Aquaman

Chapter 4: Final act (Aquaman)

64 postów w tym temacie

Mwa4JcD.jpg
Jess (Temp) LeBeau

 

Temp aż sapnęła, gdy usłyszała rewelację wielkogłowego. Nawet taka ignorantka, jak ona, wiedziała jakie konsekwencje może mieć wybuch. Wybuch o dalekim zasięgu.

- Dlaczego chcą to zrobić?

Musiała wiedzieć zanim popędzi na złamanie karku… do reaktora lub jak najdalej od więzienia.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

hNYkE4m.jpg

Harley Hopper

 

Oooo, jak tak stawiasz sprawę... - Harley popatrzyła na zieloną, wyraźnie zadowolona z propozycji. No, dzisiaj to był dzień. Nie dość, że najpierw pilotowała u boku Kapitana, to teraz... Wow! Statek kosmiczny. - Jestem Harley. Harley Hopper i, na wszystkie świętości świata, o niczym bardziej nie marzę w tej chwili niż trochę postrzelać z kokpitu statku kosmicznego. 

Poczekała aż zielona zrobi jej miejsce i będzie mogła wejść do środka. - A tak swoją drogą, co was tutaj sprowadza z kosmosu? I obiecuję, że ze Star Lorda się już nabijać nie będę. W sumie to nawet niezły pseudonim, sądzę, że nawet w kosmosie można na niego poderwać kilka dziewcząt.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Biały Dom,

1600 Pennsylvania Avenue NW, Washington, D.C.

20 sierpnia 2021

DZIEŃ ZERO

 

- Na pewno nie wycofam wszystkich - odparł generał. - I na pewno nie w tym samym czasie. To będzie musiał być zorganizowany odwrót pod ciągłą osłoną ogniową.

- Już przekazuję rozkazy - powiedział Stevenson, zbierając się do wymarszu.

- Proszę zanadto nie ryzykować - stwierdził generał, kierując swoje słowa do Gwaine'a. - Was jest mniej i jesteście już wymęczeni, a Heralds przybywają z nowymi siłami. Wsparcie jest w drodze i niedługo tu będzie. Powodzenia.

 

Revanchist ze swoimi towarzyszami ponownie znaleźli się na zewnątrz, na pierwszej linii. Ale tym razem sytuacja wyglądała inaczej. Tym razem walczyli nie tylko z oddziałamy piechoty Hydry. Mieli przed sobą grupę bohaterów. Młodzików ledwie, którzy niewiadomo skąd się wzięli i jak długo działali jako bohaterowie gdzieś na marginesie, pozostając w cieniu tych wielkich i sławnych, zauważeni dopiero teraz, po wprowadzeniu Aktu. Czy kiedykolwiek wcześniej byli bohaterami? Czy może od zawsze byli marionetkami Hydry, które zostały ustawione na planszy teraz i wykorzystane w tej rozgrywce jak asy wyjęte z rękawa.

A skoro Heralds walczyli dla Hydry to każdy musiał zadawać sobie pytanie - jak wiele grup powołanych w ramach Inicjatywy było po drugiej stronie?

Teraz jednak, pomimo wątpliwości i obaw, walczyli o utrzymanie Białego Domu. Nie tylko dla zachowania pozorów obecności prezydenta w środku, ale przede wszystkim po to, by uszczuplić wrogie siły. Bo im więcej polegnie ich tutaj, tym większe szanse na ogólnokrajowe zwycięstwo. Dlatego też, w akompaniamencie terkoczących karabinów i eksplozji, Gwaine i towarzyszący mu Secret Avengers walczyli. Mimo zmęczenia. Mimo ran. Pomimo wszelkich przeciwności. I mimo tego, jak wymagającymi przeciwnikami nie byliby Herlads. A Revanchist trafił na przeciwniczkę ze swojej dziedziny, bowiem Ankh obrała sobie właśnie jego za cel. Zmuszała ona Szkota do sięgania po najbardziej wymyślne zaklęcia z jego repertuaru, po resztki sił, którymi musiał jednocześnie atakować i bronić się przed jej potężnymi, pradawnymi czarami.

Czas mijał, wydawał się przeciągać w wieczność.

Każda sekunda była splotem inkantacji, many wirującej w powietrzu, terkotem karabinów i świstem pocisków opuszczających broń jednej i drugiej strony. Terkotem, który słabł w miarę jak wewnątrz Białego Domu znikali kolejni żołnierze, a inni ich towarzysze broni, którzy nie mieli tyle szczęścia, umierali osłaniając ich odwrót.

Gwaine czuł, że słabnie.

Czuł, że dłużej nie da rady walczyć.

Że nie pokona Ankh, a jedyne co będzie w stanie zrobić przed śmiercią to pozwolić jak największej liczbie żołnierzy wycofać się do środka.

I kiedy z takimi myślami stawiał tarczę osłaniającą go przed kolejnym z magicznych blastów jego przeciwniczki, przybyło wsparcie.

Ale nie była to pomoc ze strony wojsk Stanów Zjednoczonych, którą obiecał generał.

To przybyło wsparcie reprezentujące niezwykłą unię.

Oto bowiem, w wielu różnych miejscach pola bitwy, także wewnątrz trzonu sił Hydry, otworzyły się magiczne portale. Z tych portali zaczęły wysypywać się dziesiątki odzianych w czerwień ninja. The Hand - przestępcza organizacja, która miała wiele wspólnego ze sztukami mistycznymi, i która wielokrotnie, w różnych sytuacjach, krzyżowała swoje ścieżki z wieloma bohaterami, w tym z mentorem Revanchista. Ale tym razem przybyli jako przyjaciele, rzucając się do ataku na zaskoczone siły Hydry.

Nie przybyli jednak sami.

Oto bowiem z jednego z portali, w pobliżu klęczącego z wycieńczenia Gwaine'a, wyłonił się Doktor Strange we własnej osobie. I z miejsca przeszedł do ataku, pętając Ankh magicznymi łańcuchami, które zmaterializowały się wokół niej.

Zaś Revanchist poczuł tchnienie nowych sił.

Walka wciąż była daleka do zakończenia, ale teraz porażka nie była już tak pewna.

 

 

 

Helicarrier,

Gdzieś nad Bostonem

20 sierpnia 2021

DZIEŃ ZERO

 

Deadpool naprawdę był w szoku i widać potrzebował tych kilku dodatkowych chwil, by sobie to wszystko uporządkować. Nie omieszkał rzucić komentarzem, że to nie fair, że znika na chwilę i tak wiele się zmienia. A także podzielił się uwagą, że gdyby jego padawanem był chłopak, a nie dziewczyna, uniknąłby rozczarowania jakim jest fakt iż owa dziewczyna wyrosła na ekstralaskę, z którą nie będzie mógł świętować zwycięstwa w jedyny słuszny sposób.

Ale mimo swoich żali i skarg, wydawał się być naprawdę zadowolony z faktu, że znów może walczyć u boku Wandy. Toteż ochoczo ruszył do ataku na Taskmastera, bo tak zwał się czaszkowy. Jak się okazało podczas wymiany kilku uprzejmości podczas walki, Taskmaster i Deadpool rzeczywiście się znali, kilka razy pracowali razem, kilka razy po przeciwnych stronach. Generalnie nie żywili do siebie urazy i można było powiedzieć, że istnieje pomiędzy nimi szorstka przyjaźń. Na tyle szorstka, że Taskmaster nie omieszkał ranić Deadpoola miecze, rozcinając mu cały bok, a Wade odwdzięczył się wbiciem miecza w udo tuż nad kolanem, znacznie zmniejszając mobilność ich przeciwnika. I chociaż z taką raną każdy inny przeciwnik byłby już właściwie pokonany i podany na tacy Rocketowi, to nie Taskmaster. On odgryzał się jeszcze przez kilka chwil, ale ostatecznie cios Wandy, który przyjął na tarczę, odsłonił bok czaszkowego. Rocket wykorzystał okazję, przymierzył i energetyczny pocisk wypolerował Taskmasterem pokład Helicarriera.

- Ha, pierwsze wspólne zwycięstwo! - ucieszył się Deadpool. - To znaczy nie, że pierwsze w życiu. Ale pierwsze po przerwie. I w takim składzie. I w takim stylu. Czyli, że pierwsze. - wyjaśnił.

Jednak najwidoczniej zrobił to nie w porę, gdyż w tym czasie coś z ciężkim łoskotem upadło na pokład Helicarriera kilka metrów od nich. Kiedy spojrzeli w tamtą stronę, ujrzeli Tony'ego niemal całkowicie odartego ze zbroi. Był pozbawiony hełmu i pół twarzy zalewała mu krew z jakiejś rany na głowie. Próbował się odczołgać w ich stronę, ale wtedy jego przeciwniczka postawiła mu stopę na plecach, wgniatając go mocniej w pokład. Kobieta o czarnych włosach, w eleganckim stroju, który teraz w kilku miejscach był naderwany i zniszczony, patrzyła na She-Hulk, Deadpoola i Rocketa z furią w oczach. Jej zaciśnięte w pięści dłonie otoczone były przez zieloną poświatę.

- Z drogi robactwo - wycedziła. - Choćby krok w moją stronę, a pani Stark zostanie wdową.

 

- Nie powinniście stawać na mojej drodze - odezwał się mężczyzna, poprawiając uchwyt na rękojeści swej broni. - Jestem Hammer, broń stworzona przez Hydrę, której nie podołał sam Gromowładny Thor. Jakie szanse macie wy, śmiertelnicy?

- Całkiem spore, dupku - skwitowała Danvers, posyłając w jego stronę kolejną wiązkę energii.

W tym czasie Kathy wyciągnęła miecz Swordsmana i dzierżąc podwójny oręż, także ruszył do ataku. Podobnie postąpiła Kara, nie chcąc oddać pola kopii Thora.

Tym razem ich przeciwnik był jednak gotów. Kimkolwiek był i cokolwiek zrobiła z nim Hydra, szybko przystosowywał się do nowych warunków na polu walki. Za szybko. Nadlatującą wiązkę energii Danvers uderzył młotem, zmieniając jej trajektorię, by posłać w kierunku Kathy. Ta zasłoniła się oboma mieczami, przyjmując atak na ich skrzyżowane klingi. To pozwoliło jej uniknąć obrażeń, a jedynym efektem było odepchnięcie dziewczyny w tył niemal pod samą ścianę. Ale też Hammerowi nie chodziło o to, by wyeliminować Sharptime. Musiał zdawać sobie sprawę z tego, że jego ruch nie przyniesie większego efektu poza chwilowym zajęciem dziewczyny. I o to mu chodziło, gdyż teraz skupił swoją uwagę na atakującej Karze. Jej cięcie, w które półasgardka włożyła sporo siły, przeszło obok niego, gdy ten zszedł z drogi ataku. W chwili, w której klinga miecza Kary wbijała się w ziemię, Hammer uderzył od spodu. Jego młot trafił w brzuch dziewczyny, a siła tego uderzenia wyrwała z jej ust okrzyk bólu, pozbawiając ją jednocześnie tchu. Jednak na samym uderzeniu Hammer nie poprzestał. W chwili, w której młot zetknął się z ciałem półasgardki, wypuścił błyskawicę, która przeszyła ciało dziewczyny. Siła uderzenia połączona z wyładowaniem oderwały Karę od ziemi. Wypuściła miecz z rąk i pomknęła w górę, przebijając się przez sufit. Zapewne po to, by opaść na pokład Helicarriera.

- NIE!! - wyrwało się z ust Carol.

Był to jednak ostatni wyraźnie wyartykułowany okrzyk, jaki z siebie wydobyła. Kolejny, jaki opuścił jej usta, był wrzaskiem bólu, kiedy Hammer w mgnieniu oka znalazł się przy niej, a jego młot spadł od góry na jej łopatkę. I tym razem uderzeniu towarzyszyły wyładowania przeszywające ciało ofiary. Ale w przypadku Carol to nie było tylko ciało, bowiem miała ona na sobie swój strój. Cała elektronika została usmażona, dodatkowo potęgując ból jaki odczuwała Carol. Zaś siła tego uderzenia sprawiła, że Danvers przebiła się przez podłogę na dół. Nim spadła, w momencie zderzenia młota z jej łopatką, w pomieszczeniu słychać było głośne TRACH, które mogło być wszystkim - pękającymi kośćmi kobiety, kostiumem ustępującym pod siłą uderzenia, a może dźwiękiem poprzedzającym wyładowanie elektryczne?

W tej chwili pozostało ich dwoje. Rodzeństwo Kruger przeciwko Hammerowi, który stał idealnie pomiędzy Maxem, a Kathy. Musieli stawić czoła przeciwnikowi, który był piekielnie szybki i silny. To tak, jakby walczyli z samym bogiem.

 

- Gamora - rzuciła zielona, kiedy Harley się przedstawiła i siadała we wskazanym wcześniej miejscu.

- Ha! Kilka? - zapytał Star-Lord z szerokim uśmiechem, ale po spojrzeniu, które rzuciła mu Gamora ten uśmiech zniknął z jego ust i Quill posłusznie zajął jedno z wolnych miejsc.

- Przybyliśmy tutaj na wezwanie - odparła Gamora. - Dotarł do nas przekaz telepatyczny z waszej Terry, więc postanowiliśmy wpaść. Skoro już ratujemy galaktyki, to jedną planetę też możemy uratować - dodała z szerokim uśmiechem. - Trzymaj się i celuj dobrze!

Kiedy Gamora wprawiła statek w ruch, Harley wcisnęło w fotel. Była przyzwyczajona do przeciążeń, ale ziemskie myśliwce, nawet najbardziej zaawansowane, nie potrafiły wystartować ze spoczynku z taką prędkością jak ten statek. Możliwe, że Gamora się popisywała, pokazując Hopper możliwości ich maszyny, bo za chwilę zmniejszyła ciąg, a i czujniki inercyjne robiły swoje, bo Harley przestała być wbijana w fotel, tylko mogła zająć się swoim zadaniem.

A to przynosiło jej nie lada frajdę.

Już pierwsza salwa, która oddała strąciła z nieba jednego Vipera, jeszcze bardziej uszczuplając ich malejącą stale liczbę. Kolejny, któremu Gamora siadła na ogonie, poszedł w ślady poprzednika. A ponieważ Harley trafiła w silnik, maszyna zamieniła się w kulę ognia w chwilę po trafieniu. Ale to nie na nich się skupiły. Ich głównym celem był doppelganger Iron Mana, którego Gamora wypatrzyła i za którym ruszyła w pościg. Zręcznie uniknęła przy tym ostrzału jednego z Viperów, który postanowił spróbować szczęścia i zaatakować statek kosmiczny. Pilotujący go agent Hydry szybko musiał pożałować swojej decyzji, bowiem War Machine zaraz wziął go na cel i strącił. Tymczasem Harley ponownie dostrzegła ich cel, który na chwilę zniknął w chmurach. Tylko teraz już nie umykał. Teraz mknął w ich stronę, a wyciągnięte w ich stronę dłonie świadczyły o przygotowywanym ataku. Hopper nie zwlekała na potwierdzenie z systemu o namierzeniu celu. Wcisnęła spust.

Przez krótką chwilę była pewna, że trafi.

Ze względu na prędkości z jakimi się poruszali, ani zły Iron Man, ani oni, nie mieliby szans na unik.

Kopia Iron Mana nie musiała unikać. Seria wystrzelona przez Harley przeszła obok niego, nie czyniąc mu żadnej krzywdy. Niestety, tego samego nie można było powiedzieć o statku i nowych sojusznikach Hopper. Strzały z repulsora, oddane z bliskiej odległości nie miały problemów z dosięgnięciem celu. Jednak nie to było najgorsze.

Najgorsze było obserwowanie jak zielono-żółte promienie energii przebijają się przez szybę, wypalając w niej dziury. Świadomość tego, że wszystko dzieje się za szybko, by w jakikolwiek sposób zareagować była nieznośna. Zwłaszcza, że mimo iż wydarzenia rozgrywały się błyskawicznie, Harley obserwowała wszystko w zwolnionym tempie. Widziała, jak jeden z blastów, przeszywszy szybę, zmierza w jej stronę. Czuła jego żar. Poczuła, ogromne ciepło. Krótki impuls bólu nim zakończenia nerwowe nie zostały usmażone.

I nagle świat przyśpieszył wracając do normalnego tempa.

Choć dla Harley Hopper nie był to przyjemny powrót. Nie w chwili, w której jej prawa ręka całkowicie odmówiła posłuszeństwa i zwisała teraz bezwładnie wzdłuż ciała. Bała się spojrzeć. Ale cokolwiek jej się stało wiedziała, że się nie wykrwawia, że nie czuje bólu i nie może ruszać prawą ręką.

A tymczasem Gamora dokonywała ostrego nawrotu połączonego z korkociągiem, by dać Harley szansę na rewanż.

 

 

 

The CUBE – tajne więzienie SHIELD,

Lokacja utajniona

20 sierpnia 2021

DZIEŃ ZERO

 

Leader uśmiechnął się nieznacznie widząc reakcję Jess.

- Świat ma wiele problemów z jednym Hulkiem - odparł. - Wyobraź sobie jak wiele ich będzie z całą armią Hulków. To taki plan B, na wypadek, gdyby Hydra dziś przegrała.

 

 

 

Avengers Mansion,

Manhattan, Nowy Jork

20 sierpnia 2021

DZIEŃ ZERO

 

Kiedy podpisywał Akt, jednocześnie przejmując obowiązki lidera Mighty Avengers, nie zdawał sobie sprawy z tego, dokąd go to zaprowadzi. Spodziewał się problemów wynikających z kontrowersyjności samego Aktu. Wiedział, że nie wszyscy jego koledzy będą patrzeć tak samo postępowo jak on sam. Wtedy liczył na to, że poza Reedem, będzie miał u swego boku też Tony'ego. W końcu mówiło się, że wielkie umysły myślą tak samo.

Widać się mylił.

Lecz dopiero dziś przekonał się o tym w jak wielkim błędzie był.

Nie wiedział jak to się stało, ale Akt został wykorzystany przeciwko bohaterom.

W jakiś sposób część z tych, którzy go podpisali, zwłaszcza ta część utworzona z nowych, nieznanych dotąd twarzy, obróciła się przeciwko obywatelom, których mieli chronić. Do tego dochodził jeszcze ten zmasowany atak Hydry.

I teraz to - atak na Avengers Mansion.

Hank, zamknięty w swoim laboratorium, postanowił uruchomić program, nad którym pracował od dawna. Dzieło jego życia. Ostatnia nadzieja na to, że dzisiejszy dzień zakończy się z jak najmniejszą ilością ofiar.

Gdy wcisnął ostatni klawisz, na ekranie rozbłysła informacja, która podniosła go na duchu.

 

PROGRAM ULTRON URUCHOMIONY

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

f5jv8t.giflp27ye.gif

Ravager; Sharptime

 

Helicarrier,

Gdzieś nad Bostonem

20 sierpnia 2021 roku

 

Lepiej niż Carol by tego nie ujął. Wnet się jednak okazało, że przechwałki Hydranta nie są pustymi słowami, choć nic nie zapowiadało tego na początku.

Pierwsza zaatakowała Danvers, ale Hammer skierował jej atak przeciwko Catherine. Siostra Maxa nie dała się jednak zaskoczyć i zablokowała atak, chociaż nie była w stanie kontratakować. Zrobiłą to jednak Kara, ale okazało się, że Swordsman i reszta przy Hammerze to byłą banda przedszkolaków. Nie dość, że kopia Thora zręczni zeszłą z liniu ataku to jeszcze wyprowadziłą własne uderzenie po którym dziewczyna poszybowała w górę przebijając się przez stalowe płyty Helicarriera. Maxa takie uderzenie chyba by zabiło.

Hammer nie napawałsię sukcesem i nie czekał, czego dowodem był atak na Miss Marvel, który sprawił, że agentka wylądowała na którymś z niższych pokładów Helicarriera.

W przeciągu kilku sekund Hydrant wyłączył z obiegu dwoje agentów Infected, zupełnie jakby byłą to dla niego rutyna. To uderzenie zabiłoby Maxa z pewnością.

- Sharptime, zejdź z linii ataku, ale bądź w pogotowiu. Zaatakuj go gdy będziesz miała okazję i nie zważaj na moje bezpieczeństwo. Twojej mocy nie pokona, choćby był nie wiem jak kurewsko szybki. To rozkaz - wydał polecenie na wewnętrznym kanale. Zadanie zmierzenia się z tym elektrycznym skurwysynem spadło na barki dowódcy INFECTED.

Pomimo, że przed chwilą stało się coś co w mniemaniu Maxa zakrawało na rzecz niemożliwą mutant nie okazywał strachu. Hammer może i mógł sobie być bogiem, ale nie ma istot niezniszczalnych. Niewielkie obrażenia jednak odniósł. Kruger widział jak przeciwnik szybko się adaptuje, ale i On nie stał biernie oczekując, że inni odwalą za niego robotę.

Nie miał już swojej broni, więc wyciągnął standardowy model Glocka, z bardzo niestandardową amunicją zabronioną przez wszystkie konwencje i układy. Nie bał się, że trafi w siostrę bo na linii strzału po prostu jej nie będzie. Nie wspominając już o tym, że miała jeszcze jedną ochronę, która jeszcze nigdy nie została użyta. Zagrywka ta miała sprowokować Hydranta do ataku na Maxa. Jeśłi to uczyni zapewne wykorzysta swój młot i pioruny, którymi poczęstował już Marvel i Karę.

Ravager wiedział, że bezpośredni cios roztrzaska mu czaszkę, połamie kości lub zrobi coś jeszcze gorszego, ale nie o siłę tu chodziło.

Hydrant nie był odporny na elektryczność więc ewentualne ciosy Maxa spowodują obrażenia. Gdyby jednak musiał zablokować uderzenie młotem, miał jedynie do dyspozycji  moc, z której mógł tworzyć punktowe tarcze, ładując w nie maksimum. Mocy pod ręką było, aż nadto. A do wystrzałów dorzucił jedno uderzenie pioruna.

Sam pewnie nie będzie go w stanie pokonać, jeśli w ogóle to nastąpi, ale wyboru nie było. Hammer nie mógł jednak zajmować się tylko nim, bo inaczej w niechronione plecy jak atakująca żmija wbiją się dwie klingi, które przeszyją go na wylot.

Tak jak za dawnych czasów Brat i Siostra przeciwko Hydrze. Jeśli wygrają lub zginął to zrobią to razem. Nic już ich więcej nie rozdzieli.

- No to chodź młotku - wycedził

 

Kathy z napięciem i przerażeniem patrzyła jak najpierw obrywa Kara a chwile później Carol. Jak to się mogło stać. Przecież Kara była jej nauczycielką, niezrównaną mistrzynią miecza. To niemożliwe by padła od jednego ciosu. A Carol byłą doświadczoną agentką mającą za sobą setki misji. Nie mogły tak po prostu odejść. Szybko jednak przerażenie zmieniło się w determinację połączoną z furią. Nie podda się.

Wystarczyło jej jedno spojrzenie na brata i pod maską mogła bez trudu wyobrazić sobie jego zacięcie. Będzie walczył do upadłego. Życie albo śmierć. Tak jak i Ona. Przyrzekli sobie kiedyś, że nic ich nie rozdzieli. Nawet zasrana kopia Thora made by Hydra.

Gdy usłyszała polecenie brata chciała w pierwszej chwili zaprotestować, ale przecież Max w takiej chwili nie odsunąłby jej od walki. Na pewno miał jakiś plan. Katherine wiedziała, że musi natychmiast wskoczyć na wyższy poziom, aby mierzyć się z kimś takim jak Hammer. Wiedziała, co zrobił Karze i Carol i miała zamiar wziąć to pod uwagę. Na ten rozlew krwi czuła w głębi duszy, że jakaś cząstka jej się cieszy i ostrzy zęby. Od jakiegoś czasu to uczucie, słabe, ale wyraźne powracało w momentach największego zagrożenia. Uznała, że może tylko jej pomóc. Oba miecze wyciągnęła przed siebie w postawie bojowej. Mgnienie oka i już się wycofała, gdy Max rozpoczął atak. Miała zamiar być jednak blisko, bo Hammer to nie ten kaliber finezji szermierskiej co Swordsman, ale tak po prostu też nie będzie jej ignorował. Daleka byłą od niedocenienia przeciwnika, ale ten skurwysyn zasługiwał tylko na śmierć tak jak i każdy Hydrant.' Gdy tylko nadarzyłą się okazja zaatakowała.

 

Ratna oblizała swoje bezskórne ciało, wiercąc się niespokojnie. Od dawna nie miała okazji zasmakować krwi i mięsa gdy ludzka powłoka czarnoksiężnika Ją spętała i zmusiła aby chronić tę dziewczynę. Jeśłi otrzyma śmiertelny cios to nic się jej nie stanie a Ona chwilowo się uwolni aby pożreć cel lub zostać unicestwiona próbując. Wieki polowała w otchłani i poza nią, ale teraz cieszyła się podwójnie. Rozszarpie tego samca z młotem i z jego czaszki napije się krwi. Boskiej krwi. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

D2gSXwZ.png?1

Wanda Stark

 

Są takie chwile, w których człowiek zaczyna rozumieć. Nie wygrają tego. Ona sama zmitrężyła za dużo czasu na jednego, w zasadzie niewiele wartego, przeciwnika. I odbyła z nim walkę, która do niczego nie doprowadziła i niczego nie zmieniła. Tony przegrał, innych sojuszników nie widziała, więc prawdopodobnie też przegrali. Albo nadal toczą pozbawione sensu i znaczenia walki z istotami, których pokonanie niczego nie zmieni. To trwało już wystarczająco długo (dużo za długo), by Wanda zrozumiała, że toczą walkę, która ma już wynik przewidziany z góry. I nie jest to wynik, który ich zadowoli. Bo przegrają. W zasadzie to już przegrali. To był koniec. Ostateczny, nieodwołalny i przeraźliwie smutny, pozbawiony jakiegokolwiek sensu koniec. 

Nawet jeżeli teraz ocali Tony'ego przed tym babochłopem to co z tego? Nie miał zbroi i byli wysoko nad ziemią. Zabije go pierwsza lepsza zabłąkana kula, a ona nie da rady go ani odeskortować bezpiecznie na dół ani ochronić tutaj, na miejscu. Już go zawiodła. Ciągle go zawodziła. 

A przecież go kochała. Jeżeli on teraz umrze, jej pozostanie rzucić się w przepaść pod ich stopami i zakończyć ten bezcelowy żywot, równie bezcelową śmiercią. 

To wszystko zrozumiała w ciągu ułamków sekundy. Dygotała wściekle, powoli zaczynając widzieć świat przez zieloną mgiełkę furii. Bo furda tam cała planeta, niech ginie, skoro zostało jej to przeznaczone! Jest dużo planet, jakąś sobie znajdą. 

  - Tknij go a zeżresz własne wnętrzności przed śmiercią- to nawet nie była groźba. Groźby mogą być bez pokrycia. To było stwierdzenie faktu - Uciekaj.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

5475806_std.jpg

Gwaine (Revanchist) MacKintosh

 

Gwaine musiał przyznać, że nie docenił Heralds. Oczywiście, spodziewał się, że nie będę łatwym przeciwnikiem, ale brak renomy wokół któregokolwiek z nich sprawił, że traktował ich jako... kłopotliwą przeszkodą. Pycha kroczy przed upadkiem, jak zwykło się mówić.

Może gdyby byli bardziej wypoczęci, szłoby im lepiej?

Jednak tylko może, bo nie można było odmówić dzieciakom umiejętności. W szczególności Ankh, bo siłą rzeczy, to jej zdolności miał okazję najlepiej obserwować i poznawać. W końcu cały czas na niego napierała. Część z zaklęć jakimi atakowała rozpoznawał i wiedział jak je niwelować, inne były mu obce i musiał wykazywać się szybkim myśleniem i refleksem by je zablokować. Z początku nawet kontratakował, ale jak walka się przedłużała, coraz bardziej skupiał się na obronie, od czasu do czasu próbując przebić się przez bariery Egipcjanki.

Zdawał sobie sprawę, że tylko kupował czas. W pewnym momencie przestał nawet blokować zaklęcia Ankh, a tylko wpływał na ich trajektorię by wyrządzały jak najmniej szkody.

Szalę zwycięstwa przechylił niespodziewany sojusznik. Czerwona Ręka. Revanchist miał wątpliwą przyjemność wystąpić przeciw nim, jeszcze kiedy był uczniem Doctora Strange'a. I raczej nie wspominał tamtego spotkania dobrze.

Jednak nie tylko zabójcy przyszli z pomocą. Wraz z nimi przybył także Stephan Strange.

- Miło, że wpadłeś - rzucił Revanchist ciężko dysząc i czerpiąc ile tylko mógł z zapewnionej przez byłego mistrza bardzo potrzebnej chwili wytchnienia - Widzę, że wciąż masz dramatyczne zacięcie. Nieźle nas przetrzymałeś.

Do łańcuchów wyczarowanych wokół Ankh przez Sorcerer Supreme dorzucił własne. Strange nie miał sobie równych w magii, ale nie szkodziło mieć nieco dodatkowego zabezpieczenia. Teraz mógł stosunkowo swobodnie ocenić pole bitwy, zobaczyć co z Secret Avengers i gdzie jego pomoc przyda się najbardziej.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Mwa4JcD.jpg
Jess (Temp) LeBeau

 

Jess zastygła w bezruchu. Spodziewała się naprawdę wiele po ich przeciwnikach, ale to… Nie, to było absolutne szaleństwo. Przecież nawet Hydra nie zdoła zapanować nad światem wypełnionym Hulkami. To nie mogło się dziać naprawdę. Tak po prostu nie mogło być.

- Gdzie oni są? – zapytała głosem, który powinien powiedzieć wielkogłowemu, że ma kompletnie przerąbane. – I jak tam najszybciej dotrzeć.

Poczekała na wskazówki, poganiając Leadera tak morderczym spojrzeniem, jak i werbalnymi komunikatami.

- Zabij ich – powiedziała głucho. – Nie wierzę, że SHIELD nie zamontowało niczego w celach, co pomogłoby pozbyć się ich wszystkich. Zabij wszystkich, którzy wrócili do swoich celi. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, mają nie żyć. To mój plan B. Jeśli się nie uda, oni nie mogą stać się zieloni. Jak to zrobicie, wynoście się stąd – rzuciła do Colossusa. – I zabierzcie Gambita. Nawet jeśli ma być ogłuszony – dodała, nie patrząc na męża.

Nie traciła czasu. Jej ciało zapłonęło, a ona sama wyleciała z pomieszczenia niczym torpeda. Jeszcze nie wiedziała, jak powstrzymać tamtą dwójkę. Wiedziała jednak, jak zminimalizować straty, jakie dokonają się w wyniku jej porażki. To w końcu tylko kolejne życia obciążające jej sumienie.

Gdy leciała, myśli przelatywały przez jej głowę. Nie wiedziała, kiedy stała się tak odległa od ideałów Emmy. Frost pragnęła nauczyć ich, jak używać mocy, ale na pewno nie tego, jak dzięki nim mordować. Ale Emma nie żyła, a na tym świecie nadal było cholernie dużo ludzi, których chciała chronić. Za wszelką cenę. Za cenę każdego życia, nawet jej własnego.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

hNYkE4m.jpg

Harley Hopper

Harley nie chciała patrzeć. Nie mogła patrzeć. Nie potrafiła patrzeć. Jasne, na śwecie dzieją się gorsze rzeczy. Ludzie umierają, jak jej matka. Ludzie umierają w męczarniach, jak wiele osób tutaj. Harley, na świecie dzieją się grosze rzeczy. To, ostatecznie, tylko ręka.
No, ale Harley bez tej cholernej ręki nie wyobrażała sobie życia. Jak sterować maszyną tylko jedną dłonią? "Sterować" to w ogóle było ze słowo. Ona i maszyna stanowiły jedność. Jej dłonie były częścią sterów. 
Kurwa.
Kurwa i jasna cholera!
Czy są jakieś kosmiczne przekleństwa, które mogłabym teraz wykrzyczeć, żeby sobie ulżyć? - zwróciła się do Gamory ze stanowczością, która wskazywała, że pytanie jest poważne.
Wiedziała jednak, że nie może czekać na odpowiedź, że musi działać, strzelać, niszczyć tych skurwieli, którzy urządzali sobie z jej ciała strzelnicę. 
Żyła. Ludzie przecież mają gorzej. Żyjesz Harley, do cholery, a jak żyjesz to i strzelaj. Bo co ci zostało?
Dlatego właśnie próbując ze wszelkich sił ignorować to, co zostało z jej lewej kończyny górnej, skupiła się na tym, co przed nią, gotowa oddać strzał. 
Oby tylko na jego linii nie pojawił się ktoś z tych dobrych, bo Harley była naprawdę zdeterminowana, żeby po prostu strzelać.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Biały Dom,

1600 Pennsylvania Avenue NW, Washington, D.C.

20 sierpnia 2021

DZIEŃ ZERO

 

- Każdy ma swoją rolę do odegrania - odparł Strange i uśmiechnął się. - A poza tym, to jak już wchodzić to z przytupem.

Gdy Strange zaczął przygotowywać się do rzucenia zaklęcia, które z magicznych pęt stworzy swego rodzaju kokon wokół Ankh, skutecznie i na stałe eliminując ją z dalszej walki, Gwaine sprawdzał straty.

Black Mamba, ramię w ramię z kilkoma ninja z Hand, walczyła z Cardinalem. Wszystko wskazywało na to, że ich pojedynek lada chwila dobiegnie końca, kończąc się zwycięstwem członkini Secret Avengers.

Znacznie gorzej było z Tuuli. Elena walczyła ze speedsterem. I nawet jej kontrola nad wiatrem nie była w stanie zapewnić jej odpowiedniego wsparcia, by przynieść realny, wymierny efekt. Jej przeciwnik był tylko smugą, która raz za razem przesuwała się obok Finki, a kolejne uderzenia spadały na nią z bezwzględną precyzją i skutecznością.

 

 

Helicarrier,

Gdzieś nad Bostonem

20 sierpnia 2021

DZIEŃ ZERO

 

Maria Hill w dalszym ciągu stała na mostku, obserwując ze swojego stanowiska to, co działo się na pokładzie podniebnej fortecy SHIELD. A przynajmniej obserwowała tam, gdzie kamery w dalszym ciągu działały. Widziała zatem coś, w co nie potrafiła dać wiary.

Hydra walczyła z Hydrą.

W jednej chwili obserwowała jak podwójni agenci powoli wykańczają jej podwładnych na jednym odcinku korytarza, zbliżając się do laboratoriów, a w chwilę później walczą o życie z komandosami Hydry. Komandosami, których prowadziła Madame Hydra.

- O co tu, do cholery jasnej, chodzi? - zapytała, nie rozumiejąc nic z tego, na co patrzyła.

- Ma'am - odezwał się jeden z łącznościowców. - Mamy sygnał z Triskeliona. Tam dzieje się dokładnie to samo, co tutaj. Część sił Hydry pod wodzą Barona Zemo staje do walki u boku naszych agentów!

- Pojebało ich wszystkich? - zapytała Hill z wyrazem niezrozumienia na twarzy. - Kto w końcu walczy z kim?

Jej pytanie nie doczekało się odpowiedzi.

Eksplozja wyrwała drzwi na mostek, który został zalany seriami z karabinów. Ten moment wykorzystał jeden z uśpionych agentów Hydry, który podniósł się ze swojego miejsca przy konsolecie. Sięgając po pistolet, z okrzykiem "Hail Hydra!" wymierzył broń w dyrektor Hill.

Padł strzał.

I niedoszły zabójca padł bez życia.

- Wisisz mi podwyżkę - rzuciła Sharon Carter, szukając osłony przed nabojami świstającymi po pomieszczeniu.

Jednak ostrzał bardzo szybko został przerwany, a kakofonię wystrzałów przerwały przedśmiertne, pełne bólu jęki.

Sharon i Maria spojrzały po sobie i ostrożnie, podobnie jak pozostała część obsady mostka, wyjrzały zza prowizorycznych zasłon. W dziurze po drzwiach stała tylko jedna osoba. Dym powoli już opadał, więc nie miały trudności z dostrzeżeniem szczegółów sylwetki mężczyzny. I to, co najbardziej przykuło ich uwagę to metalowe ramię z czerwoną gwiazdą na nim.

- Niemożliwe... - wyszeptała Carter.

- Winter Soldier - rzuciła Hill chcąc unieść broń.

- Nie - przerwał jej James. - Możesz mówić do mnie Bucky.

 

Broń Maxa, choć posiadająca niezwykle śmiercionośne naboje, w dalszym ciągu była tylko bronią konwencjonalną. Dlatego też pierwszy z wystrzelonych naboi przemknął obok ruszającego do ataku Hammera. Drugi nabój wyparował w zetknięciu z błyskawicą, która przeskoczyła pomiędzy Hammerem, a Ravagerem. Zaś błyskawica trafiła w wirujący młot i zrykoszetowała po suficie.

Teraz już był za blisko, a w kierunku Ravagera mknął już młot w ciosie wyprowadzonym od spodu.

I trafił w tarczę punktową, w którą Max musiał włożyć niemało energii, by zatrzymała uderzenie. Aż sapnął z wysiłku czując z jaką siłą wyprowadzony został cios. Jęknął kiedy Hammer w dalszym ciągu napierał i mimo osłony, przepchnął Krugera jakieś pół metra w tył.

Wtedy do walki włączyła się Kathy.

Dwa ostrza przecięły powietrze.

Jedno z nich drasnęło bark Hammera, przechodząc górą, ale drugie odnalazło jego ciało. Tkanki ustępowały przed ostrzem, które Sharptime otrzymała w prezencie i w końcu przebiła mężczyznę na wylot.

Hammer głośno stęknął i zachwiał się, a Max poczuł jak nacisk jego uderzenia na tarczę maleje.

To był ten moment, którego on i Kathy potrzebowali.

To był też ten moment, kiedy Hammer postanowił, że będzie walczył do końca.

Z jego ust dobył się okrzyk pełen wściekłości i determinacji.

Zagrzmiało.

I w jednej chwili całe pomieszczenie wypełniło się buzującą elektrycznością.

Zupełnie tak, jakby ich troje znalazło się w centrum burzy.

Wyładowania uderzały w nich raz za razem.

Max czuł, jak jego moc miesza się z mocą Hammera i przyzwaną przez niego burzą.

Zaś Kathy - Kathy poczuła jak coś się z niej wyrywa. Coś o czym nie miała pojęcia.

Ratna została uwolniona.

I w tym samym czasie, w którym odepchnęła Kathy w tył, rzucając się na plecy Hammera, by wgryźć się w jego ranny bark, burza wewnątrz pomieszczenia przybrała na sile. I przez otwór, którym Kara została wyrzucona na pokład Helicarriera wpadła błyskawica, trafiając w splecione ciała Hammera i Ratny, rykoszetując w Maxa.

 

Kiedy Kathy otworzyła oczy czuła się cała obolała.

Ciało ją paliło, odmawiając jakiegokolwiek wysiłku.

W powietrzu czuć było ozon i wszechobecny swąd spalenizny.

Zdołała podnieść się na przedramieniu na tyle, by dostrzec trzy ciała. Jedno z nich należało do Hammera. Twór Hydry klęczał pochylony do przodu. Przed upadkiem powstrzymywał go jedynie miecz Kathy wbiły w jego plecy, wystający z przodu, na którym wspierało się martwe ciało mężczyzny.

Drugiego ciała Kathy nie potrafiła zidentyfikować. Nie wyglądało na ludzkie i było doszczętnie zwęglone.

Trzecie ciało należało do Maxa. Podobnie jak ciało Hammera, również i to wciąż jeszcze dymiło. Strój jej brata był w wielu miejscach poszarpany i zniszczony. I chociaż w pierwszej chwili myślała, że i on nie żyje, to jednak doświadczenie i wiedza wzięły swoje - dostrzegła lekki ruch jego klatki piersiowej. Max wciąż żył i oddychał, choć ledwie. Był jednak nieprzytomny i nie wiedziała jaki dokładnie jest jego stan.

Co więcej, Kathy poczuła jak pokład pod nią drży. Czuła jakby traciła w nim oparcie. A po chwili zyskała pewność, kiedy zobaczyła jak bezwładne ciała zaczynają się zsuwać.

Helicarrier zaczynał spadać.

 

 

- Przecież już go dotykam - odparła kobieta. - Nie widzisz? - dopytała i jakby na potwierdzenie własnych słów, docisnęła mocniej stopę spoczywającą na plecach Tony'ego. Ten w odpowiedzi skrzywił się tylko z bólu, zaciskając mocniej pięść.

Wanda czuła jak krew się w niej gotuje. Ta zmodyfikowana przez promienie gamma krew, którą otrzymała od Bruce'a. Czuła jak żyły na jej dłoniach, przedramionach i skroniach pulsują. Mimo tego iż wściekłość zaczęła przejmować nad nią kontrolę, w dalszym ciągu widziała co dzieje się dookoła niej. Widziała jak Deadpool nieznacznie zmienia swoją pozycję, podobnie Rocket.

Kobieta również to dostrzegła.

Kiedy prostowała dłoń by wystrzelić energią w ich kierunku, o jej plecy rozbił się strumień energii z repulsora. Czarnowłosa poleciała do przodu i przetoczyła się po pokładzie. A Wanda dostrzegła to, co jeszcze kilka chwil temu skrywało się za plecami kobiety. Trzy zbroje.

- Nikt nie będzie groził Tony'emu i Wandzie - kobiecy głos w pierwszym pancerzu wydawał się Wandzie znajomy. Brzmiał nieco jak głos Pepper.

Po jej lewej stronie mknęła zbroja, która w żaden sposób nie wyglądała jak projekt Tony'ego. I ta zbroja oddzieliła się od pozostałych, wystrzeliwując świecą w górę, zapewne szukając innych przeciwników. A po prawej i nieco z tyłu, leciał ostatni z pancerzy definitywnie projektu Starka.

Nieoczekiwane wsparcie zaskoczyło kobietę w czarnym stroju, która przed chwilą groziła uśmierceniem Tony'ego, a teraz podnosiła się po niespodziewanym ataku od tyłu. Będąc w mniejszości, musząc skupiać uwagę na nowych przeciwnikach, przestała pilnować starych. To wykorzystał Rocket, posyłając kobiecie wiązkę energii. Strzał w bark obrócił nią o 360 stopni, a She-Hulk, kierowana wściekłością, doskoczyła do przeciwniczki w jednym susie. Jej pięść bezbłędnie odnalazła twarz kobiety. Siła uderzenia połączona z impetem wybicia sprawiły, że kobieta poleciała w tył, twardo uderzając plecami o pokład. A ponieważ pięść Wandy nadal dotykała jej twarzy, to głowa czarnowłosej została wbita w płyty pokładu.

I kiedy Wanda unosiła pięść do kolejnego ciosu, w Helicarrier trafił piorun.

Ale nie było to trafienie bezpośrednio w niego. Piorun wpadł do wnętrza latającej fortecy. A kilka niesamowicie długich sekund później, ten latający kolos zaczął się pochylać i tracić wysokość.

 

Gamora, nawet jeśli usłyszała pytanie Harley, to nie odpowiedziała na nie. Była zbyt skupiona na pilotażu, by wyciągnąć ze swojej maszyny jak najwięcej. A statek, mimo swoich gabarytów był niesamowicie zwrotny. Zwrotniejszy niż jakakolwiek maszyna tych rozmiarów na Ziemi. Mimo to, namierzenie kopii Iron Mana na tyle, by oddać pewny strzał graniczyło z cudem. Harley wciskała spust ilekroć istniał choćby cień szansy na trafienie. Raz, czy dwa była nawet blisko. Jednak to było wciąż za mało.

I wtedy do walki wtrącił się ktoś jeszcze.

Kilka wiązek laserowych trafiło z boku w kopię Iron Mana, wybijając go z jego rytmu, zmuszając do wytracenia części prędkości. A na pewno do utraty zwrotności, która pozwalała mu na unikanie ostrzału Harley. Ale nie tym razem. Teraz, dzięki tej nieoczekiwanej interwencji, Hopper miała go na tacy.

Pociągnęła spust.

Nim Gamora położyła okręt na prawym skrzydle, Harley mogła zaobserwować jak wystrzelone przez nią pociski dosięgają celu. Jak szatkują zbroję, przechodząc przez nią niczym rozgrzany nóż przez kostkę masła. Podróbka Iron mana nie miała szans, by to przeżyć.

Harley zaś nie miała szans, by cieszyć się z tego sukcesu.

Błyskawica, która zdecydowanie za blisko minęła ich statek, trafiła w Helicarrier.

Ta latająca forteca SHIELD zaczęła się przechylać i Hopper wiedziała już co to oznacza - Helicarrier spadnie.

 

 

 

The CUBE – tajne więzienie SHIELD,

Lokacja utajniona

20 sierpnia 2021

DZIEŃ ZERO

 

Piotr słuchał tego, co mówi Jess z niedowierzaniem, które było widoczne nawet na jego pokrytej metalem twarzy. On był najbliższy temu, co można było określić pacyfizmem. Colossus nie lubił przemocy i czasem można było odnieść wrażenie, że jak komuś przyłożył to miał ochotę od razu przeprosić. Tymczasem Temp prosiła go o to, by dokonał nie tyle morderstwa co ludobójstwa. Bo tu nie chodziło o uśmiercenie jednej osoby, ale każdego więźnia w jego celi.

- Zrobię to - powiedziała X-23.

Laura była najmłodsza z nich wszystkich. Była ledwie nastolatką, a tymczasem gotowa była wziąć na siebie to brzemię. Najwidoczniej była taka jak Logan - wiedziała, że niektóre rzeczy muszą być zrobione, nawet jeśli to brudna robota.

A zaczęła od pozbawienia przytomności Gambita, który już ruszał w kierunku Jess, by ją powstrzymać.

Zaś teraz, kierowana wskazówkami Leadera, Temp zmierzała w kierunku reaktora, by w pojedynkę stawić czoła kilku superzłoczyńcom. Czy to była bardziej samobójcza misja niż ruszanie do walki z Apocalypsem? Być może, ale dla Jess nie miało to w tej chwili znaczenia. Liczyli się ci wszyscy ludzie, tak ważni dla niej, których życia chciała ocalić.

Wskazówki Leadera były dokładne, ale na pewnym etapie podróży Jess już ich nie potrzebowała. Kierowała się za znakami. A im bliżej reaktora była, tym więcej było informacji ostrzegających o możliwości skażenia i narażeniu się na promieniowanie. Mimo to Jess brnęła dalej, mknąc w swojej ognistej postaci do pomieszczenia reaktora.

W końcu w oddali dostrzegła drzwi prowadzące bezpośrednio do niego. A tuż przy nich znajdowała się znana już mutantce Vapor i stojący obok niej Vector.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

5475806_std.jpg

Gwaine (Revanchist) MacKintosh

 

Revanchist mógł tylko się uśmiechnąć na odpowiedź Strenge'a. A można by pomyśleć, że pozycja Sorcerer Supreme  może stępić poczucie humoru, ale doktor i tak nie pozwoliłby aby ktoś mu mówił jak ma pracować.

Ankh została wyeliminowana, Cardinal też był do rozpaczliwej defensywy. Problemem był Motion. Speedsterzy zwykle potrafili być kłopotliwi, a trudność polegała na ich zatrzymaniu.

Revanchist choć wyczerpany sięgnął do swoich rezerw i wytworzył wokół Tuuli niewysoką magiczną barierę, sięgającą mniej więcej do kolan. I co ważniejsze, niewidoczną. Jak Motion już się o nią potknie, mag gotów był unieść Herolda by nie mógł się znów rozpędzić.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

D2gSXwZ.png?1

Wanda Stark

 

Po raz pierwszy prawie straciła nad sobą kontrolę. To było przedziwne uczucie. Jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, jaka wielka potęga w niej drzemie. Bo w tej jednej sekundzie była całkowicie pewna, że gdyby chciała, zdobyłaby ten świat. Obróciła go w perzynę bez wysiłku. A skoro mogła to zrobić... To mogła też spróbować go uratować. Wgniotła przeciwniczce twarz w potylicę jeszcze bardziej i dla pewności złamała kark. A potem wypchnęła ścierwo z Hellicariera. Miała zdecydowanie ważniejsze rzeczy do roboty. Chociażby Tony. Teraz, gdy patrzyła na niego, rannego, słabego, wyczerpanego, bezbronnego i zwyczajnie... starego... Z całą mocą przypomniała sobie ich układ z bogami voodoo. Oddał część życia. Och, ona też, ale ona była młoda i silna. W dodatku z krwią Hulka. W nim zostało dużo mniej życia. Widząc go teraz boleśnie czuła jak cholernie mało czasu zostało jej mężowi. 

Musiała go stąd zabrać. Żeby ten czas nie skończył się tutaj. Wiedziała, jakaś część jej wiedziała, że to nie ma znaczenia. Że jeśli czas jej męża dobiegał właśnie końca to nigdzie nie zdoła go ukryć przed śmiercią. Ale musiała go stąd zabrać. Zwłaszcza, że Hellicarrier padł. A ona musiała na nim zostać. Musiała na nim zostać, bo jeśli istniał cień szansy, że da się to latające cholerstwo skierować gdzieś, gdzie nie zabije dziesiątek tysięcy niewinnych ludzi na Ziemi, to musiała podjąć ten trud. Musiała chociaż spróbować. Mjolnir nie mógł uznać jej za godną przypadkiem. Była neurotyczna, histeryczna i niestabilna, tak emocjonalnie, jak i psychicznie. Ale nie była złym człowiekiem. Była Godna, do cholery. 

 - Tracimy wysokość - rzuciła najbardziej oczywistą oczywistość na świecie - Tak, Wade, to jest mój mąż, nie gap się tak. Widzę, że się gapisz. Znam cię na pamięć. Musimy znaleźć... - zawahała się. Właściwie musieli znaleźć sporo osób. Od Bruce'a zaczynając, bo chociaż Zielonego Olbrzyma nie dało się nie zauważyć, to w sytuacji, gdy wielka futurystyczna latająca forteca spada, chyba bardziej przydałby się Bruce i jego geniusz niż Hulk i jego Niesamowite Pokłady Zielonej Zajebistości. Hill też by nie zaszkodziła. W końcu kto, jeśli nie ona, zna to cholerstwo?

No i była jeszcze jedna osoba, którą chciała znaleźć. Bardzo. Bardziej niż była gotowa się do tego przyznać przed kimkolwiek. Przed Tonym. Przed nim samym. Przed samą sobą. Ale nie mogła go przecież zostawić. 

 -...szlag by to! Tony, powiedz, że masz genialny pomysł. Obiecuję, ewakuuję cię stąd, będziesz bezpieczny, ale powiedz, że masz genialny pomysł - rzuciła błagalnie - tu musi być jakieś centrum dowodzenia! Rozbijacie się kosmicznym statkiem, musicie znać takie rzeczy! - popatrzyła na kosmiczno-szopo-deadpoolowe wsparcie - Ruszmy się!

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

f5jv8t.giflp27ye.gif

Ravager; Sharptime

 

Helicarrier,

Gdzieś nad Bostonem

20 sierpnia 2021 roku

 

Max dobrze oszacował swoje szanse w starciu z Hammerem. Nie był w stanie w walce w kontakcie mu zagrozić, a nawet udane zablokowanie ataku wiązało się z ogromnym wysiłkiem. Skurwysyn twardy był, nie ma co, ale Max miał w zanadrzu tajną broń. Co dwie głowy to nie jedna jak mówiło przysłowie.

 

Kathy czekała na właściwy moment czając się w pobliżu. Gdy brat znalazł się w opałach zaatakowała. Ostrze z adamantu tylko drasnęło Hydranta, który dzięki szczęściu bardziej niż umiejętnościom wywinął się, jednakże drugie ostrze, to zabrane Swordsmanowi dosięgło celu z morderczą precyzją.

 

Max z kpiącym uśmiechem obserwował jak z klatki piersiowej Hydranta wyłania się ostrze, przebijając go na wylot i naruszając organy wewnętrzne. Zwycięstwo w tym starciu było na wyciągnięcie ręki. Jednakże Hydranty to byli fanatycy walczący do końca, tak też i Hammer zebrał się w sobie na ostatni desperacki atak.

Hammer uwolnił z siebie całą nagromadzoną energię. Max stawił jej czoła sycąc się jej potęgą i czerpiąc z niej, wzmacniając własne siły.

 

Kathy puściła miecz i odskoczyła. Sekundę później rozpętała się burza. Mutantka uskakiwała przed walącymi piorunami tylko dzięki swojej mocy, jednakże powierzchnia była ograniczona a atak nie ustawał. Ze zgrozą uświadomiła sobie, że nie umknie przed tą falą, a nie mogła tego wchłonąć jak Max. Jak w zwolnionym tempie widziała błyskawicę, która leciała wprost na nią i która Ją trafia.

Panna Kruger jednak nie poczuła, żadnego bólu, czas jakby zwolnił i zadziało się coś czego dziewczyna nie rozumiała. Poczuła, że błyskawica nawet jej nie drasnęła, ale od ciała zaczęło się odrywać coś lepkiego. To coś chwilę później uformowało się w... Kathy nie wiedziała jak nazwać tę grozę, która wyszła z jej ciała. Demon składał się z samych mięśni i ścięgien pozbawiony skóry. Wyczuła, że istota jest żeńskiego rodzaju. Odwróciła głowę pozbawioną skóry i włosów pod nienaturalnym wręcz niemożliwym kątem i z nienawiścią wlepiła dwa czerwone ślepia w mutantkę, które zapłonęły furią piekielną. A potem stwór ruszył prosto na Hammera, jednym skokiem pokonując odległość. Ryk jaki przy tym wydała sparaliżował dziewczynę.

 

Demon nie dbał o nic a jedynym jego celem było zabić i ochronić gospodarza. Szpony wbiły się w plecy, a paszcza wyrwała z barku Hydranta pokaźny płat mięsa, który Ratna wnet połknęła, szykując się do rozprucia boga. Nikt nie spodziewał się gromu, który uderzył w splecionych przeciwników.

 

Max się nie bał. Widział Ratnę bardzo wyraźnie po raz pierwszy i miał wrażenie, że Demon czekał na coś takiego całą wieczność, skoro tutaj była to oznaczało, że wchłonęła w siebie śmiertelny atak, który zabiłby Katherine. A teraz mutant mógł patrzeć, że Ghost nie żartował mówiąc o krwiożerczości i nienawiści Ratny. Hammer z mieczem wystającym z ciała i demonem na plecach miał zdrowo przejebane. I nagle bez ostrzeżenia przez wyrwę w pokładzie wpadła błyskawica. Max Ją zarejestrował i gdy widział jak w niego rykoszetuje nawet nie drgnął. Elektryczność to był jego żywioł.

Jakież było zdumienie dowódcy INFECTED gdy z niedowierzaniem leciał na spotkanie ku zimnym płytom pokładu i czuł jak zalewa go ciemność.

 

Sharptime osłoniła tylko oczy przed oślepiającym wybuchem i padła jak długa na pokład Helicarriera.

Mimo bólu w całym ciele zmusiła się, aby wstać, wspierając się na mieczu. Kara nauczyła Ją jak sobie radzić z bólem. Kara... nauczycielka, która być może nie żyła. Sharptime zbliżyła się do makabrycznej scenerii. Hammer wisiał bez życia nadziany na jeden z jej mieczy. Stwór, który się od niej oddzielił był kupą zwęglonego mięsa. Katherine niemal mogła usłyszeć echo w swojej głowie brzmiące jak okrzyk wolności a jednocześnie czuła jakby czegoś jej brakowało. Nie miała czasu się zastanawiać nad tym co się wydarzyło bo wystarczył jeden rzut oka na Maxa aby wróciła jej trzeźwość myślenia. Max leżał bez oznak życia.

Już chciała się mu rzucić na pomoc, ale wyobraziła sobie surową twarz kochanego brata

"Zanim ruszysz komuś na pomoc, zadbaj o własne bezpieczeństwo" - powtarzał jej na treningach. Dziewczyna ujęła miecz i jednym cięciem zdekapitowała Hydranta. Teraz już bezapelacyjnie był martwy. Przypadłą do brata i z serca spadł jej bardzo wielki ciężar gdy zauważyła, że mimo obrażeń jego klatka unosi się w miarowym oddechu. Był ranny, ale żył. I Kathy już zabierałą się do opatrywania gdy poczuła, że statek delikatnie zaczął się przechylać. Helicarrier spadał.

 

- Kara, Marvel, Lilith - odezwijcie się! - wyrzuciła do swojego komunikatora, który na szczęście wciąż działa.

Przez chwilę nikt się nie odzywał, aż w końcu usłyszała przerywany szumem głos Carol

- Tu Marvel, co u was?

- Hammer nie żyje, ale Ravager jest ranny. Ten przeklęty statek zaczyna spadać. Możesz nas stąd wyciągnąć? Co z resztą? - wyrzuciła gorączkowo. Nie chcąc tracić czasu wyrwała miecz z bezgłowego ciała, które utopione w fontannie krwi z obrzydliwym plaśnięciem upadło na pokład.

I natychmiast zaczęła sprawdzać stan brata. Na nic innego nie było czasu.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Mwa4JcD.jpg

Jess (Temp) LeBeau

 

Myśli przelatywały przez głowę Jess w tym samym tempie, w jakim leciała na spotkanie swego przeznaczenia. Dotychczas udawało jej się jakoś wykaraskać ze wszystkich problemów, w które wpakowała się sama lub wpakował ją złośliwy los. Teraz jednak szanse miała niewielkie. Bardzo ograniczone. Przeciwnicy, których miała pokonać, nie należeli do słabych, a reaktor i groźba wybuchu był najgorszą motywacją, jaką kiedykolwiek miała. I chociaż ze wszystkich sił chciała stąd odejść, zostawić świat samemu sobie, wycofać się ze wszystkich wojen i po prostu zaszyć gdzieś daleko z mężami i dziećmi, nie mogła tego zrobić. Bo była bohaterką? Już od kilku morderstw nie. Bo była złym charakterem, który chciał zawsze górować? Nie zależało jej na tym. Bo musiała po raz kolejny uratować świat? Tak, chociaż gdyby chodziło tylko o nią, Ziemia mogłaby rozpaść się w pył.

Dostrzegła ich od razu. Vapor i Vector. Szaleńcy, dla których jedynym lekarstwem była śmierć. Wydawało się, że to właśnie zrobi Jess. Zabije ich z taką łatwością, z jaką wydała na pozostałych wyrok śmierci. A jednak gdy ich zobaczyła, nie zaatakowała. Wylądowała w pewnej odległości od nich, gasząc płomienie spowijające jej ciało. Na twarzy mutantki nie było chęci mordu czy nienawiści. Był smutek.

- Nie wiem, co Hydra wam obiecała – zaczęła – ale nie warto. W wyniku waszego działania zginą uwięzieniu tutaj więźniowie. Wiem, że najprawdopodobniej w ogóle wam nie zależy, ale nie wykonacie planu Hydry. Nie zdołacie zamienić Ziemi w planetę Hulków. Będziecie mieć jednak na rękach ich krew razem ze mną. Nie chcę z wami walczyć. Nie chcę was zabijać. Chcę… trochę spokoju. Jeśli jednak nie dacie mi innego wyboru, jeśli nadal będziecie chcieli iść śladem szaleńców, nie zamierzam być bierna. Nie zamierzam odpuścić. Jeśli będzie trzeba, dam wam całą moc, jaką mogę z siebie wykrzesać, bo nie mogę pozwolić, by wam się udało. I na pewno nie mogę tutaj zginąć.

Dłonie Temp zmieniły się, ale wyłącznie do nadgarstków, przybierając lodową postać.

Nie mogła walczyć z nimi ogniem, ale mogła lodem. Jeśli ją do tego zmuszą, zamieni to miejsce w kolejną epokę lodowcową. Nawet jeśli ma ją to zabić.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

hNYkE4m.jpg

Harley Hopper

 

Helicarrier spadnie. Helicarrier spadnie?

Nie, to nie brzmiało prawodpodobnie. To nie było możliwe.

Helicarrier spadnie! - wykrzyknęła do Gamory, ale, na bogów, także piorunów, to ciągle nie brzmiało prawdopodobnie.

No, ale, jednak. To, co nieprawodpodobne działo się na jej oczach. Działo się dotkliwie blisko, dotkliwie szybko i dotkliwie boleśnie. I Harley wiedziała, że musi coś na to poradzić. Nawet jeśli się jej nie uda, to po prostu, musi! Na Helicarrierze siedzieli przecież ci, dla których tutaj walczyła!

 

Do cholery, Harley, co ty wyprawiasz? 

Nie potrafiła sobie oczywiście odpowiedzieć na to pytanie, gdyż działała zdecydowanie szybciej niż odpowiadała. Puściła działo. I skupiła się na fortecy.

Nie wiedziała, czy potrafi, czy ma dostateczną siłę, by utrzymać Helicarrier mocą wiatru. Wydawało jej się to tak samo mało prawodpodobne, jak to, że jej babcia spędziła upojny czas z Thorem.

No, ale ostatecznie, spędziła przecież. A Harley była rzeczonego Thora wnuczką.

Co miała sobie nie poradzić?

Przecież nie mogło pójść źle, prawda?

 

Skupiła cała swoją moc. Zignorowała wszystkie bodźce, które mogłyby ją rozproszać. Otaczające ją odgłosy, myśli, że to się nie może przecież udać, ból... To wszystko nie miało teraz znaczenia. Jeśli trzeba, zrobi najpotężniejszą wichurę wszechczasów. Naprawdę ją zrobi. I utrzyma Helicarrier na nieboskłonie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz