Marass

Błędny ognik (Marass)

345 postów w tym temacie

There are only two forces that unite men - fear and interest.
 

 

jckwwDP.jpg

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1846

11. dzień Miesiąca Pieśni

Stary Desant

Nowy Port w Dunwall

 

Zaczęło się tak jak zwykle. Najpierw były gorączkowe przygotowania, zwieńczone mniejszą lub większą ilością bagaży, którą zdecydowali się zabrać w podróż. Były też pożegnania, jeśli ktoś miał z kim się żegnać w Dunwall. Były sprawy domykane przed podróżą na ostatni guzik. Były listy wysyłane naprędce, rozporządzenia wydawane w biegu i, w końcu, była też ostatnia noc, we własnym łóżku, na suchym lądzie. A potem byli już gotowi.

 

Percival Adder doskonale wiedział, że od świtu minął już kwadrans - przypominał mu o tym piękny, złocony zegarek, absolutne dzieło sztuki grawerskiej. Nie przeszkadzało mu to jednak poczekać jeszcze kilku minut. Wszak modne spóźnienie zawsze robiło odpowiednie wrażenie. Trudno orzec, czy zawsze punktualny z poczucia obowiązku, wyczucia wagi sytuacji i własnego wyboru Zevron Kavis docenił modne spóźnienie gristolczyka, który obdarzył go równie modnym, nonszalanckim uśmiechem. Faktem jest jednak, że przyjął je z ulgą. W końcu byli tutaj wszyscy, co dobrze wróżyło misji.

No, prawie wszyscy. Nie od razu poznał do kogo należy sylwetka przebiegająca nadbrzeżem jak cień. Alva Lazarev potrafiła pozostać niezauważona, jeśli tylko tego chciała i Zevron musiał naprawdę wytężyć wzrok, by upewnić się, że to ona. 

Nieco mniejszy problem miał z dostrzeżeniem ciemnowłosej kompanki Cornelis Patching. Wszak wyglądała bardzo malowniczo, tak sunąc w ich stronę, odziana w czerń, w mdłym świetle poranka. A co jak co, ale malownicze widoki Fantom docenić potrafił - lata wśród galeryjnych płócień zrobiły swoje.

Deski pokładu zaskrzypiały, kiedy wdrapywali się na statek. Alice Vollip pomachała im na powitanie. Była na miejscu pierwsza, cierpliwie czekając na towarzyszy i sprawdzając, czy na pewno wszystko spakowała. Flakoniki z kolorowymi medykamentami, których etykiety potrafili odczytać jedynie studenci Akademii Filozofii Naturalnej, bo sami je opisywali pod bacznym okiem wykładowców (nie może być za ładnie! za łatwo! co to byłaby za wiedza dla wybranych, gdyby każdy mógł odczytać ingrediencje!), zapas środków pierwszej pomocy, ubrania na wszelkie okoliczności pogody i, w końcu, nieodłączny notes z piórem wiecznym. Tak, spakowała wszystko.

Nie omieszkała poinformować o tym zresztą Maksima Olgovicha Aristova, dla przyjaciół, który nie mał znowu tak wielu, po prostu Maksima. Przybył tutaj tuż po niej, jak zwykle wyprostowany, pewny i w doskonaly skrojonym płaszczu, podbitym futrem i chroniącym przed morskimi wiatrami. Nie sprawdzał, co prawda bagaży, ale potrafił docenić zmysł logistyczny w pakowaniu, czemu zresztą dał wyraz. Jego reakcja nie była jednak tak entuzjastyczna, jak reakcja serkońskiego buldożka, z którym przybył i, który obdarzył Alice pełnym aprobaty szczeknięciem.

 

B8Yhjsv.jpg

 

Dunwall powoli budziło się ze snów i koszmarów, kiedy agenci Lorda Protektora i członkowie załogi krzątali się po okręcie o dźwięcznej nazwie Stary Desant.

Jasne, można było nazwać statek Morską Burzą czy innym Pogromcą Sztormów, ale można było nazwać go również Starym Desantem. Kto bogatemu zabroni?

A właściwie, kto zabroniłby kapitanowi Axtonowi Holderowi, który uchodził za najlepszego gristolczyka w swoim fachu? Nie był, być może, jegomościem zbyt gadatliwym, po prawdzie nie robił też dobrego pierwszego wrażenia, z tym swoim oceniającym spojrzeniem, marsową miną i ostrym zapachem cygara, który zawsze mu towarzyszył, ale za sterem nie miał sobie równych.

To nie jest jakaś tam nazwa. - odmrukiwał w końcu, kiedy ktoś pytał na tyle długo, by zaczęło mu to przeszkadzać. - To hołd dla tradycji, dla czasów, kiedy bardziej niż na tran, mogliśmy liczyć na siłę wiatru. Istniał przesąd, że aby przywołać dobrą wichurę, należy wyrzucić za burtę stary but. Od tamtego czasu tysiące desantów zalegają na dnie morza. A także trzewików, mokasynów, sandałów i kozaków.

Na tym kończyły się jego wyjaśnienia i nikt nigdy nie mógł mieć pewności, czy Axton Holder mówił prawdę.

 

Słońce było już wysoko, kiedy opuszczali dzielnicę Nowy Port. W Stary Porcie nie cumowano już od przeszło dekady - podobno przerdzewiała infrastruktura portowa uniemożliwiała transport ciężkich towarów na okręty. Tak mówiło się oficjalnie. Nieoficjalnie dodawano, że smród kanałów, którego nie udało się wytępić po Szczurzej Zarazie nazbyt dokuczał wyczulonym zmysłom arystokracji, która często urządzała sobie zamorskie wyprawy. W Nowym Porcie pachniało za to postępem, czyli wielorybim tranem, a ten zapach nie mógł przecież nikomu przeszkadzać.

 

Morze falowało przyjemnie, kiedy Stary Desant podnosił kotwice. Kapitan kazał spuścić żagle, sześcioro Kruków ulokowało się wygodnie w swoich kajutach, rewident pożarowy zakończył przegląd, życząc podrózy życia, a oficer mechanik dał znać, że okręt jest gotowy. Metalowy kadłub jękną przeciągle, jakby z żalem, kiedy wypływali do Morley.

Zaczęło się tak jak zwykle.

 

*

 

Zadanie, które Lord Protektor przed nimi postawił było jasne. Jasne też bylo, że wykonać je należy w trybie niecierpiącym zwłoki. Corvo zbyt był wzburzony wtargnięciem do komnat cesarzowej, by zgodzić się na jakiekolwiek przestoje. To, że jego najbardziej zaufani ludzie nie zamierzali z tym dyskutować nikogo nie zdziwiło. Bardziej zadziwiające wydawało się, że okręt był gotowy już w niecały tydzień później, a Corvo zaaranżował wszystko tak, żeby odpowiednia osoba czekała na nich w Morley.

 

Na ostatniej wyprawie w końcu przekazał im przedmiot tego całego zamieszania. Prostokątna, metalowa skrzynka miała nie więcej niż kilkanaście centymetrów szerokości i na pierwszy rzut oka prezentowała się całkiem zwyczajnie. Ot, kilka kół zębatych, haczyków, sprężyn i taśm ściągających. Bardzo szybko okazało się jednak, że pudełka nie sposób otworzyć. Można było oczywiście założyć, że nie trafiono na wystarczająco zręcznego konstruktora, który podołałby zadaniu, ale to, niestety, nie wchodziło w grę. Nad niespodziewanym prezentem, który Emily znalazła w swojej komnacie, głowiły się najtęższe umysły pracujące dla słynnej Winslow Safe Company, która zaopatrywała najbogatszych mieszkańców Cesarstwa Wysp w doskonałe sejfy o dożywotniej gwarancji i zerowym procencie kradzieży. Mechanizm znajdujący się na pudełku, przypominał bowiem ten, który wykorzystywał Winslow. 

Swoją drogą, szanowny lord Gordon Winslow, zaniemógł nagle i poważnie, kiedy dowiedział się, że jego pracownicy nie tylko nie mogą uruchomić mechanizmu i otworzyć przesyłki, ale również to nie oni stoją za jego wykonaniem. Biedaczysko.

 

Sytuacja sprawiła, że Corvo postanowił spróbować sięgnąć po ostatnią, jak im powiedział, deskę ratunku. Nosiła ona imię Elena Findlay i była przyjaciółką Lorda Protektora jeszcze z czasów, kiedy ten służył diukowi Serkonos. Findlay zasłynęła jako zdolny wynalazca, a jej Instytut Wiedzy Mechanicznej na Morley odwiedzał swego czasu sam Anton Sokołow. Chodziły też słuchy, że udało jej się rozpracować mechanizm sejfów Winslow Company. Oczywiście, plotki te duszone były w zarodku, a samej Elenie nic nigdy nie udowodniono. Niemniej, Corvo przekonany był, że to jedyny sensowny trop. Powiedział im też, że przesyłki nie zamierza zniszczyć.

To, co znajdowało się w środku, najwyraźniej nie dawało mu spokoju.

 

Problem polegał na tym, że Lord Protektor nie wiedział, gdzie znaleźć Elenę Findley, poza tym, że przebywała na Morley. Być może jego szpiedzy mieli za mało czasu, by odkryć dokładne miejsce pobytu konstruktorki, a być może, zbyt dobrze się ona ukrywała. Niezależnie od powodów, Corvo powiedział im jedynie, że w portowej karczmie "Latarnia Morska" będzie czekał na nich człowiek, który dysponuje odpowiednimi informacjami. I, że przesyłki mają strzec pilniej niż Nadrewidenci strzegą obywateli przez rozprzestrzenianiem się herezji. Uśmiechnął się nawet, kiedy to mówił. Corvo czasami bardzo słabo ukrywał, że śmieszą go jego własne żarty.
 

*

 

1846

12. dzień Miesiąca Pieśni

Stary Desant

okolice południowego Gristolu

 

Under the Water

 

Morze wzburzyło się już następnego dnia. Na początku nic nie zwiastowało nagłego załamania pogody, ale wyspiarze wiedzieli, że prędzej spotka się na tych wodach różowego wieloryba niż przewidzi sztorm. Jasne, pewne sygnały do nich dochodziły. Mogli zobaczyć, że kapitan stał się jeszcze bardziej mrukliwy, choć wydawał swoim ludziom coraz więcej lakonicznych acz precyzyjnych poleceń. Czuli, że powietrze jest tak gęste, że można ciąć je nożem. Widzieli też jak Tanya Wexler, starszy mechanik Starego Desanta, krąży po pokładzie ze skomplikowanymi przyrządami, o których przeznaczeniu nie mieli większego pojęcia.

Mówię ci, Holder, ty stary uparciuchu, że to nie będzie zwykły sztorm! - Tanya była jedyną osobą o jakiej słyszeli, która zwracałaby się do kapitana per Holder. - Ja się Attano tłumaczyć nie będę, jak nas wszystkich pozabijasz! Nie dlatego, że nie będę żyła, ale dla zasady. Dla zasady, Holder!

Nie widzieli kapitana, ale jego odpowiedzi też nie usłyszeli. Mogli przypuszczać, że nigdy nie padła. Zresztą, czy mieli czas, żeby się nad tym zastanawiać? Już przed wybuchem panny Wexler wszyscy znajdujący się na staktu czuli, że załamanie pogody jest nieuniknione. Fale coraz intensywniej miotały Starym Desantem, a poranna mgła już dawno przemieniła się w mżawkę, która teraz wyewoluowała w solidną ulewę. Niebo zaszły chmury, a oni zgodnie stwierdzili, że najlepiej w tej sytuacji będzie nie przeszkadzać profesjonalistom tylko udać się pod pokład.

 

Tak też zrobili. Ciemno było jak cholera, lampy elektryczne zgasły na dobre, a blade światło świecy i tak nie utrzymywało się na chyboczącym okręcie zbyt długo. Siedzieli we wspólnej kabinie, w której jeszcze rano spożywali, choć nierozpieszczające podniebienia, to całkiem syte śniadanie.

Pierwszy piorun. Błysk. Drugi piorun. Błysk. Trzeci piorun. Błysk...

Metalowe misy i sztućce spadały z półek. Coś gdzieś chrząknęło, coś się rozdarło, coś przewróciło się na posadzkę z głośnym łoskotem.

Czuli, że nie jest dobrze.

 

Tanya wpadła do kabiny jak burza, która szalała na zewnątrz. - A mówiłam, mówiłam: Holder, sam sobie nie poradzisz. Ale mu wszystko jedno! Wszystko! - tłumaczyła zaaferowana i zdyszana. - Starają się utrzymać kurs... co ja mówię, utrzymać na wodzie żaglem do góry, a trzeba jeszcze ratować szalupę i tego idiotę Hobbsa, który zapomniał zejść z rei...-

Czwarty piorun. Błysk...

Mechanik spojrzała ku górze, jakby chciała zobaczyć na niskim, drewnianym stropie coś konkretnego. - No, jak tak dalej pójdzie to zaraz trzeba będzie ratować wszystko. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
Y98nvqv.png

Percival Adder

 

Ach, cóż za piękny był to poranek. Po tych nerwowych dniach oczekiwania na zakończenie przygotowań i stania w ciągłej gotowości, gdyż nigdy nie wiadomo kiedy Lord Protektor stwierdzi, że jest robota, w końcu wszystko dobiegło końca i byli gotowi wyruszyć. Sam Percival czekał stosunkowo niedaleko od statku siedząc na jakiejś skrzyni i podziwiając panoramę morza. Był już spóźniony, ale niewiele sobie z tego robił. W końcu nie odpłynął bez niego, to znaczy jeśli za bardzo nie przegnie z tym spóźnieniem. Wszak spóźnianie było w dobrym guście, a Percival cenił sobie dobry gust.

Spojrzał na zegarek, nakręcił pozytywkę w zegarku, posłuchał chwilę muzyki i w końcu ruszył by dołączyć do Kruków na statku. Szedł bez bagażu, ten dostarczono na pokład już wcześniej, a ze sobą miał tylko kilka drobiazgów. W wewnętrznej kieszeni marynarki spokojnie spoczywała sobie skrzyneczka dostarczona cesarzowej i przekazana im przez lorda Corvo, źródło niesłabnącego zainteresowania i frustracji Percy'ego.

Oczywiście nie kłócił się z nikim, że mądrzejsi od niego próbowali otworzyć puzderko  i nie podołali, ale pewna złodziejska duma nie pozwalała mu nie próbować co i rusz samemu poznać sekretów skrzyneczki. Jak na razie bez skutku. Percy jednak nie tracił ducha. Podróż i tak zajmie nieco czasu, może zdoła wymyślić coś nowego. A nawet jeśli nie, to przecież i tak dowie się co jest w środku jak tylko znajdą Elenę Findley.

Na pokład wkroczył z szerokim uśmiechem, którym przywitał wszystkich obecnych. To był piękny dzień na podróż.

 

* * *

 

O ile poprzedni dzień wypłynięcia był piękny i Percival spędził go kręcąc się po pokładzie i przyglądając się marynarzom przy pracy, o tyle dzień następny, będący dzisijszym już tak pięknie się nie prezentował. Prezentował się zgoła przeciwnie. O ile wcześniej Percy spacerował po pokładzie i obserwował, o tyle teraz, gdy morze robiło się coraz bardziej niespokojne, obserwował głównie wnętrze wiadra, które co pewien czas uzupełniał kolejnymi porcjami wymiocin. Wzburzone morze i jego żołądek zdecydowanie do siebie nie pasowały.

Gdy do kabiny wpadła Tanya, Percival powstrzymując kolejną porcję nudności uniósł wzrok znad wiadra i śledził wzrokiem mechanik, czując jak jej słowa powodują, że zimny pot wystąpił mu na czoło. Chętnie zaoferowałby pomoc, ale raz, że się na tym nie znał, a dwa, że nie bardzo czuł się na siłach.

- Jest aż tak źle? - zapytał spoglądając na strop zmartwiony tym co Tanya mogła tam dostrzec.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

L3dHdLw.png

Alva Lazarev

 

Włamanie do komnat cesarzowej już samo w sobie świadczyło o determinacji tajemniczego nadawcy przesyłki. A sama skrzyneczka, nie rozwiązana jak dotąd zagadka, nad którą na pewno sporo potu i przekleństw wylały najtęższe konstruktorskie głowy Dunwall, także budziła mimowolną ciekawość. Alva zupełnie przestała się dziwić wezwaniu od Lorda Protektora w chwili, gdy dowiedzieli się wszyscy o trudnościach w odnalezieniu jedynej osoby, w której Corvo upatrywał nadzieję na rozgryzienie mechanizmy przesyłki. Znaleźć kogoś, kto usilnie nie chce zostać znaleziony nigdy nie jest łatwo.

O tym właśnie myślała Alva, gdy w niepozornym zaułku z widokiem na statek czekała na ostatniego spóźnialskiego. Dołączył Percival, dołączyła i ona, witając się z resztą Kruków  lekkim skinieniem i poważnym spojrzeniem, które zmieniło się tylko na chwilę. Podchodząc do Maksima Aristova, Alva nie uśmiechnęła się wprawdzie, ale coś nieuchwytnego zmieniło się w jej postawie, tak jakby bez uśmiechu wyrażała sympatię. Coś, co z pewnością byłoby bardzo trudne do zauważenia przez człowieka, ale nie przez psa, nawet tak udomowionego jak ozdobna rasa buldożków. Bo i wobec psa  był ten gest kierowany. Na właściciela popatrzyła z przyjaznym, lecz nieco surowym, milczącym upomnieniem, czy aby na pewno morska wyprawa to najlepsza okazja do zabierania ze sobą salonowych czworonogów.

 

***

 

Podróż z początku mijała spokojnie. Do czasu. Niepocieszona zamknięciem w ciasnym wnętrzu podpokładu, Alva wkrótce odczuła na własnej skórze, że brak możliwości obserwacji morza zaburza nie tylko komfort estetyczny. Dopiero kiedy nie miała jak przygotować się na kolejne uderzenia fal, a wszystko bujało się pozornie bez ładu i składu, wyraźnie zaczął szwankować błędnik. O, żeby tylko o nudności chodziło... Ale takiego zdezorientowania zmysłów ciężko się było spodziewać nikomu, kto sztormu na morzu dotychczas nie przeżył. Dziewczyna przywarowała w kącie, przypominając sobie wszystkie opowieści podróżników. Więcej było w tych historiach przesady i chełpliwości, ale trafiały się i praktyczne wskazówki, które bezzwłocznie postarała się sprawdzić. Zwłaszcza dwie: jedz, aby zająć przewód pokarmowy we właściwą stronę i pilnuj jak najbardziej horyzontalnej pozycji. O ile drugiego nie dało się wykonać dosłownie, tak żeby nie stracić resztek dumy, to pierwsze jak najbardziej. Dlatego, odkąd sztorm przybrał na sile, Alva z ponurą determinacją, powoli i nieustannie pogryzała zabrane z prowiantem suchary, starając się nie patrzyć na oczywiste zastosowanie wiadra, z którego co rusz robił użytek Percival. Zbladła jednak jak kreda i o niczym innym nie marzyła, jak wyjść wreszcie z tej metalowej, ciemnej puszki. A jeszcze lepiej, żeby skończyła się burza. Lepiej dla wszystkich.

Zamiast tego wpadła do kabiny mechanik.

- Możemy jakoś pomóc? – spytała Alva, obawiając się, że najmniejszy ruch zaburzy utrzymywaną z takim wysiłkiem równowagę żołądka. Wszystko jednak byłoby lepsze, niż trzymanie się ścian i odliczanie sekund, gdy statek mógł (czy w ogóle mógł?) przewrócić się do góry kilem.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

CnEUa3H.png

Alice Vollip

 

Alice krzątała się po pokładzie, dokładnie sprawdzając po raz kolejny zawartość swoich bagaży. Liczyła cichutko pod nosem wszystkie fiolki i flakony jakie zabrała. Przekładała je z miejsca na miejsce, a szklane ścianki stukały delikatnie o siebie nawzajem. Gdy skończyła z jedną walizką, energicznym krokiem udała się do drugiej. Uniosła nieco głowę znowu odliczając coś, tym razem przy pomocy palców. Zerknęła na moment na buldożka Maksima. Był zabójczo uroczy gdy tak rozglądał się z ekscytacją tymi swoimi małymi oczkami. Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie i sprawdziła zapięcie kuferka. Musi być przygotowana. Przecież nie może zawieść swoich kompanów, a tym bardziej Corvo. Na pewno liczy na nią, a ostatnie czego Alice chce, to rozczarować człowieka, któremu jest bezgranicznie lojalna.

Już miała skierować się z powrotem do pierwszego tobołka, obok którego zostawiła swój bezcenny notes i kaletkę z najpotrzebniejszymi przyborami medyka, gdy zobaczyła nadchodzącego Cornelisa wraz z ciemnowłosą kompanką. Pomachała im z daleka na powitanie z uśmiechem i wróciła do swojej roboty, zawzięcie robiąc notatki na marginesie swojego bezcennego notesu. Ach, to będzie wspaniała podróż!

 

***

 

Alice siedziała skulona, z nogami przesuniętymi do piersi. Mocno przyciskała uszy dłońmi, a głowę schowała w kolanach. Tylko od czasu do czasu podnosiła przepełniony strachem wzrok, sprawdzając czy statek nadal jest cały i nikomu nic poważnego się nie stało. Z każdym błyskiem, z każdym grzmotem i każdym innym donośnym dźwiękiem podskakiwała jak poparzona. W duchu przeklinała tę cholerną burzę.

Pisnęła cichutko gdy Tanyja wpadła do kabiny, a odgłosy z zewnątrz stały się jeszcze wyraźniejsze.

"Dlaczego musiała to być burza? Dlaczego burza?!"

Ogarnęła ją jeszcze większa panika kiedy niespodziewanie kabinę wypełnił wszechobecny błysk. Nie miała się gdzie schować, nie miała dokąd uciec. Za nic w świecie nie wyjdzie na zewnątrz.

Alice nie dosłyszała Pani Mechanik przez desperacko zatkane uszy. Wolała też nie słyszeć odgłosów walki Percivala z wiadrem.

"Biedny Percy..."

Mimo to mina Tanyji mówiła wszystko. Alice w oka mgnieniu poczuła się rozdarta. Tak bardzo chciała się przydać, pomóc, móc zadbać o bezpieczeństwo wszystkich, ale słowa grzęzły w gardle, a w piersiach brakowało tchu na ich wypowiedzenie. Nie wyjdzie na zewnątrz w trakcie burzy. Nie ma mowy.

Edytowane przez LuniLan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

rHI65Im.png

 

Zevron Kavis

 

W ciemności blask pojedynczej świecy odbijał się w szerokim metalowym ostrzu. Mężczyzna z zamyśleniem spoglądał na swoją ofiarę ważąc ciężki brzeszczot w dłoni, by nagle jednym gwałtownym cięciem uderzyć od góry. Przyprawiający o dreszcze odgłos rozrąbywanych kości rozległ się w nocnej ciszy wyjątkowo głośno. Po chwili rozległo się kapanie, kiedy karminowa kałuża która rozlała się na wielkim drewnianym stole zaczęła spływać na deski podłogi.

- Prawie, prawie Olaf, niemal ci się udało, ale daj już sobie spokój z wygłupami. Streszczajmy się, jeszcze pobudzisz wszystkich. - Szorstki, nieco gardłowy głos Zeva rozległ się w ciemności. Dało się w nim wyczuć wyraźne rozbawienie, może i zamierzał się roześmiać, ale przerodziło się to w ziewnięcie. - Dawaj tutaj tą pieczeń, spieszy mi się. Uznajmy że udało ci się przerąbać te jagniątko jednym uderzeniem. Wcale nie rozlałeś przy tym dzbana z winem. Ale lepiej daj jakieś szmaty bo Hilda mnie ze skóry obedrze . Nie dość że wpadam bez zapowiedzi to jeszcze powoduje plamy w jej kuchni...

Cóż, każdy kto wybierał się w długą podróż wiedział że jednej rzeczy zawsze na statkach brakuje. Dobre jedzenie i wino. Dlatego postanowił wpaść do Lodowej Foki, jednej z najlepszych tawern w porcie prowadzonej przez znajomego z czasów służby w Straży. A że miał stąd 3 minuty spacerem na statek... To tylko dodatkowa korzyść.

 

Na statku znalazł się pierwszy, zdążył jeszcze sprawdzić czy całe wyposażenie zostało prawidłowo zabezpieczone, nim zjawili się pozostali. Była to ciekawa zgraja, musiał to przyznać. Przez lata nie było chyba takiej sytuacji by tylu agentów zostało wysłanych do jednego zadania. Włamanie do pałacu, tajemnicze pudełko... Na samą myśl o intruzie w komnatach cesarskich ręka wędrowała w stronę rękojeści broni. To było nie do pomyślenia. Z rozmyślań wyrwało go pojawienie się ostatnich towarzyszy. Na widok czworonoga lekko zmarszczył brwi, nie był w stanie zrozumieć tej mody, ale stwierdził że wspominanie o fakcie, że w okresie puczu te psiaki nadawały się idealnie na zupę byłoby kiepskim pomysłem. Zresztą nie była to nawet specjalnie smaczna zupa.

 

***

 

Chrup, chrup, chrup, rozlegało się w rytmicznych odstępach czas w ciemności kabiny. Kołysanie nie robiło na Zevronie specjalnego wrażenia. Czy był w stanie poradzić coś na burzę? Nie. Czy był w stanie pomóc w obsłudze okrętu? Nie. Czy był więc sens przejmowania się czymś na co nie miał wpływu? Po raz trzeci: Nie. Jedynie Usiadł blisko drzwi, oparł się o ścianę kajuty, nogi wyciągnął daleko przed siebie i z zadowoleniem podgryzał winogrona z ojczystej wyspy, prezent od córki przyjaciela u którego spędzał ostatnią noc w stolicy. Przecież nie mógł dopuścić by smakołyk poobijał się przy tym bujaniu! Dodatkowo kwaskowate owoce całkiem skutecznie tłumiły nudności a ich intensywny zapach tłumił woń z wiaderka Percivala. Zdarzyło mu się przetrwać już kilka burz, nie cierpiał więc tak bardzo jak towarzysze, jednak bynajmniej nie czuł się tak komfortowo jak starał się udawać. Jak bardzo byłoby bezsensowne umrzeć teraz na środku morza? Współczuł pozostałym, widać było że choroba morska im doskwiera, dodatkowo Alice wyraźnie nie lubiła burzy. Nie miał jak im pomóc.

Skrzywił się lekko, gdy drzwi obok niego otworzyły się z trzaskiem i mimowolnie poprawił wysoki kołnierz długiej skórzanej kurtki narzuconej na wysoki golf. Wilgoć i chłód przeszkadzały mu znacznie bardziej niż kołysanie.

- Nie sądzę by nasza pomoc była zbyt przydatna, potrafię co prawda sterować skiffem ale tego typu okręt chyba przekracza moje możliwości... Daleko do lądu? I nie pytam o ten pionowo pod nami - Uśmiechnął się krzywo, akurat kiedy błyskawica oświetliła jego twarz.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FDypM8M.png

 

Maksim Olgovich Aristov, przemierzając spacerowym, acz zdecydowanym krokiem wysokie nabrzeże Nowego Portu, od czasu do czasu przystawał, mocno wciągając w płuca nadmorskie powietrze przesycone tak dobrze znanym zapachem tranu. Bywało, że ktoś z przechodniów, rekrutujących się z urzędników portowych, dokerów, kapitanów czy marynarzy, rozpoznawał człowieka z charakterystycznym monoklem, kłaniając mu się - w zależności od stopnia powiązania - pro forma bądź w pas. Ten odpowiadał zwykle na pozdrowienia milczącym, ale uprzejmym skinieniem głowy.

Aristov, będąc właścicielem kilku prężnych manufaktur, sieci zakładów przemysłowych i floty kutrów wielorybniczych, skupionych pod szyldem Czarnego Narwala, doskonale znał specyficzne reguły rządzące Nowym Portem - miejscu, które w zasadzie nie śpi, gdzie przez większą część dobry wypływa się i cumuje, załadowuje i rozładowuje, żegna Dunwall i wita Gristol. Miejscu, gdzie urodzenie traci na znaczeniu przy prawdziwej potędze naszych czasów - Kapitalistycznej Sile Pieniądza.

- Stiepanie Vladimirovichu... - zwrócił się do towarzyszącego mu mężczyzny o wąsatej, grubo ciosanej twarzy tyviańskiego sołtysa. Służący, bo na taki status wskazywał ubiór i zachowanie człowieka, prowadził na ozdobnej smyczy buldożka serkońskiego. - Pamiętasz, co hrabia Bulwer-Lytton powiedział o moim rodzie na przyjęciu u lady Hillway? To było tuż przed Szczurzą Zarazą.  

- Że Aristovowie nie mają w żyłach ani błękitnej, ani nawet czerwonej krwi, tylko ciekły, wielorybi tłuszcz, Wasza Miłość. - sam ton głosu Stiepana, reprezentujący osobę rzeczową, zaufaną, o mocnym charakterze, ale i lojalną, wskazywał, że w hierarchii służących Aristova pełnił rolę o wiele ważniejszą niż typowego lokaja.      

- Słowo w słowo. Widocznie musi być z nim naprawdę krucho, skoro słyszałem, że chce u mnie wybłagać pożyczkę. Zamiejska wilia, pięć apartamentów, rozrzutna żona i wymagająca kochanka robią swoje. - Stiepan spostrzegł, że cel przechadzki jego pryncypała, Stary Desant, wyłonił się zza innych potężnych statków transportowych. - Udziel mu jej. Na nasz specjalny procent. Za dwa lata przejmę wszystko. Poza żoną i kochanką, której zresztą wtedy przy nim już nie będzie. Resztę wytycznych znasz.

 

Nie było tajemnicą, że na czas wyjazdów Maksima to właśnie Stiepan Vladimirovich, sługa jeszcze z tyvijskich czasów Olega Ivanovicha, pełnił rolę zarządzającego jego nieruchomościami i interesami. Obdarzony wszystkimi potrzebnymi zaświadczeniami i mocami prawa, dbał o krwawicę pryncypała z taką sumiennością, że nikt, kto chciałby ugrać za jego sprawą jakieś własne gierki, nie miał wątpliwości, że miałoby to dla niego opłakany skutek. Oczywiście, czasami znajdowali się tacy śmiałkowie, ale ich przeżycia całkiem skutecznie służyły za formę ostrzeżenia dla kolejnych nierozważnych.

- Wasza Miłość wybaczy, ale czy udział Waszej Miłości...

- ... jest konieczny, jak mniemam? - Maksim dostrzegł pierwsze znane osoby krzątające się po pokładzie, w tym kapitana Holgena i Alice Vollip, całkiem sympatyczną medyczkę. Zajęta krzątaniem się wokół bagażu, jak dotąd nie zauważyła Maksyma zbliżającego się wzdłuż nabrzeża. - Otóż jest. Bezdyskusyjnie. Pietka, na pokład. - Aristov, stuknąwszy końcem laski o betonowe podłoże, podszedł do prowadzącej na statek rampy. Buldog, wesoło kiwając się na krótkich nóżkach, posłusznie ruszył we wskazanym kierunku.

- Wasza Miłość zabiera Pietkę ze sobą?

- Stary Pietka lubił morze, to i może ten Pietka polubi. Żyj w zdrowiu, Stiepanie.

Stiepan Vladimirovich westchnął, słysząc za swoimi plecami powitania Maksima z kapitanem oraz obecnymi na pokładzie towarzyszami. Przez chwilę po raz kolejny naszła po wątpliwość, czy aby nazywanie psów imionami zmarłej służby to odpowiedni sposób uhonorowania ich życia.   

 

t8mOb7c.png

 

***

 

- Obawiam się, że daleko. - Maksim wtrącił się do rozmowy Zevrona z Tanyą, zabierając tym samym głos po raz pierwszy od kilku dłuższych chwil. Dotychczasowe milczenie mężczyzny nie było jednak jakoś specjalnie zastanawiające i dotkliwe, gdyż po pierwsze w mroku kabiny, rozświetlanej jedynie kilkoma świeczkami, łatwo było dać o sobie zapomnieć, a po drugie żaden z obecnych w pomieszczeniu nie mógł narzekać na niedostatek wrażeń dźwiękowych przy huku błyskawic, skrzypieniu dachu oraz ostrym brzdęku spadających sztućców i talerzy. Poza tym sam Maksim już pierwszego dnia, właściwie tuż po przybyciu na pokład Starego Desanta, w dobrym stylu doświadczonego dyplomaty pracował nad zrobieniem tak zwanego pierwszego dobrego wrażenia, zagadując każdego z członków wyprawy i wymieniając z każdym z nich przynajmniej kilka zdań. Chociaż większość z nich nie wychodziła poza pewną naskórkową konwersację, odnoszącą się głównie do kwestii związanych z aprowizacją i nadziejami na przyjemną podróż, część rozmówców nie mogła pozbyć się wrażenia, że Maksim wyjątkowo sumiennie zdobył wiedzę nie tylko o samej misji, ale również o nich samych.    

- Na tyle daleko, że warto zatroszczyć się o szalupę. Dobrze słyszałem, panno Wexler, że mamy z nią problemy? - Aristov przysunął się bliżej świec, oświetlając tym samym swoją twarz. Była bledsza niż zazwyczaj, bo tak zapiekły sztorm umiał napsuć krwi, jednak doświadczenie w pływaniu od młodych lat na rozmaitych łodziach rybackich i kutrach wielorybniczych robiło swoje.

- Tego Hobbsa również kojarzę. Pocieszny, oddany sprawie chłopak. Szkoda by było go stracić. - wstał, jedną ręką trzymając się ściany, a drugą opierając na nieodłącznej lasce. Rzeczywiście, część z zebranych widziała, jak Maksim, w tym swoim kosztownym, długim płaszczu i z pieskiem przy nodze zwiedzał pokład, z taktem zagadując od czasu do czasu napotkanych marynarzy, wypytując ich o obowiązki i jakieś pomniejsze drobiazgi.

- Tylko, że dla Hobbsa trzeba się umieć wspinać na reję, a to nie jest zabawa dla każdego. Percival... - spojrzał na mężczyznę wręcz przytulonego do wiadra. Buldog Pietka, krążący dość niespokojnie po kajucie, od jakiegoś czasu obrał sobie Percivala za główny obiekt zainteresowania, szczekając dokładnie wtedy, kiedy on wydawał z siebie męczeńskie jęki. Maksim przeszedł do rogu kajuty, przyklękając przy wyraźnie przerażonej medyczce. - ...Alice, może znalazłyby się jakieś specyfiki dla naszego towarzysza? Dla Alvy? - trudno było nie dostrzec kredowobiałej twarzy tyvijki. - Dla nas? Twój zbiór zrobił na mnie tak duże wrażenie, że aż zapragnąłem być niedysponowany. - sympatyczny uśmiech Aristova skrzywił się lekko od migotliwego światła świec. - Wracając do sprawy Hobbesa... ja również odpadam. - odwrócił się do reszty, lekko podnosząc trzymaną laskę. - Cornelisie? Zevronie?

 

Pietka szczeknął po raz kolejny, jednak tym razem Maksim zdecydowanie stuknął końcem laski o podłogę kajuty, przywołując buldoga do swojej nogi.

Edytowane przez Deckard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

b8aUZnF.png

 

Cornelis Patching

 

 

W Dunwall nie było nikogo z kim Cornelis mógłby się pożegnać. A zrobił to gdy był jeszcze w Old Lamprow, przy okazji obiecując przywiezienie jakiejś pamiątki z miejsca w jakie się udaje. A odmówić Sally zwyczajnie nie mógł. Ciekawe czy będzie miał chwile czasu by coś zdobyć. Krocząc tak przez miasto, rozkoszując się atmosferą poranka, licząc każdy krok oraz nucąc utwór zasłyszany w operze. Niewielu było w stanie docenić urok i brzydotę takich miejsc. Krocząc dziwną drogą, czasami skręcając bez powodu w inną uliczkę, tylko po to by wrócić na główną, podziwiając detale i niedoskonałości na budynkach. Aż wreszcie dotarł do miejsca, gdzie stojąc na środku ulicy miał wspaniały widok. Ulica docierająca aż do wody, tworząc widok który sprawił, że mężczyzna aż się zatrzymał. Nie ważne ile razy by to zobaczył. Zawsze musiał się temu przyjrzeć. 

Gdy dotarł do końca ulicy, wciąż nie był na miejscu, teraz zostało mu jeszcze przejście się wzdłuż nabrzeża. Nie da się ukryć, specjalnie wybrał taką drogę. Nie był w stanie po prostu nie móc przejść się w takim miejscu. Och, będzie musiał zabrać tu Sally. Jeszcze trochę i będzie w stanie. Na samą myśl o spacerze wywołała na jego twarzy uśmiech, prawie niezauważalny, bo jego twarz szybko wróciła do spokojnego wyrazu. Zresztą i tak nie było nikogo kto zdołałby go dostrzec. Ale nie miał czasu dłużej o tym myśleć, w oddali dostrzegł zarys statku.

 

Nie był na pokładzie pierwszy, byłby wtedy zbyt wcześnie. Nie spóźnił się też, nawet jeśli było to w dobrym stylu. Zwyczajnie nie zdołałby przybyć o porze innej niż dokładnie ta wskazana. Cornelis nie dał by rady nawet o tym pomyśleć, jego perfekcjonizm by na to nie pozwolił. 

Spotkawszy na pokładzie medyczkę, skłonił jej się na powitanie, nawet jeśli był to lekki ukłon, wyglądał bardzo teatralnie. Zresztą, jak cały mężczyzna, w końcu, bordowy płaszcz i kamizelka ze złocistymi kwiecistymi wzorami nie była strojem typowym dla kogoś wyruszającego na misje. Czasami zastanawiającym było, jak człowiek tak bardzo zwracający na siebie uwagę jest w stanie być agentem. 
Przywitał się z każdy przybyłym, zaskoczyło go trochę to, że na taką wyprawę zabrano pieska, ale kimże był on aby kogokolwiek kwestionować bądź oceniać? Jeśli był ktoś na kogo mężczyzna zwrócił uwagę większą niż proste powitanie, była to Alva, gdy ta jeszcze szła na statek. Wątpił by ktokolwiek inny doceniał malowniczość sceny jaka przypadkiem się wydarzyła. A już na pewno nie jej główna bohaterka, która raczej nie należała do osób skupiających na sobie uwagę. No, ale wreszcie byli w komplecie. 

 

***

 

Mężczyzna obserwował wodę, wodził wzrokiem po chmurach, przyglądał się marynarzom. Skojarzyło mu się to z obrazem który kiedyś zobaczył. Niestety sytuacja robiła się powoli nieprzyjemna. Nawet jeśli nie znał się na żeglarstwie, potrafił dostrzec drobne rzeczy zwiastujące niebezpieczeństwo. 

W swoim szaleństwie, Cornelis trochę żałował, że nie był na pokładzie. Wzburzone morze było widokiem wspaniałym, dzięki któremu powstało wiele wspaniałych dzieł sztuki. Ale zobaczyć szalejący żywioł było jeszcze lepsze.

Siedząc tak w koncie, trzymając się ściany, był zaskakująco spokojny. W pewnym sensie. Widać było ciekawość, w mniejszym stopniu szaleństwo, na jego twarzy, ciekawość która wytłumiała strach i nudności. Jeśli przetrwa, będzie musiał napisać coś o tej całej wyprawie. Może sztukę teatralną? Albo operę? 
Gdy trzy otwarły się, jego oczy z powędrowały na zewnątrz. Dopiero potem spojrzał na Tanye. Wysłuchał jej słów. Było źle, jak bardzo chciałby zająć się myśleniem o sztuce, ta chyba mogła poczekać. W końcu, jak zginie to jej nie napisze. Do tego doszło ratowanie szalupy i Hobbesa. Nie spodziewał się, że podróż będzie aż tak emocjonująca i to od samego początku. 

- Pomimo tego, że bardzo bym chciał, nie wiem czy zdołam wspiąć się na reję. Obawiam się, że spowodowałbym tym więcej kłopotów.  - odezwał się do Maksima. - Mogę jednak spróbować jakoś pomóc z szalupą. Wątpię bym przy tym mógł pogorszyć sytuacje. Do tego przyda się chyba każda para rąk, prawda? - nie wspomniał już o tym, że chciał poobserwować sztorm. Był szaleńcem, nie głupcem. Wiedział, że inni źle by to odebrali. 


 

Edytowane przez Mephisto

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

YDkUobe.jpg

 

Tanya już chciała odpowiadać na pytanie Zevrona, widać to było doskonale, bo otworzyła usta i nabrała powietrza, robiąc przy tym zamaszysty ruch dłonią, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, statek zachybotał, a ona musiała chwilowo skupić się na tym, aby nie wylądować na podłodze.

Pocieszny? - mechanik prychnęła ze zniecierpliwieniem. Widać w tym momencie miała ochotę określić Hobbsa zgoła innymi przymiotnikami. - Ale dobrze mówisz, Aristov. Słyszałam zresztą, że dobrze mówić potrafisz. - to chyba był komplement. Trudno powiedzieć. Panna Wexler niespecjalnie ogarniała kontakty międzyludzkie. Zwłaszcza w czasie sztormu. - Pomoc z szalupą zawsze się przyda. - skinęła Cornelisowi głową, tak zamaszyście, że każdy dred i warkoczyk jej zawtórował. - Nie byliśmy na to przygotowani, załamanie przyszło tak nagle, że nie zdążyliśmy jej odpowiednio zabezpieczyć.

Kolejny piorun przeszył niebo, a statek wydawał się raczej tańczyć energiczne serkonoskie tańce miejskie niż rzeczywiście płynąć. Woda z impetem uderzyła w bulaje z hartowanego szkła. Tanya mocniej chwyciła się framugi.

- Niezależnie od tego co postanowicie, sugeruje przenieść się na wyższy poziom. W kubryku załogowym będzie dłużej sucho niż tutaj, a ja muszę sprawdzić, co z tym cholernym, pociesznym Hobbsem.

Obróciła się, próbując zachować równowagę i ruszyła po metalowych schodach ku górze, kiedy Alice przeszukiwała podręczny zestaw medykamentów. W końcu odnalazła flakonik z lekarstwem. Percival rzeczywiście nie wyglądał na kogoś, komu łatwo będzie je zaaplikować. Ale czy miała wybór? Biedak lada moment się przecież odwodni. No i Stary Desant naprawdę robił sobie karuzelę z ich mniej lub bardziej wrażliwych żołądków.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FDypM8M.png

 

Maksim Olgovich Aristov

 

Aristov przez małą, krótką chwilę w zaciekawionym, badawczym milczeniu obserwował reakcję zebranych na wypowiedziane przez siebie słowa. Posyłając Tanyi lekki uśmiech, równie podatny na interpretację co słowa kobiety-mechanik (mogący oznaczać - zarówno bądź do wyboru - podziękowanie za komplement jak i deklarację poparcia), jedną ręką złapał się przytwierdzonej do ściany solidnej, metalowej półki. W tym geście mężczyzny było coś przewidującego, gdyż jak na komendę morskie fale, wzburzone furią sztormu, uderzyły w statek mocniej niż do tej pory zwykły czynić.

- A więc mamy co najmniej dwie pary rąk do szalupy. -  podsumował, kiedy Tanya zniknęła u szczytu schodów. Niektórzy zauważyli, jak ton głosu Maksima staje się mniej sympatyczny, a bardziej rzeczowy. - Naturalnie zapraszamy wszystkich chętnych, prawda, Cornelisie? Ustalmy czas zbiórki na za dziesięć minut, na półpiętrze prowadzącym na pokład. Po drodze zahaczę o wspomniany kubryk. -  mężczyzna po raz kolejny stuknął laską o deski pokładu, dając sygnał Pietce, aby trzymał się swojego pana.  

- Jeszcze jedno... - zatrzymał się w progu, obracając się delikatnie ku zebranym w kajucie - Myślę, że zgodzicie się ze mną, że w kontekście naszego zadania bezpieczeństwo szalupy góruje nad bezpieczeństwem imić Hobbsa. Pamiętajmy jednak, że jeżeli położymy na nim krzyżyk, a ten krzyżyk okaże się krzyżem grobowym, reszta załogi będzie miała to w pamięci przez resztę rejsu. Percivalu, dużo zdrowia. - ostatnie słowa wychodzącego Aristova nałożyły się na kolejną kakofonię grzmotów.

Edytowane przez Deckard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

rHI65Im.png

Zevron Kavis

 

Chrup. Chrup. Chrup. Ostatnie winne grona zniknęły w ustach Zevrona gdy ten wsłuchiwał się w wymianę zdań między mechanik pokładową a Maksimem. Co do jednego mieli rację. Priorytetem była szalupa i faktycznie wypadałoby zadbać o to by była ona gotowa do użycia. Zwłaszcza jeśli była tylko jedna, co oznaczało że niestety nie ma co raczej liczyć na kobiety i dzieci przodem. Priorytet miała ich grupa a z ich grupy Percival który miał przy sobie tajemnicze pudełeczko. Co zaś się tyczy reszty załogi...

Kiedy Tanya wyszła zaczął pogwizdywać pod nosem skoczną marynarską melodię. Mimochodem sięgnął do pasa by upewnić się że broń jest bezpiecznie umocowana przy pasie, nie miał specjalnej ochoty jej zgubić przez cholerną burzę. Słysząc drugie zdanie Maksima uśmiechnął się kącikiem ust, ciesząc się że nie on jeden rozumie priorytety którymi powinni się kierować. Wstał, rozstawiając szeroko nogi, odruchowo odstawiając misę po winogronach na jakiś stołek, zupełnie zbędnie gdyż już po chwili po kolejnym uderzeniu fali toczyła się ona po ziemi.

- Dobrze mili państwo, mamy w takim razie dziesięć minut na przeprowadzkę wyżej. Ktoś potrzebuje pomocy? W pełni zgadzam się z panem Aristovem, priorytetem jest zespół i misja, potem szalupa jako środek awaryjny realizacji misji, a biedny Hobbs... Cóż możliwe że ma dzisiaj pecha. - zerknął na Alice, Alvę i Percivala, Cornelius chwilowo nie wydawał się potrzebować pomocy - Pomóc wam wejść na górę? Nie ma co szarżować, każdy ma mocniejsze i słabsze strony.

Zev gotów był służyć ramieniem przy wejściu na górę każdemu kto by o to poprosił by w miarę możliwości sprawnie przenieść się wyżej a następnie za 10 minut ruszyć na pokład aby ocenić sytuację.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

L3dHdLw.png

 

Alva Lazarev

 

Morze uparło się atakować łajbę w coraz bardziej nieprzewidywalny sposób i był to jeden z powodów, dla którego przemowa Maksima nie wywarła na Alvie odpowiedniego wrażenia. Drugim zaś był prosty fakt, że słowami w tej sytuacji mógłby pomóc raczej na miejscu, medyczce, której problemem wydawała się sama burza, a nie choroba morska. Aristov jednak zaraz wyszedł. Alva wetknęła do kieszeni suchar i gestem nieco nerwowym, ale i pełnym jakiejś podjętej właśnie determinacji, mocno związała włosy. Spojrzała na Zevrona. Przy bladej twarzy jej oczy zdawały się niemal zupełnie czarne.

- Jak mamy pomóc, nie ma na co czekać - stwierdziła. Cofnąć się do kubryka mogli przecież w każdej chwili.

Wstała, stając szeroko na nogach i zaciskając na wszelki wypadek szczęki. Póki co przynajmniej żołądek nie wywinął od razu fikołka do góry nogami. No może pół... Może trzy czwarte. Pocieszające. Lekko. 

- Percy... - odwróciła się w kierunku Addera, ale kolejne kilka sekund zajęło balansowanie na chwiejnym pokładzie. - Świeże powietrze też może pomóc.

Miała nadzieję, że pomoc  towarzyszowi skłoni do wyjścia nawet Alice, kto wie? W tej chwili Alva nie rozważała priorytetów, ponieważ nie miała oglądu, co się dzieje na górze. Pogoda potrafiła weryfikować działania bardzo szybko także w górach, a tutaj...

- Ja idę - kiwnęła głową Cornelisowi. I od razu, na potwierdzenie słów, ruszyła do wyjścia. Wiedziała już, gdzie jest kubryk, gdyż pierwszego dnia mieli dość czasu na zwiedzanie statku. Wyjrzy więc na pokład, w razie czego wyrzuci balast zbuntowanego żołądka za burtę i wróci na zbiórkę. O ile nie zmienią się priorytety.

 

 

Edytowane przez Vadeanaine

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

CnEUa3H.png

Alice Vollip

 

Alice gorzko pożałowała chwilowego odsłonięcia uszu by pomóc Percivalowi w jego męczarniach. Po raz kolejny ambicja i chęć ulżenia kompanowi wzięła górę. Kiedy tylko uwolniła ręce, pospiesznie wtuliła się w ścianę kabiny, ponownie przyciskając dłonie do poczerwieniałych uszu. Jej przerażenie nieco zmniejszyło zamieszanie wywołane przez Tanye i pilną potrzebę współpracy w krytycznej sytuacji. Było to jednak niewystarczające, aby mogła wrócić do normalnego funkcjonowania.

 

Doskonale usłyszała słowa Pani Mechanik, Maksima i Zevrona.

Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że musi ruszyć się z miejsca i przenieść w to bezpieczniejsze.

Doskonale wiedziała, że przydałaby się na pokładzie przy wspinaniu na reje i uratowaniu nieszczęsnego Hobbsa, a także przy szalupie.

 

Słowa Maksima dodały jej odrobinę otuchy, co świadczyło o smykałce do dowodzenia, jaką posiadał. Przez kilka sekund poczuła to miłe ciepło natchnienia na sercu, jednak każde kolejne błyski wywoływały paraliż. Spinała mięśnie tak mocno, że czuła wyraźnie ich pulsowanie ze zmęczenia. Nie może pokazać się grupie jako tchórz. Nie po to wycierpiała swoje, żeby przez jeden meteorologiczny incydent zepsuć reputację, jakiej się dorobiła. Szybko oszacowała, że perspektywa zostania tu s a m e j jest o wiele bardziej przerażająca niż przeniesienie się piętro wyżej, bliżej burzy.

 

- Zevronie... - Alice ciężko nabrała powietrze do płuc, próbując uspokoić kolejny atak paniki. Spojrzała nieśmiało w jego stronę. - Jeśli Percival da radę sam wejść do kubryku, czy mógłbyś... Pomóc mi? Nie jestem pewna czy dam radę.

 

Medyk posłała słaby uśmiech mężczyźnie. Nikt na szczęście nie widziała jak pod maską na policzkach Alice rozlały się czerwone rumieńce wstydu. Wiedziała, że jeśli znowu wstanie da radę utrzymać się na trzęsących, jak galareta, nogach tylko przez kilka kroków. Właściwie to cała się trzęsła. Nie ma siły walczyć ze swoją fobią. Tak naprawdę nigdy nie miała po owym przełomowym wypadku.

Edytowane przez LuniLan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Y98nvqv.png

Percival Adder

 

Percy bynajmniej nie docenił pokrzepiających wypowiedzi Aristova, ale miał zbyt dużo na głowie, czy raczej na żołądku (jakim cudem miał jeszcze cokolwiek na żołądku pozostawało tajemnicą nie mniejszą niż zawartość puzderka, które wciąż spoczywało bezpiecznie w kieszeni), by jakkolwiek to skomentować. Mimo wszystko poczuł przemożną, choć chwilową bo przemoc to rozwiązanie istnie barbarzyńskie, potrzebę kopnięcia magnata w dupę, za życzenia zdrowia, które nijak nie brzmiały szczerze.

Wypluwając kolejną porcję żółci, spojrzał na bladą Alvę, która choć blado radziła sobie zdecydowanie lepiej od niego. Jeśli lubił zaradnych mężczyzn, a na taką wyglądała, to ta wycieczka przekreśliła wszystkie jego szanse, chyba że pokaże się jeszcze z dobrej strony, w co przy obecnym stanie morza i swojego żołądka szczerze wątpił. Poważnie więc rozważył jej propozycję wyjścia na zewnątrz. Rozważania przerwała kolejna fala uderzajaca w burtę statku, sprawiając, że Percy, pomimo pozycji siedzącej, omal się nie przewrócił i wylał nieco zawartości kubełka, co do której niewątpliwie wszyscy woleliby by pozostała ona w środku.

Już miał odpowiedzieć przecząco, kiedy okazało się, że nawet Alice zamierza udać się na górę. Po szybkiej analizie stwierdził, że nie wyszedłby na skończonego tchórza i miernotę, a to nie uchodziło.

- P... pójdę - powiedział zmarnowanym głosem przełykając kolejną porcję żółci - Ale czy... czy mogła... mogłabyś mi pomóc? Pomo... pomoglibyśmy sobie... razem...

Może i sam dałby radę, będąc przyklejonym do ściany, ale skoro Alice potrzebowała pomocy i była najwyraźniej kobietą, która roztaczała troskę, to przynajmniej postara się być szarmancki (na tyle ile to możliwe w jego stanie). Może choć na niej wywrze dobre wrażenie. Zresztą strasznie ciekawiło go jak dziewczyna wygląda pod maską, a tak będzie blisko by spróbować podejrzeć.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

b8aUZnF.png
Cornelis Patching

 

 

Aristov był charyzmatyczną postacią, Patching nigdy nawet nie śmiałby mu tego odmówić. Jego krótka przemowa zdołała nawet chwilowo pokrzepić Alice. Niestety, brakowało im magicznej mocy uzdrawiającej z choroby lokomocyjnej która dotknęła Percivala. Ale poza medykamentami chyba nic by mu nie pomogło. 

Oczywiście. Każdy kto zechce pomóc się przyda. Ale jeśli będzie to ponad wasze siły, to nie musicie się zmuszać, - oznajmił po słowach Aristova na temat pomocy, a potem twierdząco kiwnął głową na temat zbiórki. 

Ciekawe czy będą musieli używać szalupy, a może jakimś cudem statek przetrwa? Jednakowoż to nie nad tym miał myśleć teraz Patching. Miał myśleć nad zabezpieczeniem szalupy, nie nad tym czy się przyda. Został ostatnią z osób które zgodziły się pomóc przy szalupie która jeszcze nie wyszła na postać. Zerknął na pozostałych, odchrząknął. 

- Ja też już idę. - Oznajmił tylko po czym pozwoli im zająć się sobą, w czasie gdy samemu udał się do wyjścia.

 

Pozwolił deszczowej wodzie uderzać o swoją twarz gdy spojrzał w niebo. Piękny widok, straszny i tak piękny zarazem. Nic dziwnego, że natura była inspiracją tak wielu obrazów i dzieł. 

- Czy boisz się przytłaczającego grzmotu? A może zderzających się chmur niosących strach? - wymamrotał cytat pod nosem pod nosem, przez kilka sekund jeszcze spoglądał w górę z rozmarzonym wyrazem twarzy ale szybko powrócił do standardowego i jakby dopiero teraz zauważył jak bardzo rzucało statkiem i przez to szybko ruszył w kierunku kubryku, najwyżej zostawi tam płaszcz, który przemoczony i tak bardziej by przeszkadzał niż pomagał. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Nie tak to sobie wyobrażałaś, prawda, Alice? Nie tak to miało wyglądać. Nie teraz, nie od razu. Wiedziałaś, że kiedyś musi się to stać, oczywiście, że wiedziałaś. Zbyt wiele przetrwałaś, by wierzyć w to, że los czegoś w końcu nie pokpi. Alice, pamiętasz lata spędzone w Akademii? Zapach książek, mocny głos Antona Sokołowa, zawsze przydymioną pracownię chemiczną i nieustający jazgot, dochodzący z sali wynalazków? Tak przyjemny dla ucha, kiedy już się do niego przyzwyczaić. Wtedy niestraszne były załamania pogody, przerysowane opowieści marynarzy i statki chyboczące się na horyzoncie. Wtedy nic nie było straszne. Miłe wspomnienia przeszłości.

Pomyśl o nich, Alice. Niech osłodzą ci choć trochę gorzką rzeczywistość. Zasłużyłaś przecież na odrobinę otuchy. Kto, jeśli nie ty, Alice?

 

*

 

Stary Desant był, być może, stary, ale był też cholernie dobrze przemyślaną konstrukcją. Zauważyli to już pierwszego dnia, mniej lub bardziej dokładnie przechadzając się po statku. Metalowe schody prowadziły z od najniższych pomieszczeń pod pokładem, przez kubryk załogi aż do kajuty kapitańskiej ulokowanej w najwyższym punkcie kadłuba. Dzięki temu, w czasie sztormu lub innych nieprzewidzianych wydarzeń, wszyscy upoważnieni mieli łatwe dojście do maszynowni.

Oczywiście, miało to też swoje minusy. Na przykład takie, że pokład na każdym piętrze oddzielony był od wnętrza solidnymi i cholernie ciężkimi włazami. Axton Holder osobiście dopilnował, by wodoszczelnie drzwi zbudowane zostały z najlepszej stali, jaką można było zdobyć w Karnace, gdzie okręt powstawał. Cóż, udało się, ale dla chcących ratować szalupę oznaczało to, że z drzwiami trzeba będzie się posiłować.

 

Ale to nie teraz. Najpierw przecież wszyscy postanowili pójść za radą Tanyi i opuścić pomieszczenie jadalne. Świst wiatru przeciął powietrze, kiedy tylko otworzyli drzwi, kierując się po metalowych schodach ku górze. Było ciemno, chociaż przecież zegar wskazywał godziny późno popołudniowe - do zmierzchu zostało jeszcze trochę. Potężne burzowe chmury nic sobie jednak nie robiły z ludzkiej miary czasu, przesłaniając niebo ciemnym całunem. Stukot ich butów wybijał jednostajny rytm. tup. tup. tup.

Urywał się na moment kiedy Desant kołysał się nazbyt energicznie. 

tup. tup. tup.

 

Przodem poszedł Maksim Aristov. Jasne, mógł wierzyć w umiejętności Pietki, wszak buldożek odziedziczył imię po nader zaradnym służącym, który szalupę uratowałby na pewno, jeśli odpowiednio by go do tego zmotywować, ale wolał nie ryzykować. Tym bardziej, że im bliżej pokładu, tym Pietka wyraźniej pokazywał, że burza to jednak nie jego żywioł. Nie oznaczało to, oczywiście, że się jej bał, po prostu... po prostu to nie był jego dzień. Oklapł nieco, biedaczysko, choć starał się sprawiać wrażenie dzielnego, uważnie rozglądając się do okoła, tymi swoimi oczętami, na widok których damy na salonach chichotały zapamiętale. Tak, zaprowadzenie Pietki do kubryka było decyzją nader fortunną.

Sam zwierzak przyjął ją zresztą z ulgą, bo choć wspólny pokój załogi nie należał do najprzytulniejszych z tym wielkim żelaznym piecem, przypomminajacym wykrzywioną w grymasie twarz, prostymi i zapewnie niezbyt wygodnymi kojami, stołem przytwierdzonym śrubami do podłogi i szeregami mniejszych lub większych, opatrzonych inicjałami skrzyń, to Pietka zaszczekał radośnie, przyjmując z ulgą nowe wnętrze. Przynajmniej nie chcą go teraz po dworzu przeganiać w tę pogodę jak pod psem.

Alice, Percy, Alva i Zevron dołączyli nieco później. Percival, choć z przetrzebionym żołądkiem i twarzą bladą jak w pierwszym stadium Szczurzej Zarazy, nie zamierzał nie pozostać szarmancki i podał Alice ramię. Trudno było powiedzieć, czy prowadzenie przerażonej kobiety przez cierpiącego na chorobę morską mężczyznę jest rozwiązaniem najszczęśliwszym, ale na szczęście nad pochodem czuwali Zevron i Alva, której rzeczywiście spacer służył.

Zevron zresztą z miłym zaskoczeniem odkrył, że skrzypiące schody, wystrój kubryka, wodoszczelne włazy i ciemne korytarze wydają się dziwnie znajome, przypominając wszystkie morskie przeprawy, w których brał udział. Zazwyczaj, tak jak teraz, w charakterze pasażera, ale i jako pasażer można się przecież wiele nauczyć.

 

Ci, którzy zamierzali zostać w kubryku, mieli dla siebie całkiem przestronną przestrzeń. Nikogo więcej tutaj nie było, no, oprócz kilku szczurów, co jakiś czas wyglądających spod koi i chroboczących zapamiętale. Najwyraźniej i szczury wiedziały, że w kubryku jest najbezpiecznej, bo jeden nawet zwinnie przedarł się między nimi, kiedy otwierali ciężki właz. Widok rozciągął się stąd lepszy, o ile oczywiście ktoś chciał mieć lepszy widok na szalejący na zewnątrz sztorm.

 

Ci, którzy zdecydowali się pomóc przy szalupie, wyszli na pokład, dołącząjąc do Cornelisa, który już jako tako zorientował się w sytuacji. Nie była za ciekawa. Marynarze krzątali się po okręcie, przekrzykując burzę. Gdzieś na dziobie kapitan statku pouczał pomocników, ale zaraz zniknął im z oczu, naglony kolejną pilną sytuacją, która należało rozwiązać. Niewiele osób zaprzątało sobie nimi głowę, za dużo mieli na własnych. 

Tanya stała niedaleko rei, z zadartą głową. Ktoś próbował przyczepić linę do drzewca. Kiedy spojrzeli ku górze, zobaczyli zarys sylwetki. Hobbes musiał wejść tam, żeby spuścić żagle tuż przed sztormem, ale zejść już rzeczywiście nie zdążył. Trzymał się teraz kurczowo poziomej belki, siedząc na niej okrakiem, kilkanaście metrów nad pokładem. Cóż, przynajmniej jeszcze nie spadł.

 

Szalupa znajdowała się nieco dalej. Chodź, po prawdzie, bardziej przypominała małą łódź niż szalupę. Spokojnie mogło się w niej zmieścić kilkanaście osób, miała też swój silnik, zadaszenie i niewielki kokpit. Była przywierdzona do kadłuba za pomocą ciężkich łańcuchów, opadających z wyższego poziomu statku. 

A w zasadzie, nie była przytwierdzona tak do końca. Doskonale widzieli jak się chybocze. Jeden z marynarzy próbował umocować hak do odpowiedniej szczeliny. Trzeba to było zrobić z conajmniej jeszcze jednym łańcuchem. 

Dwoma. - poprawił marynarz o mięśniach tak wielkich, że pewnie kiedyś parał się wyciąganiem wielorybów na brzeg. - Problem jest w tym, że jeden z haków zaczepił sie o szalupę. Trzeba tam wejść i go usunąć. Ja nie przeskoczę. - odpowiedział i nawet się trochę zmieszał, o ile mogili dostrzec jego twarz. Sytuacja wymagała więc nie tylko siły, ale i sprytu. Między szalupą a kadłubem mieli jakieś dwa metry odległości. Można było przejść tam po jednym z przyczepionych łańcuchów, albo spróbować przeskoczyć.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Y98nvqv.png

Percival Adder

 

Cóż, jednego Percival mógł być pewien, to był najmniej romantyczny spacer pod rękę z damą w jakim zdarzyło mu się uczestniczyć. Ciężko powiedzieć kto kogo bardziej podtrzymywał i prowadził, sceneria też pozostawała wiele do życzenia, a sam złodziej przynajmniej dwa razy musiał zmusić się do połknięcia kolejnych porcji żółci by nie zarzygać kubraczka Alice. Ale mimo tych przeciwności udało im się dotrzeć do kubryku, gdzie Percival opadł ciężko na jakieś krzesło. Potrzebował chwili by zebrać siły i wyjść do reszty, która oceniała sytuację na zewnątrz.

Nie było wiele do oceniania. Było fatalnie, kropka.

Hobbes jakoś się trzymał, ale przy tym jak żałośnie czuł się Percy, raczej wątpił by zdołał wspiąć się na maszt by pomóc marynarzowi. A jeśli chodziło o szalupę, to nie był w stanie ani przeskoczyć szczeliny, ani przejść po łańcuchu. Na wszystko był zbyt osłabiony. Ale nie znaczyło to, że był całkiem bezużyteczny. Znów spojrzał na Hobbesa, a potem na Tanyę.

- Macie... glup... macie może pod ręką jakiś harpuny? Może da się wystrzelić mu linę? - krzyknął starając się przekrzyczeć rozszalałe morze.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

rHI65Im.png

 

Zevron Kavis

Wyszedł na pokład z wyraźnie zbolałą miną. Nie lubił deszczu. Nie lubił moknąć. Ale jeśli pójdą na dno to zmoknie jeszcze bardziej, więc nie widział innego wyjścia. Postawiony kołnierz nie chronił przed wiatrem i deszczem, zakładanie kaptura bądź kapelusza nie miało natomiast sensu przy szalejącym wietrze. Stojąc na szeroko rozstawionych nogach starał się ogarnąć wzrokiem kontrolowany [mniej lub bardziej] chaos jak stanowiły działania załogi na pokładzie. Widząc Hobbesa zaklął cicho. Pewnie dałby radę wejść na górę żeby mu pomóc, ale nie w takich warunkach. Jeśli zaś chodzi o szalupę... Dwa metry nie stanowiły dużego dystansu. Zwłaszcza jeśli udało by się wziąć rozbieg. Niemniej ze względu na otoczenie nadal było to piekielnie ryzykowne. Widząc Percivala który postanowił do nich dołączyć skinął głową z uznaniem. Dobrze było widzieć że choroba morska nie rozłożyła go całkowicie. Zastanowił się chwilę spoglądając na stojącą przy nim górę mięśni, która tak usłużnie podrzuciła im informację.

- Ale jeśli przydałyby nam się Twoje mięśnie przyjacielu dałbyś radę nam pomóc? Potrzebne będą nam dwie liny. Jedna żeby ubezpieczyć osobą która spróbuje dostać się do szalupy, jak nie trafi to najwyżej zamiast kąpieli poobija się trochę o burtę a ty raczej bez problemu wciągniesz ją.  Druga żeby podać ją nieszczęsnemu Hobbsowi, jeśli się nią obwiąże powinniśmy dać radę spuścić go na pokład jeśli wykorzystamy reje jako punkt oparcia dla liny. - Ponownie zerknął na postać nad ich głowami - Jeżeli lina będzie odpowiednio lekka powinno nawet dać się ją umocować do strzały, wystarczyłby nawet sznurek przy pomocy którego wciągnie właściwą linę. Ewentualnie jeśli ktoś ma jakieś doświadczenie można by spróbować mu ją rzucić. - Zastanowił się chwilę spoglądając na towarzyszy - Mogę spróbować przeskoczyć do szalupy jeśli znajdzie się ktoś chętny na ubezpieczanie mnie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FDypM8M.png

 

Maksim Olgovich Aristov

 

Eks-dyplomata, stojący tuż za wykładającym swój plan Zevronem, poklepał Serkończyka po plecach na znak pełnej aprobaty dla zaproponowanego planu działania. W obecnej sytuacji, pełnej błysków piorunów, huku wściekle napierającej wody, niestabilnego pokładu oraz boleśnie zacinającego, zimnego deszczu nie pozostawało nic innego, jak wprowadzić go jak najprędzej w życie. Aristov, mrużąc jedno oko na rzecz lustrowania otoczenia za pomocą drugiej źrenicy, wygodnie osłoniętej mechanicznym monoklem, włożył laskę do skórzanej pochwy umocowanej do pasa. Wciągając nosem co sił powietrza w płuca, zabierał się do przekrzykiwania sztormu. 

- Marynarzu! - krzyknął w stronę stojącego kilka kroków dalej osiłka. Wycelowany w mężczyznę palec nie pozostawiał wątpliwości, że to właśnie on jest adresatem wezwania Maksima. - To twój dowódca. - wskazał na Zevrona - On mówi, ty robisz... Odpowiadasz za jego bezpieczeństwo... własną głową. - następnie, dając wyraźnie do zrozumienia, że marynarz jest od wypełniania poleceń, nie zaś od ewentualnego dyskutowania, zaczął rozglądać się po pokładzie. Sylwetki pozostałych marynarzy przemykały w pośpiechu po pokładzie, zajęte dobrze znanymi obowiązkami lub takimi, które wynikały z potrzeby chwili.

- Znajdę harpunnika... kogokolwiek, kto jest w stanie miotać... czymkolwiek... solidnym. - z pewnym uznaniem skinął głową Percivalowi, zaskakująco mężnie znoszącemu trudy choroby morskiej. Zanim odszedł, położył dłoń w okolicach serca. - Pamiętaj o kieszeni! - rzucił na odchodne ni to przypomnienie, ni przestrogę, po czym ruszył, sieczony strugami wody i targany gwałtownymi porywami wiatru.

 

 

 

Edytowane przez Deckard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

b8aUZnF.png

Cornelis Patching

 

Patching wiedział, że nie był zbyt silny, jednak sądził, że miał jej dość aby pomóc z zaczepieniem haków. Zerknął na górę, kierując wzrok na Hobbesa. Ocenił wysokość, dość dokładnie, jak to miał w zwyczaju. 

Może być ciężko o linę dość lekką żeby wystarczyła do niej strzała - rzucił tylko i skierował swoją uwagę na szalupę. Mógłby spróbować tam przeskoczyć, chociaż miał na to marne szanse, gdyby nie burza to może i by mu się to udało, ale nie w takich warunkach. Szczęśliwie dla życia każdego na łodzi, Zevron zechciał to zrobić, miał na to większe szansę. Ale trzeba było go ubezpieczać. - Nie jestem najsilniejszą osobą w okolicy, ale wierze, że jeśli użyję barierki będę w stanie cię ubezpieczać. - oznajmił spokojnie. - Z pomocą pana... - zerknął na marynarza który podrzucił im informacje, trochę zacinając się, nie wiedząc jak go określić - Marynarza i moją, będziesz musiał martwić się tylko o to, żeby doskoczyć. Na razie mogę zająć się zdobyciem lin. Z racji, że pan Maksim szuka harpunnika.  - dodał po czym rozejrzał się w poszukiwaniu najbliższych lin. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

L3dHdLw.png

Alva Lazarev

 

Zaraz po wyjściu na pokład Alva poczuła się lepiej i wpływ miało na to nie tylko świeże, zimne powietrze. Przede wszystkim widząc nadciągające fale łatwiej było  odpowiednio przyjąć balans. Gdy towarzysze dyskutowali, ona bacznie lustrowała plątaninę lin przy kołyszącym się pod naporem sztormu maszcie. Mrużyła oczy  przed siekącym deszczem, ale potęga natury, choć niewątpliwie niebezpieczna, budziła w niej  jedynie podziw i respekt, nie strach. Trzeba było pomyśleć o pomocy. Przy szalupie zebrało się już dość osób, następna mogłaby jedynie zawadzać.  Faktycznie, można byłoby wystrzelić linę dla Hobbesa, jednak w takich warunkach nawet doświadczony strzelec nie miał pewności trafienia. Czy mógł istnieć pewniejszy sposób? Alva przypomniała sobie statek Yassina tuż przed wypłynięciem, udekorowany rzędem flag, których znaczenia nie rozumiała. Pamiętała jednak, że wisiały, doskonale widoczne, pomiędzy żaglami.

- Nie wiem od czego są te wszystkie liny - krzyknęła stając obok Tanyi. Przeczekała kolejny trzask pioruna, tak odmienny od długich, głębokich dudnień  grzmotów w górach -  Wszystkie tylko od żagli? Nie macie jakichś do podnoszenia znaków? Nie dałoby się przymocować  liny dla  tego człowieka, do sznurów sygnałowych i tak ją wciągnąć, - jak tamte flagi, pomyślała -  bez narażania kolejnej osoby? Nie ma ich w zasięgu?

 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

CnEUa3H.png

Alice Vollip

 

Medyk przyglądała się wszystkiemu z bezpiecznej odległości, jak najbliżej wejścia do kubryku. Narzuciła na głowę kaptur, mając szczerą nadzieję, że chociaż to złagodzi huk. Z zaciśniętymi ustami w cienką kreskę, tłumiła strach przed burza miłymi wspomnieniami z dzieciństwa i młodzieńczych lat nauki w Akademii. Usilnie próbowała wizualizować wszystko, co normalnie wywołałoby uśmiech na jej twarzy.

Siarczysty zapach substancji chemicznych w laboratorium. Przepiękne mieszaniny kolorów. Chropowata tekstura papieru pod palcami. Słodko brzmiący głos jednej z profesorek, której wykładów można było słuchać godzinami. Gwałtowne rozbłyski barwnych światełek przy akompaniamencie wybuchów o różnych tonacjach podczas reakcji chemicznych. Przecież nic Ci nie grozi. To nie wystrzały z pistoletów, które miały wywołać w Tobie ataki paniki. To nie łomot dziwacznych maszyn o dziwacznych zastosowaniach.

 

Alice potrząsnęła głową. Skupiła wzrok na chudej postaci Percivala. Mimo tego ciągłego strachu musiała czuwać nad tymi, którzy oczekiwali jej pomocy. Bała się, że z powodu odwodnienia chłopak może stracić przytomność, doznać jakiegoś szoku, znacznie osłabnąć. Jej spojrzenie również zatrzymało się na Hobbesie. Możliwe, że i on będzie potrzebował drobnej opieki.

 

Błysk, grzmot.

Cichy brzdęk stalowych narzędzi chirurgicznych. Ich blask w świetle lamp, mienią się niczym droga biżuteria. Ta ekscytacja rozchodząca się po całym ciele. Wreszcie metaliczny zapach ludzkiej krwi, wypełniający pracownię biologiczną. To był dopiero strach - poprawnie przeprowadzić operację, zdać testy i zyskać aprobatę samego Antona Sokołowa. Ale... Ten porażający ból ciętej skóry. Albo swąd...

 

Nie słyszała słów nikogo, choć widziała jak wszyscy ruszają ustami. Wygląda na to, że mężczyźni zajęli się szalupą, ale Alva postanowiła pomóc biednemu marynarzowi. Ale udała się w jej stronę. Nadal szła lekko przygarbiona, ale przynajmniej szła. Uniosła głowę, oceniając odległość i stopień trudności wspinaczki na reję.

Słysząc propozycję Alvy, przytaknęła. Spojrzała na Tanye, czekając na jej odpowiedź. Alice postara się zrobić wszystko na ile starczy jej sił i odwagi żeby pomóc czy przy sprawie Hobbesa czy przy szalupie. Wciąż ukradkiem zerkała na Percivala.

Edytowane przez LuniLan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Wszystko działo się szybko. Sztorm był walką. Walką z bardzo nierównym przeciwnikiem. Walką nie o to, aby pokonać wroga, ale o to, żeby wyjść z niej cało. Jakże mikry wydawał się Stary Desant ze wszystkimi swoimi ulepszeniami przy szalejącej burzy. W konfrontacji natury z technologią ta pierwsza zdobywała kolejne punkty, triumfalnie ogłaszane przez głośne grzmoty i rozświetlające niebo błyski. Dobrze, że teraz o tym nie myśleli. Byli zbyt rozsądni, żeby myśleć, kiedy wszystko, co mogło być pomyślane, pomyślane zostało. Przyszedł czas na działanie, a działanie miało swoje etapy. 

 

Pierwszym z nich była szalupa. Wagę sytuacji odczuwał nawet rosły marynarz, który co prawda ponuro odburknął na zawoalowaną groźbę Maksima, ale nie zamierzał mitrężyć. Pewnym krokiem ruszył w stronę mostku nawigacyjnego, zniknając im z oczu. Zevron i Cornelis mogli nawet zwątpić, czy zamierza wrócić, ale zanim na poważnie zaczęli obawiać się, że ich plan weźmie w łeb, mężczyzna pojawił się z kawałkiem porządnej liny, przewieszonym przez ramię. 

Uwinęli się szybko. Zevron miał wszak doświadczenie z linami, a i marynarz nie pozostawał w tej kwestii żółtodziobem, toteż po chwili lina została profesjonalnie związana na klatce piersiowej Serkończyka, w taki sposób, by węzeł nie zaciskał się pod obciążeniem. 

My trzymamy jak pirat rum. Ty lecisz. - marynarz powtórzył plan ograniczając go do najważniejszych informacji. Nie trzeba było zresztą powtarzać go dwa razy. Cornelis zaparł się twardo o deski pokładu, a Zevron skoczył. 

 

 

~ Distant Honor

 

 

Był zwinny. Zawsze był tym najzwinniejszym. Udowodnił to już dawno temu, przechodząc próby, którym większość by nie podołała. O czym myślałeś, Zevronie, skacząc? O tym, że cel jest blisko? O wyrazie twarzy Emily, kiedy dowie się, że rozstrzaskałeś się o kadłub? Czy też o tym, że dasz radę, bo przecież mężczyzna o czarnych oczach nie mógł się wtedy, dawno temu, mylić?

 

Zevron odbił się od balustrady i skoczył. Najpierw poczuł jak lina się napina, a potem, kiedy złapał się wystającej belki, odzyskując równowagę, nieprzyjemne pieczenie. Nie mógł w tej pogodzie zauważyć ostrego zakończenia żerdzi, które rozcięło mu dłoń. Niezbyt głęboko, ale boleśnie. Najważniejsze jednak było to, że mu się udało. Czuł pod stopami twardą powierzchnię. Nie zamierzał zresztą tracić na szalupie zbyt wiele czasu, tym bardziej, że deszcz wciąż zacinął niemiłosiernie, a pokład był i tak wystarczająco śliski. Odczepił zaklinowany hak, montując go do liny. Teraz wystarczyło tylko wrócić i włożyć go do odpowiedniej szczeliny, zabezpieczając tym samym szalupę.

W teorii brzmiało to prosto. 

Ale teoria, jak zdążył się przekonać, daleka była od praktyki. Praktyka stanowiła bowiem, że możliwość spieprzenia czegoś na czym ci bardzo zależy jest wprost proporcjonalna do tego, jak bardzo ci na tym zależy. A Zevronowi zależało, biorąc pod uwagę, że to o jego zdrowie i jego bohaterstwo się tutaj rozchodziło.

Rozpędził się, o ile mógł, ale zamiast skoczyć lekko w stronę kadłuba, pośliznął się. Dobrze, że nikt tego nie widział poza Cornelisem i rosłym marynarzem, którzy wszak też najlepszej widoczności nie mieli. Poczuli tylko jak lina mocno się napina i włożyli pełnię sił, by walczyć z materią. A materia była oporna.

Zevron miał to szczęście w nieszczęściu, że lina była stosunkowo krótka, a przynajmniej na tyle krótka, by uniemożliwić mu nurkowanie w zburzonej i cholernie zimnej wodzie. Na tym jednak kończyło się jego szczęście. Zdążył jedynie wyciągnąć przed siebie ręce, by nie uderzyć całym ciałem w metalowy kadłub. A potem poczuł ból. Ostry, przeszywający ból, który uniemożliwił mu złapanie oddechu. Krzyknął.

 

 

Hobbes, jak weszchświat długi i szeroki, żeby cię piorun trzasnął! Żeby cię błyskawica spiekła! Żeby cię sztorm pochłonął, ty bezmyślny gamoniu! Na reję wchodzić! Na reję! Niech cię szlag trafi, Hobbes! - jeśli to był sposób Tanyi na dodawanie marynarzowi otuchy, to był, łagodnie mówiąc, dość nietypowy. - Tylko tutaj nie spadaj, bo cię własnymi rękami uduszę, jeśli przeżyjesz! Przy świadkach to zapewniam! Bo głupota, Hobbes, nie zwalnia od myślenia! 

Tanya miała mocny głos, ale nawet przy jej mocnym głosie, trudno było zawyrokować, czy Hobbes słyszał te pełne ekspresji wykrzyknienia, a jeśli nawet słyszał, to czy miał możliwości, by sobie nimi zaprzątać głowę. Alva i Alice widziały jak kurczowo trzyma się rei, jak nogi coraz częściej i coraz bardziej desperacko szukają oparcja. Czasu było mało. 

Nie damy rady. - Tanya zwróciła się do Alvy, kiedy przestała wrzeszczeć na Hobbesa. Znaczy, dawać mu motywację, żeby został na rei. - Sztorm za bardzo nami miota, a załoga jest rozproszona. Nie wiem czy zdążę znaleźć kogoś, kto się na tym zna. Przysięgam, że jak to przeżyjemy to przekażę skromny datek tym durniom z Kongregacji, osiądę na jakiejś miłej wyspie i będę pędzić stateczny żywot! - potrząsnęła głową na znak, że to najprawdziwsza prawda.

Błyskawice znowu przecięły nieboskłon, czego Tanya nie zamierzała odbierać jako znak, że jej przysięga została przypieczętowana, bo mruknęła tylko pod nosem, że to staje się już nudne i wróciła do zapamiętałego wrzeszczenia na Hobbesa.

 

Maksim wiedział, gdzie się kierować, żeby znaleźć harpunnika. To znaczy, poszedł po prostu tam, gdzie sądził, że takiego spotka. Na kutrach wielorybniczych zazwyczaj urzędowali na mostku, z tym, że mostek Starego Desanta przypominał raczej pole bitwy niż prawilny mostek. Marynarze biegali w tę i z powrotem pod czujnym okiem Axtona Holdera. Liny latały, skrzynie szurały o pokład, woda chlapała zapamiętale, a Maksim mógł się cieszyć, że jego żołądek odporny jest na chorobę morską.

Nikt nie zaprzątał sobie głowy lawirującym między przeszkodami Tyviańczykiem. Nikt, oprócz kapitana, któremu, na bogów, jakimś cudem udało się utrzymać żarzące cygaro w ustach. Ścisnął jego ramię mocno, niezbyt przyjemnie. - Wracaj niżej! - warknął, przekrzykując kakofonię odgłosów.

Maksim nie byłby jednak sobą, gdyby nie uprzejmie acz stanowczo wyłożył cel swojej wizyty na mostku, ograniczając się do streszczenia najważniejszych punktów planu Percivala. 

- Nie mam kogo z tobą posłać. Działo harpunnicze jest wyżej, nad szalupą. Dasz radę wycelować w reję. Tylko postaraj się oszczędzić Hobbesa. Szczęściarz przeżył Zarazę, głupio byłoby gdyby teraz grot ugrzązł mu w tyłku.

 

Zabranie ciepłego płaszcza było pomysłem więcej niż dobrym. Dzięki temu Maksim nie musiał przeklinać zimna i wilgoci spiesząc w stronę rei. Zerknął ku górze, na Hobbesa, orientując się, podobnie jak reszta, że biedak długo się tam nie utrzyma. Mniejsza o to, czy los marynarza jakoś dogłębnie przejmował Aristova. Faktem było jednak, że próba pomocy nie pozostanie niezauważona, a kto wie, może kiedyś pojawi się okazja, żeby odebrać od biednego Hobbesa przysługę? 

Nie zagłębiając się w szczegóły i motywacje, pospiesznie wyjaśnił Percivalowi plan działania i razem ruszyli w stronę działa harpunnicznego. Prosta, metalowa konstrukcja, przypominająca kuszę na stelażu, wymagała naciągnięcia cięciwy i wystrzelenia grubego drzewca, zakończonego potężnym grotem. Percival wybrał moment, w którym czuł się nieco lepiej. Leki od Alice powoli zaczynały działać, choć nie mógł mieć pewności czy znaczącej ich części nie wydalił wraz z kolejną porcją żółci. Być może jego żołądek uspokajała także potężna dawka adrenaliny, która buzowała w żyłach, kiedy celował.

 

Percival nigdy wcześniej tego nie robił. Nigdy, do cholery, nie wypuszczał harpuna w czasie sztormu, żeby uratować marynarza, który utknął na rei. Nigdy. Pewnie dlatego zdecydował się na opcję najbezpieczniejszą. Nie zamierzał wystrzeliwać grotu w reję, ale przerzucić ją wyżej, tak, aby lina przeleciała nad masztem i zawisła z drugiej strony. 

Kiedy strzelił, mógł tylko żałować, że jego publiczność nie składa się z bogatych dam, które pewnie teraz mdlałyby z zachwytu nad udanym manewerem. Bo był on, zaiste, wybitnie udany. Cóż, musiał zadowolić się tym, że ma za świadków Tanyę, Alvę i Alice, które obserwowały lot harpuna. Percival wycelował bezbłędnie, a już po chwili dwoje marynarzy przytrzymywało przewieszoną linę. Hobbes zaczął powoli się opuszczać. Wycieńczony, niepewny, ale uratowany, opadł na deski pokładu.

 

 

Stojąc koło działa harpunniczego mieli doskonały widok na niższe części pokładu.

Maksim zauważył go pierwszy. Widział jak Cornelis wraz z rosłym marynarzem wciągał Zevrona na pokład. Nie mógł dostrzeć czy Serkończyk był przytomny, ale na pewno nie wyglądał najlepiej. Coś tam przy szalupie musiało pójść bardzo nie tak.

 

 

 

Dla Cyphera: Zevron żyje i mniej więcej kontaktuje, ale jest bardzo mocno poobijany i każde słowo sprawia mu ból. Potrzebuje medyka, nastawienia jednej czy drugiej kości i ogólnego odpoczynku.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Y98nvqv.png

Percival Adder

 

Całe szczęście, że Percy już był blady z powodu osłabienia, bo gdy dowiedział się, że ten snob Maksim każe mu strzelać, zrobiłby się blady jak śmierć. Operowanie wyrzutnią zdecydowanie go stresowało, nigdy czegoś takiego nie używał. Zwłaszcza, że mógł trafić w Hobbesa. Jednak pomimo obaw, złodziej popisał się umiejętnościami strzeleckimi (których nie miał, ale o tym sza, przecież się nie przyzna, że to głównie szczęście). A kiedy uwaga skupiła się na opuszczanym z wolna marynarzu, Percy, który mógł kąpać się w chwale swojego strzału, wykorzystał odwróconą uwagę, by znów rzygnąć i zapaskudzić trochę działo i własne buty. Robił to coraz rzadziej, ale ciężko było powiedzieć, czy dlatego, że pomagały leki Alice, czy może już zwyczajnie naprawdę nie miał czym.

Oddychając ciężko i trzymając kurczowo działa by się nie wywrócić, dostrzegł zamieszanie przy szalupie. Nie wyglądało to za ciekawie.

- Zevron! - krzyknął, a przynajmniej spróbował, bo zdecydowanie brakło mu donośnego głosu Tanyi i wskazał ręką w kierunku szalupy by zwrócić nań uwagę Kruków i obecnej załogi.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

L3dHdLw.png

 

Alva Lazarev

 

Bezwiednie zacisnęła szczęki w momencie, gdy z działka wyleciał harpun. Śledziła lot drzewca błyszczącego kroplami deszczu w świetle kolejnej błyskawicy i, gdy  pocisk sięgnął szczytu paraboli lotu, obstawiłaby już, że powinno się udać. A kiedy Hobbes opuszczał się z rei, z pomocą kolegów po fachu, już na pokład, spojrzała na bohaterów akcji ratunkowej i uniosła rękę w geście gratulacji dla Percivala. On też za chwilę machnął, ale coś było nie tak. To nie pozdrowienie. Choć nie dotarły do niej  poprzez burzę wołania Addera, ruch był zbyt nerwowy. Spojrzała, gdzie wskazał, w kierunku łodzi. Poruszenie, Cornelis i ktoś z załogi zgięci nad wciągniętym na pokład ciężarem. "Niech to!". Szerokie plecy marynarza, bryzgi deszczu i fal, i przewalające się po deskach liny dodatkowo utrudniały dostrzeżenie szczegółów, jednak nie dało się nie zauważyć, że wśród stojących nie ma Zevrona. "Oby nie był tym balastem... A jednak!"

- Alice! - złapała za ramię stojącą obok medyczkę - Masz swoją lekarską torbę? - upewniła się szybko. Pomoże jej jak najprędzej dotrzeć do miejsca wypadku.

 

 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz