Jedi Master

Rozdział I: Mgliste Początki (Jedi Master)

139 postów w tym temacie

Napisano (edytowane)

I only know one story. But oftentimes small pieces seem to be stories themselves.
Patrick Rothfuss, "The Name of the Wind"

Edytowane przez Jedi Master

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

Minęły dwa dni od kiedy wraz z Vaenthyarem wrócili do Albany. I nie żeby Jared miał na co narzekać. Ostatnie kilka miesięcy spędzili w siodle podróżując wzdłuż wybrzeża Randomaru i… no właśnie, młodzieniec nie wiedział nawet dokładnie co przy tym robiąc. Jego elfi kompan wziął go na tą misję w ramach własnej inicjatywy, na szkolenie, które miało go przygotować do formalnego rozpoczęcia rekrutacji do Spiżowych Smoków. Za nic jednak nie chciał powiedzieć co było jego celem tylko raz na jakiś czas znikał zostawiając Jareda samego. Potem wracał i jak gdyby nigdy nic ruszali dalej. Z drugiej jednak strony Vaenthyar spełniał swoją obietnicę i przy każdej okazji uczył chłopaka różnych sztuczek przydatnych w walce czy po prostu w przetrwaniu. Niezła nagroda za zajmowanie się sprawami obozowymi czy oporządzanie koni.

No ale cóż, to był chyba ten dzień. Vaenthyar zapewniał, że przedstawi już jego kandydaturę do faktycznej rekrutacji a dziś rano posłaniec od niego przybył z wiadomością by stawić się pod siedzibą Spiżowych Smoków. I nie był tu sam.

***

Merveil ledwo zdążyła na czas. Podróż zaplanowała z solidnym zapasem, ale Morze Sztormów postanowiło z niej zakpić. Choć nie było już permanentnym zagrożeniem tak jak sto lat temu, pogoda nad nim ciągle była kapryśna. A tym razem postanowiło zafundować niespodziewaną flautę, która doprowadziła do tego, że do New Haven dopłynęła dziesięć dni po spodziewanym czasie. To zupełnie nie dało jej szansy na poznanie nieznanego jej dotąd miasta czy porównania do oryginalnego Haven, z którego wyruszyła. Ledwo wieczorem dopłynęła, rano już  musiała ruszać w dalszą podróż do Albany. Inaczej mogła nie zdążyć na termin podany z zaproszeniu.

Ale udało się. Była tu teraz w samo południe pod siedzibą Smoków czekając na spotkanie. Jak to będzie wyglądało? Czego się spodziewać? Może ktoś z innych czekających tu osób wiedział.

***

Mimo, że Reno wyznaczył konkretny termin na stawienie się w Albany, Rodney odłożył swą podróż o kilka dni. Senną Knieję dzieliła od siedziby Spiżowych Smoków dość krótka droga więc nie było powodu do pośpiechu. Do tego niedawne wydarzenia sprawiły, że odrobina odpoczynku i medytacji była wskazana. Nie żeby mógł się jednak temu poświęcić w pełni bo oto wrócił też Kendrick i wciągnął Rodneya w pomoc w oczyszczeniu jakiejś cholernie głębokiej szczeliny, która pojawiła się w głębi lasu. W szczelinie gnieździły się jakieś małe wredne i wyjątkowo plugawe stworki atakujące tak ludzi jak i zwierzęta w okolicy. A że co dwóch druidów to nie jeden, uporali się z problemem na czas by Rodney mógł bez pośpiechu dotrzeć jeszcze do Albany.

Czekając pod bramami siedziby Spiżowych Smoków Rodney mógł czuć się troszkę nie na miejscu. Ze swymi posiwiałymi włosami zdecydowanie zdawał się górować wiekiem nad trójką osób, które pojawiły się w tym samym miejscu o tej samej porze co on.

***

Albany było dla Oriany celem podróży dobrym jak każdy inny. Wiele szlaków prowadziło stamtąd dalej a skoro Rhys tam zmierzał to można było mu potowarzyszyć. Mimo jego lekko lekceważącego podejścia okazał się całkiem dobrym towarzyszem i można było w sumie żałować, że do Albany dotarli tak szybko. Tam jednak pojawiła się niespodzianka, której młoda kapłanka się nie spodziewała i teraz zgodnie z wytycznymi Rhysa czekała pod siedzibą gildii, do której dostała szansę dołączyć.

Czy trójka osób stojąca razem z nią przybyła z podobnym zamierzeniem? Byli potencjalnymi przyszłymi kompanami czy może kimś na kształt konkurencji? Pewnie szybko się przekona.

***

Siedziba Spiżowych smoków znajdowała się na skraju miasta z dala od największego zgiełku. Teren otoczony był trzymetrowym murem, który zapewniał prywatność. Do tego od jednej strony siedziba przylegała do brzegu jeziora zapewniając gildii prywatną przystań.

Dochodziło właśnie południe czyli pora, o której każdemu z nich kazano czekać pod bramą. Więc czekali obserwując jak co jakiś czas ktoś przez ową bramę przechodzi na niewielki dziedziniec. Część z tych osób była pewne członkami gildii, ale niekoniecznie. Smoki prowadziły ogólnodostępny sklep, w którym sprzedawano liczne łupy zebrane przez członków organizacji. Pewnie mogli by więc wejść i rozejrzeć się tam, ale w każdej chwili mógł się pojawić ktoś wysłany po nich. Pozostawało więc czekać. I ewentualnie zorientować się kim są pozostałe osoby, które również stawiły się w tym miejscu i nie wyglądały na takie, które zamierzają same wejść do środka.  

Edytowane przez Jedi Master

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

tCA2n0X.jpg

 

Oriana Lawsmith

 

Nie było go. Rozglądała się, szukała wzrokiem, ale jego nie było. Trudno, przecież wcale nie obiecywał, że będzie. Zdusiła w zarodku lekkie uczucie zawodu i skupiła się na czym innym. Na przykład na tym co ona właściwie tu robi? Oczywiście najłatwiejsza odpowiedź brzmiała: jest dla Rhysa, ale umówmy się, aż tak jej nie trafiło. Nie, raczej to czego ostatnio doświadczyła udowodniło, że stanowczo lepiej i efektywniej działać w grupie. I może jak ceremonia się zakończy ta trójka co tutaj stała będzie jej grupą?

Przyjrzała im się bliżej: mężczyzna w sile wieku, młoda dziewczyna i ledwie podrostek. Czy do gildii przyjmowali takie dzieci? A może chłopak miał być czyimś giermkiem, zbroje polerować, a nie za poważne zadania się brać? W sumie dobrze byłoby wiedzieć z kim miała do czynienia.

- Jestem Oriana Lawsmith, z kościoła Strażniczki Wee Jas - przedstawiła się uprzejmie jakby mieli jeszcze jakieś wątpliwości na widok jej tarczy z namalowaną rubinową czaszką - Też przybyliście, by wstąpić do Gildii?

Popatrzyła wpierw na mężczyznę oddając honor jego siwej głowie, potem na dziewczynę i młodzika. Kusiło ją jeszcze zapytać czy wiedzą ile przyjdzie im czekać w słońcu, aż ktoś po nich wyjdzie, ale się powstrzymała. Mimo że kolczuga ciążyła, nie wypadało narzekać.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

Jared_small.png

 

Jared Nareen

 

Oczekiwanie przed bramą było dla Jareda trudne do zniesienia. Albany było dla niego tak dużym miastem że nie zdążył poznać go wystarczająco i wszystko tu było dla niego nowe. Dlatego stojąc pod bramą i nie mogąc oddalić się od tego miejsca przyglądał się wszystkiemu co miał w zasięgu wzroku - od przechodzących przez bramą czy podążających wzdłuż ulicy mieszkańców i członków gildii, poprzez budynki i sklepy które mógł stąd dostrzec, aż po samą bramę i wykonane na niej zdobienia czy nawet szczeliny pomiędzy znajdującymi się w murze kamieniami. Siłą rzeczy przyglądał się też kolejnym osobom pojawiającym się pod bramą i tak jak on oczekującym na wydarzenia.

 

Zielony płaszcz podróżny jaki nosił dobrze skrywał jego posturę, ale nie był w stanie ukryć młodego wieku. Noszona na plecach tarcza oraz miecz także dziwnie kontrastowały z jasnymi blond włosami otaczającymi niemalże młodzieńczą jeszcze twarz. Tak samo jak z  błękitnymi, wypełnionymi ciekawością i ekscytacją oczami.

 

Dziewczyna odezwała się gdy przyglądał się całej trójce zastanawiając się czy samemu się nie odezwać. Jednak namalowana na jej tarczy czaszka oraz oplatające jej talię paciorki o podobnym wzorze trochę go deprymowały. Nie bardzo, ale na tyle że dało się dostrzec jego wahanie.

 

- Tak - potwierdził krótko po chwili - nazywam się Jared. Jared Nareen... z Brevy. Myślisz że będziemy testowani wspólnie? I zostaniemy razem przyjęci, jeśli nam się uda?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

C4h0bx1.jpg

Merveil Auris

 

Aasimarka włączyła się do rozmowy, kiedy skończyła poprawiać upięcie włosów - wyraźnie była wprost z podróży i dopiero co ochłonęła a jej strój i fryzura wymagały pewnych poprawek. Jasne włosy związała w praktyczny koński ogon na karku i otrzepała z kurzu skórzany kaftan, lustrując się szybko, czy reszta stroju wymaga jakichś zabiegów, czy też przyzwoicie już jest się komuś prezentować. Uznała najwyraźniej, że stan tak spodni jak i wysokich butów podróżnych jest zadowalający, więc wyprostowała się, zwracając uwagę na zebranych pod bramą.

Zerknęła po stojących osobach, skupiając na dłużej spojrzenie błękitnych oczu na odzywającej się jako pierwsza kapłance o poważnym obliczu i surowym wzroku.
- Do gildii, tak. Bałam się, że nie zdążę, straszna flauta na morzu.

Uśmiechnęła się, skinąwszy każdemu głową.

- Merveil Auris, kartografka. Miło poznać.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Rodney_1_av.png

Rodney Halsey

 

Ostatnie tygodnie przypominały Rodneyowi burzę. Zmiany, gwałtowne zmiany, zupełnie niczym drzewa padające pod uderzeniami piorunów. Jednego dnia chodził sobie jak co dzień po Sennej Kniei, drugiego spoglądał w sadzawkę , wciąż nie mogąc się przyzwyczaić do nowego koloru włosów. Choć po prawdzie to dobrze, że tylko na tym się skończyło. Przynajmniej taką miał nadzieję. Zresztą, Rodney starał się w tym widzieć dobre strony. Wyglądał trochę poważniej. No i Erika mówiła, że teraz bardziej przypomina wilka. Druid uśmiechnął się na wspomnienie o niej. Ech, te komplementy. Naturalnie, znów się gdzieś podziała, podobnie jak Sirius. Oni nigdy nie potrafili usiedzieć na miejscu.

Do zmian musiał też zaliczyć przyjęcie propozycji, którą złożył mu Reno. Mężczyzna użył przekonujących argumentów, toteż Rodney nie musiał się długo zastanawiać. Siedziba Gildii mieściła się w Albany, więc całkiem blisko, toteż specjalnie się nie śpieszył. Dał się nawet wciągnąć Kendrickowi w kolejną wyprawę, tym razem do jakieś ciemnej i wilgotnej dziury w środku lasu. Stwory, które się tam zalęgły, przerobili na masę krwawych odłamków. Druidka Kadala, która uwielbiała badać wszelakie paskudztwa, była nimi zachwycona.

 

Przed bramą siedziby Gildii czekali także inni ludzie. Rodney obserwował ich dłuższą chwilę, póki co trzymając się na uboczu. Wyglądali tak, jakby przybyli tu z dalszych rejonów. Druid nie kojarzył żadnego z nich z okolicy. Czy również chcieli się zaciągnąć? Być może, w końcu po co innego staliby tu teraz i czekali? Rodney zwrócił też uwagę na to, że wszyscy wyglądali na znacznie młodszych od niego. Zwłaszcza z tymi jego włosami.

Tymczasem zaś zaczęła nawiązywać się jakaś rozmowa. Bądź co bądź otwarty na kontakty z ludźmi druid nie zamierzał pozostawać dalej na uboczu.

- O tej porze roku pogoda nad jeziorem bywa nieprzewidywalna – wtrącił swą uwagę, nawiązując do słów Merveil. – Mam znajomą w New Haven, która trudni się handlem rybami i zawsze w tym okresie klnie niemiłosiernie na swoich dostawców, „co by kundle niemyte przestały skąpić monety na swój biznes i wreszcie żagle załatały, to by może byle wiaterek nie wywrócił im tej krypy” – przedstawił to, naśladując głos gderliwej krasnoludki i uśmiechając się wesoło do towarzyszy. – A jeśli chodzi o gildię, to tak, ja również w tym celu. Rodney Halsey – przedstawił się z uprzejmym ukłonem. – Przybyłem z Sennej Kniei, acz po prawdzie to można powiedzieć, że jestem prawie w domu. Wychowywałem się w okolicy – dodał.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

tCA2n0X.jpg

 

Oriana Lawsmith

 

- Nie mam pojęcia - odpowiedziała uprzejmie na pytanie Jareda. Co prawda nie lubiła się przyznawać do niewiedzy, ale w tym przypadku naprawdę nie miała bladego pojęcia. Cholerny Rhys, to było takie w jego stylu zostawiać ją bez podstawowych informacji - Ja pochodzę z Rubin Nest.

Popatrzyła na pozostałych ciekawa ich reakcji. Liczba plotek i mitów krążących wokół miasta mogła naprawdę przyprawić o zawrót głowy. Podczas swych podróży Oriana spotkała się z tym, że sama Wee Jas rezyduje w najwyższej wieży miasta, że kapłani gromadzą hordy nieumarłych by przejąć władze na świecie, że nikt żywy nie ma prawa wejść do miasta, no i jej ulubione, że wszelkimi posługami zajmują się zombie.

Prawda oczywiście była dużo bardziej prozaiczna. Rubin Nest, podobnie jak Patterned Web na starym kontynencie, było po prostu miastem grobowców, gdzie każdy za odpowiednią opłatą (wyrażoną w klejnotach bądź odpowiednim kontrakcie) mógł doznać łaski uroczystego pochówku, pewności, że ciało zostanie otoczone należytą opieką i szeregu modlitw do Strażniczki Śmierci. I niestety posługi nie pełnili nieumarli tylko zwykli akolici, do jakich sama niedawno należała.

- Co was skłoniło by wstąpić do Gildii?

Bardzo starała się by zabrzmiało to jak wstęp do zwykłej pogawędki, a nie do przesłuchania. Rhys zawsze się śmiał, że jak się na nią patrzy to bardziej myśli się o tym drugim i to dlatego wieśniacy nie czują się swobodnie w jej towarzystwie. Jak zwykle nie była pewna czy z niej kpił czy mówił szczerze.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Rodney_1_av.png

Rodney Halsey

 

O miejscu, z którego pochodziła służka Wee Jas druid być może słyszał to i owo, ale nic na tyle konkretnego, by szafować tą wiedzą na prawo i lewo. Rodney pozostawił więc ten fakt bez komentarza. Kapłanka i tak wśród tych bardziej strachliwych jegomościów z pewnością budziła niepokój i stanowiła źródło licznych plotek. Zresztą i o druidach opowiadało się wiele niestworzonych rzeczy. Ile razy przecież słyszał od Kendricka, że "będą tacy, którzy oskarżą cię o kradzież kury pod osłoną nocy, jak im ją porwie lis" albo będą pokazywać palcem i wołać, że "to ten, co się w czas pełni księżyca z wilkami puszcza". Halsey zaśmiał się w duchu do swoich myśli. To było bardzo Kendrickowe.

- Reno Jellicoe we własnej osobie - odpowiedział tymczasem na pytanie kapłanki. Choć skoro oni byli z daleka, mogli go nie znać... - A dokładniej jego argumenty o pracy zespołowej. Są pewne idee, które są mi bardzo bliskie i tak się złożyło, że i Gildii z nimi po drodze. - wyjaśnił, opierając się na trzymanym w dłoni kosturze. - Chciałbym po prostu, by to miejsce stało się lepsze. W końcu to mój dom i ich dom - zakreślił łuk ramieniem w kierunku Albany, prawdopodobnie mając na myśli okolicznych mieszkańców.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Południową sesje zapoznawczą przerwało pojawienie się w bramie kobiety. Nie żeby wcześniej żadna przedstawicielka płci pięknej nie przechodziła koło nich, ale ta konkretna zamiast ruszyć własną drogą rozejrzała się i zobaczywszy ich grupkę, ruszyła ku nim.

Była dość młoda. Miała długie czarne włosy kończące się trochę powyżej talii. Odziana była w długą czarną suknię obszyta złotymi ornamentami, wśród których sprawne oko mogło wyłapać kilka magicznych symboli. Suknia, nie miała w ogóle dekoltu, choć nawet bez tego dość skutecznie podkreślała atrakcyjną figurę właścicielki. A i wycięcie na boku odsłaniało kawałek zgrabnej nóżki.

Choć jednak na pierwszy rzut oka na pewno mogła przyciągać męskie (i nie tylko) spojrzenia to jednak wszelką chęć zawarcia bliższej znajomości mogła przekreślić jej twarz. Nie, nie to, że była nieatrakcyjna bo i tu natura jej nie poskąpiła. Problemem była mina – beznamiętna, jakby wyprana z emocji. Całość uzupełniały patrzące zza okularów oczy o chłodnym spojrzeniu, które sprawiało, że człowiek mógł się czuć dogłębnie oceniany. I owa końcowa ocenia nie wychodziła zbyt pozytywnie.

W sumie i Oriana i Marveil dobrze znały podobny typ kobiety, choć raczej w postaci kogoś wiele starszego. Pierwsza w postaci niektórych arcykapłanek Wee Jas. Druga pod mianem, wobec którego wszyscy na uczelni drżeli – Pani Z Dziekanatu.

Kobieta zatrzymała się przed nimi i otworzyła księgę trzymaną dotąd pod pachą. Przy okazji mieli okazję dostrzec, że wierzch prawej dłoni kobiety zdobi tatuaż – znany im symbol Spiżowych Smoków.

- Jared Nareen z Brevy, Merveil Auris z Everlight, Oriana Lawsmith z Rubin Nest i Rodney Halsey z Sennej Kniei – wyczytała beznamiętnym głosem, który idealnie pasował do jej spojrzenia. – To wy? Jestem Amelia Earhart. Proszę za mną – zdecydowanie brzmiało to bardziej na rozkaz niż na prośbę.

Kobieta obróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem ku bramie nie sprawdzając czy reszta idzie z nią. Szła szybko więc nie było czasu na marudzenie jeśli chciało się spełnić jej polecenie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Jared_small.png

 

Jared Nareen

 

Gdy chłopak usłyszał o flaucie na morzu, bezwiednie wbił swoje sporzenie w drugą z oczekujących wraz z nimi kobiet i usiłował właśnie sklecić w głowie właściwe pytanie, gdy ubiegł go w tym Rodney. A potem pojawienie się nowej osoby, która zabrała ich spod bramy i poprowadziła do wnętrza Gildii.  

 

- Byłaś na morzu? - Jared uznał że podążanie za Amelią jest doskonała okazją aby zadać pytanie jakie od kilku chwili nie dawało mu spokoju - To znaczy, na Morzu? Prawdziwym, otwartym morzu? Byłaś po drugiej stronie? - choć instynktownie ściszył głoś na tyle by nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, to jego ekscytacja była łatwa do zauważenia.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

C4h0bx1.jpg

Merveil Auris

 

- Ja jestem z Everlight - aasimarka najwyraźniej postanowiła dołączyć się do ogólnego trendu opowiadania o miejscu pochodzenia. Ci którzy orientowali się trochę w geografii Sojuszu mogli skojarzyć Everlight jako średniej wielkości miasto z aspiracjami do bycia centrum kultury, sztuki i magii - w czym pomagało kilka ulokowanych tam uczelni, uczących tak Sztuki magicznej jak i bardziej przyziemnych nauk.

- A czy to prawda że... - Najprawdopodobniej głupie pytanie skierowane do kapłanki zostało przerwane przez pojawienie się kobiety. Merveil skinęła głową słysząc swoje imię, po czym nieco demonstracyjnie wzdrygnęła się, kiedy kobieta odwróciła się prowadząc ich do gildii. Amelia przypominała jej panią Floris z gabinetu Dziekana Wydziału Magii, gdzie zdarzyło jej się przez jakiś czas studiować podstawy teorii magicznej. Tamta kobieta potrafiła jednym spojrzeniem uciszyć potężnych i doświadczonych magów a na uniesiony palec ponoć milkł nawet sam rektor.
Wspomnienia uniwersyteckie przerwało jej pytanie młodzieńca. Spojrzała na niego zdziwiona pytaniem.
- Umm... ja pochodzę z drugiej strony? - Przechyliła głowę z rozbawionym uśmiechem przyglądając się reakcji.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Jared_small.png

 

Jared Nareen

 

- Pochodzisz z drugiej strony? - zdziwienie Jareda było równie wielkie, jak gdyby dziewczyna oświadczyła mu właśnie że że jest potomkiem któregoś z Bogów - I usłyszałaś o Gildii będąć Tam? Jak tam jest? Czy macie własne gildie? Jak duże są miasta? - ciekawość chłopaka zdawała się być niezaspokojona, choć teraz udało mu się już poskromić emocje i zadawać pytanie w wolniejszy i mniej emocjonalny sposób.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

C4h0bx1.jpg

Merveil Auris


Merveil pokręciła głową rozbawiona nieco ilością pytań. - Po kolei, spokojnie. O gildii usłyszałam bo pracowałam z jednym zwiadowcą ze Smoków, miał ochraniać wyprawę kartograficzną w której brałam udział. Miasta... cóż, to w którym się wychowałam było zdecydowanie większe od Albany, z tego co zdążyłam z Albany zobaczyć, naturalnie. Ale tu chyba nie ma żadnego uniwersytetu ani akademii sztuki magicznej?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

Cała czwórka ruszyła za Amelią przez bramę, nad którą widniał kolejny symbol Spiżowych Smoków. Gdy tylko minęli wrota oczom rekrutów ukazał się wewnętrzny dziedziniec. Miejsca było tu sporo, ponad pięćdziesiąt metrów wzdłuż i wszerz wolnej przestrzeni gdzie mały garnizon mógłby spokojnie ćwiczyć musztrę. Tutaj jednak było dość pusto i wielkiego ruchu widać nie było.

Plac otaczało kilka budynków. Po prawej mieli dość dużą stajnię i wozownię wraz z budynkami nieznanego przeznaczenia, pewnie gospodarczymi. Budynek na lewo tymczasem szyld „Smocze Skarby” identyfikował jako miejsce gdzie najprawdopodobniej mieścił się ów sklep magiczny Smoków. Niemniej musiało być tam coś więcej sądząc po rozmiarze. Może magazyny?

W głębi terenu zabudowań było więcej, ale ich przewodniczka prowadziła swą grupkę prosto do największego z nich znajdującego się na wprost od bramy. Zbudowany z kamienia, na planie kwadratu miał parter i dwa piętra ponad nim. Do wnętrza wiodły podwójne, dębowe drzwi przez które spokojnie pewnie i troll by przeszedł. Oczywistym też było, że i na nich wyrzeźbiono symbol Smoków.

Drzwi, choć wydawały się dość ciężkie, nie stanowiły wielkiej przeszkody dla Amelli, która otworzyła je bez wysiłku zapraszając towarzyszącą jej grupkę do wejścia do środka. Znaleźli się w obszernym przedsionku, ale przewodniczka już szła dalej i zaraz znaleźli się w sporej sali, która musiała być głównym miejscem spotkań Gildii.

Kilkaset metrów kwadratowych powierzchni oraz wysoko sklepiony sufit sprawiały, że trudno by tu było dostać klaustrofobii. Pomieszczenie wyglądało trochę niczym sala wspólna karczmy, głównie za sprawą licznych ław przy których bez problemu zmieściłaby się ponad setka ludzi. Na prawo widać też było kontuar za którym stała stara krasnoludka polerująca szmatką jakiś kufel jak to każdemu ceniącemu się karczmarzowi wypada. Widząc wchodzącą grupę uśmiechnęła się przyjaźnie.

- To ten nowy narybek, Amelio? Wyglądają obiecująco – zagadnęła. – Zaraz tam też do was podejdę – oznajmiła i zniknęła na zapleczu nim Amelia mogła jej odpowiedzieć.

Po lewej stronie pomieszczenia, naprzeciw kontuaru wznosiła się scena. Na jej krawędzi siedziała piękna kobieta, którą na pierwszy rzut oka można było wziąć za elfkę gdyby nie zdecydowanie niespiczaste uszy. Jeszcze przed chwilą przygrywała na dziwnym instrumencie, którego nikt z grupy nie znał. Wyglądał może trochę może jak wiolonczela, która poszła na odchudzanie? Sądząc po smukłych kształtach mogło to by dzieło elfów. Tak czy inaczej wejście grupy sprawiło, że kobieta grać przestała i teraz spoglądała na nich z zainteresowaniem. Gdy podeszli bliżej, obdarzyła ich uśmiechem który musiał w przeszłości skraść niejedno męskie, a może i damskie serce. Póki co nie odzywała się jednak podobnie jak druga osobniczka, która siedziała u stóp sceny.

Osobniczka, to było dobre określenie owej osoby, ponieważ kogoś takiego żadne z nich jeszcze nie widziało i dlatego mogła przyciągać spojrzenie bardziej niż piękna kobieta z instrumentem. Jej skóra była czarna… choć czy na pewno skóra? Nie, pokrywała ją chyba krótka, gładka sierść choć z daleka można było się pomylić. Nie dało się za to przeoczyć kocich uszu wystających spomiędzy jej długich, czarnych włosów. Owe uszy zdecydowanie nie były sztuczne gdyż poruszały się nieznacznie łowiąc każdy szmer wkoło. Skojarzenia z kotem dopełniał w jej wyglądzie długi ogon oraz żółte oczy, które teraz bacznie śledziły nowe obiekty w pomieszczeniu. Kotka odziana była w zwiewne jedwabie i obwieszona masą biżuterii.

Amelia wiodła ich jednak dalej nie dając szansy na zapoznanie się. Kierowała ich ku końcowi Sali. Znajdowało się tam podwyższenie, z jednym sporym stołem, przy którym siedziały teraz wszystkie pozostałe osoby znajdujące się w tym pomieszczeniu. Czwórka idąca za Amelią natychmiast rozpoznała znajome twarze osób, które zaproponowały im wstąpienie do gildii. Ale nie tylko oni, było tam jeszcze kilka twarzy wymagających przedstawienia.

- Witajcie w Smoczym Leżu – jako pierwszy powitał ich łysy, czarnoskóry mężczyzna w białych szatach i ze złotym słońcem Pelora zawiesoznym na szyi. – Jestem Galean Razz – przedstawił się wyciągając ku każdemu z nich prawicę. Znów ujrzeli symbol Smoków, tym razem wytatuowany na przedramieniu. – Pozwólcie, że przedstawię pozostałych – dodał i zaczął wskazywać kolejne osoby.

- Gorga Thunderfury imię owo nosiła krasnoludka o siwych włosach lecz stosunkowo młodym ciągle wyglądzie. Uśmiechnęła się do nich przyjaźnie gdy Galean ją przedstawiał.

- Kirov zwany Rozpruwaczempotężny smokowiec skinął im głową zza stołu mruknął coś pod nosem, zbyt niewyraźnie jednak by usłyszeć. Kirov nie Kravos… a więc nie był to mistrz gildii.

- Reno Jellicoe był to starszy mężczyzna o siwiejących włosach i z opaską zasłaniającą lewe oko. Podszedł do każdego z czwórki przybyłych i kobiety uraczył pocałunkiem w dłoń podczas gdy z mężczyznami (o ile 16-letni Jared mógł się tak nazywać) wymienił silny uścisk ręki.

- Vaenthyar Del’avarath imię należało oczywiście do elfa. Przywitał przybyłych wytwornym ukłonem i na koniec skinął jeszcze nieznacznie głową w kierunku Jareda.

- Hansen zwany Cichym imieniem i przydomkiem szczycił się mężczyzna o długich ciemnych włosach i krótkiej bródce. Przywitawszy się ze wszystkimi pokazał jeszcze Marveil uniesiony kciuk.

- Rhys Łowca krótko obcięty mężczyzna z paskudną pionową blizna z lewej strony twarzy przywitał się krótkim „czołem” i puścił oczko w kierunko Oriany.

- Amelię już pewnie zdążyliście poznać i na koniec… - Galean rozejrzał się. – Na Świetlistą Tarczę, gdzie on znowu…?

W tym momencie coś spadło spod sufitu prosto na środek stołu. Była to mała postać odziana w obszerną szatę, której kaptur ukrywał twarz. Ukrywał jednak niezbyt dokładnie bo ta wystawała dość sporo. Choć właściwie nie była to twarz a bardziej pysk. Materiał odzienia nie był też w stanie ukryć solidnych skrzydeł czy też tego, że tak dłonie jak i nogi pokryte były czerwoną łuską oraz wyposażone w ostre szpony. Postać wyglądała ni mniej ni więcej tylko jak mały smok. Mały Smok? No tak. Teraz wszystko jasne.

- Witajcie, moje Jaja – zabrzmiało to dość dziwnie. – Krevos, Mistrz Gildii Spiżowych Smoków wita was serdecznie – powiedział kłaniając się z niewiele mniejszą gracją niż wcześniej Vaenthyar.

- Pozer – mruknął pod nosem Galean.

- Hej, słyszałem to! – Krevos zacisnął łapę w pięść i pogroził nią kapłanowi. – Mistrz Pozer, jeśli już! – skorygował go. Galean tylko przewrócił oczami.

- Siadajmy i przejdźmy do rzeczy, dobrze? – zaproponowała tymczasem Amelia i znów brzmiało to bardziej jak rozkaz. Wszyscy zajęli swoje miejsca przy stole i cztery wolne krzesła czekały też na czwórkę rekrutów.

- No… powiedzcie nam coś o sobie, co? – zaproponował w końcu Krevos. – I powiedzcie naszej kochanej Rebece czego byście się napili, hę? Na koszt gildii więc się nie wstydźcie – dodał bo oto faktycznie do stołu podeszła stara krasnoludka, którą wcześniej widzieli za kontuarem. Każdy po kolei podawał jej na co ma ochotę aż w końcu przyszła pora i na czwórkę nowych.

- Rebeka jestem jak to już słyszeliście. Jeśliście głodni lub spragnieni to zawsze do mnie proszę. Bo zostaniecie z nami na dłużej, co? – zapytała.

- Się okaże, się okaże – mruknął Kirov.

- Ach, no tak… te wasze próby i tak dalej. No… to co dla was? – zapytała kranosludka.

 

 

 


Jak coś to Krevos jest koboldem i wszyscy się tego domyślają, choć kobold skrzydeł mieć nie powinien. Tylko Jared i Oriana słyszeli kiedyś lub gdzieś czytali, że podobno wśród koboldów raz na jakiś czas może urodzić się taki, w którym smocza krew jest bardzo silna i bardziej przypomina właśnie małego smoka niż pokracznego kobolda.
 

 

 

Edytowane przez Jedi Master

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

tCA2n0X.jpg

 

Oriana Lawsmith

 

Słuchała uważnie zapamiętując nazwiska i przyporządkowane do nich twarze. Dużo osób zdecydowało się ich powitać, z samym mistrzem na czele. Oriana nie była jeszcze gotowa wydać ostatecznego osądu czy stanowiło to o słabości gildii czy wręcz przeciwnie.

- Oriana Lawsmith - ukłoniła się nisko z szacunkiem i skupiła wzrok na Krevosie - Strażniczka ze Świątyni Wee Jas, z Rubin Nest. Przybyłam za poradą i namową Rhysa.

Kusiło jej by dodać "zwanego łowcą" no, ale nie miało to sensu - przecież go znali lepiej od niej. A po tym krótkim przedstawieniu lekko się zacięła, bo nie bardzo wiedziała co mogła więcej powiedzieć o sobie by ich zainteresować, o samej Rubinowej Zaklinaczce mogła oczywiście godzinami, ale raczej wątpiła by kogokolwiek to zainteresowało.

- Pochodzę z Kyloth zwanego zaginioną kolonią - postanowiła zacząć więc od początku - Do świątyni trafiłam w wieku lat czterech pod opiekę hierofantki Agnes z Glenville, w Gnieździe spędziłam całe życie, rzadko je opuszczając, aż do święceń. Po nich wyruszyłam na trakt i przez kilka miesięcy starałam się pomagać potrzebującym i nieść słowo Strażniczki Śmierci. W Crestow, niewielkiej górniczej osadzie na zachodzie spotkałam Rhysa i poznałam wartość pracy zespołowej - uśmiech, który pojawił się chyba pierwszy raz tego dnia na obliczu kapłanki nieco złagodził surowość jej lica - Dlatego tu jestem, działając w grupie można działać skuteczniej. I mleko, poproszę mleko.

Popatrzyła przepraszająco na Rebekę, która cały czas czekała nie widząc przez to jak Rhys przewraca oczami na jej zamówienie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Rodney_1_av.png

Rodney Halsey

 

- Nie ma - Rodney wtrącił się z odpowiedzią do dyskusji prowadzonej przez Merveil. - Ale mamy nieopodal krasnoludzką kopalnię, głębokie szczeliny w lesie i wilkołaki. A i nie zapominajmy o złowieszczych farmerach, gotowych rozpłatać komuś gardło w obronie swoich kur. Na pewno nie będziesz się nudzić - błysnął zębami w szelmowskim uśmiechu, poprawiając wiszące u pasa strzałki. W ogóle nie wyglądał na spiętego podczas drogi do siedziby Gildii, do której właśnie wprowadziła ich Amelia. Z zaciekawieniem obserwował otoczenie, wyłapując szczegóły na temat organizacji tego oto miejsca. Nie przypominało ono niczego, co miał wcześniej okazję oglądać. Bądź co bądź, Rodney nie należał nigdy do żadnej zorganizowanej grupy, posiadającej własną bazę operacyjną. Być może niedługo to się zmieni, taką miał nadzieję. W końcu zgodził się na propozycję Jellicoe'a. 

Amelia zaprosiła ich do sali spotkań i tam też mieli okazję poznać różne ważne osobistości w Gildii, z samym Mistrzem włącznie. Druida trochę zaskoczyło dość swobodne podejście tamtych we wzajemnych stosunkach, lecz było to wyłącznie pozytywne zaskoczenie. Przypominało mu to jego relację z Kendrickiem i dobrze rokowało przyszłej współpracy. Rodney nigdy nie był sztywnym typem, a za to był dość bezpośredni, więc postanowił wpasować się w otoczenie.

- Panie, panowie - skłonił się uprzejmie. - Wnioskuję, że Reno powiedział wam już co nieco o mnie, podobnie jak pozostali rekrutujący o innych. Na wszelki wypadek - nazywam się Rodney Halsey i pochodzę z kręgu druidów z Sennej Kniei. Znaczy, obecnie stamtąd pochodzę, bo nazwisko mogłoby sugerować coś innego. Zakładam, że pewnie słyszeliście o Halsey Hall i jego obecnym lordzie, moim ojcu - wspominając go, rysy nieco mu stężały, nadając jego twarzy groźny wygląd. - Halsey Hall długo było moim domem, aż do momentu, kiedy nie mogłem już znieść jego matactw i niegodziwości. Odszedłem i podjąłem nauki w Sennej Kniei. To dobre miejsce. Dobra szkoła, zarówno dla mnie, jak i innych druidów, tych żyjących z dala od cywilizacji. Wierzę w równowagę pomiędzy nią, a naturą i w to, że jedna strona jest w stanie się wiele nauczyć od drugiej i vice versa. Świat można zmienić na lepsze, zaczynając od własnego podwórka. Dlatego też tutaj jestem - przyznał, mocniej zaciskając dłoń na kosturze. - Reno przekonał mnie, iż w większej grupie, z większym wsparciem, mamy co do tego większe szanse. Nie będę też kłamał, że nie miały w tym udziału ostatnie wydarzenia - westchnął. - Przyjaciele byli w niebezpieczeństwie. Pomogłem im, ale... nie wszystko poszło dobrze. Nieomal zginąłem. Ostatecznie skończyło się na posiwiałych włosach - uśmiechnął się słabo, przeczesując dłonią pasma na karku. - Znaczy... chyba. Mam nadzieję. W grę wchodziła jakaś trucizna nieznanego pochodzenia. Póki co jednak żyję i jestem bardziej niż chętny, by odpłacić się złemu pięknym za nadobne. A powiadają zaś, że najlepszym lekarstwem na wszelkiego rodzaju trucizny jest mocne ale z dodatkiem ziół polnych, więc jeśli macie na stanie taki trunek, to z wielką chęcią się poczęstuję i wypiję za zdrowie wszystkich obecnych - dodał wesoło.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Jared_small.png

 

Jared Nareen

 

Idąc przez dziedziniec Jared wciąż wyobrażał sobie zamorskie akademie magii o których wspomniała Maveil, ale te myśli prysły błyskawicznie w chwili gdy wszedł do wielkiej sali i dostrzegł grającą na instrumencie kobietę i jej towarzyszkę. Ze wszystkich sił starał się nie wyglądać jak oniemiałe cielę, gapiące się na malowane wrota, ale przyzwoitą kontrolę nad swoimi odruchami odzyskał dopiero gdy spojrzenie kociej istotny spotkało się z jego własnym. Czując że się rumieni, skinął uprzejmie głową w geście powitania, mając nadzieję że jego wcześniejsze gapienie się nie zostanie uznane za natrętne. A także że uda mu się nie zapomnieć języka w gębie, gdyby w przyszłości mieli jeszcze okazję się spotkać i porozmawiać.

 

Gdy dotarli wreszcie do stołu, przy którym oczekiwało ich szerokie grono starszych członków gildii, Jared został bardzo pozytywnie zaskoczony panującą tam luźną atmosferą. Dotychczas nie wiedział czego się spodziewać, ale takie podejście odpowiadało mu zdecydowanie bardziej niż jakakolwiek inna możliwość, którą brał pod uwagę. Dzięki temu sam trochę się rozluźnił i zapomniał o własnym zdenerwowaniu.

 

- Nazywam się Jared - zabrał głos jako następny - pochodzę z Brevy, to mała górnicza wioska, położona daleko na zachodzie. Wydobywamy tam złoto i inne metale, które potem odsprzedajemy kupcom, głównie gnomem... ale zawartość naszych kopalń przyciągnęła ostatnio także bandytów - zrobił krótką przerwę, próbując ułożyć sobie w głowie to co chciał powiedzieć - Gdy na nas napadli próbowałem walczyć, bronić swojej rodziny... ale zostałem pokonany i schwytany. Potem udało nam się uciec, zmylić pościg i ściągnąć pomoc, ale to nie odwróciło zniszczeń ani cierpień, jakie wyrządzili. Nie mogę tego cofnąć, ale chciałbym pomóc innym uniknąć podobnego losu.

 

Jared musiał przyznać w myślach, że wypowiedzenie tych słów na głos pomogło mu utwierdzić się w przekonaniu że tego właśnie chce. Wcześniej, choć jego pragnienia pozostawały takie same, kierował się po prostu potrzebą chwili, nie myśląc wiele o przyszłości. Po prostu działał instynktownie, wykonując to co w danej chwili uznał za słuszne. Dopiero opowiedzenie o swoich przeżyciach sprawiło, że droga na którą wkroczyć stała się bardziej jasna, także dla niego samego.

 

- Czy nie byłoby to zbyt kłopotliwe, gdybym zdał się w tej kwestii na kunszt tak zacnego gospodarza - na koniec zwrócił się do krasnoludki - moja znajomość tutejszych trunków z pewnością nie przysłuży mi się bardziej.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

C4h0bx1.jpg

Merveil Auris

 

Aasimarka wydawała się rozbawiona reakcją młodzieńca na jej opowieści. W wolnej chwili planowała naszkicować mu panoramę jej rodzinnego miasta, pokazując które z wież należały do uczelni i akademii. A jak starczy talentu to może i wnętrze Akademii Louiquy narysuje... ciekawe jak by mu się spodobała.

Wewnątrz gildii rozejrzała się ciekawie po wnętrzu, dopiero po chwili przypatrując obecnym. Znajomemu zwiadowcy posłała radosny uśmiech a na kociej damie zawiesiła wzrok na nieco dłużej, zmarszczywszy lekko nos - wyraźnie usiłowała sobie coś przypomnieć czy skojarzyć, ale po chwili darowała sobie, siadając na wolnym krześle. Na niefortunne powitanie ze strony mistrza gildii wyrwało jej się rozbawione parsknięcie, musiała więc na pewien czas zamilknąć, zaciskając nieco usta i stłumić chęć śmiechu. Bądź co bądź nie wypadało podpadać wyższym rangą już pierwszego dnia. Udało jej się opanować akurat kiedy Jared skończył mówić.

- Moja kolej, tak? No więc nazywam się Merveil Auris, pochodzę z Everlight w księstwie Arrigny na ziemiach Sojuszu i jestem kartografem. I zanim ktoś zapyta - tak, umiem czarować, nie, nie nauczyłam się tego w akademii. Talent wrodzony, można powiedzieć. - Uśmiechnęła się lekko, rozglądając po obecnych. - Poza tym przyzwoicie strzelam i radzę sobie w dziczy, obecny tu Hansen potwierdzi. - Jej uśmiech poszerzył się - Masz szansę się zrehabilitować za gryzipiórka, Cichy. - dodała, puszczając łowcy oko.
- A co do picia... macie sok z malin?

Edytowane przez Fumiko

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

 - Zaraz wam wszystko przyniosę, drogie dzieciaczki, zaraz wszystko będzie – zapewniła Rebeka schodząc z podwyższenia i kierując się ku kontuarowi oraz widniejącym za nimi drzwiom. – Ruby, kochanie, pomożesz mi? – zagadnęła po drodze do kotki, która wraz z kobietą ze sceny zmierzały akurat w drugą stronę, pewnie chcąc dołączyć do grupy. Kotopodobna dziewczyna ochoczo pokiwała głową i dołączyła do krasnoludki.

- A ty, Lily, chodź tu do nas – zaproponował tymczasem Krevos. – Mamy tu spotkanie rekrutacyjne dla tej obiecującej czwórki – wyjaśnił. – A Lily to jedna z naszych zdolniejszych bardek. Może zresztą któreś z was ją już słyszało. Słowikiem ją nazywają – dokonał szybkiej prezentacji kobiety. I faktycznie, w sumie Rodney jak tak sobie przypomniał to miał chyba kiedyś okazję ją słyszeć. Nie mógł sobie przypomnieć kiedy dokładnie i gdzie, ale coś zaczynał kojarzyć.

- Witajcie – rzekła tymczasem Lily zajmując wolne krzesło podsunięte jej przez Reno.

- No… dobrze. To co dalej? Amelio? – Krevos podrapał się po głowie i spojrzał na kobietę w czarnej sukni.

- Nasi rekruci, mistrzu. Przedstawili się – przypomniała mu natychmiast z dezaprobatą w głosie.

- No tak, przedstawili. A to oznacza, że teraz moja kolej – kobold zdawał się wrócić z myślami na właściwa ścieżkę. – Wiemy już kim jesteście. Pora byście usłyszeli kim jesteśmy my. Mnie nazywają Krevosem Małym Smokiem i choć jestem obecnym mistrzem gildii Spiżowych Smoków, to zaprawdę jestem kimś małym w porównaniu do mojej poprzedniczki, mistrzyni Razery. Ona bowiem rozpoczęła coś, dzięki czemu wszyscy możemy spotkać się tutaj razem. Ona, tchnięta ideą czegoś większego i głębszego niż zwykła banda najemników, doprowadziła do zawiązania gildii z prawdziwego zdarzenia. Gildii pełnej niesamowitych indywidualistów, z których każdy potrafi wiele… ale jeszcze więcej potrafią razem. Razera przeprowadziła ich przez trudne początki i była jedną z tych, którzy wywalczyli wreszcie status jaki gildie, nie tylko nasza, mają dziś. Do dziś nie wiem też czy celowo czy nie, ale w gruncie rzeczy stworzyła coś więcej niż gildię. Stworzyła rodzinę. Rodzinę, w której nie wszyscy może się kochają i w której zdarzają się czasem kłótnie. Ale rodzinę, która mimo wszystko trzyma się razem i razem staje przeciw przeciwnościom losu. Osoby z zewnątrz, mówią, że łączy nas chęć do bitki i pieniądza oraz jakiś tam tatuaż. W sumie… to też prawda. Ale nie rozumieją, że wszyscy wkładamy cos więcej w tą gildie, w nasz dom. Wkładamy nasze serca – Krevos zrobił pauzę i powiódł wzrokiem po wszystkich. – Jedni bardziej, inni mniej widocznie. Nie spodziewajcie się czułych uścisków od Kirova na przykład – zachichotał kobold, na co smokowiec przewrócił oczami.

- Tak czy inaczej to jest grupa, do której zaproponowano wam dołączenie. Oczywiście mamy też masę mniejszych czy większych zasad, praw i obowiązków. O ile wiem mniej lub bardziej zostały one wam wyłożone – tu zerknął na czwórkę rekruterów. – Ale chciałem byście rozumieli, że mowa tu o czymś więcej. My będziemy chcieli traktować was jak rodzinę. I tego samego oczekiwać będziemy z waszej strony. Rodzinę zaś się wspiera. I nigdy nie zdradza. Rodzinę trzymamy na pierwszym miejscu. Przed wszelkimi innymi grupami, z którymi mogliśmy się identyfikować kiedyś czy nawet ciągle jeszcze teraz – spojrzał znacząco na Merveil, ale jeszcze dłuższe spojrzenie zatrzymał na Orianie. – Oczywiście między was a waszych bogów nikt wchodzić nie będzie. Tyle, że trzeba umieć rozróżniać sprawy boskie od tych przyziemnych – dodał.

- Mając to wszystko na uwadze przejdźmy więc dalej. Jest was czwórka i każde z was powiedziało o sobie to i owo. Różnie coś jednak może wyglądać z naszej własnej perspektywy, a inaczej z perspektywy innych. Posłuchajmy więc co też dostrzegły w was Spiżowe Smoki. – gestem łapy wskazał na Rhysa, który wstał z miejsca.

- Orianę poznałem w Crestow gdzie wydawała się porywać z motyką na słońce. Wielu kpiło z jej podejścia do problemu, w tym ja, przyznaję bez bicia – wyszczerzył zęby w uśmiechu, który zdecydowanie nie wyglądał na oznakę skruchy. - Nikt jednak nie zdołał zburzyć jej pewności siebie i odwieść od planu, który zalągł się w tej szalonej głowie. Stała przy tym, w co wierzy. I dzięki owemu uporowi udało jej się odkryć to, co umykało wielu innym, tak zwanym „doświadczonym” osobnikom. Fakt, że wpadła przy tym w małe tarapaty. Ale tym bardziej to powód, by dołączyła do kogoś, kto zapewni jej solidne wsparcie. Bo dziewczyna ma potencjał. Ja Rhys Łowca twierdzę, że Oriana ma duszę smoka i rekomenduję przyjęcie jej do naszej rodziny – zakończył przemowę Rhys i usiadł. Zamiast niego wstał Reno.

- Rodney to niesamowity przyjaciel osób, które są dla mnie niczym własne dzieci. Gdy przyszedł czas kiedy ja sam nie mogłem pomóc Erice i Siriusowi, on zajął moje miejsce i zapewnił im wsparcie, którego potrzebowali. Dla nich zaryzykował życiem i tak jak mówił, o mało go nie stracił. I choć nie wyszedł z przygody zupełnie bez szwanku, nie słyszałem by kiedykolwiek żałował swej decyzji. To człowiek, który rozumie czym jest przyjaźń i wie, że ta wymaga czasem poświęcenia czegoś ze swej strony. Trudno mi sobie wyobrazić kogoś lepszego, kto mógłby chronić moje plecy w razie czego. Ja Reno Jellicoe twierdzę, że Rodney ma duszę smoka i rekomenduję przyjęcie go do naszej rodziny – Reno usiadł dając szansę by Vaenthyar powiedział coś na temat kolejnej osoby.

- Jared to młody chłopak, któremu zdarza się popełniać błędy. Ale czy ktoś z nas jest bezbłędny? Poza tobą, Rhys, oczywiście poza tobą – uśmiechnął się krzywo do mężczyzny z blizną. -  Często jednak to jak radzimy sobie z konsekwencjami naszych błędów lepiej mówi o tym jakimi jesteśmy ludźmi. Jared popełnił taki błąd w trakcie ataku na jego wioskę i zamiast siedzieć cicho, zadziałał. To mogło sprowadzić konsekwencje na innych, co zrozumiał po fakcie. Ale zamiast ryzykować ich bezpieczeństwem, zdecydował się sam ponieść konsekwencje. Ruszył więc do walki, w której nie mógł pokonać przeciwników… ale w której wygrał bezpieczeństwo tych, na których mu zależało. Pojmano go, ale znów nie poddał się i wykorzystując swój spryt oraz zręczność, uwolnił się. Więcej, później zamiast uciekać samemu, uwolnił i doprowadził w bezpieczne miejsce jeszcze dwie inne osoby. A nikt nie winił by go przecież gdyby po prostu uciekł sam. Takich ludzi potrzebuje gildia. Ja Vaenthyar Del’avarath twierdzę, że Jared ma duszę smoka i rekomenduję przyjęcie go do naszej rodziny – elf skinął głową ku Hansenowi by ten zakończył prezentację opowiadając o ostatniej z rekrutek.

- Nie spodziewałem się wiele po Merveil, gdy pierwszy raz ją spotkałem. Ot kolejna osoba, za bezpieczeństwo której nam płacili. Jakaś uczona czy inna taka co to życia poza miastem nie zna. Zdziwiłem się jednak mocno gdyż okazało się, że owa damulka mogła stawać ramie w ramię ze mną i czasem to nie ja broniłem ją, ale ona mnie. Choć to nie jej za to płacono tylko mi, okazała się aktywnie działać by zapewnić bezpieczeństwo i powodzenie wyprawy. Dziewczyna jest zdolna i nie boi się ubrudzić rąk robotą. Uważam, że byłaby dla nas cennym nabytkiem. Ja Hansen zwany Cichym twierdzę, że Merveil ma duszę smoka i rekomenduję przyjęcie jej do naszej rodziny – Hansen usiadł.

Kreovos, który wszystkiego słuchał z uwagą, teraz pokiwał głową z wyraźnie zadowolonym wyrazem pyska.

- Tak, moje smoki i smoczetą, tutaj przed nami mamy obiecujące jaja, z których kiedyś mogą się wykluć jaszczury takie jak wy. Zgadzacie się ze mną? – zapytał. Jak na komendę, wszyscy poza rekrutami i samym Krevosem skinęli głowami i zgodnie potwierdzili:

- Zgadzamy się!

- Lubię jak jesteśmy zgodni – stwierdził zadowolony Krevos. - Nim jednak przyjmiemy naszych nowych braci i siostry, muszą przejść próbę, w czasie której ktoś z nas jeszcze raz przyjrzy im się i potwierdzi, że podejmujemy dobrą decyzję. Tak nakazuje nasza tradycja, czyż nie?

- Nakazuje – znów wszyscy przytaknęli.

- Z tradycją nie ma co dyskutować. Zamiast tego lepiej się napić! – oznajmił radośnie kobold bo oto wróciła Rebeka wraz z Ruby. Obie niosły tace z napitkami i kilkoma drobiazgami na zagryzkę. Każdy dostał to co chciał. Przyjemnie schłodzone mleko dla Oriany, rozcieńczony sok malinowy dla Merveil, przed Rodneyem wylądowała butelka piołunówki, a Jaredowi dostało się przyjemnie schłodzone krasnoludzkie piwo pierwszego sortu.

- Siadajcie z nami, dziewczyny, siadajcie! – zaprosił i je do stołu Krevos.

- A weź, zaraz się zaczną zlatywać wszystkie głodomory. Muszę przygotować by wszystko było gotowe. I tak pewnie nie będzie. Eh… - westchnęła. Kotka spojrzała na nią pytająco, ale krasnoludka pokręciła głową. – Nie musisz, moja droga, z Jaffem damy już sobie w kuchni radę. – odpowiedziała na niewypowiedziane pytanie. – No… ale wszyscy wszystko mają? Dobrze. Wołajcie jakby czego trzeba było więcej – i wróciła do swego kuchennego królestwa, choć dzięki Ruby, osób przy stole znów przybyło. Kotka usiadła tuż obok Lily i z zainteresowaniem przyjrzała się nowym osobom.

~Dzień dobry ~ usłyszeli coś jakby nieśmiały głos, ale… Ruby ani na chwilę nie otworzyła ust. Ale nie był to też nikt inny. Co do licha?

- Och, chyba ich lekko skonsternowałaś, Ruby – zaśmiała się Lily widząc miny czwórki rekrutów.

- Ruby jest telepatką. Mowę rozumie, ale tylko telepatycznie sama umie coś powiedzieć – pospieszył z wyjaśnieniami Galean.

- I odrobinę empatką – dodała Lily. – Ale nie martwcie się, w myślach nie czyta – wyjaśniła.

~ I nie gryzę… raczej ~ dodała sama zainteresowana wywołując tym trochę śmiechu wśród zgromadzonych przy stole.

- Tak czy inaczej nim pomówimy o waszej misji sprawdzającej, że tak to nazwę, może macie jakieś pytania? Wszelkie wątpliwości lepiej wyjaśnić sobie od razu. Więc jak? – zapytał Krevos.

Edytowane przez Jedi Master

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Jared_small.png

 

Jared Nareen

 

Chłopak słuchał opowieści o gildii z wielkim przejęciem. Przede wszystkim wyjaśniała tak bardzo serdeczne, że niemalże nieformalne relacje między członkami gildii. Fakt traktowania się wzajemnie jako rodzinę także wydawał mu się lepszy niż członkostwo w pierwszej lepszej grupie najemników. Nie tylko dlatego że znajdował się daleko od domu i do swojej prawdziwej rodziny mógł już nigdy nie wrócić, ale przede wszystkim dlatego że będąc młodym i impulsywnym we wszystko co robił angażował się szybko i mocno. Słuchając jak Vaenthyar opowiada o jego dokonaniach ze swojej perspektywy poczuł się trochę niezręcznie, ale tylko przez chwilę jakie potrzebował by przypomnieć sobie historie innych. I o ile historia Rodneya była bardzo podobna do tego co sam powiedział o sobie, to informacja o tym że Oriana ma zwyczaj porywać się z motyką na słońce sprawiła, że od razu przestał myśleć o czaszkach, jakimi oplatała się dziewczyna. Fakt że Merveil nie jest "uczoną co to życia poza miastem nie zna" też bardzo mu przypadł do gustu. Podobnie jak Rodney, który ruszając brawurowo na ratunek przyjaciołom wydał mu się mniej sędziwy i bardziej zbliżony charakterem do Jareda. I o to chyba chodziło w tych opowieściach - aby poznali się lepiej i przekonali, jak bardzo do siebie pasują.

 

Gdy więc Krevos zapytał czy mają jakieś pytania, w głowie Jareda od razu pojawiło się ich tysiące - podobnie jak w chwili, gdy dowiedział się że Merveil pływa po morzach i pochodzi zza ocenanu. Wszystkie jednak szybko ulotniły się w chwili gdy przemówiła do nich Ruby. Informacja o tym że kotopodobna istota potrafi odczytywać emocje i w dodatku jest telepatką wywołały taki zamęt w głowie Jareda, że chłopak na krótką chwilę zapomniał języka w gębie. Upił więc niespiesznie łyk piwa, posyłając pełen nieudawanej aprobaty uśmiech w kierunku gospodyni i czekając aż jego myśli uspokoją się na tyle by potrafił sformułować pytanie.

 

- Czy znaliście Razerę? Osobiście? - nie było to z pewnością najsensowniejsze pytanie, ale legendarna założycielka smoków była z pewnością bohaterką niejednej historii. Nawet jeśli nie miało to związku z ich najbliższą misją, to perspektywa usłyszenia kolejnej opowieści była dla młodego chłopaka bardzo kusząca.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Rodney_1_av.png

Rodney Halsey

 

To było coś. Naprawdę, Rodney od dawna nie czuł się tak dobrze, słuchając słów Krevosa i pozostałych. To miało sens, wszystko, co opowiadał mu Reno, kiedy zaproponował mu dołączenie do Smoków. Jego własne wyobrażenia również. Do tej pory jedyną namiastką rodziny, jaka mu pozostała był Kendrick. Teraz mogło się to zmienić, o ile przejdą próbę. A jeśli nie? Nie, druid tak o tym nie myślał. Wolał wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Jego mentor wielokrotnie mu powtarzał, że choćby wszedł w najgłębsze możliwe bagno, najbardziej beznadziejną sytuację - zawsze jest z tego wyjście. Trzeba tylko przeć naprzód i nie poddawać się. "Zawsze naprzód" - to była mantra Kendricka. Rodney odrzucił myśli o niepowodzeniu, skupiając się na celu. Chciał należeć do Smoków. Chciał być w tej rodzinie. Musiał tylko się postarać i dać z siebie wszystko. O tak, z pewnością da. Z ciekawością chłonął opowieści o gildii i pozostałych. Jeszcze nie znał ich dobrze, do tego potrzebowali czasu, ale te pierwsze parę zdań nieco nakreślało ich wizerunki. Nieustępliwa i nieszablonowo myśląca kapłanka. Zdeterminowany i odważny młody wojownik, znający wartość poświęcenia. Uczona dziewczyna, znająca trudy szlaku. W każdym z nich znajdował pewne podobne cechy, coś, co łączyło całą czwórkę. Może właśnie to w przyszłości pozwoli im się stać rodziną, jak mówił Krevos.

Tymczasem zaś przyszła pora na napitek, co Rodney powitał z zadowoleniem, gdyż jak to bowiem wiadomo, nic lepiej nie zacieśnia więzi jak wspólnie spędzony czas przy szklanicy. Albo zabijaniu, jak też nie raz miał okazję słyszeć, ale tym razem nikt nie miał ucierpieć. No, chyba, że ktoś przesadzi z ilością...

- Wasze zdrowie! - druid uniósł kubek, do którego wcześniej nalał przyniesionego przez krasnoludkę trunku i pociągnął tęgi łyk. - Fiuuu... - brwi podjechały mu do góry i zamrugał, lekko się krztusząc. - Niezły sort tu macie, przyznaję - uśmiechnął się półgębkiem, puszczając oko do Rebeki. Cóż, musiał zapamiętać, by uważać na tempo. Piołunówka potrafiła uderzyć w czub. Zresztą, podobnie jak widok pięknych kobiet, czy też niezwykłości tego świata, do których z pewnością można było zaliczyć Ruby. Osoba kotki samej w sobie akurat dla Rodneya nie była na tyle bardzo niezwykła, by miał zaraz rozdziawić gębę i gapić się na nią jak ciele na malowane wrota, ale telepatia i empatia do tego? To już było coś. Na wzmiankę o gryzieniu druid tylko uśmiechnął się szerzej.

- Przyjaciółka też mi tak powtarza - powiedział, spoglądając na kotkę. - Póki co jeszcze mnie nie ugryzła, ale kto wie, co kobiecie przyjdzie do głowy? Pomyśli sobie człowiek, że przy takiej może czuć się bezpiecznie, a parę tygodni później leci w środku nocy do lasu, by wyć do księżyca. No, ale może to tylko ja wciąż spotykam niebezpieczne dziewczyny - zaśmiał się wesoło. - Swoją drogą, Lily Słowik, dobrze słyszałem? Chyba kiedyś miałem okazję gdzieś cię spotkać, ale nie mogę sobie dokładnie przypomnieć, gdzie. Śpiewałaś taką jedną piosenkę o dziewczynie szukającej marynarzy, czy tańczącej z marynarzami... To chyba tak leciało... - pociągnął drugi, tym razem nieco skromniejszy łyk z kubka, odchrząknął i zaintonował:

 

Home you'll go and it's there you'll stay
And you've work to do in the morning
Give up your dream of going away
Forget your sailors in Galway

 

Téir abhaile riú, téir abhaile riú
Téir abhaile riú Mhearai
Téir abhail gus fan sa bhaile
Mar tá do mhargadh déanta

 

Nie wyszło mu to najlepiej, ale chyba też nie zbłaźnił się jakoś strasznie, bo nikt nie zaczął krzyczeć, nikt również nie zemdlał. Rodney wykonał teatralny ukłon i bez skrępowania dolał sobie piołunówki do kubka. Tylko wolniej, mości druidzie, wolniej...

- Ciekawi mnie sposób weryfikacji zleceń, Krevosie - podjął tymczasem temat, który przyszedł mu chwilę wcześniej do głowy. - Dajmy na to, przyjdzie do ciebie bogata szlachcianka, chcąc wynająć Smoki do ochrony przed nagabującym ją mężczyzną. Gdy dochodzi do konfrontacji z drugą stroną, okazuje się, że rzeczony mężczyzna wysuwa wobec niej poważne roszczenia i zarzuty, nawet morderstwa. Zwykliście w tych przypadkach dogłębnie analizować sprawy, czy raczej nie mieszać się w waśnie, które Gildii bezpośrednio nie dotyczą? A i w tym przypadku, czy ocena pozostaje w gestii bezpośrednich wykonawców z ramienia Gildii, czy raczej wyższych oficerów?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

C4h0bx1.jpg

Merveil Auris

 

- Gwoli formalności, mistrzu, nie jestem członkiem gildii kartografów. Uczyłam się u nich, owszem, zdałam nawet egzamin rzemieślniczy ale uczyłam się odpłatnie i nie muszę odpracowywać terminu. Trochę pewnie będą się krzywić ale cóż... A co do pytań to po pierwsze - jak z zakwaterowaniem? Bo jak chyba słyszeliście mam dość daleko do domu... 
Aasimarka uśmiechnęła się, przenosząc oczy na kotowatą. Przyglądała jej się przez chwilę z zaciekawieniem.
- A po drugie... Wybacz jeśli jestem zbyt dociekliwa ale... z jakiego ty jesteś gatunku? Bo mam wrażenie, że czytałam o czymś podobnym kiedyś, ale nijak nie mogę tego umiejscowić w pamięci.
Kiedy druid zaczął śpiewać zamilkła, i jedynie obserwowała go rozbawiona. Cóż, najwyraźniej spotkał jakąś lokalną osobistość i chciał się popisać, ot, mężczyzna. Kiedy ten zamilkł zaklaskała w dłonie, bardziej z grzeczności niż rzeczywistego entuzjazmu i wróciła wzrokiem do siedzących przy stole Smoków, zapewne czekając na odpowiedź.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

 

- A pewnie, że znałem Razerę. Trudno by było jej nie znać, biorąc pod uwagę, że przez jakiś czas była moją nauczycielką – zachichotał Krevos w odpowiedzi na zadane mu pytanie. – Ale tak, poznałem ją jeszcze przed całym tym pomysłem założenia Smoków. Choć byłem w latach starszy od niej dość sporo to jednak ona przebijała mnie swym doświadczeniem i mądrością. I choć z moją wrodzoną magią wydawać się mogło, że nie mogę się wiele nauczyć od czarodziejki to zdziwił byś się jak nieprawdziwe byłoby to stwierdzenie. Magia bowiem owszem, może płynąć z krwi, ale to serce i umysł finalnie ją kształtują. Razera otworzyła mi oczy na pewne prawdy i w gruncie rzeczy tylko dzięki niej udało mi się potem zrobić tak duży postęp w stosunkowo krótkim czasie. Wiele jej zawdzięczam, oj tak – Krevos pokiwał głową z zadumą. – Czasem zastanawiam się jak by to było gdyby została jednak z nami a nie ruszyła na swą wyprawę. Ale wierzę, że ciągle gdzieś tam żyje i kiedyś jeszcze o niej usłyszymy – stwierdził zdecydowanie. To ciekawe jednak gdyż niewiele historii krążących o Razerze faktycznie mówiło co się z nią stało. Wielu zakładało, że po prostu zmarła czy też trafiła na przeciwnika silniejszego od siebie. Słowa Krevosa dawały jednak troszkę inny obraz. A może mistrz po prostu łudził się tak z sentymentu?

Tymczasem uwaga Rodneya skupiła się początkowo na paniach.

Ruby na jego słowa o przekrzywiła lekko głowę i marszcząc czoło zastrzygła uszami.

~ Nie jestem niebezpieczna ~ zapewniła Ruby z przekonaniem łatwym do wyczucia w jej telepatycznym przekazie. ~ I naprawdę nie gryzę! Choć Rhys mówił kiedyś, że on nie ma nic przeciwko gryzieniu i że kobieta powinna podgryzać mężczyznę bo oni to lubią ~ dodała po chwili namysłu, sprawiając, że mężczyzna z blizną mało nie zakrztusił się swoim piwem.

- Ej, to… khe… miałaś nie mówić! – jęknął tylko Rhys i skulił się w sobie bo już miał na sobie mordercze spojrzenia ze strony Lily, Gorgi i Amelii. Pewnie i od Rebeki by mu się dostało gdyby nie zniknęła już w kuchni.

- Rhysie Łowco. Czy chcemy wiedzieć co też jeszcze opowiadałeś Ruby? – zapytała Lili mrużąc oczy.

~ Dużo różnych rzeczy! ~ odparła Ruby, tylko pogrążając mężczyznę.

- Później pogadamy, Rhys, później pogadamy… - zapewniła Lily złowieszczym tonem, który nijak nie pasował do jej pięknego głosu. Kobieta chwilowo zignorowała jednak Rhysa gdyż jej uwaga przeniosła się na Rodneya. Gdy zaś druid zaczął śpiewać, na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech. Do drugiej zaś zwrotki dołączyła się nawet sama maskując odrobinę braki warsztatowe mężczyzny.

- O tak, mogłeś to gdzieś słyszeć, ale gdzie dokładnie to ci nie powiem bo jest to jeden z częściej proszonych utworów. Niemniej jeśli ci się podobało to zapraszam dziś wieczorem, będę grała. Nie tylko ja zresztą pewnie – zapowiedziała.

Ale tak ot takich lżejszych tematów, Rodney przeszedł w końcu do czegoś bardziej poważnego. Krevos głową z aprobatą słysząc pytanie druida.

- Chyba rozumiem o co pytasz, ale nie wiem czy przykład podałeś najlepszy. Nawet jeśli ów mężczyzna miał powód by nękać kobietę, postępując tak mija się z prawem. Staje się osobą, przed którą jak najbardziej należy się ochrona. Z drugiej strony jednak jeśli faktycznie pojawiły by się dowody, że owa kobieta złamała prawo w taki czy inny sposób to zdecydowanie nie przyjęli byśmy od niej takiego zlecenia. I tak, staramy się weryfikować taki rzeczy na tyle na ile pozwalają nasze zasoby. Jeśli zaś nawet wszystko wyszło by po fakcie, to jest to dla nas pretekst do porzucenia kontraktu. Oczywiście w takim wypadku jesteśmy też w obowiązku przedstawić dowody w lokalnej placówce władzy – wyjaśnił Krevos. – Możliwe, że z racji takiego podejścia, wielu potencjalnych pracodawców nas omija i wybierają inne gildie, jak choćby Szkarłatne Hydry… - z niesmakiem wymówił tą nazwę. – Ale na dłuższa metę tak jest lepiej – podsumował.

I tak przyszła pora na pytania od Merveil. Na pierwsze z nich odpowiedziała Amelia.

- Każdemu członkowi gildii jak i Jajkom w czasie oficjalnego procesu rekrutacyjnego przysługuje zakwaterowanie na terenie kwatery głównej tu w Albany oraz darmowe noclegi w naszych filiach czy placówkach jeśli akurat mają jeszcze miejsce. W celu przydzielenia pokoju należy zgłosić się do mnie lub Rebeki – wyjaśniła swym formalnym tonem. – Nie limitujemy czasu pobytu, choć na czas dłuższej nieobecności prosimy o zwalnianie pokoi i przekazywanie rzeczy osobistych, które chcecie zostawić do naszego magazynu – dodała.

- No właśnie. Gdybyśmy chcieli dać pokój na stałe każdemu, to troszkę szybko miejsca by nam zabrakło – dodał Krevos.

Ale to nie było wszystko, co ciekawiło Merveil. Jej drugie pytanie dotyczyło Ruby i gdy je zadała, początkową odpowiedzią była cisza.

~ Ja jestem jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna i cudowna! ~ oznajmiła radośnie Ruby. ~ Tak mówi mistrz Krevos! ~ dodała tak, jakby słowa Krevosa były prawda objawioną, której nie sposób podważyć.

- Dokładnie tak, kochanie – zapewnił Krevos. – Choć prawda jest też taka, że po prostu też nie wiemy – dodał jeszcze spoglądając na Merveil. – Jeśli naprawdę trafiłaś kiedyś na jakieś informacje, które odpowiedziałyby nam na to pytanie to będę niezwykle wdzięczny za przekazanie ich. Sam przewertowałem wiele tomów i jednoznacznej odpowiedzi nie mam – dodał.

- Wraz z kilkoma innymi Smokami zaleźliśmy Ruby w czasie jednej z naszych wypraw. Była ledwo żywa, bidula. Pomogliśmy jej, ale okazało się, że nic nie pamięta – wyjaśniła jeszcze Gorga. – Więc przywieźliśmy ją tutaj i już dwa lata jest z nami – krasnoludka uśmiechnęła się ciepło do kotki, która odpowiedziała w podobny sposób.

~ I mam już nowe imię! Sama wybrałam ~ zapewniła radośnie Ruby. ~ I nie trzeba szukać w książkach kim jestem. Bo jestem Ruby, Spiżowy Smok, o! ~ odsunęła kawałek jedwabiu z ramienia ukazując z dumą  kawałek futra w barwie takim jak tatuaż innych Smoków.

Edytowane przez Jedi Master

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

tCA2n0X.jpg

 

Oriana Lawsmith

 

- Piękne imię - Oriana uśmiechnęła się zabierając głos po raz pierwszy od dłuższej chwili. Przedtem, gdy Kravos pierwszy raz wspomniał o rodzinie wzdrygnęła się wyraźnie, a jej myśli poszybowały gdzieś daleko, za morze zapewne. Wróciła do siebie wyraźnie podczas koncertu Rodneya i Lily, który szczerze nagrodziła krótkimi brawami.

- Jakie rzeczy są niedopuszczalne w Gildii? - zapytała w końcu o coś sama - Domyślam się, że na pewni działanie na szkodę towarzyszy i samym Spiżowych Smoków oraz oczywiście łamanie prawa, ale czy jest coś mniej oczywistego czego należy się wystrzegać?

Starała się nie myśleć o tym co mogło łączyć Rhysa z kotką, bo i po co? Nic dobrego by jej to nie przyniosło.

Edytowane przez Nadia

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Krevos wyszczerzył zęby w kierunku kapłanki słysząc jej pytanie.

- Amelia nienawidzi gdy ktoś namiesza jej coś z dokumentach, Rebeka nie toleruje picia przyniesionych samemu trunków we wspólnej sali a Kirov z jakiegoś zupełnie niejasnego dla mnie powodu po prostu nienawidzi dowcipów o niziołkach - wyliczył kobold wywołując tym samym mordercze spojrzenie Amelii oraz poirytowane prychnięcie smokowca. Rozbawili go tylko jeszcze bardziej.

- Ale tak, z mniej oczywistych rzeczy dodał bym pewną coś, co powinno być oczywiste, ale jednak nie jest: wewnętrznych brudów nie wynosimy poza gildię - oznajmił już poważniej. - Nie jestem naiwnym idealistą mówiąc o rodzinie. Rozumiem bowiem, że w każdej bowiem mogą zdarzyć się większe lub mniejsze niesnaski - zerknął z ukosa na Rodneya. - Załatwiamy je jednak między sobą i na zewnątrz mówimy jednym głosem. To kwestia wizerunku, ale i sposób by nie dawać zewnętrznym wrogom sygnałów, że pojawiło się jakieś osłabienie, które mogliby eksploatować. A wrogów tak, mamy. Jak każdy, kto osiągnął jakiś sukces. Jeśli jednak będą widzieć, że jesteśmy razem, że jesteśmy silni, wtedy mniejsza szansa, że czegoś spróbują - wyjaśnił. - No... w sumie można więc dodać do tego coś jeszcze. Mianowicie, że nie zostawiamy innych członków gildii w potrzebie. Jeśli ktoś zadrze z jednym z nas, zadziera z nami wszystkimi. Znów... trzeba być ostrożnym by wasze działania nie wciągnęły całej gildii w wojnę, której byśmy nie chcieli. Zrozumiałe?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz