Aruna

Not gonna die (Aruna)

102 postów w tym temacie

I will find them. I will stop them from killing innocents. I will do what's right.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, powiedziałabym, że oszalał. Prosiłabym, by przemyślał to raz jeszcze, ale ty…

Na pewno to przeanalizowałeś.

Podjąłeś decyzję, której nie rozumiem. Podjąłeś ryzyko, które nie leży w twojej naturze. To oznacza, że sytuacja jest bardzo zła.

To coś, z czym nie poradzą sobie superbohaterowie.

To coś, z czym do tej pory nikt nie musiał się zmierzyć.

 

 

Obudź się.

Wróć do nas. Do tego świata.

Zmierz się z tym, do czego doprowadziłeś.

Obudź się.

 

 

Jego myślami rządziło szaleństwo. Władało każdym pojedynczym przebłyskiem świadomości. Każdy promień światła, każdy pojedynczy dźwięk zniekształcany był szaleństwem. Do czasu. Usłyszał wzywający go głos. Poczuł pragnienie, które mu towarzyszyło.

Począł przedzierać się przez odmęty własnej jaźni.

By walczyć.

By przetrwać.

 

No, not gonna die tonight

We're gonna stand and fight forever

(Don’t close your eyes)

No, not gonna die tonight

We're gonna fight for us together

No, we’re not gonna die tonight

 

 

Trzy dni.

Zaledwie trzy dni otrzymał Gambit na pogodzenie się z własną przeszłością i zaplanowanie dla nich misji, która miała zakończyć sie sukcesem. Gambit nie był pesymistą, ale nawet jego optymizm zderzył się z brutalną rzeczywistością i jeszcze okrutniejszymi, pokładanymi w nim nadziejami.

Obiecał pomóc.

Przysiągł zrobić wszystko, co jest w stanie. Z powodu wdzięczności i dla Rogue.

Nikt nie powiedział wprost, od kogo otrzymali informację na temat rozmieszczenia straży i szczątkowe plany ośrodka. Dziesięć poziomów, w tym pięć podziemnych, w których mutantów ulokowano w zależności od mocy. Niczym kręgi piekielne, im bardziej w głąb ziemi, tym bardziej niebezpieczni byli mutanci. Gdzie mogli zaklasyfikować Logana? Tego nikt nie wiedział. Na miejscu musieli poznać odpowiedź.

Hank nie tracił nawet sekundy czasu, jaki im pozostał. Zapoznawał się z wynikami dotychczasowych badań. Obserwował Gambita i Abe’a. To, co zrobił ten drugi, zdawało się permanentne, jednak nie pozostało bez śladu w samym mutancie. Zaciemniony obszar w jego mózgu powiększył się. Nieznacznie, ale komputerowa analiza potwierdziła nieuchronność tego, co miało nastąpić.

Raz jeszcze zrobili użytek z mocy Abe’a. Musieli przekonać się, czy jest w stanie odwrócić zmiany we własnym mózgu. Potrafił to zrobić, ale było to zamknięte koło. Odwracał zmiany i płacił za kolejne użycie mocy. Czy byli w stanie dojść do punktu zero, w którym cofnąłby wszystko to, co dotychczas się stało? Czy był w stanie cofnąć się do czasu sprzed zyskania nowej mocy? Hank zabronił mu próbować. To zbyt wiele lat, zbyt wiele zmian. Gdyby się nie powiodło, mogli nie tylko stracić cennego sojusznika, ale też zyskać potężnego wroga.

W końcu przestali testować. Wrócili do punktu wyjścia, którym był Logan i ośrodek.

 

Najważniejszą informacją było poznanie lokalizacji ośrodka, w którym przetrzymywali Logana. Choć Luzjana była miejscem pochodzenia Gambita, mutant nie czuł się zbyt pewnie, gdy usłyszał o miasteczku Sparta, w pobliżu którego umiejscowiono ośrodek. Uznał to za ponury żart. Znał bagniste tereny Luizjany, ale ta wiedza nie na wiele miała się przydać w przypadku rządowego ośrodka badawczego.

Nim jednak wsiedli na pokład Blackbirda, musieli jeszcze odbyć debatę na temat ilości osób biorących udział w misji. Gambit optował za jak najmniejszą liczbą. Było to bardziej ryzykowne w przypadku niepowodzenia, ale też mniejsza grupa mogła dokonać włamania w sposób niezauważony. Po ponad godzinie udało im się ustalić skład grupy. Changer (Abe), Tantrum (Petr), Shardfire (James), Gambit, Rogue i Psylocke mieli wyruszyć, by odbić Logana. Dzięki temu mieli możliwość wyleczenia najpoważniejszych ran, co gwarantował im Abe, mieli fizyczną siłę Petra, telekinezę Rogue, fazowanie Gambita i szczątkową cyberpatię Psylocke. W każdej innej sytuacji byłby to przepis na sukces, ale nie byli wprawieni w kontrolowaniu swoich mocy. Ten brak kontroli stanowił białą kartę misji, która ich czekała.

 

Gdy przedostatniego dnia czasu danego im przez Fury’ego pojawili się w hangarze, nie przypominali zbieraniny przypadkowych osób. Wyglądali jak X-Men, chociaż ich stroje pozbawione były emblematu. Brakowało również wyróżniających się kolorów. Czerń i szarość dominowała w „superbohaterskich” strojach czasów, które nastały. Nawet Gambit, Rogue i Psylocke zrezygnowali ze starych strojów i zdecydowali się na maski, by ukryć udział Instytutu w tym, co miało nastąpić.

Nawet dzięki podróży Blackbirdem, dotarcie na miejsce zajęło im kilka godzin nerwowego oczekiwania na nieuniknione.

 

Z zewnątrz ośrodek wyglądał wręcz zwyczajnie. Jak placówka badawcza zajmująca się komercjalnymi badaniami, a nie więzienie dla mutantów z najbardziej niebezpiecznymi mocami. Otoczony gęstym lasem, zapewniał ochronę przed ciekawskimi spojrzeniami. Tymczasem nie tylko oni postanowili zrobić użytek z lasu i bliżej przyjrzeć się terenowi, który patrolowało kilkunastu strażników, z tego sześciu z tej strony budynku. Nie dostrzegli go od razu, ale zobaczyli, jak błyszczący kształt przelatuje między strażnikami, powalając dwóch z nich – tych zlokalizowanych najdalej od linii lasu. Kolejnych dwóch padło nim zdołali zarządzić alarm i nim tarcza wróciła do swego właściciela.

Została dwójka strażników, odwracająca się na dźwięk nagłego łoskotu i jęku bólu. Mutanci wiedzieli, co tamci zobaczą: zamaskowanego mężczyznę z tarczą. To wystarczy, by uruchomili alarm.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

latest?cb=20120718073827

Abraham Wilcock

 

- No i dupa blada. - Mruknął pod nosem. - Lock - zwrócił się do Psylocke -  jesteś w stanie zablokować alarm? - Na prawdę, co dało się usłyszeć w jego głosie, miał nadzieję, że potrafi. Nie martwił się zbytnio konsekwencjami używania mocy przez swoich towarzyszy. Jeszcze nim dotarli na miejsce uprzedził, że jakby co, jakby ktoś przesadził i mu zaczęło odpalać to cofnie taką osobę wraz ze wszelkimi zmianami jakie w niej zaszły. Pozostała oczywiście kwestia niemożności cofnięcia samego siebie i pozostanie nie pod wpływem faktu użycia swojej mocy, ale tą kwestię przemilczał.

Edytowane przez L'riot

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1VmLPvl.jpg

Petr Klasnic AKA Tantrum

 

Ostatecznie Petr zdecydował się na udział w tej misji. Przede wszystkim dlatego, że czuł się w obowiązku ruszyć z X-men na ratunek jednego z nich, tego, który mógł mieć realny wpływ na obecną sytuację mutantów na świecie. Wpływ, który nie zagrażałby jego życiu, jak to było w przypadku Abe’a i jego leczenia – skutecznego, czego Gambit był najlepszym przykładem. Po drugie, Petr nadal czuł się dziwnie widząc Cleo, która tak po prostu wyszła i ich zostawiła. Klasnic dowiedział się od Psylocke, że mężczyzna, z którym wyszła Cleopatra był jej ojcem. Nie zmieniało to faktu, że Petr czuł się w jakiś sposób przez nią porzucony. Wyszła bez pożegnania, a przecież przechodziła niedaleko Petra, a nawet na niego nie spojrzała. Zupełnie jakby nie chciała mieć z nim nic do czynienia. Z nim, z Instytutem i ludźmi, którzy znaleźli się w tym miejscu schronienie. I Petr doszedł do wniosku, że pomimo obietnicy złożonej pannie Walters, nie zostawi X-men, kiedy go potrzebowali. Bo nie chciał zachować się jak Cleo. Nie chciał ich porzucić.

Mimo wszystko teraz, kiedy całą grupą przyczaili się nieopodal ośrodka, Petr czuł się naprawdę dziwnie. Chyba głównym powodem było myślenie o sobie samym jako o „mięśniach zespołu”. Co było śmiesznie zwłaszcza, kiedy spojrzało się na jego wychudzoną sylwetkę. Tym bardziej teraz, podkreśloną dodatkowo przez kostium, który miał na sobie, który zapewniał mu dodatkowo to, czego potrzebował – anonimowość.

- Czy wy też widzicie kogoś, kto przebrał się za sobowtóra Kapitana? - zapytał niepewnie. – Mam się rozpędzić i staranować pozostałych dwóch pomagając temu z tarczą? - dopytał jeszcze mniej pewnie, pamiętając o tym, o co prosił Abe przed wyruszeniem. - Czy…ee… korzystamy z zamieszania i po prostu wbijamy do środka?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
2c82d9841dd8b888454730ab2d75dc43.jpg

James Gray

 

Pomimo zrzędzenia, James nie tylko nie opuścił Instytutu, ale i dołączył do misji mającej odbić Logana. Ekipa była nieźle dobrana jeśli idzie o umiejętności, czy raczej, byłaby nieźle dobrana, gdyby nie ryzyko korzystania z mocy, które mogły obrócić się przeciwko nim. Jednak nawet bez mocy przynajmniej część zespołu mogła popisać się dobrymi umiejętnościami.

Tyle że wszystko zaczęło się pieprzyć zdecydowanie za wcześnie, gdy w rozgrywce pojawiła się trzecia strona. Nie mogli sobie pozwolić na wszczęcie alarmu już na samym poczatku.

Gdy inni tracąc czas wyrażali wątpliwości, James już unosił broń by odstrzelić obu strażników. Wczesniej zamontował na pistolecie tłumik, więc była szansa, że strzały przejdą niezauważone.

Co prawda Abe strasznie truł o nie zabijanie, czy wręcz by nikogo nie ranić, ale James nie zamierzał ryzykować z tego powodu misji.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Nie widzieli twarzy zamaskowanego mężczyzny, ale jego styl walki i umiejętności w operowaniu tarczą wskazywały na to, że mają do czynienia z bardzo wiernym naśladowcą Kapitana. I bardzo dobrym – o czym mogli się przekonać, gdy dwa strzały Shardfire powaliły kolejnych strażników, a „Kapitan” niemal natychmiast wypatrzył ich w leśnej gęstwinie. Nim jednak w ich  głowach pojawiła się myśl o konfrontacji, zamaskowany ruszył ku ośrodkowi.

- Idziemy za nim – zarządził Gambit. – Gdyby chciał nas zaatakować, już by to zrobił.

Betsy nie odpowiedziała na pytanie Abe’a. Nie od razu. Kiedy jednak Gambit ruszył przodem, usłyszeli jej cichy głos.

- Alarm nie powinien stanowić już problemu.

- Możemy wykorzystać jego obecność – powiedział Gambit. – Iść za nim i przedrzeć się w głąb ośrodka. Albo zignorować go i realizować własny plan na miejscu.

Nie zatrzymywał się. Żadne z nich tego nie zrobiło.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2c82d9841dd8b888454730ab2d75dc43.jpg

James Gray

 

Najemnik podążał dwa kroki za złodziejem. Zgodnie z przypuszczeniami, strzały nie zostały zauważone przez inne pagrole. James tylko na chwilę ztrzymał się przy ciałach by sprawdzić czy nie mają gdzieś przepustek. Potem szybko dogonił Gambita.

- Jest dobry - przyznał - I warto byłoby wiedzieć w jakim celu się tu wziął. A z drugiej strony, jak pójdziemy osobno, to jeśli wywoła alarm, może skupi uwagę ochrony na sobie.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1VmLPvl.jpg

Petr Klasnic AKA Tantrum

 

Petr zamarł, kiedy dostrzegł jak James wyciąga broń. Było jednak zdecydowanie za późno na to, by go powstrzymać o czym świadczyły tak dwie przewracające się sylwetki, jak i odwracający się w ich kierunku „Kapitan”.

Czech szykował się już do konfrontacji, takiej pierwszej i prawdziwej walki w jego życiu. Takiej, w której miał zamiar oddać ciosy zamiast robić za ludzkich rozmiarów worek treningowy. A tu ich niedoszły przeciwnik po prostu ruszył do budynku.

I tyle.

A Gambit i Betsy ruszyli w ślad za nimi, przechodząc obojętnie obok faktu, że James tak po prostu zabił dwoje ludzi. Żadnej reprymendy. Żadnych karcących spojrzeń. ŻADNEJ reakcji. Czy byli aż tak zdesperowani, by odbić Logana, że życie ludzkie przestało mieć dla nich jakąkolwiek wartość? Bo dla Petra wciąż miało. Pewnie dlatego szedł w pochodzie jako ostatni, z wyraźnym ociąganiem. O ile wcześniej niespecjalnie podobał mu się fakt bycia tutaj, bycia częścią tej misji i pisał się na nią głównie z poczucia obowiązku wobec X-men, o tyle teraz zastanawiał się czy Cleo nie odeszła dlatego, że wiedziała jak ta misja się potoczy. Że wiedziała, że X-men nie zawahają się przed zabójstwem.

- Róbcie co chcecie - powiedział Petr na rozważania Gambita i James’a. – ja idę za nim. On przynajmniej nie zabija przeciwników.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

Changer

 

Zamarł. 

Ruszył gwałtownie za nimi.

Złapał, delikatnie, Petra za ramię. - Tantrum, poczekaj chwilę. - W jego głosie brzmiał gniew, choć nie na niego skierowany.

- Shardfire! Ty fiucie! - Wypalił. - Nie musiałeś ich zabijać. Mogłeś ich tylko postrzelić w nogi. - Podszedł do niego. - Spróbuj zrobić to w mojej obecności jeszcze raz, to najpierw pozbawię cię broni, a jeśli to nie zadziała, to obudzisz się jako bardzo skołowany szesnastolatek, który nie wie dlaczego tu jest i co tu robi. - Nie czekając na jego reakcję przekręcił głowę ku pozostałym. - Powiedziałbym, że w tej sytuacji wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, ale nie wiem czy bieganie z kimś kto prawdopodobnie ma coś wspólnego z Hydrą jest dobrym pomysłem. - Zerknął ponownie na Shardfire świadom tego jak bardzo jego wypowiedź była ironiczna, w świetle leżących obok nich dwóch ciał. - Idźmy gdzie mieliśmy iść i jeśli przypadkiem będziemy szli tą samą drogą co on, to tak będzie. - Ruszył do wejścia. 

Jeszcze zerknął za siebie i mając nadzieję wbrew nadziei pozwolił sobie, w momencie, w którym znikał w wejściu, na próbę sięgnięcia do ciał i szarpnięcia ich do stanu sprzed kilkunastu sekund. 

 

Cicho licząc na to, że może oni nie umarli od tych postrzałów tylko wpadli w szok i są umierający, Abe próbuje ich uleczyć na odchodne tak by jeśli przypadkiem zadziała, nie dostrzegli ich.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2c82d9841dd8b888454730ab2d75dc43.jpg

James Gray

 

James skrzywił się, że też ma do czynienia z amatorami, w dodatku idealistami.

- Ranny strażnik wciąż mógł podnieść alarm - odparł tonem jakby musiał tłumaczyć oczywistość - Zaś co do gróźb to odradzam, bo wtedy tylko jeden z nas odszedłby żywy. Zresztą jestem za stary by znowu mieć szesnaście lat. - obrócił się na powrót ku placówce - Przestańmy marnować czas. Nie jesteśmy tu na wczasach.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Czy to naprawdę byli X-Men? Czy ci skradający się mutanci, którzy nad śmiercią strażników przeszli do porządku dziennego, byli tymi samymi bohaterami, którzy tak wiele razy ratowali świat? Patrząc na ich szare stroje, na pośpiech i determinację dopuszczającą ofiary w ludziach, mogli mieć wątpliwości.

 

Już niedługo.

Zostało tak niewiele czasu, by ich ostrzec. By mogli coś zmienić.

By wybrali.

Oni czy ludzie?

Ich świadomość czy świat i ta rzeczywistość?

 

Hank zapewnił ich, że Gambit został uleczony. Że każda zmiana w jego mózgu została odwrócona i nadal jest tym samym mężczyzną, który niegdyś należał do X-Men. A jednak fakt, że zostawił Tantrum i pozwolił mu się oddalić, by wykonać misję, pozwalał wątpić w wyniki badań Hanka.

Gambit nie usiłował zatrzymać Czecha, gdy ten ruszył śladem tarczy z symbolem Hydry. Mieli swoje plany i swoje zadania. Obecność zamaskowanego osobnika była niewiadomą, ale póki mogli na niej skorzystać, większość zdawała się akceptować obecność dodatkowej osoby.

Ich drogi szybko się rozminęły. Zdołali pokonać razem może kilkanaście metrów, gdy Kapitan ruszył na lewo, wyznaczając zarazem kierunek dla Tantruma. Im pozostał korytarz na wprost, który powinien prowadzić do centrum badawczego. Tam mieli znaleźć informacje na temat wszystkich mutantów trzymanych w ośrodku.

Gdyby moc Psylocke była rozwinięta na lepszym poziomie, nie musieliby tak ryzykować. Wystarczyłby jej dowolny komputer, a może nawet mniej, by poznać dokładne plany budynku.

Nie wiedzieli, jak ośrodek wygląda w ciągu dnia, ale na pewno nie panowały w nim takie pustki, jak obecnie. Nie licząc strażników na zewnątrz, w środku nie natknęli się niemal na nikogo z obsługi. Jeden strażnik – znudzony nocnym obchodem – nie był dla nich najmniejszym zagrożeniem. Szybko uporali się z tym problemem – tym razem bez ofiar w ludziach. Psylocke zdołała bez najmniejszego problemu pozbawić strażnika przytomności. Cicho, sprawnie i zanim Shardfire znowu sięgnął po broń.

Pomieszczenie strażników było puste. Reszta była albo na obchodzie, albo nieobecna. Nie zobaczyli nikogo na obrazach z kamer. Co znaczące, te przedstawiały wyłącznie obraz pomieszczeń biurowych znajdujących się ponad poziomem ziemi. Ich cel natomiast znajdował się niżej. Poziom -3 powinien skrywać cele mutantów.

- Na minusowych poziomach ochrona ma być większa – ostrzegł cicho Gambit. – Możemy spróbować szczęścia i się tam dostać lub spróbować ściągnąć ich na górę. Podpalić coś, dokonać zniszczeń… - zasugerował.

 

Tantrum

Tantrum oddzielił się od X-Men, których nie poznawał i których metod nie aprobował. Tymczasem człowiek z symbolem Hydry na tarczy przemykał korytarzami. Słyszał podążającego za nim Petra. Zerknął na niego kątem oka, ale w żaden sposób nie skomentował obecności chłopaka. Przynajmniej do czasu.

Drzwi, przed którymi się zatrzymali, prowadziły na klatkę schodową. Zakratowana szybka ujawniała widok na schody prowadzące w dół.

- Nie powinieneś za mną iść. To nie będzie bezpieczne – odezwał się zamaskowany mężczyzna. Petr jednak bez problemu rozpoznał głos Kapitana. Ten sam zdecydowany, opanowany głos.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

Changer

 

Nie podobało mu się, że Tantrum ich zostawił.

Ale jeszcze mniej podobało mu się to, że jego pierwszą myślą na widok strażnika będzie to czy ktoś go zdąży ogłuszyć nim ten psychol zacznie strzelać.

To nie wróżyło zbyt dobrze ich współpracy na tej wyprawie.

Potrząsnął głową słysząc pytanie Gambita. - Takie placówki mają zazwyczaj połączone systemy alarmowe ze służbami szybkiego reagowania na zewnątrz. Wolałbym byśmy w miarę możliwości ograniczyli używanie mocy, a ten plan zakłada, że ona musiałaby powstrzymywać  systemy alarmowe. Chodźmy na dół. Raz, że jest szansa, że hydro-kapitan narobi jakiegoś zamieszania i będzie nam łatwiej. Dwa, jeśli nas już odkryją to spróbuję nas wszystkich osłonić, byście mieli czas i sposobność ogłuszyć strażników.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1VmLPvl.jpg

Petr Klasnic AKA Tantrum

 

Odłączenie się od X-men nie było tak łatwą decyzją jak podejrzewał. Fakt, nie aprobował ich metod, nie aprobował zabijania, a właśnie to zrobił Shardfire. A reszta w ogóle nie zareagowała. Ani Gambit, ani Betsy. Jedynie Abe. Ale to było za mało, by zechciał podążać z nimi. Wolał pójść w ślad za nieznajomym, choćby dlatego, że tamten tylko ogłuszał, nie zabijał. Mimo wszystko oddzielenie się od X-men, od zespołu, którego miał być częścią, przynosiło wiele wątpliwości. Bo może w tej chwili, gdy Petr przemierzał korytarze w ślad za nieznajomym, oni potrzebują jego pomocy?

Mimo wątpliwości szedł dalej.

Bo przecież w razie kłopotów Shardfire znów sięgnie po broń.

Wędrując korytarzami w ślad za mężczyzną z tarczą, zastanawiał się, czy gdyby nie konieczność skradania się, Petr byłby w stanie go śledzić. I czy ten poruszał się tak tylko dlatego, że się skradał, czy może wciągał Petra w pułapkę?

Te wątpliwości powinny zniknąć, kiedy usłyszał głos Kapitana. TEGO Kapitana.

Ale nie zniknęły. Zamiast tego pojawiły się kolejne.

- Kapitanie? - zapytał zaskoczony i gdyby nie maska, to zaskoczenie byłoby doskonale widoczne na jego twarzy. – Ten strój… to tylko tak dla zmyłki, tak? - dopytał. – Po to, żeby nie oskarżać Avengers o sabotowanie placówek rządowych?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
2c82d9841dd8b888454730ab2d75dc43.jpg

James Gray "Shardfire"

 

Szło im dobrze, bardzo dobrze. Można wręcz powiedzieć, że aż za dobrze. Do dyżurki dotarli napotkawszy tylko jednego strażnika. Jak na wojskową placówkę przetrzymującą niebezpieczne indywidua, ochrona była dość... kiepska. Niby to i lepiej dla nich, ale Jamesowi wydawało się to cokolwiek podejrzane.

- Taa... lepiej unikać alarmu, bo może nam to później odciąć drogę ucieczki - poparł Abe'a przyglądając się monitorom. Nigdzie nie było widać tego żołnierza HYDRY i chłopaka - Szkoda, że nie mamy żadnych ładunków. Można by je zamontować w kilku miejscach i w razie kłopotów zdetonować i wykorzystać chaos na naszą korzyść. Chyba, że któreś z was się przygotowało.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- Nie chcesz żebym używała mocy, a sam zamierzasz to robić. Osłona, leczenie innych… W tym tempie wkrótce możemy stać po przeciwnych stronach barykady – zaprotestowała Psylocke.

- Mamy – odpowiedział Gambit po słowach Shardfire. – Musiałem coś wziąć na wypadek, gdyby nie udało nam się inaczej dostać do celi.

 

Petr

Kapitan nie odpowiedział od razu. Petr nie mógł nic wyczytać z jego twarzy, ale w postawie zauważył nagłe napięcie mięśni. Kapitan wyglądał jakby miał zamiar zaatakować… lub się bronić.

- Czasem musimy podejmować trudne decyzje – zaczął. – Musimy szukać sojuszy tam, gdzie w przeszłości byśmy ich nie szukali. Odejdź stąd X-Manie. To nie twoja walka.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

Changer

 

Pokręcił głową. - To niezupełnie tak. Nie zamierzam używać mocy jeśli nie zajdzie taka potrzeba i dlatego stwierdziłem, że też nie powinnaś jeśli da się zadziałać bez tego. Jednakże jeśli nie będzie wyjścia to to zrobię, tak samo jak każde z nas. To co powiedziałem jest podyktowane dwoma powodami. Po pierwsze nie umiem walczyć. W ogóle. Zatem jeśli doszłoby do jakiejkolwiek walki mogę jedynie wesprzeć was. To oznacza użycie mocy bo nie mam nic innego. A dwa, jadąc tu zakładałem, że mogę wrócić nie pamiętając nic z tego co tu zrobimy i jeśli zajdzie taka potrzeba, gdy będę używał nadmiernie mocy, to jestem gotów wymazać sobie cały dzisiejszy dzień. Więc nie martwmy się przesadnie o mnie. - Nie widziała tego, ale prawie usłyszała w jego głosie, jak uśmiecha się do niej pokrzepiającą pod kapturem.

Edytowane przez L'riot

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
2c82d9841dd8b888454730ab2d75dc43.jpg

James Gray "Shardfire"

 

- Czyli moglibyśmy założyć bombę tutaj i w razie potrzeby ją zdetonować? Hmm... jednak nie jesteś pewien czy zdołasz otworzyć cele? - użycie bomby zakończy skradanie, ale z drugiej strony najlepiej będzie jak ze wszystkim uwiną się szybko z wyciągnięciem Logana.

- Dobra, moim zdaniem powinniśmy jednak zamontować gdzieś ładunek by w razie czego mieć dywersję. I tak najpierw musimy się dowiedzieć gdzie trzymają tego Logana. Przy okazji można się rozejrzeć za tym jak otworzyć cele.

Spojrzał po wszystkich.

- No dobra, jeśli to wszystko, to sugeruję się ruszać.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

1VmLPvl.jpg

Petr Klasnic AKA Tantrum

 

Petr w milczeniu trawił słowa Kapitana, by następnie pokręcić energicznie głową.

- Jestem mutantem, Kapitanie. To zdecydowanie bardziej moja walka niż twoja. Nie puszczę cię samego - stwierdził zdecydowanie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Petr

- Twoja walka? – powtórzył Kapitan.

Wydawało się, że nie rozumie, co Petr ma na myśli. W końcu jednak musiała powiązać fakty, a może rozpoznał głos młodego mutanta.

- Nie. Ten ośrodek nie jest indywidualnym problemem. Mutanci nie są odcięci od społeczeństwa. Mają rodziny, przyjaciół, znajomych. Ci ludzie nie chcą ich tutaj widzieć.

Choć jego słowa były sprzeciwem wobec tego, co powiedział Czech, Kapitan nie zamierzał dłużej zniechęcać chłopaka. Może wiedział, że nie ma na tyle czasu, a może uświadomił sobie, że każda pomoc mu się przyda. Szczególnie kogoś zdeterminowanego.

Nie zwlekając ani sekundy dłużej, wszedł na klatkę schodową i schodami w dół poprowadził ich ku bardziej zakazanym częściom kompleksu.

 

Chyba nikt nie mógł spodziewać się tego, co zobaczą, gdy już przekroczą granice dzielącą część biurową ośrodka od tej bardziej badawczej. Choć poziomy nadziemne miały wszelkie znamion administracyjnych pomieszczeń, wszystko zmieniało się, gdy wchodzili w głąb kompleksu. Przedzierali się przez kolejne poziomy. Petr nie był bezpośrednio zaangażowany w walkę, bo Kapitan rozprawiał się ze strażnikami nim ci zdołali chociażby zagroził młodemu mutantowi, podczas gdy grupa X-Men mijała korytarze zasłane nieprzytomnymi członkami personelu – ślad po obecności człowieka Hydry.

Do czasu.

 

Kapitan krążył po ośrodku, szukając czegoś lub kogoś. Nie był szczególnie rozmownym dlatego Petr nie wiedział, co tak bardzo determinuje Steve’a. Ten jednak ewidentnie nie wiedział, gdzie znaleźć cel swojej wyprawy. Dzięki temu lub może raczej przez to Tantrum miał okazję zobaczyć pokoje laboratoryjne. Teraz puste zapewne z powodu pory, ale wystarczył mu sam widok na niektóre z przyrządów, by wiedzieć, że tutejsze badania łamią prawa człowieka. Ale w końcu dla niektórych mutanci nie byli ludźmi…

Nie wszyscy korzystali w porze nocnej z możliwości snu. W jednej z sal laboratoryjnych, pochylony nad mikroskopem, stał mężczyzna w białym kitlu. Nie wyglądał na groźnego. Ot przypominał poważnego naukowca, w pełni skoncentrowanego na badanej próbce.

Wystarczyło się wycofać i odejść. Naukowiec nadal ich nie zauważył. A jednak Kapitan nie zamierzał tego zrobić.

- Doktorze… - powiedział cicho. – Muszę pana poprosić o pójście ze mną.

Naukowiec odwrócił się zaskoczony. Kiedy jednak jego wzrok padł na znak widoczny na stroju Kapitana, nieco zaskoczona twarz przybrała wyraz silnego niepokoju. Mężczyzna rozejrzał się, szukając drogi ucieczki lub możliwości uruchomienia alarmu.

 

Bardzo wyraźny stał się moment, w którym przestali iść śladami Kapitana. Nieprzytomnych strażników zastąpili ich w pełni gotowi do walki następcy na niższych poziomach. O stronie X-Men był jednak element zaskoczenia i tylko dzięki temu oraz doświadczeniu Gambita, Psylocke i Shardfire udało im się przetrwać wyłącznie z niewielkimi obrażeniami. Wprawdzie, gdy jeden ze strażników niemal znokautował Jamesa, ten chciał go postrzelić (oczywiście dla bezpieczeństwa misji…), jednak ostatecznie wszystkich udało się spacyfikować bez ofiar w ludziach czy mutantach.

Bez obrażeń nie zakończył wędrówki również Changer. Jego wykręcona lewa ręka rwała bólem w nie mniejszym stopniu niż szczęka Shardfire, która chyba została przestawiona. A przynajmniej takie wrażenie odnosił James, chociaż nie mogło być prawdziwe, skoro był w stanie mówić.

Jeden ze strażników zdradził im, gdzie mogą odszukać cele uwięzionych mutantów. Te kryły się na najniższym poziomie kompleksu. Ten, o dziwo był słabo chroniony. Może ze względu na zabezpieczenia, które posiadał. Drzwi z szyfrowymi zamkami, osobne wejścia do każdej celi chronione podobnymi zamkami i praktycznie pancernymi zamkami oraz obroże na szyjach mutantów, blokujące ich moce, wydawały się wystarczającym zabezpieczeniem.

Długi korytarz upstrzony był szeregiem drzwi po jednej i drugiej stronie. Ułożonych asymetrycznie zapewne, by uniemożliwić więźniom bezpośrednie patrzenie na siebie.

Korytarz odsłaniał wszystko. Każdy detal widoczny był nawet w skąpym nocnym oświetleniu za wyjątkiem pogrążonych w ciemnościach cel. Brak światła w pomieszczeniach wraz z niewielkimi okienkami w drzwiach nie ułatwiały odszukania Logana, który powinien się tutaj znajdować.

Ze swojego położenia mieli widok na cały korytarz, dlatego szybko zobaczyli, gdy jedne z nich się otworzyły. Na korytarz, spokojny, wręcz swobodnym krokiem wyszedł ubrany w dres młody mężczyzna. Na jego szyi nie było obroży, choć w oczach czaiło się coś niepokojącego. Jakiś rodzaj szaleństwa, braku kontaktu z rzeczywistością.

- Goście – powiedział bez śladu zaskoczenia. – Nareszcie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

Changer

 

 

- Doby wieczór. - Odezwał się Changer. - Nie atakuje nas pan od razu, to miła odmiana. Choć coś mi mówi, że raczej nie podamy sobie zaraz dłoni i nie pomoże nam pan uwalniać tych - zatoczył przed sobą półkole jakby wskazując na wszystkie obecne cele - niezgodnie z prawem trzymanych ludzi. Nie chcemy z nikim walczyć. Kamery nie działają... Może moglibyśmy się rozstać w pokoju. Pan wróciłby do swojego... Eemmmm, mieszkania? A my byśmy załatwili to po co tu przyszliśmy i nikomu nic by się nie stało? - Zakończył przyjaznym tonem z autentyczną nutą nadziei.

Oczywiście to nie przeszkodziło mu w skoncentrowaniu się tym by, jeśli zajdzie taka konieczność, móc natychmiastowo osłonić swoją grupę.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1VmLPvl.jpg

Petr Klasnic AKA Tantrum

 

Przemierzanie korytarzy w towarzystwie milczącego Kapitana Ameryki, który miał na sobie strój z symbolem Hydry było jednym z najdziwniejszych i jednocześnie bardziej niezwykłych wydarzeń w jego dotychczasowym życiu.

I Petr byłby tym wszystkim zapewne mocno podekscytowany gdyby nie mijane po drodze puste laboratoria i znaleziony w nich sprzęt. Sprzęt, na widok którego przechodziły nieprzyjemne dreszcze i robiło się słabo, gdy wyobraźnia podpowiadała jak mógł być wykorzystywany.

A gdy Czech zdał sobie sprawę z tego, że sam chciał oddać się do takiego miejsca dobrowolnie, to pobladł jeszcze bardziej, dziękując za kombinezon, który mógł to ukryć przed Kapitanem.

Podobnie jak ulgę za każdym razem, gdy kapitan Rogers pozbawiał przytomności kolejnych strażników, bez konieczności rozpoczynania otwartej walki, w którą Petr musiałby się wmieszać. Bo to oznaczało konieczność użycia mocy, nad którymi nie panował. To oznaczało możliwość zaatakowania Kapitana, a nawet dysponując siłą, która w teorii pozwalałby mu na walkę z Hulkiem, nie chciałby się mierzyć z Kapitanem Ameryką.

Kiedy natknęli się na naukowca, Petr był pewien, że się wycofają, zmierzając dalej w swoją stronę. Zaczął się już nawet chyłkiem wycofywać, gdy Kapitan się odezwał, tak po prostu dając mężczyźnie znać o ich obecności.

- Och, nie… - mruknął cicho, czując nadciągające kłopoty w chwili, kiedy dostrzegł nerwowość u doktora.

Petr postanowił nie czekać, sam zaczął przeszukiwać pomieszczenie w celu odnalezienia alarmu lub drogi ucieczki przed mężczyzną i odcięcia mu do nich drogi.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2c82d9841dd8b888454730ab2d75dc43.jpg

James "Shardfire" Gray

 

Wystarczyło, że zeszli niżej i wszystko zaczęło szybko przypominać placówkę jaką miało być to miejsce. Cele, jakieś sale z podejrzanym sprzętem i strażnicy. Dużo i dobrze wyszkolonych. Nie dość dobrze jednak skoro mimo wszystko przeszli, nawet jeśli to przejście bolało.

 

Shardfire wysłuchał w zaskoczeniu Changera, gdy byli już na najniższym bodajże poziomie i napatoczyli się na jakiegoś gościa. Dziwnego trzeba przyznać, jednak Abe, który strzelił gadką jakby przyszedł na herbatę zdawał się być dziwniejszy.

- Zapomniałeś chyba, że ci wszyscy mutanci są tu trzymani jak najbardziej zgodnie z prawem, o co zresztą dbał między innymi wasz wspaniały Kapitan Ameryka - odparł kąśliwie. W przeciwieństwie do Changera nie zamierzał bawić się w kurtuazję - Gdzie znajdziemy Logana? Gadaj to obejdzie się bez nieprzyjemności.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Mężczyzna w dresie zdawał się nie rozumieć. Najpierw Changera, a później Shardfire’a. Wpatrywał się w nich niemalże niewidzącymi oczami bez śladu strachu czy zrozumienia.

Nie wiedzieli, w którym momencie to się zmieniło. Umknął im ten ułamek sekundy, trwający może mrugnięcie okna, gdy na twarzy nieznajomego pojawiło się coś ostrzegawczego.

Changer na tyle znał się na ludziach, by dostrzec coś, co kazało mu zachować ostrożność. Shardfire z kolei miał do czynienia z wieloma zabójcami, więc był wyczulony na wszelkie zachowania świadczące o nadchodzącym zagrożeniu. Nawet gdy osoba przed nimi pozornie nie wyglądała groźnie.

- Nie jego szukacie – odparł nieznajomy. – On wam nie pomoże.

- Co ty możesz na ten temat wiedzieć? – odparł Colossus.

- Zostawcie Logana w tym miejscu – podjął mężczyzna. – Jego krew ocali zamkniętych tutaj mutantów. Jeśli go zabierzecie, wydacie na wszystkich wyrok śmierci.

- Podaj chociaż jeden powód, dla którego mieliśmy ci uwierzyć – warknął Gambit.

- Bo ja to sprawiłem. To, kim teraz jesteście.

Jego słowa zawisły w powietrzu.

 

Tantrum

Niemal każdy przycisk w tym pomieszczeniu mógł uruchamiać alarm. Każde z dwóch drzwi mogły umożliwić doktorowi ucieczkę, bo choć przez jedne weszli, nie wiedzieli, czego spodziewać się po drugich. Zresztą to ku tym drugim ruszył doktor.

Tantrum i Kapitan zerwali się w tym samym czasie, ale – ku zdziwieniu obojga – to młody Czech znalazł się jako pierwszy przy doktorze. Chciał go tylko zatrzymać, powstrzymać przed ucieczką lub uruchomieniem alarmu, ale zamiast tego wpadł na naukowca. Odepchnął go instynktownie. O reszcie zdecydowało ciało i płynąca w nim adrenalina.

Odepchnięcie sprawiło, że doktor poleciał nad ziemią wprost na metalową szafkę. Uderzenie ciała o mebel wywołało spory hałas, natomiast sam impet, z jakim się to stało, pozbawił naukowca przytomności.

- Nie musiałeś tego robić – zganił Petra Kapitan. – Mogliśmy rozwiązać to pokojowo.

Dziwne słowa jak na kogoś noszącego symbol Hydry.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

Changer

 

 

Przekrzywił lekko głowę. Podniósł w górę otwartą dłoń jakby chciał, choć na chwilę, powstrzymać wszystkich od działania. - Nie rozumiem. - Stwierdził nadając swoim słowom lżejszy ton niż na to zasługiwały. - Oni też nie. Czy mógłbyś nam wyjaśnić? Dlaczego krew Logana pomaga i w czym komukolwiek tutaj? Dlaczego trzymani tu ludzie mieliby umrzeć? A na koniec przyjmę twoje słowa i zapytam się jak i dlaczego sprawiłeś, że jesteśmy kim jesteśmy i czy wiedziałeś jakie będą tego konsekwencje? - Mówił gestykulując swobodnie, starając się utrzymać przyjazny ton głosu i nie okazywać narastającego zaniepokojenia.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1VmLPvl.jpg

Petr Klasnic AKA Tantrum

 

Znów to poczuł.

Ten dziwny stan, to przejście od wątpliwości i obaw do kompletnej pustki, zastąpionej przez silną potrzebę działania i przeżycia. To jakby dopuścić do głosu swoje pierwotne instynkty, które przejmują władzę nad ciałem, a ta racjonalna część Petra po prostu zasiadała w tym czasie w fotelu pasażera.

Jeszcze przez krótką chwilę, gdy racjonalny Petr wciąż jeszcze miał ster, zastanowił się, czy w ten sam sposób ma doktor Banner przed przemianą w Hulka.

A później wszystko potoczyło się już błyskawicznie.

Skok, uderzenie, nokaut profesora i Petr Hyde schował się w podświadomości, znów dopuszczając za stery Petra Jeckyla.

Akurat w momencie, w którym padło na Czecha spojrzenie Kapitana, a wraz ze spojrzeniem – oskarżenie i wyrzut w jednym.

- Proszę mi uwierzyć Kapitanie, gdybym potrafił, nie dopuściłbym do tego - odparł Petr ze skruchą w głosie i wyrzutem do samego siebie. – Ale obawiam się, że ma pan u swojego boku młodocianego Hulka.

Petr zawiesił na chwilę głos, przenosząc spojrzenie na leżącego na ziemi mężczyznę.

- Kim on jest i do czego jest on panu potrzebny, Kapitanie?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz