Egzio

Rozdział 1 - Gdzie podział się Gerwin Pfister? (Egzio)

38 postów w tym temacie

Po pierwsze, nie było nas siedmiu, a piętnastu. Po drugie, Gerwina Pfistera nigdy nie widzieliśmy na oczy.  

 

Rozdział 1

Gdzie podział się Gerwin Pfister?

 

 

Oficer Gerwin Pfister stał na baczność, przyglądając się młodemu chłopakowi, który uporczywie starał się wyczyścić brudną plamę na sierści konia należącego do oficera.

Młody, czarnowłosy chłopak starł pot spływający mu z czoła, i spojrzał na Gerwina, który przyglądał się w znudzeniu swoim paznokciom u dłoni. Oficer podniósł wzrok

- Co? - zapytał rzucając młodzieńcowi groźne spojrzenie, był wyraźnie sfrustrowany, odepchnął chłopca na bok, a następnie położył dłoń na swojej klaczy, w skupieniu przyglądał się jej umaszczeniu. Po jakimś czasie udało mu się wystarczająco wytężyć wzrok, brązowa plama, choć ledwie widoczna, znajdowała się tam nadal.

- Nie da rady jej wyczyścić. Ale mógłby ją pan sprzedać, ojcze, to znaczy, sir.... - rzucił chłopak.

Gerwin gwałtownie odwrócił się, i ścisnął gardło chłopca.

- Powtórz to. - warknął, ale chłopiec nie odezwał się ani słowem, jego twarz była sina od uścisku. Gerwin uderzył go otwartą dłonią w policzek. - A teraz maszeruj do domu i zapakuj prowiant, jutro rano ruszasz ze mną.

Puścił syna, ten stracił równowagę, próbując gwałtownie złapać oddech.

- D… dokąd? - zapytał przerażony chłopak, Gerwin skoncentrował się na głaskaniu swojej klaczy.

- Do Middenlandu. Zrobię z ciebie prawdziwego mężczyznę, dzieciaku. - odparł, odwrócony tyłem do syna.

Chłopiec przyglądał się swojemu ojcu z przerażeniem.

- Tak jest, sir. - rzucił, jeśli czegoś mądrego nauczył się przez całe swoje życie, to tego, że Gerwinowi Pfisterowi nie można się sprzeciwstawiać.

***

Do misji eskortowania wieśniaków zgłosiło się wielu, ale kapitan który zajął się organizowaniem drużyny zdecydował, że tak mało znacząca wyprawa musi odbyć się jak najmniejszym kosztem. Zdecydowano się więc przyjąć zgodnie z kolejnością zgłoszeń siedmiu ochotników, niespecjalnie przejmowano się z kolei tym, jaką profesją się trudzili.

Do przypilnowania porządku przydzielono im oficera Gerwina Pfistera, kapitan spotkawszy się po raz pierwszy z ochotnikami, mówił otwarcie, że Pfister jest największym kutasem jakiego zrodziło Imperium. Dodał także, że jeśli w trakcie wyprawy stanie mu się jakakolwiek krzywda, osobiście im podziękuje i wręczy kwiaty, a następnie zgodnie z prawem wtrąci do lochów.

Spotkanie przebiegało następująco, ochotnik zjawiał się w koszarach, a kapitan zajmował się przy tym swoimi sprawami, przyglądał mu się przez ułamek sekundy, a następnie przydzielał do drużyny. I tyle, żadnej rekrutacji, czy weryfikacji nazwiska.

Ekipę zebrano w ten sam dzień, w którym pojawiło się ogłoszenie.

 

Znalezione obrazy dla zapytania warhammer fantasy roleplay logo

 

 

Ochotnicy mieli zebrać się z samego rana, przed główną bramą Altdorfu, na moście w okół fosy. Gerwin Pfister zjawił się jako pierwszy, wraz ze swoim młodym synem. 

Pierwszy przybył Arvein, który zobaczył przed sobą opisanego mu przez kapitana straży oficera. Był to wysoki, wychudzony mężczyzna w zbroi, siedział wyprostowany na swojej klaczy. Miał długie, przetłuszczone, zaczesane do tyłu siwe włosy. Surową twarzą, pozbawioną lewego oka, przez które przeciągała się paskudnie wyglądająca, głęboka blizna. 

Kiedy Arvein się zbliżył, oficer rzucił.

- Chłopiec stajenny? - zapytał wyraźnie zirytowany - Kto, do chuja, przydzielił chłopca stajennego na moją misję? - spojrzał na syna. 

- Nie wiem, sir. - odezwał się czarnowłosy chłopiec, spojrzał na Arveina, i spuścił głowę wyraźnie zawstydzony. 

Następnie zjawił się Reginmund, kolejny młody chłopiec, przypominający swoim wyglądem bardziej uczonego, niż wojownika. Gerwin zacisnął zęby. Spodziewał się że kapitan wykażę się większym rozsądkiem, przy doborze ochotników. 

- Ten parszywy gnój próbuje mnie zawstydzić. - warknął po dłuższej przerwie Garwin, ignorując nowo przybyłych. Następny zjawił się Gwido, który podobnie jak poprzednicy, nie przypominał swoim wyglądem wojownika.

Gerwin zeskoczył z klaczy, poklepał ją po głowie, a następnie przyjrzał się całej trójce.

Umiecie walczyć? - zapytał - Czy mam wysłać syna po pieluchy, w razie gdybyście mieli zeszczać się w gacie?

Tuż za Gerwinem stanął Johann Dunkel. Oficer początkowo nawet nie zwrócił na niego uwagi.

Ojcze... - zaczął syn, oficer odwrócił się. Ujrzał mężczyznę o rysach twarzy, które już nie przywodziły na myśl rozwydrzonego dzieciaka. Po raz pierwszy tego dnia, oficer Garwin uśmiechnął się.

- Może jednak coś z tego będzie... - powiedział jak gdyby sam do siebie. Przez chwilę przyglądał się mężczyźnie, i złapał go za rękę, ściskał ją przez chwilę.

- Twarda skóra..Wszyscy powinniście tak wyglądać - spojrzał na pozostałych - Chodzi wam tylko o złoto, prawda, szczeniaki? Jeśli okaże się że którykolwiek z was do niczego mi się nie przydał, to osobiście dopilnuję, żebyście nie otrzymali nic. 

Kolejną osobą która pojawiła się na moście była Klara. Podobnie jak pozostali, nie przypominała w żadnym stopniu nikogo, kto byłby w stanie się obronić.

- I dobrze... - Garwin machnął dłonią - Wy sobie pospacerujecie, a nasz budżet ani trochę nie zmaleje.

Johann dostrzegł w oddali dwie postacie, na początku były niewyraźne, ale z każdą chwilą mężczyzna coraz bardziej zaczynał rozpoznawać znajome sylwetki, z lewej strony zbliżał się jego brat, zaś z prawej, od strony bramy Altdorfu, siostra. 

 

 

Josef Espensen. Though technically rebels and enemies, the wolf men of the outland are afforded representation to the royal family largely by necessity. As such the jarls of the self proclaimed Ulf Protectorate appoint ambassadors to attend the royal courts across Malchoir.

 

Kiedy już wszyscy zebrali się na moście, Garwin skrzyżował ręce na piersi, oceniał wzrokiem każdego przybysza. Następnie zasłonił twarz dłonią i chrząknął.

Od czego tu zacząć... - odparł, syn stał po jego prawej stronie - Idziemy do Middenlandu, kapitan wyraźnie oczekuje od nas, że w ogóle podejmiemy próbę uratowania tych prostaczków. Sądząc po waszym wyglądzie, efekt końcowy zwisa mu między chujem. I mi od tej chwili, też zwisa między chujem. - spojrzał w lewo, w stronę rozciągającego się w okół Altdorfu lasu - Macie słuchać moich rozkazów, o ile w ogóle chcecie mieć minimalne szansę na przeżycie, bo beze mnie ich nie macie, jeśli zrobicie coś głupiego, to na własną odpowiedzialność. - następnie szturchnął swojego syna w ramię.

Chłopiec wyszedł naprzeciw i zaczął dziwnie gestykulować dłońmi, wymachując nimi na wszystkie strony. 

- Jeśli mi lub mojemu ojcu stanie się krzywda, macie obowiązek zrobić wszystko, aby nam pomóc. Jeśli ktokolwiek z nas umrze, lub zazna trwałego uszczerbku na zdrowiu, zapłacicie za to własnym życiem. - powiedział drżącym głosem, a następnie spojrzał na Garwina. - Zgodnie z prośbą, sir. 

- Doskonale. Gotowi do drogi? - zapytał Gerwin. 

Edytowane przez Egzio
Nieprawidłowa nazwa tematu

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

s11S6yk.jpg

 

Klara Hansen

 

- Gotowa - odpowiedziała Klara spokojnie na pytanie bacznie przyglądając się mężczyźnie. Nie wszystko było do końca tak jak się spodziewała. Szczerze mówiąc liczyła na większy i bardziej profesjonalny oddział nieprowadzony przez osobnika z przerostem prostaty. Oczywiście ostrzegano ich, że to kutas, ale ludzie tak często przesadzali z podobnymi epitetami, że Klara nawet się nie przejęła. Teraz musiała przyznać, że to było spore niedoszacowanie względem osoby Pfistera.

 

Oczywiście nadal nie wyglądała na zbyt przejętą, była w końcu osobą od składania kości i podawania leczniczych wywarów, a nie od oceniania dowódczych kompetencji. A jak faktycznie okażę się, ze misja przebiegła spokojnie i nie będzie kogo leczyć to niewielkim nakładem pracy wywoła się jakieś zatrucie pokarmowe tak by umiejętności cyrulika okazały się niezbędne. Nie było co się martwić na zapas wizją braku zapłaty.

 

Dziewczyna odgarnęła jasny lok z czoła i popatrzyła po pozostałych; zauważyła, że nie była jedyną kobietą w oddziale, ale jeszcze nie wiedziała czy będzie to miało dla niej jakiekolwiek znaczenie. Za to co najmniej jedna osoba miała sylwetkę szczupłą sugerującą bardziej naukowca niż wojownika, co już mogło być ciekawe.

 

Poprawiła torbę, ujęła mocniej swój kij i przygotowała się do wędrówki starając się stanąć koło bladego, kościstego młodzieńca.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

svqQfmI.jpg

Gesine Dunkel

 

Sposób, w jaki kapitan straży potraktował ochotniczkę, mógł wskazywać na to, że nikomu nie zależy na wieśniakach z jakiejś zapadłej middenlandzkiej dziury. Albo na to, że nikomu nie zależy na rekrutach. Albo jedno i drugie. Dla Gesine żadna z tych opcji nie była decydująca, kobieta bowiem miała swoje własne powody, by wyruszyć na szlak, a każdy szlak wiodący dość daleko od Altdorfu był  w tym momencie dobry.  Idąc na miejsce zbiórki zastanawiała się nad barwnymi określeniami jakie kapitan nadał ich bezpośredniemu dowódcy. Dostrzegła zebraną grupę, zwolniła nieco kroku... Wydawało  jej się bowiem, że widzi znajomą sylwetkę. Rozejrzała się i starannie ukryła uśmiech.

Tak, nie miała już wątpliwości. Wśród zgromadzonych stał Johann, a od strony ulicy nadciągał kataklizm w postaci drugiego, młodszego brata.

Czy niespodziane spotkanie po tylu latach, akurat tutaj, akurat przy tak absurdalnym zleceniu, miało sens? Czy było przypadkiem?

Nie. Gesine była tego pewna.

Osoba dowodzącego natychmiast straciła pierwszeństwo w jej myślach. Podeszła energicznie. Szybkim, bystrym spojrzeniem  obdarzyła każdego z  ochotników. Dwóch poważnych młodzieńców, wesołego rudzielca i  młodą dziewczynę. Oni byli niewiadomą. Tylko błysk przewrotnej wesołości w oku świadczył, że rozpoznała zaszczyconych spojrzeniem na końcu braci.

 

- Gotowa... – skinęła powoli głową na pytanie, otwarcie taksując zaciętą twarz, przetłuszczoną siwiznę i bliznę przecinającą  pusty oczodół oficera. Lekko zmrużyła zielone oczy. Leciutko, niemal niedostrzegalnie wygięła usta. Drgnienie warg mogło oznaczać zrozumienie reguł i podporządkowanie, a mogło być zaczątkiem wesołości czy drwiny, zależnie, czego kto oczekiwał, zależnie, co kto chciał widzieć: żółtodzioba wśród bandy nieudaczników, czy może współtowarzysza zbyt inteligentnego by przejmować się podrygami błazna, któremu się wydaje, że jest nie mniej ważny od imperatora.

- ...sir – dodała absolutnie neutralnym tonem, po króciutkiej pauzie, nie zbyt długiej by trącić lekceważeniem i dość długiej, by  była podświadomie odczuwalna. A kiedy wzrok  Pfistera skupił się na kolejnych, Gesine szeroko uśmiechnęła się najpierw do młodszego, potem do starszego brata, kręcąc głową w wyrazie przekornego, udawanego niedowierzania. Tyle ich dzieliło, tyle osobnych lat i, patrząc po twarzach, zupełnie różnych doświadczeń. I tyle – patrząc po oczach - nadal łączyło.  Nie spieszyła się. Mieli przed sobą całe godziny. Dnie. Cały wspólny szlak.

Edytowane przez Vadeanaine

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

idtDJ4c.jpg

Sven Dunkel

 

 

Czarnowłosy chłopak szedł z głową w chmurach podwijając jednocześnie rękawy koszuli swoimi nagimi dłońmi niezbyt przejmując się słowami kapitana. Skoro brali pierwszych lepszych ludzi to zadanie nie mogło być trudne. Głowę, natomiast, zaprzątała mu zupełnie inna rzecz. Chłopka ze szmaragdami ukrytymi w oczach, o porcelanowej cerze i blond włosach. Ach, cóż to było za doświadczenie. Przed oczami wciąż miał jej smukłą talię i długie nogi oplatające jego szyję.  Jednak było mu jej żal. Żal z powodu ksenofobicznego narzeczonego niezdolnego do przyswojenia wyższości Svena.

 

Z zamyślenia wyrwał go dopiero widok siostry. Tej słodkiej, lecz jednocześnie zimnej istoty. Uwielbiał momenty, w których się kłócili, w których ganiła go za lenistwo. Tyle lat minęło, tyle ma jej do powiedzenia… Był świadom, że nie musi się spieszyć. Będą mieli dla siebie więcej niż chwilę. Z jakiegoś dziwnego powodu przez głowę przemknęła mu myśl, że skoro jest tu i on, i Geisne to może, i Johann? I Josef? Co prawda ten ostatni przerażał go już od małego, lecz takie niespodziewane zjazdy rodzinne po latach mają swój niezaprzeczalny urok. Przyjrzał się, więc ludziom na moście z cichutką nadzieją w duszy zobaczenia znajomej twarzy. Nie przeliczył się i tym razem. Ta postura, wzrost, ta morda. Aż do tego momentu nie rozumiał dlaczego się zgłosił. On, Sven Dunkel, kanciarz, kobieciarz, kłamca i oszust podjął się uczciwej pracy. Johann. Oj będzie się działo w okolicznych burdelach, będzie. Chowajcie dziewki! Bracia Dunkel nadchodzą!

 

Po pewnym czasie dołączył do grupki na moście opierając się nonszalancko o barierkę. Nie słuchał dowódcy. Niewytłumaczalnie pochłaniał go punkt leżący gdzieś za jego plecami. Co prawda nie znajdowało się tam nic nadzwyczajnego, lecz mimowolnie jakieś słowa dotarły do jego uszu. Wniosek z nich był jeden. Zamiast dowódcy dostali błazna. Jakby tak spaść z poziomu jego ego na poziom inteligencji to przecież zabić się idzie! Rzucił jeszcze szybko okiem na pozostałych. Był niesamowicie ciekawy rudzielca. Z jakiegoś powodu wydał mu się atrakcyjny, toteż zawiesił na nim swe błękitne oko. Szybko, jednak, odrzucił brudne myśli kręcąc głową z lekkim niedowierzaniem. Później. Sven, cały czas mając w głębokim poważaniu dowódcę, dwukrotnie przeczesał nienaturalnie długimi palcami włosy i puścił oczko do blondynki uśmiechając się przy tym szelmowsko.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

ae6b80c4c94af7813be334a6f6d6bdc3--fantasy-rpg-warhammer-fantasy.jpg

Johann Dunkel  

 

Aldorf stolica Imperium. Dla Johanna było to miasto które niczym się nie wyróżniało. Zjawił się o umówionej godzinie, praca cóż lepsza tak niż żadna wszyscy przejmują się wojną, więc i o zarobek nie było tak łatwo. Ale teraz nadążyła się okazja łatwe Korony. Stał za oficerem o którym mówił kapitan po chwili przypomniał sobie jego imię.Podobnie jak oficer ścisną dłoń, Miał dobry uścisk. Ale Johann był pewny że bez problemu szybko by położył oficera i jego syna. Z resztą pozostała część ochotników tez, broń to raczej widzieli z daleko. Przez chwile Gladiator miał wizję w której na arenie, powoli odbiera życie każdemu z obecnych tu uczestników wyprawy. Jednak takie wizje sprawił że szybko zaczął myśleć o domu i o jego rodzinie. Zobaczył dwie idące postacie, przez chwile był pewny że stęskniony umysł  prawi mu figle ale nie. W jego stronę szła jego siostra i brat. Na twarzy Johann zagościł uśmiech, bardzo niebezpieczny uśmiech.

Podszedł do nich, usłyszał głos siostry Ta to się nigdy nie zmienia. Spojrzał na brata Sven też się niewiele zmienił. Choć Johann był w szoku ze jeszcze nikt nie przetrącił buźki dla jego najmłodszego brata.Oj ale skoro teraz się spotkali trzeba będzie nadrobić, oj trzeba ale to później będą mieli czas na pogaduszki na szlaku. zatrzymał się po prawicy siostry, czekał na rozkaz wymarszu. Uśmiechną się tylko do siostry. Ona znała ten uśmiech, wiedziała co oznacza, oznacza wygłupy tak jak kiedyś gdy szli z Sven w miasto. 

Edytowane przez Smalauk

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

gwidokp.jpg

Gwido Irrenweg

 

Kiedy Gwido zgłaszał się do misji, miał wielką nadzieję, że uda mu się powtórzyć wesołe wyczyny jego dziadka, że służba dla wojska będzie wspaniałą przygodą, splendorem i wiadomo... za mundurem panny sznurem. Po powitaniu w wykonaniu pana Pfistera ogarnęły go dużo zimniejsze uczucia do armii a już na pewno do idiotycznego pomysłu żeby się do niej zaciągnąć. Kretyn - skarcił się w myślach. Jedyną jasną stroną tego buca na koniu, był sam koń, a raczej fakt, że był naprawdę zadbany. Kiedy mowę przejął czarnowłosy chłopak, Gwido wybałuszył na niego oczy. "Ratujcie mnie i mojego tatusia, bo was zabijemy, mm!" Nie, to jakiś żart... Czeka ich długa droga, różne rzeczy mogą się przydarzyć, a idea odpowiadania głową za poczynania jakiś dwóch idiotów wcale mu nie odpowiadała, zwłaszcza że już po pierwszej minucie znajomości sam zaczął fantazjować na temat pozbawienia tego łysawego dupka życia.

 

Może jeszcze nie jest za późno żeby się wycofać? Zostawić to w diabły, wyciągnąć wnioski i na przyszłość omijać armię szerokim łukiem...

Rozejrzał się po pozostałych. Nie sprawiali wrażenia jakby zamierzali się wyłamać, choć wyglądali na ludzi, którzy z takim zadaniem poradzą sobie gorzej. No, może faktycznie z wyjątkiem tego pooranego bliznami osiłka i może kapłana, choć co do drugiego po trosze z racji jego stanu a po trosze z powodu poczciwej twarzy, nie był pewien, czy nie jest on z tych o mocnej budowie ale gołębim sercu. Tak czy inaczej, alternatywą byłoby zaczepienie się w jakiejś karawanie, a tam zapewne nie będzie tak ciekawie. I nie będzie tylu pięknych i zapewne niezamężnych kobiet... Nawet jeśli jedna jest trochę dzika, a druga wygląda na starszą od niego. Nie przeszkadzało mu to, wręcz przeciwnie. Tym bardziej, skoro się tu znalazły, to znaczy że nie były z tych rozmemłanych, niezdecydowanych panienek, z którymi oprócz zajęć fizycznych nie ma nawet o czym porozmawiać. Te tu muszą być odważne i na pewno mają ikrę.

Uśmiechnął się do siebie. Przypomniało mu się jak ich pies spędził noc utknięty w dziurze w płocie sąsiada, próbując dostać się tamtędy do suki.

Tak samo skończysz stary, a ta wyprawa to twój płot.

 

Otaksował wzrokiem też dwóch pozostałych członków drużyny. Jeden, chudszy, w szarym płaszczu, niemal umknął jego uwadze. Drugi zaś miał w sobie jakiś nonszalancki urok, który Gwido trochę intrygował, a trochę irytował, tym bardziej, że mężczyzna ewidentnie też był zainteresowany paniami. Był jednak równie ewidentnie niezainteresowany oficerem Pfisterem, co czyniło go w oczach chłopaka naturalnym sprzymierzeńcem przeciw idiotyzmowi klas tutaj rządzących. Chwilę potem podobną sympatią obdarzył rudą damę, gdy ta zgłosiła swoją gotowość. Zerknął na nią ukosem, z lekkim, zawadiackim uśmiechem.

- Gotów! - odpowiedział na zapytanie, z ukrytą nutą rozbawienia.

Edytowane przez Rrr

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

BasnG.png

Reginmund Rothenberg

 

No i nadeszła ta pora kiedy należało się stawić na miejscu zbiórki. Reginmund uporządkował swoją celę w świątyni i pożegnawszy się z opatem wyruszył w drogę. Napawał się widokiem miasta, bo wiedział, że przez jakiś czas nie będzie mu dane go zobaczyć. Jednak były ważniejsze rzeczy do zrobienia, a wśród nich wielu ludzi potrzebujących pomocy. Zbieranina ochotników wyglądała na całkowicie losową gromadę. Pytaniem pozostawało, czy oznaczało to, że zadanie jest trywialne, czy że zostało całkowicie olane? O tym przekonają się na miejscu. Na chwilę obecną natomiast mogli przekonać się, że z dowódcy ich wyprawy było niezłe ziółko. Reginmundowi nie podobało się jego lekceważenie zarówno wobec osób którym mieli pomóc jak i samych ochotników. Syn oficera również chciał ich nastraszyć na co Reginmund odpowiedział ciepłym uśmiechem.

Zrobimy co w naszej mocy aby wam pomóc. - Zapewnił go akolita - A jeżeli zawiedziemy, to jako sługa Morra zadbam o wasz godny pochówek - Przy czym skłonił lekko głowę z szacunkiem, a uśmiech nie znikał z jego twarzy.

Gotowi, sir! - Odpowiedział dziarsko ich nowemu nieustraszonemu dowódcy na pytanie o gotowość. Wszyscy byli gotowi, mogli iść ratować tamtych biednych ludzi.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

grey_mage176x231.png

Arvein

 

5a01e7ba515ed_greymage.png.1df04e5c56629Arvein dotarł na miejsce zbiórki jako pierwszy. Oficer dowodzący misją wyglądał na doświadczonego w boju żołnierza, więc mag mógł mieć nadzieję, że będzie również kompetentnym dowódcą. Zdziwił się jednak, że nikt mu nie przekazał, że będą mieć maga w drużynie. Może tak będzie nawet wygodniej? Choć fakt, że przyrównano go do chłopca stajennego nie bardzo mu się spodobał, w związku z czym uchylił nieco poły płaszcza, by kryjący się pod nimi miecz był nieco bardziej widoczny. Po za tym nic nie powiedział, zamiast tego dokładnie lustrował każdego z przybyłych. Zaskoczyło go tylko, że jedna z kobiet do niego podeszła. Widocznie była bardziej spostrzegawcza od Pfistera, ale ponieważ nie widział na ile się domyśliła kim milczał. Jeszcze nie zdecydował czy powinien ujawniać swoją przynależność do Kolegium.

 

Przyglądając się pozostałym ochotnikom zgodził się z opinią Pfistera, że rzeczywiście, nie zależy nikomu za bardzo na tych wieśniakach. Prawda, że nie spodziewano się kłopotów, ale jednak branie niemal przypadkowej zgrai ludzi do takiej misji nie wydawało się odpowiednim posunięciem. Nie podobało mu się, że ktoś na górze zdecydował się oszczędzić na ekipie ratunkowej. Po powrocie, spróbuje się dowiedzieć jaki fundusz był przewidziany na zorganizowanie grupy ratunkowej i na co poszła ewentualna nadwyżka... Ale tym zajmie się później, teraz skupił swoją uwagę na towarzyszach. Dwóch z nich tylko wyglądało na sprawnych wojowników, choć tylko jeden z nich wydawał się niebezpieczny. Cóż nie spodziewano się problemów więc oni wraz z dowódcą powinni wystarczyć do obrony. Akolita Mora z kolei jak najbardziej przyda się poszkodowanym wieśniakom. Nie był tylko pewien co tu robi pozostała trójka. Oczywiście mogli być cyrulikami, ale tak naprawdę tylko blondynka zdawała się prawdopodobną kandydatką. Od Rudej biła pewność siebie i inteligencja. Jeśli podczas spotkania z chłopami pojawią się jakieś problemy, prawdopodobnie będzie w stanie je rozwiącać  . Zaś ten ostatni wyglądał na zwykłego krętacza z karczmy, którzy żyją nic nie wnosząc dla społeczeństwa.

 

Arvein ostatecznie uznał, że jednak drużyna nie została dobrana całkowicie przypadkowo, a jeśli nawet to wyszło to całkiem sensownie. Oczywiście zakładając, że zgodnie z przewidywaniami najgorsze na co mogą się natknąć to bandyci.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

Gerwin Pfister skinął głową w kierunku ochotników, a następnie wskoczył na swojego konia. Syn chwycił linę przypiętą do ogłowia zwierzęcia.

- Macie zachować dyscyplinę przez resztę podróży. - rzucił, zdjął bukłak przypięty do jego pasa, i pociągnął długi łyk. Po brodzie spłynął mu czerwony strumyk, który mężczyzna otarł dłonią.  - Ruszamy - dodał

Syn Pfistera prowadził konia w kierunku lasu. Na końcu mostu stali dwaj wartownicy, którzy zasalutowali na widok Gerwina, ale oficer był obojętny na ten gest. Siedział dumnie, ze wzrokiem utkwionym w dal, kołysząc się na koniu.

- Niech pan zaczeka, panie Pfister! - zawołał jeden z nich

- Nie miał pan być dzisiaj na służbie?. - zapytał - Ser Alwin Weller szukał pana. Miał się pan dzisiaj stawić....

- Gówno cię chłystku interesują moje sprawy - przerwał mu Gerwin i splunął pogardliwie. Syn odpowiedział za ojca,

Mamy rozkazy od kapitana, ruszamy do Middenlandu. - odparł. Strażnik już chciał coś odpowiedzieć, ale przerwał mu jego towarzysz.

- Najmocniej przepraszam, mój wspólnik ma niewyparzoną gębę. - uśmiechnął się ciepło - Udanej podróży, sir. 

- Ale przecież... - wartownik nie dokończył, jego towarzysz rzucił mu groźne spojrzenie. 

Gerwin przyjrzał się im podejrzliwie, po czym machnął dłonią. 

A jebał was pies... - rzucił - Co tak stoisz, leź że.... - warknął do syna. Syn posłusznie ruszył naprzód.

 

cooltext265582206640936.png

 

 

 

Ochotnicy poruszali się imperialnym traktem, plan był taki, że mieli zatrzymywać się co dzień w zaznaczonych na mapie Gerwina gospodach. Najgorszym etapem podróży miał być jego koniec, a mianowicie przejście przed otoczone złą sławą lasy Darkwaldu.

Posiłków ani noclegów nie zamierzano im opłacać, Gerwin Pfister co prawda dysponował pokaźną ilością koron, ale nie zamierzał się dzielić. Ani z ochotnikami, ani ze swoim synem.

Po wyjeździe z Altdorfu droga przez większość czasu przebiegała spokojnie, Gerwin nie odzywał się ani słowem, całkowicie ignorując obecność kogokolwiek, poza koniem i własnym synem.

- Jesteście tu bez wierzchowców, słabi i niewyposażeni - zaczął Gerwin, patrząc przed siebie - Teatrzyk. Tym jest cała ta podróż. Zatrzymaj się do chuja, jak mówię! - krzyknął w kierunku swojego syna, ten zatrzymał wierzchowca. 

Gerwin zeskoczył z konia i poklepał go po głowie. Spojrzał na ochotników, przyglądał się każdemu z osobna.

- Dzisiaj rano zostałem poinformowany, że do Middenlandu wyruszyła zorganizowana ekspedycja piętnastu mężczyzn... kapitan nie powiedział mi o tym ani słowem. - Gerwin położył dłoń na rękojeści miecza - A potem ci wartownicy... - spojrzał najpierw podejrzliwie na Arveina, a następnie na Gwido - Coś tu nie gra. 

- Ale ojcze... - zaczął zaskoczony syn - Oni muszą, nie damy rady sami...

Ci ludzie są tutaj tylko po to, żeby mnie zabić, nie rozumiesz imbecylu?! - krzyknął Gerwin. - Nie jestem głupi. Ten głupiec nie potrafi zorganizować nawet zamachu... 

- Ojcze, nie wygłupiaj się. Oni chcą nam pomóc, widzę to po ich twarzach, oni są z tych dobrych.... 

- Chuja widzisz. Niby po co kapitan miałby wysyłać dwie ekspedycje?!

Bo niedawno była wojna, bo w Middenlandzie ciągle potrzeba ludzi. Skąd wiesz, sir, że obie ekspedycje otrzymały to samo zlecenie? - zapytał syn z niedowierzaniem, i spojrzał na resztę - Przepraszam.... ruszajmy dalej. 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Klara popatrzyła beznamiętnie na oficera. Naprawdę spodziewała się dalece większego profesjonalizmu po przedstawicielu imperium.

- Nic nie wiem o żadnym zamachu. Wiem za to o dokumentach jakie podpisałam i zobowiązaniu jakie podjęłam. I co grozi za dezercję. Jeśli zaś tobie panie nie podoba się rozkaz i nasza grupa, to zawsze możemy zawrócić. Wtedy sam to wyjaśnisz w Altdorfie.

 

Niczym drapieżnik wyczuwający krew swojej ofiary tak Sven wyczuł idealny moment do zabawienia się kosztem dowódcy. Spojrzał na Gerwina udając śmiertelnie przerażonego i zszokowanego. Chciał utwierdzić go w przekonaniu, że się nie myli, że faktycznie grupka ludzi z łapanki i rodzeństwo Dunkel czyhają na jego życie. Jakby nie mieli nic ciekawszego do roboty…

- Szlag, wiedziałem żeby nie oszczędzać na strażnikach… No nic, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem – Mruknął do siebie przesuwając dłoń w kierunku sztyletu tylko po to aby wybuchnąć histerycznym śmiechem zdesperowanego szaleńca. Błyskawicznie oblizał usta trzykrotnie udając tik, co jeszcze bardziej zakorzeniało go w skórze szaleńca bez najmniejszej rzeczy do stracenia – Brawo! Brawo! Brawo! Przejrzałeś nasz plan! Chcieliśmy z Johannem i naszą słodką siostrzyczką załatwić to we śnie, tak, abyś nie cierpiał! Niestety, nie dałeś nam wyboru…


Oficer był czerwony ze złości, zacisnął dłoń na rękojeści miecza.

- Sir, nie mam żadnych wątpliwości że nie chcą panu nic zrobi… - Gerwin podniósł dłoń, uciszając swojego syna. Próbując powstrzymać nerwy, spokojnym krokiem podszedł do Svena

- Wiesz ile razy próbowano mnie zabić? - zbliżył swoją twarz do jego twarzy - Potrafię rozpoznać mordercę. Nie wyglądasz mi na takiego… - Gerwin odwrócił się tyłem.

- Ale ta ekspedycja już wyruszyła. - odparł - Moi informatorzy nie kłamią, nie wiem w jakim celu wysłano kolejną drużynę do Middenlandu, ale coś jest na rzeczy…

 

Och, jak bardzo  Gesine w duchu śmiała się z tego człowieka, który  niebotyczną bucowatością nadrabiał zwykły, prymitywny strach o własną dupę. W rozumowaniu Pfistera była jednak logika... Jeżeli tylko mówił prawdę. Chociaż, jeśli taki  arogant jak Gerwin potrafił się choć częściowo połapać w intrydze, źle to świadczyło o ewentualnym zleceniodawcy morderstwa. A Sven... Cóż, on się jak widać nie zmieniał, lekceważąc wszystko, a już najbardziej autorytety i ryzyko. Hazardzista.

-  Daj spokój braciszku – położyła dłoń na ramieniu  młodszego brata, choć patrzyła z początku  w kierunku drugiego, Johanna.

Po czym wcale nie zrażona występem Svena  z  uśmiechem spojrzała na plecy oficera. Zapewne ufał, że jego oczami z tyłu będzie w tym momencie syn.  

- Naprawdę myśli pan, że  wynajęto nas jako zamachowców? Któż miałby to zrobić, bo chyba nie kapitan straży, grożący nam stryczkiem za dezercję?  Bez obrazy, jest pan strasznym dupkiem, ale nie durniem – skłamała gładko – Wracając narazi się pan w równym stopniu co my. Może znalezienie tej drugiej grupy przyniosłoby jakieś odpowiedzi? – spytała, przewrotnie podpuszczając  Pfistera do  rzeknięcia kilku słów więcej na temat informacji jakie zdobył od swoich ptaszków.

Edytowane przez Nadia

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

BasnG.pnggwidokp.jpggrey_mage176x231.pngae6b80c4c94af7813be334a6f6d6bdc3--fantasy-rpg-warhammer-fantasy.jpg

 

Akolita pokręcił tylko głową ze zniesmaczeniem na tą całą zabawę, którą urządzili sobie z ich nieszczęsnego dowódcy jego nowi towarzysze. Niektórym w młodości tylko figle w głowie…

- Sir jest jeszcze jedna opcja. - Zaczął aby zwrócić na siebie uwagę - Ktoś mógł się pomylić i źle przydzielić dowódców. Możliwe, że pańska grupa piętnastu zbrojnych wyruszyła pod dowództwem jakiegoś nieopierzonego oficera, który miał dowodzić grupą żółtodziobów. Jest też jeszcze jedna opcja. Tamta grupa mogłaby być zamachowcami. Wtedy nasza obecność może okazać się pomocna. Jak widać możliwości jest wiele. Która z nich jest najbliższa prawdy nie sposób ustalić. Tak czy inaczej ryzykuje pan pomyłkę sir. Pytanie która droga jest bezpieczniejsza. Z nami, czy bez nas?

 

Gwido ściągnął lekko wodze, uspokajając Geista, który cofnął się o krok widząc nietypowe zachowania Pfistera i Svena. No, ciekawie się robiło... Mają dowódcę paranoika. Teraz tylko czekać aż ON się nimi zajmie we śnie. Tak czy inaczej, wydawało mu się to nawet prawdopodobne, że ktoś czyhał na życie tego starego świra.

- A właściwie, DLACZEGO ktoś na pana poluje? I kto? - zapytał. Te pytania wydały mu się w tej chwili najważniejsze. Jeśli cała ta heca nie jest tylko wytworem chorego umysłu, warto by było znać bagno, w które się potencjalnie pakują. I to najlepiej zanim w nie wdepną…

 

Arvein stał z boku i przyglądał się z niepokojem całej sytuacji. Coś zdecydowanie się nie zgadzało. Oczywiście zakładając, że ich dowódca nie jest kompletnym szaleńcem. Dwie ekspedycje? Nawet jeśli dostały różne zadania było to niepokojące… Trzeba mieć się na baczności, ale przynajmniej na razie się nie odzywał. Wszystko co należało zostało już powiedziane.

 

Oficer wziął głęboki oddech. A następnie wyprostował się.

- Dzieciaku, podejdź tu. - zaczął Gerwin i pomachał w kierunku syna, który trzymał wierzchowca.

- Sir, wszystko w porządku? - zapytał lekko przestraszony.

- Głuchy jesteś? Podejdź tu! - krzyknął, dzieciak puścił linę, i ostrożnym krokiem zbliżył się do ojca. Ku jego zaskoczeniu, Gerwin poklepał go tylko po ramieniu.

- Wracasz do Altdorfu, skontaktuj się z ser Alwinem Wellerem, wyjaśnij mu gdzie jestem, załatw dla nich wierzchowce - wskazał głową na ochotników - I dwóch ludzi. Będziemy w najbliższej gospodzie.

- Tak jest, sir - odparł dzieciak. Gerwin skinął głową.

- Zostań w Altdorfie, zabiorę cię ze sobą innym razem, gówniarzu. - odparł.

- Sir, mógłby pan im odpowiedzieć na ich pytania, dlaczego ktokolwiek miałby chcieć pana zabić? - zapytał syn

- Idźże do chuja wreszcie. - warknął Gerwin.

 

- Idź - Powtórzył za oficerem akolita - Twój ojciec najwidoczniej nie chce abyś wiedział zbyt dużo. Niewiedza jest nieraz błogosławieństwem. Brutalne, ale nieraz tylko tak można kogoś ochronić.

 

Johann był zdziwiony sytuacją. A więc stary myśli że ktoś chce go zabić. Ciekawe.

Usłyszał głos brata. Znał ten ton. Wiedział do czego to doprowadzi. Na rodzinę może liczyć zawsze, czasami nawet czystym przypadkiem. Gdy tylko ich dowódca chwycił za miecz, Johann natychmiast obnażył własną broń. Czekał tylko na jakiś ruch, jedną małą oznakę agresji w stosunku do jego rodziny. Stanął obok brata czekając na reakcję. Ale najwyraźniej Pfister nie dał się sprowokować.

- No cóż, najwyraźniej nie bardzo chcieli cię zabić albo nie trafił się ktoś odpowiedni - Wyszczerzył się w paskudnym uśmiechu. Jednak sytuacja na chwile obecną była bardzo ciekawa. Musiał obgadać parę spraw z rodzeństwem w najbliższej wolnej chwili.

 

No a miało być tak pięknie. No nic… wychodziło na to, że wieśniacy będą musieli poczekać, bo wszystkich czeka powrót do miasta. Akolita podszedł i stanął obok ich oficera, a jego miecz był już do połowy wydobyty.

- Najwyraźniej ktoś ma w dupie swoją wolność. Podniosłeś rękę na imperialnego oficera co jest karane więzieniem. Będziesz miał szczęście jak Ci przy tym nie odejmą tej ręki. Rzuć broń.

Gadać sobie było można różne rzeczy i żartować z ich paranoicznego dowódcy, ale wyciągać na niego stal? W dodatku w chwili gdzie byli o rzut kamieniem od wtrącenia takiego kogoś do lochu?

Edytowane przez Therek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Dotyk siostry sprawił ciarki przechodzące wzdłuż kręgosłupa kanciarza. Mimowolnie musnął opuszkami palców wierzch dłoni siostry i opanował się momentalnie.Z bezczelnym uśmieszkiem wpatrywał się w plecy dowódcy zastanawiając się co by było gdyby faktycznie ktoś go wynajął? Czy nóż w potylicy znalazłby się już teraz korzystając z nadarzającej się okazji, czy może poczekałby na bardziej dogodny moment korzystając z trucizny? Te odpowiedzi nie były jednak ważne w obliczu Johanna i akolity, który najwyraźniej myślał, że ma przeciw niemu jakiekolwiek szanse.

- Schowaj stal, akolito. Głupotą byłaby wzajemna rzeź. Zwłaszcza gdy masz przeciwko sobie osobę o aparycji i umiejętnościach Johanna. Licz się z konsekwencjami ataku. - Sven przemawiał spokojnie wpatrując się w oczy Reginmunda.

 

Arvein przyglądał się całej sytuacji z rosnącym niepokojem. Misja jeszcze się nie na dobre nie rozpoczęła, a już wszystko zaczęło się sypać. W takiej sytuacji nawet jeśli nie dażył sympatią dowódcy paranoika wiedział,  że nie może pozwolić by jakiś zwykły rzezimieszek go ranił, albo w najgorszym wypadku zabił. Dlatego stanął u boku dowódcy i położył rękę na rękojeści miecza. Po raz pierwszy w pełni go ukazując. Drugą zaś rękę trzymał schowaną w sakwie. Nie zrobił jednak nic ponadto. Nie chciał bardziej eskalować konfliktu, chciał tylko pokazać po czyjej stronie stoi.

-Jedyną osobą która w tym momencie chce walki jest Johan. Powinieneś raczej mu przemawiać do rozsądku. -powiedział spokojnie Arvein do Svena. Jego głos był opanowany, ale w środku obawiał się jak sprawy mogą się potoczyć.

Wydawałoby się, że cała sytuacja rozejdzie się po kościach. Ale nie. Jeden z mężczyzn, który należeli do oddziału ochotników wyciągnął broń i stanął w obronie ich dowódcy i, co gorsza, groził Svenowi.Johann Dunkel nie lubił, jak ktoś grozi jego rodzinie

Słuchał słów, jakie wypowiadał jego młodszy brat. Słyszał już podobny ton i argumenty wiele razy. Tak, jego umysł zalała fala wspomnień. Ileż to razy on i Sven znajdowali się w podobnej sytuacji 

Spojrzał na Akolitę- Schowaj broń klecho, jeżeli chcesz jeszcze pomodlić się do swego bóstwa.

 

- Mężczyźni - parsknęła Gesine. - Atmosfera zrobiła się nerwowa, a Johann, owszem, lubi walczyć. Dlatego tu jest. Skrytobójcy nie działają w taki sposób – z ostatnim słowem spojrzała na kapłana. Zastanawiała się, czy wśród tej zbieraniny rzeczywiście ktoś chce potwierdzić obawy dowódcy. Kto może być zamachowcem?... Spokojnie przeszła parę kroków, by  obserwować całość sytuacji, trzymając ręce  z dala od miecza, ale blisko niepozornego paska skóry, który mogła  szybko rozwinąć w procę.  Miała  przede wszystkim nadzieję, że Sven nie jest zamieszany w żaden zamach. To by była klęska dla zamachów dokładnie taka sama, jaką z dowodzenia uczynił paranoik Pfister.

Podczas mówienia, Johann Dunkel gestykulując nieuważnie rozluźnił prawą dłoń, w której trzymał swój miecz. Oręż upadł na ziemię.  Oficer wykorzystując tę okazję, zbliżył się do rozbrojonego mężczyzny.

- Będę miał ciebie na oku. - odparł, a następnie chwycił gladiatora za kołnierz, opluwajac się przy mówieniu dodał - Twoja paskudna gęba każe mi sądzić, że jeśli ktokolwiek dostałby na mnie zlecenie, byłbyś to kurwa ty.

Gerwin puścił Dunkela i popchnął go do tyłu.

- Zabierzcie mu broń - rozkazał pozostałym.

 

Akolita słuchał uważnie słów roztropniejszego z braci, który przynajmniej mówił rzeczy za które nic nie groziło. Niestety nie można było tego samego powiedzieć o tym porywczym bracie, który po raz kolejny zapluwał się w groźbach, ale nie był w stanie ich wyegzekwować, gdyż broń wypadła mu z ręki. Ich dowódca od razu to wykorzystał, a Reginmund najpierw nadepnął na leżącą na ziemi broń, a po rozkazie podniósł ją.

- Powinieneś słuchać rad swojego brata. - Zwrócił się do Johana - Czyny i słowa mają konsekwencje, a Twoje nie należą do tych, które mogą Ci przynieść coś dobrego. Waż co robisz i mówisz. - Akolita spojrzał na dowódcę - Co z nim robimy sir?

 

Gewin spojrzał na akolitę z wdzięcznością, po czym splunął na ziemię.

- Jebał go pies. Ruszamy do gospody, ser Alwin powinien przysłać tu swoich ludzi. - odparł Gerwin - Dopilnuję, żeby się nim zajęli. Tymczasem miejcie go na oku, skurwysyn wygląda jak zbir, i nie zdziwię się, jeśli rzeczywiście nim jest.

 

Arvein odprężył się widząc, że sytuacja została rozwiązana. Opuścił dłoń z rękojeści miecza i poprawił płaszcz, by zakrył ponownie ostrze. Następnie ponownie odsunął się nieco na bok grupy.

Gdy dowódca i kapłan ruszyli  do wojownika, Gesine  obserwowała Arweina jeszcze przez dłuższą chwilę, by wreszcie podejść i stanąć obok.

- Wiem - szepnęła tak, by jej cichy głos  znikł wśród wynikłego zamieszania dla  reszty postronnych. I tak, by nie było wątpliwości, że owo “wiem” nie odnosi się do osoby  Johanna, o którym wspomniała po  krótkiej pauzie, tylko do samego czarodzieja -  On jest zbyt porywczy, ale  to mój brat. Może i zbir, jednak żaden z niego zamachowiec - zablefowała nie mając co do tego ostatniego całkowitej pewności, bez cienia agresji, lecz z całym spokojem i przekonaniem, na jakie było ją stać w tym momencie. Jak zawsze… Bracia pakowali się w szambo, a ona musiała  wyciągać ich z kłopotów.

 

Arvein dostrzegł, że rudowłosa bacznie się mu przygląda. Gdy ruszyła w jego kierunku westchnął w myślach, ale nie dał po sobie nic poznać. Po jej pierwszych słowach skinął tylko ledwie zauważalnie głową. Tak naprawdę z początku nie zamierzał nawet niczego ukrywać. Ale skoro nawet dowódca ekspedycji nie wiedział o niczym nie widział powodu by się chwalić. Tłumaczenie tego nie miało jednak sensu więc, odpowiedział tylko na drugą część jej stwierdzeń.

 

- Twój brat zachował się bardzo... nierozważnie. Nie wiem skąd pochodzicie, ale tutaj obowiązują pewne prawa. Całe szczęście tym razem nie skończyło się rozlewem krwi. I też jak pewnie większość tu zebranych nie sądzę by ktoś go wysłał jako zamachowca. Możesz być spokojna. -powiedział, a na jego twarzy zagościł blady uśmiech- W każdym razie zależy mi na ukończeniu misji, więc starajmy się unikać konfliktów. Zwłaszcza, że rzeczywiście coś jest nie w porządku z całą wyprawą.

- Dziękuję - Gesine uśmiechnęła się delikatnie, choć oczy miała nadal poważne i zatroskane - Teraz największym zagrożeniem wydaje się dowódcy Johann, jutro może być to każdy z nas. Moim braciom bogowie poskąpili rozwagi, ale jemu być może odebrali rozum. 

- Miejmy nadzieję, że nasz dowódca zachował jednak odrobinę rozsądku. W międzyczasie poproś swoich braci by go więcej nie prowokowali. Po za tym wciąż istnieje szansa, że Gervin ma powody uzasadniające jego zachowanie. I paranoje.- Arvein zamyślił się na chwilę, po czym dodał- Jak się uspokoi warto byłoby go nieco wypytać. Podejrzewam też, że poradzisz sobie w tym lepiej ode mnie.


Johann był świadkiem wielu rzeczy, ale nie tak dziwnego zachowanie swojej właśnie dłoni i broni. Nie rozumiał, przerażało go to trochę, acz domyślał się co to może oznaczać. Nim jednak podniósł broń był już przy nim stary oficer. Po chwili siedział już na ziemi. W tym właśnie momencie Gerwin Pfister okazał się silniejszy niż wyglądał, a to już zasługiwało na szacunek przynajmniej w oczach Johanna. Być może ten człowiek będzie warty walki. Godniej walki. Jednak  nie tylko to zaprzątnęło głowę wojownika. Masło w dłoniach mężczyzny…. A więc to wiele tłumaczy. Johann  magów nienawidził, uważał ich za słabeuszy. A ten typek właśnie mu się naraził. No cóż, wcześniej czy później przyjdzie czas na wyrównanie rachunków. Johann zaczął się podnosi ,ale czuł tężejący w nim gniew który zbierał w nim. Był niczym lawina, to poruszenie wystarczy mały kamyczek a ten może przybrać dowolna formę. Może by być na przykład brak szacunku i zbytnia gadatliwość pewnego  Akolity. Johann wstał. Rodzeństwo znało ten jego wyraz twarzy , połączenie dumny z gniewem. Dzikiej twarzy. -Ty robaku wyrzynałem twoich ziomków, topiłem  ich  we własnej krwi a ty śmiesz mi coś mówić na ten temat - wydawałoby się że za chwile chwyci za wiszący przy boku korbacz. Jednak nie on poszedł bardzo blisko po czym rzucił się na akolitę z zamiarem obdarzenie go klasycznym i znanym w wielu karczmach  ciosem z główki.

 

Gesine nie zdążyła odpowiedzieć  czarodziejowi, ponieważ spostrzegła zawzięty grymas brata i od razu zerwała się do biegu.

- Nie! - krzyknęła widząc, że może nie zdążyć rozdzielić przeciwników. Owszem, Johann nie pierwszy raz wpadał w furię, lecz ona przecież nie bała się swojego młodszego brata. Niewiele młodszego, ale i tak przecież oboje  pamiętali jak  kiedyś wycierała mu gile z nosa w zastępstwie matki…

Czy ty  oszalałeś?!

Była gotowa wskoczyć nawet pomiędzy walczących.

 

Widząc że robi się ostro Gwido pogonił konia, przyskoczył do Reginmunda i spróbował go odciągnąć spoza zasięgu potencjalnego ciosu.
Ten wielki gość musiał być cholernie narwany, nie dość żeby się tak rzucać, właściwie bez większego powodu, to jeszcze żeby podnosić rękę na akolitę MORRA. Gwido szanował bogów i szaleństwem wydawało mu się złoszczenie ich a już w szczególności boga, do kurwy nędzy, śmierci! Poza tym sam kapłan wydawał się być zwyczajnie rozsądnym facetem o otwartym umyśle. Tak czy inaczej, wzbudzało to w nim szacunek do duchownego. Miał nadzieję, że druga wyglądająca na łebską postać w osobie Gesine poradzi sobie z uspokojeniem Johanna i nie dojdzie do jatki. Ostatecznie są rodzeństwem, na pewno zna na niego jakieś sposoby…

 

Klara przypatrywała się dotąd sytuacji dość milcząca, no bo co tu mówić jak zachowania mówią same za siebie. A przecież ze swym kijem nie będzie się pchać między skaczących sobie do oczu, bądźmy rozsądni. Teraz jednak czuła, że musi dać prostą poradę:

- Nie możemy go zabić? - wskazała Gerwinowi na szarżującego wojownika - On przecież zagraża misji.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

BasnG.pngsvqQfmI.jpgae6b80c4c94af7813be334a6f6d6bdc3--fantasy-rpg-warhammer-fantasy.jpg5RWl47t.jpg6mqQHrg.jpg

 

 

Johann już chciał zaatakować akolitę, wówczas pędzący na koniu Gwido chwycił Reigmunda, tym samym powalając go z głośnym hukiem na ziemię.

Oficer wyciągnął miecz, i wysunął go w kierunku Johanna. Zbliżał się do mężczyzny powoli, obawiając się ataku. Kątem oka spojrzał na Klarę.

- Mam pilnować porządku, nie kogokolwiek zabijać. Najpierw zabierzcie mu broń. - warknął, po czym machnął dłonią w kierunku Reigmunda. - Facet, wstawaj, i zdejmij linę z konia, pomożesz mi związać tego zbira. - odparł, nadal trzymając miecz - I na Sigmara, tym razem porządnie go przeszukajcie!

Rzucił Johannowi groźne spojrzenie.

- Stój spokojnie bydlaku - warknął.

 

Trzymając w ręku miecz Johana akolita zwrócił go przeciw właścicielowi, gdy ten skoczył go zaatakować. Na szczęście dla gladiatora został on powstrzymany nim zdążył zrobić coś czego by żałował. Na nieszczęście Reginmunda osoba powstrzymująca go przewróciła go na ziemię. Nie wiedząc jednak jak to wszystko się potoczy nie mógł zwlekać z poderwaniem się na nogi.

- Głos rozsądku widzę jest Ci obcy. - Podsumował w jednym zdaniu działania Johana.

 

Gwido poklepał czule konia, stając nieopodal. A taką miał nadzieję, że wszystko się jakoś bardziej gładko potoczy i mimo dowódcy-dziwaka chociaż oni będą się trzymać razem, tymczasem podzielili się na dwa stronnictwa, a on naprawdę nie chciał musieć wybierać. Co nie zmieniało faktu, że Johann zachowywał się nieprzewidywalnie, nieracjonalnie a do tego agresywnie i sam najchętniej widziałby go wykluczonego z misji. Położył rękę na sieci, gotów w razie czego jej użyć na narwańcu, gdyby ten próbował rozrabiać.

 

Gesine niewiele sobie zrobiła z tego, że obok przemknął rozpędzony koń, a Pfister wyciągnął miecz. I ona wreszcie dotarła do brata blisko. Bardzo blisko.

- Oszalałeś? - powtórzyła z lodowatym wyrzutem, świdrując wzrokiem Johanna. Słowa padały tym zjadliwsze, że kobieta nie podniosła  głosu, cedząc je jak lichwiarz odważający złoto - Dawno nie przywaliłeś komuś w ryj? To proszę bardzo, wyzywaj w cholernych knajpach chętnych na pięści. Wojna się skończyła! Dookoła  są towarzysze, nie wrogowie. Podpisałeś kontrakt z kapitanem straży? To co, do kurwy bretońskiej nędzy, chciałeś osiągnąć? Zrujnować reputację D u n k e l a?!

Odwróciła się do  oficera.

- Sir, to co uczynił nie jest podobne nawet do niego, a mimo wszystko pana nie zaatakował. Niech wyjaśni sprawę. Panu, straży. Niech odpokutuje, ale wątpię by trzeba było go natychmiast wiązać.

- Prawda? - znów zmrużone złością oczy zwróciła na brata.

 

 

Gerwin Pfister patrzył przez chwilę na Gesine zdezorientowany, otworzył szeroko gębę i rozszerzył oczy, następnie wybuchnął głośnym śmiechem.

- Nie wyraziłem się chyba jasno, ten człowiek właśnie został aresztowany. - odparł Pfister - Przekaże go w odpowiednie ręce. Nie za zaatakowanie mnie, kobieto, a za sabotowanie misji w służbie Imperatora.

Gerwin zastanawiał się przez chwilę, zastanawiając się, co może jeszcze dodać.

- Ruszamy do gospody i czekamy na wieści. Stamtąd wyślemy go z powrotem do Altdorfu. - wyjaśnił - Jest jeszcze jedna alternatywa - Gerwin zbliżył do Johanna - Klękniesz przede mną na kolanach, i przeprosisz, wówczas umniejszę twoje przewinienia. Co najwyżej dostaniesz w mordę, i może puszczę cię wolno.

 

Sven przyglądał się całej sytuacji z szyderczym uśmieszkiem zmytym po chwili przez wypadający z ręki brata miecz. Ktoś bawi się w brudne sztuczki. Pytanie tylko kto? Cóż, nieważne, i tak tego pożałują, myślał. Szczęśliwym trafem, jednak, Gerwin przywrócił klasyczny wyraz twarzy Svena opluwając się. Czarnowłosy chłopak odkaszlnął próbując zamaskować parsknięcie śmiechem. Obejrzał jeszcze szybko paznokcie udając całkowicie niezainteresowanego obecną sytuacją, w rzeczywistości jednak obserwując i Arveina, i swoją siostrę nie kryjąc zniesmaczenia i litościwych spojrzeń rzucanych w kierunku towarzysza. Że też moja słodka Gesine tak się stoczyła… Widać zimno gościło w jej łożu przez pewien czas. Czuję się w obowiązku zatroszczenia się o moja piękną muzę. Z zamyślenia wyrwał go brat, którzy krzyczał coś o mordowaniu i topieniu we krwi. Żeby być szczerym nie zaskoczyło go to zbytnio. Johann zawsze miał w sobie coś z brutala. On, akolita i paranoiczny dowódca chwilowo przykuli spojrzenie oczu w kolorze najczystszego błękitu. Kanciarz zmarszczył czoło ściągając brwi. Już wiedział, że Johann nie odpuści. Że nic dobrego z tego nie wyniknie. Nagle przypomniał sobie o niewidocznym Gwido. Obrócił błyskawicznie głowę tylko po to aby dostrzec, że się spóźnił o dosłownie kilka sekund. Kurwa, powinienem mieć go na oku cały czas. To wciąż niewiadoma. Wszystko zdarzyło się zbyt szybko. Nawet jak na Svena. Za dużo zmiennych, za dużo zdarzeń niesprzyjających, rozproszona uwaga. Nim ogarnął analitycznym umysłem co się dzieje dowódca kazał Johannowi klękać. Jak czegoś, kurwa, nie zrobię to ten pieprzony kretyn całkowicie nas zrujnuje. Poprawił jeszcze koszulę, pogładził kamizelkę i zaczesał włosy do tyłu wzdychając przy tym teatralnie.

- Nikt nikogo nie będzie wiązał, aresztował ani klękał. Proponuję bardziej pokojowe rozwiązanie. Zagramy o niego w kości. Wygramoddajecie mu broń i zapominamy o całej sprawie. Przegram – wypuszczasz Johanna a ja wchodzę w twoje ręce, przyznaję się do ataku, do bycia mordercą a z moimi rzeczami zrobisz co chcesz. Co ty na to, hm?

 

- Wybacz, ale muszę spytać. Czy ty jesteś skończonym kretynem? - zapytał Gerwin - Mogłeś tego nie zauważyć, ale jestem do chuja oficerem, nie handlarzem na targu z którym możesz sobie ubijać interes. Zaproponuj mi takie rozwiązanie jeszcze raz, a oświadczam, że aresztuje was obu. Obu za brak dyscypliny, do której się zobowiązaliście.

 

- Jest - uprzejmie podpowiedziała Gesine, w duchu myśląc “za głupi na sabotaż”. Mniejsza o aresztowanie, pierwszy cel bowiem został osiągnięty.  Wymiana zdań chwilowo zawiesiła  ewentualne zapędy, by ktoś  rzucił się wiązać Johanna. Być może jeszcze  chwila, a  ochłonie i nie będzie gotów odgryźć twarzy pierwszemu chętnemu.


Johann był niczym wściekły pies, już dawno nie dał się tak ponieść emocjom. Gotował się do szarży, gdy stanęła przed nim siostra. I nagle, niczym wiadro lodowatej wody wylanej na głowę dotarły do niego słowa. Gladiator zatrzymał się i opuścił głowę. Jego twarz nie miała już wściekłego, zwierzęcego wyrazu

- Nie, nie chcę - odparł tylko cicho gdy siostra powiedziała o kalaniu rodowego nazwiska. Cała złość jakby uleciała. Wziął głęboki oddech. Mimo że Johann był już daleko od wpadnięcia w atak szału, jego dłoń odruchowo spoczęła na korbaczu. Spojrzał na Svena i uśmiechnął się delikatnie. Rodzina to jednak rodzina. Przeniósł wzrok na oficera

- Nie klękałem i nie będę klękał. Wolę iść do aresztu dobrowolnie uznając błąd, jako honorowy człowiek i dumny, ale - zrobił krótką pauzę – Mówienie, że przeszkadzam w misji to nieporozumienie. I tak czekamy na konie, więc można to uznać za krótką rozgrzewkę, a poza tym spójrz po nich... Idziemy do Middelandu wiesz jacy tam są ludzie… Kuglarza spalą na stosie od razu bo to złe moce… Ten akolita, wszystko jedno w co wierzy, jeśli nie czci Białego Wilka, a nie jest jego kapłanem, to wróg. Wiesz jak oni reagują na ludzi z waszego landu. Uznaliście mnie za zagrożenie, choć jestem jeden i nie atakowałem bronią. Tam była wojna. Co będzie jak spotkacie maruderów, orków, zwierzoludzi albo bandy dezerterów... Jesteś dobry wojownik i dostaniesz dwóch ludzi ale nadal może być ciężko… Ja potrzebuje pieniędzy a ty chcesz pomóc wieśniakom. Nic nie wiem o drugiej grupie ani o zamachu na twoje życie. Ale znam się na zabijaniu, a czuje że będzie to potrzebne.

 

Johann się uspokoił, więc, w takim razie Gwido podjechał do Reginmunda.

- Przepraszam, nie chciałem cię wywrócić.

- Nie ma za co - akolita zbył to machnięciem ręki. - Dziękuję.

 

Gerwin wyszczerzył zęby, odsłaniając swoje żółte zębiska, zaczął klaskać.

- Piękna przemowa - zaczął rozbawiony - Poruszyłeś mnie tą gadką, co oczywiście nie znaczy, że zmieniłem zdanie.

Westchnął, a następnie skierował swój wzrok na resztę.

- Drodzy państwo - zwrócił się do pozostałych - Czy moglibyście go w końcu związać, czy sam mam to zrobić? Bo widzę że wszyscy się opierdalają, a rodzeństwo robi mi z tego burdelu rodzinny dramat. Dosyć gadania! - krzyknął - Sytuacja jest niepokojąca, i póki jej nie zrozumiem, nie próbujcie nawet przekonać mnie do zmiany stosunku. Łamiecie zasady? Obrywacie po tyłku. Nie inaczej będzie tym razem.

Edytowane przez Vadeanaine

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

grey_mage176x231.pngBasnG.pngae6b80c4c94af7813be334a6f6d6bdc3--fantasy-rpg-warhammer-fantasy.jpgsvqQfmI.jpgs11S6yk.jpg5RWl47t.jpg

 

Arvein miał zamiar już samemu podejść i związać Johanna, ale słysząc jego komentarz na temat “kuglarza” zrezygnował, zakładając, że wojownik mógł zauważyć jego wkład w konflikt. Po za tym był zaskoczony, że gladiator jest w stanie gadać z sensem. Choć jednocześnie wydało mu się to niepokojące. Zaczął się zastanawiać, czy Johann nie cierpi na jakieś rozdwojenie osobowości albo gorzej. Patrząc pozytywnie, przynajmniej dowódcy przeszedł atak paranoi.

 

Reginmund był już gotowy z liną w ręku. Podczas gdy rodzeństwo próbowało przegadać oficera akolita zabrał wspomnianą linę, acz nie wyrywał się do wiązania do momentu w którym ich dowódca nie potwierdził zamiarów. Na jego polecenie skinął głową i zbliżył się do Johana.

- To jak będzie? Załatwiamy to polubownie? - Akolita jednocześnie starał się uważać na ewentualny wybuch tego porywczego mężczyzny.


Johan stał dziwnie spokojnie, jakby już nie chciał prowokować, zwłaszcza siostry. Spojrzał na oficera.

- Nie dam się związać. Ale dam słowo rodu Dunkelów że nie wyciągnę na nikogo stali i grzecznie udam się gdzie chcesz. I powiem, co myślę, że co się dzieje. Ktoś chce zgarnąć chwałę dla siebie i pewnie cię ośmieszyć - wzruszył ramieniem- To jak będzie panie oficerze ?- ostatnie słowa były wypowiedziane nieco sarkastycznie. Gdy znowu podszedł klecha, Johann pomyślał, że może trzeba było go ściąć od razu. Przeszło mu to przez głowę. Spojrzał na niego i odpiął od pasa korbacz ale nie atakował

- Wsadź sobie tą linę…i podziękuj chłopakowi na koniu że cię uratował. Poza tym mówię do przełożonego. Nie chcę z tobą gadać. - Czekał na reakcje starego mężczyzny. Ale gdy tylko Akolita się do niego zbliży mógł zaatakować

 

- Zostaw to, Johann - Gesine powiedziała cicho. Nic więcej nie zamierzała robić, gdyż każdy był kowalem swego losu. Spodziewała się, że jeśli ktokolwiek uniesie broń po raz kolejny, nie skończy się to już na słowach.

 

Akolita przekrzywił głowę patrząc na Johana. W sumie nie za wiele się pomylił, ale na plus należało zapisać, że nie rzucił się na niego z bronią w ręku. Ale ją odpiął co zaskutkowało tym, że i akolita sięgnął po miecz.

- Podziękowałem. Mam lepsze rzeczy w planach niż zmywanie Twojej krwi z ostrza. Nie chcesz ze mną gadać, ani być związanym, ale nikt się nie pyta czego chcesz. Dostaliśmy polecenie Cię związać i to się stanie. Na tym polega wykonywanie rozkazów. Albo poddasz się polubownie albo będziemy musieli Cię w trakcie trzymać. Rzucisz broń i załatwimy to grzecznie tak jak twierdzisz, że Ci zależy, czy nie?

 

Arvein stał z tyłu, w polu widzenia Johanna. Mag milczał, a twarz miał poważną i przyglądał mu się z uwagą. Gladiator mógł dostrzec jednak, że chłopak trzyma coś w dłoni. Mag miał nadzieję, że mężczyzna zrozumie przekaz. Przypomnienie, że bez względu na swoją decyzję zostanie pozbawiony oręża. Albo i gorzej...

 

Gerwin podszedł do Johanna nadal trzymając wyciągnięty miecz, wpatrywał się prosto w jego oczy.

- Odważny jesteś, co? - zapytał, a następnie uderzył go z pięści w brzuch, po czym złapał dłonią za policzki, i zbliżył jego twarz do swojej - Chcesz dzisiaj umrzeć? - zapytał krzywiąc się - Zgłosiłeś się na wyprawę w służbie Imperatora, tym samym zobowiązałeś się przestrzegać przepisów. Złamałeś w ciągu ostatnich kilku minut ich szereg. To w ogóle cud, że jeszcze pozwalam ci żyć. Jeśli chcesz mieć jakiekolwiek szanse na wyjście z tego cało, po prostu skończ zgrywać chojraka, dobra? - poklepał go po buzi - Wierzę że tak.

 

Reginmund mimo wszystko wierzył w ludzi i ich rozsądek. Czasami żałował tego że się mylił i ludzie zawodzili jego oczekiwania. Niemniej wolał zakładać, że druga osoba jest rozsądna. Dlatego też po ostatnim wystąpieniu kapitana wierzył, że Johan zachowa się rozsądnie, bo nikt nie chciał dać się zabić. Podszedł więc do gladiatora, aby

zacząć go wiązać.

 

Reigmund związał dłonie upokorzonego przez dowódcę Johanna, uśmiech z twarzy Gerwina zniknął, wpatrywał się poważnie w pełną gniewu twarz najemnika.

- Przeszukajcie go dokładnie. - rozkazał oficer, a następnie zbliżył się do swojej klaczy  - Zabierzcie mu co ma, i ruszamy.  - wskoczył na konia - Musimy dotrzeć tam przed zmierzchem. Potem każdy będzie miał czas na odpoczynek. - Gerwin zmierzył wzrokiem Gwido, Arveina i Reigmunda - Dobrze się spisaliście, panowie. Zbyt pochopnie was oceniłem. Oby tak dalej.

 

Klara niewzruszona obserwowała całe zamieszanie. Z jej punktu widzenia wściekłe psy się zabijało, ale skoro dowódca wolał tego wziąć żywcem to jego sprawa i odpowiedzialność. Trzeba było tylko uważać by nie zostać z furiatem sam na sam.

- Ktoś potrzebuje jakiegoś opatrunku? - spojrzała wprost na akolitę Morra.

 

Słysząc słowa dowódcy Gwido przełknął ślinę i lekko skinął głową, nie będąc pewnym, czy rad jest z pochwały od Pfistera. Niezależnie od stopnia zasadności potencjalnej paranoi, facet wywoływał w nim odrazę a wizja służby dla niego jeszcze większą. Chłopak zrobił co zrobił bo nie chciał dopuścić do niczyjej krzywdy, oficer skorzystał na tym przy okazji. Gdy odezwała się Klara, powiódł oczyma za jej spojrzeniem i zmartwiony utkwił wzrok w akolicie, mając nadzieję, że odpowiedź będzie przecząca.  

 

    Arvein odprężył się widząc, że Johann się jednak poddał. Z drugiej strony, być może wygodniej by dla nich było gdyby, stawiał opór i zginął w walce… W każdym razie nie jemu należało to oceniać, on tylko starał się zminimalizować straty. To była jego pierwsza samodzielna misja i miał zamiar dopilnować by zakończyła się powodzeniem. Zrobi to mimo niekompetencji dowódcy i porywczości towarzyszy. Słysząc pochwałę dowódcy wyprostował się dumnie. Chciał by Gerwin uważał go za lojalnego podwładnego. Po za tym był zadowolony, że ich dowódca nie pokazywał już objawów swojej wcześniejszej paranoi. Dowódca powinien być w stanie utrzymać dyscyplinę w swoim oddziale. Miał nadzieję, że tak już zostanie… Ale teraz należało się zająć poważniejszymi problemami. Musiał zdecydować co należy przedsięwziąć w związku z faktem, że Johann został chwilowo oszczędzony… Sądząc po jego charakterze istniała realna szansa, że będzie chciał się zemścić za jego udział w sporze. Dlatego nie namyślając się długo wykonał pierwsze polecenie dowódcy i zajął się za przeszukiwanie Johanna, nie zamierzał zostawić mu żadnej potencjalnej broni.

 

Podczas gdy Reginmund wiązał Johanna Arvein zaczął go przeszukiwać. Żaden z nich jednak nie zareagował na pochwałę dowódcy w inny sposób niż prężenie się z dumą. Akolita spojrzał na Pfistera i odpowiedział za nich wszystkich.

- Dziękujemy, sir.

Nie podobało mu się to wszystko co się stało, ale każdy był kowalem własnego losu i jeżeli ktoś dążył do sprowadzania na siebie nieszczęść, to nie sposób nieraz go było powstrzymać. Gdy skończył spojrzał jeszcze na tego biednego skurczybyka i żal mu się go zrobiło. Zastanawiał się co musiało się dziać w jego głowie kiedy to wszystko się działo. Czy to był jednorazowy wyskok? Chwilowy wybuch? Czy żałował tego co uczynił, czy może powtórzyłby to ponownie? A najważniejsze pytanie zapewne miało pozostać bez odpowiedzi…. Kim był i co tu robił? Zgłosił się do tej wyprawy. Wyprawy, która była niesieniem pomocy potrzebującym, więc nie mógł być zwykłym podłym rzezimieszkiem. Ta decyzja wymagała pewnego rodzaju szlachetności. Szkoda tylko że nie był póki co w stanie okazywać jej wobec ludzi z którymi przyszło mu wyruszyć na tą wyprawę. Co kryło się w głowie Johana Dunkela zaprzątało przez chwilę myśli akolity. Przynajmniej do momentu gdy Klara nie zadała swojego pytania.

- Do wesela się zagoi. - Odpowiedział jej z uśmiechem na ustach.

- Gotowi. - Rzucił w kierunku dowódcy kiedy skończył wiązać Johana, a Arvein go przeszukiwać. Pozostawało mieć na niego oko podczas podróży. Jak i na jego rodzeństwo, któremu mogło się nie spodobać to jak został potraktowany jego brat.

 

Gesine z ulgą przyjęła fakt, że Johann jednak nie  rzucił się nikogo rozszarpać. Widziała, że zaciął się w sobie i  zapewne  nie będzie chciał  gadać z nikim, aż kiedyś znów wybuchnie, ale póki co było po wszystkim. Kobieta niczego po sobie nie pokazała, zachowując spokój, pilnie tylko patrzyła na ręce Arveina, gdy przeszukiwał jej brata. Uzasadnionym było zabieranie broni, lecz gdyby chciał okraść Johanna przy tej okazji, nie omieszkałaby zażądać zwrotu. Oczywiście poza wzrokiem dowodzącego buca, który znalazł sobie właśnie nowych zaufanych. Czas pokaże, czy trafnie. Miała co do tego spore wątpliwości w każdym przypadku, oprócz, być może, sługi Morra. Na postoju zaś obiecała sobie zwrócić więcej uwagi na dziewczynę. Choć mogło się wydawać, że nie dosłyszała, lub puściła mimo uszu podżeganie Pfistera, to jednak nigdy nie przegapiła by takich, sprytnie zadawanych, pytań. Nawet gdyby nie chodziło o Johanna.

 

    Arvein szybko przeszukał rzeczy Johanna i nie znalazł tam nic interesującego. Mag zaczął podejrzewać, dlaczego gladiator zgłosił się do tej misji, gdy odkrył, że sakiewka wojownika jest pusta. Po za tym nie miał on przy sobie wiele, tylko jakieś zwykłe przedmioty codziennego użytku. Oczywiście, zabrał nóż z pośród tych przedmiotów, ale całą resztę zostawił. Lepiej żeby gladiator sam nosił swoje rzeczy.

    W międzyczasie gdy tylko Reginmund skończył wiązać i zajął się czymś innym, Arvein zaczął cicho mówić:

- Mam nadzieję, że nie masz mi niczego za złe, po prostu nie chciałem by ktoś został ranny. Po za tym uważam, że masz rację i bardziej nam się przydasz wolny, ale niestety nie odemnie zależy decyzja. Mimo wszystko myślę, że twojej siostrze uda się przekonać Gerwina by rychło cię wypuścili, zwłaszcza jeśli natkniemy się na jakieś kłopoty. Nóż oddam jak już do tego dojdzie. -zamilkł na moment po czym znacznie głośniej oznajmił- Przeszukany! Johann nie ma już przy sobie żadnej broni.

Po czym odsunął się chowając nóż do płaszcza. Widząc, też że nikt nie zainteresował się porzuconym korbaczem go również podniósł. W drodze jeśli Gerwin niczego nie będzie od niego chciał postanowił dokończyć rozmowę z Gesine.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Gerwin Pfister zdecydował przywiązać Johanna do swojego wierzchowca, tłumacząc to tym, że chce trzymać brata jak najdalej od rodzeństwa. Identycznie było z brońmi gladiatora, nie chcąc aby wpadły one w ręce pozostałych Dunkelów, nakazał przekazać ją sobie.

Ruszając, oficer co jakiś czas pośpieszał swojego wierzchowca, tym samym próbując rozdrażnić ubezwłasnowolnionego gladiatora, Johann i pozostali szybko zorientowali się, że Pfister poprzedza ten ruch złośliwym chichotem.

Przez cały ten czas, szare chmury zbierały się nad ich głowami, nie zdążyli dotrzeć jeszcze do gospody, nim rozpadał się intensywny deszcz.

Dotarli na miejsce dopiero godzinę później, zmęczeni i zmoczeni. Nawet sam Gerwin Pfister stał się mniej gadatliwy.

prancing_pony_tavern_by_daroz-d6htwmm.jp

Do gospody prowadziła wąska ścieżka prowadząca w głąb lasu, jedynie znak na trakcie informował o jej położeniu. Szli przez kilkanaście minut, aż w końcu ujrzeli gospodę, po jej lewej stronie znajdowała się stajnia, gdzie dwóch chłopców stajennych właśnie zajmowało się końmi.

Obok stajni stały się trzy puste dyliżanse, co sugerować mogło tylko tyle, że w gospodzie są także inni podróżnicy. Kolejną wskazówką mógł być głośny hałas dobiegający z jej wnętrza, ludzie przekrzykiwali się nawzajem, a z uchylonego okna ulatniały się kuszące zapachy przygotowywanych potraw.

W oddali przed drzwiami gospody stali dwaj ubrani w błyszczące, niebieskie stroje szlachcice. Śmiali się, prowadząc żywą dyskusję. Na widok zbliżającego się oficera i ochotników, zasalutowali, jeden z nich krzyknął.

- Czołem wielkiemu Imperium!

Był to młody, łysy mężczyzna z długą, czerwoną brodą. Drugi wyglądał równie nietypowo, miał długie, sięgające mu do ramion, czarne włosy, i ślepe oczy.

- Czołem wielkiemu Imperium, żołnierzu! - krzyknął ten drugi. Oboje z uśmiechem na twarzy zbliżyli się do oficera.

- Kim wy do chuja jesteście? - zapytał wściekły Gerwin. Szlachcice spojrzeli po sobie i ukłonili się.

- Pan Poh. - przedstawił się ten z czerwoną brodą.

- A ja pan Noh. - rzekł drugi stojąc na jednej nodze. Pfister zrobił się czerwony ze złości.

- Czy to są jakieś żarty? - zapytał. Szlachcice zignorowali go, zamiast tego przyjrzeli się ochotnikom.

- Dwie piękne panie, jeden związany brzydal, i czterech jeszcze piękniejszych chłopców. Co sądzisz panie Noh? - zapytał Poh.

- Myślę panie Poh, że nie mnie oceniać ich wygląd. No wiesz… - wskazał palcem na swoje oczy. Obydwoje wybuchnęli śmiechem.

- Masz wspaniałe poczucie humoru, panie Noh. - odparł uśmiechnięty od ucha do ucha Poh, a następnie ukłonił się. - Witamy w naszej gospodzie. Jeszcze nie wymyśliliśmy żadnej nazwy, ale ugościmy was najlepiej jak potrafimy….

- Masz pomysł na nazwę, panie Poh? - zapytał Noh, Poh spojrzał na swojego wspólnika.

- Może… ,,U Pana Poha i Pana Noha’’? - zapytał Poh. Noh splunął.

- Nie, nie, to brzmi zbyt prosto. Nie sądzi pan, panie Poh, że jesteśmy prostymi ludźmi, prawda? - zapytał z udawanym smutkiem w głosie.

- Okażacie więcej szacunku. - warknął Pfister - Jestem na służbie jego Imperatorskiej mości. Darujcie sobie to przedstawienie, albo każę spalić waszą gospodę.

- Oficer chyba się obraził... - zaczął Poh, Noh parsknął śmiechem.

- Czy możemy rozgniewać oficera? - zapytał Noh. Poh podrapał się po podbródku.

- Chyba tak, zbudujemy sobie nową gospodę! - zawołał wesoło Poh - A może darujemy wam tych uprzejmych złośliwości. Czy wpadniecie do środka?

- Darować złośliwości? Ale przecież złośliwości to nasza natura. - Noh wskazał palcem związanego Johanna - Czy on też się z pana naśmiewał, panie oficerze?

Gerwin nie wiedział co odpowiedzieć, bezczelność gospodarzy wybiła go z rytmu. Zapomniał nawet o groźbach.

- Naśmiewałeś się z niego? - zapytał wesoło Noh. - To chyba bez znaczenia. U nas zostaniesz ugoszczony tak samo jak reszta.

- Nie macie pra… - Gerwin nie dokończył, Poh przyłożył mu palec do ust.

- Cii, Pfister. - zaczął siląc się na udawanie poważnego tonu - My mamy. To nasza gospoda. Wiesz, dosyć złośliwości. Tutaj będzie przyjaźnie. Związany brzydal wygląda groźniej, niż pijany brzydal. To nie pomaga nam utrzymać przyjaznej atmosfery.  

- Skąd znacie moje nazwisko?! - krzyknął wściekły oficer. Noh i Poh spojrzeli po sobie, tym razem udając przerażenie.

- O nie, panie Noh, skąd? - zapytał zaskoczony Poh. Noh pokręcił głową przecząco.

- Nie mam pojęcia, my to po prostu wiedzieliśmy od urodzenia. Panie Poh, wydaje mi się, że jesteśmy wszechwiedzącymi.

Poh zasłonił twarz i spojrzał na ochotników.

- To chyba dar, co o tym myślicie? - zapytał.

- Na co czekacie?! Zabijcie ich! - krzyknął Gerwin w kierunku ochotników. Poh i Noh zaśmiali się.

- Skąd te nerwy? Jesteśmy tylko gospodarzami, Pfister? - zapytał Noh - Czy ci ludzie to twoje dziwk...

Poh szturchnął towarzysza w ramię

- Przyjaciel chciał spytać... czy to twoi najemmicy? - Poh uśmiechnął się życzliwie - Nie wyglądają na morderców. Założę się, że wolą się ogrzać przy kominku, niż nas zabijać. 

 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

BasnG.png

Reginmund Rothenberg

 

Po załatwieniu sprawy z porywczym Johanem wszyscy ruszyli w drogę. Reginmund starał się trzymać z tyłu, aby mógł obserwować zarówno związanego jak i jego rodzeństwo, któremu mogła się nie podobać ta sytuacja. Kiedy ich dowodzący oficer zaczął się znęcać nad Johanem Regi skrzywił się wyraźnie. To nie przystało imperialnemu oficerowi, było okrutne i bezsensowne. Nic jednak nie powiedział, acz Ci którzy spojrzeli mogli widzieć po jego twarzy dezaprobatę. Może i Dunkel był porywczy i zachował się głupio, ale nie zasługiwał na takie traktowanie. Więźniom też należał się pewien szacunek. Ale to jak się z nimi obchodzono zależało i świadczyło o oficerze. Smutny nastrój został dodatkowo pogłębiony przez opady deszczu, które towarzyszyły im w ostatnim etapie drogi. Dlatego też widok upragnionego celu podróży rozgrzał serca, a przynajmniej Reginmunda, bo oznaczało, że już lada moment będą mogli się ogrzać i posilić. Nim jednak to się stało przywitała ich dwójka właścicieli, którzy byli strasznymi lekkoduchami. Reginmund miał szeroki uśmiech na twarzy i zaśmiałby się z niejednego ich żartu, ale tłumił to w sobie, no bo przecież nie wypadało. Tak przynajmniej było do momentu, w którym jeden z nich nie odezwał się do oficera po nazwisku. W tym momencie Reginmund od razu spoważniał i zaczął analizować... Coś tu śmierdziało. Gniewna reakcja dowódcy była przesadzona, ale nie mniej musiał tu podzielić jego paranoję. Wyszedł do przodu aby stanąć obok dowódcy i trzymał dłoń na mieczu w ramach ostrzeżenia. Jednocześnie badawczo patrzył na rozmówców oceniając czy to nie oni mogą być tymi wspomnianymi zamachowcami.

To tylko para błaznów, sir. Niedługo mają przyjechać inni, to może ich im przekażemy? Noc w areszcie może da im do myślenia. - Zamilkł na chwilę po czym zwrócił się do "gospodarzy" - Zaiste wolimy ogrzać się i pożywić, ale odnośnie tego będziemy musieli porozmawiać z właścicielami. Przy takiej ilości gości... - Wskazał na stojące dyliżanse - ...z całą pewnością doglądają wszystkiego w środku. Pytaniem więc pozostaje kim wy jesteście tak na prawdę. - Utkwił spojrzenie w mężczyznach i czekał na ich odpowiedź z mieczem pod ręką.

 



Perswazja na dowódcę - 93 :P 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

5RWl47t.jpg

Gwido Irrenweg

 

 

Gwido zauważył jaką zabawę znalazł sobie Pfister. Nie uważał, żeby Johann działał racjonalnie w poprzednim sporze, ale w końcu złożył broń, poddał się i otrzymał karę. To co jednak wyczyniał oficer było zwyczajnie okrutne, niesprawiedliwe i pozbawione honoru, co w sumie mniej więcej wpisywało się w obraz Gerwina, jaki chłopak sobie wyrobił od rana. Jednak widząc obecne zachowanie Pfistera, w Gwido się zagotowało. Jeśli było coś co wyprowadzało go z równowagi, było to niepotrzebne okrucieństwo. Podjechał więc do przełożonego.
- Już go pan ukarał, nie ma potrzeby się znęcać. - stwierdził chłodno, patrząc drugiemu mężczyźnie w oczy. Starał się nad sobą panować, ale nozdrza mu drgały z nerwów.
Gerwin Pfister obrócił głowę, przyglądał się rudowłosemu chłopakowi z niedowierzaniem. Jeszcze kilka sekund pochwalił go za dobre sprawowanie i dyscyplinę, a teraz miał czelność zwrócić mu uwagę. Oficer przełknął głośno ślinę.
- Jest niezłomny. - powiedział Gerwin, starając się mówić spokojnie - Z takimi trzeba postępować ostro, inaczej ich nie złamiesz. Będą buntować się do samego końca. Czy ty myślisz, że wściekłego psa ułagodzisz głaskaniem, dzieciaku?  
- Nie, ale kijem się tego też nie zrobi. Do tego potrzeba zbudować zaufanie. - odparł, trochę się uspokajając. Nie spodziewał się, że Pfister będzie skłonny do jakiejkolwiek dyskusji.
- To dobry pomysł, a co potem, może mam go w sobie rozkochać? - rzucił Pfister, patrzył przed siebie unikając spojrzenia Gwido. -  Mam inne priorytety. Oddać go w ręce stróży prawa, wyjaśnić kwestię drugiej ekspedycji, wykonać misje, i już nigdy więcej nie widzieć tego gnoja na oczy. Was zresztą też.
Gwido popatrzył na niego ponurym, zmęczonym wzrokiem. No nie szło dyskutować z tym gościem! Ale przynajmniej w ostatniej kwestii się zgadzali. Westchnął i zawrócił konia, wracając na swoje miejsce na końcu pochodu. Resztę drogi spędził czując się po prostu źle z tym co się działo, a poczucie bezsilności potęgowało beznadziejność sytuacji. Gdy zaczęło padać, otulił się peleryną mając wrażenie, że pogoda się dostosowała do jego nastroju.

 

Kiedy przybyli do karczmy, trochę się ożywił. Był już głodny i mokry, a ciepła gospoda w której można by się najeść, napić i trochę oderwać od ponurych myśli była jak zbawienie. Toteż kiedy powitali ich gospodarze, gotów był nie baczyć na ich dziwaczne zachowanie, byle by już wejść do środka. Przynajmniej do czasu. Zaalarmowało go, że wiedzieli kim jest Pfister, mimo że on zdawał się ich nie znać. Marne były szanse, żeby zapomniał takie twarze. Gwido momentalnie zapałał morderczymi uczuciami do panów Poha i Noha, obawiając że staną na jego drodze do ciepłego paleniska i strawy która w jego marzeniach już się tam gotowała. Kiedy Reginmund się odezwał, ulżyło mu, że inni też zauważyli że coś tu nie gra. Postanowił się nie odzywać, pozostawiając tę kwestię akolicie. Sam zdjął kaptur i zaczął się rozglądać i nasłuchiwać. Nie zdziwiłby się, gdyby była to pułapka. W gruncie rzeczy zdziwiłby się, gdyby nie była.

 

Spoiler

Test na spostrzegawczość: 26

 

Edytowane przez Rrr

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

grey_mage176x231.png

Arvein

Mag również przyglądał się traktowaniu Johanna z dezaprobatą. Ich kompania była nieliczna i pozbycie się jednego z najbieglejszych w walce członków ekspedycji mogło być pochopną decyzją. Gdyby jeszcze robił to ku przestrodze innym członkom drużyny, mogłoby to mieć sens. Jednakże jedyną osobą, która po za Johannem wykazywała niesubordynację, był Sven. W dodatku znęcanie się nad wojownikiem psuło tylko wizerunek Gerwina w oczach podwładnych. Jak na razie w jego opinii ich lider miał więcej wad niż zalet. W zasadzie on i gladiator różnili się od siebie tylko wiekiem i tym, że jeden był nikim, a drugi miał stanowisko wojskowe.

 

Gdy dotarli do karczmy, Arvein przywitał to z ulgą. Nie był zbyt wymagający co do warunków, ale nie lubił deszczu. Za bardzo kojarzył mu się z domem. Wspominki przewała mu niespodziewana rozmowa z dwoma nietypowymi osobnikami. Szlachecki strój i osobliwy styl bycia wywoływał podejrzenia, ale najbardziej przejął go fakt, że ślepiec był nad wyraz sprawny jak na swoje kalectwo. Czyżby był magiem? Zastanawiał się i skupił się na obserwacji magii wokół siebie. Sam starał się nie wyróżniać zbytnio z grupy, by nie wzbudzać niepotrzebnej uwagi. Łatwiej było obserwować pozostając niezauważonym.

 

 

mam nadzieję że jest tu coś magicznego krytyczny sukces 

1

 

Edytowane przez franekfrog

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

s11S6yk.jpg

 

Klara Hansen

 

To było głupie. Ciągnięcie i poniżanie Dunkela było po prostu głupie i tylko potęgowało jego wściekłość, która pewnie wybuchnie, gdy mu tylko zdejmą pęta. Komentować jednak nie było sensu, Pfister nie był osobą, do którego przemawiały rozsądne argumenty. Cyruliczka zarzuciła więc kaptur na głowę chroniąc się przed deszczem i skupiła na drodze, nie zamieniając słowa z nikim. Raz tylko parsknęła na rozmowę oficera z rudzielcem: tak jak uważała: Gerwin pozostawał głuchy na głos rozumu. Ot, upokorzyć, rozwścieczyć i zostawić problem na cudzej głowie. Typowe.

 

Pod karczmą zadowolenie Pfistera uleciało natychmiast i Klara się nawet nie dziwiła. Rozmowa, której przysłuchiwała się jednym uchem była więcej niż dziwna i podejrzana, więc paranoik zachował się jak na paranoika przystało. Oczywiście dziewczyna nie zamierzała rzucać na "hurra!" do ataku, skoro nawet osoby bardziej ku temu predestynowane nie miały ochoty. Zamiast tego poszła lekko w bok, do stajni i do stajennych chłopców.

- Kim jest ta dwójka? - wskazała głową na panów Noha i Poha - Co tu się dzieję?

Zapytała też ogólniej mając nadzieję, że parobkowie będą skłonni do zwierzeń. Nie przestawała przy tym obserwować ich i otoczenia starając się zwracać uwagę na wszystkie podejrzane rzeczy.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

svqQfmI.jpg

 

Gesine Dunkel

 

Przez większość czasu marszu obserwowała  dowódcę i współtowarzyszy. Pfister bał się nieznanych morderców, ale robił wszystko, aby zniechęcić lub nastawić przeciw sobie własnych ludzi. Nie.. Wcale nie, żeby jej to przeszkadzało. Wprawdzie winnym awantury na postoju był Sven, lecz teraz z każdym chichotem oficera i każdym szarpnięciem sznura rosła pewność Gesine, że prędzej czy później oficer skończy źle. Kwestią pozostawało  już nie "czy", tylko "kiedy" i w jakich okolicznościach kutas przeszarżuje, niekoniecznie nawet trafiając na swoich tajemniczych zamachowców i co można zrobić, żeby się wykpić z odpowiedzialność za śmierć paranoika...

 

Lekkim skinieniem podziękowała za dobre chęci mijającemu  ją Gwido, gdy ten po rozmowie z dowódcą wstrzymał konia, by powrócić na koniec pochodu. Sama  nie wychylała się póki co, by nie dać powodów do jeszcze większej złośliwości. Dwukrotnie zerknęła na ciągnącego z tyłu kapłana, raz pod pozorem mocowania obluzowanego troka plecaka, drugi raz naciągając kaptur, gdy zaczął padać deszcz.  Praworządny i nadgorliwy akolita przyczynił się po równo ze Svenem do aktualnej poniewierki Johanna i na pozór był tym typem formalisty, który wykona nawet najbardziej beznadziejny rozkaz, byle tylko zgodnie z prawem. Ile będzie trzeba, by ślepo nie bronił Gerwina? Wcześniej jednak trzeba porozmawiać z magiem, któremu tak jak rudzielcowi zależało raczej na powodzeniu całej czeredy i prawdopodobnie wykonaniu powierzonego zadania. W przeciwieństwie do nich ostatnią osobę w oddziale, ponurą dziewczynę, Gesine wstępnie oceniła jako pilnującą tylko własnego nosa, o ile nie właściwy powód paranoi oficera, co mogło stanowić zarówno wadę jak i zaletę.

Czas pokaże.

 

Czas jednak zdecydowanie przyspieszył, kiedy wreszcie znaleźli się przed karczmą. Gdyby każdy nosił jakąś malutką, prywatną klepsydrę, przesypującą cieniutki strumyczek momentów dzielących ich od śmierci, to Pfister w całej  paranoi zapewne swoją potrząsał, prosząc się o rychlejszy zgon. Gesine niemal rozbawiło to porównanie, które  przyszło jej do głowy, gdy oficer coraz bardziej zaperzał się w rozmowie z podejrzaną dwójką. Zasadniczo gdzieś miała jego rozkazy, lecz poprawiła pas, przesuwając sztylet bliżej dłoni i stając nieco bliżej spętanego Johanna. Jeśli zacznie się rozróba, zamiast szukać od razu żywego celu dla ostrza  była raczej gotowa przeciąć linę i uwolnić brata, zdając się na późniejszy los przypadku.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

ae6b80c4c94af7813be334a6f6d6bdc3--fantasy-rpg-warhammer-fantasy.jpg

Letarg, tak można było nazwać ten stan, w który zapadł Dunkel. Ten dziarski chłopak, który nie dawno groził całym światu, szedł teraz ze spuszczoną głową. Nie odzywał się, oddychał tylko ciężko. Nie reagował też w żaden sposób na chichot oficera. Po prostu szedł, wydawało się. że ani deszcz, ani mordercze tempo nie przeszkadza mu lub, co bardziej prawdopodobne, wcale go nie obchodzi.Wędrówka została zakończona, a Johann dalej był w takim samym stanie. Stanął ze spuszczoną głową i wpatrywał się w ziemię.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

idtDJ4c.jpg

 

Sven Dunkel

Udawanie debila miało swoje korzyści. Ludzie zaczynają cię ignorować, lekceważyć, wypierają z pamięci twoje istnienie. Wtedy najłatwiej takiego delikwenta oszukać i zdradzić. Nie inaczej sprawy się mają tym razem. Parł przed siebie niezrażony nowymi towarzyszami układając w głowie zbliżenie do siostry. W 10 wariantach. Każdy kończył się kazirodztwem. Niestety, jak to zwykle bywa w świecie długim i szerokim, wypadkowa zdarzeń pozytywnych i negatywnych musi wynosić okrągłe zero. Sven nauczył się w trakcie swoich wędrówek, że pytanie „czy może być jeszcze gorzej” powinno na zawsze pozostać w sferze myśli. Choćby nie wiem co, nie powinno przybierać cielesnej formy, czy to w formie gestu, czy słowa, bo, najzwyczajniej, życie traktuje to jako wyzwanie. W tym wypadku było jednak inaczej, co tylko potwierdziło niepisaną regułę rządzącą światem. Do wora z przygłupim, paranoicznym dowódcą, lekarką ze skłonnościami do mordowania, nadgorliwym bratem i siostrą, która wybrała pierwszego lepszego kochasia dorzucili deszcz. Jedyne czego tu brakowało. Jedynym światłem w całym tym burdelu był Gwido, przystojny rudzielec, który jeszcze nie wiedział co go czeka. Jęknął tylko żałośnie gdy kropla deszczu spadła mu na głowę, którą w tym samym momencie zadarł do góry klnąc paskudnie. Narzucił na głowę kaptur i zniesmaczony pogodą, towarzyszami, sposobem w jaki Gerwin traktował jego brata, i drogą wiodącą w las zaczął bawić się dwoma kostkami do gry trzymanymi w prawej dłoni. Oni jeszcze nie wiedzą. Oni nie zdają sobie sprawy, że Johann odbierze swoją zemstę. I policzy to z odsetkami. Horrendalnymi  odsetkami. Szczególnie wobec tego ślepca, akolity. Mam wrażenie, że jakby Gerwin nakazał mu wyruchać gniazdo szerszeni, to ten bez wahania wyjąłby, zapewne, lichą kuśkę i potem narzekał, że boli. Ech... 

 

 

Z ulgą przyjął zewnętrzne bodźce oznaczające ciepło, strawę i innych ludzi gotowych zostać oszukanymi. Tuż po salucie przygryzł dolną wargę.  Oho,to będzie dobre.  Sven nie potrafił się jednak powstrzymać widząc wściekłego dowódcę. Nagły napad śmiechu zamaskował, równie nagłym, atakiem kaszlu nasilającego się z każdym słowem kierowanym w stronę Gerwina.

- Przepraszam. – Uśmiechnął się niewinnie robiąc jednocześnie słodkie oczka skrzywdzonego przez los człowieka. – Musiałem się przeziębić przez ten deszcz.

W całym tym cyrku nie pasowało mu jedynie stwierdzenie o gospodarzach. Dlaczego właściciele mieliby się fatygować na deszcz dla jakiegoś podrzędnego oficerzyny? Żeby być szczerym, o nie przejął się tym zbytnio. Gdyby szanowni panowie Poh i Noh byli mordercami to… nie miał nic przeciwko. On i tak kiedyś umrze, może być nawet dzisiaj. Co to za różnica? Poza tym, w dupie miał kim oni są. Chciał się jedynie wykąpać, wysuszyć płaszcz i zjeść coś pożywnego. A potem przypadkowo zepchnąć Gerwina ze schodów tak, żeby biedak złamał kark.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Gerwin podobnie jak poprzednim razem, uspokoił się chwilę po swoim gwałtownym wybuchu. Najpierw działał, a dopiero potem przychodziła pora na myślenie. Całe szczęście, drużyna zignorowała pochopny rozkaz oficera, a dwójce wesołych jegomościów uśmieszek nadal nie zszedł z twarzy. Pfister wyprostował się, starając się pohamować gniew.

A rzekomi gospodarze, gdy okazało się że drużyna wcale nie jest lojalną bandą zbirów Pfistera, zaczęli być coraz bardziej śmiali wobec oficera.

- Ależ my naprawdę jesteśmy gospodarzami. - odparł Poh zwracając do się do akolity. Noh pokiwał głową twierdząco, przyglądając się Pfisterowi.

- Ale nie lubimy obsługiwać morderców. - powiedział Noh, wpatrując się prosto w oczy Pfistera. Pfister położył dłoń na rękojeści miecza, przez chwilę obaj mężczyźni wpatrywali się pełnymi nienawiści spojrzeniami prosto w swoje oczy.

- A pan oficer patrzy na mnie, jak gdyby rzeczywiście tym mordercą był. - odparł poważnie Noh, Poh spojrzał na swojego towarzysza.

- Co masz na myśli, mój przyjacielu? - zapytał Poh, a jego uśmiech poszerzył się - Czyżby pan Pfister myślał, że aluzja była skierowana do niego?

- Tak, myślę że pan oficer tak właśnie pomyślał. - dodał Noh. Gerwin Pfister parsknął śmiechem.

- Rozumiem też że możecie mieć ze mną jakiś problem. Nieuzasadniony, ale nie każdy pała miłością do Imperium. Oczywiście... - odparł starający się powstrzymać nerwy oficer - My chcemy tylko porządnie zjeść.

- Trzeba było tak od razu! - krzyknęli jednocześnie gospodarze. Poh zbliżył się Johanna, i szybkim ruchem wyjął zza pasa nóż, nie czekając na pozwolenie Pfistera, odciął linę od konia. Choć dłonie gladiatora nadal pozostały związane.

- Pamiętaj oficerze, że to nasz gość. - powiedział Poh - Może mieć dłonie związane. Ale siedzieć przy stole będzie z nami wszystkimi, nie wiem czym zgrzeszył, ale dopilnujemy, żeby wszystko było w jak najlepszym porządku. - mężczyźni poklepali Johanna po plecach, Noh chwycił go za rękę, i nie czekając na nikogo, ruszyli we trójkę w kierunku gospody.

Wkrótce przybędą tu inni żołnierze. - Pfister odwrócił się w kierunku pozostałych - Musimy udawać że wszystko jest w porządku, dopilnuję, aby ich aresztowali. I zabili. Chcę żeby zapierdolili tych bydlaków żywcem.

2000px-_U_2694.svg.png

 

Tymczasem Klara zbliżyła się do stajni, gdzie dwóch młodych chłopców czyściło konie. Na widok nadchodzącego przybysza zaprzestali pracy i ukłonili się.

- A bo… - zaczął jeden z chłopców, miał długie, czarne, przetłuszczone włosy. Wyglądał i śmierdział jak gdyby nie mył się od tygodni. - Przyjechali że no kilka nocy temu chyba, i dali panu Orwinowi tyle złotych koron, że ło ja pierdole.I oni tera tu rządzą.

- Sprowadzili tu - drugi chłopiec był już bardziej zadbany, był wysokim, blond włosym, barczystym młodzieńcem. W dodatku wydawał się być bardziej inteligentny od swojego kolegi. - Mnóstwo ludzi. Siedzą tu i czekają, bóg wie na co. Przejezdnych wpuszczają do gospody, ale nie wynajmują już pokoi na noc. Wszystkie są zarezerwowane przez tutejsze towarzystwo. My dbamy o ich konie.

- Chujże wie co tu robiom, ale dobrze płacom, a i ceny ża żarcie niższe, bo im droga pani, nie zalerzy na zarobku. Co to się martwić i po co? - zapytał - Niechże se siedzą. Same korzyści.

 

2000px-_U_2694.svg.png

 

Noh i Poh jako pierwsi uchylili drzwi gospody, w środku było tłoczno, przy stołach siedzieli głównie wieśniacy, nie wyglądali na takich, których stać byłoby na posiłek i nocleg. Po lewej stronie znajdowali się ranni, którzy leżeli opatrzeni na rozłożonych na podłodze kocach. Większość z nich była poparzona, choć nie brakowało i poważniejszych obrażeń, jeden mężczyzna siedział oparty o ścianę, pozbawiony nogi. 

Lecz mimo to wieśniacy wyglądali na zadowolonych, do czasu, aż nie zauważyli twarzy Gerwina Pfistera, stojącego za pozostałymi ochotnikami. Nagle wesołe twarze siedzących przy stołach ludzi zmarkotniały, na kilku pojawił się gniew, ale nikt nie raczył się odezwać. Zapadła głucha cisza. Poh rozłożył ręce.

- Przybyli do nas goście, a wśród nich długo wyczekiwany przybysz! Sam Gerwin Pfister! - krzyknął Poh. Kilku wieśniaków mruknęło coś z oburzeniem, a sam obiekt zainteresowań miał zdezorientowaną minę. 

- Wyjaśnią mi państwo gospodarze, co tu się wyprawia? - warknął Pfister. Gospodarze odwrócili się w kierunku ochotników, obaj położyli dłonie na swoich piersiach i ukłonili się synchronicznie. 

- Nie martwcie się, możecie się rozgościć, może chcecie coś do jedzenia? - zapytali. Pfister przyglądał się wieśniakom. Ich miny sugerowały mu, że już kiedyś mieli z nim styczność, przepełnione gniewem i nienawiścią twarze skoncentrowały się na postaci ofiera. Mężczyzna odruchowo położył dłoń na rękojeści miecza, co pozwoliło mu poczuć się choć odrobinę bezpieczniej.

- Nie.- odpowiedział oficer, nie odrywając wzroku od wieśniaków. Poh i Noh spojrzeli po sobie.

- Przecież to pan chciał, pozwolę sobie pana zacytować, ,,porządnie zjeść', no nic, a pozostali? Chcą coś zjeść? - zapytali serdecznie.

 

 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

s11S6yk.jpg

 

Klara Hansen

 

Tak, to wcale nie wyglądało jak pułapka. Wcale, a wcale. Cyruliczka zrobiła krok do tyłu, z jednej strony odrzucona zapachem parobka, a z drugiej chcąc przywołać gestem kogoś z drużyny. Gerwina już nie widziała, musiał wejść do środka, podobnie jak część grupy. Ale Gwido miał konia, powinien się tu pojawić. 

- A czy w rozmowach w karczmie padło może nazwisko Pfister? - odwróciła się znów do chłopaków pilnując by nie stać pod wiatr - Jakie są jeszcze wyjścia z karczmy, poza głównym?

Dla zachęty sięgnęła dłonią do swego mieszka, tak by mieli świadomość, że za dobre informacje zapłaci. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

BasnG.png

Reginmund Rothenberg

 

Pfister opanował nerwy, tyle dobrego. Ale akolita też wyłapywał kolejne rzeczy w stwierdzeniach ich gospodarzy. Nie lubią obsługiwać morderców... Z wyrzutem na Pfistera, ale bez zawahania uwolnili jeńca, który to sam mógł być mordercą, a biorąc pod uwagę aparycję Johanna to można było śmiało to podejrzewać. Zbyt dużo rzeczy się nie zgadzało. Goście zajazdu też nie wyglądali na takich jakich można się było spodziewać. Reginmund najpierw zwrócił uwagę na rannych przy ścianie. Już nawet zaczął iść w ich kierunku kiedy zatrzymały go słowa gospodarzy. Długo oczekiwany Gerwin Fister... A na te słowa cała karczma zamarła. Po minach obecnych można było odnieść wrażenie, że właśnie weszli w środek stada wygłodniałych wilków. Akolita przechodził wzrokiem od zebranych, przez oficera, do rannych.

Sir, chyba powinniśmy znaleźć inne miejsce na nocleg. - Powiedział w stronę Gerwina. Śmierdziało to wszystko pułapką, ale nawet jeżeli to była pułapka, to nie na niego tylko na Pfistera. To zaś znaczyło, że musiał wypełniać swoje inne obowiązku. Podszedł więc w kierunku rannych, aby sprawdzić w jakim są stanie i czy nie dałoby rady komuś pomóc.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
Gość
Ten temat jest zamknięty i nie można dodawać odpowiedzi.