L'riot

Krok Pierwszy - Odcienie Szarości (L'riot & Sheila)

40 postów w tym temacie

Zebrali się nad jej grobem w milczeniu.

Część przyszła ją pożegnać z grzeczności, część z przyjaźni, jeszcze inni by powspominać opowieści o jej przygodach - tych kilku prawdziwych i tych wszystkich, które ożywiła jej wyobraźnia.

Były też one, jedyne, które przez te wszystkie lata pamiętały jej sekret…

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Lost Girls

Kraina 0 - Ziemia

Brązowe Drzwi

Godzina 17:43

 

Pogrzeb był skromny i było na nim niewiele osób.

Pierwszymi, którzy odeszli byli przyjaciele rodziny. Potem ich własne rodziny. Na koniec zostały już tylko one, stojąca w pewnym oddaleniu obsługa z domu pogrzebowego i pokryta cienką warstwą ziemi  trumna w dziurze.

Ciocia Sill, właściwie Silje Grey, była specyficzną osobą.

Ekscentryczka i podróżniczka. Była pilotką i lubiła palić fajkę. W rodzinnym domu była bardziej gościem niż domownikiem. Ilekroć wracała z wypraw przywoziła ze sobą fantastyczne opowieści. Kiedy były dziećmi sadzała je sobie na kolanach i godzinami snuła opowieści o odległych krajach. Nie dało się jej nie lubić

Mawiała, że wszystko ma swój czas i każda dobra rzecz się kiedyś kończy.

A teraz stały nad jej grobem z pustą trumną.

Antarktyda - cel jej ostatniej wyprawy - była jej grobowcem.

Była gdzieś tam pomiędzy rozpadlinami, pośród lodu, zamarznięta na zawsze.

Było dokładnie tak jak chciała. Jak być powinno.

Wiele razy mówiła, że kiedyś wyjedzie i nie wróci.

Oczywiście wtedy wszyscy się z tego śmiali.

Stały jej grobem ściskając kurczowo ostatnią przesyłkę jaką dla nich zostawiła.

Dziennik i klucz.

Miły pan z firmy Cole and Sons, przekazał im je wraz ostatnią wolą cioci Sill.

Zgodnie z jej życzeniem dom, o wdzięcznej nazwie Zachodnia Willa, stał się ich własnością.

Zachodnia Willa.

Pamiętały ten dom. Jako małe dziewczynki spędzały w nim prawie każde wakacje.

Dom.

Dom i drzwi…

Drzwi fascynowały je odkąd sięgały pamięcią.

Zwykłe drzwi na poddaszu i niewielki mosiężny  klucz zawieszony na gwoździu wbitym w framugę. Jedyne miejsce, do którego ciocia zabraniała im wchodzić. Więc one, oczywiście, musiały tam wejść.

Nie dane im nawet było przekroczyć progu.

To był jedyny raz kiedy ciotka była naprawdę zła.

Potem klucz już nigdy nie wisiał przy drzwiach na poddasze. A niedługo potem zniknęły same drzwi i nikt o nich nie wspominał. Jakby ich tam nigdy nie było.

Ale one pamiętały.

Pamiętały drzwi i korytarz, którego nie powinno za nimi być, a który jednak tam był.

Edytowane przez L'riot

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

W6vT1ab.png

Lee Adelheid Ceres

 

Gdzie zawędrowałaś tym razem?

 

Starała się płakać, naprawdę bardzo się starała i to, że dusza za nic sobie miała te wysiłki zaczynało być frustrujące.

Bo przecież nie tak być powinno. Ludzie płaczą na pogrzebach. Po to są te wszystkie obrządki, psalmy i wzruszające słowa. Mają kierować emocje, uwalniać je, pomagać. Dlatego Lee bardzo starała się grać w to jak trzeba. Wygłosił kilka słów na nabożeństwie i wypadły nawet dobrze. Pocieszała ojca jak mogła. Pomagała matce z organizacją pogrzebu. Starała się myśleć o ciotce, wspominać ją i liczyła że w którymś momencie to zadziała.

Że wreszcie coś poczuje.

Że zapłacze.

Że dotrze do niej co się stało.

Nie. Nic z tego. Irytująco suche oczy.

 

Sill wyruszyła gdzieś, oczywiście sama i to była po prostu kolejna podróż. Może tylko bardziej straszna i niesamowita niż te poprzednie.

Nie przyśle już pocztówki, nie będzie telefonu, zabawnej fotografii do albumu ani pamiątkowego bibelotu.

Wiedziała. Rozumiała co to znaczy. I nic.  No dobrze, było jej przykro. Smutek sączył się we wspomnienia, dotąd czyste i radosnych. Tyle. Oczekiwała czegoś więcej. Jakiegoś ciężaru, rozpaczy, strachu, tak szumnie opiewanej refleksji nad kruchością życia.

Nic. Cisza.

Tylko delikatny szum wiatru, który sprawiał że jej włosy przypominały tańczące macki pijane ośmiornicy latając na wszystkie strony i czepiając się każdej dosłownie rzeczy.

Szuranie łopaty kiedy ziemia spadała na pustą trumnę.

No i to jedno pytanie którym przerzucały się jak piłeczka od dzieciństwa.

 

Gdzie zawędrowałaś tym razem?

 

Obciągnęła czarny żakiet zapięty ciasno jak kaftan bezpieczeństwa.

- Hej - odezwała się zerkając na siostrę, czuła się trochę mniej pewnie niż zazwyczaj.

Dlaczego właśnie one dwie? Zadawała sobie to pytanie odkąd prawnik wcisnął jej do ręki kopertę i wyjaśnił co w niej jest.

- Masz ochotę… może odpuścimy sobie sernik babci i polityczne tyrady pijanego wujka Philla… - Standardowe atrakcje, których nie mogło zabraknąć na żadnym zjeździe rodziny. - I… skoczymy do Zachodniej Willi?

Wskazała ruchem głowy kopertę. Czytanie tego na cmentarzu nie wydawało się jej właściwe.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e04dBaO.png

Brieana Ceres

 

Patrzyła na trumnę pokrytą cienką warstwą ziemi i uśmiechała się. Miała w nosie konwenanse, nie przejmowała się tak trywialnymi rzeczami jak stwarzanie pozorów. Śmierć była naturalnym procesem, ten kto się jej obawiał, lub płakał z jej powody, był po prostu małostkowym, krótkowzrocznym idiotą - wedle Brie oczywiście. Łzy można było wylewać nad tymi, którzy umarli z ręki innych, niesłusznie, brutalnie, przedwcześnie oraz nad tą szeroką grupą ludzi, która umierała w szpitalach, przykuta aparaturą medyczną do łóżka, bez możliwości zdecydowania o swoim własnym odejściu. Ciotka, choć ukochana i jej śmierć powinna wywołać smutek, umarła na własnych warunkach, w dzikiej głuszy, gdzie pod nogami skrzypiał śnieg. Zaklęta pod lodem, jak w opowieściach z dawnych lat. Brie uważała, że to dobra śmierć, taka jakiej ciotka by chciała, taka na jaką zasługiwał każdy, kiedy tylko nadejdzie jego pora.

 

Brieana zerknęła na Lee, która chciała wyglądać dobrze. Ciasna, czarna garsonka, tak bardzo różniła się od ciemnych, porozdzieranych na kolanach jeansów i bluzie z kapturem, które wybrała jej siostra. Matka suszyła jej o to głowę, zagroziła nawet, ze Brie nie będzie mogła w takim stroju pojechać na pogrzeb. Na co dziewczyna jedynie uśmiechnęła się pobłażliwie do swojej rodzicieli, zabrała kluczyki do pickupa i bez słowa opuściła dom. Awantura nie ominie jej, po powrocie, po co więc było przejmować się nią w tej chwili. Buntowniczka wsunęła dłonie w kangurowatą kieszeń bluzy i jeszcze raz uśmiechnęła się do pustej trumny, nim skupiła spojrzenie na siostrze. Po sekundzie namysłu skinęła głową.

- Ciocia Sill, miała zawsze dobrą Brandy, nawet wiem gdzie ją chowała. - mrugnęła do siostry, wyciągając kluczyki, zawieszone na breloczku z sokołem i zakręciła nimi na palcu. Brzęk kluczy, zaburzał panującą na cmentarzu ciszę.

- To lepsze od sernika babci, a Zachodnia Willa to najlepszy kierunek. Ale ja prowadzę - dodała, rzuciwszy ostatnie spojrzenie pustej trumnie. Ruszyła w kierunku auta. 

Edytowane przez Lunatyczka

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 Pickup sunął cicho przez ulice Anchorage. Droga mimo, że krótka dłużyła się im.

Wreszcie, kiedy już praktycznie opuściły miasto i znalazły się na skraju parku natury Kincaid, odbiły od Jodhpur Street i dotarły do domu.

 

Zachodnia Willa była starym domem, który wielokrotnie odnowiono. Nie marnując czasu na otwieranie garażu, zostawiły pickupa na podjeździe, weszły pospiesznie po schodkach, płosząc przy okazji jakiegoś zbłąkanego kruka, który grzebał dziobem pomiędzy stopniami i otworzyły drzwi.

Przywitała ich cisza i półmrok.

Dokładnie tego się spodziewały, ale i tak miały wrażenie, że nie tak powinno być. Wszędzie powinny palić się światła, a w powietrzu powinny czuć zapach fajki ciotki, którą przypadkiem zawsze paliła, po czym szybko gasiła, kiedy ją odwiedzały.

Siedziałaby w salonie, przy tlącym się kominku, w którym miała zwyczaj palić niezależnie od pory roku, witałaby je uśmiechem oraz herbatą i ciasteczkami z marmoladą.

Odsunęły ciężkie zasłony i wpuściły do środka ostatnie promienie słońca znikającego za drzewami. Zdjęły z mebli białe zasłony, którymi ciocia chroniła, dosłownie wszystko, przed kurzem podczas swoich wyjazdów.

Usiadły przy stoliku kładąc na nim kopertę z dokumentami mówiącymi, że Zachodnia Willa jest ich własnością, mosiężny klucz i dziennik.

Kiedy go otworzyły dwie rzeczy stały się dla nich oczywiste.

Pierwszą było to, że dziennik był stary. Nawet bardzo.

Drugą był fakt, że nie potrafiły z niego przeczytać nawet jednego słowa.

Brie zaczęła przerzucać na chybił trafił kartki, ale wszędzie było to samo samo pismo. Właśnie miała go zamknąć kiedy spomiędzy stron wysunęła się złożona na dwie kartka białego papieru.

Siostry spojrzały po sobie po czym Lee ją otworzyła.

Wewnątrz zobaczyły, bardzo charakterystyczne, pismo ciotki.

 

Brie, Lee,

wiedziałam, że mój czas się kończy od chwili, w której otworzyłyście Drzwi. To był oczywiście mój błąd, nie wasz, ale teraz jest już za późno i wygląda na to, że nie dane będzie mi tego wszystkiego  naprawić.

Zegar stanął. A Jacob zniknął.

Jeśli przekroczycie próg już nic nigdy nie będzie takie samo.

Może wam uda się znaleźć klucz do dziennika Eliasza, jestem pewna, że tam znajduje się odpowiedź. Zegar musi zostać naprawiony. 3:07 wtedy go zobaczycie.

Tak długo jak nie przekroczycie progu nic wam nie grozi. Jak, a znam was na tyle dobrze by wiedzieć, że tak będzie, przejdziecie przez Drzwi nigdy nie wracajcie nocą do willi. Albo zostańcie na mieście, albo w ogóle wtedy nie opuszczajcie domu.

To przyjdzie nocą, wraz  północnym wiatrem. Nie dostrzeżecie tego. Jest szybkie i niebezpieczne, ale dom was ochroni. Nic nie powinno być w stanie złamać jego zabezpieczeń.

 

Powodzenia.

S.

 

P.S. Nie ufajcie krukom.

Edytowane przez L'riot

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

W6vT1ab.png

Lee Adelheid Ceres

 

Bez ciotki dom wydawał się pusty i nawet te wszystkie znajome sprzęty nie były w stanie zatrzeć tego wrażenia. Mimo to starała się. Zrzuciła żakiet i buty kiedy tylko przekroczyły próg.

Brandy się przydała zwłaszcza w świetle dziwnego listu i dziennika, który wydawał się nie mieć za wiele wspólnego z jakimkolwiek pismem, które widziała. Za to był absolutnie fascynujący! Siedząc na kanapie nie mogła się powstrzymać od przerzucania stron. Poszukiwała wszystkiego co nie miałoby rytmu, normy, bo przecież nawet takie rzeczy jakąś normę miały, każdej dziwnej notatki, obrazka.

- Może zabiorę go na uczelnię, jest tam parę osób, które mogłyby spróbować to odczytać, chociaż w sumie tutaj bardziej mogą nas na coś naprowadzić zdobienia, te inicjały są ciekawe i wydaja się charakterystyczne - zaproponowała przewracając karty. - A jak nie może coś znajdę w bibliotece.

Podniosła wzrok na siostrę i jej oczy wydawały się płonąć jak zawsze kiedy widziała coś co naprawdę chciała zrozumieć.

- Poza tym... jak myślisz ile tego... - Wskazała ruchem głowy butelkę alkoholu. - ...wypiła pisząc ten list? Masz pojęcie co to za zegar? I Jacob?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e04dBaO.png

Brieana Ceres

 

Brie usiadła w ulubionym miejscu, naprzeciw kominka, z nawet nie zakurzoną butelką brandy na stole i dwiema szklankami. Odkorkowała wysoko procentowy trunek i polała niewielką ilość do każdego z naczyń. Jedną ze szklanic podsunęła siostrze, drugą wzięła sama. Przeczesała palcami, czesane wiatrem cmentarnym włosy i wychyliła naczynie. Brandy przyjemnie zapiekła w gardło rozpoczynając swoją drogę do jej żołądka. Zieloonooka dziewczyna uśmiechnęła się, wtulając w miękkie oparcie kanapy. Spoglądała to na dziennik, to na list od ciotki, by co jakiś czas zerknąć na siostrę. 

- Słuchaj.. - zaczęła jak zwykle, kiedy bardzo się w czymś z siostrą nie zgadzała - jakby ciotka chciała żebyś pokazywała ten notes byle belfrowi to by o tym napisała, albo dała nam tłumaczenie? Dziennik Eliasza, jak mniemam stanowił i dla niej tajemnicę, na tyle dużą, że postanowiła przekazać go nam w taki, a nie inny sposób. Jeśli jej się nie udało to sądzę, że dla nas, jest jeszcze za wcześnie. - stwierdziła tonem znawcy. W jej głowie rozświetliły się miejsca odpowiedzialne za myślenie o polowaniu, bo tym własnie dla niej było rozwiązanie tajemniczej zagadki - polowaniem. 

- Napisała, że zegar pojawi się o 3:07, myślisz, że AM czy PM? Co prawda, nie mam nic specjalnego do roboty dzisiaj, ale czekanie do trzeciej nad ranem by się przekonać ile w słowach ciotki było prawda, a ile alkoholowego bajdurzenia nie jest sposobem na spędzenie idealnego dnia - mruknęła, znów upijając bursztynowego trunku. - i te drzwi.. Wiesz, gdzie je schowała? Może poszukamy, skoro to wedle listu od nich wszystko się zaczęło? - psotny błysk w oku Brie znaczył, że na pewno ma już jakiś niecny plan. 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

W6vT1ab.png

Lee Adelheid Ceres

 

- To że jej nie udało się go rozszyfrować nie znaczy, ze my mamy nie próbować i czekać aż rozwiązanie spadnie z nieba. A od czegoś trzeba zacząć. - wywróciła oczami. - Z taki podejściem ludzkość dalej siedziałaby z gołymi tyłkami przy ogniskach i kombinowała co i jak się robi z tym całym krzemieniem - stwierdziła, pakując dziennik do torby z mocnym postanowieniem, że koniecznie się tym zajmie. - Nie mam pojęcia o której ma się pojawić, ale chyba będzie trzeba sprawdzić obie godziny. Osobiście stawiam na AM skoro mamy unikać po zmroku tego domu. - wstała z kanapy. - A dom i tak trzeba obejrzeć, sprawdzić czy wszystko w porządku i ocenić ile nas będzie kosztowało utrzymanie. Równie dobrze możemy poszukać drzwi.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Dom obejrzały szybko i pobieżnie. 

Wszystko wydawało się być na swoim miejscu i to im chwilowo wystarczyło. I tak cały czas myślały tylko o jednym...

Weszły schodami na poddasze, minęły łazienkę oraz zapasową sypialnię i skierowały swe kroki w stronę składziku obok, którego przez ostatnie lata była tylko pusta ściana i okno wychodzące na ogród za domem.

Ujrzały Drzwi, drzwi, których być nie powinno bowiem musiały prowadzić donikąd - chyba, że na zewnątrz domu.

Proste, brązowe, z mosiężną klamką i zamkiem.

Kiedy ostatni raz je widziały, ile to było… Z dziesięć lat temu? Wtedy wydawały się być takie wielkie. Brieana, jako ta młodsza i mniejsza, musiała wdrapywać się po ramionach siostry by w ogóle móc dosięgnąć klucza na gwoździu.

Gwóźdź wciąż był wbity w framugę.

Brie dotknęła ich.

Poczuła pod dłonią wypolerowane drewno.

Spojrzały po sobie. Któraś z nich, a może obie na raz, skinęła głową.

Lee wsunęła klucz do zamka i przekręciła. Przez chwilę miała wrażenie jakby metal w jej dłoni ochłodził się o kilka stopni.

Nacisnęła klamkę i pociągnęła drzwi do siebie.

A za nimi…

Krótki korytarz, czy też raczej duże półpiętro. Naprzeciw nich balustrada za którą było jakieś ogromne wnętrze. Na podłodze kolorowy dywan. Migotliwe światło sączące się gdzieś z góry.

Wyjrzały przez drzwi.

Na ich półpiętrze, w niewielkich odstępach widniało troje drzwi. Każde z drewna o innym kolorze. Najbliżej, po lewej, były Zielone. Nieco dalej Szare. A po prawej Czerwone.

Półpiętro kończyło się wyłożonymi dywanem schodami pnącymi się w górę - po lewej, oraz w dół - po prawej.

Było to coś na wzór dużej, pozbawionej okien wieży, wewnątrz, której biegły pnąc się, opadając i rozdzielając się schody. Wszystkie stykały się, kilkadziesiąt metrów niżej i wyżej, na sporych, biegnących wzdłuż ścian, półpiętrach. Te które były w stanie dostrzec także miały w ścianach Drzwi.

Nie sposób było stwierdzić z czego ta budowla była zbudowana bowiem każdą ścianę pokrywały obrazy. Od ogromnych, większych niż którakolwiek z nich, przez typowe portretówki, aż do miniaturek wielkości dłoni, wszędzie wisiały obramowane przeróżnymi ramami obrazy. Wszystkie bez wyjątku ukazywały samotną kobietę odwróconą plecami do artysty, w stroju pasującym do ukazywanego przez obraz otoczenia. Miała rozwiane czarne włosy i na każdym była na innym tle, czy to morza, pustego rynku, ścieżki w lesie, zapierających dech w piersiach ruin czy  innym.

Migotliwe światło wydobywało się z wiszących gdzieniegdzie na schodach kandelabrów z lampami gazowymi.

Patrzyły przez chwilę oniemiałe na otaczającą je niemożliwość. Dopiero kiedy spojrzały po sobie zauważyły, że nieświadomie przekroczyły próg i stały, po drugiej stronie drzwi, na swoim półpiętrze.

Drzwi, ich drzwi, od tej strony w kolorze brązowym, zaczęły się zamykać. Złapały je niemal jednocześnie, zatrzymując je nim zdążyły się zamknąć i zatrzasnąć klucz od strony willi.

Ich gwałtowny ruch wywołał dźwięk, który rozniósł się echem wokoło.

Po chwili echo oddaliło się gdzieś hen, hen, daleko, a one zostały same w towarzystwie czwórki kolorowych Drzwi, odgłosu spalanego gazu i szumu wiatru dobiegającego z wnętrza willi, do której przytrzymywały Drzwi.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- Czerwone? - Spytała siostry Lee. Jednocześnie wyjęła klucz z drzwi i puściła je.

- A nie szare? - Odpowiedziała jej Brie. Także puściła drzwi i pozwoliła się im zamknąć. Na próbę nacisnęła za klamkę i próbowała je pchnąć.

Drzwi ani drgnęły. 

Lee schowała klucz - najwyraźniej ich jedyną drogę do domu - głęboko do kieszeni. - Możemy zajrzeć za oba i zdecydować! - Powiedziała z entuzjazmem.

Brie skinęła głową i tak też zrobiły.

Szare drzwi otworzyły się do środka starego, pokrytego warstwą kurzu i pozbawionego własnego oświetlenia, wysokiego korytarza z białego kamienia o podtrzymywanym smukłymi, strzelistymi kolumnami wachlarzowym sklepieniu.  Gdyby nie wpadające ze Schodów światło widziałyby jedynie jego koniec - kamienną ścianę, po bokach której, z niewidocznych korytarzy czy też wnęk, sączyła się odrobina światła słonecznego. Ściany, mimo że pozbawione zdobień zdawały się idealnym dziełem natchnionego architekta.  Powietrze było suche, czuły woń kurzu i starych ksiąg.

Za czerwonymi drzwiami ujrzały także nieco zakurzone, orientalne wnętrze. Kamienne ławy pod ścianami rzeźbione były w smoki i feniksy, ściany ozdabiały wyblakłe freski przedstawiające bogów, a może bohaterów, toczących walki z fantastycznymi przeciwnikami przywodzącymi nieco na myśl elfy. Powietrze było świeże i orzeźwiające, o nieco cierpkim smaku i zapachu traw i ziół. Było ciepło, dużo cieplej niż w na Schodach, czy Zachodniej Willi. Musiały znajdować się gdzieś wysoko. Może na wieży, lub w budynku zbudowanym na górze. Okna z rzeźbionego drewna i półprzejrzystej, gdzieniegdzie popękanej, a gdzieniegdzie zupełnie nieobecnej,  substancji,  wychodziły na skalistą, poprzecinaną wijącą się wstęgą rzeki i złotymi wstążeczkami dróg, skąpaną w promieniach dwóch wschodzących słońc górzystą wyżynę, porośniętą szmaragdowozieloną trawą i czymś co przypominało srebrzystobłękitne bambusy. Nieco dalej piętrzyły się majestatyczne góry.  

 

Edytowane przez L'riot

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e04dBaO.png

Brieana Ceres

 

Panna Ceres stała oniemiała. Człowiek, który spędza sam godziny w dziczy jest świadkiem rzeczy niezwykłych. Pięknych, przerażających i nie do wyobrażenia. Ten kto widział pikującego sokoła nigdy tak samo  nie spojrzy na wróbla. Ten kto patrzył w oczy sarny, tuż przed śmiercią nigdy więcej nie spojrzy na kawałek  mięsa tak samo. Ten kto w oddali dostrzeże polującą watahę wilków, nigdy więcej  nie spojrzy na psa w taki sam sposób. Natura rozpieszczała, jednocześnie co chwilę przypominając o swojej brutalności. Brie była jedną ze szczęśliwców, którzy mogli powiedzieć, że ją znają, że odkryli niektóre sekrety natury i świat stał się dla nich odrobinę przyjemniejszy. Jednak nic nie mogło przygotować jej na to, co ujrzała za szarymi drzwiami. Gdyby nie Lee, Brie nie miałaby oporów i już w chwilę po ujrzeniu wnętrza surowej, kamiennej budowli, przekroczyłaby próg drzwi. Jej mózg nie zdążyłby zareagować i wysłać do jej członków sygnału, że to nie może być prawda i coś się tutaj dzieje.. coś niezwykłego i przerażającego. Jednakże ruch, który wykonała siostra, by otworzyć czerwone drzwi, sprawił, że Brie wyszła z własnej głowy i całym jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Zaskakująco był to jeden z tych przyjemnych dreszczy podniecenia, rozlewający się ciepłem w dole brzucha. Buntowniczka mieszkająca wewnątrz dziewczyny, zapiszczała z radości.

Popatrzyła  na siostrę z głupkowatym uśmiechem na wargach spoglądając na to co siostra odkryła za czerwonymi drzwiami.

- Ja stawiam na szare - stwierdziła, jakby, to co właśnie się tutaj stało było całkowicie normalne. Zielone oczy śmiały się.

Edytowane przez Lunatyczka

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

W6vT1ab.png

Lee Adelheid Ceres

 

Lee nie miała pojęcia co ciotka dodała do tej brandy ale to był mocny towar. Ciekawe czy w domu zostawiła gdzieś namiary na dealera? - to było pierwsze co jej przyszło do głowy. Na imprezach zdarzało się jej brać różne rzeczy, oczywiście z czysto antropologicznych powodów i nigdy w okolicach zawodów. Pilnowała się bo trener wywalił ją z drużyny gdyby wiedział. Nigdy jednak nie miała jeszcze po niczym aż takiego odjazdu.

Bo to musiał być sen, prawda? Bo jeśli nie jest… to było to największe odkrycie wszechczasów. Tak czy inaczej Lee miała ochotę piszczeć z radości i lecieć gdziekolwiek byleby przed siebie.

Jednak co nagle to po diabeł. Może i kiedy usłyszała o tym jak odeszła Sill w duchu coś powiedziało jej że też by tak chciała. Tylko, kurcze, może nie dzisiaj?  

- Wolałabym na razie czerwone, nie mamy latarki, a przy szarych przydałaby się. Nie mamy w ogóle sprzętu,  rozsądnie byłoby po coś wrócić. Po latarki, wodę, apteczkę i parę innych rzeczy. Ciotka miała tego od cholery - stwierdziła rozglądając się po korytarzu.

Powinna też mieć zapasowe spodnie.

- Trzeba znaleźć coś do blokowania drzwi, bo do tych nie mamy klucza. O tym że przydałby się aparat nie wspomnę. Idziemy do obu, trzeba tylko ustalić kolejność.

To że idą nie podlegało dyskusji. Byle szybko zanim to im wywietrzeje z głowy,  jednak bycie naćpanym nie uprawniało do bycia lekkomyślnym.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e04dBaO.png

Brieana Ceres

 

- Niech każda idzie po to co uważa, że powinnyśmy zabrać. Nie powinnyśmy się powtórzyć, bo jeśli jedna coś zabierze, druga już nie będzie mogła - po chwili namysłu stwierdziła Brie podchodząc do brązowych drzwi prowadzących do wnętrza willi. Poczekała, aż Lee otworzy je uprzednio schowanym kluczem, a potem ruszyła na poszukiwania przydatnych rzeczy. Od razu poszła do garażu, gdzie ciotka trzymała plecaki i inne walizki. Wzięła więc jeden wygodny plecak, jakich sama używała idąc na weekendowe polowanie w głuszę. W garażu ciotki znalazła linę do wspinaczki z uprzężą i trochę wapna w woreczku, co postanowiła zabrać ze sobą. Pałatka, w neutralnym zielonym kolorze, również przykuła jej oko i także znalazła się w plecaku. Brie wzięła jeszcze niewielkiego multitoola ze skrzynki z narzędziami, zapałki i zapalniczkę. Nie chcąc się przeciążać wszystko inne pozostawiła na swoim miejscu i udała się do auta. z paki swojego zdezelowanego pick upa wzięła łuk myśliwski z sześcioma strzałami, nóż, który głównie służył jej do oprawiania zwierząt, ale nadawał się również jako broń, a poprzez ząbki był świetny do cięcia drewna. Ze schowka zabrała rękawiczki bez palców, ducktape'a i trzy paczki sucharów, które zawsze woziła ze sobą. Ze sterty śmieci po fastffodach wygrzebała kompas, z fluorescencyjną tarczą, tak by był widoczny i nocą oraz swoją lornetkę. W plecaku było jeszcze trochę miejsca, nastolatka postanowiła więc wrócić do wnętrza domu i z barku zabrała nieotwartą jeszcze butelkę whiskey. Pakując się śmiała się cicho pod nosem, bo to było głupie co właśnie robiła, ale jednocześnie instynkt przetrwania podpowiadał jej, że własnie tak powinna zachować się wobec niestworzoności tego co wraz z Lee spotkały za drzwiami.

Na szczęście ona sama była ubrana wygodnie nie potrzebowała więc się przebierać. Znając siostrę, wiedziała, ze ta w pierwszej kolejności zabierze apteczkę i tego typu rzeczy, oszczędziła więc sobie drogi do łazienki i pakowania leków, bandaży i innych rzeczy na wypadek, gdyby jednak za szarymi drzwiami nie było przyjemnie. W ostatniej chwili zgarnęła lampę naftową wiszącą na haczyku przy drzwiach prowadzących na tył domu. Z dolnej szafki przy drzwiach wyjęła butelkę nafty, napełniła lampę, a resztę schowała do plecaka. Nie odpalając na razie źródła światła, zarzuciła plecak na plecy, a lampę chwyciła w rękę. Tak gotowa zaczekała pod brązowymi drzwiami na siostrę pełna nerwów i podniecenia. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

W6vT1ab.png

Lee Adelheid Ceres

 

Swoje poszukiwania Lee zaczęła od szafy ciotki. Gdziekolwiek prowadziły drzwi na pewno nie należało tam chodzić w spódnicy, rajstopach i boso. Sill była wyższa niż Lee, jednak coś z jej szafy powinno pasować.

Kiedy otworzyła garderobę uderzyła ją mieszanina zapachów. Kulki na mole, płyn do płukania i delikatna woń perfum ciotki sprawiły że na chwilę oczy zaszły jej mgłą.

Ona już tu nie wróci. Pomyślała patrząc na bordowy sweter i kwieciste ogrodniczki, na krzywo ustawione na dnie szafy czółenka, jakby jeszcze niedawno ktoś niedbale zrzucił je ze stóp.

Sill nie było, czy nie powinna zostawić po sobie czegoś więcej niż bałaganu i wypowiadanego w myśli: przynajmniej zrobiła to na własnych warunkach.

Lee spojrzała na plecak leżący na dnie szafy i poczuła jak ucisk żalu ustępuje czemuś innemu.

Na górze były drzwi, a ona musiała wiedzieć co jest za nimi. Potrzeba siedziała głęboko w jej duszy i nic nie mogło się z nią równać.

Zgarnęła bure ogrodniczki, wygodne trekkingowe buty, nie były idealnie dopasowane ale po chwili biegania za reszta zaopatrzenia stwierdziła że raczej nie powinny zrobić jej krzywdy.

Ostatecznie w plecaku wylądowała apteczka, dwie butelki wody, paczka krakersów, płaszcz przeciwdeszczowy, sweter, latarka i zapasowe baterie.

Kiedy spotkała się z siostrą przy drzwiach taszczyła jeszcze dwa stojące zegarki.

- Pomóż mi je zsynchronizować - poprosiła. - Jeden zostanie w domu, drugi w tym dziwnym korytarzu, biorę jeszcze swój naręczny. Po godzinie wrócimy i sprawdzimy czy czas się na wszystkich dalej zgadza - I czy to czego się napiliśmy jeszcze nam z głowy nie wywietrzało - Jeśli tak…

Uśmiechnęła się szeroko.

Kilka minut potem ruszyły do szarych drzwi.  

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Ponownie otworzyły szare drzwi.

Gdy tylko przekroczyły próg ich kroki wzburzyły kurz, który uniósł się w powietrzu. Lee odruchowo dotknęła białego kamienia. Był chłodny w dotyku i gładki. Brie ruszyła przodem, ostrożnie stawiając kroki. Szły w stronę końca korytarza, gdzie z obu stron wpadało do niego światło.

Parę chwil później za ich plecami bezgłośnie zamknęły się Drzwi i nagle zrobiło się o wiele ciemniej.

Nie było sensu zapalać światła więc szły dalej. Woń starych książek stała się jeszcze silniejsza. Wręcz natarczywa.

Po kilkunastu metrach dotarły do końca korytarza. To co pierwotnie wzięły za ścianę było tak na prawdę bokiem dużego regału, który stał na przedłużeniu korytarza. Sam korytarz kończył się otwierając się na spore pomieszczenie o niewiele wyższym sklepieniu co sklepienie korytarza. Niewielkie okna umieszczono tuż pod sufitem. Światło wpadało do pomieszczenia akurat ze strony, z której dochodził do niego korytarz. Stojąc za ścianą regału nie widziały całego wnętrza. To co widziały kazało im myśleć, że pomieszczenie było okrągłe i wypełnione regałami, na których ułożono zwoje. 

Jak tylko wyszły zza regału i stanęły w sali trzy rzeczy stały się jasne. 

To ewidentnie była jakiegoś rodzaju biblioteka bądź archiwum.

Nie była zakurzona.

I nie były w niej same.

Jakaś postać, w pierwszym momencie myślały, że to kobieta, o długich związanych czerwoną tasiemką ciemnych włosach, w eleganckiej, obszywanej srebrem, białej tunice, białych rajtuzach i ciemnych trzewikach, stała przy pulpicie, pochylając się, przy kilku palących się świecach, nad jakimś zwojem.

Postać musiała zauważyć je kontem oka bowiem podniosła głowę i spojrzała na nie podnosząc brwi z zaskoczenia. Wpatrujący się w nie mężczyzna był młody, choć chyba starszy od nich. Okazując pewne braki w dobrym wychowaniu, dosłownie, zmierzył je wzrokiem od góry do dołu i z powrotem.

-Och, wybaczcie. - Zreflektował się po chwili. - Nie chciałem się gapić. - Skinął głową jakby je witał. - Wasze stroje... - Zrobił gest dłonią, który idealnie współgrał z wyrazem zakłopotania na jego twarzy. Było coś dziwnego w sposobie w jaki mówił. - Są... Niezwykłe. - Wybrnął dyplomatycznie. Przez chwilę, co także można było wyczytać z jego twarzy, jego ciekawość walczyła z manierami. W końcu ciekawość zwyciężyła. - Nie chcę przeszkadzać w poszukiwaniach - najwyraźniej uważał, że są tu, jak on, w poszukiwaniu jakichś zwojów - ale z którego kraju sąsiadującego z Bliźniaczymi Królestwami pochodzicie?

Spojrzał na nie pytająco, a one wreszcie uświadomiły sobie co było nie tak z jego sposobem mówienia. Słowa, które wymawiał, słyszały je na tyle dobrze by wiedzieć, że pomimo iż rozumieją każde z nich, to były one wypowiadane w nieznanym im języku.

 

 

Edytowane przez L'riot

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

W6vT1ab.png

Lee Adelheid Ceres

 

Gapiła się szeroko otwartymi oczami na wszystko wokoło usiłując w jednej chwili pochłonąć absolutnie każdy szczegół biblioteki. Ręce swędziały ją i sama podziwiała siebie za to, ze jeszcze nie złapała za żaden ze zwojów chociażby po to żeby się przekonać jakim alfabetem są wypełnione. Gapienie nieznajomego nie przeszkadzało jej zupełnie, w sumie sama nie była wiele dyskretniejsza. To wszystko było coraz bardziej jak sen, w którym wiesz i rozumiesz wszystko i nic zarazem.

- Dzień dobry, jestem Lee Adelheid Ceres, a to moja siostra Briene, miło mi widzieć tutaj kogoś... żywego - dygnęła, bo to jakoś bardziej jej pasowało do okoliczności. -My... właściwie to się zgubiłyśmy i szukamy wskazówek, które mogłyby nam powiedzieć gdzie właściwie jesteśmy. To... bardzo pomogłoby w nawigacji.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Młody mężczyzna zmarszczył brwi i przekrzywił lekko głowę jakby miał problemy z zrozumieniem tego co Lee powiedziała.

Nie by nie rozumiał jej słów, obie słyszały - ku swojemu zaskoczeniu - jak Lee mówi w tym samym języku co one.

- Znajdujecie się Panie w starych archiwach w Białej Wierzy Syna Ostrza Włóczni. - To ostatnie było najpewniej czyimś imieniem. Przyglądał im się z coraz większym zainteresowaniem i niedowierzaniem, jakby nie mógł pojąć tego, że one mogą nie wiedzieć gdzie są. - I... - Przyłożył palce do ust. - Przepraszam. - Pokręcił głową. - Ale... - Zamilkł ponownie prowadząc wewnętrzną walkę. - Ale jak Panienki mogą nie wiedzieć gdzie są? Nie, nie rozumiem. Czy zgubiły się Panienki podczas... - Szukał odpowiedniego słowa. - Zwiedzania? Gdzie, jeśli mogę spytać, widziały Panienki ostatnim razem swojego "opiekuna"? - Słowo, którego użył bardzo skomplikowane i niosło za sobą wiele znaczeń: opiekun, ale jednocześnie ojciec lub inny męski członek rodziny, a zarazem strażnik i obrońca. - Mogę pomóc Panienkom wrócić do tamtego miejsca. Jestem pewien, że ktoś się o Panienki niepokoi. - Teraz był autentycznie przejęty i szczerze pragnął im pomóc.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

W6vT1ab.png

Lee Adelheid Ceres

 

Lee uśmiechnęła się szeroko trzymając się zasady że jeśli coś powie z całkowitą pewnością siebie, tak jakby było naturalne inni wcale nie uznają cię za wariata. Z resztą w sumie kwestionowanie poczytalności w narkotycznym śnie było bez sensu. Więc z uroczym uśmiechem jaki wypraktykowała przez lata liceum oznajmiła.

- Nie miałyśmy opiekuna. Przyszłyśmy z za szarych drzwi. - Wskazała ruchem ręki kierunek.

Cóż, jeśli tu mnie aresztują to pewnie nie trafi mi do akt? - pomyślała. - Trener wywaliłby mnie z drużyny.

Chociaż jakie to miało znaczenie skoro miała po prostu halucynacje?

Edytowane przez mroczek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e04dBaO.png

Brieana Ceres

 

Lee radziła sobie świetnie, zresztą jak zawsze, jeśli chodziło o kontakt z ludźmi. To ona była tą dobrą córką, posłuszną, wiedzącą co powiedzieć, nie sprawiającą problemów, po drugiej stronie była Brie, krnąbrna, nieposłuszna, jak kot chodząca własnymi drogami, nie przepadająca za ludźmi. Były jak dwa płatki śniegu, stworzone z tego samego, a jednak zupełnie od siebie różne. 

Brie w czasie gdy druga panna Ceres próbowała udobruchać ich rozmówcę rozglądała się uważnie dookoła, starając się znaleźć coś znajomego, może jakiś symbol, kształt, coś co mogłaby skojarzyć z rzeczami, które z podroży przywoziła ciotka. Jednocześnie w głowie szukała opowieści o podobnym miejscu, na pewno musiała im coś mówić, zapewne nie dosłownie i przełożyła ten świat na nasz obecny, umiejscawiając to w jakimś kraju Arabii, gdzie kobiety winny mieć opiekuna. Problem polegał na tym, że opowieści ciotki było nieskoniecznie wiele,a czas płynął nieubłaganie. 

 

 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Młodzieniec zdębiał.

- Za szarych drzwi... - Powtórzył za Lee niczym echo. - Em... Przepraszam, ale nie rozumiem. To znaczy, rozumiem - poprawił się - drzwi w szarym kolorze, ale... - Przypatrywał się im jakby nie mógł się zdecydować czy to żart, jakieś problemy kulturowe czy też po prosty było z nimi coś nie tak.

 - Szare drzwi czyli wejściowe, tak? -  Spytał powoli, kiwając lekko głową jakby oczekiwał, że Lee mu przytaknie. - To musiały Panienki mijać straże, dziedziniec... Tu się bardzo trudno zgubić tak po prostu. Jeśli Panienki potrzebują pomocy, to, ja, to znaczy my, możemy poprosić kogoś o pomoc. - Odsunął się o krok od stolika. - Możemy powiadomić dowódcę gwardii o problemach Panienek. - Nie dodał "jakiekolwiek by one nie były", ale miał to niemal wypisane na twarzy.

Tymczasem Brie usilnie rozglądała się próbując usilnie znaleźć cokolwiek co w tym miejscu mogłoby, choćby na siłę, być znajome. 

Ale nie.

Tylko regały, zwoje, stare, zakurzone księgi i niemal nagie ściany pokryte delikatnymi freskami przedstawiającymi drzewa, gwiazdy i inne takie.

Ogólnie miejsce, w którym się znajdowały przypominało jej skrzyżowanie planu zdjęciowego Ladyhawke i Nieskończonej Opowieści z jakimś filmem o Królu Arturze, z tym, że wyglądało dużo bardziej autentycznie.

Jednym uchem słuchała odpowiedzi mężczyzny, ale coś innego nie dawało jej spokoju. To było to uczucie kiedy ma się świadomość, że się coś wie, coś istotnego, ale zupełnie nie można sobie tego przypomnieć.

Podeszła bliżej do ozdobionej ściany i nagle coś zaskoczyło.

Brie niemalże wybałuszyła oczy.

To nie były jakieś tam drzewa i gwiazdy. To było bardzo charakterystyczne drzewo i siedem gwiazd ułożonych w krokiew nad nim.

Herb. Powtarzany wielokrotnie herb.

Białe drzewo i siedem gwiazd...

Jeśli to było to.

TO!?

Najwyraźniej znalazły się w archiwum w Białej Wieży Ectheliona?

W Minas Tirith?

 

Edytowane przez L'riot

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

W6vT1ab.png

Lee Adelheid Ceres

 

- Nie mam pojęcia, czy są wejściowe, ale szczerze mówiąc nie sądzę. Jeśli pan chce mogę je panu pokazać - zaproponowała lekko. - Jeśli ich widok nic panu nie powie to może wtedy zawiadomimy straże?

W sumie dobrze byłoby sprawdzić czy wszyscy widzą te drzwi. Jeśli już miała szukać jakiejś logiki w tych halucynacjach. No i czy te drzwi są dalej dostępne.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e04dBaO.png

Brieana Ceres

 

Stała. Patrzyła. Otworzyła usta. Znów je zamnęła. Machnęła ręką jakby chciała coś powiedzieć i miała na końcu języka. Znów otworzyła usta. Znów je zamknęła.

Obejrzała się na Lee z głupkowatym uśmiechem na ustach. Podeszła do niej i stanęła za jej lewym ramieniem, nachyliła się i zmuszając język do posłuszeństwa odezwała się do siostry po angielsku.

- Jakby Ci to tu powiedzieć.. Ale wiesz.. no.. ten.. tego, chyba się ućpałyśmy, albo marzenia się spełniają. - zachichotała nerwowo - Jesteśmy w Minas Thirit. - Po tym wywodzie spojrzała na mężczyznę z jeszcze głupszym wyrazem twarzy - Wzywanie straży nie będzie potrzebne.. Siostra ma słabą orientację w terenie, żeby nie powiedzieć, że idąc do Shier poszłaby w kierunku Rivendell. - jeszcze raz zachichotała, jakby naprawdę powiedziała coś zabawnego. - Siostra lubi zwiedzać, ale w tym chyba nie ma nic złego, prawda?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Młodzieniec rozpogodził się momentalnie, jakby wspomnienie znanych mu, przynajmniej z nazwy, miejsc, sprawiło, że sytuacja w jakiej się znalazł nagle miała sens. - Em, w zasadzie to podróżując do Shire większość osób podróżuje, przynajmniej stąd, w okolicach Rivendell. Lepsze drogi. - Dodał dla wyjaśnienia. - A przynajmniej tak słyszałem. Nigdy nie byłem w tamtych stronach. - Uśmiechnął się i pokręcił głową. - Powinienem był się domyślić po żartach Panienek, prawda? - Patrzył na nie z wyrazem udawanej pretensji. - Panienki z orszaku Księżnej Ithilien? - Bardziej stwierdził, jakby to wszystko - ich obecność, strój i zachowanie miało tłumaczyć - niż spytał. - Czego Panienki szukają w archiwach jeśli mogę spytać? Mogę pomóc. - To ostatnie powiedział nie dość, że szczerze, to pewną z nutą dumy w głosie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

W6vT1ab.png

Lee Adelheid Ceres

 

Lee uniosła brwi słysząc nazwy przytaczane przez siostrę. Przypomniała sobie Silmarilion,  który znalazła kiedyś w biblioteczce ciotki. To były jeden z tych ferii kiedy lało praktycznie cały czas i trzeba było coś ze sobą zrobić. Coś co nie zakładało zapalenia płuc ani naniesienia ciotkę go domu bajora błota. Zostawało właściwie tylko czytanie i podczas kiedy Brie rozwala na kanapie pochłaniała Władcę Pierścieni (Lee nigdy nie dała rady, zawsze odpadła na wiecznych wędrówkach hobbitów, opisach lasów i listów patrzących się na śpiącą drużynę) Lee na fotelu zaczytywała się w Silmarillionie. I chociaż nigdy nie polubiłam prozy Tolkiena jego talent do tworzenia światów i lingwistyki porwał ją i zawsze podziwiała go za skrupulatność i złożoność jaką dał swojemu światu. A teraz wyszło na to, że jest w tym świecie. Było by to zapewne dziwne gdyby nie postanowiła, że martwić się zacznie za jakiś czas, gdyby jednak wyszło na to, ze to nie jest efekt zaprawionej brandy.

Zamiast tego uśmiechnęła się do ich rozmówcy.

- Właściwie to… - już miała podziękować za pomoc kiedy przypomniała sobie o dzienniku. - ...usiłujemy rozszyfrować pewne zapiski. Może widział już pan coś takiego?

Sięgnęła do plecaka po spadkowy dziennik po ciotce. Nie to miała na myśli mówiąc, ze chce go z kimś skonsultować, ale w sumie  czemu nie, najwyżej wyeliminują jakąś opcję.

- Będę wdzięczna za wskazówki kogoś lepiej zaznajomionego z rozkładem biblioteki - spojrzała na niego spod długich rzęs z uznaniem, bo skoro sam się tym szczycił trochę uznania dla tych jego umiejętności mogło im w przyszłości pomóc.

Edytowane przez mroczek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e04dBaO.png

Brieana Ceres

 

- Wskazówki co do tego, gdzie mogłybyśmy szukać czegoś w archiwach, bądź może będziesz w stanie wskazać nam kogoś, kto mógłby nam z tym pomóc? - dodała do prośby siostry, o wiele mniej zalotnie. Brie nie potrafiła trzepotać rzęsami tak jak Lee, dlatego też dziewczyna postanowiła stać z boku i łanie się uśmiechać nie próbując już bardziej wtrącać się do dyskusji. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz