Egzio

Rozdział 1 - Gdzie podział się Gerwin Pfister? (Egzio)

38 postów w tym temacie

svqQfmI.jpg

 

Gesine Dunkel

 

Udawanie, że wszystko jest w porządku nie szło Gerwinowi najlepiej, ale gwoli prawdy trudno było się temu dziwić. Nawet ślepiec by zauważył, że w porządku nie jest.  Sprawa śmierdziała na milę. Zasadzka na Pfistera nie byłaby zaskoczeniem, ale taka forma... O, to już co innego!

Gesine skinęła na Svena, zostając nieco z tyłu. Podeszła do czarodzieja.

- Zaskakujący rozmach - szepnęła z uśmiechem, nie kryjąc swego rodzaju uznania i ciekawości - aż chciałoby się zapytać: po co tyle zachodu dla jednego nadętego, imperialnego oficera. Jeśli rzeczywiście ktoś chce go zabić, czyż nie najlepiej byłoby uprawomocnić takie zabójstwo, czyniąc z ofiary mordercę...Zdrajcę? Odstępcę? - cały czas mówiła cicho, przeznaczając słowa tylko dla najbliżej stojących towarzyszy. - Coś szykują. Pan Gerwin może mieć nieprzyjaciół nawet dość wysoko, a nie byłoby zbyt miłe, gdyby przybyli żołnierze uznali za stosowne spacyfikować nas, bo, hmmm, na ten przykład szaleniec każe nam mordować wieśniaków. Bycie kozłem ofiarnym dla Pfistera, lub dla jego wrogów... Bez różnicy, marna fucha.

Przymrużyła filuternie oko, obdarzając czarującym uśmiechem zarówno brata jak i Arveina.

- Spróbuję trochę powęszyć.

 

Spojrzała na dziwnych gospodarzy z tym samym uśmiechem, któremu  przecież nie można byłoby zarzucić nic, oprócz szczerości i ujmującej życzliwości.

- Nie usiąść do stołu i nie podzielić się chlebem z gospodarzami, kiedy zapraszają, to byłby niewybaczalny nietakt! - machnęła w ich stronę wesoło - Tylko, czy wystarczy specjałów, dla tego wybrednego młodzieńca?

Przyjacielskim klepnięciem wypchnęła do przodu Svena. Obibok, czy nie, zagadać nieraz potrafił i to z podobną złośliwością, co panowie Poh i Noh. Kobieta tymczasem z autentycznym zainteresowaniem ruszyła do pozostałych gości gospody, a to skinąwszy któremuś wieśniakowi z uznaniem, a to krótkim komplementem chwaląc krzepę, mocną głowę, wybór trunku i inne drobnostki, a to żartując, wszystko by nadstawić uszu, spojrzeć na ręce i w oczy, i wyłowić w tłumie wieśniaków takiego, którego najłacniej będzie spytać, co też im na wątrobie leży względem niemile widzianej persony oficera.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

grey_mage176x231.png

Arvein

Sytuacja była dziwna, ale młodzieniec nie był w stanie przewidzieć jak to się skończy. Na razie potrzebował zdobyć więcej informacji, na temat gospodarzy, Gerwina, oraz gości karczmy. Na razie mógł tylko podejrzewać, że ich dowódca znał się już wcześniej z Nohem i Pohem. Alternatywa była jeszcze bardziej niepokojąca, bo sugerowała, że nawet za niegroźne obrazy Gerwin był skłonny nakazywać brutalnie mordować przypadkowych szlachciców. W dodatku reakcje wieśniaków sugerowały, że Gerwin ma złą reputację. Arvein zaczął podejrzewać, że ich dowódca był największą pomyłką jeśli chodzi o dobór składu misji.

Gdy Gesine go zagadnęła odpowiedział równie cicho:

- To albo usunięcie go po cichu. Nie jestem pewien co ma na celu ten pokaz. Nie wiemy kto jest wrogiem Gerwina, ale biedak prawie na pewno wkręcił się w coś go przerastającego. Po za tym nawet chłopi mają o nim złą opinię. Co jest dziwne, zważywszy, że podobnych ludzi miał eskortować. A wybranie do tego oficera o złej reputacji jest niepokojące. Na razie powinniśmy zebrać informacje. Dowiedzieć się jak najwięcej o Gerwinie i jego wrogach. Nie zamierzam być pionkiem w niczyjej grze i jak rozumiem zgadzamy się w tym punkcie.

 

Gdy kobieta odchodząc puściła mu oko, Arveinowi szybciej zabiło serce. Młodzieniec potrzebował chwili by uporządkować myśli. Powinien skupić się na zadaniu, zwłaszcza, że Gesine należy do typu ludzi którzy bez wahania wykorzystują innych do własnych celów. Nie ma opcji by kobieta miała coś konkretnego na myśli. Mag zdał sobie sprawę, że te rozmyślenia do niczego nie prowadzą, więc ruszył do jednej z grup chłopów. Nie chciał się wyróżniać a bardzo interesowało go co zwykli ludzie wiedzą o ich dowódcy. 

 

Arvein podszedł do jakiejś średnio podpitej grupki ze swoim kuflem.

- Witajcie. Mogę się dosiąść? Jestem już znużony drogą, do tego cały czas musiałem znosić deszcz i pokrzykiwania tego furiata...- Młodzieniec zaczął rozmowę, oczywiście wybierając na tyle odległą grupę chłopów by jego dowódca nie miał szans go usłyszeć. Nie zamierzał się spieszyć, ale podczas rozmowy chciał dowiedzieć się, skąd wszyscy zebrani tu chłopi przybyli, co wiedzą o gospodarzach, oraz najważniejsze co wiedzą o Gerwinie. Bo kiedy zgłaszał się do wyprawy ratunkowej, nie spodziewał się, że przyjdzie mu służyć pod kimś takim.

 

 

 

 


43 rzut na spostrzegawczość, Arvein ogólnie obserwował pomieszczenie w poszukiwaniu zagrożeń, oceniał uzbrojenie zebranych. (inteligencja 39)

29 rzut na plotkowanie, czy co tam było potrzebne by powyciągać informacje od wieśniaków. (charyzma 38)
 

 

Edytowane przez franekfrog

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

gwidokp.jpg

Gwido Irrenweg

 

Przysłuchiwał się rozmowie i im dłużej to robił, tym mniejszą miał ochotę wchodzić do środka. W sumie to ciężko mu było uwierzyć, że Pfister to zrobił. Albo oficer był bezdennie głupi, albo jego paranoja przeszła na Gwido. Tak, czy inaczej, widząc, że Klara na niego macha, ochoczo został zaopiekować się końmi. Zsiadł więc, wziął Geista i o ile Pfister nie uwiązał gdzieś swojej klaczy, przejął ją od niego i poprowadził w stronę stajni.
- Dobrego wieczoru! - z uśmiechem skinął stajennym głową. Zawsze warto było traktować każdego z szacunkiem, a zwłaszcza tych, którym zamierzało się powierzyć własnego konia. Nie zamierzał jednak przeszkadzać dziewczynie w rozmowie. Zaczął się rozglądać, czy w ogóle są jakieś wolne boksy, bo wyglądało na to, że wiele jest zajętych. Przyjrzał się też wierzchowcom w nich stojącym. Niewątpliwie chociaż część należała do ludzi, z którymi pewnie nie długo przyjdzie im się zadawać, a po ich stanie i klasie może dałoby się wywnioskować coś o ich właścicielach?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

idtDJ4c.jpg

 

Sven Dunkel

W miarę jak Gerwin się denerwował Sven miał coraz lepszy humor. Całkowicie inną sprawą jest przybycie „posiłków” i, jeżeli ktoś faktycznie czychał na życie sierżanciny, powiązanie rodzeństwa z jego śmiercią. Uznał jednak, że tym martwić będzie się później, jak już przyjdzie co do czego. Nie ma co gasić pożarów, które jeszcze nie zdążyły wybuchnąć. Zmartwiła go jedynie reakcja wieśniaków. Z doświadczenia wiedział, że jak jedna osoba w towarzystwie jest niemile widziana, to w ryj dostają wszyscy. Gdy siostra spojrzała na niego „w ten sposób” zrobiło mu się dziwnie ciepło. Odwzajemniła moje uczucie! Problem w tym, że był jeszcze ten cholerny mag. Co prawda Sven nie byłby w stanie zabić, ale dosypać czegoś na rozwolnienie czy paskudną wysypkę już tak. W miłości i na wojnie wszystko jest dozwolone. Odchrząknął tylko gdy Gesine rzuciła go na pożarcie szlachcicom, lecz wiedział, że musi wykonać zadanie. Dla niej, dla słodkiej siostrzyczki. Schował kości trzymane w ręce i uraczył pana Poha i pana Noha swoimi równymi, białymi zębami.

 

 

- Och, proszę nie brać tego na poważnie. – Roześmiał się melodyjnie. – Owszem, zdarza się wybrzydzać, ale gdy człowiek jest zmęczony, przemoczony, głody i cały dzień musi użerać się z… - Poruszył głową w stronę Gerwina licząc, że rozmówcy zrozumieją. – Sami panowie rozumiecie. – Westchnął nieco teatralnie podchodząc jednocześnie do czerwonobrodego na odległość szeptu.  – Mocne zaburzenia osobowości, problemy z emocjami… - Każde słowo wypowiadane było wypowiadane szeptem przesyconym jadem i złośliwością. – Z chęcią przyjmiemy więc waszą gościnę. - Wrócił już do normalnego tonu wypowiadając ostatnie zdanie.

Edytowane przez Ufeu

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

ae6b80c4c94af7813be334a6f6d6bdc3--fantasy-rpg-warhammer-fantasy.jpg


Wszedł do karczmy. W środku było pełno ludzi, ale wydawało się, że Johann na wszystko, łącznie z gospodarzami, dalej nie zwraca uwagi . Nadal szedł ze spuszczoną głową . Usiadł przy jednym ze stolików, wbił w niego wzrok i wpatrywał się po prostu jeden punkt , jakby dostrzegał tam tylko sobie znany sens.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Gdy tylko Poh usłyszał słowa Svena, uśmiechnął się złośliwie i poklepał chłopaka po policzku.

- Chamski, szczery i bezpośredni. Powinieneś pracować w naszej gospodzie. - machnął dłonią, próbując objąć wszystko w okół - Pan Noh też bywa chamski i bezpośredni, świetnie byście się dogadywali. Ale teraz musisz mi wybaczyć... - Poh poklepał Svena po ramieniu - Lecę po piwo. Jakie lubisz? Ciemne, krasnoludzkie?  A może chcesz... no wiesz, pomóc mi przyrządzić coś dla swojego oficera - wskazał głową na krocze Dunkela,  a następnie mrugnął porozumiewawczo. 

Pan Noh oparł się o ścianę tuż obok stolika przy którym usiadł gladiator, i wyciągnął z kieszeni garść orzeszków, z drwiącym uśmiechem na ustach przyglądał się związanemu mężczyźnie.

- Ciekawe dlaczego cię związał. - zaczął Noh - Nie mieliśmy okazji zapytać. A nic nie interesuje mnie bardziej, od tego. - włożył jednego orzecha do ust. - Jasny gwint… - oblizał się - Przepyszny, musisz być chyba cholernie głodny, co, Johann? Bo tak się nazywasz, prawda? - Noh wrzucił wszystkie orzeszki do ust, żuł je przez dłuższą chwilę, gdy skończył, oblizał palce. - Trzeba było nie rozrabiać. Może nawet byśmy ci coś ugotowali? - parsknął śmiechem.

Gerwin przez dłuższą chwilę rozważał propozycję akolity, rozsądek nakazywał mu opuścić gospodę. Ściskał rękojeść miecza coraz mocniej. Nienawistne spojrzenia zaczęły przechodzić z Pfistera na pozostałych, gdy ci próbowali się rozgościć.

- Nie możemy się oddalić - odpowiedział Pfister - Będziemy musieli rozbić obóz w pobliżu.

Poh przechadzał się po gospodzie, wręczając przybyszom kufle z piwem. Wreszcie doszedł do Pfistera.

- Nie skusi się pan, panie oficerze? - zapytał - To tylko piwo. Nikogo nie trujemy. - Poh pociągnął delikatny łyk - Czy gdybym chciał pana otruć, wypiłbym to?

Gerwin odebrał kufel z rąk Poha, ale nie zamierzał pić.

- Nie mam apetytu. - wyjaśnił. Poh wskazał palcem na Johanna.

- Czy to ma związek coś z…

- Nie, to ma związek z pańskim zachowaniem, gospodarzu. - warknął Pfister. Poh uniósł dłonie.

- Moje najszczersze przeprosiny. - a następnie obrócił się na pięcie - Postaram się już pana nie rozgniewać, oficerze. Jeśli będzie pan czegoś potrzebował, proszę dać znać!

Gesine przechadzała się między stolikami, czym bardziej zdawała się spoufalać z wieśniakami, tym bardziej ci koncentrowali się na niej, po czasie już nikt nie patrzył na oficera. Wszyscy z niepokojem obserwowali przybyszy. Sam Gerwin osunął się w cień, stojąc blisko wyjścia z gospody.

Wreszcie Arvin odważył się dosiąść do jednego ze stolików,  przy którym siedzieli sami mężczyźni. Jeden wielki, barczysty łysol jako jedyny zabrał głos.

- Jesteście mordercami. - splunął - Działającymi na zlecenie tego pierdolonego kapitana, mam racje? Nie chcemy mieć z wami nic wspólnego.

W tym czasie akolita zbliżył się do rannych, choć zdawało się, że wszyscy byli dobrze opatrzeni, a większość z nich, mimo poważnych ran zdawało się już dochodzić do siebie. Niektórzy nawet popijali piwo. Widząc zbliżającego się akolitę, zmierzyli go tylko podejrzliwym wzrokiem.

- Widzicie panie, co zrobił z nami wasz chlebodawca? - zapytał jeden z wieśniaków, odsłaniając bandaże oplatające pierś, na której widoczne było paskudne oparzenie. Mężczyzna zasłonił je po kilku chwilach. - To wszystko jego wina, i takich jak wy. Wy tylko słuchacie rozkazów, nie obchodzą was konsekwencje, nie macie żadnego kodeksu moralnego. Robicie tylko to, co możecie żeby zarobić. Jak jebane zwierzęta. - pozostali zawtórowali mu.

2000px-_U_2694.svg.png

 

Tymczasem w stajni zjawił się Gwido, a tuż za nim trzeci stajenny, który prowadził konia Pfistera. Trzeci stajenny po przywiązaniu konia, zbliżył się do pozostałych.

Obaj stajenni którzy rozmawiali wówczas z Klarą wzdrygnęli się na dźwięk imienia Pfistera.

Gwido ujrzał tylko parę zadbanych, białych i czarnych wierzchowców. Wyglądały one jak gdyby należały do wysoko urodzonych. Dostojne, wysokie i piękne wierzchowce.

- Pani… - odpowiedział blond włosy chłopiec - Nie możemy o tym mówić.

- Ni morzemy. - dodał drugi - Ale pono chcom go zabić.

- Miałeś nic nie mówić, debilu! - krzyknął blondwłosy, wreszcie uznawszy że jest już za późno, spojrzał na Klarę - . Ci ludzie mówią że nienawidzą kapitana - wskazał głową na gospodę - A gospodarze po prostu wyrośli pewnego dnia z ziemi, i obiecali im gruszki na wierzbie.  Zemstę na kapitanie. Oni nienawidzą kapitana, a kapitan nienawidzi Pfistera. Nie wiem jak to się ze sobą łączy… ale jakoś łączy, bo chyba czekają tu na Pfistera.

- Nie ma powodu do uciekania. Oni nie mordują niewinnych. - odparł trzeci stajenny, był to silnie zbudowany mężczyzna, który nie przypominał wieśniaka. Jego twarz poorana była licznymi bliznami. - Dostaliśmy polecenie, mamy chronić Pfistera. Wśród was jest zamachowiec, to go chcemy unieszkodliwić. 

 

 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

STAJNIA

(Gwido Irrenweg & Klara Hansen)

 

Klara zmrużyła oczy. Kimkolwiek był nowy stajenny jego słowa nie pokrywały się ze słowami parobków. I tak się składało, że to tej brudnej i śmierdzącej dwójce wierzyła bardziej. 

- To chronić czy zabić? Te dwie sprawy zdecydowanie się wykluczają. Kim jest ten kapitan? I od kogo dostaliście polecenie? Bo co by nie powiedzieć o Pfisterze on jest tutaj w służbie Imperium, a za nim i my.

- Wynajął mnie pan Goldfrey - odparł mężczyzna z bliznami - Spotkaliście go przed wejściem, facet z czerwoną brodą, na pewno go pani zapamiętała. Jestem tu w charakterze obrońcy, nie najemnika, moim zadaniem jest chronić pana Gerwina Pfistera, no i także moich zleceniodawców.

Mężczyzna przyglądał się Klarze przez chwilę, próbując ocenić, czy jest godna zaufania.

- Poza tym, nie jestem odpowiednią osobą do udzielania pani takich informacji. Uprzedzam, że nie chcemy kłopotów. Pan Pfister jest u nas bezpieczny. Pani również, o ile nie zamierza pani nikogo krzywdzić. 

 

O, no pięknie. Teraz ten bliznowaty gość wie, że oni wiedzą. Niech szlag trafi tego brudnego idiotę i jego długi język! Jeśli zamachowcy naprawdę poważnie podchodzą do sprawy, to właściwie wszyscy w tej stajni są w niebezpieczeństwie. Stajenni za paplaninę, Klara i on bo za dużo wiedzą i teoretycznie mężczyzna z bliznami też, bo mogą próbować bronić Pfistera, lub ewentualnie starać się poinformować resztę, jeśli to ma jakiekolwiek szanse powodzenia. Gwido sam nie wiedział co robić. Wolałby być poza tym konfliktem i nie mieć dylematu czy wypełniać rozkazy żeby nie dostać wciry od Imperium, czy dbać o własną skórę, żeby nie dostać wciry od całej reszty. Nadal nie był pewny co się bardziej opłaca, ale tak czy inaczej problemy miał zagwarantowane.

- Ja nie zamierzam nikogo krzywdzić - wciął się w rozmowę unosząc otwarte dłonie - Znam Pfistera od dzisiaj rana i już od ładnych paru godzin mam gdzieś co się z nim stanie - oznajmił niezadowolonym tonem i zaczął pobieżnie oporządzać swojego konia.

- Nie płaci nam tyle, zakładając, że nie spełni swoich gróźb i w ogóle COKOLWIEK zapłaci, żeby w tej chwili obchodziło mnie coś więcej niż ciepła strawa.

Miał straszną nadzieję, że Klara nie będzie drążyć tematu. Już i tak wiedzą za dużo, wszyscy się plączą w zeznaniach, nie ma co dodatkowo rozjuszać tego byczka.

Powiadają jednak, że nadzieja matką głupich...

- Nie planuje nikogo skrzywdzić - odpowiedziała spokojnie Klara - Wręcz przeciwnie, zajmuje się leczeniem. Ale jesteśmy tu w służbie imperium i obowiązują nas rozkazy Pfistera niezależnie jak długo go znamy - zganiła wzrokiem plecy Gwido zajmującego się koniem - Myślę, że dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby pan Goldfrey i jego towarzysz po prostu szczerze rozmówili się z naszym pryncypałem zamiast urządzać sobie z niego kpiny.  

Oczywiście na to nie było szans, cyruliczka świetnie o tym wiedziała, miała jednak ciągle nadzieję, że uda się uzyskać nić porozumienia z sługą. 

- A czy jakiekolwiek wskazówki co do tożsamości mordercy twój zleceniodawca miał? 

Mężczyzna pokręcił głową z niedowierzaniem. Spojrzał przez chwilę na Gwido, a po chwili ponownie skierował swoje spojrzenie na Klarę.

- Jesteście zbyt dociekliwi. - odpowiedział - Jeżeli jesteście przyzwoitymi obywatelami, nie macie się chyba o co martwić. Róbcie co chcecie, tylko nie wychylajcie się zbytnio. Nie lubimy wścibstwa. - spojrzał groźnie na stajennych - Nie lubimy też plotkarzy. Zajmijcie się pracą, a swoje teorie wsadźcie sobie w dupę.

Zawstydzeni stajenni spuścili głowy i nie odezwali się ani słowem.

- Swoją drogą, myślę że przyda im się medyk. Mamy mnóstwo rannych - wskazał głową na gospodę. 

Klara patrzyła przez chwilę na bliznowatego, a potem wzruszyła ramionami i wręczyła obu parobkom po obiecanym miedziaku. 

- Jak oficer pod którym służę stwierdzi, że mamy pomóc wam w opiece nad rannymi to pomogę. W innym przypadku postaram się nie być wścibska i nie wtykać nosa w cudze rany. 

Więcej tutaj do dodania nie było, medyczka żałowała tylko, że nie wywiedziała się nic o tylnym wejściu, ale teraz już nie było na to szans. Minęło Gwido rzucając mu przeciągłe spojrzenie i ruszyła do karczmy. 

 

Klara ruszyła w kierunku gospody, nim dotarła, drzwi otworzyły się, ze środka wyłonił się Gerwin wraz z panem Pohem, zwanym też Goldfreyem. Stanęli obaj, zastawiając wejście do gospody i rozmawiając. Pfister wydawał się być jeszcze bardziej zdenerwowany niż przedtem. Goldfrey mówił szeptem, zaś Pfister unosił głos, niemalże krzycząc.

- Jakim prawem nie pozwalacie mi opuścić gospody?! - krzyknął, Goldfrey otworzył dłonie i uniósł je w górę, próbując uspokoić oficera. - I po kiego chuja mi taka ,,ochrona''? Pospolici wieśniacy i dwójka wesołych błaznów? Was wszystkich tutaj do reszty pojebało. - Gerwin spojrzał na zbliżającą się Klarę - Ej, ty! - krzyknał - Poinformuj resztę, że stąd zawijamy. Nie chcę tutaj siedzieć z tą bandą świrów!

- Tak jest - medyczka skinęła głową i schyliła się by wyminąć obu mężczyzn. Dobrze, że te wieści o "ochronie" dotarły do Gerwina i nie będzie musiała nic tłumaczyć. Sposób w jakie "panowie Noh i Poh" podeszli do rzekomej "ochrony" sprawiał, że nie ufała im za złamanego miedziaka i w sumie zgadzała się z oficerem, że lepiej to miejsce opuścić. 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

GOSPODA

(Arvein, Johann, Sven, Gesine, Reginmund, Klara)

 

Arvein był zaskoczony, aż tak gwałtowną reakcją wieśniaków. Rozumiał, że oficer mógł mieć za sobą mroczną przeszłość, ale nie spodziewał się aż takiej nienawiści. Młodzieniec przybrał nieco zdezorientowany wyraz twarzy i zaczął szybko tłumaczyć.

- Wybacz, ale nie wiem o czym mówicie. Ja jestem tutaj, pośrednio z rozkazu samego Imperatora. W służbie imperium mam na myśli. Tak samo jak reszta z nas. Zostaliśmy przydzieleni do misji odeskortowania, mieszkańców wsi Panshaw do bezpiecznego miejsca. Człowiek, który podszedł do waszych rannych jest akolitą Mora i dołączył do ekspedycji, by pomóc tym, którzy są w potrzebie. Nie wiem, też kogo chcesz nazywać mordercą. Podejrzewam, że z nas tu zebranych tylko Johan kogoś zabił w przeszłości, ale jak pewnie zauważyliście, po drodze pokłócił się z Gerwinem i ten kazał go związać. Samego kapitana dziś pierwszy raz zobaczyliśmy i po za tym, że kawał z niego skurwiela nic nie wiem. Ale myślałem, że to nie ma znaczenia w końcu, mamy tylko pomóc ludziom, ze zniszczonej wioski. - tu urwał, po czym, nieco oklapł. Po chwili odrobinę płaczliwym głosem dodał:

- Teraz jednak zaczynam się martwić. Chciałem tylko wyjść z miasta, przy okazji może komuś pomóc. Miało być bezpiecznie i bezproblemowo. Najwyżej trzeba będzie z bandytami walczyć. Mówili. Nikt nie mówił nic o zabijaniu. Naprawdę uważacie, że może nam kazać coś takiego zrobić?

Chłopak zbladł i zgarbił się. Tak naprawdę nie obchodziło go czy chłopi mu uwierzą, choć częściowo była to prawda. Tak naprawdę wciąż, chciał tylko wyciągnąć więcej informacji o Gerwinie. Nie obchodziło go co chłopi o nim myślą.

 

Gesine starannie ukryła niepokój na widok nieprzychylnych spojrzeń, już nie tylko w kierunku Pfistera, ale całej grupy. Lawirując między stołami znalazła się w pobliżu Johanna, do którego przysiadł się jeden z gospodarzy. Jednak nie podeszła zupełnie do nich, tylko zwróciła się bezpośrednio do jednego z wieśniaków przy sąsiednim stole. Starała się wyłowić takiego, który  później niż inni  zamilkł i którego zdawali się mitygować znajomkowie siedzący obok.

- Przepraszam, czy my się znamy? - zagaiła uprzejmie i konkretnie - Można by pomyśleć, że nie patrzycie na mnie, dobrodzieju, jak na osobę obcą, choć nie przypominam sobie spotkania. A może ma to coś wspólnego z człowiekiem, który nami dowodzi? - spytała tym samym, rzeczowym tonem - Pewnie nie pogardziłby dodatkowymi ochotnikami, żeby wywiązać się z zadania, ale płacić - westchnęła - oj, nie bardzo zamierza.

 

Akolita ze spokojem wysłuchał słów wieśniaków bardziej skupiając się na tym aby obejrzeć ich rany niż na tym co mówili. Jednak gdy słowa rzucone przez poranionych przebrzmiały Reginmund posłał w ich stronę ciepły uśmiech.

- Mylicie się przyjaciele w waszej ocenie. Jesteśmy ochotnikami. Szukano osób, które pomogą potrzebującym z Panshaw. Ludzi którzy skłonni są zaryzykować podróż w powojennej zawierusze, aby nieść pomoc potrzebującym i zapewnić im bezpieczny transport do obozu dla ofiar wojny. Ci wszyscy - wskazał na pozostałych ochotników - ...odłożyli chwilowo na bok swoje wygodne życia, aby nieść pomoc potrzebującym. A oficera przydzielonego nam jako opiekun tej misji poznaliśmy dziś rano. - Akolita wskazał na rany - Mogę wam z tym jakoś pomóc?

 

Wielki mężczyzna siedzący przed Arveinem oparł dłoń o policzek, i ziewnął, zasłaniając usta drugą dłonią.

- Kij wie tych żołnierzy, nie twój oficer jest tu problemem - odparł, a następnie podniósł się, wraz ze swoim kuflem piwa. Mężczyźni patrzyli na niego błagalnie, aby ten nie zostawiał ich sam na sam z młodym magiem. - Zresztą, nie zamierzam się z wami spoufalać. - dodał

Pozostali wieśniacy, głównie młodzi, naśladując zachowanie swojego mentora również zaczęli podnosić się ze stolików. W końcu mag został już tylko z jednym chłopcem który spał upity, z głową położoną na stole i zdawał się nie kontaktować z rzeczywistością.

Gesine zbliżyła się do mężczyzny z długimi czarnymi włosami spiętymi w kucyk, siedział wraz z innymi, ale nie wydawał się zbytnio zainteresowany rozmową wieśniaków, bawił się monetą trzymaną w dłoni.

- Możliwe, jestem na szlaku już od ponad dwudziestu lat. - odparł obojętnie - Mnóstwo ludzi mnie zna, ale ja już od dawna nie mam już pamięci do twarzy. - podniósł wzrok - Nazywam się Gunther, jeśli chce pani znać odpowiedzi na pytania, to czy najpierw mogłaby mi pani powiedzieć? - wskazał głową na Johanna, który siedział przy stoliku naprzeciw. - Kim jest ten człowiek? Odpowiedzi za odpowiedź. Najuczciwsza oferta jaką mogę zaproponować.

Brodaty mężczyzna bez nogi, który trzymał w dłoni kufel piwa, parsknął, opluwając się przy tym trunkiem.

- Panie, pan się z chujem na łby pozamieniał? Nie widzi pan, że myśmy otrzymali najlepsiejszą opiekę, jaką prosty człek se wymażyć może? - zapytał - Ale to i tak chuja da, bo noga mi chyba nie odrośnie. Poza tym panie medyk, pan pewno nie wie, ale z wejściem tutaj, pan i reszta ferajny zostaliśta nazwani zakładnicy. Pan Goldfrey i jego przydupas - wskazał głową na pana Poha i Noha - Mówią rze trzeba z wami ,,subtelnie’’. Ni wiem co to znaczy, ale myślę, rze macie przejebane. I to nie przez oficera, a waszego chlebodawce. Bo wy wicie, że wy przyjmując to zlecenie, pono skazaliście sie na wyrok śmierci? Bo pono ta ekspedycja fałszywa, a wy tu tylko dla pozorów, a żeby morderstwo oficera sprawiało wrażenie przypadkowego, pan Goldfrey nam tak powiedział. Wśród was są zabójcy. Mordercy i bydlaki, przydupasy kapitana.

 

Sven uniósł brwi uśmiechając się kącikiem ust. Walić konia do cudzego posiłku? Cóż, co prawda nie przepadam za tym oficerzyną, ale do tego się nie posunę. Zawsze istnieje ryzyko, że stanie się to mój posiłek…

 - Nie, dziękuję, zostanę przy piwie. I proszę też coś dla mojego związanego brata. - Odparł Sven uśmiechając się przyjaźnie.

- Dla pańskiego bra… - odwrócił się Poh, szukając wzrokiem Johanna, zobaczywszy go, uśmiechnął się w jego kierunku, i pomachał dłonią w kierunku pana Noha.  - Ah, no oczywiście, toż to pański brat! Jak mógłbym zapomnieć. Ale wiesz, że nie możemy mu odwiązać rąk? - zapytał Poh i mrugnął - Ten twój oficerzyna wydaje się być trochę narwany. Nie utrudniajmy. A co jeśli naprawdę spali tę gospodę? Absolutnie się o to nie martwię, zbudowałbym sobie nową, ale ci ludzie chyba wolą pić w spokoju. Więc… sam rozumiesz, dajmy im pić, ognisko z Pfisterem rozpalimy innym razem. - przyjrzał się Svenowi - Przyniosę piwo, a ty napoisz swojego brata sam. Oczywiście na nasz koszt!

 

Arvein został sam przy stoliku i poczuł się nagle bardzo odsłonięty. Liczył na inną reakcję. Teraz nie wiedział co powinien zrobić. W pierwszej chwili, pomyślał, że może powinien podejść do Gerwina, być może od niego czegoś się dowie. Odkrył jednak,  że nie ma ochoty znosić jego towarzystwa, w dodatku mogłoby to przykuć na niego zbyt wiele uwagi wrogów Gerwina. Rozejrzał się szybko po sali. I ruszył do miejsca przy którym siedziała Gesine. Ona prawdopodobnie radziła sobie lepiej od niego i nie zaszkodzi jej jeśli ktoś będzie ją osłaniał w tym czasie, na wypadek gdyby miało zrobić się paskudnie. Albo jedzenie było zatrute. A po za tym nie miało to znaczenia, skąd dokładnie będzie obserwował rozwój wydarzeń. Równie dobrze może do niej podejść, obserwując sytuację stamtąd i przekonać się czy tamten uśmiech był skierowany do niego czy do jej brata.

 

- Uczciwa. – Gesine potwierdziła z uznaniem, nie tyle dla rzekomej uczciwości, co dla sprytu  nieznajomego, który zgrabnie odbił pytanie. Nic jednak nie szkodziło, by miał ją  na razie za niegroźnego przeciwnika –  Z mojej strony więc też musi być  uczciwe ujawnienie pytania przed wymianą.

Dostrzegła zmierzającego w ich stronę Arveina i zachęcająco skinęła.

- Brzmi ono: czego chcą gospodarze od naszego dowódcy? – westchnęła jakby  rzeczywiście niezrozumiałe zagrożenie spędzało sen  z powiek  zupełnie uczciwej osoby – Zachowują się... tak dziwnie, nawet zważywszy na wyjątkowo nieprzyjemny sposób bycia pana oficera, że – ściszyła głos – strach coś od nich zamówić. A tamten człowiek... – pokiwała głową próbując niepostrzeżenie przyjrzeć się monecie, jaką bawił się Gunther – Nie wiem, czy mogę stwierdzić „kim jest”. Mogę jednak kląć się z całą pewnością, że znam go lepiej niż większość pozostałych najemników. Jeszcze sprzed wojny.  Twardy zawodnik, zarabiał jako pięściarz, nie stronił od walki, niewiele kombinował. Na imię ma Johann i  tak jak my wszyscy musi słuchać rozkazów dowódcy, bo podpisał kontrakt na ochronę tych wieśniaków z Middenlandu. Panu Gerwinowi jednak nie spodobało się, że chwyta za miecz na samo przeczucie niebezpieczeństwa i oto proszę. Związany czeka na sprawiedliwość.  Albo raczej kaprys dowódcy. Czy to ci wystarczy, Guntherze?

Nagle zmieszała się nieco.

- Przepraszam najmocniej, przecież mówiłeś, że nie pamiętasz twarzy. Gesine – przedstawiła się tak, jakby było to tylko przypomnienie.


Johann pierwszy raz od bardzo dawna podniósł głowę. Jego twarz była jak z kamienia, nie zdradzała żadnych emocji, a jego rodzina mogła dostrzec również, że i oczy chłopaka są jakby puste. Ten pełen życia młodzieniec był obecnie wrakiem. Spojrzał na swojego brata, i kiwnął mu głową.

– Zjadłbym coś - burknął po chwili - Nie mam pieniędzy aby zapłacić… ale mam pomysł. Może mały pokaz walki na pięści to uczciwa zapłata, a jeżeli oficer się boi może wsadzi mi przy najdrobniejszym ruchu miecz w bebechy, to i tak lepsze niż te upodlenie - tu ruchem głowy wskazał na związane ręce.

 

Gunther rzucił monetą, a następnie chwycił ją drugą dłonią. Rozmawiał z Gesine i Arveinem, bacznie obserwując Johanna. Noh właśnie przecinał więzy oplatające jego dłonie.

- Wśród was kryje się morderca. - rzucił obojętnie, włożył monetę do ust i ugryzł ją. - Słyszałem od gospodarzy. W Altdorfie również nikt się z tym nie kryje. Każdy wie że Pfister został wysłany na swoją ostatnią misję, ale nie każdy ma odwagę o tym głośno mówić. Wie pani - spojrzał - Gesine. Jesteście teraz zakładnikami. Dobrze ugoszczonymi, ale zakładnikami. Zastanawiałem się, czy może już nie odkryliście, kto zamierza was zdradzić… - wskazał głową na Johanna. W tym samym momencie pan Noh gwałtownie wbił nóż w stół, tuż przed twarzą Johanna.

- Oho. Zaczyna się. - mruknął Gunther, jak gdyby sam do siebie.

Pan Noh parsknął śmiechem, wyciągnął zza pasa nóż, i odciął więzy oplatające dłonie Johanna.

- Trzeba było od razu, że pan to ma za niby upodlenie. - zaczął Noh - Nie chcemy żeby czuł się pan podle. Nie chcemy też, żeby panu oficerowi stała się krzywda. Skoro cię uwolniłem, może mógłbyś, no wiesz… opróżnić kieszenie, może przypadkiem wpadł ci w łapska jakiś akt własności? - uśmiechnął się drwiąco - No wiesz… tak przez całkowity przypadek. - Noh gwałtownie wbił nóż w stół przy którym siedział Johann.

 

- Morderca. To mocne słowo. Zdrada także. Myślę, że o niesławnym zamachu wiedzą przede wszystkim ci, którym śmierć mości Pfistera byłaby raczej na rękę – Gesine zmarszczyła brwi widząc poczynania gospodarza. Wymownie spojrzała na Arveina. Być może właśnie przetrwanie zaczęło zależeć od tego, czy potrafią się za chwilę trzymać razem, przeciw tej bandzie „uświadomionych” – Johann  nie chce naszej zguby, pytanie więc, kto chce? Zakładnicy, czy kozły ofiarne?

Pytała na pozór spokojnie, lecz czuła, że cokolwiek ma się wydarzyć, zbliża się wielkimi krokami. Pan  Noh  nie prowokowałby jej brata bez powodu. Rozejrzała się po sali, po czym już bez uśmiechu zwróciła się do Gunthera.

- A w kwestii naszego dowódcy pytanie powinno raczej brzmieć: kto nie chce go zabić i dlaczego?

Odpowiedź mogła być ważna. Albo nie. Ważne jednak było, bardzo ważne, kto gdzie stoi, kto z kim będzie trzymał, jak daleko do drzwi i okien, gdzie są źródła światła i ognia.  I czy ktoś już potajemnie nie sięga po ukryty w rękawie sztylet lub po brudne sztuczki.


Johann zaczął rozcierać nadgarstki, a jego twarz przestała być niczym kamienia maska. Widać było, że wraca mu życie. Zacisnął pięść i uśmiechnął się drapieżnie do właściciela karczmy - Dziękuję. Niech panu fortuna sprzyja, a ja jestem pana dłużnikiem. No cóż, niestety nie, jednak kilka monet by się znalazło i napił bym się czegoś - tu wojownik rzucił spojrzenie w stronę oficera - O ile ktoś znowu nie będzie chciał mnie związać, albo nie wyśle któregoś ze swoich piesków - położył ręce na stół.

 

- Jak każdy paranoik, cóż zrobić. – Westchnął Sven, załamując ręce. – Nie przejmujmy się jednak Gerwinem, na to przyjdzie czas. Gaśmy pożary na bieżąco. – Skłonił się rozmówcy po czym usiadł koło swojego, wolnego już, brata. Ulżyło mu gdy tylko zobaczył wolne ręce. Oznaczało to dwie rzeczy. Pierwsza, pan Poh i pan Noh mieli różne predykcje na temat Gerwina. Druga, zaraz ktoś dostanie po ryju. Sven zdawał się całkowicie nie zwracać uwagi na nóż wbity przed Johannem. To chyba średnio mądre z ich strony podsuwać mu broń. No nic,nie mnie oceniać. – Załatwiłem nam trunek bracie, należy uczcić odpowiednio twoje uwolnienie. – Uśmiechnął się klepiąc go pocieszająco po ramieniu. O ile tylko powstrzymasz się przed sięgnięciem po nóż.

 

Pan Noh westchnął, z trudem wyciągnął wbity w stół nóż, i zaczął przerzucać go sobie z dłoni do dłoni.

- Wiecie, panowie. - tym razem zwrócił się zarówno do Johanna jak i Svena - Wasz oficer posłał po imperialnych. Ale imperialni nigdy by nie przybyli. - zaklaskał w dłonie, i krzyknął w kierunku oddalonego o kilka stołów Gunthera.

- Przyjacielu, czy mógłbyś zaprezentować naszym przyjaciołom zdobycz?

Gunther podniósł się z krzesła, gestem dłoni zachęcił Arveina i Gesine do tego samego.

- Tu nie chodzi tylko o dowódcę, pani. - odparł - To wy zostaniecie oskarżeni o morderstwo. Czy zabije go pan Goldfrey, ja, czy któryś z was. Na waszym miejscu martwiłbym się o jego bezpieczeństwo. Czy pozwolicie ze mną? - skierował spojrzenie na Johanna i Svena - Panowie również! - krzyknął.

 

- Nic nowego - kiwnęła głową Gesine - Uprzedzał nas o tym każdy, Pfistera nie wyłączając.

Żeby się martwić, musieli najpierw wyjść z tego żywi, a własne oraz rodzeństwa życie było jej o wiele milsze niż żywot aroganckiego oficera. Za to coraz bardziej ciekawiło ją sedno tej całej intrygi. Po co ktokolwiek miałby ich ostrzegać, kiedy chciano ich wrobić? Może właśnie nadarza się sposobność dowiedzieć więcej. Gestem odpowiedziała Guntherowi, że owszem, chętnie obejrzy tę ich zdobycz.

I tak tkwili w pułapce, więc przejście do jakiejś kanciapy nie powinno zmienić sytuacji na gorszą niż już jest.

 

Zgodnie ze swym wcześniejszym zamiarem Klara weszła do karczmy i rozejrzała się po niej. Zarówno w poszukiwaniu kompanów w misji jak i ogólnym rozeznaniu w tym co się dzieje. Najbliżej wejścia siedziało dwóch braci, z czego, co ciekawe, ten “porywczy” nie miał związanych rąk.

- Pfister wydał rozkaz, że się zwijamy - przekazała zgodnie z poleceniem oficera, a potem ruszyła dalej, w kierunku Arveina i Regimunda, by przekazać im tą samą wiadomość. Rodzeństwu jednak nie ufała.

 

Johann powoli wstał od stolika. Był zaciekawiony o jakiej zdobyczy wspominają. Wydawało się że wracają mu siły i jego dawna energia - Chętnie zobaczę, co za zdobycz macie, panowie. A na miejscu Pfistera na pewno bym martwił się o swoje bezpieczeństwo. Imperium po wojnie to bardzo niebezpiecznie miejsce i morderców tu pełno – Nim jednak ruszył za dwójką właścicieli karczmy stuknął delikatnie i tak, żeby nikt nie widział, swojego brata. Po czym kiwnął mu głową. Postawił pierwszy krok, gdy do pomieszczenie wparowała dziewczyna z ich drużyny. Gladiator zignorował ją zupełnie.

 

Wrodzona ciekawość w połączeniu z niechęcią do wykonywania rozkazów przechyliła szalę na korzyść pana Noha. Instynkt podpowiadał Svenowi, jednak, że wchodzą głębiej w paszczę lwa. Nie miał zamiaru zostawiać brata nieuzbrojonego, wystarczył jeden szybki ruch dłonią a ostrze znajdzie się w posiadaniu Johanna. Teraz zamiast dwóch palców mogą stracić całą dłoń. No nic, raz się żyje. Wstał z miejsca nie dając po sobie poznać, że zrozumiał sygnał Johanna czekając tylko na odpowiedni moment, czekał aż obrócą się do nich plecami. Wtedy ostrze powędruje do brata. Reszta zależy od tego jak dobrze je ukryje. Wystarczył jeden błąd i nie wyjdą z tej karczmy żywi.

- Prowadź więc, przyjacielu. Natura empiryczna wzięła górę. Wielce jestem ciekaw cóż macie do pokazania. – Odparł radośnie Sven.

 

Arvein nie był pewien co powinien zrobić. Z jednej strony powinien słuchać poleceń przełożonego, ale z drugiej tutaj mógł się dowiedzieć znacznie więcej o całej sytuacji. A w tym przypadku informacja wydawała się ważniejsza. Dlatego ruszył za nimi. Miał tylko nadzieję, że oficer nie da się zabić przed ich ponownym spotkaniem.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Nikt z wyjątkiem Reigmunda zdawał się nie usłuchać rozkazów Pfistera przekazanych przez Klarę. Akolita ostrożnym krokiem ruszył w kierunku cyruliczki, Noh chrząknął głośno, wówczas ten zatrzymał się parę kroków przed Klarą, obrócił się do tyłu, aby spojrzeć na gospodarza. 

- Przekażcie więc panu Pfisterowi... - odparł pan Noh który siedział swobodnie na stoliku, przerzucając z dłoni do dłoni swój nóż myśliwski - Że nigdzie się nie wybieracie. Musimy znaleźć rozwiązanie naszego wspólnego problemu. uśmiechnął się drwiąco, a następnie zeskoczył ze stolika. Wszyscy obecni w gospodzie skierowali swoje spojrzenia na gospodarza, patrzyli na niego wyczekująco. Ten krzątał się od stolika do stolika, klepiąc każdego z wieśniakóa po ramieniu.

- Pieprzyć Imperium! - pan Noh podniósł dłonie w górę, wszyscy wieśniacy powtórzyli te słowa chórem, zahipnotyzowani przyglądali się charyzmatycznemu gospodarzowi. Uśmiech nie schodził z jego twarzy. 

- To wasz zleceniodawca spalił domy tych ludzi. A gdy dokonał tego, czego dokonał, obwołano go kapitanem. - zaczął - Wasz oficer brał udział czynny w podpaleniu wiosek, pracował pod sztandarem kapitana. Dziś wiemy, że dręczony wyrzutami sumienia oficer Gerwin Pfister zorganizował zamach na życie swojego przełożonego. Co prawda spieprzył robotę. A teraz z łowcy stał się zwierzyną. Jest bydlakiem, zamordował wielu niewinnych. Ale ma sumienie, i jest po naszej stronie, rozumiecie? Wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem. A wy macie w drużynie pieprzonego kreta. Wiecie do czego dążę? Dążę do tego, że jeśli jesteście niewinni, macie siedzieć na dupie i czekać aż wszystko się skończy. Wkrótce wszyscy poznamy prawdę.

 

 2000px-_U_2694.svg.png

Gwido dostrzegł z daleka, że wściekły Pfister zaczął powoli się uspokajać, z daleka wydawał się być niemal potulny. Pan Goldrey klepał go po ramieniu, a oficer przytakiwał, Pfister obrócił się, a swoje spojrzenie skierował na stojącego przy stajni Gwido. Wskazał na niego palcem, Goldfrey również spojrzał w kierunku stajni. Po chwili położył sobie palec do ust, próbując tym gestem przekazać coś rudowłosemu. Mężczyzna z bliznami rzucił spojrzenie na Gwido.

Zachowaj spokój. Nic nie widziałeś, jasne? - zapytał. Pfister i Goldrey ruszyli przed siebie, w przeciwnymi kierunku, oddalając się od gospody. - Gerwina Pfistera nigdy tu nie było. Jeśli nie wejdziesz do gospody, pozwolę ci za jakiś czas stąd uciec. Udawaj po prostu, że nigdy nie miałeś z tą sprawą nic wspólnego. Kiedy dotrą tu ludzie kapitana, rozpęta się rzeź. Możesz tego uniknąć. - spojrzał na stajennych którzy ruszyli po strawę dla konia. - Przynieście jeszcze piwo i karty chłopcy! - puścił oczko w kierunku Gwido - Na razie dajmy panu Goldfreyowi czas na ukrycie oficera. 

 

2000px-_U_2694.svg.png

 

Gunther prowadził grupę ochotników w kierunku kuchni, przeszli przez ladę, gdzie następnie mężczyzna uchylił drzwi, zapraszając pozostałych do środka. W środku znajdował się otyły, łysy mężczyzna który przygotowywał potrawy, posypywał cebulą mięso znajdujące się na drewnianych talerzach, w pomieszczeniu roznosiło się mnóstwo apetycznych zapachów. Kucharz podniósł głowę

Dobry wieczór, Gunterze. - odparł uprzejmie, pozostałych zmierzył tylko nieufnym wzrokiem. Gunther poprowadził ich dalej w głąb, na końcu pomieszczenia przewieszono na suficie skórzaną płachtę, zasłaniającą część kuchni. Mężczyzna silnym pociągnięciem zerwał ją z sufitu , odsłaniając mężczyznę który siedział na drewnianym krześle, z dłońmi związanymi z tyłu, miał głowę spuszczoną w dół, w okół z kolei znajdowało się mnóstwo krwi. Na jego ciele widać było mnóstwo śladów tortur, jego prawe ucho było odcięte, twarz obita, a na ciele widać było wiele nacięć. 

Ten facet nazywa się Arnold Fendler. Nie wydaje mi się żeby to imię cokolwiek wam mówiło... - poinformował Gunter - Chyba że mamy na sali mordercę. Arnold przyprowadził kapitanowi zabójcę który otrzymał zlecenie zabójstwa Gerwina Pfistera. Dowiedzieliśmy się od niego, że wspólnie zdecydowali się wysłać go na fałszywą misję ratunkową. Nie znamy imienia sprawcy, ale Arnold na pewno go rozpozna. - na ziemi, tuż pod krzesłem znajdowała się miska z wodą, mężczyzna podał ją Gesine. 

- Wiemy że zabójcą jest mężczyzna. Dlatego tylko szanownej pani pozwolę czynić honory. Proszę go obudzić - odparł - Jeśli nie rozpozna nikogo, pozwolimy wam odejść. 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

svqQfmI.jpg

 

Gesine Dunkel

 

Wchodząc do pomieszczenia Gesine rozejrzała się na wszelki wypadek i po mijanej wcześniej kuchni, i wewnątrz zaplecza, a choć skatowany człowiek niewątpliwie przykuwał uwagę, to próbowała oszacować cały ograniczony teren na każdą ewentualność, także walki. Z tego też powodu wolała aby to Gunther miał nadal ręce zajęte miską.

- Kapitan zaś osobiście zapowiedział, że nic nie ucieszyłoby go bardziej, niż gdyby pan Pfister zdechł i zgnił, ale wtedy my, cała grupa przypadkowych ludzi, zadyndamy na stryku - prychnęła na jego propozycję, jakby sama sugestia udziału w ohydzie tortur była dla niej obrazą - Kiepski sposób werbowania do mokrej roboty. Wygląda na to, że wszystkim na rękę byłoby wskazać nas za morderców, prawda? Wtedy oficera opuściłaby paranoja, a zabójca mógłby działać w spokoju? O nie - pokręciła przecząco głową. - Może początkujący ze mnie wojownik i niezbyt dobry ochroniarz, ale ostatnimi czasy każdy słyszał lub wie, że dręczony człowiek w końcu mówi, co tylko jego kat będzie sobie życzył. Proszę samemu czynić zatem honory, a nie mieszać w kacią robotę mnie ani reszty gości.

- Czy w swojej potrzebie wiedzy i perswazji - spytała nie pozbawionym gorzkiej ironii tonem - nie zapomniałeś także pytać tego biedaka o powody, dla których  przyprowadzał kapitanowi jakiegoś zamachowca? A może sam desperacko szukasz speca, by pozbyć się z kolei kapitana?

Niewinne z pozoru pytania miały nie tylko wybadać grunt dokładniej, ale zasiać przeróżne wątpliwości i być może wykiełkować zatrutym ziarnem. Właściwie to usunięcie z padołu boleści zarówno Gerwina jak i dowódcy straży rozwiązałoby problemy definitywnie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

s11S6yk.jpg

 

Klara Hansen

 

Niemal wszyscy ją zignorowali, ale medyczka skwitowała to tylko lekkim uniesieniem brwi. Przez tę krótką chwilę, kiedy była w stajni coś się musiało tutaj wydarzyć, coś co spowodowało, że reszta drużyny bez wahania pośpieszyła za jednym ze świeżych właścicieli. Odwróciła się do Gerwina, ale on poszedł za drugim. Ot, taka ciekawa zmiana sytuacji.

- Co tu się wydarzyło? - spytała cicho Akolitę Morra, a potem rozejrzała się po wieśniakach i zawołała głośniej - Potrzebuje ktoś pomocy cyruliczki? 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

ae6b80c4c94af7813be334a6f6d6bdc3--fantasy-rpg-warhammer-fantasy.jpg
Johann Dunkel

Gdy tylko poczuł chłód stali w swojej dłoni, od razu poczuł się pewnie. Ukrył sztylet w cholewie buta. Szedł powoli na końcu za bratem i siostrą. Przeszedł go dziwny dreszcz, ale czuł że wracają mu siły. Pewnie rzeczy można zmyć tylko krwią acz wszystko w swoim czasie. Stał spokojnie i przypatrywał się związanemu mężczyźnie. Jak zwykle jego siostra odezwała się pierwsza. Johann był na siebie zły nie znalazł czasu na pogadanie z rodzeństwem, czekał jednak na rozwój sytuacji.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

 

EPILOG (informacje o powodach w pogaduszkach, powyżej)

 

W trakcie gdy Gesine zadawała swoje pytania, ranny mężczyzna przebudził się, rozpoznając zamachowca. Resztką sił wskazał na Johanna Dunkela, ale nim Gunther zdążył jakkolwiek zareagować, Johann wbił mu swój sztylet w plecy, przebijając wątrobę. Gunther próbował wyciągnąć swoją broń, ale po chwilach i chwiejnych krokach padł trupem na ziemię.

W kuchni znajdowało się okno, które pozwoliło rodzeństwu i Arveinowi uciec z nieszczęsnej gospody, ogłuszyli bądź zabili ostatniego świadka (kucharza), a następnie zawinęli się, i ruszyli w świat.

Gdy Dunkelowie i Arvein nie wracali, pan Noh ruszył w kierunku kuchni, co dało Klarze i Reigmundowi czas na czmychnięcie cichaczem na zewnątrz, a w następstwie ucieczkę. Gwido mimo protestów stajennych i krótkiej szarpaninie z łysym mężczyzną, która zakończyła się krótką potyczką w wyniku której osiłek został ranny, ruszył za nimi.

 

A co z Gerwinem Pfisterem, panem Goldfreyem i Nohem, i resztą? Tego nigdy się nie dowiedzieliście.

Nie byliście w gronie podejrzanych o jakiekolwiek zabójstwo. Słyszeliście że kapitan straży zginął straszną śmiercią, choć nie mówiono o szczegółach. Nikt nie wiedział nawet, że byliście częścią tego dziwnacznego planu, przygotowanego przez żołnierzy Imperium, na którego drodze stanęli introwertyczni właściciele gospody wybudowanej na odludziu.  

A syn Gerwina? Część z was mogłaby przysiąc, że oficer który przechadzał się rok później po ulicach Altdorfu, wyglądał dokładnie tak, jak on. Młody, choć znacznie bardziej pewny siebie. A u jego boku stał pan Goldfrey. Ale może to tylko zwidy? W Starym Świecie przecież prawie wszyscy ludzie posiadają swoje sobowtóry.

 

KONIEC.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
Gość
Ten temat jest zamknięty i nie można dodawać odpowiedzi.