188 postów w tym temacie

Oo-oo-oo-oo!

Wielki Wojownik, ogień i stal!

Oo-oo-oo-oo!

Wielki Wojownik, płomień i żar!

 

Nocny Kochanek - Wielki Wojownik

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

port.jpg

 

 

Polowanie na Róg

 

Rozdział I: Ogień i Stal

 

Ruchliwe popołudnie w Athkatli nie było niczym niezwykłym, zwłaszcza iż przecież mowa o Mieście Pieniądza – przybytku, w którym w każdej chwili zawierane są transakcje handlowe, a brzęcząca moneta przechodzi z rąk do rąk. Nie zawsze zresztą w uczciwy sposób. W ostatnich latach wiele zmieniło się w stolicy Amnu, lecz widok z wychodzących na port okien kamienic wciąż pozostawał ten sam. Żagle, stragany i tłumy najprzeróżniejszej maści indywiduów, od głośno zachwalających swój towar kupców, przez żeglarzy zdążających na wieczór do tawern, by przy szklanicy grogu przechwalać się przed kompanami swoimi wspaniałymi (choć nie zawsze zgodnymi z prawdą) czynami, po mieszczan i rzezimieszków, szukających takich czy innych okazji. Portowe prostytutki jak co dzień prężyły dumnie obnażone biusty, zaczepiając od czasu do czasu przechodniów, którzy wyglądali na bogatszych. Ktoś dostał w mordę w bocznej uliczce. Ze trzy przecznice dalej wynajęci przez bogatego amnijskiego kupca zabójcy właśnie opierali o ścianę zaułka zimne zwłoki konkurenta swego pryncypała, pozorując napad rabunkowy. Na tyłach jednej z wielkich, bogatych kamienic nieopodal przystani, ukradkiem przemykał powszechnie szanowany paladyn, zmierzający na kolejną regularną schadzkę miłosną z córką właściciela budynku.

Amn. Tu każdy miał swój cel, swoje słabości i marzenia. Zarówno te przyziemne, jak i bardzo górnolotne, sięgające dalekich lądów, czy nawet legend. Historia, nawet mimo ostatnich krwawych epizodów, nie raz przecież udowadniała, iż takie marzenia potrafią się spełnić.

 

Zacumowany przy głównej przystani „Indefatigable” wyróżniał się na tle portowego zgiełku niczym góra pośrodku morza. Czy raczej jedna z czterech gór, gdyż nieopodal stacjonowały również jego trzy siostrzane jednostki – „Invincible”, „Queen Mary” oraz „Hood”. Wszystkie cztery okręty zbudowano całkiem niedawno – wciąż pachniały nowością, zachwycając błyskiem szlachetnego, ciemnego drewna kadłubów. A także rozmiarami, gdyż zaprojektowano je jako jednostki typowo pełnomorskie, o znacznie większej dzielności morskiej niż typowe statki handlowe żeglujące po wodach przybrzeżnych. Wprawne oko dostrzegało wprawdzie, iż ich zgrabne sylwetki straciły nieco na uroku, gdyż na pokładzie znajdowała się już większość ich ładunku, lecz mimo tego i tak stanowiły przykład kunsztu szkutniczego. Opłaconego ogromnymi pieniędzmi, naturalne. Co jak co, lecz fundatorów wyprawy było na to stać.

Załoga „Indefatigable” uwijała się jak w ukropie, szykując okręt do wypłynięcia, które zgodnie z planem miało odbyć się następnego dnia o poranku. Poganiani przez masywnego półorczego bosmana marynarze dokładnie sprawdzali olinowanie, przetaczali beczki z ładunkiem i doprowadzali do porządku kolejne miejsca w ładowni. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik, by nie było wstydu przed lordem Blackthornem. Na innych okrętach to bez znaczenia, ale flagowy musiał być gotowy na tip-top. Naturalnie, to samo wpajano załogom pozostałych jednostek. Przeprowadzona wcześniej selekcja marynarzy miała wyłonić jedynie najlepszych, ale jak to wszędzie, trafiały się czasem gorsze elementy. Niemniej, ogólny poziom wyszkolenia załóg był całkiem wysoki, tak więc okręty zostały przygotowane do wyprawy szybko i sprawnie.

Specyfika wyprawy nie do końca pozwalała jednak na komfort, gdyż w kadłubach poza załogami należało upchnąć sporo żywności, zarówno w formie przetworzonej jak i żywego inwentarza, narzędzia, materiały budowlane, broń, czy choćby mnóstwo innych przedmiotów mogących posłużyć jako środki wymiany handlowej z ewentualnymi tubylcami. Odbiło się to również na wybranej przez lorda Tyberiusa „ekipie do zadań specjalnych”, jak to określał. Nasi bohaterowie jeden po drugim zawitali w końcu na pokład „Indefatigable” w celu pozostawienia nań swego bagażu i tam, poprowadzeni przez załogę, poznali również swoje kwatery. Dość skromne, prawdę mówiąc i zapewniające mało prywatności, gdyż dzielone z konieczności. Jedyną dobrą wiadomością było to, iż nie mieli odgórnie przydzielonych miejsc do spania. Te mogli sobie wybrać spośród oddelegowanych kwater, lecz szczerze mówiąc, niewielkie to było pocieszenie. Na szczęście w dalszej perspektywie dzisiejszego dnia czekało na nich coś znacznie przyjemniejszego, o czym zostali poinformowani jakiś czas wcześniej. Otóż tego wieczora, w tawernie „Morska Zdobycz”, miała odbyć się uroczystość pożegnalna członków wyprawy, na którą naturalnie byli zaproszeni. Naturalnie nie dotyczyło to wszystkich, gdyż przybytek był po prostu za mały, lecz ich akurat zaproszenie objęło. Przypadek? Raczej nie, w końcu podobno byli najlepszymi z tych, których kandydaturę rozważano. A przynajmniej tak się mówiło w różnych kręgach. Oczywiście lord Blackthorn miał również pojawić się na uroczystości, zapewne jak i wielu lokalnych oficjeli. „Morska Zdobycz” była jednak na tyle przyziemnym miejscem, iż nie należało się spodziewać klimatu rodem ze szlacheckiego balu.

 

* * *

 

 Drink Up, There's More!

 

Przychodząc te parę godzin później do tawerny, nasi bohaterowie już na własne oczy i uszy mieli okazję się przekonać, że wszelkie obawy o nudę były bezpodstawne. Już od wejścia przybyszy uderzał dźwięk piszczałki, wygrywającej skoczną melodię oraz śmiechy i zawołania tańczących doń gości. Na ten wieczór „Morska Zdobycz” dostępna była wyłącznie dla zaproszonych, o czym wyraźnie przypomniało dwóch krasnoludzkich bramkarzy, jednak jak widać, gości nie brakowało. Przy ławach już toczyły się rozmowy przy kuflu oraz najróżniejsze gry. Żądni tańcowania pląsali przy muzyce wygrywanej przez ulokowanego nieopodal ogniska elfiego barda, mistrzowsko wydobywającego ze swej drewnianej piszczałki kolejne nuty, przy których nogi same rwały się do zabawy. Szczere salwy śmiechu dobiegały głównie z prawej strony gospody, gdzie przy szerokiej ławie siedziało z sześciu chłopa, grając w karty. Z wyglądu przypominali najemników, czy żołnierzy, choć na zwykłych piechurów byli zdecydowanie zbyt porządnie ubrani. A w co grali? Ciężko powiedzieć na pierwszy rzut oka, zwłaszcza że wystarczyło poświęcić im chwilę dłużej, by dostrzec, że wciąż rozkładają na stole jakieś kolejne karty, po czym nagle milkną, czekając, aż… do kart podejdzie najzwyklejsza w świecie czarna kura i zacznie stukać w nie swoim dziobem. Co w tym było zabawnego, ciężko powiedzieć, ale śmiali się naprawdę gromko.

Naturalnie, nie tylko oni wyglądali interesująco. Niecodzienne było również towarzystwo, które otaczało lorda Tyberiusa Blackthorna. Dowódca wyprawy stał oparty o szynkwas z kuflem ale w zasięgu ręki, rozmawiając z dwójką mężczyzn. O ile jeden z nich mógł uchodzić za całkiem normalnego – weterana, zapewne, sądząc po masywnej, niedźwiedziej sylwetce , przewieszonej przez plecy tarczy i stalowym spojrzeniu, tak drugi z nich był jedyny w swoim rodzaju – wręcz dosłownie. Ci, którzy nie byli na bakier z historią i opowieściami, mogli rozpoznać w nim Shibboletha, towarzysza słynnych dziedziców Maruderów. Inni widzieli po prostu wysokiego przedstawiciela zupełnie nieznanej rasy, z wyglądu przypominającego skrzyżowanie człowieka z czarnym lwem. Czy innym kotem. Kotolud, to było dość odpowiednie dla poziomu typowego prostego człowieka określenie. Ewentualnie kociamber, jak mówili co niektórzy z wyższych sfer. Rozmawiającym wyraźnie udzieliła się panująca wewnątrz atmosfera. Wyglądali na rozluźnionych i spokojnych. Blackthorn co prawda rzucał co jakiś czas spojrzeniem ku ławie, gdzie siedziało zapewne kilku przedstawicieli lokalnej szlachty, jednak najwyraźniej nie miał zamiaru do nich zagadywać. Podczas takiego wieczoru należało przede wszystkim dobrze spędzić czas. A do następnego dnia jeszcze wiele mogło się wydarzyć.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

7bXS2rc.jpg

Jorus

 

Jorus był zadowolony. Nie dość, że mógł wziąć udział w tej całej ekspedycji to jeszcze miał należeć do grupy, która jako pierwsza będzie badała wszelkie znalezione miejsca, czymkolwiek by one nie były. To było… ekscytujące. Nie żeby Jorus jakoś specjalnie dawał ową ekscytację po sobie poznać, ale w środku małe barbarzyńskie serduszko szczerze się cieszyło.

Ciekawie zapowiadali się też jego współtowarzysze. Jeszcze nie wiedział co dokładnie sobą reprezentowali, ale w czasie długiego zapewne rejsu będzie czas się poznać. Zresztą już tego wieczora miało być jakieś przyjęcie więc wtedy na spokojnie będzie można pogadać przy piwku. A teraz można było skorzystać z kilku wolnych godzin i przejść się po mieście, może coś jeszcze dokupić. Boigowie jedni wiedzieli kiedy znów tu wrócą. O ile w ogóle.

Po krótkim przedstawieniu Jorus rzucił więc krótkie – Do zobaczenia wieczorem! – i zostawiwszy większość swoich rzeczy poza toporkami, opuścił pokład.

***

Kilka godzin później Jorus trafił do przybytku gdzie odbywała się impreza.

Potężny barbarzyńca rozejrzał się po tłocznej sali i uśmiechnął się pod nosem na widok zabawy, która już się rozkręciła. Wyglądało na to, że mógł to być naprawdę przyjemny wieczór. Miła odmiana jako, że ostatnio raczej nie mógł sobie pozwolić na zbyt wiele. Ale tutaj jak widać organizatorzy nie oszczędzali więc można było się najeść, napić i zabawić ile dusza tylko zapragnie.

A skoro już o zabawie mowa… Jorus odruchowo skierował głowę ku scenie gdzie grał elfi bard. Mężczyzna lubił muzykę i nawet sam czasem grywał, choć znów – nie ostatnio. Kilka tygodni temu miał pecha walczyć z bandą goblinów, z których jeden zamachnął się na niego tak, że roztrzaskał widzącą u pasa fletnię. Od tamtego czasu jakoś nie było okazji (lub funduszy) by sprawić sobie porządny nowy instrument. No życie. Tym bardziej irytujące było, że owemu konkretnemu goblinowi udało się potem jeszcze zwiać. Nie było sprawiedliwości na tym świecie.

Ale może za morzem będzie? Kto wie?

Tymczasem Jorus ruszył między ludzi by znaleźć sobie jakieś sensowne miejsce. Członków swojej nowej grupy uderzeniowej, jak to ich zwał lord Blackthorn nigdzie nie widział, choć tego ostatniego dostrzegł jak rozmawiał z jakimś kotełem. To pewnie był ten cały Shiboleth o którym czasem się mówiło tu i tam. Jorus uznał, że teraz nie będzie im przeszkadzał w rozmowie i później podejdzie się przywitać. W międzyczasie zaś mógł sobie posłuchać więcej muzyki zwłaszcza, że właśnie zwolniło się dobre miejsce pod samą sceną. Potężny barbarzyńca chętnie je zajął.

I tak przez kolejne dwa utwory raczył się nutami muzyki, od czasu do czasu zerkając tylko kto nowy pojawiał się w karczmie.

Bard jednak chyba grał już dłuższą chwilę bo po drugim utworze właśnie przyszła pora na chwilę przerwy. Ktoś doniósł elfowi piwo a i kilka osób, które dotychczas  skupiały się na jego muzyce stwierdziło, że czas uzupełnić własne kufle. Uwagę Jorusa zwróciło jednak wtedy coś innego. Oto bowiem wśród instrumentów rozłożonych przy rzeczach barda znajdowała się stara, ale porządnie wyglądająca fletnia pana. Barbarzyńca podrapał się po brodzie z namysłem, ale zaraz też podjął decyzję i wstał by podejść do elfa.

- Wyrazy uznania. Dobrze grasz. Pierwszorzędnie – pochwalił barda. – Jestem Jorus. Nie płyniesz z nami na zachód, nie? Pewnie sami będziemy musieli sobie pogrywać na czym przyjdzie – mruknął i przeniósł wzrok na fletnię.

- Była by szansa byś pozwolił mi chwilkę zagrać skoro masz teraz przerwę? Spróbuję nie wystraszyć wszystkich wkoło – uśmiechnął się. – Moją cholerny goblin połamał – dodał w ramach wyjaśnienia.

- Gavin zwany Cudnym Dźwiękiem, do usług – przedstawił się elf. -  I nie, nie będę należał do waszej radosnej wyprawy. Ale jeśli ulży to twej spragnionej duszy to proszę, pokaż wszystkim co potrafisz – podał barbarzyńcy instrument.

- Moi drodzy, okazuje się, że nie musicie cierpieć braku muzyki gdy ja pozwolę sobie na chwilkę odpoczynku. Oto bowiem Jorus, członek waszej fascynującej wyprawy zgodził się zastąpić mnie na chwilę! Kto wie, może ukrywa w sobie talent i kulturalnej rozrywki na pokładach okrętów jednak wam nie zabraknie! – zapowiedział Jorusa Gavin. – Brawa dla naszego wielkiego bohatera! – i zostawił lekko zakłopotanego barbarzyńcę na scenie.

Jorus odchrząknął nieznacznie i nie wiedząc co lepszego mógłby zrobić po prostu usiadł i przyjrzał się instrumentowi. Był podobny do jego starego, ale zdecydowanie lepiej wykonany. Powinien się nadać. Tylko co mógłby zagrać? Po głowie chodziło mu kilka melodii, ale tak na początek wyprawy jakoś jedna konkretna wydawała się właściwa. Nie był pewien co prawda czy w ramach tej misji zatoczą pełne koło wracając tutaj, ale co tam.

Ignorując więc ciekawskich gości, z których paru pewnie miało nadzieję na trochę śmiechu z „dzikusa co pierwszy raz instrument trzyma” zaczął po prostu grać. I ludzie zamilkli.


Circle of Life

 

Gdy skończył, wkoło rozległy się brawa.

 



21 na performance :D

Zakładam, że ludziom się spodobało.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eLKTG.png

Aramil

 

Gdyby Aramil miał określić w dwóch słowach Athkatlę to użyłby określenia miasto okazji. Tym niewątpliwie było dla wielu osób. Każdy tu miał swoje małe marzenia i możliwości, aby je w jakimś stopniu spełnić. Niestety życie było takie że nie wszystkim mogło się to udać, a w szczególności gdy kilka osób marzyło o tym samym i rywalizowało w tym celu. Aramil od dłuższego czasu lawirował w życiu miasta na granicy średnich i wyższych sfer. Udawało mu się przetrwać i osiągać swoje małe cele. Piął się powoli do góry i odznaczał swoje sukcesy mając cały czas z tyłu głowy Większy Cel. Dlatego kiedy stary dobry Blackthorne się do niego odezwał Aramil od razu dostrzegł okazję. Wiedział że Blackthorne miał o nim dobre wspomnienia. Zbyt dużo czasu spędzili razem walcząc o przetrwanie kiedy pojawił się Souldrake. To, że Aramil był już trochę innym elfem niż ten którego miał okazję poznać Tyberius nie miało obecnie takiego znaczenia. Teraz liczyło się to, że otwierała się przed nimi droga do lądów nowej okazji. Wyprawa dalekomorska mogła być szaleństwem i wielu pewnie tak myślało, ale kto nie ryzykuje ten nie odniesie spektakularnego sukcesu. Najpierw oczywiści musiał pozałatwiać do końca parę swoich rzeczy, bo planował wrócić, a dobrze byłoby mieć do czego wracać. Kiedy uznał, że jest już gotowy niewiele już brakowało do wypłynięcia. Zaokrętował się na "Indefatigable". Czemu flagowcem musiał być akurat ten statek o najtrudniejszej nazwie? Elf wchodząc na pokład przyglądał się pokaźnym masztom. Kiedy ostatnio był na pokładzie statku? Dwadzieścia pięć temu? Dwadzieścia sześć? Wciąż nosił ze sobą pamiątkę po tamtych wydarzeniach... Czas leciał tak szybko w ostatnich latach. Wszystko zmieniało się tak szybko i dynamicznie. Strach pomyśleć jak będzie wyglądał świat za sto czy dwieście lat. Na pewno tych wszystkich marynarzy którzy byli ludźmi nie będzie już na tym świecie. Dla nich perspektywa stu lat była już abstrakcją, bo ludzie tylu nie dożywali. Może to też było powodem dla którego ludzie wpadali na takie szalone pomysły jak ta wyprawa... Jeżeli zginęliby na morzu to nie straciliby wielu lat. Pozostawało mieć nadzieję, że nikt nie zginie, ale doświadczenie mówiło iż wierzenie że to się ziści byłoby głupotą. Aramil zszedł pod pokład i znalazł sobie jakiś wygodny hamak na który wrzucił worek ze swoimi rzeczami. Miał się później pojawić w tawernie, ale najpierw musiał jeszcze załatwić parę rzeczy.

 

***

 

Ogień buchał wysoko i rozświetlał pomieszczenie swoim wielobarwnym płomieniem. Aramil wpatrywał się w płomień inkantując po cichu rytuał i patrzył jak kolejne składniki czaru są konsumowane przez płomienie, a wewnątrz pojawiała się i znikała istota. Nabierała kształtu, aby po chwili rozpłynąć się w płomieniach i za jakiś czas znowu mignąć. Zupełnie jakby broniła się przed przywołaniem do tego świata, uciekała i droczyła się z Aramilem. Dawno nie używał pomocnika, ale w obecnej sytuacji wiedział że mu się przyda, więc nie miał zamiaru się poddawać. Trwało to wszystko długo, ale to nie było nic nowego. W końcu jednak ogień na chwilę przygasł, aby ostatecznie wybuchnąć pod sam sufit a z niego wyłoniła się skrzydlata istota, która zawisła w powietrzu trzepocząc skrzydłami przed Aramilem. Elf uśmiechnął się do ptaka i wyciągnął rękę. Stworzenie usiadło mu na przedramieniu gdzie Aramil przygotował sobie skórzane zabezpieczenie, aby pazury nie wbiły mu się w skórę.

Witaj przyjacielu... - Powiedział patrząc na ptaka, który w odpowiedzi przekrzywił głowę - ... czeka nas razem przygoda... - Elf wpatrywał się uważnie w stworzenie szukając czegoś co by pasowało - Aiel. Będziesz tak się nazywał. - Pogłaskał ptaka koło dzioba z uśmiechem na ustach. Dawno nie korzystał z chowańca, ale teraz... na pewno nie pożałuje pieniędzy wydanych na komponenty do czaru.  - Na razie odpocznij przyjacielu, wezwę Cię w potrzebie. - Lekkie podbicie ręki wystarczyło, aby ptak wzbił się w powietrze i zatrzepotał skrzydłami zmniejszając się i znikając. Zupełnie jakby wleciał w jakiś konkretny punkt znajdujący się w powietrzu i w tym punkcie zniknął. Aramil czuł jednak jego obecność. Wiedział, że mu towarzyszy i oczekuje na wezwanie.

Zebrał z podłogi swoje rzeczy i otworzył drzwi. Nie zamykał już ich za sobą tylko szybkim krokiem szedł przed siebie. Ciche modlitwy dobiegały jego uszu i patrzył na mijanych ludzi kiedy szedł boczną nawą. Przy drzwiach na końcu korytarza stał mężczyzna w luźnej szacie, który powitał go uśmiechem.

- Skończyłeś Aram?

- Tak bracie. - Potwierdził elf uśmiechając się do kapłana - Dziękuję za umożliwienie mi tego.

- Do usług. Wyjeżdżasz, prawda? - Pytanie mężczyzny zaskoczyło elfa. 

Skąd wiesz bracie?

- Bo wyglądasz jak ktoś, kto przybył się pożegnać.

- W tym masz rację. - Przyznał Aramil i pożegnawszy się ruszył dalej. Schodami w górę, a tam do jednej z komnat.

Nie była zbyt bogato urządzona. Skromna komnata, dla osoby która nie wymagała wielu wygód.

Długo każesz na siebie czekać. - Przywitał go szorstki głos. Siwowłosy krasnolud siedział na fotelu przed oknem i nie zaszczycił gościa odwróceniem się w jego stronę.

Ciebie też miło widzieć - Powiedział Aramil i podszedł do biurka. Sięgnął do swojej torby i wyciągnął na blat spore zawiniątko i pękatą butelkę. - Przyniosłem Ci zapasy.

Wiesz gdzie je stawiać - Odpowiedział głos krasnoluda - A teraz nie marudź tylko rozstawiaj.

Aramil siadł na tym samym krześle co zawsze i zaczął zbierać ze stolika odłożone poprzednio piony i figury i rozstawiać je na nowo na szachownicy. Następnie wziął monetę, podrzucił i sprawdził wynik.

Zaczynasz - Powiedział i czekał na deklarację brodacza. Spojrzał na kawałek szmaty którym miał przewiązaną głowę na wysokości oczu. Wciąż był pełen podziwu dla tego jak krasnolud potrafił oczami wyobraźni śledzić całą partię. 

Gdy skończyli wstał i podszedł do fotela. Spojrzał jeszcze raz na siwą czuprynę i położył rękę na ramieniu krasnoluda.

To była nasza ostatnia partia - Powiedział ze smutkiem w głosie.

Masz dość tego, że Ci regularnie kopię dupsko? - zażartował krasnolud, ale w jego głosie nie było słychać radości.

Słyszałeś o wyprawie?

- Taa... - Mruknął w odpowiedzi brodacz - Nie dość Ci przygód po tym wszystkim?

- Szybko się nudzę - Odpowiedział Alamir, ale sam też nie był w stanie dorzucić humoru do tonu głosu. - Tyberius szukał chętnych i ...

- ... i poleciałeś do niego jak tania dziewka.

- Też byś poleciał.

- Taa... ale nie mogę.

- Wiem... i przepraszam.

- Nie pierdol znowu. To nie była Twoja wina.

Aramil nie odpowiedział, a jedynie poklepał przyjaciela po ramieniu.

Nie wiem kiedy wrócę i czy wrócę. Żegnaj Godric.

- Kij Ci w rzyć, chociaż nie, bo jeszcze Ci się spodoba. - Krasnolud zarechotał podczas gdy Aramil udał się do drzwi. Gdy tylko te skrzypnęły podczas otwierania elf usłyszał jeszcze głos spod okna - Nie daj się głupio zabić.

- Postaram się. - Odpowiedział elf

Nie staraj się psia jego mać tylko to zrób do kroćset. Tyle lat żyjesz a wciąż pierdolisz na około zamiast przechodzić do konkretów. 

Elf uśmiechnął się smutno i wyszedł z komnaty. Pora udać się na zabawę... Chociaż Aramil jakoś nie miał obecnie ochoty na świętowanie. Godric na pewno da sobie radę. Miał opiekę, ale mimo wszystko smutno było go zostawiać.

 

***

 

Aramil wszedł do tawerny i rozejrzał się po środku. Odruchowo sprawdzał czy nie ma tu przypadkiem osób, których wolałby nie spotkać. Na szczęście nikogo takiego nie dostrzegł i mógł ze spokojem zająć się wieczorną zabawą. Trzeba było poznać towarzyszy podróży. Najpierw jednak należało się przywitać. Udał się więc w to najciekawsze miejsce czyli do ich szefa wyprawy.

Lordzie Blackthorne - Przywitał się oficjalnie z pełnym szacunku skinieniem głowy. Normalnie pewnie przywitałby się po imieniu, ale jako że Tyberius nie był sam, to wolał się chwilowo nie spouchwalać dopóki nie wybada sytuacji. - Shibboleth, wiele o Tobie słyszałem. Rad jestem poznać. - Powitał też skinieniem głowy nubianina, a następnie przeszedł do ostatniej osoby w tej małej grupie. - A my chyba jeszcze nie mieliśmy przyjemności... - Zawiesił zdanie w powietrzu oczekując na przedstawienie się tego człowieka.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

3x4wrFa.png

Alira

 

Obudziła się, tak jak zaplanowała, na długo przed porankiem. Smokowiec już dawno przyzwyczaiła się zrywać z pierwszym brzaskiem. To, oraz lekki, niespokojny sen, były starymi, wyuczony przez lata nawykami. Nie było sensu ich zmieniać - Athkatla, dla samotnej podróżniczki pod pewnymi względami okazała się być nie mniej groźna od najdzikszych odludzi. Gdy otworzyła oczy, kryjówka w której spędzała ostatnio noce była wciąż skąpana w mroku, dokładnie tak, jak przed zapadnięciem w sen. Tylko instynkt podpowiadał jej, że powoli zbliżał się poranek.

Z westchnięciem założyła ręce pod głowę, dając sobie przed wstaniem jeszcze moment na odrobinę bezczynności. Miała jeszcze dużo czasu. Leniwie rozglądnęła się po pomieszczeniu. Mały pokoik, strych nad składem ukrytym w jednej z pokątnych uliczek Slumsów zaczął się dla niej ostatnio czuć prawie... Bezpiecznie. Zadomawianie się jednak nie było dość mądre z jej strony, wiedziała o tym - każdego dnia właściciel mógł sobie o jego istnieniu przypomnieć, i wyrzucić na zbity pysk kryjącą się w nim dziką lokatorkę. Nie żeby powinien być ku temu według niej jakikolwiek powód - wręcz przeciwnie. Dawno przez nikogo nieodwiedzany, zapuszczony i zagracony magazyn nie widział lepszych dni. Tutaj zmiotło się parę pajęczyn, tam zabito deskami parę dziur w ścianach, i zrobiło się z tego miejsca całkiem przyzwoite jak na standardy smokowca legowisko. Nie mówiąc nawet o tym, że będące jej współlokatorami przerośnięte szczury służyły idealnie do praktyki w strzelaniu do celu gdy próbowały dobrać się do zapasów jedzenia. Albo, w ostateczności, z braku alternatyw, one same mogły posłużyć jako śniadanie. Na tą myśl smoczyca wydała z siebie odgłos obrzydzenia i wreszcie, z niechęcią, podniosła się i usiadła na posłaniu.

Było jeszcze wcześnie - przez szczeliny między deskami w suficie nie widać było nawet pierwszych promieni słońca. Wciągnęła na lewą stopę skórzany but, wiercąc się przy tym by trafić pazurami w dziury w podeszwie. Westchnęła ze zrezygnowaniem i przerwała, pocierając czoło ręką. W zamyśleniu uśmiechnęła się od ucha do ucha. Jeżeli w opowieściach o nadchodzącej robocie było ziarno prawdy, już nigdy więcej nie wróci w to miejsce. Może to i dobrze. Błądząc po pomieszczeniu, jej wzrok napotkał jednego z futrzastych sąsiadów nieopodal przygotowanych przez nią dzień wcześniej pakunków. Na widok szczerzącego się smokowca zamarł bez ruchu. Poszarpane uszy, brakujące oko i blizny pokazywały, że ten mały weteran przeżył niejedno. Wgapiała się w niego przez chwilę... By nagle zerwać się i ryknąć głośno. Co jej zaimponowało, szczur nie odbiegł w przerażeniu - odsunął się tylko kawałek, i dalej wpatrywał się w nią butnie. Roześmiała się i uniosła dłonie.

- Poddaję się - ukłoniła się z rozmachem, ceremonialnie. - Opuszczam wasze ziemie w pokoju, dzielny wojowniku.

Ubrała się szybko i zebrała swój cały skromny dobytek, a w każdym razie wszystko, co mogła sensownie wziąć ze sobą. Odprowadzana przez przepełniony wyrzutem wzrok gryzonia, otworzyła okno i zwinnie wyskoczyła przez nie, lądując z gracją na wysadzanej brukowcem uliczce. Sprawdziła jeszcze, czy bagaż wygodnie leży jej na plecach, po czym pogwizdując radośnie skierowała się w stronę doków. Czekało ją jeszcze trochę zakupów.

 

***

 

Ostatnie parę dni spędzone w największym mieście Amn były... Oszałamiające, delikatnie mówiąc. Młoda smoczyca spodziewała się, że zgiełk wpłynie zdecydowanie gorzej na jej - nienawykłe do wszechogarniającego gwaru - samopoczucie. I nie myliła się, po części. Liczba podpisywanych dokumentów, tłumów osób i ciągłego przypływu informacji, potrafił doprowadzać kogoś będącego, tak jak ona, nowym przybyszem do zawrotów głowy. Oraz, w tym akurat przypadku, także do bólu karku - od wykręcania go nagle pod dziwnymi kątami na widok czegoś godnego zainteresowania. Dla kogoś tak nadpobudliwego jak Alira, działo się niebywale często - w szczególności, gdy mijane po drodze przygotowania do wyprawy szły pełną parą. Miała jeszcze dużo czasu do umówionego spotkania, dlatego zmarnowała go większość, kręcąc się w tę i wewte pośród uwijających się osób, przyglądając się im, pomagając od czasu do czasu coś przenieść, i co najważniejsze - zapoznając się z podziwem z okrętami. Nigdy wcześniej nie miała okazji zobaczyć, a co dopiero pływać na czymkolwiek w tych rozmiarach.

Spotkanie na „Indefatigable”, którego nazwy nawet nie próbowała wymówić na głos - z obawy przed przekręceniem jej przez pomyłkę, poszło lepiej niż się spodziewała. Wycieczka w nieznane okazała się nie być, jak się trochę obawiała, żadnym szwindlem - do tego naprawdę mogła wziąć w niej udział. Nadal ledwie dowierzając swojemu szczęściu, nie narzekała ani trochę na przygotowane im kwatery. Z lekkim wzdrygnięciem przypomniała sobie, że miała już okazję spać w gorszych warunkach. Po krótkim zastanowieniu znalazła miejsce dla siebie i swojego ekwipunku w jednym z kątów, pozostawiając tam swoje rzeczy. Nie było ich zbyt wiele. Zapas strzał, namiot, śpiwór, bukłak, mydło, kocyk... Zostawiła przy sobie tylko łuk, kołczan, i krótki miecz - nigdy nie wiadomo co mogło smokowca spotkać na ulicach tego miasta.

Odciążona wreszcie z większości klamotów, wyszła na pokład statku, by pooddychać względnie świeżym powietrzem doków. Przeciągnęła się, aż kośćmi trzasnęło, ziewnęła i oparła się o balustradę. Wpatrywała się w inne okręty, przygryzając lekko język zębami w zamyśleniu. Kątem oka zobaczyła, jak wyszło dwóch innych uczestników wyprawy. Odepchnęła się od poręczy i zawahała, chcąc zadać im parę pytań - ale wyglądali, jakby im się śpieszyło. Nie zaczepiała ich więc, nie chcąc zajmować ich cennego czasu.

Po prawdzie, miała nadzieję poznać chociaż trochę innych towarzyszy podróży jeszcze przed jutrzejszym wypłynięciem. Pamiętała, że wśród były jeszcze dwie inne kobiety - dlatego, zamiast marnować czas błądząc po mieście bez celu, postanowiła na nie zaczekać. Nic jej w końcu nie goniło.

Gdy tylko je zobaczyła, z zaskoczenia podskoczyła w miejscu i rozmachała do nich energicznie.

- A... Hej! Witajcie, eee, znowu. Wiecie, gdzie jest ta... „Morska Zdobycz”? Tak ją zwali, chyba - przekrzywiła głowę i wyszczerzyła do nich zęby w przyjaznym uśmiechu.

- Myślałam, że równie dobrze możemy tam pójść razem. W grupie raźniej. I, Athkatla jak to Athkatla, bezpieczniej - dodała, poprawiając zawieszony na plecach łuk.

Edytowane przez Iwettia

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

 

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Grease

 

Pierwsza od kilku lat wizja Arlen była także jedną z najwyraźniejszych i najtrafniejszych: cztery potężne statki odpływające bezpośrednio w kierunku zachodzącego słońca. Statki te stały w porcie, a sama kapłanka dowiedziała się, że faktycznie płyną gdzieś na daleki zachód. To, że została niedługo później przydzielona do "ekipy do zadań specjalnych" - jak to ich zwano - tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że poprawnie odczytała wizję od Helma. Z samą załogą widziała się mniej więcej tyle samo, co Jorus, jednak była ciut bardziej towarzyska tuż po przywitaniu i przedstawieniu się:

Idę kupić trochę drobiazgów, których na odległych lądach nie kupimy... Ale wrócę tu wieczorem. Wiem, gdzie jest ta karczma więc mogę was zaprowadzić.

 

***

 

Zgodnie z obietnicą wieczorem wróciła i zostawiłem nowo zakupione rzeczy, a zabrała ze sobą tylko insygnia kapłańskie - hełm z przyłbicą i naramienniki - które prawnie były częściami jej szat kapłańskich. No i oczywiście zabrała ostatnie drobne na kolacje i napitek. Na odległych lądach pieniądze i tak się jej nie przydadzą więc stwierdziła, że lepiej było je wydać na coś, co może uratować życie, niż zabierać je ze sobą. Szybko zauważyła też, że męska część "Oddziału Specjalnego" wybyła wcześniej, ale za to smoczyca, która była nieobecna przy tym jak kapłanka oferowała pokazanie drogi, bardzo chętnie chce iść wspólnie ze wszystkimi.

- Niech Helm cię błogosławi - przywitała się z uśmiechem - Rano, gdy jeszcze cię tu nie było, mówiłam, że zaprowadzę was i dotrzymam słowa. To jest nie daleko, jakbyś się przez burtę wychyliła na prawo, to widać Morską Zdobycz. Jesteście już gotowe do drogi, czy potrzebujecie jeszcze chwili? - zapytała pozostałych kobiet

 

***

 

Portowe tawerny - jak sama nazwa mówiła - najczęściej położone były w portach, więc droga nie była daleka. Poza tym Arlen biegała po ulicach tego miasta już przeszło trzydzieści lat, więc znała je jak własną kieszeń, tak więc po paru chwilach znalazła się już w tawernie, weszła akurat jak Jorus dawał swój koncert, grał naprawdę pięknie, kapłanka aż nie dowierzała, że nie jest bardem. Szepnęła tylko do Larson

To nie jego jest ten ogromny topór stojący w kącie kajuty?

Od razu zaczęła też wypatrwać wolnego stolika, skoro mieli się socjalizować, to trzeba było gdzieś usiąść.

Edytowane przez Rafal3920

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12g325B.jpg

Larson

 

Brian Boru's March♬

 

 

Zastanawiała się, czy nie powinna wysłać mu listu. Po tylu latach znajomości, wspólnych badań? Rozstań i powrotów, separacji i współpracy. Czy jeśli nie z sympatii to może chociaż z przyzwoitości samej należałoby swojego byłego mistrza zawiadomić. Odpływa w nieznane, możliwe że już nigdy się nie zobaczą.

Chociaż, zważywszy na okoliczności ich rozstania, wątpiła czy jest sens pisać, marnować atrament i papier.   

 

tumblr_nrplo8sCAc1ssqam8o1_500.gif

 

„To nic osobistego.”

„Oczywiście. Jak zwykle.” – odparł wtedy na jej słowa i zabrzmiały te tony, które tak dobrze znała. Urażona, męska duma. Wtedy widziała Rowana po raz ostatni.

Chłodne skinienie na pożegnanie, a reszta była już milczeniem, ciszą w eterze, suma summarum trwającym po dziś dzień. Mógł czuć się urażony, w końcu uczennica powinna wspierać mistrza, lecz Larson miała już dość humorków matki króla Lascarra. Rowan wciąż się łudził, że lady łaskawie odpowie na jego pytania, przeczuwał, że to może się stać lada dzień. Natomiast Larson zrozumiała, że powinna w końcu podążać za tym, co szepce jej własny instynkt. To jego słodki szept pokierował ją aż na pokład „Indefatigable”. Niesamowite, że dostała ten angaż, na jej miejscu pewnie czyhało co najmniej kilkoro czaromiotów. Najwyraźniej jej umiejętności i doświadczenie okazały się istotne dla organizatorów wyprawy. Głównodowodzącym tej całej eskapady, jeśli dobrze pamiętała, miał być cormyrski lord Blackthorn. Roztropność była jedną z cech jej ludu, każdy z krwi prawdziwy cormyrczyk nosił w sercu także odwagę, dumę i miał we krwi waleczność, więc była spokojna o losy tej wyprawy. Lepiej fundatorzy wybrać nie mogli.  

 

Larson, usłyszawszy że miejsca nie są z góry przydzielone, postanowiła zakończyć zwiedzanie górnego pokładu, miast tego poszukała wolnego miejsca dla siebie. Trochę ich jeszcze było, załoganci dopiero się zbierali. Ileż nietypowych osobowości może zmieścić jeden statek? Miało się okazać. Przestrzeni dla siebie każdy miał mało (ech, niestety), a podróż miała być długa, będzie więc czas by zawiązać jakieś nowe znajomości.

Siadła na swojej pryczy, dziękując w duchu organizatorom wyprawy chociaż za te parawany, mogła liczyć na jakąś względną prywatność jeśli zechce. Sięgnęła po ciemną, oprawioną w skórę księgę i rozłożyła ją na swoich kolanach. Zanurzyła się w lekturze, zamiast zająć się rozpakowywaniem swoich gratów, co mogło zdziwić co poniektórych, obserwujących ją z daleka.

Ale Larson była czarodziejką, więc po mniej niż kwadransie jej przedmioty same już rozkłądały się już na właściwych miejscach, ubrania składały w kostkę, jakby pod kontrolą niewidzialnej ręki. Ona w tym czasie siedziała sobie jakby nic, wertowała koleje z kart swojej księgi i mamrotała coś pod nosem, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co się wokół niej dzieje.

Dzięki magii twoje życie staje się prostsze! Można by tak rzec, tak patrząc na to z boku.

 

uLgJ8Mt.jpg

 

Czarny kocur, który dotąd pałętał się przy kobiecie, też wydawał się niewzruszony tym, że tuż przed jego nosem śmigają obiekty a wszystko tak samo się porządkowało. Ot, kociak umościł sobie teraz przytulne legowisko w połach rzuconego na pryczę płaszcza czarodziejki. I o dziwo, wolał sobie teraz uciać drzemkę zamiast zaczepiać przechodzących, ciekawie pachnących nieznajomych.

Z tego, co się wcześniej dowiedziała, organizują dla zalogantów oficjalną zabawę. Dobrze i niedobrze zarazem.

Przyznała, że to dobrze świadczy o organizatorach, jednak spodziewała się świętujących tłumów w „Morskiej Zdobyczy”. Ech. Niech i tak będzie.   

Uznała, że Amn to kraj rozwiniętej kultury a skoro wyprawa miała charakter badawczy, to nie zbiegła się tu ciemna, argesywna masa półgłówków, więc sztylet nie będzie jej potrzebny wieczorem. W samej karczmie, może i tak, ale co w drodze, tam i z pwortotem... hmm, po namyśle, gdy już szykowała się do wyjścia, zabrała i sztylet i swój pękaty woreczek z komponentami.

Zebrała czarne, niesforne pukle w garść, splotła je w prosty kok. Otrzepała rękawy z czarnych kłaków, narzuciła na ramiona długi, purpurowy szal i w zasadzie była gotowa do wyjścia. No to szrapnęła materiał swego płaszcza; czarny kot prychnął i wielce niezadowolony zeskoczył na deski pokładowe.

- Idziemy. Tylko bądź grzeczny. – pouczyła kotowatego. – I żebym się za ciebie dzisiaj nie wstydziła.

 

Wydawało jej się, że ta urocza kapłanka Helma proponowała wcześniej swoją pomoc w poszukiwaniu Morskiej Zdbyczy każdemu, kto chciał. Więc Larson zaczęła od poszukiwania jej.

- Doskonały pomysł – przyznała tej wesołej smoczycy, którą zaraz spotkały. W towarzystwie, w istocie i bezpieczniej i milej może minąć przechadzka.

Wcześniej, skupiona na swych czarach i przygotowywaniu zaklęć z księgi nie zdradziła kim jest innym kręcącym się po pokładzie. Teraz był czas, by to nadrobić.

 – Larson. Do usług, w szczególności w dziedzinie magii i magicznej broni. Miło mi poznać. I jak dla mnie, możemy się już zbierać. – odpowiedziała też na pytanie kapłanki. Czarodziejka mówiła z akcentem charakterystycznym dla chondathan, choć czasami przeciągała sylaby.

No i poszły.

Ulice Athkatli były ponoć niebepieczne, zwłaszcza nocą. Ale miały swoisty urok, odmienny od znanych jej miast, natomiast, co ją dziwiło dziś szczególnie, nie były ustrojone kwiatami czy wstęgami w barwach narodowych. Mając w pamięci ustrojone ulice Marsember czy Suzail, przy wszystkich, najróżniejszych narodowych świętach czy wyjątkowych wydarzeniach, tu wydawało się jej teraz tak... „łyso”. Pozostawało mieć nadzieję, że gospodarze wystawią przynajmniej sute przyjęcie na ich cześć i tak ukażą swą gościnność.

 

* * *

 

Można powiedzieć kompletnie inny świat. Dzikszy, żywszy, pod komando rozbrzmiewających dźwięków. Tutaj, dla tych wszystkich ludzi liczyło się, by się zabawić, nie martwic o jutro. Tańczyć, pić, żartować; zależy kto jaką formę rozrywki sobie wybierze.

Larson obiegła wzrokiem całe pomieszczenie.

I wypatrzyła kogoś... kogo za żadne skarby nie wierzyła, że kiedykolwiek na oczy zobaczy! Aż jej serce mocniej zabiło, to musiał być on. I bynajmniej nie chodziło tu o lorda Blackthorna.

Rowan, ty stary, uparty ośle – pomyślała - Uczepiłeś się podstarzałej lady, podczas gdy Pradawnego mogleś mieć pod nosem, jak ja teraz.

Nie wierzyła w ten łut szczęścia. Straciła z oczu Shobboletha, gdy pod sceną zebrało się więcej ludu, słuchającego i bawiącego się do muzyki nowego „grajka”.

 

Występ Jorusa był wyjątkowy, muzyka inna od tego, co słyszy się w karczmach i nawet wpadło to w ucho takiej ignorantki jak Larson. No świadków na to nie będziecie mieli, ale czarodziejka ze dwa razy zatupała, pod rytm.

 Jej samej bogowie poskąpili takiej fantazji, wrażliwości czy talentu do sztuk pięknych. No i nie spodziewała się, że wojak może mieć wrażliwsze wnętrze.

- Aye! – przyznała rację kapłance. Udała się za kobietami, też chciała gdzieś przysiąść i porozmawiać, może wypatrzeć w tłumie znowu Shibboletha. – Wydaje mi się, że widziałam go na pokładzie, z topo....Vangie! – nagle, urwała w pół słowa i tak syknęła ze złością. No nie było to do kapłanki, ale mniejsza, było już za późno; czarna, puchata smuga śmignęła pomiędzy nogami jej towarzyszek i dalej dalej w tłum.

No za długo nie mógł być grzeczny. Czarodziejka nie zmieniła swych planów. Gdyby ten czarny łobuz nie wracał długo, zawsze mogła go zrugać w myśli i przywołać. Może zobaczył jakąś mysz. Pokręciła głową.  

- Wybacz. Tak, to chyba on. I wydawało mi się, że widzę też szefa naszej wyprawy, o, gdzieś tam  – wróciła wzrokiem do towarzyszek, machnęła dłonią – Swoją drogą, doszły was jakieś interesujące wieści, o tym, po co w ogóle ruszamy? Więcej szczegółów może? A tak w ogóle, to co was skłoniło do udziału w ekspedycji?  - zaczęła wypytywać, o rzeczy które uznała za wyjątkowo ciekawe.

 

Kot w tym czasie wskoczył na scenę. Korzystając z okazji, przyskoczył bliżej i zaczął się łasić o nogawki barbarzyńcy, miauczał przy tym cichutko.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Masywny wojak obdarzył witającego się z nim Aramila uważnym spojrzeniem. Elf, który miał okazję już trochę w życiu zobaczyć, upewnił się we wstępnej ocenie, do której mógł dojść już z pobieżnej obserwacji. Tamten niewątpliwie miał kawał życia za sobą, włącznie z wojną. Nie tylko zresztą mówiły o tym siwe włosy, czy pobrużdżone dłonie znaczone odciskami rękojeści broni, lecz przede wszystkim właśnie to spojrzenie. Oceniające rozmówcę, lecz nie w ten sposób, jak kupiec ocenia swój towar. Raczej tak… po ludzku. Aramil złowił kątem oka również spojrzenie Shibboletha, które z kolei wyrażało lekkie zaskoczenie i zaciekawienie, nawet mimo odmiennej mimiki twarzy. Choć należał do innej rasy, nubianin miał zaskakująco wiele wspólnego z ludźmi, nawet w pierwszym kontakcie.

Zagadnięty mężczyzna wciąż milczał, co zdawało się być trochę niezręczne. Czy zamierzał obrazić elfa? Nie raz przecie uprzedzenia dawały o sobie znać, choć przecież goście „Morskiej Zdobyczy” nie należeli wyłącznie do jednej. Tamten w końcu przesunął swoje spojrzenie na chwilę na Shibboletha.

Nubianin parsknął.

- Dobrze, wygrałeś – sięgnął za pas do sakiewki i rzucił ku mężczyźnie złotą monetę. Tamten złapał ją błyskawicznie w locie, dając do zrozumienia, iż daleko mu do niedołęstwa. Po czym najzwyczajniej w świecie wyszczerzył się w szerokim, szczerym uśmiechu.

- Przepraszam, założyłem się z kudłaczem, że jego pierwszego rozpoznają – wyciągnął prawicę do elfa, ściskając krzepko jego dłoń. – zwą mnie Hamish. Z Kilkenych z Alby – dodał, wyraźnie akcentując swoje pochodzenie, z którego niewątpliwie musiał być dumny. Zresztą, te kilka słów wystarczyło Aramilowi by zrozumieć, kogo właściwie ma przed sobą. Nie każdy wiedział, wielu zapomniało. Lecz ten, kto poznał ciężar wojny sprzed trzydziestu lat, musiał wiedzieć.

Shibboleth parsknął.

- Hamish, kochany, z całym szacunkiem, ale ja się trochę bardziej wyróżniam z tłumu – zauważył. – Tak więc nie dziwi mnie, że znasz moje imię – zwrócił się do elfa. – Zresztą, ja też znam twoje. Pomagałem Tyberiusowi w rekrutacji.

- Nie zapominaj o Starusze – dodał Blackthorn, pociągając łyk piwa z kufla. Shibboleth mimowolnie odwrócił się ku stołowi, przy którym odbywała się gra w karty.

- Taaak… - rzucił przeciągle. – Wydaje się, że dobrze się bawi.

- I dobrze. Kurze też wolno – ocenił Hamish. – Ale, skoro mamy dobrze się bawić, może coś na zachętę, lads? Nie żeby tutejsze trunki złe były, ale nic tak nie gwarantuje dobrej kompanii jak krzepka krasnoludzka siwucha. – sięgnął za pazuchę, gdzie miał schowaną całkiem słusznych rozmiarów manierkę. – To jak będzie, mości elfie? Siądziem przy ogniu i muzyce z dobrym trunkiem? Po prawdzie niespecjalnie mam ochotę wywijać z dziewkami dzisiaj…

 

Występ Jorusa wzbudził zachwyt wśród publiczności, którego najlepszym dowodem były gromkie brawa i uśmiechy kilku panien, które najwyraźniej dostrzegły w nim kogoś bardziej wrażliwego, niż stereotypowy zarośnięty wojownik z dziczy. Choć najbardziej bezpośredni w okazywaniu swych uczuć był pewien czarny kot. Vangie nawiązał bezpośrednią relację z muzykalnym barbarzyńcą w najbardziej typowy dla siebie sposób. I jeszcze wręcz domagał się wzięcia na ręce! Cóż, niektórym po prostu nie można odmówić.

Do barbarzyńcy zbliżył się Gavin Cudny Dźwięk, klaszcząc powoli w obie dłonie.

- Masz bardzo muzykalną duszę, przyjacielu – ocenił, uśmiechając się teatralnie. – Jeśli równie dobrze machasz toporem, jak grasz, to szanowni organizatorzy nie powinni martwić się o wyprawę. Nieprawdaż, drogi lordzie Tyberiusie? – zagadnął zbliżającego się Blackthorna, który akurat chwilowo opuścił dotychczasowe towarzystwo.

- I ja na to liczę, Gavinie – odparł Tyberius, po czym zwrócił swe spojrzenie ku barbarzyńcy. – Miło ponownie cię spotkać. Spodnie dobrze służą? – uśmiechnął się półgębkiem.

 

Pozostała trójka naszych bohaterów znalazła tymczasem miejsce przy ławie, nieopodal tego, przy którym odbywała się gra w karty. O ciszy i tak mogli zapomnieć, ale jakoś dało się rozmawiać. Jorus chwilowo był zagadywany, Aramil też gdzieś wsiąknął (choć poświęcając odrobinę czasu dało się go wypatrzeć). Niemniej, mieli przecież trunki. O tym nie zapomniała rumiana dziewoja, podchodząc zaraz doń i kolekcjonując zamówienia. Arlen przy okazji złowiła spojrzenie lorda Blackthorna, nieco dłuższe niż przypadkowe, choć mężczyzna zaraz wrócił do rozmowy z barbarzyńcą i bardem.

- Ha! Mówiłem, żebyś postawił na kurę! – rozległo się nagle z pobliskiej ławy. Śmiechom nie było końca, a tymczasem znów zaczynała grać muzyka…

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

7bXS2rc.jpg

Jorus

 

Grając, Jorus praktycznie zapomniał o całym świecie wkoło niego. Karczma i jej gości jakby odpłynęli w niebyt, a w zamian barbarzyńca pogrążył się we wspomnieniach wszystkich swoich dotychczasowych podróży. Jego koło życia zaczęło się toczyć nie tak znowu dawno więc miał nadzieję, że to wszystko to dopiero początek. I tak wraz z kolejnymi wygrywanymi dźwiękami uleciał tym razem naprzód ku temu co mogło ich czekać gdzieś tam za horyzontem. Czy tam właśnie znajdzie swój koniec? Czy może wróci tutaj jako bohater? Czas miał pokazać wiec nie było co się tym martwić. Pozostawało cieszyć się muzyką póki ta trwała.

Wreszcie jednak zapadła cisza i Jorus otworzył oczy. Zamrugał nimi lekko zdziwiony widząc zafascynowane miny na zwróconych ku niemu twarzach. A potem brawa prawie go ogłuszyły. To dla niego? Rozejrzał się niepewnie jakby oczekując, że tak naprawdę to Gavin zagłuszał go cały czas i to jemu przynależne są owację. Ale nie, wyglądało na to, że Jorus grał sam. I, że widowni się podobało. Gdy ta myśl wreszcie przebiła się przez jego twardą czachę i znalazła ten nie zawsze szybko ogarniający móżdżek, twarz półelfa rozpromienił szeroki uśmiech, którym uraczył publiczność, ze szczególnym uwzględnieniem płci pięknej. Nie wiedział tylko co dalej...

Ratunek jednak pojawił się w dość nietypowej formie bo oto jakiś kociak zaczął się do niego łasić i domagać się wzięcia na ręce. Czemu właśnie do niego podleciał zwierzak? Cóż, może też lubił dobrą muzykę. Kto kotu zabroni? Zresztą... czy naprawdę należało zastanawiać się nad zachowaniem zwierząt w tej karczmie skoro parę stolików dalej ludzie grali w karty z kurą? No właśnie...

Tak czy inaczej Jorus wykorzystał fakt, że miał coś na czym mógł się skupić i schylił się by pogłaskać uroczego sierściucha a potem wziąć go na ręce.

- Chodź, z góry lepszy widok i nikt cię nie rozdeptał przypadkiem - mruknął do kota. - Czyj jesteś, co? - zapytał, ale oczywiście kot nie odpowiedział. Ale i tak zdawał się zachwycony poświęconą uwagą.

I znów od zastanawiania się co dalej ktoś ponownie Jorusa wybawił. Tym razem był to Gavin wraz z samym lordem Blackthornem.

- Dziękuje. No... i w toporze to chyba jestem lepszy - odparł nieskromnie na komplement elfa bo i w sumie tak właśnie uważał. - Ale jeszcze raz dziękuję za pożyczenie instrumentu - skinął głową ku elfowi w wyrazie podzięki. - Naprawdę miło było znów zagrać - dodał oddając fletnię właścicielowi. Wtedy też przeniósł swą uwagę na lorda.

- Ja też się cieszę z tego spotkania - zapewnił Blackthorna. - Z nadchodzącej wyprawy chyba jeszcze bardziej. A co do spodni to jak widać - poklepał się po udzie ręką zwolnioną po oddaniu instrumentu. Zaraz jednak zaczął nią głaskać trzymanego drugą ręką kota by ten nie poczuł się zapomniany i niedopieszczony. - Trochę się już powycierały, ale jeszcze się trzymają. Najlepsze jakie dotychczas miałem! - stwierdził z szerokim uśmiechem.

Wzrok barbarzyńcy wyłowił w tym momencie trzy postacie, które pojawiły się wśród gości i zajęły jeden ze stolików.

- O... i są też panie. Usiądziemy z nimi? - zaproponował spoglądając tak na lorda Blackthorna jak i Gavina.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Greace

 

Arlen pierwsza usiadła przy wolnym stoliku i dopiero wtedy, gdy siedziała, ściągnęła swój hełm odkładając go ostrożnie na krawędzi stołu.

- Nie wiem nic, co by było oficjalne, poza tym co wie każdy... - odpowiedziała ze szczerością czarodziejce - Jednak mnie prowadzą Bogowie, więc z pewnością nasza misja będzie prawa. - powiedziała tonem, który mówił, że dla niej to jest oczywiste, jednak jej głos miał w sobie ciut melancholii.

- Widziałam w nocy, we śnie, statki które stoją w procie. Dokładnie te, którymi mamy płynąć... Widziałam rejs w kierunku zachodzącego słońca. I to się... - nagle przerwała jej dziewka karczemna, która chciała zebrać zamówienie.

- Wina proszę, jakiegoś łagodnego - kiwnęła głową, by potwierdzić zamówienie - Na razie jedną lampkę. 

Pozwoliła jej spokojnie zebrać pozostałe napitki sama wpatrując się w wiszącą nieopodal pochodnię. Ogień, nawet tak prosty, był fascynujący. Krzywy kij zamoczony w oliwie spełniał jedną z najważniejszych ludzkich potrzeb: dawał światło, bez którego ludzie nie potrafiliby normalnie żyć... To było odróżniało ludzi od istot z Podmroku: dostęp do światła. A w praktyce to ciągnęło się dalej: do dobra, piękna i kultury. Brak takiego czynnika odróżniał przecudne elfickie osady, od legendarnych wręcz w swoim okropieństwie siedzib Drowów.

Podczas gdy oczy patrzyły na wprost, to zmysł słuchu skupiał się na przeciwnym kierunku. Arlen słuchała co grający mówią na temat tej kury. Dlaczego daje im tyle zabawy i kim właściwie jest, skoro nie trafiła jeszcze do rosołu. Poza tym chciała się przysłuchać zasadom owej gry. Kto wie, może coś ciekawego dało się wygrać?

 

Dopiero po kilkunastu sekundach do jej mózgu dotarła wiadomość, że brakuje kelnerki, a sama kapłanka przerwała w pół zdania. Spojrzała się po wszystkich zastanawiając się na czym skończyła.

- A tak... I te objawienia się zgadzały... Ale było jeszcze coś. Jakby... - starała się ubrać w słowa swoją wizję. Nawet dla niej samej była absolutnie abstrakcyjna, a co dopiero kiedy miała komuś ją wytłumaczyć. Niespójny, nierealny sen miał zostać przełożony na ludzkie słowa - Jakby wyspa czy katedra... Ale ponad lasem, zawieszona w powietrzu. Nie wiem co to może być, ale... Ale skoro Helm o tym mi powiedział, to musi być to ważne.

 

W międzyczasie wychwyciła spojrzenie Lorda, ale skoro był zajęty rozmową z muzykalnym barbarzyńcą, to postanowiła nie przerywać.

- A propos wspomnianego "szefa", to się tu patrzy... Patrzył - poprawiła się gdy ten wrócił do rozmowy - Ale jest zajęty rozmową, można by za chwilę podejść, ale na razie jest zajęty... Padło pytanie o to "dlaczego". - zwróciła się znów do Larson - Więc potwierdzę, że to nie ja, lecz Helm zdecydował. Na pokładzie potrzebowali kogoś, kto powie "za mną" zamiast "naprzód". Strażnik to wiedział i dlatego powiedział o tym mnie, poprzez ten sen. Poza tym można wypominać, co kapłani robili trzydzieści lat temu, sama tego doświadczyłam. Lecz żeby zapewnić niemagiczny odpowiednik Magii Objawień potrzeba by jeszcze piątego statku na kolejne tony medykamentów i tego typu składników. I oto bogowie mnie tu sprowadzili... A Wy? - zapytała od razu po zakończeniu zdania. Skoro mieli współpracować i byli "wybrani" do zadań specjalnych, to wolała wiedzieć jak może wykorzystać zalety każdego ogniwa swojego zespołu.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12g325B.jpg

Larson

 

- Piwo. Macie cormyrskie ale, smocze, z Suzail? Jak nie, to jakieś mocniejsze o prostu, nie blady sikacz. - wyraziła dość jasno swe preferencje, gdy kelnerka pojawiła się przy ich stole.

 Potem uważnie słuchała, co ma Arlen do powiedzenia, badając ją uważnym spojrzeniem ciemnych oczu; czarodziejka sondowała co z kałanki za jedna, to da się wywnioskować, z tonu głosu, zachowania, faktu, czy boi się spojrzeć rozmówcy prosto w oczy....

Trochę ją denerwowały te krzyki z głębi izby, coś o stawianiu na kurę. Co też ci ludzie za dziwne rozrywki mają?

 

- Mnie? Względy zawodowe, naukowa ciekawość. - odparła na Arlen - Wyprawy takie jak nasza nie zdarzają się zbyt często, patrząc zwłaszcza na skalę i sam cel przedsięwzięcia. Miałabym przepuścić taką okazję? - pytanie z serii tych retorycznych, na które się nie odpowiada. Jakby co.

Czarodziejka była też ciekawa, co skłoniło smoczycę do wyprawy, miała nadzieję że ta podzieli się swoja historią.

 

Arlen najwyraźniej aspirowała do roli liderki, dobrze, dobrze. Co do kapłanów, Larson podchodziła do sprawy z czysto praktycznie. W przeszłości, kilka razy kapłani składali ją do kupy, miała do ich posługi zaufanie jak i szacunek, zwłaszcza tych, których czci się w Cormyrze a Strażnik był jednym z nich. Nigdy złego słowa czy czynu od sług bożych nie zaznała, a Souldrake został pokonany, trzydzieści lat temu, więc ludzie, otrząśnijcie się i zrzućcie klapki z oczu, jeśli chcecie żyć w pełni a nie kulić się ze strachu przed tym, co od lat już naszego planu nie niepokoi. 

- Ja nie zamierzam wypominać. Wsparcie tego, komu bogowie sprzyjają i swym zmysłem manipuluje magią objawień może się nam przydać nie raz. - Larson miała więcej do czynienia  z magią wtajemniczeń, naturalne, ale wraz z mistrzem opisywali również zastosowania kapłańskich i paladyńskich talentów na polu bitwy, korzystając z wiedzy i doświadczeń użytkowników magii objawień. - I myślę, że lord Blackthorn to doceni. Często w swym życiu miewałaś takie prorocze sny? - zainteresowała się. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eLKTG.png

Aramil

 

Mężczyzna długo kazał czekać na swoją reakcję. Aramil zdążył zacząć się zastanawiać jak to wszystko się za chwilę potoczy. Nie spodziewał się po przywitaniu problemów, ale milczenie mogło wskazywać, że się pod tym względem przeliczył. Wydawało się, że powinni znaleźć wspólny język, a przynajmniej temat chociaż nie należący do tych przyjemnych. Elf był bowiem przekonany, że jego rozmówca doświadczył wielu trudów wojny. To ich łączyło, ale czy było czymś o czym którykolwiek z nich chciałby rozmawiać? Na szczęście cała sytuacja okazała się być jedynie wynikiem zakładu pomiędzy Shibem a jak się okazało Hamishem Kilkeny. Maruder we własnej osobie. Aramil mógł o wiele rzeczy zapytać Hamisha, ale zapewne ten słyszał to już nie raz. Nie wypadało się mu też za dużo narzucać. Elf sam walczył w ostatnim konflikcie, ale opowieści o maruderach były tym co dodawało nadziei. Gdyby nie oni to pewnie nikt z tu obecnych by nie żył. Okazja rozmowy z Hamishem była więc jak swoisty pożegnalny dar. Szczególnie, że ludzie żyją krótko i zbyt wiele takich okazji nie ma.

 

To dla mnie zaszczyt poznać jednego z maruderów. Na imię mi Aramil. Aramil Galanodel. - Powiedział Aramil ściskając prawicę Hamisha. Ilość pytań kłębiła się w głowie elfa... Instynkt samozachowawczy był jednak silniejszy i jasnowłosy nie zasypywał nimi nowo-poznanego bohatera. - Ale Shibboleth ma rację. On się bardziej wyróżnia w tłumie, więc był na uprzywilejowanej pozycji.

Elf chwilowo zignorował komentarze o kurze, to był temat na zupełnie inną okazję. Zresztą Tyberius ruszał z nimi na wyprawę, więc zdecydowanie będzie okazja do poruszenia tych tematów, a możliwość do rozmowy z Hamishem i Shibem się raczej nie powtórzy. Tym bardziej, że ten pierwszy najwidoczniej nie miał zamiaru stronić od rozmów.

Zazwyczaj nie piją tak mocnych alkoholi - Aramil skomentował propozycję Hamisha - ...ale nie mam zamiaru przepuścić okazji wspólnego spędzenia z wami czasu. Z całą pewnością pozostali członkowie mojej grupy również będą czuli się zaszczyceni mogąc was poznać. Dołączymy do nich? - Aramil zorientował się, że w międzyczasie odszedł od nich lord Blackthorne. - Zresztą... -  powiedział wskazując głową na Tyberiusa - ...widzę, że ktoś pomyślał o czymś podobnym.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

3x4wrFa.png

Alira

 

Odetchnęła głośno z ulgą i rozsiadła się wygodnie przy wyznaczonym stole, bez skrępowania wyciągając przed siebie nogi. Całą sobą wchłaniała w siebie atmosferę tawerny, ciesząc się emocjami ludzi przed nadchodząca wyprawą. Założyła ręce za głowę, gapiąc się w sufit. Dawno nie miała okazji spotkać tak przyjaznego towarzystwa i wrzawy...

Z zamyślenia jednak obudziło ją natychmiast wspomnienie o alkoholu.

- O, i jeszcze miodu pitnego, tutaj! - Wskazała na siebie pazurem, drugą ręką machając do kobiety zbierającej zamówienia.

 

Przekrzywiła głowę, zastanawiając się nad pytaniem kapłanki.

- Pochodzę z Gór Grzbietu Świata... Z daleka, na północ stąd. Błądzę już trochę po świecie. Przyznam, myślałam ostatnio nad powrotem w rodzinne strony. Tęskno tak trochę, szczególnie w pojedynkę. Przebyłam już... Ho, niezły kawałek. Ale taka okazja, nowy ląd! Więc myślę sobie, dlaczego by nie udać się jeszcze dalej? Będzie w końcu co opowiadać, jak wrócę. Szukam... - oczy smoczycy straciły skupienie, jak gdyby zatraciła się na chwilę we własnych wspomnieniach. Na krótko. Otrząsnęła się, szczerząc się wesoło tak jak wcześniej, jak gdyby nic się stało. - ...Przygody? Czyż nie po to tu jesteśmy? Znaczy, nie mówię za wszystkich. Latające wyspy. Ważna misja. Tak. - Zakończyła dość niezgrabnie, drapiąc się po głowie. Jeszcze raz zerknęła w stronę stołu, przy którym jakaś grupa bawiła się przednie obstawiając na... Hodowlane ptactwo?

- Hmpf. Rozpraszają mnie. Nie mogę się skupić, kiedy tak hałasują - potrząsnęła głową i uśmiechnęła się przepraszająco. - Zobaczę, o co chodzi. Wrócę za chwilkę, nie przeszkadzajcie sobie! - Wstała od stołu, pozostawiając jej towarzyszki pogrążone w rozmowie.

 

Ruszyła w stronę pobliskiej ławy, przy której odbywała się „gra”. Po drodze, zrobiła gest łuskowatą dłonią - który, dla niedoświadczonego oka, wyglądałby na nic więcej jak poprawianie ubrania. Wypowiedziała cicho, pod nosem, parę słów, które dla nieznających smoczego mogłyby się wydawać nic nieznaczącym mamrotaniem. Zadowolona z siebie, przystanęła wreszcie w pobliżu pogrążonej w zabawie grupy.

- Nie męczycie przypadkiem biednej kury? - Zapytała, nachylając się nad nimi i mrugając z żartem do ptaka. - W co gracie? Mogę się dołączyć?

 

Spoiler

Rzuciłam na siebie Speak with Animals. Kura!

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Greace

 

Arlen, ciut zdziwiona powiodła wzrokiem za Alirą. Była dość roztrzepana i zakręcona, ale wydawała się sympatyczna. Cóż, wiedziała że, tego, jacy jej towarzysze są naprawdę, dopiero na statku bądź w poważnej walce. Dopiero w sytuacjach stresowych wychodziło to, jacy ludzie są naprawdę. Ale Larson miała ochotę na dalszą rozmowę - a przynajmniej takie sprawiała wrażenie - więc Arlen kontynuowała.

- To był pierwszy taki sen od jakiegoś roku...Teraz dość rzadko je miewam, kiedyś częściej się pojawiały. Pierwszy raz był, jak byłam jeszcze bardzo mała, na początku Wielkiej Wojny... Choć to znam bardziej z opowieści. W środku nocy podobno obudziłam mamę i wręcz siłą zaciągnęłam ją do komórki pod schodami. Mój ojciec - paladyn należący do tego samego kościoła, w którym teraz służę - wpadł w środku nocy do domu, zniszczył prawie wszystko... A dokładniej wszystko prócz tej komórki. Potem pojawiały się dość często, niestety byłam za mała, żeby je zrozumieć. - zastanowiła się jeszcze chwilę

- Choć, pewnie wiek nie ma za wiele... Większość jest bardzo niezrozumiałych, ta była bardzo wyraźna. 

 

Po chwili dodała jeszcze jedno zdanie, ale ciężko było stwierdzić, czy Arlen mówi do siebie, czy do towarzyszki

- Dobrze, że Lord traktuje magię jak narzędzie, a nie jako źródło "zła"... W końcu czym się różni miecz uniesiony w imię prawa, od tego, wbijanego w serce niewinnego kupca? I czemu magia ma być inna od miecza?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Zagadnięty przez Jorusa Blackthorn rzucił kolejne spojrzenie w stronę ławy, przy której siedziały panie, tym razem jednak krótsze. Kiwnął głową na znak zgody.

- Naturalnie – zaakceptował propozycję barbarzyńcy. – Wieczór jeszcze młody, każdemu trzeba uwagi – uśmiechnął się. – Wiecie, niektórzy nie będą nas widzieć… cóż, długo. I jeszcze wciąż czegoś chcą.

- Tak to jest, mój lordzie, kiedy jest się sławnym – Gavin pokiwał głową. – Niektórym o dziwo udaje się pozostać anonimowym. Niemniej, panowie, muzyka musi grać. Niestety, chwilowo nie skorzystam z zaproszenia. Może później, kiedy zrobi się spokojniej. Mam parę opowieści w zanadrzu, mogą się wam spodobać.

 

* * *

 

- Czemu nie? Siwuchy starczy dla wszystkich – odpowiedział rubasznym tonem Hamish. – Prowadź więc, mości Aramilu.

Shibboleth również nie oponował, więc cała trójka ruszyła ku ławie zajmowanej przez panie. Na taki sam pomysł wpadli najwyraźniej także Jorus z Blackthornem. Nagle tak jakoś zrobiło się tłoczno.

- Proszę, na chwilę odszedłeś i już wracasz – rzucił nubianin do Tyberiusa, uśmiechając się półgębkiem. Spojrzał na siedzące przy ławie niewiasty – A… no tak. Już wiem, dlaczego. – dodał tajemniczym tonem. – Witam piękne panie – skłonił się kurtuazyjnie. – Jeśli można, chcielibyśmy dosiąść się do was w ten szczególny wieczór. Jak rozumiem, nie mieliśmy jeszcze okazji poznać się bezpośrednio – nazywam się Shibboleth – „pewnie o mnie słyszałyście” aż cisnęło mu się na usta, lecz nie wypowiedział tego na głos – To zaś jest mój towarzysz, sir Hamish Kilkeny, który wnosi do tego spotkania swój nieoceniony wkład w postaci butelki krzepkiego, krasnoludzkiego trunku. Lorda Blackthorna i panów raczej znacie, więc pozwolę sobie pominąć prezentację. Zezwolicie więc nam spocząć tu w swej łasce?

Pytanie zawisło w powietrzu, a w międzyczasie obsługa doniosła zamówione napoje.

 

* * *

 

Mężczyźni siedzący przy stole, po którym biegała kura, jak jeden mąż obrócili się w kierunku Aliry. Smoczyca odnotowała przy okazji, że przynajmniej dwóch wzdrygnęło się na jej widok, wyraźnie dając znać, że nie mieli okazji wcześniej obcować ze smokowcami. Ona również miała okazję się im przyjrzeć. Niewątpliwie należeli do jakiegoś wojskowego kontyngentu, bądź organizacji najemniczej. Nosili jednakowe odzienie i jakieś symbole, nie wspominając już o broni. Widać nie wszyscy mieli w planie tańce i hulanki. No, hulanki może tak.

Jej pytanie nie pozostało bez odpowiedzi, bo o to głos zabrał ciemnowłosy młodzian, co trochę mogło dziwić, gdyż zazwyczaj w takim towarzystwie pierwszy odzywał się dowódca, a on na takiego nie wyglądał.

- Nikt tutaj nikogo nie męczy, bowiem jakem Benjamin van de Vart bym na to nie pozwolił – odrzekł stanowczo, dając do zrozumienia, że jednak on tu rządzi. Ciekawe. – Jeśli pragniesz dołączyć do naszej kompanii, smoczyco, usiądź proszę. Tylko bez żadnych magicznych sztuczek. Tutaj panują uczciwe zasady – ostrzegł. – Ta kura jest… niezwykle zmyślna jak na swój gatunek. Potrafi odgadywać, co jest pod zakrytą kartą. I rzadko się myli. My zaś obstawiamy, czy zgadnie. Możemy też zagrać przeciw sobie. Każdy obstawia trzy karty, wygrywa ten, którego najwięcej kart zostanie wytypowanych. Można też postawić za kurę. Tak więc jeśli chcesz, stawiaj.

- Czy tym razem kura znajdzie pikową trójkę w ośmiu kartach – oznajmił jeden z żołnierzy, biorąc ze stołu talię i tasując.

- Ko ko ko – zagdakała kura, co w wolnym tłumaczeniu brzmiało – „Zmyślna na swój gatunek”, dobre sobie, dupku. Postaw jakąś większą kwotę, to zobaczymy, jak płaczesz. Na trzy, pikowa trójka to miękkie ziarno.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

7bXS2rc.jpg

Jorus

 

- Trzymamy za słowo. Dobre opowieści do kufelka to pierwszorzędna sprawa. Może nawet będziemy jeszcze wystarczająco trzeźwi by je w pełni docenić! - zaśmiał się i wraz z Blackthornem (oraz kotem) ruszył ku stolikowi zajętemu przez panie.  Z zaciekawieniem przyglądał się przy parce, którą w to samo miejsce sprowadził Aramil. Zapowiadało się, że będzie też okazja poznać kudłacza oraz towarzyszącą mu osobę, która wkrótce okazała się być Hamishem Kilkeny. Nazwisko brzmiało znajomo, ale Jorus nie zastanawiał się chwilowo nad nim a zamiast tego uzupełnił przedstawienie Shiba o jeszcze jednego osobnika.

- Jest jeszcze kot. Przykudlił się - stwierdził krótko i pogłaskał kudłacza (tego mniejszego na swoich rękach oczywiście, nie Shiba) po łebku.

 

Edytowane przez Jedi Master

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12g325B.jpg

Larson

 

Larson też słyszała plotki o tej lewitującej górze, przepływającej przez plan materialny. Brzmi jak wizja pijaka czy szaleńca, a jednak, mogło w tym być trochę prawdy.  I ciekawe... jakaż to magia unosi oraz napędza ów obiekt. I co jeszcze może skrywać? Jeśli w istocie okazałby się nie górą a magicznym mechanizmem, konstrukcją a może nawet wehikułem? 

Miała nadzieję, że może smoczyca chociaż usłyszała coś więcej... i cóż, obie towarzyszki zdaje się, nie wiedziały więcej od samej magini. Szkoda. Trzeba im będzie poczekać na szersze wyjaśnienia od dowództwa ekspedycji. 

 

Alira opowiedziała o sobie coś więcej, ale szybko się oddaliła, ale zdradziła swe powody. Może przemówi tamtym do rozsądku? Jeśli tak, dzięki bogom, Larson też była podirytowana tymi typami, którzy pogrywali w coś pokrzykując na kurę. Odprowadziła ją wzrokiem, chociaż nie skomentowała nic a nic. 

No to Larson została teraz z kapłanką, a ta opowiadała o rzeczach intrygujących. Wizje od czasów dzieciństwa....

Wzrok magini miał zatrzymać się dłużej na kapłance, właściwie do samego końca jej opowieści, którą chłonęła z zainteresowaniem.

Mędrzec Królewski z Cormyru, Mag Królewski i dalej by wymieniać postaci wielkie i z legend oraz ówczesne głowy kościołów - im wszystkim zdarzało się doznawać proroczych wizji.  Można pokusić się o stwierdzenie, że byty boskie nie interesują się miernymi jednostkami, a co powiecie teraz na to, że przynajmniej jeden z nich interesował się teraz tą kapłanką. To spojrzenie magini, które spoczęło na Arlen i mina Larson, one zdradzały wszystko, ta kapłanka zaintrygowała ją. 

- Dla mnie i magia i miecz mają równie ogromną wartość. Cenię zwłaszcza to, jak połączone, skutecznie mogą zadziałać i to, co zdolne ręce magów-rzemieśników mogą stworzyć. Tylko umysły pozbawione uprzedzeń mogą dokonać rzeczy wielkich - podjęła ostatni z tematów, pokiwała głową, w zasadzie zgadzając się z rozważanami towarzyszki - Choć, co do prawości lub moralności czynów, które się dokonuje, czy magią czy mieczem, to już nie temat, który podejmuję w swych badaniach. Tę moralizującą rolę zostawiam Kościołowi.  

I skinęła jej znów głową.

Jedno pytanie wpadło jej do głowy. Arlen wspomniała, że była mała Wielka Wojna dopiero się zaczynała... to by znaczyło, że Arlen wygląda na znacznie młodszą niż wygląda, bo były z Larson niemal równolatkami.... ale... czyżby po prostu magini coś źle zrozumiała?

No nie zdołała dopytać, bo pojawili się przy stole nowi towarzysze, w dość licznej grupie. I Larson.... zdębiała, gdy jej wzrok spotkał się ze ślepiami Pradawnego.

Rzochyliła lekko usta, szerzej otworzyła oczy. I milczała... milczała parę uderzeń serca po tym, gdy padło pytanie, tak więc Jorus bez trudu wbił się ze swoimi. Dopiero to sprawiło, że Larson drgnęła, ruszyła się, odzyskała rezon. 

- Kot nazywa się Vangerdahast i miał nie przynosić swojej pani wstydu. - mruknęła, mierząc swego złotookiego chowańca podejrzliwie. Miała nadzieję że nie nawyrabiał nic, przez co trzymający go mężczyzna miałby mieć pretensje do właścicielki. Jeszcze się okaże....

 

- Tak, tak, proszę, siadajcie.   - to mówiąc, zaprosiła gestem, by ktoś siadł na miejscu wolnym obok niej. Szybkie spojrzenie i zdołała się upewnić, że nowo przybyłych w większości widziała już na statku. Tylko Hamish i Shibboleth byli dla niej zagadką, co oni tu robili? 

Powinna powiedzieć coś więcej. Wykrztusić z siebie jakąś błyskotliwą odpowiedź albo zadać jakieś pytanie; miała ich tak wiele, zwłaszcza do czarnośierściucha, ale gdy żywy Pradawny znalazł się tuż obok, w głowie Larson nastała bolesna pustka! No i jeszcze ta głupie myśli dźgała, raz za razem; "Nie zrób z siebie idiotki", "nie palnij jakieś głupoty, Larson", "Przy magu Pradawnych". 

No żeż do jasnej...

Zacisnęła dłoń na kuflu ze swoim piwem i znów spojrzała na Shibboletha. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

3x4wrFa.png

Alira

 

Benjamin van de Vart. Vart? Chyba ważny. Coś w głowie smoczycy dzwoniło, ale nie była pewna w jakiej świątyni. Ani do którego z bogów ona należała. Przeklęła się w myślach za to, że nigdy nie miała dobrej pamięci do nazwisk. Przyglądała mu się z ciekawością gdy mówił. Taki młody, a już taką grupą dowodzi, ho ho! A reszta... Co jak co, ich pierwsza reakcja na jej widok nie była zachowaniem, z którym Alira nie miała nigdy wcześniej do czynienia.

- Nie ma co się mnie bać, chłopcy. Nie gryzę - filuternie puściła do nadwrażliwców oko. - ...Mocno. - Dodała po chwili, chichocząc wesoło.

Po paru latach kontaktów z innymi rasami, niechętne spojrzenia innych spływały po niej jak woda po kaczce. A skoro już o ptactwie mowa...

- Jasne, dlaczego nie? - Chwyciła za jakieś pobliskie, wolne krzesło i przyciągnęła je do stołu, by przysiąść się do interesującej kompanii. Zmarszczyła pokryte łuskami brwi, zerkając do skórzanego mieszka, lustrując szybko jego zawartość. Nigdy nie było w nim zbyt wiele, ale teraz, wychudzony do tego przez przygotowania do wyprawy, wyglądał naprawdę nędznie. W myślach narodził jej się pomysł. Uniosła wzrok i przekrzywiła przekornie głowę. 
- Nie mam żadnej wątpliwości, że kury są bardzo bystrymi i inteligentnymi ptakami - zaczęła, z lekkim tylko naciskiem na "bardzo".  - Ale... Czasami, pech może się zdarzyć nawet najlepszym - powiedziała, szczerząc zęby i wyciągając pieniądze. - Stawiam trzy sztuki złota, że nie trafi.

 

 

 

Edytowane przez Iwettia

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Greace

 

Kapłanka chyba się do końca nie zrozumiała z Larson, ale przynajmniej nadal się zgadzały.

- Zgadzam się, ale bardziej mi chodziło o to, że magia czy miecz to podmioty. Użytkownicy są dobrzy bądź źli, czego niektórzy na tym świecie nie rozumieją.

Po chwili zastanowienia wpadła jej do głowy jeszcze jedna myśl.

- Choć potężna magia może chyba sprawić, że przedmiot będzie świadomy, czyli dobry bądź zły...? - ni to stwierdziła, ni to zapytała. Nie zdążyła jednak dostać odpowiedzi, nawet gdyby Larson ją znała i chciała się nią podzielić, bo nowi goście przy stoliku przerwali całą dyskusję. Wstała i ukłoniła się po kolei wszystkim znajomym i nieznajomym.

- Lordzie, Pradawny, Maruderze, towarzysze. - i w przeciwieństwie do towarzyszki postanowiła się przedstawić. Znała trochę historii współczesnej, więc Hamisha i Sobboletha - choć tylko z historii - znała. Lorda z kolei poznała osobiście przy okazji uroczystości kościelnych i państwowych.

Arlen De'Greaca. Pyratka i służebnica Helma, do usług. Proszę usiąść.

Po tych słowach sama usiadła.

Jeszcze raz dziękuje za wybór nas do tej zacnej misji. Przysięgam na mój honor, że prędzej oddam życie za powodzenie, niż zawiodę przez strach.

Po tych słowach uniosła kielich w górę.

- Może toast za powodzenie wyprawy?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

7bXS2rc.jpg

Jorus

- Aaa... no tak, Hamish z Maruderów - powitanie Arlen rozjaśniło Jorusowi trochę w głowie. - Tak mi się coś kojarzyło, że skądś znam. No bo Shibboletha jakoś tak łatwiej mi było rozpoznać, za cholerę nie wiem czemu - uśmiechnął się szeroko. - Zaszczyt poznać w każdym razie. Jorus jestem - przedstawił się wyciągając prawicę ku obydwu bohaterom. Przynajmniej Shibboleth zdawał się co prawda i tak wiedzieć kim są, ale swego miana nie ma co się wstydzić.

Arlen tymczasem dalej robiła za przodowniczkę i już zaproponowała toast ledwo usiedli. Tylko był mały problemik - Jorus nie miał przed sobą ani kufelka. Lekko skonsternowany spojrzał na kota, który teraz zajmował miejsce na jego kolanach. Ale sierściuchem toastu wznosić nie wypada. Jeszcze się bestyjka obrazi. Nie mówiąc o niemożliwości napicia się.

- Zaczekajmy może aż Hamish postawi na stół ten napitek obiecany... choć jedna butleczyna na nas wszystkich? To może na później na dobitkę więc? No... a i tak, może jeszcze niech ktoś do stolika wróci? Coby tak kompletniej było - skinął głową w kierunku Aliry pochylającej się nad losem drobiu przy stoliku nieopodal. Nie wiedział czy planuje zaraz wrócić, ale tak czy siak przy tak ważnym toaście nie wypadało chyba jej wykluczać. Takie małe gesty się liczą. Jorus wiedział z doświadczenia aż za dobrze.

Póki co więc Jorus zagadnął więc dziewczynę roznoszącą trunki prosząc o jakieś dobre piwo dla sobie i dając szansę również pozostałym by coś dla siebie domówili. W sumie zagrycha też jakaś mogła się przydać jak później ma się pojawić coś mocniejszego.

- Płyniecie z nami? - mając już kufel w dłoni zagadnął Hamisha i Shiba. W sumie pewnie nie, jakby lord miał takich bohaterów do dyspozycji to pewnie nowej drużyny by nie zbierał.

- I w ogóle może jakaś opowieść z wojny? - zasugerował. Mało kiedy ma się okazję siedzieć z dwiema żyjącymi legendami przy jednym stole. Jakie też opowieści nieznane szerzej mogli mieć?

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eLKTG.png

Aramil

 

Elf podszedł razem z nowymi towarzyszami wieczoru do stolika, gdzie siedziała jego nowa grupa. Widok Shiba najwidoczniej zrobił duże wrażenie na ciemnowłosej. Aramil uśmiechął się lekko kącikiem ust widząc jej minę. Tak. Zdecydowanie nie mógł się dziwić nikomu kto tak reagował. Co nie zmieniało faktu, że wypadało zachować trochę więcej taktu. Kobieta uczyniła to zapraszając po chwili przybyłych, aby usiedli. Aramil obszedł stół i przysiadł się na wskazanym miejscu obok magini.

- Ja zajmę to miejsce moja droga, aby Cię potem kark nie bolał. - Odpowiedział jej z uśmiechem po czym zaprosił gestem pozostałych, aby usiedli po drugiej stronie ławy. Wtenczas przywitała się Arlen i zaproponowała toast.

Dobry pomysł... Tylko naczyń brak... I czy ja słyszałem piratka? - Zapytał z zaciekawieniem w stronę kobiety.

Nie czekał jednak na odpowiedź bo półelf zajął się zamawianiem drinków z czego skorzystał również Aramil. Oczywiście miał zamiar spróbować siwuchy. Różne rzeczy się z Godriciem piło, więc nie powinno to być nic nowego, ale zdecydowanie wolał potem udać się w stronę słodszych napojów jak na ten przykład miody pitne. To też zamówił dla siebie, a gdy obsługa już odeszła spojrzał na Hamisha zaraz po pytaniu o opowieści wojenne.

Coś mi się wydaje, że nie tylko z czasu wojny możemy usłyszeć ciekawe opowieści. - Mówiąc te słowa przeniósł wzrok na kociambra.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Greace

 

Pozostali mieli rację jeśli chodziło o toast. Wiedziała, że zapewne Alira niebawem dołączy do reszty.

- Na brak napitku da się na pewno zaradzić... Dziś na pewno.

Potem wtrącił się elf na temat piratów. Arlen przewróciła od niechcenia oczami, niby przerabiała to od piętnastu lat, ale nadal ją to irytowało. Jak kamyk w bucie.

- Nie piratka, tylko pYratka. - podkreślając dobrze różnicę między I a Y - Kościół Helma ma ciut inny rodzaj nazewnictwa stopni kapłańskich. Słowo "kapłan" wywodzi się od elfickiego Kyerme, co oznacza "modlić się", z kolei Pyrat - znaczący mniej więcej to samo - pochodzi już z języka niebiańskiego. Ot różnica.

Wytłumaczyła spokojnie elfowi. 

Edytowane przez Rafal3920

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

7bXS2rc.jpg

Jorus

 

- W sumie piratka... przydała by się taka pewnie na morzu. By wiedziała co i kiedy ciągnąć - stwierdził filozoficznie Jorus. Jego doświadczenie ze statkami było dość ograniczone, ale to co zapamiętał to, że zawsze dużo jest lin do ciągania. I że ważne jest by ciągnąć odpowiednie liny w odpowiednim czasie. - Ale kapłanka też dobra. Do łatania ran choćby. Ludzie psioczą, ale po dobrej walce nie ma to jednak jak jakiś boski sługa z zapasem magii leczniczej. Tak jak to w tej wiosce coście mnie znaleźli po walce z tym rogatym bydlęciem - zwrócił się na chwilę do Blackthorna. - No... ale pyratka... tak to na jedną taka magiczkę wołali. Znaczy wołali na nią Rika, ale pyratką ją za plecami nazywali, że niby spalać wszystko lubiła. Choć rękę dam sobie uciąć, że Helma nie wyznawała - zamyślił się. - Tak czy siak też przydatna osoba w drużynie jak wrogów dużo. Stajesz za jej plecami, kierujesz w dobrą stronę i patrzysz jak płonie... - podsumował. - Panie też tak ogniem walą? - zapytał korzystając z okazji. Jedna sama się pyratką w końcu zwała a druga też podobno czarodziejką była. Warto było więc wiedzieć takie rzeczy. Dobrze jeszcze pamiętał te poparzenia co to się ich nabawił jak owej Rice pod salwę ognia wlazł nieopatrznie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12g325B.jpg

Larson 

 

Słyszała jednym uchem o czym rozmawiają i z pewnym opóźnieniem to do niej nawet docierało, tak więc była w stanie odpowiedzieć na pytanie zadane centralnie do niej. Nawet zwróciła się ku zadającemu. 

- Chyba "piromanka" a nie "pyratka" na tę Rikę wołali. - ale wpierw rozmówcę poprawiła, spokojnym głosem, bez złośliwości  - A przynajmniej tak z tej opowieści wynika, panie Jorusie. A formalnie nazywa się takich jak Rika czy ja znawcą wywołań. Aye, ja też tak potrafię. - potwierdziła - I jeśli zechce pan potem pokazać mi swoją broń, mogłabym panu pokazać jeszcze inną przydatną sztuczkę, przez którą cormyrscy wojacy lubili trzymać nas, magów bitewnych, blisko na polu walki   - dodała, zarówno tajemniczo jak i zachęcająco. Zaraz położyła sobie dłoń przy sercu i przedstawiła się - Larson, do pana usług, aktualnie badacz magicznych przedmiotów.  

A siedzący na kolanach barbarzyńcy kot zamiauczał głośniej, w chwilę po jej słowach. 

 

Co jak co, ale mimo pewnego opóźnienia w prezentacji, nawet nieźle się złożyło. No ale Larson tak zawsze miała, gdy pojawiała się okazja by dowiedzieć się czegoś nowego, podjąć wyzwania, to traciła głowę do szczegółów,  głupich ceremoniałów, ostrzeżeń czy innej fanaberii. A tu... tu pojawił się Pradawny.  Pradawny!

- Dołączam do pytania, zarówno ciekawam opowieści jak i tego, czy lord Blackthorn zdołał namówić was na wyruszenie z nami,  sir Kilkeny, dzierżco Exordiusa pogromcny demonów, mistrzu Shibbolethcie -  lekko skinęła głową obu legendom oraz szefowi podróży wypowiadając ich miana, ale do Shibboletha zwróciła się zdecydowanie miększym głosem. Ze swym mistrzem studiowali nie jedną opowieść o wyprawie Pierwszych Maruderów jak i ich Dziedzicach, szczególnie kawałki które opisywały ich oręż oraz sposoby walki, dlatego też dokładne podanie nazwy oręża Hamisha to żaden problem. A bogowie tylko wiedzą, jak marzyła by kiedyś zobaczyć to ostrze, na własne oczy. Móc spojrzeć w ślepia Pradawnego, wymienić z nim parę słów; dziś tak jakby sen się ziścił, chociaż wciąż nie dowierzała że widzi na własne oczy maga - przedstawiciela tej tajemniczej, potężnej rasy. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Benjamin przekrzywił zawadiacko głowę, uśmiechając się półgębkiem. Nie śpiesząc się, sięgnął ku swemu mieszkowi i rzucił na stół trzy złote monety.

- Stawiam przeciw – oznajmił. – Kura na pewno znajdzie kartę. A wtedy zobaczysz, że jednak warto było uwierzyć.

Na twarzach jego towarzyszy wykwitły uśmiechy, znaczące sporą pewność siebie i politowanie dla nowej, najwyraźniej naiwnej graczki. Jak to mówią w kręgach hazardzistów, „kolejny ptaszek do oskubania”. Czy jak tym razem, gad. Alira nie zamierzała się jednak wycofywać. Pieniądze zostały rzucone, karty poszły w ruch. Nie wiedziała tylko, jak zareaguje kura.

Czarna nioska przespacerowała się tymczasem po stole, pogdakując coś po cichu do siebie na tyle niewyraźnie, iż nawet smoczyca nie była w stanie tego zrozumieć. Kiedy karty znalazły się na swych miejscach, nieśpiesznie podeszła bliżej i przekrzywiła łebek. Tu przygarnęła, tam znów odeszła, aż w końcu dziobnęła jedną z nich. Rozdający sięgnął po wskazaną kartę i odwrócił ją.

Była to pikowa trójka. Kura zgadła.

- Ha! – zawołał radośnie Benjamin, bardzo z siebie zadowolony. – Mówiłem, smoczyco, że nie warto stawiać przeciw niej. Ale nie przejmuj się – zgarnął pieniądze w swoją stronę. – Zawsze możesz się odegrać. Może coś bardziej złożonego, hę? – zagadnął, coraz bardziej pewny swego. Jego towarzysze również wyglądali, jakby chcieli więcej.

- Ko, ko ko ko ko ko, ko – zagdakała czarnopióra kura, co odpowiednie uszy zrozumiały jako – Wielki pan na włościach poczuł, że może kogoś oskubać. Zagrajcie w trzy karty, zobaczymy jak mu tam pójdzie.

 

* * *

 

Hamish, Tyberius i Shibboleth rozsiedli się przy ławie, zajmując ostatnie wolne miejsca. Przedstawianie się i pierwsze rozmowy wywołały na twarzy nubianina głównie rozbawienie. Góral zaś wydawał się być lekko zażenowany, czemu naturalnie dał upust, jako człek bezpośredni.

- Wystarczy Hamish, naprawdę – zaczął. – Co było, już było, moi przyjaciele. Exordius uczynił to, do czego go stworzyli, a tytuły i sława nigdy nie grzały tak dobrze, jak porządna gorzała, czy kobieta. Nieprawdaż? – trącił Shibboletha łokciem.

- Przyjacielu, żeby tylko kobieta – Shibboleth uśmiechnął się filuternie. – Nie uwierzyłbyś, ilu ekspertów od ciągnięcia… ekhem… lin znalazłbyś na tym świecie. W tym mieście. Może nawet w tej tawernie…

- Shibboleth, za bardzo się rozpędzasz, a jeszcze nic nie wypiłeś – wtrącił się Blackthorn. – A temu właśnie teraz powinniśmy zaradzić – uniósł się trochę i gestem poprosił do stołu dziewkę służebną, by zebrać brakujące zamówienia od towarzyszy. Trunki miały pojawić się lada chwila. Ci, którzy już je mieli, mogli zapewnić pozostałych o zadziwiająco wysokiej jakości napitków. Nawet Larson, która pod tym względem miała dość wybredny gust, musiała przyznać, że czuje w swym piwie coś cormyrskiego.

- Wracając do kapłanów – Tyberius znów podjął temat, pociągając solidny łyk ciemnoczerwonego ale. – Czasami nie rozumiem, jak ludzie mogą mieć tak dobrą pamięć do tego jednego problemu, a zapominać o innych. Przecież nie minęły ze trzy lata, a niektórzy znów zaczęli się ze sobą szarpać, zamiast odbudowywać po wojnie. Teraz upłynęło przeszło trzydzieści, a religia wciąż stoi na chwiejnych nogach.

- Ja też tego nie rozumiem – zgodził się Shibboleth. – Wy, ludzie, macie jakieś dziwne ciągoty do wiary w istoty, jak to określacie, „wyższe”. Bez urazy, moja droga – kiwnął kuflem w stronę Arlen. – Ale bogowie to po prostu potężne istoty o wielkich możliwościach. Podobnie jak wy mają duszę. Podobnie jak wy krwawią. Co prawda zaskoczyło mnie trochę to, jak krótko zajął im powrót do jako takiej normalności po pożarciu przez Souldrake’a, ale powtarzam sobie, że to wciąż tylko kwestia mocy – pociągnął łyk. – W sumie, gdyby popatrzeć na to z takiej perspektywy, ja też mógłbym być bogiem jeszcze przed ostatnią walką. Tylko nigdy jakoś mnie władza nie kręciła.

- Akurat, sierściuchu – wtrącił Hamish, uśmiechając się półgębkiem. – A ta twoja latająca twierdza i ci wszyscy ludzie?

Co bardziej uważni mogli dostrzec, iż Blackthorn lekko pobladł.

- Twierdzy w to nie mieszaj – odciął się Shibboleth. – Zresztą, to ja uratowałem tych wszystkich ludzi. Nic dziwnego, że byli mi wdzięczni. Do niczego ich nie zmuszałem, przecież to byś mi wtedy dał. A siedzieć tam samemu i nie mieć do kogo gęby otworzyć, kiedy was gdzieś wywiało z Faerunu… nuda. No i przynajmniej Tyberiusa poznałem – wyszczerzył się, obejmując Blackthorna ramieniem w przyjacielskim geście. Czy to ta drobina alkoholu sprawiła, iż był taki bezpośredni, czy po prostu taki był? Cóż, ci, którzy go nie znali dobrze, nie wiedzieli.

- Shib, nie pogrążaj mnie przed członkami mojej wyprawy – ton Blackthorna przybrał poważne zabarwienie, choć dało się w nim wyczuć nutkę rozbawienia. – Ty i Hamish nie płyniecie na tę wyprawę, więc może opowiedz jakieś kompromitujące historie o sobie. Albo o nim, skoro tak mu sława przeszkadza – mrugnął do górala, który się tylko zaśmiał.

- Prawda li to, nie płyniemy – zgodził się Hamish. – A i historii będzie co niemiara, może cosik się opowie. I siwuchę w końcu polejemy. Ty lubisz językiem mielić, Shibboleth, zupełnie jak baba, więc możesz zacząć. Tylko oszczędź nam proszę tych twoich zbereźnych szczegółów, bo jakem Hamish Kilkeny, pójdę na zaplecze i znajdę jakąś deskę z dziurą po sęku, byś mógł się tutaj wyżyć.

Blackthorn parsknął śmiechem, nie tylko on zresztą. Nubianin również wyglądał na rozbawionego.

- Ja tym językiem potrafię zrobić naprawdę dużo ciekawych rzeczy i to lepiej niż baba, mój drogi – odciął się. – Ale skoro nalegasz, mogę wygrzebać jakąś ciekawą historię. Może o twierdzy…

Blackthorn jęknął głucho.

- Daj już spokój tej twierdzy…

- Tyberiusie, proszę, nie przerywaj – skarcił go nubianin. – Nie miałem zamiaru ogłaszać wszem i wobec, że należałeś do mojej załogi i łączyło nas… ups… - rozejrzał się po twarzach wokół. – Wydało się.

Blackthorn westchnął z zażenowaniem.

- Namieszałeś mi w głowie czarami – rzucił zimnym tonem. – I zgodziłeś się, że nie będziemy o tym rozmawiać.

Shibboleth uniósł ramiona w geście poddania się.

- Masz rację, nie powinienem. Przepraszam, ciebie i was. To były… inne czasy – westchnął. – Minęło tyle lat, a wciąż nie potrafię zapomnieć, jak to jest, móc dokonać niemal dowolnej rzeczy. Mógłbym sprawić, że nic byście nie pamiętali z tego, co powiedziałem. A tak… muszę zdać się na siwuchę Hamisha – wyszczerzył białe zębiska. – Wracając jednak do opowieści… twierdza. Pominę niepotrzebne szczegóły. Otóż Hamish i jego wesoła kompania pomogli mi odzyskać ciało, kiedy jeszcze byłem duchem. Mając dostęp do swojej pełnej mocy, obudziłem starą, ukrytą w górach latającą twierdzę moich pobratymców. Bardzo przydatny wynalazek, prawda? Masz na miejscu kwatery, zapasy, broń i możesz przemieszczać się właściwie w każde miejsce, w jakie zechcesz. Niezbyt szybko, ale bez przeszkód. Dla mnie było to doskonałe miejsce, by zacząć badania nad rytuałem, który miał odwrócić zaklęcie spajające Souldrake’a. Pominę szczegóły, zanudziłbym pewnie większość z was – spojrzał tu wymownie na Larson, co do której nie miał wątpliwości, iż o tym chciałaby usłyszeć. – W każdym razie gdy moi towarzysze nagle zniknęli mi z oczu i właściwie również ze świata, musiałem czymś się zająć. Polatałem to tu, to tam. Zbierałem ludzi, trochę pomogłem tu i ówdzie… a jak znów mogłem wyczuć ich obecność, poleciałem w ich stronę. Hen na południe i zachód stąd. Ku Smoczym Wyspom. W sumie to w waszym kierunku, prawda?

- Zgadza się – odparł Tyberius. – Tyle że my płyniemy dalej, zobaczyć co znajdziemy na nieznanych wodach.

- Aż sam jestem ciekaw – mruknął Shibboleth. – Ale nie popłynę, bo żona i dzieci… Nie te czasy. Wróćmy jednak do historii. Lecę sobie w tej mojej twierdzy nad oceanem. Wiem, że już niewiele mi brakuje, że oni są całkiem blisko. Doleciałem w końcu na miejsce i co widzę? Moi towarzysze zdążyli wrócić z podróży w czasie, jak to opowiadali. Widzieli Faerun w wersji po zwycięstwie Souldrake’a. Brrr, paskudne miejsce. Nie chcielibyście go poznać. – pociągnął tęgi łyk trunku, chcąc zmyć z ust niesmak, jaki cisnął mu się od wspomnienia o Souldrake’u. – Co więcej, poza tymi niesamowitymi przygodami, jakie przeżyli, zdążyli na miejscu sprzymierzyć się z wygnanym smoczym władcą i jego drużyną, zdobyć podwodny skarb i zgodzić się na wsparcie smoków w próbie obalenia uzurpatora. Co więcej, znaleźli przy tym kolejną zabawkę, którą pozostawili na tym świecie moi pobratymcy.

- Och, lads, ależ to była fajna łajba – wtrącił Hamish. – Tylko gdyby nie miała takiego paskudnego charakteru… Jak to jest, że w tej waszej kociambrzej maszynie zawsze musi mieszkać jakiś paskudny duch?

- Nie zawsze i nie w każdej – poprawił go Shibboleth. – Jeśli ma być w jakiś sposób autonomiczna, zasilająca rdzeń dusza musi być świadoma. To dość… skomplikowane, wystarczy, że w tym przypadku tak było. Wyobraźcie sobie okręt cały z metalu, znacznie większy niż wasz „Indefatigable”, potrafiący miotać magiczne promienie zdolne roznieść w pył standardowy żaglowiec jednym trafieniem i do tego w pewnym sensie żyjący własnym życiem. Takie coś mniej więcej znaleźli. Do tego, jak Hamish mówi, dusza okrętu należała do gościa o wyjątkowo parszywym charakterze, więc i on chciał wszystko niszczyć po przebudzeniu.

- Na szczęście Maya go opanowała – dodał Hamish. – Ona zawsze miała dryg do stawiania na swoim.

- I doświadczenie ze mną – parsknął Shibboleth. – Tak, okrętem dało się sterować, mając ku temu specjalne predyspozycje, takie jak Mayanna, czy ja, ale ja musiałem kierować twierdzą. W przeciwieństwie do okrętu, ona nie posiadała świadomej duszy. Może to i lepiej… - podrapał się pod brodą i pociągnął kolejny łyk. – Ach, ale dobre. Na czym to skończyłem? A, okręt i smoki. No więc pewnego pięknego poranka wyruszyliśmy naszą małą armadą ku Krak de Dragon, gdzie znajdowała się siedziba uzurpatora. Czy jak on sam twierdził – prawowitego władcy. Shan’do miałby o tym jednak inne zdanie. Nie zapomnijcie go pozdrowić, kiedy będziecie przepływać przez Smoczy Archipelag. Dobrze, co do wyprawy… wiedzieliśmy, że przeciwnik będzie przygotowany, ale byliśmy przekonani, że damy radę. Smoki mogły walczyć ze smokami, mieliśmy też nasz okręt i moją twierdzę. Niby przewaga, powiecie? A gdzie tam. Nikt się nie spodziewał, że drań w zamku będzie miał kogoś, kto będzie w stanie kontrolować technikę moich pobratymców. I tak stanęliśmy naprzeciw hordy złych smoków i złych mechanicznych smoków…

- Oho, już wiem, do czego to zmierza – wtrącił Hamish. – Na pewno chcesz o tym wszystkim opowiadać?

- O tym, co się tam wydarzyło, prawie nikt nie wie – Shibboleth ściszył głos. – Owszem, efekt może i ktoś tam później zobaczył, ale mało kto cokolwiek powiedział. Łatwo było zostać osądzonym o szaleństwo – parsknął. – A ja chcę o tym opowiedzieć.

- No tobie raczej w tym przypadku szaleństwa nie wytkną – zgodził się góral.

- Raczej nie – zgodził się nubianin, odwracając się do pozostałych. – Weźcie się lepiej napijcie, bo to, co usłyszycie, może wam trochę namieszać w głowach. A po wódce zawsze lepiej. Polej, Hamish.

Góralowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Siwucha poszła w ruch. Pokrzepieni trunkiem, wszyscy byli gotowi na rewelacje Shibboletha.

- Był to paskudny dzień i paskudna sytuacja – zaczął tamten. – Nie dziwota więc, że i pogoda była paskudna. Chmury zasnuły całe niebo i wciąż grzmiało. Smoki walczyły ze sobą i co rusz ktoś spadał w dół. Te mechaniczne były jednak wyjątkowo twarde. Jeszcze jak na złość upatrzyły sobie mnie jako doskonały cel. Dwoiłem się i troiłem, posyłałem im jedną wiązkę skoncentrowanej magicznej miłości za drugą. Mimo iż wciąż byłem pewien, że jestem w stanie dać im radę, musiałem też myśleć o innych. A oni walczyli na całym niebie. To uczucie, kiedy masz moc, ale nie możesz być wszędzie – westchnął Shibboleth. – To już prawie desperacja. Było naprawdę ciężko. I wtedy… stało się coś, czego za cholerę bym się nie spodziewał.

 

Descent of the Archangel

 

- Mówiłem, że pogoda była paskudna? Mówiłem. Ale nie wspomniałem, że błyskawice przecinające chmury były całkowicie nienaturalne. Biel? A w życiu? Niebieskie? Nie, one były fioletowe. To musiała być magiczna burza, tak wtedy myślałem. Pioruny przetykały chmury, ledwie rozjaśniając tę dziwną, mętną ciemność. I nagle, w jednej chwili, nieboskłon pękł na dwoje. Pomiędzy chmurami pojawiła się iskrząca plama purpurowego światła, błyskawice, jeszcze większe, przecięły mrok i ze środka tego wszystkiego wystrzelił on. „Archangel”, międzywymiarowy okręt moich pobratymców. Tak – powiedział z naciskiem, nie chcąc pozostawiać jakichkolwiek złudzeń. – W tamtym momencie wiedziałem, że to oni. Wrócili. Dlaczego wiedziałem? Bo w momencie, gdy ten okręt pojawił się na niebie, wyczułem świadomość mojego brata. Osoby, do której nienawiść pielęgnowałem długo i pieczołowicie.

Shibboleth przerwał na chwilę, biorąc kilka głębokich oddechów i jeszcze jeden łyk wódki. Widać było, że opowieść trochę nim wstrząsnęła. Przeszłość potrafiła tak zadziałać.

- Carduin również wiedział, że tam jestem – podjął na nowo nubianin. – Rozsądnie jednak nie skontaktował się ze mną od razu. Musiał obserwować bitwę, gdyż niemal natychmiast jak tylko opuścił wymiar, w którym się skrywał, wysłał w bój mniejsze pojazdy, które miał na pokładzie. Myśliwce, tak je nazywał. Dołączyły do naszych, ścigając te mechaniczne smoki. Miały broń, która wyewoluowała z naszej magii dusz… walka się wyrównała. Do pewnego momentu, gdyż szala dość szybko przechyliła się na naszą stronę. Kiedy Hamish z pozostałymi wylądowali w twierdzy i rozprawili się z uzurpatorem, było po wszystkim. Pozostało mi tylko rozprawić się z własnym bratem – Shibboleth wbił spojrzenie w blat, uśmiechając się sam do siebie. – Nie było to radosne spotkanie po latach, tak sobie teraz wspominam. Kto mnie wtedy powstrzymał, już nie pamiętam. Chyba każdy po trochu, także i on. Wiele musieliśmy sobie wyjaśnić. Wiele też się dowiedziałem. Ale nie mogłem wrócić razem z nimi. Nie pasuję już tam. Nikt nie pasuje. Carduin to wiedział. Kiedy było po wszystkim, po Souldrake’u… Odleciał, by powstrzymać naszych przed powrotem tutaj. By nikomu to nawet do głowy nie przyszło. Bo uwierzcie mi, chcieli. Wysłali go, by zrobił zwiad, ocenił sytuację i przygotował grunt pod powrót. A z tym, czym dysponują… nie sądzę, by ktokolwiek tutaj miał szansę ich powstrzymać.

Spojrzał po towarzyszach, obserwując ich miny. Hamish wyglądał poniekąd posępnie. Jednakże, jego zmęczoną twarz raz jeszcze po kilku chwilach rozjaśnił uśmiech.

- Twój brat odwalił dobrą robotę, sierściuchu – klepnął Shibboletha w plecy. – Trzy dziesiątki lat i żadne kocie okręty nie zasłaniają nam słońca. Nie ma co się tym przejmować na zapas. Jak to moja towarzyszka Gudril, niech jej ziemia lekką będzie, mówiła - bij po ryju tych, których masz na wyciągnięcie ręki, na innych przyjdzie kolej. Także ten, no… wypijmy.

Wypili. Shibboleth ze stuknięciem odstawił kubek na blat.

- Doprawdy, nawet nie wiecie, jak dobrze się czasem z kimś podzielić taką opowieścią. Taką osobistą. Prawda, Tyberiusie?

Blackthorn jęknął, pochylając się nad swoim kuflem.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz