Sheila

Pieśń Piąta - Acedia (L'riot&Sheila)

192 postów w tym temacie

Urie patrzył na nie z minął niewiniątka i Nastka była już prawie pewna, że to nie zadziała kiedy Odłamek uśmiechnął się, przekrzywił lekko głowę i zmienił wyraz twarzy, który sprawił, że przez chwilę wyglądał tak nieludzko jak na Odłamek Oszusta przystało. 

Chwila minęła, a Urie klepną przyjacielsko Alice w ramię. - Oj siostra. Ależ ty zasadnicza. Lata się nie widzimy, a ty od razu do jakichś poważnych tematów i dawnych urazów przechodzisz. - Pokręcił głową.

 

- Wszysztko.- Powiedziała Ellie, po czym przełknęła. - Wszystko zjem. Są są super. Jest super. - To ostatnie chyba miało być odpowiedzią na pytanie Nastki. - Urie obiecał mi jeszcze lody. - Pokiwała głową jakby to wszystko razem stanowiło definicje "bycia okej".

 

- Ej, ale ustalmy jedną rzecz. - Urie pochylił się lekko nad stolikiem. - Ja nic nie robię. On? Tak. On robi. Wiele rzeczy nawet. Tak robi coś u was. Pozwolicie, że będę udawał, że nie znam wszystkich szczegółów. - Ponownie puścił do Alice oko. Po czym zamyślił się i dodał. - A w zasadzie to na pewno nie znam wszystkich szczegółów jak o tym teraz myślę. No nic. Ale po co to akurat wiem. - Skwitował z uśmiechem. - By was uwolnić. - Powiedział jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.

 

* * *

 

Mellody popatrzyła na nią dziwnie, jakby nie rozumiała czego ona nie rozumie. - Ponieważ - powiedziała powoli akcentując każdą sylabę - Panya jest sentymentalny. Przywiązuje się. To jego słabość. A Ren jest szpiegiem swojej Ymera. Jestem prawie pewna, że jego matka jest jego Kotwicą lub nosi ze sobą jego Kotwicę. W ten sposób m swoje oczy i uszy w Twierdzy na Brzegu, bo ona się tam przeprowadziła, plus ma wpływ na Panyę. Ma powody by tam często bywać. Dodatkowo, jeśli przypadkiem zależałoby mu na swojej matce, czego wykluczyć nie można - powiedziała to w sposób, który kazał Lidii przypomnieć sobie, że rozmawia z kimś kto sprawia wrażenie typowej socjopatki - to dodatkowo oddala od niej potencjalne niebezpieczeństwo gdyż pokazuje wszystkim starszym Powiernikom, że jest ona dla niego tylko narzędziem, oraz daje jej ochroną dwóch Familii Celestis na raz. Swojej, bo to rodzina czy jakiekolwiek inne wyjaśnienie zostanie użyte i Yolet gdyż ona jest u nich gościem, więc gdyby coś jej się stało to część winy za to spada na nich. Ren jest bardzo praktyczny i przewidujący jeśli chodzi o takie rzeczy. - Zamilkła maszcząc brwi. - A przynajmniej taki wizerunek siebie zbudował w moich oczach. Niestety, biorąc pod uwag, że jest Powiernikiem Wizerunku to tak do końca niczego nie można być pewnym w stosunku do niego.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

9I2sId0.png

Lidia Brennan

 

Oczy Lidii robiły się coraz większe. Pomysł wprowadzania śmiertelnych bliskich pomiędzy potęgi wydał się jej przerażająco niebezpieczny. Jednak przy tym bałaganie którego narobiła w swoim otoczeniu nie czuła się w pozycji oceniać cudze postępowanie. Może Ren w tym przypadku działał skutecznie i jak trzeba? A może Mellody się myliła. No i przecież jak dotąd Josh dobrze sobie radził z odmawianiem bratu. Gdyby działa mu się krzywda powiedziałby. Gdyby Ren usiłował go zmienić pewnie sama by się zorientowała. Prawda?

W sumie to nie wiedziała. Zostawało mieć nadzieję.

- Chyba rozumiem. Czy on często wprowadza swoich śmiertelnych bliskich między Potęgi? O reżyserowaniu ich życia nie wspominając? - starała się żeby to zabrzmiało neutralnie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

1C7kLz3.png

Alice Nevermore

 

- Uwolnić nas? - Alice zakpiła przyglądając się bratu - Uwolnić od czego, od życia? - pokręciła głową, a cienie wjej włosach spoglądały oczami bez źrenic na Urie. 

- Zdajesz sobie sprawę, że on zawsze kłamie Urie, prawda? Wiesz, że i Ciebie okłamał... okłamał nas. - nuty smutku w jej głowie były słyszalne. 

Edytowane przez Lunatyczka

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

large.Nastasia.png.379565ad5231b3d754c86

Nastasia Walken

 

Jeśli on zawsze kłamie, to czy jego Odłamki też? Czy Urie też przypadkiem nie kłamie? Co w zasadzie Alice chciała uzyskać tą rozmową? Nastka nie była pewna, ale miała wrażenie, że nie znając celu i strategii lepiej żeby się nie wtrącała. Zamiast tego więc postanowiła być sprytna.

- To brzmi świetnie - uśmiechnęła się do dziewczynki. - A tak w ogóle to kurczę, masz strasznie fajną apaszkę. Mogłabym przymierzyć? Może na mnie też będzie tak fajnie leżała!

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

Mylisz się Alice -zaczął Odłamek. - On nie kłamie, on...

- Nie! - w oczach dziewczynki pojawił się lęk. Cofnęła się gwałtownie przed Nastką, zasłaniając się dłonią, jakby tamta chciała ją uderzyć.  Urie gniewnie odwrócił się w ich stronę. - Zostaw ją. Ona nic ci nie zrobiła. Ja wam nic nie zrobiłem. Zostawcie nas w spokoju! - Nie podniósł głosu, ale sam jego ton wywołał u obu kobiet zimny dreszcz.

Atmosfera w bistro uległa zmianie. Starsi państwo z ubraną odświętnie dziewczynką przyglądali się im oceniającym wzrokiem. Kobieta z dzieckiem nachyliła się do przyjaciółki szepcząc coś z niepokojem.

 

- Nie wiem. - Mellody pokręciła głową. - Nie mam pojęcia czy często, jego matka jest jedynym przypadkiem, o którym wiem. Ale też nie wiele wiadomo o jego śmiertelnej rodzinie  - Wyjaśniła. - Obawiam się, że nie mam żadnych więcej informacji. Jeśli. Jeśli chcesz, żeby się dowiedziała. - Zaczęła i zamilkła, uświadamiając sobie, że środki jakimi dysponuje są teraz żałośnie ograniczone.

Posłuchaj. - Wtrącił się Malkolm. - Nie wiemy nic więcej o Markizie Wizerunku i jego śmiertelnej rodzinie. Powiem ci jedno jest mściwy i kiedy trzeba jest w stanie zapłacić cenę Cammory, żeby w kogoś uderzyć i nie ponieść tego konsekwencji. - Melody skinęła głową. - To wszystko co możemy ci  na ten temat w tej chwili, bez śledztwa, powiedzieć. - Dodała.

 

Edytowane przez Sheila

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

large.Nastasia.png.379565ad5231b3d754c86

Nastasia Walken

 

Nastka zamrugała. Aha, bingo. - Ojej, nie wiedziałam, że tak zareagujesz. - Zrobiła zasmuconą minę, nie musząc zresztą specjalnie udawać, bo naprawdę nie zależało jej na cierpieniu tej małej. - To jakaś pamiątka? Nie chcę ci przecież nic złego zrobić, nie to nie, nie ma się czego bać. Czy ja naprawdę wyglądam na kogoś, kto by zabierał rzeczy małym dziewczynkom i robił im krzywdę? - powiodła po siedzących przy stoliku pytającym spojrzeniem.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

Usta dziewczynki wykrzywiły się do płaczu, skuliła się na krześle i odsunęła naleśniki. Urie wziął głęboki oddech. - Ellie czy możesz pójść do baru i przynieść mi menu? - Zapytał. 

Dziewczynka skinęła głową i zeskoczyła z krzesła niemalże biegnąc w stronę baru. - Słuchaj - Urie na powrót zwrócił się w stronę Nastki, unosząc dłoń na wypadek gdyby ona lub Alice chciały mu przerwać. - Ja rozumiem, że twoja empatia zmieściła by się, parafrazując Hermionę Granger, w łyżeczce od espresso, ale może jednak się zamknij. Chyba, że czerpiesz chorą przyjemność z torturowania ofiar przemocy, bo w tedy będę musiał coś z tym zrobić.

 

Edytowane przez L'riot

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1C7kLz3.png

Alice Nevermore

 

Alice zgromiła nastkę wzrokiem, a koszmarki czające się w jej ciemnych tęczówkach, wyszczerzyły się groźnie. Mimo to Władczyni Cieni nie odezwała się do siostry, zamiast tego zwróciła się do swojego brata.

- Ona nie wie.. ona nie rozumie Urie, nie tak jak my. - poprawiła włosy i spojrzała za oddalającą się dziewczynką - Ale to również było kłamstwem bracie... To nie tak miało wyglądać, ktoś jednak tego chciał - głębokie spojrzenie Alice wróciło do jej brata - Pytanie tylko czy chciałbyś wiedzieć kto.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

bordered2.png

Terry Andrews

 

 

Guiliane stał przy oszklonej ścianie wpatrując się zza okna w panoramę miasta. Wpatrywał się intensywnie. Na jego ustach zastygł uśmiech szaleńca, a on sam, dosłownie, zacierał ręce. Terry wolałby, dla swojego własnego samopoczucia, nie musieć wiedzieć o czym Władca Miejskich Mitów myślał, ale że był burmistrzem, to niestety dowiedzenie się tego należało niejako do jego obowiązków.
Odwrócił się słysząc jego kroki. Sięgnął do torby wyciągając z niej małe pudełeczko, które otworzył i wysunął w kierunku Pamięci.
 - Miętówkę? - Zapytał z błyskiem w oku.

 

 

Terry uniósł nieco brwi, podchodząc do emanującego dobrym (zbyt dobrym) nastrojem gościa. Właściwie, nie był do końca pewien, co go w tym momencie napełniało gorszymi przeczuciami: sam Guilian, czy raczej fakt, że wspomniane indywiduum budziło w nim pewną dozę sympatii. Zwłaszcza, że nie był to przypadek całkiem odosobniony, biorąc pod uwagę, że w poprzednim życiu ożenił się z cholernym kocim demonem... Może powinien poszukać sobie jakiegoś terapeuty.

 - Chętnie bym skorzystał, rozumiesz - odezwał się tymczasem, uśmiechając lekko - ale mama zawsze przestrzegała mnie przed dziwnymi osobnikami oferującymi cukierki. Zwłaszcza, jak są w podejrzanie dobrym humorze. Hmmm. Jakiś szczególny powód tego ostatniego, powinienem się martwić, czy to tylko ogólnie podnoszący na duchu wpływ panoramy naszego miasta? - wykonał nieokreślony gest w stronę widoku za oknem.

 

Fournet wzruszył ramionami. -  Jak sobie wolisz. A co do nastroju - wzruszył ramionami. - Sam nie wiem. Może to perspektywa rozpieprzenia planu Haspowi tak na mnie wpłynęła. Plus nie da się ukryć, że wasze miasto jest bardzo przyjazne dla mojej domeny. Co konkretnie chcesz ustalać? - Zapytał poważniejąc.    

 

Powiernik Pamięci skinął głową, również dostosowując się do poważniejszego tonu.

 - Hmmm... Właściwie, przede wszystkim chcę dotknąć sprawy trochę ogólniejszej i długofalowej, ale blisko związanej z obecną sytuacją. Guillianie, na ile zorientowany jesteś w naturze i zapatrywaniach Ymera tego miejsca?

 

- Hmmm. - Miejskie Mity wyraźnie ważył słowa. - Czy jeśli powiem, że mój Ymera uważa, że ma... Problem z wyborem osobowości i skłonność do popadania w ekstrema, to wyzwiesz mnie na pojedynek? - Zapytał w końcu ostrożnie.

 

Terry zrobił dość niezadowoloną minę.
 - Nie masz o mnie najlepszego zdania, co? Mam wiele obowiązków względem Ymera. Małostkowe obrażanie się w jego imieniu nie jest jednak jednym z nich. Coś więcej o tych ekstremach?

 

- Nie! Dlaczego? - Zapytał lekko stropiony. - To Ymera. Obrona Władcy nie jest małostkowa. Ty jesteś Ich Obrońcą. Jesteśmy w waszym Sanktum. A ja nie mam pojęcia co mogli by uznać za obrazę. Tak czy inaczej, łagodnie rzecz ujmując taka zmiana formy i zapatrywań u niższych istot zazwyczaj jest objawem nierównowagi, albo jakiejś choroby.- Odparł.

- A wracając do labiryntu i krzyżowania planów Haspa?

 

Powiernik Pamięci spojrzał na Miejskie Mity uważnie.

 - Poczekaj, to trochę obok tematu, ale raczej istotne - uśmiechnął się krzywo - Więc tak, żeby nie było nieporozumień: gdyby doszły mnie wieści, że chodzisz po mieście i opowiadasz co ślina na język przyniesie o moim Ymera, albo gdyby powiedziało ci się o kilka słów zbyt wiele na jakimś przyjęciu gromadzącym Potęgi? Wówczas, owszem, zastanawiałbym się nad odpowiednią do sytuacji formą sprzeciwu. Ale rozmawiamy na osobności. Mało tego, twoje słowa były odpowiedzią na moje pytanie. Myślisz, że przysłużyłbym się Ymera gdybym sprawił, że w przyszłości rozmówcy zamiast odpowiadać na moje pytania skupialiby się na niedawaniu mu pretekstu?... - Terry pokręcił głową - To właśnie nazywam małostkowością. Gotowość do zaszkodzenia interesom własnego Ymera w imię ukarania kogoś za to, że powiedział coś, co mi się nie spodobało... Nie. To zdecydowanie nie w moim stylu.

Terry zamilkł, uśmiechął się lekko i spojrzał za okno.

 - A co do formy i zapatrywań, jak sam stwierdziłeś, u niższych istot nie byłoby to zdrowe. Nie mówimy jednak o niższych istotach, prawda? Tak czy inaczej, w praktyce San Francisco ma dwóch Ymera, którzy na rozmaite tematy mają dość konkretne zapatrywania. Czasem sprzeczne. Czasem... nie. I tu pojawia się problem, na który chciałem zwrócić twoją, Władcy Miejskich Mitów, uwagę...

Powiernik Pamięci zawiesił głos i spojrzał w oczy rozmówcy.

 - Potraktuj to, proszę, jako radę z ust gospodarza tego Sanktuarium dla mile widzianego gościa. Guilianie... stąpaj ostrożnie, bo lód pod twoimi stopami jest dużo kruchszy, niż miałeś dotąd powody sądzić. Twoja Domena niewątpliwie ma swoje miejsce w San Francisco, jest z nim wysoce kompatybilna. Ale ma również... jak by to ująć. Ogromny potencjał, by wzbudzić gniew właścicieli?

Terry pokręcił głową.

 - Bo widzisz, oni oboje są... mocno przywiązani do - machnął ręką w kierunku widoku za oknem - swoich śmiertelnych podopiecznych. A obaj wiemy, że Miejskie Mity nie są tak nieszkodliwe, jak się może wydawać, prawda? Do tego nie bez znaczenia są też uczucia członków Familii, której niektórzy członkowie są... dość ludzcy. Więc... - skrzypek westchnął - mogę się mylić, oczywiście. Ale mój instynkt mi podpowiada, że najlepsze, co teraz możesz zrobić dla Miejskich Mitów San Francisco, to wykazać się wstrzemięźliwością. Bez wielkich cudów i szeroko zakrojonych akcji. Za to z rewerencją, na wszelki wypadek może nawet przesadną, dla rządzących tym miejscem sił i ich specyficznych gustów. Czyli, na przykład, jak sprowadzać jakieś nowe Mity, to jednak raczej z tych mniej groźnych; nie wszystkie są równie niebezpieczne, prawda? A jak już absolutnie musisz dodać coś naprawdę zabójczego... to proszę, staraj się chociaż, żeby to nie było coś co, na przykład, zeżre każdego nieszczęśnika, który będzie miał pecha obejrzeć przeklęte wideo. Niech to chociaż będzie coś co, bo ja wiem, zabija nadaktywnych poszukiwaczy tajemnic; tak, żeby ofiary zasadniczo były same sobie winne, że wepchnęły palce między drzwi, chociaż mogły się spodziewać, że to głupi pomysł. Wtedy przynajmniej opinie moich Ymera będą podzielone, raczej niż jednoznacznie negatywne.

"Burmistrz" San Francisco znów zamilkł, po czym westchnął i spojrzał na Guiliana z krzywym uśmiechem.

 - Miało być krótko, ale się rozgadałem... mam nadzieję, że cię nie zanudziłem. Ani że nie czujesz się urażony radami dyletanta względem czegoś tak intymnego jak pielęgnacja twej własnej domeny - zakończył, dodając przepraszający ukłon zaczerpnięty z języka starej księżycowej etykiety.

 

Uśmiech Guiliana był nadal nieco niepokojący, ale skinął głową.

- Nie planowałem tworzyć nowych mitów. Macie ich tu wystarczająco dużo. Raczej rozbudować stare. Chcę wykorzystać sieć tuneli pod China Town. Po prostu musimy zadbać o to, żeby wasi odumarci zostali tam uwięzieni i nie mogli wyjść, zanim nie ustalimy jak ich umrzeć całkowicie. To oznacza, że muszę na ich drodze, subtelnie postawić jakieś mity, które ich tam ściągną. Nie planowałam wam zahodować tańczącego klauna o imieniu Pennywise, jeśli tego się obawiasz. Już wystarczy, że macie Christine. Tak przy okazji, to nie moja sprawka. Myślałem o czymś co będzie współgrało z magiczną atmosferą waszego Sanktum. Chcecie tam jakiegoś ducha powiązanego z ziemią, który strzeże China Town, przed osobami, które mogłyby je zniszczyć, czy coś w tym guście? Może mieszkał tam jakiś geomanta, który walczył z handlarzami opium i zniszczył ich, zamienił tunele w labirynt i zostawił strażników? Co sądzisz? - Zapytał. 

 

Terry być może powinien poczuć ulgę. I całkiem możliwe, że w odrobinę innych warunkach by ją poczuł. Tym razem jednak... dopiero co wyszedł z trudnej "rodzinnej" rozmowy, której przysłuchiwał się Guiliane Fornet, Władca Miejskich Mitów i Asystent Sądu Szarańczy. Rozmowy, w czasie której Powiernik Pamięci z całej siły oparł się instynktownemu wrażeniu, iż Guiliane nie jest osobą, którą trzeba się specjalnie przejmować. Oparł się tak bardzo, że świadomość zagrożenia z tej strony wypalona była w duszy Terrego literami, które nie zdążyły się jeszcze zabliźnić.

Guiliane był niebezpieczny.

I całkiem możliwe, że Terry - unikając lekceważenia gościa - skończył z lekkim przypadkiem paranoi na jego punkcie.

Władca Miejskich Mitów mówił zaś uspokajająco, ale wciąż wspominał o "rozbudowywaniu"... i wcześniej uważał, że jego plany były czymś, na co powinien uzyskać pozwolenie. Czegokolwiek chciał, musiało to być coś, co wymagało przynajmniej milczącego kiwnięcia głową, na które mógłby się powołać później, kiedy jego poczynania - i ich konsekwencje - ujrzą światło dziennie. I ten uśmiech. Uśmiech zdecydowanie nie wróżący nic dobrego...

Pociąg myśli "Burmistrza" San Francisco pędził naprzód, kierowany nadmierną być może podejrzliwością i zasilany cudowną Wolą, którą Terry przezwyciężał psychiczne wyczerpanie. Choćby chciał, Powiernik Pamięci nie byłby w stanie odetchnąć teraz z ulgą. Ale, czyżby Guiliane popełnił w tym wszystkim drobny błąd?

Terry uśmiechnął się do gościa.

 - Przede wszystkim - odpowiedział z ulgą - zdjąłeś mi kamień z serca. Już się obawiałem, że planujesz coś, od czego nam po wszystkim podskoczy wskaźnik niewyjaśnionych zabójstw, albo zniknięć, albo coś w tym stylu... Wybacz, że podejrzewałem cię o coś takiego, powinienem wiedzieć, że nawet bez moich ostrzeżeń nie posunąłbyś się do niczego, na co musiałbym reagować.

Skinął z przekonaniem głową, zamykając drzwiczki pułapki zaufania. Guiliane chciał go uspokoić? W takim razie Terry gotów był przyjąć to uspokajanie z otwartymi ramionami, podziękować - a nawet przeprosić, że w ogóle przyszło mu do głowy, że Guiliane mógłby zrobić coś "niewłaściwego" w jego mieście.

Teraz Guiliane miał do wyboru trzy ścieżki. Mógł zawieść zaufanie gospodarza (i wywołać mimochodem wspomnianą "reakcję", jakakolwiek miałaby ona być). Mógł wyjaśnić na miejscu, że zaufanie to jest na wyrost (i że jak najbardziej planuje rzeczy, których Terry się obawiał - i na które, jak się rzekło, mógł czuć się w obowiązku zareagować). Wreszcie, pozostawało... naprawdę wziąć poprawkę na życzenia Terrego odnośnie właściwego zachowania Miejskich Mitów w San Francisco tak, aby ich rozwój odbywał się raczej w harmonii z niż kosztem śmiertelnej populacji San Francisco.

 - A co do strażników i geomancji - ciągnął Terry beztrosko - prawdę mówiąc, średnio się na tym znam. Ale jak mówimy o mroooocznych tunelach i innych takich - uśmiechnął się - to tak mi chodzi po głowie: czy nie bardziej poetycko byłoby sięgnąć po dziedzictwo tajemniczego iskiomanty*? Handlarze opium, którzy oczywiście wykorzystywali tajne korytarze, by wymykać się stróżom prawa, a potem zaczęli się gubić w przejściach, które powinni przecież dobrze znać... - Terry mówił w zamyśleniu, sam coraz bardziej pogrążając się w układanej na poczekaniu bajce - odnajdywali się po kilku dniach albo dłużej, na skraju wycieńczenia, niezdolni składnie opowiedzieć, gdzie byli i co robili... Ale dygotali na widok nieoświetlonych kątów w pokoju, a na myśl o wejściu w ciasny, ciemny zaułek popadali w histerię. Zaczęły szerzyć się plotki, że w "Labiryncie" . Przywódca grupy, nie wierząc w zabobonne brednie, był pewien, że trafił na rywala w interesach, którzy porywali jego ludzi i podawali im środki halucynogenne, by sparaliżować jego działalność... Zebrał więc swoich najlepszych i najmniej zabobonnych podwładnych i ruszył dopaść wroga. Niektórzy twierdzą, że nigdy go już nie widziano. Inni, że ktoś rozpoznał go w jakimś młodym bezdomnym o całkiem białych włosach, który nigdy nie odrywał oczu od własnego cienia, jakby ten miał się na niego w każdej chwili rzucić. Władze potem przeszukiwały korytarze, ale nie znaleziono w nich nigdy nic podejrzanego. Ostatecznie uznano, że cała historia to wynik połączenia skomplikowanej sieci korytarzy, ludzkiej skłonności do plotek i prawdziwych ofiar wewnętrznego konfliktu w organizacji stojącej za handlem opium... Ale do dzisiaj nie wszyscy wierzą w te wyjaśnienia i...

Terry nagle zamilkł. Odkaszlnął.

 - Wybacz - mruknął, z zakłopotaną miną - trochę się zapędziłem, obawiam się, że ostatnio jak zacznę opowiadać, albo chociaż wymyslać... Także ten - wzruszył ramionami - W każdym razie. Myślę, że można by spróbować z cieniami. Biorąc pod uwagę, że wydajesz się być do nich ogólnie pozytywnie nastawiony? - zakończył Powiernik Pamięci, a na jego usta powrócił uśmiech. Tym razem taki z gatunku przesadnie niewinnych.

 

 

*iskios (z greki) - cień

Raczej sygnalizowałem zamiary zamiast porządnie rozpisać to wcześniej, ale tutaj uznałem, że lepiej uporządkować:
Terry leci na Aspekcie 2, z cudowną Intencją "Mając do wyboru dobre stosunki z Guilianem i jego Domeną oraz dobro zamieszkujących San Francisco ludzi... chcę mieć jedno i drugie." na poziomie 5 (darmowe w Sanktuarium)

Terry jest chciwy :P

 

Edytowane przez Eliastion

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Urie zmarszczył brwi. -Nawet nie będę ukrywał, że nie wiem o czym mówisz i co sugerujesz siostra. - Wzruszył po chwili ramionami. - No ale nic to. Skorzystam z momentu samotności i powiem by nie było niedomówień. Ellie jest pod moją opieką. Ktoś spróbuje jej coś zrobić to się zrobi nieprzyjemnie. No - uśmiechnął się ponownie - to wracając do rzeczy, jeśli chcecie możemy coś domówić i sobie miło porozmawiać, albo możecie mi powiedzieć czy jest coś czego ode mnie, nie od Haspa czy kogokolwiek innego, chcecie. A w zasadzie to w każdym przypadku możemy coś domówić.

 

* * *

 

-Iks-io-man-ta. - Powtórzył powoli z niewyraźną miną. - Emmmm. Ale czegoś takiego nie było w mitach chińskich. Niby skąd miałoby się wziąć w chinatown? To nie bardzo pasuje wiesz? Bo cała reszta to mniej więcej to co proponowałem. Przynajmniej do momentu, w którym się ich permanentnie nie ukatrupi.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1C7kLz3.png

Alice Nevermore

 

- Nikt nie przyszedł tu po Ellie, uspokój się Urie. - Alice przewróciła oczami, poprawiając się na krześle.

- Możesz mi zamówić gorącą czekoladę, jeśli mają - stwierdziła w końcu, rzucając szybkie spojrzenie na leżąca na stole pozstawioną kartę dań. Nie chciało je się jednak sięgać po nią i sprawdzać dostępnych ciepłych napojów. 

- Chcę wiedzieć po co on to robi i jaka jest w tym twoja rola Urie. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

bordered2.png

Terry Andrews

 

 - Nie ma w chińskich mitach magii cieni? - zdziwił się Terry, chyba trochę zawiedziony - Mają to całe yin-yang i żadnej magii z cieniami?

Westchnął i pokręcił głową.

 - No cóż, z tym nic nie zrobimy, jeśli ma być tak chińsko, jak się da... To był tylko luźny pomysł; cienie są fajne, a w mitologiach wschodu to orientuję się tyle, że znam parę podstawowych konceptów i jednego demona, a i to japońskiego.

Terry uśmiechnął się lekko, wzruszając ramionami. Robił to ostatnio (to jest - wzruszanie ramionami) dużo częściej niż kiedyś. Cholerny Annu... Ale, ostatecznie, nie było to szczególnie istotne w tej chwili. Ani, zapewne, jakiejkolwiek innej. Spojrzał na Guiliana poważniej.

 - Właściwie - w jego głosie pojawiło się odrobinę napięcia - mam wrażenie, że coś mi umyka. Wydaje mi się że pozbycie się nie-żyjących śmiertelników, sprzątnięcie ich do czysta, nie jest szczególnie trudne. Wydaje mi się, że mógłbym to zrobić tak - pstryknął palcami - ale nie tylko moje niedoświadczone rodzeństwo, ale również ty, traktujecie to tak poważnie, że tracę pewność siebie. Co innego Kotwica Haspa z pełnowymiarowym Excrucianinem na szybkim wybieraniu, ale ludzie, którzy "tylko" dali sobie wmówić, że nie są martwi?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

9I2sId0.png

Lidia Brennan

 

Skinęła głową powoli godząc się z myślą że czegokolwiek by jej nie powiedzieli to i tak nie zmieni sytuacji. Może poza tym że był mściwy i miał dość autorytarne podejście do swojej rodziny. Czy już sobie na jego zemstę zasłużyła? Pewnie tak. Co znaczyło że będzie musiała wymyślić sposób żeby zapewnić bezpieczęństwo Sam i Josha. Dobry sposób.

- Dziękuję. Zostawiając temat markiza Wizerunku mam do was jeszcze dwie rzeczy. Jedna niejako wynika z drugiej - zaczęła i uśmiechnęła się nieznacznie, po czym skupiła wzrok na Malcolmie. - Myślałam o naszej sytuacji i biorąc pod uwagę to że jeden z moich braci włada Cechami być może uda się was pozbawić cechy: Śmiertelna rodziną Johna. Co by sprawiło że ściganie was będzie bezzasadne. Muszę to jeszcze obgadać z Johnem…  - a raczej pogadać do jego posągu. - ...bo pewnie będzie to wymagało zerwania jego więzi z wami, ale jeśli ma nam wszystkim pomóc to warto by spróbować.

Zrobiła pauzę i przeniosła wzrok na Mellody.

- Dla ciebie potrzeba innego rozwiązania. Mam jeden pomysł, zaznaczam że to tylko pomysł i jeśli powiesz “nie” to poszukamy innego, ale… moim innym bratem jest Ożywienie. Więc chciałabym żebyś rozważała czy… nie zgodziłbyś się umrzeć na jakiś czas. Minimalny jaki będzie potrzebny do pozbycia się Cammory. Bo przecież ich rozkaz nie mówi że masz martwa zostać, prawda? Możemy zrobić tak że nawet nie będziesz tego pamiętała.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

large.Nastasia.png.379565ad5231b3d754c86

Nastasia Walken

 

Ooookej, Nastka najwyraźniej źle odczytała sytuację. Była przekonana, że ta dziewczyna okaże się jedną z tych osób, które umarły ale nie umarły. Tymczasem wszyscy zachowywali się, jakby była ofiarą przemocy domowej, którą Urie wziął pod opiekę. Co, nawet biorąc pod uwagę w miarę pozytywne poglądy Nastasii na szanse by Excrucianie nie byli tylko koszmarnymi draniami, nadal wydawało jej się... dziwne. Ale skoro Alice najwyraźniej to kupowała, to Nastce nie pozostawało nic innego, jak się przymknąć, obserwować i czekać na rozwój wydarzeń.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

Urie wydawał się być zadowolony i z uśmiechem powitał wracającą Ellie. Odwrócił się wbijając swoje niewinne spojrzenie w najbliższą kelnerkę. - Poprosimy jeszcze gorącą czekoladę. A w zasadzie to dwie. - Poklepał siedzenie krzesła by zachęcić dziewczynkę do tego by na nim ponownie usiadła, po czym ponownie spojrzał na nie.

- Ale jak to, po co? - Przyglądał się im jakby nie za bardzo rozumiał sens pytania. - Bo jest tym kim jest. To w jego naturze. Em, jak.. Eee. - Rozłożył bezradnie ręce. - To jakby zapytać czemu osa żądli mimo, że ją to zabija. - Pokręcił z niedowierzaniem głową. - On was kocha. Nie ma silniejszego, ani bardziej motywującego powodu. A ja mu pomagam. Czasami tu, czasami tam. Zależnie czego, gdzie potrzebuje. A moja rola. Nie wiem czy mam jakąś w tej chwili, prawdę powiedziawszy. No, chyba, że siedzenie z wami przy deserze nią jest. Bo wtedy zajmuję wasz czas słodkościami. - Zakończył strzelając w nie szerokim uśmiechem niewiniątka.

 

* * *

 

Malcolm i Mellody spojrzeli po sobie. Po chwili on wzruszył ramionami. - Czemu nie? Jeśli to załatwi ten problem to pewnie będzie najłatwiej.

- Chyba... - Dodała Mellody. - Chyba mogę na to przystać. To brzmi trochę jak przedłużona śmierć kliniczna? - Dopytała na wszelki wypadek. - Tak, żebym nie straciła duszy. Czemu nie? - Zawtórowała Malcolmowi.

Oboje wydawali się być w jakiś sposób zainspirowani słowami Lidii, której miało nie być dane spotkać ponownie Ożywienia jeszcze przez dłuższy czas.

 

* * *

 

Cienie są nie ma Iksiomantów. Są duchy czy tam demony władające cieniami. Jak się uprzesz, to może dałoby się jakiegoś czarodzieja  czy innego taoistę wrzucić - Guiliane zmarszczył brwi w zamyśleniu. - W zasadzie to powinniście być w stanie ich zlikwidować, ot tak. - Pstryknął palcami. - Też tak sądzę. Ale z tego co zrozumiałem to idea polega na tym, że nie wiecie jak się za to zabrać? - Spojrzał na Terry’ego niepewnie. - Od początku mówię, że to Kotwica jest problemem i trzeba ją odstrzelić, tak by Hasp nie zdążył się dowiedzieć, że coś jej zagraża i nie zaczął jej bronić. Bo bez niej, chyba, inni nie powinni móc tworzyć kolejnych nieumarłych. A nawet jeśli to w swoim Sanktuarium powinniście być w stanie ich wszystkich złapać. Ale, że nikt nie zachowywał się jakby miał na to pomysł, czy możliwości, a koleś wlazł mi na odcisk, to się zaoferowałem. - Podrapał się po głowie. - No i fakt, że w zasadzie to chyba nie wiemy tak do końca jak zdefiniować pozbycie się ich i czy to zakończy ten antyrytuał. No bo tak. Czy można ich zabić skoro są nieumarli? Chyba nie. To jak zlikwidować to co robią? Zniszczyć ich? Może. Na logikę powinno zadziałać, ale mówimy o czymś co robi Oszust, więc logika niekoniecznie jest tu pomocna.  Uwięzić ich? No niby tak, ale to chyba nie przerwie niczego tylko czasowo wstrzyma. Wtedy można kontynuować kontynuować za jakiś czas. Zmienić ich stan bycia? - Poderwał głowę. - Ej! W zasadzie to może właśnie tak. - Zaczął energicznie gestykulować. - Chciałem powiedzieć, że zamienienie ich w cienie i rozbicie światłem, albo zamiana we wspomnienia i rozwianie ich, czy coś takiego może zadziałać, ale w zasadzie, to nadal nie wiem czy nieżycie by tu czegoś nie zamieszało i wtedy to mnie trafiło. Ale jeśli by ich ożywić, to główny czynnik problemu z nimi by zniknął i można będzie, chyba, zrobić z nimi dowolną rzecz. Nie? - Pokiwał głową. - To, gdzie jest Chris?

 

* * *

 

Na ostatnim piętrze. Pośrodku ogrodu, stała bogini.

Nieopodal siedziała przyglądająca się jej wilczyca.

Świetlista bogini stała przed jedną z kolumn i mówiła cichym głosem.

- Masz rację. - Powiedziała pozwalając sobie ledwie widocznie skinąć głową. - To dobry plan. Zrealizuj go i działaj zgodnie z moją wolą.

-Tak moja Pani. - Zaszeptała kolumna Ożywienia.

Parę chwil później wszechobecne na piętrze światła przygasły, a Anni skuliła się niczym przeszyta na wylot ostrzem włóczni.

 

Sekundę później wszyscy jej Powiernicy poczuli echo jej bólu.

Edytowane przez Sheila

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1C7kLz3.png

Alice Nevermore

 

- Zajmujesz czas dwójki z nas Urie - Alice machnęła lekceważąco dłonią przyglądając się swojemu bratu. Od momentu poznania prawdy, którą dostarczyły je cienie Alice nie potrafiła patrzec na brata inaczej niż z troską, smutkiem i odrobiną wpsółczucia. Poniekąd to czym był było jej winą, a właściwie winą Alice z przyszłości, na którą obecna panna Nevermore nie miała wpływu. Mimo to złość kiełkowała w niej, by w takich momentach jak ten rozkwitnąć, łaskocząc swoimi płatkami jej nerwy.

- Urie, od czego chce nas uwoln... - urwała poczuwszy ból, jak ostry sztylet przebija jej skórę. To było tylko odbicie bólu jaki odczuła ich władczyni, ale Alice na chwilę zabrakło tchu. Spojrzała na Nastkę doszukując się w je reakcjach oznak, że również to odczuła, na chwilę zupełnie zapominając o obecności odłamka.  

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

9I2sId0.png

Lidia Brennan

 

Zastanawiało ja to na ile zgodzili się z  własnej woli a na ile stała się dla śmiertelnych nieodnawialna. Niemniej ten plan chyba pozwoli jej zminimalizować straty więc wyszło na dobre.

- Świetnie, skoro to mamy ustalone to przejdźmy do drugiej sprawy. Chciałam zaproponować wam....

Wtedy to poczuła, echo bólu Anni który jednocześnie przeraził ją i postawił w stan gotowości, jej twarz pobladła, oczy zblakły na chwilę.

- Zaraz wracam, nie opuszczajcie piętra.

Zniknęła.

Stała się swoją domeną na tyle by móc błyskawicznie przemieścić się do Anni gotowa bronić swojej władczyni. Rozejrzała się czujnie po pomieszczeniu wypatrując zagrożenia.

- Pani? Czy wszystko w porządku?

 

Spoiler

Cud Persony 3, pomniejsza Emulacja żeby przedostawać się wszędzie w tym wypadku do Anni.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz