Obi

M&T: Oddech Życia - Rozdział VII (+18) (Obi)

16 postów w tym temacie

*****

 

 

-Tatooooo! – usłyszałeś po raz pierwszy dziecięce nawoływanie

-Tatoooooooo! – usłyszałeś po raz drugi dziecięce nawoływanie

-Tatooooooooooo! – usłyszałeś po raz trzeci dziecięce nawoływanie

To słowo słyszałeś codziennie, odkąd wróciłeś z tunelów Obserwatorów. Minęły dopiero dwa dni, a wciąż nie mogłeś się jeszcze do tego przyzwyczaić. Małe boginki wody były rozkosznymi potworami, jak je nazywała Felere. Peerree i jej siostry miały swoje humorki i zdążyły już je pokazać.  Służki przeklinały pod nosem, gdy musiały tego samego dnia zmywać powstałą wielką kałużę, kiedy to twoje córki postanowiły poeksperymentować ze  wrodzonymi zdolnościami, a miały czym się popisać. Władza nad żywiołem wody nie zawsze była stabilna. Twoje czwarte dziecko, Shadyon obserwował to wszystko z wyraźnym znudzeniem w oczach i kręcił głową nad głupotą przybranego rodzeństwa. Mała Shadya nie należała do grzecznych dzieci. Ostatnia przecierana zupka, którą próbowałeś ją nakarmić wylądowała na twoich włosach, a to wszystko za sprawą niekontrolowanego cienistego przeniesienia.

Najważniejszą nagrodą były słowa „kochamy cię, tatusiu” powtarzane co wieczór przez trzy, małe boginki. Shadyon nawet tego nie okazywał. Trzymał po prostu dystans, a ocalona Shadya nie umiała jeszcze mówić.

Słysząc nawoływanie córek, ruszyłeś biegiem do komnaty, którą wyznaczyła im Felere. Owe pomieszczenie było na tyle obszerne, że mogło pomieścić nawet i dziesiątkę dzieci. Już pierwszego dnia zorganizowaliście kilka łóżek, zabawki, małe wanienki i ubrania.

- TATOOOOOOOOOOO!

 

Kolejny wrzask dobiegł z komnaty. Z hukiem otworzyłeś drzwi i zobaczyłeś swoje córki. Całe, bezpieczne i uśmiechnięte.

- Co się stało tatusiu? – zapytała Pearr – Dlaczego tu przybiegłeś? – dodała

- Spóźniłeś się o minutę – wtrąciła się Peorra

- Miałeś dzisiaj gorszy czas – rzuciła Peerree

- Znowu robiły te swoje durne zawody. Chciałem im trochę pomóc i pokazałem im to – powiedział Shadyon, a następnie przekształcił swoje usta w pięć oślizgłych, wijących się macek łupieżcy umysłu.

Boginki pisnęły i skrzywiły się z wyjątkiem Pearr

- Czy to są jego siusiaki? – zapytała

-Nie – odparł krótko Shadyon – To są moje macki i jak zadasz jeszcze raz takie głupie pytanie to zjem twój mózg – rzucił, wrednie się uśmiechając

- Tatoooo! – pisnęła przerażona Pearr i przytuliła się do twojej nogi.

 

 

*****

 2hx5ycp.jpg

 

 

Felere Levirr przeszła samą siebie, gdy pozwoliła twoim nowym podopiecznym  oraz towarzyszom broni zamieszkać w swoim domu. Ishtarka nawet nie narzekała na tłok, który się zrobił w jej domu. Czarodziejka najczęściej przesiadywała w swym gabinecie, pochylona nad dokumentami, mapami czy listami. Widziałeś ją jak cały czas pracuje nad sprawą, ale nie można było ją określić jako totalną pracoholiczką. Felere przybywała z wami na posiłkach i nawet zamieniła kilka słów z nowymi domownikami. Wystarczył jeden dzień Pearr z cesarzową Chad’Nasad, by mała boginka była wpatrzona w starszą elfkę jak w obrazek.

- Kiedyś tatusiu będę jak ciocia Felere – wyznał twój szkrab.

Jedna ze służek pani przyniosła ci liścik. Otworzyłeś go i rozpoznałeś pismo Levirr. Wiadomość była następująca.

 

 

Jak znajdziesz nieco czasu, przyjdź do mojego gabinetu. Chcę ci kogoś przedstawić.

 

Felere

 

 

 

Wiedziałeś, że twoja przyjaciółka nie lubi czekać. Zostawiłeś dzieci pod tymczasową opieką Yanery, która wymyśliła zabawę w „wojowniczki i księżniczki” i wciągnęła w nią Pearr, Perree i Peorrę oraz Shadyę.

Wchodząc do gabinetu zauważyłeś siedzącą za biurkiem Felere oraz siedzącą naprzeciwko niej mroczną elfkę o ciemnej skórze, spiczastych uszach i białych włosach zaczesanych w kok.  Odziana w fioletową suknię z długimi rękawami ozdobionymi złotym haftem nieznajoma miała naburmuszony wyraz twarzy. Oczywiście nie zapomniała o głębokim dekolcie na którym spoczywał medalion z zielonym, ogniskowanym kryształem.

 

 

2hfnmrp.jpg

 

 

- A więc to on – powiedziała elfka i skierowała swe spojrzenie na ciebie.

- Zgadza się. Maren Kras’kotha, mój główny sojusznik i przyszły wybawca Shadovlandu – odparła Felere – Xilaya Desmond, matrona z Sylvenorry, moja stara przyjaciółka i nasza nowa sojuszniczka – dodała przedstawiając ci swojego gościa – Xilaya ma pewne informacje na temat ludzi siedziby demonów, które wspierają cesarzową Shadovlandu

- Właściwie mam dla was dobry trop. Jeden z głównodowodzących Adramelecha jest Asmodeusz i włada czymś, co jest określane jako Serce Otchłani. Ten artefakt tworzy sieć portali, by sprowadzać demony. Jeżeli uda nam się to zdobyć i zniszczyć będziemy mieli jeszcze większe szanse – odpowiedziała Xilaya

- Xilaya będzie nas wspierać w dostaniu się do środka – odparła Felere

- Słyszałam, że macie chwilę przerwy w działaniach więc sugeruję, abyśmy się dobrze poznali – powiedziała Demond i przypatrywała się tobie

- Maren, chętnie dotrzyma ci towarzystwa i oprowadzi po mieście – podrzuciła pomysł Felere

Edytowane przez Obi

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- Tato! Tatusiu! Jesteśmy głodne! Daj nam jeść! - moja córka tupała nóżką w kuchni i stanowczo domagała się posiłku.
- Ale dopiero co jadłyście. Znowu chcecie jeść?! - spytałem zaskoczony
- Taaaaaak! Znoooooowuuuuuuuu! Daj nam jeść, albo…. - nie zdążyły dokończyć. Na moich oczach cała trójka uroczych dzieciątek zaczęła się przemieniać w…. coś! Kurwa, nie miałem pojęcia co się dzieje! Tam, gdzie stały istoty zrodzone z wody teraz lewitowały nad podłogą jako Beholdery! Co jest grane!?
- TATOOOOOOOOO………. DAJ NAM JEŚĆ!! - ryknęły, rzuciwszy się na mnie
- NIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE………

                                                                                                                                                             *******

Gdy otworzyłem oczy poczułem, że moja twarz oblana jest zimnym potem. Szybko podniosłem się na łóżku, starawszy się ogarnąć sytuację i zorientować, gdzie ja jestem. Czułem pod sobą miękki materac, od pasa w dół byłem przykryty aksamitną pościelą, a przy mnie smacznie spały moje dzieci. Głośno oddychając, uspokoiwszy się, pozwoliłem by moja głowa swobodnie opadła na poduszkę. To sen, to był tylko popierdzielony koszmar, powtarzałem sobie w myślach. Ale nie będę kłamał. Boję się. Boję się budzić każdego dnia. Boję się tego, że ten cały pierdolony koszmar, który tym razem jest moim życiem, zaskoczy mnie jeszcze bardziej niż dnia poprzedniego. Przerażało mnie to, że nieważne jak się staram, jak bardzo próbuję pomóc to zawsze komuś dzieje się krzywda – albo mi, albo moim bliskim. Wpatrywałem się w sufit czując jak Pearr, moja kochana córeczka, jeszcze bardziej wtula się we mnie. Nigdy nie byłem ojcem, ale czułem na sobie pewien obowiązek odnośnie ich wychowania. Moja ręka objęła ją delikatnie i koniuszkami palców głaskałem ją po główce.

Odkąd jestem w Ched'Nassad wszystkie noce spędzałem sam. Teraz, od dwóch dni...śpią ze mną me dzieci. Wodne boginki, ishtarska bogini ciemności i syn z innego wymiaru, który co prawda nie śpi ze mną, ale w drugiej komnacie, ale kto by to liczył, nie? Zastanawiasz się pewnie drogi czytelniku (o ile ktoś to w ogóle czyta), w jaki sposób wpakowałem się w te gówno? Jakim cudem 87 letni ishtar (co na ludzkie lata przekłada się jakbym miał ok. 17-18 wiosen), nie mający kobiety przy boku może mieć już piątkę dzieci? Jak to się wszystko spierdoliło? I kiedy? Zacząłem się zastanawiać czy me obecne życie, to nie jest jakiś żart, kreowany przez Bogów. Zresztą jedną już wkurwiłem, więc może to to? Kurwa….pozwólcie, że zacznę wszystko od początku. Chociaż nie wiem czy was to w jakiś sposób interesuje. Ale…. jebać to.

 

*******

Od czego by tu zacząć, pewnie się zastanawiacie, nie? No cóż. Przyszedłem na świat w dość ubogiej, by nie powiedzieć, plebejskiej, rodzinie. Ojciec jest zwykłym kowalem, a matka akolitką bogini Shadyi. Do wojska wstąpiłem dość młodo i zastanawiam się kto właściwie po kogo wyciągnął swoje łapska. Ja po nich czy armia po mnie? Nie ważne. W każdym bądź razie, na wskutek wielu zbiegów okoliczności, a także dużej dozy szczęścia, ostatecznie nie skazano mnie na karę śmierci i nie wykonano wyroku, za napaść na oficera komisji poborowej, ale postanowiono zaciągnąć w szeregi elitarnej grupy zwanej „Egzekutorami”. Kolejne lata, trwało to jakieś 20 lat, upływały wyłącznie na szkoleniu. I trzeba powiedzieć, że szło mi to bardzo dobrze. Ja ciągle byłem żywy (co samo w sobie jest ogromnym sukcesem jeżeli chodzi o naszą społeczność mrocznych elfów, zwanych też ishtarami), a instruktorzy byli ze mnie zadowoleni. Jednak pewnego dnia...wszystko się zmieniło. Zobaczyłem ją. Myrune. Nie ukrywam, że został trafiony strzałą miłości przez pieprzoną Sunrlissę. Ale w tym dniu me życie się zmieniło. Nie będę wam dalej opowiadał tych cholernych banałów – próba zaimponowania jej, w końcu pojawia się szansa, udaje się mi itd. W międzyczasie wydarzyło się sporo różnych rzeczy. Sam straciłem prawą rękę, która została zastąpiona runicznym egzemplarzem, zainteresowała się mną bogini magii, przy okazji uczestniczyłem w dwóch zamachach stanu, światowej wojnie przeciwko potężnym Necronom i jeszcze paru pojebanym akcjom. Potem przyszedł jakże krótki odpoczynek, który został parę tygodni temu brutalnie przerwany…

 

Jeżeli ktoś ci powie, że wobec drugiej osoby jesteś odrobinę zazdrosny, paranoiczny i w ogóle powinieneś dać jej trochę więcej przestrzeni to wiesz co? Miej to w dupie. Oczywiście ja byłem i zawsze będę zazdrosny o swoją ukochaną. Złamanie ręki jakiemuś frajerowi za podszczypywanie twej dziewczyny to chyba oznaka zdrowego i kochającego mężczyzny, nie? Bo tak kiedyś zrobiłem. Ale nie byłem odrobinę paranoiczny, co skutkowało późniejszymi wydarzeniami. Pewne informacje ignorowałem uważając, że to….bzdury lub coś co wkrótce się poprawi. Jednak ja zignorowałem za dużo znaków, które były mi dostarczane praktycznie pod nos. Konsekwencje tego były dramatyczne. Na przyjęciu wydanym przez moją ukochaną dokonano na mnie zamachu, nieudanego oczywiście, bo czytacie me słowa. Z hukiem wyleciałem przez okno i wylądowałem w rzece, znaleźli mnie łowcy niewolników, którzy zaciągnęli do siebie. Uciekłem stamtąd zabijając kilku frajerów, którzy próbowali mnie powstrzymać i tak o to znalazłem się w Ched'Nassad. No dobra, ucieczkę zawdzięczam Felere Levirr, mej dawnej przyjaciółce, która na nowo jest bliską mi osobą. Od niej dowiedziałem się wielu rzeczy. Wybuch kolejnej już wojny domowej, próba przejęcia władzy nad tą częścią Podmroku. Czyli standard jeżeli chodzi o naszą społeczność. Jebany standard...

Jednak nie to było najgorsze. Myrune zawiązała liczne sojusze, które zaczęły zagrażać naszemu bezpieczeństwu. I trzeba było zacząć je powoli eliminować, tak aby ostateczna konfrontacja była dużo łatwiejsza.

I mi się to udawało. Unieważniłem jej sojusze z Illithidami, Beholderami... Zapobiegłem odkryciu przez nią kolejnych Zwierciadeł Mroku, potężnych artefaktów, które dają ogromną siłę. Nie będę kłamał, teraz ja jestem "właścicielem" tych luster. Przy okazji dowiedziałem się pewnego szokującego faktu. Przez te kilka lat kiedy żyłem w związku z Myrune, byłem pewien, że tak jak ja jest jedynaczką. Jednak rzeczywistość jest dużo bardziej pokręcona. Cesarzowa Harishan, poprzednia władczyni Shadovlandu, jak się okazało miała DWIE córki (bliźniaczki). No kurwa dobrze, że się w ogóle dowiedziałem o tym. Jednak ta druga siostra była za bardzo pojebana i została wepchnięta i zapieczętowana w innym wymiarze. Marune, bo tak ona miała na imię, czekała wiele lat aż w końcu udało się jej skontaktować ze swoją siostrą. Wtedy ją tak ogłupiła, że...wykorzystując magię opętała jej ciało, a ją wrzuciła na swoje miejsce do innego wymiaru. Tak więc przez jakiś czas, jak się okazało, żyłem z jej siostrą. Świetne odkrycie. Nie ukrywam, że nie chciałbym z nią zakładać rodziny. Zbyt jebnięta.

Oczywiście później działo się jeszcze gorzej, ale już nie z nią. Ostatnie wydarzenia były mocno posrane. Teraz mam inny cel, na tę chwilę. Muszę uratować drogą dla mnie osobę (kolejną, bo mam ich parę). Tak to jest gdy nie potrafię trzymać języka za zębami. A gdy coś palnę to nie ja obrywam, ale inni. Dużo pracy przede mną. Kurwa mać...

 

Jednak zastanawiacie się pewnie, skąd te dzieci? Podczas ostatniej podróży, gdy przemierzałem jaskinie beholderów, natrafiłem na trójkę dość dorosłych wodnych boginek, które otworzyły dla mnie przejście prowadzące do mego celu. Niestety ceną za to był powrót ich do bycia dziećmi. W zamian za przejście zobowiązałem się do opieki nad tą trójką. Nie mogłem ich przecież zostawić tam na dole, prawda? Potem natrafiłem na syna, Shadyona. Tu historia jest jednak bardziej posrana, bowiem Shadyon...został zabity. Zginął z rąk potężnej i praktycznie nieśmiertelnej istoty zwanej Tysiącem Twarzy. Chłopak przybył z innego, równoległego wymiaru aby mnie chyba zabić, tak sądzę. Zamiast tego trafił na bestię, która go zabiła. Udało mi się jednak dobić targu z tym Bytem. W zamian za pewne artefakty, które mu oddałem, wskrzesił on zarówno chłopca jak i pewnych poszukiwaczy przygód, którzy także polegli z jego ręki. Oprócz tego dostałem też Boginię Shadyę, jedną z najważniejszych bogiń ishtarskiego panteonu. Została ona porwana przez tę istotę i tak długo trzymana w niewoli, że stała się niemowlakiem. Tak więc kurwa w jedną praktycznie godzinę zaadoptowałem piątkę dzieci. Ma się ten rozmach, nie?

 

*******

Od czasu gdy powróciłem do miasta Ched'Nassad z piątką dzieci stwierdziłem, że przyniosły mi one wewnętrzny spokój, bo o tym zewnętrznym mimo wszystko mogłem tylko pomarzyć. Budzony rano przez rozkoszną czwórkę (a raczej trójkę, bo niemowlak płakał, że chce jeść) i obserwowany z pogardą przez piątego uznałem, że takie coś mi się podoba. Zaganiałem dzieciaki najpierw do kuchni, gdzie przygotowywałem im wszystkim posiłek, wysłuchując jak się kłócą i dokazują sobie nawzajem. Jadłem razem z nimi śniadanie, a potem zapędzałem do łazienki, gdzie czwórkę szorowałem, a niemowle oddawałem pod opiekę służek i kapłanek, które same domagały się bardziej aktywnego uczestnictwa w życiu młodej bogini. Po skończonym myciu i ubraniu ich każde z dzieci ruszało do „swego” opiekuna (jakby nie wystarczył mi fakt, że ja jestem ich ojcem. A oni jeszcze biegali do cioć…). Pearr biegła do Felere, która jako cesarzowa tego miasta zrobiła na niej imponujące wrażenie i z całą stanowczością oznajmiła, że jak dorośnie to chce być taka jak ona. Głupiutkie dzieciątko, nie wie co mówi. Ale to taki wiek, że dzieci lubią mówić głupotki. Perree szła do Yanery, która przy pomocy drewnianego mieczyka bawiła się z nią w Wojowniczki i Księżniczki zaś Shadyon szybko biegł do Veishy, która była chyba jedyną osobą w zamku, która go rozumiała. I akceptowała jego nawyki żywieniowe, bo ja za cholerę tego nie mogłem wytrzymać… Ze mną została Peorra. Cholera, co to za rozkoszne dziecko jest… Brałem ją na barana i wychodziliśmy razem do ogrodu, spędzając czas w taki sposób, że sam nigdy tego nie doświadczyłem. Podświadomie robiłem to czego zawsze pragnąłem jako dzieciak? Jednak każda sielanka musi zostać przerwana. Jedna ze służek podeszła do mnie i z ukłonem wręczyła mi pewną kopertę.

- Od cesarzowej Levirr – powiedziała tylko.

Rozerwałem papier znajdując w środku list.

- Szkoda. Myślałem, że może jakieś pieniądze dla mnie abym sobie coś kupił. Albo dla kowali za nową rękę. Lub na ciuchy. Tyle wydatków mnie czeka… - stwierdziłem rozczarowany. Na żaden kupiecki, finansowy dokument to nie wyglądało. Otworzyłem list i przeczytałem jego zawartość.

 

Jak znajdziesz nieco czasu, przyjdź do mojego gabinetu. Chcę ci kogoś przedstawić.

Felere

 

Jak to będzie kolejne dziecko do opieki to zabiję i ciebie i jego, pomyślałem gniotąc list i chowając do kieszeni.

Kiwnąłem głową i ruszyłem z moim maluchem najpierw do Yanery, której oddałem pod opiekę Peorrę. Razem z nią w Wojowniczki i Księżniczki bawiły się też Pearr, Shadya i Perree. Przez kilka sekund patrzyłem na tę zabawę stojąc w progu. Nigdy nie myślałem, że ma podopieczna tak dobrze radzi sobie z dziećmi. Zapunktowała u mnie po raz kolejny. Dobrze też wiedzieć, że tak dobrze się czuje i po ostatnim urazie ani śladu. Zamknąłem drzwi i ruszyłem do komnaty Felere, gdzie znalazłem się po minucie. Gdy zapukałem do drzwi nie czekałem na jej odzew. Wszedłem od razu. W środku oprócz cesarzowej była jeszcze jedna osoba. Tej kobiety nie znałem.

- Dostałem list. O co chodzi? - spytałem na wstępie, bez jakiegokolwiek "dzień dobry" czy "pocałuj mnie w dupe, skarbie".

- A więc to on – powiedziała nieznajoma elfka i skierowała swe spojrzenie na mnie. Nie byłem pewien czy ona mówi o mnie więc się rozejrzałem dla pewności. Nie, nikogo obok mnie nie było więc z pewnością musiała mówić o mnie. Zresztą Felere jej wyjaśniła chwilę potem kim jestem i to, że dziewczyna jest kimś ważnym z Sylvenorry i wie coś przydatnego dla nas. Super.

- No, witam cię – rzuciłem, machając ręką. Podszedłem bliżej biurka Felere z rękami w kieszeni. - Fajna informacja, ale zdajesz sobie sprawę, że teraz na demony nie pójdę? Mówiłem Ci już Felere, teraz liczy się tylko i wyłącznie Avril. Mortsitki. Chcę tam wyruszyć jak najszybciej - powiedziałem dobitnie. Najlepiej dzisiaj wieczorem. Będzie jeszcze okazja aby pobawić się z dziećmi i ogarnąć sprawunki dla siebie. Nie wiem tylko czy one mnie w ogóle słuchały. Zaproponowały one nagle abym zaopiekował się gościem. Lekki grymasik pojawił się na mej twarzy, a jęk wyrwał się z ust. W sumie nie pomyliłem się za bardzo co do pierwszej myśli odnośnie odczytanej wiadomości...

- Z całym szacunkiem, ale naprawdę Felere? Przecież mi dopiero co na głowę spadła piątka dzieci, a ty mi dajesz do niańczenia szóste dziecko? - na spokojnie zlustrowałem sylwetkę nowo poznanej ishtarki - No dobrze, przepraszam. Mocno wyrośnięte dziecko. Do ciężkiej kurwy, ja jeszcze muszę udać się do kowali, magów w sprawie mej ręki. Kapłanki mi żyć nie dają, a teraz jeszcze mam się opiekować twoim gościem? I gdzie bym ją zaprowadził? "Proszę bardzo, tutaj w tym zakładzie kowalskim dostanę nową rękę"? Zresztą nie wiem jakbyśmy mogli się lepiej poznać. - dopiero teraz uświadomiłem sobie, że moja lewa, runiczna ręka jest schowana pod ubraniem. Wyglądam trochę jak...jednoręki. Co nie do końca jest fałszem, bowiem rzeczywiście jakby nie patrzeć...to jest sztuczna łapa. Z dużą pewnością siebie usiadłem na krawędzi jej biurka.

- Ty naprawdę chyba kochasz mi zajmować czymś życie, nie? Zresztą nie sądziłem, że tak będziesz spędzała czas z Pearr. Mała się w tobie prawie że zakochała. Tylko nie wpychaj jej do główki swoich poglądów, dobrze? Jest za młoda na to. Ale... - spojrzałem na Xilaye - mogę twoją przyjaciółkę oprowadzić po mieście, sam nie wiem co w sumie mogę jej pokazać. Właśnie Felere, pytanie do ciebie odnośnie Mortsit. Czego właściwie mogę się u nich spodziewać? Jakieś pomysły i domysły? - spytałem się, zwróciwszy wzrok na cesarzową.

 

Edytowane przez manfret

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2hx5ycp.jpg2hfnmrp.jpg

 

Felere pokiwała głową.

- Tak, pamiętam o naszej Avarielce, ale mamy też wojnę do wygrania. Cóż, nie będę ci nakazywać czym masz się konkretnie zająć – powiedziała – Dostajesz tylko informacje. Nie powiedziałam, że masz tam teraz wyruszać – dodała unosząc brew i uśmiechając się szyderczo

Obie elfki wysłuchały tego, co masz do powiedzenia w sprawie oprowadzania.

- On tak zawsze marudzi? – zapytała Xilaya

- To nasza chodząca bomba zegarowa. Nigdy nie wiadomo, kiedy nastąpi jego wybuch – skomentowała Felere i spojrzała na ciebie – Nie dramatyzuj – syknęła – To nic wielkiego. To tylko małe oprowadzenie.

Czarodziejka zachichotała, gdy wspomniałeś o Pearr i jej zadurzeniu.

- Jest całkiem urocza. Podoba mi się jej próby naśladownictwa  i jestem pewna, że wyrośnie na prawdziwą mroczną damę – zażartowała – Jeszcze zobaczysz, co wam pokaże. Dziękuję – dodała

- Mam nadzieję, że to nie będzie nudna wędrówka – powiedziała Xilaya

- Nie wiem, jakie informacje o Mortsit ci się przydadzą. To kapłanki bólu, więc z ich strony spodziewaj się zaklęć i innych rytuałów. Strzeż się przede wszystkim ich głównej broni. Agiela. Może przypominać pałkę dla samotnych pań, ale wystarczy jeden jego dotyk, byś dosłownie skonał z bólu. Kilka uderzeń może pozbawić cię przytomności. Dobre z nich kokietki i specjalistki od tortur. Uważaj na nie. Nie pozwól się otoczyć – rzekła Levirr

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Maren.jpg?i_dim=1366x768&app_id=web-clie

Maren Kras'kotha

 

Na słowa odnośnie Avarielki tylko wywróciłem oczami. No tak, "sucza" Felere doszła do głosu i jak zawsze musi pocisnąć mej skromnej osobie. Ale nie dałem tego po sobie poznać. Niech nie ma z tego jakiejkolwiek przyjemności. Pozostało mi tylko cicho westchnąć, na znak dezaprobaty jej zachowania. I tej całej Xilayi...

- Marudzę, marudzę... Ja wcale nie marudzę! - rzuciłem zażenowany. Znowu zostałem tak nazwany, "bomba zegarowa"! Kurwa, ja nie jestem żadną bombą zegarową! Mam po prostu dość tego wszystkiego, że wszyscy dookoła mnie wiedzą jak coś powinno być zrobione! Nigdy nie pytają się mnie o zdanie, a potem biegną do mnie z płaczem i prośbami o pomoc. Zszedłem ze stołu i odwróciłem się do dziewcząt.

- Do cholery, co wszyscy uparli się z tą "bombą zegarową"? "Nigdy nie wiadomo kiedy nastąpi jego wybuch" - rzuciłem przedrzeźniając Myrune. Na słowa o dramatyzowaniu nic już nie powiedziałem. W sumie, trochę to tak mogło zabrzmieć. No dobra, punkt dla ciebie. Ale kwestia Pearr....

- Nic z tego. Żadna mroczna dama. Nie próbuj tego z nią, bo dam ci szlaban na wizyty z moją córką. Nie pozwolę abyś mi ją deprawowała, jasne? To niewinne dziecko i takie ma pozostać. A pokaże mi wiele miłych zachować i rzeczy. Zobaczysz. - powiedziałem tonem kończącym dyskusję na temat mej córki.

Czy to będzie nudna wędrówka to zależy od ciebie, pomyślałem odwracając się do nowo poznanej.

- Zależy gdzie chcesz pójść i co zwiedzić. Sam tego miasta za bardzo nie poznałem. Felere nigdy nie ma czasu by mnie oprowadzić - rzuciłem. Po chwili znowu mój wzrok skierowałem na Felere.

- Nie wiem za kogo mnie uważasz. Nie mam zamiaru pozwolić im na przeprowadzenie tortur na mnie. Jedną jakiś czas temu zajebałem. Jak one zaczną kozaczyć to szybko wylądują w piachu. - po tych słowach zacząłem kierować się w stronę drzwi prowadzących na korytarz jej pałacu. Już miałem nacisnąć klamkę, gdy ma dłoń się zatrzymała.

- Co do Avril... Gdybyś ty była na jej miejscu, też rzuciłbym wszystko by cię uratować. Nie mam zamiaru pozwolić by przebywała nie wiem tak długo. Nie ma jej z nami wystarczająco długo. Więc zrób coś dla mnie. Znajdź lokację, gdzie przebywa Srebrna Smoczyca. Podobno ona może ją przywrócić. Z tego co słyszałem ma, o ironio, jakiś zatarg z Morsitkami. Ale tego się dowiemy. Chcę do niej wyruszyć jak najszybciej. Jutro wieczorem, albo pojutrze to tak najpóźniej. Więc proszę cię, znajdź jej lokalizację. A co do ciebie Xilayo... - zerknąłem na nią - spotkajmy się przed głównym wejściem. Za 15 minut. Odwiedzę tylko swe dzieci i możemy pójść na to...zwiedzanie miasta. Do zobaczenia - powiedziałem, naciskając klamkę i opuszczając komnatę cesarzowej Ched'Nassad, kierując się do pomieszczenia, gdzie przebywa czwórka moich dzieci z Yanerą. Może po drodze jakoś napotkam piątego, z Veishą.

Edytowane przez manfret

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2hx5ycp.jpg2hfnmrp.jpg

 

 

- To twój znak rozpoznawczy. Ciesz się, że z tym cię obecnie kojarzę… - powiedziała Felere uśmiechając się pod nosem – Reagujesz impulsywnie, może dlatego nazywamy cię bombą – dodała czarodziejka.

Gdy padły słowa o wychowanie Pearr, Felere zrobiła minę niewiniątka

- Wcale jej nie deprawuję, a próbuję jedynie pomóc, by młoda poradziła sobie w podmroku i jego zwyczajami – powiedziała na swoją obronę. 

Rozmowa coraz bardziej się rozkręcała. Felere wyglądała na nieco spiętą, a nowo poznana Xilaya obserwowała waszą dwójką.

- Pomyślmy – zaczęła Levirr – Mieliśmy kilka pilnych  spraw do załatwienia i był nawet ATAK na miasto, a później wyruszyłeś po zwierciadło mroku oraz następnie do tuneli obserwatorów

- Widzę tu jakieś stłumione napięcie miedzy waszą dwójką. Powinniście je uwolnić – zaproponowała Xilaya

- Że co? – zapytała Felere, mrużąc przy tym swe oczy – Coś ci się pomyliło, moja droga. Porozmawiamy sobie o tym na osobności – dodała gniewnie mrużąc oczy

Xilaya tylko uśmiechnęła się szyderczo i lekko przykrzywiła głowę.

- A niech mnie! Felere Levirr właśnie się zarumieniła! – rzekła podekscytowanym tonem

- Grabisz sobie – warknęła Felere, po czym przeniosła swoje spojrzenie na ciebie – Doceniam to, że rzuciłbyś wszystko i ruszył mi na ratunek. Pamiętaj jednak, że układy ze smokami nie należą do bezpiecznych i nawet taki ktoś, o takich talentach, jak ty, może tego wszystkiego nie przełknąć. Dostaniesz swoje informacje. Daj mi trochę czasu

Zebranie zostało ostatecznie zakończone.

Odprowadziłeś się sam, wiedząc przy tym, gdzie następnie pójdziesz. Czas zobaczyć się z dziećmi.

****

13zv3bl.jpgi6gms3.jpg

Bawialnia była pomieszczeniem, w którym swój czas spędzały rozchichotane boginki, mała dama ciemności i wiecznie naburmuszony Shadyon. Perree, Pearr i Peorra  bawiły się z Yanerą.  Opiekunka i dzieci podzieliły się rolami. Perre wraz z Pearr były wojowniczkami, a Peorra, Yanera i Shadya księżniczkami, które uczyły się walki. Drewniane mieczyki poszły w ruch, a wraz z nim chichoty i tupot stóp. Znalazł się także Shadyon, który siedział przy kominku i przeglądał księgę – pewnie jeden ze zbiorów Felere.

- Tatooo! – krzyknęła Pearr i pobiegła natychmiast do ciebie – Dołączysz do nas?  Yanera i Peorra będą miały zaraz pasowanie! – powiedziała z wyraźnym przejęciem w głosie

Edytowane przez Obi

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

5dTRikI.jpg

 

Nie interesowało mnie już co jeszcze mają do powiedzenia Felere i Xilaya. Kulturalnie, najbardziej jak tylko potrafię, opuściłem pomieszczenie. Z dala od tej pieprzonej polityki. Nie sądziłem, że to powiem, ale miałem już jej serdecznie dość. Poważnie, chciałem już wyjechać gdzieś, zostawić to wszystko w cholerę. Ale nie mogłem, no kurwa po prostu nie mogłem. Najpierw ogarnąć tutaj te wszystkie sprawy. Zajebać kogo trzeba. A potem....wolność.

Zwolniłem przed bawialnią, gdzie siedziały moje dzieci. Nie ma potrzeby wchodzić tam w pośpiechu. Dla nich zawsze mam czas i nie trzeba się śpieszyć. Zapukałem raz, chwyciłem za klamkę i wszedłem do środka. Najstarsze dziecko siedziało i czytało jakąś księgę, a najmłodsze... cóż, one bawiły się w to co umieją najlepiej. Ale, że Yanera je aż tak ogarnia? Naprawdę mi imponuje!

- Moje kochanie! - zawołałem łapiąc Pearr i podnosząc ją wysoko, całując ją w policzek - A w co się bawicie? - spytałem podchodząc bliżej.

- Uuuuu, księżniczki i wojowniczki? I co? Yanera będzie pasowana na wojowniczkę? Pewnie wspaniale się spisuje i Jej Wysokość jest z niej dumna, prawda? - spojrzałem na swoją podopieczną - Doprawdy, ciężko mi powiedzieć kto jest teraz twoim mistrzem. Ja czy one? Nie spodziewałem się, że masz takie predyspozycje do opieki nad nimi. Imponujesz mi - dodałem kładąc córeczkę na podłogę.

- I co, kim bym był? Czarnym rycerzem, który przybył porwać jedną z władczyń, ale wojowniczki stają mu na drodze? - rzuciłem propozycję. Zabawa zapowiada się fajnie, ale nie mogę ignorować jednego osobnika, który od początku daje mi w kość. Szkoda, że gdy go uratowałem to przez krótką chwilę był nawet troskliwy o mnie. Potem jednak to się zmieniło.

- Co czytasz Shadyonie? Coś ciekawego? - zwróciłem się do swego syna, chcąc nawiązać z nim jakąś nić. Ciut trwalszą od tego co jest...

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Uśmiechnięta od ucha do ucha Pearr szybko odwzajemniła całusa.

- Oczywiście! Yanera będzie najwspanialszą wojowniczką na świecie! – odpowiedziała z przekonaniem twoja córka.

- Wiesz, to nie jest takie trudne, jak się miało do czynienia już wcześniej z dziećmi – odparła Yanera – Czasami trafiały już do nas takie młodociane adeptki w takim wieku, jak te szkraby. Były to najczęściej dzieci ulicy – dodała

- Chcesz być złym? – zapytała Pearr – Oni często giną. Dość szybko – dodała

- Wojowniczki nie pozwolą, by jakiś zły, czarny rycerz porwał im księżniczki! – zarządziła Perree

- Gugugugugug! – dodała Shadya

- Zaraz przyniosę  hełm i miecz – zaproponowała Pearr, po czym pobiegła do jednej ze skrzyń, stojących tuż przy samej ścianie dziecięcej bawialni

Shadyon spojrzał dość obojętno-obrażonym spojrzeniem.

- Poznaję tajniki wiedzy, które są zabronione dla takich osłów jak ty – warknął, po czym powrócił swojej lektury

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Maren-%20mniejszy.jpg?i_dim=1366x768&app

 

Dziewczynki naprawdę dobrze się bawiły. Cieszyło mnie to. Kto jak kto, ale one zasługiwały na dobre dzieciństwo. Bardzo pochłonęła je ta zabawa. Zastanawiałem się tylko jak Shadya ma być wojowniczką skoro ledwo stoi na swoich nóżkach, a przeważnie to siedzi. A tu jeszcze ma machać mieczykiem. Czy się nie przewróci podczas tej czynności? Jeżeli chodzi o zabawę z córkami....to pozostało mi tylko i wyłącznie wybrać rolę jaką mam odegrać.

- Wiesz kochanie, ktoś tu musi pełnić rolę "tego złego". A z tego co widzę to obsada dobrej strony jest już zajęta więc ktoś musi być...tym złym, nie? - spytałem się uśmiechając do dzieci, a przy okazji delikatnie rozczochrując fryzurę Pearr. Cholera, ja kocham to robić. - I spokojnie, ten Czarny Rycerz nie zamierza szybko odchodzić.

Z drugiej strony ten cholerny syn... Naprawdę to jest moje dziecko? Mój bachor z innego wymiaru? Bogowie, przecież to straszne! Kto go tak wychował?! Albo i nie wychował?! To przerażające, przydałby mu się klaps. Albo i dwa. Lub porządny wpierdol aby nabrał do ojca szacunku. Każda opcja jest dobra...

- I uważasz, że ty dasz sobie radę z tą tajemną wiedzą? Odważne słowa jak na kogoś w twoim wieku - rzuciłem, wracając do dziewczynek. Stwierdziłem, że jak klęknę to będzie tak...odpowiednio. W sensie dorównam im wzrostem.

- Pewnego dnia, gdzieś daleko, było sobie pewne królestwo. - zacząłem opowiadać - Rządziły tam piękne i mądre księżniczki, a były one chronione przez równie piękne i wspaniałe wojowniczki. Jednak pewnego dnia do ich krainy przybył potężny Czarny Rycerz, który pragnął przejąć ich ziemie. A poza tym, zastanawiał się, którą z tych wspaniałych kobiet porwać. - wyszczerzyłem zęby w szerokim uśmiechu. Rozejrzałem się po uczestnikach zabawy.

- No to co? Czarny Rycerz może być? Która pierwsza stanie naprzeciw niego? Która będzie próbowała uratować swoją kochaną księżniczkę? - próbowałem dodać do tego efekt mrocznego śmiechu, bo taki zawsze pasuje do Czarnego Rycerza. - Pearrciu, podaj dla taty jakiś hełm. Niech się zacznie zabawa!

Edytowane przez manfret

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- Ej, tato! Zostaw moje macki. Kiedyś cię poparzą – powiedziała Pearr, zamykając oczy przy tym czochrańcu  - Dobrze! Niech Czarny rycerz tu zostanie! Złożymy go w ofierze dla mackowatej Pani! – rzekła z łobuzerskim uśmieszkiem na twarzy

Shadyon spojrzał na ciebie, po czym rzekł bezemocjonalnym tonem

- Proszę cię… ojcze – rzekł elf, krzywiąc się lekko przy wypowiadaniu ostatniego słowa -  Takie księgi czytałem jako lektury do poduszki lub po mordowaniu kolejnych kochanek prawdziwego taty – rzucił syn

Dziewczynki wraz z opiekunką z uwagą słuchały wstępnej opowieści i obserwowały wejście czarnego rycerza, który otrzymał drewniany miecz i hełm.

- Ja! Ja uratuję Shadyę! – oznajmiła Perree i stanęła w pozycji bojowej.

Miecz trzymała w obu dłoniach. Dziecko zmarszczyło nieco brwi i zrobiło tym bardziej skupioną minę

-Agaaaaa- krzyknęła Shadya

- Za księżniczkę Shadyę! – krzyknęła Perree  i ruszyła do ataku

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FWhMFPc.jpg

 

W sumie rzeczywiście zapomniałem o tym, że boginki za bardzo włosów nie mają. Tylko macki. Owszem, są one urocze i fajne w dotyku, ale jednak to nie to samo co włosy. Będzie trzeba coś innego wymyślić jeżeli chodzi o czochranie dziewczynek. Może dmuchanie w brzuszek?

- Trudno skarbie, to się sparzę. Ale dla Was warto. - odparłem odwzajemniając uśmiech dla córki, która ruszyła po rzeczy dla mnie - Ha! Żadna mackowata Pani mnie nie dostanie! - zawołałem. Zaraz, chwila. Jaka mackowata Pani? O kim mówią? Spojrzałem na boginki. One mają macki. A! Czyli pewnie one potem mnie dostaną po zabawie! Ha, taka zabawa mi się podoba.

Na słowa syna już nic nie powiedziałem. Mały psychopata. Kurwa, kupię mu smycz i kaganiec. Jak kiedyś miała Veisha w więzieniu w Shadovlandzie. Przyda mu się.

- Dobrze! A więc postanowione! - zawołałem lekko modulując głos, aby był taki mroczny jak u Czarnego Rycerza. Taki "mhroczny" - Czarny Rycerz stawie do walki z małą wojowniczką! Pokaż mi co potrafisz, dzielna wojowniczko! Stań do walki, obroń swoją księżniczkę!! - rzuciłem do Perree, będąc na klęczkach. W zdrowej dłoni znalazł się drewniany mieczyk. Nie chcę przesadzić. To są dzieci. Delikatnym ruchem wytrącę jej zabawkę z ręki, wykorzystam siłę by położyć ją na podłodze i ogłoszę się zwycięzcą pierwszej walki. No i jakiś całus dla pokonanej, niech wie, że tata ją kocha.

Edytowane przez manfret

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Wytrącenie drewnianej zabawki z rąk Perree przyszło dość z łatwością, choć mała próbowała kombinować na swój sposób. Pierwsza została położona. Na szczęście nie wykorzystałeś za dużo siły i nikt na tym nie ucierpiał. Całus oczywiście został przyjęty, a Perree cicho chichotała, by następnie udać pokonaną.

- Wojowniczki, pomścijcie mą śmierć! – powiedziała, słabiutkim głosem

- Do ataku! – krzyknęły Pearr i Peorra

-Agaaaaa! – dodała Shadya

Dwie boginki z krzykiem ruszyły na ciebie i zaczęły swój pojedynek. Mała Shadya machała rączkami i drewnianym mieczykiem. Z jej dłoni wystrzeliły dwie czarne wstęgi, które uformowały się w cieniste podobizny Perree.

-Ggugugugu- rozkazała im Shadya

Cienie ruszyły w twoim kierunku. Zostałeś otoczony przez czwórkę wojowniczek.

Ich uderzenia nie były silne ani bolesne.  Dzieci wiedziały, że jest to tylko zabawa.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FWhMFPc.jpg

 

 

Walka się rozpoczęła. Perree dość gładko została pokonana przeze mnie. Chichotała, leżąc na ziemi.

- Ha! Czarny Rycerz znowu tryumfuje! - zawołałem gdy córeczka domagała się bycia pomszczoną - Doprawdy, dzielna wojowniczko? Wierzysz, że twe siostry dadzą mi radę? - spytałem. Na polu walki znalazły się Pearr i Peorra. Ha, dwie na jednego, łatwizna. Problem polega na tym, że Shadya chyba za bardzo tę zabawę potraktowała poważnie. Dwie cieniste podobizny Perree? No tego nie grali.

- Aha! A więc widzę, że księżniczka postanowiła także dołączyć do tej potyczki? Nie bój się, zaraz Czarny Rycerz cię pokona i będziesz należała do niego! - zacząłem rozglądać się po polu bitwy. Co zrobić? Boginki pewnie zostaną pokonane jak ich siostrzyczka. A cieniste podobizny? A, postaram się je wchłonąć. Wtedy Shadya zostanie sama i nic nie stanie mi na przeszkodzie do ostatecznego zwycięstwa!

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Pearr i Peorra nie zamierzały tak łatwo ulec, jak ich ukochana siostrzyczka, Perree. Dziewczynki zgrabnie unikały twoich prób powalenia na ziemię. Towarzyszył temu chichot  i uśmieszki.

W końcu jednak, udało ci się pokonać i wojowniczkę, i księżniczkę. Cieniste stworzenia zostały z łatwością przez ciebie wchłonięte. Widząc ten krok, mała Shadya zaczęła głośno płakać.

Boginka cieni uderzała drewnianą zabawką o podłoże.

- Ehhhh no i koniec zabawy – westchnęła Perree – Ostatnio, jak zaczęła płakać to robiła to przez kilka godzin. Pamiętasz, tato? – zapytała twoja córka

- Nieeeeee, bawimy się dalej – zawołała Pearr – Yanera i Shadya są wciąż żywe! – dodała

- Dokończmy zabawę. Prrroszę – zaćwierkała Pearr

Yanera próbowała uspokoić Shadyę. Twoja uczennica łaskotała ją, rozśmieszała robiąc śmieszne minki czy nawet tłumacząc jej, że stworzonym cieniom nic się nie stało.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FWhMFPc.jpg

 

Tatuś dobrze się bawił. Bawił się wręcz bardzo dobrze. Tak dobrze, że można powiedzieć iż zapomniałem o wszystkich moich problemach. Siostrzyczki walczyły dzielnie, ale nie miały w końcu żadnych szans. Jeden, porządny przytulas położył je na podłodze. Oczywiście te agentki tym razem stawiały lepszy opór niż Perree, trudniej było je złapać. Jednak koniec końców tatuś znowu był górą. Pozostała ona.... najmłodsza członkini rodu Kras'kotha, która uroczo gawędziła. W końcu jednak Shadya postanowiła wziąć sprawy we własne małe rączki. Przywołała 2 małe cienie, które... lekko mnie zaniepokoiły. Nie spodziewałem się, że ten brzdąc potrafi takie czary. Szybko jednak zneutralizowałem zagrożenie wchłaniając jej cienie. I stało się coś czego nie przewidziałem. Mała wybuchła płaczem. No kurwa mać...

Szybko przerwałem udawanie i zerwałem się na nogi, podbiegając do Yanery.

- Ja ją wezmę, proszę - powiedziałem do niej, biorąc na ręce córeczkę. - Cichutko kochanie, nie płacz. Nic się nie stało twoim cieniom, naprawdę. Zobacz sama. Spójrz - wskazałem na część podłogi, gdzie jeszcze 30 sekund temu stały cienie Perree. Skupiłem w sobie cienistą część mocy zwierciadła aby stworzyć tamte klony. Powinno się udać. Z pewnością się uda. Jestem w końcu najlepszy.

- No już, wytrzyj kochanie oczka - powiedziałem gdy cienie już powstały. Koniuszkami palców wytarłem jej łezki z twarzyczki. Zacząłem ją delikatnie kołysać aby poczuła się lepiej.

- Lepiej już skarbie? Wiesz, że tatuś nie skrzywdziłby twoich cieni - zbliżyłem swoją twarz do jej twarzyczki. Delikatnie swój nos otarłem kilka razy o jej nosek, uśmiechając się do niej.

- I jak? Lepiej Ci kochanie? Jesteś dużą dziewczynką, a one nie płaczą, prawda? - pocałowałem ją w policzek na uspokojenie. Jeżeli to ją uspokoiło to..... MOŻNA KONTYNUOWAĆ ZABAWĘ!! Ale tylko jeżeli się uspokoiła.

- HAHAHA! Widzisz dzielna wojowniczko?! - głos Czarnego Rycerza wrócił, gdy odwróciłem się do dziewczyn - Twe wojowniczki poległy, a księżniczka jest już w moich rękach! Jest pod moim zaklęciem! I nic nie możesz z tym zrobić, Yanero! - mroczny śmiech zabrzmiał.

Edytowane przez manfret

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Yanera podała małą księżniczkę, która oczywiście była już obśliniona i zasmarkana. Nie udało jej się na początku uciszyć. Ishtarka płakała i dawała całkiem niezły popis swojego wokalu. Dodatkowo zauważyłeś, jak jej biała oczne pokrywają się czarną, wręcz diabelską mgłą i ten sam efekt występował u Perree.

- Mistrzu! Shadya robi coś z  Perree! – powiedziala

Perree już nie chichotała. Boginka wody zbladła nagle i położyła się na podłodze.

Efekt minął. Shadya skupiła swoją uwagę na tobie i twoich słowach. Przestała płakać, a jej oczy wróciły do dawnego stanu.

Przywołane nowe cienie nie odstawały od wcześniejszych oryginałów. Shadya to kupiła. Uśmiechnęła się i gaworzyła już po swojemu.

-Aguhyuadlajmfj – powiedziała

Płacz ustał i mogliście kontynuować zabawę, choć mała wyglądała na zaskoczoną, że nie mogła sterować własnymi cieniami. Widziałeś, jak zbierają się łzy do jej oczu.

Yanera na wszelki wypadek chwyciła w dłonie dwa drewniane mieczyki.

- Księżniczka szkoliła się w walce dwoma mieczami – odparła – Nie podda się tak łatwo, Czarny Rycerzu –dodała, a na jej twarzy błądził przebiegły uśmieszek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FWhMFPc.jpg

 

Zabawa miała trwać dalej, ale to jak się dalsza część gry potoczyła całkowicie mnie przeraziła. Niby nic, niby wszystko cacy, ale zacząłem się zastanawiać czy jej gwałtowne zbladnięcie jest czymś naturalnym dla wodnych boginek czy może coś się popierdzieliło już totalnie moim oczom? Perree wyglądała tak jakby jej zdrowie nagle się pogorszyło, prawie upadła na podłogę. Gdy zerknąłem na córkę, którą trzymałem na rękach dostrzegłem, że jej oczy są....pokryte mgłą? Cholera, ona próbuje coś zrobić dla Perree! Po chwili jednak ta cała mgiełka zniknęła, a jej oczy wróciły do normalności. Perree też odzyskała swój kolor. Jednak dla najmłodszej brak kontroli nad cieniami był smutnym odkryciem i wyglądało na to, że znowu zacznie płakać. A co jeżeli znowu jej oczy będą czarne?

- Chwila przerwy, Yani. Najpierw sprawdźmy Perree. Zabawa poczeka moje kochane. - powiedziałem, sprawdzając co u swej córeczki - Perree, kochanie, w porządku? - spytałem dotykając dłonią jej czoła. Chyba było wszystko w porządku...tak mi się wydaje. Skupiłem teraz swoją uwagę na Shadyi.

- Ej, kochanie, spójrz na mnie - patrzyłem córeczce prosto w oczy. Kurwa, prawie dziewięćdziesiąt letni mroczny elf bierze na poważną rozmowę córkę. Córkę, która ma na ludzkie lata lekko ponad roczek. No kurwa....

- Shadyo, popatrz na mnie. Czemu się denerwujesz? Nie wolno tak się zachowywać - zacząłem mówić tonem mędrca, który stara się wyjaśnić dziecku co robi źle. Bez krzyku. Zacząłem z nią chodzić po pokoju, mówiąc cały czas aby nie obserwowała reszty rodziny.

- Kochanie, najmocniej cię przepraszam za te cienie. Ale to nie powód aby tak się zachowywać. Jesteś dużą damą moja droga i takie zachowanie jest czymś poniżej twej godności. Posłuchaj mnie, a co ty na to aby tatuś kupił ci jakąś zabawkę, co? - spojrzałem na resztę rodziny - Co wy na to aby pójść na spacer po mieście? Wszyscy razem. Boginki, Shadya, Shadyon i Yanera. Niczym rodzina, co? Bo widzę, że Shadya nas zaskakuje co raz bardziej - szepnąłem do swej uczennicy - Kupię coś dla was wszystkich - dodałem. Bogowie, czego się nie robi aby uspokoić swe dzieci.... Lekko podrzuciłem Shadyę.

- Co ty na to? Jakiś pluszowy pajączek? A może pluszowa bogini cienia? - spytałem się dziecka.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz