mroczek

Rozdział 3 - Między snem a jawą (mroczek)

5 postów w tym temacie

Wślizgnęli się do doku przed pierwszą z jesiennych burz. Od dwóch dni czuli jej lodowaty oddech na plecach kiedy „Szary Zdobywca” pruł falę powracając z dalekiej północy. Niebo było szare i ciężkie od chmur kiedy Garlen zobaczył z oddali znajomą sylwetkę Gniazda. Wracał tam już po raz dziesiąty, a jednak za każdym razem posiadłość wydawała mu się zupełnie inna. Tym razem było coś ponurego w jego strzelistych wieżach.

Ominęli port w którym skrywały się pomniejsze statki i wpłynęli do ukrytej zatoczki pod rodową posiadłością Vilidarich. Otoczona z trzech stron przez skały i zadaszona częściowo podczas budowania Gniazda przyniosła ulgę od niepokoju, którego Garlen nie uświadamiał sobie nawet do końca.

Zaczęło się chyba od tego snu, w którym niebo ponad jego głową szarzało, a potem opadło białym deszczem popiołu na ziemię. W szarym, cichym świecie zobaczył w oddali sylwetkę jelenia, ale kiedy zbliżył się do niego dostrzegł, ze to tylko szkielet rozciągnięty na suchych gałęziach. Nie wiedząc czemu podszedł do niego i wtedy szkielet uniósł łeb i zawył żałośnie.

Obudził się zlany zimnym potem obok Charlotte i pomimo jej usilnych zabiegów niepokój nie ustąpił do końca. Przez kilka dni czuł jakby ktoś nieustannie chodził za nim i patrzył prosto w kark. Cały dobry nastrój z jakim zawsze opuszczał północ prysnął. Dopiero teraz kiedy postawił stopę na skale Gniazda. To miejsce w połowie było jak dom, tak samo jak lasy północy, w których oddychał pełna piersią i czuł, że żyje. Był u siebie i czekała na niego długa, rodzinna zima.

Anake witała ich w domu zawsze chętnie, traktując jak przyjaciół, ostatnie lody przełamali chyba dwa dni przed ślubem kiedy zabrała jego, Gabriela i Charlotte na prywatny rejs po zatoce. W piękny letni wieczór zaproponowała żeby tam i teraz, przy dwójce świadków, wymienili się przysięgami. Mogła sama udzielić sobie ślubu, była kapitanem, a tak znaczyłby o wiele więcej niż ceregiele przy „rodzince” i „stadzie dziwnych ludzi”. Oczywiście musieli przeprowadzić cały proces jeszcze raz publicznie, ale właściwie była to tylko formalność.

Przez kolejne dziesięć lat jakie upłynęło od tego dnia Garlen mógł się przekonać nieraz, że może liczyć na Anakę, chociaż wciąż pozostawała dla niego trochę tajemnicą.

Charlotte jak zawsze pierwsza wyszła na trap, o wiele gorzej od niego znosiła morskie podróże, dlatego pilnowała żeby wszystkie potrzebne rzeczy załatwić na samym początku. Potem robiła się coraz bardziej roztargniona, coraz gorliwiej wypatrywała brzegu i równie gorliwie na niego wypadała.

A kiedy tylko pojawiła się na trapie z góry wąskich, wyciosanych w skalnej półce schód dobiegły ich bliźniacze głosy.

- Mamo! Tato!

- Ostrożnie na skale – Charlotte zawołała zupełnie odruchowo, aż za dobrze znając swoich synów by wiedzieć, ze lecą na łeb na szyję jakby czegoś takiego jak śmierć czy wypadek nie było.

Podniósł głowę i tak jak się spodziewał pokonywali już ostatni odcinek przed przystanią, jak zawsze wyżsi o głowę odkąd ich ostatni raz widział. Dwóch siedmiolatków trochę masywniejszych niż elfickie dzieci ale nie tak pulchnych jak te ludzkie, identyczni o czuprynach o kilka tonów jaśniejszych niż złote włosy ich matki i szarych oczach Garlena.

Nie byli planowani, ot pewnego lata złapała ich powódź na północnych bagnach sprawiając, że spędzili nadprogramowe trzy miesiące w chłodnej tajdze. Zdarzenie całkiem przyjemne dla Garlena Charlotte trochę odchorowała. Dopiero kiedy spóźnieni dotarli do Gniazda w środku zimy wyznała mu, że na pustkowi skończyły się jej zioła przeciwko „kłopotom” i cóż. Były kłopoty, a ona chciała za jego pozwoleniem te kłopoty zatrzymać. Więc je zatrzymali. Anake nie była zła, przynajmniej nie jakoś bardzo i tylko na początku. Teraz obaj bliźniacy mówili jej per ciociu i regularnie chodzili razem popływać. Rodzina Garlena w większości udawała, że chłopców nie ma, tylko Gabriel zdawał się dostrzegać ich istnienie, pozwalał się nazywać wujkiem i przywoził prezenty zawsze kiedy u nich bywał. Gilis i jego Lordowska Mość Pan Ojciec traktowali malców jak powietrze. Co było trudne biorąc pod uwagę ich żywiołowy charakter i to, że wszędzie było ich pełno. Żółty i niebieski – jak zwykła mawiać o malcach służba zupełnie niezdolna ich odróżnić, ot nie bardziej niż po tym że jeden zawsze miał na sobie coś żółtego, drugi, coś niebieskiego. Garlen był niemal pewien, że czasem się zamieniali, chociaż nigdy nie zdołał ich na tym przyłapać.

Charlotte upierała się przy towarzyszeniu mu w podróżach praktycznie odkąd odstawiła ich od piersi. Może chodziło o dumę, a może i Gilisa, który zwykł kąśliwie stwierdzać, że jeśli nie nadawała się na Pierwszą Garlena to wycofa ja do hodowli. Uwagi Gabriela o tym, że to jest decyzja Garlena najstarszy z braci kwitował krzywym uśmiechem i krótkim: zobaczymy. Tak czy inaczej zawsze kiedy wracali trudno było ją odkleić od dzieci. Teraz też po uściskaniu ich odsunęła się niechętnie żeby mogli uściskać ojca.

- Ciocia Anakę złamała nogę! – oznajmił żółty, kiedy całą czwórką kierowali się w stronę schodów.

- Mieli jakąś stłuczkę na statku i teraz chodzi z takim długim kijem i mamrocze… ale nie wolno nam powtarzać co – dodał niebieski.

Charlotte uśmiechnęła się pod nosem, marynarskie słownictwo Anakę było wszystkim znane.

- Skoro chodzi to chyba nic poważnego? – zapytała.

- Nie chce nam powiedzieć – stwierdzili chórem, trochę obrażeni. Potem przeszli w przeplatankę podczas której trudno było ocenić, który właśnie mówi.

Wujek Artemis też nie, ale...

- …Duny i Callan mówią, że…

- …spotkali statki wojenne…

- …i było jakieś bum!

Duny i Callan byli średnimi synami Artemisa Durane, pierwszego oficera u Anakę, chłopcy często bawili się z jego dziećmi, których nawiasem mówiąc miał już trzynaścioro, choć część opuściła już rodzinne gniazdo.

Powrót do Gniazda był dla Garlena zawsze miłym doświadczeniem. Tym bardziej, że on i Anake już od dawna nie bawili się w podchody, jak to miało miejsce na początku. Garlen nie udawał nikogo innego niż był naprawdę, co przeszło dekadę temu poradziła mu Charlotte, i czego do dnia dzisiejszego się trzymało. To pomagało w utrzymywaniu dobrych relacji z żoną. Tym bardziej, że pod jej okiem wychowywała się dwójka jego synów, których matką była jego Pierwsza, a nie sama Anake. Fakt, że kobieta szybko przestała się o to gniewać i mieć żal do Garlena był kolejną z rzeczy na liście tych, za które elf podziwiał swoją żonę. I za które ją kochał.

Nie przestawał też kochać Charlotte.

Zatem od dziesięciu lat trwał w związku małżeńskim z jedną kobietą, którą kochał, mając dwóch cudownych synów z drugą kobietą, którą również kochał. Nie było to do końca normalne, z czego sam zdawał sobie sprawę, ale tak już po prostu było. Żył z dwiema kobietami, które różniły się od siebie tak, jak dzień może różnić się od nocy i był szczęśliwy. Tak prawdziwie szczęśliwy i spełniony. Nie przeszkadzało mu już nawet to, że ojciec i Gilis traktują jego synów jakby ci nie istnieli. Z początku go to bolało. To byli w końcu jego synowie. Krew z jego krwi. Z nieprawego łoża, których matką była niewolnica, jednak w ich żyłach płynęła krew Sirjów, co chłopcy często udowadniali, zwłaszcza jak już podrośli. Jednak brak akceptacji i zainteresowana synami ze strony starszego brata i rodzica całkowicie wynagradzał mu Gabriel. Młodszy brat był tym członkiem rodziny, którego Garlen zawsze chętnie gościł w Gnieździe, z którym pisywał listy kiedy tylko miał ku temu okazję i który nie patrzył na chłopców jak na okrutny żart bogów. Lubił ich, bawił się z nimi, gdy tylko nie widział tego nikt, kto mógłby donieść o tym ojcu lub Gilisowi. I to Garlenowi wystarczało. Dwóch zdrowych synów, dwie piękne kobiety, które darzył czystym uczuciem i brat, który jednocześnie był jego najlepszym przyjacielem.

Brakowało mu jedynie Sil.

Cioci Sil, która zawsze znalazła czas i cierpliwość dla chłopców.

Która zawsze miała dobre słowo dla Garlena, jakąś mądrość, którą potrafiła przekazać w prosty sposób.

Nowa Pierwsza Gabriela nie była zła. Przykładała się do swoich obowiązków i potrafiła dotrzymać tajemnicy, jeśli chodziło o kontakty Gabriela z bratankami. Ale przy wszystkich jej zaletach, miała jedną wadę, której nic nie było w stanie przyćmić – nie była Sil.

Nim okręt wpłynął do zatoki, Garlen rzucił jeszcze jedno spojrzenie na strzeliste wieże Gniazda i gęste, ciemne chmury na niebie nad nimi. Nie podobało mu się to, jak złowieszczo wygląda jego dom. Ostatnim razem, gdy wyglądał w ten sposób, jeden z jego synów był ciężko chory. Bał się, że tym razem czeka ich podobna niespodzianka po powrocie – jego złość z powodu bezradności i nieprzespane noce Charlotte, kiedy wyrzucała sobie bycie złą matką, której nie było przy dziecko, kiedy była potrzebna. Sirja zrobiłby wszystko, by oszczędzić ukochanej podobnego przeżycia. Nie mógł jednak oprzeć się wrażeniu, że coś się stało podczas ich nieobecności. I znów przypomniał mu się ten sen. To truchło jelenia. To, jak silne poczucie niepokoju mu towarzyszyło.

Wystarczyło jednak, by przybili do brzegu, a wszystko minęło, jak ręką odjął. Zwłaszcza, kiedy usłyszał radosne okrzyki swoich synów. Nawet nie próbował opuszczać pokładu przed Charlotte. Jego Pierwsza niemal sfrunęła po trapie, niesiona skrzydłami matczynej miłości. On sam, schodząc ze statku, z czułym uśmiechem patrzył na Charlotte wyściskującą dzieci.

- Varlan, urwisie, znowu wyrosłeś! - zakrzyknął, przyklękając na jedno kolano i wyciągając ręce do synów, kiedy ci zostali wypuszczeni z rąk matki. Varlan otrzymał imię wybrane przez Charlotte. Garlen uznał, że jego Pierwsza ma prawo do nadania imienia ich dziecku. Tym bardziej, że on wybrał imię dla drugiego syna.

- A ja to co? - zapytał z oburzeniem „niebieski”.

- A ty jeszcze bardziej, Aegisie - Garlen zaśmiał się, obejmując w niedźwiedzim uścisku obu synów.

Sam nie wiedział dlaczego takie imię nadał swemu synowi. Ani skąd przyszedł mu na nie pomysł. Tak jakby to imię przez cały czas siedziało z tyłu jego głowy, jakby zawsze miał je gdzieś na końcu języka. Zupełnie jakby to imię czekało tylko na okazję, by wypłynąć.

Podnosząc się, zmierzwił jeszcze jasne włosy, które obaj odziedziczyli po matce i poprawiając łuk na ramieniu, pozwolił się poprowadzić w kierunku schodów. Krótki uśmiech, jaki posłał Charlotte, jak zawsze, gdy po rozłące witali się z dziećmi, zamarł na jego ustach, gdy usłyszał informacje o złamanej nodze Anake. A kolejne rewelacje, jakie wypowiadali synowie sprawiały, że rozbawienie ze sposobu w jaki opowiadali, mieszało się z troską o żonę. Jeśli skończyło się na złamanej nodze, to nie było aż tak źle. Choć Garlen potrafił sobie wyobrazić te słowa, których nie wolno było urwisom powtarzać. Tak, jego ukochana Anake potrafiła rzucać całkiem wymyślnymi wiązankami.

- Chłopcy, gdzie jest teraz ciocia Anake? - zapytał z troską w głosie, której nie był w stanie ukryć.

Chciał jak najszybciej zobaczyć się z żoną i dowiedzieć się co się stało.

- Pani doktor mówi, że powinna leżeć… - zaczął Aegis.

- …ale ona jej nie słucha. – podjął Varlan.

- Była w srebrnym salonie…

- …tym wychodzącym na morze.

- Nie może chodzić po schodach…

- …wtedy najwięcej mówi, tak śmiesznie…

- …ale bez sensu.

Wszyscy w domu nawykli już do przeplatanki, dzieciaki czasem potrafiły dać popis indywidualizmu, ale zazwyczaj zachowywali się jakby mieli wspólny umysł, przynajmniej częściowo.

- Mali zdrajcy – padło ze szczytu schodów.

- Ciocia zaczęła – odkrzyknęli chórem dalej oburzeni tym, że trzyma się coś w tajemnicy przed nimi.

Anakę czekała na nich na samym szczycie wsparta na drewnianej kuli i… w sukience. Garlen dawno nie widział żony nawet w spódnicy jeśli nie liczyć oficjalnych okazji. Teraz długa, błękitna suknia zakrywała jej nogi. Elfka uśmiechnęła się zaczepnie, ale w jej oczach widać było ulgę, zupełnie jakby nie do końca spodziewała się ich zobaczyć całych i zdrowych.

- Jak podróż?

Anake i leżeć? Garlen nie wyobrażał sobie lekarskiego zalecenia, które byłoby bardziej sprzeczne z naturą jego żony niż to. Anake leżała naprawdę rzadko, właściwie tylko wtedy gdy musiała, a i wtedy wydawała się to robić przymusowo. Tak jakby była obrażona, że natura uniemożliwiła spanie i chodzenie jednocześnie.

Srebrny salon był jednym z ulubionych pomieszczeń Anake w Gnieździe. Garlen wytyczał już w głowie najkrótszą trasę do niego, gdy usłyszał głos ukochanej. Gdy uniósł spojrzenie z głów synów w kierunku źródła dźwięku, na krótką chwilę oniemiał. Anake ubierała się w ten sposób niezwykle rzadko i zawsze wtedy wyglądała zniewalająco. Ulotnie i eterycznie. W sukniach wydawała się jeszcze bardziej tajemnicza, niż była na co dzień.

Zamiast odpowiadać na jej pytanie, Garlen wyminął chłopców i sunąc po dwa stopnie jednocześnie, dopadł do szczytu schodów. Zamknął Anake w objęciach, a jej usta w pocałunku, któremu intensywnością mógł dorównać jedynie sztorm.

- Tęskniłem - wyszeptał w jej usta, kiedy przerwał pocałunek. – Nie ma mnie kilka miesięcy, a ty tak rozrabiasz, że łamiesz nogę? - zapytał z zaczepnym uśmiechem, jednak w jego głosie i spojrzeniu kryła się troska.

Oddała pocałunek.

- Musze, inaczej dzieciaki pomyślą, ze tylko im wolno. – odpowiedziała krótko po czym cofnęła się w korytarz. – Chodźcie, pokoje czekają kazałam w nich napalić kiedy pojawiliście się na horyzoncie. Właśnie mieliśmy siadać do obiadu.

Przytaknął tylko i uśmiechnął się do niej ciepło.

- Pięknie wyglądasz - ujął jej dłoń. – Pójdziesz z nami?

- Młodzi panicze powinni się  ogarnąć przed posiłkiem – stwierdziła Charlotte czule, bliźniaki jęknęły chóralnie. – Jeszcze się nacieszycie ojcem, a teraz chodźcie, mama też musi się ubrać w coś co nie pachnie rybą.

Przygarnęła ich do siebie i rzucając Garlenowi spojrzenie spod znaku: Masz chwilę spokoju, dziękuj mi, szybko nowa się nie trafi, ruszyła holem w stronę pietra.

Anakę szła wolno wspierając się na kuli, kołysała się przy tym dziwnie a coś pod jej spódnicą stukało.

- Wyglądam jak wypłosz, ale czemu mam psuć dobre spodnie – stwierdziła cicho. – Mieliście spokojne morze?

- Tak, morze i wiatry nam sprzyjały - odparł, idąc wolno u boku żony. – I sądzę, że dziesięć lat to wystarczający okres czasu, by nauczyć się przyjmować komplementy od męża - stwierdził rozbawiony.

Wywróciła oczami.

- Pogadamy jak będę w sukienkach wyglądała chociaż w połowie tak dobrze jak Charlotte. Jedna elegancka kobieta ci wystarczy.

Pokręcił głową z uśmiechem.

- Skoro w pobliżu nie ma dzieci, możesz mi powiedzieć co ci się stało? Chłopcy zasłyszeli coś pokątnie o jakiejś flocie wojennej?

Skrzywiła się.

- Allinelczycy podpływają coraz bliżej ze swoją wojenką, mieliśmy incydent – stwierdziła krótko.

Wojna w Vedzie zakończyła się ślubem wdowy po królu i jego bękarta, który teoretycznie powinien był pogodzić wszystkich. W praktyce zapoczątkował otwartą wojnę między Allinelą i Covadarem z udziałem Ileanu. Wojne, która za nic nie chciała się skończyć, wręcz przeciwnie pochłaniała kolejne elfickie państwa. Na południ w Cesarstwie Taoi trwała rebelia i wyglądało na to, że cały kontynent powoli zaczyna się tlić. Było to dobre dla interesów ponieważ handel niewolnikami kwitł, jednak sytuacja zaczynała coraz gorzej wyglądać dla Haeuro. Mówiło się że przystąpienie po którejś stronie jest tylko kwestią czasu.

- Incydent - powtórzył za nią. – A którą częścią incydentu było, cytując chłopców „BUM”?

- Tą w której zmusiliśmy ich żeby, że tak poetycko powiem: wypierdalali w podskokach z naszych wód terytorialnych. – syknęła. – Straciliśmy maszt w wymianie ognia.

Garlen westchnął cicho, słysząc rewelacje żony. Wojna może i służyła interesom, ale coraz bardziej zbliżała się do ziem, w których odnajdywał spokój po wyprawach. Do ziem, gdzie wychowywali się jego synowie i gdzie czekała na niego żona.

- Jak poważne jest to złamanie? - zapytał z troską.

Machnęła ręką.

- Nic wielkiego, poboli i przestanie.

- Na pewno? - zapytał podejrzliwie.

Prychnęła.

- Jak cię znam i tak zrobisz kontrolę. – rzuciła lekko, z delikatnym uśmiechem na ustach. – Albo spytasz tej histeryczki lekarki.

- Owszem, zapytam - stwierdził z uśmiechem. – Ta histeryczka od czegoś tutaj jest. I to, że dla ciebie otwarte złamanie jest traktowane w kategorii draśnięcia, nie znaczy, że dla każdego tak jest - dodał rozbawiony i spojrzał na nią, mrużąc delikatnie oczy. – A co do kontroli… żebyś wiedziała, że mam zamiar sprawdzić osobiście twój stan, kochanie.

- Rozumiem, że dzisiaj mam się spodziewać wizyty wieczorem?

- Tak, jeśli będziesz czuła się na siłach - odparł z uśmiechem. – A zmieniając na chwilę temat… widziałem zatroskanie na twojej twarzy, kiedy nas witałaś. To wynik naruszania wód terytorialnych, czy też dzieje się coś jeszcze?

- Ja i nie czucie się na siłach? – prychnęła jak rozdrażniony kot, ale zaraz spoważniała.

- Widzieliśmy białe fregaty – stwierdziła krótko. – Nie, nie próbowaliśmy ich ścigać, nie oszalałam jeszcze.

Białe fregaty, tajemnicze statki z Allineli o białych żaglach dorobiły się ponurej sławy, podobno wypełniała je magia, która potrafiła zniszczyć cały konwój w jednej chwili, były szybkie, umiały pływać pod wiatry… i w sumie według legend umiały wszystko. Tylko nikt się z nich nie śmiał, nie kiedy coraz więcej statków ginęło na morzu.

- Białe fregaty? - zapytał z niepokojem w głosie i ściągnął brwi. – Bosman Ehret nazywa je Fregatami Duchów. I gdyby nie to, że tak wielu je widywało, uznałbym, że one nie istnieją, że są tylko legendą. Postrachem dla wrogów - potarł podbródek nerwowo. – Zmierzały gdzieś w te okolice?

- Tak przypuszczam – westchnęła cicho. – Nie podoba mi się to, Illeian i Allinela coraz mocniej naciskają żebyśmy dołączyli do tej ich głupiej wojenki o nie wiadomo w sumie co.

- Pytanie kto ma mocniejsze argumenty - mruknął Garlen. – W obliczu wojny otaczającej świat dookoła bardzo trudno zachować neutralność. Nawet jeśli bardzo się chce.

- A nawet jak się próbuje pływają ci okrętami wojennymi po podwórku – mruknęła niezadowolona, przetarła skroń odgarniając na ramiona kilka kosmyków włosów. – Lepiej nie wspominajmy o tym przy młodych, bliźniaki już od miesiąca marudzą, że wojna się skończy zanim będą duzi i będą mogli zostać żołnierzami. Charlotte ostatnio nie reagowała na takie uwagi najlepiej.

- Dobrze - przytaknął. – Chłopcy jak to chłopcy, myślą o wojaczce jako dobrej zabawie. Zbyt wielu przekonuje się na własnej skórze, że wojna z zabawą ma bardzo mało wspólnego - w jednej chwili spoważniał, tracąc dobry nastrój. Nie tego spodziewał się po powrocie do domu. – Artemis też jest ranny? Czy stary farciarz wyszedł z tego bum bez szwanku?

- On? A widziałeś go kiedyś poważniej rannego? – stwierdziła rozbawiona. – Może i nie robi się młodszy ale czas jeszcze się do wgryzł na dobre. To tylko ja jestem taka narwana – skrzywiła się, wyraźnie zła na całą tę sytuację.

- Pewnie gdyby się ciebie tak nie bał, to próbowałby cię jakoś powstrzymywać lub hamować - stwierdził Garlen, uśmiechając się nieznacznie do żony. – Zobaczysz, w mgnieniu oka znowu będziesz chodziła, a kula nie będzie ci potrzebna.

- Nie chodzi o kulę, jest nawet fajna, służba mnie uważniej słucha, chyba boją się, że im przyłożę – stwierdziła na wpół żartem.

- No tak, zawsze to jakiś podręczny argument, którego można w dowolnej chwili użyć - stwierdził, zbliżając się nieco do Anake. Objął ją dłonią w pasie, zrównując się z nią rytmem. – Więc o co chodzi, jeśli nie o kule?

Odetchnęła i wyprostowała plecy patrząc na niego tak jakby trochę nieśmiało, co się jej raczje na trzeźwo nie zdarzało.

- W skrócie to…

- TAAATOOO – chóralny wrzask wdarł się jej w słowo i po chwili z tumultem godnym oddziału wojska Aegis i Varlan zbiegli z piętra, przebrani, czyści na tyle na ile mali chłopcy są do tego zdolni i zdecydowanie stęsknieni za obecnością ojca.

Dopadli go błyskawicznie.

- Jesteśmy już dusi…

- …sam tak powiedziałeś…

- i tak się zastanawialiśmy…

- …czy już dość duzi żeby…

- …nauczyć się strzelać?

Było coś nieskończenie urzekające, kiedy patrzyła na niego w ten sposób. Ta silna kobieta, która nie bała się zaśmiać niebezpieczeństwu twarz, patrząca na niego z tą dozą nieśmiałości i niepewności. To zawsze ujmowało go za serce, sprawiając, że to szybciej biło, czego oznaką (tym razem) było nieco mocniejsze przyciągnięcie jej ku sobie.

I wtedy pojawiła się szarża siedmiolatków, szarpiąca ten wyjątkowy moment na strzępy, niczym demony rzucające się na ciało ofiary. Garlen kochał swoich synów i uwielbiał spędzać z nimi czas, ale tym razem z trudem powstrzymał się od westchnięcia. Bo czas zaraz po powrocie do domu był czasem trudnych wyborów. Był koniecznością dzielenia się sobą pomiędzy stęsknionymi dziećmi i wyczekującą na męża żoną. Chociaż przez minione lata zdążył się już do tego przyzwyczaić, konieczność podejmowania takich decyzji i dzielenie się pomiędzy ukochane osoby zawsze sprawiała mu ból. Wiele razy żałował, że nie może się po prostu rozdzielić.

- Strzelać z łuku? - zapytał, kładąc dłoń na głowie Aegisa. – Chcecie, żeby wasza matka zrzuciła mnie z wieży wprost w objęcia morza?

- Powiedzieliście, że jak będziemy duzi. Jesteśmy - oznajmił stanowczo Varlan.

- Duzi, to pojęcie względne - odparł Garlen z uśmiechem. – Porozmawiam o tym z mamą - obiecał. – Sądzę, że zgodzi się na bezpieczne strzały.

Charlotte schodziła wolno po schodach i wcale  nie wyglądała na skorą do zgody na cokolwiek uwzględniającego bliskość jej synów i broni. W takich chwilach mówiła zazwyczaj coś w stylu: Po moim trupie. Co biorąc pod uwagę długość życie półelfów i ludzi było cóż, w sumie całkiem  prawdopodobne.

- Skoro tak bardzo chcecie się uczyć chyba czas zorganizować wam guwernera – powiedziała z uśmiechem, który wypadł dość blado.

Chłopcy wydawali sobie nic  nie robić ze zmiesza nią matki, za to jęknęli słysząc znienawidzone słowo na „g”.

Garlen uśmiechnął się nieco łobuzersko słysząc reakcje synów na stwierdzenie Charlotte o guwernerze. I uznał, że to dobry moment, by wesprzeć swoją Pierwszą.

- Cóż, jeśli uważacie, że jesteście wystarczająco duzi na naukę korzystania z łuku, to jesteście też wystarczająco duzi na guwernera. W pełni popieram pod tym względem mamę.

- Ale… będzie też łuk? – spytał Varlan zerkając tęsknie na broń przewieszoną przez ramię ojca.

- No właśnie, jak ma być matematyka – Aegis wzdrygnął się wypowiadając ostatnie słowo. – To nie za nic.

Charlotte uśmiechnęła się już trochę spokojniej.

- Z takim umysłem będzie z ciebie wspaniały kupiec.

Aegis przewrócił oczami.

- To będzie ten łuk? – dopytywał się żółty-Varlan.

- Zobaczymy.

- Znaczy się, nie – westchnął Aegis.

- Ja wiem, że zwykle „zobaczymy” to zawoalowane „nie”, ale porozmawiam na ten temat z mamą - rzucił Charlotte krótkie spojrzenie. – Jestem pewny, że dojdziemy do jakiegoś porozumienia.

Charlotte zacisnęła usta ale trwało to tylko jedną chwilę, potem uśmiechnęła się i delikatnie dotykając ramion synów pognała ich do jadalni.

Obiad i reszta dnia minęły pod znakiem opowieści. Chłopcy chcieli wiedzieć wszystko o jesiennej wyprawie, o trollach, o orkach, o tundrze i północy. Garlen zaś lubił o tym mówić. Podróż północna była weselsza, przyjemniejsza. Ta wiosenna niosła ze sobą smutek i strach.

W Taoi nie działo się najlepiej od lat ale teraz sytuacja była już tragiczna. Kiedy zwozili niewolników do zasilenia cesarskiego wojska skupowali też towar masowo dla akademii, głównie dzieci, teraz starsze bo młodszych w Taoi nie było za wiele, wychudzone i wynędzniałe, często na granicy życia i śmierci. Często zbyt słabe by przeżyć podróż, ale zabierali je. Nie płacili wiele a rodziny się nie targowały, nie chodziło o pieniądze, ale o jedzenie. Na statku niewolniczym dzieci dostawały dwie porcje dziennie, w swoich domach zazwyczaj jedną na dwa dni a to i tak dobry wynik. Gdyby ich nie kupili zapewne umarłyby z głodu szybko. Charlotte starała się opiekować tymi dziećmi i jednocześnie nie pogrążać finansów wyprawy, kilka razy złapał ją na tym, że sprzedała coś co dostała w prezencie żeby wyrównać rachunek. Kupowali ich wiele bo nie wymagały za dużych nakładów a po krótkim szkoleniu i odkarmiemiu można było je z zyskiem sprzedać jako służbę domową na północy. Charlotte mówiła ze to więcej niż spotkało by je w domu. Lżejsza praca, lepsze warunki. Los biednych w Taoi był nie do pozazdroszczenia. Wiedziała o tym. Sama była kiedyś jednym z takich dzieci.

W porównaniu z tym jesień była spokojna. Covadar przywykł do wojny więc chyba najlepiej ją znosił ze wszystkich elfickich królestw. Dostarczyli niewolników, odebrali „specjalny oddział” Gabriela, po który jego mały brat zapewne zjawi się w ciągu miesiąca. Wrócili, o tyle. Wszystko w otoczeniu przyrody i nawet bez widoku orków z bliska.

Dzieciaki były niepocieszone ale ożywiły się kiedy zaczął mówić o gryfach.

Charlotte zawsze po powrocie do domu zabiegana krążyła między dziećmi, a piętrami zaległej korespondencji i papierów formalnych, bardziej na korzyść dzieci. W końcu wieczorem dyskretnie uwolniła Garlena od synów.

Anakę tuż po obiedzie gorzej się poczuła i poszła do siebie, jednak kiedy zawitał do niej po kolacji była na chodzie. Względnie. Siedziała przy oknie wpatrując się w zachodzące słońce nad morzem, zamyślona i zachmurzona tak jak kiedy po raz pierwszy ich przywitała.

- Wymęczony ojciec w ukryciu?

Lubił opowiadać synom o swoich podróżach. Nigdy nie mówił ze szczegółami o wizycie na południu kontynentu. Wizyty w Taoi były przygnębiające, przedstawiające rzeczywistość tak ponurą, że wręcz wydającą się być nierealną. A jednak tak wyglądało tam życie. Brudne, nędzne, wśród głodu i wszechobecnej śmierci. Garlen miał zbyt miękkie serce na ten etap wyprawy. Gdyby to od niego zależało, zabrałby wszystkich, byle tylko uwolnić ich od takiej wegetacji w oczekiwaniu na śmierć, która przychodziła prędzej niż później. Pamiętał skąd pochodzi jego Pierwsza i matka jego pierworodnych. Dlatego tak bardzo leżał mu na sercu los dzieciaków z tych ziem. Dlatego nie unikał kontaktu z nimi i pomagał swojej Pierwszej, kiedy tylko mógł. A kiedy ktoś zwracał mu uwagę, że nie powinien się tak zachowywać, tak angażować, że to niegodne wysoko urodzonemu, że konwenanse i tak dalej, odpowiadał krótko – pieprzyć konwenanse.

Dlatego oszczędzał opowieści o tej części wyprawy. To nie były historie przeznaczone dla młodych uszu i zbyt bujnej wyobraźni jego synów.

Za to o północy, jej mroźnym pięknie i dzikich lasach mógłby opowiadać godzinami. Coś kryło się w tej pogrążonej w wojnie północy, do czego go ciągnęło. Może to poczucie wolności? Może połacie otwartej przestrzeni, które budziły w nim jakąś nieodgadnioną tęsknotę? A może proste, żołnierskie życie, gdy każdy dzień, mógł być dla nich tym ostatnim? Tak, Garlen wiele czasu spędzał na rozmowach z żołdakami, czasem wypijając za dużo pędzonego przez nich samogonu, który wypalał gardło i smakował jak końskie siki. Ale o tym też nie mówił synom. Chętnie opowiadał o przyrodzie, o uczuciach, jakie wiązały się z pobytem w tamtej części świata. O tym, jak dla rozrywki stawał w zawody z covardskimi zwiadowcami w strzelaniu z łuku. Snuł opowieści o wieczorach spędzonych przy ogniskach, o żołnierskich pieśniach o odwadze, męstwie i braterstwie (pomijając te o cielesnych podbojach, wypruwanych flakach i tanich dziwkach), chętnie mówił o majestatycznych gryfach.

A później znów oddawał synów pod opiekę Charlotte, która z iście matczyną troską, miłością i przesadą, zaganiała chłopców do mycia i łóżek. On sam poszedł do Anake. Zapukał krótko, jak to miał w zwyczaju, odczekał kilka chwil i wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi.

- Nie - odparł z uśmiechem, zmierzając nieśpieszenie w jej stronę. – Stęskniony i zmartwiony mąż odwiedzający żonę.

Podszedł bliżej do niej i objął ją ramionami, stając w taki sposób, by mogła wesprzeć głowę na jego torsie.

Oparła się o niego z cichym westchnieniem.  Coś w jej sylwetce wydawało się inne niż zazwyczaj chociaż w tej chwili trudno mu było ocenić co.

- Niedługo będzie trzeba zdecydować co z nimi zrobimy. Ty i Charlotte rozmawialiście już o ich przyszłości?

- Nie - odparł cicho, całując czubek jej głowy. – Jeszcze nie podejmowaliśmy tego tematu. Cały czas… - zawahał się. – Cały czas zastanawiam się jakie są tak naprawdę opcje. Takie realne, które będą dla nich najlepsze.

Zamyśliła się.

- Sirjowie ich nie uznają więc miejsce w rodzinnym interesie mieliby tylko w obroży na co chyba nawet Charlotte nie pozwoli. Nie mogę przepisać na nich majątku Vilidarich przodkowie mi nie wybacza. Możesz ich uznać co da im wolność i pewna pozycję. Potem sprawa robi się trudna.

- Na obroże sam bym się nie zgodził - odparł. – To w końcu moi synowie. Fakt, pochodzą z nieprawego łoża, ale w ich żyłach płynie moja krew - zamilkł na chwilę, wodząc wolno palcami po ramionach Anake. – Sprawa robi się trudna przez to, że będę musieli sobie jakoś radzić? Czy z innego powodu?

- Będą musieli coś ze sobą zrobić. Bycie panem na włościach jest dla nich mało realne. Chyba, zę jak wyrosną okaże się, że mają twój talent do zdobywania kobiet.

Garlen zaśmiał się krótko.

- Sugerujesz, że zawsze mogą uwieść zamężną damę i żyć na jej garnuszku?

- Wtedy to byłby bardziej pomysł od strony matki - zażartowała, po czym skrzywiła się. - Chociaż czasami mam wrażenie, ze to tylko Charlotte w tym domu pracuje a my dwoje się bawimy.

- Jak już to ja się bawię - stwierdził, samemu się przy tym krzywiąc. – Ty strzeżesz tego miejsca. Kopiesz tyłki i karmisz rekiny każdym, kto tylko spróbuje naruszyć spokój twojego domu. Charlotte wypełnia całą masę papierków, przygotowuje każdą moją wyprawę i rozlicza je, kiedy zawiniemy do portu. Do tego zajmuje się chłopcami. A ja? Moja praca to prowadzenie negocjacji, kiedy już jestem na miejscu.

Milczała przez chwilę.

- Ja też się bawię, mam trzy statki i gdyby faktycznie ktoś chciał zrobić coś na naszych wodach nie mogłabym zrobić nic. Z jednym, uszkodzonym statkiem ledwo się udało.

- To dlatego jesteś taka zamyślona? Taka nieobecna? - zapytał z troską, masując jej ramiona.

- Nie - odpowiedziała i uśmiechnęła się nieznacznie, a potem odwróciła się do niego i zaplotła mu ręce na karku. - Czekam na twój atak dzikich protestów kiedy się dowiesz, że w przyszłym roku znowu sam zajmujesz się wyprawami, bo anektuję Charlotte. Ja się nie nadaję do opieki nad niemowlakami a nie powierzę naszego dziecka komuś obcemu.

Jego dłonie zsunęły się na jej biodra, kiedy obróciła się ku niemu. Patrzył na nią przez kilka chwil, analizując to, co do niego powiedziała.

- Jesteś… jesteś w ciąży? - zapytał z zaskoczeniem odmalowanym na twarzy. Z zaskoczeniem, które po chwili zamieniło się w wybuch radości, kiedy poderwał ją w ramionach w górę i wykonał z nią dwa obroty. – Jesteś w ciąży! - zakrzyknął radośnie.

Zaśmiała się głośno mocno chwytając jego ramiona.

- Jestem, a tobie się nawet upiekło i ominąłeś mój etap nudności, ciesz się chciałam cię wtedy bardzo zabić.

Objął ją i przytulił do siebie, trwając tak przez chwilę.

- To który to miesiąc? - zapytał, przyglądając się jej uważnie. – Niczego po tobie nie widać.

Coś było czuć, chociaż zmiany wciąż były całkiem subtelne.

- Czwarty...chyba, zdaje się że zaszliśmy tuż przed twoim wypłynięciem. A nic nie widać bo sukienki poza nie darciem się przez opatrunki bardzo ładnie kryją pewne rejony jeśli są dobrze skrojone.

Chrząknął z uśmiechem.

- Taaak, ekhm… nasze pożegnanie było gorące - stwierdził, gładząc ją wolno po plecach i spojrzał po sylwetce żony. – To stąd ta suknia. A już myślałem, że to tak dla mnie, na powitanie.

- Jakbym mieściła się w spodnie z łupkami na tej głupiej nodze nosiłabym spodnie. Nawet jeśli musiałam je pożyczyć od kogoś większego. - stwierdziła lekko. - No to już wiesz. Twój ojciec przestanie nas wiecznie pytać kiedy dziecko, a dom znowu będzie pachniał pieluchami i pełen wrzasków.

- Za tym ostatnim to akurat nie wydawałaś się w ogóle tęsknić - stwierdził z uśmiechem i pocałował ją czule. – Wiesz, że teraz ze sto razy dziennie będę się pytał czy ci w czymś pomóc albo czegoś nie przynieść?

- A ja raz będę ci płakać w ramię, a raz wyrzucać cię oknem - oznajmiła z szerokim uśmiechem.

- Taaak - oznajmił z namysłem, wciąż jednak się uśmiechając. - Chyba upewnię się, że nie będziesz miała trójzęba pod ręką. Jeszcze cię za bardzo poniesie i skończę z dodatkowymi dziurami w tyłku.

- Myślisz że pozwoliłabym ci się tak łatwo wymigać od obowiązków ojca dla kolejnego dziecka?

- Oj tam zaraz wymigać - odparł. – Z dziurawym tyłkiem wciąż mógłbym nosić dziecko na rękach. Chociaż z drugiej strony… może lepiej nie będę ci podsuwał wymówek za okaleczanie mnie.

- Nieee kto by wtedy słuchał moich wrzasków?

- Cały dom? - podpowiedział usłużnie, wciąż z uśmiechem na ustach.

- Większość z nich słucha tego od stu lat i już tylko jednym uchem.

- Ale teraz słyszeliby nowe wrzaski. Już i tak pewnie się nasłuchali, jak miałaś mdłości. Nie zdziwiłbym się, gdyby twoje mdłości i chęć zamordowania mnie były powodem, dla których o twojej ciąży usłyszała cała okolica.

- Bez przesady, wolałam żeby całe miasto się przed tobą nie dowiedziało.

Pocałował ją krótko.

- Dziękuję za takie wieści - powiedział czule. - Naprawdę nie wiesz jak bardzo się cieszę.

Uśmiechnęła się promiennie.

-Nie ma za co. Chciałam napisać ci list ale nie bardzo miał go kto dostarczyć. Artemis się oferował ale pewnie tylko po to żeby uciec od krzyków. No ale potem Allinela i Ilean postanowiły zacząć się bić koło naszych wód terytorialnych i potrzebowałam go za sterami.

- No tak - pogładził ją po ramionach. - Artemis nie psioczył na mnie, że jesteś niedysponowana, a ja włóczę się po Covadarze?

- Artemis wiał i robił uniki.

- Przez ostatnie cztery miesiące? - uniósł brew z powątpiewaniem. – Zresztą to czy dostanę od niego gratulacje, czy po pysku nie ma większego znaczenia. Najważniejsze teraz jest to, jak ty się czujesz. Potrzebujesz czegoś?

- Hmmm może mojego męża? – powiedziała przyciągając go mocniej do siebie. – Tak. Zdecydowanie mojego męża. – wymruczała nim zamknęła mu usta pocałunkiem.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12z1ammffrebghlfg.jpg?size_id=3

Garlen Sirja

 

Powroty do domu z każdym rokiem były dla Charlotte coraz dziwniejszym doświadczeniem, mieszaniną radości i zagubienia. Jej synowie rośli i coraz bardziej wyrywali się jej z ramion na wolność, do tego świata, który wydawał się jej taki ciekawy. Za każdym razem byli o krok dalej, odrobine bardziej śmiali, niezależni i coraz mniej jej. Wciąż wracali, potrzebowali jej, wołali kiedy ciekawość zapędziła ich za daleko. Jednak nieobronność tego, że w końcu staną się dorośli sprawiała, że czuła strach. Bo jeszcze nie wiedzieli jak ciemny o okropny może być ten ciekawy świat, jak okrutny wynik wymarzonej przygody. A ona nie byłą pewna czy kiedy przyjdzie co do czego zdoła ich ochronić, choćby nie wiem jak się starała.

Usiłowała znaleźć swoją przystań w znajomych czynnościach, sprzętach w książkach, które oczarowywały ją coraz to nowymi historiami. Jednak coraz częściej strach przed jutrem i ciężar świadomości jak delikatny jest jej mały szczęśliwy świat przerażały ja do tego stopnia, ze nie mogła się skupić na literach.

Siedziała więc z książką na kolanach obok sterty papierów, które już powinna była przejrzeć a za oknem księżyc wznosił się wysoko po niebie. Taką znalazła ją tego wieczora Eden.

- Ona jest w ciąży – oznajmiła bez ogródek półelfka.

Charlotte drgnęła i wzdrygnęła się nieznacznie.

- Zauważyłam.

Rzeczywiście, trudno było nie widzieć, nie jeśli było się Charlotte skupioną na domownikach, zawsze czujną w obserwacji.

- Szczęśliwa rodzinka wreszcie w komplecie, pani, pan i maleństwo. Jak na obrazku – mruknęła czarnowłosa, wchodząc głębiej do gabinetu.

Zignoruj ją – upomniała się Charlotte i zamknęła książkę, starając się nawet sama przed sobą nie przyznać jak bardzo ta uwaga ją zabolała, jak głęboko rozstroiła.

Eden po chwili znudziła się oczekiwaniem na reakcję.

- Wiesz, co to oznacza.

- Tak – odpowiedziała sucho Charlotte i wstała z miejsca.

- Więc… jeśli chcemy coś zrobić musimy zacząć działać. Teraz. – oświadczyła twardo czarnowłosa.

- To powinna być decyzja pana Gabriela.

- On się będzie bał. Może  nie jest z niego takie skończone bydle jak z reszty rodu ale to jeszcze dzieciak i to taki który przez to wszystko stracił mamę, nawet dwa razy. Będzie się wahał i szansa nam przepadnie – oznajmiła stanowczo, po czym rozłożyła dłoń, trzymała w niej mały zwitek papieru.

Charlotte wiedziała co to było i coś w żołądku ścisnęło się jej w przerażaniu. Jakby była małym zwierzątkiem zagnanym w ślepy zaułek.

- Dajmy mu jeszcze kilka dni, niech się… cieszy. Zasłużył na to – powiedziała.

Eden uniosła brew.

- Wiesz, że za kilka lat na tym ich szczęśliwym obrazku rodzinnym nie zostanie po tobie nawet smuga? Za bardzo jesteś dla nich wszystkich, pozwalasz im się rozrywać na drobne.

- Nie prawda – zaprzeczyła Charlotte, chociaż ostatnio aż za często sama zadawała sobie pytanie czy tak nie jest. Czasami, kiedy  nie miała akurat obowiązków a bliscy byli poza zasięgiem wzroku czuła się trochę jak coraz bardziej wytarta tkanina, która już dawno temu zgubiła własny wzór. Ale przecież kochała ich, swoje dzikie bliźniaki, małe cząstki tego co najlepsze miała w sobie, swojego pana z jego siłą i wolnym duchem, który musiał się mierzyć z niepewnością dojrzewania do poważnych obowiązków. Czasami Garlen Vilidari był jak śniący, który właśnie otwiera oczy na świat i zawsze wtedy chciała być przy nim, żeby w szarych źrenicach zobaczyć odbicie tego co widział, co właśnie odkrywał. Była też Lady Vilidari, z którą Charlotte nie próbowała nawet konkurować, Anakę miała w sobie jakąś dumę, siłę, moc z którą niewolnica  nigdy nie czuła się na siłach stawać w zawody. Nie można jednak było też odmówić jej uroku, zdolności przebicia się przez bariery każdego człowieka. Nikt nie umiał być wobec Lady Vilidari obojętnym, trzeba było ją kochać albo nie nawiedzić, Charlotte wolała kochać, to znacznie ułatwiało jej życie.

Znała swoje miejsce, starała się go trzymać. Tak było łatwiej im wszystkim.

- Przejrzyj na oczy, bo jeśli coś pójdzie nie tak jesteś pierwsza do odstrzału – westchnęła Eden i wcisnęła jej zwitek papirusu w dłonie.

***

Śniadanie odbyło się w wesołej rodzinnej atmosferze, głośnej bo chłopcy dopraszali się o wspólną przejażdżkę z ojcem, dopraszali się burzliwie i na tyle bezczelnie, ze w pewnej chwili Charlotte odesłała ich od stołu, żeby skończyli posiłek w kuchni skoro nie umieją się zachować.

Akurat obrażeni minęli się w drzwiach jadalni ze zdyszanym Artemisem i miny jeszcze bardziej im zrzedły. Zastępca Anakę włosy miał rozwiane jak od galopu a twarz siną od jazdy pod wiatr. Jasnym było, że przywiózł jakieś wieści.

- No proszę, kto to przybył wreszcie do domu. Jak tam północ i jej uciechy? – spytał wojak, po czym ponaglany przez marsową minę Anakę przeszedł do sedna sprawy. – Zgadnij kto się rozbił na zębach po tym jak wygnaliśmy go z cieśniny?

Elfka przewróciła oczami.

- Jasna cholera. Nie mogą uciekać ze swoimi katastrofami do siebie? My tu już naprawdę mamy dość wraków – prychnęła.

Artemis skrzywił się.

- I zgadnij kogo król chce tam wysłać żeby to sprawdzić.

Tym razem to co powiedziała zupełnie nie nadawało się dla niczyich uszu.

Anake była cudowna. Sprawiła, że ten wieczór był jeszcze bardziej wyjątkowy, niż jakikolwiek inny. Najpierw wiadomość o ciąży, a później okazanie swojej tęsknoty za nim. Anake miała charakterek. Pokazywała to na każdym kroku, właściwie od początku ich znajomości. Zadziorność przenosiła także do sfery intymnej. Nie zawsze, zdarzały się momenty, kiedy seks był powolny i zmysłowy. Jednak nie tej nocy. Ze złamaną nogą była bardziej dzika niż kiedykolwiek wcześniej. Jakby chciała udowodnić, że niczego jej nie brakuje, że jest w pełni sprawna. Tej nocy była niczym ocean wzburzony gniewem bogów. Dzika, nieokiełznana i nieposkromiona. A w tym wszystkim tak niesamowicie piękna, ulotna i eteryczna jak nigdy.

Gdy Garlen zasypiał ze swoją cudowną małżonką wtuloną w jego bok, wciąż jeszcze uspokajał oddech i czuł jak kropelki potu perlą się na jego nagim ciele.

Poranek był leniwy, szczęśliwy i rodzinny, zaś chłopcy sprawiali, że był też głośny. Garlen nie poinformował jeszcze Charlotte i synów o tym, że Anake jest brzemienna, chciał z tym zaczekać. To jak zachowywali się synowie w żaden sposób mu nie przeszkadzało. Fakt, nie przywykł do ich ciągłej obecności i zabiegania o jego uwagę, ale była to miła odskocznia od ciągłego otoczenia niewolników, których płynął sprzedać na północ. Nie kłócił się jednak z odsyłającą ich do kuchni Charlotte, nie chcąc podważać jej autorytetu u dzieci.

I kiedy myślał, że to będzie spokojny dzień, który będzie mógł spędzić z rodziną, pojawił się Artemis. Sama jego obecność była jak najbardziej mile widziana, bo elf lubił krzepkiego marynarza, jednak to jak ten wyglądał nie zwiastowało niczego dobrego. I wtedy gruchnęła wieść.

- Chyba go pojebało - skomentował Garlen, na którego ogładę, jak zwykle, wpływała jeszcze północ i przebywanie wśród żołdaków. – Ja wiem, że Anake jest najlepszym kapitanem, jakiego król ma do dyspozycji, ale chyba zdaje sobie sprawę z tego, że ostatnio odniosła rany? - pokręcił głową i uderzył pięścią w stół. – Płynę z wami - stwierdził tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Kiedy padło przekleństwo Charlotte wyglądała trochę jakby miała go upomnieć, jednak dzieci nie było już z nimi o czym zdaje się szybko sobie przypomniała.

Artemis zas uśmiechnął się.

- W sumie lepiej by było jakbyś popłynął zamiast niej - wskazał Anakę.

- WAS OBU TEŻ POJEBAŁO! - wrzasnęła zainteresowana.

- Szefowo… ledwo się ruszasz na lądzie. Jeśli coś się stanie to utoniesz… razem z połową załogi która będzie próbowała cię ratować za wszelką cenę - oznajmił pierwszy oficer, chociaż wciąż się uśmiechał jego ton brzmiał poważnie.

- Nie jestem samobójcą, by próbować wybić jej z głowy ten rejs - stwierdził Garlen. – Choć fakt, byłoby lepiej, gdybyś została w Gnieździe - poparł Artemisa. – Niejedna wyprawa jeszcze przed tobą. Popłyniemy, zrobimy swoje i wrócimy. Nawet się nie obejrzysz, a znowu będę w domu.

- Już ci sie tutaj znudziło? Po jednej nocy? - prychnęła Anakę.

- Szefowo… to może na potem, ja dalej uważam, ze nie powinnas płynąc. Niezależnie od tego... szykuję statek. Dobrze by było ruszyć przed odpływem.

Garlen starał się nie pokazać po sobie jak bardzo zabolało go pytanie Anake. Spojrzał jedynie na nią i przypatrywał się przez chwilę w milczeniu.

- To płyniemy oboje, czy płynę sam? - zapytał w końcu.

Odpowiedzią był trudny do sprecycowania warkot, zupełnie jakby zadał to pytanie wściekłej bestii.

- To zabrzmiało jakbyś płynał sam - powiedziała Charlotte spokojnie kończąc swój omlet, zignorowała wściekłe spojrzenie Anakę.

- No bo przecież zagrażam własnej załodze! - prychnęła elfka.

- Zagrażasz samej sobie, kochanie - odparł spokojnie. – Czasem trzeba odpuścić. Tym bardziej, że nie odpowiadasz już tylko za siebie.

Anakę prychnęła jeszcze głośniej.

- Czyli co? Mam być niewolnikiem własnego brzucha?

Charlotte usiłowała chyba udawać zdziwienie ale nie wyszło jej to najlepiej, z resztą od rana wydawała sie niewyspana i drażliwa.

- Niestety, najbliższe wolne chwile za jakieś dziesięć lat. I gratuluje, obojgu wam serdecznie - powiedziała i uśmiechneła się blado, ale szczerze.

- Nie niewolnikiem - pokręcił wolno głową. – Po prostu podejmuj decyzje rozważniej, ostrożniej. Mniej ryzyka - stwierdził. – Ostatecznie i tak decyzję podejmiesz taką, jaką uznasz za słuszną i właściwą, a ja i tak cię nie powstrzymam jeśli się uprzesz - wzruszył ramionami. – Ciąża nie jest karą, Anake. Wymaga jednak podejmowania mniej impulsywnych, a bardziej przemyślanych decyzji - doprecyzował i zerknął kątem oka na swoją Pierwszą. – Dziękuję, Charlotte - powiedział z lekkim uśmiechem.

- Odezwał się wielki znawca – prychnęła. – Ile razy sam chodziłeś w ciąży?

- Anakę, potrzebuje trochę pomocy przy rejestrze, nikt poza tobą mi tego nie objaśni. Zajmiemy się tym akurat teraz kiedy, pan będzie miał wątpliwą przyjemność wykłócać się na morzy z Alinellczykami o to czyj jest wrak i dlaczego nasz a nie ich – zasugerowała Charlotte.

Elfka jęknęła.

- Jeśli wyrobimy się z rejestrem teraz będzie o jedną irytująca wizytę w kancelarii królewskiej mniej…

Ta wizja chyba musiała przekonać ostatecznie Anakę.

- Co byś zrobił bez swojego ochroniarza? – mruknęła kąśliwie do męża, po czym dziobnęła gniewnie pozostałości omletu.

- Zapewne już dawno chodziłbym z okiem, które byś mi podbiła - odparł Garlen z cieniem uśmiechu, posyłając Charlotte spojrzenie pełne wdzięczności za wsparcie.

Kiedy odsunął krzesło od stołu i podniósł się, przeniósł spojrzenie na Artemisa.

- Ile mam czasu nim będę musiał stawić się na pokładzie?

“Ochroniarz” odpowiedział wdzięcznym uśmiechem.

Artemi, który już przywykł do oglądania podobnych scen uśmiechał się pod nosem.

- Nie ruszymy się i tak przed południem, powiedzmy, że obiad możesz jeszcze zjeść w domu… jeśli się nie boisz.

- Bardzo zabawne - mruknęła Anake.

Uśmiechnął się szeroko.

- Nie, nie boję. W razie czego Charlotte mnie obroni - zaśmiał się. – Zresztą Anake mi wczoraj obiecywała, że trójzębu na mnie nie użyje, więc w razie czego nie będzie tak źle.

- To jeszcze wydobadz immunitet na rzucanie w ciebie normami i na rapier. - stwierdził Artemis szczerząc się.

- Czy ty nie masz statku do szykowania?

Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Wieję, ja nie mam immunitetu na trojzeby. Do zobaczenia.

Jak powiedział tak też zrobił żegnany ponurym spojrzeniem Anake.

Garlen odprowadził Artemisa spojrzeniem z pełnym rozbawienia uśmiechem na ustach. Następnie odsunął się od krzesła wychodząc zza stołu. Przeszedł kilka kroków, podejmując skrajne ryzyko podejścia do Anake. Przyklęknął przy niej, nakrywając jej dłoń swoją własną.

- Kochanie, wiem, że nie chcesz zostać. Że najchętniej z marszu poszłabyś za Artemisem upewniając się, że statek będzie jak najszybciej gotów do drogi. Obiecuję dopilnować, żebyśmy wrócili w jednym kawałku.

Jej oczy były ciemne i gniewnie jak burza na morzu.

- Nie mam pięciu lat poradzę sobie z rozczarowaniem. Tylko się nie wpakujcie w jakieś kłopoty. Łapcie rozbitków i do domu.

Tylko westchnął słysząc jej odpowiedź. Właśnie widział jak radzi sobie z rozczarowaniem. Ale nie skomentował tego głośno. Nie chciał się kłócić przed odpłynięciem. Dlatego ucałował jedynie wierzch dłoni Anake, podniósł się z klęczek i ruszył do kuchni. Musiał poinformować synów, że znów znika na jakiś czas.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12z1ammffrebghlfg.jpg?size_id=3

Garlen Sirja

 

Chłopcy siedzieli w kuchni ale na talerzach mieli już o wiele smaczniejsze kaski niż to co matka pozwoliła im wziąć ze stołu. Bliźniacy już dawno zaskarbili sobie serce kuchmistrzyni przez co ta zawsze osładzała im kary cynamonowymi bułeczkami. Chrupali je właśnie siedząc na stole (a nie przy nim jak zapewne życzyłaby sobie tego ich matka) kiedy do pomieszczenia wszedł Garlen.

Elf z uśmiechem na ustach przewrócił oczami na widok swoich synów.

- Chłopaki na krzesła, niewykluczone, że mama zaraz tu przyjdzie - ostrzegł chłopców. – I lepiej udawajcie, że te cynamonowe bułeczki to nagroda za wzięcie dokładki obiadu.

Varlan westchnął  ciężko, zeskakując ze stołu. Aegis ociągał się patrząc na ojca z zaciekawieniem.

- Wojna? – spytał.

- Wojna to będzie jak wejdzie tu mama i zobaczy cię siedzącego na stole - odparł Garlen podchodząc do stołu i biorąc z talerza Aegisa jedną bułeczkę.

- Hej! – zaprotestował, ale zeskoczył ze stołu.

- To…

- …co…

- …się…

- …dzieje?

Garlen wzruszył ramionami, odgryzając kęs bułeczki.

- To co zwykle. Jego Wysokość ma swoje oczekiwania, a wasza ciocia jako najlepszy kapitan pod rozkazami Jego Wysokości ma te oczekiwania spełnić. Acz biorąc pod uwagę jej zdrowie, te oczekiwania będę spełniał ja w zastępstwie Anake.

Malcy unieśli brwi tak wysoko że aż wyglądało to komicznie.

- To ta noga ja powstrzymała?

- Cokolwiek jest w stanie ja powstrzymać?

Zaśmiał się radośnie.

- Noga plus argumenty moje, Artemisa i waszej matki. Właściwie to głównie argumenty waszej matki ją tu zatrzymują.

- No tak, mama – mruknął Varlan.

- Możemy płynąć z tobą? – spytał Aegis.

- Wasza mama jest wspaniałą i mądrą kobietą, Varlanie - zwrócił się do syna. – Fakt, że to głównie ona przekonała Anake, żeby została świadczy tylko o tym jak bardzo jest mądra i jak dobrze zna ludzi, którzy ją otaczają.

Następnie położył dłoń na głowie Aegisa i zmierzwił mu włosy z cieniem uśmiechu na ustach.

- Chciałbym, ale to niestety nie jest rejs wycieczkowy - westchnął. – Dodatkowo pogoda nas nie rozpieszcza. Zbyt duże ryzyko, a ja nie chcę was stracić w głupi sposób. Nie mówiąc o tym, że oberwałoby mi się od wszystkich, od Charlotte zaczynając na Artemisie i Anake kończąc.

- Mama zabrania nam dosłownie wszystkiego – poskarżył się cicho Varlan, kopiąc butem w posadzkę.

- Kiedy wrócisz? – spytał Aegis.

- Porozmawiam z nią - obiecał. – Weźcie jednak pod uwagę fakt, że matki z reguły są nadopiekuńcze względem swoich dzieci. To one noszą je pod sercem przed dziewięć miesięcy, to one je karmią własną piersią i to one jako pierwsze słyszą płacz dziecka w nocy. Wasza mama po prostu się martwi. Niewykluczone, że bardziej niż powinna, ale porozmawiam z nią o tym, by trochę wam odpuściła.

Ugryzł kolejny kęs bułki.

- Nie wiem - stwierdził ciężko. – Zrobimy z Artemisem wszystko, by wrócić jak najprędzej, ale nie jestem w stanie określić, ani przewidzieć ile czasu zajmie nam to zadanie. A pod moją nieobecność… - zawahał się, po czym uśmiechnął delikatnie. – pod moją nieobecność postarajcie się nie drażnić cioci Anake, dobrze? Jest rozgoryczona tym, że nie płynie. A poza tym jest w ciąży i to będzie miało wpływ na jej i tak niewielką już cierpliwość.

- W cio…

- ..w czym?

Słowo wydawało się być zupełnie obce dla nich.

W takich chwilach jak ta, Garlen uświadamiał sobie, że jego synowie mieli dopiero po siedem lat i o wielu rzeczach jeszcze nie wiedzieli.

- W ciąży - powtórzył. – Ciocia urodzi dziecko.

Wciąz patrzyli na niego jakby mówił co najmniej o matematyce.

- Urodzi?

Garlen westchnął tylko.

- Tak. Też zostanie mamą.

Mrugnęli dwiema parami identycznych szarych oczu usiłując przetworzyć tę idę.

- Kogo mamą?

- Dziecka - odparł nieco zakłopotany. – Ale chyba lepiej jak mama wam wszystko wyjaśni.

Opcja wyjaśnienia przez matkę wywołała grymas niezadowolenia.

- A jak się właściwie zostaje mamą? I tatą?

Zmieszał się słysząc kolejne pytania i zakrztusił przy tym bułką.

- To… yhmm… zostawmy ten temat na czas po moim powrocie - stwierdził. – Póki jeszcze tu jestem, wymknijmy się chwilę porobić coś, za co wasza mama urządzi mi pogadankę, a co wam sprawi frajdę.

Oczy chłopców zaświeciły się.

- Przejażdżka? – zaproponował Aegis.

- Pokaż jak strzelasz z łuku! – powiedział Varlan, to zdaje się była jedna z tych nielicznych okazji kiedy chłopcy mieli na jakiś temat różne zdanie.

Zaśmiał się, kończąc słodką bułkę.

- Jedno i drugie - odparł. – Połączmy przejażdżkę ze strzelaniem z łuku. Trochę praktyki na stałym lądzie mi się przyda. Ostatnio strzelałem jeszcze w Covadarze. Kończcie jeść i biegnijcie prosić o przygotowanie koni.

Pisnęli głośno i posiłek zdaje się został definitywnie zakończony, za to dwa małe tajfuny popędziły do stajni. Nie byli uprzejmi zauważyć swojej matki stojącej w bocznym wejściu z założonymi rękami.

- Tylko upewnij się żeby wzięli płaszcze, powietrze jest mokre, znowu się rozchorują – powiedziała z delikatnym uśmiechem. – Wszystko w porządku?

Drgnął, kiedy usłyszał głos Charlotte. Przez chwilę przemknęła mu przez głowę myśl od jak dawna tu stała i jak wiele usłyszała. Być może wszystko, a na pewno końcówkę. Nie wyglądała jednak na złą.

- Na tyle w porządku, na ile w obecnej sytuacji może być - odparł, odwracając się w jej stronę. – Z informacją o ciąży Anake mogłem poczekać, aż będę miał ciebie pod ręką. Tak to pewnie będą dręczyć cię pytaniami o to jak zostaje się mamą i tatą - dodał z ciepłym uśmiechem.

- Kolejny powód dla którego przydałby się im guwerner. To już czas – odpowiedziała przyglądając mu się uważnie. – Jak się czujesz z tą nowiną?

- Wiem, że to już czas - odparł, podchodząc bliżej Charlotte. – Tylko guwerner i rozwijanie ich intelektualne to nie wszystko. To wciąż dzieci, które potrzebują rozrywki i też jakichś ustępstw w ich stronę, rozwijania zainteresowań. Choćby strzelenia z łuku. To chłopcy, zawsze będzie ich ciągnęło do broni, więc lepiej im na to zezwolić i mieć na nich oko podczas lekcji, niż zabraniać, a oni i tak będą się pokątnie, bez nadzoru dobierali do łuku i strzał i zrobią sobie krzywdę - stwierdził, ujmując jej dłonie. Uniósł je do ust i ucałował obie. – Jak się czuję z wieścią, że znów zostanę ojcem? Że druga kobieta, którą kocham da mi dziecko? Dobrze - przyznał z uśmiechem. – Cieszę się. Varlan i Aegis będą starszymi braćmi, dzięki czemu nauczą się trochę odpowiedzialności.

Przymknęła oczy chłonąc jego dotyk.

- Wolałabym żeby to stało się trochę później – powiedziała z żalem. – Są jeszcze tacy… mali.

- Będą świetnymi starszymi braćmi, zobaczysz - powiedział z uśmiechem i przyciągnął ją do siebie, przytulając. – Rodzina nam się powiększa, Charlotte. To cię martwi?

- Nie – zaprzeczyła szybko, może trochę za szybko, trudno było stwierdzić, pozwoliła mu się przytulić, zaplatając ręce na jego pelcach. – Tylko w końcu zrozumieją czemu są traktowani inaczej niż to dziecko.

- Nie przeze mnie - odparł, gładząc delikatnie jej plecy. – Oni urodzeni przez ciebie, czy dziecko, które nosi teraz Anake – to wszystko moje dzieci. Moja krew.

- Wiem – odpowiedziała cicho. – Ale dla całego świata wokoło… – odetchnęła. – Nie damy rady ich przed tym chronić wiecznie.

- Dla całego świata wokoło to będą moi synowie - odparł odsuwając się nieznacznie, tak by móc spojrzeć jej w twarz. – Charlotte - powiedział miękko, łagodnie. – Uznałem ich, nie wyparłem, nie wyrzekłem. To moje dzieci, które kocham i o które się troszczę i będę troszczył. Dzieci, których honoru będę bronił, jak każdego innego mojego dziecka.

- Wiem, ze będziesz powiedział pewnie, zdaje się, że w to akurat nie wątpiła nawet chwili. – Ale czegokolwiek byśmy nie zrobili oni dla całego świata będą zawsze szlachtą drugiej kategorii. Prędzej czy później to odczują.

- Zadbamy o to, by wiedzieli jak sobie poradzić - odparł Garlen. – Wychowamy naszych synów na silnych i mądrych mężczyzn, którzy będą wiedzieli jak odnaleźć się w towarzystwie, jak reagować i kiedy. Dadzą sobie w życiu radę - zapewnił ją czule.

Przez chwilę po prostu milczała z czołem opartym o jego ramię, wydawała się drobniejsza niż zazwyczaj.

- Masz rację. - powiedziała w końcu z typową dla siebie spokojną pewnością z którą nie sposób było się kłócić. Podniosła wzrok. - I naprawdę się cieszę.

- Cieszę się - powiedział z uśmiechem. – To wiele dla mnie znaczy. Wiesz, że kocham was obie i tak samo będę kochał wszystkie moje dzieci - zapewnił, składając na jej ustach krótki, czuły pocałunek. – Miej oko na Anake i odpuść trochę chłopcom, kiedy mnie nie będzie, dobrze?

Uśmiechnęła się.

- Och, nie martw się, czeka nas wiele ciążowych babskich plotek.

- Nie wątpię - odparł z lekkim uśmiechem. – Domyślam się, że przynajmniej część tych plotek będzie dotyczyła mojej osoby i tego jak to jestem winien ciąży.

Podniosła głowę i przyglądała mu się z zadartą brodą i kocim uśmiechem na ustach.

- Och, do plotkowania o tobie ciąży nie potrzeba.

- Doprawdy? Jestem aż tak ciekawym tematem do plotek? - zapytał z lekkim uśmiechem, unosząc nieznacznie brew.

- Żebyś tylko wiedział jak ciekawym. Wiele popłudni o tobie przegadałyśmy… nocy nie bo zazwyczaj wtedy któraś z nas nie ma czasu na gadanie.

- Co jest zatem takiego ważnego, że aż tyle o mnie rozmawiacie?

- Ty, jesteś ważny - odpowiedziała miękkim głosem.

Uśmiechnął się do niej w odpowiedzi.

- Dopóki nie jestem waszym jedynym tematem do rozmów, to wszystko jest dobrze.

- A boisz się, że jesteś? - odparła przekrzywiając głowę i posyłając złote loki kaskadą na ramię. - Myślałam, że raczej by ci to schlebiało, mój panie.

Z biegiem czasu coraz rzadziej używała zwrotu: “mój panie”, zazwyczaj padał teraz głównie w towarzystwie wypowiedziany pełnym pokory i szacunku tonem, albo w alkowie tonem zalotnym lub prowokacyjnym, to był zdecydowanie ten drugi przypadek.

Uśmiechnął się do niej, zaś w odpowiedzi na ton jakim się do niego zwróciła, przyciągnął ją bliżej do siebie, kładąc dłonie na talii i zamykając usta w pocałunku. To byłaby jej noc. Albo przynajmniej jakaś część dnia, gdyż te pierwsze tygodnie po powrocie zawsze były trudne – Charlotte przyzwyczajona do wspólnych nocy z Garlenem podczas wypraw chciała go mieć ze sobą tak samo często jak Anake, która długimi miesiącami pozostawała bez męża. A teraz znowu wyruszał, pozostawiając obie swoje kobiety na lądzie.

- Chciałbym pożegnać się z tobą tak, byś miała o czym rozmyślać przez te dni, kiedy mnie nie będzie - mruknął zmysłowo, przerywając pocałunek.

Przylgnęła do niego całym ciałem, nozdrza wypełnił mu zapach jej skóry i włosów, była tak blisko, że poczuł jej drżenie pod wpływem swojego głosu.

- Mmmm - przymknęła oczy, gładząc go po karku. - Możemy zrobić sobie chwilę przerwy, dokumenty mi na morze nie uciekną… jak tylko wrócisz z przejażdżki. Zaraz wpadną tu nasi synowie.

- Och wiem, że wpadną. Mają wyczucie co do takich sytuacji - zaśmiał się cicho i pogładził Charlotte po policzku. – Mam nadzieję, że starczy nam czasu na odpowiednie pożegnanie - dodał. – Nie chcę jednak sprawić zawodu chłopcom przez zbyt krótką przejażdżkę - dodał na usprawiedliwienie.

Przymknęła oczy kiedy dotykał jej skóry, na różowych ustach malował się jej uśmiech na wpół błogi na wpół smutny.

- Przynajmniej już nie upierają się spać z nami w łóżku przez pierwsze dwa tygodnie po powrocie.

Zaśmiał się.

- Tak, to daje trochę więcej swobody i nieco więcej możliwości.

- Póki pamiętamy rzeby dobrze zamykac drzwi - dodała z uśmiechem. - Ale za to jaką szkołę kreatywności mieliśmy dzięki nim. Gdzie. Jak. Więcej kombinowania niż za czasów wczesnej młodości.

Westchneła, jakby nagle doatrły do niej jej włąsne słowa.

- Przypilnuj żeby mieli dobrze zasznurowane płaszcze. Robi sie coraz zimniej a lepiej żeby niczego nie przynieśli do domu, Anake nie może się teraz zarazić.

Przytaknął kilka razy z cieniem uśmiechu.

- I w jednej chwili z kochanki wodzącej na pokuszenie przed wyprawą w matkę i opiekunkę całego domu - musnął delikatnie ustami jej wargi. – Kocham cię.

Uśmiechnęła się samym kącikiem ust a w oku błysnęła jej jeszcze na chwilę iskierka.

- Przecież nie chcemy żebyś był za bardzo rozkojarzony, prawda? - Wspięła się na palce i musnęła jego usta, wargi miała ciepłe i wilgotne. - Ja też cię kocham, uważajcie na siebie.

- Będziemy. Chłopcy wrócą cali, zdrowi i zadowoleni - obiecał i skradł jej jeszcze jeden szybki pocałunek. – Do zobaczenia później.

Posłał jej krótki uśmiech, a następnie ruszył w kierunku stajni na spotkanie z synami.

Przez chwile trzymała go jeszcze za rękę nim jej palce ześlizgnęły się po jego dłoni. Było coś w jej uśmiechu, jakiś cień, który czasem u niej widział. Ciche zmartwienie o którym nie mówiła. Na przestrzeni ostatnich lat Garlen zorientował się, że Charlotte nosi w sercu wiele strachów, o których z nikim nie mówi. Na początku myślał, że chodzi o wstyd albo brak zaufania, jednak z czasem zorientował się, że po prostu nie umiała ich ubrać w słowa. Zdawały się ścigać ją raz na jakiś czas i w sumie niewiele mógł zrobić by temu zapobiec. Ot po prostu być gdzieś obok.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12z1ammffrebghlfg.jpg?size_id=3

Garlen Sirja

 

Dzieciaki czekały w stajni razem ze swoimi konikami (żaden z chłopców nie chciał się „zniżyć” do jazdy na kucykach, więc Gabriel sprowadził dla nich z lądu niskie koniki, którymi mogli kierować przy swoim mikrym wzroście.) Kare, na pierwszy rzut oka identyczne, klaczki o grubej, skręcającej się sierści, które chłopcy sami co rano szczotkowali, były siostrami i szybko znalazły wspólny język z chłopcami. Kiedy Varlan nazwał swoją Kopia, mając oczywiście na myśli broń, Aegis oznajmił, że w takim razie jego nazywa się Oryginał. Teraz stały osiodłane i gotowe do drogi razem ze swoimi panami, którzy oczywiście nie pomyśleli o tym żeby założyć płaszcze.

Kawałek dalej stajenni wyprowadzili jego jelenia, majestatyczne zwierzę trzymało głowę wysoko prezentując swoje majestatyczne rogi, niedawno skończyło się rykowisko wciąż miało je jednak w pełnej gotowości. Garlen wiedział jednak dobrze, że to tylko straszak, zwierzak był łagodny i Anake żartowała, że dałby się ukraść każdemu kto przyniósłby ze sobą kilka jabłek. Zwierze zerkało w jego stronę przyjaźnie wyraźnie nie mogąc się doczekać przejażdżki.

Charlotte była dobrą matką, która bardzo dobrze znała swoich synów. Dlatego też Garlen, nim poszedł do stajni, upewnił się, że zabierze dla chłopców płaszcze. Jeśli jakimś cudem dzieci pomyślały same o ich ubraniu, to po prostu przekaże służbie te, które sam zabrał. Jeśli zaś nie, to przynajmniej nie będą tracili czasu. Dodatkowo, żeby przekonać chłopców i uniknąć marudzenia, Garlen sam ubrał swój płaszcz.

Gdy znalazł się na zewnątrz, pokręcił tylko głową z uśmiechem widząc, że tym razem Charlotte znów miała rację. Jednak tym miał zamiar zająć się później. Teraz jego uwagę zdobył jego wierzchowiec. Jeleń, piękny i majestatyczny, oczarowywał go wciąż na nowo, za każdy razem kiedy Garlen go widział. Elf czuł, że w pewnym sensie są tacy sami. Z pozoru twardzi i groźni, ale miękkich sercach i łagodnym usposobieniu.

- Chłopcy, płaszcze - powiedział Garlen, podając odzienie swoim synom.

Następnie podszedł do swojego rogacza, pogłaskał go delikatnie po karku i zasiadł zwinnie na jego grzbiecie.

- Prowadźcie - zwrócił się do synów z uśmiechem. – Byle nie za daleko. Pogoda nam dzisiaj nie sprzyja.

Jęknęli zgodnie widząc płaszcze i chwilę marudzili naciągając je na siebie.

- Jest ciepło – sprzeciwił się Varlan. – I już nawet nie pada.

Właściwie to powinno brzmieć: Na razie nie pada. Niebo nie było jasne ale wciąż zachmurzone a z koloru rzeczonych chmur trudno było ocenić czy będzie padać czy też nie.

Aegis westchnął.

- Możemy pojechać nad rzekę, tam jest dużo miejsca i można powiesić tarczę w zagajniku  nad brzegiem.

- Możemy - przytaknął z uśmiechem, dając delikatnie znać swojemu wierzchowcowi, by ruszył. – Im szybciej zajedziemy na miejsce, tym więcej czasu będziemy mogli ćwiczyć.

Szare oczy Varlana rozbłysły jak stal w słońcu.

- To znaczy, ze będziemy mogli postrzelać! – pisnął podpędzając Kopię by zrównała się z wierzchowcem ojca.

Garlen zaśmiał się radośnie.

- Tylko ani słowa mamie, bo jeszcze mi się oberwie.

Chłopcom nie trzeba było tego powtarzać po raz kolejny, Varlan spiął konia i ruszył tak szybko jak krótkie nóżki Kopi dały radę. Jeleń wyrwał się do biegu, był szybszy niż konie, jednak mniej wytrzymały niż one, a poroże spowalniało go, zwierzę garnęło się do jazdy, stęsknione za przestrzenią i zapachem wiatru. Był większy niż te, które Garlen widywał na północy, widać było, że nigdy nie cierpiał głodu ale też nie zaznał surowego piękna wolności, nie nosił też znamion starć z inny mi samcami i zapewne przyjdzie mu nigdy nie mieć rodziny. Jednak teraz kiedy jechali po łagodnym wzniesieniu odzywała się jego natura i chęć by ruszyć gdzieś ze swoim małym, elficko-końskim stadem.

Chłopcy znali drogę, chociaż nie był pewien kto ich jej nauczył. Anakę zazwyczaj nie zapuszczała się w te okolice. Rzeka zazwyczaj meandrująca leniwie za Gniazdem po ostatnich deszczach wezbrała, jej nurt ściemniał, wydawał się niebezpieczny i nieprzyjemny.

Jednak teren wokoło faktycznie był płaski i nadawał się do strzelania, a mały brzozowy zagajnik dostarczał miejsca do uwiązania zwierząt.

Tarcze oparli o starą wierzbę pochyloną koło rzeki. Wiatr delikatnie kołysał jej witki nad burą wodą.

- Ja pierwszy! – zażądał Varlan.

Brakowało mu tego wszystkiego. Wiatru we włosach, jazdy na grzbiecie swego jelenia, tej wolności, którą czuł podczas galopu. Fakt, że synowie mu towarzyszyli był bardzo przyjemnym dodatkiem. Każda okazja do zacieśniania więzów z nimi go cieszyła, zwłaszcza kiedy mogli dzielić wspólne pasje.

Kiedy chłopcy zajmowali się wiązaniem wierzchowców i przygotowywaniem tarczy, Garlen wyznaczył odległość, z której mieli strzelać, robiąc przy tym poprawkę na wiatr, jego siłę i kierunek. Następnie Wyjął osiem strzał z kołczanu, podzielił je na pół i położył po cztery na ziemi.

- Ty pierwszy? - uniósł brew, patrząc z uśmiechem na Varlana. – Dobrze. W takim razie wymień mi czynności, które należy wykonać przed oddaniem strzału.

Chłopcy wpatrywali się w niego szarymi oczami, wpatrywali się tak jakby nagle stał się całym światem. Varlan zacisnął usta i przez chwilę myślał.

- Nałożyć, wycelować i strzelić – powiedział w końcu.

- Sprawdzić cięciwę – dodał Aegis.

Przytaknął kilka razy głową.

- Najpierw sprawdzasz cięciwę, a następnie nakładasz strzałę, celujesz i strzelasz - powiedział Garlen. – I skoro to Aegis wymienił pierwszą czynność, którą należy wykonać, to on odda pierwszy strzał - oznajmił, podając łuk chłopcu.

Varlan zacisnął usta i zmarszczył brwi ale nic nie powiedział. Aegis ostrożnie ujął łuk starając się wyraźnie przypomnieć sobie jak ojciec to robi, sprawdził napięcie cięciwy starając się udawać, ze wie co robi, jego błękitny płaszcz szarpał wiatr. Cięciwa miała odpowiednie napięcie, ale chłopiec zerknął kontrolnie na ojca, po czym złapał łuk, znów usiłując naśladować to co widział u Garlena.

Elf przyglądał się uważnie poczynaniom syna. Aegis był ostrożny w tym co robił i wykonywał wszystko powoli, upewniając się, że robi to dobrze. Garlen był z tego powodu zadowolony, bo to oznaczało, że chłopak brał te lekcje na poważnie, a nie tylko jako zabawę. Dlatego też skinął synowi głową z uznaniem.

- Zwróć uwagę na wiatr - powiedział. – Dla łucznika wiatr jest tak samo sprzymierzeńcem, jak i wrogiem.

Malec skinął głową w skupieniu.

Większym problemem dla chłopca okazała się cięciwa, pierwsza próba naciągnięcia łuku się nie udała, ramiona Aegisa zadrżały od napięcia. Chłopiec odetchnął i podjął kolejną, tym razem udaną, wypuszczając strzałę, pod złym kątem gdyż nie udało mu się praktycznie wycelować ale wypuścił, poleciała w bok lądując w krzakach kilka metrów od tarczy.

Aegis skrzywił się.

Garlen przytaknął głową z uznaniem.

- To był dobry strzał - stwierdził. – Ten naciąg jest zrobiony pode mnie, pod mój wzrost, moją siłę. Już z samego faktu, że wystrzeliłeś z mojego łuku jestem dumny - położył synowi dłoń na ramieniu i wziął od niego łuk, przekazując go do Varlana. – Twoja kolej - stwierdził z uśmiechem.

Niebieski pokiwał głową z uśmiechem, wyraźnie dumny z pochwały ojca.

Żółty bliźniak wydawał się nie móc doczekać swojej kolejki. Złapał łuk o wiele pewniej niż jego brat, jego ruchy wydawały się naturalne zupełnie jakby urodził się po to żeby trzymać tę broń. Nie usiłował naśladować ojca. Po prostu przez chwilę obracał uchwyt w dłoni aż ten leżał w niej z grubsza właściwie. Potem stał z zaciśniętą pisątką i strzałą w dłoni.  Patrzył na tarczę skupiony zupełnie jakby słuchał czegoś czego usłyszeć się nie da. Potem naciągnął łuk i strzelił całkiem poprawnie, naciagnal cięciwę dalej niż brat i puścił szybciej, co prawda strzała wpadła w rezonans który ją zniósł, drzewce wciąż drgało kiedy utkwił w samym brzegu tarczy.

Varlan syknął cicho.

- Prawie.

Przyglądał się Varlanowi z lekkim uśmiechem, typowym dla ojca obserwującego poczynania swojego dziecka. Nie spodziewał się, że któryś z nich da radę trafić w tarczę z jego łuku. Nie kiedy broń była dostosowana do niego, a warunki pogodowe były niesprzyjające. A jednak Varlanowi się to udało. W dodatku wszystko co robił miało swój cel, było logiczne i na swój sposób płynne. To było oczywiste, że Varlan posiadał to coś, czego nie posiadał Aegis. Jasne, obaj nauczą się strzelać z łuku, ale to Varlan będzie w tym znacznie lepszy. To była jego natura, jego powołanie. Ta umiejętność po prostu w nim siedziała.

- Bardzo dobrze - powiedział z uznaniem w głosie. – Jak często wymykacie się, by tu ćwiczyć? - zagadnął, patrząc na synów z zaintrygowaniem.

- Wcale – zapewnił szybko Varlan, ale zaraz obaj z Aegisem uciekli wzrokiem.

- Janie pozwala nam strzelać czasem ze swojego łuku treningowego jeśli przyniesiemy jej coś z kuchni, ale nie tutaj tylko w obozie na hali – powiedział w końcu Aegis, a Varlan szturchnął go w żebra.

Janie była trzynastoletnią córka Artemisa, która szykowała się do akademii wojskowej w Covadarze, ojciec dał jej łuk na dziesiąte urodziny i Garlen musiał przyznać, że dobrze sobie z nim radziła, jednak bardzo niechętnie rozstawała, więc cokolwiek chłopcy jej przynosili z kuchni gniazda musiało być nie lada czym.

Elf uśmiechnął się z rozbawieniem odmalowanym na twarzy.

- A więc Janie, tak? - zapytał z namysłem. – Dziewczyna ma talent do łuku. Jest trochę nieoszlifowanym diamentem, ale w covadarskiej akademii ją oszlifują. Kto wie, może po jej ukończenie będzie strzelała prawie tak dobrze jak ja?

- Nie… - pokręcili głowami zgodnie bliźniacy.

- Ale ja będę - oznajmił pewnie Varlan.

- Czas pokaże, synu - odparł z uśmiechem, czochrając mu włosy. - No Aegisie, bierz łuk. Kolej na następny strzał.

Chłopcy strzelali na zmianę i za każdym kolejnym razem różnica pomiędzy ich stylem robiła się coraz większa. Aegis rozważał każdy ruch i to było widać nawet pomimo tego, że z każdym kolejnym podejściem wszystko szło mu szybciej i bardziej gładko, płynnie i celniej. Varlan był za to czystym instynktem, niczego nie naśladował, po prostu robił i chociaż po czterech strzałach nie było widać postępów wynik wciąż miał lepszy niż brat.

Kiedy doszli do ostatniej rundy Aegis niemal wstrzelił się w tarczę. Jednak zamiast tego czysto wypuszczona strzała przemknęła obok i zniknęła w krzakach, coś zaszeleściło, jakby zwierzę właśnie potknęło się na chwilę dość gwałtownie po czym ruszyło biegiem przez zarośla.

Garlen uśmiechnął się Aegisa, kładąc mu dłoń na ramieniu.

- Wygląda na to, że o mały włos, a upolowałbyś nam jedzenie - zauważył z szerokim uśmiechem. – Bardzo dobrze sobie radzisz. Robisz postępy, z każdym strzałem coraz bliżej. Uczysz się na błędach, a to jest najważniejsze - stwierdził i przeniósł spojrzenie na Varlana. – A ty, choć strzelasz celniej, polegasz jedynie na instynkcie. To jest ważne, ale nie najważniejsze. Analizuj, dokonuj poprawek, szlifuj swój talent, synu.

Przejął łuk od Aegisa i zerknął w kierunku koni.

- Zacznijcie przygotowywać nas do drogi. Ja zobaczę co Aegis niemal upolował - rzucił z uśmiechem i wziął ze sobą jedną strzałą.

Nałożył ją na cięciwę i ruszył powoli w zarośla. Nie naciągał jeszcze łuku. Nie chciał zmęczyć ramienia. A chciał sprawdzić ślady, które pozostawiło spłoszone chybionym strzałem stworzenie.

Chłopcy skinęli głowami, Aegis był trochę blady i patrzył przez chwilę za odchodzącym ojcem.

Strzał nie był chybiony, Garlen zdał sobie z tego sprawę kiedy tylko dostrzegł brzeg zagajnika za tarczą. Była tam krew, dużo świeżej jasnej krwi rozlanej po ściółce, wyraźnie ślady wielkich, psich łap, rozmazane jakby zwierzę nagle zachwiało się na nich. Nie widział nigdzie strzały, musiała utkwić w ciele zwierzęcia. Ślady prowadziły w bok w stronę zarośli. Sądząc po śladach, ułamanych gałęziach i tych które wciąż drżały potrącone stworzenie umknęło w krzaki nieopodal i było duże.

Nie musiał szukać daleko by je znaleźć, chowało się wykrocie.

Na wyspie nie było wilków, tak przynajmniej twierdzono, sam Garlen przez ostatnie lata nie znalazł po nich śladu a przecież przemierzał tutejsze lasy. Mimo to teraz widział wilka i do tego białego, jeśli nie liczyć czerwonego zacieku na futrze tam gdzie utkwiła strzała. Szyja, bardzo blisko tętnicy, miękkie miejsce dlatego weszło, choć przecież Aegis nie miał za wiele siły żeby napiąć łuk.

Zwierzę straciło dużo krwi i ledwo trzymało się na nogach, zawarczało, kiedy zdało sobie sprawę, że je widzi. Miało jasne, złocistobrązowe oczy które patrzyły na niego czujnie i dziwnie świadomie. W pewnej chwili ich spojrzenie uciekło delikatnie w bok i Garlen usłyszał trzask łamanych pod stopami gałązek.

- Tato…? – Aegis, dziwne bo czegoś takiego można by się spodziewać bardziej po Varlanie. – Tato, czy…

Chłopiec zobaczył wilka i jego oczy stały się nagle wielkie i przez chwilę jakby nie oddychał wpatrzony w strzałę stercząca z szyi zwierzęcia. Trwało to ledwie kilka sekund nim szare oczy chłopca wypełniły się łzami.

- Nie chciałem… – wymamrotał, broda mu drżała, kiedy przenosił wzrok na Garlena, wzrok pełen rozpaczy i nadziei. – Tato, zróbmy coś, musimy coś zrobić!

W pierwszej chwili, gdy Garlen dostrzegł krew, uznał, że Aegis musiał trafić jakąś sarnę lub młodego koziołka. Ale te myśli szybko zniknęły, kiedy tylko jego spojrzenie odnalazło ślady łap. Duże ślady. Ślady, które mógł zostawić albo wyjątkowo duży pies (a tak wielkiego jeszcze nigdy nie widział), albo wilk (których w tej okolicy nie było). Co oznaczało kłopoty. Być może było to jakieś nieznane mu stworzenie, ściągnięte tu przez kogoś? Służące do tropienia? Garlen nie wiedział, ale czuł, że musi to sprawdzić.

Dlatego szedł za tropem, wolno, krok za krokiem. Wciąż nie naciągał cięciwy, licząc na to, że zwierzę może się już wykrwawia i nie trzeba będzie używać broni. Wolał jednak mieć na podorędziu gotowy do strzału łuk, gdyby jednak się mylił.

I wtedy to zobaczył.

Wilk.

Wielki i biały.

Przerażający i piękny jednocześnie.

I chociaż Garlen widywał różne stworzenia podczas swych podróży, nigdy jeszcze nie widział czegoś takiego. Czegoś co było przerażające, piękne i… tak świadome. I to w sposób przekraczający tylko proste instynkty, którymi kierowały się zwierzęta. I zapewne to ta świadomość sprawiła, że cięciwa, którą odruchowo napiął, kiedy wypatrzył wilka, została poluzowana, a strzała całkowicie z niej zdjęta. Zupełnie jakby chciał pokazać wilkowi, że nie ma złych zamiarów.

Zwierzęta już niejednokrotnie pokazały, że mają do niego dziwną słabość, więc może i tym razem tak będzie i wilk zrozumie jego intencje?

I wtedy, kiedy Garlen położył łuk i strzałę na ziemi, pojawił się Aegis.

- Stój, stój - ostrzegł syna, zatrzymując go gestem dłoni. Tylko tego mu brakowało, by zraniony wilk poczuł się osaczony i rzucił się na jego dziecko na oczach Garlena.

- Wiem, synu, że nie chciałeś - powiedział łagodnie. – To był wypadek. Zdarza się - wciąż mówił spokojnie, zerkając to na syna, to na wilka. – Aegisie, powolutku, krok po kroku się wycofaj. Idź do brata. Spróbujcie znaleźć w jukach coś, co pomoże nam przygotować opatrunek. Jak będziecie tu wracać to róbcie to powoli, ostrożnie. Nie chcemy go bardziej spłoszyć ani sprawić, by poczuł się zagrożony. Aegisie, rozumiesz co mówię? - dopytał, żeby się upewnić, wciąż zerkając na wilka, gotów zasłonić syna, gdyby zwierzę chciało go zaatakować.

Aegis skinął głową.

- Ale pieskowi nic nie będzie?

-To nie pies ale wilk. - Varlan zakradł się z drugiej strony i teraz odezwał tuż za Garlenem. Patrzył na zwierzę z fascynacją. To przekrzywiła głowę jednak jego ciało nie wydawało się zbierać do ataku. Może za wiele sił kosztowało utrzymanie go w pionie.

Garlen westchnął ciężko.

- Tak, Varlanie to wilk. Ciężko ranny wilk, którego otoczyła trójka elfów. To ranne, dzikie zwierzę, które w każdej chwili może poczuć się zagrożone - wyjaśnił zachowując jeszcze cierpliwość. – Idźcie do juków, przynieście o co prosiłem. Spróbujemy uratować tego wilka - zrobił krótką pauzę. – Już, zmykajcie - dodał ponaglającym, nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Sam poczekał, aż chłopcy zniknął w zaroślach, by przenieść spojrzenie na zwierzę. Bardzo powoli uniósł dłoń w uspokajający geście.

- Hej, kolego… - zaczął łagodnie, przywołując na usta delikatny uśmiech. – Spokojnie. Spróbujemy ci pomóc, dobrze? Nie musisz się bać. Nie chcemy cię skrzywdzić.

Chłopcy wyraźnie nie chcieli się nigdzie ruszać, bo wycofywali się wolno, o wiele wolniej niż musieli.

Wilk patrzył na Garlena, patrzył czujnie i uważnie póki mógł, w pewnej chwili nogi się pod nim ugięły i upadł z cichym piskiem na ściółkę.

To nie był przyjemny widok i Garlen chciałby go oszczędzić swoim synom. Ale już to zobaczyli, stało się i teraz nie odpuszczą. Elf obawiał się jednak, że sam może sobie nie dać rady z tą raną i ratowaniem życia wilka.

- Jeszcze trochę, mały - powiedział łagodnie, podchodząc bliżej, bardzo powoli i bardzo ostrożnie.

Wiedział, że ryzykuje i, że robi coś bardzo głupiego, ale wyciągniętą dłoń położył na ciele wilka, zatapiając palce w jego białej sierści. Wykonał ostrożny ruch ręką, głaszcząc zwierzę, chcąc je ukoić i uspokoić.

Sierść wilka była przyjemnie gładka, miękka w dotyku, palce tonęły w niej natychmiast. Zwierzę odetchnęła głębiej pozwalając mu się dotknąć, patrzyło na niego uważnie, ale  bez przesadnego strachu.

Chłopcy wrócili szybko.

- Mamy tylko jakieś kanapki i serwetki – oznajmił Varlan, zatrzymał się trzy metry od ojca i wilka, Aegis stał obok uczepiony ramienia brata. Żółty zastanawiał się co zrobić i po chwili rzucił po prostu w stronę Garlena sakwę, którą niósł ze sobą.

Elf pochwycił sakwę rzuconą przez syna. Ten wypad, bardziej niż cokolwiek innego, pokazał który syn wdał się bardziej w ojca, a który w matkę.

- To nam nie pomoże - mruknął niezadowolony. – Chłopcy - powiedział poważnym tonem. – Na koń. Pędem do Gniazda po pomoc. Tylko tak żeby was nie przyłapały ani mama, ani ciocia Anake - zastrzegł.

- Może pojedziemy po Sherę? Ona ma zioła i radzi sobie ze zwierzetami gospodarskimi… i jest bliżej. - zaproponował Aegis.

- Możecie - ponaglił ich gestem. – Chłopcy, on naprawdę nie może sobie pozwolić na tracenie czasu. Kanapkami nie zapcham jego rany…

- Możesz spróbować przycisnąć mu serwetki do rany, to pomogło jak Tarnis przestrzelił sobie kolano! – zawołał Varlan i ciągnąc brata za ramie ruszył w stronę koni.

Tarnis był niemal dorosłym synem Artemisa i Shery.

Garlen pokręcił tylko głową dochodząc do wniosku, że Varlan i Aegis spędzają zdecydowanie za dużo czasu z dziećmi Artemisa. Z drugiej strony, to było i tak nieuniknione, prawda?

- Obie mnie zabiją - mruknął, kiedy został sam na sam z wilkiem, wyłuskując palcami serwetki z woreczka. – Tak Charlotte, jak i Anake. Choć pewnie Anake wystarczy zanoszenie się śmiechem, gdy będzie patrzyła jak Charlotte rzuca mi te swoje wymowne spojrzenia.

Mówienie do siebie zwykle nie było oznaką zdrowia. Ale pomagało odreagować stres. A to jednak była sytuacja stresowa dla Garlena. Zwłaszcza, jeśli miał zacząć uciskać ranę wilka, który w podzięce mógł mu odgryźć rękę.

Wilk leżał, przymknął oczy, obserwował go jednak spod szpary między powiekami. Sądząc po ranie nie powinien był żyć, to że zwierzę wciąż oddychało graniczyło z cudem, więc wilk zdaje się nie chciał go nadużywać.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12z1ammffrebghlfg.jpg?size_id=3

Garlen Sirja

 

Shera i chłopcy pojawili się szybko. Złotowłosa elfka w zielonej, prostej sukience wciąż miała przewiązany przez biodra fartuch umazany mąką. Była kiedyś kurtyzaną pod skrzydłami pani Rohe, z tych czasów został jej uśmiech który umiał zwalać z nóg i dwoje pełnej krwi dzieci, które Artemis adoptował po ślubie. Kiedy zyskała wolność została żoną pierwszego oficera Anakę. Teraz prowadziła piekarnię i wychowywała stado dzieci.

Przyprowadził ja Varlan, Aegis trzymał się z tyłu razem z Janie i jej łukiem, zerkali zaciekawieni w stronę wilka. Elfka przyklękła obok Garlena i skłoniwszy się oszczędnie spojrzała na ranę.

- Potrzymam ten opatrunek, niech wasza mość założy mu coś na pysk żeby nie mógł gryźć. To będzie go bolało. – oznajmiła rzucając obok torbę z ziołami i potartymi na paski kawałkami wygotowanych ma bandaże szmatek, była żoną żołnierza, umiała sobie radzić z pewnymi rzeczami.

Garlen był wdzięczny za to, jak szybko Shera przybyła na miejsce. Już mniej wdzięczny był za obecność Janie. Już i tak Aegis i Varlan będą mieli problem, żeby utrzymać język za zębami, a jak cała trójka zacznie gadać, to zaraz będzie wiedziało nie tylko całe Gniazdo, ale i okolica. I Sirja obawiał się, że może dojść do przeszukiwania lasów, by odnaleźć inne wilki. Bo to przecież były stworzenia stadne, samotnie nie były w stanie długo przetrwać.

- Oczywiście - przytaknął i odsunął ręce, by zrobić miejsce elfce.

Sam sięgnął po nóż, rozciął sobie rękaw na wysokości łokcia i pociągnął cięcie tak, że mógł oderwać fragment od łokcia do nadgarstka. Następnie z tak oderwanym materiałem zbliżył się wilka.

- Spokojnie mały - powiedział łagodnie, ponownie licząc na to, że sympatia zwierząt do jego osoby mu dopomoże. – Chcemy ci pomóc. To zajmie tylko chwilę.

Próbował zawiązać mu pysk w miarę szybko i sprawnie, jednocześnie starając się, by jego ruchy nie były nerwowe.

Zwierzę nie protestowało, być może oszczędzało siły, być może przestawało być świadome co się z  nim dzieje. Shera uwinęła się sprawnie i szybko. Usunęła strzałę, założyła opatrunek i obandażowała go pewnie.

- Trzeba go zabrać, w lesie na pewno nie przeżyje. Poza nim… zobaczymy jak rana będzie wyglądała rano.

- Dziękuję bardzo za pomoc - powiedział z ulgą. – Teraz tylko gdzie go przenieść i w jaki sposób? Każde zwierzę spłoszy się na sam jego zapach.

Elfka westchnęła ciężko wycierając palce z krwi.

- Może uda się chociaż trochę zdusić zapach jeśli owiniemy go w  coś, bo trzeba go przewieźć konno, innego wyjścia nie ma. – stwierdziła.

- Zabierzemy go do domu? – spytał Aegis.

Garlen zerknął na wilka, następnie na swoich synów, córkę Artemisa i na Sherę.

- Możemy go owinąć w mój płaszcz. Może wetknąć też w niego trochę twoich ziół? To powinno jakoś zamaskować jego zapach. I… - westchnął ciężko. – Możesz być obecna podczas mojej rozmowy z Charlotte i Anake? Może w twojej obecności nie będą próbowały mnie zabić za przytaszczenie wilka do domu? A jak będą, to będzie pod ręką ktoś, kto mnie od razu poskłada.

Shera uśmiechnęła się nieznacznie.

- Myślę, że poczekają z rękoczynami aż zniknę. Chyba, że mam zostać do czasu aż dołączysz, panie, do Artemisa na morzu? – spytała, szperając w torbie, wybrała kilka silnia pachnąc ziół.

- Wiem, że masz swoje obowiązki - odparł. – Już i tak robisz dużo poświęcając swój czas na pomoc mi. Nie mogę prosić o więcej.

- Wystarczy, ze będziecie ostrożni na morzu. – odparła rozsypując mieszankę po wilczym futrze. – Lepiej ruszajmy, powinnam wstawić zaczyn przed nocą.

- Tak, nie ma co tracić czasu - zgodził się Garlen. – Chłopcy, przygotujcie wierzchowce - polecił synom, samemu zajmując się „zapakowaniem” wilka do transportu.


 

Do domu dotarli stosunkowo szybko, chłopcy pędzili przodem na łeb na szyję, Garlen zaś musiał uważać bo jeleń wciąż denerwował się dziwnie pachnącym ładunkiem. Dość, ze młodzież wyprzedziła ich o kilkaset metrów i w stajni oczekiwała już Charlotte. Jego pierwsza zawsze byłą profesjonalistką i nie pozwoliłaby sobie na publiczne urządzenie mu sceny, jednak znał ją już na tyle dobrze by zobaczyć napięcie ukryte w całym jej ciele. Obok niej kręcili się o baj synowie, pilnowała żeby mieć ich na wyciągnięcie reki.

Na szczęście z pomocą przyszła mu Shera, zeskakując z konia szybko i ruszając w stronę stajni.

- Jak dobrze, że jesteś, trzeba wydzielić boks w stajni, czyste siano powinno zapewnić zwierzakowi dobre warunki odpoczynku i ograniczyć zagrożenie z jego strony.

Niewolnica wydała polecenia i już po kwadransie Garlen mógł położyć płaszcz na świeżym sianie. Odsłonił wilka, ten wyglądał jakby spał.

Bliźniacy uwiesili się  barierki jednak matka złapała ich mocno za ramiona i ściągnęła za siebie kiedy tylko zobaczyła wielkie, zakrwawione zwierzę.

- Co się stało?

Gdy tylko wjechali i elf ujrzał Charlotte z kręcącymi się obok niej chłopakami, dziękował bogom za Sherę. Żona Artemisa szybko też zajęła Charlotte przygotowaniami legowiska dla rannego wilka, dzięki czemu konieczność rozmowy z Pierwszą nieco się odwlokła. Co jednak nie znaczyło, że Garlen był w stanie przez ten czas wymyślić jak to wszystko wyjaśnić Charlotte. I przede wszystkim, jak przekonać Anake żeby nie zabijała wilka, a jego samego żeby nie zrzucała z klifu. Ale wszystko po kolei.

Dlatego też najpierw zajął się położeniem zwierzęcia na przygotowanym legowisku i odwinięcia go z płaszcza, który nie tylko przesiąknął zapachem ziół Shery, ale także krwią rannego wilka. A później przyszedł czas na zmierzenie się z pytaniami Charlotte. Na szczęście zaczęła od takiego, na które odpowiedź była prosta.

- Jeden strzał okazał się być celniejszy niż sądziłem - stwierdził. – Nie mogliśmy go tak tam zostawić.

Charlotte nie wydawała się być przekonana.

- To gatunek polarny, co on w ogóle tutaj robi? Jak go znaleźliście?

Garlen wzruszył ramionami.

- Nie wiem co robił w tej okolicy. Tu podobno nie ma w ogóle wilków, nie mówiąc już o białych - stwierdził. – Jedna ze strzał chybiła w tarczę, pomknęła w krzaki i usłyszałem szelest jakby ktoś lub coś uciekało. Postanowiłem to sprawdzić, odnalazłem ślady krwi, a po nich natrafiłem na tego rannego wilka.

Zmrużyła oczy.

- Mam uwierzyć, że chybiłeś w tarczę? Ty?

Chłopcy spuścili wzrok co też nie uszło uwadze Charlotte.

- Więc? - spytała, ponaglając.

- Mnie też się to zdarza - odparł spokojnie Garlen. – Acz tym razem to nie mój strzał chybił. A przynajmniej chybił w tarczę - zawiesił na chwilę głos. – W każdym razie najważniejsze jest to, by ktoś go doglądał podczas gdy ja będę wypełniał zadanie dla Jego Królewskiej Mości.

- My możemy - zaproponował Varlan.

- Nie, nie możecie - odparła stanowczo Charlotte posyłając Garlenowi spojrzenie spod znaku: Nie będę się z tobą kłócić przy dzieciach, ale nie myśl sobie że ci się upiekło. -Oddeleguję tego kogoś ze służby. Przemokliście, jazda na górę zmieniać ubrania.

Jęknęli głośno, chóralnie jak to mieli w zwyczaju. Na Charlotte nie zrobiło to wielkiego wrażenia.

- Już. – ponagliła ich i westchnęła, jednak nie odezwała się póki dwie jasne główki synów wciąż były w zasięgu wzroku. – Co jeśli wyzdrowieje i kogoś zaatakuje?

Garlen odprowadził marudzących synów spojrzeniem i przeniósł wzrok na Charlotte. Nie tak miało wyglądać ich pożegnanie przed jego wypłynięciem w kolejny rejs, ale życie lubiło płatać figle i krzyżować plany.

- Zdaje się w tej materii na wasz osąd - odparł spokojnie. – Jeśli będzie stanowił realne zagrożenie… wierzę, że postąpicie jak należy.

Westchnęła.

- Nie podoba mi się to, ale zrobię jak prosisz. Tylko sam mówisz o tym Anakę.

- Tak, już się cieszę na myśl o tej rozmowie - mruknął. – Ale nie mogłem postąpić inaczej. Nie widziałaś tego zbolałego spojrzenia Aegisa. Bo to on postrzelił tego wilka.

Odetchnęła i przetarła czoło palcami.

- Znasz moje zdanie na temat dawania im broni - stwierdziła i coś czaiło się w jej oczach kiedy to mówiła, smutek? Zawód? - Będę ich miała na oku, bo jednak wolałabym żeby sie do tego zwierzęcia nie zbliżali.

- Kochanie - zaczął łagodnie, podchodząc do niej bliżej. – To chłopcy. Prędzej czy później sięgną po broń. Znając ich niecierpliwość i dar do pakowania się w kłopoty, zdarzyłoby się to raczej prędzej niż później. A jak już po tą broń sięgają, to wolę jak robią to pod moim okiem, niż bez jakiegokolwiek nadzoru.

- Wiem - westchnęła, spuszczając wzrok. - Mogliby poczekać jeszcze rok…

- Za szybko dorastają? - zapytał łagodnie, ujmując jej dłoń.

Zacisnęła swoje palce na jego palcach.

- Nawet nie zauważyłam kiedy to się stało.

Westchnął cicho.

- To przeze mnie. Przez twoje obowiązki - powiedział cicho. – Wypływamy na kilka miesięcy, a ty dodatkowo zajmujesz się nie tylko przygotowaniem do tej wyprawy, ale i wszystkimi formalnościami po powrocie. To sprawia, że spędzasz z nimi mniej czasu niż ja i ten czas ucieka ci bardziej - objął ją i przytulił do siebie. – Na następną wyprawę nie płyniesz. Zostajesz i nadrabiasz czas z dziećmi.

Pozwoliła się objąć, wręcz wsunęła się w jego objęcie i rozluźniła.

- Nie żebym  nie rozumiała zalet tego pomysłu, ale... kogo zamierzasz zabrać na moje miejsce?

- Nie wiem jeszcze, kochanie - odparł, gładząc ją wolno po plecach. – Ale, na szczęście, mam jeszcze bardzo dużo czasu na to, by się nad tym zastanowić.

- Och, myślałam, że jestem niezastąpiona - powiedziała cicho jednak sądząc po tonie głosu było to raczej droczenie się niż wyrzut.

- Bo jesteś, kochanie - szepnął, całując jej włosy.

- W takim razie sam będziesz musiał wykonywać moją pracę na wyprawie. Inaczej to byłoby zastąpienie mnie.

- W takim razie będę potrzebował gruntownego przeszkolenia z twoich obowiązków.

- Mówisz, że czeka nas sporo pracy sam na sam? - zamruczała cicho i podniosła brodę żeby spojrzeć mu w oczy.

Uśmiechnął się do niej w ten charakterystyczny sposób, po którym Charlotte rozpoznawała co chodzi mu po głowie.

- Tak - szepnął. – Sporo. Długie godziny. Sam. Na Sam.

Odpowiedziała podobnym uśmiechem.

- Moje biedactwo, tyyyle pracy…

- Taak… - odgarnął jej kosmyk z twarzy. – Tak dużo, że chyba… trzeba się za nią wziąć od razu - pochylił się ku niej, zamykając jej usta w pocałunku.

Odpowiedziała na pocałunek żarliwie, trochę wypuszczając w nim nadmiar emocji. Zatraciła się na chwilę jednak potem przerwała.

- Mój ukochany jest bardzo sprytnym mężczyzną, ale jeśli myśli, że zostawi mi przyjemność rozmowy z Anakę o jej waszym nowym mieszkańcu stajni… - uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek. - Jeśli przeżyjesz w swojej sypialni przy pełnym papierów biurku.

Uśmiechnął się do niej, ale zaraz cicho westchnął.

- Posyłasz mnie na pewną śmierć, wiesz o tym? - zapytał, muskając w szybkim pocałunku jej wargi. – Może po drodze uda mi się dopaść jakąś zbroję… - mruknął, wypuszczając ją ze swoich ramion, by ruszyć ku wyjściu ze stajni. A następnie, zgodnie ze wskazówkami, na spotkanie z szanowną małżonką.

Szanowna małżonka była już w drodze do niego. Złapał ją akurat kiedy zjeżdżała po poręczy schodów żeby uniknąć mozolnego człapania po nich o kulach.

- Taaato, dlaczego nam nie wolno zjeżdżać po poręczy a ciocia Anakę może! – zawołał z góry chór sprzeciwu, jednak ktoś musiał rzeczony dwuosobowy chór zagnać gdzieś dalej, do jego pokoju.

Jednak błękitnowłosa Anakę nie wyglądała jak ktoś, kto miał zamiar zniknąć razem z trudnymi pytaniami.

- Podobno sprowadziłeś jakąś krwawą bestię do domu?

- Krwawiącą - poprawił ją Garlen, podając rękę, by pomóc żonie zsunąć się bezpiecznie z poręczy. Niewątpliwie jednak była w stanie zrobić to z dużą gracją nawet w swoim aktualnym problemem zdrowotny.

Podała mu rękę i ciężko się na niej wsparła.

- Jak to krwawiącą? I co to za bestia? - dopytywała się, szykując swoje kule do dalszej drogi.

- Ranną - wyjaśnił. – Postrzeloną przez Aegisa. Chłopak trafił białego wilka.

Na chwilę zamarła, odwróciła się usiłując upewnić się, że naprawdę powiedział to co powiedział?

- Aegis strzelał z łuku do zwierzęcia? Wilka? Skąd tu się wziął wilk?

Pokręcił wolno głową. Wolał to rozegrać powoli, na spokojnie.

- Aegis strzelał do tarczy. Nie trafił, strzała poszła w krzaki i trafiła wilka, który… cóż, nie mam pojęcia skąd się tu wziął. Tu ponoć nie ma wilków, prawda?

- Nigdy o żadnym nie słyszałam - odparła po czym westchnęła, uderzając dłonią w czoło. - Pewnie któryś z tych wyfiołkowanych idiotów sobie jakiegoś sprowadził.

Potarł podbródek zamyślony.

- Cóż, to jest możliwe. Nie wiedział w jaki sposób się nim zajmować, jak pilnować i zwierzę uciekło - zawiesił na chwilę głos, bojąc się tego, co za chwilę nastąpi. – Może zostać tutaj, pod opieką póki nie wydobrzeje?

Zamyśliła się.

- Albo ktoś zrobił sobie z niego pupilka, który urósł za duży i został celowo wyrzucony na wolność. - skrzywiła się. - Będzie trzeba postawić straż i dobrze je izolować, pokaż gdzie go położyliście?

- Na razie prowizorycznie na sianie - odparł, ruszając tempem małżonki w miejsce, w którym zostawili wilka. – Shera się nim zajęła. Nasmarowała go też ziołami, które przytępiają jego zapach, żebyśmy mogli go tu przetransportować.

Cały czas starał się ukryć zaskoczenie faktem, że Anake nie zdzieliła go kulą i nie zaczęła na niego wrzeszczeć.

- Charlotte wie już, że dałeś jej dziecku broń?

- Wie - przytaknął, zerkając na Anake. – Wiesz, to w sumie też moje dzieci. Mam chyba prawo decydować, czy dam im broń, czy nie? - zapytał niepewnie, mając na uwadze fakt, że w niedługim czasie podobne rozmowy będzie odbywał z Anake.

- Owszem, ale ogólnie kiedy jeden z rodziców tak stanowczo sie czemuś sprzeciwia nie lepiej jest z nim przedyskutowac sprawę zanim podejmie sie działania? Chyba, ze o tym rozmawialiście.

- Charlotte nie tyle sprzeciwia się temu, by chłopcy mieli kontakt z bronią, bo i tak mieć go będą siłą rzeczy. Ona sprzeciwia się temu, że oni tak szybko dorastają - odparł. – Dlatego w przyszłym sezonie Charlotte zostaje w Gnieździe, by mogła nacieszyć się synami.

- I tak bym jej nie puściła, ktoś mi musi pomagać przy niemowlaku - odparła, szczerząc zęby, uśmiech jednak po chwili jej przyblakł. - Wszystko z nią w porządku? Wydaje się jakaś markotna.

- Nie wiem - przyznał. – Nie rozmawiałem z nią jeszcze na ten temat. Może chodzi o to, że lada chwila wypływam nie wiadomo na jak długo. A może boi się, że ona i chłopcy zostaną całkowicie odsunięci, kiedy urodzi się nasze dziecko.

Elfka skinęła głową.

- A może ma te swoje ciche dni, z nią w sumie nigdy nie wiadomo - westchnęła.

- Tak, to też jest możliwe wytłumaczenie - przytaknął, wzdychając cicho. – Czasem naprawdę za wami nie nadążam.

- Pociesz się że za tym jej milczeniem ja też nie nadążam czasem - westchnęła Anake.

Tymczasem dotarli do stajni gdzie nieopodal boksu zebrało się kilku wyraźnie zdezorientowany stajennych.

Anakę wymienia ich i po chwili już stała i patrzyła na wilka.

- Och - szepnęła. Jej niebieskie oczy stały się większe pełne blasku, który rozświetlił jej twarz. - Jest piękna!

- Piękna? - zapytał zaskoczony, unosząc brwi.

On również wyminął stajennych, by stanąć obok Anake i zajrzeć do wnętrza, gdzie miał znajdować się ranny wilk. A może jednak wilczyca?

- Tak. Spójrz na to futro! Widać że umie o siebie zadbać. - Nachyliła się, zaczynało jej grozić że wypadnie za barierę i w swojej pasji była podobna do bliźniaków.

- To musi być ona, to widać!

- Zaraz na nią spadniesz i zrobisz krzywdę wam obu - napomniał delikatnie żonę, dla pewności ją podtrzymując. – Czyli zostawiam wam pod opieką ranną wilczycę - stwierdził. – Czy poza płcią to coś zmienia? Może być mniej lub bardziej problematyczna jako samica?

Anakę ostentacyjnie pokazała mu język ale się wyprostowała.

- Nic. Poza tym, że musi być albo udomowiona i świeżo po ucieczce, albo mieć w okolicy stado. Inaczej nie byłaby w tak dobrej formie

Garlen zamyślił się, pocierając podbródek.

- Stawiam na pierwszą opcję. Gdyby miała w okolicy stado, pewnie natknęlibyśmy się na innego wilka kiedy szykowaliśmy ją do transportu. Chwilę przecież trwało wytropienie mi jej, później oczekiwanie aż chłopcy przyjadą z Sherą i samo przygotowywaniem też zajęło czas.

- Czyli całkiem możliwe, że Aegis ustrzelil sobie nowe zwierzątko. Jeśli przeżyje leczenie i Charlotte nie dostanie zawału na samą wzmiankę.

- Charlotte pewnie dostanie - westchnął cicho. – Sądzę, że przeżyje. Kiedy na nią patrzyłem jak ją odnalazłem… ma ogromną wolę walki. Łatwo się nie podda. A i my przecież nie pozwolimy jej umrzeć.

Uśmiechnęła się szerzej.

- To teraz trzeba jeszcze zrobić tak żeby jej “prawowici” właściciele się nie dowiedzieli.

- Och, wystarczy jej nie pokazywać szerokiemu gronu i zabronić plotkować - stwierdził, zerkając na Anake. – Bułka z masłem, nie?

- Jak zabronić plotkować służba nam wymrze z nudów.  Gdzie ja znajdę nową służbę?

- Przywiozę ci - odparł rozbawiony.

- Zanim ich Charlotte dobrze wyszkoli miną wieki - westchnęła teatralnie. - Poza tym pewnie już wszystkie dzieci Artemisa wiedzą. A to jest żywioł nie do utrzymania w ryzach… - westchnęła, trochę teatralne.  - Nie martw się coś wymyślę… jeśli panna śliczna przeżyje.

- Przeżyje - odparł z przekonaniem. – Po tym jak zareagowałaś na jej widok wiem, że nie pozwolisz jej umrzeć, kochanie.

Zaśmiała się.

- Mogłeś wcześniej powiedzieć że jest taka śliczna. -Oparła brodę o barierę boksu. - Dlatego nie lubię nosić futer. Wiem ze na pewne mrozy nie ma innych skutecznych ubrań ale tak trudno nie myśleć o tym jak cudownie te włosy wyglądały na czymś żywym.

- Tak, jest piękna to prawda - przyznał, obejmując Anake. – Dlatego proszę, zrób wszystko, żeby te włosy dalej pięknie wyglądały na jej ciele.

Westchnęła.

- Dobrze. Wytłumacz proszę blizniakom ze tym razem mają przestrzegać zasad przy kontaktach z nią. Żadnego pochodzenia bez nadzoru bo jeśli ich na tym złapie to przykro mi ale będę musiała ją zabić. Udomowiona czy nie jest ranna i prawdopodobnie niebezpieczna. A to mali chłopcy.  Nie będę ryzykował ich życiem pod żadnym pozorem. Oboje och znamy, jeśli się uprą postawienie straży nic nie da a ja ich nie chce znaleźć któregoś ranka zagryzionych w boksie.

Przytaknął głową z powagą na twarzy.

- Jestem pewien, że Charlotte już im suszyła o to głowę, ale upewnię się, że zrozumieli przekaz.

- Charlotte mogą nieposłuchać.

- Wiem. Dlatego upewnię się, że to co ja im powiem do nich dotrze - stwierdził. – Aegis popłakał się na sam widok rannej wilczycy. Jestem pewien, że jak dowie się co będzie jej groziło jeśli będą się do nich zbliżać bez nadzoru to będzie hamował brata.

Uśmiechnęła się.

- Płakał? Biedak. - wyraz jej twarzy złagodniał. - Ale racja. Jeśli ktoś jest w stanie utrzymać Varlana w ryzach to tylko Aegis.

- Taak. To trochę okrutne wykorzystywać brata przeciw bratu, ale to jednocześnie jedyne rozwiązanie które daje gwarancje bezpieczeństwa tak chłopcom, jak i wilczycy.

Pokręciła głową i zaraz zgarnęła kilka błękitnych, niesfornych kosmyków.

- Ciesz się że to jeszcze działa.

- Tak, wiem - westchnął cicho. – Niedługo przestanie. Różnice między nimi z każdym rokiem stają się coraz bardziej widoczne. Aegis jest bardziej podobny do Charlotte. Varlen jest niemal jak skóra zdjęta ze mnie – zawsze szuka kłopotów, w które może się wpakować.

Uśmiechnęła się.

- Żeby to było takie proste, obaj mają coś z ciebie i coś z niej.

- Jak to dzieci - stwierdził z uśmiechem. – Jednak zawsze jest tak, że z czasem wychodzą większe podobieństwa do któregoś z rodziców.

- I co ty na te podobieństwa?

- Aegis jest bardzo uroczy i taki niewinny. Jeśli taki pozostanie, będzie miał w życiu ciężko, bo każdy będzie chciał go wykorzystać. Za to Varlan jest sprytny, nieco zarozumiały i jak wspomniałem wcześniej, lubi pakować się w kłopoty. Też będzie musiał się nieco zmienić, inaczej wpakuje się w końcu w takie kłopoty, z których się nie wywinie.

- Obu na p[ew no przyda się trochę dyscypliny - stwierdziła. - A tobie przyda się zdążyć na statek. Nie żebym się chciał ciebie pozbyć ale może powinieneś zacząć  pakować. A raczej sprawdzić czy Charlotte cię spakowała.

- Zaraz sprawdzę - odparł. – Ale zanim pójdę potrzebuję rady kogoś bardziej doświadczonego. Na co uważać, kiedy będziemy już na miejscu?

- Skały. - oznajmiłą zdecydowanie. - Nie zbliżajcie się tam w czasie odpływu bo będę musiała po was płynąc. No i rozbitkowie. Nie wiadomo co im strzeli do głów.

- Skały, odpływ, rozbitkowie - wymienił. – Raczej wziąć ze sobą więcej strzał, nie? Pewnie nie skończy się na wymianie uprzejmości słownych.

- Oby. Jak wpadnie im do głowy anektować statek na cele wojenne to ich wyśmieje i za burtę.

- Tak po prostu?

Zmarszczyła brwi.

- Są na naszych wodach i mają się zachowywać.

Przytaknął kilka razy z namysłem.

- Będą się zachowywać - obiecał. – Co mogę obiecać rozbitkom?

- Podróż do portu i nocleg zanim nie znajdą czegoś na czym będą mogli wrócić do siebie. Rzecz jasna póki przestrzegają naszych zasad.

- Jasne i uczciwie postawione warunki - przytaknął. – Jeszcze jakieś wskazówki, które pozwolą mi wrócić do ciebie w jednym kawałku?

- Słuchaj moich ludzi, nie pij jednak z nimi alkoholu - dodała z szerokim uśmiechem.

Zaśmiał się.

- Wiesz jak kończy się moje picie z Artemisem. Jeśli wszyscy twoi ludzie piją chociaż w połowie jak on, całą podróż spędziłbym na wpół pijany i w wymiocinach.

- Tak, a potem bardzo pięknie powitał jakiegoś wściekłego oficerzynę, co nie umie sterować i utknął na skale. - wyszczerzyła się.

- Hej, to byłoby bardzo adekwatne do sytuacji powitanie - stwierdził rozbawiony. – No nic, idę sprawdzić na jakim etapie jest pakowanie moich rzeczy do podróży. Zaopatrzę się przy okazji w dodatkowe strzały, bo ostrych argumentów nigdy za wiele i idę przypilnować, by chłopcy zrozumieli, że życie wilczycy leży w ich rękach.

- Powodzenia. Mam nadzieję, ze zrozumieją.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz