Marass

Błędny ognik (Marass)

345 postów w tym temacie

9084742_CnEUa3H.png

Alice Vollip

 

Od samego początku wiedziała, że coś było nie tak. Po pierwsze poszło za gładko i zaczynało brakować niespodzianek. Oczywiście przystojny przewodnik - idealny kandydat na męża, kochanka czy ojca, nie mógł być tym, za kogo próbował się podawać. Pierwszy sygnał ostrzegawczy padł w pojeździe, a później posypały się jak fałszywe asy z rękawa oszusta...

Uwadze Alice nie umknęło nic. Widziała i analizowała każdy ruch obojga: Franco i Eleny.

"Franco, ty podła żmijo..."

Odwzajemniła ciepły uśmiech mężczyzny, jednak bardziej niedbale niż zrobiłaby to w normalnych okoliczności. Zapewnienia Samuela wcale nie brzmiały przekonująco. "Plan działania... Jakiś plan..."

 

"- Dość tego. Idę sprawdzić, co tam się wyprawia."

 

Vollip odwróciła głowę w stronę Zevrona dokładnie w tym samym momencie, gdy otwierane drzwi zamknęły się na powrót z impetem. Adrenalina powoli zaczynała rozchodzić się po całym jej ciele. Powtórka z rozrywki. Właśnie to się zapowiadało...

 

"A co gdyby spróbować rozegrać to tak..."

 

- Samuelu... - jęknęła, bardziej przypominając wystraszoną nie na żarty, niewinną nastolatkę. - Co się dzieje?

Zrobiła dwa kroki w stronę mężczyzny, kuląc się. Kolejne, dwuznaczne zapewnienie o jej bezpieczeństwie nabrało, w nowym świetle, formę groźby. Alice przystanęła jednak wraz ze słowami Alvy. Czyżby do zabawy dołączył czwarty gracz?

Odpowiedź pojawiła się szybciej niż tego można się było spodziewać. Alva to osoba, której cierpliwość kończy się na chytrych igraszkach i podstępach. W dziczy nie to gwarantuje bezpieczeństwo i przeżycie kolejnej nocy. Już wycedzenie nazwiska Samuela było bardzo ofensywnym i mało dyskretnym posunięciem, ale później... To był znak. Idealny impuls. Improwizacja.

Kiedy tyvijka cisnęła płaszczem, Alice sprężyście skoczyła na Franco.  Posiadając ogromną wiedzę medyczną, potrafiła skutecznie leczyć, ale tym samym znała najczulsze punkty ludzkiego ciała. Doskonale wiedziała, gdzie uderzyć.

 

"Obezwładnić, pozbawić przytomności, zdobyć więcej czasu."

 

Wymierzyła w splot słoneczny najboleśniejszy cios na jaki była w stanie się zdobyć.

Edytowane przez LuniLan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FDypM8M.png

Maksim Olgovich Aristov

 

*♫♫♫*

 

Maksim Olgovich bez zdziwienia bądź irytacji obserwował, jak kolejne wypowiadane przez niego słowa odbijają się od osoby Franco jak piłki miotane w stalową ścianę. Wyglądało na to, że podjęta przez niego próba prowokacyjnej perswazji, opartej na przeciąganiu upragnionego momentu otwarcia skrzynki, nie tyle spaliła na panewce, co spłonęła w żywym ogniu. Co więcej, arystokrata nie mógł pozbyć się wrażenia, że każde zdanie, każda uwaga, każda propozycja - łącznie z finalną konkluzją - w jakiś zadziwiający nie tyle nie imały się mężczyzny, co wręcz zdawały się ginąć w krążących wokół niego orbitach jawnie demonstrowanego zniecierpliwienia i pogardy.

Co ciekawe, Aristov nawet niespecjalnie gniewał się na niejakiego Samuela Franco.

W końcu, pomyślał, obserwując lot melonika w stronę siedziska kanapy, wydłużanie takiej chwili po czterdziestu latach oczekiwań musiało nosić w sobie znamiona tortury. 

Zresztą, czy marnowanie czasu na gniew miałoby sens w sytuacji, kiedy z każdą kolejną chwilą z teatralnej fasady przygotowanej przez Franco scenerii odpadały kolejne płaty farby? Szczególnie, gdy za sielskim obrazem gładkiej finalizacji misji kryło się wszystko to, czego żaden z Kruków nie chciałby oglądać na własne oczy?

 

Widmo zdrady.

Widmo Pustki.

Widmo magii.

Widmo osaczenia.

 

Stąd Maksima Olgovicha w dalszej kolejności nie zdziwiło ani kolejne paniczne rżenie koni, ani samoczynnie zamykające się za plecami drzwi (czy Lena też tak umiała?), ani spóźnione ostrzeżenia Findley, ani skierowany bez pudła rozkaz do Alvy Lazarev. Nawet rzeczy niepojęte w jakimś stopniu muszą podlegać bezwzględnym zasadom ciągu przyczynowo-skutkowego.

 

Samuelu...

 

Inna sprawa, że kilka z nich musiało się jawić w wybiegających przyszłość spekulacjach Aristova jako szczególnie niepokojących. Choćby te, dotyczące zmiennych reguł wartości. Na przykład ludzkiego życia. Zawalidróg. Wrogów. Niepotrzebnych świadków.

 

Nie cierpię kłamców...

 

Upływ czasu, podskórnie odczuwany przez Maksima Olgovicha w chwilach wibrującego napięcia, delikatnie zwolnił. Tyvijczyk wciągnął nosem duszne powietrze zamkniętego pokoju, przesycone adrenaliną i ciepłem chatkowego kominka. 

Kiedy płaszcz Alvy Lazarev zatrzepotał w powietrzu z siłą wybuchu strzału startowego, Aristov sprężystym, wyraźnie obmyślonym ruchem oderwał się od zajmowanej przestrzeni ku roboczemu blatowi. Zostawiając po swojej lewej stronie doskakujące do Franco Krukonki, a za plecami mocującego się z drzwiami Zevrona, sam doskoczył do Eleny Findley. W przeciwieństwie do Samuela nie miał jednak zamiaru łapać ją za ramię. Zamiast tego, koncentrując na nią całą lodowatość zdeterminowanego spojrzenia, zmusił ją do pełnej uwagi na swojej osobie.

- Możemy ocaleć razem lub zginąć osobno. Co wybierasz? - syknął, wskazując energicznym szarpnięciem głowy na zajmujący przeciwległą ścianę regał.

Tym razem nie miał zamiaru pozwolić, aby ktokolwiek więcej go zlekceważył. Szczególnie, gdy Kruki potrzebowały nowego asa w rękawie.

Lub chociażby żywej tarczy.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Czy Samuel Franco zdziwił się obrotem sytuacji? Ciężko było orzec, wszak zdarzenia zaczęły dziać się szybko. Nim się obejrzeli, płaszcz Alvy zatrzepotał w powietrzu, zasłaniając mężczyźnie widok. Tropicielka próbowała dokończyć to, co zaczęła, ale przecież nie tylko ona chciała pokazać ich przewodnikowi, co o tym wszystkim sądzi. Być może dlatego, że zaatakowały jednocześnie, Franco zgrabnie ominął oba ciosy i to z twarzą przysłoniętą przez fragment tkaniny. Pięść Alice ledwie drasnęła mężczyznę, a ślizg Alvy... cóż, znalazła się blisko niego, niemal na wyciągnięcie ręki, ale nie zdołała go podciąć. 

 

Czyżby Samuel Franco triumfował?

Nieprzyjemnemu uśmiechowi, który ukazał się im, kiedy przewodnik zdarł płaszcz, daleko było od triumfu. Było w nim zniecierpliwienie, rosnąca irytacja, lekkie zdziwienie, ale nie triumf. Czy to był dobry znak?

 

Elena Findley odzyskała dawny rezon. Nie, żeby Maksim wiedział, jaka inżynier była przed ich przybyciem tutaj, ale wyczuwał, że tego jej było trzeba. Działania. Podejmowania decyzji. 

Spojrzała na arystokratę twardo. Nie traciła jednak czasu na same spojrzenia. - Ma Zachary'ego. - odrzekła po prostu chwytając Maksima za ramię, jakby chciała podkreślić wagę stwierdzenia. - Trzyma go w Pustce. Pomóżcie mojemu synkowi, a ja pomogę wam.

Powiedziała to szczerze, Maksim nie miał co do tego wątpliwości. Miał wrażenie, krótkie, ale niesamowicie intensywne, że Elena gotowa jest poświęcić swoje życie dla tej sprawy, ale musi być pewna, że życie jej syna nie jest zagrożone.

 

Matczyna miłość kontra ojcowskie przywiązanie. To mogła być wybuchowa mieszanka.

 

Zevron ani przez chwilę nie zastanawiał się nad tym, jakie mają szanse, ani co Franco potrafi. Widział Lenę i ją pokonał. Pokonali ją razem. Teraz też są przecież w stanie to zrobić. 

Strzał z pistoletu odpadał, dziewczyny były na linii strzału, ale miał przecież swój niezawodny bułat, broń zrobioną na wzór i podobieństwo tej, którą w swoim posiadaniu trzymał Lord Protektor. Wiedział, że go nie zawiedzie.

Pieprzona magia.

Zmrużył oczy, dobył broń i skoczył do przodu. 

Za Cesarstwo. Za Emily. 

Odetchnął głęboko i ciął.

 

Alice i Alva widziały jak Serkończyk schyla się lekko, napinając mięśnie. Maksim dostrzegł ostrze, które zatańczyło w powietrzu. Franco nie zdołał uniknąć ciosu, nie miał też czym go odbić. Jego twarz wykrzywił grymas bólu, a z głębokiej rany na brzuchu zaczęła sączyć się krew.

Zevron pomyślał, że nawet nie planował zranić go tak głęboko, ale czuł satysfakcję. Czystą, namacalną, niesamowitą satysfakcję. Skończył to. Krew sączyła się intensywnie, opryskując stojącą najbliżej Alice. Skończył to. Przebił tętnicę. Franco nie miał szans.

 

Ale Samuel Franco stał. Nie chwycił się nawet za ranę, nie próbował jej zatamować.

I ty, Alice, przeciwko mnie? - odparł smutno, jakby rozmawiali o jakiejś nieistotnej sprawie, jakby siedzieli przy trzaskającym kominku, a nie stali tutaj wszyscy razem, zasapani, nabuzowani adrenaliną, patrząc jak dywan z sierści białego niedźwiedzia robi się rdzawy i mokry.

Franco machnął ręką, jakby od niechcenia, a krew powoli przestawała wylewać się z rany.

Był osłabiony, pobladł wyraźnie, ale zrobił coś, czego nigdy wcześniej nie widzieli.

Rana zaczynała się zasklepiać.

- Kurwa mać! - to był Zevron. Zevron patrzący na ten występ Franco z rosnącym zdziwieniem wypisanym na twarzy.

 

Kurwa mać. - powtórzyła za nim Elena, ale na tyle cicho, że słyszał to tylko Maksim. - Tego się obawiałam. - odparła nieco głośniej.

Ale Maksim jej nie słuchał. 

Owszem, zajmowała jego uwagę, tak samo jak pozostałe Kruki i krwawiący Franco, ale, na Kongregację, tallboye, pozytywki i wszystkie najnowocześniejsze wynalazki współczesnego świata, czy nikt tego nie widział? 

 

tjP5dcX.jpg

 

Przytulna chatka Eleny Findley nie była już taka jak wcześniej. Nie do końca. Najpierw wydawało mu się, że ma zwidy. Jedna ze ścian, ta, na której znajdowało się okno, zaczęła falować, jakby widział ją pod powierzchnią wody. Cegły, użyte do jej wzniesienia unosiły się, lewitowały, podobnie lampy gazowe, firanki... Czy naprawdę tego nie widzieli?

Pozostała część pokoju wyglądała tak jak wcześniej, ale ściana rozpadała się dalej. Sufit niszczał odsłaniając belki stropowe.

Tynk i cegły upadały na podłogę. Bezdźwięcznie.

Jakby robiły to w innym świecie.

 

Ok, teraz przenosimy się do tematu mechanicznego, tam szukajcie inicjatywy - zaraz ją wrzucę

:) 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FDypM8M.png

Maksim Olgovich Aristov

 

Aristov, zamarłszy na kilka sekund w autentycznym, zdezorientowanym bezruchu, zacisnął zęby w akcie zbuntowanego, niemego protestu. Nikt poza nim nie miał najmniejszego pojęcia, jaką walkę stoczył ze sobą tamtej feralnej nocy, kiedy to jego własny umysł - filar wszelkich rozumowań oraz zamiennik nieistniejącego kręgosłupa moralnego - postanowił w oburzający sposób obrócić się przeciwko niemu samemu, w całkowicie surrealistycznym duchu imputując mu treść odbytego dialogu oraz istnienia pewnej rzeczywistości, które po prostu nie miały prawa namacalnie zaistnieć.

Tylko Maksim Olgovich mógł wiedzieć i pamiętać, jak, przechadzając się samotnie po skąpanym we mgle pokładzie Starego Desanta, starannie budował w oparciu o najróżniejsze wykwity psychoanalizy całe ciągi sensownych wytłumaczeń, mających odpowiedzieć na pytanie jakim prawem zmęczony mózg śmiał powołać do życia historię wypełnioną latającymi wielorybami (źródłem dochodu Błękitnego Narwala), istotami o oczach ciemnych jak noc (uciekinierem z obrazu Sokołowa), niepokojącą magią (przeklęta wiedźma!) i tajemnicami przeszłości (choćby przetworzonymi, wykoślawionymi rewelacjami przekazanymi przez Alice Vollip).

Tyle pracy, drogi Maksimie, tyle wysiłków. A wszystko to jak krew w piach. Jak krew w śnieżnobiałe futro majestatycznego, tyvijskiego niedźwiedzia. Sfera, od której w irracjonalny sposób próbowałeś uciec - na przekór wszystkim sygnałom ze Starego Desanta - obecnie wdzierała się do skromnej chatki Eleny Findley z nieubłaganym wyrokiem fali powodziowej. Są rzeczy, o których...

 

Drgnął, błyskawicznie rozglądając się po pozostałych aktorach panującego chaosu. Raz jeszcze. Dla pewności.

 

A więc...

 

Czyżby...

 

Błękitny ognik?

 

Westchnął. Bodaj po raz pierwszy w życiu. Z jednoczesnym błyskiem w oku.

Woskowa maska, która przylgnęła do Maksimowej twarzy, podkreślając cienie pod jego oczami z wyrazistością makijażu aktorów w teatrze pantomimy, była dokładnie tym samym rodzajem bladości, która towarzyszyła wybranym ludziom czynu w obliczu podjęcia decyzji o mocy bezpowrotnego odmienienia ich życia. A także wielu innych.

Cesarza, podpisującego akt wypowiedzenia wojny.

Wspinacza, wykonującego decydujący skok nad bezdenną, górską przepaścią.

Generała, rozkazującego podjęcie ostatniej, kluczowej szarżę.

Czy jednak można przekroczyć Nieprzekraczalne?

- Sprowadzę go. Twojego syna. Rozumiesz, Eleno? - tym razem Aristov mocno ścisnął ramię kobiety, obdarzając ją spojrzeniem, w którym lodowata, wyostrzona jak lodowe sztylety pewność nie pozostawała miejsca na jakiekolwiek wahanie. I nawet, jeżeli tak w rzeczywistości nie było, emerytowany dyplomata dał z siebie wszystko, aby właśnie tak to wyglądało. Nie chcąc, aby zbyt długo przypatrywała się jego bladości - w ocenie inżynier z pewnością wywołanej porażającą emanacją mocy Franco - stanowczo przysunął ją do siebie. - Tak długo, jak będziesz poza jego zasięgiem, tak długo mamy szansę. - wyszeptawszy ostatnie słowa wprost do jej ucha, tyvijczyk utrzymał swój uścisk, poczynając zdecydowanym ruchem prowadzić Elenę Findley ku niegdysiejszej ścianie salonu.

Tej samej, która poddawana niepojętym siłom dekonstrukcji - parodystycznemu aktowi odwracającemu pierwotne dzieło stworzenia - falowała znaczną wyrwą niewyraźnej, pulsującej poświaty. Maksim Olgovich Aristov, wykonując ku niej pozbawione wahania kroki (a zarazem, znowu na gruncie odwróconego porządku, całkowicie irracjonalne z punktu widzenia postronnego obserwatora), pozostawił za sobą lewitującą w powietrzu lampę gazową tak, jak eksplorujący morskie dno nurek mija leniwy okaz meduzy. Nie oglądając się na boki ani tym bardziej za siebie, na ćwierć kroku przed decydującym krokiem uniósł przed siebie otwartą dłoń.

 

Kilka sztuk cegieł, pokrytych po obu stronach solidną warstwą zaprawy murarskiej, leżało na podłodze niczym opuszczone, podwodne muszle.

 

Zacisnął zęby.

 

Jeżeli oszalał, rąbnięcie nosem o naścienną półkę doda co najwyżej jego położeniu drobnego, niewiele znaczącego uroku fajtłapy z burleskowych spektakli.

Gdyby się jednak tak miało złożyć, że to *coś*, zwane Pustką, wisi o centymetry na wyciągnięcie jego własnej ręki...

Wówczas pozostaje mieć nadzieję, że Gospodarz przebywa w domu.

Bądź wręcz przeciwnie.

Edytowane przez Deckard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

9084742_CnEUa3H.png

Alice Vollip

 

Alice zaklęła siarczyście widząc jak cios wymierzony w Samuela nie przyniósł żadnych efektów. Odskoczyła na krok, myśląc panicznie nad kolejnym ruchem. Plan był dobry. Kątem oka zerknęła na skupioną Alvę. Jej plan także był dobry.

 

Przed oczami mignął blask metalowego ostrza bułata. Zevron ciął. Polała się krew. Fontanna trysnęła na ciemną spódnice i żakiet medyk. Zaklęła ponownie. Tętnica. Przebił tętnicę! Mimo to Alice stała, spinając mięśnie, gotowa do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Jeśli tylko ktoś krzyknie żeby ratować Franco, rzuci mu się na...

 

Samuel stał. Pobladły, zmęczony, ale stał. Ku przerażeniu Vollip nawet nie osunął się na podłogę. W jego oczach nie było strachu, na twarzy żadnego przerażenia nadchodzącą śmiercią. Nie tak zachowuje się konający człowiek...

 

"I ty, Alice, przeciwko mnie?"

 

Medyk zacisnęła dłonie w pięści, wycofując się o pół kroku. Powtórka z rozrywki. Powtórka z rozrywki. Powtórka z rozrywki. O ile siła jaką władała Lena nie przerażała Alice tak bardzo, to teraz faktycznie zaczęła czuć prawdziwe zagrożenie. I to takie, któremu chyba nie byłaby w stanie stawić czoła.

- Kim Ty jesteś, Samuelu? - szepnęła, otwierając szerzej oczy.

 

Głębokie cięcie. Kilka szwów. Kilkanaście warstw maści. Kilkadziesiąt tygodni regeneracji, na którą składają się setki procesów odnowy różnych tkanek. A on... Zrobił to wszystko w sekundę. Takiej rany nie da się łatwo wyleczyć, a intensywność krwotoku ścięła by z nóg nie jednego rosłego mężczyznę...

W tej samej chwili narodziło się jedno, najważniejsze i zasadnicze pytanie: Czy którykolwiek z Kruków jest w stanie pokonać Samuela i obronić swoich przyjaciół?

Alice wrosła w ziemię, nie wiedząc zbytnio co powinna teraz zrobić. Wciąż trzymając postawę obronną, powolnym krokiem zbliżyła się do Alvy by w razie jakiś przykrości móc asystować przy jej obronie. I oczywiście przy obronie przesyłki.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

hSukveN.png

Alva Lazarev

 

Mijając się z Franco, zwinęła się tylko, by nie tracić z oczu przeciwnika. Przywarowała tak samo jak wilk, gotów do ponownego ataku i pewny całej watahy, która zaraz osaczy cel bez najmniejszych wątpliwości. Tak było. Kruki działały razem. Nie miał szans. W pierwszym momencie błysk ostrza bułata Zevrona i krew niemal natychmiast obficie plamiąca podłogę nie zrobiły na Alvie żadnego innego wrażenia, poza satysfakcją z udanego ciosu. W następnym jednak mięśnie spięły się jeszcze mocniej.

 

Nie. Nie sięgnęła po broń.

 

Podświadomie czekała na to samo wrażenie, jakie przeniknęło ją przy dotknięciu magii Leny. Ciemne oczy cały czas nie odwracały się od Samuela. Powracał w nie tężejący chłód mimo serca zdecydowanie szybciej teraz rwącego się pod żebrami.

Skrzynka nadal ciasno dopasowana do boku...

"Obowiązek."

Ciche słowa Alice jeszcze bardziej utwierdziły Alvę w zamiarze obrony powierzonej przesyłki bez względu na okoliczności. Prawie niedostrzegalnym skinieniem aprobaty dała znać, że zauważyła ruch medyczki. Wyprostowała się powoli, nadal w postawie pełnej gotowości do ataku, którego nie podejmuje nie ze strachu, tylko z uwagi na bezpieczeństwo priorytetu. Nie była już tak pewna zwycięstwa w tej walce. Nie była jednak też pewna zamiarów przeciwnika. Nie do końca.

Czy odpowiedź na pytanie była prosta?

Tyvijka lekko zwęziła oczy, bez mrugnięcia wpatrując się w Samuela.

- Co to jest? - warknęła - Nie chciałeś nas zabijać, ale grozisz dziecku. W imię czego?

Nie siliła się na żadne pozory, nie próbowała przeciągać sprawy. Chciała tylko dać szansę i jemu, i Krukom. Być może ostatnią szansę, która każdemu pozwoliłaby pozostać na swoim terytorium bez walki. Żyj i daj żyć innym. Proste, gdy  respektuje się granice i przeciwnika.

Jednak gdy teren wyklucza porozumienie...

"Zabij" - pomyślała ponuro, nieustępliwie patrząc w oczy kłamcy.

Edytowane przez Vadeanaine

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Kim ty jesteś?

 

Słowa Alice rozbrzmiały blisko mężczyzny. Świdrowały w powietrzu, przerwały ciszę, która na moment zapadła. Powietrze pulsowało w rytm szybkiego oddechu Zevrona, który próbował uspokoić tętno. Rana Samuela niemal całkowicie się zasklepiła, a przeraźliwa bladość powoli schodziła z jego twarzy. Stał wyprostowany, pewny, nie odrywając od medyczki spojrzenia. Być może dlatego nie zauważył determinacji, z którą patrzyła na niego Alva.

Wiesz przecież kim jestem. - odrzekł spokojnie, jakby tłumaczył uczennicy kolejne zawiłości rządzące światem. - Marynarzem porzuconym dawno temu w dzikich ostępach świata, który dostał ponowną szansę. Szansę, którą zmuszony jest wykorzystać.

Odparł gładko, choć wibracje w jego głosie zdradzały emocje.

Przeniósł spojrzenie na Alvę, właśnie wtedy, kiedy Zevron szykował się do kolejnego ciosu.

I wtedy, kiedy Maksim pociągnął Elenę Findley za sobą.

W imię czego? W imię sprawiedliwości, Alvo. Dawno mi odebranej sprawiedliwości.

 

A potem rzeczy na powrót zaczęły się dziać szybko.

 

Maksim poczuł ciężar powietrza, który spowalniał jego ruchy. Czuł się tak, jak czuje się osoba krocząca w wodzie, wciąż napotykająca opór nieubłaganych fal. Mijając kolejną cegłę, kolejny rozpadający się fragment zabudowań, Maksim odczuwał coraz większe zmęczenie. Wiedział, że próbuje przedrzeć się tam, gdzie niewielu śmiertelników kiedykolwiek się znalazło. Powietrze stało się lepkie, przyczepiało się do porów skóry, sklejało włosy i ubranie. 

To było jak sen, w którym każdy kolejny ruch spotyka się z coraz większym sprzeciwem materii, w którym stajesz się bezsilny, bo możliwości twojego ciała nie przystają do praw tej nowej fizyki.

Czy się bał?

Elena Findley chyba się bała, zacisnęła mocniej rękę na jego ramieniu, niemal wpijając paznokcie w skórę. Nie przerywała jednak tego dziwnego, mrocznego pochodu. Nie miała przecież nic do stracenia.

Zachary?

 

To było ostatnie, co Maksim usłyszał w tym świecie.

 

*

 

Zevron nie mówił. Nie pytał. Nie próbował ogarniać umysłem tego, co się wokół niego wyprawiało. Racjonalne rozumowanie porzucił już wtedy, kiedy Serkońska świątynia kazała mu walczyć ku chwale Heretyka. I wtedy i teraz wykonywał tylko rozkazy, a odpowiedzialna część jego umysłu podpowiadała mu, że Franco musi zostać zlikwidowany za wszelką cenę. 

Dlatego właśnie uniósł bułat i zamachnął się na adwersarza raz jeszcze. Nie przewidział jednak tego, że mężczyzna nic sobie z tego nie zamierzał robić. Śmiercionośna broń nie interesowała go wcale. Spojrzał w bok, jakby targany jakimś nieprzyjemnym impulsem.

Twarz miał wykrzywioną w niedowierzaniu, kiedy patrzył za znikającym Maksimem i Eleną Findley. 

Podobne odczucie musiało towarzyszyć również Alice i Alvie, bo i one spojrzały w tamtą stronę, na własne oczy orientując się, że Maksim Olgovich Aristov zbliża się do ściany pokoju i znika. Nie, wróć, nie znika tak po prostu; że stopniowo niknie, rozpuszcza się, rozpływa w powietrzu razem ze swoją towarzyszką.

 

Kiedy Franco odwrócił się, by przyjrzeć się tej scenie, Zevron zaatakował i wiedział już, że chybił. Obrót Samuela sprawił, że Serkończyk tylko go drasnął, nie uszkadzając niczego poza fragmentem wierzchniego odzienia. I na dodatek ich niegdysiejszy przewodnik wcale się tym nie przejął.

Nie, to niemożliwe... - mruknął pod nosem, gorączkowo, jakby próbował na szybko znaleźć wyjście z tej sytuacji. - Elena... narzędzia... skrzynka...

Słyszały tylko pojedyncze słowa, a kiedy Franco ponownie się do nich obrócił zobaczyły to.

 

 

VEpmqgi.jpg

 

 

Oczy Samuela Franco zaszły czernią. Prawdziwą, bezdenną czernią, którą wcześniej widzieli tylko u Leny. Był wściekły. Czuły to. Czuły drobne wyładowanie elektryczne następujące w powietrzu. 

Nawet Zevron opuścił bułat, jakby spodziewał się, że to koniec, że to, co teraz nadejdzie będzie gorsze, od wszystkiego co do tej pory widział. Z otchłani pamięci przywołał uśmiechniętą twarz Emily Kaldwin. Jeśli zginąć, to tylko z myślą o niej.

 

Mężczyzna jednak nie zamierzał wywoływać magicznych pnączy ani ciskać w ich stronę piorunami. Nie. Po prostu podniósł dłonie wysoko i wypowiedział słowa, których nie zrozumiały. Brzmiały twardo, gardłowo i na pewno nie zostały wypowiedziane we Wspólnym:

Kuutar imatra otso tähetär!

 

Powietrze zawirowało. Wiatr zerwał się w przytulnej chatce Eleny Findley, rozwiewając poły ich ubrań, zrzucając książki z regału, podnosząc wietrznym impetem kolejne narzędzia z blatu.

 

Kuutar imatra otso tähetär!

 

Czuli obezwładniający ciężar powietrza, czuli jak przyczepia się do ich ciał, jak próbuje je spętać i posiąść.

 

Kuutar imatra otso tähetär!

 

A potem nastała ciemność.

 

*

 

6E7Scya.jpg

 

Wirowali. Wirowali w bezmiejscu i bezczasie, mając wrażenie, że ich podróż nigdy się nie skończy. Otaczały ich gwiazdy, szeregi jasno świecących gwiazd, a przynajmniej tak sądzili, dopóki nie przyjrzeli się im bliżej. To wcale nie były gwiazdy, ale błędne ogniki. Żarzące się zimnym, intensywnym blaskiem. Znali ten blask. 

Czy te też zatopią się w ich ciałach w taki sam sposób, jak pojedynczy płomień wszedł w ciało Maksima?

 

Wirowali. Wirowali tracąc całkowite poczucie czasu.

Czy czas płynął tutaj normalnie? 

Czy kolejne sekundy, dłużące się w nieskończoność miały swoje odbicie w rzeczywistości, którą do tej pory uznawali za jedyną możliwie istniejącą?

 

Pytania kłębiły się w ich głowach, choć wydawały się równie nierealne, jak to, co się właśnie działo. 

Poczuli zmęczenie. Wszechogarniającą senność, która atakowała ich z każdej strony, ciepłym, łagodnym, niewidzialnym całunem.

 

Maksim, Alice i Alva zamknęli oczy.

 

*

 

bQtqWyo.jpg

 

 

Kiedy Alice Vollip była mała, często spędzała wakacje u swoich dziadków. Mieszkali na obrzeżach Dunwall, w miejscu, do którego, jak sądziła nigdy nie dotrze industrializacja. Oczywiście, pomyliła się, bo dekadę później nic nie pozostało z przytulnego domku, pomieszczeń gospodarczych i kawałka ziemi, których do nich należał. Teraz jednak wszystko stało na swoim miejscu.
Alice znajdowała się w niszczejącej, choć ciągle zadbanej, stodole. Rozpoznawała ten charakterystyczny zapach siana i czuła po nogami jego miękkość.

Na moment wróciły wszystkie wspomnienia z dzieciństwa, ale rozpłynęły się jak ręką odjął, kiedy medyczka zdała sobie sprawę, że nie jest sama.

Niebo przysłoniły ciężkie chmury, na zewnątrz zerwał się porywisty wiatr, a kolejne błyski przeszywały nieboskłon. Widziała to przez otwarte drzwi stodoły.

Będzie burza. - źdźbło trawy nonszalancko wystawało z ust Franco. Oczy miał już normalne, brązowe, patrzące na nią z fascynacją. Dotknął jej twarzy.

Tak, twarzy. Alice zdała sobie sprawę, że nie ma na sobie maski i wiedziała, była o tym przekonana, że wygląda dokładnie tak, jak wyglądała kiedyś, przed tym wszystkim.

Nie bój się Alice, ze mną jesteś bezpieczna. Moja piękna, mała Alice. - powiedział to tym tonem, który poznała w czasie ich wspólnej przejażdżki, szarmanckim i niepozbawionym zalotności. 

Medyczka nie mogła jednak rozkoszować się to chwilą, bo nieboskłon przeszył pierwszy piorun. 

Chwilę później drugi.

I trzeci.

Burza nabrała na sile. Szalała bardziej niż pioruny na Starym Desancie. Na zewnątrz było już całkowicie czarno, ale Alice, podczas kolejnych błysków dostrzegła drzewo. Znała dobrze ten rozłożysty dąb z gałęziami, przywodzącymi na myśl ręce powykręcane artretyzmem. Jednak nie drzewo zwróciło jej uwagę a to, co znajdowało się na jednej z jego gałęzi. 

Mosiężny, bogato zdobiony klucz, przyczepiony do niej za pomocą zwiewnej wstążki.

 

Piorun uderzył raptem tylko kilka metrów od stodoły, popieląc wysoką trawę.

 

Kolejny błysk.

 

Alice dostrzegła drzwi. Białe drzwi niedaleko dębu, odcinające się swoją barwą od czerni nieba. Wiedziała, że do ich otwarcia służy klucz.

Co z tego, skoro na zewnątrz szalała burza?

 

Zostań ze mną, Alice. Ze mną będziesz bezpieczna. - Franco objął ją w talii jakby chciał poprzeć swoje słowa. - Czyż nie to ci obiecywałem?

 

 

*

 

Wesoło trzaskające ognisko było pierwszą rzeczą, którą Alva Lazarev dostrzegła po przebudzeniu, bo chyba musiała spać, prawda? Przetarła oczy, odzyskując ostrość widzenia i zdała sobie sprawę, że zna to miejsce. Polana w środku lasu. Niewielka, otoczona koronami rozłożystych drzew. Pod jej stopami zaskrzypiał śnieg. Wciągnęła w płuca orzeźwiające powietrze tyvijskiego lasu. 

Och, jak dobrze znała to miejsce! To tutaj uciekała od trosk pospolitej codzienności, by odpocząć, poczuć się częścią lasu, odzyskać jasność umysłu.

Nie była sama, wiedziała o tym, ale takiego towarzystwa brakowało jej od dawna. Tuż pod jej nogami leżał majestatyczny, biały wilk. Uniósł się na przednich łapach, kiedy się podniosła i przekrzywił łeb patrząc na nią w ten pełen ufności sposób.

Alva dostrzegła jego pobratymców, spacerujących między drzewami, posilających się lub bawiących z małymi. Wataha białych wilków, która najwyraźniej ufała Alvie.

 

 

UrXb3lf.jpg

 

 

Martwiłem się o twojego wierzchowca. 

Zwierzę wstało, przeciągnęło się i powiedziało to, co powiedziało. Zaskoczona Alva w pierwszym odruchu chciała szukać innych źródeł głosu, ale wiedziała, że to był on. - Biedak bał się magii. Jego towarzyszka przez nią zginęła. - pokiwał głową, jakby ze smutkiem. Tropicielka zdała sobie sprawę, że wilk nie otwiera ust (to by było przecież kuriozalne!), ale, że słyszy go w swojej głowie. Zwierzę podeszło do niej, dając się pogłaskać po głowie.

Pewnie będziesz chciała stąd odejść, prawda?

Ogień wciąż wesoło trzaskał, ocieplając ten orzeźwiający, mroźny poranek. Jeden z wilków niósł w pysku gałęzie, które dorzucił do ogniska. Alva odprowadziła go wzrokiem, gdy wracał do lasu i dostrzegła między drzewami potężne białe drzwi. Tak jasne, że niemal oślepiające, nie dało się ich przegapić.

- Wiedziałem, że to się stanie, dlatego tu na ciebie czekałem. - odparł, jakby ze smutkiem. - Ja jestem kluczem. Klucz jest we mnie. Musisz mnie zabić, żeby go zdobyć.

Alva poczuła nagle ciężar broni, zwisającej u jej boku.

Tak to wymyślił. - dodał wilk i tropicielka wiedziała, że gdyby był człowiekiem, na pewno wzruszyłby ramionami. - I na to czekam.
 

*

 

 

Maksim Olgovich Aristov doskonale znał ten zapach. Tak pachniała tylko okroszka, którą przygotowywała jego matka. Nie musiała tego robić, wszak od czego mieli służących, ale czasem po prostu lubiła gotować. Arystokrata poczuł, że kiszki grają mu marsza, miał ochotę wejść do jadalni i rozkoszować się wszystkimi smakołykami, które przygotowano. Zamiast tego skierował kroki do pokoju, który kiedyś zajmował jego brat. Nie wiedział dlaczego to robi, widział po prostu, że musi.
Przeszedł po bogato wyszywanym dywanie, pokrywającym schody, minął ogromnych rozmiarów portret swojego dziadka Ivana Kirilovicha Aristova, a także szereg rodowych pamiątek (na Kongregację, nic się tutaj nie zmieniło!), po czym, targany przejmującą nostalgią, otworzył drzwi do pokoju brata.

 

Andriey Olgovich Aristov, jego rodzony, starszy brat, nie żyjący od kilku dobrych lat, którego trupa widział przecież na własne oczy, leżał leniwie na łóżku, popalając papierosa. Strzepnął popiół do srebrnej popielniczki i uśmiechnął się do Maksima z reprymendą. - Zawsze nie w porę, co?

Arystokrata szybko zdał sobie sprawę, że rzeczywiście nie przyszedł w porę. Obok Andrieya leżała kobieta. Początkowo myślał, że śpi: leżała na boku, okryta do połowy pierzyną, a ciemne włosy przesłaniały twarz, dlatego też nie mógł dostrzec jej oblicza.

Kobieta zachichotała.

Najpierw cicho, potem co raz głośniej, aż zaczęła zanosić się gromkim, nieskrępowanym śmiechem.

Zawsze nie w porę Andrieyu. On zawsze przychodzi nie w porę. 

 

Maksim znał ten głos, znał go doskonale. Zdał sobie sprawę, że zna również te włosy, przesłaniające oblicze. 

Zna tę twarz, która w końcu wydobyła się spod burzy ułożonych loków.

Zna te ciało, które teraz, nago leżało obok jego brata.

Patrzył na swoją byłą żonę.

 

MTyYmWB.jpg

 

Eleanor wstała przeciągając się szeroko i odsłaniając wszystko to, co Maksim również dobrze znał. Ściągnęła z krzesła aksamitny szlafrok, który niedbale narzuciła na siebie, nie kłopocząc się zbyt dokładnym zawiązywaniem pasa. Po co? Przecież był jej mężem.

Wybacz, braciszku, nie spodziewaliśmy się ciebie. - Andriey zgasił papierosa w popielniczce i też coś na siebie narzucił. Eleanor podeszła do niego, składając na jego ustach intensywny pocałunek. - Lepiej będzie, jak zostawisz nas samych. - odparła z uśmiechem, poprawiając niesforne kosmyki.

Tak też zrobił, a kiedy zostali razem Eleanor znowu zaniosła się śmiechem. 

Wybacz, to przez to oko. Nie sądziłam, że tak to wygląda. 

Jej ręka powędrowała do kieszeni szlafroka. Po chwili wyciągnęła z niej to, czego szukała, bawiąc się przedmiotem, jakby od niechcenia przekładając go między palcami.

Był to klucz. Piękny, bogato zdobiony klucz. Maksim wiedział do czego służył.

 

Tylko tak mógł uciec z tego koszmaru.

 

Pożyczę ci, jeśli będziesz dla mnie miły. Wiem, że chcesz mnie zabić, ale to takie nudne, Maksimie. Dużo ciekawsze, byłoby gdybyś mnie o niego poprosił. Ładnie poprosił. Nie sądzisz?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

hSukveN.png

Alva Lazarev

 

Skonfundowana, głęboko zaciągnęła się mroźnym leśnym powietrzem, jakby to mogło pomóc jej rozjaśnić myśli, które nadal jeszcze wirowały, niczym ogniki w bezdennej czerni. Pamiętała to przecież. Chatkę Eleny, zaklęcia, nadaremny opór...

„Ostatni, który powiedział, że coś muszę, dostał w nos” – pomyślała wreszcie i  przyłapała się na tym, że rozważa, czy wilk usłyszał jej myśli. Przycisnęła chłodną dłoń do twarzy. „Absurd. To jest absurd. Wilki, nawet wielkie, piękne, białe wilki, nie mówią. To sen. To... “

- Trzeba uważać, czego sobie życzymy – powiedziała na głos, wzdychając ponuro.  – Tego nie chciałam.

Odruchowo spojrzała na  drzwi utkane ze światła,  zanurzając dłoń w  futro czworonoga, który zupełnie nie po wilczemu, raczej po psiemu nadstawiał łeb do pogłaskania.

- Wymyślił? – pokręciła głową – Kaleb Walker? – potrząsnęła przecząco jeszcze energiczniej – Nie. Tego...  – wskazała wokół ręką – przecież nie mógł wymyślić.

Uwielbiała tę polanę  także dlatego, że nigdy nie znalazła na niej żadnego ludzkiego tropu, prócz własnych. Na myśl, że ktoś odkrył jej samotnię, że przeinaczył ją w Pustce, że właśnie tutaj domaga się bezsensownego aktu zabijania, że pospolicie, obrzydliwie szantażuje, trzewia skręciły się wstrętem i zwinęły w oporze.  Gorzej, prawdziwą wściekłością napawała myśl, że konieczność wyjścia jest prawdziwa. Twarz tropicielki pobladła. Kobieta przyklękła na jedno kolano, oko w oko z mówiącym wilkiem.

Któż mógł zaręczyć, czy ma to jakikolwiek sens, skoro uśpiwszy Kruki Franco-Walker mógł zabrać im już przecież wszystko? Chyba że...

„Chyba, że czas tutaj nie istnieje”, szeptała gdzieś w zakamarkach umysłu mała, ledwo dosłyszalna  iskierka nadziei.

- A ty jesteś kluczem? – Alva spytała nienaturalnie spokojnie i  przechyliła głowę w takim samym geście jak robią to także psy i wilki, próbując dokładniej wychwycić  nie dający się nigdzie przyporządkować bodziec. Wstała. Ruch ten miał w sobie coś wspólnego z powolnym zmniejszaniem obciążenia na ściśniętej sprężynie.

– Zabijanie dla pustej uciechy gawiedzi to słabość. Może więc pójdziesz po prostu ze mną?

 

- Nie. To nie był Kaleb Walker. On nie włada tym miejscem. - zwierzę nieodmiennie nie ustępowało Alvy na krok i, chociaż dziwnie było rozmawiać z kimś, komu nie można tak po prostu spojrzeć w oczy, tropicielka powoli się do tego przyzwyczajała. O ile można w tym kontekście mówić o przyzwyczajeniu.

Wilk zamilkł na moment, ogrzewając się w bliskości ogniska. Jeden z jego młodych pobratymców, wyjrzał przez szpaler drzew, jakby chciał się zbliżyć, ale jej rozmówca natychmiast dał mu znać, żeby się wycofał. Nie chciał najwyraźniej, by ktoś niepowołany przysłuchiwał się ich prywatnej konwersacji.

- Nie mogę iść z tobą, Alvo. Nie do tego mnie powołano. Wiem, że muszę tutaj zginąć. - wilk zaczerpnął powietrza głęboko, jakby rozkoszował się jego zapachem. - No, może nie koniecznie w tym miejscu, dużo bardziej wolałbym wydać ostatnie tchnienie pod rozłożystą sosną... - Alvie wydawało się, że się uśmiechnął. - Ale nie mogę opuścić próby.

- To nie ma sensu - zaprotestowała. - Powołano?

Rozejrzała się za sosną. Koniecznie rozłożystą. Nie chciała jednak patrzeć na to miejsce jak na swój ukochany zakątek lasu. Chciała zakrzyknąć i wyzwać tego, który domaga się morderstwa w ramach jakiejś głupiej próby… rytuału…?

“Szlag!”

Przygryzła lekko wargę próbując okiełznać gniew, a w spojrzeniu jakie skierowała na wilka było sporo przekory.

- Bzdura. Jakbyś miał klucz w brzuchu wystarczyłoby się najeść trawy i wyrzygać. A jak w sercu lub mózgu tkwi w tobie kawał żelastwa, to już nie żyjesz. Tu w ogóle możliwa jest śmierć?

Od niechcenia wyciągnęła dłoń w stronę ogniska, empirycznie sprawdzając, czy ogień w Pustce parzy tak samo.

Parzył.

To nie był tak po prostu sen, to zdecydowanie było coś więcej, Alva poczuła to dokładnie, kiedy wysokie płomienie liznęły jej rękę. Bolało jak cholera. Bolało jak na jawie.

- Nie radziłbym. - wilk przyglądał się poczynaniom tropicielki sceptycznie. Tak, sceptycznie, wiedziała to. Nie wiedziała czy to widzi, czy po prostu wie, ale rozpoznawała jego emocje. - Można tu umrzeć, ale śmierć jest inna. Nie przeniesiesz się do Pustki, bo już w niej jesteś. Wyobraź sobie wieczne umieranie, raz po raz, które będzie trwało i trwało, nawet po tym jak twoje ciało rozłoży się w chatce Eleny Findley.

Zwierzę jakby spochmurniało, wyrażając te myśli na głos.

- Ja jestem kluczem, Alvo. Otrzymasz go, kiedy zadasz ostatni cios. Tak to zostało zaplanowane już dawno temu. Lata, dekady, a pewnie nawet wieki przed twoimi narodzinami. I tak musi być.

- Pięknie – warknęła przez zęby, wstrzymując syknięcie bólu.  – I mam cię zadźgać, żebyś ginął raz po raz w zaklętej karuzeli śmierci?! 

Wilk zmarszczył brwi w wyrazie zdziwienia (naprawdę to zrobił! to nie było przywidzenie!) - Nie unoś się, Alvo. - odrzekł całkiem spokojnie jak na kogoś, kto ma zaraz zostać zadźgany. - W moim przypadku jest do dużo prostsze. Ja zostałem tutaj stworzony. Nie wdarłem się do Pustki jako śmiertelnik. Nie przekroczyłem nieprzekraczalnej granicy. - wykrzywił usta w dziwnym, wilczym uśmiechu. - Ja umrę całkowicie normalnie, tobie jednak nie radzę bawić się tutaj z ogniem.

- Nie taka więc nieprzekraczalna. Dziękuję za radę - Alva zanurzyła pulsująca bólem rękę w śniegu, ale tylko na moment. Cisnęło jej się do głowy tyle pytań, że znów lekko potrząsnęła głową. Myśl o zabiciu wilczego towarzysza, choćby był tylko bytem Pustki, napełniała ją wstrętem. - Wygląda na to, że sporo wiesz.  Mówisz o chacie, o karym, który boi się magii. Skąd pewność, że nie da się wrócić inaczej? Skąd wiesz, czy twój stwórca cię nie oszukał?

Ona nie chciała w to wierzyć. Gdyby wilk się nie mylił, oznaczałoby to, że wolność jest tylko złudzeniem. Prędzej sczeźnie niż  przyzna mu co do tego rację.

- Bo widzisz, ja  przynajmniej zamierzam spróbować - stwierdziła podejmując decyzję. Drzwi były oczywistością, więc to do nich skierowała kroki, nie oglądając się chwilowo na  wilka.

- Bo jestem twoim snem, Alvo. Jestem niewidoczną częścią ciebie. - krążył koło niej, odganiając młode wilki, które chciały podejść do ogniska. -  Wyobraź sobie płód w łonie matki, który choć przecież wewnątrz, odczuwa wszystko to, co dzieje się na zewnątrz. Jestem tą wewnętrzną częścią ciebie, która istniała i istnieć będzie zawsze. Nie chciałbym powiedzieć, że jestem tą zwierzęcą częścią ciebie, bo chyba byłoby to nie na miejscu, ale... sama rozumiesz.

Uśmiechnął się. Nie widziała tego, bo kierowała się w stronę drzwi, ale tak właśnie czuła.

Czuła też, że zwierzę podążą za nią - niespiesznie, powoli, ostrożnie.

- Możesz próbować, ale, wracając do metafory ognia, uważaj, żeby się nie sparzyć.

 

Drzwi z bliska wydawały się jeszcze bardziej nierealne niż z oddali. Tropicielka nie przypuszczała, że cokolwiek w rzeczywistym świecie mogło mieć tak jasną, oślepiającą barwę. Patrzenie, na te niepozorne skądinąd wrota, przypominało patrzenie wprost na świecące słońce. Z tym, że barwa tych drzwi była dużo zimniejsza. Nie zmieniało to jednak faktu, że po chwili Alva dostrzegła ciemne plamy tańczące przed jej oczami, musiała na moment oderwać spojrzenie od drzwi, by się ich pozbyć.

Zauważyła zamek. Duży, staromodny zamek, do którego zapewne pasował równie staromodny klucz. Drzwi nie miały klamki, tylko ten ciemny otwór, ziejący w jej stronę tajemnicą. Nie znajdowały się też na ścianie - jak gdyby nigdy nic wisiały w powietrzu: płasko, nieruchomo, jakby przyczepione do horyzontu.

 

“Zaraza. Ogień parzy i można nabawić się śnieżnej ślepoty patrząc na  nierzeczywiste drzwi.” Z pewnością nie zachęcały do wymierzenia w nie brutalnego kopniaka. Alva odwróciła się od wrót.

- Wcale mnie nie pociesza, że on chce, abym zabiła część siebie - szepnęła do wilka, zastanawiając się, czym w takim razie są pozostałe biegające w lesie osobniki. - Nie wyglądasz na nic, co można by nazwać wadą.

Gniew, nadal wrzący gdzieś pod z wysiłkiem utrzymywanymi pozorami spokoju, przypominał, że metaforyczne więzienie nadal jest po prostu więzieniem, ale co mogło trzymać ją w Pustce? Tęsknota za przeszłością i miejscem, w którym wszystko wydawało się proste? Za tym, co było, zanim szczur okazał się człowiekiem, zanim niepozorne pudełko zaczęło ważyć toną odpowiedzialności i zanim magik szukający zemsty, czy jak zwał - sprawiedliwości, zwalił jej na głowę Pustkę...

“Dupa. Niewiedza wcale nie jest błogosławieństwem”. Tropicielka otrząsnęła się z gniewnych rozważań.

- A gdzie jest ta druga część instynktu? Ta, która szczerzy kły i odpowiada za walkę? Za szybko się poddajesz. Chodź. Poszukamy tylnej furtki.

Alva obejrzała się na swoje ślady, które powinny prowadzić w śniegu od ogniska do drzwi drogą, którą właśnie przyszli. A jeśli zostały te, to może będzie ich więcej… Takich, które wskażą drogę innego wyjścia.

- Może zostawiłaś ją w swoim świecie? - wilk odpowiedział z przekorą w głosie, jakby to, co powiedziała Alva było niezwykle zabawne. Nie zamierzał jednak oponować i cierpliwym, powolnym krokiem czterech potężnych łap, ruszył za tropicielką.

Ślady były widoczne, wszak nie miało co ich zatrzeć - śnieg nie sypał, a wiatr nie poruszał nawet najwyższymi wierzchołkami drzew. Alva skierowała się w głąb tyvijskiej puszczy, mijając kolejne sosny i świerki. Ten cudowny zapach przyrody znowu przypomniał jej o przeszłości, ale ani na moment nie wybił ze skupienia.

Tropicielka była czujna i szybko zauważyła, że kolejne drzewa niezwykle przypominają te, które już minęli. Ktoś, kto nie miał doświadczenia w przemierzaniu gęstych lasów, na pewno by tego podobieństwa nie dostrzegł. Ale nie ona.

Ta przestrzeń wydała się zapętlona w jakiś dziwny, pokręcony sposób.

Alva przekonała się o tym, kiedy odkryła, że między drzewami prześwituje polana. Ta sama polana z wesoło trzaskającym ogniskiem, przy którym się obudziła. Chociaż się nie cofali, znowu znaleźli się w tym samym miejscu.

 

Przez cały czas poszukiwań Alva nie odezwała się ani słowem, a gdy ponownie zobaczyła swoją polanę, nie czuła już do tego miejsca żadnego sentymentu. Coraz trudniej było opanować frustrację. To nie był las, tylko więzienie, klatka, wilczy dół! Pułapka w terenie, którego nie znała i nie rozumiała zasad nim rządzących. Podeszła do ogniska, słysząc, czy może cały czas czując chrzęst śniegu  pod łapami wilka, który nie odstępował jej na krok. Był także częścią tej pułapki, więc dlaczego miała wierzyć, że rozwiązanie jest tak proste? „Zabij go. Zabij!  I co wtedy? Usłyszysz śmiech Odmieńca?  Wyjdziesz stąd, wiedząc, że  poddajesz się szantażowi, bo...” – skrzywiła się nieładnie – „Albo i nie wyjdziesz.” Czuła , że jeszcze  kilka okrążeń tej przeklętej polany i  oszaleje, obsesyjnie szukając drugiego dna, wskazówek, tropów i zadręczając się, że każdy z nich  i tak wiedzie na manowce, dla chorej uciechy  pana Pustki.

„Szlag by go!”

Stanęła przy ognisku, czekając aż wilk zatrzyma się obok, a potem rozejrzała się za resztą stada.

- Dlaczego nie pozwalasz im podejść bliżej? - spytała wilczego towarzysza, odruchowo dotykając wiszącej u pasa broni.

- Po co mają słyszeć, o czym mówimy? Nie sądzę, żeby im się to spodobało. - odparł lekko, ale Alva nie miała wątpliwości, że mówi szczerze. - Tam jest ich miejsce. Nie tutaj.

Przysiadł na dwóch łapach koło ogniska i przyglądał się tropicielce uważnie.

- Alvo, widzę, że wciąż nie jesteś przekonana. Czy myślałaś o tym, co się z tobą stanie, jeśli tu zostaniesz dłużej niż powinnaś?

- Myślałam o tym, czy dłużej i krócej jeszcze tutaj istnieją. Ale tak. Jeśli stąd nie ucieknę, pewnie moje ciało w końcu umrze - westchnęła - A on? On nas słyszy?

Pomyślała także, że Odmieniec to bardzo dobre imię dla istoty, której domem, czy też królestwem jest coś takiego.

Wilk pokiwał głową.

- Oczywiście. To jego świat. - odparł spokojnie, jakby mówił o rzeczy całkowicie normalnej. - Twoje ciało umrze, to jasne. Ale co z duszą, Alvo? Rzecz jasna, kiedyś tutaj trafisz na zawsze, ale to jeszcze nie jest twój czas. To nie jest twój czas, żeby tutaj zostać, zdziczeć, zapomnieć. A kto wie, może twoje kolejne poczynania na jawie, przyniosą inne miejsce? Inny koniec? Nie, nie możesz tu teraz zostać. A czas płynie.

- Niech sobie wsadzi głęboko swój pokręcony świat i testy polegające na egzekucji!

Tropicielka ściągnęła brwi i zacisnęła wargi, odliczając sekundy odmierzane tylko łomotem serca. Kilka. Kilkanaście. Wreszcie jednak przesunęła dłoń dalej. Ręka piekła od oparzenia, a doskonale znajomy kształt wysłużonego noża oraz zgrabna rękojeść lekkiej kuszy były tak realne jakby wcale nie znajdowali się w sennych zaświatach.  „To nie jest nawet polowanie, to właśnie egzekucja”, pomyślała Alva, czując jak coś tłamsi w gardle, jak  palce drżą w zetknięciu z chłodną kolbą. Prawdopodobnie, gdyby tego chciała, wilk pobiegłby na rozkaz, ułatwiłby jej zadanie, udawał... „Nie.” Ledwo potrafiła zdławić wstręt, przełknąć ten miękki kosmaty ciężar w krtani, zacisnąć dłoń i  zmusić do posłuszeństwa przy dobyciu broni. Nie potrafiłaby jednak oszukiwać samej siebie. I nie chciała.

 

- Dobrze – głos jej omal nie zawiódł. Wiedziała, że nigdy już nie spojrzy na swoją polanę tak samo. I nie zapomni. Nie zapomni przecież o zadaniu, o słowie danym Lordowi Attano. O Krukach. Tylko raz spojrzała w górę, w widmową atrapę nieba. Zamiast wyzwisk, które  miała wykrzyczeć pod adresem Odmieńca, wyszeptała tylko cichą obietnicę - Zabiję, ale jeśli to oszustwo, moja dusza przez całą wieczność będzie szukać sposobu na uśmiercenie także ciebie.

Zmusiła się do patrzenia wprost w  ślepia wilka, gdy wyjmowała bełt i naciągała cięciwę. Strzał musiał być perfekcyjny, nie zniosłaby już widoku wijącego się w agonii tego pięknego zwierzęcia.

„Może spotkamy się znowu”, pomyślała tylko, celując pomiędzy bursztynowe oczy i naciskając na spust.

 

Breath of Life

 

Wilk wytrzymał spojrzenie. Wciągnął powietrze głęboko, nosem i zastygnął w pozycji półleżącej. W oczekiwaniu.

Alva nigdy nie dokonywała egzekucji, ale teraz uświadomiła sobie perwersyjność tego aktu z całą jego dosadnością. Zwierzę czekało, wiedziało, co się stanie, być może nawet odliczało już kolejne sekundy w tym oczekiwaniu, ale przecież to nie było naturalne. Nikt, na bogów, nie powinien oczekiwać na śmierć. I nikt, do cholery, nie powinien o jej momencie decydować z taką dokładnością.

Ostatni oddech.

Ostatni oddech życia.

 

I świst bełtu w powietrzu.

 

Strzał był celny, szybki i, być może, bezbolesny. A przynajmniej taką nadzieję miała Alva.

Nie wiedziała czy mrugnęła, czy też udało jej się zachować pełną ostrość widzenia, ale kolejne, co zobaczyła to pocisk między wilczymi oczami, które zastygły w niedowierzaniu. Nie było już w nich życia, a z rany zaczęła sączyć się jasna, błękitna krew.

 

Głowa wilka opadła i kiedy tropicielka z przerażeniem pomyślała, że teraz będzie musiała rozciąć jego wnętrzności w poszukiwaniu klucza; kiedy już z całą mocą, z całą burtalnością tego momentu uświadomiła sobie, że zmuszona będzie rozlać więcej tej błękitnej krwi, wilk zaczął znikać.

Nie zniknął od razu. Działo się z nim dokładnie to samo, co z Maksimem i Eleną.

Albo z Leną, która stopniowo zmieniała kształt, przyjmując ciało człowieka.

Wilk niknął, malał, rozpływał się.

 

Nie mogło to trwać długo, ale trwało wystarczająco, by zdać sobie sprawę, że nie zdążyła poznać jego imienia.

 

Nie przypominał już zwierzęcia, z którym Alva przed momentem rozmawiała o zawiłościach świata. Niewielkie pasomo białego futra, które pozostało na ziemi, zaczęło zmieniać swój kolor i kształt. I już po chwili, zamiast wilka, przed tropicielką znajdował się duży, miedziany, bogato zdobiony klucz.

 

Wiedziona dziwnym przeczuciem, rozejrzała się dookoła.

Wataha wilków zniknęła.

Zaczął padać śnieg.

 

Alva podniosła nieszczęsny klucz, usilnie starając się nie myśleć. Nawet nie wiedziała kiedy zupełnie mechanicznie, bez udziału woli, zawiesiła broń na powrót u pasa.

„On nie był rzeczywisty” – powtarzała sobie  jak zaklęcie – „Sen. To sen. To tylko koszmar.”  Ale to nie pomagało.

Pobiegła do drzwi, z kluczem niesionym  nienaturalnie daleko od ciała.

Nawet jeśli  świadomość nie ubierała tego wszystkiego w konkret, Alva czuła, po prostu czuła, że to nie imię, o które nie spytała, nawet nie dręcząca niepewność, co właściwie zabiła, ale sposób w jaki to zrobiła zostanie w pamięci na zawsze.

Opamiętała się jednak przed świetlistymi wrotami.

Płatki śniegu topiły się na gołej dłoni trzymającej klucz. Na twarzy również, choć zostawiały tam chyba więcej wody niż powinny.  Nie wycierała ich, tylko stojąc na wprost obiecanego wyjścia  przełożyła klucz do lewej ręki, a prawą wyciągnęła kordelas.

Nie była pewna, co spotka po drugiej stronie

I musiała się przygotować.

Przecież nie rzucała słów na wiatr.

Nie obejrzała się także, przekręcając klucz w zamku.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FDypM8M.png

Maksim Olgovich Aristov

 

Maksim Olgovich, ogniskując spojrzenie na trzymanym w dłoni Eleanor przedmiocie, poruszył się niespokojnym gestem osoby wyrwanej do niepożądanej odpowiedzi. Do tej pory, począwszy od bezrefleksyjnie nostalgicznego przekroczenia pokoju swojego brata, stojąc sztywno za ozdobną, dolną ramą łóżka, przyglądał się zastanej scenie w posągowym milczeniu. Blady, wycieńczony, skołowany konfrontacją z przestrzenią rozległą niczym kosmos, bezwiednie powtarzał w umyśle kolejne zasłyszane zdania oraz dostrzeżone elementy... Andrieya... srebrną popielniczkę... nagą kobietę... jej świdrujący, nieprzyjemnie przeszywający śmiech... własną, byłą żonę... jej nagość... pocałunek... oko…

Tyle zdrady, tyle pogardy, tyle koszmarnej przewrotności… A mimo to stał niczym słup soli, czując, jak żyła na jego skroni, pęczniejąca od krwi niczym pasożyt, który przyssał mu się do głowy, poczyna pulsować chaotycznym, totalnie nieskoordynowanym rytmem wyznaczanym przez porywy paraliżującego gniewu i dezorientacji.

 

Zawsze nie w porę… Wybacz, braciszku… To przez to oko…

 

Wreszcie, nie mogąc zdecydować się na żaden sensowniejszy ruch, wykonał cztery kroki w stronę najbliższego fotela, z idiotyczną pedanterią unikając nadepnięcia elementów garderoby Andrieya i Eleanor. Oparłszy swoją nieodłączną laskę o blat stolika (a więc przedmioty także mogą przenikać do Pustki), zasiadł w nim z martwą bladością człowieka, którego toczyła jakaś nieznana, wewnętrzna gorączka. Doprawdy, Maksim Olgovich dałby wszystko, aby całą swoją ociężałość ciała i umysłu przypisać dalszemu działaniu tej wodnistej, niepojętej mazi, przez którą przebijał się do samego serca Pustki.

 

To sen, Maksimie. Jego już nie ma.

To koszmar. Mara. Plugawy fantazmat.

Jednak czy tak właśnie tak nie mogła wyglądać przeszłość?

Nie, Maksimie. Nie myśl o tym, Maksimie.

Nie teraz.

 

- Dlacz… - przerwał, niemal boleśnie odczuwając, jak jego własny, tak bardzo niezawodny głos łamie się pod wpływem kłopotliwej, nieskończenie niepożądanej suchości w gardle. Uciekając spojrzeniem w stronę okna, przepuszczającego z rozrzutnym, iście tyvijskim gestem szerokie promienie mroźnego, ale przesyconego jasnością światła słonecznego, odchrząknął z dziwnie makabrycznym posmakiem w ustach. Zupełnie jakby to nie metaforyczny piasek pandyzjańskiej pustyni, lecz warstwa wielowiekowego, trupiego popiołu osiadła na jego strunach głosowych.

 

Nie miał wątpliwości, że z taką postawą podaje się jej jak na tacy.

Osiem lat, Maksimie Olgovichu. Osiem lat wyobrażałeś sobie ten moment. Osiem lat przetkanych snami, planami i szukaniem tropów. Osiem lat układania tego pierwszego zdania, robienia pierwszego po dziewięciu latach wrażenia. Osiem lat! Ty słaby, żałosny, skończony durniu.

A przecież to tylko sen, głupcze! Chociaż tak bardzo sensualny, namacalny, wyczuwalny każdym możliwym nerwem i zmysłem, to jednak nadal koszmar. Odrealniony, podstępny, bolesny koszmar.

Pamiętasz? Elena. Franco. Pudełko. Kruki. Odmieniec.

To nie jest snem, Maksimie.

 

Zacisnął zęby, na powrót wycelowawszy spojrzenie prosto w chłodne, niebieskoszare oczy Eleanor. Zrobiwszy wszystko, co tylko możliwe, aby spędzić targające nim uczucia irytacji, zakłopotania, żalu i bezrefleksyjnego gniewu – a wraz z nimi przejawy wszelkiej możliwej słabości – nie tyle  w najczarniejszą otchłań Pustki, co poza obręb nieznanych granic kosmosu, skupił w swoich źrenicach – rzekomym zwierciadle duszy – świadectwo maksymalnego, zimnego spokoju. A także tego, czego miał swojej byłej żonie najwięcej do zaoferowania.

Przemyślanej, sadystycznej, dozgonnej nienawiści.

- Wreszcie na swoim miejscu. Wspaniale zastępujesz Cerbera. – uśmiechnął się nieprzyjemnie i niestety również – o czym świadczyło delikatnie drżenie mięśni w kąciku ust – w pewnym sensie sztucznie. Mimo wszystko poszło gładko, pewnie i bez większych potknięć. – Dlaczego masz o mnie takie mniemanie? Skąd ta myśl, że zamierzam cokolwiek od ciebie pożyczać? - rozluźniwszy się we fotelu, niespiesznie, prawie że spontanicznie,  założył nogę na nogę. Ręce Maksima spoczywały spokojnie na drewnianych, bogato zdobionych, starannie polakierowanych oparciach. – Jesteśmy razem. Martwi. Stęsknieni. Poszukiwani. Wszyscy. Czego więcej nam trzeba?

Eleanor usiadła na drugi fotel. Dzielił ich teraz tylko mały stolik. Podobnie jak Maksim założyła nogę na nogę, a jedwabny szlafrok ześliznął się z jej skóry, odsłaniając udo. Arystokrata pomyślał, że w ogóle się nie zmieniła. Nie postarzała. Wyglądała tak jak dawniej.

Nic dziwnego, w końcu to był tylko sen. To musiał być tylko sen, prawda?

- Ciekawe pytanie, Maksimie. Zawsze zadawałeś ciekawe pytania. - Eleanor uśmiechnęła się drwiąco, wciąż jakby od niechcenia bawiąc się kluczem. - Nie wątpię, że czekałeś na tę chwilę i teraz ją masz. Masz w końcu mnie. Bezbronną mnie. Ja mam co prawda ciebie, ale wciąż jeszcze czuję w tym pokoju zapach twojego brata. To niebywałe, jak bardzo się od siebie różnicie. Pod każdym względem. - znowu się roześmiała. Czy kiedyś też śmiała się w tak przeszywający, niepokojący sposób? - Ale przecież nie będę zadręczać cię szczegółami. Nie spodobałyby ci się.

- Chyba nie pozwolisz, aby troska uczyniła cię więźniarką skrupułów? - Maksim uśmiechnął się, obdarzając członkinię bocznej gałęzi rodu Boyle'ów ironicznym, gorzkim grymasem. Znając motyw przewodni snu, mógł wykrzesać w sobie tyle spokoju, aby czuć się przygotowanym na podobne kwestie. Nie zmieniło to jednak faktu, że dopiero po chwili zorientował się, że z każdym kolejnym krokiem półnagiej Eleanor i każdym kolejnym jej słowem mocniej zaciskał prawą dłoń na oparciu fotela. - Śmiało. Ty zawsze znajdowałaś czas, aby mnie wysłuchać. Z wszelkimi tego konsekwencjami. - dodał ze znajomym błyskiem w oku, starając się jednocześnie możliwie niedostrzegalnie poluzować zacisk pobielałych palców. - A więc jak brzmi twoja wersja bajki o dwóch braciach?  

Eleanor westchnęła w ten teatralny, pełen niedowierzania sposób. - Naprawdę chcesz słuchać tak banalnych opowieści? Nie jesteś przecież już dzieckiem, Maksimie. A przynajmniej nie powinieneś, nie po tym, jak straciłeś wszystko, co tylko stracić mogłeś. - przyjrzała się trzymanemu w dłoni kluczowi i na powrót wsunęła go do kieszeni szlafroka. - Czy to ma teraz znaczenie, mój drogi? - ależ słodko wypowiedziała dwa ostatnie słowa. - Czy ma znaczenie, kto był zdolniejszy, przystojniejszy, lepiej rokujący? Kto miał zarządzać rodzinnym majątkiem? Kto miał reprezentować nazwisko Aristovów na salonach? Nie ma. - przygryzła wargę i przekrzywiła głowę, patrząc na Maksima uważnie, jakby oczekiwała jego reakcji. - Nie po tym, jak ród Aristovów przestał istnieć.

 

Kiedy Eleanor postawiła ostatnią kropkę swojego wywodu, mogła ujrzeć jak blada, niezdrowa cera Maksima Olgovicha przybiera strukturę woskowej maski. Kimkolwiek była zasiadająca przed nim istota - senną marą, demonem, Eleanor Boyle, Kalebem Walkerem czy choćby samym Odmieńcem - wypowiadała słowa, których z ust swojej żony nigdy nie usłyszał. Nigdy wprost. Nigdy tak dosadnie. Nigdy tak nienawistnie. Związani teoretycznym uczuciem, praktyką dnia codziennego i obyczajowymi konwenansami, funkcjonowali na płaszczyźnie, w której Eleanor Boyle pozostało co najwyżej sączyć prowokacje, rozpylać półprawdy i siać wymowne niedomówienia. Trudno jednak było oprzeć się wrażeniu, że w tej wyzywającej, demonicznej Eleanor jest coś niezaprzeczalnie prawdziwego, jak w palimpseście z mrocznymi zaklęciami, ukrytym do tej pory pod salonowym wierszykiem. A może to tylko jego własna fantazja?

 

Elena, Maksimie. Pamiętaj.

 

- Piękne bajki snujesz swojemu mężowi. Aż żal, że nie umieściłaś jej w naszym ślubnym albumie... - mruknął, z animuszem obdarzając swoją byłą żonę potężnym ładunkiem pogodnej, sadystycznej nienawiści. Nie miał zamiaru odpuszczać. - ...bądź księdze kondolencyjnej. Jeden wpis na trzy trupy. - opierając łokieć o blat stolika, niespiesznie przechylił się w stronę kobiety. Poczuł, jak do jego nozdrzy mocniej dociera woń tak boleśnie znanych perfum. - Pozwól, że ja także coś ci opowiem. Skoro jednak tak gardzisz bajkami, postawmy na teatr. Twój żywioł! - zdrowe oko Maksima puściło gwałtowne, mało subtelne oko do Eleanory - Był czas, gdy przygotowałem dla ciebie całą sztukę. Byłabyś królową większości aktów. A ty się nie zjawiłaś...

Kpiący uśmiech zszedł z twarzy Eleanor jak ręką odjął, kiedy Maksim wypowiedział ostatnie słowa. Zamiast niego na jej obliczu, tym delikatnym, uroczym obliczu, które kiedyś tak go urzekało, pojawił się wyraz dzikiej, nieskrępowanej złości. Śladem Maksima nachyliła się do przodu, tak, że ich twarze dzieliła odległość kilku centymetrów.

Idealna, żeby złożyć pocałunek, albo wydrapać rozmówcy oczy w przypływie niepohamowanej wściekłości.

- To wciąż byłaby twoja sztuka, Maksimie. Twoja egocentryczna, narcystyczna sztuka. - warknęła, próbując na powrót uśmiechnąć się drwiąco. Nie wyszło to jednak tak dobrze jak wcześniej. - Czy poprosiłbyś mnie o radę przy pisaniu dialogów? Czy konsultowałbyś ze mną pojawiających się bohaterów? Nie. Byłabym tylko aktorką. Królową-marionetką. Kukiełką. Manekinem. Pionkiem.

 

W krótkiej chwili milczenia, które zapadło po emocjonalnym wybuchu Eleanor Boyle, Maksim Olgovich niespiesznie, z rozmysłem, a nawet i pewnym rozsmakowaniem przyjrzał się z bliska twarzy swojej byłej żony. Poczynając od niesfornych, potarganych seksem kosmyków włosów w kolorze ciemnego blond oraz aksamitnej, podniecająco bladej skóry (z małą, uroczo ozdobną kropką znamienia pod okiem) poprzez kształtną szyję, skropioną wonią szalenie drogich, serkońskich perfum (tangeryna... kwiat pomarańczy... liść czarnej porzeczki... jaśmin... drzewo sandałowe... bursztyn... piżmo... znał je tak dobrze, że umiał wymienić  wszystkie składniki nuty głowy, serca i bazy), szlachetnie zarysowany podbródek, delikatnie półokrągły nos, aż do zanurzenia się w zimnej otchłani jej stalowoszarych oczu, skrzętnie wykorzystał tą krótką chwilę milczenia, która była im dana. Bliskości, jakiej nie zaznali od pełnych ośmiu lat. Rzeczywiście, wyglądała jak idealna kopia Eleanor Boyle..

 

Aristov powoli wciągnął nosem powietrze. Przesunął twarz o malutki centymetr, jakby walczył z pokusą złożenia na jej wąskich, ale kształtnych ustach mimowolnego, upragnionego pocałunku. I zaśmiał się. Cicho, przekornie, ze współczuciem. Prosto w twarzy swojej byłej żony.

 

- A więc to zemsta divy.. Te oko, te trupy, ten chaos. - syknął zimnym, nieprzyjemnym głosem, zamykając swoją popisową wesołość w obrębie złowrogich błysków w zdrowym oku. - Kim w takim razie byłaś w planach swojego obmierzłego ojczulka, hm? Za kogo się uważałaś, kiedy biegałaś do Lytteltona z każdą przeklętą informacją o mnie? Co o sobie myślałaś, śląc Mannersowi jak najęta tajne liściki? - cedził swoją nienawistną wyliczankę jakby do rytmu regularnego pracy mechanizmu monokla. Ręka, do tej pory wsparta na łokciu, powędrowała na blat zastawionego alkoholem stolika. - Osiem lat to kawał czasu. Wiesz co w tym czasie porabiałem? Wykończyłem ich. Wszystkich po kolei. Uzgadniałem ich śmierci na obiadkach z Lordem Protektorem. "Powiesił się w celi"... - uderzenie prostą, płaską dłonią o blat. Butelki zadrżały delikatnie. - "Utopił się w basenie"... - kolejne. - "Zmarł na grypę"... - i jeszcze jedno. - "Zaginął bez wieści"... - i kolejne. Bez odrywania twarzy i spojrzenia od Eleanor Boyle. Z lodowatą, nienawistną pasją tężejącą w każdym kolejnym zdaniu. - Odzyskałem tytuł. Utrzymałem majątek. Piszą o mnie w gazetach. Rżnę co tydzień inną modystkę.  Zdajesz sobie sprawę, że to już osiem pierdolonych lat? Osiem lat bez mężusia z zabawnym okiem. I co? Gdzie są te rozpostarte skrzydła Eleanor Boyle? Gdzie? No gdzie?! Statysko! Pionku! Manekinie! - warknął tak wściekle, że kropelki śliny spryskały twarz kobiety. - W jakiej norze się chowasz, suko?!

 

Jego była żona zacisnęła usta w wąską kreskę tak, że wargi wyraźnie pobielały.

 

Eleanor Boyle nigdy nie była ostoją spokoju. Potrafiła sprawiać wrażenie cichej, opanowanej i potulnej, ale przecież Maksim zawsze wiedział, że jej duszę jątrzą emocje. Teraz, przez krótką chwilę, widział te emocje jak na dłoni.

Wściekłość, nienawiść, żądza zemsty, satysfakcja, napięcie...

Tak drobna istota. Tak wiele uczuć.

Eleanor wstała.

Nie, wróć. Poderwała się z krzesła.

Zacisnęła dłonie w pięści, wpijając paznokcie w skórę. Na jej policzkach wykwitły niezdrowe rumieńce, upiornie korespondując z bladością cery.

- Wiesz kim jesteś, Maksimie? - jej piersi falowały pod wpływem szybkiego oddechu. Dostrzegał to nawet, jeśli nie chciał. - Jesteś tylko pieskiem Attano, jego zabawką, pacynką, poddanym, który zrobi wiele, aby otrzymać w nagrodę trochę zemsty, która i tak mu się przecież należy. - próbowała uspokoić oddech, ale emocje wciąż brały górę. - Uzależniłeś się od jego władzy, bo twoja nie była nawet w części wystarczająca, by odebrać sprawiedliwość. Jesteś słaby! Zbyt słaby! - wyrzucała z siebie wszystko po kolei, wciąż nerwowo zaciskając dłonie. - Nie jest ważne, gdzie się chowam. Ważne, że tam gdzie się chowam jestem wolna! To żałosne, że tego nie widzisz, że nie widzisz jak bardzo cię spętałam. A może po prostu nie chcesz widzieć? Wydajesz setki sztuk złota po to, żeby zasłonić sobie oczy. Piszą o tobie w gazetach? Bo zafundowałeś kolejną, pożal się Pustko, wystawę. Rżniesz co tydzień inną? Bo opłacasz jej zachcianki, zakupy, może nawet mieszkanie... Powiedz, czy któraś przypomina mnie? - uśmiechnęła się szeroko, drwiąco. - Nie sądzę. Wciąż łączysz ze mną zbyt wiele uczuć. Myślę, że to właśnie jest zwycięstwo.

 

Pamiętasz, Maksimie?

 

Skrzynka. Odmieniec. Franco.

 

Maksim Olgovich, przeżywający w ciągu ostatnich chwil karuzelę katuszy wspomnień, dezorientacji i niepewności, tym razem uczynił naprawdę wiele, aby nie dać się porwać podjętej przez Eleanor demonicznej burzy uczuć. Odchyliwszy się na powrót ku oparciu fotela, z całych sił wpił dłonie w ozdobne zwieńczenia podłokietników. Mimo wszystko zdawał sobie sprawę, że prowadzenie potyczki w tym miejscu, na tych warunkach, z tym bytem, przypominać będzie prowadzenie partii szachów z samym sobą.

 

W takiej grze nie ma zwycięzców bądź przegranych.

 

- Same uczucia nic nie znaczą. - odparł przez na wpół zaciśnięte zęby, starając się nie dygotać ze wściekłości. - Mam wobec Eleanor plany. Całkiem ambitne plany. - dodał, rzucając kątem oka na stojący przy drugiej krawędzi stolika alkohol. W tym wypadku również wszystko się zgadzało. Andriey, jak na urodzonego tyvijczyka i podszytego brawurą wojskowego, nigdy nie mógł się zdecydować, co też postawić na szczycie swoich zamiłowań - wykwintne trunki czy piękne kobiety. Chociaż Maksim Olgovich - te przeklęte przeciwieństwa! - nie tyle nie pił, co nawet nie przepadał za alkoholem, tym razem poszedł w ślady dawno nieżyjącego brata, odruchowo sięgając po pierwszą z brzegu butelkę.

Mimowolnie uśmiechnął się równie gorzko, co ironicznie, odczytując zawartą na niej etykietę.

 

Wódka "Dziadek Mróz". Duma gorzelników Lazarevów.

 

Drążącą dłonią przelał krystaliczny płyn do kieliszka, rozlewając przy tym z jedną trzecią tego co nalał. Nigdy nie miał w tym wprawy, a targające nim emocje z pewnością nie pomagały.

- Nie ukrywam, że wydarzenia ostatnich dni mocno wpłynęły na ich kształt... ale tego zapewne się domyślasz. - mruknął, bez najmniejszego zażenowania mierząc praktycznie nagą kobietę od stóp do głów. To ciało... Ach ty zdradliwa, krwiożercza suko. - Wódeczki?    

Brwi Eleanor uniosły się ku górze w wyrazie zdziwienia. Przez chwilę patrzyła na niego z niedowierzaniem. Potem - z powątpiewaniem. Aż w końcu znowu się uśmiechnęła.

- Może jednak masz coś z Andrieya. - warknęła. - Wiesz, że tutaj będzie parzyć w gardło tak samo?

Zbliżyła się do niego, zerkając na rozlany alkohol. W powietrzu unosił się jego gorzki zapach.

- Sama sobie naleję. - wyciągnęła rękę, żeby przejąć butelkę. Poczuł jej dłoń na swojej dłoni. Zrobiła to specjalnie?

Ale zanim zdążył się zastanowić, jego była żona już nalewała trunek do szklanki. Ze znacznie większą wprawą.

- To co takiego ambitnego dla mnie wymyśliłeś?

Maksim, przenosząc spojrzenie z dzierżącej szklankę dłoni Eleanor na jej twarz - po drodze zahaczając o, jedynie w niewielkim stopniu zakryte, drobne piersi z delikatnie nieproporcjonalnymi, wypukłymi sutkami - uśmiechnął się z ugodową jadowitością na zasłyszaną zachętę. Czy kiedykolwiek wyobrażał sobie - nawet w najbardziej surrealistycznych snach - że będzie się zwierzał marze swojej byłej żony z własnych planów względem niej?

- Prawie jak w domu. - mruknął, z wrodzoną, tyvijską wprawą wychylając kieliszek z wódką. Tajna receptura Lazarevów, w skład której miał wchodzić destylat z tarnin i pitnego miodu oraz mieszanina alkoholu zbożowego i wody źródlanej z samych trzewi tyvijskiej ziemi, mobilizująco zapłonęła w gardle Maksima, jednak nie na tyle, aby wywoływać żenujące napady kaszlu. Kieliszek stuknął o lakierowany blat stolika. - Rozejrzyj się. - zachęcająco wykonał palcem kółko w powietrzu. - Wiesz, gdzie jesteśmy? Na pewno wiesz... Oczywiście nie mam na myśli naszego małego domku dla lalek. To imponująca, drobiazgowo wykonana, ale jednak atrapa. - uśmiechnął się kpiąco. - No więc... Gdzież to moja kochana żonka spółkowała z umiłowanym braciszkiem?

Eleonora także wypiła swoją część. Nie była Tyvijką, jej podniebienie nie przywykło do takich trunków, ale jednak, przełknęła wódkę z niewielkim tylko grymasem. Cóż, najwyraźniej emocje ją znieczulały.

- Och, nie bądź zazdrosny, Maksimie. - prychnęła, wydymając usta. - Ostatecznie, byłam twoją żoną, twoją zabawką, twoją własnością, a nie Andrieya. Czego, w gruncie rzeczy, żałuję. Z nim poszłoby mi łatwiej. Może nawet oszczędziłabym tę przystojną głowę. - uśmiechnęła się, opierając o krawędź stolika. Najwyraźniej nie miała zamiaru wracać na fotel. - Ale wracając do tematu... wiem, gdzie jesteśmy i zajmuje mnie to, czy uda ci się stąd wyjść. Na razie idzie ci gorzej niż dopadnięcie mnie na jawie. - odstawiła szklankę, na której zostawiła rdzawoczerwone ślady. Dopiero teraz arystokrata zauważył, że jej dłoń krwawiła. Musiała rozorać skórę, zaciskając dłonie w przypływie gwałtownej nienawiści. - Chociaż, po prawdzie, pochlebia mi to, że tak bardzo chcesz spędzać ze mną czas w tym domku dla lalek. Pochlebia mi to, jak na mnie patrzysz. Nie wiem czy potrafiłabym tak patrzeć na ciebie.

- Czyżbym cię męczył? - w głosie Maksima pojawiła się udawana troska. Mężczyzna powoli wstał z fotela, stając tuż przed Eleanor. Będąc o głowę wyższym, spojrzał na nią z równie teatralną opiekuńczością. - Pamiętaj, że rozwiązanie problemu leży również w twojej gestii... Zawsze możesz, po dobrej, starej znajomości przyznać mi kilka dodatkowych punktów. Mogę? - wystawił dłoń z czytelną propozycją obejrzenia rany.

- I tu się mylisz. Rozwiązanie tego problemu leży tylko w twojej gestii. - podała mu dłonie z całkowitą ufnością, jakby nie miała absolutnie nic do stracenia. Rany nie były głębokie, ale wydawały się prawdziwie. Jak wszystko w tym przeklętym śnie.

 

Czy w Pustce też może wdać się zakażenie?

I czy to nie jest kuriozalne pytanie?

Zresztą, przecież wcale go to nie obchodziło.

 

- Podpowiedziałam ci zresztą, jak się do tego rozwiązania zbliżyć. - znowu wykrzywiła usta w nieprzyjemnym uśmiechu. - Zawsze wydawało mi się, że potrafisz być miły, jeśli ci się to opłaca. Gorzej jednak w wykonaniu Maksima Olgovicha Aristova wypadają prośby, prawda?

Arystokrata przez ułamek chwili zamilkł, ujmując dłoń Eleanor. Drobne, szerokie jak paznokcie kreski krwi oznaczały się na delikatnej, alabastrowej skórze kobiety szlachetnym odcieniem rubinu.

- Cóż... - chociaż nieprzerwanie okazywał demonstrowany od kilku chwil animusz, musiał przyznać sam przed sobą, że dotyk chłodnej ręki byłej żony wywarł na nim silne wrażenie. Z pewnością, gdyby tradycyjnie miał na sobie rękawiczki, ochronna warstwa skóry uchroniłaby go przed podobnymi odczuciami. Tak się jednak złożyło, że ten niezobowiązujący, lekki gest podziałał z siłą katalizatora nowych wspomnień. Zwłaszcza tych bolesnych. Inna sprawa, że zmobilizowany umysł Maksima błyskawicznie odepchnął je w niebyt. - Czyż nie przebywamy w krainie możliwości? - uśmiechnął się enigmatycznie, zaraz jednak znaczną część uwagi zogniskował na szeregu ranek. - Wydawało mi się, że tutaj wszystko jest możliwe...

Kierowany absolutnie absurdalną myślą, powrócił pamięcią do sytuacji sprzed kilku chwil (godzin? dni? miesięcy? lat? eonów?). Do błędnego ognika. Do Franco. I do tej strasznej, zadanej przez Zevrona rany.

A gdyby tak...

Maksim starannie ukrywał to napięcie oczekiwania, które towarzyszyło mu podczas obserwowania dłoni Eleanor.

Jasne, Franco zrobił to bez najmniejszego wysiłku, ale jak się okazało - wiedział coś, czego najwyraźniej nie wiedział Maksim, by działanie zakończyło się sukcesem. Rany nie zasklepiły się ani odrobinę.

Jeśli to była kraina możliwości, to działała cholernie wybiórczo.

- Przypuszczam, że gdyby wszystko było możliwe, już bym nie żyła. - Eleanor zauważyła przekornie i, w swoim odczuciu, całkiem trzeźwo. Jej ręce drgnęły lekko pod wpływem dotyku, ale ich nie cofnęła. Przekrzywiła za to głowę, patrząc na Maksima uważnie, lustrująco. Przypominało to trochę ten moment, w którym spoglądasz na jakąś osobę poznaną dawno temu w przeszłości, ale za nic nie możesz sobie przypomnieć kim była i skąd ją znasz. - Pocałuj mnie. Całkowicie zapomniałam jak to robiłeś.

Maksim nie odpowiedział od razu na propozycję Eleanor. Porzucając dalszą, ewidentnie bezcelową obserwację dłoni, przez ułamek chwili obdarzał kobietę spojrzeniem, wyrażającym całą gamę, często ze sobą sprzecznych, emocji.

 

Odruchowej irytacji. Wrodzonej ciekawości. Doświadczonego sceptycyzmu. Jadowitego rozbawienia.

Szczerego pożądania.

 

Mimowolnie podniósł spojrzenie na znajdujące się trzy kroki za plecami Eleanor okno, lustrując dostrzeżony z tej perspektywy krajobraz. To była naprawdę misterna atrapa. Tak szczegółowa, że na strzelistych gałęziach pobliskiej brzozy nadal wisiały, targane leniwym wiatrem, ozdobne wstążki, które okoliczne chłopstwo - w większości pracujące na rzecz rodu Aristovów - zaczepiało w okolicach Uczty Zatracenia na znak deklarowanej pomyślności.

Przeklęty, demoniczny domek dla lalek.

- Zdejmiesz go... kochanie? - delikatnie przechylił głowę w lewo, demonstrując i tak doskonale widoczny monokl. Jego ręka, do tej pory trzymająca dłoń Elanor, leniwie, bez pośpiechu, rozpoczęła wędrówkę w górę jej ramienia. Druga, na znak zachęty, sięgnęła do klamry paska, znajdującej się z tyłu jego głowy.

Eleanor skrzywiła się nieprzyjemnie. Wiedział, że jej się to nie podoba i widział, jak próbuje to ukryć. Tak, próbowała przybrać obojętny wyraz twarzy, ale lekko zmarszczone brwi i rozchylone usta wyrażały napięcie.

Napięcie, które dało się odczuć, kiedy podniosła ręce sięgając po klamrę paska.

- Nieźle cię urządziłam. - powiedziała, starając się, by zabrzmiało to lekko. - Taka mała rzecz, a taka kłopotliwa.

Był na tyle blisko, że słyszał, jak serce w jej piersi wali coraz szybciej, kiedy luzowała uścisk monokla na jego głowie.

- Jeśli myślisz, że to zrobi na mnie wrażenie, to się mylisz.

Odpowiedziała cicho, szeptem niemal, a on czuł, że jej oddech nieznacznie przyspieszył.  

To była wyjątkowa rzecz. Całkiem ciężka, którą w swojej kategorii męskich monokli, okularów i przepasek należałoby wręcz nazwać masywną. Poczynając od najważniejszego elementu - grubej, specyficznie oszlifowanej kryształowej soczewki, oprawionej w kunsztowną, mosiężną oprawę, poprzez staranie spreparowany, wytrzymały, ale miły w dotyku skórzany futerał, ewidentnie łączonego na drugiej stronie z miękkim, syntetycznym podbiciem, aż na stonowanych, starannie wygrawerowanych złoto-mosiężnych zdobieniach kończąc, mechaniczny towarzysz życia Maksima Olgovicha Aristova nie pozostawiał wątpliwości, że jest produktem zaprojektowanym i wykonanym specjalnie dla niego. Specjalnie dla na jego wyjątkowe potrzeby.

Kiedy Eleanor Boyle niepewnie odpinała główną klamrę mocującą, ulokowaną w najkorzystniejszym ku temu miejscu na jego potylicy, wiedziony praktyką Maksim przytrzymał lewą dłonią przednią, ciążącą ku dołowi część monokla. Dzięki temu, spoglądając na byłą żonę swoim jedynym, zdrowym okiem, robił to niejako przez pionowe kraty swoich palców.

Nie było w nim jednak złośliwej satysfakcji kaleki, który postanawia szczuć towarzystwo obrazem swojej niedoli. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat twarz Maksima Olgovicha wyrażała smutek. I głuchą, poważną, twardą powagę.

W momencie, kiedy klamra ostatecznie puściła, Aristov zręcznie ujął swój monokl w dłoni. Nie siląc się na pretensjonalny, przeciągany suspens, zwyczajnym rytmem swojego ramienia odjął futerał z twarzy, po czym, mimo wszystko nachylając się trochę bardziej ku Eleanor Boyle, odłożył go na wolne miejsce blatu stolika. Kobieta, rzucając okiem na wewnętrzną część mechanizmu, mogła dostrzec coś na kształt kilkucentymetrowego, stożka. Szerszego u nasady soczewki i wąskiego na szczycie.  

Nie ściągając go od tak wielu dni nawet na krótką chwilę, mimowolnie poczuł autentyczną ulgę.

Spoglądając na żonę swoim jedynym, zdrowym okiem, uśmiechnął się gorzko.

- Wyrwali. - wyjaśnił rzeczowo człowiek, którego znaczną część twarzy zajmowała powierzchnia podłużnej, owalnej dziury. W miejscu, w którym u tak zwanego normalnego człowieka powinno się oko oraz kości policzkowe, Maksim Olgovich Aristov posiadał starannie wyrzeźbioną, wklęsłą, skierowaną do wnętrza pustkę. Nie było oka. Nie było powiek. Nie było nawet znacznej części kości policzkowych.

- A wcześniej zmiażdżyli. - Eleanor zdawała sobie sprawę, żeby komuś wyrwać oko, wpierw trzeba rozkruszyć oporną strukturę kości. Chyba, że w grę wchodzą tradycyjne tortury.

Eleanor pobladła tak wyraźnie, że jej cera wyglądała teraz jak pociągnięta kredą. Nie opuściła jednak spojrzenia. Na Pustkę, gdyby tylko wiedział ile ją to kosztowało!

- Miałeś umrzeć. - odezwała się w końcu z wysiłkiem, jakby coś ugrzęzło jej w gardle. - Miałeś tylko umrzeć.

 

Najwyraźniej nawet w najśmielszych snach (snach, dobre sobie) jej wyobraźnia nie podsuwała takich obrazów.

 

- Miałeś tylko umrzeć! - powtórzyła, kurczowo trzymając się tej myśli. To dziwne wykrzyknienie wyrażało chyba wszystko: żal, wściekłość, usprawiedliwienie, niezrozumienie.

Zadrżała, delikatnie, ale wyczuwalnie.

- Wiesz, co myślał ten dureń Lyttelton? Nikt go oczywiście o myślenie nie prosił, nie miał do tego predyspozycji, ale czasem, hobbystycznie sobie myślał... Sądził, że znalazłam kogoś innego, bogatszego, lepiej postawionego, dlatego chcę się pozbyć tego irytującego Aristova. Obstawiał nawet diuka Serkonos. - uśmiechnęła się nieprzyjemnie, ale nie do Maksima, a do własnych wspomnień. - Moja świętej pamięci ciotka zakochała się w tym zdrajcy Burrowsie, więc i mi musiało odpieprzyć. Geny. Tak to sobie tłumaczył, choć oczywiście moja rzekoma niewierność była mu na rękę. - wciąż starała się nie opuszczać wzroku. - Ale ja nie miałam nikogo innego. Żadnego diuka Serkonos. Żadnego gristolskiego magnata. Nie mogłam kochać nikogo innego poza tobą i wiedziałam, że nigdy nie będę mogła. Z każdym dniem coraz bardziej cię za to nienawidziłam.

 

Westchnęła i zebrała się w sobie, żeby spojrzeć mu w oczy... oko.

 

- Nikogo nigdy tak bardzo nie kochałam i nienawidziłam jak ciebie, Maksimie. Miałeś umrzeć, żebym mogła być wolna od tych uczuć. Ale żyjesz. I ja żyję, kochając cię i nienawidząc. Nie wyobrażasz sobie nawet, jak bardzo potrafię kochać i nienawidzić. - uśmiechnęła się dziko, wyzywająco, jakby tylko uśmiech mógł potwierdzić te słowa.

Maksim również się uśmiechnął. Gorzki, pozbawiony złudzeń grymas materializował się stopniowo na jego okaleczonej twarzy.

- Tylko umrzeć... - powtórzył jak echo słowa Eleanor. Wydawało się, że sztywnym, kontrolowanym ruchem głowy przyjął do wiadomości jej argumentację. - Tylko umrzeć... Eleganckie sformułowanie. Powinienem okazać wdzięczność?  - mimowolnie, w jego jedynym, zdrowym oku pojawił się ponury błysk. Nie miał on jednak w sobie spodziewanej wrogości. - Szczególnie, że znam praktyczny wymiar tego terminu. Półtora roku... A dokładniej dwadzieścia miesięcy... po naszym małym, niezrealizowanym "tylko umrzeć" wróciłem do Dunwall. Już w pierwszym tygodniu pobytu zleciłem ekshumację. Wszystkie trzy. Po kolei. Wyobrażasz sobie, co się dzieje z ciałem w przeciągu roku? - nieprzyjemnym, półgębkowym uśmiechem podsumował retoryczność swojego pytania. Ręka Maksima, spoczywająca na ramieniu Eleanor, niespiesznie przesunęła się wyżej, ku jej barkowi. - Asystowałem przy oględzinach. Każdego dnia. Po czymś takim możesz się szczerze zdziwić, kiedy spotykasz brata w tak dobry stanie. Choćby to był sen. - kolejny lodowaty błysk w oku. - Przyznaję, wiele razy żałowałem, że nie darowałem sobie pewnych widoków, ale to była dobra lekcja. Upiorna, ale pouczająca. Dzięki niej mogłem sobie wyobrazić, jak sam wyglądałbym po tymże roku. Oczywiście zakładając, że pan ambasador Lyttelton... nasz hrabia o małym rozumku... nie poszedłby tropem bardziej wytrawnych graczy. - dłoń Maksima w końcu osiągnęła szyję Eleanor. Kobieta poczuła, jak opuszki palców mężczyzny czule gładzą ją za uchem. Tak jak lubiła.

 

Maksim, czując, że targana emocjami Eleanor z pewnością chciałaby wybuchnąć kolejnym korowodem słów i gestów, delikatnie, ale zdecydowanie przystawił palec drugiej dłoni do jej ust.

Westchnął, jakby z determinacją zbierał się do ostatecznego wysiłku.

- Nie ma dnia, abym w jakiś sposób nie odnosił się do ciebie. Czy tego chcę, czy nie, byłaś, jesteś i będziesz w moich przeklętych myślach... wspomnieniach... planach... złorzeczeniach. - uśmiechnął się delikatnie, musnąwszy kciukiem jej drobny policzek z pieprzykiem. - Pozwól jednak, że swoją miłość i nienawiść zachowam dla siebie. - wpatrując się w oczy kobiety, palcem wskazującym drugiej dłoni dotknął jej ust. Osiem lat... - Oboje się co do tego zgadzamy, że czas ucieka, Eleanor, a ja muszę się stąd wydostać. Z wielu powodów. Choćby dla nas. Choćby dlatego, że chcę... kiedyś... w przyszłości... spotkać prawdziwą Eleanor. I przekazać jej wszystko to, czego nie powiedziałem tobie. Obiecuję nie pominąć niczego. Zwłaszcza, że… Pustka mi świadkiem... będzie to nasza ostatnia rozmowa. - usta Maksima powoli zaczęły się zbliżać do ust sennej mary. - Proszę.

 

Eleanor już nic nie powiedziała.

 

Być może chciała, sądził, że musiała chcieć, ale wiedziała, oboje wiedzieli, że czas słów już się skończył. Nie było nawet "żegnaj", nie było triumfalnego "do zobaczenia", był za to pocałunek. Rozpoczęty przez nią niepewnie, jakby w obawie, że zaraz któreś z nich się wycofa, ale z każdą chwilą coraz bardziej namiętny, coraz bardziej łapczywy i zachłanny.

Ostatni pocałunek, który wyrażał więcej niż jakiekolwiek słowa.

Pachniała tak samo. Jej usta wciąż miały ten słodki smak. Jej włosy ciągle były tak samo miękkie, a dłonie zapamiętale wodziły po jego plecach i szyi.

Nie wiedział ile to trwało, wiedział tylko, że nie mogło trwać krótko. I kiedy pocałunek się skończył, nagle, ale przecież zupełnie spodziewanie, Eleanor już nie było.

Znikła, tak po prostu, zostawiając po sobie tylko zapach podniecenia, serkońskich perfum i... klucz.

Klucz leżący teraz obok monokla, którego mechanizm wciąż miarowo tykał.

Klucz służący do otwarcia drzwi, przez które tutaj wszedł, a które teraz nie wyglądały tak samo. Przybrały jasny, oślepiający kolor i skojarzyły się Maksimowi ze snopem światła, który atakuje znienacka, materializując się nagle za wyłomem długiego, ciemnego tunelu.

 

Maksim Olgovich, mrużąc oko, oderwał spojrzenie od przestrzeni nierzeczywistych drzwi, przenosząc je raz jeszcze na swoje ręce, a następnie na widok za oknem. Ten, niezasłonięty osobą Eleanor, objawił mu się w całej okazałości.

Gwałtownie zacisnął zęby. Obojętnie, jak bardzo chciałby wrócić nawet przelotnym wspomnieniem do bezpowrotnie minionego pocałunku, z pełną determinacją odrzucił tego typu odruchy.

Dosyć, Maksimie.

Jednym, długim, zdecydowanym krokiem podchodząc do stolika, podniósł z blatu monokl. Praktyka, precyzja i zręczny pośpiech sprawiły, że umieszczenie mechanizmu na twarzy i umocowanie go za sprawą klamry zajęło mu nie więcej niż mignięcie krótkiej chwili.

A mimo to, mając w pamięci ostatnie wydarzenia przed wkroczeniem do Pustki, zdawał się żałować każdej mijającej sekundy. Nie oglądając się już więcej na cokolwiek w pokoju, energicznym ruchem porwał leżącą na podłodze laskę oraz upragniony, mosiężny klucz.

Bez najmniejszego wahania wsunął go w dziurkę zamka.

Nie spodziewał się podróży bardziej wycieńczającej niż podczas wcześniejszego, fizycznego przebijania się do innego wymiaru.

 

Czas gonił.

Czas działać.

 

One more kiss
before we die
Face to face
and dream of flying...

 

Remember
I'll remember your face so pale
That you left me on
That gloomy day...

Edytowane przez Deckard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Donośne skrzeczenie ptaków było pierwszym, co usłyszeli, zanim jeszcze dane im było widzieć. Oślepiający blask białych drzwi zniknął dopiero, kiedy przywykli do koncertu rozwrzeszczanego ptactwa, szmeru wody, przelewającej się przez wodospad i szumu wysokiej trawy. Wciągnęli powietrze.

Pachniało wilgocią. Tym rodzajem ożywczej wilgoci, która obca była uprzemysłowionym aglomeracjom. 

 

Alva, Maksim i Alice spojrzeli na siebie i jedno spojrzenie wystarczyło im, żeby wiedzieć: każdy z nich za swoimi drzwiami przeżył coś, co na zawsze odcisnęło na nich piętno; coś, o czym niechętnie, jeśli w ogóle, zamierzają mówić; coś intensywnego, ale i przecież tak dogłębnie przejmującego. Zdawali sobie z tego sprawę, oczywiście, ale wiedzieli też, że to coś jeszcze się nie skończyło. Wystarczyło spojrzeć na roztaczający się wokół krajobraz, żeby być pewnym jednego: wciąż byli w Pustce.

 

Maksim czytał o tym w książkach: o dzikich lasach, ogromnych połaciach terenu, które swoją wielkością zawstydzają karłowate knieje Cesarstwa Wysp. Alva widziała tego ślad: zasuszone, przetrzymywane w słojach fragmenty nietypowej flory, które kupcy sprzedawali po horrendalnych cenach. Zdziwili się jednak, jak bardzo kolorowa jest dżungla Kontynentu Pandyzjańskiego. O tym nikt nie mówił, ani nie pisał.

Nie chodziło, oczywiście, o różnorodność barw, ale o tysiące, setki tysięcy odcieni zieleni, które atakowały ich z każdej strony. Wysokie drzewa o liściach przypominających proste, gristolskie paprocie, miały intensywny kolor malachitu. Szumiąca trawa przywodziła na myśl szmaragd, mieniący się w promieniach słońca. Poszycia krzewów, ukrytych w cieniu strzelistych drzew, miały ciepły, oliwkowy kolor. Feeria barw była niemal oślepiająca.

 

Oczywiście, nie na tyle, żeby nie zauważyć, że nie było z nimi ani Zevrona, ani Samuela Franco, ani Eleny Findley. 

 

Tuż przy nodze Alvy prześliznął się ogromny wąż, który jednak nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi i zniknął między ciemnozielonymi pnączami. Jeden z skrzeczących ptaków przysiadł na gałęzi tuż obok głowy Maksima, ale dopiero kiedy młoda pantera przebiegła niemal przed ich nosami, najwyraźniej polując na jakąś zwierzynę, zdali sobie sprawę, że tutejsza fauna nie zdaje sobie sprawy z ich obecności.

Dokładnie jakby ich tutaj po prostu nie było.

 

 

 

Nawet, jeśli czas jest dla mnie tylko dowodem na skończoność doczesności, mogę założyć, że dla was trzydzieści osiem lat to dużo.

Cztery dekady to wystarczająco, by się urodzić, dojrzeć, doświadczyć.

A nawet umrzeć.

 

 

 

Przyjemny, dźwięczny, męski głos zagłuszył odgłosy otoczenia. W dżungli zapadła cisza, sprawiając, że słyszeli każde słowo, rozbrzmiewające w tej dziwnej przestrzeni. Nawet, jeśli chcieli się teraz odezwać, wiedzieli, że nie mogą. 

Głos jeszcze nie skończył.

 

 

 

Oczywiście, nie wszyscy umierają. Niektórzy żyją, nie zważając na tykanie mechanicznego zegara.
 

 

 

Usłyszeli głosy, zanim zobaczyli sylwetki nadchodzących mężczyzn. Towarzyszący im dźwięk świadczył, że przedzierają się przez jedne z gęstych pnączy, obrastających drzewa.

Kalebie, nie możemy się teraz wycofać. Jesteśmy blisko, bardzo blisko. Przecież wiesz. - Maksim i Alice rozpoznawali ten głos. Nie zmienił się przez lata ani odrobinę. W przeciwieństwie do sylwetki, która wyłoniła się zza krzaków. Był to Anton Sokołow, jakiego nie znali, jakiego nie mogli znać. Młodszy o kilka dekad i jeszcze nie posiadający tej kuriozalnej, długiej brody.

Anton, to nie jest zabawa. Straciliśmy część załogi! Powiedz mi, geniuszu, odkrywco, inżynierze, jak zamierzasz wracać bez załogi? - drugi, przedzierający się przez chaszcze mężczyzna, warknął coś niecenzuralnego pod nosem. Kiedy go ujrzeli, zdali sobie sprawę, że to ich niegdysiejszy przewodnik. Wyglądał dokładnie tak samo jak teraz. Jego twarz nie postarzała się nawet o jedną zmarszczkę.

Anton Sokołow mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, ale nie zwracał uwagi na swojego towarzysza. Patrzył uważnie na to, co trzymał w dłoniach. Dziwne urządzenie, przypominające kompas, którego tarcza była im doskonale znana. Takie same runy i taką samą wskazówkę miało zbite przez Percivala lusterko.

Spójrz, to już, zaraz! Jesteśmy blisko! - naukowiec wykrzyknął podekscytowany, ale Kaleb Walker tylko splunął.

Do cholery, Anton! Z ekipy, która zeszła na ląd zostaliśmy tylko my! Tylko my! Samuel Franco skonał dzisiaj na moich oczach trawiony gorączką po ugryzieniu czegoś, co nazwałeś preriowym kretem. Nawet, jeśli tam dojdziemy, to nigdy nie wrócimy. Rozerwą nas na strzępy!

 

 

 

Ale poszli. Wiecie, że poszli.

Anton Sokołow nawet kiedyś dekady temu, potrafił być bardzo przekonujący. A jego zdolności przekonywania rosły wprost proporcjonalnie do chęci odkrycia moich tajemnic.

I nie lękały się niebezpieczeństwa.

Kaleb Walker zawsze był dużo bardziej pragmatyczny. To mnie w nim urzekało, tak jak urzeka mnie w was.

 

 

 

Maksim, Alice i Alva ruszyli za tym dziwnym duetem. Czuli, że muszą to zrobić. Zresztą, czy nie byli ciekawi do czego ich ta wędrówka doprowadzi?

Kaleb Walker sprawnie przedzierał się przez pandyzjańską puszczę, torując Sokołowowi drogę. Przecież ten wariat z wypomadowanymi włosami, nie potrafił zatroszczyć się sam o siebie. A nawet gdyby potrafił, zbyt był skupiony na tym przedziwnym kompasie, który wcale nie wskazywał północy.

To tutaj! - Sokołow niemal podskoczył, triumfalnie ogłaszając cel podróży. Musieli naprawdę wytężyć spojrzenie, żeby zdać sobie sprawę, że za skupiskiem pnączy znajduje się wejście do dawno zapomnianej jaskini.

Co ty nie powiesz. - Walker skrzywił się dziwnie, nieprzyjemnie, ale zabrał się za oczyszczanie przejścia. Pot spływał mu z czoła całymi strugami, brunatna koszula niemal całkowicie już lepiła się do ciała.

 

 

 

Każdy, kto przekroczy prób do mojego świata, nie wraca taki sam. Dowiecie się tego w swoim czasie. Anton Sokołow nie zwracał jednak na to uwagi.

Chciał po prostu poznać tajemnicę Pustki. Jak każdy wielki umysł.

Kaleb Walker nie chciał jej znać. Pragnął tylko wrócić do domu. Pragnął spełnić swój kapitański obowiązek i doprowadzić resztę załogi bezpiecznie do Gristolu.

Bał się. 

Bał się tego, co przyniesie odkrycie.

 

 

 

Oświetlali wnętrze jaskini przygotowanymi wcześniej pochodniami, ale mrok był tak nieprzenikniony, że równie dobrze mogliby robić to zapałką. Trudno było coś tutaj dostrzec. Przechodząc przez kolejne korytarze, Kaleb Walker poczuł jak coś zahacza o jego udo. Ogromny, przeszywający ból przyszedł dopiero później, kiedy zdał sobie sprawę, że dłoń, którą zaciska ranę jest cała we krwi.

Nie możemy się zatrzymać. Nie teraz. - Sokołow warknął z takim oburzeniem, jakby jego towarzysz tym wypadkiem, tym nieszczęsnym, pechowym, nadzianiem się na wystający fragment ostrej jak brzytwa skały, robi mu na złość.

Widzieli blednącą twarz Kaleba-Franco, który oderwał rękaw koszuli, próbując zrobić z niej prowizoryczną opaskę uciskową.

Kalebie, musimy iść!

Walker otarł pot z czoła i poprawił uścisk tkaniny, próbując dorównać tempu inżyniera. Wykrwawiał się. Widzieli to.
W końcu, kolejny wyłom (który to już, ile tutaj szli?) doprowadził ich do celu. Do niewielkiej przestrzeni, otoczonej z każdej strony wysokimi, nierównymi skałami. Niemrawe światło słoneczne wpadało tutaj przez ulokowany między skałami świetlik. W końcu dostrzegli coś więcej poza wszechogarniającym mrokiem.

Na środku jaskini stała prymitywna, opatrzona rysunkami kaplica. Porastające ją pnącza dawno już obumarły, pożerane przez pasożytnicze grzyby, żerujące na co większych gałęziach, ale to, co znajdowało się w środku wydawało się nienaruszone. Przedmiot, po którego najwyraźniej tutaj przyszli, tlił się słabym, ciepłym blaskiem. 
Kaleb Walker osunął się na ziemię. - Nie mam siły... - wyjąkał, ale Sokołow już go nie słuchał. Podszedł do kapliczki.



bb6c292432ad2bebb98d63e38802ce5f.jpg

 

 

Nigdy czegoś takiego nie widzieli. Blask, który wydobywał się z przedmiotu był jednocześnie kuszący i przerażający. Ekscytująco przyciągający i irracjonalnie odpychający. Przedmiot miał kształt serca. Starannie wyrzeźbionego ludzkiego organu, który został pieczołowicie połączony srebrnymi żyłkami. 

Anton Sokołow natychmiast zgarnął artefakt do torby.

A Kaleb Walker stracił przytomność.

 

 

Zostawił go tam, umierającego, wykrwawiającego się, urzeczony odkryciem. Odkryciem, które przez kolejne lata nie przyniosło mu nic poza frustracją i koszmarami o przeszłości.

Nie wiedział, że Serca nie można zabrać. To Serce wybiera.

Jest moją Wolą.

 

*

 

Alva, Maksim i Alice znowu to zobaczyli. Przestrzeń rozjarzoną blaskiem setek, tysięcy błędnych ogników, ale tym razem to nie oni wirowali. Wirowało wnętrze pandyzjańskiej jaskini. Kształty stopniowo się ze sobą zlewały, jednoczyły, stawały się zlepkiem nierozróżnialnych kolorów. I zanim się zorientowali ich podróż na kontynent została zakończona. Pomyśleli, że to dobrze. Że teraz należy do przeszłości, tak jak powinna. Ktokolwiek wysłał ich w tę przymusową podróż (ktokolwiek? wiedzieli przecież dokładnie kto) nie zamierzał jednak powracać ich do rzeczywistości.

 

Znaleźli się w monochromatycznej, rozpadającej się przestrzeni, którą wcześniej widział tylko Maksim. Szybko zdali sobie sprawę, że to, na co patrzą, to chatka Eleny Findley, tyle, że krusząca się i rozpadająca - kamień po kamieniu, cegła po cegle. Czy tak właśnie wyglądała cała Pustka? Czy była apogeum powolnego, ale nieprzerwanego niszczenia?

 

tjP5dcX.jpg

 

Odmieniec siedział na jednej z wystających desek niszczejącego stropu. Patrzył na nich tymi czarnymi, pozbawionymi wyrazu oczyma. Dłonie położył luźno na kolanach i uśmiechał się do nich życzliwie. Wyglądał jak chłopiec, młody mężczyzna, który dopiero poznał smak życia. To znaczy, wyglądałby, gdyby nie ta mroczna otchłań, zajmująca miejsce tęczówek i białek oczu.

 

Anton Sokołow zostawił umierającego Kaleba Walkera w świątyni. Nie przewidział tylko jednego: w mojej świątyni nie można umrzeć. 

Kapitan błąkał się dniami i nocami, między Pustką a jawą. Jego rana goiła się. Serce wciąż tłoczyło krew. Organizm się regenerował.

Aż Kaleb Walker odrodził się.

Od tamtej pory należy do Pustki.

Każda jego rana zasklepia się, uzdrawiana jej mocą.

Organy nieustannie działają, uodpornione na starzenie.

Kaleb Walker należy do Pustki.

I tylko w Pustce może zginąć.

 

Kiedy to mówił, patrzył w bok, w zamyśleniu, jakby każde słowo wizualizowało się przed jego oczyma. Dopiero, gdy zakończył swój wywód, a jego spokojny, dźwięczny głos wybrzmiał w Pustce, spojrzał na nich. Zeskoczył ze stropu, ale nie spadł na ziemię. Zatrzymał się w powietrzu. Lewitował.

 

Wiecie już wszystko, to od was zależy, co z tą wiedzą uczynicie.

To nie ja decyduję. Ja nigdy nie decyduję. Nie lubię tego.

Lubię za to patrzeć, obserwować. I wiedzcie, że będę to robił jeszcze na długo po tym jak podejmiecie decyzję.

 

Pstryknął palcami i zniknął.

Tak po prostu.

 

Nie pozostawił jednak po sobie próżni.

 

W miejscu, w którym się znajdował, na podłodze, nad którą lewitował, pojawiła się Elena Findley. W dłoni trzymała nóż, który najwyraźniej musiała ukryć pod obszerną spódnicą. Patrzyła w stronę rozpadającej się ściany.

To właśnie tam stał Samuel Franco trzymając za ramię małego, najwyżej ośmioletniego chłopca.

Mamo! Mamusiu! 

Oddaj mi go! Oddaj mi go, skurwysynie! - Elena drżała, wymachując nożem. Nie zdecydowała się jednak podejść bliżej. Była blada, przerażona i, na bogów, nie chciała nic zrobić swojemu dziecku. - Ciiii, Zachary, wszystko będzie dobrze. Obiecuję... obiecuję, że wszystko będzie dobrze.

Samuel Franco pogładził chłopca po głowie, jakby nagradzał go za dobre zachowanie. - Eleno, doprawdy, przecież mieliśmy umowę. - skrzywił się, patrząc na nią z naganą, ale zaraz przeniósł spojrzenie na nich. - Oho, widzę, że nasi goście już wrócili. I jak wam się podobało?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FDypM8M.png

Maksim Olgovich Aristov

 

Oho, widzę, że nasi goście już wrócili.

 

Tyvijczyk, oparłszy laskę z donośnym, podlegającym prawom fizyki, głuchym stuknięciem o podszytą monochromatyczną abstrakcją podłogę chatki Eleny Findley, powoli wciągnął nosem powietrze w odruchu człowieka, który przygotowuje się do wygłoszenia długiej, wyczerpującej fizycznie i niewątpliwie trudnej w odbiorze przemowy. Bo czyż mogło być inaczej, gdy w przeciągu kilku intensywnych, odurzających w swojej intensywności chwil namacalnego bezczasu zdajesz sobie sprawę, że oto na twoich oczach sypie się wszystko to, co od ponad trzech dekad stanowiło spiżowy cokół pomnika wszelkiej racjonalnej wiedzy, wszelkich przekonań, wszelkich punktów odniesienia i wszelkich możliwych wspomnień? Czy możesz czuć się mądrzejszy w zetknięciu z rzeczywistością, której nie jesteś w stanie objąć umysłem? Czy uważasz się za odkrywcę nowych światów w sytuacji, kiedy to one zagarniają cię i biorę we władanie? Czy jesteś w stanie zaufać samemu sobie, gdy ścierasz się w histerycznych zapasach z własnymi snami? Wreszcie, czy kiedykolwiek porwiesz się na zapewnienie o własnej sile, niezależności i decyzyjności w momencie, kiedy wydajesz się niczym innym jak drobną zabawką - zdumiewająco niemetaforycznym bożym igrzyskiem - w ręku kapryśnego demona?

 

Przenosząc zaskakująco stoickie, zadowolone (a więc im też się udało...) spojrzenie z Alvy i Alice na Elenę Findely, poczuł, jak feeria zapachów, która osiadła ciężką wonią na jego ciele i odzieży, ponownie z całą swoją mocą uderza mu do głowy. Miał wrażenie, że każdą z nich jest w stanie rozłożyć na czynniki pierwsze z taką samą precyzją jak perfumy używane przez (nie)rzeczywistą Eleanor. Stąd z taką z wprawą rozpoznawał duszny posmak Holderowej kabiny, skąpaną w zimnym pocie poetykę tajemniczego snu, smrodliwą won nieporządku w komunie wyrzutków, przesyconą ciepłem niepewność (nie)rzeczywistej chatki Eleny czy podszytą okrucieństwem nostalgią za minionymi, tyvijskimi czasami. Te tak różne, przeżyte w odmiennych miejscach i czasie manifestacje, zbiegały się dla wprawnego nosa Maksima Olgovicha w jednym, wspólnym mianowniku...

 

Przewrotnego Odmieńca.

                                         Fascynującej Władzy.

                                                                            Demonicznej Gry.

 

Wbrew temu, co sugerowała pozorna mowa ciała Maksima, Kaleb Walker nie uzyskał od niego żadnej odpowiedzi. Wręcz przeciwnie. Uśmiechając się szczerze, uśmiechał się do wszystkich obecnych w rozpadającym się pomieszczeniu. 

Do wszystkich poza Kalebem Walkerem.

I nieobecnym Zevronem.
- "Dziadek Mróz" to pierwszorzędny alkohol. Uszanowanie dla familii Lazarevów. - mocny, czysty, pogodny głos popłynął pomiędzy lewitującymi belkami i cegłami, kiedy Maksim, nie oglądając się na Alvę, wykonał obliczony, skierowany ukosem, niespiesznolekki krok w stronę inżynier.

- Spokojnie, Eleno... - płynnym ruchem wyciągniętej dłoni zachęcił kobietę do opanowania emocji. - Cztery dekady z pewnością stępiły cierpliwość Samuela Franco... - w oku Aristova pojawiła się drobna, przelotna iskierka drwiny - ...ale na pewno rozwinęły jego instynkt samozachowawczy. Cóż mu zostanie po skrzywdzeniu Zacharego? Cała wieczność na pasku naszego ciemnookiego przyjaciela? Kompletowanie nowej hałastry Lenek i Cornek? - jak za dotknięciem magicznej różdżki sympatyczny uśmiech Maksima przemienił się w niebezpieczny, nieprzyjemny grymas. - Bilans zysków i strat dotyczy nawet Pustki. Nawet tak prosty marynarz jak kapitan Walker powinien wpaść na pomysł, że czas renegocjować dotychczasowe umowy...

Edytowane przez Deckard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

hSukveN.png

 

Alva Lazarev

 

Chatka Eleny była w stanie rozkładu. To właśnie słowo narzucało się samo. Nie ruina. Ruiny potrafią być piękne, gdy powoli wtapiając się w naturę zyskują drugie, tajemnicze i wcale nie gorsze życie. To zaś kojarzyło się tylko z rozkładem, ostatecznym, paskudnym rozkładem nie zapowiadającym sobą żadnego nowego początku.

 

 

„Kaleb Walker należy do Pustki i tylko w Pustce może zginąć.”

 

 

Alva wzdrygnęła się zauważalnie i zawahała, zanim jednak powoli ruszyła z tężejącym wyrazem twarzy w stronę mrocznej postaci Odmieńca. Nadal brakowało Zevrona, a to mogło oznaczać, że skurczybyk trzyma go jeszcze w którejś ze swoich baniek Pustki, w jakimś perfidnym więzieniu i kto wie, w jaki sposób znęca się, tak spokojnie rozprawiając jednocześnie do pozostałych Kruków...

Niedoczekanie.

Zatrzymała się jednak jak wryta.

- O żesz tyyyy... – syknęła, wpatrując się z wymalowanym w oczach zawodem  w miejsce w którym zniknął, zostawiając im ich wroga.

 

A może ofiarę?

 

Karuzela zmian w Pustce byłaby zupełnie deprymująca, gdyby nie jedna, prosta do bólu rzecz, jakiej Alva nauczyła się samotnie przemierzając leśne szlaki. Kiedy nie ma czasu na rozmyślania – to się nie rozmyśla. Gdzieś pod powierzchnią mogły kipieć wrażenia z pandyzjańskiej dżungli, mógł szarpać się gryzący smutek, mógł mdlić wstręt do przeszłego, bezgranicznie egoistycznego wcielenia Antona Sokołowa, mógł krzyczeć z rozpaczy logiczny zmysł odziedziczony od pokoleń Lazarevów, ale to wszystko działo się już gdzieś za grubą szybą jaką oddzielał rzeczy nieistotne w danej chwili od działania zwykły, prosty instynkt łowcy. Instynkt, który nawet wtedy, gdy była tylko duchem przekraczającym barierę czasu, kazał tropicielce wypatrywać szczegółów tropikalnego lasu i miękko stawiać kroki,  tak samo, jakby podążała cudzym tropem w rzeczywistości, chociaż ani zwierzęta, ani ludzie nie mogli przecież zauważyć żadnego z trójki zaproszonych przez Odmieńca na kontynent intruzów.

 

„Oho, widzę, że nasi goście już wrócili. I jak wam się podobało?”

 

Walker teraźniejszy skutecznie zacierał współczucie i ten cień sympatii jaki kupiła mu jego przeszła lojalność. Alva nawet nie odwróciła głowy za Maksimem zmierzającym w stronę Eleny. Skupiła uwagę na czarowniku.

- Wcale. Puść chłopaka – nie zamierzała ani na krok brnąć w dalsze gierki – Dość. Puść go i powiedz do czego ci potrzebna ta skrzynka. Lena przedstawiała to jako twój skarb i zemstę. To – krótkim gestem wycelowała czubkiem cały czas trzymanego w dłoni noża jak palcem w stronę mężczyzny, a później zatknęła kordelas z powrotem za pas – wygląda raczej na desperację.

 

W przeciwieństwie do Eleny nie była emocjonalnie związana z chłopcem i czujnie wypatrywała w postawie obu, Kaleba i Zacharego choćby najmniejszego znaku zwiastującego działanie, które mogło w ułamku sekundy zmienić sytuację.

Jak działa w Pustce magia?... I broń?

Pistolet w zasięgu ręki...

- Ostrzegałam, że nie lubię kłamców. Tchórzy osłaniających się dzieckiem jak tarczą tym bardziej. Jesteś teraz tchórzem, kapitanie? – spytała bez cienia ironii.

 

Edytowane przez Vadeanaine

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

rgnGjm1.jpg

 

Lena... - Kaleb Walker wypowiedział te imię starannie, powoli, jakby z pełną świadomością przywoływał teraz przed oczami obraz Szczurzej Królowej. Uścisk dłoni na ramieniu Zacharego nieco się rozluźnił. Chłopiec wlepił pytające spojrzenie tych wielkich, dziecinnych oczu w matkę, jakby czekał na jakiś sygnał.

Lena była skarbem. Wiecie, że w czasie Szczurzej Zarazy została całkiem sama? Była dzieckiem jeszcze, młodą dziewczyną, która na własne oczy widziała śmierć rodziców, która własnymi rękoma wykopała grób dla rocznego brata, w obawie, że Kongregacja wrzuci jego ciało razem z resztą do zbiorowej mogiły dla osób zabitych przez chorobę.

Spojrzał na nich po kolei, niespiesznie, z wyraźnym rozsmakowaniem.

- Znalazłem Lenę, kiedy błąkała się po Dunwall, pozostawiona na pastwę sutenerów i pomogłem jej. Pomogłem jej odzyskać władzę nad sobą, nauczyłem ją wszystkiego, co potrafi. Moc zawsze była w niej silna. Nie przewidziałem tylko, że zakocha się we mnie do szaleństwa. - skrzywił się. - Biedne dziecko, gdyby lepiej lokowała swoje uczucia, nie gniłaby teraz na pokładzie tego okrętu o kuriozalnej nazwie.

 

Elena Findley wydawała się nie słuchać wywodu mężczyzny. Wciąż kurczowo zaciskała rękę na rękojeści noża, ale fakt, że pozostałe Kruki wróciły dodał jej otuchy. Jeszcze więcej otuchy dodał jej pełen opanowania głos Maksima. Tak, spokój. Potrzebuje skupienia.  Uczyniła krok w stronę syna i Franco. Mały krok. 

Potem kolejny.

 

- Nie jestem tchórzem, Alvo. - Walker odparł lekko, jakby uważał, że nie ma potrzeby nic w tym względzie udowadniać. W jego odczuciu fakty mówiły za siebie. - Ale masz rację, Aristov, najwyższy czas renegocjować tę umowę. 

Przyklęknął przy Zacharym tak, żeby mieć oczy na wysokości jego oczu.

Chcesz do mamy, prawda?

Chłopiec pokiwał głową tak intensywnie, że w innych okolicznościach byłoby to zabawne.

- Puszczę cię do mamy, ale chcę, żebyś wiedział, że mama obiecała mi coś ważnego. Coś, przed czego zrobieniem się wzbrania. Prawda, że nieładnie nie dotrzymywać obietnic?

Zachary przytaknął niepewnie, jakby nie do końca rozumiał słowa Kaleba. - Trzeba dotrzymywać obietnic, bo inaczej jest się niegodnym zaufania. Tak mamusia mówi. - odezwał się w końcu i pociągnął nosem.

Właśnie. Dobry chłopiec. - Kaleb poklepał go po plecach, jak jakiegoś partnera w interesach. Wstał, i zgodnie z umową zabrał rękę z ramienia chłopca, a ten całkowicie zdezorientowany rzucił się biegiem w stronę Eleny. 

Maksim i Alva widzieli wyraz ulgi na jej twarzy. Była tak oszołomiona rozwojem spraw, że niemal bezrefleksyjnie odrzuciła nóż na bok. Zachary wpadł jej w ramiona, a uścisk, na który patrzyli, wydawał się najbardziej czułym i stęsknionym uściskiem, jakiego kiedykolwiek byli świadkami.

 

To co? Możemy to uznać za początek renegocjowania umowy? - Kaleb Walker uśmiechnął się z dziwnym błyskiem w oku. - Powiedzcie mi, tak w ramach ustalania nowego planu, co teraz zamierzacie?

Zrobił pauzę. Długą, zamierzoną pauzę, a potem spojrzał na Alice Vollip. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, że do tej pory unikał jej spojrzeniem.

Alice, zabierz jej skrzynkę.

Medyczka skinęła głową i spojrzała na tropicielkę. - Nie wyjdziemy stąd, jeśli mu jej nie oddamy. Ja ani ty. Maksim sobie poradzi, ale my nie. Widziałam rzeczy, których nigdy nie zapomnę Alvo. Widziałam siebie, tutaj, snującą się dekadami bez celu. Jesteśmy jego więźniami. - dodała cicho, niemal szeptem i przeniosła spojrzenie na Maksima. - Nie chcę tutaj skończyć. Nie chcę tutaj skończyć, Maksimie!

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

hSukveN.png

 

Alva Lazarev

 

Skinienie. Krótkie, pełniejsze treści niż słowa skinienie, którym Alva skwitowała wypuszczenie małego zakładnika, zaraz ustąpiło miejsca jeszcze większej rezerwie.

Cofnęła się miękko po łuku próbując zachować ten sam dystans od Walkera i od Alice, dystans uniemożliwiający im bezpośredni atak. "Powtórka z rozrywki?" Na statku tylko szybka reakcja uchroniła przed skutkami zauroczenia Percivala przez Lenę, teraz jednak, jeśli mieli do czynienia z tym samym, było już cokolwiek za późno. Alva odruchowo przyłożyła lewą dłoń do boku, wyczuwając dla pewności, czy Pustka nie zmieniła prostego faktu posiadania cennej przesyłki. Druga ręka już spoczywała na kolbie pistoletu.

- Nie! Walcz z tym! - cicho, ale twardo odpowiedziała medyczce - Walcz z tą rezygnacją. Widziałaś tylko to, co chciał, żebyś widziała.

Próbowała nie myśleć zbyt wiele, nie zastanawiać się, czy Odmieniec może z równą łatwością przenosić się w przyszłość tak jak w przeszłość. Nie teraz!

Lenie strzeliła w kolano. Pragmatyczny zmysł myśliwego już kalkulował, gdzie celować w takim przypadku...

Miała dość zabijania.

 - Obietnic należy dotrzymywać, - zgodziła się dobitnie ze stwierdzeniem Walkera  - a my daliśmy słowo Lordowi Attano.

Targować się mógł Aristov. On się lubował w intrygach. Zdrady jednak Alva nie zamierzała stawiać na szali. Nie patrzyła już zupełnie w stronę Eleny i chłopca, cały czas próbując utrzymać na linii wzroku osoby, które mogły stanowić zagrożenie.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FDypM8M.png

Maksim Olgovich Aristov

 

W momencie, kiedy przerażony Zachary padał w objęcia swojej matki, Aristov znajdował się tuż za plecami przyklękającej Eleny. Dotychczas, podążając niespiesznie po osi wyznaczonego przez siebie półkola, ze skrupulatnym zainteresowaniem krupiera odnotowywał kolejne blefy, deklaracje i podejmowane akcje, nie mogąc pozbyć się skądinąd kwaśnej, pozbawionej złudzeń ironii, że zarówno on sam, jak i wszystkie osoby wypełniające przestrzeń tej niecodziennej areny, są niczym więcej niż kulkami, wprawionymi w ruch przez rękę tylko pozornie nieobecnego mistrza gry.

 

...nie gniłaby teraz...

 

- Zgodnie z obietnicą, Eleno... - szepnął z przyjaznym zadowoleniem, aby następnie - już bardziej przelotnie i dla postronnego obserwatora jakby pro forma - nachylić się nad zatraconą w objęciach rodziną i położyć dłoń na ramieniu kobiety. - Bliscy w komplecie. Tak jak lubię. - zanim na powrót przyjął wyprostowaną sylwetkę, Maksim Olgovich nie omieszkał podnieść leżącego na wyciągnięcie ręki poręcznego, prawdopodobnie należącego do Eleny, noża. Lekka, konstrukcyjnie przemyślana, odpowiednio wyprofilowana broń nasuwała niewątpliwe skojarzenia z dobrze wykonanym dziełem. Obracając ją w dłoni z manierą człowieka kierowanego nieadekwatną do sytuacji ciekawością, dopiero po krótkiej chwili skupił sceptyczne, wręcz ganiące spojrzenie na mężczyźnie. 

 

...Maksim sobie poradzi...

 

- Cierpliwości, Walker. Nie pozwól, aby lekkomyślność przekreśliła wywołane przez ciebie dobre wrażenie. - mruknął z kwaśnym niezadowoleniem wypisanym na twarzy, kierując czubek trzymanej ręku w broni w stronę łże-Franco. W geście Aristova było wszystko to, co mogło wywołać u Alvy Lazarev nieprzyjemne odczucie parodiowania jej własnych gestów. - Alice to dobra, wrażliwa dziewczyna. Nie powinieneś straszyć jej w tak nieelegancki sposób. - stwierdził, obdarzając medyczkę uspokajającym spojrzeniem. A więc ją złamali... Ciekawe...- Szczególnie, gdy twoja obecna postawa przypomina wielkopańskość kamerdynera, który kładzie nogi na stół pod nieobecność jaśnie państwa. - w oku Aristova rozbłysł chłodny, złośliwy błysk. - Nie jestem twoją naiwną wyznawczynią. Tak jak oczywistym jest, że Lena papugowała po tobie wszystkie utarte frazy, tak samo rzuca się w oczy, że ty sam świecisz tylko światłem odbitym. - Aristov zrobił krótką pauzę, rzucając kątem oka na sprężoną w gotowości Alvę. W miejscu, w którym wszyscy się pojawili, nadal nie było widać Zevrona. - Czas na pozytywne główkowanie, Walker. Co takiego może dać nam nasz stary kapitan, abyśmy nie zwrócili się bezpośrednio do jego zwierzchnika? Co takiego... - zaczął w ramach drapieżnej, zachęcającej podpowiedzi. - ...może powiedzieć pannie Lazarev o heretyckiej stronie Lorda Protektora?

Edytowane przez Deckard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

rgnGjm1.jpg

 

Atmosfera w tej dziwnej nie-przestrzeni zagęszczała się z każdym słowem, z każdą dłonią, znajdującą oparcie na rękojeści broni. Kaleb Walker, jakby od niechcenia pogładził kaburę pistoletu, przyczepioną do biodra. Alice drżącymi rękoma sięgnęła po sztylet. 

Elena Findley podniosła się z kucek i mocno złapała Zacharego za rękę. Zmierzyła spojrzeniem mężczyznę, który jeszcze przed chwilą więził jej dziecko, po czym przeniosła je, powoli i ostrożnie na medyczkę. 

Zachary, gdyby coś mi się stało... albo gdybyś stracił mnie z oczu, idź za tym panem. - wskazała w stronę Maksima. - Bezwzględnie trzymaj się go blisko, dobrze, kochanie? - próbowała mówić to spokojnie i powoli, ale drżący głos wyrażał napięcie. Chłopiec tylko ze smutkiem skinął głową, ale zacisnął dłoń mamy jeszcze mocniej i wtulił się w jej spódnicę, jakby nigdy, absolutnie nigdy, nie chciał się od niej oddalać.

 

Kaleb Walker uśmiechnął się. Czujnie i nieprzyjemnie. Wodził spojrzeniem między trójką Kruków. - Daliście słowo Lordowi Attano... - prychnął, lekceważąco i z niecierpliwością. - Temu samemu Lordowi Attano, który trzyma na dworze Sokołowa? Człowieka, który za nic ma sobie ludzkie życie? Który, całkiem dosłownie, po trupach dąży do celu? Który zostawia umierających na pastwę losu? Który eksperymentował na ludziach, infekując ich Szczurzą Zarazą po to tylko, by znaleźć lekarstwo? Doprawdy, z waszego lorda musi być wspaniały człowiek, skoro zadaje się z takimi przyjemniaczkami.

Spojrzenie miał nieobecne. Zmrużył groźnie oczy, jakby wyobrażał sobie, że Anton Sokołow, albo nawet sam Corvo Attano stoją teraz przed nim.

- Zresztą, są siebie warci. - machnął ręką. - Wracając do twoich bezczelnie prowokacyjnych pytań, Aristov, powiedz... Nie zastanawiałeś się nigdy jak on to zrobił? Ty też się nie zastanawiałaś? - spojrzał na Alvę z pobłażliwym uśmiechem. - Jak jednemu człowiekowi udało się stłumić bunt, pokonać uzbrojonych i wyszkolonych opozycjonistów, wymknąć się chorobie, siedząc w samym jej apogeum i bez przeszkód posadzić na tronie swoją przerażoną, głupiutką, kilkuletnią córkę? Czy byliście aż tak zajęci lizaniem ran po epidemii, żeby nie widzieć co się wokół was dzieje?

Dłoń w dalszym ciągu gładziła kaburę, jakby Walker droczył się sam ze sobą, na przemian decydując się, by sięgnąć po pistolet i rezygnując z tej myśli.

Sądzicie, że wielki Corvo Attano zrobił to sam? Następnym razem radzę wam się przyjrzeć znamieniu na jego dłoni. - uśmiechnął się nieprzyjemnie. - Jeśli wyjdziecie stąd żywi, powinniście móc je dostrzec. I zawsze możecie zapytać go o to...

Uśmiech stał się jeszcze szerszy.

- ... jak to jest być w skórze szczura. 

 

Zamilkł na moment, jakby chciał, żeby jego puenta wybrzmiała, a potem skinął w stronę Alice. - Wiesz, że nie mogę ci nic obiecać. Nie mam takich możliwości jak - jak to ujął Aristov? - gospodarz tego przybytku. Nie wiem, co się stanie, Alice. Wiem jednak, że cię nie zostawię. - mówił spokojnie, powoli, w ten sam sposób, który musiał sprawiać, że Lena i Corin czuły się bezpieczne.

Do czasu aż się w tobie zakocham? - medyczka spojrzała na Kaleba i starała się wyglądać pewnie, choć przecież serce waliło jej w piersi jak oszalałe.

- Alice, moja droga, pomyśl o tym, że ja mam siedemdziesiąt lat. - uśmiechnął się tak szeroko, jakby jego samego ta myśl bawiła. - Zasługujesz na kogoś dużo lepszego od takiego starucha i wiesz, że jestem w stanie pomóc ci go znaleźć. - spojrzał na nią czule. - A teraz pomóż mi to skończyć, żebyśmy razem mogli stąd wyjść. Daj mi skrzynkę, a przysięgam, że twoi towarzysze opuszczą Pustkę.

Alice powoli obróciła się w stronę Alvy.

- Daj mi ją, proszę. - tropicielka czuła ciężar przesyłki, znajdującej się tam, gdzie powinna. - To należy do niego. Corvo nie powinien był nas w to angażować. Nikt nie powinien przez to przechodzić.

Zrobiła krok w stronę tropicielki, ściskając mocniej sztylet.

Czy Alice byłaby w stanie to zrobić? Czy mogłaby ją zaatakować?

Alva nie wiedziała. Dostrzegła za to, że Kaleb Walker w końcu wyjmuje broń.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

hSukveN.png

 

Alva Lazarev

 

Walker mówił,a natarczywe pytania korzystały z tego, nieprzyjemnie atakując tam, gdzie bolało najbardziej. Sokołow jakiego widzieli w przeszłości rzeczywiście był jednym z najgorszych zdrajców. Takich, którzy zdradzają swoich własnych najbardziej lojalnych ludzi bez potrzeby. Bez potrzeby! Bez żadnej logicznej konieczności, nawet bez pozorów idei, większego dobra. Zdrajcy bezrefleksyjni i egoistyczni. Zdrajcy zapatrzeni we władzę i postęp...

Niszczyciele.

Właściwie to nie Walker, tylko Anton Sokołow miał kilka minut temu...

                                                                                             (godzin?)

                                                                                                      (nie patrz na zegarek, patrz mu na ręce!)

                                                                                                                                   Miał niewypowiedziane szczęście, że dzieliła go od Alvy gruba kurtyna czasu.

"Czy rzeczywiście  nigdy nie żałował? Czy śnił koszmary tylko za sprawą Odmieńca? 

Może jednak próbował  odkupić tamtą winę?

Co próbujesz osiągnąć, kapitanie Walkerze?"

 

Wątpliwości zapadły znów w cień, gdy tylko łowczyni zauważyła ten jeden ruch. O jeden uścisk palców, o jeden cal wyłaniającej się z kabury broni za daleko. Przestała się zastanawiać nad cudzą winą, automatycznie dobywając pistolet i kierując go w stronę Kaleba, lecz już z chwilą naciśnięcia spustu wiedziała, że pospieszyła się za bardzo.

Wątpliwości mogły ukryć się w cieniu, lecz pozostawiły ślad w zbytnim napięciu nerwów, w drgnieniu kciuka, w mrugnięciu oka. Nie w porę.

Wątpliwości były najgorszym wrogiem.

Alva przez ten ułamek sekundy, w którym wzrok wyłapuje światło szybciej niż słuch zarejestruje huk, a do nozdrzy dotrze gryzący swąd tranu, widziała. Widziała, że chybiła, ale nie tylko. Widziała, jak Pustka imitująca za plecami Walkera kruszejące cegły chatki Eleny Findley po prostu wchłonęła kulę bez śladu.

Wraz z odruchowym zaciśnięciem szczęk i pospiesznym, choć i tak za wolnym spięciem do skoku - czuła bowiem, że unik przed atakiem z dwóch stron balansuje na granicy niemożliwości - przyszło jeszcze jedno, absurdalnie niepotrzebne pytanie:

 

"... czy wszyscy mamy tu tak jasną, niebieską krew..."

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

                                                                               FDypM8M.png

Maksim Olgovich Aristov

 

Aristov, zajmując w ostatnich chwilach to samo miejsce u boku Eleny Findley i jej ukochanego syna, zdawał się przysłuchiwać słowom Kaleba Walkera z dawką należytego zainteresowania. Pozwalając sobie jedynie na formalne, uspokajające kiwnięcie głowy w stronę wpatrzonego w niego chłopca, Maksim Olgovich nie spuszczał oka z podszytem napięciem twarzy swojego rozmówcy. Dlaczego się tak działo? Możliwe, że przez arystokratę przemawiały jego własne przyzwyczajenia, gdyż zazwyczaj wychodził z bardzo prostego, a w codziennej praktyce szalenie owocnego założenia, że ludzi po prostu opłaca się wysłuchiwać. W końcu nie bez przyczyny człowiek (będący z natury zwierzęciem stadnym), który został dotknięty klątwą samotności, nie dosyć, że dziwaczeje w przerażającym tempie, to z czasem skłonny jest przemawiać do kogokolwiek i czegokolwiek, byle tyle mógł usłyszeć własny głos. W takim stanie, tarzając się w odmętach własnej żałości, skłonny jest uraczyć swoich rozmówców choćby największą tajemnicą, byle tylko potencjalny interlokutor wyciągnął w jego stronę palec zainteresowania. Niewykluczone, że taka właśnie tragedia znajdowała się w bagażu doświadczeń kapitana Kaleba Walkera, który, błądząc ni to żywy ni to martwy na skraju Pustki i rzeczywistości, być może uraczył niejeden mijany kamień bądź palmę stekiem takich właśnie maglinowych wyzwisk na osobę Antona Sokołowa. Człowieka uznawanego jeszcze przez ojca Maksima - Olega Ivanovicha - za przyjaciela rodziny Aristovów.

 

Czy zdrada Antona Sokołowa mogła wzburzyć człowieka, który, zaznawszy zdradzania i bycia zdradzanym, umiał odmienić to pojęcie przez wszelkie możliwe przypadki?

 

Mimo wszystko Maksim Olgovich - tymczasowo nie zważając nawet na złowróżebną, gęstniejącą atmosferę - wiedział, że pewne odkrycia wymagają cierpliwości. A więc, stojąc u boku inżynier Eleny Findley i jej syna, czekał niewzruszenie z wewnętrznym przekonaniem, że tuż za warstwą szarego, pospolitego, niezbyt odkrywczego mułu pretensji zdradzonego przed laty mentalnego starca, tkwią pokłady tego, co dla emerytowanego dyplomaty składało się na najcenniejszy z możliwych kruszców...

 

Plotki. Informacje. Wiedzę.

Sekrety Lorda-heretyka. 

 

Starannie odsiewając od pożądanej istoty wywodu Walkera jego własne, dobrze znane emocje, Maksim odczuwał ten sam rodzaj zimnych dreszczy, które towarzyszyły odkrywcom szczególnie bogatych żył złota. To oczywiste, że zawsze miał szereg wątpliwości co do rzeczywistego przebiegu odzyskiwania władzy przez Lorda Attano. Czy to przypadek, że nie istniały na ten temat żadne wiarygodne, pozacesarskie źródła? Że w każdej opowieści - nawet tych starannie dokumentujących działalność lojalistów i udających przestrzeganie odpowiedniej chronologii - zawsze pojawiały się zastanawiające uproszczenia, niedopowiedzenia i nieścisłości?

 

Cóż...

Maksim Olgovich Aristov z szeregu różnych powodów nie podejmował głębszej refleksji na ten temat.

Między innymi dlatego, że o niektóre sprawy lepiej nie pytać.

Są takie przypadki niewiedzy, która pozwala zasnąć z wiarą pobudki o poranku.

 

Tym samym, Maksim z nieukrywanym błyskiem fascynacji w zdrowym oku i drobnym uśmiechem politowania wypisanym na twarzy, przysłuchiwał się niezwykłej opowieści doświadczonego życiem Kaleba Walkera. Opowieści o zdradzie, w której pojawiło się tak wiele niepokojących, niespójnych luk co do obrazu ich własnej przyszłości...

 

...jeśli wyjdziecie stąd żywi...

                                           

                                              Wiesz, że nie mogę ci nic obiecać.

 

Daj mi skrzynkę, a przysięgam, że twoi towarzysze opuszczą Pustkę.

 

... że nawet chyba oczekiwał zaistnienia tego momentu, w którym emocje i niecierpliwość w końcu wezmą nad Kalebem Walkerem górę. Lustrując uważnie jego podszytą napięciem sylwetkę, bez większego problemu wyłowił moment sięgania dłoni mężczyzny do kabury broni. Ruch wyćwiczony, zręczny, płynny, ale w jakiś sposób równie ostrzegawczy co chaotyczne bicie dzwonów w samym środku nocy.

Kiedy padł pierwszy strzał, ruletka poczęła wirować w zupełnie nowym, enigmatycznym rozdaniu. Tak gwałtownym, że zdolnym rozbić w puch wszelkie dotychczasowe dywagacje o bilansach zysków i strat.

Być może w Pustce ekonomia również rządziła się swoimi własnymi prawami.

W przeciwieństwie do starej, dobrej, uniwersalnej zdrady.

Maksim Olgovich zacisnął zęby. Tak samo jak i dłoń, spoczywającą na rękojeści ostrego, porządnie wykonanego noża.

 

Elena Findley... Mądra, wykształcona kobieta, która jeszcze chwilę temu powierzyła bezpieczeństwo swojego dziecka Maksimowi Olgovichowi Aristovowi - arystokracie, sojusznikowi, zaufanemu agentowi jej dobrego znajomego - prawdopodobnie nie spodziewała się, że ową chwilę później poczuje na własnej szyi zimną stal ostrza noża. Tego samego, który przez ostatnie chwile dzierżyła w swoich własnych rękach.

- Spokój, Walker! - twarde, zimne, nieprzyjemne warknięcie rozbrzmiało tuż przy jej uchu. W tym samym momencie, kiedy lewe ramię Maksima zakleszczyło w uścisku jej własne ramiona. - Ciągle zapominasz, że masz o wiele więcej do stracenia niż my. A ty na co czekasz, Alice? Rzuć sztylet i idź do niego. Śmiało, suko! - w głosie Aristova zadźwięczała niezmierzona, jadowita pogarda. - Jak Zaddra do Leny.  

 

Elena Findley nie mogła widzieć tego, co mógł dostrzec w oczach Maksima sam Kaleb Walker.

Lodowatej, wolnej od jakichkolwiek skrupułów, bezwzględności.

 

Ostatecznie nikt jednak nie dostrzegł najważniejszej, głęboko ukrytej wątpliwości... 

Czy Alice nadal gra w swoją grę?

Edytowane przez Deckard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Alice spojrzała na Maksima w taki sposób, jakby wcale go nie widziała. Było w tym coś boleśnie przejmującego, coś, co sprawiało, że Maksim być może w innych okolicznościach (w innym życiu?) mógł żałować wypowiedzianych słów. Ale przecież nie żałował.

Sztylet, który medyczka trzymała w dłoniach z głuchym łoskotem uderzył o posadzkę. Alice jednak nie podeszła do Kaleba Walkera. Stała w miejscu, twardo, uparcie, jakby nie była w stanie zrobić najmniejszego kroku. Jej ręka powędrowała w stronę twarzy. 

Nie, nie samej twarzy... w stronę maski na twarzy, którą zdjęła szybkim, pewnym, zamaszystym ruchem. 

 

JUEBdEz.jpg 

 

Ciemne włosy przysłaniały część twarzy, ale nie na tyle, by nie widzieć szeregu dawno zasklepionych blizn. Przebiegały przez czoło, policzki, znaczyły nawet nos i usta. Wiedzieli, że nie mógł ich spowodować żaden wypadek. Były zbyt równe, zbyt symetryczne, zbyt...

Czy chcieli się nad tym zastanawiać?

Powiedz to jeszcze raz. Powiedz mi to w twarz. - to nie był rozkaz, ani prośba. Maksim słyszał w wypowiedzi Alice spokojne wyczekiwanie. Dziwne, że skojarzyło mu się to z osobą, która cierpliwie czeka na egzekucję; która na tyle pogodziła się z losem, że nie oczekuje, że się do niej uśmiechnie. Medyczka jakby czekała na coś, co zaraz nadejdzie.

 

Alice. - głos Kaleba Walkera zabrzmiał spokojnie w tej sekundzie ciszy, która zapanowała, kiedy wystrzał pistoletu rozbrzmiał na dobre. - Zabierz jej skrzynkę. - wycedził, starając się zachować opanowanie, ale w sytuacji, kiedy ktoś do ciebie strzela i kiedy boleśnie, pierwszy raz od dekad, zdajesz sobie sprawę ze swojej śmiertelności, trudno jest zachować spokój. 

Dlatego też Walker nie zamierzał skupiać się teraz na Alice. Podniósł broń i wycelował ją w stronę Alvy.

 

Elena Findley bezgłośnie szarpnęła się w uścisku Maksima. Nie widział jej twarzy, ale mógł słusznie przypuszczać, że pierwszą reakcją inżynier było zdumienie. Kolejna nie zdążyła jednak odpowiednio wybrzmieć, bo do akcji wkroczył Zachary.

Zostaw moją mamusię! Zostaw moją mamusię! - chłopiec wyrwał dłoń z uścisku Eleny i odwrócił się w stronę Maksima. Zaczął wymachiwać na oślep drobnymi, zaciśniętymi w pięści rękoma. - Zostaw moją mamusię!!! - krzyczał, a Maksim słyszał jak ton jego głosu staje się coraz bardziej histeryczny, czuł nieskoordynowane, niezbyt bolesne uderzenia pięści gdzieś w okolicach dolnych żeber. - Zostaw... mamę!

Zachary był na skraju autentycznej histerii.

 

A Kaleb Walker strzelił.

To było dla niego zbyt ważne. Nie mógł tego spieprzyć. Nie teraz, nie na tym etapie, nie po tych wszystkich latach. Musiał się skupić.

I trafił.

 

Kula świsnęła w powietrzu i zanim Alva się zorientowała, co właściwie się dzieje, poczuła ostry, przeszywający ból w okolicach łydki, jakby ktoś wywiercił w jej nodze dziurę. Kula nie utkwiła jednak w ciele, a przeszła bokiem, rozorując fragment mięśnia. Obraz na moment zamroczył się przed jej oczami i pomyślała, że to naprawdę dobrze, że Kaleb Walker nie celował wyżej.

 

A potem rzeczy zaczęły się dziać jeszcze szybciej.

 

 

Life's breath in the candlelight
Lost hearts in the dead of night

It's a long way dawn

to the place they found 

 

 

Powiedz mi to w twarz! - Alice wykrzyknęła, nie zważając na świst kuli w powietrzu, ani na Zacharego zapamiętale okładającego Maksima. - Powiedz! Mi! To...

Alice zamarła nagle, w pół słowa, w pół ruch ręki. A Maksim, który przecież na nią patrzył wiedział...

Wiedział, że to jego sprawka.

Kątem oka dostrzegł na swojej wolnej dłoni znak, żarzący się ciepłym, jasnym blaskiem. 

Zanim się zorientował, Alice schyliła się po upuszczony sztylet, wyrzucając trzymaną do tej pory maskę, jakby nic dla niej nie znaczyła.

Biały wilk zmaterializował się przy rannej nodze Alvy. Zamroczona bólem, przez moment myślała, że znowu powraca do tego koszmarnego snu. Ale to przecież nie mógł być jej sen. Nie, bo Kaleb Walker patrzył z przerażeniem w jej stronę. I wiedziała, że patrzy na wilka. 

Zwierzę rzuciło się w jego stronę.

Na wierzchu dłoni tropicielki pojawił się znak, ale go nie widziała. Nie mogła przecież oderwać wzroku od zwierzęcia.

A ono w ciągu kilku sekund znalazło się przy Walkerze, przewracając go na posadzkę.

Dostrzegła jeszcze, że Alice też zmierza w jego stronę.

 

Zaraz wstawię inicjatywę w mechanicznym. Alva jest w szoku i ma ranę, toteż, żeby podjąć jakiekolwiek działanie będzie musiała rzucić w następnej turze na ducha. Więcej info w mg bg

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

hSukveN.png

Alva Lazarev

 

 

Słowa Maksima zaskoczyły ją chyba niewiele mniej niż Elenę i Alice. Zatrzymały czas, zmusiły do spojrzenia w tamtą stronę, do próby zrozumienia tej szulerskiej gry, gdzie kanciarz zamiast karty rzucał właśnie do puli ludzkie życie. Uparcie powracało też wspomnienie Sokołowa, ale nie było najistotniejsze. Szali nie przeważył nawet ten straszny, pusty głos Alice, nawet nie to wymykające się wszelkim analizom poczucie samotności. Alva  przez mgnienie oka zatrzymała wzrok na drobnej twarzy Zacharego z wypisanym wyrazem rozpaczliwego zagubienia w dziecięcych oczach. Lecz zanim chłopiec z piskiem rzucił się na Aristova, zreflektowała się, że Walker także, prędzej czy później otrząśnie się z wrażenia i że to może być naprawdę koniec.

 

Wtedy wszystko skurczyło się w jeden, nieprzeliczalny na sekundy moment rozrywającego nogę bólu. Tropcielka skuliła się z głuchym stęknięciem, które z pewnością zgubiło się wśród pandemonium krzyków, równocześnie rozpętanym wokoło. Alva ich nie słyszała. Mrugała, zaciskając ze zgrzytem zęby. Zimny pot wystąpił na skronie, ale mroczki przed oczami jednak szybko rzedniały.

Nie zemdlała.

Stopniowo rozluźniła palce dłoni ściskającej nogę tuż pod kolanem, prawie na ranie. Nie wiedziała nawet kiedy musiała wypuścić pistolet. Spojrzała i zachłysnęła się powietrzem.

"O tym mówił. Zaklęty krąg śmierci" - zauważyła fatalistycznie, widząc znajome zwierzę. Choć nie spodziewała się go zobaczyć już nigdy, nawet w Pustce, nie mogła się przecież mylić. - "To się zacznie od początku." Jednak zamiast lasu nadal był tylko obraz rozkładu. I Kaleb Walker.

Biały cień skoczył mu do gardła, a łowczyni nagle myślała już tylko o tym, że nie da wilkowi zginąć ponownie. Wilcze kły przeciwko broni, którą nawet przyduszony człowiek mógł użyć.... Ona by użyła...

Krótki, gardłowy krzyk Alvy przypominał raczej ostrzegawcze warknięcie.

- Ręce! - krzyknęła już normalnie - Zabierz broń! Bierz!

Nie schyliła się po pistolet, tylko zacięcie sięgnęła po bełt i ładując kuszę wyprostowała się nie oszczędzając rannej nogi. Nie mogła strzelać, póki zwierzę zasłaniało cały tors Walkera, ale, na Pustkę!, nie może zmarnować szansy!

- Alice! - krzyknęła jeszcze, ale w tym ostrzeżeniu nie było już wcale troski, tylko ton czystej, niczym nie maskowanej groźby, nie zostawiający żadnych wątpliwości, że jeśli medyczka chce bronić czarownika, a jej sztylet dotknie choćby jednego włosa białej sierści wilka, Alva zmieni cel i wcale nie zamierza spudłować.

Edytowane przez Vadeanaine

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz