranych lub przegranych.

- Brzmi sensownie - spojrzał na chwilę gdzieś w bok - Co jeszcze by można…? Ich wzajemne stosunki, co o tym sądzisz? Czy łączy ich tylko kontrakt, czy wypracowali jakieś głębsze relacje między sobą?

Uniosła brew.
- Zależy. Jak bardzo towarzyski jest pan Ren? Ma jakąś rodzinę?

Marco podrapał się po brodzie.
- Hmm… nie ma, a przynajmniej nie rozmawia o rodzinie. Ale lubi towarzystwo - bez specjalnego skrępowania otaksował Blue wzrokiem - Zwłaszcza kobiet.

Oczy Blue stały się większe, przez chwilę wpatrywała się w Marca, po czym spuściła wzrok trochę spłoszona, a policzki przybrały odrobinę ciemniejszy odcień błękitu. W tej chwili zupełnie nie przypominała ambitnej pani dyrektor.
- Hmmm… – odchrząknęła, usiłując zmusić swoje struny głosowe do współpracy. – Myślę, że tę część jego życia też by monitorowała… – mruknęła skupiając się znów na chwilę na ekranach.
Flirtować mu się zachciało. Mężczyźni, doprawdy. Dlaczego  nikt tutaj nie traktował pracy poważnie. Mieli się znaleźć w środku terytorium wroga, jeśli ich przykrywki upadną to będzie koniec, ucieczka nie wchodziła w rachubę, po prostu nie było gdzie.
- Amer’len’ir D’han… jest pod tym względem ciekawa. Jej imię i nazwisko brzmi z Cheunh, więc zapewne urodziła się w Dominium. Pytanie czemu wciąż tam nie siedzi, oni… znaczy się inni Chiss nie opuszczają Dominium jeśli nie muszą. Znaczy się tak słyszałam. – mówiła szybko, starając się skupić na pracy. – Jednak cokolwiek zmusiło ja do opuszczenia domu jest tu raczej zupełnie sama i zdana na siebie. Pytanie czy zostało jej iście Chissowskie poczucie wyższości, podobno ci z Dominium są gorszymi rasistami niż Imperium, nie traktują nikogo kto nie jest Chiss jako równorzędnego partnera. Myślę, że to mogło jej zostać tak jak i ostre parcie na sukces. Tutaj będę musiała uważać, nigdy nie miałam dostępu do szerokiego opracowania kultury Dominium Chiss, myślę jednak że trochę już zaczęła się przystosowywać... – powoli odzyskiwała pewność siebie. – Więc pod tym względem jest raczej skomplikowana. Zapewne okropnie samotna ale z nosem za wysoko by nawiązywać prawdziwe relacje. Pan Ren… w jakimś stopniu musi mu ufać. Nie bardzo ma komu innemu.

Mandalorianin wykrzywił usta w uśmiechu. Ładnie wyglądała gdy się rumieniła.
- To całkiem ciekawe, zwłaszcza, że nigdy nie spotkałem nikogo z twojego ludu. To miło, że mu ufa. Na pewno ma podstawy - splótł ręce na piersi i wyciągając przed siebie nogi wygodniej oparł się na krześle, nie przestawał się uśmiechać - Choć ciekawi mnie jak kontroluje tą część jego życia?
- Tak żeby się nie zorientował, to najlepszy rodzaj kontroli – odpowiedziała lekko, przekrzywiła przy tym głowę. Cóż, chyba Marco jednak umiał sobie radzić w sytuacjach społecznych. Pytanie jak to wychodziło w praktyce. – I ja też nigdy nikogo z Chiss nie spotkałam, podobno są rzadcy, nie ruszają się z domu. – W rzeczywistości niewielu wiedziało gdzie jest Dominium, w aktach tego nie było. –Za to słyszałam kiedyś jak mówią, było trochę audio w kursie Cheunh, mają ciekawy sposób wymowy. – dodała ożywiona.

Marco zamrugał zdziwiony, a uśmiech zastąpiła konsternacja.
- Czekaj, chcesz powiedzieć, że nauczyłaś się swojego języka z kursu?

- No… tak. Chociaż to nie mój język, to język mojej rasy. – stwierdziła uciekając wzrokiem w stronę ekranów. – Długo właściwie jesteś z Rebelią?

- Eee… jakieś półtora standardowego miesiąca - odparł nieco zbity z tropu zmianą tematu.
- A twoi rodzice nie mogli cię nauczyć? Język daje poczucie przynależności. - najwyraźniej nie porzucił go jednak.

Świeżak, pewnie jeszcze nie sprawdzony.
- Pewnie by mogli, ale nigdy ich nie poznałam. – odpowiedziała szybko, przesuwając dłonią obrazy na holoekranie. –A co języka masz rację, trochę, chociaż ja bym powiedziała, że to szersze zagadnienie, nic nie mówi tak wiele o kulturze jak język. O Cheunh mówi się, że ludzie nie są w stanie nim mówić, trochę przesada moim zdaniem, chociaż owszem jest wymagający w wymowie no i słownictwo wymaga wprawy w analizie czasami dość szerokich korelacji. Mando’a zdaje się jest dla was trochę święty, prawda?

- W pewnym sensie. Mando’a, to coś co łączy Mandalorian. Podobnie jak klan, kultura i tradycje. Pomimo tysiącleci wpływów i różnych kultur, które podążyły za naszymi wartościami, Mando’a się nie zmienił.
- Czyli dobrze spełnia rolę nośnika kultury. Kiedyś rozważałam uczenie się go, ale po dokładniejszemu przyjrzeniu się sprawie uznałam, że to mogłoby być uznane za brak szacunku.

Zmrużył oczy, co tylko wyraźniej podkreślilo jego wory pod oczami.
- Taaak… w dawnych dniach niewielu obcych znało Mando’a i można było zarobić bolt jeśli odezwało się w nim do mandalorianina. Teraz to rzadkość, ale wciąż można spotkać takich ludzi. - podrapał się po policzku - A skąd w ogóle wiedziałaś, że jestem mandalorianinem?

- Ordo to klan dość szeroko opisywany w historii, zwłaszcza za czasów Wojen Mandaloriańskich. Skojarzyłam z lekcjami historii, otrzymałam dość staranne wykształcenie a to żeby wiedzieć i kojarzyć było jego ważną częścią - uśmiechnęła się trochę nieśmiało. -. Oczywiście to mógłby być przypadek, jednak przy noszeniu  nazwiska Mandaloriańskiego klanu i nie byciu Mandalorianinem szacowana długość życia nie jest zbyt… imponująca.

- Jestem pod wrażeniem - i mówił szczerze - Mało kto grzebie się w tych starych historiach. - spojrzał gdzieś w bok by za chwilę wrócić do niej wzrokiem - Pytałaś jak długo tu jestem. Mnie bardziej ciekawi czemu tu jesteś?

- Ja… pewnego razu wpadłam na ślad zamachu na generała Dodonnę, wmieszałam się w to i potem tak jakoś z nim zostałam. - odparła, znów spoglądając na niego. – Co ciebie skusiło do zasilenia szczytnej sprawy?

- Praca - zmarkotniał - Jeden z waszych szpiegów wynajął mnie do eskorty i imperialni ją przydybali. Z marszu uznali mnie współspiskowcem.

- To twoja pierwsza akcja terenowa dla Rebelii?

- Jeśli nie liczyć szturmowców, których załatwiłem by chronić tamtą dziewczynę, choć z perspektywy czasu rozsądniej było odpuścić - dodał właściwie do siebie - I mnóstwa problemów by dostarczyć ją w bezpieczne miejsce, to z grubsza tak. Misje zwiadowcze na tym wygwizdowie się nie liczą?

Zamknęła oczy i przez chwilę pocierała palcami nasadę nosa w milczeniu.
- Ciekawe jak jest z pozostałymi, ale jeśli schemat jest podobny to Wywiad chyba raczej nie spodziewa się że wrócimy. To znaczy… jesteśmy zbędni. Niewiele tracą jeśli ktoś nas odstrzeli na Lannik albo Kashyyyk.

- Wesoła myśl - rzucił sarkastycznie - Jedyne co pozostaje to załatwić jak najwięcej gdy do tego przyjdzie. I bynajmniej nie dla Rebelii. Zwyczajnie nie zamierzam tanio sprzedać skóry.

- Można też przeżyć i wykonać zadanie. Wywiad czasem się w końcu myli.

- Lub odejść i nie wracać. Galaktyka to spore miejsce.

- [Skoro tak to czemu dotąd nie odszedłeś? Albo nie odmówiłeś zadania?

- Raz, nie pozwoliliby mi. Potencjalny donosiciel, to nie jest coś co mogliby wypuścić. Dwa, Imperium wyznaczyło nagrodę za moją głowę. Jak ucieknę, to Rebelia zrobi to samo. Galaktyka jest duża, ale nie dość, gdy szuka cię wystarczająco wiele osób. A niektórzy są w tym naprawdę nieźli.

- Więc po co ta gadka?

- Jakkolwiek nędzna to opcja, to też jest możliwa, tylko tyle.

Przez chwile milczała.
- Takiego zadania jakie mamy przed sobą nie da się zrobić samemu, potrzebna jest grupa. Żeby grupa funkcjonowała skutecznie potrzeba minimalnego zaufania, chociażby takiego że każde chce wykonywać swoją pracę i będzie to robić kiedy zajdzie potrzeba. To nie jest tak, że jesteśmy samotnymi słupami przy drodze z burzliwą przeszłością. Jesteśmy filarami jednego budynku. jak ktoś nagle postanowi się wyłamać wszystko zwali się nam na głowy. – oznajmiła patrząc mu w oczy poważnie. – Więc mam nadzieję, że kiedy przyjdzie co do czego będziesz w stanie nie skorzystać z tej nędznej opcji.

Blue swymi słowami starła mu uśmieszek z twarzy. Znów przesunął się na krześle, oparł ręce na kolanach i spojrzał na młodą Chiss, a mętne spojrzenie zdawało się zniknąć.
- Ustalmy coś, nie jestem tu dla żadnych wzniosłych idei. Nie wierzę, że ta wojna jest bardziej słuszna niż którakolwiek inna. Mój lud wielokrotnie się mieszał w wojny, które uznawał za słuszne i z perspektywy czasu mogę powiedzieć śmiało, że mandalorianom nie wyszło to na dobre. I choć pewnie co bardziej fanatyczni mandalorianie nazwaliby mnie dar'manda, to mam własny honor. Zrobię swoją robotę do końca i jak będzie okazja, to ruszę w swoją drogę - znów wygodnie odchylił się na krześle i znów zdawał się rozluźniony - Ale jeśli wolisz czuć się pewniej, możemy zawrzeć umowę. Zawsze dotrzymuję umów, możesz zapytać o to Limę Syl, chyba jeszcze nigdzie jej nie wysłali. Oczywiście jeśli to zrobimy, będę oczekiwał zapłaty.

- Nie ja zleciłam ci to zadanie, nie zamierzam się też z tobą o nic targować. A to co chciałam wiedzieć w sumie już wiem - odpowiedziała spokojnie, a następnie wróciła do pracy.

Delikatny grymas pojawił się na chwilę na jego twarzy. Chyba zawodu, najwyraźniej liczył na dodatkowe profity.
- No i świetnie - wzruszył ramionami - Więc, to już wszystko?

-Na razie, jeśli znajdę coś ciekawego, dam ci znać. - odparła z za swojej półprzezorczystej zasłony.

 

Czasami zupełnie zatracała się w pracy, jak w innym świecie, wzrok tańczący po bladych ekranach. To było dla niej jak podróż po nitce przez ciekawy, nieznany świat. Były w  nim na przykład takie perełki jak powiązania z wywiadem prezesa Cybot Galactica Zolo Werberga, zwłaszcza z Ysanne Isard. Zlecenia na robota zabójcę od Wielkiego Inkwizytora Antinnisa Tremayne’a, albo współpraca z Kuat Drive.
Tak się trafiło, że kilka tych rzeczy wydawało się ważne dla ich wyprawy. Po kilku godzinach odwróciła jeden z ekranów w stronę Marca.
- To może nas dotyczyć.
Miał przed sobą kilka urywków z wymiany korespondencji.
Jedna dotyczyła doktora Kinesworthy’ego i jakiegoś przyszłego projektu dla nieznanego Moffa marzącego o nieśmiertelnym ciele z nadludzkimi możliwościami.
Inna dotyczyła wysłania na Kashyyk Alaris Primmnial, jednej z najbardziej utalentowanych cybernetyczek firmy.
Ostatni łańcuszek dotyczył Działu Rozwoju i zlecenia opracowania mózgu dla myśliwca droida, który byłby w walce sprawniejszy niż wcześniejsze takie maszyny.

Przez czas gdy Blue była zajęta grzebaniem w holonecie, Marco rozciągnął się na łóżku i zdawał drzemać. Nie spał jednak, bo podniósł się jak tylko Blue się odezwała. Wpatrywał się we wskazane fragmenty.
- To może dawać pewien pogląd na to co robią na Khasyyyk pod kierownictwem Kinesworthy’ego - odparł spokojnie - Myślisz, że mogłabyś wykorzystać te informacje by przepchnąć nas na miejscu? Wiesz, przysłanie nowych ludzi, sprzętu itd.

Uniosła brwi.
- To wy nie… a no tak. Przepraszam. - na chwilę zakryła twarz dłonią. Skąd mieli wiedzieć, skoro nie powiedziała tego, normalne istoty rozumne nie czytają kwartalnika cyberlekarza do kawy. - Kinesworthy to jeden z najlepszych i najbardziej kontrowersyjnych lekarzy zajmujących się cybernetyką. Był medycznym konsultantem Generała Grivousa w czasie Wojen Klonów i odtąd stawia go za wzór przy swoich pracach. Środowisko naukowe zaczęło go bojkotować odkąd rozeszły się podejrzenia, że najchętniej wyjąłby każdemu mózg i wsadził go w cyberciało. Mimo to jego wczesne prace o ograniczeniu odrzutów implantów wciąż są bardzo cenione.
W sumie to było chyba najlepsze podsumowanie tego co wiedziała o ich celu. Powinna była to zrobić na odprawie.
- Większość tego co teraz wykopałam, przyda się bardziej na Kashyyyk niż Lannik. Ale ogólnie zawsze lepiej wiedzieć po co oficjalnie pani dyrektor mogła tam lecieć. Fabryki droidów-myśliwców to łakomy kąsek dla planetarnej gospodarki.
- Tak, tak - machnął niedbale ręką - Już to mówiłaś, niezrozumiany geniusz, wizjoner, świr czy cokolwiek - dorobek doktora Kinesworthy’ego nie zdawał się robić na Marcu wielkiego wrażenia - Masz tam coś co może być użyteczne?

Wszystko, zależy od tego kogo tam spotkamy – pomyślała, przeglądając listę.
- Najbardziej będzie chyba sprawa z myśliwcami, w końcu podchodzi pod departament Pani Dyrektor i jeśli miałaby zakładać nową filie to pod nie. Plus jest to niezły pretekst żeby dostać się na jakieś lądowisko, do kosmoportu albo żeby żądać dostępu do ich kontroli lotów.

- Z tym może będę w stanie pomóc. Swego czasu miałem okazję poznać procedury imperialnych placówek.

Uśmiechnęła się krzywo.
- Witaj w klubie - odparała krótko, po czym wróciła do swoich ekranów. - Zobaczymy co zastaniemy na miejscu.

- Taa… nie ma się co przesadnie martwić. Do zbiórki zostało jeszcze trochę czasu, jak chcesz możesz tu sobie posiedzieć i odpocząć. Ja skoczę chyba coś przegryźć przed odlotem.

Skinęła głową, akurat musiała się przebrać więc jego wyjście było jej nawet na rękę. Nie żeby styl ubioru pani dyrektor różnił się za bardzo od tego co nosiła Blue, ot rzeczy które dostała od Winter razem z oficjalnymi dokumentami były droższe i nowe. Jak to kiedyś mawiał Yellow, kwestia była raczej w tym jak należało je nosić.
- Dziękuję, skorzystam – odparła z uśmiechem.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

oV4XZFB.pngQiBiUN6.pngBrOZR9n.png

 

Adon'Rihe,  Lulu Banks i HK-78

 

 

Lulu była podejrzanie wesoła, gdy szli razem z Ando i HK, w kierunku lądowiska. Blondynka zostawiła tam swoje pudło, w którym trzymała wszystkie graty, włącznie z wyświechtana talią pazzaka, na którego akurat nabrała ochoty. Kątem oka zerkała na towarzyszącego jej Twil’eka i pozwalała sobie ocenić go wzrokiem. Może rzeczywiście jakaś głupiutka aktoreczka złapałaby się na ten tyłek. Wzruszyła ramionami do swoich myśli i uśmiechnęła się szerzej.

- Sorry, że akurat ze mną utknąłeś –  Lulu puściła oczko do mechanika i splotła dłonie zakładając je za głowę. Krok miała lekki, wydawało się, że sztuczna noga nie przeszkadza jej w poruszaniu się i nie wyglądałoby jej ciążyła.

- Ale hej, to będzie zabawa, nie? Musimy tylko ustalić kilka kwestii jak Winters prosiła. Myślałeś już nad tym kim ma być Direk Karawna? W ogóle, jak ja, znaczy Esme do Ciebie mówi? Ptysiu jakoś dziwnie brzmi, nie?

- Może coś nawiązującego do koloru skóry? Czerwień nie jest zbyt popularna, więc i zdrobnienie nie powinno. A i nie mam nic przeciw, że z wami utknąłem. Masz ciekawego droida. Z chęcią bym się mu bliżej przyjrzał… Ale… wróćmy do tego co istotne. Direk będzie kiepskim reżyserem. Myślę, że najlepiej by było gdyby był urodzony i wychowany na statku. Taki trochę światowy bez stałego miejsca. Trudniej takiego zweryfikować. Pytanie czemu Esme miałaby lecieć na kiepskiego reżysera… Może jest jego aktorką?

- Niby taki sex z korzyściami? Ona się z nim bzyka, a on jej daje rolę, czy raczej ona uległa czarowi swojego reżysera i świata poza nim nie widzi? - Dziewczyna wydawała się bardzo dobrze bawić tą sytuacją.

- A nie może być jedno i drugie? - Adon uśmiechnął się kącikiem ust, ale swoją postawą raczej nie podzielał dobrego nastroju towarzyszki. - Dorzućmy do tego, że jeszcze ma żonę i zdradza ją z aktorką, a ta chce żeby on się rozwiódł i został z nią. Scenariusz na kolejną holodramę gotowy.

- Nie noooo.. Powinieneś się tym zająć zawodowo - jej śmiech był zaraźliwy

 

- Dobra, ja stwierdzam, że Esme ma muchy w nosie i na pewno jest idiotką.

- Bo poleciała na kogoś takiego jak ja? - Wtrącił się w zdanie Adon

Lulu przechyliła głowę i opuściła ręce wzdłuż ciała. Zmarszczyła czoło.

- Tak, to zabrzmiało? Wybacz, nie chciałam.

- Nie ma za co. To było po prostu pytanie. Czemu jest idiotką?

- Hmmm - dziewczyna mruknęła pod nosem i znów się uśmiechnęła - a co, nie pasuje Ci to do profilu aktorki grającej w marnej jakości holodramach, która nawiązała romans ze swoim reżyserem doskonale zdając sobie sprawę, że ten ma żonę, a co więcej dalej ułudnie wierzy, że on rzeczywiście zostawi tą żonę dla niej?

 

Droid, podążający za omawiająca swoje role parą i milczący jak do tej pory, w końcu przemówił chrapliwym głosem syntezatora mowy

- [UWAGA] Udawanie organicznej samicy chcący poprzez wejście w dobre łaski reżysera poprawić własną, potencjalnie niską, pozycję społeczną będzie dalece bardziej wiarygodne dla innych niż ‘prawdziwa miłość’. Wory mięcha są zawsze podejrzliwe jeśli chodzi o szczerość pozytywnych relacji, ale są zawsze gotowi uwierzyć że dwójka organicznych wykorzystuje się nawzajem.

- Hmm… - Adon zamyślił się na chwilę - … miłość zaślepia? Może jest naiwna tylko w stosunku do niego? Ale fakt, że nie kłóci się to z rolą, a granie słodkiej idiotki pomoże, bo nie będą jej podejrzewać o nic. To może ja powinienem być jakimś strojnisiem, czy pedantem, bo tacy też zazwyczaj są odrzucani od podejrzeń?

- Pasowałbyś na strojnisia - chyba lubiła się śmiać, bo znów się roześmiała

 

- Dobra, to ile jesteśmy razem? Bo to są pytanie, które ktoś nam może zadać.

- No nie wiem… zależy… W sumie od Ciebie, bo to Ty jesteś młodsza. Jakbym rzucił zbyt długi czas, to jeszcze bym wyszedł na pedofila.

- [STWIERDZENIE] Nie byłoby to całkowicie wykluczone. Organiczni samce są znani z poprawiania swojej własnej wizji statusu i podawania zachciankom wrażliwego ego poprzez pokazywanie się z młodszą partnerką, chcąc okazać się ‘lepsi niż inni’

- Ej! Aż taka małolata, to ja nie jestem - wydęła wargę robiąc obrażoną minę, jednak zamyśliła się - A myślisz, że ile może się taki romans ciągnąć, dwa lata, trzy max chyba, nie? W sumie to nie wiem bo nigdy nie miałam takiego. - Wzruszyła ramionami i zrobiła wyjątkowo głupią minę.

- Ja też nie… Dwa lata? Dzięki temu powiedzmy mogli się już trochę poznać. No i mogą już mieć trochę doświadczenia w zacieraniu śladów po swoich ekscesach. To nam da dodatkowy atut, że chcemy robić rzeczy po cichu. Chipy z kredytami zamiast transferów pieniędzy… W sumie całkiem niezła przykrywka.

 

- Super! A co z nami robi droid? - w końcu przypomniała sobie, że częścią przykrywki ma być HK.

- A skąd ja mam wiedzieć? To Ty go ze sobą wszędzie tachasz. - Adon rzucił z prawie autentycznym oburzeniem w głosie - I co, może być? - Zapytał na koniec z ciekawością.

Lulu przez chwilę zupełnie zbita z tropu przyglądała się Adonowi, by po chwili wybuchnąć śmiechem.

- Pięknie kochanie - pokiwała głową z uznaniem - Dobrze, droida zostaw mi.

- [UWAGA] Pani, muszę się nie zgodzić. Biorąc pod uwagę detale jakie ustaliliście, ma o wiele więcej sensu żeby droid protokolarny należał do reżysera, kogoś kto prowadzi życie w relatywnie zorganizowany sposób i prowadzi rozmowy biznesowe z innymi, niż do aktorki/kochanki która z nim podróżuje. Nie mamy czasu by zmienić moją obudowę na coś eleganckiego i niepraktycznego, co skreśla opcję podania mnie za drogiego, luksusowego droida którego Direk podarował Esme - to zostawia jedynie udawanie że to czerwonoskóry wór miecha mi wydaje polecenia. Będę starannie ukrywał wstręt jaki wzbudza we mnie ta idea, na potrzeby misji.

- Hmmm… Na początek to będziemy musieli popracować nad Twoim słownikiem, bo określenie “wory mięcha” zdecydowanie jest mało eleganckie i nie pasujące do droida który pomaga w rozmowach biznesowych. Ale poza tym to wcale nie musisz być prezentem ode mnie. Możesz należeć do niej i być od na przykład rodziców.

- [ODPOWIEDŹ] To nie rozwiązuje problemu - po co aktorce Esme droid protokolarny? Jako prezent więcej sensu miałby droid służebny. Droid protokolarny należący do reżysera rodzi mniej pytań. A zwroty do organicznych ograniczę do “Pan”, “Pani” - wokabulator rdzawego droida wydał z siebie odgłos obrzydzenia - Nie cierpię tego słowa...

- Masz fascynujące algorytmy behawioralne. Nie wiem czy ktoś Ci kiedyś zwracał na to uwagę. Jakie jest Twoje oznaczenie, kto Cię wyprodukował? - Adon ponownie z uwagą lustrował droida obchodząc go dookoła.

 

Lulu obserwowała ten dziwaczny taniec godowy w wykonaniu Ando i nie była w stanie zapanować nad twarzą. Szeroki uśmiech ozdobił jej wargi.

- [DEKLARACJA] Jestem HK-78, owoc linii produkcyjnych Korporacji Czerka. Owoc dalece bardziej zaawansowany niż jakikolwiek inny droid - o worach mięcha nie wspominając./

- Tak… zdecydowanie masz fascynujące algorytmy behawioralne. Będę musiał o Twojej linii i producencie trochę więcej poczytać, co by Cię poznać.

- [KPINA] Oczywiście. Przecież informacje o utrzymywanej w sekrecie linii droidów tworzonej przez korporację powszechnie znaną z zajmowania się nielegalną działalnością będą dostępne w holonecie. Zaraz obok oficjalnej listy zbrodni Imperium./

Lulu cicho parsknęła cichym śmiechem, a Adon uśmiechnął się łobuzersko do droida.

- A kto powiedział, że będę czytał holonet?

Zwracając ku Twi’lekowi pomarańczowe światła sensorów optycznych, HK tylko wzruszył ramionami

- [STWIERDZENIE] Ode mnie nie dowiesz się niczego więcej. Mój rdzeń pamięci wciąż nie jest w pełni naprawiony, obawiam się. Do dość irytujące - być zmuszonym wykonywać swoje podstawowe funkcje bez pełnych danych.

- No i to jest coś na co możemy zaradzić mój rdzawy przyjacielu. - Adon przyjacielsko poklepał droida po ramieniu

 

- Ale… wracając do tematu. Jakieś jeszcze pomysły?

- Nieeee nooo, nie krępujcie się. Mam was zostawić samych? Znaleźć jakiś ustronny kącik? - kobieta założyła ręce na piersi popatrując na swoich towarzyszy wyraźnie rozbawiona.

- Będziemy mieli wyjątkowo dużo czasu później. Teraz trzeba się spakować na wyjazd…

- Czyli droid jednak jest własnością Esme, tak? - zapytała by się upewnić i by czasem nie było jakiś niedomówień.

- Mi to wszystko jedno. - Odpowiedział Adon - Wasza decyzja.

- [STWIERDZENIE] Bardzo dobrze, zatem droid protokolarny należy do Esme. Musimy jeszcze wybrać inne oznaczenie - jak czerwony wór mięcha zwrócił uwagę, HK nie jest typowym, czy znanym, oznaczeniem droida protokolarnego. To może wzbudzić podejrzenia./

- Ale nie patrzcie na mnie - pilot wzruszyła ramionami - jakbyście mnie zapytali o statki lub ścigacze, to luuz, ale na droidach to ja się znam jak… no może nie będę mówiła na głos - uśmiechnęła się szeroko.

- Ale nie możemy też używać znanych oznaczeń, bo są zbyt łatwe do zweryfikowania. W ogóle jeżeli ktoś by Cię wziął do sprawdzenia to będzie w stanie wyciągnąć producenta i numer modelu z oprogramowania, więc nie ma sensu tu zmyślać. Będą w stanie potwierdzić Twoje oznaczenie, ale nic się o nim nie dowiedzą, bo jak sam powiedziałeś nie jest to takie łatwe.Raczej będą zaciekawieni Tobą. Pełno jest typów droidów których w życiu nie widziałem i zapewne pełno takich o których nie słyszałem.

 

- Czyli co? Dalej nie wiadomo co zrobić z droidem protokolarnym? Zresztą, - zaczęła Lulu i zatańczyła na piętach z nudów - jeśli Esme to idiotka, równie dobrze, może nie wiedzieć co za sprzęt kupiła.. No wiecie.. - odchrząknęła i uśmiechnęła się najgłupiej, jak potrafiła - To mój droid, jaki model? Czerwony, nie widać? - odparła na niezadane przez nikogo pytanie kładąc jedną dłoń na biodrze i przenosząc ciężar ciała na drugą nogę w dość wyzywającej pozie.

Droid dłuższą chwile nie wydawał z siebie żadnego dźwięku - analizując bądź zwyczajnie zastanawiając się nad czymś.

- [STWIERDZENIE] Możemy też odrzucić całą ideę przykrywki droida protokolarnego i po prostu podać mnie za to czym faktycznie jestem - za droida bojowego, z zadaniem ochraniania Esme, co byłoby wiarygodne, biorąc pod uwagę niski poziom jej inteligencji. Choć wolę ukrywać swoje talenty w eliminacji organicznych. Wyraz zaskoczenia na twarzach kiedy pierwszy strzał z blastera przepala się przez ich wodniste wnętrzności jest tego wart.

- Ale po co głupiej aktoreczce podrzędnych holodram droid ochroniarz? - zmarszczyła brwi zastanawiając się nad jakąś logicznym powodem.

O ile pierwsze stwierdzenia droida były zaskakujące, szczególnie biorąc pod uwagę opis jakim uraczył zabijanie, o tyle pytanie zadane przez “Esme” było już łatwe.

- Ode mnie… albo sama sobie kupiła. Twoja noga… Straciłaś ją jakoś. Może jakiś psycho fan? To by usprawiedliwiało chęć obrony przed kolejnym atakiem czułości takiego. - Nie pozostawiało to jednak wątpliwości, że Adon musiał zerknąć w oprogramowanie droida, bo coś z nim było zdecydowanie nie tak… moduł sadysty?

- Och kochanie, kupiłeś mi droida? Jednak Ci na mnie zależy!- Lulu puściła oczko do czerwonego przedstawiciela Twi’leków. Ta przykrywka zaczynała się jej podobać.

 

- Ale HK.. lepiej nie wymawiaj podobnych stwierdzeń na głos w przyszłości, może nam to przysporzyć problemów - upomniała rdzawego droida.

- [ODPOWIEDŹ] Oh, bardzo dobrze, pani - szorstki głos modulatora mowy. - Na potrzeby tej maskarady powstrzymam się od pytania o twoje potrzeby eliminacji innych worów mięcha, jak również uwag na temat generalnej miękkości organicznej tkanki. To będzie ciężka próba, ale podołam - dodał, z czymś co można tylko nazwać parodią smutku w syntezowanym głosie.

 

Lulu przytaknęła tylko i wróciła wzrokiem do Adona.

- To jak, wszystko ustalone?

- W sumie… To nawet niekoniecznie musisz sobie zdawać sprawę z jego funkcji bojowych. Dostałaś go ode mnie i dla Ciebie może będzie, nie wiem, po prostu słodkim prezentem, a to teoretycznie ja będę wiedział o jego możliwościach. Mając taką młodą kochankę trzeba dbać o jej zdrowie… szczególnie, że jesteś też moją topową aktorką.

- Dobra, to co, spotykamy się już na płycie przed odlotem? Ja bym się spakowała i ogarnęła, co trzeba ogarnąć przed drogą - przewróciła oczami i cicho jęknęła gdy coś przyszło jej do głowy - będę musiała zamówić jakieś durne kiecki. No ale nieważne… potem pogram trochę w pazzaka, jakbyś miał ochotę na towarzyską partyjkę to zapraszam - posłała wesoły uśmiech w kierunku mechanika - HK idziesz ze mną?

- [ODPOWIEDŹ] Oczywiście. Muszę sprawdzić czy znajdę kilka porządnych granatów na drogę. I poćwiczyć udawanie… pospolitego droida - z modulatora rozległ się odgłos obrzydzenia.

- To ja też idę się spakować. HK zgraj nasze ustalenia do pliku i prześlij do Winter. Widzimy się na płycie. - odpowiedział Adon.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Port kosmiczny,

Planeta Daalang, Mid Rim

1 ABY

 

Kosmoport na Daalang nie różnił się zbytnio od tego typu miejsc rozsianych po całej Galaktyce. Nie był jednak tak obszerny, ani nie został przystosowany do obsługi dużej ilości statków, ale też sama Daalang nie była ważną planetą. Kosmoport miał trzy główne wejścia, na tyle obszerne, by mogły przez nie przejeżdżać pojazdy z różnymi ładunkami i około dziesięciu mniejszych wejść przeznaczonych wyłącznie dla ruchu pieszego. I to właśnie tymi mniejszymi wejściami agenci Sojuszu dostali się na teren kosmoportu. Każda grupa innym, zgodnie z wytycznymi Winter. To minimalizowało ryzyko niepowodzenia całego planu, na wypadek gdyby ochrona zdemaskowała którąś z grup. Sama ochrona portu kosmicznego stanowiła mieszankę imperialnych szturmowców, ochrony zatrudnionej przez kosmoport z ich logiem na mundurach i kilku pracowników firmy zewnętrznej. Mimo tak barwnej zbieraniny i pozornie dużej liczebności ochroniarzy, Rebelianci szybko przekonali się, że ilość wcale nie idzie w parze z jakością. Dane identyfikacyjne były sprawdzanie wybiórczo i niechlujnie, zarówno przez pracowników firmy zewnętrznej i kosmportu, jak i żołnierzy Imperium. Tak, Daalang to nie było Coruscant i nikt nie spodziewał się tutaj obecności jakichkolwiek organizacji terrorystycznych, w tym członków i sympatyków Sojuszu.

W miarę jak przemierzali kosmoport, kierując się do lądowiska, na którym czekał ich transport, ilość podróżnych malała, a rosła ilość szturmowców i agentów ochrony kosmoportu. Zdecydowanie bardziej stawiano na bezpieczeństwo VIPów niż zwykłych obywateli Imperium podróżujących po Galaktyce. Nim Blue i Marco, a także Lulu, Adon i HK dotarli do właściwego lądowiska, ich ID były trzykrotnie sprawdzane, czwarty raz tuż przed samym wejściem na lądowisko. Za każdym razem bezbłędnie przeszli przez kontrole, co oznaczało, że Wywiad Sojuszu wykonał naprawdę mistrzowską robotę. Gdy zaś znaleźli się na samym lądowisku, szybko przekonali się dlaczego ochrona i kontrole, były tutaj tak ścisłe.

Jacht, który na nich czekał był zdecydowanie najdroższym statkiem, jaki widzieli na tej planecie. Sami podróżni też się wyróżniali. Bogate stroje, drogie materiały pochodzące z różnych egzotycznych zakątków Imperium, szyk i klasa sama w sobie. Gdzieniegdzie rzucił im się w oczy jakiś wyższy rangą oficer, to dostrzegli jakąś twarz, która skądś wydawała im się znajoma, ale nie potrafili dokładnie określić skąd. Wiedzieli jedno – „Klejnot Naboo” był statkiem, który leciał ze światów Jądra, zatem zdecydowana większość podróżnych, których widzieli wchodzących na pokład, nie wsiadała z Daalang, najzwyczajniej w świecie, wyszli rozprostować kości przed dalszą podróżą i postawić stopę na innym świecie, by pochwalić swym znajomym gdzie to nie byli.

Choć obie ich grupy wchodziły na pokład jachtu innym wejściem, wiedzieli, że swoje kajuty mieli na tym samym poziomie, oddzielone od siebie ledwie kilkoma metrami. To pozwalało zachować konspirację, a dodatkowo gwarantowało możliwość szybkiego wsparcia przez drugą grupę gdyby zaszła taka konieczność.

Niedługo po zakwaterowaniu w ich kajutach, przez interkom poinformowano o wylocie. Delikatne, niemal niewyczuwalne drżenie statku, potwierdziło słowa załogi i „Klejnot Naboo” wzbił się w powietrze, kierując ku wyższym warstwom atmosfery, następnie ku rozgwieżdżonej przestrzeni, by kilka chwil później zniknąć w nadprzestrzeni.

 

 

Liniowiec „Klejnot Naboo”

Pokład rozrywkowy, Czerwone Kasyno

W drodze na Lannik

 

Podróż z Daalang na Lannik miała im zająć około 36 godzin. Po drodze nie przewidziano żadnych przerw, ani przystanków, zatem za półtorej dnia mieli znaleźć się u celu. Przez ten czas mogli korzystać z wszystkich udogodnień i rozrywek, jakie „Klejnot” oferował jak choćby kąpiel w basenie z widokiem na tunel nadprzestrzenny, którym podróżowali, część restauracyjną, czy właśnie Czerwone Kasyno, perłę w koronie „Klejnotu”. Czerwone Kasyno było centrum rozrywki na liniowcu, gdzie można było natknąć się na wszystkich pasażerów, bowiem każdy, choćby na chwilę, choćby z czystej ciekawości, tutaj wchodził. Towarzyskie serce „Klejnotu” oferowało możliwość poszukania szczęścia w hazardzie, znajdowały się tu bowiem stoły do gry w sabacca czy mniej popularnego pazaaka, w którego grywano tylko z szacunku dla historii do tej gry. W Kasynie ustawione były również stoły do dejarika, czy różne automaty do gier. Ale hazard nie był jedyną rozrywką. Gdyby „Klejnot” nie był liniowcem dla klasy wyższej tylko dzielnicą o kiepskiej reputacji, na stołach tańczyłyby roznegliżowane twi’lekianki i przedstawicielki innych ras. Jednak mimo braku tancerek egzotycznych, Czerwone Kasyno potrafiło zapewnić też rozrywkę miłą dla oka i ucha jednocześnie. O tą dbała gwiazda Kasyna, T’araa.

Lulu, Adon i HK, odgrywając swoje role, przechadzali się z wolna po Kasynie, wypatrując Blue i Marco. Przyciągali niemałą atencję i chociaż nikt otwarcie tego nie mówił, ani do nich nie podszedł, to budzili niemałą kontrowersję. Imperium, znane ze stawiania na pierwszym miejscu ludzi, przywykło do tego, że to właśnie ludziom towarzyszą przedstawiciele innych ras w roli kochanków, czy maskotek. W przypadku Lulu i Adona było przecież odwrotnie i to zdawało się kłuć niektórych pasażerów liniowca. Zwłaszcza młodego mężczyznę w czarnym mundurze. Idealnie wyprasowany i ułożony, jakby skrojony specjalnie dla niego. Mężczyzna wyglądał jakby zszedł właśnie z linii produkcyjnej, czysty, elegancki i idealny. Poster boy, to była rola, jaka nasuwała się w pierwszej chwili, kiedy się na niego patrzyło. Dopiero po uważniejszym przyjrzeniu się, cała trójka Rebeliantów dostrzegła na mundurze mężczyzny insygnia generalskie. Tak wysoki stopień, w tak młodym wieku to była niezwykła rzadkość, o ile nie swego rodzaju fenomen. Młody generał nie stał jednak sam, a w towarzystwie dwóch kobiet. Twi’lekanka mająca na sobie odważną suknię, która odsłaniała sporo jej ciała i kusiła, a jednak wciąż pozostawała w dobrym guście i nie była aż tak prowokująca, by nie wpuścić jej do Kasyna, zerkała na Lulu i Adona nieśmiało, z dozą niepewności. Zupełnie inaczej było w przypadku pani porucznik, której spojrzenie w najlepszym wypadku można było odczytać jako dezaprobujące.

- To niewybaczalne - usłyszeli słowa generała. – żeby człowiek tak się przymilał i łasił do obcego… I jeszcze ten droid. Wygląda jak tani zakup z zapleśniałego bazaru w głębokim zadupiu Galaktyki.

 

Blue i Ordo trafili do Kantyny wcześniej niż pozostała trójka ich towarzyszy. Chcieli mieć pogląd na sytuację, na ilość gości, liczbę wyjść i liczebność ochrony. Trzy wyjścia przy pomieszczeniu, które mogło pomieścić niemal wszystkich pasażerów „Klejnotu” to było mało. Nie było wcale trudno wyobrazić sobie co by się działo, gdyby w takiej zbieraninie wybuchła panika i wszyscy rzucili do tych wyjść. Ochronę stanowili szturmowcy, co nie mogło być standardem, chyba, że tym konkretnym rejsem podróżował ktoś naprawdę ważny.

Przechadzając się przez Kasyno, zarówno Marco, jak i Blue zauważyli ich kompanów. Gdy mieli w planach nieśpieszną wędrówkę do punktu, w którym mogli „przypadkiem” na siebie wpaść, drogę zastąpiła im para pantoran.

- Fascynujące - powiedział mężczyzna z zachwytem w głosie, spoglądając z mieszaniną podziwu i naukowej ciekawości na Blue. – Chissanka, tutaj! Jeszcze nigdy nie miałem okazji poznać osobiście nikogo z waszej rasy. Czy można wiedzieć dokąd się pani kieruje?

 

***

 

Kantyna „Rześki Trup”

Planeta Kattada, Colonies

 

Siedziała przy barze, czekając na realizację jej zamówienia. Kolejny raz w przeciągu ostatniej godziny zastanawiała się, czy na pewno dobrze robi biorąc to zlecenie. Sprawa miała być prosta – eliminacja celu. Jak wiele takich zleceń zrealizowała w trakcie swojej kariery? Nie potrafiła ich nawet zliczyć. Nie miała może reputacji Fetta, ale na brak zleceń nie narzekała, podobnie jak na brak stałych zleceniodawców. Jednak nie to powodowało u niej mieszane i, przede wszystkim, złe przeczucia odnośnie tego konkretnego zlecenia. To, co ją martwiło i co powodowało wątpliwości to zleceniodawca.

- Łatwa robota - mruknęła pod nosem, sięgając po szklankę z mętną zawartością, która została przed nią postawiona. – Robota nigdy nie jest tak łatwa jak twierdzi zleceniodawca - odsunęła się od baru i ruszyła w kierunku swojego stolika. – Zwłaszcza kiedy Imperium zleca zabicie jednego ze swoich.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1JYVygs.png

Marco Ordo

 

Marco porzucił swoje znoszone codzienne ciuchy i przebrał się w dostarczone mu ubrania, które miały zwiększyć jego wizualną wiarygodność. Jedynymi elementami jego poprzedniej garderoby zostały wzmacniane rękawice i kabura na blaster. Resztę sprzętu i broni zapakował do bagażu, łącznie z hełem o rozpoznawalnym t-kształtnym wizjerze.

Dodatkowo pod wpływem nieustannie czepiającej się Blue umył przetłuszczone włosy, uczesał i ciasno związał w niewielki kucyk. Przystrzygł też brodę. I trzeba było przyznać, że przyniosło to solidne efekty. Z zapuszczonego rzezimieszka przeminił się w kogoś, kto mógłby uchodzić za poważnego oficera. Niewiele jednak dało się zrobić z jego wychudzoną twarzą, pobladłą skórą i podkrążonymi oczami.

Z takim to wyglądem, podążając zawsze dwa kroki za Blue, zaokrętował się na "Klejnot Naboo".

 

Gdy zeszli do Czerwonego Kasyna, Marco, czy raczej Galen Ren, rozejrzał się uważnie. Nie robił tego bo obawiał się ataku, choć takie przypuszczenia mogły pasować do jego roli. Zauważył przy okazji rozkład wyjść i szturmowców, raczej nietypową ochronę.

Zgodnie z ustaleniami, jako Galen miał być hazardzistą, więc pewnie dobrze byłoby rozegrać kilka partii tego i owego. Ale to też nie było jego głównym zainteresowaniem. To co interesowało go najbardziej, była myśl czy pomimo całej tej otoczki wysokiej klasy i śmietanki towarzyskiej, będzie mógł zdobyć tu jakiś towar. Ostatecznie bogacze wcale nie byli lepsi od marginesu społecznego jeśli szło o używki, seks i hazard. Bywali jedynie bardziej subtelni.

Z rozmyślań wyrwała go dopiero dwójka jakichś snobów weszła im w drogę. Marco, który dotychczas znajdował się cały czas przepisowe dwa kroki za Blue, wystąpił naprzód.

- Zjeżdżaj kolego. To nie zoo, a panna D'han to nie eksponat - warknął na pandorianina wypełniając swoją rolę gbura - Zrób więc grzecznie w tył zwrot i znikaj.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

xc9F4Yd.png

 

Blue

 

Amer’len’ir D’han  często miewała obojętną, niemal maszynową minę, co ułatwiało Blue grę. Mrużyła oczy tak, by zamaskować trochę ich rozmiar i pozbyć się dziecięcego wyrazu twarzy, Nadawało jej to trochę lodowatej aparycji kogoś kto wiecznie kogoś o coś podejrzewa. Plecy proste, broda zadarta, zestawienie sterylnie białej ołówkowej spódnicy i żakietu, oszczędnie zdobionych i zadziwiająco dobrze dopasowanych jak na złapane naprędce przebranie, wyglądało odpowiednio formalnie i dzięki jakości ubrań drogo nadawały jej chłodnego, profesjonalnego wyglądu, jedynym elementem który można było uznać za kokieteryjny były buty na wysokim obcasie w których nogi Blue wyglądały naprawdę dobrze, średnio nadawały się do biegania, ale za to można je było komuś całkiem skutecznie wbić w czaszkę.

Uparła się na to żeby obejrzeć statek, nie mieli na nim przebywać zbyt długo, jednak zawsze lepiej wiedzieć gdzie biec żeby dostać się do kapsuł, moc ocenić czas potrzebny na dotarcie z jednego miejsca do drugiego.

Cieszyła się w duchu z możliwości skupienia się na pracy bo ilość ludzi, z którymi nie bardzo miała ochotę nawiązywać kontakty w okolicy była przytłaczająca. Pantoranie zdecydowanie się do niej zaliczali.

Na chwilę serce jej stanęło i gdyby nie opanowanie pewnie zawstydziłaby się, jej rasa nie była bezpiecznym tematem pod przykrywką, nie była też tematem z którym, Blue czułaby się dobrze. Była jednak w pracy i tu nie liczyło się to jak ona czuje się z pewnymi rzeczami, ale jak czuje się z nimi dyrektor D’han. Na szczęście tu obie miały dość podobne odruchy.

Korzystając z chwili jaką kupił jej Marco, przyjrzała się chłodno parce. Wyglądali drogo i krzykliwie, on starszy, ona mogła być albo jego córką albo zdobyczą, sadząc po tym co nosili mógł sobie pozwolić na zdobycze. Niezależnie od tego kim była dziewczyna, to jej towarzysz był tutaj kluczowym elementem wiec na nim się skupiła. Zachowywał się jak nie do końca dobrze zsocjalizowany Blue. Mimo to był w miejscu gdzie kręciło się wielu Imperialnych, których lepiej było nie obrażać. To, że mógł sobie na to pozwolić wiele mówiło o jego pozycji. Musiał być albo bardzo bogaty, albo bardzo dobry. W obu przypadkach były więc szanse, że słyszała jego nazwisko, gdyby tylko był na tyle cywilizowany żeby się przedstawić zanim zacznie zadawać osobiste pytania.

Przez chwilę rozważała na chłodno co będzie bardziej niewygodne, nawiązać znajomość czy zrobić awanturę. Pantoranie ewoluowali w podobny do Chiss sposób, na zimnej planecie w warunkach ekstremalnych, zapewne więc czeka ją wiele niewygodnych pytań. Z drugiej strony ten mężczyzna zapewne był kimś, zapewne kimś kogo lepiej było znać.

- Dziękuję, panie Ren, poradzę sobie z tym. - zwróciła się do Marca, wyraźnie nie zamierzając ani zganić go za tę uwagę ani za niego przepraszać, bo nie widziała w jego zachowaniu nic złego, wręcz przeciwnie, a potem skupiła lodowaty wzrok na pantoranach. - Sądząc po pańskich manierach nie dziwie się, że nie miał pan okazji poznać dotąd Chiss, panie...?

Edytowane przez mroczek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

oV4XZFB.png

Adon'Rihe vel Dinek Karawn

 

Adon był zadowolony z łatwości z jaką przyszło im się dostać na liniowiec. Widać było, że ktoś znał się na swojej robocie, co z jednej strony budowało, ale z drugiej wywoływało pewne obawy. Skoro bowiem byli tak dobrzy, to co jeszcze mogli osiągnąć i w jakich celach? To była myśl, która miała mu towarzyszyć jeszcze przez spory kawał czasu, ale póki co starali się z Lulu po prostu odgrywać swoje role. Cały pobyt w kosmoporcie i zaokrętowanie musiało wyglądać w miarę naturalnie. Kiedy Lulu odgrywała zapatrzoną w niego on starał się wypatrywać gdzie też musieli się udać w następnej kolejności. Mogli odetchnąć dopiero gdy weszli do swojej kabiny. Adon rozejrzał się po niej szybko i jego wzrok padł na potężne podwójne łoże przeznaczone do igraszek ich romansu. Taaak... z całą pewnością zapowiadała się ciekawa podróż. Jeszcze przed wyruszeniem do kosmoportu Adon ostrzegł pozostałych, że w kabinach mogą być podsłuchy, więc lepiej się było nie zdradzać głupio na starcie. 

Z jednej strony ich przykrywka pozwalałaby im przesiedzieć całą podróż w kajucie pod pozorem dzikiego namiętnego seksu, ale z drugiej strony należało też pokazać się publicznie chociażby dlatego, że każdy z ciekawości obejrzałby liniowiec. Tak więc znaleźli w kasynie. Adona jakoś nie pociągało do hazardu. Jasne lubił sobie zagrać, ale raczej kameralne partyjki ze znajomymi, a nie gry o dużą stawkę. Obserwował więc grających przechodząc obok, ale nie zatrzymywał się na dłużej. Po drodze zgarnął od jednej z kelnerek drinki i podał jeden swojej towarzyszce. Cała ta przechadzka byłaby relatywnie przyjemna gdyby nie byli obserwowani niczym zwierzęta na wybiegu w zoo. To było coś o czym chyba nie pomyślały służby wywiadowcze. Dodatkowo było to zdecydowanym utrudnieniem dla ich zadania i utrudniało nawiązanie kontaktu z drugą grupą. Nikt jednak nie komentował, wszyscy obserwowali, ale nikt nie wyartykułował swoich zastrzeżeń... do czasu. Jakiś laluś musiał się wypowiedzieć... pewnie jakiś model pozujący do reklam imperialnych sił zbrojnych. Jednak nie... widok insygniów zdecydowanie zmienił kategoryzację przeciwnika. Była to osoba, z którą nie należało zadzierać. Ale też Adon nie mógł całkiem zignorować zaczepki, bo jeszcze oficer gotów był to uznać za zniewagę. Musiał jakoś zgrabnie zacząć temat, skomplementować rozmówcę i zakończyć rozmowę.

- Cóź, zawsze mi powtarzano, że mam więcej szczęścia niż rozumu, panie... - Samokrytyka na dzieńdobry, po czym szybki zlustrowanie wzrokiem i zatrzymanie spojrzenia na insygniach - ... ooo... panie generale. Taki stopień w tak młodym wieku jest niezwykle rzadki. Chylę czoła z uznaniem dla umiejętności, bo oznacza kogoś zaiste wybitnego w swym fachu. - Adon pochylił się delikatnie w ukłonie. Pewna doza służalczości zawsze działała zmiękczająco na twardzieli. - Raczy nam pan generał wybaczyć oddalimy się, by naszą obecnością panu nie uwłaczać.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

QiBiUN6.png

Lulu Banks vel Esme Gadluci

 

Kiedy rebelianci lecieli do kosmoportu Lulu, co chwila poprawiała suknię, która wedle niej, zbyt wiele odsłaniała. Spełniała jednak zadanie i w tym stroju nikt, zupełnie nikt, nie zwracał uwagi na jej nogę. Równie dobrze mogłaby jej zupełnie nie mieć, lub mieć mackę zamiast nogi, a i tak nikt by tego nie zauważył. Jej odsłonięty brzuch i plecy przyciągały uwagę. Blond włosy upięła wysoko, co i rusz dotykając dziwnej dla niej fryzury. Lubiła swój prosty warkocz, ale praca ty razem wymagała by wyglądała zupełnie nie jak ona. Wydawało się, że niezadowolenie malujące się na twarzy dziewczyny może zniweczyć ich cały plan, jednak gdy tylko znaleźli się w kosmporocie Lulu przestała być pilotem, a stała się Esme, słodką, śliczną idiotką, zakochaną swym reżyserze. Pikanterii wszystkiemu dodawało to, że jej kochanek nie był człowiekiem. Uśmiechała się szeroko obrzucając imperialnych gwardzistów znudzonym spojrzeniem. HK szedł za nimi, a dziewczyna, tak jak, wymagała tego od niej przykrywka, totalnie go ignorowała. Przechodząc wszelakie niezbędne odprawy Esme mogła sobie pomarudzić po każdej, jak oni mogą ich tak sprawdzać, przecież wszyscy wiedzą kim on i Direk są, a na pewno wiedzieć powinni. Potem ujrzała cudo, którym mają lecieć i jej pilocie serce zatrzepotało. Ten statek był cudowny, istna piękność. Z zachwycaniem się rzeczami, stworzonymi głównie z metalu byli podobni do siebie z Adonem. On podziwiał droidy, ona zakochiwała się w statkach do szaleństwa. Tym razem jednak nie mogła dać upustu swojej radości, nie mogła też zacząć rozmawiać na temat tego cudeńka, na pokładzie, którego mieli podróżować całe 36 godzin! Zamiast więc podskoczyć i pisnąć z radości pozwoliła sobie ująć czerwonego Twil'eka pod ramię i położyć głowę na jego ramieniu gdy wchodzili na pokład

 

* * *

 

No tak, jedno, podwójne, wielkie łóżko. Mogła się tego domyślić. Przewróciła tylko oczami, ale wedle zaleceń Adno, nie skomentowała tego i gdy poprawiła, idiotyczną fryzurę, opuściła kajutę w towarzystwie rdzawego droida i czerwonego Twil'eka. Kasyno, och gdyby tylko Lulu mogła zagrać. Palce, aż ją świerzbiły, ale Esme była idiotką, nie potrafiła grać i najpewniej przegrałaby wszystko co miała przy sobie, dlatego jedynie popatrzyła na stoły z umiarkowanym zainteresowaniem malującym się na twarzy. Esme nie odstępowała swojego kochanka na krok, trzymając go za ramię szła obok ponętnie kołysząc biodrami z każdym krokiem. Jeśli będą zapatrzeni w jej tyłek, nikt nie zauważy sztucznej nogi. A Lulu robiła wszystko by właśnie jej pośladki przyciągały uwagę. Gdy generał odezwał się i skomentował ich oraz HK, machnęła niedbale dłonią i zupełnym przypadkiem jedna z grubych bransoletek zdobiąca jej nadgarstki spadła na ziemię.

- Och - westchnęła Esme i odwróciła się pochylając i całkowicie niechcący prezentując część ciała gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Po tym, krótkim przedstawieniu wyprostowała się i popatrzyła na generała z uśmiechem na pełnych wargach.

- Coś się stało kochanie? - zapytała, jakby zupełnie nie usłyszała słów elegancika wracając spojrzeniem do Dinka.  

 

 

 

Edytowane przez Lunatyczka

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Liniowiec „Klejnot Naboo”

Pokład rozrywkowy, Czerwone Kasyno

W drodze na Lannik

 

Młody generał słuchał wywodu Twi’leka z wyraźną i wcale niemalejącą niechęcią. Adon, widząc, że jego pochlebstwa nie przynoszą efektu, tym bardziej chciał jak najszybciej odejść od młodego oficera. I zapewne by mu się to udało, gdyby nie Lulu. Panna Banks sama w sobie była atrakcyjną kobietą, a dodając do tego makijaż, uczesanie, ubiór i sposób obycia postaci, w którą się wcielała, na efekty nie trzeba było długo czekać. Generał, czy nie, oficer był mężczyzną, a sądząc po jego towarzyszkach, mężczyzną lubiącym otaczać się pięknymi kobietami. Dlatego też, gdy tylko Lulu się wyprostowała kończąc prezentować mu swoje wypięte pośladki, oficer postąpił dwa kroki naprzód. Banks poczuła na swoim biodrze dłoń generała i jego smukłe, wysportowane ciało tuż obok siebie.

- Może, a nawet powinien się pan oddalić - zwrócił się do Adona oschle, tonem jednoznacznie dającym znać, że Twi’lek powinien jak najszybciej zniknąć z jego oczu. – Panią zaś - kiedy spojrzał na Lulu, jego twarz zdobił przyjemny uśmiech. – zapraszam na drinka.

 

HK niewiele miał w tej chwili do zrobienia. Jego oprogramowanie dawało mu wiele swobody i gdyby od jego zachowania nie zależało tak wiele, mógłby na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość za nazwanie go zakupem z zapleśniałego bazaru. Ale grał rolę posłusznego droida protokolarnego, dlatego posłusznie ścierpiał zniewagę z ust generała, który przystawiając się do Lulu i odganiając Adona, stawał się coraz większym utrudnieniem dla ich misji i groził dekonspiracją. Ale HK, nie mogąc wtrącić się do rozmowy swojej „pani”, skupił swoje fotoreceptory na jednostce R2, która podjechała do niego i wydała serię pisków.

Astromech nazywał się R2-D9 i ostrzegał HK, by ten zaprowadził swoich właścicieli do pokoju, dzięki czemu może im uratować życie i oszczędzić nieprzyjemności.  

 

Pantoranin nie zwrócił uwagi na Marco. Zrobił to w pierwszej chwili, gdy ochroniarz stanął pomiędzy nim, a Blue i odpyskował, ale zupełnie stracił zainteresowanie mandalorianinem gdy tylko Blue się odezwała. Pantoranin zdawał się chłonąć każde jej słowo z czystą fascynacją.

- Jiyu - powiedział i skinął nieznacznie głową, co w jego mniemaniu miało być ukłonem. – Jiyu Chine - przedstawił się, spoglądając swoimi żółtymi oczami na Blue.

Wystarczyło, żeby się przedstawił, a Blue miała pewność, że wie z kim rozmawia. Jiyu Chine był naczelnym genetykiem na rodzimej planecie, właścicielem doskonale prosperującej firmy SecondLife, która miała kontakt z Armią Imperium na klonowanie organów.

- Moja towarzyszka - wskazał dłonią na wyraźnie od niego młodszą pantorankę. – Shena Cho.

To nazwisko również nie było jej obce. Marco także wiedział, że panna Cho należy do mocno upolitycznionej rodziny. Jest pasierbicą zmarłego jeszcze w trakcie Wojen Klonów Chi Cho, przywódcy Zgromadzenia Pantoran. Sama przez krótki czas była reprezentantką w Senacie Imperium, do czasu aż Imperator go nie rozwiązał.

- I doprawdy nie widzę niczego złego w moim zachowaniu, panno D’han - dodał, zerkając kątem oka na Ordo. – to już prędzej ten trylobit powinien zastanowić się co i do kogo mówi.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
1JYVygs.png

Marco Ordo

 

- Nie świadczy to najlepiej o panu, panie Chine, jeśli ten trylobit - Marco odparł spokojnie nie przykuwając wielkiej uwagi do obelgi, w końcu nazywano go już gorzej - ma więcej taktu by nie gapić się ostentacyjnie na obcego i podchodzić jak do okazu na wystawie.

Wciąż stojąc między Chine i Sho, a Blue, zmierzył pantorianina mętnym spojrzeniem i wymownie poklepał blaster przy boku.

- No i panna D'han płaci mi konkretne pieniądze by nikt nie naruszał jej przestrzeni osobistej.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

xc9F4Yd.png

 

Blue

 

W pierwszej chwili musiała zacisnąć usta żeby nie wypalić z serią pytań o ostatnią serie antygenowoneutralnych łat nabłonkowych jakie wypuścił SeconLife. Odkąd przeczytała o nich na witrynie kwartalnika chirurgicznego koniecznie chciała je wypróbować. Niestety rebelia nie miała chyba dość funduszy na tak drogi sprzęt. Z resztą miała też inne pytania. Do samego artykułu na temat klonowania neuronów, który Chine opublikował dwa lata temu zebrałaby się co najmniej strona. Jak na złość wiedza pani dyrektor była w tych kwestiach niestety dość ogólna, nawet jak na standardy Chiss więc Blue musiała się pilnować. Na szczęście byli kimś kogo D'han chciałaby poznać.

- Amer’len’ir D’han, miło mi - powiedziała skinąwszy głową pantraninowi i jego towarzyszce, po czym dała swojej ochronie znak, ze może "spocząć". - Pan Ren gorliwie wykonuje swoje obowiązki. Czasem trochę zbyt gorliwie jednak jest to w gruncie rzeczy o wiele lepsze niż gdyby miał je wykonywać niemrawo, zwłaszcza biorąc pod uwagę czym się zajmuje. - Sytuacja była dość grząska, obie strony miały za co się obrażać, a że pani dyrektor była dość dumną osobą to było najbliższe przeprosin co dałoby się z niej wyciągnąć. Jedyne co jeszcze mogła zrobić to spróbować zakończyć temat jakimś pojednawczym gestem, rozluźniła się nieznacznie starając się przybrać bardziej przystępną pozę. - Tam gdzie mnie wychowano, pytania osobiste, takie jak na przykład o cel drogi, zadaje się dopiero po podaniu swojej godności. Skoro jednak to już mamy za sobą to kieruję się teraz do baru, a ostatecznie na Lannik, panie Chine.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

BrOZR9n.png

HK-78

 

 

Normalny droid, o ile się czegoś od niego nie wymaga, ma pokornie i cicho stać obok swojego właściciela. Ma w ciszy i spokoju oczekiwać na polecenia, i wykonywać je co do joty. W innych wypadkach, ma udawać element wystroju otoczenia. Tak zachowuje się porządny, przykładny droid protokolarny.

Dlatego HK stał, cichy i niewzruszony, słuchając obelg ze strony imperialnego generała, udając najnormalniejszą maszynę, i przeznaczając znaczne ilości pamięci na zapanowanie nad drżącymi motywatorami które chciały wyrwać broń z ukrytej w mechanicznej nodze kabury i nie zastrzelić tego aroganckiego wora imperialnego mięcha, najpierw przestrzeliwując mu kolana, żeby mógł z góry patrzeć się jak ta irytująco miękka twarz przechodzi z pewności siebie i wyższości w paniczny strach przed rdzawym oprawcą

 

Z tych jakże rozkosznych fantazji wyrwała go seria pisków w binarnym. Spoglądając w dół, zobaczył astromecha, seria R2, który podjechał do niego i zaczął coś mówić w języku droidów, mówiąc mu żeby odciągnął swoja Panią i czerwony, mackowaty wór mięcha od oficera. W pierwszej chwili poirytowany już HK chciał po prostu kopnąć popiskujące wiadro śrub za czelność mówienia mu co ma robić. Wtedy jednak zrozumiał że to nie był tak zły pomysł. Przynajmniej oderwaliby się od tego mięsistego generała, który najwidoczniej zabierał się już do jakiś niezdarnych rytuałów godowych worów mięcha. a to nie jest coś co jakikolwiek szanujący się droid chce oglądać.

 - [UWAGA] Pani, być może, nim przyjmie Pani ofertę tego szanownego dżentelmena, zechce się odświeżyć po podróży w swojej kajucie? Oraz być moze przebrać się w swoją sukienkę koktajlową? Ta z wysokim rozcięciem, i piórami varactyla?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz