Mhelkir

Rozdział 1: Nightstone (Mhelkir)

66 postów w tym temacie

245381_gory_lasy_szlak_sciezka_zloty_zac

 

Podróż bez koni dłużyła się niemiłosiernie, droga była jednak solidna i nie padało o tej porze roku, nie było więc zbytnio powodów do narzekania.
Poznaliście się w karczmie w Daggerford i pomimo że nie każdy z Was przyjął zlecenie od posłańca szlachcica razem próbowaliście dotrzeć do Nightstone, ufortyfikowanej osady położonej kilka mil na południe od lasu Ardeep, tego samego w którym odbędzie się zapowiedziane polowanie.

Nikt z Was nigdy nie był w tym mieście i nie wiedział czego się spodziewać, wieść jednak niosła że jest rozsądnie zarządzane przez Lady Velrose a palisada i otaczająca ją fosa skutecznie zapewnia spokój mieszkańcom.

 

Podróżowaliście od dłuższego czasu nie niepokojeni przez jakichkolwiek rabusiów czy gobliny. Trasa ta była dość często uczęszczana a i sami nie odeszliście jeszcze daleko od miasta. Drugi dzień podróży chylił się ku zachodowi słońca otaczając okoliczne łąki i pagórki złocistą poświatą, tworząc bajeczny widok, tak piękny że dziwnym zdawało się nazywanie tych terenów Dzikim Pograniczem.

Zmęczenie nóg całodniowym marszem części z Was dawało coraz mocniej o sobie znać...

 

 

 

Edytowane przez Nyx

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

rupp_strefa.jpg

Ruppert

 

- Słońce już nisko. Może sobie dychniemy i rozbijemy jakiś obóz na noc? - Odezwał się Ruppert.

 

Chłopak widocznie był już znużony marszem. Zresztą czego można się było po nim spodziewać? Ruppert był chudy i tak flegmatyczny że szybko znalazł się na końcu maszerującej grupy. Widać było, że już z oporem tacha swój plecak. A miał do niego przywiązany młotek, łom, podróżne posłanie i linę. Co było w jego wnętrzu nie wiadomo ale wystawał z niego kołczan ze strzałami. Wszystko to wskazywało, że Łotrzyk przyzwyczajony był do podróżnego trybu życia co niejako kłóciło się z jego leniwym trybem poruszania się. Oprócz obładowanego plecaka, chłopak niósł długi łuk a wytrawny obserwator dostrzegłby też krótki miecz, który schowany miał pod plecakiem w pochwie przyczepionej do pasa w pozycji poziomej. 

 

W czasie podróży Ruppert nie mówił zbyt wiele o sobie. Od razu zaznaczył, że nie jest zbyt dobrym wojownikiem. Dobrze posługuję się łukiem ale przede wszystkim to zna się na pułapkach. Ta informacja okazała się jednak wątpliwa kiedy na jaw wyszło skąd wzięła się jego blizna na twarzy. Szrama przechodząca przez całą twarz miała być pamiątką po wilczych dołach, w które niegdyś wpadł. Podobno pułapka była zabezpieczona magią i dlatego jej nie zauważył. Cholerna magia, Ruppert jej nienawidził. W dodatku zauważył, że wśród grupy jest jakiś szarlatan. Tylko nie był pewien czy był czarodziejem. W każdym bądź razie nie wyglądał na wojownika. Chłopak postanowił mieć na niego oko. 

Edytowane przez Gerappa

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Katrina — kopia (2).PNG

Katrina

 

Katrina z cichym westchnieniem poprawiła łuk przewieszony przez plecy i rozejrzała się. Czuła się jeszcze niższa niż jest, otoczona przez samych mężczyzn. Same nieznajome twarze, dużo obcych. Pojawili się i zaraz odejdą. Nie ma co się przywiązywać. W jej głowie siedziała tylko jedna myśl i tylko jeden cel.

 

Półuśmieszek zawitał na jej twarz, kiedy zobaczyła zmęczoną minę człapiącego na końcu chuderlaka. Uginał się pod ciężarem plecaka z łomem i młotkiem. Katrina już od dłuższego czasu zastanawiała się, jaki sens tkwił w takim obciążaniu swojego ekwipunku. Raptownie i ją torba zaczęła uwierać, lecz usiłowała nie pokazywać tego po sobie.

 

Napotkała kilka ciekawskich spojrzeń. Starała się je zignorować, wbijając przed siebie dumne spojrzenie. Nerwowo poprawiła materiałową opaskę na włosach, dokładnie sprawdzając czy zakrywa to, co powinna. Nie pragnęła niczego bardziej, jak dostać się już na miejsce i zaszyć w ustronnym miejscu. Chwilę odpocznie, zaopatrzy się, a potem dalej ruszy w drogę.

 

Powstrzymała się od parsknięcia śmiechem, słysząc kolejne, pojedyncze pojękiwania. Tyle, ile ona przeszła w ostatnim czasie, to na pewno ci wszyscy razem wzięci, tyle nie przemaszerowali. Jak tylko padła propozycja rozbicia obozu, zaczęła obserwować reakcję reszty, nie zabierając głosu. Mimo to w duchu przyznała rację chłopakowi z dziwną blizną na twarzy. Ciekawe co... A zresztą.

 

Słońce zachodziło, zrobiło się nieco chłodniej. Chwila wytchnienia to dobry pomysł. Tym bardziej, że chciała wykorzystać poczucie bezpieczeństwa, jakie dawali uzbrojeni kompani. To na pewno dobrze wpłynie na zregenerowanie sił. Zwłaszcza tych zszarganych stresem nerwów. 

Edytowane przez LuniLan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

3d0e5a37e39b9c4ab7ae9f83f2bca9dd.jpg

Soa

 

Na twarzy druida było widać zarówno zadowolenie, jak i zmęczenie. Przez większość podróży miał też lekko zmrużone oczy i mgliste spojrzenie, w połączeniu z lekkim uśmiechem, wyglądał jakby był myśleniem gdzie indziej. Teraz wyglądał znacznie trzeźwiej. Nie miał już zmrużonych oczu, ale wciąż wydawał się być zadowolony i uśmiechnięty.

 

Kroczył raczej z tyłu, ale nie na samym końcu, w międzyczasie rozkoszując się okolicznymi widokami, miał nadzieje poznać okolice jak najlepiej, może pozna okoliczne istoty? Nigdy nie miał problemów z dogadaniem się z dobrymi duszkami i wróżkami. Pewnie przez to kim był.

 

Przyjrzał się większości reszcie osób już wcześniej, ale nie oceniał ich. Nie wyglądał na najmłodszego, nie wyglądał też szczególnie staro. W zasadzie to na co on wyglądał? Nie wyglądał jak podróżnik, ze swoim zarostem, sierpem przy boku, torbą wyglądającą jak stworzona z mieszanki sznurków i skór, przydługimi i poplątanymi włosami oraz tej dziwacznej, płaszczowo-pelerynowatej narzucie, wyglądał raczej jak jakiś bezdomny, niż cokolwiek innego. I ten dziwny zapach spalonego kokosa...

 

Gdy padło pytanie o rozbicie obozu Soa podniósł lewą rękę i kiwając dłonią z wyciągniętym palcem wskazującym obrócił się w kierunku źródła pytania, łotrzyka-flegmatyka, wskazał na niego wciąż lekko kiwając dłonią. Były to ruchy płynne, spokojne, a jednak nie flegmatyczne.  

- Masz pełną racje chłopie. Przydało by się odpocząć - oznajmił wskazując przez moment na łotra, jego uśmiech się powiększył. Brzmiał tak samo jak wyglądał, jakby nie był do końca osadzony w rzeczywistości. Obrócił się w kierunku w którym szedł i opuścił dłoń. 

 

Zerknął na jedyną kobietę w drużynie. Wyglądała bardzo dumnie. A Soa głupcem nie był, może i nie wyglądał na oderwanego od rzeczywistości, ale zauważenie nerwowości w jej ruchach nie było trudne. A na pewno nie trudne dla kogoś, kto poświęcił swe życie szerzeniu radości. Ciekawe skąd u niej ta duma 

 

Był jeszcze półork i drugi człowiek. Jak na półorka przystało i ten wyglądał groźnie i poważnie. Pozory mogą mylić, ciekawe jak to będzie z nim. 

 

Potem zerknął na człowieka, który to wyglądał znacznie mocniej niż ten który kroczył na końcu kompani. Wojak jak się patrzy. 

 

Znowu spojrzał przed siebie i uśmiechnął się pod nosem Co za kompania, to na pewno nie będzie nudne

Edytowane przez Mephisto

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

KVDuZHZ.jpg
Je'gurr

 

Półork nie należał do osób słabych fizycznie. Wrodzona wytrzymałość, zahartowana kilkoma podróżami i pracą na statku, zapewniała mu odporność pozwalającą maszerować dzień i noc. Bardziej męczyło go towarzystwo. Nieufne spojrzenia wywoływały w nim żal. Za każdym razem, kiedy pochwycił kątem oka, że ktoś mu się przygląda, wzdrygał się lekko. Powinien się już przyzwyczaić do dystansu, z jakim traktowały go inne rasy, ale, z jakiegoś powodu, pogodzenie się z tym, było ponad jego siły.
Nie miał zamiaru przyzwyczajać się zbytnio do osób poznanych w karczmie dwa dni wcześniej. Wspólna podróż odpowiadała Je'Gurrowi ze względów bezpieczeństwa. Jako młody chłopak boleśnie przekonał się o tym, że samotne podróżowanie to zły pomysł. Wielka, nieregularna blizna na prawym kolanie ciągle przypominała o sobie paskudnym bólem podczas zmian pogody.

 

Poufały sposób mówienia Rupperta, zaskoczył czarownika. Je'Gurr zmieszał się, ale po chwili przypomniał sobie, że chłopak do wszystkich odzywa się raczej w swobodny sposób. To wydawało się Je'Gurrowi lekko dziwne. Jeszcze bardziej dziwaczne było zachowanie druida zwanego Soą. Zawsze jakoś nieobecnie uśmiechnięty, każdemu przyglądał się bez zażenowania. Jego ciekawskie spojrzenia peszyły półorka. Nie inaczej było tym razem. Soa powiódł swoim spojrzeniem po wszystkich po kolei i zielonoskóry wzdrygnął się w duchu.

- Tak, to dobry moment na postój. Znajdźmy jakieś przyjemne miejsce na obóz. Zostawię wieczorem wnyki, to może rano będziemy mieli coś świeżego do zjedzenia. - Je'Gurr nie dawał po sobie znać, jak bardzo jest zmieszany, chociaż nie miał wątpliwości, że nie do końca mu to wychodzi. Po rozłożeniu obozu zamierzał oddalić się od towarzystwa. Zastawianie pułapek na zwierzynę było dobrą wymówką a świeże mięso mogło sprawić, że inni będą patrzyli na niego przychylniej, pomimo jego mrukliwości.

Edytowane przez kosmaty

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

XJVSSaU.jpg

Wexen

 

Wexen szedł z przodu, dobrych dziesięć kroków przed resztą grupy. Zmęczenie dawało mu się we znaki i stracił ochotę na prowadzenie jakichkolwiek rozmów - stawiał kolejne kroki mając nadzieję, że za którymś kolejnym dostrzeże na horyzoncie jakieś zabudowania sugerujące, że przed nimi może znajdować się gospoda. Nadzieja ta przyświecała mu od blisko dwóch godzin, ale stopniowo godził się już myślą, że czeka go kolejna noc spędzona pod gołym niebem. Oby tylko nie padało. Do twardej i nierównej ziemi szybko się przyzwyczaił. Do nocnych odgłosów przyrody też, chociaż wciąż zdarzało mu się przebudzić choćby dlatego, że koń parsknął głośniej niż zwykle. Teraz oczywiście nie miał już konia, co częściowo rozwiązywało problem - pierwszego musiał dobić po tym jak wierzchowiec złamał nogę, drugiego mu ukradli, albo może sam w nocy uciekł - Wexen nie był pewny. Na trzeciego nie było go stać. Od nocnych hałasów zdecydowanie gorsze były wiatr i zimno nad ranem, ale te również dawały się wytrzymać. Wiedział zresztą, że o tej porze roku jeszcze nie jest źle, a prawdziwy mróz zacznie się za kilkanaście tygodni. Albo za kilkaset mil, cokolwiek pierwsze. Najgorszy ze wszystkiego był jednak deszcz, który przeszkadzał mu równie mocno, co miesiąc, dwa czy osiem temu. Nie znał gorszego uczucia niż obudzić się mokrym, spakować mokre rzeczy do plecaka i spędzić kolejne dwanaście godzin podróży w mokrych butach i ubraniu.

 

Mocny głos Je'gurra wyrwał go z odrętwienia. Wexen odwrócił się powoli do reszty grupy, a podświadomie zarejestrowane pytanie Rupperta dopiero teraz dotarło do jego umysłu.

- Tam chyba płynie jakiś strumyk, podejdę zobaczyć - machnął ręka na lewą stronę i zszedł z drogi. Lubił podróżować w towarzystwie, nawet jeśli byli to nieznajomi, z którymi los połączył go tylko na kilka godzin czy dni. Zdarzali mu się już przeróżni nietypowi kompani, ale jeszcze nigdy nie wędrował w tak kolorowej grupie jak obecna - a z rzucanych ukradkiem spojrzeń i krótkich, napiętych rozmów wnioskował, że dla większości z nich sytuacja jest równie nietypowa. Soa jako jedyny wydawał się nie zauważać, że półork, zamknięta w sobie dziewczyna, flegmatyczny nastolatek i błędny rycerz to nie jest codzienne towarzystwo dla druida. Może zresztą nie było, kto go wie. Ruppert chyba zauważał, ale dla niego była to najwyraźniej kolejna rzecz pozbawiona znaczenia. Je'gurr z kolei sprawiał wrażenie zaskoczonego, że tamci dwaj nie traktują go z dystansem, co wyraźnie wprawiało go w zakłopotanie. Wexen zaś nigdy wcześniej nie miał okazji poznać żadnego półorka, ale widząc że ten spotkał w swym życiu aż nadto ciekawskich, starał się, zgodnie z dobrym wychowaniem, swojego zainteresowania nie okazywać - co, obawiał się, mogło mu na dłuższą metę nie wyjść, więc na wszelki wypadek szedł z przodu, unikając pokusy mierzenia czarownika wzrokiem. Największą niewiadomą grupy pozostawała Katrina.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

rupp_strefa.jpg

Ruppert

 

- Cieszy mnie ta jednomyślność - Łotrzyk zatrzymał się i otarł pot z czoła. Miał już dosyć marszu. Niestety spanie w plenerze wiąże się z ryzykiem spotkania okolicznych stworzeń.

Rozejrzał się. Nie był pewien o jakim strumyku mówił Wexen ale na pewno niedaleko drogi rosły drzewa. 

 

- Pogoda nam sprzyja ale kto wie czy nocą nie będzie padać. Zróbmy sobie obóz miedzy drzewami. Nie znam się na tym za bardzo ale myślę, że gałęzie drzew, może nas uchronią przed deszczem i okolicznymi gnidami. Mam ze sobą linę, widzę że... Je`gurr - wymówił niezdarnie imię pół orka. - też ma. Może uda nam się zrobić prowizoryczny dach?

 

Ruppert czekał na reakcję towarzyszy. Wzrok pół orka budził w nim niepokój. Spojrzał na dziewczynę ale zaraz uciekł wzrokiem. Chyba się wstydził dlatego popatrzył na Soe. Wyglądał jak bezdomny więc jemu pewnie i tak było obojętne gdzie będzie spał. Cholera. Wexen wyglądał na zwyczajnego najemnika, przy którym Ruppert czuł się normalnie. Ale ten już gdzieś polazł...

Edytowane przez Gerappa

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Katrina — kopia (2).PNG
Katrina
 

‒ Pomogę Ci. ‒ Katrina uśmiechnęła się do łotrzyka.

Zamaszystym ruchem odsłoniła płaszcz, pod którym zwisała przyczepiona do skórzanego pasa lina.

‒ Soa, rozpalisz ogień? ‒ zwróciła się do druida.

 

Planując z Ruppertem jak najrozsądniej zabrać się do konstruowania prowizorycznej osłony przed deszczem, ukradkiem obserwowała oddalającego się Je'gurra. Nie tylko dlatego, że rzadko kiedy miała do czynienia z orkami bądź półorkami. Dostrzegła jego zmieszanie i dystans. Wiedziała jak męczące jest znoszenie tych wszystkich ciekawskich lub wrogich spojrzeń. Momentalnie posmutniała. Co za okropne uczucie zostać napiętnowanym przez... po prostu bycie sobą.

 

Po zorganizowaniu obozowiska chciała odejść tylko kilka kroków od obozowiska, rozejrzeć się za jakimś jedzeniem. Matka w plemieniu zajmowała się zbieractwem i zawsze brała ją ze sobą. Maszerując przez las Tethyr, opowiadała o roślinach, szczególnie przestrzegając przed tymi trującymi. Czasem też podpatrywały myśliwych jak z zabójczą celnością polowali na zwierzynę. Katrina zacisnęła pięści. Wolała nie wracać myślami do tamtych czasów.

 

Zauważyła kilka krzaczków poziomek. Kucnęła i ze spokojem zaczęła je zbierać. Nie czując na sobie nieufnych, nerwowych spojrzeń, rozluźniła się. Szum odległych drzew niejako uspokajał ją, choć wciąż miała się na baczności. Co jakiś czas zerkała na obozowisko i nasłuchiwała jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Wolała korzystać z towarzystwa grupy jak najdłużej mogła, byleby jak najpóźniej zostać sama. Znowu.

 

Znowu poprawiła opaskę na włosach. Noszenie jej przez cały dzień sprawiło, że zaczynała uwierać i boleśnie uciskać uszy. Pospiesznie zdjęła ją i ukradkiem pomasowała długie, pulsujące ciepłem uszy. Kiedy zebrała wszystkie dojrzała owoce do płytkiej misy, którą miała ze sobą, ponownie przewiązała materiał dookoła głowy. Dokładnie sprawdziła czy spiczaste czubki nie wystają, a dla większego bezpieczeństwa zakryła je jeszcze włosami. Udała się w tą samą stronę, co przystojny wojownik Wexen, rozglądając za strumykiem.

Edytowane przez LuniLan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

KVDuZHZ.jpg
Je'gurr

 

Towarzysze, z którymi przyszło podróżować Je'Gurrowi, byli dziwaczni. Nie można im było jednak odmówić zaradności i doświadczenia - obóz zaczął powstawać niemal samoczynnie dzięki wspólnemu wysiłkowi. Nawet jeśli niektórzy wyraźnie cierpieli po jednym dniu podróży, nie słychać było żadnych narzekań. Półorka ogarnęło miłe uczucie, uśmiechnął się mimowolnie pod nosem. Może jednak ci niecodzienni kompani okażą się lepsi niż można by się spodziewać. W gruncie rzeczy, sam nie wzbudzam zaufania na pierwszy rzut oka...

- Dobrze. W takim razie zajmijcie się obozem. - Nie mówiąc nic więcej, udał się w kierunku bujniejszej roślinności. Wyszukał dobre miejsce na sidła a potem plecami oparł się o kamień. Nie miał ochoty wracać do obozu zbyt szybko, ale siedzenie samemu w zagajniku w mroku wydawało mu się głupie i dziecinne. Westchnął głęboko i ślamazarnie ruszył w kierunku tymczasowego noclegu.

Edytowane przez kosmaty

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

3d0e5a37e39b9c4ab7ae9f83f2bca9dd.jpg
Soa
 

 

 

Na prośbę o rozpalenie ognia, druid kiwnął głową, nie powinno być to trudne. W pierwej kolejności postanowił rozejrzeć się za miejscem które by się do tego nadawało. Musiał też rozejrzeć się za ewentualnym paliwem. To pierwsze znalazł wystarczająco szybko, a i z drugą rzeczą nie powinno być żadnego problemu, z powodu braku deszczy. 

 

Po zebraniu wszystkiego co uznał za nadające się na paliwo, głównie patyki i trawa albo większe gałęzie z ewentualnych drzew które powinny być gdzieś w pobliżu, zaczął układać ognisko, wetknął kawałek tkaniny nasączonej łatwopalną cieczą i po wzięciu krzesiwa zaczął rozpalać.

Gdy iskry zapaliły tkaninę na twarzy druida pojawił się uśmiech, był zadowolony z wykonanej pracy. Nie minęło dużo czasu aż i reszta paliwa zapłonęła. No to mamy ogień. 

 

Większość drużyny się rozeszła, więc nie było na kim się za bardzo skupiać, dlatego Soa na razie po prostu został przy ogniu, obserwując go i sprawdzając czy aby już trzeba coś dorzucić. Na razie jednak postanowił dać mu płonąć w spokoju, siedząc przed nim i obserwując. Powoli zaczął zastanawiać się nad tym z kim przyszło mu wędrować. Wcześniej nie chciał ich oceniać, a teraz miał nadzieje, że czegoś się dowie. Nie był jednak w stanie nie próbować spekulować. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

XJVSSaU.jpg

Wexen

 

Po dłuższej nieobecności wojownik wrócił do reszty grupy, zastając na miejscu gotowe obozowisko.

- Strumyk faktycznie płynie, ale dalej niż mi się z drogi wydawało. W każdym razie woda jest czysta, chyba nadaje się do spożycia, rano możemy dopełnić bukłaki - rzucił do towarzyszy, po czym odpasał miecz, zdjął ciążącą mu po całym dniu zbroję, zrzucił plecak i przysiadł się do ogniska, wyprostowując zmęczone nogi. Wyjął z plecaka gomółkę sera, wpatrywał się w nią przez chwilę w milczeniu, po czym zagaił dosyć niskim, przyjemnym głosem:

- Przez całą drogę jedna myśl nie daje mi spokoju. Nie sądzicie, że to zlecenie, którego się podjęliśmy, jest cokolwiek podejrzane? W ogólnym zarysie wszystko to niby dobrze wygląda: paniczyk, którego nazwisko mi nic nie mówi, chce się zabawić na polowaniu, obiera za cel popularny okoliczny las, wszyscy tam przecież jeżdżą i przechwalają się później w towarzystwie, więc jakże mógłby i on nie pojechać, ale trochę się boi o własną skórę, potrzebuje ochrony - na to zgoda. Ale jego dalszego postępowania nie jestem w stanie zrozumieć. Wysłannik mówił, że jego pan wyrusza z Waterdeep wraz ze swoimi ludźmi. To oczywiście bardzo nieprecyzyjne określenie, równie dobrze mógł mieć na myśli osobistych służących, nałożnicę czy kucharza, może nawet i miał, ale zdziwiłbym się, gdyby wśród świty wspomnianego szlachcica nie było przynajmniej paru zaufanych zbrojnych. Z jakiegoś powodu mu to jednak nie wystarcza, decyduje się nająć dodatkowych ludzi. To również jeszcze nic niezwykłego, chociaż daje już do myślenia. Prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego jego lordowska mość, mieszkając w bodaj drugim największym mieście świata, nie wynajmuje kogoś na miejscu, gdzie przecież musi być na pęczki przeróżnych zbrojnych kompanii, wyspecjalizowanych ochroniarzy czy żądnych przygód bądź pieniędzy awanturników, tylko posyła umyślnego na prowincję, gdzie tak naprawdę nie ma żadnej pewności, iż uda mu się kogokolwiek znaleźć? Mało tego, gdy posłaniec już do Daggerford dociera, to nie opłaca zgranej, znającej swe wzajemne możliwości grupy, tylko wyszukuje przypadkowych podróżnych, którzy nigdy wcześniej się nie spotkali, nic o sobie nie wiedzą, których nic na pierwszy ani nawet drugi rzut oka nie łączy. Czy ktokolwiek z was, towarzysze, w działaniu naszego mocodawcy dostrzega sens, który mi umyka?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

KVDuZHZ.jpg
Je'gurr

 

Półork popijał gorący, ziołowy napar z kubka, który wcześniej stał w pobliżu ogniska. Ciepłe, przyjemne uczucie rozlało się po gardle i żołądku a kąciki ust Je'Gurra drgnęły mimowolnie w górę. Elfowie jednak wiedzą, co dobre - pomyślał. Potem wsłuchał się w monolog Wexena.

- Ciężko nie odmówić Ci racji. Intencje naszego mocodawcy nie są jasne również dla mnie. Być może podczas wyjazdu okazało się, że potrzebuje kilku ochroniarzy więcej, bo do jego polowania dołączyły jakieś osobistości? Nie miał już czasu zorganizować ochroniarzy w Waterdeep, więc rozwiązał problem inaczej: Posyłając swojego człowieka pędem do Daggerford mógł zwerbować kilka osób, które bez problemu dotrą na miejsce na czas, bo będą miały do przebycia krótszą drogę niż jego orszak. To tylko moje przypuszczenie. Wierzę, że jakieś dodatkowe okoliczności skłoniły go do tej decyzji w ostatniej chwili. Inaczej, tak, jak mówisz, zebrałby odpowiednią grupę już w Waterdeep.
- Osobiście nie mam zaufania do możnych. Przyjąłem zlecenie, ale jeśli nasz mocodawca okaże się nieuczciwy lub zażąda od nas czegoś nieodpowiedniego na miejscu, po prostu odejdę bez słowa i zapłaty. - Wzruszył ramionami. - W okolicy panuje Lady Verlosa i nie zamierzam się jej narażać. Jeśli to zlecenie nie wypali, zajmę się polowaniami na okoliczne gobliny. Jeden łeb, jedna moneta. Prosty i uczciwy interes. A przy okazji bardziej pożyteczny niż zabawy paniczyków...

Edytowane przez kosmaty

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Katrina — kopia (2).PNG

Katrina

 

Dziewczyna biorąc garść poziomek, z nieśmiałym uśmiechem podała wilgotną misę umytych owoców druidowi, który znajdował się najbliżej.

‒ Częstujcie się ‒ powiedziała, podając dalej.

 

Przykucnęła i zanim wyciągnęła ze swojego plecaka porcję żywności, na raz wrzuciła do ust poziomki  z dłoni. Uważnie przysłuchiwała się słowom Wexena i Je'gurra, zagryzając suszone mięso.

‒ Tu przede wszystkim chodzi o elfy i zagrożenie z ich strony. A panicze, tacy jak on, mają się czego bać. Może w Waterdeep zabrakło odważnych wojów, którzy w razie konieczności musieliby stawić czoło elfom. Poza tym, komu jest na rękę polować w okolicznym lasie, w którym trwa konflikt i tym samym narazić się Lady Verlosie? To nielogiczne. ‒ Katrina wyciągnęła się.

 

Im dłużej myślała o zadaniu szlachcica, tym bardziej szkoda robiło jej się nowo poznanych towarzyszy. Miała silne przeczucie, że wpakują się w coś niebezpiecznego. Aczkolwiek wyglądali na doświadczonych w walce. Nawet Ruppert. Półelfka przygotowała napar ze znalezionej obok poziomek macierzanki i popijając, wpatrywała się w ogień. Zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki.

Edytowane przez LuniLan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

3d0e5a37e39b9c4ab7ae9f83f2bca9dd.jpg
Soa

 

 

Druid zerknął na owoce. Wziął kilka i z uśmiechem kiwnął głową w geście podziękowania. 

- Nie znam się za bardzo na szlachcicach, ale domyślam się, że masz racje - zwrócił się do Katariny. - Polowanie na nie swoim terenie może być niebezpieczne, miejscowi to wiedzą, temu wolał kogoś z zewnątrz - dodał tym razem już do wszystkich.

 

Zajrzał do swojej torby i po chwili grzebania wyjął z niej coś zawiniętego w pergamin. Po rozwinięciu okazało się, że były to ciastka. Zwykłe, okrągłe. Odchrząknął. 

- Nie wiem czy ktoś tu kiedyś takie próbował... albo nawet chciałby spróbować. W każdym bądź razie, jeśli ktoś chce spróbować jak smakuje "specjalne" ciastko, to proszę bardzo. Nie krępujcie się. - Uśmiechnął się.

Kilka rzeczy zapewne stało się znacznie jaśniejszych. Na przykład często przymglony wzrok druida. Sam wziął jedno i podał komuś kto ewentualnie by zechciał.

 

- Tak z ciekawości, jeśli mogę zapytać, co was skłoniło do wyruszenia? Oprócz samego zlecenia. W końcu nie było to chyba jedne co jest do roboty. Prawda? - zapytał spoglądając na każdego. - Ja na przykład chciałem zobaczyć co tu jest. W pustelni mimo wszystko świata nie poznam - wygiął się do tyłu i podparł rękami. Czekając aż może ktoś inny zechce coś powiedzieć. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

rupp_strefa.jpg

- Co by nie wyjść na tchórza, który na byle polowanie zabiera całą eskortę, nasz zacny pan szlachcic załatwił sobie obstawę po kryjomu w Daggefordr. - wtrącił się do rozmowy Ruppert. Usta miał pełne i gdy mówił trochę mu wyleciało. Jadł strasznie łapczywie. A na widok jagód strasznie się ucieszył. Uwielbiał owoce leśne. 

 - Spotkamy się na miejscu i będziemy nadstawiać kark bo jakiemuś paniątku zachciało się hasać po lesie za jeleniami. Rozumiem radość z polowania. Ale nie wiem czy słyszeliście, podobno tamtejszym elfom to nie w smak. W ich lasach nie mamy z nimi żadnych szans, choćby było nas dwa razy tyle.

 

 

Edytowane przez Gerappa

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

79.jpg

 

 

Ognisko jak i prowizoryczne obozowisko powstało w oka mgnieniu, każdy wziął na siebie część obowiązków i już po chwili siedzieliście wokoło rozkoszując się ciepłem płomieni.

Kilka drzew wokoło i trawa to było wszystko co potrzebowaliście do odpoczynku, nie zapowiadało się na deszcz, był pogodny ciepły wieczór. Poranki bywały chłodne jednak daleko było jeszcze do nieprzyjaznej pogody z której słynęła Północ, nadal byliście na ziemiach będących pod wpływem ciepłego morskiego prądu, daleko od mroźnych krain otaczających dolinę Lodowego Wichru.

 

 

 

Katrina, wprawny łowca, znalazła nie tylko poziomki ale i trochę jadalnych roślin, traw i ziół z których można by zrobić zupę. 

Mieliście jeszcze sporo zapasów, podróż też nie zapowiadała się długo, z dwa, trzy dni drogi więcej i powinniście być u celu. 

Wieczór mijał spokojnie, poza szeleszczącym wiatrem i własnymi słowami nie słyszeliście nic co mogłoby wzbudzić Wasze podejrzenia.  

Powoli zapadał zmrok. Dobry moment by zdecydować o tym kto pełni warty, podróż nocą nigdy nie była dobrym pomysłem.

 


 

Edytowane przez Mhelkir

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

XJVSSaU.jpg

Wexen

 

Wexen wyciągnął rękę po ciastko, połykając wcześniej ostatnie kilka owoców otrzymanych od Katriny.

- Obawa przed łatką tchórza rzeczywiście może tu odgrywać pewną rolę i niech Bogowie dadzą, aby w tym bądź czymś równie niegroźnym tkwiło rozwiązanie zagadki. Wciąż jednak obawiam się, że kryje się za sprawą coś więcej, coś dla nas gorszego... Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę oskarżać obcej osoby na podstawie swoich urojeń, ale spójrzcie na to z tej strony: jedzie na polowanie w niebezpieczny, ogarnięty konfliktem rejon. Swoich ludzi uzupełnia obcymi najemnikami, których nikt w mieście nie zna, których nikt z nim nie powiąże i o których, w razie wypadku, nikt się nie upomni. Oni wzajemnie też się nie znają, niewiele dla siebie znaczą - powiódł wzrokiem po zgromadzonych - być może doszukuję się intrygi tam, gdzie jej nie ma, ale zdziwię się, jeśli po dotarciu do celu, nasze rozkazy, choć ubrane w piękne i zwodnicze słowa, nie będą tak naprawdę znaczyły: "Jeśli dojdzie do incydentu, to umierajcie albo w inny sposób absorbujcie uwagę elfów, dopóki ja wraz z moimi ludźmi nie ucieknę w bezpieczne miejsce. A jeżeli komuś dziwnym przypadkiem uda się przeżyć, to niech bierze należne mu bądź jej złoto i idzie w swoją stronę.". Rozważcie moje słowa proszę - bo jeśli moje obawy są słuszne, to ilu by nas w tym orszaku nie było, ile osób by nie weszło do Ardeep wraz z naszym zleceniodawcą, to przy pierwszej oznace problemów będziemy zdani tylko na naszą piątkę.

 

Kończąc wywód, odgryzł mały kawałek ciastka. Przeżuwał przez chwilę bezskutecznie próbując zidentyfikować smak. Coś jakby rabarbar, tylko bardziej... gorzkie? I suche. Nie znał się na ziołach. Na pieczeniu też nie. Przełknął, po czym wziął do ust resztę.

- Dziwnie smakuje, niepodobnie do niczego, co wcześniej jadłem... Co się zaś tyczy twojego pytania, to prawdę mówiąc owo zlecenie było jedynym wartym uwagi, jakie napotkałem w ostatnich dniach. Wartość jego w tym, że kieruje mnie do Nightstone. Nie jestem stąd, nie pochodzę z Północy, a zależy mi aby dowiedzieć się, jak tutaj jest. Poznać czym żyją mieszkańcy, jakie są ich codzienne bolączki i troski, czy są szczęśliwi albo czego im brakuje. Zaś Nighstone ze swoim spornym lasem i wszechobecnymi goblinami wydaje się być dobrym punktem startowym.

 

Skończył mówić wpatrując się zamyślonym wzrokiem w ogień. Jego odpowiedź była wymijająca i niepełna - nie spodziewał się, aby to komukolwiek umknęło. Nie chciał się jednak wdawać w szczegóły, z których mógłby nie umieć się przed nowo poznanymi towarzyszami podróży wytłumaczyć. 

Edytowane przez Fingard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Katrina — kopia (2).PNG

Katrina

 

Dziewczyna spokojnym ruchem poczęstowała się ciastkiem od druida, dziękując ciepłym uśmiechem. Zanim ugryzła, powąchała, próbując odgadnąć składniki. Nic konkretnego nie przychodziło jej na myśl. To pewnie przez zmęczenie.

 

Już miała wziąć pierwszy gryz, kiedy zamarła. Wexen miał rację. Przerażające jak bardzo miał rację. Ostrożności nigdy za wiele, a cała sytuacja z polowaniem była co najmniej dziwna. Poczuła ucisk w żołądku, zerkając po kolei na każdego z towarzyszy. Nie miała najmniejszej ochoty uczestniczyć w głupiej zabawie panicza, ale... Może... Może zabawię trochę dłużej w Nightstone niż planowałam. Pokręcę się trochę tu, trochę tam. Do jej głowy mimowolnie napłynęły obrazy, widziane oczami małej dziewczynki. Schowana bezpiecznie za gęstwiną liści, musiała patrzeć jak jej współplemieńcy ze śmiertelną ostrożnością komunikują się językiem lasu. A później z bezduszną wprawą pozbawiają życia nieszczęśliwie przypadkowych podróżnych. Wzdrygnęła się.

Wbijając wzrok w ognisko, schrupała całe ciastko. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się lekko, ogrzewając twarz.

 

‒ Ja także nie jestem z tych stron. Północ jest mi kompletnie obca. Szukam... kogoś ‒ powiedziała dziewczyna, wciąż nie otwierając oczu, niby dalej rozkoszując się ciepłem. Tak bardzo chciała uniknąć ciekawskich i pytających spojrzeń. Ale babka uczyła żeby być szczerym. To była jedna z najtrudniejszych lekcji.

 

Półelfka z westchnieniem opadła na swoje posłanie, zakładając ręce za głowę. Odwróciła się w stronę półorka, patrząc najżyczliwiej jak tylko umiała. Zamrugała kilkakrotnie.

 

‒ Je'gurr, właściwie skąd pochodzisz? ‒ Katrina starała się żeby pytanie zabrzmiało jak najmniej ofensywnie czy obraźliwie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

KVDuZHZ.jpg
Je'gurr

 

Półork skinieniem głowy podziękował za owoce i za ciastka. Czuł się zmieszany. W tej przypadkowej grupie odnajdował życzliwość, której poszukiwał niegdyś w Waterdeep. Nie wiedząc, co powiedzieć, bąknął - Dziękuję. - i zajął się pałaszowaniem ciastek i poziomek. Zanim Je'Gurr przełknął i odpowiedział na pytanie druida, Wexen kontynuował swój wątek. Podejrzenia najemnika pokrywały się z myślami półorka tak bardzo, że aż zamarł w połowie jedzenia. Poczuł skrywaną w środku wściekłość, nieświadomie zmarszczył brwi i wbił spojrzenie w najemnika. Po chwili uświadomił sobie, że musi wtedy wyglądać przerażająco dla ludzi. Otrząsnął się i odetchnął głębiej, ale nie na tyle, żeby było to zauważalne.

- Myślę, że masz rację, Wexenie. Będę z Wami szczery. Przyjąłem to zlecenie, bo dostałem garść monet na prowiant a i tak planowałem podróż w kierunku Nightstone. Co mi szkodzi, pomyślałem. Jeśli faktycznie będziemy ochraniać polowanie przed bandytami lub zwierzyną...
- Musicie wiedzieć, że nie mam najmniejszej ochoty nadepnąć na odcisk elfom lub włodarzowi Nightstone. Jeśli nasz chwilowy mocodawca będzie łamał zasady polowań ustalone przez Lady Verlose i okoliczne elfy, nie mam zamiaru stawać po jego stronie w tym konflikcie. - Z wypowiadanych słów biła tłumiona złość. Je'Gurr rozluźnił się i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nieświadomie rozkruszył trzymane w dłoni ciastko...

 

Kiedy emocje trochę opadły, półork odpowiedział Katrinie.

- Wychowywałem się w lasach w pobliżu Gwiezdnej Góry. Dla mnie to dosyć daleko stąd, ale dla Ciebie pewnie jestem "tutejszy". - Zawiesił głos, jakby miał coś dodać, ale tylko westchnął i odwrócił wzrok. Chyba nie można było chwilowo liczyć na nic więcej.

Edytowane przez kosmaty

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

rupp_strefa.jpg

Udali mu się towarzysze. Najpierw poziomki od Katriny,  później ciastka od Soi.  Ruppert był łakomczuchem i te drobne gesty skradły jego serce. Wexen zrobił na chłopaku wrażenie faceta twardo stąpającego po ziemi. I dobrze że taki człowiek z nimi kroczył. Na pewno zwiększało to poczucie bezpieczeństwa. W przeciwieństwie do półorka. Ruppert nie miał dobrych wspomnień z orkami. 

 

- Wyśmienite ciastka towarzyszu. - Skomentował łotrzyk przysmak druida. - Twojej własnej roboty? Jeśli tak to zdradź mi co do nich dodałeś bo pierwszy raz takie jem. Znaczy podobne kiedyś jadłem Pod Płaczącą Wierzbą. Może ktoś z was tam był ale wątpię. Jadłem tam przepyszne pierniki. Używali oni jakiejś specjalnej przyprawy, która nadawała im podobny posmak... Chociaż nie. Te ciastka są jakieś inne...

 

Ognisko wesoło trzaskało. Choć zapadał już wieczór a strony te słynęły z różnych potworności krążących po okolicy to mimo to Ruppert czuł się dziwnie zrelaksowany. Zwykłe posłanie podróżne, na którym siedział wydawało się wygodniejsze. Cykanie świerszczy przestało być irytujące. No i język stawał się tak jakby bardziej chętny do rozmowy. 

 

- W sumie to są moje rodzinne strony. Wychowałem się w Saltford. To na Wschód od Daggerford. Mała wioska u podnóża gór. Prawie wszyscy zajmują się tam wydobyciem soli. No i ja też swego czasu wyrywałem ziemi te białe kryształy. - Ruppert zmrużył oczy jakby przypominając sobie coś z przeszłości. Westchnął po chwili i mówił dalej. -   Niedawno wróciłem z południa w te rodzinne strony. Podobno w Nighstone serwują wyśmienitą dziczyznę. Pewnie gdyby nie to nigdy nie mielibyśmy przyjemności razem podróżować. - Chłopak uśmiechnął się do towarzyszy. Mógłby wydawać się nawet uroczy. Niestety cały urok bezczelnie kradła blizna na jego twarzy.

 

 

Edytowane przez Gerappa

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

3d0e5a37e39b9c4ab7ae9f83f2bca9dd.jpg
Soa

 

Druid zerknął na rycerza słuchając i analizując jego słowa. Pokiwał głową przyznając mu racje, ale nie zamierzał się odzywać. Jeśli faktycznie szlachcic ucieknie przy pierwszej okazji po spotkaniu z elfami, zostawiając jego i jego towarzyszy samych, może być ciężko. A i ewentualne próby rozmów mogą być trudne. Zwłaszcza, że mu najlepiej gadało się z wróżkami, nie z elfami. 

 

Potem zerknął na resztę słuchając jak mówili skąd są. Wychodzi na to, że i on powinien powiedzieć. No i od razu odpowie na pytania na temat ciastek, które też zadano. 

- W sumie nie wiem jak dokładnie nazywał się region z którego pochodzę. Był tam las i samotnia w której żyłem razem z mistrzem. Najbliżej była jakaś wieś o nudnawej nazwie. Zalesie jakieś, czy coś takiego... jakieś zadupie w każdym razie - rzucił stukając palcami o kolano. - A co do ciastek, tak, są własnej roboty. Z imbirem i  konopią. Nie próbowałem tego przepisu wcześniej, ale wyszły nieźle. Chociaż chyba trochę za mało imbiru bo prawie nic nie czuć - oznajmił jakby to nie było nic specjalnego. 

 

W pewnym momencie druid położył się na plecach, gapiąc się w niebo z rozmarzonym wyrazem twarzy. Podłożył ręce pod głowę i westchnął. Zupełnie nie przeszkadzało mu leżenie na trawie. Ba, nawet wolał to od leżenia na posłaniu. 

- Wiecie co, przydałby się bard. Nigdy nie miałem okazji podróżować z bardem, ale musiało by być ciekawie. Ktoś by mógł umilić podróż śpiewem i grą. Zawsze można też opowiedzieć jakieś historie, do tego barda nie trzeba. No... chyba że nie chcecie. - Mówił teraz trochę wolniej niż wcześniej. 

Edytowane przez Mephisto

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

Katrina — kopia (2).PNG

Katrina

 

‒ Usłyszałam kiedyś w podróży taką historię. ‒ Katrina wyciągnęła się na kocu, patrząc w niebo. ‒ Daleko, daleko na południu, w małej mieścinie mieszkał czarnoksiężnik Kirlan. Znany był ze swojego skąpstwa i chciwości. Jadał jedynie świeże ryby, przywiezionego z pobliskiego portu. Mówiono o nim szaleniec i istny opętaniec. Zamiast kwapić się do pracy w domu, czy innej nie uwłaczającej roboty, w piwnicach gotował złoto. Próbował uzyskać kruszec, ale mieszanie różnych składników i mikstur nie dawało żadnych pozytywnych rezultatów. Chcąc za wszelką cenę utrzeć nosa szydzącym z niego ludziom, zaczął rozmyślać. Dowiedział się, że pod mieściną, w okolicznym lesie, przy starym młynie, nad strumykiem o północy można spotkać biesa o niewyobrażalnej mocy. Ślepa pazerność popchnęła Kirlana do sporządzenia cyrografu. Podpisał go własną krwią i w burzową noc udał się na spotkanie. Bies zjawił się pod postacią niedźwiedzia. Siadł na dębie i czekał. Kiedy czarnoksiężnik zjawił się, zapiął jak kogut, a później zachrapał ludzkim głosem, każąc Kirlanowi umieścić cyrograf pod młyńskim kołem. W tym samym momencie gdy dusza człowieka należała już do biesa, z czarnego nieba posypały się, niczym grad, złote monety. Jednak, gdy któraś dotknęła skóry mężczyzny w miejscu tym pojawiał się ropiejący wrzód. Kirlan stracił zmysły z bólu i strachu, poczym padł trupem na ziemie. Rankiem znaleziono go na skraju strumyka, pod starym dębem, z kilkoma kamieniami zaciśniętymi w dłoniach.

 

Katrina uśmiechnęła się pod nosem, ciągle wpatrując w mieniące gwiazdy. Ziewnęła. Zerknęła na Soe leżącego na trawie z uśmiechem. Doskonale wiedziała co czuje, bo i ona kiedyś czuła to samo. Przyjemne łaskotanie trawy, ledwo wyczuwalne, acz miłe wibracje z samego środka ziemi. Mimo tego wolała ciepło koca. Za bardzo przyzwyczaiła swoje ciało do ludzkich wygód. Zresztą... I tak, dla tych, którzy ją znają jest już człowiekiem. Zupełnie jakby elfia krew w ogóle w niej nie płynęła.

 

‒ Panowie, wezmę drugą wartę. Obudźcie mnie kiedy będzie czas.

 

Dziewczyna powiodła spojrzeniem po towarzyszach. Je'gurr wyglądał wciąż na spiętego. Na jego twarzy pojawiała się złość przeplatana zadumą. Zasmuciła się w duchu, domyślając jak ciężko jest walczyć mu z własnymi emocjami. Tłumił je w sobie. Dowodem na to było rozkruszone ciastko w jego silnej dłoni. Przez głowę dziewczyny przelatywało milion domniemanych hipotez, co tak właściwie mogło burzyć jego wewnętrzny kodeksu. Natychmiast skarciła się za zbytnie angażowanie w nie swoje życie.

 

Kiedy przeskoczyła wzrokiem dalej, z trudem zdusiła wybuch śmiechu. Widok Rupperta pałaszującego ciastka i poziomki był nawet uroczy. Taki młody, a już skazany na ciężką pracę w kopalni? Od razu widać, że góry i stukot kilofów to nie jego bajka. Ani stateczne życie, ani te wypełnione po brzegi codziennym dbaniem o gospodarstwo i rodzinę. W jego oczach malowała się przygoda. Ale brutalna prawda skorygowała i to marzenie. Ta blizna... Musiała boleć niemiłosiernie.

 

Kiedy rozmowy ucichną, a wszyscy zajmą się sobą, szykując do snu, półelfka owinie się peleryną i kocem. Narzuci na głowę szeroki kaptur, czując coraz silniejszą falę spokoju i rozluźnienia. Chowając twarz w futerku, którym obszyte były krawędzie kaptura, zamknie oczy. Po kryjomu ściągnie opaskę z głowy, dając odpocząć bolącym uszom. Tu jest bezpieczna. Z nimi na pewno jest bezpieczna.

 

‒ Śpijcie spokojnie ‒ powie ciepło na dobranoc.

Edytowane przez LuniLan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

XJVSSaU.jpg

Wexen

 

Wojownik wysłuchał opowieści w skupieniu. Domyślał się, w jakim zmierza kierunku, nie przeszkadzało mu to jednak cieszyć się każdym kolejnym zdaniem. Lubił, gdy historie trzymają się pewnych praw, a wszystko układa się tak, jak powinno. Zapewniało to pewien punkt oparcia w pełnym nieprzewidywalności i rozczarowań świecie.

- Zdumiewające jak we wszystkich kontraktach z biesami śmiertelnicy zawsze proszą albo o złoto, albo o potęgę i władzę, albo o nieśmiertelność. Zupełnie jakby te trzy pragnienia definiowały każdego z nas - zrobił krótką przerwę na zaczerpnięcie łyku wody. - Albo raczej jak gdyby ludzie nie wiedzieli czego tak naprawdę chcą, więc proszą o środki do realizacji przyszłych celów, których i tak nigdy precyzyjnie nie określą.

 

- W każdym razie późno już, a choć wieczory są porą stworzoną do rozmów, to nasz cel na najbliższe dni jest jasny i żeby zdążyć do Nighstone na czas, powinniśmy wyruszyć niedługo po świcie. Prześpijcie się teraz, ja wezmę pierwszą wartę.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

rupp_strefa.jpg

Ruppert niebezpiecznie rozluźniony po konopnych ciasteczkach leżał pod swoim kocem i słuchał kobiecego głosu. Opowieść Katriny zaczęła się interesująco. Łotrzyk był zawsze ciekawy skąd się bierze magia i co trzeba zrobić by nauczyć się nią posługiwać. Czy tylko wybrańcy mają zaszczyt jej używać? A może trzeba zaprzedać duszę diabłu aby ją uzyskać? To było bardzo możliwe bo przebiegłość magów była niemal piekielna. Takie miał wyobrażenie o magii Ruppert chociaż nie miał nigdy styczności z prawdziwym czarodziejem. 

 

Historia toczyła się dalej ale chłopak zdążył już usnąć przed morałem. Był wykończony całym dniem marszu. Dobry posiłek pozwolił mu się odprężyć. Kobiecy głos go ukołysał. Bardzo nie rozsądne. Nie otaczały ich mury i nie patrolowały ich straże. Ktoś powinien stanąć na warcie. Ruppert jednak już o tym nie myślał. Teraz był w objęciach bogini snów... do czasu aż ktoś nie wybudzi go na straż.

Edytowane przez Gerappa

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

KVDuZHZ.jpg
Je'gurr

 

Półork wysłuchał historii dziewczyny i komentarza Wexena. Ich słowa wprawiły go w zadumę. Nigdy nie pragnął pieniędzy ani władzy. Nieśmiertelność też go nie pociągała - zbyt wiele widział długowiecznych, zblazowanych i znudzonych elfów. Czego by sobie zażyczył, gdyby mógł wybrać dowolną rzecz? Może być człowiekiem? Nie, raczej nie... Zmarszczył brwi. Przyjaciół. Takich prawdziwych. Jego oczy zaszkliły się lekko. Je'Gurr od razu odchylił głowę od ognia w nadziei, że inni nie zauważyli jego reakcji.

- Jak zwykle, trafiłeś w punkt. - Zwrócił się do najemnika - Zaczynam myśleć, że nie jesteś wojownikiem, ale filozofem. - Zaśmiał się krótkim, wymuszonym śmiechem. - Zrobię tak, jak radzisz, i pójdę już spać. Wezmę trzecią wartę. Kogo mam obudzić potem? - Spojrzał na młodzieńca, ale ten już zapadł w sen. Beztroska Rupperta znów obudziła w Je'Gurrze zazdrość. Temu to dobrze - pomyślał. Potem jego wzrok przetoczył się na leżącego na trawie druida. - Soa? - Zapytał.

 

Kiedy już warty były ustalone, rozwinął swoje posłanie i ułożył się na boku. Swoją laskę objął w obie ręce i przycisnął do siebie tak, jak dziecko przyciska maskotkę. Potem zasnął szybko.

 

 

Edytowane przez kosmaty

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz