Sheila

Pieśń Piąta - Acedia (L'riot&Sheila)

103 postów w tym temacie

Napisano (edytowane)

Mężczyzna, dysząc ciężko, oparł się o ścianę budynku na przedmieściach Fresno, po czym zaczął wyrzucać z siebie Słowa. Jeszcze trochę i dotrze do San Francisco a tam, może, będzie bezpieczny.

Tam podobno spełniały się marzenia.

W tej chwili miał jedno, chciał przeżyć i być może, jeśli będzie miał szczęście, powiedzieć komuś, że jego Ymera nie jest tym za kogo go uważano.

 

* * *

 

Choć za mną - powiedział wyciągając dłoń do dziewczynki.

Dziecko podniosło się, z zaskoczeniem stwierdzając, że nic go nie boli. - A mama? - Zapytała oglądając się niepewnie na drzwi do pokoju.

- Nie martw się, Ellie. Ona już cię nie skrzywdzi. - Odparł rudowłosy chłopak. - Choć ze mną, a wszystko będzie dobrze. - Skłamał.

Mała podała mu rękę i pozwoliła się poprowadzić do okna. - Czy ja umarłam? - Zapytała marszcząc brwi. - Jesteś aniołem?

- Śmierć nie istnieje. - Odparł śmiejąc się. - Choć pokażę ci coś wspaniałego. - Dodał wychodząc przez okno. Ellie wyskoczyła za nim. Od ziemi dzieliło ich osiem pięter. Nic im się nie stało. Śmierć była tylko iluzją jak cała reszta kreacji. 

Jeszcze tylko osiemdziesiąt pięć, pomyślał. Osiemdziesiąt pięć osób i będziesz po właściwej stronie lustra, siostrzyczko. W jego oczach spadały gwiazdy.

 

* * *

 

Weszli do wwewnętrznego sanktuarium.

Pomieszczenie pełne było światła księżyca sączącego się przez okna w dachu i szklane ściany.

Tak jasnego, jakby słońce stało w zenicie.
Woda spływała po ścianach, szemrząc pod szklaną posadzką.
Kwiaty pnące się po ścianach i tulące do podłogi rozwijały się na ich widok, wzdychając w uwielbieniu .
Posągi Powierników, wyrzeźbione z kamienia księżycowego tworzyły krąg wokół Księżycowego Drzewa w którego korzeniach skrywały się migotliwe, szepczące do nich, cienie.

A pośród tego wszystkiego stała ona.

Piękna i chłodna niczym promień księżycowego światła. 

Ci którzy ją kiedykolwiek ujrzeli, dobrowolnie oddawali jej swe ciała, umysły, serca i dusze.

Jej dar był równie potężny, lecz subtelniejszy, niźli dar Anandy.

U jej stóp tuląca się do niej Wilczyca i ocierająca się o jej stopy Czerwona Księżniczka.

Tuż obok pod drzewem dwójka Sidhe, z których jedno miało wkrótce zginąć, śniących na posłaniu z księżycowego blasku.

Terry instynktownie odwrócił wzrok.

Ile jeszcze uda mu się unikać ujrzenia swojej Ymera?

Jego spojrzenie padło na najmłodszą członkinię ich Familii.

Nastka poczuła się dziwnie.

Zupełnie inaczej niż przy Annu.

To wrażenie.

Jakby jej coś odebrano.

To ja powinnam tam stać - zaszeptało coś w duszy Anastassi.

Uosobienie Pamięci miał wrażenie, że pamięć dziewczyny wyjątkowo pracuje wyjątkowo intensywnie, starając się ujarzmić i odebrać niepotrzebne jej wspomnienia.

I jeśli już o tym mówimy, dlaczego miał przy niej to nieznośnie wrażenie deja vu?

Lidia poczuła radość i lęk jednocześnie.

Jej serce śpiewało na widok ukochanej Anii, ale jednocześnie wiedziała, że Jej obecność oznacza, iż wkrótce będzie musiała odebrać komuś życie.

Anni z nieskończonym wdziękiem wstąpiła między swoje potęgi kładąc im dłoń na głowie, niczym matka witająca swoje dzieci.

Lód, który zdawał się otaczać serce i umysł Chrisa, chłód, który wypełniał jego ciało, zdawały się topnieć w obecności jego Pani.

Zamiast tego jego serce wypełniał budzący na nowo żar Miłości. Mimowolnie dotknął swoich warg, czując na nich echo pocałunku Asha.

Alice zaparło dech w piersiach. To nie było jak ujrzenie po raz pierwszy Annu. Nie było subtelnego dotyku i pożerających wszystkiego cieni. To było pochłaniające ją inferno. Utkana z Światła, postać  Pani Metamorfozy, której blask odbijał się w oczach Ludzkości na zawsze miała wryć się w każdą cząstkę jestestwa Alice. Nie można było ujrzeć ich Ymera i nie pragnąć oddać jej się całkowicie. Jej dotyk na włosach Pani Cieni palił i koił jednocześnie.

 

- Powiernicy - odezwała się Anni. - Wiele się zdarzyło. Utraciliśmy Jamesa. Utraciliśmy Charlesa. Nasze serce płacze na wspomnienie tego co ich spotkało. Nie możemy nawet w spokoju ich opłakać, gdyż Wrogowie wciąż nękają nasze Sanktuarium. Nasze nowe Powierniczki są już na miejscu. Nadszedł czas działania. Terry. - Zwróciła się do wciąż unikającego patrzenia na nią Terry'ego. Przez sekundę Nastka, która dopiero teraz rozpoznała w nim, porwanego przez nią i Alice, dyrektora Excruciańskiej szkoły, miała wrażenie, że za chwilę  zobaczy identyczną scenę jak z Anandą i Melchiorem. Sama myśl starczyła by poczuła jak w jej w duszy budzi się iskra sprzeciwu. Jednak Anni nie uczyniła żadnego gestu by zmusić Powiernika Pamięci do zwrócenia na nią wzroku. - Terry. - Powtórzyła Anni. - Wykonaliście zadanie, choć nie przypominam sobie bym ci zlecała sprowadzenie Imbrium do naszego sanktuarium. Tym razem wybaczę ci jednak tą niesubordynację. Po śmierci strażnika naszego Sanktuarium potrzebujemy kogoś kto go zastąpi.  Poza tym... Ethanie! Śmierć Charlesa oznacza, że u Anandy nie jest bezpiecznie. I tak jak nie pochwalam w pełni układu mego brata z nim, to jest nam potrzebny u niego ktoś zaufany, kto będzie w stanie sobie poradzić ze wszystkim, co może tam spotkać. Ty jesteś tym kimś. Doprowadź do ładu swoje sprawy tutaj i przygotuj się do zostania naszym ambasadorem w Śnie Miasta. Pod twoją nieobecność, ktoś oczywiście będzie musiał przejąc obowiązek zajmowania się utrzymaniem sprawiedliwości w naszym domu. Jestem pewna, że wybierzecie właściwie. Jest jeszcze jedna sprawa. John został tymczasowo zatrzymany w Piekle. Co oznacza, że dopóki nie wróci, ktoś inny musi pełnić rolę naszych dłoni i oczu poza Sanktuarium. Ty - zwróciła się do Alice - całkiem nieźle poradziłaś sobie z zadaniem, które wyznaczył ci mój brat. Wydaje się, że możesz zastąpić naszego szpiega idealnie. To wszystko. Wróćcie do mnie kiedy już wszystko ustalicie. - Powiedziała kucając by ukryć twarz w futrze wilczątka.

 

 

Oddziaływanie Anni na Alice jest efektem jej przypadłości, działającej z siłą 6. Przypadłość ta nie działa na Nastkę.

 

 

 

Edytowane przez Sheila

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

bordered2.png

Terry Andrews

 

 - Pani - odezwał się Terry, gdy Ymera umilkła; przykląkł i skłonił głowę, co było nader wygodnym sposobem, by bardzo uprzejmie na nią nie patrzeć - nie poleciłaś mi sprowadzenia Imbrium, zrobił to jednak twój brat. Wyraził życzenie, abyśmy z wyprawy przywieźli "ładną pamiątkę". Nie napotkałem zaś w Arkadii nic bardziej godnego was i waszego Sanktuarium, niż broń ze skradzionego przez Excrucian złotego wieku Ludzkości. Jakże mógłbym, o Pani, odnalazłszy Imbrium, powrócić z pośledniejszą zdobyczą, albo z pustymi zgoła rękoma?

 

Oczywiście, prawdy w tym wszystkim było tyle, że Annu, owszem, jak dziecko domagał się pamiątki, po czym Terry, owszem, przywlókł z powrotem do San Francisco Imbrium. Związek pomiędzy jednym a drugim był jednak dość wątły - okręt zapewne wróciłby tak czy owak, choćby Annu słowem o żadnych pamiątkach z podróży nie wspomniał. Ale skoro życzenie już zostało wypowiedziane, i można było na nie zwalić? No i w sumie nie była to tak znów całkiem bzdura - ostatecznie, w czasie rozmowy z Annu, Terry miał jeszcze wątpliwości, czy ściągać Imbrium na Ziemię. Rozmowa (i zawarta w niej prośba) jakimśtam wsparciem w pozbyciu się wątpliwości mogła zatem być. Kontynuując ten tok myślenia: w jakimś stopniu mogła zatem być przyczyną sprowadzenia Imbrium. A jeśli już, jak się okazało, prośba Annu była przyczyną sprowadzenia Imbrium? Cóż, w takim wypadku, naturalnie, sprowadzenie go nie było żadną niesubordynacją! Przeciwnie: było widocznym przejawem lojalności, jak również hołdem Powiernika Pamięci dla swych Ymera.

I nawet, jeśli ktoś mógłby się przyczepić, iż wersja ta zawierała nieco kreatywnej interpretacji - od czegóż była Pamięć, jeśli nie od tego, aby dostarczać kreatywnych interpretacji pasujących do oczekiwań? A jeśli zrobiłby ktoś listę rzeczy, których Anni oczekiwała - to cóż. Lojalność i hołdy z całą pewnością zajęłyby na niej bardzo wysokie pozycje...

 

 

Terry jest uosobieniem cech swojej Domeny; jak mógłby, mając taką nasuwającą się interpretację, zostawić Anni z przykrym przekonaniem, że jej Powiernik wykazał się niesubordynacją?

:P

 

***

 

Tłumaczenia motywów sprowadzania Imbrium były jedną sprawą - ale nie można było na nie poświęcać zbyt wiele czasu. Wkrótce Powiernicy znaleźli się poza wewnętrznym sanktuarium - aby omówić i zaplanować to, co omówić im poleciła (i w swojej łaskawości pozwoliła zaplanować) Pani Metamorfozy. I, oczywiście, nie mieli wiele czasu na inne sprawy. Ale pewne rzeczy czekać po prostu nie mogły. Terry krótką przez chwilę przyglądał się intensywnie nowej Powierniczce Księżyca, zanim wreszcie powiedział, co musiało zostać powiedziane.

 - Czy my się może znamy?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Nastasia.png

Nastasia Walken

 

Nastka rzadko kiedy naprawdę nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Nawet przy Anandzie, przy całym zachwyceniu i onieśmieleniu, nie miała w sobie takiego wewnętrznego rozgardiaszu. A teraz... 

 

Czego to była kwestia? Widoku Wilczątka u jej stóp, budzącego ukłucie zazdrości, niby przelotne ale jednak nie odchodzące? Tego, że jej piękno i wspaniałość wydały jej się bardziej... przemocowe niż Anandy, nie tylko zmuszające do zachwytu aż po szaleństwo, ale do całkowitego oddania siebie? Faktu, że Annu poznała pierwszego i to z nim zdążyła się zżyć, o ile coś takiego można powiedzieć o swoim Ymera? A może tego dziwnego uczucia, że coś jest z tą sceną nie tak, że ona jakby uzurpowała sobie coś, co do niej, Nastasii, należy? Nie wiedziała. Ale chociaż piękno i majestat Anni budziły w rozmiłowanym w cudownościach serduszku Nastki całą masę ciepłych uczuć i ochotę piszczenia i tańczenia z radości (choć jednocześnie miała przeczucie, że taka forma radowania się nie spotkałaby się z pełną aprobatą Władczyni), to uczucia te zaprawione były jakąś nutą goryczy i nieufności, które zakłócały całość i konfudowały ją niemiłosiernie. Nie była pewna, czy Anni to widzi i czy cokolwiek ją to obchodzi.

 

Sposób potraktowania tej "odprawy" przez Anni raczej nie zmienił pierwszego wrażenia Nastki - wydało jej się zimne i zdystansowane jak światło igrające w lodowych pałacach Królowej Śniegu, nawet jeśli było równie piękne i czarujące. Chociaż biorąc pod uwagę, że dwóch jej Powierników zginęło a trzeci najwyraźniej był w Piekle, z czymkolwiek by to się nie wiązało, może Ymera po prostu musiała utrzymywać taki dystans, żeby zmniejszyć ból utraty coraz to nowych Wybrańców? Ta myśl poprawiła jej trochę humor, więc postanowiła się jej trzymać. Poza tym ograniczyła się tylko do wyrażenia uśmiechem i skinięciem głowy uznania dla awansów nadanych Alice i temu Ethanowi (o ile to faktycznie były awanse).

 

***

 

Pytanie Terry'ego - teraz już Nastka rozumiała, skąd pojawił się on na ustach Alice we wcześniejszej rozmowie! - zbiło ją nieco z tropu, zwłaszcza, że to drugi raz, jak zadał jej je przy pierwszym spotkaniu. Zerknęła na Alice, która wcześniej deklarowała, że nie chce o tym mówić jeśli Annu sam nie zdecydował się im o tym powiedzieć, ale uznała, że jakieś tam wyjaśnienie się Terry'emu należy. - Raz się spotkaliśmy, to prawda. Jesteś Potęgą Pamięci, prawda? Myślałam, że to znaczy, że pamiętasz takie rzeczy. No ale... - no ale skoro mieli cię Excrucianie a potem Annu kombinował z twoją duszą, to nic dziwnego, dodała w myślach. Po czym zwróciła się ku Ethanowi. - A w ogóle to chciałam ci powiedzieć, może nie wiesz, żebyś uważał, bo Lord Ananda jest równie... no, zmuszający do patrzenia jak Lady Anni i to może być niebezpieczne pewnie jak ktoś jest nieprzygotowany, więc tak chciałam poradzić, żebyś się przygotował. I na dużo drapieżnych pojazdów i morderstw też. A tak w ogóle to cześć wszystkim, jestem Nastasia Walken i zostałam Potęgą Księżyca. Miło was poznać. - To ostatnie powiedziała zwracając się do Ethana, Terry'ego i Lidii, i troszkę do Chrisa ale jemu w sumie już się przedstawiała.

Edytowane przez Thomas Ufnal Crowlake

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1C7kLz3.png

Alice Nevermore

 

Pani Cieni stała obok swoich nowych brat i sióstr, spoglądając na swoją Ymera z niemym zachwytem. Było w tym jednak coś niepokojącego, z czego Alice jeszcze nie zdawała sobie sprawy. Jeśli Annu pokochała od ich pierwszego spotkania i jeśli to co czułą widząc Pana Metamorfozy można było zwać tym uczuciem, to względem Anni, trzeba było użyć zupełnie innego słowa. Ślepe oddanie. Jednak, nie to było smutne w tej scenie, Anni narzucała swoją wolę, nakazywała się kochać, wielbić, oddać samego siebie w jej usługi, Annu niczego takiego nie żądał, on to dostawał od Alice, z jej własnej, nieprzymuszonej woli. Wielka była różnica pomiędzy oddaniem serca z własnej woli, a wydarciem go z piersi przymusem. Alice miała się jeszcze nie raz przekonać, jak bardzo bolesna jest ta różnica. Mimo to do Władczyni Cieni, nie dotarł jeszcze ten fakt, nie rozumiała swoich uczuć względem Anni, wiedziała jedno, dla swojego Ymera, Annu czy Anni, w którejkolwiek postaci by nie byli będzie gotowa zrobić wszystko. 

 

Instynktownie, zupełnie jak Terry, spuściła spojrzenie, gdy dłoń Pani Metamorfozy pogładziła jej włosy. Otępiające uczucie ogarnęła ją całą, a Alice Nevermore chciała uciekać, jak sarna, która dostrzegła myśliwego na rykowisku. Nie poruszyła się jednak, z ukosa spoglądając na prześlizgujące się pomiędzy promieniami księżyca cienie. Jej cienie. Mimowolnie uśmiechnęła się i dopiero kiedy Anni mianowała ją szpiegiem odważyła się podnieść na nią wzrok, cienistych oczu.

- Dziękuję Pani - odpowiedziała na pochwałę, choć nie wiedziała czego jej gratulować. Gdyby nie rudy exrucianin, podający się za jej brata, nie poradziłaby sobie i kto wie, może dwa cienie zostałyby unicestwione jednego dnia. Nie wyrzekła jednak swoich wątpliwości na głos. Miast tego opuściła głowę, by ciemna grzywka przysłoniła jej równie ciemne oczy. 

 

* * *

 

Kiedy już Księżyc przedstawiła się Alice, uznała, że mimo, tego, iż uczyniła to wcześniej, powinna to zrobić jeszcze raz, widząc twarze swojego rodzeństwa.

- Ja jestem Alice Nevermore. - jej nazwisko przyjemnie spłynęło po języku - Miło mi was w końcu poznać osobiście - ciepły uśmiech zagościł na wargach Pani Cieni - Zapewne macie do mnie i do Nastasi miliony pytań. Pozwólcie jednak, że tak jak powiedziałam podczas naszej pierwszej rozmowy, od razu wyjaśnię kwestię Jamesa. - ciche westchnięcie uleciało spomiędzy warg kobiety - Może jednak trzeba zawołać Guiliana.. albo Vex - tutaj popatrzyła na Terrego - Vex też tam była, to znaczy, już po wszystkim.. - odchrząknęła- ale wracając. Mój poprzednik, James, uratował mnie przed Corrianderem Haspem, który postanowił mnie zabić. Pomagał mu Guiliane, który stracił w potyczce rękę. Pan Cieni stracił życie, ale nim to się stało pojawił się Annu.. James umarł bez bólu, jak mi się wydaje, w ramionach swojego Ymera, który potem uczynił mnie potęgą. - powiedziała to wszystko niemal na jednym wydechu, jakby chciała wyrzucić z siebie całą tą historię - Kiedy wracaliśmy tutaj, do Saktuarium, Annu krzyknął imię Mooneya i wedle Vex zasnął. Guiliane i Vex pomogli mi go tutaj przenieść, wówczas skontaktowałam się  z wami, posąg Nastki był już w Sakntuarium w tamtym momencie, ale ona pojawiła się chwilę później, a wam jak minął dzień? 

 

 

Edytowane przez L'riot

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1k9NSjU.png

 

Chris

 

Oparł się o ścianę. Już miał wszystko uporządkowane, już wiedział, co ze sobą zrobić, już chłód opanował jego ciało i serce, uspokajając wzburzone emocje... a potem Anni wszystko zepsuła. Nie miał jej, oczywiście, za złe, ani nie robiła tego celowo, ani nie było to tak naprawdę niepożądane... ale po wyjściu z sanktuarium potrzebował chwili, by doprowadzić się do porządku. Oparł się o ścianę, wsłuchując się w trzepot serca i stał tak kilka chwil, pozwalając siostrom się przedstawić i opowiedzieć o sobie.

I wtedy padło nazwisko Hasp.

- Corriander - powtórzył Chris ze złością. Przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie z powalająco pięknym Excrucianinem, i teraz wcale to Chrisowi nie pomagało. - Można było się spodziewać po nim czegoś podobnego. Tylko czemu akurat na ciebie polował? - Chris zapytał raczej retorycznie, bo nie spodziewał się by Alice znała odpowiedź na to pytanie. Wzruszył ramionami. - Jak nam minął dzień? Spędziliśmy rok w Arkadii, sprowadziliśmy dwoje upadłych Sidhe, znaleźliśmy zaginionego Władcę Miłości i umknęliśmy Strategowi Excrucian - bez konieczności walki, na szczęście. Terry odnalazł swój statek kosmiczny, o którym nikt wcześniej nie wiedział, czy też nie pamiętał że kiedykolwiek istniał. Razem z załogą. Co mi przypomina, że przy najbliższej okazji wybieram się do Lasu, który Nadejdzie. Terry, będziesz chciał zabrać się ze mną i osobiście przekazać Mitrze te wieści?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

bordered2.png

Terry Andrews

 

Odpowiedź, którą otrzymał od najmłodszej "siostry" chyba nie do końca Terrego usatysfakcjonowała, nie przestał bowiem przyglądać jej się z uwagą. Za zdawkowością tej odpowiedzi - i chwilą wahania przed nią - musiało kryć się coś więcej...

Na pewno zamierzał powrócić do tematu.

Ale tymczasem odezwała się Alice. Nieco chaotycznie, ale na szczęście Terry na tyle orientował się w padających w opowieści imionach, żeby nie mieć problemu z rozszyfrowaniem przebiegu zdarzeń i tego, kto komu pomagał. Tyle tylko, że...

Terry zmarszczył nieznacznie brwi, ale zanim zdążył wyrazić swoje wątpliwości, odezwał się Chris - z własną (czy może ich) opowieścią. Jeszcze bardziej ogólnikową, w sumie, chociaż chyba też ciut składniejszą (a może po prostu Terry wiedział, o czym Chris mówił, więc nie miał problemów ze zrozumieniem). Przede wszystkim jednak zakończoną zaskakującym pytaniem.

 - Nie mam pojęcia - odparł Terry, spoglądając na Powiernika Ożywienia - na pewno nie chcę, żebyś mnie wyręczał. Ale jeszcze nie wiem, co planuję. Na początek chciałem się pojawić na procesie; o ile nie doszłoby do rękoczynów, mógłbym wtedy zaprosić Mitrę na kawę dziś wieczór, z gościem-niespodzianką. Ale nie jestem jeszcze pewien. Natomiast...

Przeniósł spojrzenie na nowe Potęgi.

 - Alice. Terry Andrews, tak w ogóle. Więc... - przekrzywił głowę - nie jestem pewien, czemu nie powiedziałaś, co miałaś do powiedzenia, przy naszej pierwszej rozmowie... i tak, pewnie porozmawiamy z Guillianem i sierściuchem - to ostatnie nie zabrzmiało, jakby rozmowa z "sierściuchem" miała należeć do przyjemnych.

 - W każdym razie - podjął - słyszałem, że dostałaś jakieś zadanie i się z niego wywiązałaś. Oraz, wygląda, że w ogóle poradziłyście sobie bez nas... Dobra robota. Zgaduję, że Annu obudził się zanim zdążyłyście z flagą? Ale - ciągnął, nie dając czasu na odpowiedź - jedna rzecz zwróciła moją uwagę. To jest, poza zagadką, czego od ciebie chciał Hasp, oraz kilkoma innymi drobiazgami, ale... Popraw mnie, jeśli dobrze zrozumiałem: po śmierci Jamesa, Annu uczynił cię Powierniczką Cieni. Chwilę potem... zasnął, w związku ze śmiercią Mooneya. Gdy dotarliście do Pałacu, były tam już dwa nowe posągi, przy czym Annu przez cały ten czas się nie budził. I tu właśnie pojawia się moje pytanie...

Powiernik Pamięci zamilkł na chwilę i skierował trudne do rozszyfrowania spojrzenie na najmłodszą ze zgromadzonych.

 - Nastassio, wiem, że to może nie zabrzmieć dobrze, ale... jak dokładnie zostałaś Powierniczką Księżyca?

 

Edytowane przez Eliastion

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

9I2sId0.png

Lidia Brennan

 

Anni i Annu różnili się od siebie znacząco, jednak jedno z pewnością ich łączyło. Umieli wszystko jednocześnie ułatwić i utrudnić. Kiedy patrzyła na dwoje Sidhe u boku Anni coś w niej kurczyło się boleśnie. Wiedziała, że zrobi to czego się od niej wymaga. Nie było innej możliwości, nie kiedy Anni była tak blisko. Tyle, że to będzie bolało. Gdyby chociaż była w stanie uwierzyć, że to było właściwe. Było uzasadnione, miało swój sens, cel tyle, że to jeszcze nie znaczyło, że jest właściwe.

Zostanie jej zająć się tym kiedy nadejdzie czas. Zwłaszcza, że mieli inne rzeczy na głowie. Nowe siostry, co za ulga mieć  siostry, a nie tylko wielkie stado braci, wydawały się już wiedzieć co i jak.

- Cześć, Lidia, Baronowa Światła... i mam nadzieję, że wszystko w porządku.

Przyglądała się uważnie Nastasii, trochę ze smutkiem, trochę ze współczuciem, przecież to było jeszcze dziecko. Takie rzeczy nie powinny się dziać dzieciom. Nie wiedziała właściwie kiedy zostanie potęgą zaczęło się kwalifikować do "takich rzeczy" i dlaczego tak bardzo jej smutno z powodu czyjegoś urwanego dzieciństwa. Może miało to coś wspólnego z tym, ze Terry wyglądał jakby miał się na tę małą zaraz  rzucić.

Edytowane przez mroczek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1C7kLz3.png

Alice Nevermore 

 

Jeśli Chris odrobinę ocieplił swój wizerunek po spotkaniu z nim twarz ą w twarz, to Terry Andrew coraz bardziej go ochładzał. Z każdym słowem sączącym się z jego jadowitych ust Pani Cieni coraz bardziej ie lubiła swojego brata. Znała ten typ.. kiedyś patrzył jej prosto w oczy, raz po raz zatapiając ostrze... Nie, nie mogła o tym myśleć. Patrzyła na człowieka, który był stanowczo zbyt pewny siebie, uważający się za alfę i omegę, za człowieka, który ma prawo wygłaszać swoje poglądy, a co więcej ma prawo decydować o tym kto zostanie nagrodzony jego przychylnym słowem,  a kto będzie nieszczęśnikiem wymagającym zbesztania. Nie był Ymera i nie miał prawa ich osądzać.

- Chyba się zapominasz Pamięci - powiedziała w końcu Alice krzyżując dłonie na piersi. W Akademii poczuła do niego żal, jakąś więź, która mogłaby ich połączyć, nić zrozumienia, kiedy w jego oczach ujrzała, to co widziała w spojrzeniu Jenny. Ale w tej chwili cały czar skrzypka prysł. Alice Nevermore widziała go takim jakim był. Zadufanym w sobie, bogatym dzieciakiem.

- Nie będziesz rozliczał mnie, ani Nastasti z zadań jakie zostały nam powierzone, tak jak i my nie rozliczamy ciebie. Nie będziesz tu też urządzał przesłuchania, wystarczyło, że chciałeś aby któreś z naszego rodzeństwa, nasłało na mnie kogoś, by potwierdzić prawdziwość mych słów po naszej pierwszej rozmowie. Nie mam rodzeństwa i mogę się mylić, ale wydaje mi się, ze rodzina, ta biologiczna, wybrana, czy z przymusu się tak nie zachowuje wobec siebie nawzajem, więc proszę, naprawdę uprzejmie proszę porzuć ton, kogoś kto wie więcej, bo powiem Ci jedno Terry. Nastia i ja w tej, krótkiej chwili kiedy was nie było dowiedziałyśmy się o Tobie więcej niż Ty zapewne sam o sobie wiesz.. - widać było, że chciała coś dodać, ale w porę ugryzła się w język. Po tych słowach odwróciła się do Chrisa, Lidii i Ethana- wybaczcie mi, chciałbym się odświeżyć, dopiero powróciłyśmy z Nastasią, a moja walka nie należała do najłatwiejszych. Pójdę zobaczyć moje piętro, bo w zasadzie nawet jeszcze nie miałam ku temu sposobność - skinęła głową wszystkim powiernikom, nie obdarzając pamięci nawet, krótkim spojrzeniem po czym odwróciła się na pięcie odchodząc. 

Edytowane przez Lunatyczka

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

bordered2.png

Terry Andrews

 

Terry spojrzał na Alice unosząc brwi wysoko. Rozliczać z powierzonych zadań? Nasyłać kogoś na nią? Zrazu chciał coś na te zarzuty odpowiedzieć, ale nagły pośpiech dziewczyny by się odświeżać (choć przecież dopiero co spotkali się z Anni) tudzież obejrzeć własne piętro skutecznie Powiernika Pamięci powstrzymały. W przeciwieństwie do Alice, Terry miał bowiem śmiertelne rodzeństwo. I wiedział, jak wygląda, na przykład, młodsza siostra, która właśnie uznała, że nie traktuje się jej dostatecznie poważnie, więc bardzo, bardzo musi mieć ostatnie słowo i pokazać, że nikt jej w kaszę dmuchać nie będzie.

Oczywiście, pozostawał problem tego wszystkiego, co kazała im ustalić Anni - Alice była więc wciąż potrzebna... Ale próba zatrzymywania jej w tej chwili raczej nic dobrego by nie przyniosła. Pozostawało dać jej chwilę dla siebie i ewentualnie potem się martwić.

Edytowane przez Eliastion

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Nastasia.png

Nastasia Walken

 

Nastka odliczyła w myślach do pięciu, poświęcając ten czas na duchowe podziękowanie Alice za jej wybuch. Być może życie stało się właśnie ociupinę łatwiejsze - po takim wybuchu Terry nie powinien aż tak bawić się w Gestapo i może poprzestanie na tym, co miała do powiedzenia...

 

- W zasadzie to byłam wtedy nieprzytomna - stwierdziła. - To znaczy tak, byłam na Kraken Conie - to taki konwent - wiecie co to jest konwent, prawda? - no mniejsza, byłam na zjeździe geeków. No i w pewnym momencie pojawił się Mooney, wtedy jeszcze nie wiedziałam że to on, i zaczął się bić z kolesiem który do mnie zagadywał. A kiedy mówię bić, mam na myśli że latały kawałki ścian. Wiem to z pierwszej ręki, bo jeden z nich mnie walnął. Trochę straciłam przytomność, potem miałam dziwny sen czy tam wizję, zobaczyłam tam też Mooneya - tu jej rozpaplany głos nastolatki opowiadającej szybko i bez ładu i składu na chwilę nabrał o wiele poważniejszego tonu - Chyba było mu żal, że odchodzi - bo to chyba właśnie robił - ale kazał przekazać swojej siostrze, że niczego nie żałował. Chodziło o ciebie czy o taką rodzoną? - dodała, zwracając się do Lidii. - No a potem obudził mnie widok Familii Lorda Anandy, która zabrała mnie na herbatkę do Lorda Anandy. Wtedy już byłam Potęgą. Melchior mówił coś, że Mooney oddał mi swoje serce. Nie wiem, nie jestem pewna czy to on, ale w sumie nie mam pojęcia jak to działa. Jakieś tam strzępy jeszcze są, bardzo bym chciała usiąść i porozmawiać o tym z Lordem Annu, może on będzie mi umiał to wszystko wytłumaczyć - powiodła po nich wzrokiem mówiącym "chyba że wy macie jakieś pomysły". - Jak to działa, oni są naszymi Władcami w systemie zmianowym?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

bordered2.png

Terry Andrews

 

Powiernik Pamięci westchnął. Było tu sporo spraw do zastanowienia się na przyszłość. I wprawdzie akurat Mooneya prawie nie miał okazji poznać, ale sposób, w jaki się to wszystko dla niego skończyło... Terry pokręcił głową.

 - Można tak powiedzieć. - odpowiedział na pytanie - Czasem są Annu a czasem Anni. I niewiele mają tematów, co do których się zgadzają, pomimo bycia mniej-więcej tą samą osobą. Och, no i żadne z nich nie jest szczególnie dobre w wyjaśnianiu rzeczy, chociaż każde na swój sposób. Za to być może ja mogę pomóc, chociaż raczej ci się to nie spodoba... - spojrzał dziewczynie w oczy - O ile wiem, Nastassio, jest tylko jeden sposób, by zostać Powiernikiem bez bezpośredniej, osobistej ingerencji Ymera: trzeba zjeść serce Potęgi.

Skrzypek zamilkł i zamyślił się na chwilę.

 - Ten - odezwał się znów - "koleś, który do ciebie zagadywał". Czy wiesz coś o nim? Cokolwiek? Przedstawił się jakoś? To może nie być ostatni raz, jak mamy z nim do czynienia...

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Nastasia.png

Nastasia Walken

 

Nastka widziała i czytała wystarczająco wiele opowieści, by wiedzieć, jak to się skończy.

 

Jeśli teraz skłamie by zyskać sobie zaufanie reszty drużyny - w najmniej odpowiednim momencie kłamstwo wyjdzie na jaw i pozbawi ją ich zaufania akurat wtedy, kiedy będzie potrzebne.

Jeśli powie całą prawdę, nie zaufają jej i ocenią po jej znajomościach i potem będzie musiała walczyć o zdobycie ich zaufania.

 

W związku z czym wybrała opcję pośrednią.

 

- Znaczy tak, byłam przekonana że to mój znajomy z internetów, pseudonim Coyote, parę razy się widywaliśmy na różnych konwentach, gadamy przez sieć i te de. Ale... -  zawahała się - to trochę bez sensu, nie? W sensie, z tego co rozumiem Excrucianie to wrogowie tej rzeczywistości, którzy rezydują poza nią, infiltrują ją i atakują, ewentualnie wpadają na kawę. A nie mieszkają parę lat w Ameryce i gadają przez internety z ludźmi na deviantartach i tym podobnych i wpadają na konwenty. No i nie miał tych excruciańskich oczu, ale podobno oni mogą je ukrywać jakoś, więc to pewnie żaden argument. No ale nie wiem, jakoś łatwiej mi uwierzyć, że ktoś się pod Aybeka podszył. Nie wiem tylko po co, może dlatego co Lord Ananda mówił, że jestem jakąś jego daleką krewną? Chyba miał na myśli mnie w ogóle, a nie że po zostaniu Potęgą nawiązałam z nim jakieś mistyczne podobieństwo ról metafizycznych. Chociaż rozumienia, co dokładnie anielscy Ymera mają na myśli nie mam niestety w portfolio. - Wzruszyła ramionami z absolutnie szczerą bezradnością. - Jak macie jakieś pomysły czy sugestie to wiecie, ja chętnie, ale czy nasza współWładczyni nie kazała nam czegoś ustalić?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

bordered2.png

Terry Andrews

 

Terry westchnął.

 - Z Excrucianami to dużo bardziej skomplikowane, niż sądzisz. To nie jest prosty najazd, miecz w ręku i hajda na Kreację. Może kiedyś tak było, w czasie, który już nie istnieje. Ale nawet wtedy, to nie o to im chodziło. Wojna jest częścią Kreacji. Prowadzenie wojny i zabijanie wrogów to dla Excrucian coś jak gra w szachy, kiedy prawdziwym wrogiem do pokonania są zasady gry. Oni nie chcą z tobą wygrać. To, na czym im zależy, to żebyś przestała się przejmować tymi zasadami. Żeby dostawianie sobie po cichu figur i nielegalne ruchy stały się częścią gry. Bo dopiero wtedy będą o krok bliżej sukcesu, Nastassio. Cała reszta: zbicie pionka, danie mata? To dla nich żadne zwycięstwo... no chyba, że pomoże im w przekonaniu cię, że gra w szachy zgodnie z zasadami jest głupia. Wojna z nami jest dla nich tylko środkiem do celu. Dlaczego więc nie miałoby być takowym udzielanie się na sieciach społecznościowych? Mieliśmy tu raz Excruciankę jak słyszałem. Nie Odłamek: pełnowymiarowego Oszusta, który znalazł chwilę wolną od prowadzenia swojego kanału na Youtube, aby wpaść do nas na Wigilię i grać covery kolęd na ukulele. Excrucianie mają takie pomysły, że sami siebie nawzajem nie rozumieją. Obecność na Deviantarcie i konwentach nie byłaby nawet dziwna.

Powiernik Pamięci zamilkł na chwilę, spojrzał w kierunku wejścia do Wewnętrznego Sanktuarium na szczycie Pałacu - a potem ku zejściu na dół.

 - A co do Anni, owszem. Prosiła, abyśmy coś ustalili, ale chwilowo Alice się obraziła za gratulacje z okazji pierwszej misji, a trochę głupio zaczynać bez niej... niby moglibyśmy cię trochę wprowadzić - uśmiechnął się do Nastasii - ale trzeba by wtedy wszystko powtarzać dwa razy, lepiej poczekajmy jeszcze chwilę. Alice ujrzała Anni; teraz, aby wypełnić jej wolę - Terry skrzywił się nieznacznie, w sposób sugerujący, że coś z tego, co mówił, sprawiało mu jakąś przykrość - wróci zapewne lada moment...

Znów westchnął, po czym spojrzał na pozostałych obecnych członków swej Familii.

 - Co się stało z Derrington? Wysiadała z wami... I w ogóle, dowiedzieliście się czegoś od Annu?

 

Edytowane przez Eliastion

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

9I2sId0.png

Lidia Brennan

 

Wojna na dobre się rozgościła w ich życiu i chyba to nie było jeszcze wszystko na co ją stać. A on i nie byli gotowi. Czy będą kiedykolwiek.

- Nie sądzę żeby chodziło o mnie, on miał śmiertelną siostrę. Zajmę się przekazaniem jej in formacji.

Kolejna rzecz do listy. Lincoln i jego nowa znajoma, Siostra Jamesa porwana przez orkę, siostra Mooneya. Dość żeby skutecznie udawać, ze wcale nie wyczekuje jutrzejszej randki. No i była sprawa Sidhe...

- I wiem, ze powinniśmy poczekać, ale jednak trochę pracy mamy... Musimy pomyśleć o lepszej obronie sanktuarium. Niezależnie od tego kto się tym zajmie osobiście, mogę ja... - W sumie najlepiej nadawał się Terry, miał do tego najlepsze predyspozycje i statek wojenny. No ale jeśli nie chciał a ktoś miał iść pierwszy do walki to wolała żeby to nie było dziecko, Nastasia może dzieckiem nie była już, ale dorosła też się nie wydawała . - Ale przydałyby się system wczesnego ostrzegania może jakieś plany na wypadek problemów. Punkty ewakuacyjne, schrony gdyby znowu walnęła w nas trąba powietrzna. To i tak temat na dłuższą dyskusję i do przemyślenia. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1k9NSjU.png

 

Chris

 

Muzyk spojrzał z pewnym uznaniem na Terry'ego, gdy ten opowiadał o grze w szachy jako metaforze wojny o kreację. Chris musiał przyznać, że była to przenośnia jeśli nie bardzo trafna, to przynajmniej naprawdę skutecznie przemawiająca do wyobraźni.

- Terry ma rację, pomysłów na walkę z Kreacją jest tyle, co Excrucian, i nie wszyscy wyglądają tak, jak się tego spodziewasz - Chris odchrząknął lekko, nim zwrócił się do Terry'ego aby odpowiedzieć na jego pytanie. - Pożegnałem się z Derry jeszcze zanim zjawiły się Alice i Nastasia, nie było sensu jej dłużej zatrzymywać jak już wyjaśniliśmy sobie jedną rzecz. Jeśli coś od niej chcesz, to mogę się do niej odezwać, szepnąć dobre słowo, tylko przypomnij mi o tym później.

Nie dodał, że i tak chciał z Terry'ym porozmawiać w wolnej chwili w cztery oczy. Nie robiło mu różnicy, czy Terry domyśli się, że ten komentarz i wcześniejsza propozycja wspólnej wizyty u Mitry Vali były do tego aluzją - prędzej czy później taka okazja musiała się mimo wszystko trafić.

- Tymczasem, Lidio... myślisz, że warto rzeczywiście zajmować się takimi środkami obrony Sanktuarium? Czy nie wystarczy, że jest zawsze w zasięgu naszych Władców, objęte w zasadzie boską protekcją? Jako dom nasz i Fundacji...? Wydaje mi się, że jeśli chodzi o to miejsce, to jedyne co rzeczywiście stanowiłoby zagrożenie, są rzeczy w skali boskiej, nie ludzkiej... a na to schrony i wyjścia ewakuacyjne niewiele pomogą. Pamiętasz, jak było z Hayley Daniels w tamtej szkole. Za to wczesne ostrzeganie o nadnaturalnych zagrożeniach - o, to rzeczywiście może się przydać.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

bordered2.png

Terry Andrews

 

Terry spojrzał na Chrisa i uśmiechnął się lekko, najpierw do niego, potem do Powierniczki Światła.

 - Lidia ma chyba na myśli naszych śmiertelnych podopiecznych - zauważył, zwracając się do Pana Ożywienia - a nasi Władcy mają swoje problemy w nieco innej skali. Obawiam się, że ich realna boska protekcja dla San Francisco... nie powiedziałbym, że jest słaba, ale w większości stoi właśnie w tej sali. A schrony i plany ewakuacji, oczywiście, nie obronią nikogo przed atakiem Excrucianina czy wrogiej Potęgi na niego, ale większość podobnych zagrożeń nie obierze przecież za cel zwykłych mieszkańców. Co nie znaczy jednak, że, gdy przyjdzie co do czego, budynki nie będą się walić, deszcz płonąć, albo że nie przewali się nam ulicami jakieś tsunami. Jako drobny efekt uboczny. Więc te pomysły - skinął głową Lidii - brzmią całkiem sensownie, jeśli chcemy poprawić szanse śmiertelnych mieszkańców naszego Sanktuarium na to, by ze swoją śmiertelnością skonfrontowali się raczej później niż wcześniej. Ale - dodał, tym razem zwracając się przede wszystkim do Baronowej Światła - z samym podziałem obowiązków naprawdę poczekajmy aż będziemy w komplecie. Chociaż kto jak kto, ale akurat ty masz masę roboty z Fundacją. Nie wydaje mi się, żebyśmy powinni przysparzać ci więcej pracy w tym momencie.

Edytowane przez Eliastion

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1C7kLz3.png

Alice Nevermore

 

Przeniesienie kilku gratów z samochodu na jej piętro nie zajęło jej wiele czasu. Rozpakowanie się pochłonęło go jeszcze mniej. Laptop, kilka ubrań, ze dwie ramki ze zdjęciami rodziców i nieżyjącej babci. Ładowarki do sprzętu elektronicznego, słuchawki, ulubiony kubek, pierwsze wydania jej książek i cenne, oprawione w skórę powieści Jane Austen. Ulubione pióro  i tak zawsze nosiła ze sobą, tak jak i telefon. Jej życie można było pomieścić w kartonie, nabrała tego nawyku, po.. chyba po drugiej szybkiej przeprowadzce, jeszcze w Chicago. Kiedy jednak okazało się, że zmiana dzielnicy, nie jest wystarczająca, a i zmiana miasta w obrębie jednego stanu również nie spełnia swojego zadania, zawsze miała gotową niewielką walizkę ubrań, w której było wolne miejsce na dopakowanie kilku gratów. Życie na walizkach niektórzy by powiedzieli, ona nazywała to raczej życiem w bezsennej niepewności. Odruchowo, zabrała z szafki nocnej tabletki nasenne, popatrzyła na pomarańczowe, przezroczyste opakowanie i jej nazwisko na etykiecie. Odstawiła plastikowe opakowanie, na biurko i opuściła pomieszczenie, trochę tylko rozdrażniona. 

 

Bardzo nie chciała, ale wiedziała, że musi wrócić do "rodzeństwa", jakie by nie było, musiała się z nimi dogadywać, bo w obecnej sytuacji nie miała nikogo innego. Cytrynowe szpilki cicho postukiwały o podłogę, gdy zmierzała w ich kierunku, z dłońmi wsuniętymi w kieszenie żakietu. 

- Ustaliliście coś już? - zapytała, gdy była na tyle blisko, by nie musiała krzyczeć, ażeby ją usłyszeli. Była całkowicie spokojna i opanowana, ale chłód jej oczu był niemal namacalny. 

Edytowane przez Sheila
literówki

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

bordered2.png

Terry Andrews

 

Powiernik Pamięci najwyraźniej chłodem w niczyich oczach się nie przejmował, bo powitał Alice uśmiechem kogoś autentycznie cieszącego się na jej widok.

 - Nie, oczywiście że nie - odpowiedział lekko - nie chcieliśmy nic ustalać bez ciebie. Ale dobrze, że jesteś, bo tematy nam się chwilowo kończyły. Więc, nie przedłużając - przeniósł spojrzenie na Nastasię - Annu się takimi rzeczmi nie przejmuje, ale Anni lubi, aby wszystko było na swoim miejscu i miało swoje przeznaczenie. Dlatego każde z nas ma pewną konkretną rolę. W praktyce, co prawda, każdy się po trosze zajmuje czym może i co uważa za stosowne, ale mamy też formalny podział obowiązków. I tak Lidia - wskazał na siostrę gestem któremu zwykle towarzyszy nazwa instrumentu, na którym gra prezentowany członek zespołu - jest "kapłanką" i zajmuje się tym, by ludzie robili różne rzeczy w imię Anni. Może słyszałyście o Fundacji "Silni z Anni"? To jej dzieło. Chris - zaprezentował drugiego z członków Familii - jest... jak to nazwać, Chris? "Rzecznik Prasowy" i koordynator Public Relations? Anni powierzyła mu nasz i jej wizerunek. Ethan - wskazał na Powiernika Cech i uśmiechnął się do niego lekko - do dziś był "Sędzią" San Francisco, jego kompetencje obejmowały strzeżenie sprawiedliwości i porządku w naszym mieście.

Uosobienie Pamięci zamilkł na chwilę, spojrzał na obie nowe członkinie Familii poważnie. 

 - Resztę w zasadzie już wiecie z ust samej Anni. Ethan otrzymał dziś nowe zadanie. Anni życzy sobie, by ktoś przejął jego obowiązki. Poza tym są jeszcze dwa inne... wakaty. James był "Strażnikiem" Sanktuarium. Obrona naszego Locus jest co prawda najbardziej oczywistą powinnością nas wszystkich, James odpowiadał jednak za koordynację tego wysiłku. John, Markiz Szczęścia, był "Szpiegiem". Miał odpowiadać za wywiad i pozyskiwanie informacji. Chwilowo jednak utknął w Piekle. Nasza Ymera - Terry spojrzał na Alice - rekomendowała ciebie jako jego następczynię. Należy to wziąć pod uwagę, jednak nasze dotychczasowe doświadczenia z Anni sugerują, że kiedy podejmuje ona decyzję, to nie pozostawia co do tego wątpliwości, zatem wciąż masz jeszcze pewien wybór. Podsumowując - przesunął spojrzeniem po wszystkich obecnych - mamy do obsadzenia trzy "stanowiska" i o jedną osobę za mało, by każdy został z jednym. Gdyby zależało to tylko ode mnie, obowiązki strażnika najchętniej wziąłbym tymczasowo na siebie, albo powierzył Chrisowi, obaj mamy już pewne doświadczenie i, wydaje mi się, mniej jesteśmy obciążeni pracą niż ty, Lidio. No i jest jeszcze Imbrium. Tak czy inaczej jednak - przeniósł spojrzenie na Alice i Nastasię i uśmiechnął się do nich zachęcająco - Najważniejsze pytanie teraz to to, jak wy dwie siebie i swoją rolę widzicie.

Edytowane przez Eliastion

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1C7kLz3.png

Alice Nevermore

 

Alice wysłuchała wywodu Pamięci, nie przerywając mu w żaden sposób. Tak naprawdę, chciała jak najszybciej skończyć to formalne spotkanie, musiała porozmawiać z kimś na temat prezentu dla pewnego pana. Dodatkowo musiała go też kupić, ponadto powinna skontaktować się z Paige, nie wspominając już o skończeniu kolejnego rozdziału, bo biedna Velvet nigdy się nie uratuje z tarapatów, a po tych wszystkich wydarzeniach wpadł jej do głowy pewien pomysł. Wiedziała już co i jak mogłoby uratować medium, by nie było to zbyt naciągane, a jednocześnie by zaskoczyło czytelników i odrobinę odwróciło bieg snutej przez nią historii. Pojawienie się nowego gracza w grze zawsze było ciekawe, musiała tylko... Odchrząknęła cicho, powracając myślami do tu i teraz.

- Wydaje mi się Terry, że Anni, wyraziła swoje zdanie, co do tego, w jakiej roli by mnie widziała. Jak dobrze pamiętam z jej słów, nawet wyznaczyła mnie na.. szpiega, tak? Sądzę, że ta rola bardzo by mi odpowiadała - wzruszyła ramionami, z lekkim uśmiechem. - wybaczcie, że nie będę brała udziału w dalszej dyskusji, ale nie znamy się w ogóle. Nie wiem nawet kim jesteście, czym się zajmujecie ani jakimi osobami jesteście. nie znam waszych mocnych ani słabych stron, dlatego nie będę oceniać, kto powinien zostać strażnikiem, a kto sędzią. Moja ocena mogłaby być bardzo zła i prawdę powiedziawszy takie zachowanie w moim odczuciu byłoby dość niestosowne.  Tym niemniej z chęcią posłucham, co wy macie na ten teat do powiedzenia - uśmiechnęła się szerzej, spoglądając na swoją nową rodzinę. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Nastasia.png

Nastasia Walken

 

- Ja to swoją rolę chwilowo widzę tak, że jutro obudzę się przekonana że to był sen, uszczypnę się parę razy, spędzę następnych parę tygodni chodząc za Wami z rozdziawioną buzią i ucząc się czego nie wiem o byciu Potęgą - bo wiecie, z mojej perspektywy to nie minęły chyba jeszcze 24 godziny, nie wiem jak z Tobą Alice - a potem dopiero się zastanowię, co ja w zasadzie mogę zrobić. Sądzicie, że tak by się dało? - spytała Nastka z rozbrajającą szczerością. - W ogóle to rozumiem, że mam się tu przeprowadzić? Dla mnie bomba, tylko czy ktoś z Was ma jakąś rodzinę i może mi podpowiedzieć, co się z takową rodziną w takiej sytuacji robi, bo "cześć tato, zostałam Potęgą Księżyca i chronię Kreację w wojnie z Excrucianami, a w ogóle to wyprowadzam się do Frisco" to chyba nie jest najlepsza droga. - Biorąc pod uwagę rozbrajający brak oburzenia, z jakim jej nowa rodzinka przyjęła możliwość, że Nastka została Potęgą na skutek machinacji jednego z Wielkich Złych, Nastasia stwierdziła, że najwyraźniej nie ma potrzeby się chrzanić z gadaniem opłotkami. Ciekawi ludzie. - A w ogóle to ja się pod Alice podpisuję, w sensie, wiem o Was tyle czego jesteście Potęgami i niewiele więcej, więc chętnie się dowiem. Też mogę coś powiedzieć co umiem, chociaż wiecie, troszkę się jeszcze... moszczę? Tak, to dobre słowo. Moszczę w swojej roli w świecie i w jej mocach.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

9I2sId0.png

Lidia Brennan

 

Właśnie przechodzili do tych trudniejszych rzeczy, które zdaje się jeszcze nie dotarły do ich nowych sióstr i głos na chwilę uwiózł Lidii w gardle. Były w sumie w lepszej sytuacji niż oni, bo przynajmniej ktoś im to teraz powie, ale i tak trudno było się za to zabrać.

- Masz rację, takie postępowanie wobec twojego ojca nie jest najlepszą drogą, obawiam się jednak, że dobrej drogi nie ma - wyprostowała się przenosząc wzrok z Nastasii na Alice. - W praktyce sprawa sprowadza się do tego, ze nasze życie w tamtym, śmiertelnym, świecie się skończyło. Nie wiem jakie macie doświadczenia ale.... to o czym mówiłaś Nastasio, ta walka która nagle rozpętała się wokół ciebie, Mooney kontra twój znajomy to teraz codzienność. I jej dość łagodna wersja. Nas dopadło tornado i to też nie jest najgorsze. Wokół Potęg dzieją się rzeczy nie z tego świata i one w żaden sposób nie oszczędzają bliskich dla nas ludzi, którzy wobec tych zagrożeń są bardzo delikatni. A to jeszcze nie jest najgorsze. 

Przerwała żeby zebrać myśli, dać przebrzmieć swoim słowom.

- Słyszałyście pewnie o Codexie Fidelitatis, zbiera prawa którym podlegamy. Jedno z praw, zasada człowieka brzmi... - skrzywiła się cytując słowa, brwi jakby same zmarszczyły się gniewnie. - "Nie będziesz poddawać się władzy zwierzęcia" i mówiąc o zwierzętach chodzi o śmiertelnych, osobiście nie znoszę tego zapisu, ale jest traktowane bardzo poważnie, nawet do przesady. Ludzie nie powinni mieć teraz żadnego wpływu na nasze działania, do tego winni są nam absolutny szacunek. W praktyce sprowadza się do tego, że gdybyś wróciła do domu i twój ojciec dałby ci powiedzmy reprymendę bo się spóźniłaś to powinnaś go za to zabić. Gdybyś tego nie zrobiła a ktoś by się o tym doniósł, trafiłabyś pod Sąd Szarańczy i ten z kolei skazałby i zabił ciebie. To samo jeśli powiedzmy posprzeczamy się z przyjaciółmi z dawnego życia i damy się złapać na puszczeniu im tego płazem. Wiem, że to brzmi strasznie przesadnie, ale spotkaliśmy się z tym, że na podstawie tego prawa pewna Potęga wystrzelała grupę ludzi bo się jej nie ukłonili zaraz jak ją zobaczyli i to jest podobno w proządku. Mój podpieczmy niemal zginął bo przy innych potęgach odezwał się niegrzecznie do Johna. To jest coś na co trzeba bardzo uważać. - W całej jej twarzy widać było niechęć wobec zasady człowieka, strach o życie Josha wciąż gdzieś w niej tkwił, tak samo jak strach o życie Ellen. - Co do twojego ojca możesz do niego zadzwonić, że dostałaś stypendium od Fundacji Silni z Anni, jeśli chcesz pomówię z nim o tym tak żeby nie stała mu się krzywda. Mogę mu też zapewnić tu dom i prace gdyby chciał sie przeprowadzić za tobą. Możesz też wymyślić coś innego, ale bądź ostrożna. Ja osobiście nie widziałam własnej matki odkąd zostałam Potęgą, a inne bliskie osoby zostały moimi kotwicami, dzięki czemu mogę ich chociaż bronić bez łamania tego nieszczęsnego prawa. Robienie z bliskich kotwic ma jednak tę wadę, że zostaną na zawsze związani z wami. Wiec jeśli umrzemy oni też. - głos jej się załamał bo pomyślała o Jamesie i Denisie, gdziekolwiek byli, oby byli razem. Może faktycznie spytać o to Carushara? Potrząsnęła głową odpędzając myśl, mówiła o kotwicach - Być może mam możliwość obejścia tego poprzez moją domenę, tworząc pewne cudowne przedmioty dla kotwic, jakby ktoś z was chciał służę, swoich już wyposażyłam. Nie jestem pewna czy zadziałają i nie będę pewna póki się tego nie sprawdzi w praktyce.

To była chyba pierwsza partia rzeczy o których sama chciałaby usłyszeć będąc młodą Potęgą.

- Jeśli o mnie chodzi byłam nauczycielką sztuk wizualnych, malarka i trochę projektantką zanim zostałam Potęgą, sporo moich prac dalej można zobaczyć w tym mieście na ulicy. Pracowałam z trudną młodzieżą, o wiele łatwiej było kiedy znali mnie z graffiti. - pojaśniała nieznacznie mówiąc o p[racy jednak uśmiech zniknął jej z ust. - Teraz jestem kapłanką Anni i zostało mi w sumie tylko malarstwo, reszta była zbyt niebezpieczna dla moich uczniów. Teraz "władam" Światłem, co to znaczy w praktyce samej trudno mi powiedzieć, ale ma spory związek z prawdą i oczyszczeniem.

Edytowane przez mroczek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

bordered2.png

Terry Andrews

 

Terry miał już odpowiedzieć, ale w tym momencie odezwała się Lidia. A że mówiła rozsądnie, to odczekał w milczeniu aż skończy.

 - Obawiam się - podjął poprzedni temat - że niewiele masz czasu na moszczenie się, Nastasio. Anni zażyczyła sobie, żebyśmy wrócili do niej, kiedy wszystko ustalimy. Raczej miała na myśli dzień dzisiejszy. Na pocieszenie, ja swoją funkcję - chwila, czy on właściwie wspomniał, co to za funkcja? Och, nieważne, mógł teraz - "wybierałem" w ten sposób, że Anni powiedziała "Powiernik Księżyca siedzi teraz u Anandy, więc od teraz ty rządzisz naszym Sanktuarium, Burmistrzu Terry". Niekoniecznie dokładnie tymi słowami, ale taki był sens, tyle mniej-więcej miejsca na dyskusję... i z grubsza tyle wyjaśnień, chyba, że jako wyjaśnienia liczyć narzekanie na Annu zadłużającego się u sojuszników. Więc... - uśmiechnął się lekko - jak, może być "Sędzia"? Niespecjalnie wiem, jak to "pilnowanie sprawiedliwości" w praktyce wygląda, ale Ethan na pewno może rzecz wyjaśnić. Tylko uważaj, bo ostatnio lubi robić drzwi w dziwnych miejscach, jeśli zaprosisz go do siebie i nie powstrzymasz, to skończysz ze ścianami jak ser szwajcarski - stwierdził udając, że wcale na Powiernika Cech nie zerka - A co do rodziny... każdy te rzeczy załatwia po swojemu. Jedni robią z bliskich kotwice. Inni trzymają ich z dala. Jeśli chcesz bardziej radykalnych metod, mogę sprawić, że wszyscy śmiertelnicy zapomną, że twoi rodzice kiedykolwiek mieli córkę. Niekoniecznie to zalecam, ale mogę zrobić, jeśli postanowisz chronić ich w taki właśnie sposób. - obiecał.

Edytowane przez Eliastion

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

- Eee. Sądowanie się robi samo. - Powiedział od niechcenia Ethan i machnął przed twarzą dłonią jakby odganiał muchę. - Oni się tu sami zajmują sprawiedliwością. Trzeba tylko uważać na to by nie zabijać niepotrzebnie ludzi bo Anni tego nie lubi. John nie bez powodu siedzi w Piekle jakby ktoś nie wiedział. No i na taką jedną sędzinę co uważa, że jesteśmy największym złem świata i trzeba przed nami chronić ludzi. Ale, że nic nam na razie nie robi to ją zostawiamy w spokoju. Ten kto weźmie sądy będzie miał luzy.

Edytowane przez L'riot

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

bordered2.png

Terry Andrews

 

Terry spojrzał na Ethana, unosząc brwi.

 - Mówisz, jakby do Piekła trafiało się za karę. John nie wylądował tam dlatego, że czegoś szukał? Pierwsze słyszę, żeby Anni miała z tym coś wspólnego...

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Ethan westchnął. - Upraszczam. Ale podejrzewam, że to, że on ciągle siedzi w Piekle jest związane z tym, że zabił tego człowieka, który nic mu nie zrobił, co nota bene łamie nasze prawa. A potem tych policjantów na sali sądowej co go chcieli aresztować. Jestem prawie pewien, że dlatego Anni, bo Annu to pewnie wszystko jedno, jeszcze się po Johna nie upomniała i pozwala Lucyferowi go tam trzymać.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz