16 postów w tym temacie

when I was young and unafraid
And dreams were made and used and wasted
There was no ransom to be paid
No song unsung, no wine untasted

Edytowane przez Selyuna

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- Wiesz, jaki jest problem z przebudzonymi sprzed twojego pokolenia? - Kurt Bardsley odpalił kolejnego papierosa od niedopałka poprzedniego. 

Senex powiedział kiedyś, że Kurt zawsze jest wściekły. Czy teraz był? Gdzieś tam, w głębi, kryło się rozdrażnienie - i jakby jakaś niechęć do świata, do otoczenia, więc może była to i prawda. Zdusił niedopałek mocnym, zdecydowanym ruchem. 

Trochę więcej tej niechęci wybrzmiało przy kolejnych słowach.

- Pamiętają. Was to już nie dotyczy. A oni muszą pamiętać, spytaj tylko kogokolwiek.

Zacisnął mocniej szczęki, strzepnął popiół z papierosa.

- Każdy ci powie, co wtedy robił. Gdzie był, czym się zajmował, z kim, co robił dalej. Pieprzona katastrofa. 

 

To nie było ich pierwsze spotkanie. To jednak był pierwszy raz, kiedy Kurt najwidoczniej potrzebował jakieś przysługi. 

Jemu się nie odmawiało. Z różnych powodów. 

 

- To zawsze będzie w pamięci, wryło się. - Powiódł spojrzeniem po knajpie, w której się spotkali, jeszcze pustawej o tej wczesnowieczornej porze. - Dlatego wolę was. - Wskazał papierosem na Seana. - Mniej komplikacji. Bez urazy. - Dodał jeszcze po chwili.

Jego oczy mówiły, że się tym nie przejmował.

 

Gdyby Frost miał komuś opisać Kurta, zaczął by od tego, że było po nim widać że jest w żałobie. To zawsze było widoczne. Ktoś, komu zmarła bliska osoba, mógł już do końca życia nosić tego ślady. Wdowa, wdowiec, rodzice zamordowanego dziecka, bliscy ofiar śmiertelnej choroby, brak czyjejś obecności pierwszy lepszy Eutanatos rozpoznawał od razu. I chociaż Sean nie wiedział, jaki kształt dokładnie miała ta luka, ani jak długo istniała, widział jaki miała wpływ na zachowanie, rzeczy które Kurt robił albo których nie robił, nawet ubiór. Tak, ta słynna eutanatoska czerń, która czasem zdawała się zbyt ostentacyjna, wysyłała jednak oczywisty sygnał, spełniała swoje zadanie.

Tak poza tym Kurt miał pewnie z czterdzieści lat, co znaczyło że miał z dwadzieścia więcej od Seana, wyglądał jakby nie stronił od używek - zapewne wszelkiego rodzaju - i słychać to też było w jego głosie. Budził skojarzenia raczej ze steranym życiem i imprezowaniem muzykiem - Nick Cave, Tom Waits, specyficzna mieszkanka, dość charakterystyczna i chropowata charyzma - niż z przywódcą przebudzonych i władających rzeczywistością magów. Chociaż ubiór musiał dobierać względem wygody oraz praktyczności, tyle że głównie w walce. To już widziało oko Seana, niekoniecznie zwykłego przechodnia z ulicy.

 

Tutaj na szczęście nikt na nich nie patrzył, nawet barman który wcześniej apatycznie polerował kufel, teraz zniknął na zapleczu. Wczesna jesień, pierwsze mżawki, zbliżały się kolejne urodziny Seana. Kiedy tylko zobaczył Bardsleya w drzwiach, wiedział, że zapowiada to jakieś ożywienie. Nie czekał tu na niego, to nie było umówione spotkanie, nie miał pojęcia skąd dwa razy starszy mag wiedział żeby go tu szukać. Sean miał zlecenie, miał do wykonania egzekucję - na człowieku którego nie znał nawet, cel wskazał mu Inge. Od jakiegoś już czasu działali jako taki tandem, Verner analizował, obserwował, nigdy nic nie tłumaczył, nie mówił więcej niż musiał. Obecność Kurta zdecydowanie nie była na rękę, miał tutaj spotkać swój cel, potem śledzić go i wykonać zadanie, a Bardsley mu to uniemożliwiał. Widocznie czegoś chciał, zapewne właśnie do tego zmierzał, ale Sean nie byłby sobą, gdyby nie spytał. Może i przebudził się po katastrofie, ale zabrała mu rodziców - a raczej jej reperkusje to zrobiły. 

Wiedział, że nie powinien żartować. I jednocześnie wiedział, pamiętał, że kiedyś sobie na to pozwoli. Że na podobną uwagę spyta - a co, chciałbyś przetrzebić trochę populację starszych magów? Pamiętał nawet, że Kurt się na to uśmiechnie. Zaśmiał. Że kiedyś będą o tym żartować. A może już żartowali? To był pierwszy raz kiedy widział na twarzy Kurta najmniejszy ślad uśmiechu.

 

Nie byłby Seanem Frostem, gdyby nie próbował się czegoś dowiedzieć o tamtym dniu, o powiązaniu któremu nikt nie zaprzeczał ale też którego nikt nie wypowiadał na głos. Sean jednak przeczuwał, że cokolwiek się z nim działo - cokolwiek było nie tak - musiało się zacząć tam, wtedy.

 

- To gdzie wtedy byłeś? - Spytał z tak dużą pewnością siebie w głosie, na jaką jego zdaniem mógł sobie pozwolić. Kurt od dłuższego czasu milczał i tylko palił, teraz potrząsnął głową i popatrzył na rozmówcę, jakby nie dotarło do niego jak te słowa się łączą.

- Co?
- Gdzie byłeś wtedy? Skoro mówisz o tym pamiętaniu, to też pamiętasz. 

Odpowiedziało mu odpalenie kolejnego papierosa. Potrząśnięcie głową.

- Piję i ćpam, żeby o tym nie pamiętać. - Kurt wpatrywał się w Seana jakby z niedowierzaniem. - No cóż, ale skoro akurat jestem trzeźwy...

Machnął ręką.

- W Londynie. Infiltracja, Unia. Była pewna Sierota, która zaginęła tam kilka lat wcześniej, znałem ją przelotnie, szukaliśmy, mieliśmy trop, wpadliśmy na niego niby przypadkiem gdy ujmowaliśmy inny cel. Obserwowaliśmy tych, którzy tę Sierotę zwinęli. Doszło do lekkiej wymiany ognia, gonitwy po ulicach, akurat zaczailiśmy się na dachu jednej z kamienic. 

Zamilkł. Skończył papierosa kilkoma szybkimi i głębokimi zaciągnięciami. 

To nie miał być ostatni w trakcie tej rozmowy, ale póki co tylko wyjął go z paczki, obracał w dłoniach. Rzucił szybkim spojrzeniem gdzieś za okno.

 

- Byłem wtedy młodszy niż ty teraz. - powiedział jakby dopiero to do niego dotarło. - Dwadzieścia jeden? - Sean szybko skalkulował, gubił się w tym. Mieli teraz rok 2001, tak, miał teraz 21 lat. Pamiętał, że był już starszy, to wszystko komplikowało. 

- Ja dziewiętnaście, wtedy. Najpierw... Nie czuliśmy tego, nic się nie działo. Dostałem przekaz telepatyczny, od ktoś... Kto tam był. Powiedziała, mieliśmy więź telepatyczną, dotarło niedokładnie, czuła się winna, i powiedziała, że mój brat nie żyje. Jeszcze inne rzeczy, ale nic innego się nie liczyło. 

Zapalił papierosa. Nie zaciągał się, patrzył tylko na żar.

- Nic innego się nie liczyło. - Powtórzył. - A magya nie działała. Nie mogliśmy wrócić, dostać się tam, nic. Dopiero potem nadeszła ciemność i całe to gówno, w którym musimy się babrać do dziś.

Edytowane przez Selyuna

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Sean mógł wielu rzeczy nie wiedzieć. Wtedy, a może nigdy miał ich nie wiedzieć, a może jednak je pozna, poznał? Jedna rzecz przychodziła za to mu zupełnie naturalnie. To wyczucie, świadomość, że kiedy ktoś mówi "ona" w taki sposób jak Kurt, nie należy pytać kto. 
Przysłuchując się Kurtowi, sam odpalił papierosa. Wiedział, jakie to niezdrowe i jakie może nieść skutki, ale były takie chwile jak ta, kiedy nie chciał się powstrzymywać. Nie: nie mógł się powstrzymywać, ale właśnie: nie chciał.
Dlatego odpala papierosa i się nim zaciąga.


Dostrzega tę żałobę i rozumie ją albo przynajmniej wydaje mu się, że rozumie. Czyż nie był w podobnej? A tam przecież nie było śmierci, a jedynie strata. To stopień niżej. Chyba. Wypuścił dym.
Interesuje się różnymi rzeczami na tyle, żeby wiedzieć, czym jest "flashbulb memory". Nie zna jeszcze dokładnie mechanizmów jej poznawania. Kiedyś będzie starał się ją zrozumieć, postanowi to zrobić, gdy wróci myślami do tej chwili. Biologicznie, neurologicznie, poznawczo. Nie dojdzie do rozstrzygających wniosków. Szkoda, bo mogłoby mu to sporo powiedzieć o tamtym pokoleniu.


- Masz dziewiętnaście lat, przychodzi całkowita ciemność, znika Magya, a ty stoisz na dachu. Co dzieje się dalej? Co z Sierotą? Nie mogliście wrócić, nic.
Zatrzymani w czasie, zatrzymani w wydarzeniu. Co dzieje się z człowiekiem w takiej chwili? Czy taki moment sprawia, że ktoś wywraca się na drugą stronę? Czy ten Kurt, który siedzi teraz obok niego nie jest tym Kurtem, który był wtedy? Na pewno nie. Nie byłby, choćby i nie doszło do tych wydarzeń, minął szmat czasu. 
Jeszcze jedna rzecz, którą powiedział Kurt.


Was to nie dotyczy? Nie? Należeli do pokolenia, które nie było na tyle świadome, by w tamtej chwili odczuć, co się dzieje. Ale jednak tamto pokolenie wciąż trzyma świat. Wciąż trzyma to w garści. To, co się wydarzyło, definiuje teraźniejszość. Senex, jego mentor, Kurt, nawet jego opiekunowie. 

Edytowane przez Selyuna

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

when I was young and unafraid
and dreams were made and used and wasted
there was no ransom to be paid
no song unsung, no wine untasted

 

Kurt Bardsley popatrzył przed siebie, ale tak naprawdę chyba niczego nie widział. Nie mrugał, tylko patrzył jakby coś sobie nagle uświadomił. Albo zaczął się zastanawiać nad czymś, nad czym do tej pory się nie zastanawiał, bo miał pewność. Pewność, którą nagle Sean zachwiał. Tylko czemu?

- Wydałem rozkaz do ataku. - Powiedział beznamiętnie. - Ścigali nas, ale nagle zyskaliśmy przewagę zaskoczenia. 

Przeniósł spojrzenie na papierosa swojego rozmówcy. Skrzywił się lekko. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się z dezaprobatą w paczkę Frosta.

W końcu sięgnął do kieszeni i wyciągnął nową, jeszcze nie napoczętą paczkę. Rzucił ją na stół.

 

- Masz. - Jednak nie chodziło o sam fakt, że młody pali, a raczej o gatunek tytoniu. - Nie pal tego gówna. 

Zresztą, ktoś, kto tak otwarcie przyznał że pali i ćpa żeby o czymś zapomnieć, raczej nie był skłonny do pouczania na jakikolwiek temat.

 

- Zabiliśmy ich, wszystkich. I zlikwidowaliśmy cel. Tę Sierotę. Unia ma swoje metody na reformowanie przebudzonych, konwertowanie ich, wiesz, na pewno ktoś ci o tym opowiadał. To ona nimi zresztą przewodziła. Przeprogramowali ją na tyle, że nawet bez magyi, gdy unicestwiły się wszystkie dawne zaklęcia które mogłyby nią kierować wcześniej, traktowała mnie jak wroga. Zabiłem ją, można powiedzieć, że zabiłem ich wszystkich. Moją kabałę też. Wyszedłem stamtąd ja i tylko dwójka moich podwładnych. Ale ona przynajmniej mogła wrócić do Cyklu.

Ta eutanatoska mowa brzmiała w jego ustach trochę obco. Czuć było że z jakiegoś powodu czuł się odpowiedzialny za tamtą maginię i jej los. 

- A ty postąpiłbyś inaczej?

Edytowane przez Selyuna

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Przez chwilę patrzył na Kurta. Zastanawiał się, czy powinien powiedzieć to, co tamten chce usłyszeć, czy może powiedzieć prawdę? Ha. Dogasił swojego papierosa i wziął tego, którym poczęstował go rozmówca.
Jak smakował? Było czuć różnicę?
Kurt w odczuciu Seana nie był osobą, która "chce" coś usłyszeć. To do niego nie pasowało. Nie był pewien, czy Eutanatos porusza się też w innych kategoriach jak zero-jedynkowa prawda/fałsz i zdolność do logicznej oceny zdania, ale podskórnie przeczuwał, że może na tej płaszczyźnie rozumują podobnie. Bez bullshitu.
- Nie wiem. Nie wiem, jak postąpiłbym w takiej sytuacji, przewodząc innym. Gdybym był ja i Sierota i bez innej, bezpiecznej drogi... Powrót do Cyklu to nieodłączny element bytu, który pozwolił jej się oczyścić. I może zrozumieć więcej. W końcu przed powrotem nie musisz pić z Lete. Ale ważyć przy tym życie innych ludzi? - Zmierzył spojrzeniem tego człowieka i zastanawiał się, czy i on w wieku Seana wciąż miał tyle niewiadomych. Tyle rozważań, jak zachowa się w różnych sytuacjach. Trudno mu w ogóle było mu wyobrazić go sobie młodszego. - Co to?
Stuknął palcem w paczkę.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- Weź mnie nie wkurwiaj. - Kurt odchylił się i założył nogę na nogę tak, że kostka jednej opierała się o kolano drugiej. - Przecież to czuć.

Marka na opakowaniu może i nic nie mówiła Seanowi, ale papieros rzeczywiście smakował lepiej. I to o niebo lepiej. W sumie to był to najlepszy papieros, jakiego kiedykolwiek palił - chociaż może on akurat nie miał pod tym względem wielu doświadczeń.

Czarne tekturowe opakowanie, złota lamówka na pudełku. 

Kurt znowu obserwował Seana, jakby - zachęcająco? Jakby próbował powiedzieć, że nie ma co pytać, lepiej po prostu zaciągnąć się ponownie i doświadczyć.

 

- A gdybyś dowodził ludźmi? Gdybyś wiedział że ci ufają i złożyli los w twoje ręce? - Zdawał się nie przejmować stratami w ludziach, ale trudno powiedzieć czy tak naprawdę było. W końcu to ktoś, kto przewodził największą obecnie frakcją wśród przebudzonych. I wielu z tych młodych, świeżo upieczonych magów garnęło się do jego Tradycji-ponad-Tradycjami. Eumenides nie był organizacją bardzo wybredną jeśli chodzi o nabór, a przynajmniej tak mówiono. Czy ich szeregi tak szybko by się powiększały, gdyby ich przywódca rzeczywiście przejawiał takie podejście? Frostowi przemknęło przez głowę, że może powinien udać się na jedno z lokalnych spotkań tej frakcji, wstęp był wolny dla każdego maga, a miałby okazję posłuchać, o czym mówił Bardsley w jednym ze swoich przemówień. Teraz nie sprawiał wrażenia charyzmatycznego mówcy, raczej kogoś zmęczonego życiem i na wskroś normalnego. Żaden prorok, żaden wizjoner, nawet w tym lekko jakby przepitym głosie nie było niczego co mogłoby porwać słuchaczy.

Jak szła jedna z ich zasad? "Love life and let it die"? Chyba jakoś tak.

 

- Życie to nie tylko wymiana pionków. - Skwitował w końcu Kurt. - Zresztą, byłem wtedy magiem prawie dekadę, to nie była wcale żadna pieprzona utrata niewinności. Czemu w ogóle pytasz? - Sprawiał wrażenie rozproszonego. Jakby nagle stracił zainteresowanie zmierzaniem do celu, w którym tutaj przyszedł.

Edytowane przez Selyuna

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- Wkurwia cię samo pytanie? - Sean był trochę rozbawiony reakcją. Wiedział, że to tytoń wysokiej jakości. Jego płuca i przełyk to wiedziały. I mózg, w którym neurony przewodziły przyjemne bodźce. - Myślałem, że jest w tym jakaś elitarna tajemnica. Gdzie hoduje się ten tytoń albo jak. Tak jak konserzy wina czy whisky rozprawiają o najlepszych trunkach. Ale rozumiem.
Strzepał popiół do popielniczki. Chodziło o sam smak, o to, żeby nie palić gówna. A Seana interesowało źródło smaku. Nie tylko sama wyjątkowość, ale to, co ją powoduje. Widać tym się różnili od Kurta. On pewnie należał do ludzi, którzy dostawali pistolet i strzelali z niego. Frost za to dostawał pistolet, rozkładał go na części pierwsze, żeby zrozumieć działanie.
A potem szedł na akcję i strzelał z niego.
Skutek był ten sam.
- Czemu pytam? Bo gdy rozumiem innych ludzi i ich historię, to rozumiem lepiej świat. I czas, który się powtarza. Może kiedyś sam stanę na dachu, przyjdzie ciemność, a ja będę polował na Sierotę. Dobrze wiedzieć, co inni zrobili przede mną.
Poprawił się nieco na krześle. Zauważył, że przez dłuższą chwilę ani nie drgnął, co odczuł jego kręgosłup. I pośladki.
- Przyszedłem tu kogoś zabić, wiesz?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- Wiem. - Skwitował tylko Kurt. I w żaden sposób już do tego później nie nawiązał.

Z ustami wykrzywionymi lekko, jakby w niesmaku, znów wbił spojrzenie w szybę. Jeśli patrzył na coś albo na kogoś, to znajdowało się to za plecami Seana, poza jego polem widzenia.

Po szybie powoli ściekały małe krople wczesnojesiennego deszczu.

 

- Nie mam czasu na pierdoły. - Nie znał Seana na tyle, żeby wiedzieć co go interesowało, czy się różnili i jak. Sprawiał raczej wrażenie jakby miał gdzieś to wszystko, tak samo jak to, jakie sprawia wrażenie. - Nie odpowiedziałeś na pytanie. Ale powiem ci, co mnie wkurwia - spojrzał na Seana - poza sytuacją, że palisz dobry tytoń, ale musisz wiedzieć co to jest zanim to do ciebie dotrze - przy ostatnim słowie wykonał w powietrzu gest cytowania. Jedną ręką, drugą co chwila unosił papierosa do ust.

- "Przed powrotem nie musisz pić z Lete"? - Nieco uniósł głos. - Inge kurwa jego mać Verner. - Podniósł się. Potem pochylił nad stolikiem, żeby strząsnąć popiół do popielniczki.

- Co to za pierdolenie? 

 

Sean nie był w stanie wyczuć, jakiej Kurt oczekuje odpowiedzi. Zapewne nie było żadną tajemnicą, że jego mentor miał podejście jakie miał. Po tych kilku latach spędzonych razem Frost już świetnie zdawał sobie sprawę, że jego nauczyciel nie był zbyt popularny, miał napięte stosunki właściwie z każdym wśród Euthanatoi i ciągnęła się za nim jakaś nieciekawa przeszłość. Właściwie nie dało się go nawet nazwać czarną owcą, po prostu traktowano go z rezerwą i nie darzono sympatią. A Kurt, mimo wszystko, nadal był Eutanatosem.

Edytowane przez Selyuna

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Sean nie był w stanie wyczuć, jakiej Kurt oczekuje odpowiedzi. 
To było jak jeden z puzzli w układance, czemu Kurt jest darzony tak ambiwaletnymi uczuciami, choć przecież też nikt nie umniejszał jego wagi. Mogli nie darzyć go sympatią, a jednak nigdy Sean nie usłyszał do tej pory "Kurt Bardsley? Kto? Nie znam. To jakiś alternatywny poeta?"
Ktoś, kto tymi słowami odnosi się do rozmówców na metafizyczne wzmianki, ktoś tak bezpośredni, musiał być... Musiano podchodzić do niego z rezerwą.
A to było trochę jak wyzwanie dla Seana. 
- To znaczy, że pewne rzeczy zostają, pomimo powrotu do Cyklu, prawda? - zapytał, starając się brzmieć odrobinę zdecydowanie, a odrobinę "hm, nie jestem do końca pewien, możesz to dla mnie rozjaśnić"? - Nie myślę o wspomnieniach osoby, świadomości, ale o jakimś śladzie w avatarze. O wspomnieniu błędu i tym, że może tym razem powinien być ostrożniejszy? Mądrzejszy? - Nie był pewien, czy dobrze dobiera słowa. Starał się silić na ilustracyjność, a nie jakieś górnolotne słowa czy porównania. Tych Kurt nie lubił. Wprawdzie Sean nie starał się przypodobać, ale chciał być zrozumiany. - Dzięki czemu się oczyszcza? I nie odpowiedziałem, owszem... - Przytaknął. Nie chciał mówić długo, żeby dać Kurtowi możliwość zrobienia tego, co chciał zrobić. Choćby było to tylko zamówienie piwa. - Bo tyle wiemy o nas, ile sprawdzono. Wiem, jak chciałbym się zachować. Ale nie wiem, co bym zrobił.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Kurt wyglądał, jakby w ogóle nie miał zamiaru poruszać tego tematu. Ba, nie miał zamiaru wdawać się w rozważania odnośnie teorii. Coś w Seanie jednak - albo coś co ten powiedział - sprawiło, że jego myśli powędrowały w kierunku bardziej realnych zmartwień, twardszych konkretów, nie teoretycznej metafizyki i dumania nad naturą świata.

Albo tego, jak działał kiedyś.

 

- Wiesz, ile znamy przypadków magów, którzy się odrodzili i twierdzą, że pamiętają dawnych siebie, sprzed pierwszego Dnia Mroku?

Uniósł w górę wolną rękę i z palców ułożył cyfrę.

- Zero. - Podkreślił jeszcze słowem to, co pokazał.

 

- I to już nawet nie chodzi o to, że przebudzeń jest mało. Że po tamtym Dniu przez lata w ogóle ich nie było. Chodzi o to, że magów zginęły wtedy... Dziesiątki? Setki? To była pierwsza taka hekatomba w historii. I gdzie są? Czemu nie wrócili? Wracaliśmy zawsze, historia pełna była przebudzonych którzy coś jednak pamiętali, i co?  Po pieprzonym 1979 nie urodził się żaden człowiek, który by się przebudził i pamiętał jakiekolwiek poprzednie wcielenie. Wszyscy czekają na powrót Porthosa i co? I chuj.

 

Czyżby na kogoś czekał?
A co z rodzicami Seana?
Jeśli rzeczywiście zginęli. Nikt nie wiedział, nikt nie znał ich losu.

Nawet nie urządzono im symbolicznego pogrzebu.

 

- I co, myślisz, że tak się opili z tej twojej Lete? Czy też Cykl sam się skorygował, już nie ma miejsca na takie błędy jak szczątkowe pamiętanie, jak przeszłe wcielenia które kładą się cieniem i odbijają swój ślad? Żadnych palimsestów? A może...

Strząsnął do popielniczki popiół, którego całkiem sporo się już nagromadziło na końcu papierosa.

- Puff. - Podsumował. - Nie ma nas. Nie wracamy. 

Edytowane przez Selyuna

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

Przysłuchiwał się wypowiedzi Kurta jak zahipnotyzowany. Wsłuchiwał się w słowa i rytm. Choć wypowiedź, w jego odczuciu, niosła stratę, słuchał jej jak opowieści. Przepełnionej melancholią, tęsknotą i brakiem. Szczególnie po podsumowaniu podkreślonym gestem.
Jesteśmy jak popiół.
- Skorygował się... - Nie pytał, raczej zastanawiał się na głos. - Nie wiemy, jak Cykl miał działać. Jaki jest sens, a nawet jeśli sens niepojęty, zasada. Mamy domysły... 

Spojrzał na popiół w popielniczce. Drobniki, których nie poskłada się w pełny obraz. Bo nie ma pełnego obrazu.

- Czy to nie zmienia fundamentu, na którym wyrasta ideologia Eutanatosów? - Nagle uderzyło go to olśnienie. Może się mylił, myślał raczej na gorąco, robił sam ze sobą burzę mózgów, a nie przedstawiał klarowną teorię. Kurt mógł to po raz kolejny zbyć wyzwaniem jego mentora, ale strumień rozbijający tamę był zbyt gwałtowny, by zatrzymać język. - Jeśli jest puff, nie wracamy, to to, co robimy... Rolą Eutanatosów jest strzeżenie Cyklu, dbanie o oczyszczenie, rozwój, nieustanny constant, rozkład jest częścią natury, ale i narodziny. Prevabhnava, tak? Wszystko jest Kołem. Jeśli Koło się nie kręci, to co robimy my? Zabijamy? Tylko zabijamy?

Edytowane przez Selyuna

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

- No tak. - Stwierdził Kurt. - Jak nie nad tym, to nad czym się zastanawiać? Czy kupić jedną, czy dwie? 

Obrócił się i szybkim spojrzeniem obrzucił bar, taki typowy, amerykański bar, z rzędem wysokich stołków i powycieranym, drewnianym blatem. 

 

- Daj spokój, młody. Ludzie wciąż umierają. - Wbił ręce w kieszenie jeansów. - Jaki odsetek to my? I czy zabijamy magów? - Zmrużył oczy. Sean nie znał odpowiedzi na to ostatnie pytanie. Mógł kalkulować potencjalne ilości Dobrych Śmierci, nawet z niepełnymi danymi. Ale nigdy nie słyszał o żadnym wyroku wydanym na przebudzonego, już nie mówiąc o tym że nie dostał żadnego takiego "zlecenia". 

Jakich ludzi się pozbywamy, co? Wiesz? Czy w ogóle cię to obchodzi? - Kolejny papieros, odpalony jakby mimowolnie, automatycznie, na miejsce poprzedniego, który zgasł sam z siebie. Kolejny zgnieciony niedopałek w popielniczce.

Mordercy? Gwałciciele? Sadyści? To tych trzeba się pozbyć, co? - Bardsley z dziwną niechęcią machnął ręką. Potem gestem zasygnalizował, żeby Sean na niego poczekał, i ruszył w stronę baru.

 

- Hej! - Zawołał w kierunku zaplecza. - Kogo trzeba zastrzelić, żeby zostać tu obsłużonym? - Oparł się o bar i czekał.

 

Barman pojawił się po chwili, a uwadze Seana nie umknęło to, że wyglądał na dość - wzburzonego? Tylko trudno powiedzieć, czy w pozytywny, czy negatywny sposób.

Pośpiesznie wcisnął wymiętą koszulę w spodnie, przygładził włosy. Kurt coś zamówił, Sean nie usłyszał, co. Barman wyciągnął butelkę, postawił przed gościem kieliszek, napełnił. Bardsley wypił szybko, gestem powstrzymał barmana, który chciał schować butelkę. Również gestem, bez słów, kazał napełnić kieliszek ponownie.

I jeszcze raz. 

Potem popatrzył barmanowi w oczy, tak, że tamten się cofnął. Wygrzebał w tylnej kieszeni spodni zwitek banknotów i wyplątał z niego kilka. Potem sięgnął po kartkę i coś pośpiesznie na niej zanotował. 

Rzucił banknoty na ladę, tak, jakby właściwie nie interesowało go, jaka to suma. 

Ruszył w stronę stolika przy którym siedział Frost. Tymczasem barman zgarnął gotówkę i wycofał się na zaplecze z o wiele większym pośpiechem, niż ten z którym się zjawił. 

 

A potem we Frosta uderzyło wspomnienie. Nie miał wątpliwości, że pochodziło z przeszłości, bo w jednej chwili patrzył na Kurta tu i teraz, a w drugiej zobaczył go takim, o jakim myślał wcześniej. Jakim nie umiał go sobie wyobrazić. Teraz nie musiał.
Otaczała ich ciemność. I ognie, pożary. Częściowo zawalone budynki.

Kurt miał na sobie tę samą skórzaną kurtkę, co teraz. Tylko o wiele mniej wysłużoną.

I wyglądał na dwadzieścia lat.

Gdzieś w tle Sean dostrzegł sylwetkę częściowo zburzonego budynku, charakterystycznego dla panoramy Bostonu. (rzecz jasna, widział go tylko na zdjęciach.)

Kurt stał obok ciała kobiety. Powykręcanego, dziwnie miejscami zmasakrowanego, jakby uczynił to wybuch Paradoksu. Nie widział twarzy, tylko burzę czarnych włosów.

Koronkowy rąbek pończochy. 

Nic, co by ułatwiało identyfikację.

Obok stała niska blondynka, w jasnych jeansach i koszulce powalanej krwią.

Kurt zbliżył się do Seana. Przyklęknął. Tylko patrzył, jakby się wahał, ale jego oczy były nieodgadnione.

Kobieta coś mówiła.

Kurt, powiedziała. Nie mamy czasu. Rytuał...

Sean pochylił się do przodu, do momentu aż poczuł że napiera klatką piersiową na sztylet, który Kurt trzymał w ręce.

To było, o dziwo, bardzo intymne doświadczenie. Bliskie. Milczące porozumienie.

Już żadnego wahania. 
- Można powiedzieć - Kurt skrzywił się, jakby kpiąco - że w ten sposób, zabijam ciebie w sobie.
Nie bolało. Chociaż takie wspomnienie może powinno boleć. Sean zamrugał, zdziwiony nowym doświadczeniem.

 

Człowiek, który go zabił, wrócił do stolika, zatrzymał się jednak kilka kroków od niego.

Uniósł rękę i wykonał gest, jakby coś odliczał. Tempo, sekundy? Raz, dwa, trzy, cztery.
Gdzieś, za zapleczem, głośno trzasnęły jakieś drzwi. 

Edytowane przez Selyuna

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

Wszystkie pytania zadane przez Kurta, wszystkie wątki podjęte w tej rozmowie, wszystkie słowa i zdania zniknęły w przeszłości, choć może nie było to najtrafniejsze określenie.
Bo przeszłość była teraz.


Ciemność, budynek, trup.
Powoli próbował wpasować ten obrazek w większą całość. W jego głowie trwał pożar, a ciało tylko siedziało przy stoliku. Musiał mieć szerzej otworzone oczy, lekko rozchylone usta i dłoń nieruchomo leżącą na blacie. Jak figura woskowa, zatopiona gdzieś w niedookreślonym czasie.
To musiało już być po pierwszym Dniu Ciemności. Kurt był młodszy, ale nie na tyle młody, by działo się to przed pamiętnym 1979, ciemność w tej wizji była nocą, ale jednak nocą inną, bo noce po siedemdziesiątym dziewiątym już zawsze były inne, a do tego te ślady, które mogły świadczyć o Paradoksie. To było czasy, gdy działo się tak wiele, świat stawał na głowie, a Sean zastanawiał się czy właśnie trafił na drugą stronę lustra, ale w czas... Ale chwila, był tam, a przecież w ogóle nie powinno go tam być. Może już żył, ale miał zdecydowanie mniej lat.  Na tyle mało, że nie mógłby pamiętać, nawet gdyby tam był. Jakieś zapomniane wspomnienie czy wizja?
Ale tak po prostu nie byłby w stanie użyć sfery Czasu. Ot, tak po prostu, nawet bez pstryknięcia palcami, bez zrozumienia.
A przecież zrozumienie było wszystkim, czego potrzebował.


Spojrzał za ladę, gdzie nie było teraz barmana. Cóż Kurt mu dał? Właściwie po co mag tu przyszedł? Porozmawiać? Zadać jakieś pytanie? Czy może... W tej karteczce kryła się odpowiedź, cel wizyty Kurta? Czy on też przyszedł tu na polowanie, czy na tego człowieka, na niechętnego barmana trzeba było zapolować, a może przekazać informację, by móc dotrzeć do prawdziwego celu? Cóż za gra się tu toczyła? Niby bez udziału Seana, ale skoro tu był, skoro to wszystko widział, to stał się przynajmniej jej biernym obserwatorem. 
Ale czy w ogóle powinien się nią interesować?
Och, powinien, Sean zawsze wtykał nos w nieswoje sprawy.


Ale tym razem miał swoją sprawę, która musiała wygrać ze sprawą nieswoją. Prosta kalkulacja, choć przykryta szybkimi uderzeniami serca, rozszerzonymi żyłami i nierównym oddechem. Pozostałością wizji albo jej konsekwencją.


- Zapytam teraz o coś, choć może powinienem pytać mentora... - Inge "kurwa" Vernera. Ale tego nie powiedział. Może to by Kurta rozjuszyło, a może wręcz przeciwnie: pokazało mu, na ile Sean mu ufa. Ale to nie była kwestia zaufania ani układu mentor-uczeń. Rozchodziło się o to, że... - Ale on powiedziałby mi o zasadzie. Albo dał listę dziwnych rzeczy, które mogą się wydarzać. Tego, jak działa Magyia albo o znanych przykładach Paradoksu. A tu nie chodzi o zasadę...
Wziął oddech i nachylił się bliżej przez blat.
Przez moment czuł, że pochyla się do momentu, aż poczuje, że napiera klatką piersiową na sztylet trzymany przez Kurta. Ale to nie było teraz. Było wtedy.
Teraz nie ma sztyletu.
- Widziałem, jak razem z niską kobietą stoicie nad zmasakrowanymi zwłokami. To było w Bostonie. Ona wspominała coś o rytuale. Miałeś sztylet. I... "Zabijam ciebie w sobie". Tak powiedziałeś.
Przez moment zastanawiał się, czy powinien to jakoś spuentować. Dla jasności konwersacji. "Czy wiesz, o co chodzi?" "Czy to naprawdę miało miejsce?" "Nic nie rozumiem, czy możesz spróbować to jakoś wytłumaczyć według swojej najlepszej wiedzy?"
Ale czuł, że ostatnie słowa wybrzmiewają w barze tak gęsto, że mówią wszystko. Też to, czego Sean nie umiałby ująć swoimi słowami. Że poczuł się bardzo, bardzo zagubiony.

Edytowane przez Selyuna

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

tego już nie zmienisz,
wszystko się już stało

 

Kurt stał tam, gdzie się zatrzymał. W takim miejscu, że gdyby Sean postanowił podnieść się i pobiec w kierunku zaplecza, nie blokował mu drogi. Ale jednocześnie w bardzo łatwy i szybki sposób mógłby próbować to zrobić.

Sean patrzył przed siebie, tam gdzie - gdyby nadal był tamtym-Seanem - znajdował by się Kurt. Nie było go tam, ani tamtego, ani obecnego, ale im intensywniej młody Frost o tym myślał, tym wyraźniejsze zdawało się tamto widmo. Aż przez moment znowu miał wrażenie, że go widzi. Tamten młody Kurt uśmiechnął się kpiąco. Frost w jakiś sposób wiedział, pamiętał, że gdyby się do niego pochylić, gdyby rzeczywiście znajdowali się tak blisko siebie, Kurt by się odsunął.

A ten Kurt, tu i teraz?

 

Patrzył tam, gdzie Sean. Chociaż przecież nie mógł nikogo zobaczyć.

 

- Tak powiedziałem? - powiedział i wzruszył ramionami. Albo się wzdrygnął, trudno powiedzieć. - To brzmi jak słowa jakiegoś patetycznego gówniarza.

I nie wyglądało, jakby miał powiedzieć coś więcej na ten temat. Po chwili milczenia, bardzo niewygodnego milczenia, zmienił jednak zdanie, jakby pod wpływem jakiegoś impulsu.

- Pamiętam każdego człowieka, którego zabiłem. - To brzmiało jak coś, co mógłby powiedzieć Inge. Właściwie często mówił coś podobnego - tyle że o pamiętaniu imion. O tym, że należy je pamiętać.

- Sean. - Kurt wymówił to imię z naciskiem. Jakby było ważne. Jakby miało spełnić jakąś rolę. - Ty i ja - wskazał po kolei papierosem na Frosta, potem na siebie, powoli - nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy.

Sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej mały kawałek papieru.

- A teraz spotkaliśmy się, bo potrzebuję informacji. Muszę wiedzieć, w jaki sposób Inge Verner wyznacza swoje cele.

Wykonał oszczędny ruch nadgarstka i na stole wylądowała wizytówka.

 

- Potem możemy porozmawiać… O wymianie informacji.

 

Napis na kartoniku ze sztywnego, pozłacanego na brzegach papieru, głosił

 

TOKYO SUNRISE
Alice Bardsley
Managing director
 

Był tam też oczywiście numer telefonu i adres.

 

***
 

Sean ostrożnie obrócił wizytówkę w palcach, przyglądając się jej z obu stron, jakby chciał ją sobie wyryć w pamięci. Zachować teraźniejszość na przyszłość. A potem schował ją do kieszeni tweedowej marynarki, którą miał na sobie.

- O wymianie informacji. - Czuł na języku ciężar tego, co mówi. Kurt chciał, żeby wykorzystał więź ucznia ze swoim mentorem dla spełnienia jakiegoś swojego interesu. Partykularnego, a może jakiegoś większego… Któż to wie? Kto wie, kim jest Kurt Bardsley, jakimi ścieżkami chodzi i po co robi to, co robi? Wprawdzie z opowieści i tej rozmowy wyłaniał się jakiś obraz człowieka niezłomnego, walczącego z Upadkiem, ale za tą fasadą mogło kryć się wiele rzeczy.

Czy nawet jeśli Sean zdobędzie to, czego Kurt chce, czy się tym podzieli?

Nie wiadomo. Jeszcze nie wiadomo. Korciło go, żeby zapytać: “co chcesz osiągnąć? Jaki cel?” No bo może Sean mógłby mu pomóc w inny sposób. Ale, znowuż, to był Kurt Bardsley. Nie roztaczał aury człowieka, z którym chce się usiąść i przedyskutować problem. Jasne, Kurt roztaczał aurę człowieka skutecznego.

Ale skutecznego dlatego, że on problemowi po prostu wpierdalał.

Przynajmniej Sean tak to postrzegał. Wtedy.

- Wiem, jakiej informacji chcesz. - A może nawet “potrzebujesz”, ale tego nie powiedział na głos. - Ja tylko nie wiem, jaką informację mi oferujesz. Mówisz, że pamiętasz człowieka. A ja nie wiem, czy to nazwisko, imię coś mi da. Ja muszę wiedzieć, czemu mi się to przydarzyło. Właśnie teraz, właśnie tutaj.

 

***

 

- Nie za łatwo by było? - Kurt wzruszył ramionami. - Naprawdę uważasz że ktokolwiek ci to powie? Nie przyszedłem tu do ciebie z propozycją wymiany, Sean. Zresztą, gdybyś zmienił zdanie - wskazał na wizytówkę - tam masz dane kontaktowe.
Wyciągnął zębami papierosa z paczki, zapalił go i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę wyjścia.

 

Po chwili trzasnęły drzwi.

 

***
 

Sean został sam ze sobą. Rzeczywiście, oczekiwanie, że ktokolwiek da mu jasną odpowiedź było naiwne. To świat magów. Bez pewnych odpowiedzi. Z mnóstwem teorii i ścierającymi się paradygmatami. To zresztą go w nim pociągało.

Oczywiście miał się zastanowić, czy ktokolwiek inny może mu to powiedzieć - może nie całość, Kurt miał rację, całości nie znał nikt - ale naprowadzi na jakiś trop, podrzuci teorię, na której można się oprzeć. Ale było co innego. Coś, poza trzaśnięciem drzwiami.

Barman. Kurt nie przyszedł tu z propozycją wymiany, ale po informację. Coś jednak mówiło Seanowi, że nie tylko dla młodego Eutanatosa Bardsley pojawił się w tym miejscu. Przypomniał sobie reakcję barmana, potem - wcześniejsze - trzaśnięcie drzwiami i… Coś go kusiło. Trudno było powiedzieć co. Nie było problemem, by siedział tu dalej i czekał na cel. Nie było problemem czekanie.

Ale ciekawość była silna.

Ruszył do miejsca, w którym zniknął barman.

Nacisnął na klamkę, ale zamek przytrzymał drzwi. Naparł na nie, może nie jak policjant próbujący je wyważyć, ale jednak zdecydowanie. Wciąż stawiały mu opór. Sean nie chciał eskalować sytuacji. Mogło mu się coś wydawać. Mógł sobie coś wymyślić. Trzeba było… Spokojniej do tego podejść.

Zapukał.

- Hej! Wszystko w porządku?

 

***
 

Odpowiedziało mu milczenie. Co w sumie nie było takie dziwne, jeśli wziąć pod uwagę to, że najpierw widział, jak barman znikał za drzwiami na zaplecze. A potem, po jakimś czasie, kiedy Kurt wykonał to swoje odliczanie, trzasnęły jakieś inne drzwi, gdzieś za zapleczem. Czy prowadziły na ulicę, czy w głąb budynku?

Teraz, gdy Sean stał tutaj, tak blisko wejścia na zaplecze, miał powody żeby sądzić że to pomieszczenie łączyło się bezpośrednio z ulicą. Słyszał dobiegające z niej hałasy, trąbienie samochodów,  ryk silników, zwyczajną muzykę jednej z arterii miasta. Co w sumie było o tyle dziwne, że jeśli to drzwi prowadzące z zaplecza na zewnątrz trzasnęły wtedy, to czy nie powinny być zamknięte? Ale może się nie domknęły, a może był jakiś inny powód. W każdym razie, teraz słyszał dość wyraźnie ruch uliczny, w odległości kilku kroków od niego.

Odgłos ostrego hamowania, czyjeś rozgniewane krzyki.

 

Przez chwilę mignęła mu przed oczami twarz tamtej kobiety o jasnych włosach, w koszulce ubrudzonej krwią. Jak powidok, odbicie po wewnętrznej stronie powiek. Jak ona na niego patrzyła? Jakby z żalem.

Nie mamy czasu, powiedziała. Właśnie, czas. Raz, dwa, trzy, cztery.

Alice, to imię wydawało mu się znajome.

Kiedyś je już usłyszał i kiedyś je już usłyszy.

 

A potem rozległo się jakieś szuranie, i brzęk butelki rozbijającej się o podłogę. Stłumione przekleństwo? Chyba. To zagłuszył już kolejny klakson samochodu.

Edytowane przez Selyuna

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Sean zmełł w ustach przekleństwo.
Czas, zawsze jest go za mało. Czas, zawsze jest gdzie indziej niż tam, gdzie akurat go potrzebujesz. Uderzył pięścią w drzwi, bardziej ze złości i bezsilności niż dla jakiegoś efektu i odwrócił się na pięcie. Mrugnął, mając nadzieję, że tym pozbędzie się obrazu kobiety w środku swojego oka. A potem raz i drugi. Poczuł, że oko mu się nawilża.
A kobieta jak mignęła, tak zniknęła.
Nie bardzo przejmując się otoczeniem, odpychając się od lady i stolików dla uzyskania tempa, wybiegł na ulicę, kierując się w stronę miejsca, do którego mogło prowadzić wyjście z pubu.


W drzwiach wyjściowych prawie wpadł na jakichś ludzi, którzy właśnie chcieli wejść do baru. Ustąpili mu miejsca, usłyszał jeszcze, że po przekroczeniu progu jeden z nich zawołał “hej, Rob, jesteś tam?” albo coś podobnego. Tuż po wyjściu z baru skręcił w lewo, pobiegł chodnikiem, aż do rogu. Znowu skręcił w lewo, a wtedy jego oczom ukazała się węższa, słabo oświetlona uliczka.
Wciąż mżyło, malutkie kropelki budziły nieprzyjemny deszcz przy zetknięciu się ze skórą.
Usłyszał narastający ryk silnika i jego wzrok powędrował do źródła dźwięku. Niewielki, mocno obity pickup właśnie przyśpieszał by chwilę później zniknąć za rogiem. Miał zamazaną brudem rejestrację, z tyłu na przyczepie mignęła mu jakaś sylwetka.
- Panie, co tu się właśnie stało! - Jakiś staruszek, który trochę wyglądał na żebraka, a trochę na biednego emeryta który może mieszkał gdzieś w okolicy. Mimo że Sean go wyminął to stary człowiek szedł za nim, drepcząc niezdarnie, ucieszony że ma z kim pogadać albo licząc na jakąś interwencję. - Tam, przed chwilą. - Machnął laską w kierunku gdzie zmierzał Sean, ku otwartym drzwiom które sprawiały wrażenie jakby niezbyt mocno trzymały się na zawiasach. - Ukradli, panie. Ten łachmyta całą skrzynkę zwinął! Drzwi nie domknęli, i ot. - Machnął ręką. 
Sean dotarł do miejsca ku któremu zmierzał. Niewielkie, obskurne i dość brudne zaplecze, gdzie mieściło się tylko kilka regałów, w większości pustych. Na podłodze dojrzał rozbitą butelkę jakiejś taniej whiskey. Zapach alkoholu był mocny, drażniący. Podłoga była pełna plam.*


- Ten łachmyta? - Zapytał czy może bardziej oznajmił. Chciał, żeby nieznajomy kontynuował. Mógł coś wiedzieć. Wprawdzie z takimi ludźmi zawsze istniało niebezpieczeństwo, że czego nie widzieli, to zaraz dopowiedzą, ale Sean liczył na to, że uda mu się oddzielić ziarna od plew.
Bo czy barman uciekł na zaplecze, zwinął coś i wskoczył na pickupa? Czy może zwinęli barmana razem ze skrzynką? Albo po prostu… Barmana sprzątnęli? Sean próbował sobie ułożyć w głowie jakąś oś czasu. Kurt mówi coś barmanowi, ten gniewnie znika. Jednocześnie ktoś włamuje się na zaplecze i zwija skrzynkę. Barmana brakuje. 
Czy Kurt ostrzegł tego człowieka? To miałoby sens, ale wymagało zweryfikowania. Ale też… 
Sean zagryzł wargi. Założył, że Kurt robił coś… Eutanatoskiego. Może groził? W każdym razie - coś, czego nie robią zwykli, porządni obywatele. A może było inaczej? Może jego intencje były czyste?


- No tak. - Odparł starszy pan z pewnością siebie w głosie. Taką typową dla osób w jego wieku, które chcą podkreślić, że coś im się nie podoba. - Ten włóczęga, co tu się kręci bez potrzeby zawsze! Toć to takim pijaństwo tylko w głowie, pijaństwo i rozboje - splunął siarczyście pod nogi - zaraza i plugastwo! 
Pogroził pięścią w kierunku, w którym oddalił się pickup.
- Wie pan, trzeba obserwować okolicę, bo to nigdy nie wiadomo, a jak ten pijanica się do takiej ilości gorzały dobrał, to dopiero będzie! - Staruszek rozejrzał się dookoła, jakby szukał kogoś kto go poprze. Uliczka była jednak pusta, a samotna latarnia mrugała co chwila co tylko podkreślało to jak biednie wyglądało to miejsce.
- Coś powinni z tym zrobić! - Biedny emeryt tylko się nakręcał. - Teraz to już na drugą stronę ulicy nie można przejść bezpiecznie, mojego sąsiada ostatnio napadli pod sklepem jacyś chuligani, do czego to doszło… 


- A mógłby pan jakoś opisać tego łachmytę? - Za parę lat Seanowi pewnie przyjdzie to łatwiej, w tym jednak konkretnym momencie sporo go kosztowało, by zachowywać uprzejmość i nie warknąć “człowieku, do rzeczy i skup się na tym, co ważne”. Ale jakoś się udawało. - Gdyby pytali mnie o to, kto mógłby to zrobić. Bo taka sprawa, nią się na pewno ktoś zajmie, prawda?
Kradzież alkoholu? Sean musiał się zastanowić, czy to nagłe wydarzenie i jakaś informacja, którą przekazał Kurt, w ogóle były powiązane. Założył, że tak, ale… Z drugiej strony: czy to była jego sprawa? Niby nie, ale… Coś w jego środku mu mówiło, że nie można tego tak po prostu zostawić. Może rzeczywiście komuś przyda się jego wiedza? Albo to, do czego uda mu się dojść, jeśli jeszcze trochę bardziej wgłębi się w temat?
- Jak wygląda, gdzie zazwyczaj się kręci? I czy widział pan jeszcze kogoś? Może barmana z tego baru?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- A pan to co?! - Oburzył się stary człowiek. - Policja?

- Zatroskany obywatel - odpowiedział. Bez przekąsu, bez zjadliwości. Bo właściwie tym właśnie był. Może trochę zbierał informacji dla siebie, żeby nadać sens wydarzeniom, których był świadkiem, sprawdzić fakty i poskładać to do kupy, żeby pomóc, móc coś przekazać odpowiednim osobom, może podpytać. - Jeszcze parę minut temu ten człowiek z baru sprzedawał mi whisky, potem wyszedł i się trochę boję o niego.


- Hmmm. - Biedny staruszek zamyślił się, oparł na lasce obiema dłońmi, jedna założona na drugą. Zdawało się, że wrósł nieco w ziemię, lewa brew opuściła się w dół, co nadało mu nieco szalonego wyrazu. No, bardziej szalonego niż wcześniej. - To nie ma czekać, aż ktoś przyjdzie i spyta! - Wypalił w końcu. - Nie ma się co troskać! Wy, młodzi… - Machnął ręką. - Brak wam iskry do działania. A nam starym sił… - Pokiwał w zamyśleniu głową, nagle jakby nieobecny myślami.


- Toż cholera. - Chyba był bardziej impulsywny niż planował. Może nie wybuchł, ale z pewnością odpowiedział zdecydowanie szybciej niż zazwyczaj, bez czasu niezbędnego na zastanowienie. Właściwie teraz był jak odbicie w krzywym zwierciadle. Nieco się przygarbił, jedną rękę wysunął do przodu, gestykulując nią żywo, głos podniósł mu się o ton. - Chcę działać. Do tego potrzebuję informacji!

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach