Thorongil

Gorączka złota (Thorongil)

333 postów w tym temacie

Ze złotem jak z ogniem: i ciepło, i niebezpiecznie.

- przysłowie ukraińskie

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

5b4ae0_893aa3312e1749eb836914d6b8994398.

 

Zajazd "U Grubej Elfki"

Gdzieś na rozstajach

Wigilia przesilenia letniego

 

Słońce z wolna chyliło się ku zachodowi, a z otwartych okien zajazdu dobiegały radosne dźwięki rozmów i zabawy. Już kolejnego dnia miało odbyć się święto Letniego Przesilenia i ludzie już teraz mieli świąteczne nastroje. Co poniektórzy robili już sobie zaprawę przez jutrzejszą ucztą ćwicząc i rozciągając pojemność żołądka.

Słyszany z zewnątrz gwar tylko przybierał na sile gdy weszło się do środka, gdzie wśród ciżby krzątała się służba pracując dla właścicielki tego miejsca, Adelaidy Zwiewnej. I choć w posturze karczmarki mało było zdawałoby się być zwiewności, to miejscowe dziadki z miłym uśmiechem wspominali jej figurę jak przybyła tu założyć karczmę ponad pół wieku temu. Choć i szyld wówczas inny wisiał.

Ale to historia i to nie ta, która nas dziś interesuje. Starczy wiedzieć, że mało kto wypominał Adelaidzie jej przydomek, a tym co to robili, zwłaszcza prześmiewczo bądź wulgarnie, uwagę zwracał miejscowy wykidajło. 

 

Adelaida przepłynęła przez izbę, a dawna sprężystość wciąż była wyraźne widoczna w jej ruchach, aż stanęła nad drzemiącym w rogu gawędziarzem, który pomieszkiwał u niej w zamian racząc zarówno ją samą jak i bywalców zajazdu wspaniałymi opowieściami.

- Rowenie, opowiedziałbyś nam dziś coś - szturchnęła go lekko, co wyrwało go z drzemki.

- Co...? Kto...? A tak... - lekkie zagubienie przerwanym snem szybko ustąpiło miejsca wyrazowi zamyślenia, gdy stary bajarz szukał w myślach historii.

- Już wiem - rzekł z uśmiechem i przeniósł się ze swoim zydelkiem na małą scenę usytuowaną obok paleniska - Zechciejcie posłuchać dobrzy ludzie, a opowiem wam historię o bohaterach, tajemnicach i magii. Jej bohaterami są dzielny niziołek, zaprzysiężony sługa dobra, krasnolud do gniewu skory, młodzieniec poznający dar magii, radosne półelfie dziewczę spragnione świata i piękna elfka, która nosi w sobie tajemnice czekające na odkrycie...

- Brzmi jak początek kiepskiego dowcipu! - zakrzyknał któryś z gości na sali, co wywołało krótką salwę śmiechu części sali.

- Cicho bądźcie i dajcie mu mówić - podniosły się zaraz obronne głosy.

Rowen nieco speszony tym nagłym przerwaniem odczekał chwilę nim śmiechy ucichły i zwykły gwar powrócił do karczemnej izby, a potem ją mówić dalej.

- Tak... gdzie ja to... A tak. Tedy to ci dzielni bohaterowie opuścili piękne Andromath i z nurtem Złotej Rzeki popłynęli na zachód, ku zadaniu które nie okazało się tak proste jak się z początku wydawało...

 

15+decorative+elements2.png

 

Znalezione obrazy dla zapytania merlin ealdor

 

Ventum

28 dzień miesiąca Plonów

 

Od spotkania z braćmi Shardcopperami minęły trzy dni. Jeden z nich krasnoludzccy bracia poświęcili na przygotowanie wszystkiego do wyjazdu, a następne dnia to już żegluga barką w górę rzeki. Przynajmniej znalezienie transportu nie było kłopotliwe, Ventum co jakiś czas spławiało drewno do Andromath i tą samą drogą rzeczną sprowadzało towary, których sami nie byli w stanie wyprodukować.

Po dwóch dniach spokojnej żeglugi, gdyż pogoda dopisywała im wyborna, niebo było słoneczne i nic prócz białych puchatych chmur leniwie przepływających ponad światem nie szpeciło jego błękitnego lica. W rozleniwieniu mogli więc podziwiać krajobrazy rozciągnięte wzdłuż brzegów rzeki, a na zachodzie w oddali widzieć majaczące w oddali potężne Wietrzne Szczyty. Jedynym mankamentem pierwszego dnia podróży mogło być słońce, przed którym ciężko było ukryć się na skądinąd niewielkiej barce. Problem ten jednak zniknął drugiego dnia, gdyż dotarli wtedy do szepczącej kniej, na której przeciwnym końcu znajdował się ich pierwszy przystanek w zadaniu dla Bora i Grima, Ventum właśnie.

 

Teraz, gdy flisacy przybijali do małego nabrzeża, mogli obejrzeć tę niewielką osadę umiejscowioną pod lasem i cóż... nie było to wiele Kilka rzędów prostych chat zbudowanych z drewna bądź kamienia, skrytych strzechą i z zagrodami przy obejściach. Po drodze i między budynkami można było dostrzec czasem przemykający jakiś drób. W oddali można było dostrzec niewielki murek zdający się otaczać osadę. Zapewne miał mieć funkcje obronne, choć jego wysokość raczej nie zapewniała wielkiej obronności.

Ludzie krążyli pomiędzy domostwami nie zwracając na nich specjalnej uwagi i dopiero po chwili podeszła do nich grupka miejscowych, grubszy człowiek, niewysoki i dwóch potężnie zbudowanych chłopów, zapewne drwali. którzy Ten najniższy zaraz rozpoczął rozmowy z kapitanem barki. Jeśli któreś z was zdecydowało się nasłuchiwać szybko zrozumiało, że był to wstęp, jeśli już nie same targi o towary, które przywieźli flisacy.

W końcu jeden z drwali musiał zwrócić uwagę na nietypową grupę, która bądź co bądź mocno odstawała od flisaków i szturchnął tego grubego. Ten przerwał swoją rozmowę i spojrzał na was przenikliwym wzrokiem. Przeprosił swojego rozmówcę i zbliżył się ku wam dziarskim krokiem.

- Witajcie podróznicy. - zaczął z uśmiechem-  Nazywam się Edmund Tuck i jestem tutejszym sołtysem. Czy mogę spytać co sprowadza... - jeszcze raz przebiegł po was wszystkich wzrokiem - tak kolorową grupę do naszej wioski?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

LDLziXH.png

Skierka

 

Gdy tylko podpisali umowę (ciekawskie spojrzenie już wtedy przebiegło po towarzyszach "Podpisywaliście już kiedyś coś takiego?") i wyszli przed karczmę, miała nowym kompanom tyle do powiedzenia. "Jak się nazywacie? Oh, i czym zajmujecie? Moje maniery, jestem Venhana Osparin, co prawda niektórzy mówili na mnie Skierka, ale na imię mi Venhana. Już to powiedziałam. Ale... cieszę się, że mogę was poznać. Trafiła się nam fantastyczna grupa, prawda?"

Teraz spoglądała na każdego z towarzyszy, czasem podśpiewując coś o dzielnych rycerzach wyruszających w bój. Może barwna gromadka nie odpowiadała obrazowi rycerzy z ballad, ale od czego jest wyobraźnia? Riclan i Phillip na pewno są rycerzami, a Argus jeszcze może zostać. Wygląda jeszcze młodo. "Właśnie, ile macie lat? Chyba, że nie powinnam o to pytać, załóżcie po prostu, że nie mówiłam do was". L'naya też mogłaby być rycerzem, na pewno umiała walczyć o swoje. I wygląda jak najprawdziwsza dama z każdej ballady... no z tych, w których dziewczyna nie jest bezradna.

Dłuższy czas rejsu wytrzymała we względnym milczeniu, nucąc coś tylko po cichu, ale co jakiś czas posyłała towarzyszom ciekawskie spojrzenia. Głownie przyglądała się widokom. To jej pierwsza taka przeprawa!

 

Kiedy dopłynęli wybiegła na brzeg z nie mniejszą radością niż weszła na pokład. Rejs był cudowny, ale przed nią jeszcze większa przygoda. Przebiegła wzrokiem po małej, uroczej osadzie zabudowanej drewnianymi domkami i ogrodzonej małym murkiem. Cudowne miejsce by zacząć przygodę.

Gdy ujrzał ich sołtys obdarzyła go, oraz jego towarzyszy jednym ze swoich najpromienniejszych uśmiechów.

- Dzień dobry, miło nam pana poznać, Panie Tuck. Nazywam się Venhana Osparin. Przybywamy do waszej pięknej osady po drodze, nasi pracodawcy wysłali nas do pobliskich kopalni - nie przestała uśmiechać się przyjaźnie. - Tak... barwna grupa jak nasza ma spore szanse na poradzenie sobie z trudnościami - powiedziała to, jakby "barwna" było dużym komplementem. Może i rozumiała, że sołtys nie musiał tak uważać, ale nic to nie zmienia w tym, że jak dotąd jej towarzysze sprawiają cudowne wrażenie.

 

Edytowane przez Paranormal

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

YiR370z.png

L'nayla "Lómelindë" Loseh'elin

 

Oceniła spojrzeniem swoich towarzyszy. Młodzi, narwani, lekkomyślni, oby tylko ta wyprawa nie odarła ich z tej naiwności, która cechuje istoty młode, niewiele lat stąpające po świecie. To było nawet urocze spoglądać na nich, widzieć życie migające w ich oczach i chęć poznania nieznanego, nie bacząc na to, że za zakrętem czeka tylko popiół. 

Uśmiechała się enigmatycznie, a oczy w kolorze roztopionego srebra ślizgały się się po twarzach i sylwetkach obecnych. Błękitna suknia, w kolorze wód jeziora zaraz po zimie spływała w dół, wysmuklając jej sylwetkę. Wrażenie, że płynie po gładkiej skórze elfki było trudne do odparcia, mimo tego, że materiał w rzeczywistości nie poruszył się nawet o minimetr. Uniosła dłoń płynnym ruchem, poprawiając, nienaganną fryzurę, a opuszkami palców, musnęła niebieskie pióro, odznaczające się na tle ciemnych włosów. Z lekkim pobłażaniem popatrzyła na półelfią towarzyszkę, a kącik ust L'nayly drgnął, rozjaśniając jej twarz uśmiechem. Nie skomentowała jednak jej słów,  nie odpowiedziała na niewypowiedziane pytanie, bo zwyczajnie nie było to wymagane, dopierto kiedy elfka przedstawiła się elfka odezwała się.

- L'nayla Loseh'elin - głos miała przyjemny dla ucha, tak jak miód słodki jest dla podniebienia. Etykieta wymagała przedstawienia się, nie mówiła jednak o tym, że powinno się otwierać usta jeśli nie ma się nic do powiedzenia, tak więc resztę drogi elfka przemilczała, cicho wygrywając nieznane pieśni na swojej, kunsztownie wykonanej lutni. Obserwowanie otoczenia pochłaniało jej nie mniej czasu, mimo przeżytych lat, mimo widoków, które mogła oglądać, mimo smaków powietrza jakie mogła spróbować, wciąż potrafiła kontemplować w zachwycie piękno natury, które kryło się nie tylko w jej prostocie, ale i też w niezmienności i długowieczności. 


wjgoko.png

 

Stąpając, powoli i ostrożnie zeszła na uchy ląd, błękitna suknia ciągnęła się za nią, omiatając podłoże. Srebrne oczy zlustrowały okolicę. Osada - prosta i biedna, jak większość w tej okolicy. Rozpadające się płoty biły w jej poczucie estetyki i elfka nieznacznie skrzywiła się, odpychając wewnętrzną potrzebę poprawienia wszystkiego i uporządkowania otoczenia. Dotyk pióra wetkniętego we włosy uspokajał i uziemiał, pozwalał się skupić na "tu i teraz". Podpłynęła w kierunku sołtysa, a cichy szelest jej sukni przywodził na myśl wiatr muskający liście w koronach drzew. Obdarzyła człowieka trudnym do opisania znanym ludźmi przymotnikiem spojrzeniem i lekko przechyliła głowę, pomagając sobie w ocenie mimiki mężczyzny. Uśmiechnęła się, ciepło, miło, uroczo, jak dawno niewidziana siostra, jak witająca na progu dziecko matka, jak kochanka przybyła na miejsce tajemnej schadzki.  Nie wypowiedziała jednak słowa, rozmowę z człowiekiem pozostawiła jej kompanom. Ona nie umiała rozmawiać z ludźmi, szczególnie takimi, którzy mieli problem z zachowaniem odpowiedniej higieny i symetrii swojej osoby nadmiernie wpychając w siebie jadło. L'nayla pozostała więc dostojna, niewzruszona i bardzo milcząca.

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Lunatyczka

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

bazoNl8.png

 Phillip Shudder

 

Po podpisaniu umowy wybiegł z karczmy ostatni, rychło kończąc piwo. Rozejrzał się po reszcie wesołej ferajny. Nie tego się spodziewał. Krasnolud był przyzwyczajony do wojowania z podobnymi mu awanturnikami. Jego aktualni towarzysze wyglądali dość nietypowo. Życie nauczyło go jednak, że pozory mylą oraz, że bracia Shardcopper dobrze inwestują swoje pieniądze. Skoro zatrudnili ich muszą być coś warci -pomyślał i postanowił nikogo nie lekceważyć. Po tym jak Skierka zagaiła rozmowę postanowił wykazać się elokwencją (mimo że nie znał tego słowa).

- Witam mości wielmożną Iskierkę, Lale i resztę towarzyszy- uśmiechnął się Kranolud pokazując żółte zęby.

- Jestem Phillip Shudder, a to jest Dziabąg - uniósł broń którą dzierżył w prawej dłoni, broń nazywana przez Krasnala Dziabągiem była ogromnym dwuręcznym młotem, który na drugim końcu trzonu był zaopatrzony w szpikulec. Trzon był tak długi, że postawiony na ziemi był większy od krasnala.

- Jeśli ktoś chce mnie bliżej poznać  to musi ze mną zrobić antałek piwa, a jeśli ktoś chce poznać bliżej Dziabąga to musi mnie nieźle wkurwić - poparzył z byka na niziołka nieudolnie próbując go przestraszyć, następnie poklepał go po ramieniu.

- Żartuję mały - po czym zarechotał gromkim śmiechem. Phillipa prześladował niewielki kompleks niskiego wzrostu, który rekompensował sobie żartami w stosunku do osób niższych od niego no i rozmiarem Dziabąga ma się rozumieć.

 

 

 

Wioska do której dotarli nie zrobiła na nim większego wrażenia. Bolał go trochę brzuch od tej bujającej barki i cieszył się, że jest w końcu na stałym lądzie. Nie wspominając o tym, że nie mógł się doczekać aż dotrą do kopalni. Ucieszył się na widok miejscowych idących w ich stronę. Postanowił być miłym i wyciągnąć garść informacji, a przy dobrych wiatrach to i z dwie garści. Jednak gdy usłyszał, że ten gruby tytułujący się sołtysem nazwał go kolorowym, krew napłynęła mu do twarzy. Szczególnie do jego dużego nosa, który zrobił się czerwony. Porzucił myśl bycia miłym.

- Słuchajcie no - zatrzymał się w tym miejscu aby zaintonować pogardę. - Sołtysie - po czym spluną na ziemię.

- Jesteśmy tu z ramienia braci Shardcopper  i szukamy kopalni, nie zwady. Mamy tam swoje sprawy do załatwienia. Ale nie nazywajcie mnie więcej kolorowym bo ani nam, ani wam, ani braciom Shardcopper nie będzie na rękę, żeby tu zaraz było kolorowo. 

Edytowane przez Thorongil

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

mX6OH1j.png

Argus

 

Podpisywanie umowy ciągnęło się jak smród po gaciach. Stary Lamorak widać poczuł się w roli świadka i starannie umowę przeczytał, mimo że w ogóle go nie dotyczyła. Krasnoludy na szczęście nie czytały, ale nie wiedzieć czemu podpisywały dopiero na miejscu, zamiast machnąć to wcześniej, podczas spisywania. W międzyczasie Argus otaksował spojrzeniem pozostałą czwórkę. Miał wiele talentów, ale czytanie z twarzy nie było jednym z nich, nie potrafił na pierwszy rzut oka zbyt wiele o przyszłych towarzyszach powiedzieć: elfki były ładne, a krasnolud brzydki, więc przynajmniej wpisywali się w stereotypy. Odczekał niecierpliwie aż stary najemnik skończy kreślić swoje nazwisko, po czym błyskawicznie dorwał się do pergaminu zanim komukolwiek innemu przyjdzie do głowy go studiować. Szybkim rzutem oka przeszukał dokument pod kątem słów "Ventum", "oczyścić kopalnię", "Shardcopper" - znalazł, czyli to musiało być właściwe zlecenie. Złożył zamaszysty podpis z ozdobnym i zygzakowatym "s" na końcu, zajmując niemal połowę przewidzianego dla ich grupy miejsca, po czym odsunął się na bok ze szczerą nadzieją, że reszta uwinie się z sygnaturą równie szybko.

Nagły potok słów przed karczmą nieco go zaskoczył.

Hola dziewczyno, spokojnie - rzucił ze śmiechem - Znamy się od kwadransa a ty byś już chyba chciała moich rodziców poznać. Jestem Argus, a zajmuję się przede wszystkim dobrą zabawą. I patrząc na resztę naszych kompanów - przeniósł na chwilę wzrok na Philipa, który właśnie kończył rechotać ze swojego żartu - to trafiłem we właściwie miejsce.

Antałek piwa brzmiał kusząco i Argus nie miał wątpliwości, że rozpracuje go z krasnoludem przy najbliższej okazji, w razie czego samodzielnie ją tworząc.

 

***

 

Ale dziura - rzucił do reszty, gdy tylko pierwsze zabudowania Ventum pojawiły się na horyzoncie. Wszystkiego razem może dwadzieścia kilka chat mieszkalnych, w dodatku każda tak samo szara i ponura. To z pewnością nie było miejsce, w którym chciałby zatrzymać się na dłużej. Właściwie to w ogóle nie chciał się tu zatrzymywać, a i samą wieś wolałby chyba obejść łukiem, najlepiej szerokim, takim poza zasięgiem powonienia. Obawiał się jednak, że tym razem będzie musiał pójść na ustępstwa.

Zeskoczył z barki zanim ta na dobre przybiła do brzegu. Nigdy wcześniej nie płynął statkiem, ale pomimo dwudniowej podróży wciąż nie był pewny czy to lubi. Jakby nie było, to stały ląd pod nogami był miłą odmianą - nawet jeśli składał się głównie z błota. 

Czołem panie sołtys! - rzucił jowialnie do mężczyzny, który ich właśnie powitał - Nazywam... - nie zdążył się przedstawić, gdy wszedł mu w słowo wyraźnie rozjuszony Phillip. Argus uśmiechnął się lekko wysłuchując jego oburzenia. Przez chwilę wahał się czy nie sprostować nieporozumienia, ale perspektywa kajającego się grubasa przed wściekłym krasnoludem była zbyt kusząca, aby ją przepuścić.

- Nasza kolorowa - zaakcentował to słowo z udawaną złością - grupa przybyła, żeby wnieść trochę kontrastu i radości do waszej szaroburej rzeczywistości i uczynić wasze życie lepszym. Wynajęto nas, żeby przywrócić wydobycie w położonej nieopodal kopalni. Złoto panie Edmundzie, mówi to panu coś? Jak tylko załatwimy swoje, to całe to bogactwo będzie płynęło przez waszą wioskę, a jego część pójdzie w ręce mieszkańców i może wasze domy też w końcu nabiorą koloru, albo chociaż okien. Ale jeśli jesteśmy niemile widziani, to możemy sobie pójść, a naszym mocodawcom przekazać, że urobek trzeba będzie transportować inną drogą.

Edytowane przez Fingard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

LpgcFNN.png

 

 

Zarówno treść podpisywanej umowy, jak i towarzystwo napawały Riclana jeszcze większym optymizmem. Przyjdzie podróżować w zacnej kompani, myślał, składając swój podpis, staranny jedynie z początku, a kończący się ledwie czytelnym, krzywym maczkiem. Trochę przez to, że wcześniej podpisany Argus nie zostawił zbyt wiele miejsca na popisy kaligraficzne, głównie jednak dlatego, że niziołkowi spieszno było do podróży (zbyt długo już zabawił w Andromath i ciągnęło go na szlak coraz silniej), a piórem mimo najszczerszych chęci nie władał z taką wprawą, jak mieczem.

- Riclan Laughshield. Z Foolsriver. - niemal od razu mogła dowiedzieć się Skierka - Wielcem rad, że będę mógł służyć pomocą Gildii oraz towarzyszyć Wam przy zleceniu - skłonił się paniom, żeby przypadkiem nie uznały, że zbyt długo przypatruje się ich niewątpliwie pięknym figurom.  Cóż miał jednak poradzić, że jego oczy były akurat na odpowiedniej wysokości, by odpowiednio podziwiać (zwłaszcza posągowe kształty elfki) i podziwiałby chętnie. Lecz już jakiś czas temu marynarskie grubiaństwo wywietrzało mu z głowy. Wszyscy mogli się także dowiedzieć, że z górą piętnaście lat żeglował, a teraz podróżuje, ciesząc się, gdy jego usługi i błogosławieństwo Pana Świtu choćby najmniejszą korzyść i dobro komu przyniosą.

- Nie ma nic lepszego po robocie, niźli antałek piwa, - szczerym humorem zareagował na śmiech krasnoluda - ale jeżeli w karczmie miodowy Specjal Fool'a leją, to na antałku się może nie skończyć - ostrzegł żartobliwie, nie chowając urazy, za "małego". Dziabąga się jednak nie przestraszył.

Przy okazji Riclan obiecał sobie napisać do rodziny, jak zawsze obiecywał, kiedy tylko uświadamiał sobie, ile lat minęło od ostatniego listu. I zaklął w duchu, że Shardcopperów o papier i inkaust nie poprosił.

 

***

 

Ventum było mniejsze i skromniejsze niż kwitnące handlem Foolsriver, niemniej jednak już wkrótce wioskę mogła czekać świetlana przyszłość, jeżeli kopalnie okażą się dochodowe. Nie spodziewając się kłopotów od samego wstępu, Riclan kilka kroków za grupą pomagał jeszcze najmłodszemu flisakowi z bosakiem, zbyt ciężkim dla ledwie wyrostka. Słyszał jednak wymianę zdań i gdy tylko klepnął młodego w plecy na pożegnanie, pospieszył niezwłocznie do  sołtysa. Zauważył z niejakim zdziwieniem, że właściciel Dziabąga  po niewinnym nazwaniu grupy "kolorową" nabrał intensywnych kolorów gniewu.

- Spokojnie dobrodzieju - rzekł do Tucka - Prawdę wszyscy mówią, że o kopalnię chodzi. Możliwe, że się tam jakoweś plugastwo zalęgło, więc wysłano nas, byśmy  bezpieczeństwa miejscowej ludności oraz górników dopilnowali. Nie szukamy zwady, tylko miejsca na obóz i zaopatrzenia. Do działania się nam spieszy, więc nie dziwcie się także zapalczywości pana Shuddera - spojrzał na Phillipa, następnie wyciągnął prawicę do sołtysa - Riclan Laughshield - przedstawił się, jak wcześniej  zrobiła to też Skierka. 

 

Edytowane przez Vadeanaine
literówka

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Nawet jeśli za początkowymi słowami sołtysa kryła się pewna ostrożność, to jednak przywitał ich wszystkich z uśmiechem. Uśmiechem, który mógł się tylko stać szerszy za sprawą płci pięknej. Pełne radości i miłe słowa Venhany i tajemniczy lecz nie nieprzyjemny uśmiech L'nayaly miały raczej jednać niż dzielić. Czy raczej mógłby, a to za sprawą Phillipa i Argusa.

Ciężko było nie zauważyć, że uśmiech zniknął z twarzy sołtysa zastąpiony nagłą troską i już zdecydowanie nieskrywaną niepewnością. Nie sposób było też nie dostrzec tego jak niski człowiek zrobił krok do tyłu i spojrzał na drwali jakby oceniając i szukając wsparcia. A drwale, choć niewątpliwie potężne chłopy, to jednak chłopy. Może podjęliby wyzwanie gdyby doszło do bitki, ale raczej nie stanowili zagrożenia dla kogoś takiego jak Phillip, czy Riclan. Dodatkowo nie mieli nawet siekier, bo przecież ani oni ani sołtys nie spodziewali się innych kłopotów niż uzgodnienie ceny za towary.

- Ależ panie... ja w żadnym wypadku... nie chciałem... - zaczął się biedny grubas jąkać. Ten właśnie moment wybrał Riclan by ponieść słowa pojednania. I podziałało, bo sołtys nieco się uspokoił, ale niepewność z jego wzroku nie zniknęła. Rękę zaś wyciągnął do niziołka z pewnym ociąganiem.

- Znaczy wy od tego krasnoluda, co to parę tygodni temu tu przyjechał i o kopalnie wszystkich pytał? - dopytał - Wszyscy my tu mu mówili, że kopalnie przeklęta i co złego tam siedzi. Lepiej tam nie chadzać... - jego wzrok znów nerwowo powędrował do krasnoluda i czarownika, i nerwowo poprawił kołnierzyk koszuli - ale to jak waszmościowie uważają. Ja bronić przecież nie będę. - zapewnił pospiesznie.

Spojrzał jeszcze na swoich ludzi, na wioskę, na Riclana, na całą drużynę, znów na wioskę i znów na Riclana, coś najwyraźniej w głowie kalkulując.

- Ten, no... o nocleg to możecie u Horsta pytać. U niego stodoła największa i tam jakby co się ludzie na zabawy schodzą. A... a o zapasach to... no to ze mną w sumie. Ale to może później, bo ja tu jeszcze muszę się dogadać ze wszystkim. - najwyraźniej pan Tuck odzyskał już nieco rezonu, bo i pewniej się wysławiał i mniej nieco zdenerwowania okazywał. Ale i z wami najwyraźniej na razie swoje sprawy zakończył, bo pożegnał się krótko i do swoich wrócił. Po drodze szepnął coś jednemu z drwali, a ten szybkim krokiem do wioski zawrócił. Sołtys zaś z drugim wrócili do targów z flisakami.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

LDLziXH.png

Skierka 

 

Wieść o klątwie nie poruszyła jej. Spodziewała się kłopotów. Poruszyło ją jednak nagłe wycofanie się z rozmowy sołtysa. A mogli mieć informacje o wiosce z pierwszej ręki! Teraz będą mieli obawę mieszkańców. 

Potarła dłonią czubek szpiczastego ucha, nieco z rezygnacją, ale szybko wyprostowała się i zadarła brodę do góry. Co jak co, ale pozbawiona rodziny dziewczyna mieszanej krwi była jak najbardziej gotowa na niełatwe rozwiązania. 

- I tyle z dyplomacji i ciepłego przyjęcia. Pora na plan b - powiedziała energicznie. - Jako, że nie zdołamy już zapytać sołtysa o istnienie jakiejś gospody... choć ze słów o noclegu wnioskuję, że jej nie ma, może pora dowiedzieć się z kim będziemy pracować? Lepiej nim wyruszy się do niebezpiecznych jaskiń wiedzieć na co stać towarzyszy, zgodzicie się? Domyślam się, że wy, Philipie, Recalnie, jesteście dzielnymi wojownikami? Ja potrafię się dostać w mniej dostępne zakamarki, zdobyć trochę informacji, oraz rzucić na przeciwnika sen, złagodzić upadek sojusznika... Walczę łukiem lub rapierem. Można ująć, że jestem waszą specjalistką od załatwiania spraw delikatnych, a podczas walki wsparciem. 

Edytowane przez Paranormal

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

LpgcFNN.png

Riclan Laughshield

 

Udało się uniknąć ucieczki sołtysa w panice,  albo - "chrońcie bogowie" - niepotrzebnego rozlewu krwi, więc i Riclan uśmiechnął się szeroko. Istniała wprawdzie możliwość, iż wieśniacy gotowi zbezcześcić drużynie piwo wodą, albo i nieświeże jajo wetknąć gdzieś w siennik, ale to wszystko niczym było przy zadaniu.

I z klątwą sobie poradzimy, stwierdził optymistycznie w duchu.

- Miejmy nadzieję, że tylko oręż się przyda w razie kłopotów. Gdy zajdzie potrzeba, potrafię ściągnąć moce ochronne, albo i rannym pomóc. Niewiele - dodał, by Venhanie aby nie przyszło na myśl, by z deklarowanym wsparciem kiedyś przeszarżować. Nie był kapłanem, by ludzi wyciągać z objęć śmierci. Co do szarżowania pozostałych, przypuszczał, że Philipa przyjdzie mu osłaniać najczęściej. Przynajmniej Dziabąga będzie mógł poznać  z bliska w akcji i to nie denerwując krasnoluda. A był ciekawy skuteczności tej pary, bo Philip jako żywo przypominał mu pewnego pirata,który niegdyś próbował przejąć "Tańcząca Gwiazdę". Owemu także nos przybierał w gniewie kolor tej samej, intensywnej purpury.

 

Edytowane przez Vadeanaine

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

LDLziXH.png

Skierka

 

Ruszyła raźno w stronę wioski, bacząc czy jej dzielni acz wybuchowi towarzysze również idą. Wyglądała trochę, jakby miała wielką ochotę biec - albo tańczyć, ale powstrzymywała się do zwykłego kroku. 

- Cudownie! Każda pomoc uzdrowicielska przyda się na takiej wyprawie, nawet mała - jeżeli to możliwe, uśmiech półelfki stał się jeszcze szerszy. Riclan też się uśmiechał, a to zawsze zaraźliwe. Nie rozumiała jak ktokolwiek może pozostać poważny, gdy ktoś obok się uśmiecha. Zapewne jakieś specjalne zdolności ważnych ludzi, którzy mają ważne sprawy, o które muszą się martwić. Jak to dobrze, że jej to nie dotyczyło! Dzięki Lliirze- Jak to dobrze, że mamy Cię ze sobą - oświadczyła poważnie. 

I powagi starczyło jej tylko na tyle bo gdy weszli wgłąb wioski zawirowała wokół własnej osi, spoglądając na małe, drewniane domki.

- Jaka urocza wioska. Taka mała i spokojna. W legendach bohaterowie dorastają w takiej, aż nie wyruszą w swoją podróż. Lubicie legendy? I muzykę? Powiedzcie, że lubicie muzykę - spojrzała błagalnie, jakby jej wzrok mógł magicznie odmienić ich gust, gdyby nie lubili. - Podróże musicie lubić, skoro zgłosiliście się by ruszyć w podróż. 

Przechodząc obok domów uśmiechała się przyjaźnie do mijanych ludzi, w duchu modląc się do Lliiry, żeby nie byli do nich nieprzyjaźnie nastawieni, po tym drobnym nieporozumieniu. 

 

Edytowane przez Paranormal

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

YiR370z.png

L'nayla "Lómelindë" Loseh'elin

 

Kobieta płynęła, a błękitna suknią powoli, tknięta lekkim muśnięciem wiatru, tańczyła za nią jak fale na spokojnym jeziorze, wzburzone wiosennym powiewem. Rejestrowała wszystko, próbując ogarnąć całą okolice srebrzystym spojrzeniem, rzucającym iskry wokół. Przysłuchiwała się wymianie zdań towarzyszy bez słowa, obserwując uważnie okolicę. Na pytanie o muzykę i legendy obejrzała się w kierunku półelfki lekko mrużąc oczy. Przez, krótką sekundę wyglądała jak drapieżnik czający się na ofiarę, gotowy do skoku. Wrażenie to jednak minęło wraz z uśmiechem, który rozświetlił melancholijne oblicze elfki. Palce świerzbiły by tknąć struny lutni, by wydobyć dźwięk, by tworzyć melodię, by pozwolić narodzić się pieśni ale nie teraz..jeszcze nie teraz... Miast tego więc elfka spoglądała na półelfkę z lekkim rozbawieniem, zabarwionym pobłażliwością, był to wzrok, którym matka mogłaby obdarzyć swoje wyjątkowo zabawne dziecko, zadające wyjątkowo głupie pytanie. Lutnia, na której grała, a która teraz, bezpiecznie owinięta złotym jedwabiem spoczywała na jej plecach, musiała być wystarczającą odpowiedzią na zadane przez dziewczynę pytanie, zamiast więc odpowiadać, spojrzała na młodego ludzkiego mężczyznę. 

- Sądząc po ubiorze i... - zawahała się jakby szukała odpowiedniego słowa we wspólnym - postawie - w końcu powiedziała, sądząc, że najlepiej odda to intencję wypowiedzi - władasz Panie magią. Mam nadzieję, że impertynencją z mojej strony to nie będzie i nie poczujesz się urażon, jeśli spytam, cóż takiego potrafisz?

Edytowane przez Lunatyczka

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- Ach, a czego to bym nie był w stanie zrobić mogąc nagiąć magię do swojej woli - Argus zaśmiał się krótko - Mogę tworzyć ogień, wpływać na ludzi, stąpać niewidzialnym. To i jeszcze więcej o czym niewątpliwie nie raz będę mógł dowieść gdy wreszcie opuścimy tę dziurę, gdzie najwyraźniej sztywniaków nie brakuje - przez ramię rzucił krótkie spojrzenie sołtysowi zostawionemu za plecami - Ale ten grubasek miał minę jak się nas niski przyjaciel zaczerwienił! - dodał jeszcze wesoło jednocześnie zarabiając ostre spojrzenie od kroczącego obok Phillipa.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

LpgcFNN.png

Riclan Laughshield

 

- Muzyka łagodzi obyczaje - Riclan z rozbawieniem śledził  taneczne podskoki Skierki.  Trudniej było śledzić sens chaotycznego potoku jej słów.  Obok L'nayla i Argus  nawiązali rozmowę o magii. Przechodzili przez wioskę jak prawdziwi bohaterowie, barwną i pewną siebie grupą, w której nie brakowało siły uderzeniowej, ducha i optymizmu. Niziołek  już nieraz przekonał się, że chłopi zwykle bardziej cenią przyziemne wartości niż bohaterów. Może dlatego, że w ciężkich czasach czasem ciężko odróżnić rycerza od zbója?  Niezbyt to sprawiedliwe, jednak zrozumiałe. Co mogło zjednać ludzi, zwłaszcza wystraszonych już tym niezbyt fortunnym wstępem? Kopalnia i pieniądze Gildii, to jak obiecywanie im przyszłorocznych plonów nie wiedząc jaka będzie pogoda. Ale zabawa? Zabawa zwykle zbliżała ludzi, przynajmniej dopóki ilość alkoholu nie przekraczała pojemności brzuchów i łbów.  Muzyka zaś niosła same dobre strony.

- Pani L'naylo, czy, zanim ruszymy do kopalni, zechce pani ucieszyć nasze serca pieśnią? O ile, oczywiście, uzna pani za godnych słuchaczy  - zaproponował.  Mieli już okazję w czasie podróży podziwiać ją, gdy brała lutnię do rąk, lecz był pewien, że wtedy dawała im tylko przedsmak swojego talentu.

 

Edytowane przez Vadeanaine

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

LDLziXH.png

Skierka 

 

Słuchała z uwagą wszystkiego co mówił mag na temat swoich mocy. Coraz ciekawiej. Nie mieli maga w wiosce na stałe. 

- A ty, L'nayo? Musiałaś się nauczyć wielu przydatnych rzeczy, prawda? - jej głos brzmiał nieco mniej pewnie niż zazwyczaj, jakby nie była pewna czy kobieta zechce odpowiedzieć. 

Czekała z uwagą na odpowiedź elfki, powstrzymując się od wypowiedzenia choć słowa. 

- Muzyka niesie radość - powiedziała, dotykając pierścionka. - Lliira ceni sztukę i wszelkie obchody i występy, które podnoszą ludzi na duchu. 

Klasnęła w dłonie, przystając nagle i odwracając się błyskawicznie, tak, że gdyby nie koordynacja prawdopodobnie wylądowałaby na twarzy. Ale... pieśni! I to akurat gdy mówiła o Llirze! Teraz stała na środku wioski, z oczami skierowanymi na elfkę. Dotąd to ona zwykle występowała, ale prawdziwa elfka zapewne ma dużo ciekawszy repertuar. Ugryzła się w język by nie trajkotać dalej i nie spłoszyć chyba nie lubującej się w nadmiarze słów towarzyszki. 

Edytowane przez Paranormal

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

YiR370z.png

L'nayla "Lómelindë" Loseh'elin

 

Oczy o kolorze ciepłego, roztopionego srebra oderwały się od twarzy młodego maga, a L'nayla skupiła swoją uwagę na niziołku. Przyglądała mu się w milczeniu, a drobny, enigmatyczny uśmiech zdobił jej wargi. Kiedy nie poruszała się, wyglądała zupełnie jak posąg, który mógłby wyjść z pod ręki mistrza rzeźbiarstwa, dopiero kiedy elfka wykonała, nieznaczny gest dłonią czar marmurowego posągu prysł. Przez kilka uderzeń serca spoglądała na półelfkę, która wydawała się podekscytowana wizją występu elfiej bardki. L'nayla nie była osobą, która wymagała zachęcania, nie potrzebowała powtarzających się próśb do podjęcia decyzji. Jeśli miała na coś ochotę i wedle jej mniemania, coś mogło się wydarzyć nie odmawiała prośbie, ale jeśli sprawa wyglądała inaczej, zmiana decyzji elfki była nie do osiągnięcia. Tylko jedna osoba potrafiła to zrobić, ale nigdy więcej nie będzie już miała okazji. Tym razem jednak, zapewne ku uciesze towarzyszy, L'nayla szybko uznała, że może spełnić ich prośbę. W jej świecie słowa były zbędne jeśli czyny lepiej wyrażały to co chce się przekazać. Dlatego też, miast odpowiedzieć elfce i niziołkowi, nieznacznie skłoniła głowę i ściągnęła z pleców, bezpiecznie owiniętą drogim materiałem lutnię. 

Przy drodze był pieniek - pozostałość po starym klonie, którego piorun powalił trzy wiosny temu. Błękitna suknia, rozlała się wokół niego, kiedy elfka zasiadła na pozostałości po drzewie. Pieszczotliwie musnęła dłońmi wygładzoną wiatrem i deszczem powierzchnię. Trudno było zliczyć słoje. Owinęła lutnię, wiekową, niektóre malowidła pokrywające ją zdążyły już zblednąć, wciąż jednak było widać w nich elfią rękę. Delikatne, ledwie dotykające drewna, na którym je wymalowano. Na chwilę zwykle poważne oblicze elfki wydało się młodsze, ogniki wesołości prześliznęły się po srebrze tęczówek, kiedy palce trąciły struny wydobywając z nich dźwięk. Dla spokoju ducha, szarpnęła każdą z ośmiu strun sprawdzając dźwięk, czy aby nie wkradł się niego jakiś fałsz. Mając pewność, że lutnia jest dobrze nastrojona, uniosła spojrzenie na słuchaczy. W tej chwili wydawała się bardziej otwarta, weselsza, zupełnie jakby założyła maskę i gdyby nie drogą, którą z nią przebyli mogliby uwierzyć, że właśnie taka jest. Niebieskie pióro, wetknięte we włosy, zafalowało na wietrze, który zmarszczył też materiał jej sukni, w momencie gdy elfka wyśpiewała pierwsze słowa pieśni.

 

Edytowane przez Lunatyczka

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Muzyka popłynęła przez wioskę, a wieśniacy przechodzący obok, pracujący czy to w domu czy w obejściu, zatrzymali się na chwilę i spoglądali na grupę awanturników. W szczególności na L'naylę. I choć niektórym z nich wypłynął na usta uśmiech, to wciąż trzymali dystans w przeciwieństwie do dzieci, które zaraz podbiegły by móc się lepiej przyjrzeć bardce. Mała ich grupa stanęła pośród nowo przybyłych. Koło Riclana stanął chłopaczek niewiele niższy od paladyna i ze zdumieniem mu się przyglądał jakby nie wierząc własnym oczom. Za to koło Phillipa jakoś żaden maluch nie chciał stanąć, mars na twarzy krasnoluda skutecznie je do tego zniechęcał.

Gdy L'nayla skończyła śpiewać dzieci poczeły klaskać, a jedno z nich, mała dziewczynka mająca nie więcej jak pięć lat, z dwoma warkoczykami i piegowatą twarzą, która akurat trzymała kwiatek podbiegła do elfki dała jej kwiatek, zwykłą polną stokrotkę i uciekła truchcikiem na swoje miejsce.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

mX6OH1j.png

Argus

 

Młodzieniec słuchał bardki z nieskrywanym podziwem. Nigdy wcześniej nie słyszał elfiej muzyki, w Andromath w ogóle niewielu było elfów, stałych czy przyjezdnych. Nie spodziewał się więc, że będzie to tak odmienne od pieśni, jakie grają ludzie. Nie zrozumiał co prawda o czym L'nayla śpiewa, ale właściwie to niewiele go to obchodziło - nic wesołego z pewnością, tańczyć się do tego nie dało. Mogłoby się jeszcze okazać, że to jakieś smęcenie o drzewach albo miłości albo innych głupotach. A nawet jeśli o jakimś antycznym bohaterze, to musiał go spotkać marny koniec - w takie historie też się lepiej nie wgłębiać, człowiek się jeszcze nasłucha o błędach, które tamtego przywiodły do zguby i gotów je mimowolnie skopiować. Nie, Argus wolał pozostać w błogiej nieświadomości; występ mu się bardzo spodobał, nie trzeba tego psuć.

Gdy tylko ucichł ostatni wydobyty z lutni dźwięk, chłopak zaczął klaskać razem z zebranymi wokół grupy dziećmi. Owacja była jednak zdecydowanie zbyt cicha jak na jego gust, a rozsiani po okolicy dorośli, pomimo uznania wypisanego na przynajmniej niektórych twarzach, wyraźnie potrzebowali zachęty aby je głośno wyrazić. Szybki, nieznaczny gest dłonią i chwilę później gdzieś z tyłu rozległy się pojedyncze oklaski, by w ciągu następnych chwil dołączały do nich kolejne, coraz energiczniejsze, aż w końcu pierwsi z mieszkańców dali się porwać i dołączyli do wrzawy. Czarownik uśmiechnął się: taka reakcja na występ była zdecydowanie bardziej odpowiednia.

 

Spoiler

Używam sztuczki 'Minor illusion'. Nie jestem pewny czy musiałbym do jej rzucenia przerwać klaskanie - jeśli tak, to stosuję też metamagię 'subtle spell'.

 

Edytowane przez Fingard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

YiR370z.png

L'nayla "Lómelindë" Loseh'elin

 

Kiedy ostatnie dźwięki niosły się w eterze, jak jesienne liście na wietrze, elfka uniosła roziskrzone spojrzenie na towarzyszy i zebranych wokół niej wieśniaków, szczególną uwagę poświęcając dzieciom. Wstała z pieńka teatralnie skłaniając się, w specyficzny sposób, bez pochylenia w przód, a przechylając głowę na bok. Posłała ciepłu uśmiech dziewczynce i odebrała od niej kwiatka, z wdzięcznością. Zaraz też zatknęła go za włosy, a wolną, dłoń skierował w kierunku dzieci, kilka razy pstrykając palcami, a wokół roześmianej gromadki, pojawiły się różnokolorowe iskry. Elfka zaraz machnęła dłonią, jakby, chciała zakręcić czymś wokół palca, a iskry zawirowały, nim wystrzeliły do góry by rozbłysnąć ostatni raz i zniknąć. Katem oka zerknęła na młodego maga, przechylając głowę, z błąkającym się po wargach uśmiechem, skinęła głową w jego kierunku i dopiero wówczas owinęła lutnię materiałem, tym samym dając znać, że przedstawienie dobiegło końca. 

- Tusze, że serce Twe jest ucieszone - zwróciła się do niziołka, który to wszak poprosił ja o występ. Choć jej postawa i uśmiech, nie zmieniły się i wydawała się inna niż podczas podróży, zupełnie jakby podczas występów stawała się kim zupełnie innym, w oczach zobaczył spokój, który należał do milczącej L'nayly. 

 

 

prestidigitation. 

 

 

Edytowane przez Lunatyczka

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

LDLziXH.png

Skierka

 

Słuchała piosenki i samoistnie kołysała się, choć poświęciła uwagę by nie próbować tańczyć. To było niemal nienaturalne - nie tańczyć ani nie śpiewać, gdy grała muzyka, ale wiedziała, że artystka powinna być w centrum uwagi. Zwłaszcza, że było czego słuchać. Zamiast tańczyć tłumaczyła sobie słowa pieśni. 

Kiedy rozbrzmiały ostatnie słowa, ucichły ostatnie nuty, skierka zawirowała radośnie na pięcie, po czym dołączyła do owacji. 

- Pięknie. Znam tak mało elfich pieśni. Tylko kilka - pierwszy raz odkąd ją poznali przez twarz Skierki przemknęło coś co nie było czystą radością. Minęło jednak w ciągu momentu i pozostała znów beztroska dziewczyna. - Pieśni jakich uczyłam się w karczmach nie są tak zachwycające jak Twoje - te słowa były już pełne uznania. 

I tak jak przed chwilą była pełna zamyślenia, tak teraz była znów pełnym energii stworzeniem, które nie potrafiło iść nie próbując tańczyć i podskakiwać. Wiadomo czemu nazywali ją Skierką. Tylko duma "zachowuj się jak dama" powstrzymywała ją przed rozpoczęciem tańców. Bo czy to nie piękna okazja? I tak miła Llirze. A tym ludziom przyda się trochę zabawy. Znów zakołysała się na palcach. 

- Są widzowie, brakuje tańca - powiedziała niezbyt głośno, z roziskrzonymi oczami. 

Edytowane przez Paranormal

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

LpgcFNN.png

Riclan Laughshield

 

Melodia i nieznane słowa pieśni były tak piękne, że wraz z nimi piękniała nawet  okolica. Przywodziły na myśl miejsce, które można byłoby nazwać wyczekiwanym celem podróży. Riclan wcale nie przejmował się tym, że nigdzie jeszcze takiego nie znalazł i być może wcale nie istniało. Ze szczerą radością przyłączył się do oklasków i uśmiechnął się łobuzersko, gdy tajemniczym sposobem owacje przybrały mocy, a bardka zabawiała dzieciaki  iskrami. 

- Jakbym się znalazł w Trzecim Niebie - skinął elfce głową z prawdziwym uznaniem. Gdyby miał taki fikuśny kapelusz, jak niegdyś, gdy jeszcze jako wyrostek zaciągnął się na pierwszą łajbę, teraz pewnie zamiótłby nim ziemię u nóg  artystki, lecz bez kapelusza ukłon musiał wystarczyć.

- Też tak sądzisz, młodzieńcze? -  spytał stojącego obok chłopaka - Czy może chciałbyś porwać do tańca naszą drugą, niespokojną towarzyszkę?

Edytowane przez Vadeanaine

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Chłopaczek spojrzał to na Riclana, to na Skierkę, zacisnął niepewnie usta i wbił wzrok w ziemię wyraźnie zmieszany. Inne dzieciaki zaś były wręcz zachwycone kolorowym pokazem L'nayla. 

Dorośli jeszcze chwilę ich obserwowali, ale szybko wrócili do swoich zajęć i obowiązków, za to grupa małych fanów towarzyszyła im w drodze do chaty Horsta szczebiocząc i przekrzykując się jedno przez drugie, że ciężko było je zrozumieć.

Najwięcej uwagi dostały oczywiście elfki jako ładne panie, obie z ciepłym uśmiechem. Nieznacznie mniejszą atencją dzieci cieszył się Riclana, najwyraźniej widok niziołka też był czymś bardzo egzotycznym. Najmniej uwagi dostali Argus i Phillip, pierwszy bo w sumie nie był sensacją, tylko strój miał ładniejszy niż ludzie z wioski, drugi z powodu surowej twarzy. Ale i im się trochę uwagi dostało, bo w końcu należeli do grupy.

Chata Horsta nie wyróżniała się na tle innych, ale kawałek za nią, między małymi jabłonkami stała sporych rozmiarów stodoła. Z jednej strony dołączona była do niej przybudówka gdzie w dwóch boksach stały koń i krowa.

Sam Horst siedział przed drzwiami na solidnej ławie. Był to starszy człowiek z siwą brodą do pasa, choć gdy się przyjrzeć wciąż można było dostrzec śmiej słomiane pasma dawnego koloru. Był wychudzony, ale znać było, że w kwiecie wieku musiał mieć potężną sylwetkę.

- Hola! - zakrzyknął widząc zbliżającą się dzieciarnię - Co to za zbiegowisko? Cyrkowcy jacyś przyjechali? - wychylił się nieco w ich stronę chyba za dobrze nie widząc.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

LDLziXH.png

Skierka

 

Zaśmiała się, niezrażona reakcją. Gdyby wszyscy mieli w sobie tyle spontaniczności co dzieci. Drogę do chaty spędziła próbując odpowiedzieć na pytania i uwagi idącej z nimi dzieciarni. Tak, byli poszukiwaczami przygód. Tak, występ był wspaniały. To wspaniale, że też umiesz śpiewać. Nie dało się nawet rozróżnić większości głosów, ale starała się.

Kiedy dotarli do chaty dygnęła uprzejmie i uśmiechnęła się może odrobinę złośliwie.

- Nie do końca cyrkowcy - trzeba było przyznać, że ich grupa sprawiała takie wrażenie. Siłacze niziołek i krasnolud, czarodziej, oraz dwie artystki. - Jesteśmy tu by oczyścić kopalnie. Ale to przecież nie powód by się nie radować gdy można. Na imię mi Venhana, pan zapewne jest Horstem, o którym mówił nam wasz sołtys? - Głos jak zazwyczaj miała przyjazny, pomimo umysłu zaabsorbowanego nagle pomysłem wstąpienia do trupy cyrkowej... Nie, bycie poszukiwaczką przygód a później bohaterką jest lepsze.

Edytowane przez Paranormal

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

YiR370z.png

L'nayla "Lómelindë" Loseh'elin

 

L'nayla odpowiedziała uśmiechem na komplement Riclana i nie powiedziała już nic najwyraźniej ukontentowana tym, jak na razie przebiegała ich znajomość. Lutnia bezpiecznie skryta pod jedwabiem na jej plecach, nie ciążyła jej nawet, dawno już przyzwyczaiła się do jej wagi, dlatego jej chód nie stał się nawet w najdrobniejszym wypadku ociężały. Ona zdawała się płynąć, zupełnie jakby jej stopy nie dotykały ziemi, a powłóczysta, lejąca się suknia, falująca przy każdym kroku tylko wzmagała to wrażenie. Ona nie była dobra w rozmowie, wolała gdy lutnia przemawiała za nią, lub gdy mogła wyrazić swoje uczucia w śpiewie lub opowieści dlatego odpowiadanie na dziecięce pytania pozostawiła półelfce. Sama rozglądała się po okolicy, bystrymi srebrnymi oczami. Mruknęła po elficku, coś pod nosem, co wydawało się być ledwie tchnieniem wiatru i gdyby nie poruszające się wargi można by pomyśleć, że to dźwięk natury. 

Przechyliła głowę spoglądając na wieśniaka, który nazwał ich trupą cyrkową. nie poczuła się urażona...no dobrze, może odrobinę. Elfy nie były cyrkowcami, przynajmniej te szanujące się, wedle standardów bardki, oczywiście. Widząc jednak marsa na czole mężczyzny i zmrużone oczy, mogła mu to wybaczyć, starzeć niedowidział. 

- Podobno Panie, miałbyś miejsca, by piątka wędrowców mogła schronić się przed nocą i snu spokojnego zaznać. - przeszła do sedna, bo mieli jeszcze co robić, nie było więc sensu rozwlekać tej dyskusji, a niepotrzebnie wypowiadane słowa były marnotrawstwem tychże. 

Edytowane przez Lunatyczka

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

mX6OH1j.png

Argus

 

Gdy tylko padło słowo "cyrkowcy", w rękach młodzieńca pojawiła się, nie wiedzieć skąd, złota moneta, którą zaczął pospiesznie obracać między palcami. Pieniądz pojawiał się i znikał, od czasu do czasu błyskając w słońcu, by chwilę później, po głośnym pstryknięciu palcami, wystrzelić w górę i po wysokim łuku opaść prosto na kolana starszego chłopa. 

- Cyrkowcy też tu przyjadą, gdy tylko uporamy się z problemem jaki trapi waszą... - zawahał się na chwilę, rozejrzał po okolicznych budynkach - nieszczęsną wieś. Ale jak moje towarzyszki powiedziały, my z cyrkiem nic wspólnego nie mamy, a jesteśmy bohaterami, którym będziecie zawdzięczać dobrobyt, gdy tylko przywrócimy wydobycie w okolicznej kopalni. Nazywam się Argus, do usług - uśmiechnął się i skłonił głęboko, znacznie głębiej niż jakakolwiek sytuacja mogłaby wymagać - Sołtys powiedział, że u ciebie jest największa stodoła, a tak się składa, że my potrzebujemy miejsca na nocleg, zanim rano wyruszymy do kopalni. Mamy zatem interes do przybicia i wierzę, że się dogadamy.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz