243 postów w tym temacie

eLKTG.png

Aramil

 

Larson zadecydowała. Tymczasem Tenebral zadecydował swoje pokazując jednocześnie mentalny środkowy palec do decyzji pozostałych. No tak... czyli przyjemniaczek. Zabrali go ze sobą, a Aramil dzielił uwagę między prowadzenie grupy, a zerkanie przez ramię, czy z Larson wszystko w porządku. Tak dotarli do ich przewodnika, który na nich czekał i razem wrócili do istoty zaklętej w słupie ognia. Ta już na nich czekała z dodatkowymi strażnikami... No... to teraz się okaże na ile był godny zaufania.

Nie żyje - Potwierdził pierwsze założenie Penn'rhyna, acz to samo zrobił też Tenebral, więc elf już więcej nie mówił pozwalając wejść w dialog rodzeństwu.

Z niego zaś dowiedzieli się szybko, że ich ognisty zleceniodawca ich okłamał. Czy cała ta rasa to byli tacy szczerzy i otwarci kolesie? No ale ten przynajmniej przeprosił. Zawsze coś. Na koniec zaś zapytał wszystkich o warunki nowego układu.

Penn’rhynie albo bo widzę, że lubujecie się w takich określeniach możemy do was mówić per archaiczne istoty. Układ nam pasuje, ale jako że żaden z was z nami szczery jeszcze do końca nie był, to pozwolisz, że opieczętujemy go klauzulą ograniczonego zaufania. Zobaczymy jak to wyjdzie i czy można wam zaufać, bo przez te wieki tutaj trochę zardzewieliście w kwestii zdobywania czyjegoś zaufania. A tak z ciekawości piątka rodzeństwa na pięć aspektów magii, to jest Dusza i cztery żywioły?

Aramil zaczął się zastanawiać jeszcze nad jednym, co mu przyszło do głowy. Wyglądało na to, że tutejsi magowie operowali właśnie takimi gatunkami magii jaki reprezentowali sobą Ci pradawni. Jak więc do tego miał się Eter. Elf miał jakieś dziwne skojarzenie, że w tym całym wytworze elfów mogło chodzić o wysysanie energii duszy jednego z Pradawnych.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12g325B.jpg

Larson

 

Kiedy słuchała wymiany zdań braci zrobiła najpierw zdziwioną minę, potem oburzoną, a na samym końcu pomasowała się po skroni dłonią, czując zbliżającą się migrenę. Cudownie. Jeden i drugi Pradawny to biegły intrygant. Nawet nie potrzebują magicznie wpływać na umysł by poddać człowieka manipulacji. 

To, jaki plan w tajemnicy uknuł sobie Penn’rhyn, jego motywacje, w dużej mierze pokrywał się z tym, co sama Larson wcześniej wydedukowała. Teraz nie wiedziała cóż ma o tym myśleć. Postanowiła więc trzymać się planu, który wciąż w jej głowie brzmiał najbardziej racjonalnie w tym całym niekomfortowym zamieszaniu. Jorus i Aramil byli takiego samego zdania, więc przytaknęła na ich słowa i sama postanowiła się włączyć do dyskusji. 

 

- Jest parę kwestii które musimy sobie wyjaśnić zanim pójdziemy.  - rzekła gdy elf skończył swoją wypowiedź - Przeniesiemy was na nasz statek, póki co nikomu poza naszym dowódcą nie wspomnimy o waszym istnieniu. Nie jestem pewna jakim sposobem wasza świadomość będzie odczuwać świat śmiertelnych, ale na pewno na nasz pierwszy spacer nie będziemy medalionu trzymać was na widoku. Ostrzegam żeby nie było rozczarowania. - wyjaśniła. Jeśli spodziewali się uczucia wiatru we włosach, futrze czy też... na powierzchni medalionu, to mogliby się zawieść, dlatego lepiej już teraz dać im do zrozumienia, jak to będzie za chwilę wyglądać. A jak będą postępować dalej, to się jeszcze zobaczy. Zobaczy, jak zareaguje lord, Hati, czy w międzyczasie nie stanie się nic co skomplikuje sprawy. 

- No i dorzucę coś się do puli pytań  - nawiązała do słów Aramila -  możliwość waszej manifestacji zaniknie ale czy będziecie w stanie jakoś się z nami komunikować?I czy wiecie gdzie ukryte zostały dusze waszych braci? To dobrze zabezpieczone miejsca? Daleko stąd? 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Greace

 

Wydarzenia rozwinęły się tak, że Arlen nie wnosiła żadnych sprzeciwów. Jedynie na prośbę rzucenia czaru odpowiedziała.

- Nie przygotowałam na dziś tego czaru... Poza tym została we mnie tylko resztka magicznej energii, wolę mieć choć tą iskrę, jakby kogoś jeszcze trzeba było poskładać.

Tak czy inaczej wrócili bezpiecznie do ognistego bytu, który faktycznie się przedstawił. I też, zgodnie z założeniem, był bratem Tenebrala. Wywiązała się ich rozmowa, a drużyna dowiedziała się paru interesujących rzeczy. 

Ciężko starała się też opanować się, gdy Aramil mówił o tym, że "zardzewieli". Kto jak kto, ale nie on. To nie Aramil powinien mówić takie rzeczy, no ale stało się. Podczas burzy pytań kapłanka zgłosiła też kilka uwag:

- To, że górnicy wracają z nami to jest cena za przyniesienie medalionu tutaj, więc to nawet nie podlega dyskusji... A poza tym, skoro Tenebral raz osłabił zabezpieczenia, to jaka jest pewność, że nie zrobi tego ponownie? Chcemy uwierzyć, ale to jest dla nas Nowy Świat i do końca jeszcze nie wiemy komu udać, a komu nie... Tym bardziej, że już ukrywaliście przed nami fakty...

Chciała jeszcze zadać pytanie o komunikację, ale Larson ją uprzedziła. Może pradawni wiedzą coś na temat Pierścienia i Polowania na Róg? Jeśli tak, to Arlen chciała wyciągnąć od nich jak najwięcej informacji o tym.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- Tutaj moja moc jest większa – pierwszy odezwał się Tenebral. – Penn’rhyna też, dlatego obaj możemy przybrać widzialną formę. Poza tym miejscem medalion będzie nas ograniczał. Raczej będziemy mogli się komunikować, choć nie zapewnię, że zawsze i wszędzie – dodał.

- Rozumiem, że macie swoje podejrzenia – powiedział Penn’rhyn. – Dla nas ten świat też będzie czymś obcym. Was również nie znamy, nie wiemy, w jaki sposób będziecie chcieli wykorzystać daną wam moc. Niemniej, dajemy wam szansę. A jeśli chodzi o nasze rodzeństwo… nikt nie wie, gdzie oni się znajdują. Jeśli znajdziemy się w pobliżu, będziemy w stanie wyczuć ich moc. Tylko tyle mogę zapewnić.

- A skoro jesteście tacy ciekawi, to do kompletu brakuje nam Wody, Powietrza i Ziemi – wtrącił Tenebral.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Greace

 

To, że będą mogli się czasem komunikować z pradawnymi miało dobre i złe strony. Ale w sumie taka sytuacja była chyba dla drużyny najbardziej korzystna.

- Więc skoro wszystko ustalone, to chyba możemy iść po górników i wracać na powierzchnię, tak? - dopytała się na wszelki wypadek towarzyszy, czy nikt nie zgłasza nagle sprzeciwu. 

Ale skoro nie wszędzie będą mogli porozmawiać, to należało zadać kilka pytań, które nurtują kapłankę od samych rozmów z Hatim.

- To jeśli mogę spytać jeszcze... Czy wiecie coś na temat Pierścienia sztormów? Otacza te wyspy... I jeszcze próbujemy się dowiedzieć czegoś na temat Polowania na Róg oraz Oka Świata, miejscowi mówią, że możemy być z tym jakiś powiązani przez... No... Może to dziwnie zabrzmieć, ale przez... Świętą Kurę. - Skoro pradawni byli tak potężni, to Arlen miała nadzieję, że rzucą na te sprawy choć odrobinę nowego światła.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- Świętą Kurę? A to dobre – parsknął Tenebral. – Ja nic nie wiem, a ty, bracie? Ciebie w sumie zamknęli nieco wyżej…

- Nic nie mówią mi te nazwy – przyznał Penn’rhyn. – Cokolwiek stworzyło te rzeczy i miejsca, musiało nastąpić później niż nasze zamknięcie. Być może będziemy w stanie cokolwiek pomóc, kiedy znajdziecie się w ich pobliżu. Rozpoznać… nie sądzę, acz jeśli ich natura będzie znajoma, kto wie…?

Nie mieli już wiele więcej do powiedzenia, pozostała więc ostateczna decyzja do podjęcia. Drużyna zdecydowała, że zabierze amulet ze sobą, natomiast pierwszą palącą sprawą było odnalezienie zagubionych górników. Tenebral najwyraźniej nie zamierzał kręcić – poprowadził ich z powrotem do „swojej” części labiryntu, dalej za komnatę z sadzawką. Jego moc pozwoliła im na dostrzeżenie ścieżki tam, gdzie wcześniej znajdowała się lita ściana. Niedługo później dotarli do komnaty, gdzie spało sześciu krasnoludów. Wyglądali trochę nędznie, lecz ich życiu bezpośrednio nic nie zagrażało. Nic, czego by nie można naprawić paroma solidnymi posiłkami i odpoczynkiem w prawdziwym łóżku. Przebudzeni, wydawali się być mocno skołowani, jednak wspomnienie o waszym mocodawcy i pierwotnym celu wywołało u nich zrozumienie i nawet swoistego rodzaju entuzjazm, by w końcu wyjść na powierzchnię. Droga i tak wiodła dokładnie w tym samym kierunku, co wcześniej, więc w końcu powróciliście do Penn’rhyna i jego azerów. Pozostała ostatnia kwestia – zaklęcie ducha ognia z powrotem w amulet. Przy tym jednak musieliście zdać się na samego zainteresowanego. Sam proces poszedł sprawnie i wkrótce oprócz ciemnopurpurowego kamienia w medalionie tkwił jeszcze jeden – jasnopomarańczowy. Do kompletu brakowało trzech.

Penn’rhyn nakazał azerom wyprowadzenie was z powrotem do szybów wydrążonych przez krasnoludy. Zapowiedział, że przyjmą oni każdego posłańca z powierzchni, o ile nie zjawi się na dole ze złymi zamiarami. Kwestia tego należała już do miejscowych, w grę wchodziła polityka, w którą postanowiliście się nie mieszać. Przynajmniej na razie. Bądź co bądź, o ile do głosu nie dojdą tacy jak ten Brann Harbaron, wszystko powinno być w porządku. Zresztą nie zostawiliście tam na dole nic, co by mogło być groźne. Tak myśleliście.

 

Umówiony sygnał zadziałał. Trzy krótkie, dwa wolne i klapa odcinająca drogę na górę otworzyła się, ukazując twarze pilnujących jej krasnoludów. Strażnicy czym prędzej pomogli wszystkim wejść na górę, ze szczególnym uwzględnieniem swych współbraci. Było wiele słów, także wiele nie skrywanej radości i podziękowań. Ktoś zaraz pobiegł po wodę i jakąś szybką przekąskę, którą mieliście okazję przegryźć w marszu, idąc tunelami dalej, wyżej, do windy. Już na górze wpadł na was James Crestfallen. Loup nie był sam – towarzyszyła mu wasza przewodniczka, Yennfreya.

- Chłopcy wrócili! – zawołał na powitanie. Raczej nie o was mówił, a górnikach. – Nie wszyscy, niestety… ale cóż, drańskie życie… Co żeście tam napotkali? Stwora jakiegoś? Czy to gaz był? Albo coś dziwnego?

- James – przerwała mu stanowczym tonem krasnoludka. – Później. Zresztą, ściemnia się, powinieneś wracać do domu – dodała z naciskiem, przypominając mu o klątwie. Loup miał już coś na końcu języka, ale nie pozwoliła mu dojść do słowa. Zwróciła się do was.

- Wybaczcie, że w takim pośpiechu, ale dostałam pilne rozkazy. Potrzebują was w Ratuszu Miejskim. To ważne, bardzo – zaznaczyła. – Uprzedzając pytania – ja nic nie wiem, was też nie będę pytać o waszą wyprawę, po prostu wiecie – władza. Taaa jest! I do przodu.

- Kiedy zrobiła się z ciebie taka służbistka? – zainteresował się James, patrząc na nią nieco spode łba.

- Od czasu, kiedy zobaczyłam twój włochaty tyłek w kopalni – odcięła się krasnoludka. – Dobra, nie traćmy już czasu. Chodźmy – skinęła na was i odwróciła się, by was poprowadzić. Jakiś niewielki kamyczek oderwał się od podłoża i ze świstem przeciął powietrze, uderzając ją w tył głowy. Odwróciła się.

- Pozer – mruknęła, patrząc na niewinnie stojącego pod ścianą loupa.

 

Coldness Kills

 

Najpierw był huk.

Potem uderzenie.

Następnie… zimno i ciemno.

I mokro.

Morska toń, nawet w czasie sztormu, nie oznaczałaby śmierci na miejscu, lecz stan, w jakim doń wpadła, nie pozwalał by sądzić, że wszystko skończy się dobrze. Wręcz przeciwnie, w głowie miała tylko szum, ciało jakoś nie chciało reagować na bodźce, a fale bardzo szybko przykryły ją, zapraszając do królestwa ryb i wraków. Co się stało tam na górze? Jakaś magia? Broń? Co działo się z innymi na pokładzie? Wciąż żyli, czy też ich wypchnęło…?

Próbowała się ruszyć, wydostać na powierzchnię. Była jednak słaba, ogłuszona i ranna. Czarna kipiel zamykała się nad nią z ogromną szybkością.

Zimno… Zimno… Zimno zabija…

 

Bulgotanie… Słyszała jakieś bulgotanie. Wciąż było zimno. Czy to jakieś głosy? Kłócili się? Nie… Może to zaświaty? Była duchem? Nie tak wyobrażała sobie życie po śmierci. Powinna być wolna, biegać po równinach, latać jak ptak. Tymczasem nie mogła się ruszyć, a kiedy próbowała, coś wciąż ją powstrzymywało. I jeszcze ta głowa, taka ciężka… Spać, tylko spać.

 

Światło było szare i dochodziło jakby z daleka. Głowa wciąż ciążyła, lecz przed oczyma zdawały się pojawiać jakieś kształty. I nie było już zimno… Ani mokro. Wydawało się jej, że leży gdzieś, zawinięta w jakieś suche ubrania. Gdzieś w pobliżu krążyły mewy, słyszała ich powrzaskiwania. Czyżby znów była na okręcie? A może na lądzie? Ale jakim cudem…

Ktoś był w pobliżu. Słyszała jego kroki, ale nie potrafiła skupić się na sylwetce. Coś wciąż rozmazywało jej wzrok, a głowa… cóż, nie pomagała. Uszy jako tako łowiły dźwięki, ale poza ptakami i krzątaniem się nie słyszała już nic. Czy oby na pewno? Nie… jeszcze szum fal.

Ostatnie, co zapamiętała, zanim osunęła się znów w miękki sen były słowa jakiejś piosenki, nuconej we wspólnym języku.

Wilki śpiące pośród drzew…

 

Kiedy znów się obudziła, ostatnio zapamiętane słowa wciąż kołatały się po jej głowie. Uczepiła się ich kurczowo i aż podskoczyła, kiedy zobaczyła nad sobą wilczy pysk. Czy twarz, gdyż należała ona do istoty niewątpliwie rozumnej, jak ona, wyglądającej właśnie jak wilk o ciele przypominającym człowieka. Wilkołak, jak mówili w jej stronach. Mężczyzna nazywał się Maarten de With, przynajmniej tak się przedstawił i jak szybko uzupełnił, był loupem. Tak nazywano jego rasę w tych stronach, jak się okazywało. Opowiedział jej, że znajduje się na pokładzie okrętu kaperskiego Wędrującej Armady – „Olyphanta” – pod dowództwem kapitana Walthera Trompa, zmierzającego właśnie z wieściami do stolicy krasnoludzkiego państwa Ulverden – Brannfjell. Na pytanie jak znalazła się na pokładzie okrętu Maarten powiedział tylko tyle, że została im dostarczona przez pewnego niesławnego łowcę potworów. Gdzie on ją znalazł, tego loup już nie wiedział. Wyjaśnił tylko, że była w dość kiepskim stanie, w dodatku odurzona pewnym środkiem, który zaburzał zmysły. To by po części wyjaśniało ciężką głowę i zamglony wzrok… Dalej przyszły kolejne pytania i odpowiedzi. Maarten był bardzo miły i cierpliwie wyjaśniał jej kolejne kwestie, na swój sposób przybliżając ją do świata, w którym się właśnie znalazła. Wkrótce dołączył również do nich wspomniany kapitan, który również okazał się być loupem, lecz w przeciwieństwie do nie rzucającego się w oczy Maartena, ten miał potężną sylwetkę i władcze spojrzenie budzące respekt. Był jednak dość młody i jak się okazało, wcale nie taki straszny, jak wydawało się na początku. Może trochę szorstki w obejściu, ale nie gryzł, jak się z początku obawiała. Nieco dłuższa obserwacja pozwoliła jej również stwierdzić, że obaj darzyli siebie wzajemnie uczuciem bliższym niż przyjaźń. Ciekawa obserwacja, tego w sumie się nie spodziewała. Niemniej, ciekawość to jedno, a prywatne sprawy dwójki nowo poznanych loupów to drugie. Na razie czekał ją dalszy wypoczynek i rejs do miasta. Walther co prawda patrzył na nią trochę dziwnie, ale… przyczynę tego poznała dopiero później, kiedy była już zdrowa i mogła wyjść na pokład. Otóż okazało się, że jej rasa, a przynajmniej jej tutejszy odpowiednik, blisko współpracowała z siłami, które były odpowiedzialne za obecny, dość nieciekawy stan królestwa loupów. Co prawda ci smokowcy mieli gorejące zielone ślepia bez źrenic, ale już same podobieństwo zewnętrzne sprawiło, że jej obecność na okręcie pełnym loupów stała się nagle mniej komfortowa. Na szczęście kapitan w mocnych słowach wyjaśnił załodze, czego od niej oczekuje i obyło się bez żadnych incydentów.

Samo Brannfjell zaskoczyło ją swoją wielkością i obcymi cudami, jakie tam zobaczyła. Nie miała jednak okazji zapoznać się bardziej z okolicą, gdyż Walther uparł się, by dostarczyć ją prosto do ratusza wraz z informacją, nie zważając na późną porę, a co więcej, na miejscu okazało się, że… to nie wszystko.

 

City_Hall.jpg

 

Budynek ratusza miejskiego prezentował się naprawdę okazale i to zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz. Choć zrobiło się już ciemno ze względu na późną porę, uliczne latarnie dawały tyle światła, iż dało się podziwiać krasnoludzką konstrukcję w całej okazałości. Yennfreya nie zamierzała jednak oprowadzać towarzystwa na zwiedzaniu, więc gdy wysiedli z wozów parowych, zaraz udali się do środka. Urzędy wprawdzie były już zamknięte, lecz krasnoludka okazała stosowne dokumenty i niezwłocznie ich wpuszczono. Co więcej, bardziej czujne oczy zauważyły sporą liczbę kręcących się w pobliżu żołnierzy krasnoludzkich. Nie wyglądali na miejską straż, raczej na regularne wojsko. To tylko spotęgowało zaciekawienie tym, co znajdowało się w środku.

Yennfreya zaprowadziła ich wąskimi, acz długimi korytarzami na piętro, gdzie znajdowała się galeryjka, z której mieli całkiem dobry widok na mieszczącą się na parterze wielką halę przyjęć. Za dnia zapewne roiło się tam od petentów i urzędników, chcących załatwić wszystkie sprawy, jednak teraz brakło tam tego całego gwaru. Co nie znaczy, że nie działo się nic ciekawego.

Na galeryjce znajdował się już lord Blackthorn. Mężczyzna dał wam znak, byście podeszli bliżej, jednocześnie kładąc palec na ustach. Żadnych rozmów. Tylko słuchanie i obserwowanie.

A było na co patrzeć.

Po obu stronach hali przyjęć w równym szyku klęczało kilkudziesięciu krasnoludzkich żołnierzy. Trochę przed waszym punktem obserwacyjnym stało siedmiu krasnoludów odzianych w odświętne szaty, z czego sześciu wyglądało bardziej na urzędników, a jeden na kapłana. Obok nich w pozycji zasadniczej znalazło się dwóch loupów w oficerskich mundurach oraz… Alira. Tak, oczy was nie myliły. Obok loupów stała cholerna Alira, której nie widzieliście od czasów bitwy z orczymi piratami. Całości zgromadzenia dopełniali jeszcze Aenghus i Hati, stojący po drugiej stronie krasnoludów. Hati wyglądał na spokojnego, natomiast jego brat wyraźnie łypał spode łba na jednego z umundurowanych pobratymców, tego wyższego i mocniej zbudowanego. Coś wyraźnie musiało mu w nim nie pasować, coś bardzo Aenghusowego, gdyż niemal zupełnie ignorował… to coś, na co patrzyli się wszyscy pozostali, przed czym klękało wojsko. Otóż właśnie na środku sali znajdowała się… właśnie nie do końca wiadomo co. Istota? Konstrukt? Bardziej to drugie, gdyż wyglądało nieco jak animowana magiczna zbroja, której fragmenty wiązały nie złączenia, a czysta moc. Bił od niej silny blask, przez co ci na dole z pewnością musieli mrużyć oczy. Z pewnością był to niezwykły przykład kunsztu magicznego rzemiosła, lecz zbroja posiadała pewną cechę, która przypomniała wam opowieści z poprzedniego wieczoru w gospodzie. Mianowicie, w zagłębieniu na jednym z ramion konstruktu zajęła miejsce… kura. Siedziała tam niemal nieruchomo, przekrzywiając tylko raz za razem łeb, kiedy spoglądała na wszystkich zgromadzonych.

- Bogowie pragną ogłosić wam nowinę, drogie istoty – przemówiła w końcu zbroja. – Oto zbliża się czas Polowania na Róg. Niech wszelkie nacje Archipelagu wyznaczą swych wybrańców, którzy przybędą na Wyspę Zwiastunów, by rozpocząć świętą rywalizację o sławę i dobrobyt dla tych, których reprezentują. Wielkie Polowanie zaczyna się za trzy cykle od dziś, więc wybierajcie mądrze, jeśli chcecie, by chwała stała się waszym udziałem. Wolą bogów jest, by wszyscy reprezentanci zjawili się na czas i w swej łasce zadbają, byście mieli pomyślne wiatry. Nie przynieście im wstydu! – głos podniósł się, a chwilę później magiczną zbroję otoczyła aura mocy, która rozbłysła jaskrawym światłem, zamigotała i… znikła. Jak również i konstrukt wraz z dosiadającą go kurą.

I wtedy zaczął się gwar.

- Chodźmy na dół – skinął na was lord Blackthorn. – Coś czuję, że będzie dużo do omówienia.

I rzeczywiście, gdy zeszliście na parter, dyskusje trwały w najlepsze.

- Och, Tyberiusie, jesteś wreszcie! – jeden z krasnoludów, krępy rudobrody jegomość w żółtej urzędowej szacie z brylantowymi guzikami skinął na lorda i resztę. – Doprawdy, nie spodziewałem się, że ta chwila nadejdzie za naszego panowania. Najpierw wasze przybycie, teraz Polowanie. Ciekawe czasy…

- Cóż, jest w naszych stronach takie powiedzenie o ciekawych czasach – uśmiechnął się z przekąsem Blackthorn. – Lecz ono nie zwiastuje raczej nic dobrego. Oby u was było inaczej, Ubbe. Niemniej, chyba to by się zgadzało, skoro widzę naszą Alirę całą i zdrową – spojrzał w stronę smoczycy, która wyglądała na nieco oszołomioną.

- O, to raczej musiałbyś podziękować tym młodym oficerom – krasnolud kiwnął na dwójkę loupów. – Przywieźli twoją zgubę razem z wieściami o Polowaniu, chwilę przed Zwiastunem…

Tymczasem Aenghus najwyraźniej już nie mógł wytrzymać w milczeniu.

- Dlaczego akurat spośród wszystkich oficerów przysłali akurat ciebie? – warknął, podchodząc do wysokiego loupa. – Zwiastun doskonale wykonał swoją robotę, nie trzeba mu pomagać. Jednak Admiralicja zdecydowała, by wielki Walther Tromp przybył w chwale z wieściami dla sojusznika, co?

- Och, zazdrościmy? – odparował kpiącym tonem oficer. – Sławny Aenghus de Ruyter nie może znieść, że komuś innemu przypadła w udziale misja ku chwale Naivaru? Wiesz, nasza marynarka posiada wielu utalentowanych oficerów, nie tylko jednego o ego nadmuchanym pod sufit…

- Umiejętności mówią za siebie – wbił mu się w słowo Aenghus. – Nie królewska krew, jak w twoim przypadku. Och, tatuś szepnął słówko tu i ówdzie, by synek w końcu mógł ruszyć się z eskorty matecznika, co? A może nie chciał już na ciebie patrzeć i przypominać sobie, jak to jego jedyny syn zaprzepaścił mu szansę na przedłużenie rodu…? – spojrzał znacząco na towarzyszącego Waltherowi drugiego loupa, który do tej pory tylko przyglądał się wymianie zdań. Cokolwiek to znaczyło, wyraźnie trafiło we właściwy punkt, gdyż futro na karku Trompa nastroszyło się, a oczy zapłonęły gniewem.

- Nie waż się… - już unosił pięść, gdy jego towarzysz chwycił go za ramię szybkim ruchem.

- Uspokój się, Walther – powiedział stanowczo, po czym spojrzał na de Ruytera. – Aenghusie, naprawdę zamierzasz dalej drążyć ten temat? Wszyscy wiedzą, jak się z Waltherem uwielbiacie, ale tu nie ma żadnego drugiego dna. „Olyphant” był na miejscu, dostaliśmy misję i tyle z całej historii.

- Zapomniałeś mu powiedzieć, że król wybrał nas do reprezentowania Naivaru w Polowaniu – dodał jadowitym tonem Tromp.

Aenghus aż się zapowietrzył, co skwapliwie wykorzystał jego brat.

- Cieszymy się z wami – dał mu solidnego kuksańca pod żebra. – A ja osobiście liczę, by wam się powiodło jak najlepiej. Cokolwiek stanie przed wybranymi.

Blackthorn tymczasem zaczął rozmawiać z krasnoludami, które najwyraźniej chciały coś z nim omówić. Przynajmniej paru z nich, gdyż co najmniej dwóch przyglądało się temu z niesmakiem na twarzy i zaczęli szybko szeptać między sobą.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eLKTG.png

Aramil

 

Tenebral z bratem najwidoczniej nic nie wiedzieli o Świętej Kurze. Tak samo o innych rzeczach, które wymieniła Arlen. Chociaż z drugiej strony mogli wiedzieć całkiem dużo, ale po prostu nie znali tych nazw. Najprawdopodobniej zostały one w końcu nadane przez miejscowych w bliżej nieokreślonej przeszłości. Sami bracia zaś stwierdzili, że to nazwy im nic nie mówią. Można było spróbować wyjaśnić o jakie miejsca, czy efekty chodzi, ale na to z pewnością przyjdzie jeszcze czas. Może wtedy będą w stanie przybliżyć nieco naturę tych zjawisk. Póki co wrócili po krasnoludów. Odnalezienie ich i widok przedstawicieli tej dumnej rasy w takim stanie zasmuciło Aramila. Na początek podzielił się z nimi racjami, które miał przy sobie, aby przywrócić im nieco wigoru. Potem kiedy krasnoludu wyraziły gotowość do drogi ruszyli w kierunku wyjścia. Musieli się jeszcze zatrzymać aby zabrać ze sobą drugiego z braci. Aramil spojrzał na towarzyszących im krasnoludów i powrócił spojrzeniem do Arlen i Larson.

Pójdziemy przodem, a wy rozmówcie się z gospodarzem. - Oznajmił i poprowadził dalej górników. Nie chciał, aby byli świadkami tego co miało się wydarzyć. Nie wiedział, czy przypadkiem Penn'rhyn podczas przechodzenia w amulet nie przybierze formy z ognia o kształcie pradawnego. Znając religię miejscowych coś takiego z pewnością przyciągnęłoby za dużo uwagi, a potem wymagało wielu tłumaczeń, których niekoniecznie chcieli. Dlatego elf odszedł z krasnoludami jak najszybciej, a potem zwolnił kroku, aby reszta mogła ich dogonić już z medalionem posiadającym dwa kryształy dusz braci.

 

W krasnoludzkiej kopalni zostali przywitani ciepło, bo jakżeby inaczej. Na przywitanie wyszedł im znajomu loup i krasnoludzka kwatermistrzyni. Na pierwsze słowa wilkopodobnego elf się lekko skrzywił.

Spotkaliśmy Azerów. Weszliście do nich do domu i potraktowali was jak najeźdźców. Wyjaśniliśmy nieporozumienie i oczekują poselstwa. Teraz w grę wejdzie dyplomacja i może będziecie mieć nie tylko dostęp do ich korytarzy, a nawet nowego sojusznika. - Wyjaśnił po krótce - Ale o szczegółach będziemy rozmawiać w ratuszu. Chodźmy - Dał znak Yennfrey, aby ich prowadziła i ruszyli w drogę powrotną do tego cuchnącego miasta. Trzeba było wziąć ze sobą tą cholerną maskę i nosić ją na co dzień na ulicy.

W ratuszu czuć było nerwową atmosferę. Widok Lorda, który w spokoju się czemuś przyglądał uspokajał. Elf od razu zerknął co się działo na dole i jak tylko zobaczył znajomą łuskowatą twarz uśmiech rozpromienił mu oblicze. Od razu klepnął w ramię Arlen i wskazał gestem stojącą na dole drakonkę. Widok towarzysza wracającego zza grobu był jedną z lepszych rzeczy w życiu, które elf nauczył się doceniać podczas wojny. Kiedy byli już obok lorda z uwagą przyglądał się i przysłuchiwał temu co działo się na dole. Kiedy posłaniec zniknął Lord zakomenderował zejście na dół.

Będziemy musieli złożyć raport z wyprawy, bo ruiny były... hmmm... pradawne. - Powiedział do lorda szeptem, aby jak najmniej osób to słyszało. O towarzyszy się nie przejmował, ale nie chciał aby miejscowi za wiele usłyszeli.

Na dole elf nie wtrącał się w rozmowę Lorda z urzędnikami. Zamiast tego podszedł z uśmiechem do drakonki. Najpierw wyciągnął rękę na powitanie, a potem objął ją serdecznie.

Dobrze Cię widzieć całą. - Powiedział do niej zniżając głos, aby nie przeszkadzać rozmowie Lorda - Sashelasowi dzięki za to, że Cię uratował. Będziesz musiała opowiedzieć jak przetrwałaś, ale to przy kuflu w karczmie.

Na kłótnię loupów elf wolał nie reagować, bo nie była to jego sprawa. Gdy jednak ta się zakończyła podszedł do dwóch nowoprzybyłych uścisnąć im prawicę.

Dziękujemy za ocalenie i przywiezienie naszej towarzyszki.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

3x4wrFa.png

Alira

 

Every day like the Last ♪

 

Komuś tak skłonnego do życia w momencie jak Alira, bardzo rzadko zdarzało się myśleć o tym, co stanie się z nią po śmierci. Wizja Celestii, którą roztaczali przed nią w jej dziecięcych latach mędrcy klanu, nie brzmiała aż tak źle. Nie można by ją nazwać najżarliwszą z wiernych, ale zdarzało jej się modlić od często... Od czasu do czasu... Dobra, zwykle tylko wtedy, gdy groziła jej nieuchronna śmierć, ale to musiało się coś liczyć, prawda? Tylko, że według opowieści miała obudzić się pośród bezmiernych traw, a nie - na zimnych i twardych deskach. Chwiejnych, do tego. Podłoże kolebało się równomiernie: to wte, to wewte. Czuła się tak, jakby znowu była na jakimś... statku?

Po otwarciu powiek czekało na nią następne zaskoczenie.

 

Nie spodziewała się, że posłańcy Bahamuta będą tacy... No. Mały być łuski, smoki, może przystojni drakonowie, coś w tym rodzaju. Jakcyś ludzie, w ostateczności. Najwyższemu zdarzało się ukrywać swoją potęgę w pod tą postacią, mogło być tak samo z jego sługami. Ale... futro? To była nowość. Chwyciła się, zdezorientowana, za głowę.

Tłukło w niej, jak na krasnoludzkim weselu.

 

Przesłuchanie przeprowadzone przez Marteena i kapitana - którzy okazali się być bardzo materialni - wyjaśniło sytuację.

 

Aha. Czyli jeszcze nie czekało na nią sielskie, wieczne życie.

 

To, jak traktowali ją nowo poznani nie było niczym niespodziewanym. Dodatkowo, mieli do tego bezsporne powody - jej spotkanie z jaszczroczłekami o tym przypomniało. Zastanowiło ją przez moment, jak zareagowałaby jej rodzina na takie porównania drakona do jakiejś... byle jaszczurki. Duma i honor, wbijane jej przez lata do głowy dyktowały jej, że nie powinna pozostawiać tego bez odzewu. Doświadczenie i rozsądek nauczyło ją jednak, że wszczynanie awantur pod pretekstem prawego oburzenia naprawdę nie poprawi opinii o jej rasie. Co dopiero jeszcze wykłócaniem się ludźmi... Znaczy, loupami, których pierwszą reakcją na jej podobieństwo do wroga nie było wyrzucenie jej za burtę. Poprzestała tylko na uprzejmym i cierpliwym poprawianiu, gdy ktoś zwracał się w jej kierunku.

Jedyne, co pozostało, to ubrania na jej grzbiecie. Wszytko inne zabrały fale. Tylko trochę smutny był fakt, że jej ukochany łuk gdzieś butwieje, porzucony, na dnie morza.

Co do reszty: a, pal licho. Wciąż miała jeszcze swoją siłę, determinację, a co najważniejsze - swój żywot. Trochę poobijany, ale wciąż cały. Tylko to się liczyło.

 

***

 

- Heeeeeeej. Hej! - próby skontaktowania się ze znajdującymi się na drugiej stronie sali znajomymi najgłośniejszym szeptem, na jaki się ośmieliła, skończyły się uciszającymi ją syknięciami i gromiącymi spojrzeniami. Tak samo jak dyskretne-ale-wcale-nie entuzjastyczne machanie w ich kierunku. Powitanie musiała zostawić na później.

Ostatnią postacią, którą spodziewała się, że będzie powodem całego ceremonialnego klękania okaże się... Kura. Co prawda, ujeżdżająca pokaźnego... konstrukta? Zbroję? Ale nadal tylko kura. W myślach wzruszyła ramionami. Nie ma co osądzać, mogło być gorzej. Jakiś kult składający w ofierze swojemu bogowi martwych smokowców, czy coś. Pozostało jej tylko uznać powszechne uwielbienie upierzonego posłańca jako nową rzeczywistość.

 

Szansa na spotkanie nadeszła, tuż po przemówieniu. Przywitała Blackthorna może niezbyt uroczystym, ale pozytywnym uniesieniem kciuka w górę. Wciąż dochodziła do siebie po ponownym zobaczeniu swoich towarzyszy podróży.

Poklepała radośnie Aramila po plecach w odpowiedzi na jego uścisk i wyszczerzyła się do reszty.

- Dobrze, że wy też jesteście cali i zdrowi. Już się bałam, że skończyliście gorzej niż ja.

Nachyliła się, rozglądając się szybko dookoła, po czym zapytała się konspiratorskim szeptem.

- Wy też widzieliście tą kurę, prawda? Nie przywidziało mi się coś?

 

Zmarszczyła z politowaniem ołuskowioną brew na słowa Aenghusa. Ten to dopiero wyglądał na kogoś, kto łatwo odpuszcza urazy.

Edytowane przez Iwettia

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Greace

 

Niestety, pradawni nie znali tychże magicznych tworów, a przynajmniej się do tego nie przyznawali. Może za to byliby w stanie rozpoznać magię, gdy zbliżyliby się do któregoś z miejsc lub pomóc jakoś w zrozumieniu ich. Tak czy inaczej ich towarzystwo mogło się przydać. O samej wyprawie chciała trochę opowiedzieć, jednak nie za wiele, ale tempo na to nie pozwoliło. Ponownie gryzący dym i brud miasta... Mogła w sumie zachować dziwną maskę, no ale cóż. Za późno.

 

Ratusz był oszałamiający, kapłanka nie zdążyła się nawet przebrać, więc pełny, lekko zakrwawiony rysztunek wzbudził zaciekawienie wojskowych. Na szczęście Yenn miała chyba wystarczającą siłę przebicia swoimi papierami, że nic się nie stało.

Bardziej od samego budynku bardziej osołomiła ją kura. No dobra... Była dziwna, ale żeby aż tak? Tego Arlen się zupełnie nie spodziewała. Nie mniej zaskakująca była Alira. W końcu nie często spotyka się kogoś, czyją śmierć się już opiło... Ale to spotkanie było bardzo miłe i optymistyczne. Może jednak więcej osób przeżyło bitwę? Ale już jedno życie napawało pyratkę radością.

- Musimy więc sobie wszystko opowiedzieć... My myśleliśmy, że nie przeżyłaś bitwy... A my opowiemy bo no... Bo tą kurę widzimy znowu

 

Przeczekała jeszcze kłótnię, która zbyt przyjemna nie była i zapytała na koniec, ni to lorda, ni to do Loupów.

- Więc od początku... Co nas ominęło?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

7bXS2rc.jpg

Jorus Uradowany Barbarzyńca

 

- To... tyle? - zdziwił się Jorus gdy już było po wszystkim i medalion z dwoma pradawnymi mendami był w ich rękach. W sumie medalion z dwoma mendami. Mendalion? Ha, dobre! Tyle, że barbarzńca był trochę zawiedziony. Spodziewał się jasnych promieni światła, które by od nich teraz zaczęły bić czy też czegoś w tym stylu... może wybuchów ognia w tle. A tymczasem po prostu dostali błyskotkę i... no nic. Widać z tą magią pradawnych to nie do końca tak super. No... ale teraz mogli przynajmniej wrócić. Dość już tych podziemi. Krasnoludy tymczasem powinny być zadowolone bo wracali z kilkoma z nich.

 

Na górze nie czekała jednak impreza ku chwale bohaterów tylko informacja by iść do ratusza. Medale tam może jakieś wręczą? No ale nie, Jorus znów się zawiódł. Ale dostali inną niespodziankę.

- Ha, to Alira! Widać smokowca nie tak łatwo ubić! - ucieszył się widząc znajomą łuskowatą sylwetkę. Nie można było jednak podbiec do cudownie uratowanej towarzyszki bo przeszkadzało w tym zbiegowisko zebrane wokół... zbroi? I kury. Zdecydowanie kury siedzącej na gadającej zbroi.

- Koleżanka Staruchy? - rzucił Jorus zerkając na torbę Larson. Teraz nie było jednak szans zagadać kokoszki.

Zbroja jednak przyniosła ciekawe wieści - wyglądało na to, że Polowanie faktycznie się rozpoczynało. Teraz tylko pozostawało mieć nadzieję, że lord ich jakoś w to wkręci bo to mogła być epicka rzecz.

Chwilowo jednak mogli zejść do wszystkich i wreszcie przywitać Alirę. Jorus wykorzystał okazję by chwycić ją w ramiona i przytulić porządnie na powitanie.

- Ha, wydajesz się cała. Żaden duch nas nie nawiedza! - ucieszył się. - Dałaś nam nauczkę  by nie stawiać na tobie kreski póki się ciała nie znajdzie. I dobrze! Drużyna znów w komplecie! - stwierdził zadowolony. - A kurą się nie przejmuj - dodał zaraz ciszej. - Mamy swoją, Staruchę! - zapewnił. Bo w końcu nie byli gorsi od tutejszych bogów, swój drób mięli.

- E, szefie... - zagadnął do Blackthorna gdy już przywitał porządnie Alirę. - To Polowanie... startujemy jako nacja wyprawy albo coś? - zapytał z nadzieją.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12g325B.jpg

Larson

 

 

Czarodziejka stwierdziła, że nagadała się już dość. Limit co najmniej miesięczny został dziś wyczerpany, dlatego gdy eteryczni bracia odpowiedzieli na jej pytania tematu nie drążyła, poza tym ucieszyła się gdy niedługo potem padła decyzja o opuszczeniu tego miejsca.

Trochę świeżego powietrza, tego jej teraz było trzeba. Świeżego powietrza i odpoczynku, zresztą tak samo jak ci biedni górnicy, których Pradawny omamił i przetrzymywał. Nawet czując się tak paskudnie, po niedawnej walce i utracie przytomności, czarodziejka stwierdziła oglądając ich zagubione, umęczone twarze, że ci brodacze byli i tak w paskudniejszej sytuacji. Współczuła im. Nigdy się nie dowiedzą co tak naprawdę ich trafiło. Oby też żaden członek wyprawy nie został podobnie omotany przez tę dwójkę z medalionu - pomyślała gdy zmierzali już ku wyjściu. Zaufanie trzeba zbudować od podstaw.  

Miała nadzieję, że uda się bez zbędnej zwłoki udać bezpośrednio na statek, dlatego jęknęła w duchu widząc "komitet powitalny" i słysząc od Yennfrey że potrzebują ich w Ratuszu. Na teraz zaraz, w samym gnieździe tutejszych polityków, gdzie nie wiadomo ile ale na pewno z parę ważnych głów siedzi. I teraz wyszło na to, że medalion trzeba tam zabrać, no niech to szlag trafi. Towarzysze zajęli się gadaniem, sprzedawaniem odpowiedniej historyjki by dopiąć temat kopalni, więc czarodziejka mogła tylko z niezadowoloną miną słuchać, zamartwiając się co będzie dalej a potem podążyć za kompanią oraz przewodniczką tam, gdzie wzywali.  

 

Larson straciła poczucie czasu, nie była pewna jak długo łażą po tych tunelach, chociaż nie mógł minąć więcej jak pełen dzień. Okazać się mogło, że chyba nawet mniej bo na dworze panowały ciemności. Siadła na wskazanym miejscu w parowym wozie i zerkała na towarzyszy, zastanawiając się cóż musiało się stać że tak nagle wszystkich wzywają. Może ten ważniak, którego Aramil obraził, użył swoich koneksji i cała kompania miała kłopoty?   

 

Okazało się, że sprawa nie tyczy się nawet misji z kopalni, a rzeczy znacznie ważniejszych. Polowanie na Róg oraz.... powrót do świata żywych. 

Co do pierwszej sprawy, mówiąc krótko - działo się. Larson skorzystała bezzwłocznie z zaproszenia przełożonego, przywitała go salutując, usłuchała polecenia i nie zamierzała się odzywać w czasie ceremonii. Poczucie zmęczenia wyparowało z niej, gdy zauważyła co niezwykłego dzieje się właśnie przed jej oczyma. Na tyle, na ile mogła, postarała się zająć takie miejsce na galeryjce by mieć dobry widok na całe zajście, tutejszych kapłanów, konstrukt oraz jego zwierzęcą towarzyszkę. Choć niektórzy uznaliby że to co się tu dzieje to jakaś parodia uroczystości, to jednak dało się wyczuć w powietrzu te napięcie, patos, podniosłość chwili. Głos konstruktu przyprawił magiczkę o dreszcz.  

Starała się zapamiętać szczegóły zajścia, gesty, słowa które padły; wszystko mogło mieć znaczenie. A potem posłusznie zeszła za dowódcą, dalej nie odzywając się ni słowem, pozwalając reszcie przejąc inicjatywę. 

 

A druga sprawa... powrót z martwych pewnej smoczycy, nie mniej ważne to wydarzenie. Kąciki ust Larson podniosły się i jej zmęczoną twarz trochę się rozpromieniła na widok kompanki. 

- Dobrze jest znów cię widzieć. - przywitała się, mniej wylewnie od takiego Jorusa co już łapał w objęcia i pewnie myślał jak tu zorganizować popijawę powitalną. Aramil już w sumie to zaproponował.

- Widzieliśmy. Tutaj kury uważają za święte a jak ktoś się z takową zadaje, jest nazywany boskim wybrańcem. I tak w zasadzie to nas uznano tu za boskich posłańców, bo uczepiła się nas taka inna, czarna kura  - dodała, by wyjaśnić Alirze to, czego w czas jej nieobecności sami się dowiedzieli. 

Czarodziejka nie zamierzała tez wtrącać się w spory tutejszych, tym bardziej że nie była pewna, czy dobrze zrozumiała o co ta cała kłótnia a tym bardziej wątpiła by jej słowa mogły tu coś pomóc, dlatego nic nie mówiła by nie komplikować sprawy. Mentalnie w sumie stała po stronie Aenghusa bo go znała. To, że w ratuszu był tez Hati i akurat też zeszedł tutaj ze swym bratem, uznała za istny uśmiech losu. Zamierzała zagadnąć czarodzieja, w związku z tym medalionem, poprosić o spotkanie w mniej kameralnym gronie, ale to za chwilę, może kiedy towarzystwo będzie się już rozchodzić. 

- Gratulacje. I tak, dziękujemy za sprowadzenie Aliry całej.  - zwróciła się do nowo poznanych, w sumie powtarzając słowa towarzyszy, ale nic mądrzejszego do głowy jej nie przyszło. - I w sumie, do wyjaśnienia co nas ominęło przydałoby się nakreślenie, co teraz wszystkich czeka.  - dodała do rzuconego w eter komentarza Arlen - Polowanie na Róg się zaczęło i...? - zawiesiła głos, popatrzyła po zebranych pytająco. 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Walther i Maarten przyglądali się swym rozmówcom z nieskrywanym zaciekawieniem. W przypadku kapitana można było powiedzieć również o sporej rezerwie i dozie ostrożności w jego spojrzeniu i postawie, zaś jego partner wręcz emanował spokojem. Tworzyli interesującą parę, w pewnym sensie przypominającą Aenghusa i Hatiego, choć oczywiście tamci dwaj byli braćmi, a Tromp i de With dzielili ze sobą łoże.

- Dobrze słyszałem, że towarzyszy wam kura? – zapytał w końcu Maarten, zdradzając tym samym główny powód zainteresowania swego i partnera. – Doprawdy, to niezwykłe. Jak i w ogóle wasza obecność tutaj. Alira już opowiedziała nam co nieco, ale opowieść to jedno, a zobaczenie na własne oczy… Zaiste, niezwykłe – powtórzył.

- I tak, ekhm… nie ma sprawy – odchrząknął kapitan Tromp. – Spełniliśmy nasz obowiązek. Teraz zaś zaczynamy Polowanie… cóż, jeśli dobrze pamiętam, musimy wyruszyć we wskazane przez Zwiastuna miejsce po informacje gdzie zacząć. A potem… wyprawa. Przygoda i chwała – specjalnie zaakcentował ostatnie słowa, kierując spojrzenie na Aenghusa. Uśmieszek na jego twarzy był nieprzypadkowy. Złotofutry loup milczał, naburmuszony, jakby wstydził się kolejnego wybuchu, choć niewątpliwie bardzo by chciał obrzucić Trompa inwektywami.

- Rozumując czysto technicznie, nasi goście nie mogą wziąć udziału w Polowaniu – do rozmowy przyłączył się nowy głos, należący do siwobrodego krasnoludzkiego kapłana w powłóczystej szacie, z wysoką laską w ręku. – Przynajmniej nie jako frakcja. Nie pochodzą z Archipelagu i bogowie nie spojrzeliby na nich przychylnie, gdyby usiłowali naginać nasze obyczaje. Po prawdzie jednak, właśnie o tym rozmawiamy – skinął w stronę Blackthorna, który słuchał właśnie żywo tłumaczącego mu coś krasnoluda, któremu wejść w słowo próbowała dwójka wcześniej szepczących. – Rada thane’ów rozważa wystąpienie do was z prośbą o reprezentowanie Ulverden w Polowaniu. Choć z pewnością w naszych granicach znalazłoby się wielu śmiałków, którzy mogliby wystąpić w naszym imieniu, brakuje nam… pasji, odrobiny szaleństwa, nieszablonowego myślenia. Doszliśmy do sukcesów metodyczną pracą, natomiast Polowanie jest inne. Ono przyciąga niespokojne dusze. Bogowie to czują i tak kierują losem odpowiedzialnych za wybór, by był on jak najtrafniejszy. Twój wybór też nie był przypadkiem, kapitanie Tromp – zwrócił się do loupa. – Mundur może próbować cię w sztywne ramy ograniczeń, lecz nie jest w stanie zgasić ognia, który tli się wewnątrz – położył dłoń na szerokiej piersi Walthera i uśmiechnął się dobrotliwie, kierując spojrzenie na Aenghusa. – Pana też nie ominie przygoda, kapitanie de Ruyter. W końcu każda drużyna reprezentantów musi mieć swój okręt – zauważył. – Zaś boskie znaki wyraźnie wskazują, iż obecne Polowanie może być ważniejsze od dawnych. Kto wie, może nawet będzie ostatnim? – zastanawiał się.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eLKTG.png

Aramil

 

Po serii przywitań z towarzyszką, która wróciła między żywych nadszedł czas na zajęcie się sprawami Polowania. Krasnoludy widocznie już na ten temat debatowały. Aramil skłonił się lekko temu z którym rozmawiali.

Bylibyśmy zaszczyceni jeżeli zostalibyśmy wybrani. Decyzja jednak nie leży w naszej gestii i o ile osobiście się radujemy na taką możliwość, to dyskusje na ten temat należy przeprowadzić z Lordem. Faktem jest też, że będziemy potrzebować statku. Wieść zaś po karczmach niesie, że nie ma lepszego okrętu na Archipelagu niż "Strombringer". Ale co to za specjalne znaki sugerujące, że to Polowanie będzie inne niż poprzednie? - Zapytał krasnoluda z zaciekawieniem.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Greace

 

Robiło się coraz ciekawiej. Ich misją było pracowanie dla wyprawy, a nie dla miejscowym możnowładców, ale jeśli Lord Blackthorn stwierdzi, że takie będzie ich zadanie - wziąć udział w Polowaniu na Róg - to kapłanka nie będzie miała nic przeciwko. 

- Tak, czarnopiórka pojawia się blisko nas zawsze, gdy coś się dzieję. Nie potrafimy tego wytłumaczyć. - przyznała rację Maartenowi. Skoro już wszyscy wiedzieli, to nie było tego po co ukrywać.

 

Pojawienie się kapłana ucieszyło też Arlen, mogła w końcu wypytać kogoś o wszelkie sprawy związane z religią w tych stronach i dowiedzieć się czegoś od kogoś, kto faktycznie się na tym zna.

- Owszem, bylibyśmy zaszczyceni, jednak sami jesteśmy tu z misją z Amn. Mamy rozwiązywać problemy na potrzeby wyprawy. Jednak jeśli Lord stwierdzi, że wchodzi to w zakres naszych obowiązków, to oczywiście stawimy się w gotowości. I tak jak wspominał Aramil, potrzebujemy okrętu - nasz okręt flagowy - jak pewnie państwu wiadomo - zatonął, a reszta jest w trakcie remontu po bitwie. Jestem Arlen De'Greace - przedstawiła się kapłanowi, uświadamiając sobie nagle, że się nie przedstawiła, ale z drugiej strony on też nie. - Wyprawa pod patronatem także naszych bogów może być faktycznie czymś, co może być ciekawe.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12g325B.jpg

Larson

 

Czarodziejka kiwnęła głową gdy zapytano o towarzyszkę - kurę. Gdyby nie tłumy oraz zamieszanie wokół, może by nawet zdecydowała się zajrzeć do torby i sprawdzić czy Starucha dalej tam siedzi, ale pokazanie teraz kurzej towarzyszki mogło się skończyć podobnie jak w karczmie a czarodziejka wolała nie robić wokół siebie zbyt dużego zamieszania. Uzyskała odpowiedzi na pytania, więc część jej ciekawości została już zaspokojona, ale dołączyła się do pytań towarzyszy serwując kolejne, związane z zapamiętanymi z ogłoszenia konstrukta. 

- Gdzie znajduje się wspomniana Wyspa Zwiastunów? To już bardzo blisko tego Oka Świata o którym nam wcześniej opowiadaliście? - zwróciła się bardziej do znajomych loupów - I trzy cykle, ile to dni? Trzeba będzie wyruszać w wielkim pośpiechu by trafić na wyznaczone miejsce?  

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

7bXS2rc.jpg

Jorus Niespokojny Barbarzyca

 

- No towarzyszy nam Starucha. Mogę za tłumacza nawet robić jakby trzeba - zapewnił Jorus. Aenghus i Hati świadkami - zarzekł się. Zaraz jednak zupełnie zapomniał o dwójce loupów a to za sprawą siwobrodego krasnoluda, który podszedł by przekazać im potencjalnie fantastyczne wieści.

- O tak, pasja i szaleństwo to zdecydowanie my! A gdyby matula miała mi drugie imię dawać to pewnie Niespokojny właśnie! W ogóle nie ma co do tego wątpliwości - zapewnił nawet nie starając się powstrzymać szerokiego uśmiechu. 

Wyglądało na to, że Jorus dość mocno podekscytował się perspektywą Polowania. I chyba nawet uznał, że już podjęto decyzję bo chwilę później dało się dosłyszeć jak wesoło nuci pod nosem coś w stylu "Hej ho, hej ho, na Polowanie by się szło!".

 

 

Edytowane przez Jedi Master

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

3x4wrFa.png

Alira

 

- Starucha! To nie jest imię, którego spodziewałam się tutaj usłyszeć. Nie mogę się doczekać, żeby ją znowu zobaczyć. - Perspektywa kury, jako towarzysza podróży była czymś niespodziewanym, ale na pewno nie niemile widzianym. W tym nadzieja, że czarne kury przynoszą więcej szczęścia niż czarne koty.

- Brałam już udział w polowaniach na mniej lub bardziej imponujące bestie, ale to Polowanie - takie z dużej litery - to będzie coś nowego. - Przytupnęła podekscytowana nogą - entuzjazm barbarzyńcy był zdecydowanie zaraźliwy. - Piszę się na to - nie ma mowy, żebym takie coś przegapiła. Eee... - Przystopowała, gdy przypomniały jej się słowa o ich pracodawcy - Znaczy się, to zależy co powie Lord Blackthorn. Szef ma zawsze rację, w końcu. A, no i statku nam brakuje. - podrapała się w zastanowieniu po brodzie.

Z tego co usłyszała wyglądało na to, że ich środki transportu wyszły z bijatyki w nie lepszym stanie niż ona. Nie była pewna, czy powinna bardziej czuć się podłamana, czy cieszyć się, że nie stracili wszystkiego.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Słysząc słowa Aramila o swoim okręcie, Aenghus od razu odzyskał rezon, wypinając dumnie pierś i posyłając Waltherowi tryumfalne spojrzenie. O ile już słowa kapłana nieco go podbudowały i poprawiły humor, to w tej chwili już znów nim promieniał. Zupełnie jakby zapomniał o wieściach, które przywiózł Tromp.

- Oczywiście, że chętnie zabierzemy was na pokład, drodzy towarzysze – wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – Akurat droga na Wyspę Zwiastunów nie jest obca mnie i mej załodze, a na wszelkie ewentualne niebezpieczeństwa na morzu mamy przygotowane odpowiedzi. „Stormbringer” powiezie was tam najpewniej, możecie być tego pewni.

- Trzy cykle to wbrew pozorom nie tak dużo czasu – Hati, dotychczas małomówny, włączył się do rozmowy. – To dokładnie trzy razy po osiem dni. Z pewnością nieco zejdzie na politykę, chwila na przygotowanie okrętu, potem sama droga… to dość blisko Oka Świata.

- Przy pomyślnych wiatrach będziemy mieli niezły zapas – wtrącił się Aenghus. – A ty, bracie, akurat dobrze się na tym znasz. Spokojna więc wasza rozczochrana – rzucił. – No… o ile wam pozwolą płynąć. Czy bogowie nie zesłali o tym jakichś znaków, szanowny? – zwrócił się do kapłana.

- Bogowie zsyłają różne znaki – odparł krasnolud tajemniczo, uśmiechając się pod wąsem. – Proponuję zdać się na ich osąd – spojrzał przy tym na Aramila, jakby chciał dać elfowi do zrozumienia, że nie ma co liczyć na precyzyjną odpowiedź. – Już sam fakt, że nasza starszyzna rozważa takie rozwiązanie, o czymś świadczy – dodał jednak, skłaniając pozostałych do myślenia. Bo rzeczywiście, gdyby spojrzeć na to wszystko z boku… jakie osoby u władzy oddałyby reprezentację swojego kraju w ważnym wydarzeniu w ręce dopiero co poznanych obcych? A jednak krasnoludy negocjowały takie rozwiązanie, choć jak było widać, nie wszystkim to się podobało, to sprawa była w toku.

Zresztą niedługo później podszedł do nich lord Blackthorn.

- Cóż, sprawa wygląda tak – przybrał oficjalną pozę, składając dłonie za sobą. – Rozmawiałem z kilkoma z miejscowych thane’ów i wszystko wskazuje na to, że jest wśród nich dość silny nacisk, podpierany, ekhm…, starożytnym proroctwem – zerknął kątem oka w stronę kapłana, który uśmiechał się tajemniczo – by wystąpić do nas z prośbą reprezentacji tutejszego kraju w Polowaniu na Róg. I rzeczywiście, wystąpili. Wprawdzie są tam jeszcze jakieś dyskusje – oszczędnym gestem wskazał na krasnoludów, którzy coraz głośniej i energiczniej wymieniali między sobą poglądy – ale nie ma to większego znaczenie, bo decyzja na pewno przejdzie. Zwłaszcza, że pierwsze słuchy o waszym sukcesie w kopalni powoli docierają tam, gdzie trzeba. Cóż, w związku z naszą obecną sytuacją i potrzebą sojuszy i rozeznania w świecie, który okazał się mniej niezamieszkany niż byśmy chcieli, postanowiłem przyjąć ich propozycję. Potrzebny będzie wam transport, ale o to bym się nie martwił. Krasnoludy coś zorganizują. Z mojej strony macie całkowitą autonomię na czas Polowania, proszę was tylko o jedno nie wywróćcie tego świata do góry nogami – uśmiechnął się półgębkiem, lecz jego oczy wyraźnie mówiły, że nie żartuje.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz