185 postów w tym temacie

7bXS2rc.jpg

Jorus Mało Dyskretny Barbarzyńca

 

Jorus może i najbardziej rozgarnięty nie był, ale nawet on jasno widział, że ta kura normalna nie była. Przede wszystkim to jak odpowiadała – wydawała się dużo bardziej rozgarnięta niż inne zwierzęta, wobec których w przeszłości miał okazję użyć swojej zdolności. No i także jemu nie umknął fakt, że kura wspominała, że brała udział w wydarzeniach sprzed 30 lat. Kury nie żyły tak długo. Ale też zwierzęta nie umiały raczej zmyślać. Mogło im się coś wydawać – stąd i pies szczeka w nocy na byle hałas, przekonany, że to złodziej czy inne zagrożenie – ale Jorus nie miał doświadczenia z takim, które by tak ubarwiało rzeczywistość. Chociaż z drugiej strony to była pierwsza kura, z którą gadał.

Niemniej póki co sam nie drążył i przekazał dalsze pytania Larson, przy czym do tego ostatniego o moce dodał kilka słów wyjaśnienia, bo nie wiedział czy Starucha ogarnie takie pojęcia jak „magiczne moce”. W sumie ciekawe czy kura ogarnia co to magia.

- Chodzi o to czy możesz nam powiedzieć czy umiesz robić coś, czego inne kury nie potrafią. Bo, że masz śliczne pióra i bardzo mądra jesteś to już wiemy. Ale nie wiem… jednym dziobnięciem umiesz odrąbać głowę komuś może? – zasugerował skalę o jaką mu chodziło, choć przykład był oczywiście absurdalny. Kura z migłbystalnym dziobem, to by było dopiero! Jak bardzo pokręcone w głowie musiałby mieć jakiś byt by stworzyć coś takiego?

Z mocą jednak czy nie, jeśli faktycznie biegała kiedyś za Maruderami, to ciekawe czy będzie później chętna do opowiedzenia o tym? Czy kury umieją opowiadać historie? Warto było sprawdzić. To by było jak opowieść z pierwszej ręki… Eeee… Pazura? Skrzydła? Nieważne.

Tak czy inaczej w międzyczasie rozmowa zeszłą na temat pradawnych i Jorus dał tu popisać się pozostałej dwójce. Oni lepiej wszystko potrafili opowiadać. Chociaż jak już skończyli, to zwrócił uwagę, że pominęli oboje jeden istotny szczegół.

- A tak w ogóle to ci Pradawni przypominają trochę z wyglądu waszych bogów – szepnął do Aenghusa, pochylając się ku niemu by ewentualni podsłuchiwacze nie słyszeli. W końcu tematy około religijne mieli zostawić w spokoju. – Ten Shibboleth to taki czarny lew praktycznie tylko wyprostowany jak człowiek chodzi. Macie tu lwy? Zresztą nieważne bo tak jak mówię, podobny do tych waszych bogów. Trochę z nim nawet piliśmy i gadaliśmy w noc przed samą wyprawą. Bardzo sympatyczny – stwierdził. Mimowolnie przypomniał sobie rozmowy z Shibem i to co tamten mówił o rozwiązłości swej rasy. Jorusa korciło by zapytać czy tutejsza trójca bogów też posuwa się we wszystkich dostępnych konfiguracjach, ale w końcu nawet on uznał, że nie jest to odpowiednie pytanie. Larson by nie aprobowała, zdecydowanie. Plus znowu - miało nie być gadania o religii.

- No ale tak... skoro kurę mamy to jak możemy dołączyć do tego Polowania na Róg jak byśmy chcieli? - zapytał Aenghusa. - Wyprawa do niedostępnego Oka Świata i poszukiwanie słynnego artefaktu by spotkać się z bogami to brzmi jak coś ciekawego, prawda, Starucho? - zerknął na kurę.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Młody loup zajęczał głośno, gdy Arlen oderwała ręcznik od rany, budząc tym samym nagły ruch ze strony swej matki, lecz Henry przytrzymał ją w miejscu, nie pozwalając przeszkadzać kapłance. Modlitwa wypełniła Arlen mocą, pozwalając jej zaleczyć paskudną ranę. Na oczach wszystkich ta zabliźniła się, a sam młodzik zadrżał i pojękując cicho otworzył powoli oczy.

- Cccooo… Mama…? – wykrztusił z siebie tylko tyle, gdyż zaraz zniknął w ramionach Ginevre. Kobieta tuliła go do siebie, szlochając cicho.

- Bogom niech będą dzięki… - wymamrotała, przyciskając syna do piersi. – Dziękuję… tobie – podniosła spojrzenie zapłakanych oczu na kapłankę. – Dziękuję… Gdybyś się nie zjawiła, mój… mój… - i znów zaniosła się płaczem. Henry położył jej dłoń na ramieniu.

- Już wszystko w porządku, siostro – pocieszył ją. Choć wyglądał na twardego faceta, wyraźnie było widać, że jest również mocno wstrząśnięty tym, co przed chwilą się wydarzyło. – Ja również ci dziękuję – rzekł do Arlen. – Obiecuję, że nikomu nie wspomnę o tym bez twojej woli, ale… muszę wiedzieć. Jak to zrobiłaś? Słyszałem, że na świecie jest wiele cudów, ale tak szybkie leczenie ran… Tego się nie spodziewałem – przyznał szczerze.

 

- Ktoś mi kiedyś mówił, że umiem – zagdakała kura w języku zrozumiałym wyłącznie dla barbarzyńcy. – Ale ja nie wiem. Robię to, co muszę i co chcę – dodała. Słabe wyjaśnienie, prawda? Lecz właściwie czego można się było spodziewać po kurze? – I tak, umiem odrąbać głowę dziobem. Owadom na przykład – jakby na znak potwierdzenia uderzyła dwa razy dziobem w podłogę.

Reszta tymczasem przysłuchiwała się opowieściom o Pradawnych. Aenghus nie wyglądał na specjalnie ukontentowanego słowami Larson czy Aramila – najwyraźniej oczekiwał czegoś więcej. Tego, co dał mu dopiero Jorus. Wzmianka o bogach poruszyła wszystkich. Rozległy się nerwowe szepty i coraz więcej spojrzeń powędrowało w stronę ich stolika.

- Nie wiem, czym jest ten lew, o którym mówisz – przyznał Aenghus, pociągając łyk rumu z kubka. – Ale że podobni do naszych bogów, powiadasz? Ha! To się Chlodvig ucieszy! – zaśmiał się. – Najpierw święty drób, teraz bogowie chodzący wśród śmiertelnych. Widać wasze ziemie muszą być jakimś rajem. Może wyście jakimiś ich sługami, co? – loup szturchnął łokciem Jorusa. – Albo i kompanami, skoro żeście pili z jednym z nich. Kto wie, może to takie wcale nie głupie, byście popłynęli po Róg? Wiecie, wysłannicy jednych bogów do drugich? Co myślisz, bracie? – szturchnął Hatiego. Ten podrapał się pod brodą.

- Teoretycznie, gdyby któraś z nacji wybrała was na reprezentantów… - zastanowił się. – Ale ciężko o tym gdybać, to decyzja dla trochę wyżej postawionych. O ile Polowanie rzeczywiście nadchodzi.

- A daj spokój, pewnie, że nadchodzi – rozentuzjazmował się Aenghus. – Słuchajcie, jeśli was ktoś wybierze, to płyniecie z nami. Nie ma na tych morzach lepszego okrętu niż „Stormbringer”! O lepszym kapitanie ode mnie też nie słyszałem – dodał nieskromnie, szczerząc zęby.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

7bXS2rc.jpg

Jorus Świecki Barbarzyńca

- Miałem na myśli większe cele, ale i tak… podziwiam precyzję zatem! – Jorus wyraził swoją opinię o zdolności kury do urywania łbów. Chwile później jednak kokoszka zeszła na drugi plan bo o to Aenghus zaczął jakieś niestworzone historię o ich grupie prawić.

- A gdzie tam! Jacy słudzy bogów?! – Jorus pokręcił głową. – Znaczy Arlen jest bo to kapłanka i to chyba tak jedno z drugiego wynika. Ale reszta z nas to chyba nie… a przynajmniej mi się nikt nie przyznał – zapewnił barbarzyńca. – Chociaż tam u nas za morzem takich znajdziesz więcej. Znaczy kapłanów, ale i innych. Są na przykład paladyni. Tacy święci rycerze to są i głownie ze złem walczą. Bardowie o nich potem ballady piszą i w karczmach śpiewają. O! I śpiewa się też o takich co to się ich Wybrańcami zwie. Czyli takich co to bogowie osobiście wybrali do jakichś wielkich czynów i mocami obdarowali. O tych to już całe serie ballad idą i dobry bard to całą noc o jednym takim śpiewać potrafi nie powtarzając się ani razu. No… i chyba kiedyś słyszałem, że niby dziesiątki lat temu to bogowie niby faktycznie po ziemi latali i się napierdzielali między sobą o coś, ale to by pewnie Arlen by lepiej wiedziała – Jorus podrapał się po brodzie z namysłem. – W sumie to pewnie fajnie tak by było dostać moce od boga. Wielkich czynów można by wtedy dokonać. Znaczy większych niż tak bez. Ale kto by tam wiedział jak bogowie wybierają sobie takich? No… może Arlen wie. To nasza ekspertka od boskich tematów. A Larson od tematów magii – stwierdził w końcu, bo w sumie nic mądrego w temacie nie przychodziło mu do głowy. On sam był ekspertem od napierdzielania w końcu. Ale tego już nie mówił na głos, bo w sumie musiał by wtedy i Aramilowi rolę jakiegoś eksperta przydzielić. Problem w tym, że choć Jorus wierzył, że elf ekspertem a w czymś jest to ciągle jeszcze nie potrafił określić w czym. Wolał więc nie przyznawać się do owej niewiedzy.

- Ale wracając… - to, że Jorus nie potrafił powiedzieć nic mądrego na jeden temat, nie sprawiało, że nie mógł przejść do kolejnego. – Raj to to u nas nie jest. Choćby trzydzieści latek temu, przed moim urodzeniem akurat, ten cały ambaras z umarlakami był. Do dziś w wielu miejscach zniszczeń po tamtej wojnie można zobaczyć. O, w sumie to Aramil może tu robić za eksperta! – ucieszył się Jorus, że wreszcie znalazł elfowi rolę. – Może pewnie poopowiadać jak to było bo żył wtedy już.

- A co do Polowania. To musi nas jakaś nacja wybierać? Bo w sumie my to sami za nację byśmy mogli robić, nie? – Jorus zaczął się zastanawiać na głos. – Nacja Faerunu. Czy tam Amn. Jak to już by lord zdecydował. Bo my to w sumie pewnie będziemy robić co on powie. Jego wyprawa – uznał Jorus.

- Choć za ofertę dziękujemy! Ja bym chętnie skorzystał jak by opcja była! – zapewnił na koniec.

 

Edytowane przez Jedi Master

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Greace

 

Wszystko się udało nawet sprawnie, co bardzo ucieszyło Arlen. Jednak młodzieniec był jednak tylko jedną osobą w morzu potrzeb. Z każda chwilą Arlen uświadamiała sobie jak ważne byłoby wprowadzenie tu kościołów, a dokładniej roli magii objawień. Leczenie chorób i zasklepianie ran ratowało setki istnień w każdej godzinie, a tutaj wszyscy po prostu umierali. Skoro tutejsi nie potrafili zasklepić nawet prostych ran, to może i w magii była również odpowiedź na klątwę nałożoną na Loupy? Ale to wymagałoby czasu i badań. Niebezpiecznych badań. Arlen dopiero uświadamiała sobie, że ona i Larson mogą być nadzieją dla Loupów. Nastały jednak niezręczne pytania. Na dodatek - o ile z Mistrzem Żywiołów można było porozmawiać, o tyle Henry był prostym człowiekiem.

- Pana siostra ma rację - Bogom niech będą dzięki. - przytaknęła - Nasze ludy nauczyły się "komunikować" w pewnym sensie z Bogami, byśmy w ich imieniu stawali kimś w rodzaju Mistrzów Żywiołów. Moim żywiołem jest światło: to płonące i to czyste - lecznicze. Mam nadzieję, że jeśli nasze ludy nawiążą kiedyś współpracę z wami, to nauczymy waszych kapłanów tejże komunikacji, bo u nas takie rzeczy nie jest niczym specjalnym.

Uśmiechnęła się spokojnie i zerknęła jeszcze na poszkodowanego, czy na pewno poszło wszystko w porządku. Po czym zwróciła się do Henrego.

- Ale muszę już iść, mógłbyś mnie odprowadzić? Tak szybko biegłam, że nie zapamiętałam trasy. Nie chcę, żeby moi przyjaciele się zaczęli martwić.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eLKTG.png

Aramil

 

No i całą dyskrecję szlag trafił, a raczej Jorus trafił. Fakt faktem miał aparycję jednego z tych wesołych "inteligentnych inaczej" i to pewnie mu ratowało skórę więcej niż raz, a do tego wyraźnie zarysowane mięśnie sprawiały, że nie każdy chciał z nim zadzierać... no ale jak on czasami coś palnął, to klękajcie narody. Teraz to już w ogóle. Trzeba było w jakiś sposób wyjść z sytuacji tak, by po pierwsze nie zostać zabitym, a po drugie nie zostać obwołanym boskim posłańcem. Takie coś mogło się ostatecznie źle skończyć. No bo w pewnym momencie będą musieli się zorientować, że coś jest nie tak i Ci posłańcy wcale nie są tymi za kogo są uznawani.

- Nie jesteśmy wysłannikami bogów tylko ludzi. Pradawni byli potężnymi magami, ale nie byli bogami. Chociaż możliwe, że niektórzy nimi zostali. Historia zna takie przypadki. Chociażby z waszych ludzkich bóstw - Aramil skierował swoje słowa do Larson i Jorusa - to bodajże Kelemvor i Mystra byli śmiertelnikami zanim zostali wyniesieni do boskości. Wśród elfickich bóstw też mamy takie. Wasza boska trójka to mogli być Pradawni, którzy dostąpili wyniesienia do boskości. Albo podobieństwo jest czysto przypadkowe. - A w przypadki zazwyczaj ciężko było uwierzyć. Już bardziej rzeczywista była trzecia opcja o której elf wolał nie wspominać, bo nazywanie czyichś bóstw oszustami nie było dobre dla zdrowia. - A o propozycji będziemy pamiętać, dziękujemy.

Kwestie opowieści o wojnie z Souldrake'm Aramil przemilczał. Nie były to rzeczy o których lubił opowiadać. Byly zbyt mroczne i zdecydowanie wolał mówić o tych bliższych w czasie wydarzeniach.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12g325B.jpg

Larson

No cóż kura... kura odpowiedziała tak, że ciężko było orzec czym naprawdę jest. Może chowańcem, może istota planarną; a może wynikiem magicznych eksperymentów. Na pewno nie była zwykłą kwoką, bo biegała za Maruderami. Tak więc, trzeba się było jej przyglądać, bacznie. 

- Jorusie, poprosisz Staruchę by towarzyszyła teraz nam? I nie oddalała się sama za bardzo czy za daleko. Nie chcemy by coś się jej stało. Będę wdzięczna.  

Czarodziejka wolała nie spuszczać z oka kury, acz to zadanie graniczyło z cudem i pewnie by było odebrane dziwnie, może nawet zahaczać o paranoję. Cormyrscy uczeni pewnie by obśmiali teorię jakoby drób miałby być istotą magiczną, lecz to co usłyszała Larson sprawiło, że daleka była od sądzenia by Starucha po prostu była byle kurą. 

 

Larson westchnęła gdy usłyszała wesoły wywód Jorusa. No cóż... kompan był w dobrym nastroju na wylewne opowiastki, ale może to i lepiej....

Sama nie była pewna ile można mówić a ile nie, acz tutejsi dziwnie się nie zachowywali, ba, nawet bardzo się interesowali opowieściami o tym co się w Faerunie dzieje, jak, po co, czym się różni świat poza Pierścieniem. I w zasadzie nie było nic w tym złego, by opowiadać... może nawet i wyprawa by skorzystała na zaciekawieniu tubylców, więc podsycanie jej byłoby tu wskazane. A Jorus to świetnie robił.

Chociaż bez błogosławieństwa lorda Blacthorna lub jakiegoś przełożonego nie czuła się komfortowo by prowadzić długie wykłady. Ot, chyba w tej kwestii trzeba się upewnić; co i jak, ile można, czy jest jakieś tabu. I sprawa będzie załatwiona. Grunt, że Jorus nikogo w swym śmieszkowaniu nie obraża. 

 

- Dokładnie. - przytaknęła na słowa towarzyszy - To czy moglibyśmy wziąć udział w Polowaniu na Róg w dużej mierze zależy od lorda Blackthorna. Jest naszym przełożonym i decyduje o przydziałach oraz celach wyprawy. - wyjaśniła innymi słowy to, co było oczywiste - Możliwe że zainteresuje go ten temat. Jak wspomnieli towarzysze, propozycja jest bardzo kusząca, ja bardzo chętnie zabrałabym się w taką wyprawę by zbadać to co może skrywać się w okolicy Oka Świata. 

Wytrzepała dłonie i wróciła na swoje miejsce. Nie chciała dalej dręczyć kury pytaniami, niewiele więcej mogłaby z niej wyciągnąć; brakowało jej pomysłu jak to dalej pociągnąć by wydobyć potwierdzenie swej teorii, a przy okazji nie zaniepokoić czy zdradzić coś dziwnego przysłuchującym się tubylcom. 

  - Możesz wyjaśnić co rozumiesz przez "jeśli was ktoś wybierze, to płyniecie z nami"? Kto nas może wybrać, są jakieś szczególne zasady komu wolno brać udział a komu nie? Musimy gdzieś złożyć jakieś papiery, kandydaturę, mamy jakieś terminy?  - dopytała, zamyślając się nad tą sprawą. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Hati wypił jeszcze jeden łyk rumu, po czym złożył ramiona na piersi i zaczął opowiadać.

- Nie jestem ekspertem w tych sprawach – zaznaczył. – Jeśli dobrze pamiętam, Polowanie zaczynało się w momencie przybycia boskich wysłanników, po jednym do serca każdej nacji Archipelagu. Z oczywistych względów więc wy za taką nację nie możecie stanowić, gdyż nie jesteście stąd. Niemniej, każdy naród może sobie dowolnie wybrać reprezentantów, z tym, że nie może być to więcej niż pięć osób. Może być jedna, mogą cztery – obojętnie – wyjaśnił loup. – Wszyscy podróżują na wyspę w pobliżu Oka, gdzie odbywa się prezentacja wybranych… a potem już są poszukiwania. Zasady działania są dość… luźne. Właściwie nie określono żadnych, poza jedną – wszelkie próby i zadania, za których wykonanie otrzymuje się wskazówki co do Rogu, bądź jego samego, muszą być wykonane przez reprezentantów. Inaczej spotka ich boska kara – zastrzegł. – I nie pytajcie mnie, co to dokładnie znaczy – nie wiem więcej, niż wy teraz.

- Na pewno nie będzie nudno – wtrącił Aenghus, korzystając, że chwilowo jego brat zamilkł. – Tymczasem nie przejmujcie się tym, co ma nadejść. Ktoś na pewno zadba o to, abyście się nie nudzili. Na początek ja, bo jak wiecie – w wielu miejscach bywałem, z niejednego pieca chleb jadłem i niejednej kobiecie zawróciłem w głowie. Za tak bogatym doświadczeniem idzie wiele ciekawych opowieści, na przykład tego jednego razu, gdy zawinęliśmy do jednego takiego cichego portu…

 

I w taki właśnie sposób, przy jedzeniu, piciu i rozmowach miło upłynął im cały wieczór. Za jakiś czas do tawerny wróciła Arlen, przyprowadzona z powrotem przez Henry’ego. Loup podziękował jej raz jeszcze, zapewniając, że jeśli będzie potrzebowała kiedykolwiek pomocy, zawsze może na niego liczyć. Cóż, dobrze było zjednać sobie przyjazną osobę już pierwszego dnia. Kapłanka dołączyła do pozostałych, w końcu mogąc skorzystać z okazji do posilenia się. Zaś wkrótce później wszyscy udali się na spoczynek, zasypiając z myślami, co takiego może ich czekać w następnym dniu.

 

Rano, gdy już zbudzili się i pozbierali, czekało na nich śniadanie w głównej izbie. Wkrótce potem, zgodnie z zapowiedzią, przybyła doń Yennfreya. Krasnoludka wyglądała na niewyspaną, co zresztą potwierdziła przy stole długim, nieskrępowanym ziewnięciem.

- Kończcie sobie śniadanie w spokoju – machnęła ręką, gdy zaczęli się podnosić. – Wasz przełożony rozmawiał już z naszymi władzami. Jak skończycie, to was do niego zaprowadzę. Co do tych rzeczy, o które prosiliście… większość dało się załatwić do spółki z waszymi zapasami z okrętów i tym, co mamy na składach. Nie mamy jednak żadnego tarana i tej, no… fletni pana – oznajmiła ku żalowi Jorusa. – Topór się za to jakiś znalazł, tak jak i te dziwne składniki, o które pani prosiła – zwróciła się do Larson. – Ubrania też powinny być gotowe, co najwyżej zostaną ostateczne poprawki. Dziury na ogony zaszyte, dopilnowałam – zaznaczyła. Gdy tylko wszyscy skończyli jeść, Yennfreya dała znak do wymarszu.

Brannfjell za dnia było znacznie bardziej gwarne i zatłoczone niż to, co widzieli poprzedniego wieczora. Wprawdzie dzielnica loupów wyglądała na nieco opustoszałą, lecz gdy już opuścili „pływające” budynki, wracając na stały ląd, starli się z rzeczywistością wielkiego miasta. Krasnoludy różnej płci, wieku i stanu przemierzały ulice, idąc do pracy, odwiedzając sklepy, rozmawiając ze sobą czy po prostu spędzając czas wolny. Na ulicach nie widywało się praktycznie zwierząt, za to po ziemi przemykały powozy parowe, dodając swoją dawkę dymu do powietrza, do którego chyba wszyscy tu byli przyzwyczajeni, gdyż nikt nie marszczył twarzy ani nie zatykał nosa, chodząc na zewnątrz. Oczywiście, widok osobników z zupełnie nieznanej rasy przyciągał spojrzenia, lecz w tym całym tłumie nawet nie było to zbyt nachalne. Ot, kolejna rzecz, do której trzeba było się przyzwyczaić.

Yennfreya zaprowadziła ich do zupełnie innej części miasta, różniącej się nieco od tego, co mieli okazję już zobaczyć. Owszem, architektura zdawała się podobna, lecz budynki były jakby nieco większe, a co więcej, pojawiły się również tereny zielone. Oto przeszli przez park, gdzie przestrzeń pomiędzy równo wytyczonymi ścieżkami zajmowała sobie trawa, krzewy oraz drzewa. Zza nich dało się dostrzec sporych rozmiarów budynek z jasnego kamienia, do którego właśnie prowadziła ich krasnoludka. Jak wkrótce wyjaśniła, był to jeden z apartamentów rządowych, służący thane’om na różne okazje. W środku, w bogato wyposażonym gabinecie, spotkali lorda Blackthorna. Naturalnie, szef wyprawy od razu zaczął wypytywać ich o pierwsze wrażenia i poprzedni wieczór. Gdy usłyszał opowieść do końca, jego twarz przybrała ciekawy wyraz.

- Polowanie na Róg, powiadacie? Jeden z thane’ów, z którym miałem okazję rozmawiać, również o tym wspomniał. Rodzi interesujące możliwości, ale na razie musimy skupić się na sprawach bieżących. Otóż udało mi się wynegocjować wstępne porozumienie między nami, a władzami Ulverden, dzięki któremu krasnoludy udzielą nam azylu i pomogą w dojściu do siebie po tej całej katastrofie. Myślę, że w tej chwili i tak musimy się wstrzymać z dalszą drogą. Natrafiliśmy na zaawansowaną cywilizację, wiemy już że są też inne, być może mniej przyjazne. W najbliższym czasie musimy się skupić na nawiązaniu dobrych stosunków z miejscowymi. Mówiąc o tym… będę miał dla was zadanie – Blackthorn złożył ręce za plecami i zaczął spacerować po pokoju. – Krasnoludy zapytały mnie, czy dysponuję ludźmi do zadań, jak to określili, „wymagających pewnej wiedzy i być może przemocy”. No i tak się składa, że mam – uśmiechnął się pod nosem. – Chodzi o jakiś problem w kopalniach pod wulkanem. Dokopali się do nowych tuneli, które musiał ktoś przed nimi wyryć. Podobno jest tam jakaś bogata żyła metali. Problem w tym, że coś dziwnego zaczęło dziać się z górnikami – dodał lord. – Ale o szczegółach już nie mówili. Dowiecie się więcej na miejscu od Mistrza Ziemi, który nadzoruje całą operację. Zatem, jak tylko będziecie gotowi – do dzieła!

Mówiąc o gotowości, lord Tyberius miał na myśli pełne wyposażenie się w to, co zdołało dostarczyć kwatermistrzostwo i zapakowanie się w podstawione wozy parowe. Podróż tym ustrojstwem przez miasto była o dziwo dość wygodna i całkiem sprawna. Nie szarpały jak konie, jechały w miarę równo i dość szybko, mimo ruchu panującego na ulicach. Wozy miały oznakowanie urzędowe, co sprawiało, że przestrzeń przed nimi w niemal magiczny sposób zwalniała się, gdy jechały naprzód. Tym samym nasi towarzysze w miarę sprawnie opuścili gąszcz budynków i mury miejskie, za którymi rozciągały się kolejne ulice, nieco niższa zabudowa, a potem… cóż, skały i roślinność, przez całą drogę do podnóża wulkanu, gdzie mieli okazję zobaczyć krajobraz typowych kopalni – hałdy, rudę i dużo skomplikowanej maszynerii. Ich przewodnik, starszy krasnolud o flegmatycznym charakterze, poprowadził ich ku jednej z wind, którą zjechali do niższych tuneli. Pod ziemią było dość gorąco, bliskość wielkich pieców przetapiających surówkę oraz głównego źródła ciepła, jaką było serce wulkanu, sprawiały iż pot niemal od razu zaperlił się na twarzach wszystkich. Krasnolud, który najwyraźniej był do tego przyzwyczajony, prowadził ich naprzód stałym, choć nieśpiesznym krokiem. Przeszli przez długi korytarz, potem wykutymi w skale krętymi schodami w dół, aż do kolejnej jamy i potem jeszcze wąskim tunelem, aż usłyszeli jednostajny stukot kilofów. W słabym świetle lamp naftowych zamajaczyła im sylwetka loupa o ciemnoszarym futrze, opartego jedną dłonią o skałę. Od jego dłoni rozchodziły się świetliste żyłki mocy, spowijające spory kawał ściany, którą właśnie kuło dwóch krasnoludów.

- Panie Crestfallen – odezwał się flegmatyczny krasnolud. – Pańska ekipa, o którą pan prosił.

Loup otworzył przymknięte w koncentracji powieki i obrócił się nieco, nie zdejmując jednak dłoni ze ściany. Pajęczyna żyłek tylko nieznacznie przygasła.

- No w końcu – rzucił obcesowo. – Kogo my tu mamy? Dotarły do mnie już słuchy, że to jacyś niezwykli przyjezdni, no, no… rzeczywiście. Wybaczcie proszę odzienie, tu jest cholernie gorąco – jakoś dopiero teraz zwróciliście uwagę, że loup paradował w samych majtkach. Najwyraźniej jednak nikomu wokół to nie przeszkadzało, jak i samemu zainteresowanemu. Futro w końcu miało swoje prawa i ograniczenia. – Jestem James Crestfallen, ale możecie mi mówić Jim. Mam nadzieję, że jesteście dość kompetentni, bo sytuacja jest poważna. Dokopaliśmy się do jakichś starych tuneli. Kto je zbudował – za cholerę nie wiem i mnie to nie obchodzi póki co. Większość i tak jest zawalona, a nas nie interesuje żadna archeologia tylko żyła metalu, którą tam wyczułem. No i oczywiście bezpieczeństwo moich ludzi – dodał z naciskiem. – Kiedy zaczęliśmy sprawdzać te tunele, napadły na nas jakieś dziwne płonące istoty, podobne trochę do krasnoludów. Daliśmy im łupnia i się zwinęły, ale potem zaczęło się dziać coś dziwnego. Moi ludzie zaczęli narzekać na koszmary, jakieś szepty przez sen. Budzą się rano zmęczeni, muszę ich częściej wymieniać. Do tego paru z nich polazło bez nadzoru w to zapadlisko i do tej pory nie wrócili. A oczywiście na wszystkie moje prośby o przydzielenie nam ekipy do zbadania tego ratusz odpowiedział dopiero teraz… - loup pokręcił z niedowierzaniem głową.

- Ratusz przyśle tu wkrótce wyprawę badawczą – zabrzmiał dumnie brzmiący głos zza waszych pleców. Na Jamesa zadziałał wręcz jak płachta na byka. Dosłownie się najeżył, a ściana, o którą się opierał, zapłonęła bardziej żywym blaskiem. Odwracając się, zobaczyliście tęgiego, czarnobrodego krasnoluda w cylindrze na głowie i z wąską laską w dłoni, którą stukał sobie w podłoże, wygrywając jakiś irytujący rytm. – Och, Jim, może ciebie archeologia nie obchodzi, ale zapewniam, że są w mieście osoby, które mają inne zdanie. Kto wie, może właśnie dokopaliście się do ruin jakiejś starożytnej, zaawansowanej technologicznie rasy? A może jesteście o krok od odkrycia jakiegoś nowego rodzaju magii? Ich obecność tutaj – wskazał na was – jest doskonałym świadectwem o tym, że wszystko, co znaliśmy do tej pory, jest niepełne i może zmienić się z dnia na dzień.

- To cudownie, że tak dbasz o społeczeństwo, Brann – wycedził Crestfallen z ironią w głosie. – I o tych wszystkich pobratymców, którzy być może właśnie dopiekają się na rożnach tego płonącego ludu z podziemi. Ale co z tego, skoro rodzinka może położyć łapy na tym, co znaleźliśmy, nie? Zapewniam cię, póki ja prowadzę ten wykop, twoja noga nie postanie nawet metr poniżej tej podłogi. A teraz wynoś się do swojego wymuskanego gabinetu i daj nam pracować.

- Och, mocne słowa jak na dzikusa – odpowiedział z przekąsem krasnolud. – A może akurat ci mili państwo mają nieco mniej ograniczony umysł od wioskowego pchlarza, który urodził się z mocą i już mu się wydaje, że może każdego ustawiać po kątach? Moi drodzy, bylibyście może zainteresowani współpracą? Zapewne to, o czym mówi wam Jim, jest poważne i w ogóle, ale jemu w głowie tylko ciężki metal. A tam mogą być różne cuda, za które moja rodzina chętnie zapłaci brzęczącą monetą. Powiedzmy, tysiąc złotych suwerenów za prawo do wszystkiego, co odkryjecie, poza tym metalem. Umowa stoi? – uśmiechnął się szeroko, poprawiając monokl.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12g325B.jpg

Larson

 

Zdobyte informacje o Polowaniu były nader przydatne, lecz jak słusznie lord zaznaczył, to pieśń przyszłości. Póki co, szykowała się dla nich misja z nieco może mniejszym rozmachem, lecz za to potencjalnie niebezpieczna także ważna. Chodziło o bezpieczeństwo pracujących górników. 

Tak więc, ze swym czarnym kotem przy nodze i czarną kura w torbie, doposażona we wszystkie brakujące komponenty i broń, ubrana w nowy strój (w którym sprawdziła, tak, dziury na tyłku nie było), mogła ruszyć wraz z towarzystwem na miejsce tajemniczych wykopalisk. 

Jako że nigdy nie była fanka jazdy konno sposób podróży z użyciem maszyn parowych bardzo się jej spodobał.

Vangie został poinstruowany by nie robić krzywdy Staruszce, a jednak kocia bestia pozostawała ciekawska i gapiła się ciągle na torbę swojej pani, wypatrując wychylającej się raz za razem kurzej główki. Raz próbował kurę pacnąć łapą, ale po ostrej reprymendzie czarodziejki odpuścił sobie takie "zabawy". Z chowańcem siedzącym na kolanach Larson oglądała architekturę miasta które opuszczali a potem już bardziej dziką przestrzeń, widoki zmieniały się im bliżej do wulkanu. 

W środku było paskudnie gorąco. Czraodziejka postanowiła otworzyć torbę by kura się tam w środku nie ugotowała na miękko.To nie były najprzyjemniejsze warunki do pracy. A gdy tutejszy mistrz żywiołów wyprowadził w szczegóły problemu to Larson przeczuwała, że to nie będzie łatwa misja. Nie miała temu loupowi za złe że był oschły, ba, nawet go rozumiała; zajmował się swoją robotą a nie mistycyzmem i wolał by problemem zajęto się szybko oraz profesjonalnie. Na jego miejscu miałaby pewno podobne nastawienie. 

Miała zadać parę pytań, układała je już w głowie, lecz wtem, pojawił się inny jegomość, a sama rozmowa nabrała nowego wydźwięku. 

Padła propozycja. Larson chyba ta kwota nie zaimponowała; pośrednio dlatego, że nie miała za bardzo odniesienia co do tutejszej waluty. Trochę też dlatego, że nie była z natury człekiem który czułby się zmotywowany obietnicą sporej sumy pieniędzy w kieszeni. Tym bardziej, że ta sprawa jej się nie podobała; cokolwiek znaleziono lub uwolniono przez wykopaliska mogło wpływać na umysły humanoidów powodując koszmary a może i nawet szaleństwo; tak więc targi dotyczą sprzedaży przedmiotów niebezpiecznych, w ciemno. Które mogą zrobić potem krzywdę kupującemu. 

Larson patrzyła na krasnoluda który proponował targi marszcząc brwi.

 

Czraodziejka może i nie była mistrzem wyłapywania podtesktów czy subtelności w rozmowie, jednak tu wyraźnie widziała że ci dwoje, krasnolud i loup, są w jakimś konflikcie. A to trochę wpływało na sytuację. Rozmowa potoczyła się tak, że niejako należałoby postawić się po stronie racji jednego lub drugiego, prawda? A Larson nie odpowiedziała wprost na zadaną ofertę. 

 

- Panie Crestfallen, będziemy potrzebować jakichś danych osobowych albo opisu cech charakterystycznych osób zaginionych. - odezwała się, zwracając ku szaremu futrzakowi - Oprócz tego, może pan powiedzieć coś o zachowaniu owych ognistych stworów? Atakowały grupami? Zdawały się zorganizowane czy raczej bezmyślne? Potrafiły latać? Wyłaniały się ze skał czy spod ziemi? Wydawały jakieś dźwięki a może coś mówiły? Chciałabym się dowiedzieć czego się po nich spodziewać. A wy już macie z nimi doświadczenie w boju.  - dopytywała najpierw Loupa. Dopiero potem zwróciła się do krasnoluda. 

- Naszym głównym zadaniem jest zbadać co złego dzieje się tutaj, czy coś zagraża tutejszym. Zostaliśmy wysłani raczej po to by zabezpieczyć teren a nie wydobywać jakieś artefakty. Jeśli to co zostało odkryte pod ziemią będzie potencjalnie niebezpieczne powinno zostać bardzo skrupulatnie zabezpieczone  - oznajmiła spokojnym głosem - a pytanie brzmi, czy dysponuje pan odpowiednim zapleczem ekspertów i środków by powziąć na siebie taką odpowiedzialność, panie Brann? Czy chodzi panu tylko o to by na tym znalezisku potem dobrze zarobić.  

Największą swą wątpliwość czarodzieja postanowiła wyrazić jasno i na głos. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

7bXS2rc.jpg

Jorus Zdecydowany Barbarzyńca

 

Reszta wieczoru upłynęła Jorusowi dość przyjemnie na piciu i spędzaniu czasu w nowopoznanym towarzystwie. Z kurą już nie było co dalej gadać, zebrani w tawernie problemów nie robili, ot sielanka. Można było naprawdę zapomnieć o tym, że przepłynęli taki kawał wody, starli się z przeważającymi siłami i potracili tylu dobrych ludzi.

Ale to było wtedy. Teraz było teraz. Jutro też miało być teraz ale to… no jutro. Czy jakoś tak.

Poranek w każdym razie okazał się początkowo miłą kontynuacją wieczoru. Dobre jedzonko na start a potem pojawiła się Yennfreya z zapasami. Jorusowi morda się uhahała na widok czekającego wśród tobołków topora. Wreszcie nie będzie czuł się półnagi. Małe toporki co prawda miał, ale to jak chodzić po karczmie w samych gaciach. Ale takie porządne toporzysko to już co innego. W sumie w redukowaniu poziomu półnagości pomogły też inne dostarczone rzeczy, choć trochę żal się robiło jak się widziało, że Arlen znowu dostała jakąś puszkę by się do niej załadować.

Uposażeni wrócili do lorda gdzie Jorus mógł się oddać radosnej opowieści dziwach jakie się tutaj wyprawia z kurami i zareklamować owo Polowanie na Róg, do którego aż się palił. Ucieszył się więc słysząc, że Blackthorn myśli o tym w kategoriach możliwości. Równie dobrą nowiną było to, że dostali nowe zadanie. Ku niemu zaś wyruszyli niedługo potem.

Jorus nie mógł się zdecydować co myśleć o tych całych wozach parowych. Niby magia jak magia, jak zwykle dla niego zupełnie niezrozumiała, ale jednak jakoś latanie na smoku wydawało mu się bardziej naturalne. Brak jakichś koni czy czegoś zostawiającego co jakiś czas placek na drodze, budził w nim jakiś niewyjaśniony niepokój. Nie mogli, cholera, dać jakichś sztucznych koni chociaż? Na kółkach takich. Ale nie. I choć podróż była nawet wygodna to finalnie Joruis z ulga opuścił pojazd. Klaustrofobiczne tunele kopalni zdecydowanie bardziej mu odpowiadały.

Tam też spotkali kolejnego z tutejszych mistrzów żywiołów, tym razem od kamyków. To on wyjaśnił im co na rzeczy. Przerwał mu jednak kolejny jegomość, niejaki Brann, który jakoś od początku nie przypadł Jorusowi do gustu.

- Ni chuja! – odpowiedział więc dosadnie na propozycję umowy zaplatając ramiona na piersi. – Ja tam nic nie oddaję w ciemno – dodał zdecydowanie, tonem, który sugerował, że nie ma dalszej dyskusji. – Zresztą jak ktoś jest do wyratowania to na tym się skupić trzeba. A jak coś przy okazji się znajdzie to się znajdzie, jak się da to się i to wyniesie, wtedy można podyskutować. Ale James dobrze tu gada, trza się zając żywymi by takimi pozostali, arachnofobią można się zajmować później – przedstawił swój punkt widzenia.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Greace

 

Powrót i dalsze picie było względnie spokojne, tak jak i sen, co kapłance było bardzo na rękę. Miała także rację co to tego, że pomoc krasnoludów nie jest bezinteresowna, sprawdziło się również to, że zostaną wysłani w kierunku wulkanu. Niestety też dostała się na pokład parowej maszyny. Śmierdziało, hałasowało, ale Arlen nie narzekała. W końcu mogła ubrać się jak człowiek, a nawet była opancerzona! W końcu nie wyglądała ciut jak ulicznica, a to było zdecydowanie na plus.

Jednak wszystko związane z krasnoludzką technologią bardzo ją intrygowało - również w innych specjalnościach niż, "na bogów, jak to może AŻ TAK śmierdzieć!?". Przykładem była krasnoludzka winda. Niby na Faerunie krasnale miały podobne, ale mimo to ciekawiło ją, co może utrzymać tak wielki ciężar i jeszcze ciągać go góra-dół.

Mistrz ziemi wywarł średnie wrażenie. Czy wszystkie Loupy lubiły paradować pół-nago? Ten na dodatek był o wiele mniej sympatyczny od pozostałych, ale można było zrozumieć dlaczego. 

Larson wypowiedziała się za grupę wyczerpując niemal zasób pytań, ale mimo to, Arlen wolała jednak dopytać.

- Przepędziliście, to znaczy że zabiliście, tak? Jeśli tak, to macie jakieś ciała czy coś, ci można by obejrzeć? 

 

Potem przybył krasnolud który wywarł jeszcze gorsze wrażenie od Loupa. "Jestem bogaty, więc wszystko mi się należy!", a przynajmniej tak te słowa zrozumiała Arlen. Postanowiła być ciut delikatniejsza od Jorusa. choć się z nim zgadzała. Jeśli kurs walut jest tu podobny, to od 1000 na głowię dopiero by zaczęła się zastanawiać. Ale ważniejsze było jednak zlikwidowanie problemu, który zapewne był magiczny.

- Tak, póki co najważniejsze jest życie górników. I tych którzy są pod ziemią i tych, którzy w przyszłości będą tam mogli zejść. W "naszej" magii jest wiele sposobów by pozbyć się różnych klątw, a te sny wyglądają mi właśnie na jakąś, mniej lub bardziej niebezpieczną klątwę... Tak propo, Panie Crestfallen, moglibyśmy przed wyruszeniem spotkać się z kimś, kto właśnie narzeka na te szepty? - zapytała Loupa, a potem wróciła do Krasnoluda.

 Poza tym, nie wiem jak u Was, ale u Nas pracownicy nie zarządzają kopalnią i raczej nie mają praw do sprzedawania czegokolwiek z niej.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eLKTG.png

Aramil

 

Okazało się, że to całe Polowanie było niczym jakieś igrzyska, tyle, że areną była cała wyspa. Chociaż w sumie na wyspie była prezentacja, a nie powiedziano wprost, że tylko tam są poszukiwania. Tak czy inaczej konkurenci się znali, a jako że nie było zasad, to nie trudno było sobie wyobrazić jak jedni sabotowali drugich. Niebezpieczna zabawa. Niemniej wzbudzała sporą ciekawość nie tylko Aramila biorąc pod uwagę reakcje reszty drużyny. Temat jednak szybko zboczył i resztę wieczoru spędzili na radosnych opowiastkach. Poranek zaś przywitał ich postacią kwatermistrzyni, która wywiązała się wzorowo ze swoich obowiązków, a przynajmniej w ocenie Aramila, który dostał to czego potrzebował. Zaraz po zakończeniu śniadania i doekwipowaniu się ruszyli na spotkanie lorda Blackthorne'a, któremu ku uciesze Aramila towarzyszył Aiel. Elf z jednej strony obawiał się tego, co się z nim dzieje ze względu na to, że nie wracał, ale z drugiej wiedział że nic mu się nie stało, bo gdyby tak było, to by to przecież odczuł. Elf pozwolił barbarzyńcy podzielić się wieściami z poprzeniego wieczoru. W końcu widać po nim było, że aż rwał się do tego, aby o wszystkim opowiedzieć. Zupełnie jak z małym dzieckiem. Aramil jedynie dopowiadał jakieś rzeczy kiedy uznawał, że jest to konieczne dla rozjaśnienia sytuacji. Tyberius zaś wyjawił im że dostali od swoich gospodarzy misję do wykonania. Dobrze. Będzie okazja odwdzięczyć się za uratowanie tyłka na morzu. Jedynym problemem było to, że mieli się tam dostać wozami parowymi. Te ustrojstwa były czymś do czego Aramil nie był w stanie się za nic przyzwyczaić. Zdecydowanie wolałby udać się na miejsce konno, czy też zwykłym powozem, czy bryczką. Niestety musieli korzystać z tego czegoś więc przełykając niesmak przebył drogę w ciszy.

Kopalnia do której dotarli była w sumie tym czego można było się spodziewać po kopalni przy wulkanie. Krasnoludy miały szczęście, że nie przekopały się nigdzie do lawy. Chociaż widząc w akcji Mistrza Ziemi Aramil mógłby się założyć, że szczęście nie miało z tym wiele wspólnego. Pokrótce przedstawił im sytuację, którą mieli zbadać i wtedy pojawił się ON. Postawa i słowa krasnoluda sprawiły, że krew w elfie się zagotowała (co wcale nie było trudne biorąc pod uwagę temperaturę). Nawet nie zwrócił uwagę na słowa Arlen, która stojąc koło loupa powiedziała, że potrafi zdejmować klątwy. Ruszył powolnym krokiem w kierunku krasnoluda, którego znali tylko z imienia - Brann.

Nie ma zaplecza. - Odpowiedział na pytanie Larson zanim zdążył to zrobić krasnolud - Gdyby miał, to przyszedłby tu z oficjalnym dokumentem mówiącym o tym, że mamy mu oddać wszystko co znajdziemy. A takiego dokumentu nie ma, prawda? - Zadał retoryczne pytanie i uśmiechnął się szelmowsko - Ja już dobrze znam takie chciwe mendy. Na wojnie też ich pełno było. Chcieli zarobić kosztem swoich braci. Bo tylko to się dla nich liczyło, zarobek. Straciliśmy przez takich dużo dobrych ludzi. Za każdym razem się im jednak odwdzięczaliśmy. - Ostatnie słowo wycedził przez zęby nie zostawiając złudzenia o jaką wdzięczność chodziło - No i wiecie co... Nie byli w stanie sobie wykupić powrotu do życia. Radzę panie Brann przyjść z oficjalnym pismem albo spierdalać póki grzecznie proszę, bo w kopalniach zdarzają się wypadki... - Ciężko było stwierdzić kiedy to się stało, ale w ręku Aramila w którymś momencie pojawił się sztylet.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Widząc jak rozwija się sytuacja, na twarz Jamesa wstąpiło rozbawienie, mocno zabarwione złośliwością. Zwłaszcza gdy Aramil zaczął swoje „przedstawienie”. Loup oparł się wygodnie o ścianę, dalej czyniąc magię dłonią – nic nie mówił, jednak z jego oczu i mowy ciała jasno dało się wywnioskować, iż kierunek, w którym zmierza rozmowa bardzo mu odpowiadał. Widok zmieniającej się z sekundy na sekundę miny krasnoluda sprawiał mu niemałą satysfakcję.

Co innego Brann, który właśnie w zupełności został ofiarą słownego ataku, jakkolwiek zawoalowanego, lecz w pełni zrozumiałego dla ludzi jego pokroju. Elf przemawiał bowiem językiem, który dla szlachty był zrozumiały bez względu na to, z jakiego zakątka świata pochodziła. Po początkowej dobrotliwości, na twarzy krasnoluda odmalowało się zaskoczenie, postępująca obawa, aż w końcu gniew. Najwyraźniej nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.

- Grozisz mi, przybłędo? – wycedził, wskazując laską na Aramila. Wydobycie z siebie głosu zajęło mu dobrą chwilę, dając elfowi do zrozumienia, że trafił w czuły punkt. – Doprawdy, guzik mnie obchodzi, skąd przybyliście i komu zdążyliście już wejść w dupę, by mieszać się do spraw, które was nie dotyczą. Oświadczam wam, że ja, Brann Svartskjegg Harbaron, mam wystarczająco środków i wpływów, by zająć się tą sprawą tak, jak to powinno być zrobione. Skoro jednak nie jesteście zainteresowani moją ofertą, niech będzie. Żebyście potem nie żałowali – pomachał jeszcze laską, po czym odwrócił się na pięcie. – Żegnam – rzucił. I odszedł.

Crestfallen gwizdnął przeciągle.

- Dupek – stwierdził, stukając miarowo pazurem w skałę. – Doprawdy, miło popatrzeć, jak ktoś mu się stawia. Robi się z pięć razy bardziej nadęty niż zawsze. Szkoda, że przy tym nie pękł… Można by pomóc, ale potem byłby kryminał, trochę szkoda. No, niestety będziecie musieli na niego uważać – dodał loup. – Jego rodzina ma spore wpływy w rządzie, może wam trochę utrudnić życie. Ale, szkoda czasu na tego kretyna. Pytaliście o te stwory. No, one trochę podobne do krasnoludów były, ale zamiast włosów i brody miały ogień. I miedzianą skórę, chyba. Dokładnie nie było widać. Zabiliśmy paru, ale zabrali ciała, więc nie zobaczycie na własne oczy. A jeśli chodzi o moich górników, to o co ich chcecie pytać? Już zdążyli mi powiedzieć, że różne rzeczy im się śnią. Albo goni ich jakiś cień, albo coś do nich mówi – straszy, grozi albo kusi. Że niby kopalnia jest przeklęta i muszą uciekać, bo inaczej ich rodziny pochorują się i umrą. Albo w ogóle mamroczą coś bez sensu. Za dużo tego i zbyt porąbane, by doszukiwać się logiki w tych bajdurzeniach – stwierdził ponurym tonem. – Ja muszę ich uspokajać, pomagać im, by mogli pracować, a nie jeszcze podsycać tę paranoję. Więc lepiej będzie, jeśli nie będziecie ich wypytywać – dodał z naciskiem. – Ale zgoda, to wszystko jest bardzo dziwne. Obstawiam, że czegoś się tam nawdychali, więc w razie czego dam wam maski, by i was nie dotknęło. To jak, bierzecie tę robotę? – zapytał bez ceregieli.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eLKTG.png

Aramil

 

Elf prychnął na oburzenie krasnoluda.

Nie tylko Ty jesteś tu szlachcicem z szerokimi wpływami. A Twoje chyba nie są tak szerokie skoro zamiast załatwiać sprawę jak należy zaczynasz od dupy strony jak ostatni łotr.

Widok odchodzącego krasnoluda od razu poprawił atmosferę. Czemu zawsze w każdej rasie trafiały się takie ofermy i gnidy, które myślały, że jak mają pieniądze to im wszystko wolno. Władza wymagała odpowiedzialności i ogólnie specjalnego typu ludzi, a ten tu krasnolud z całą pewnością do nich nie należał. Tacy krzykacze mogą narobić smrodu, ale zawsze znajdzie się ktoś rozsądny, kto będzie w stanie się z nimi uporać.

Sztylet został szybko schowany, a Aramil wrócił do słuchania loupa i jego opisu.

Brzmi jak Azer. Co sądzisz? - Skomentował wygląd i spojrzał na Larson w celu zasięgnięcia drugiej opinii. Swoją drogą ciekawe jak by to wyglądało gdyby mistrz ognia kontrolujący ten żywioł stanął do walki ze stworem z planu ognia.

Na ostatnie pytanie loupa uśmiechnął się jeszcze szelmowsko.

A czy Brann jest chciwą mendą?

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Greace

 

Może i nie zgadzała się z podejściem Aramila do problemów, ale w sumie był skuteczny i osiągnął taki efekt, o jaki się wszyscy starali.  Ale trzeba było wrócić do zlecenia.

Nie powiedziałam, że muszę z nimi rozmawiać. Ale gdybyśmy ich, wraz z Larson, przebadali, to mielibyśmy wszyscy lepszy wzgląd w sytuację. - dopiero w tym momencie zrozumiała, że Loup może nie rozumieć ich magii. 

- Ach, przepraszam. Nasza magia na razie jest dla was tak niezrozumiała, jak Wasza dla nas... Chciałam sprawdzić, czy w umysły górników wgryzła się magia, czy raczej trucizna. Jeśli nie będzie śladów magii, to zapewne ma Pan rację i czegoś się nawdychali.

Po chwili wtrącił się Aramil.

- Co to jest Azer? Bo mnie to na jakiegoś przeklętego umarłego raczej wygląda... Wiele duchów potrafi paskudnie wpłynąć na umysł. - zapytała i skomentowała co o tym wszystkim myśli.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

7bXS2rc.jpg

Jorus Gotowy Barbarzyńca

 

Jorus miał lekkie wątpliwości czy nie potraktował krasnoluda zbyt nieprzyjaźnie i czy nie zarobi kolejnej pogadanki z Larson, ale Aramil rozwiał jego obawy zachowując się zdecydowanie ostrzej. Barbarzyńca uważał elfa za kogoś, kto generalnie jest obyty w świecie więc skoro to co zrobił było w porządku to tym bardziej Jorus nie musiał się przejmować. Półelf był więc zadowolony z siebie - ogarniał tą cholerną dyplomancje.

A że krasnolud-dupek się zmył to podwójny sukces.

Towarzysze zaczęli się więc skupiać na określeniu z czym może im przyjść się mierzyć. Jorus był gotów iść od razu i po prostu zrobić rozpoznanie bojem, no ale cóż, może faktycznie była jakaś wartość dodana w tym przegadaniu sprawy.

- Azor, nie Azor, jeden pies. Pokazali już, że da się je ubić więc najważniejsze wiemy - wyraził swoją opinię. - A że magii chyba ci górnicy nie używają to przecie ducha by nie pokonali, nie? Toż wiadomo, że zwykła stal się takich zmor nie ima, nie? - upewnił się. Jego wiedza powszechna należała głównie do gatunku "co mi powiedział jeden koleś w barze" więc warto było zweryfikować.

- Tak czy siak ja jestem gotów w każdej chwili ruszać! - zapewnił ochoczo.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12g325B.jpg

Larson

 

Czarodziejka odprowadziła krasnoluda wzrokiem, westchnęła cicho.

No to się porobiło.

Tak czy siak, jeden problem natury moralnej z głowy, nie trzeba się głowić nad propozycją, była nieaktualna. Pozostaje powrócić do priorytetów a potem martwić się o to, że prawdopodobnie jako drużyna dorobili się już pierwszego wroga. Tu jeszcze nic nie było przesądzone; los czy bogowie mogą tak zarządzić, że spotkają jeszcze mości Branna i wtedy się zobaczy.

Na pewno to, czego drużyna dowie się schodząc do kopalni, tak czy siak może jeszcze sporo namieszać w kontaktach z loupem jak i krasnoludem. 

  

- Myślę że bierzemy tę robotę - tymczasem, zwróciła się do Jamesa - a jak ma się tutejszym pogorszyć to nie będę ich męczyć pytaniami. A czy noszą na sobie ślady magii możemy sprawdzić bez rozmawiania z nimi, wystarczy że zaprowadzi nas pan tam gdzie pracują i pozwoli popatrzeć.   - dodała do propozycji Arlen. 

Potem odniosła się do trafnej sugestii Aramila; tak, też jej to przez myśl przeszło, zwłaszcza gdy loup doprecyzował swój opis. 

- Wiele podobieństw na to wskazuje. A skoro są tam oni, mogą być i magiczne skarby. - mruknęła. A skoro padło pytanie, zaraz poczuła się zobowiązana by wyjaśnić. - Azerowie, ci o których ja czytałam, to krasnoludy z Planu Żywiołu Ognia. Tak jak pan Crestfallen opisał, nie mają włosów, brody i czupryny to żywy ogień. Żywioł ten prześlizguje się po ich ciałach, więc jeśli zaatakujemy ich z bliska, dotkniemy - wtedy oberwiemy dodatkowo. Ci Azerowie, którzy znani są u nas, są odporni na działanie ognia i trucizny, więc większość moich zaklęć jest bezużyteczna - skrzywiła się na tę myśl. Miała bardzo ograniczone możliwości manewru gdyby doszło do starcia.

 - Tak, zwykła broń będzie na nich dobra ale lepiej by było walczyć z nimi z dala, Jorusie. Chyba że nie straszne ci liczne poparzenia - zwróciła się do barbarzyńcy i tak rzekła w odpowiedzi na jego gorączkowe zapędy do bójki z tymi istotami - Ci uzbrojeni w broń z metalu będą najgroźniejsi. Pozostaje nam mieć nadzieję, że tutejsi nie będą mocniejsi lub inni, z jakichś nieznanych nam powodów. Bo te koszmary i omamy nie brzmią już jak coś co w oczywisty sposób powiązać można z Azerami.   

Oby nie było zbyt wielu różnic. - dodała w duchu. 

- A te maski o jakich pan wspomniał.... jak nas ochronią przed jakąś trucizną w powietrzu, mogą się przydać. - odniosła się jeszcze do propozycji loupa. Nie była pewna co dokładnie dostanie, czy będzie to po prostu kawałek szmaty do owinięcia wokół twarzy czy co, ale jeśli tutejszy sugeruje że może pomóc - chciała skorzystać.

- Chętnie pożyczę dla siebie jedną.   

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Loup skinął głową.

- Niech będzie, możecie się im przyjrzeć – zgodził się. – Ale z odległości, tylko obserwacja. Nie chcę, byście ich nękali pytaniami. Oni dalej pracują tam na dole, tylko nie w tych nowych tunelach. Chwilowo nie ma tam nikogo z górników – dodał, odrywając dłoń od skały. Wzór nakreślony przez magię zniknął. – Gunn, idź po Vertakena i przekaż mu dowodzenie tu na górze. Powiedz, że zszedłem z ekipą na dół i niedługo wrócę – pouczył krasnoluda operującego kilofem. Ten przytaknął i poszedł wypełnić polecenie. James kiwnął na towarzyszy i ruszył w głąb tunelu. Kilka minut później jechali już kolejną windą w dół, przez skały. Musieli zbliżać się do centrum wulkanu, gdyż z każdym pokonanym metrem robiło się coraz cieplej.

Winda w końcu uderzyła w ziemię, ukazując rozciągającą się przed nimi ogromną pieczarę, dokładnie oświetloną lampami naftowymi. Liczne wsporniki wzmacniające strop i ściany rzucały długie cienie w ich płomieniach. Zewsząd dochodził miarowy stukot kilofów odłupujących kolejne warstwy skał w poszukiwaniu cennej rudy. Kilka wózków nią wypełnionych stało już w kolejce do wyprowadzenia w górę.

Crestfallen poprowadził pozostałych pieczarą do pracującej na uboczu grupy górników. Krasnoludy z zewnątrz wyglądały całkiem normalnie. Niektórzy byli trochę zmęczeni, lecz nie bardziej niż od ciężkiej pracy. Zaklęcie wykrycia magii nie odniosło tu żadnych skutków – najwyraźniej górnicy nie padli ofiarą żadnego złego uroku. Cóż, być może rzeczywiście loup miał rację i chodziło o jakieś paskudztwo, które wisiało w powietrzu? Tym chętniej towarzysze odebrali od niego specjalne maski, które miały chronić ich przed wdychaniem trucizn. Wyglądały one dość… upiornie, ale skoro miały spełniać swą rolę, nie należało narzekać.

Kiedy skończyli z górnikami, James poprowadził ich do kolejnego tunelu, który kończył się opadającym w dół szybem. Tu, jak zapowiadał Mistrz Ziemi, mieli się chwilowo rozstać. Szyb był zapieczętowany metalową płytą i pilnowany przez czterech uzbrojonych krasnoludów.

- Dobra, dalej już pójdziecie sami – oznajmił James. – Chłopaki wciąż tu będą, więc w razie gdybyście wrócili, zapukajcie w drzwi. O tak – uderzył lekko w płytę trzy razy szybko, potem dwa razy wolniej. – To umówiony sygnał. Mam nadzieję, że wyplenicie to całe tałatajstwo, co mi straszy ludzi – mruknął. – Powodzenia.

Krasnoludy odsunęły płytę i waszym oczom ukazała się wąska drabina. Pojedynczo, jeden za drugim, każdy zszedł w dół, do kolejnego tunelu. Za drabiną znajdowało się rumowisko głazów, jakby ktoś zawalił kawał korytarza. Być może tam znajdowało się pierwsze wejście, a dopiero potem przekopano szyb? Kto wie… Tymczasem jedyna otwarta droga prowadziła naprzód. Tunel miał owalny kształt, o nieco poszarpanych, ale w miarę regularnych ścianach. Było tu dość sucho i oczywiście bardzo ciepło. Podłoże z litej skały pokrywała nieregularna warstwa pokruszonych kamieni i ciemnego piasku. Z pewnością korytarz był uczęszczany już wcześniej, o czym świadczyły ślady. Ich rozmiar i kształt wyraźnie wskazywał na górników. Po jakichś pięćdziesięciu metrach pojawiła się pierwsza odnoga korytarza, lecz od razu było widać, że zawala ją gruzowisko. Zresztą z piętnaście metrów dalej znajdowało się rozwidlenie w kształcie litery „Y”. Obie odnogi wyglądały równie zachęcająco.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

12g325B.jpg

Larson

Zaklęcie wykrycia magii nic niepokojącego nie ukazało. 

Więc Larson zawierzyła że to trucizna. 

Dlatego też chętnie wzięła te dziwne.... ekstrawaganckie nakrycie głowy, znaczy maskę. Spore to było, ciężkie, przypominało jej hełm smoków cormyrskich, taki na specjalne okazje, do zakładania na Święto Mieczy chociażby; tak, tak rycerze i oficerowie wojskowi w czasie parady sił zbrojnych królestwa ubierali takie mało praktyczne, ale bardzo ozdobne, kiczowate hełmy. Oby ten poza swym zdumiewającym wyglądem okazał się jeszcze skuteczny. Nie marudziła na głos, podziękowała za pożyczony sprzęt i założyła na próbę. 

- Słychać mnie w ogóle w tym ustrojstwie? - zapytała, mając oczywiście na myśli maskę. Popukała w maskę, tak by zwrócić uwagę reszty na swoją osobę, jakby głos jednak nie dotarł na zewnątrz. Musiała się jeszcze upewnić czy może w tym swobodnie rozmawiać z drużyną, rzucać zaklęcia i słyszeć komendy. 

 

Potem, była już droga w dół i do tuneli. W pewnym momencie mogłoby się zrobić dość ciemno, więc gdy towarzysze poprosili o jakieś źródło światła, pochodnię chociażby, Larson przytaknęła. Miała zaklęcie, tańczące światła, lecz czas jego trwania był ograniczony a odnawianie go co chwilę męczące oraz nieporęczne. Czasami lepiej problemy rozwiązywać w starym stylu, zamiast niepotrzebnie się namachać.

 W pewnym momencie musieli się tez pożegnać z przewodnikami no i.... zaczęła się ich pierwsza misja w nowym "świecie". 

 

 - Jak dla mnie możemy wybrać dowolną ścieżkę, chociaż warto by pomyśleć o jakimś oznaczeniu. Żebyśmy potem mogli się odnaleźć w drodze powrotnej. - ot można nawet to nazwać propozycją, co właśnie przedstawiała. Gdyby miała monetę przy sobie i miała sama podjąć decyzję gdzie iść, pewno by rzuciła i po prostu ruszyła dalej, czy to w prawą czy lewą, jeden pies. Gdy zaś chodziło o dobór najlepszej drogi dla cormyrskiej drużyny zwiadowczej w jakiej służyła przed laty - to zazwyczaj była działka tropiciela, nie maga. 

- Chyba że znacie jakieś sztuczki na sprawdzenie z której strony jest cieplej. Tam mogą być nasze gorące towarzystwo.  

Tak czy siak w tych tunelach i w tej masce było gorąco i duszno, więc musieliby mieć naprawdę świetną metodę by to rozróżnić, więc wątpiła czy to coś da. 

- A jak nie, to może po prostu w prawo i zobaczymy co nas tam czeka. Nie ma co tu za długo marudzić, jeśli w powietrzu wisi coś trującego.  

Bogowie raczą wiedzieć jak skuteczna ta cała "maska" w ochronie noszącego. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

7bXS2rc.jpg

Jorus Wytyczający Ścieżki Barbarzyńca

 

Jorus nie zwracał większej uwagi na górników bo i nie bardzo wiedział na co by miał patrzeć. Zostawił tą kwestię innym a sam po prostu czekał. Na szczęście nie trwało to długo i wreszcie mieli ruszać. Tyle tylko, że jeszcze te maski. Jorus z pewną dozą nieufności patrzył na swoją i chwilę mu zajęło przekonanie się by włożyć to paskudztwo na twarz. Ciężkie, ograniczające pole widzenia, nie wiadomo czy w czymś pomoże i…

- Ale chujowo w tym wyglądamy – stwierdził gdy już wszyscy nałożyli swoje ustrojstwa. No ale w sumie jeśli jest szansa by to pomogło to lepiej nie wybrzydzać. – I tak, słychać – zapewnił Larson. – Choć też chu… znaczy dziwnie  – dodał.

Wreszcie James zaprowadził ich do właściwego szybu i mogli zejść na dół gdzie czekało… no to co czekało. Na początek na przykład pusty tunel. Jedna droga naprzód więc sprawa była prosta. Jorus zostawił innym zapewnianie światła by samemu mieć dwie ręce wolne na potrzeby topora. Szedł też z przodu by jak zwykle stać między kompanami a potencjalnym niebezpieczeństwem. Elfia krew pozwalała mu w mroku widzieć więcej niż inni, wyłączając Aramila jedynie.

Prostota drogi zakończyła się jednak wraz z rozgałęzieniem. Jorus zaczął przekręcać głowę to w prawo to w lewo. Część jego chciała iść w jedną stronę, część w drugą. Spiczaste uszy jakby w lewo ciągnęły, brodę zaś bardziej na prawo ściągało jakby. Dylemat, dylemat, dylemat.

No ale Larson miała rację, nie było co czekać zbyt długo. Sztuczek żadnych Jorus w zanadrzu też nie miał, ale zawsze można było zdać się na los. Ustawił więc swój topór pionowo… a potem puścił go. Broń przez chwilkę tylko utrzymała stabilność, a potem zaczęła się przechylać. Jorus odskoczył, pozwalając jej wybrać kierunek. Topór poleciał co prawda bardziej na niego (może sugestia, że najlepiej po prostu wracać?), ale jednocześnie też trochę jednak bardziej na prawo.

- Wychodzi, że w prawo – zgodził się z propozycją Larson i podniósł swą broń.

- Przy okazji, tak by dla jasności - bijemy czy nie bijemy jak na kogoś trafimy? – zapytał, patrząc znacząco na dwie potworne maski, za którymi chowali się Aramil i Arlen. - Chcę mieć jasność by znowu potem nie było zamieszania jak z jaszczurami.

Edytowane przez Jedi Master

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Greace

 

Oględziny nie poszły najlepiej, to nie była klątwa. A przynajmniej nie bezpośrednia. Może to magiczny przedmiot gdzieś w głębi kopalni miesza w głowach już na stałe? Tak czy inaczej trucizna też była prawdopodobna, więc wzięła to dziwne ustrojstwo.

Kilka pytań miała jednak jak i Larson.

- Słychać, ale mam nadzieję, że i czary da radę rzucać... - stwierdziła, że w sumie nie ma co czekać i dowiedzieć się w boju, wiec podniosła rękę w górę i w języku aniołów inwokowała - Niechaj mrok rozstąpi się przed boskim światłem! - a jej pancerna rękawica rozbłysnęła jasnym światłem, który rozjaśnił ciemne zakamarki pomieszczenia. W przeciwieństwie do Larson, jej czar utrzymywał się znacznie dłużej.

- Działają. Przynajmniej moje. - podsumowała szybko.

 

Zeszli w końcu na dół i rozdzielili się z przewodnikiem. Dalej, trzeba było radzić sobie już samemu. Szła zaraz za Jorusem, żeby przyświecać mu swoją magią.

- Oznaczanie to dobry pomysł... - zdjęła plecak i wyciągnęła z niego młotek. Stanęła z prawej strony i przyłożyła rąb młotka do ściany, w drugą rękę chwyciła buławę, by jej użyć jako młotka w tej kombinacji. - A więc w prawo, tak?

 

Na końcu została kwestia bić, czy nie bić.

Tym razem mamy pewność, że to są ci "źli", więc raczej bić. Zwłaszcza jeśli sami zaczną. - stwierdziła, patrząc na reakcję innych, czy będą mięli własne pomysły, czy jej przytakną.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eLKTG.png

Aramil

 

Zjeżdżali głębiej i głębiej... Krasnoludy to dopiero lubiły kopać. Kiedy dotarli do tych, którzy mieli wcześniej styczność z Azerami zatrzymali się i im przyglądali. Górnicy rzucali tylko niekiedy ukradkowe spojrzenie, aby zobaczyć kto do nich przyszedł, ale nie poświęcali im uwagi zabierając się ponownie do pracy. Larson zrobiła swoje sprawdzając ich pod względem śladów magii i na szczęście okazało się że nic nie wykryła. Chociaż z drugiej strony to też był problem, bo wciąż nie wiedzieli co miało na nich wpływ. Mogła to być zarówno jakaś rzecz w powietrzu, jak i magia z którą się jeszcze nie spotkali i była odporna na ich czary. Czas miał pokazać. Póki co przywdziali dostarczone im przez krasnoludów maski, które były strasznie niewygodne. Projektanci najwidoczniej nie zakładali, że będzie ich używał ktoś o szpiczastych odstających uszach. Przed zejściem na dół Aramil pożyczył jeszcze od krasnoludów jedną z ich lamp, aby w razie czego można było oświetlać nią drogę. Elf pozwolił swemu półkrwistemu towarzyszowi zejść na dół przed nim po czym dołączył do niego i chwilę potem wszyscy minęli pierwsze rumowisko. Barbarzyńca parł do przodu aby brać na siebie całe zagrożenie, ale Aramil położył mu dłoń na piersi, aby go zatrzymać.

Czekaj. Korytarz jest wystarczająco szeroki. Pójdę przodem i będę szukał pułapek. Pójdziesz krok za mną. W razie czego zdążysz mnie wyprzedzić, a ja znam się lepiej na... innych niebezpieczeństwach. - Po czym ruszył przodem aby mieć wsparcie mięśniowe zaraz za sobą i skupił się na sprawdzaniu drogi przed nimi. Kiedy doszli do rozwidlenia Jorus wykonał rzut monetą, a raczej rzut toporem aby podjąć decyzję o kierunku dalszego marszu. - Mi pasuje. - Skomentował tylko jego metodę.

Później zaczęła się rozmowa na temat ich gospodarzy... no tak... typowe ludzkie podejście. Chcę to, więc jak ktoś mi nie pozwala to jest zły.

A skąd masz tą pewność? - Aramil podważył słowa kapłanki - To jest ich dom. Te minerały to ich skarby. Jakbyś zareagowała gdyby do Twojego domu wdarła się banda złodziei i zaczęła wszystko ogałacać? Bo to właśnie zrobiły krasnoludy. Myślały, że miejsce jest opuszczone i można je wykorzystać. Do kroćset wciąż tak myślą. Ale nie jest puste, ktoś już je zajął. Z tego co słyszałem w legendach to Azerowie są mistrzami rzemiosła. Do tego trzeba dość specyficznego charakteru. Cierpliwości, dokładności. Nie pamiętam legend mówiących o tym by byli bezmyślnymi krwiożerczymi istotami. - Aramil przeniósł spojrzenie ukryte za maską na Larson. - Czy nazwałabyś ich złymi istotami? - Nie czekał jednak na odpowiedź kontynuując myśl i patrząc po pozostałych - Krasnoludy chcą oczyścić tunele, ale czy to że tego chcą ma oznaczać, że mamy wszystkich zabić? Oni założyli że Azerowie są źli, ale pewnie nie pomyśleli o tym, że sami sprowokowali walkę. Przybyli do ich domu, aby go ograbić. Jeżeli nas zaatakują to nie mamy wyjścia. Ale jeżeli uda nam się uniknąć walki, to powinniśmy spróbować dyplomacji. Jeżeli udałoby się nam mediować pomiędzy stronami, to możliwe, że obie strony miałyby z tego pożytek.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Jorus, który zazwyczaj preferował proste rozwiązania, wydawał się być nieco zdziwiony propozycją ewentualnego dogadywania się z płonącymi jegomościami, którą roztoczył przed nim Aramil. Przecież tamci azerowie, czy jak im tam, zaatakowali krasnoludów w kopalni, prawda? Cóż, może i nie wszystko było tak proste, jak się wydawało, ale barbarzyńca postanowił tego nie roztrząsać. Za to puścił przodem i elfa i kapłankę, która również wydawała się być chętna do rozmów. Jeśli woleli gadać, to topór lepiej trzymać za plecami, nie?

Prowadzona przez Aramila, drużyna zapuściła się dalej w ciemny korytarz. Elf uważnie rozglądał się na wszystkie strony, wypatrując pułapek, lecz wyglądało na to, że nic nie miało, póki co, przeszkodzić im w dalszym marszu. Korytarz nie był w pełni regularny, ściany gdzieniegdzie rozchodziły się bardziej, by potem znów się zawężać, lecz nigdy nie na tyle, by uniemożliwić przejście. Droga prowadziła łukiem dalej w prawo i w dół, łagodnym spadem. Ciężko powiedzieć, ile dokładnie przeszli, lecz tak na oko kilkadziesiąt metrów dalej trafili do niedużej groty o nieregularnym sklepieniu, wyraźnie wyrzeźbionym przez naturę. Nie stanowiła ona żadnego rozwidlenia, a raczej przystanek, gdyż korytarz ciągnął się dalej, tym razem dość stromo w dół. W pewnym momencie rozwidlał się na trzy odnogi. Jedną z nich od razu odpuścili, gdyż była całkowicie zasypana kawałkami skał. Drugą przeszli może z kilkanaście metrów, by natknąć się na kolejne rumowisko. Pozostała więc trzecia odnoga… i ta rzeczywiście doprowadziła ich w dość interesujące miejsce. Mianowicie, do kolejnego zawału skalnego, lecz tym razem kamienie leżały na tyle luźno, że dało się największe z nich odrzucić na boki, by odsłonić przejście dalej. A nie było to byle jakie przejście. Wyglądało tak, jakby ten, ktokolwiek rył w skale, przebił się do jakiegoś podziemnego budynku. Ściany wyraźnie nie były dziełem natury – tworzyły je płyty z gładkiej, czarnej jak noc substancji, przypominającej z wyglądu obsydian. W dotyku były całkiem ciepłe, a trzymając nań dłużej swoją dłoń, wydawało się, jakby mrowiły. Dziwne uczucie, którego nikt na oko nie potrafił wyjaśnić.

Pomieszczenie, w którym się znaleźli, miało kwadratowy układ o ścianach mniej więcej trzymetrowej długości i może ze dwóch i pół metra wysokości. Brakowało tu jakiegokolwiek sprzętu, wyposażenia czy ozdób. Jedyną rzeczą, jaką dało się tu znaleźć, były leżące pod ścianami, usypane góry małych, czarnych grudek skalnych. Na zewnątrz prowadziło pojedyncze wyjście o trapezowym kształcie, bez jakichkolwiek drzwi otwarte na skąpany w mroku, szeroki korytarz. Idąc nim, drużyna wsłuchiwała się w dobiegające zewsząd odgłosy. Ciche, lecz drażniące zmysły trzaski, kojarzące się z odgłosami wydawanymi przez ognisko. Nikt jednak nie wyskoczył z mroku. Korytarz ciągnął się przez parę metrów, zakręcając i rozwidlając się kilka razy. Drużyna minęła kolejne rumowisko, zbadała kolejne dwie odnogi, aż wreszcie trafiła na interesujące miejsce. W pewnej chwili korytarz znacznie się poszerzył, by w końcu otworzyć się na wielką komnatę. Jej sklepienie sięgało dobrych dziesięciu, może dwunastu metrów w górę, podtrzymywane przez cztery potężne kolumny umieszczone w centralnej części pomieszczenia, połączone filarami z mniejszymi kolumnami znajdującymi się na skrajach, przy ścianach. Na wysokości mniej więcej czterech metrów znajdowały się lekko pochyłe antresole, lecz żadne z was jeszcze nie dostrzegło, w jaki sposób można byłoby się tam dostać. Komnata miała kubiczny kształt, zbudowana była na tyle regularnie, iż zadowoliłaby każdego miłośnika geometrii.

Weszliście do środka, rozglądając się ostrożnie na wszystkie strony, niepewni, co może was spotkać w tym miejscu. Aramil, idący z przodu, pierwszy zwrócił uwagę na żłobienia w podłodze, dzielące rzekomo jednolitą, obsydianową powierzchnię na regularne kwadraty. I fakt, że żłobienia nagle zatliły się szybko rozjaśniającym się żarem.

Łup!

Łup!

Łup! Łup!

To huk potężnych, skalnych wrót, które opadły z góry, odcinając wam przejście, którym przyszliście. Jak również i trzy pozostałe, które mogliście dostrzec naprzeciw i po obu stronach pomieszczenia. Linie ognia pomiędzy płytami zaczęły się jarzyć coraz bardziej i po chwili same płyty zaczęły zapadać się w dół, począwszy od środka pomieszczenia. Trwało to chwilę, podczas gdy niektóre z nich rozżarzyły się wściekle, także pod nogami członków drużyny. Konkretnie Larson, której zabrakło refleksu i nieco poparzyła sobie stopy.

Tymczasem spomiędzy zapadających się płyt wypełzły trzy wężopodobne stwory o czerwonych łuskach i pyskach pełnych ostrych zębów. Nie tracąc czasu, zaczęły pełznąć w waszą stronę.

Na antresoli tymczasem zapłonął szeroki strumień ognia, rozświetlając komnatę. Wokół kolumn również pojawiły się wąskie wiązki płomieni, przypominające pochodnie.

 

Aramil:

Spoiler

Jako jedyny ogarnąłeś rzut na Arcana i wiesz, że to są Fire Snakes. Znasz wszystkie jego możliwości, zdolności, wrażliwości i niewrażliwości.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eLKTG.png

Aramil

 

Podróż była długa i spokojna. To zaś oznaczało... w sumie tyle, że nikogo nie spotkali. Z jednej strony dobrze, a z drugiej nie do końca. Jak zawsze każdy kij miał dwa końce, a do każdej sprawy można było podejść od dupy strony. Na szczęście noszone przez nich maski mimo niewygody nie nastręczały dodatkowych problemów, więc elf mógł się w spokoju skupić na swoim bieżącym zadaniu, czyli prowadzeniu grupy relatywnie bezpieczną drogą. Taka przynajmniej była do momentu, gdy nie zamknęły się za nimi wrota i nie zaczęła zapadać podłoga... No ale przecież tak głęboko schodzili, więc nie mogli spaść dużo głębiej prawda? To nie oni jednak spadli, a ktoś inny pojawił się na arenie, bo to teraz przypominało to pomieszczenie arenę.

Ogniste węże! - Zawołał kiedy przeciwnicy pojawili się przed nimi - Uważajcie też na... - Elf zrobił ładny unik przed kłapnięciem szczęką - ...ich ogony -  i dla podkreślenia kolejny unik przed ogonem który by go z pewnością przewrócił. Drugi wąż zaraz znalazł się przy nim, ale zaatakował Arlen. Pozostawał trzeci. Póki jednak co trzeba było wyciągnąć rapier i zaatakować... - Magia skuteczniejsza, ale nie ogień. - Zawołał i dla podkreślenia małej skuteczności zaatakował węża obok siebie gotów wziąć na klatę ogniste smugi po czym oddalił się zostawiając miejsce dla kogoś kto tu się lepiej sprawdzi i wołając go po imieniu. - Jorus! Wytrzymasz ten żar?

Odskoczył na bok kiedy barbarzyńca stanął do walki w jego miejscu. Schował swój rapier i wyciągnął łuk rozglądając się przy tym czy na arenie nie pojawia się nowe zagrożenie. Nałożył strzałę i naciągnął cięciwę... aby po chwili poluzować chwyt, bo przeciwnicy byli już martwy.

Ładnie - Skomentował z uznaniem skuteczność towarzyszy. Podszedł do dziury w podłodze celując w nią z łuku, aby sprawdzić, czy nie czai się tam kolejny przeciwnik. Wyglądało na to, że było bezpiecznie i można było zejść na dół. Elf schował łuk i podszedł do ścian patrząc do góry.

Jorus, podsadzisz mnie? - Jakieś cztery metry co wydawało się być do ogarnięcia o ile barbarzyńca dałby mu porządnego kuksańca do góry, a na antresolach mogło się znaleźć coś ciekawe. Zejść na dół zawsze mogli po sprawdzeniu góry.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

7bXS2rc.jpg

Jorus Pieczony Barbarzyńca

 

To, że prędzej czy później wlezą na co co zechce ich zabić było pewne, ale skoro kapłanka i elf nie mogli dojść do porozumienia, Jorus puścił ich przodem by w razie czego podjęli decyzję między sobą. Sam po prostu szedł zaraz za nimi by w razie czego ratować ich tyłki. W sumie dobrze zrobił, bo okazało się, że po znalezieniu jakiegoś dziwnego pomieszczenia, od razu wpadli w pułapkę. Zatrzaśnięte drzwi za plecami i potwory wyłażące z ziemi. No po prostu klasyka.

Takie wunsze jedna, co one mogą zrobić? O okutą w pancerz Arlen to takie tylko się rozbiją i...

I takiego chuja, jak jeden pierdolnął to mało kapłanki od razu na ziemię nie posłał. Elf też już spierdzielał przed kolejnym na bok wiec dość szybko stało się jasne, kim trzeba zatkać drogę ku ich flankom i tyłowi. Tyle dobrego, że Larson ogarniała co robić i zaraz ostrzegła barbarzyńce, że czas na sztuczkę. Ten tylko uśmiechnął się szeroko i nadstawił broń by czarodziejka mogła jej dotknąć.

Magia rozgorzała w jego toporze a gorączka bitewna w jego ciele.

- Wrrrraaaaaaaah! - wydał z siebie okrzyk bojowy chwilę potem i z bronią wzniesioną do ciosu rzucił się między wrogów. Jego oręż unosił się i opadał w regularnych odstępach tnąc a wręcz szatkując napierające stworzenia. To, które zaatakowało Arlen padło pierwsze, uwalniając kobietę od zagrożenia. Pozostałe szybko doszły do wniosku, że to on zatem stanowi największe zagrożenie więc rzuciły się na Jorusa. Ale co z tego? Barbarzyńca był niewzruszony. Choć żar bijący od ognistych bestii ranił go nawet wtedy, gdy sam je uderzał, nie spowolniło go to nawet na chwilkę. Jego koszula oraz owłosienie na klacie i ramionach trochę ucierpiały, ale gdy finalnie to on stał ponad ciałami pokonanych wrogów, nie na odwrót. Walka została zakończona, a oni po raz kolejny byli zwycięzcami.

- To są te azory? - upewnił się, trącając jednego trzonkiem topora. - Nie wyglądają jak krasnoludy - zauważył, okazując niezwykłą przenikliwość.

- I te, Arlen, żyjesz tam? - postukał palcem w maskę kapłanki. - Śmignął cię, że ho ho. Coś ta tarcza wiele nie pomaga - zauważył.

No ale kapłanka ruszała się i wyglądała, że nic jej wielkiego nie jest. Za to Aramil zaczął już kombinować gdzie dalej można by się wybrać. I postawił na płonące antresole.

- Jak tam chcesz - wzruszył ramionami. - Jeden elf z ogniska, proszę bardzo - chwycił elfa w pasie i po prostu podniósł do góry bez większego wysiłku.

 

 

Edytowane przez Jedi Master

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

PpzxP3C.jpg

Arlen De'Greace

 

Gdy drużyna wpadła w zasadzkę Arlen wydawało się, że trafili na faktyczną arenę walk. Na początku oberwała dość solidnie, ale Jorus przybył z odsieczą. Postanowiła się więc odwdzięczyć jak najlepiej, czyli przy użyciu czarów defensywnych i ofensywnych. Gdy wszyscy się już przygotowali i minął chaos związany z zaskoczeniem, węże okazały się o wiele łatwiejszym przeciwnikiem niż w warunkach zaskoczenia. Na szczęście obyło się bez większych strat i - prócz Arlen - nikt nie został poważnie ranny. No i Jorus też oberwał, ale te rany nie były niczym wobec tego, co przyjął na siebie. 

- Żyje, żyje, nic mi nie będzie... - mówiąc to już przygotowywała się do opatrzenia swoich ran, a po chwili wypowiedziała inkarnację. - A ty jak się trzymasz Jorusie?

 

 

Przez chwilę obserwowała zmagania jego i Aramila, aż w końcu podeszła i powiedziała wprost:

- Daj, opatrzę twoje rany.

 

Spoiler

Cure wounds: na siebie I poziom, na Jorusa II, chyba, że ucieknie ;) 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz