mroczek

rozdział 1 Oddech Korriban - Droga (mroczek)

64 postów w tym temacie

PUf33Fo.png

korriban.jpg

 

The Pride one

 

Miała dziwne przeczucia już od samej kontroli. Oficerowie w szarych, imperialnych mundurach długo oglądali Mono, rozmawiając ze sobą cicho. Wydawali się sztywni jak marionetki i w pewnej chwili nawet przestała na nich zwracać uwagę. Z każdą kolejną sekundą spędzoną przy bramkach narastało w Roshan dziwne uczucie. Jakby coś zimnego pełzało jej po skórze i wkrótce mogła myśleć tylko o tym.

Przypomniało jej o domu, całkiem logiczne skoro dotąd nie miała żadnych wspomnień z domem niezwiązanych. Czuła coś podobnego kiedy wypuszczała się do lasów na Yavinie, zazwyczaj obok któregoś z tych grobowców pod którymi Ya-Ra w obawie przed wyprawami Arcturusa rozstawiła swoich Massassi. Mieli za zadanie zawracać każde z dzieci Crow (zazwyczaj niezwykle skutecznym chwytem wielkiej czerwonej łapy za kark). Stali przed tymi grobowcami które były na liście arcaniańskiej macochy w kategorii: Zwariowałeś? Nie ma mowy!

Nie myślała teraz jednak ani o Ya-Rze, ani o jej czerwonych pupilach tylko o chłodnych podmuchach, które ziały za ich plecami, z ciemności starożytnych grobowców Yavin 4.

Teraz podobne czuła z za barierki gdzie na straży stało dwóch Sithów w pełnych, czerwonych zbrojach i z każdą kolejną sekundą czerwień tych pancerzy stawała się wyraźniejsza. Zupełnie jakby taki właśnie kolor miały przybrać jej złe przeczucia.

 

W końcu po wyłączeniu droida, i wyczyszczeniu mu pamięci dostała Mono z powrotem, zapakowanego do plecaka razem z resztą rzeczy. Oficer wskazał jej drogę do jednego z małych promów.

Wysłużone, nieuzbrojone jednostki służyły do transportu osobowego, tyle widziała już na pierwszy rzut oka.

Nie była pierwsza w środku, kiedy wspięła się po trapie i otworzyła śluzę spojrzały na nią dwie pary oczu. Togrutanin i człowiek, młodzi o muskularnych ciałach i niepewnych spojrzeniach. Po krótkim czasie zjawiło się jeszcze trzech. Ludzie, chłopcy na oko niewiele starsi od Arcturusa, chociaż fizycznie więksi. Wszyscy jak jedno wyglądali jakby za milczeniem usiłowali ukryć niepokój. Jednak zawsze coś ich zdradzało, rozbiegane spojrzenie, zbyt sztywne plecy, dłonie mocno zaciśnięte na stalowym kiju.

 

Zaśpiewały silniki, skrzydła maszyny rozłożyły się ukazując duże okna przez które z wysoka Roshan mogła podziwiać inne ustawione w rzędy promy. Przez chwilę wydawało się jej, że widzi tam gdzieś białą głowę Atonaia nim prom nie przyspieszył i pokonawszy energetyczną barierę zagłębił się w ciszy kosmosu.

 

Korriban, brunatno-czerwony martwy świat, pierwsza obca planeta jaką podziwiała z orbity. Zbliżali się szybko do powierzchni, już po chwili prom wpadł w brunatne chmury atmosfery. Kadłubem zatrzęsło nieznacznie. Chwyciła mocniej swoje siedzenia.

Zasłona chmur opadła, zmierzał do ziemi stałym tempem. Roshan widziała zapłatę zygzaki masywów górskich, kilka z nich łączyło się w czymś co wyglądało jak czarno czerwona piramida.

- Tam właśnie umrzecie. Większość z was.

Spokojne słowa sprawiły, że drgnęła. Nie ona jedna, chłopak siedzący obok też podskoczył na swoim siedzeniu odwracając się gwałtownie w stronę kokpitu.

Mężczyzna w czerni stał w uchylonych drzwiach. Patrzył na nich surowo czerwonymi oczami o czarnych źrenicach. Wydawał się młody, młodszy niż jej matka, chociaż trudno było ocenić, wyglądał obco. Roshan podejrzewała, że mógł być potomkiem Chissów, bo jego skóra była niebieska jak burzowe niebo, jednak rogi na głowie i czarne tatuaże na twarzy zdecydowanie miał zabracze. Był wysoki, wyższy niż ojciec, tak wielki jak Wukor, o którym w rodzinie mówiło się, że postanowił przerosnąć Massassich. Kiedy zamknął za sobą drzwi i wkroczył pomiędzy nich poruszał się z płynnością drapieżnika. Zaglądał im w twarze i sądząc po coraz bardziej zmarszczonych brwi ach to co widział nie podobało mu się za bardzo.

Prom kołował ponad piramidą powoli zmniejszając pułap. Pilot nie spieszył się dając im czas żeby dokładnie się przyjrzeli. Następnie odbił w bok i wciąż obniżając pułap pofrunął ponad szpalerem składającym się z wielkich posągów niewolników z pochylonymi głowami. W piachu uwijały się drobne czarne punkcik postaci. Prom niósł ich w głąb jednej z dolin znajdującej się między wyszczerzonymi jak zęby szczytami.

Kluczyki tak robiąc szybkie skręty. Widzieli z góry zasypane piaskiem posągi, ukryte pułapki przepaści, ciemną mgłę snującą się po ziemi przy wejściach do grobowców, stada dziwnych stworzeń pędzące dolinami.

- Powstań - powiedział mężczyzna w czerni, na tle stanowczo że go posłuchali.

Prom złożył skrzydła i zwolnił, zniżył też pułap, wyglądało jakby zbierał się do lądowania.

- Jestem Celar Moren... - oznajmił. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej podłużne pudełko. - ...i przez najbliższy rok będę waszym bogiem. - W pudełku znajdowało się sześć czarnych przypinek z symbolem przerwanego okręgu. - Jesteście moi i mogę z wami zrobić co chcę.

Drzwi po bokach maszyny otworzyły się. Do środka w jednej chwili wdarł się wiatr i piach. Roshan tak jak i jej towarzysze, zebrali się na środku obok swojego zarządcy.

- Jesteście tutaj bo, ktoś bardzo głupi albo bardzo pijany, uznał, że możecie być Sith. I teraz muszę się z wami użerać.

Czerwone oczy przez chwilę podróżowały po ich twarzach nim zatrzymały się na Roshan. Mężczyzna wziął jedną z przypinek i przystawił ją do jej szaty na ramieniu. Poczuła jak igła wbił się w materiał niemal sięgając skóry. Chwilę potem zatrzeszczał zatrzask.

- Akademia Sith na Korriban, to nie jest miejsce gdzie można sobie tak po prostu trafić. - oznajmił patrząc na Roshan z powagą, musiała zadrzeć podbródek bo górował nad nią niemal o głowę. - Ale o tym zaraz się przekonacie.

Nie wiedziała jak to się stało, była pewna swojej równowagi, a jednak pokład nagle uciekł jej pod nóg. Zawył wiatr a skręcające się ciało pochłonął bezwład upadku.

Szczyty przekoziołkowały jej przed oczami a potem na chwilę zapadła bolesna ciemność.

 

To nie tak że straciła przytomność, bolesny upadek po prostu na chwilę skupił na sobie wszystkie zmysły.

Chwilę potem patrzyła już na szare niebo i małą sylwetkę promu znikającą w oddali.

Była cała. Chyba. Wszystkie kończyny grzecznie się zginały, tylko tyłek trochę ją bolał.

Wylądowała po środku małej doliny, obok leżał jej plecak i pałka. Poza nimi za towarzystwo miała górski wiatr i piach, oraz żadnego pojęcia gdzie się właściwie znajduje.

Edytowane przez mroczek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Q0Toz4H.png

Roshan

 

Nie polubiła tego nowego uczucia. Zimnego, pełzającego po karku, ewidentnie nie z tego świata. Pojawiło się, odkąd opuściła rodzinny statek.

 

Nie lubiła po prostu obcować z rzeczami, których nie rozumiała.

A na Korriban, jak się obawiała, będzie wiele sytuacji, w których wyjdzie na idiotkę, które będą właśnie tak nieprzyjemne, przez ta swoją mityczność i tajemniczość. Ojciec mówił jej, że czasami tak jest, że czujesz coś. Że to mogą być podszepty Mocy, w które trzeba się wsłuchać. Tyle że ona nie...chciała. Chciała żeby to paskudne uczucie ją opuściło. 

Nosiła już nowe szaty, w ciemnym, żałobnym kolorze; one inaczej otulały ciało, inaczej pachniały, niby nie utrudniały poruszania, lecz nie dawały jej takiego komfortu, co jej codzienny ubiór, do którego przywykła. Teraz wszystkie jej przyzwyczajenia będą musiały pójść w kąt, wcześniej czy później i to głównie sprawiało jej psychiczny dyskomfort. 

Czuła jak z każdym oddechem traci połączenie z tym, co dotąd znała, co było dla niej komfortowe. Straciła już szansę na powrót do domu, do starego życia, które tak ukochała. Które wiodło się jej dobrze. 

Teraz wszystko miało się zmienić i chisska głęboko wierzyła, że to stało się zbyt szybko. Wciąż czuła ogromny żal po utracie swego ojca, nie pozwolono też jej przeżyć w spokoju utraty ukochanego ojca. To co działo się od czasu, gdy oznajmiono, że poległ, było dla niej jak życie w koszmarze, takim, który się powoli już rozkręcał. Udawała przed rodzeństwem spokój, a tak naprawdę dusiła w sobie wiele.

 

Teraz, przeszyta już tym paranormalnym, paskudnym uczuciem niepokoju, oddychając splugawionym powietrzem Korribanu, bardzo się niecierpliwiła, widząc że strażnicy grzebią coś przy Mono. Nie spodobał się im. Chcieli go zabrać. Nie, nie może być, nie chciała i jego stracić. Zgodziła się na wyczyszczenie pamięci, gdy zaproponowali to jako warunek zatrzymania go.

Pogoniła ich wręcz, niech już to zrobią, szybko - pomyślała. Chciała już przejść przez kontrole, mieć to za sobą. 

Gdy oddali jej rzeczy zarzuciła plecak na ramię, szybkim krokiem przeszła do wskazanego promu. Nie spodziewała się jednostek bojowych w akademii, więc fakt że maszyna nie była cudem techniki jakoś ją obszedł. Wyglądał na sprawny, więc wsiadła. 

Tym, których przyuważyła w środku skinęła głową na powitanie. Nic nie mówiła, chyba troszkę się bała przerywać panującą tu nerwową ciszę. Gdy prom wystartował popatrzyła na swoich towarzyszy. Poczuła się troszkę lepiej, widząc i w ich spojrzeniach niepewność, wyczytując z ich mowy ciała trochę niepokoju. Nie tylko ona miała pietra, a z drugiej strony, rozumiała co czuje reszta.  

Roshan i Togrutanin się wyróżniali pośród pozostałych, ludzkich kandydatów. Przyuważyła też, że jest...jedyną dziewczyną w grupie. Nie wiedziała jeszcze, czy to jest dobrze, czy źle. 

Gdy tylko paskudne, brunatne chmury rozstąpiły się, Roshan skorzystała ze sposobności by lepiej przyjrzeć się widokom. Obca planeta ją ciekawiła, to było coś nowego. 

Jednak pojawiło się coś. nie... ktoś, kto odciągnął jej uwagę od tych widoków. 

 

Nadzorca. Ujawnił się; nie przedstawił się jeszcze ale Roshan była pewna, że to on. Postawy, wysoki wojownik, o surowym spojrzeniu, starszy od wszystkich innych na pokładzie, idealnie wpasowywał się w tę rolę. 

Miał też w sobie coś, co sprawiało, że Roshan chciała obserwować jego ruchy i niecierpliwie czekała na kolejne słowa. Nawet jeśli były to kąśliwe uwagi, które jawnie obrażały akolitów.  

Być może sam majestat Nadzorcy i świadomość tego, że może ją po prostu zabić, sprawiły że zabrakło jej języka w gębie, nie śmiała natychmiast odpyskować. A może coś było w tych jego surowych, czerwonych oczach. Coś, co sprawiało że uwadze chisski jakoś umykało, że ten mężczyzna własnie sobie z niej drwi, że nie wzbierał w niej gniew a ciekawość wobec jego osoby.

Był...inny.

Została oczarowana. Jak odurzona, bez zastanowienia, podniosła się z miejsca, gdy rozkazał. Podeszła bliżej. A gdy Nadzorca skupił na niej swoją uwagę, stanął bliżej, jej serce podskoczyło. 

Spojrzała mu w oczy, bez strachu. Przywykła już do surowych spojrzeń, nie zwykła się przed takimi uginać. Ona patrzyła na Nadzorcę w tej chwili trochę tak jak na takiego boga, jakim się sam obwołał. Był tu, blisko i miał ją odtąd szkolić. Już wiedziała, że będzie szorstki, że będzie wymagający i nieprzyjemny, ale miała to gdzieś. Czuła coś... nowego, czego wcześniej nie znała, ale dla odmiany, to wydawało się ekscytujące, te drżenie na jej skórze, gęsia skórka, gdy sięgnął do połów jej szaty, to coś znaczyło. 

 Roshan skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie czekała na ten moment. Ten, w którym oficjalnie już zostanie akolitką, a przytwierdzenie plakietki było takim właśnie potwierdzeniem tego faktu.   

 

Szkoda tylko, że chwilę potem wszystko się spierdoliło. 

 

To zadziało się za szybko, była zdezorientowana, straciła grunt pod nogami, jej ciało poleciało w tył, przez otwarte wrota promu; prosto w piach i brunatny dym. Poczuła ból; wyłączył ją ze świadomości. Na ile... nie była pewna. 

Bardzo powoli poruszała kończynami, bojąc się, że sobie coś złamała. Spadła. Spadła do cholery, powoli wracała do niej świadomość siebie oraz otoczenia. Leżała w piachu, sama. 

Jednak nie zerwała się od razu do pionu, bo nie zauważyła na niebie promu ani nie słyszała dźwięku silników. Nie miała się... gdzie śpieszyć, niestety. Już nie.

Powoli zwlekła się do siadu. Rozejrzała się wokoło, sięgnęła po swój plecak. Sprawdziła czy kryształ od ojca oraz inne osobiste rzeczy wciąż tu są, dopiero po tym mogła odetchnąć z ulgą.

I chwilę tak siedziała... jeszcze otępiała, rozważając, co tak właściwie się stało i gdzie jest. Powoli do niej docierało, w jak paskudnej sytuacji się znalazła. Wtedy przeklęła pod nosem. 

 

Jeszcze parę myśli przeszło jej przez głowę, nim zaczęła w końcu coś robić. Wygrzebała z wnętrza plecaka robota.

- Cześć mały. To ja. - odezwała się miękkim głosem, gdy dostrzegła błyskające diodki. Tak, to znaczyło że droid się uruchomił. - Przepraszam. Wyczyścili ci pamięć. Gdybym się nie zgodziła oni wyrzuciliby cię na złom  - wyjaśniła, kładąc rękę na jego kolistym czole i pogłaskała swojego elektronicznego pupila - przynajmniej nic nie zepsuli. Wydajesz się sprawny, Mono.  - na szczęście oficerowie przy kontroli okazali się kompetentni i usunęli tylko pamięć, ale system bazowy został nienaruszony -  I dobrze, bo przyda mi się...  

...towarzystwo? 

Tego już nie dodała na głos, ale tak pomyślała. 

 

Droid odpiszczał w odpowiedzi. Niestety nie zrozumiała. Roshan nie była też pewna ile Mono w ogóle z jej słów zwykł rozumieć; ale nie przeszkadzało jej to traktować go lepiej niż byle narzędzie. Był jej towarzyszem, wieloletnim. Co prawda nie latał wokół niej non-stop, lecz zdarzało się chissce zabierać go w podróże czy na spacery, puszczać by latał swobodnie po rezydencji i by jej pilnował, gdy pracuje albo śpi. Dla niej naturalnym wyborem było, że Mono będzie jej towarzyszył też także w czasie jej szkolenia na Korriban. 

Mono na pewno wypełniał bez problemu zadania do których został stworzony. Śledzenie, patrolowanie, nagrywanie. Chisska nie potrafiła na razie rozszerzyć jego możliwości, ale kto wie... może kiedyś.   

Gdyby dzieje jej rodziny potoczyłyby się inaczej może dziś siedziałaby w warsztacie Dlara, kminiąc nad schematami, by spróbować wcisnąć Mono lepszej klasy komponenty. Przebywałaby w bezpiecznym domu, z rodzeństwem, licząc na opiekę matki. 

A ojciec...

 

Westchnęła. Jest... jak jest, tak? Nie mogła się po prostu rozkleić na środku tej przeklętej pustyni. 

Wstała, otrzepała się z piachu. Zarzuciła plecak na ramiona, uzbrojona w pałkę poczuła się troszkę pewniej.  

- No dobra. Żyję. Ty też. To plus tej sytuacji. Nagrajmy wiadomość dla tego, kto cię znajdzie, gdybyś mi się kiedyś zgubił. No albo gorzej, gdybym ja się zgubiła a tobie wtedy jakoś udało się wrócić do cywilizacji.  - więc wzięła się w garść, zaczęła coś robić, planować kolejne ruchy. Grunt, to nie wpadać w panikę.

 

 Przywołała do siebie robota i uruchomiła funkcję nagrywania.

 - Jestem akolitka Crow’Shaan’Ammat. A to Mono, mój droid. Bądź łaskaw przy nim nie majstrować. - rzekła pewnym głosem i zagroziła dzierżoną bronią potencjalnemu podglądaczowi wiadomości - Jeśli na niego natrafisz to zwróć go do mnie. Lub do kogoś z nazwiskiem Crow.    

Upewniła się że nagrana wiadomość wyświetli się jako pierwsza dla każdego, kto zacznie przy robocie grzebać. To był dobry, pierwszy krok. 

A co dalej? 

- Małpojaszczurka by wiedział co teraz zrobić - mruknęła, gapiąc się na piaszczyste wzgórza. Westchnęła ciężko. Od małego biegał po tej dżungli przy domu i zawsze wracał na kolację, znał te sztuczki, jak poruszać się w terenie i nie zgubić. Mogła za wczas się tego od niego nauczyć. Szlag. Gdyby tylko wiedziała, jak może jej się to przydać...

 

Już za późno.  

Rozejrzała się dokładnie po całej okolicy, nawet przysłoniła sobie czoło ramieniem, by słońce jej nie przeszkadzało gdy podniosła wzrok do nieba. Promu którym leciała ani widu ani słychu. Gdyby jej wypadnięcie było wypadkiem to by jej szukali, zawróciliby. Łatwo jej więc było wywnioskować z tego, co zapamiętała, prawdopodobny scenariusz zdarzeń. Dziurawy, tak, ale jakiś już miała, ale wystarczyło to by wkurzyła się, gdy już sobie to wszystko połączyła. 

Cały czar, jaki wcześniej w jej głowie roztoczył się wokół osoby Nadzorcy właśnie...prysł!

 

Dobra, coś tam zapamiętała, gdy obserwowała przez okna krajobraz nad którym przelatywali. Głównie ten łańcuch górski, dolinę, posągi i piramidę. To było coś na dobry początek. Trzeba je znaleźć. Musiała się rozejrzeć. Najpierw może za jakimś punktem obserwacyjnym, wyżej, z którego będzie mogła ogarnąć większy obszar i być może dostrzeże te wysokie figury albo przerażającą, mistyczną budowę. 

- Bez Arcturusa też sobie poradzimy. I tak, mam pomysł. - przeniosła wzrok na krążącego jej przy głowie robocika - Dobra Mono, nie ma co tracić czasu. Podleć wyżej i zrób nagranie całej panoramy okolicy. Później zbliżenie na mnie, potem leć za mną, nagrywaj. 

Oczywiście, nagrywaj na nowy plik.

Poczekała aż wykona to zadanie. Miała nadzieję że obraz uchwycony z wysoka będzie pomocny przy ustalaniu jej lokalizacji na tym odludziu. Gdy robot do niej wrócił, uznała że tak czy siak musi iść kawałek dalej i może znaleźć jakieś wzniesienie, na które się wdrapie i coś uda jej się dzięki temu dostrzec.

 W jakimś kierunku musi zacząć marsz, stanie tu w miejscu to głupota, wiązało się ze śmiercią, prędzej czy później. No więc... ruszyła. 

 

 - Dzień pierwszy. I już wpadłam w kłopoty, a nawet się słowem nie odezwałam. Nic przełożonemu nie napyskowałam, słowo!  - zaczęła mówić, świadoma przecież że jej towarzysz ją nagrywa.  Wyobraziła sobie minę matki czy brata; oczywiście że by o to zapytali, czy przypadkiem nie zaczęła od jakiejś pyskówy.

Wtedy by może czuła się winna, bo może by zasłużyła na wywalenie z tego konkursu na ucznia, czy jak oni to nazywają. Ale nie!

- Nie ma co się łudzić, że po mnie wrócą. To akademia sith. Jestem  terazna środku pustyni na Korriban i pozbyłam się już nadziei, że to mógł być wypadek. - kontynuowała, szła oczywiście dalej, w stronę którą zdecydowała - Mój Nadzorca najwyraźniej zrobił reszcie przedstawienie, moim kosztem. Pokaz swojej boskiej zajebistości. - tu się skrzywiła, przypomniała sobie jego przemowę, przedstawienie i tylko jej ciśnienie podskoczyło - Nie no, wiesz co, jeśli, to prawda to brawo, mój Nadzorco. - syknęła, odwracając się do kamerki Mono. - Wyrzuciłeś mnie przez otwartą śluzę, zostawiłeś bez wyjaśnienia, tu, gdzieś na pustyni, na odludziu. Piękny pokaz swojej siły, pozycji i dominacji odwaliłeś, wszystkim tam zaimponowałeś! Jakiś ty męski. - dogryzła jadowicie, wyobrażając sobie tę jego niewzruszoną minę, wyobrażając sobie że do niego teraz mówi. - Wielki wojownik. Nadzorca. Że o ho ho! Tatuś jest na pewno dumny. 

Musiała to z siebie wydusić, kotłowało się w niej, czuła gniew i wielką niesprawiedliwość, z jaką została potraktowana. Pociśnięcie paru komentarzy dawało troszkę ulgi, lepiej się brnęło przez piasek, ciskając wredne komentarze. Ciekawa była czy jej przyszły mistrz wie o tym, że jego syn, będący równocześnie nadzorcą, tak traktuje kandydatów. 

 - A może od niego to podpatrzyłeś? Ciebie też zabierał na wycieczki po całym Korriban? I jak zacząłeś się zachwycać to szybko gasił cię tekstem, żebyś się tak nie podniecał, bo sam za kilka lat tu zginiesz. Może ciebie też wyrzucał na środek pustyni, gdy chciał chwili spokoju. Ciągle powtarzał że się nie nadajesz na sitha? - drwiła dalej - To by wiele tłumaczyło. Wiesz, jeśli to prawda to nawet mi ciebie żal.  A poza tym, cholernie się zawiodłam. - tu ton się jej zmienił; pozostawała szczera w swoich słowach, więc brzmiała na zawiedzioną, poszkodowaną - Lady Regina powiedziała mi, że zostanę przydzielona do Nadzorcy - wojownika. Cieszyłam się, że będę mogła się czegoś nauczyć, od prawdziwego sitha, który woli szlifować przydatniejsze umiejętności, zamiast zajmować się durną mistyką. - i tu głos jej się troszkę załamał, więc przestała gadać.

 

Parę następnych minut szła w milczeniu. Piach wsypał się jej do butów, wiatr nieprzyjemnie targał jej włosami, musiała mrużyć oczy ale parła do przodu. 

 Zatopiła się w myślach, próbowała też trochę się uspokoić. Ojciec i matka pouczali ją niejednokrotnie, by starała się panować nad swoimi emocjami, nie pozwolić, by one sterowały działaniami w chwilach zagrożenia, A taka chwila była teraz. Znajdowała się na obcej planecie, w nieznanym sobie miejscu, sama, bez podstawowych informacji, prowiantu czy wody. Niepewna, ile czasu minie nim to się zmieni na lepsze. Głupota było tracić energię na głupoty.

 

 - Dobra. Tamto się wytnie. - stwierdziła, gdy dotarło do niej że co do słowa się nagrało.

 - Nie jestem pewna w jakim kierunku polecieli i po co. Zgaduję, że Nadzorca zabrał resztę na pierwszą próbę. Beze mnie. Dlaczego mnie wywalił i co to dla mnie znaczy - też nie jestem pewna. Ale mogę się założyć, że na noc Nadzorca będzie chciał wrócić z resztą do Akademii. A jak tu się mylę, to na bank w akademii znajdę kogoś kto pomoże mi skontaktować się z Nadzorcą. Więc tam się muszę udać.   - przedstawiła swój tok rozumowania do kamery.

- I sobie wtedy pogadam z Morenem juniorem, dowiem się, jaki on ma problem. Dostałam tę głupią odznakę  - rzuciła zaczepnie i postukała w przypiętą przez Morena błyskotkę - więc mam prawo brać udział w próbach jak każdy inny z mojej grupy. I upomnę się o to.  - o, tak postanowiła.

Nagrywam całą swoją drogę do Akademii. Gdyby coś mi się stało, gdybym nie wróciła po paru dniach, że zniknę bez śladu, nie wiem, stracę przytomność, zgubię się....mam nadzieję coś że zostanie jako wskazówka na nagraniu i pomoże komuś potem mnie znaleźć. - dodała na koniec. 

 

W najgorszym wypadku... liczyła że przynajmniej rodzeństwo się zmartwi i gdyby serio nie wróciła, ktoś będzie jej szukał i trafi przynajmniej na Mono. To tak na przyszłość.  

Teraz, nic innego jej nie zostało, jak iść dalej... dalej, w kierunku który sobie obrała. Wypatrywać znajomych miejsc, posągów, piramidy albo kogoś żywego, rozumnego, kto by jej wskazał drogę do Akademii. 

 

 

 


No dobra, to plan z grubsza jest taki, o ile nic z rzeczy osobistych nie zgubiłam, to opuszczam to miejsce. 


Rzut na spostrzegawczość co by sprawdzić czy dostrzegam coś ciekawego w okolicy, by sobie w tej sytuacji pomóc. Survival też można stestować, czy wpadnie jej do głowy coś pomocnego aby ustalić kierunek w którym ma podążać. Jeśli Mono, z racji tego że go poprosiłam by podleciał wyżej na chwilę i nagrał okolicę, da mi jakieś bonusy na spostrzegawczość, to proszę ładnie. :) 

O ile z pomocą droida nie uda mi się zlokalizować posągów i piramidy które Roshan pamięta, to chisska poszukuje wzrokiem jakiegoś wzniesienia, na które mogłaby się wdrapać i z lepszej perspektywy obejrzeć okolicę i podjąć decyzje w którą stronę iść. Jak nic nie widać w najbliższej okolicy to idzie do przodu na czuja, w kierunku z którego jej się wydaje, że chociaż w oddali widzi jakieś wzniesienia górskie, które mogą być tymi, które widziała z promu. 

Podążam kierunkiem, który jej się wyda najodpowiedniejszy, biorąc pod uwagę wynik rzutu i zobaczymy czy na coś trafi. ;) 
 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Z bliska pustynie Korriban były chłodne i szare. Nawet promienie słońca wydawały się zimne. Mono połyskiwał w nich jak klejnot kiedy unosił się w niebo żeby zrobić zdjęcia panoramiczne. Widział wszystko dokładnie.

I był też dobrze widziany.

 

Pierwsze kości znalazła po godzinie marszu. Pogruchotany kawałek czaszki na pierwszy rzut oka przypominał kamień, dopóki na niego nie nadepnęła na niego. Pękł pod butem z głośnym chrupnieciem. Kolejne szczątki rozwleczone po równinie napotykała co kilka metrów. Pół piszczeli, kilka żeber - to znalazła jeszcze przed wejściem do wąwozu.

Szeroki na kilka metrów równie dobrze mógłby być szczeliną pomiędzy wielkimi szczytami, jednak była szansa, że zaoszczędzi jej mozolnej wspinaczki. Z następnej doliny powinna być w stanie zobaczyć z oddali Akademię. Przynajmniej tak się jej wydawało, Mono nie był w stanie wznieść się dość wysoko żeby się upewnić.

 

Weszła więc do wąwozu. Prawie natychmiast natknęłam się na kilka kości  rozrzuconych po ziemi. Kilkanaście metrów dalej był kij, zupełnie taki jak ten, który nosiła teraz przy sobie. Tyle że jej był cały, znaleziony nie. Wyglądał jak te zabawki do żucia, które małe bojowe ogar Akk ojca roznosiły im po domu. Zabawki w końcowym stadium zużycia rozmemłane i pokawałkowane przez rosnące zęby. Kawałki kija znajdowała przez kolejne kilkadziesiąt metrów. Doprowadziły ją do tego co zostało z właściciela.

Kręgosłup, łopatki, pół miednicy i jedna ręka wyciągnięta desperacko w stronę ściany wąwozu. Na dłoni zachowała się zaschnięta skóra, resztę ściemniałych od słońca kości osłaniały skrawki podartego stroju akolity.

 

Stała właśnie nad trupem kiedy to usłyszała. Cichy szmer kamienia tracę o kamień. Mała lawina, która zeszła gdzieś przed nią.

Stworzenie zaszło ją niemal bezszelestnie, bure jak kamienie po których stąpało, skradalo się po niemal pionowej ścianie wąwozu.  Wielkie - na oko miało w kłębie tyle wzrostu co ona - masywne przypominało ogara tyle że z wydłużonym wyrostkami na paszczy i kolcami na grzbiecie. Chyba nie dostrzegło jeszcze że ofiara odkryła jego zamiary. Roshan nie mogła się tym cieszyć zbyt długo gdyż za sobą usłyszała zgrzyt pazurów o kamień.

Były co najmniej dwa i miały ją w pułapce.

 

Usiłując się dyskretnie obejrzeć spuściła wzrok i wtedy to zobaczyła.

Patrzyła wprost na dłoń martwego akolity, jego rozpaczliwie wyciągnięte przed siebie palce wskazywały ciemny otwór w skale. Wąskie wejście do jakiejś wnęki. A może jaskini? Za małe żeby skradające się do niej stwory się w nim zmieściły, za to ona jak najbardziej miała szansę.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Q0Toz4H.png 

Roshan

 

 

- A może on ma jakiś problem z tym, że jestem kobietą? - zastanawiała się na głos, próbując jakoś zrozumieć, co sprawiło że znalazła się w tej sytuacji. Po dłuższym marszu miała już mniej werwy na ciskanie potoku złośliwych komentarzy, ale wciąż ten gniew w niej siedział i po prostu musiała coś z siebie wyrzucić. Najczęściej, musiała przy tym kopnąć jakiś kamyk. I jakoś się jej szło. Dalej i dalej, przez posępną, paskudną pustynię, w nadziei że intuicja jej nie myli i obrała dobry kierunek.

 - Albo jakaś chisska ostatnio dała ostatnio kosza i się mści. Buc jeden.   

Ciężko też było jej nie myśleć o swoim Nadzorcy.

Chociaż głównie budowała w głowie scenariusze tego, co mu powie i jak się wobec niego zachowa, gdy już się z nim skonfrontuje w Akademii. 

 

Humor się jej zmienił, gdy pod butem zagruchotały kości. Kości przypominające takie od humanoida. Zlał ją pot, gdy paręnaście roków dalej dojrzała kolejne. Otrzeźwiała. Okolica w której się znajdowała była przecież niebezpieczna. A nieszczęśnik, którego znalazła, prawdopodobnie zbyt lekko brał do siebie kwestię własnego bezpieczeństwa. Lub był po prostu słaby i pokonała go natura. Takie warunki mogą złamać. 

 

Może nie powinna ignorować tych pierwszych oznak, zwiastujących nieszczęście. Ruszyła do wąwozu, święcie przekonana że dzięki temu zaoszczędzi czas i szybciej trafi do Akademii. Ścisnęła mocniej swój kij. Zaczęła nasłuchiwać i baczniej przyglądać się otoczeniu wkraczając na nowy teren. 

"Mam jaaaaaakieś złeeee przeczucia, Mono" - pomyślała, gdy zobaczyła przeżute kawałki kija. Głos jej ugrzęzł w gardle i może to lepiej. Kij bardzo przypominał ten, który dostała od lady Reginy, kij akolity. Ktoś już tu kiedyś zabłądził. Dobrze to czy nie? Okaże się.  

Gdy znalazła właściciela kija zakręciło jej się w głowie a nogi lekko się ugięły. Widok był paskudny dla nieprzywykłej do tego, młodej chisski. Znów, skórę oblał pot, w panice wzięła parę szybszych wdechów. Coś go tu zaatakowało, coś....

Za plecami usłyszała jakiś dźwięk i bam, znów, przeszył ją dreszcz. Ujrzała stworzenie, blisko, za blisko. Cholera. I kolejne, tuż tuż. Spięła mięśnie, patrząc na ogromnego drapieżnika. Miała w dłoniach kij ale brakło jej odwagi by machnąć, by zaatakować. Był wielki i wystarczyło by skoczył, przewróciłby ją, przygniótł i rozszarpał, jak tamtego akolitę. Nogi ugięły się pod nią mocniej.  

 Spanikowała; chciała wiać, ale gdzie? Zauważyła wnękę, poprzednik chciał tam. Dziura była dość duża, by mogła tam skoczyć, to wystarczyło. Zadziałała instynktownie. 

 

 

Jeszcze się trochu gubię w ogarnianiu jak łączyć Moc z używaniem skilli, więc proszę o sprawdzenie czy dobrze myślę. 
Skok do wnęki/jaskini to chyba będzie Athletics (Brawn)  U9BmIw9.pnguMO0eQk.png i potrzebny mi jakiś pozom trudności. No i chcę użyć mocy, Enhance, w opisie bazowym jest że mogę dodać kość mocy do tego testu, czyli to będzie takie coś jak niżej?

 
Roshan, uskok w kryjówkę U9BmIw9.pnguMO0eQk.pngpCrX47e.png [ + kości trudności, to mi MG poda ]  -> wynik .

I za punkt jasnej lub ciemnej, o ile mi wypadnie punkt jasnej strony z białej kostki, będę mogła zdecydować czy dodać sobie symbol sukcesu albo przewagi do sumy wyniku. Jak wypadnie punkty tylko ciemnej, to wzięcie takiej opcji mimo wszystko mi da tak: tracę jasny punkt z mojej Puli Mocy (aktualnie mam   RBUAocy.pngRBUAocy.pngZJa4r30.png, więc będzie wtedy RBUAocy.pngZJa4r30.pngZJa4r30.png ), cierpię 1 strain i dodaję punkt do puli Konfliktu.  

Coś pomieszałam? :D 
 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Moc wypełniła jej ciało razem z adrenalina kiedy rzuciła się do szczeliny.

Coś warknęło gniewie za nią, pazury zazgrzytały o kamień.

Otwór był ciemny, wąski, jak przełyk bestii. Przynajmniej tak się skojarzył, kiedy w jego mroku zniknął Mono a zaraz potem ona sama.

Wściekła warcząca kula zasłona wejście i wszystko wokoło pochłonęła ciemność.

Potoczyła się po skale i na chwilę straciła orientację gdzie jest góra a gdzie dół, poza tym że wszystko było zimne twarde. Świat nieustannie usuwa się spod niej kiedy spadała w dół. Aż końcu zatrzymała się na jakiejś płaskiej powierzchni. Zyskała trochę dystansu do warkotu, zmieniony echem wydawał się nieść po rozległej, płaskiej powierzchni.

Mono pisnął gdzieś obok i po chwili ciemność przecięła wąską struga światła. Droid unosił się metr nad ziemią, balansując pomiędzy ostrymi stalaktytami. Jaskinia była niska i rozległa, poprzecinana ostrymi naciekami skalnymi jak filarami. Droid przez chwilę kluczył między nimi wyraźnie zdezorientowany.

Ze szczeliny, którą wpadła na dół wciąż dobiegało zajadle warczenie i drapanie, cokolwiek próbowało ją dopaść właśnie orało pazurami skałę byleby się do niej dostać.

Zapewne znudzi się zanim zdąży powiększyć dziurę do stopnia, który pozwalały mu ruszyć w pościg.

A może się nie znudzi?

Przyzwyczaiwszy się względnie do ujawnia Roshan usłyszała cichy szmer wody w oddali. Gdzieś tu musiał być jakiś strumień.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Q0Toz4H.png

Roshan

 

Uderzyła ciałem o coś płaskiego i niemal natychmiast poderwała się na równe nogi, do pionu. No i dalej, dalej, karę szybkich kroków by wycofać się w głąb jaskini, od miejsca do którego spadła. Nie chciała by na głowę zwaliły się jej te masywne cielska. 

 

Bólu nie czuła, choć pewnie adrenalina tu swoje robiła, serce jej biło mocno a w głowie jeszcze szumiało. Odetchnąć głębiej mogła dopiero, gdy Mono rzucił tu troszkę światła a do niej docierało już powolutku, że sytuacja zmieniła się teraz, na jej korzyść. 

I że Moc albo szczęście musiały jej bardzo sprzyjać, bo w czas tego ryzykownego manewru nie nadziała się na jeden stalaktyt albo stalagnat. 

Nie tylko malutki robocik był w tej sytuacji zdezorientowany, młoda chisska nigdy wcześniej nie widziała takich stworzeń ani nie wyrabiała takich rzeczy. Większość jej szkolenia bojowego odbywało się w kontrolowanych przez rodziców warunkach. A najwięcej już samodzielnego doświadczenia miała w starciach prowadzonych w kosmosie, to co innego niż tu, na lądzie, już nie  wspomagają cię elektroniczne cacka i nie osłania cię kawał blachy oraz pole z generatora.

Oglądała więc okolicę powoli, starając się zebrać myśli do kupy i złożyć jakiś plan. 

 

Roshan zdała sobie sprawę, że głupio tu czekać aż stworu zwalą się na dół, dlatego gdy tylko zdało jej się że słyszy szum wody postanowiła ruszyć za tym dźwiękiem. Woda na pustyni, rzecz raczej rzadka, dobre miejsce od którego można rozeznać się w okolicy. 

- Idziemy. Ale ciiii. - szepnęła do swojego droida, przykładając do ust palec. Miała nadzieję że dostrzeże i zrozumie polecenie. 

Woda na pustyni może też ściągnąć dzikie zwierzę, no tak czysto na logikę.  Więc, coś mogło żyć w tej jaskini. Wolała tak założyć i tym razem już nie chciała dać się podejść totalnie nieprzygotowaną. Ścisnęła mocniej swój kij i wypatrywała jakiegokolwiek ruchu. Nie licząc oczywiście Mono.

Wolała iść szybciej niżeli ciszej, nie liczyła że kogokolwiek podejdzie a oddalenie się od zagrożenia zawsze w cenie. 

 

Więc szła, rozglądała się i rozmyślała.

Strumienie zwykły biec w dół górskich stoków a nie w górę, prawda? Jej potrzebne są te konkretne łańcuchy górskie i wyższy punkt obserwacyjny, więc.... ech, miała nadzieję że nie rozmyśla teraz o jakichś głupotach.

Naprawdę, zaczęła żałować że częściej nie łaziła z rodzeństwem do dżungli. Ktoś by jej wtedy wyjaśnił, jak szukać drogi powrotnej nie wpadając przy tym na bandę dzikich, krwiożerczych bestii. 

 



Test na percepcję, żeby upewnić się czy nie widzi tu żadnych istot snujących się gdzieś tam wśród cieni. Jako chisska neguję czarne kostki które mogłabym dostać za test w miejscach gdzie jest problem ze światłem (talent). 

Będzie się teraz baczniej rozglądać i nasłuchiwać bo spodziewa się kolejnych ataków, więc przygotowała też broń. 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Jej oczy błyskawicznie przyzwyczaiły się do ciemności, mała przewaga jaką zawsze miała and rodzeństwem kiedy dochodziło do skradania się w nocy po ciastka do kuchni. Chen  czasem mówiła sowim dzieciom, ze tam gdzie ewoluowali Chiss było zimno i ciemno, jednak dziewczynie wychowanej w tropikach Yavin IV trudno było to sobie wyobrazić. Może to miejsce było podobne do Korriban? Tu też wszędzie wokoło było zimno i ciemno. Nawet jeśli jaskinia nie sprawiała w żadnym razie, ze czuła się jak w domu.

Jednak kiedy tylko przejrzałą już mrok dostrzegła nieznaczną różnicę nachylenia. Jaskinia się wznosiła, co więcej z kierunku wzniesienia dobiegał szmer strumienia i powiew powietrza. Ruszyła więc prędko w tamtym kierunku. Po kilkunastu krokach poza sielskim pluskaniem wody dobiegł ją głęboki pomruk, którego  nie dało się z niczym pomylić. Ryk silników statku. Odgłos przybierał na sile, po chwili mogła już wychwycić dwie... trzy maszyny latające gdzieś ponad górą. Nisko, w pewnej chwili jaskinia nawet zatrzęsła się. Wtedy usłyszała też wizg laserów, huk wybuchu. Walczyli. Gdzieś ponad sklepieniem ze skał jakieś statki powietrzne toczyły bitwę.

Przyspieszyła, wydawało się jej, że goni odgłosy które zaczęły cichnąć, by jednak po kilku minutach znowu przybrać na sile.

ŁUP!

Coś, torpeda, wiązka laserowa uderzyło w górę, świat wokoło zatrząsł się, Mono zapiszczał cicho. Na głowę Roshan posypał się piach gdzieś obok spadł stalaktyt, a za nim kolejne kawałki sklepienia. Była blisko wyjścia, jeszcze tylko kilkanaście metrów. Poczuła jak wypełnia ją Moc, skoczyła do przodu, do szemrzącego strumienia, delikatne światła sączącego się z wyjścia, powietrza, do powietrznej walki na śmierć i życie.

Udało się jej, w ostatniej chwili nim sklepienie runęło za nią. Wypadła na stok góry w małej dolince otoczonej przez ostre jak kły szczyty. Wprost na spadający z nieba płonący kawał metalu, który zarył w ziemię kilkanaście metrów od niej. Maszyna była makabrycznie uszkodzona i tylko po charakterystycznym kokpicie rozpoznała w niej Star Guardiana, nowy model myśliwca Republiki. Co mogła tu robić ta maszyna? W samym środku przestrzeni Sith tuż pod podpisaniu pokoju? Zapewne wiedział pilot, które cień widziała jak poruszył się za zasłoną szyby kokpitu.

Tymczasem unoszący się na niebie niemrawy Gladiator, stary, niemal antyczny model Imperialnego myśliwca, zawracał z pochylonym dziobem, zupełnie zbierał się do ostatniej salwy nad powalonym przeciwnikiem. Jeśli faktycznie miały tu spaść wiązki laserowe Roshan była niebezpiecznie blisko celu ostrzału. Tymczasem w kokpicie ktoś definitywnie się ruszał, dostrzegała dłoń przyciśniętą do szyby, zupełnie jakby siłowała się ze szkłem.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Q0Toz4H.png

Roshan

 

Nie podobało jej się w tej jaskini, nawet jeśli kojarzyła jej się trochę z opowieściami matki. Nie podobała jej się sytuacja w której się znalazła.

Chciała jak najszybciej wrócić, więc ryk silnika dobiegający z oddali uznała za dobry omen. Statek unosi się w górę, wyżej niż mogłaby się wdrapać. Statek może ją zabrać do Akademii. 

To, kto nim aktualnie steruje to sprawa drugorzędna, wierzyła że gdy już znajdzie maszynę ułoży plan, już po zorientowaniu się kto jest właścicielem. Okazja mogła się nie powtórzyć.

Przyśpieszyła. Broń umieściła na plecach, dwie wolne ręce mogły być przydatne by szybciej się stąd wydostać, priorytetem było wyjść na zewnątrz i gonić ten statek. 

   

No to masz swoje "złeeee przeczuuuccciaaaaa" Roshan ♫

 

Gdy jaskinia zaczęła drżeć w posadach Roshan już wiedziała, że z jednych kłopotów wpadła w kolejne. Jak nie zmutowane jaszczurki to cholerny poligon na środku niczego!

Bitwa naziemna, więcej jak jedna maszyna, a nie było czasu rozważać, czy lepiej oddalić się czy kierować ku jej odgłosom; starzał lasera i wszystko zaczęło się walić chissce na głowę. Nie miała zamiaru dać się tu pogrzebać żywcem. Co to to nie.

 - Za mną! - krzyknęła do droida, przyskakując ku wylotowi który wybuch stworzył. Do góry, do góry! Musiała się wspiąć, skoczyć! Czuła że przez jej mięśnie przepływa znów to dziwne uczucie, jak wtedy, gdy uciekała przed stworami. To była Moc; chisska w dużej mierze korzystała z Niej instynktownie, tak też było tym razem. 

No i już chcąc nie chcąc, znalazła się w samym środku tej bitwy.

To były sekundy; zauważyła w powietrzu maszynę w barwach Imperium a na ziemi wrak republikański. Imperialny górował nad nią, gotował się do strzału prosto w stronę wraku ale też w jej stronę. Gdyby nie to, że widywała podobne rzeczy na symulatorze szkoleniowym, to by pewnie pomdlała ze strachu. No ale to nie była głupia symulacja.

 

Wiać. Tyle miała teraz w głowie, WIAĆ, WIAĆ!

 

Nogi już ugięła. Zerknęła na boki, szukając schronienia do którego popędzi ile sił w nogach. Wtedy właśnie dostrzegła we wraku poruszenie, rękę pilota. Ktoś próbował się wydostać z maszyny. Patrząc na stan maszyny pilot mógł być poważnie ranny, zakleszczony a wszystko tu zaraz zdrowo pierdolnie. Zginie tam; oceniła. To było niemal pewne.  

 

Wtedy też, na przekór rozumowi, rzuciła się do biegu w stronę wraku. Biegnąc, szarpnęła ręką, obierając za cel miejsce gdzie zauważyła ruch. Szyba kokpitu odskoczyła, odrzucona przez Moc gdzieś na piach.  

W głowie jej huczało od myśli, różnych myśli, na szczęście nie zmroziło to jej, była w stanie działać. Znalazła się przy kokpicie, sięgnęła do kabiny. Złapała pilota za rękę a potem zaparła się o maszynę i pociągnęła ile sił. Musiała pomóc mu wyjść, szybko. A on musiała współpracować, jeśli oboje chcieli zabrać swoje dupy jak najdalej stąd. Szybciej, szybciej. 

- Szybciej! SZYBCIEJ! - krzyknęła do ocalałego. 

 

 

Move na szybę żeby otworzyć przejście pilotowi. W tym czasie podbiegam, sięgam, łapię za rękę czy ramię (co tam łatwiej) by pomóc pilotowi wyjść z kokpitu szybciej. 

Potem biegiem poza obszar ostrzału. Żeby zwiększyć szanse przeżycie, kierunek biegu ustala tam gdzie tylko zauważy wysokie/szerokie kawały skalne albo głębsze dziury, za które można skoczyć gdy zaczną strzelać. Pierwsze, które zauważy co się nada za osłonę, nie ma czasu na wybrzydzanie. 

 Jak pilot sam stoi na nogach to niech biegnie sam. Roshan pociągnie go za rękę w kierunku gdzie sama będzie biegła, żeby też biegł, a nie stał jak wryty czy próbował coś ratować ze statku. 
Jeśli zacznie się  słaniać na nogach czy mocno chwiać po wyjściu z kokpitu to go Roshan bierze pod ramię i biegiem. 
 

 

 

 

Edytowane przez Kira

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Wrak dymił i w pierwszej chwili jedyne co zobaczyła to burza czarnych loków i wystające pomiędzy nimi kawałki kości. Czy pilot był ranny? Może trochę, cienkie ramie o kremowej skórze było osmalone i posiniaczone. Na chwilę zatonęli w dymie z Gladiatorem zbliżającym się z przerażającą szybkością.

Roshan słyszała odgłosy wystrzałów i czuła jak powietrze robi się ciepłe. Wybuch wstrząsnął doliną, posyłając Chiss w powietrze, a potem ciężko na ziemie, która drżała jeszcze przez chwilę. Odgłos silników przycichł, oddalał się i nie wyglądało na to żeby pilot miał zawrócić. Zapewne musiał uzupełnić paliwo jeśli sam nie chciał się rozbić o ziemię.

Usłyszała jęk i zgrzyt kogoś kto dźwiga się na nogi i kiedy wiatr porwał dym po raz pierwszy zobaczyła ocalonego pilota.

Zabraczka była młoda, nie mogła mieć więcej niż szesnaście lat. Nosiła podarty, płowy strój w farmerskim stylu, jaki często nosili wieśniacy i... Jedi. Chwiejnie stała na nogach oczy miała tak ciemne jak włosy, teraz rozglądały się rozkojarzone dopóki nie natrafiły na Roshan. Szybkim ruchem ręki sięgnęła do pasa kładąc dłoń na rękojeści blastera, ale go nie wydobyła. 

- Nie rób nic głupiego, Sith. - oznajmiła z naciskiem.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Q0Toz4H.png

Roshan

 

- Ty też - odburknęła w pierwszej chwili. Chisska była jeszcze oszołomiona po wybuchu i uderzeniu o ziemię, ale na widok blastera otrzeźwił ją lepiej niż kubeł zimnej wody. Zaraz zerwała się do siadu. Pożałowała tego, zabolało, ale zacisnęła zęby. 

Wolniej. Wolniej, bo boli i wolniej, bo tamta jeszcze zacznie strzelać. 

Chisska zmierzyła pilotkę od stóp do głowy, zatrzymując się w końcu na fioletowych oczach. 

- Gdybym chciała twojej śmierci to bym cię zostawiła w tym wraku. Jakieś "dziękuję" by się przydało. Ta szyba sama nie odskoczyła. - dodała to z oburzeniem. I prychnęła. 

 

Świetnie.

Może to nie był najlepszy moment na pyskowanie, ale miała to gdzieś, w głowie jej jeszcze łomotało i nie chciała słuchać gróźb czy odgrywać tu jakiejś szopki.

Grunt, że przeżyły obie. Do głowy chisski zaczęły na nowo spływać myśli, różne myśli. Gdyby się Dlar dowiedział, to by powiedział że zwariowała. Większość ludzi w akademii by Roshan wzięło minimum za wariatkę, gdyby się dowiedzieli - powoli zaczynało to do niej trafiać. A matka.... o reakcji matki to nawet nie chciała teraz myśleć. 

 

Zawzięła się w sobie, postanowiła że też wstanie na równe nogi. 

 

 

 


Chcę test na Warfare, żeby dowiedzieć się czy Roshan wie jak traktuje się kogoś z Republiki na Imperialnych ziemiach uwzględniając Traktat z Coruscant. Czy są jakieś procedury i czy Roshan ma obowiązek jakiś wobec prawa, by np. zaprowadzić Zabraczkę gdzieś albo komuś donieść na to że tu przyleciała. 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

OGHln8u.png

 

Stały tak przez chwilę patrząc na siebie nawzajem a niebo nad ich głowami traciło barwę krwi na rzecz granatu nocy. Jeśli za dnia na pustyni było chłodno teraz zaczęło się robić przerażająco zimno.

Roshan nie miała pojęcia jak wyglądają teraz procedury postępowania z jeńcami. Przedtem trzeba było takiego delikwenta zaprowadzić do garnizonu. Tyle wiedziała od matki. Jednak z okazji pokoju i nowej sytuacji politycznej wiele musiało się zmienić, nastał czas tranzytu i chwilowo nic nie było pewne. Zwłaszcza to, że jej towarzyszka chyba nie widziała się w roli jeńca.

- Dziękuję - oznajmiła z przekąsem.

Poza tym że zabraczka nie sięgnęła za broń, patrzyła tylko na Roshan ciemnymi oczami. W jej skupieniu było coś znajomego.

- Zaprowadzisz mnie do swojej akademii - oznajmiła rogata unosząc wysoko brodę.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Q0Toz4H.png

Roshan

 

Roshan otworzyła szerzej oczy. No troszkę ją zaskoczyła tym ostatnim, tu trzeba przyznać. Tego się nie spodziewała usłyszeć. 

Otworzyła usta. I zamknęła. 

Chwilowo zabrakło jej słów. 

No chwilowo. 

 

Nie możliwe by się przesłyszała, zabraczka chce iść do Akademii. Chisska musiała odzyskać rezon, zganiła się w myśli.

- Wiesz, nie słyszałam.... nie słyszałam "proszę"  - odparła, też zgryźliwie i zaczęła mierzyć ją podejrzliwie. No grunt to nie dać się zbić z tropu, Roshan chciała pozostać czujną, tym bardziej że nie wiedziała jak się zachować w obliczu tej sytuacji, należało tez brać pod uwagę że to forma podstępu. Republikaninka chce się dostać do Akademii, tak? Właśnie to do Roshan docierało. Jeśli jest jedi to pewnie ma wrogie zamiary. Jeśli kimś innym... cóż, może też? No ale do Roshan jeszcze nie celowała. 

- Poza tym, nie możesz mi rozkazywać w swojej sytuacji, wiesz? To raz. A dwa... - tu zawiesiła głos. 

Rzeczywiście, od czasu podpisania pokoju wiele się mogło pozmieniać, ale przecież Imperialni przed chwilą zestrzelili statek tej zabraczki. Nie mogła tu przylecieć legalnie. Najlepiej by ją było oddać do garnizonu, ale chisska miała problem z ustaleniem gdzie jest Akademia a co dopiero gdzie indziej. No ale Roshan nie powiedziała tego na głos. Miast tego, popatrzyła na nią butnie. No przecież nie przyzna się teraz Republikance w jakiej jest beznadziejnej sytuacji. Nie bądźmy śmieszni. 

 - A dwa, teraz powiesz mi po co się chcesz tam pakować. 

Skoro ona nie poprosiła Roshan nie zamierzała zapytać a też wystąpić z pozycji tej co wymagała odpowiedzi. Miała nadzieję że ta kwestia się szybko wyjaśni, bo ściemniało się i robiło się zimniej. Trzeba by ruszać stąd tyłki. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

OGHln8u.png

 

Zabraczka zmarszczyła ciemne brwi, wpatrując się w Roshan stanowczo.

- Jestem Joyceline Darach i muszę pomówić z kimś kto jest w waszej Akademii - oznajmiła stanowczo. - Musze pomówić z nim szybko, taka jest wola Mocy.

Tymczasem ciemności chłód atakowały coraz mocniej. Roshan poczuła jak kąsają ja w odsłoniętą skórę nawet pomimo bliskości płonącego wraku. Jeśli szybko nie znajdzie schronienia przed zimnem sytuacja może zacząć się robić niebezpieczna.

 

 

Próby wydobycia z niej czegoś więcej będą jednak wymagały rzutu, poziom trudności Hard.

Edytowane przez mroczek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Q0Toz4H.png

Roshan

 

- Crow’Shaan’Ammat albo Roshan Crow. Jak wolisz. - przedstawiła się w zamian - A to jest Mono. - wskazała gestem na szybującego przy jej głowie droida. Mały zapiszczał a jego diody zamrugały. Na całe szczęście droid też ocalał w całej tej szalonej akcji. 

Nowo poznana nie była zbyt wylewna w rozmowie ale też nie unikała odpowiedzi na pytania. Te z kolei były... zastanawiające, to chyba dobre słowo.

- "Taka jest wola Mocy". - chisska powtórzyła z lekka drwiąco i skrzywiła się - Czyli nie republikański szpieg wojskowych, jak oceniłam, a jedi. Chociaż... chyba jedno nie wyklucza drugiego, prawda? - tak skomentowała wyjaśnienia Joyceline. Nie czuła oporów by jej wprost powiedzieć o co ją podejrzewa. 

 

Zabraczka nie ustępowała stanowiska i wciąż sprawiała wrażenie takiej co czuje że może tu wydawac rozkazy. Problem w tym, że Roshan nie widziała siebie w roli jej podwładnej.

Obie więc patrzyły teraz sobie w oczy z zacięciem, podejrzliwością. Żadna chyba nie chciała drugiej pokazać słabości czy wątpliwości... a przynajmniej chisska nie chciała dać się stłamsić. 

 

Tak przy okazji, Roshan nie mogła zrozumieć tego jej.... pomysłu. Ktoś tej Joyceline namotał w głowie albo nie powiedział co może ją spotkać w Akademii Sith jako Jedi albo... cóż, ten z którym miała porozmawiać był na tyle istotny że ryzykowała życie przylatując tu i chciała dalej je ryzykować.

Ojciec wspominał coś że Jedi mają czasem urojone pomysły, które tłumaczą wpływami Mocy, może to po prostu jeden z takich. A może po prostu teraz blefowała? Ciężko powiedzieć. 

W innych okolicznościach.... Roshan zadałaby więcej pytań, drążyła. Lecz gdy mróz sprawia że drętwieją ci palce to zaczynasz mieć inne priorytety. Chisska potarła dłonie o siebie i chuchnęła na nie.

Szybko zerknęła na boki, prawo, lewo; prosta kalkulacja za i przeciw, podjęła decyzję. 

- Dobra. Jeśli nie chcemy zamarznąć na kość trzeba znaleźć schronienie - oznajmiła - bo ja w nocy nie zamierzam daleko łazić, to zbyt niebezpieczne i głupie. Ruszymy w drogę z samego rana. Jak nas coś w nocy nie zeżre, oczywiście. I jeśli nie zastrzelisz mnie kiedy tylko odwrócę się do ciebie plecami  - oznajmiła towarzyszce, tu zawieszając dla efektu na chwilę swój głos i posyłając też znaczące spojrzenie. Kontynuowała po dwóch uderzeniach serca.

 - Pod nami jest jaskinia. Tam się przynajmniej osłonimy od wiatru, przegadamy dalsze kroki. Teraz trzeba znaleźć zejście. Jakieś "ale"? Jak nie to chodźmy.  

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

OGHln8u.png

Zabraczka zaplotła ręce pod torsem i spojrzała na płomienie,  które pochłaniały jej statek.

- Tak, jedno dość poważne. Nie możemy tu zostać. Wrócą żeby potwierdzić że nikt nie przeżył. Jak myślisz co zrobią kiedy cię tu ze mną złapią?

Cóż, odpowiedź najpewniej zależała od tego kto przyleci. Jeśli będą to wojskowi to teoretycznie nie mogli Roshan zrobić nic. Teoretycznie. I tylko jeżeli nie byłoby z nimi Sitha. Ten z kolei mógł zrobić wszystko co chciał.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Q0Toz4H.png

Roshan 

 

Roshan zmierzyła swoją towarzyszkę, spojrzała na palący się statek i znów na nią. Nie można było odmówić jej racji; istniało takie ryzyko, że mundurowi przeszukają najbliższa okolicę kiedy nie znajdą we wraku zwęglonych szczątek a mogli tu wrócić nocą, z odpowiednim sprzętem. Tu więc należało mieć nadzieję że nie będą szukać zbyt dokładnie, zbyt szybko i na szeroką skalę. 

- Kiedy dokładnie wrócą nie wiadomo, a nie są naszym jedynym zmartwieniem. Robi się ciemno i coraz zimniej, tu w okolicy grasują też potwory, głodne i dzikie, które lubią się cicho zakradać do ofiary. Teren jest niepewny  - odparła, marszcząc brwi - Jeśli nie widzisz w ciemności tak dobrze jak ja będzie ci ciężej nadążyć. Skoro nalegasz, możemy spróbować poszukać schronienia trochę dalej od wraku. No ale na całonocny marsz to nie próbuj mnie namawiać. Za duże ryzyko. No ale choć już, nie traćmy czasu.  - pogoniła.

Fakt że sama dokładnie drogi nie znała i w nocy nie chciała błądzić tez brała pod uwagę, lecz przemilczała.

 - A jak znajdą to cóż, będziemy improwizować. Widzieli twoją twarz? Rozpoznają cię?  

 

Sama nie była pewna czy piloci zauważyli ją tuz przed oddaniem strzału i czy potraktują to jako zdradliwą interwencję. Oby nie. Jeśli nie i jeśli nie widzieli twarzy Joyceline to miały szansę się wyłgać. Ewentualnie, chisska miała szansę użyć dziewczyny jako argumentu w negocjacji, wykupując sobie niejako powrót do garnizonu z racji przechwycenia republikańskiego jeńca. Służby wojskowe mogły jej wskazać drogę do Akademii.

 Chociaż tego pomysłu na głos nie chciała jeszcze wspominać. Nie kiedy zabraczka była uzbrojona w blaster i zdenerwowana niepewną sytuacją. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Joyceline uniosła dumnie podbródek.

- Nie zbliżyli się na tyle żeby mieć jakiekolwiek szanse.

Z tego co Roshan wiedziała było to w sumie dość realne. Zabraczka miała dobrą maszynę,  więc jeśli zdołała się przemknąć przez trzon blokady pościg mógł sobie najwyżej obejrzeć jej dysze. Z resztą samo dostanie się na planetę było w obecnej sytuacji nie lada wyczynem.

- Lepiej poszukamy tego schronienia gdzieś dalej.

 

Dalej tylko nie za daleko. Dalej bo płonący wraz zwracał uwagę rozświetlając niebo czerwoną łuną i widziało go absolutnie wszystko co tylko znajdowało się w okolicy. Nie za daleko bo już po kilkunastu krokach poczuły kąsający ciało chłód. Zimno, które szybko przenikało ubranie i gdyby nie ruch stałoby się w pewnej chwili niemal bolesne. Zabraczka twardo nadążała, chociaż nie widziała w ciemności aż tak dobrze jak Roshan ale za to miała wyśmienitą kondycję i była w stanie iść szybko nawet potykając się co chwila. Z resztą potykała się chyba trochę za często jak na ten teren.

Unikały otwartej przestrzeni ponieważ w tej temperaturze zimny wiatr był równie zabójczy co bestie. Przy czym z bestią łatwiej było walczyć. Więc kiedy Roshan dostrzegła inną jaskinie na jednym ze zboczy nie wahała się za bardzo. Były zziębnięte i szły w ciemności. Nie miały za wiele możliwości.

Może gdyby było jaśniej, albo cieplej zauważyłyby te drobne znaki, które dotarły do Roshan kiedy już pokonały spadek przy wejściu. Gdybyy było cieplej może by się nad nimi zatrzymały kiedy był jeszcze czas.

Teraz go nie było i stały twarzą w twarz z dwoma wychudzonymi chłopakami, którzy przycupnęli przy szczątkowym ognisku. Byli chudzi ale wysocy, skórę mieli bladą, poznaczona miejscami przez czarne wybroczyny, podkrążone oczy i intensywny, trochę szalony wzrok. Przez to wydawali się identyczni, zupełnie jak klony. Mieli też broń, całkiem sporo broni, ostrza przy pasie, solidne i długie jak maczety, których czasem Roshan używała w dżungli w domu. A przy ogniu leżały inne przedmioty, w tym podłużne sztylety. Sądząc po rozłożonych wokół ognia posłań powinno być ich więcej.

Poderwali się na nogi.

- No proszę...kogo my tu mamy. - rzucił jeden z nich.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Q0Toz4H.png

Roshan

 

Roshan w trakcie marszu ani słowem się nie odezwała. Nie za bardzo wiedziała o czym ma z nią gadać; chisska miała niemały mętlik w głowie. Kiedy już obie znajdą bezpieczną kryjówkę Roshan postanowiła sobie, że spędzi chwilę nad poukładaniem sobie paru rzeczy w głowie a potem popyta Joyceline o nurtujące kwestie. Skoro miały razem podróżować pewne sprawy trzeba było ustalić.

 Tak, to był dobry plan. Na potem. Gdy nie będzie musiała zagryzać zębów z zimna. A im dalej od miejsca katastrofy tym gorzej. 

W czasie drogi, co jakiś czas tylko zerkała na towarzyszkę, ot by się upewnić że ta wciąż jest przytomna, nie padła na ziemię czy nie celuje do niej z blastera. Mono krążył przy głowie chisski; cholera, oby mu obwody nie pozamarzały. Jeszcze tego brakowało by się zepsuł.   

 

Zeszła do jaskini zwabiona ciepłem a gdy wraz z Joyceline spotkały tutejszych lokatorów... oj, srodze pożałowała tej decyzji. Powinna wcześniej wspomnieć zabraczce o kolejnym z zagrożeń na jakie mogą się tu natknąć, wcale nie mniej groźnym niż dzikie zwierzęta. Szalonych, upadłych akolitach, przed którymi przestrzegała ją Regina. 

 Bo to, że ci dwaj nimi byli, tego chisska była niemal pewna. Tylko teraz już nie było okazji ni sposobu by towarzyszkę ostrzec. Może Joyceline sama się domyśli że trzeba zachować czujność... ot, chociażby obserwując zachowanie Roshan. 

Czerwonooka zatrzymała się i spięła wszystkie mięśnie. Dłoń zatrzymała w pół drogi po swój kij i skupiła wzrok na potencjalnych przeciwnikach. 

 

- No cześć chłopaki. Wy też zgubiliście się na pustyni?  - zapytała, tonem który chyba miał udawać swobodny, przyjacielski, ale był sztuczny i chłodny. To pierwsze pytanie było retoryczne, ot po to by zacząć rozmowę. A drugie z kolei, już nie - Hej, może spróbujemy sobie nawzajem pomóc?  

Drugie to była już próba desperatki. Nie chciała ich od razu atakować, byli lepiej uzbrojeni i zapewne niezrównoważeni. Ich broń była ostra a do swojej obrony Roshan miała tylko głupi kij. 

-  Na tej paskudnej planecie trzeba trzymać się razem. Szukamy bezpiecznego noclegu.

Gdyby gadanie nie wypaliło...oby ta Joyceline umiała strzelać tak dobrze jak zgrywa ważniaczkę. I oby kumple tych typków, ci do których należą nadmiarowe posłania, znajdowali się daleko stąd. 

 

 

To chyba test pod negotiation, chociaż nie jestem pewna. Jak będą chcieli gadać to gadam dalej. 

Jak zaatakują to Roshan próbuje użyć Move żeby przyciągnąć do swojej ręki jakąś ostrą broń. Co tam najbliżej leży. A jak nie wyjdzie to atak kijem. 
 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Joyceline zamarła tuż za palcami Roshan i trwała tam w bezruchu.

Tymczasem akolici przekrzywili głowy w przeciwne strony jednak pod tym samym kontem przez co wydawali się jeszcze bardziej podobni.

- Już was wygnali? Transport był dzisiaj!

- A może uciekłyście? Patrz, jedna dalej ma odznakę.

Mówili jeden przez drugiego.

- Zabrałaś coś sensownego? Jedzenie?

- Oni nigdy nie zabierają nic sensownego.

- Ale wybrałaś dobry moment, dzisiaj On jest najedzony, zadbaliśmy o to. Dzisiaj powinno być spokojnie. Nawet dał nam wodę.

- Taką, która nadaje się do picia!

- A ty masz wodę?

Joyceline nachyliła się nieznacznie ku Roshan.

- Jeszcze dwóch kreci się na dworze - wyszeptała.

- Chodź... chyba na razie możesz usiąść Rayley zdecyduje co z tobą zrobimy. - jeden, ten po lewej jej ognisko.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Q0Toz4H.png

Roshan

 

Nie mogła jeszcze odetchnąć z ulgą, lecz póki co było....nie najgorzej. 

Roshan zagryzła wargę gdy przyuważyli odznakę, stłumiła w gardle przekleństwo. Może powinna ją była schować, nie pomyślała wcześniej. Oni mogliby się na nią rzucić, chociażby dla tego błyszczącego przedmiociku upiętego do jej szaty. Lecz, nie zaatakowali. Ba, nawet zaproponowali by usiadła przy ognisku? Podstęp? A może nie. 

Chisska powoli opuściła dłoń, wzięła głębszy wdech. No więc czterech. Oby tylko tamci na zewnątrz nie mieli jakiejś dystansowej broni. Pokiwała Joyceline, na znak że zrozumiała i skinęła na bok, zapraszając ją by ruszyła za chwilę za nią. Bliżej ogniska to cieplej, ostra broń też łatwiejsza do sięgnięcia gdyby sytuacja zmieniła się na gorsze. Podstęp nie podstęp; alternatywą byłoby zrazić ich do siebie nie przyjmując łaskawego zaproszenia. 

 

- Dzięki chłopaki. - postanowiła ciągnąć rozmowę - Ja z najnowszego, nie zdążyłam nic zabrać, po odprawie zaraz władowali mnie w transportowiec. Nie mam wody ani żarcia. No ale jestem zaradna. Więc jak coś trzeba znaleźć to znajdę. Jak coś trzeba zrobić to zrobię. Ona też umie sobie dać radę.  - zapewniła i wskazała na Joyceline. No i starała się manewrować pomiędzy faktami, by nadmierną szczerością nie sprowokować nowopoznanych, lecz z drugiej strony by przemilczeniem pewnych spraw ich nie zrazić. Mieli wodę i być może znali sposoby na zdobycie jedzenia. Mogli być pomocni. 

- A gdzie jest ten Rayley, na zewnątrz? Chciałabym z nim chwilę pogadać zanim zdecyduje co z nami zrobicie. Jest w nastroju do gadania, mam nadzieję. 

 

Nie była pewna czy wspomniany "On" i Rayley to ta sama osoba, instynkt jej podpowiadał że nie a to ten "On" może być tu największym zagrożeniem. No, ale do pytań o tajemniczego najedzonego mogła podejść za chwilę, jeśli nowym "znajomym" coś nie strzeli. Roshan wolała zorientować się najpierw z kim tak naprawdę ma do czynienia. Wyglądali na mocno doświadczonych przez pustynię, lecz skoro nie skończyli jak tamten biedak w wąwozie, byli pewnie mocni walce i twardzi. Nie zamierzała ich lekceważyć.  

- No i dobra, o mnie już coś wiecie, a wy z którego transportu jesteście, od dawna tak tu żyjecie?   zagadała, robiąc już kroki w stronę ogniska.  

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Ogień był dość wątły ale i tak jego obecność wydawała się zbawienna. Roshan czuła jak ciepło rozpływa się po jej ciele delikatnie, niemal czule. Nawet Zabraczka nie oparła się płomieniom i przycupnęła kawałek za Chisską.

Kiedy wspomniała że jest zaradna zaczęli się śmiać.  Jeden zachichotał tylko nieznacznie zakrywając usta dłonią, drugi jednak nie był w stanie się powstrzymać i śmiał się w sumie przez cały czas kiedy mówiła. Kolega musiał mu dać kuksańca żeby się uprzejmie uciszył.

- Zaradna.

- Nowi. Nowi zawsze są  uroczy.

- Tak. Zwłaszcza jak ich tuk’aty dorywają.

- Tak. Ten co go dzisiaj złapaliśmy też był uroczy. Szkoda że byle porwało odznakę.

Mówili jeden przez drugiego i chyba chwilami tracili świadomość tego że i one tu są. Joyceline spojrzała na Roshan unosząc jedną brew, zupełnie jakby chciała się spytać czy to się dzieje naprawdę.

- Taaak, ale jest ich jeszcze dwoje. To był dobry pomysł żeby się tu przyczić jak tylko poszła plotka ze rogaty znowu dostał grupę.

- Tak.  On lubi ich zrzucać na pustynię i patrzeć czy wrócą.

- No to nie wrócą, już na pewno nie w komplecie.

Ten siedzący po lewej zerknął na nie i przez chwilę wyglądał na zdziwionego. Szybko się jednak ogarnął.

- Pytałaś o coś? Tak... A Rayley! Rayley będzie niedługo.  Poszli sprawdzić to co się rozbiło niedaleko. Może uda się coś ukraść. Jak właściwie się urwałaś? Do świątyni trochę daleko.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Q0Toz4H.png 

Roshan

No i masz. 

Joy była zdziwiona tym co widzi i słyszy, ale gdy spojrzała na swoją towarzyszkę to pewnie zrozumiała, że dla Roshan to też jest pewnego rodzaju szok, to co tu się właśnie dzieje. Brwi chisski uniosły się wyżej, rozchyliła usta i zrobiła dziwną minę gdy tamci dwaj rozmawiali o rogatym, który lubi wyrzucać akolitów na pustynię. A więc to.... to test? To jest pierwsza próba? Moren nie zrobił tego tylko jej, to nie było.... 

Oh. 

Potrzebowała chwili by to przetrawić.

 

No i to chyba takiej dłuższej.

Wciąż, jakaś część jej, nie do końca wierzyła, że to była prawda, że ten "rogaty" o którym wspomnieli to Celar Moren. Ta cząstka, co miała w planach trochę napyskować temu łachudrze że nie tak powinien ją był potraktować. Tymczasem, dodając opis potencjalnego zachowania do faktu, że ten nadzorca miał rogi, jakoś tak składał się teraz w sensowną całość; a wtedy, idąc z rozumowaniem dalej, ci tutaj mogli być z którejś z jego poprzednich grup. A więc przychodząc tutaj wpadła potencjalnie w jeszcze większe kłopoty.  I nie powinna się przyznawać od kogo dostała tę głupią odznakę. A już na pewno nie dawać im jej do rąk. 

Złapała wzrok Zabraczki i korzystając z okazji, gdy tamci gadali bardziej do siebie niż do nich, poklepała się po biodrze, dając jej do zrozumienia, by uważała na swoją broń. Mogła się zaraz przydać. 

No a gdy ci trupiobladzi rechotali wzrok Roshan padł na broń przy pryczach. Może mogłaby spróbować... ukraść którąś z nich? Do obrony własnej. Cholera, miała wątpliwości. Gdyby przuważyli, mogłaby tym ich sprowokować. Zacisnęła pięść. Nie, sama z siebie nie chciała wykonywać pochopnych ruchów. Niby ona i zabraczka versus ci dwaj to jeszcze nie tak źle, jak dwie na czterech, lecz i tak źle. 

Wróciła spojrzeniem do towarzystwa.

Próbowała przyjąć w miarę neutralną minę i udawać że nic się nie dzieje, że spoko, miała nadzieję że nie widać za bardzo jej konsternacji, stresu. Śmiech tej dwójki jeszcze jej dudnił w głowie. Straciła chęć na to by zostać z nimi na noc; obawiała się, że wbiją jej nóż w plecy jak przymknie oczy. Świry. 

A zdrugiej strony, wychodzenie na ten ziąb i w niebezpieczną pustynię nocą też było szaleństwem. Miała teraz niezły problem i trzeba było podjąć jakąś stanowczą decyzję. I to zaraz. 

 

Tymczasem, oni gapili się na nią i oczekiwali jakiejś odpowiedzi, więc.... 

- Trochę naściemniałam, paru ludzi wkręciłam, ale nie poszło do końca tak jak chciałam, musiałam szybko wiać żeby mnie nie zabili no i jestem teraz tutaj.  - próbowała wykręcić się od szczerej odpowiedzi, wprost. Gdyby się im przyznała, że jest jedną z tych akolitek, którą wyrzucono przez transportowiec, to mogłaby mieć kłopoty. Przecież ci upadli najwyraźniej na konkretnych nowicjuszy, tych od "rogatego" polowali. Na takich jak ona. 

 - Długa historia chłopaki, później wam opowiem - dorzuciła, machnęła ręką, że niby nieważne i zaraz podjęła próbę zmienienia tematu - A ta tu'kata to takie większe jak humanoid bydle z ostrymi kłami i zębami co się dobrze skrada i czai w wąwozie? Bo chyba takie coś próbowało mnie zeżreć dzisiaj, zastanawiałam się co to za dziadostwo. Szybkie to bydle.  -  może się nie zorientują, że próbuje im coś ściemnić, wydawali się momentami dryfować na skraju świadomości chwili obecnej. 

- Hej, a skoro czekamy na Rayley'a powiecie mi kim jest ten on, który dał wam wodę? To jakiś pustelnik?  

Warto było się zorientować, czy ów nakarmiony przez upadłych był kolejnym zagrożeniem na które trzeba tu uważać. 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Znowu wybuchnęli śmiechem i tym razem Joyceline zmarszczyła brwi i skupiła wzrok na wejściu do jaskini. Dłoń zabraczki jakby sama powędrowała do blastera przez orne ukrytego w połach luźnej szaty. Teraz i Roshan słyszała kroki. Chrzęst wybijał się pomiędzy paplaniem upadłych akolitów.

- Tak młoda że jeszcze tuk’at nie poznała…

- ...pustelnik, dobre. Jeśli kiedyś trafię na listę to powiem mu zanim zejdę do labiryntu, uśmieje się.

- Oj, nowa, jeszcze dużo musisz się nauczyć. Duuużooo.

Kroki stały się coraz głośniejsze i po chwili do jaskini wpadło kolejnych dwóch. Na czele pewnym krokiem szedł czystokrwisty Sith. Był co najmniej tak wysoki jak Wukor i zapewne w lepszych czasach też tak postawny. Jednak nawet teraz prezentował się imponująco. Za nim podążał, a raczej należałoby powiedzieć zataczał się na sznurze spętany chłopak w stroju akolity. Miał czerwoną, poobijana twarz ale Roshan wydawało się że go poznaje, należał do jej grupy.

- Zbierać się, garnizon… - Czerwony urwał w pół zdania widząc Roshan i Joy.

- O, cześć Rayley, mamy dwie nowe - oznajmił lekko jeden z upadłych.

Sith zmarszczył brwi, w przeciwieństwie do towarzyszy nie wyglądał na niepoczytalnego, spojrzał na Roshan i jego wzrok natychmiast przykuła jej odznaka.

- Kretyni - westchnął sięgając po coś do pasa. - Ślepi kretyni.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Q0Toz4H.png

Roshan

 

Oni byli okropni. Kiedy rechotali czuła dreszcze, trochę ze strachu a trochę z obrzydzenia. Traciła wiarę w to, że jest sens układać się z nimi, nie czuła, by mogła im zaufać, czy nawet zmrużyć przy nich oko. Mówili, niby tłumaczyli, ale powodowali tylko mętlik w głowie chisski. 

Nie zdążyła im odpowiedzieć, bo pojawiło się nowe towarzystwo. 

Spojrzenia Rayleya i Roshan spotkały się i chisska zrozumiała, że może być źle. Zauważyła ten pośpieszny ruch, grymas na twarzy sith i spodziewała się, że sięga właśnie po broń. Napięła mięśnie, nerwowo zaczerpnęła powietrza. 

- Rayley, poczekaj! - krzyknęła w odpowiedzi bez zastanowienia się nawet, pierwsze co do głowy przyszło gdy usłyszała jego słowa - Jeśli idą tu trepy z garnizonu to trzymajmy się razem! I wiejmy stąd!  

A szanse na to że posłucha były marne, Wukor taki, na przykład, rzadko ustępował i podobno to jedna z tych cenionych cech czystokrwistych. Dlatego nie czekała co odpowie. 

Korzystając jeszcze z zaskoczenia "kretynów" rzuciła się po pierwszą lepszą z broni leżącą na ziemi. 

 

Szybka kalkulacja; jeśli ma broń dystansową - źle, a jeśli coś do bitki wręcz - niewiele lepiej. Ognisko, ostra broń na ziemi, posłania - to z rzeczy które mogły pomóc. Bliskość dwóch szalonych akolitów - wręcz przeciwnie, dlatego, jeśli czystokrwisty w istocie dobył już broni i miał wydać rozkaz ataku, zamiast przegadać sprawę, to w pierwszej chwili planowała zaatakować jednego z dwóch świrów.

Mogłoby być uczciwiej w rej walce, trzy na trzy, gdyby rozwiązać tamtego znajomego biedaka, ale z drugiej strony, to ryzykowny manewr, więc na razie postanowiła olać kolegę z grupy.

 

Battle! ♫♪

 

Niestety, jej przeciwnicy byli szybsi. Rayley wyciągnął zza pasa coś co wyglądało na elektropałkę i przyskoczył do zabraczki. 

Uderzył ją chyba, bo krzyknęła. To się działo szybko, Roshan spanikowała, bo pomimo jej chęci by rozwiązać to polubownie zaczęła się walka.

 

Poczuła, że nie mają szans w walce z tymi trzema. Czuła, jak jej ramiona opadają bezradnie, jak jej miękną kolana; nigdy wcześniej się tak nie czuła. Taka bezsilna wobec tego co widzi wokół.

 Chisska nie wiedziała tego, ale to jeden z tych upiornych bliźniaków, użył Mocy by zamącić jej w głowie i zarechotał paskudnie, widząc jak pewność jej przeciwniczki gaśnie, czując jej strach i zagubienie.

Nie chciała się jeszcze poddać, zawzięła się, by chwycić broń ostrą z ziemi.A Joy strzeliła do sitha; ryknął, lecz ból go tylko rozjuszył. Zabraczka stanęła plecami do Roshan, osłaniały się. Chiss zamachnęła się, by zadać cios, odgonić od siebie chichoczącego wariata, który machał jej przed nosem wibroostrzem. Chybiła, a wróg w kontrze wytrącił jej nóż z rąk.

- Nie! - krzyknęła. A on się zaśmiał, gdy zawyła z bólu. Świr odpłacił się jej, teraz sam atakując wibroostrzem, przecięło jej szaty a na ramieniu pozostało paskudne, piekące cięcie. 

Nóż Roshan upadł z głośnym brzdękiem, na kamienie, za daleko, tuż obok spętanego kolegi z grupy. Za daleko. 

Następny był huk; sith zdzielił pałką Joy. Roshan nie usłyszała już strzału z blastera w odpowiedzi, zawołała ale Joy nie odpowiedziała. Było źle. Ją otoczyła ta paskudna dwójka ze świdrującym wzrokiem. Oboje uzbrojeni w ostrą broń, szczerzyli się. Jeden uderzył z prawej a drugi z lewej. Chiss zdołała jeszcze złapać swój kij, ile sił w łapach, uderzyła jednego z bliźniaków w brzuch. Ostrza bliźniaków spadły w odpowiedzi; jeden ściął ją w bok a drugi w lewe ramię. Nie zdołała się osłonić. Gotowa była im odpowiedzieć, zamachnąć się, odgonić ich. Lecz zobaczyła jakiś ruch, ktoś... ktoś tu przybiegł? Ktoś przybiegł wspomóc obie dziewczyny w walce. Usłyszała okrzyk,  to był inny głos. Zobaczyła też sylwetkę kogoś, kto biegł ku Rayleyowi. 

 

A potem, jak grzmotnęło! Huk; trzaski, wrzaski, powietrze zadrżało. Pojaśniało jej przed oczami i zaczęła kaszleć, dusząc się od dymu. Kij wypadł jej z rąk. Oślepiona była łatwym celem, ale wrogowie nie skorzystali. Zaczęli krzyczeć, przeklinać.

W pośpiechu wybiegli z jaskini, nim znów zaczęła widzieć wyraźnie kształty wokoło.  

Co się... co się stało do jasnej cholery? W uszach jej szumiało, czuła ból, ale wciąż żyła. Dopiero gdy łapczywie wzięła wdech, poczuła w nozdrzach znajomy zapach. W uszach wciąż szumiało ale to też nie przez ból... rozejrzała się i zrozumiała. 

Flary. 

Coś odpaliło flary, a raczej ktoś; zobaczyła swojego kolegę z grupy, chwiejącego się na nogach. To on przybiegł na pomoc. Musiał się jakoś rozplątać, może... może przez ten nóż! ten nóż, co jej wypadł. 

Teraz stał przy ognisku, chwiał się na nogach, a tam gdzie wcześniej tlił się miły ogień, teraz ostro się dymiło, stamtąd też dochodził zapach. Jęknęła; nie. Nie, nie, nie! 

Było już pewnie na to za późno, ale Roshan chwyciła materac, spróbowała zgasić źródło światła i ciepła, przynajmniej to co się jeszcze tliło. Jakoś tak.... musiała. Spanikowała. Popatrzyła na swojego niedoszłego obrońcę. Nie do końca zrozumiała co on chciał zrobić, ale sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej nerwowa. 

 

- Świetnie! Zaraz tu będą trepy z garnizonu! - warknęła, oczywiście z wyrzutem. Przyklęknęła przy materacach, gdzie zauważyła coś ostrego, zawołała do kolegi - Ty, bierz coś i wyjdź, już. Wołaj jak ktoś się będzie zbliżał. 

Zamierzała go pogonić, ba nawet podnosząc głos, krzyknąć, bo chciała by szybko się oddalił na zewnątrz. Ustawienie go jako czujki uznała za przydatne, trzeba było jakoś ustalić, ile mają czasu i czy ktoś idzie. Lecz nie tylko po to go wyganiała. 

Chciała teraz przede wszystkim by ten akolita oddalił się, by mogła z Joy zamienić parę słów w cztery oczy, bez ryzyka wykrycia. Podeszła do zabraczki i zniżyła głos. 

- Słuchaj. Będę szczera. 

Roshan miała dziwne spojrzenie w tej chwili, zniknął jej arogancki i pewny swego błysk, czerwone oczy były smutne, na twarzy miała wymalowany grymas bólu. Poczucie bezsensu, osłabienia, to wciąż tkwiło w jej głowie. Przez to nie czuła w sobie dość sił, by próbować uciekać, kombinować, narażać się; chciała wracać do bezpiecznych murów i to jak najszybciej. Była ranna, uciskała swoje najgłebsze cięcie na ramieniu i starała się nie panikować, ale przegrywała powoli ze swoimi emocjami. To była jej pierwsza walka, taka w której realnie mogła zginąć, już drugi raz dzisiaj otarła się o śmierć na tej przeklętej pustyni. To łamie trochę człowieka.

Oddychała ciężko. 

Jeśli chcemy dostać się do Akademii, ci z garnizonu są naszą szansą. Ja nie znam drogi - przyznała to, co od samego początku uparcie starała się zataić, teraz jej było już wszystko jedno - i to mój pierwszy dzień na Korriban i zgubiłam się, mój nadzorca zostawił na środku tej pustyni i oczekuje że tu po prostu zdechnę. Więc ja tu zostaję, czekam na żołnierzy i zmuszę ich żeby mnie zabrali z powrotem. Możesz zostać ze mną lub próbować stąd zwiewać.

Popatrzyła jej w oczy. Nie wiedziała ile maja czasu, pewnie mało, musiała się streszczać. 

- Jeśli chcesz wiać.... masz to - sięgnęła do swojej torby i wyciągnęła małe urządzenie. - podaj nazwisko tego, z kim chciałaś pogadać, teraz. - dodała z naciskiem. - To mu dam namiary na ten komunikator. Może uda mi się chwilę ich zając, to kupię ci trochę czasu. A jeśli.... zostajesz - przeszła do kontr-propozycji - nie zakabluję na ciebie, będę milczeć póki nie zaczną mnie cisnąć. Może w zamieszaniu żołnierze wezmą cię za akolitkę i zabiorą nas wszystkich do Garnizonu a stamtąd do Akademii łatwiej trafić niż z tego zadupia. Twoja decyzja.  

Popatrzyła teraz na nią. Od jej reakcji zależało jak dalej potoczy się ta rozmowa. Od jej decyzji. Roshan nie zamierzała jej do żadnej przymuszać. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

OGHln8u.png

Próba zasłonięcia źródła światła zaowocowała pojawieniem się dymu kiedy użyty do tego kawałek szmaty zapalił się. Widoczność błyskawicznie spadła do zera i Roshan szybko zdała sobie sprawę że jeśli zostanie tu dłużej udusi się, tak samo Joy jak i jeszcze niedawno spętany chłopak, który nie zwracał zresztą na nią większej uwagi.

- Czerwony! Gdzie on jest? - usiłował jednocześnie złapać jakąś broń i namierzyć uciekinierów. - Ma moją odznakę. Bez niej nie mogę się pokazać żołnierzom na oczy. Zastrzelą mnie.

- Tyle jeśli chodzi o pomysł udawania akolity - westchnęła Joy kiedy chłopak w swoich poszukiwaniach oddalił się od nich. - I nie podam Ci jego imienia - powiedziała, zasłaniając usta szatą żeby chociaż trochę odrodzić się od dymu. - Nie wiem jak on się teraz nazywa.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz