Zell

preludium Deceitful Virtue (Zell)

5 postów w tym temacie

musicnew.png

“Utopia lies at the horizon.

When I draw nearer by two steps,

it retreats two steps.

If I proceed ten steps forward, it

swiftly slips ten steps ahead.

No matter how far I go, I can never reach it.

What, then, is the purpose of utopia?

It is to cause us to advance.”

 ~Eduardo Galeano

gibbon.jpg

 

 

Edytowane przez Zell

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

rosetop.png

ANNO DOMINI MCCVIII, Branborough 

Wybaczył mi...

Tak właśnie powiedział, gdy go pytano o ostatnie słowa zmarłego.

 

Wybaczył mu.

 

I nikt tego stwierdzenia nie kwestionował, bo i czemu miałby? Może nie chcieli rozdrapywać bolesnego tematu dla syna? Może ich to nie obchodziło na tyle, aby się przejąć głębiej? Może śmierć Michaela z Branborough była dla niektórych jak łaska od Boga, a może tak ciężko znieśli jego odejście?

 

Ale w końcu wybaczył synowi i tylko to się liczyło.

 

- ...ten świat jest przegniły, Godwinie.

 

Słowa syna przyjaciela zmarłego Michaela przebiły się do świadomości pierworodnego, wyrywając go z smętnych rozmyślań, jednocześnie wpędzając w inne, choć te przyjął z nutą ostrożnej uwagi.

 

mantello-medievale-fantasy-lana-elven-pr

 

- Cnoty u maluczkich tu nie uświadczysz, a nieważne jak my, którzy się takową cechują, będziemy próbować... - Nicol wskazał na mieszkańców zgromadzonych na rynku Branborough - Tłuszczy tego świata nie wychowasz. - skrzywił się wyraźnie, gdy do ich nozdrzy doszedł zapach fekaliów - Twój biedny ojciec miał dla nich wielkie serce, ale wszystko to na nic!

 

Godwin widział podekscytowanie malujące się na twarzach mijanych ludzi, dywagujących między sobą żarliwie, wyrażając jednocześnie pogardę, jak i niezdrową fascynację w tych samych słowach. Rynek zdawał się gorzeć od gwaru zgromadzonych wokół centralnej części rynku, do jakiego środka dostępu bronili uzbrojeni strażnicy, najemni najpewniej, rozganiając brutalnie co do bardziej ciekawskich. On sam wraz z Nicolem przemieszczali się bez problemów pomiędzy gapiami, asekurowani przez własnych żołdaków, którzy torowali drogę i dzięki nim podążali ku drewnianemu wzniesieniu bez niepokojów, jedynie odprowadzani uważnymi spojrzeniami mieszkańców.

 

- Niestety, po śmierci zacnego Michaela wszyscy spodziewają się, że jego główny spadkobierca, który wsławił się czynami na Krucjacie, będzie cnotliwym głosem przy takich sprawach jak i ta. - westchnął - Marnowanie czasu, ale cóż poradzić?

 

Cnotliwy głos miał napominać. Miał przestrzegać i ganić, wychowywać ludzi na bliższych Bogu, uczyć owej niezrozumiałej cnoty, o której tak głośno prawiono. Wcześniej czynił to ojciec Godwina, a teraz - on sam miał przemawiać na egzekucji skazanego.

 

- Bez takich jak twój ojciec, bez jego następców - wskazał w kierunku platformy - takie przypadki będą częstsze. Czarna magia, trucicielstwo, czczenie Szatana... jak i miało miejsce w przypadku tej niewiasty... czy raczej zepsutej kurwy, przepraszam za określenie, bo inaczej się jej nazwać nie da.

 

rosebot.png

Edytowane przez Zell

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

KRTjkuV.jpg

Godwin Rzeźnik

rose-petals-falling-psd-444897.png

 

Cnota

 

Pamiętał gęste powietrze pod Jerozolimą. Powietrze śmierdzące krwią, potem i... Niczym więcej. Tęsknił za suchością pustyni. Na pustyni mało które zapachy utrzymują się tak długo. A na pewno nie tak intensywnie jak tutaj. Nic nie było tam tak intensywne jak tutaj. Ale tam... Tam w kraju niewiernych, w kraju tych którzy zaprzedali swoje dusze fałszywym bożkom i prorokom, w kraju barbarzyńców ludzie byli inni.

 

Pamiętał ich twarze. Przestraszone, ale ciekawe. Zachowujące spokój w obliczu przybycia potworów z zachodu. Matki tuliły dzieci do piersi, starsi patrzyli na nich z dumą. Wojownicy ginęli z honorem. Widział na ich twarzach spokój, w ich słowach czuł dumę, w czynach oddanie ideom wyższym niż życie. W każdym najmniejszym geście wyczuć można było rytuał, szacunek do wszystkiego co dawała im natura... Czy też bóg, jak zwykli mówić. Pamiętał jakby to było wczoraj, z jakim namaszczeniem grupa kobiet czerpała wodę ze studni, nie chcąc uronić nawet jednej kropli.

 

A tutaj widział... Podniecenie. Miała polać się krew, nakarmić tłum dusz głodnych sprawiedliwości, jakiejkolwiek sprawiedliwości. Czuł smród. Chorobę. Nawet chłop brał więcej niż potrzebował. Nawet gdy nie chodziło o chleb, musiało chodzić o ducha. A co gorsza... Nawet arystokrata pławił się w ciemnocie i zatracał się w wizjach świata, który nie istnieje. 

 

I jak zawsze, gdy człowiek konfrontował się z rzeczami, których nie mógł rozumieć... Ktoś musiał zginąć. Lecz nie światły umysł i szlachetne serce, ginące za swój dom, kochającą rodzinę, wiarę... Ale bogu ducha winna kobieta.

 

Przeszedł przez tłum, ciągle ubrany na czarno w żałobie po ojcu. Na jego twarzy, jak zawsze, malowało się głównie jedno wielkie "nic" szczególnie obecne odkąd wrócił z Krucjat ze swoim nowym przydomkiem. "Rzeźnik" szeptało kilka osób, z mieszanką przerażenia i zaskoczenia. "Rzeźnik przyszedł wykonać wyrok." Nikt nie oczekiwał od niego wiele więcej, wszyscy gotowi by ten kraj spłynął krwią z ręki Rzeźnika. Wszyscy patrzyli na niego, jakby zwiastował dni końca. Podniecenie tylko wzmogło się w tłumie, rządnym krwi i sprawiedliwości. Boskiego gniewu.

 

Spojrzał na czarownicę, przypatrzył się uważnie temu jak zachowywała się w tej chwili. Zmierzył pół świata, chłonął wiedzę gdzie tylko się znalazł i nigdy nie był w stanie uwierzyć w to, że istnieje coś takiego jak magia, a nawet jeśli istniało, to nikt nie byłby taki głupi, by zaprzedawać sobie za nią duszę diabłu. To jakby poprosić o buta w zamian za ucięcie stóp.

 

Ale lud chciał sprawiedliwości. Nie znał jej, nie był w stanie sobie wyobrazić sprawiedliwości. Pracował na tych, którzy nie musieli pracować ani dnia w swoim życiu i w zamian dostawał ochłapy tego co sam wyprodukował. Oczywiście, wszyscy znali w swoim życiu tylko to... Tak jak on znał w swoim życiu, przynajmniej przez jego większość, tylko to. Ale niesprawiedliwość, nierówność ciągle tam były, nie mogły zniknąć z dnia na dzień. Ten sam porządek trwał od zawsze i miał trwać na zawsze, tak brzmiało to w ich głowach. Więc ich umysły uciekały do tego, nad czym umysły pracować nie muszą. Do nadnaturalnego. Do boga. Albo do szatana. Nad tym myśleć nie musieli. Jeśli ktoś był inny, jeśli ktoś wykraczał poza ich pojmowanie, musiał być złem wcielonym. Musiał umrzeć. I nagle działa się "sprawiedliwość" której tak bardzo wszyscy pragnęli, ale której nikt tak naprawdę nie doświadczył.

 

To działało. Ale kiedy człowiek mieszka w domu w którym wszystkie ściany są białe, myśli że ściany w każdym domu są białe. I gdy tylko wejdzie do innego, gdzie ściany są czarne... Uświadamia sobie, ze nie wie nic. Godwin wolał nie wiedzieć nic. Wtedy był w stanie się czegoś nauczyć. Ale oni... Oni nie byli w stanie nauczyć się innego. Woleli zakładać, że ściany są zawsze białe i nigdy nie wychodzić z domu. Bo to jest bezpieczne. To jest znajome.

 

Obrzydliwe...

 

 - Grzech - zawołał do tłumu, powoli odwracając się w ich stronę - Nie przychodzi sam. Grzech przychodzi do domu zaproszony.

Spojrzał po ludziach, starał się zapamiętać ich twarze. To byli jego podopieczni, więc musiał o nich zadbać, nawet jeśli całe ich jestestwo było oparte wokół ignorancji, której nie byli w stanie odrzucić.

 - Mój ojciec był świętym człowiekiem - zrobił krótką pauzę i popatrzył po wszystkich, żeby wiedzieli, że mówi do każdego pojedynczo, nie do tłumu jako co całości. - Mój ojciec nie dopuściłby do tego, żeby ktoś wpuścił grzech do swojego domu. Grzech uciekał przed moim ojcem w popłochu. Ale mój ojciec... Mój ojciec swojej dobroci nie chciał byście musieli sami bronić się przed pokusami szatana. Nie, mój ojciec wierzył, że nigdy nie będziecie musieli tego robić.

Pokręcił głową i starał się myśleć o wszystkich martwych jakich zostawił za sobą na krucjacie. Starał się myśleć o wszystkich tych... Biednych istotach, przez które dostał swój tytuł, który lud zdawał się nadawać mu tak ze strachem jak i dumą. Oczy zaszły mu łzami, łzami które dla motłochu były łzami wzruszenia po straconym ojcu, ale dla niego były czymś kompletnie, kompletnie innym.

 - Ale to jest... Nasza wina. Pozwoliliśmy na to, żeby grzech zawitał do naszego domu. Ja... Ja nie jestem tak silny jak mój ojciec. Jestem grzesznikiem, tak jak my wszyscy. Ten kto bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem, mówił nasz zbawiciel! Ale dzięki... Waszej czujności, waszej wierze i oddaniu, zdołaliśmy znaleźć owoce grzechu w naszym domu i wyplenić je jak szczury. Ale to my wprowadziliśmy je do tego domu! Nie jestem tak silny jak mój ojciec. Ale gdy umierał, gdy trzymałem go za rękę gdy dobry bóg zabierał go z naszego świata do swojego niebieskiego królestwa, mój ojciec wybaczył mi. Tak jak ojciec wybacza synowi marnotrawnemu. I jeśli ja mogę wrócić w łaski swojego ojca, tak wy możecie zwalczyć nawet największy grzech jaki stanie na waszej drodze! Niech pamięć o moim ojcu nie umrze wraz z nim! Wypleńmy grzech z naszych szeregów. Żadna czarownica więcej nie pojawi się w naszych domach. 

Odwrócił się do żołnierzy i skinął im głową.

 - Niech stanie się wola nieba.

Rzekł, zezwalając na morderstwo niewinnej kobiety.

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

rosetop.png

ANNO DOMINI MCCVIII, Branborough 

Zdawać się mogło, że Godwin swoją przemową zaklął zgromadzonych, odbierając każdemu mowę. Przez całą przemowę syna Michaela, tłum trwał w ciszy wsłuchując się w jego słowa niczym w kazanie na mszy, choć jak i w przypadku łacińskich prawd wiary wygłaszanych przez duchownego, tak i w przypadku słów pouczenia wygłaszanych przez Godwina - pozostały one jedynie pięknymi zwrotami, jakie mało kto rozumiał, choć w drugim przypadku na drodze nie stała bariera językowa. Niemniej w połączeniu z surowym obliczem, z tembrem głosu oraz wyniosłością oraz poważaniem jakim cieszyli się obaj przemawiający - zdania pozostawiły ślad jakiejś boskiej mowy.

 

Szlachetnej i miłosiernej... jako i był Michael.

 

Strażnicy na znak Godwina, popchnęli kobietę, określaną wiedźmą, ku przygotowanej szubienicy, jakiej sznur wisiał nieporuszony martwym powietrzem. Ten, ochrzczony Rzeźnikiem, widział na obliczach tłuszczy zajmującej przestrzeń przed platformą, na której miało rozegrać i drugie przedstawienie, czyste podekscytowanie nadchodzącą egzekucją. Oczekiwali w niecierpliwym skupieniu, a niektórzy nawet słowem popędzali żołnierzy... ale prawdziwa siła tej atmosfery wybuchła wraz z przełożeniem pętli przez szyję "wiedźmy".

 

Okrzyki obrzydzeni wobec tej, której większość nawet nie znała, błagania o oczyszczenie ziemi z plugastwa, złorzeczenie i urąganie godności, zmieszały się w jeden gwar. Godwin słyszał także słowa błogosławieństwa jego rodu, jak i Michaela oraz jego samego. Szaleństwo zdawało się nie mieć końca...

 

fluktg.png

 

...i dlatego nagła zmiana zaskoczyła samego Godwina, gdy na platformę wdarła się jeszcze jedna osoba, na oko dziesięcioletnia dziewczynka, przypadając mu do nóg i na klęczkach chwytając się jego nóg, zaczęła błagać.

Panie, dobry panie! Zmiłuj się, nie pozwól na to! Panie! Moja siostra nie jest wiedźmą! Panie, błagam!

 

Niespodziewana reakcja dziewczynki zaskoczyła i strażników, którzy poniechali dalszych działań, nie z zamiarem zmiany wyroku przecie, ale z zaciekawienia dalszą częścią przedstawienia. Tłuszcza natomiast nie zrezygnowała z okrzyków, teraz wymierzonych nie tylko w wiedźmę, ale także w młodszą siostrę, która z desperacją wpatrywała się w oblicze Godwina.

 

 

rosebot.png

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

godwin.png

 

rose-petals-falling-psd-444897.png

 

 

Każde kłamstwo ma swoje granice...

 

 musicnew.png

 

 

Dla jednych przed śmiercią, wszystkie kłamstwa traciły sens. Dla większości, kłamstwo kończyło się wtedy, gdy wychodziło na jaw - a każde kłamstwo wychodziło na jaw. Ale dla Godwina...

Krew spływała cienkimi strużkami z progu domu, z którego dobiegały nieludzkie odgłosy mordu. Krzyki, piski i błagania mieszały się z piaskiem i żelazną wonią krwi w powietrzu. "Nie, nie, nie, nie rób, zostaw, proszę, błagam" rozbrzmiewało wszędzie wokół niego. Tego zdołał się nauczyć. Tego słyszał za dużo... Krew na jego rękach była ciągle gorąca i strasznie lepka, piasek przylepiał się do niego i drapał nieprzyjemnie. Płakał. Nie wiedział do końca czemu, ale płakał. To on, to wszystko jego wina, to wszystko będzie na jego barkach do końca życia. Rycerze Chrystusa. Przynoszący słowo boże. Wszystko było na jego barkach. I wtedy ją zobaczył... Dziewczynkę. Stała nad ciałem swojej matki, płakała, nie wiedziała co się dzieje, nie miała najzieleńszego pojęcia, obudziły ją krzyki. Strzała przebiła jej gardło.

 

Tłum szydził z niej. Szydził z małej dziewczynki, która błagała, by ktoś ocalił jej siostrę, jej niewinną siostrę. Najpewniej chorą, niezrozumianą, najpewniej nie mającą nic wspólnego z całym zabobonem, który posłał ja na szafot. Młodą, piękną dziewczynę którą czekało całe życie i której pozwalał umrzeć dla kilku dni spokoju, dla kilku chwil oddechu, zanim tłum znajdzie kolejną do zarżnięcia. Klęknął przy niej i położył dłonie na małych ramionach... Spojrzał jej głęboko w oczy, a jego spojrzenie zaczęło rozmywać się od gromadzących łez.
 - Wiem - wyszeptał, mając nadzieję że dotrze to tylko do niej, wyłącznie do niej. 

 - Wiem. I musisz być silna. Dla niej.

 

musicnew.png

 

Jednym ruchem porwał dziewczynkę w ramiona, przyciskając jej głowę do swojej piersi, żeby nie widziała tego, co ma się stać i skinął głową do kata, by dokonał swojego dzieła. Słyszał kopnięcie. Słyszał krzyki tłumu. Krzyki wszystkich czystych i bez grzechu. Bijących swoje żony, kradnących od swoich braci, złorzeczących na sąsiadów, gwałcących, zdradzających i kłamiących. Brudnych, ślepych i oddanych ideom które nie mają znaczenia.

I tych, którzy skazali niewinną dziewczynę na śmierć. Opasłych kłamców, rozkazujących wiernym orać ludzi jak zboże w imię miłosierdzia. Głoszących że skromność otwiera wrota do nieba, stojąc na ozłacanych ambonach. Szerząc wiedzę, pozostawiając ją zamkniętą dla siebie w sekretnych bibliotekach dostępnych tylko dla najbardziej zaufanych. Ogłaszających ziemię owocem pracy człowieka potem posypując ją solą.

 

Chciał ich zarżnąć. Wszystkich. Jak zwierzęta. Wszystko za łzy tej jednej dziewczynki, tej, jednej, dziewczynki.

 

Nazywali go Rzeźnikiem... Jeszcze nie poznali go jako Rzeźnika.

 

Edytowane przez Ferr-kon

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz