Aruna

Chapter 1: New life (Aruna & Aquaman)

63 postów w tym temacie

I can create a world without war. I can make a world without alcohol or drugs. Without hate or jealousy. But then it wouldn't be the world we live in. Nothing would be learned, nothing would be gained. We wouldn't advance as species.

-- Anthony Stark

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Nie wiedzieli, ile przyjdzie im czekać. Cała inicjatywa Avengers Academy wydawała się mocno chaotycznym projektem. Z jednej strony mieli wystąpienie Starka w telewizji, w którym roztoczył piękną wizję szkoły dla przyszłych bohaterów, przyszłych Avengers, a z drugiej – nie znali konkretów. Dat, terminów czy innych kwestii formalnych. Nie wiedzieli, jak wiele zgłoszeń wysłano i kiedy mogą spodziewać się jakichkolwiek wyników.

 

Philippa

Od tamtej rozmowy upłynęły trzy tygodnie. Początkowo czekała każdego dnia na jakikolwiek sygnał z ich strony, że została przyjęta. Mógł to być list, telefon czy nawet mail z decyzją. Nic jednak nie nadchodziło. Zapewne mieli ogromną ilość zgłoszeń i nie zdołali poinformować wszystkich nieprzyjętych. Nadzieja była tym, co umarło jako ostatnie.

- Philippo…

Gdy matka poprosiła ją do telefonu, nie spodziewała się, że znowu usłyszy ten spokojny, może nawet nieco zdystansowany głos.

- Mówi Henry Pym – przedstawił się. Jak gdyby było to potrzebne. – Zostałaś przyjęta do Avengers Academy. Za trzy dni podjedzie po ciebie samochód. Przepraszam, że zostawiam ci tak mało czasu, ale chcemy jak najszybciej zacząć. Z przyjemnością powitam cię w Avengers Academy.

 

Roxi

Pytali ją o to każdego dnia. Rodzice, wujek, a także ci, którzy dowiedzieli się przypadkiem. Kiedy czegoś się dowie? Czy się dostała? Czy dobrze wypadła? Dla nich był to krok dalej w bogatej historii mniejszych lub większych bohaterów. Wręcz można było odnieść wrażenie, że zależy im bardziej niż jej. Ale Roxi również czekała. Chciała się dowiedzieć… czegokolwiek.

Dwa tygodnie dłużyły jej się jak nigdy. Nikt nie znał dokładnej daty otwarcia roku w Avengers Academy. Na formach internetowych i portalach społecznościowych aż wrzało. Każdy miał swoje podejrzenia. Każdy obstawiał inną datę. Dla nich była to rozrywka, wręcz hazard, a dla niej... To miała być zupełna odmiana dotychczasowego życia.

- Roxi, tu Tony – jego głos nie stracił nic ze swej mocy. Roxi była w stanie zrozumieć, że nie tylko pieniądze odpowiadały za powodzenie Tony’ego u płci przeciwnej. – Wysyłam samochód. Mam nadzieję, że dwa dni na spakowanie rzeczy ci wystarczą. Widzimy się z Avengers Academy, dziewczyno. Zostałaś przyjęta.

 

Louie

Rozmowa z Tonym i Henrym mogła pozbawić pewności niejedną osobę. Dla Amerykanów byli wręcz sławami. Nawet Louie sporo o nich słyszał chociaż nie pochodził z tego kraju. Zresztą Youtube stanowiło prawdziwą encyklopedię opowieści o wszystkich członkach Avengers – zarówno byłych jak i obecnych. Do tego jeszcze sam Tony nie unikał mediów, traktując występowanie w nich jako formę rozrywki.

Louie nie został poinformowany, kiedy jakiekolwiek wyniki zostaną podane do publicznej lub prywatnej wiadomości zainteresowanych. Nie wiedział zatem, jak długo ma zwlekać z powrotem do swojej ojczyzny. Gdy upłynęło kilka dni bez jakiejkolwiek odpowiedzi, podjął decyzję o powrocie.

Był już na lotnisku, kiedy zadzwonił jego telefon.

- Louie, Henry Pym z tej strony. Za dwa tygodnie zaczynamy zajęcia w Avengers Academy. Chciałbym cię na nich zobaczyć. Wszyscy chcielibyśmy cię zobaczyć w Avengers Tower. Wyślemy po ciebie samochód. Jeśli chcesz, wróć na ten czas do domu. Odbierzemy cię z lotniska.

 

Billy

Dotarcie na rozmowę z takimi sławami, jakimi był Tony i Henry, dla niektórych oznaczało kilka przystanków metrem. Dla Billy’ego była to jednak podróż przez duże P. Przypominało to bardziej wyprawę, która miała raz na zawsze odmienić życie Billy’ego, dlatego gdy trzy dni bez odpowiedzi przedłużało się w kolejne doby bez jakiegokolwiek znaku życia, Billy podjął decyzję o powrocie do domu. Pożegnał brata, u którego pomieszkiwał przez ten czas, i ruszył w podróż powrotną.

Czekanie na przystanku autobusowym nie należało do najlepszych miejsc na prowadzenie takiej rozmowy, ale właśnie tam zastał chłopaka dzwoniący.

- Billy. Za cztery dni oficjalnie otwieramy – powiedział Tony głosem, w którym dało się wyczuć entuzjazm i wyczekiwanie. – Wyślę po ciebie samochód. Odbierze cię z dowolnego miejsca i zawiezie do Avengers Tower. Spakuj się na dłudzy pobyt. Zostałeś przyjęty do Avengers Academy.

 

Charlie

- Mogliby się wreszcie zdecydować – westchnął Stephen.

Wraz z każdym mijającym dniem, gdy Charlie po raz kolejny zrobił coś nie do końca tak, jak chciał tego jego mentor, Stephen wydawał się żywić coraz większą nadzieję na przyjęcie swojego ucznia do Avengers Academy. Ostatecznie to chyba bardziej on czekał na jakiś znak ze strony Tony’ego niż sam Charlie. Może właśnie dlatego chłopak nie miał okazji porozmawiać bezpośrednio z założycielami akademii.

- Możesz zacząć się pakować. Przyjadą jutro. Mają wysłać samochód. Spisz się dobrze, nie zrób wstydu, postaraj się, żeby nie wyrzucili cię… - zawahał się, usiłując wybrać jakiś bezpieczny czas - …zbyt szybko. No i postaraj się czegoś nauczyć – dodał, jak na mentora przystało.

Stephen naprawdę starał się, nie okazać ulgi. To westchnięcie tak jakoś mu się wymsknęło.

 

Eve

- I co, wiesz już coś? – T.J. powtarzał to pytanie każdego dnia, a ponieważ od rozmowy z Tony i Henrym upłynął ponad tydzień, trochę tych dni się zrobiło i trochę pytań padło.

Za każdym razem T.J. ciosał jej kołki na głowie.

- Trzeba było dokładnie się dowiedzieć, kiedy decyzja. I jak zamierzają ją przekazać. Nawet nie chcę myśleć, co zrobiłaś podczas tamtej rozmowy. Mogłem iść z tobą.

- Wtedy na pewno by jej nie przyjęli – wtrąciła Melanie.

- Wtedy na pewno zostałaby przyjęta – T.J. nie zamierzał zmieniać zdania. – Poza tym…

Cokolwiek zamierzał dodać, przerwał mu w tym dzwoniący telefon. Odebrał, ale już pierwsze słowa jego rozmówcy sprawiły, że zmarszczył brwi i podał Eve swój telefon.

- Do ciebie.

- Eve. – W pierwszej chwili nie rozpoznała tego głosu. – Mówi Henry Pym. Chcielibyśmy, żebyś została jedną z uczennic w Avegers Aacademy. Zaczynamy za cztery dni. Podeślemy po ciebie samochód tylko powiedz nam, gdzie kierowca ma się zgłosić. Do zobaczenia za kilka dni.

 

Kanagatucko

Kanagatucko czuł się jakby co najmniej zdobywał szczyty i poznawał nowe lądy. Dla niego Nowy Jork i wszystkiego jego bogactwa był jak inny świat. Zewsząd atakowały go różne bodźce. Informacje, kolory, dźwięki. To wystarczyło, by zrozumiał, kim są Avengers w tym świecie. I by dowiedział się, na co tak naprawdę się zdecydował.

Zamierzał już ruszyć w podróż powrotną do domu, gdy wymeldowując się z hotelu, recepcjonistka przekazała mu kartkę, z krótką wiadomością.

- Zapraszamy za dwa dni. Podjedzie po ciebie samochód. Hotel masz opłacony do tego czasu. Twoje rzeczy sami sprowadzimy na miejsce. Gratulacje.

Nie było podpisu, ale Kanagatucko wiedział, czego dotyczy notatka. Pozostało mu zatem przetrwanie kolejnych dwóch dni w tym miejscu.

 

Neil

To mogło zupełnie odmienić jego życie. Wreszcie mógł stworzyć własną legendę zamiast być cieniem własnej przeszłości, odbiciem straty, jaka stała się jego udziałem. Chciał jedynie, by założyciele Avengers Academy dali mu szansę. Czekał kolejne dni, ale nie było żadnej informacji. Nikt nie usiłował się z nim skontaktować. Nikt nie wysłał mu zaproszenia. Cisza również była odpowiedzią.

Stracił już nadzieję na jakąkolwiek wiadomość, gdy na wyświetlaczu telefonu pokazało się połączenie od nieznanego mu numeru.

- Neil, mówi Henry Pym. Za tydzień rusza Avengers Academy. Chcielibyśmy, żebyś do niej uczęszczał. Jeśli nie zmieniłeś zdania, za kilka dni podjedzie po ciebie samochód. Zabierze cię na miejsce. Do zobaczenia.

 

Olek

Olek nie mógł zbyt długo czekać. Problemem nie była niecierpliwość, ale kwestie prawne. Do Stanów udał się pod określonymi warunkami, a jeśli chciał w ogóle myśleć o chodzeniu do Avengers Academy, musiał jak najszybciej otrzymać odpowiedź. Henry i Tony byli ego świadomi, bo zadzwonili następnego dnia po rozmowie.

- Pomożemy ci w załatwieniu wszystkich formalności – obiecał Tony. – Wystarczy pociągnąć kilka sznurków. Zostań w hotelu. Jest już opłacony. Za dwa tygodnie przyjedzie po ciebie samochód i zawiezie cię na miejsce. Wykorzystaj ten czas na zwiedzanie czy po prostu dobrą zabawę. Pewnie będziesz też musiał podpisać kilka formularzy m.in. ten że nie zamierzasz wysadzić w powietrze nic w Stanach. To tylko formalność – zapewnił z uśmiechem słyszalnym w głosie Tony.

 

Ayana

Kolejna sesja nie przyniosła niczego nowego. Ayana nie rozumiała, dlatego nadal musi brać w nich udział. Nie dowiedziała się niczego, co zmieniłoby w jakiś sposób jej życie. Zresztą i bez pomocy wiedziała o istnieniu Anayi, która chyba bardziej niecierpliwie czekała na odpowiedź w sprawie przyjęcia do Avengers Academy. Dla obu dziewczyn były to ogromne, nieograniczone wręcz możliwości.

Ile miała czekać na wyniki? Tydzień wydawał się zbyt długim terminem, a upłynęły jeszcze dodatkowe dwa dni zanim dostała jakąkolwiek informację.

- Ayano, mówi Henry Pym – jego głos brzmiał łagodnie, wręcz kojąco. – Za cztery dni oficjalnie otwieramy Avengers Academy. Jeśli jesteś nadal zainteresowana udziałem, podeślemy po ciebie samochód, który tego dnia zabierze cię na miejsce. Do zobaczenia.

 

HHVBCLm.jpg

 

Czego mogli spodziewać się po samochodzie? Całą inicjatywę finansował Tony, a to oznaczało robienie wielu rzeczy na pokaz. Samochody oczywiście nie mogły być zwyczajne czy po prostu nierzucające się w oczy. Musiały robić wrażenie, szczególnie gdy kolejne limuzyny podjeżdżały pod Avengers Tower i wypuszczały młodych uczniów nowo otwartej placówki. Nie to było jednak najgorsze. Informacja o oficjalnym otwarciu musiała wyciec do mediów, bo przed wieżą zgromadziły się wręcz tłumy dziennikarzy. Chcieli zrobić chociażby krotki wywiad z młodymi przyszłymi bohaterami zupełnie jakby ci w ułamku sekundy stali się celebrytami.

Przedstawiciele mediów nie byli jedynymi osobami zgromadzonymi tego dnia przed Avengers Tower. Ciekawość przywiodła w to miejsce całkiem pokaźny tłum gapiów, jednak nie wszyscy zdradzali podobną ekscytację. Dziewczyna z rudymi włosami patrzyła oceniająco na kolejne osoby wychodzące z limuzyn. Na jej ustach pojawił się szyderczy uśmiech, gdy dostrzegła ostatniego ucznia.

Odprowadzała ich wszystkich spojrzeniem aż ostatni z uczestników Avengers Academy wszedł do środka.

 

Kiedy tylko przekroczyli próg Avengers Tower, pozostawili za sobą oślepiające błyski fleszy, gwar przekrzykujących się reporterów zadających pytania jeden przez drugiego, a także ciekawskie spojrzenia gapiów zebranych pod siedzibą Avengers. Siedzibą, która mieściła w sobie Avengers Academy i od tej chwili miała stać się dla nich nowym domem.

Nie była to ich pierwsza wizyta w tym miejscu. Każde było tu już raz, podczas rozmowy będącej częścią rekrutacji. Ale teraz, z chwilą przekroczenia progu, zaczynało się dla nich nowe życie. Życie, w którym witał ich Tony Stark, stojący z szeroko rozłożonymi ramionami, jakby chciał ich uściskać na powitanie, i charakterystycznym uśmiechem zdobiącym jego usta. Miał na sobie strój będący kwintesencją sportowej elegancji połączonej z wyczuciem smaku Tony'ego. Wszystko zdawało się idealnie do siebie pasować, zupełnie jakby Stark miał ten strój przygotowany i dobrany tylko i wyłącznie na tą okazję. Co w sumie wcale nie musiało być tak dalekie od prawdy.

- Cześć! - powiedział radośnie. - Chodźcie, chodźcie. Wszyscy już na was czekają.

Tony nie był jednak jedyną witającą ich osobą. Tuż za nim, po jego prawej stronie stał Henry Pym. Dyrektor Avengers Academy swoim strojem różnił się od Starka tak bardzo, jak tylko mógł. Podczas gdy Tony witał ich w cywilu, Pym miał na sobie swój kostium. Acz nie był to ten sam strój, w którym widywano go podczas Civil War. Najprawdopodobniej była to jego najnowsza wersja.

- Witajcie - on również się uśmiechał. I chociaż był sympatyczny i ciepły uśmiech, to jednak Henry Pym zdecydowanie nie był drugim Tonym Starkiem.

Drugą z witających ich osób była kobieta ze stali, a właściwie to robot. Jej głowa wolno poruszyła się na boki, gdy omiatała przybyłych spojrzeniem. W końcu i ona się odezwała.

- Witajcie. Jestem Jocasta. Jestem jedną z nauczycielek w Avengers Academy.

Chociaż głos wydobywał się z ciała maszyny, brzmiał bardzo czysto i realistycznie. Był bardzo przyjemny dla ucha. Zupełnie jakby słowa wypowiadała żywa osoba.

- Chodźcie, poznacie resztę - stwierdził Tony, odwracając się, i ruszając w kierunku windy.

 

 W chwili, w której otworzyły się drzwi windy, trzynaście osób nieśpiesznie ją opuściło. Mimo takiej ilości pasażerów, można było odnieść wrażenie, że w środku zmieściłoby się jeszcze kilka osób. Zaś w pomieszczeniu, w którym się znaleźli, spokojnie można było upchnąć małą armię. Sądząc po wystroju, była to przestrzeń, w której Avengers spędzali czas wolny i się relaksowali. Ogromne kanapy, telewizor, bar, bufet, do tego fontanna i wyjście na taras. Wystarczyło na chwilę przystanąć i się rozejrzeć, by dostrzec jak wspaniały widok roztacza się przez przeszklone ściany. Z każdej strony widać było panoramę Nowego Jorku w całej okazałości tego miasta, które nigdy nie śpi. Zaś gdy widok za oknami przestał być tym, co najbardziej przyciągało uwagę, pierwsi uczniowie Avengers Academy zaczęli dostrzegać inne osoby znajdujące się w tej przestrzenni wspólnej. Na jednej z kanap Hawkeye i Kapitan rozmawiali spokojnie, śmiejąc się przy tym. W wejściu na taras stał Justice, pozwalając by podmuchy wiatru delikatnie poruszały jego peleryną. Black Widow i Scarlet Witch stały nieopodal wyjścia z windy i one jako pierwsze z osób siedzących w salonie zauważyły przybyłych. Tuż po nich, uwagę na wchodzącą trzynastkę zwrócił Bruce Banner, który kończył nalewać sobie kawę, a także Tigress, która siedziała na kuchennym blacie. Jej ogon poruszał się rytmicznie w powietrzu.

- Avengersi - zaczął Tony, skupiając na sobie już teraz uwagę wszystkich. - przywitajcie, proszę pierwszych uczniów Avengers Academy - następnie Tony zerknął w kierunku dziesiątki przyszłych bohaterów z serdecznym uśmiechem. - Poznajcie... przyszłych Avengers.

Te słowa nie zdążyły przebrzmieć, gdy spojrzenie Eve Smith przeniosło się na dwie postacie, które do tej pory jakoś nie rzuciły się jej w oczy. Hercules i Thor stali obok siebie, wyglądając jakby zostali żywcem wyjęci z mitologii. Eve nie wiedziała dokładnie co się stało, ale w chwili, w której jej spojrzenie zatrzymało się na obu mężczyznach, jej ciało przeszło przemianę. Nagłą i całkowicie pozbawioną kontroli sprawiając, że Eve pokryła się łuską.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e9H9DTZ.jpg

Roxi

 

Kochała swoją rodzinę i przyjaciół. Naprawdę. Ale odkąd poszła na tą rozmowę (ubrana tak nieelegancko, jak podkreślała mama), zdawało się, że jej bliscy magicznie się rozmnożyli i dostali nadludzkich sił. Może nawet nie było tak ważne samo bycie bohaterką (w końcu jej rodzina wyznawała zasadę, że każdy jest bohaterem), ale o to, że ich wycofana Roxi wreszcie znajdzie swój sposób na robienie czegoś dobrego - pomimo jej mocy.

Niezależnie od intencji bliskich, Roxi nie mogła nawet w spokoju poczytać książek, czy grać na gitarze - rodzina Roove była nieustępliwa niczym fala. Mama wpadała gdy skończyła zmianę w szpitalu - nieraz o całkiem nieludzkich godzinach, tata zanim wyszedł do pracy. Wujkowie dzwonili trochę częściej niż zazwyczaj, dziadkowie dzwonili codziennie, ciotki (zarówno siostra mamy i taty jak i żony wujków) zdawały się zamieszkać w ich salonie - były tam gdy nie były w pracy. A kilkunastu kuzynów i kuzynek? Oni nie ograniczali się do pytań, codziennie któreś przynosiło gadżety z superbohaterami, albo gazety z ofertami szkół i pracy. 

A gdyby ktokolwiek mógł się obawiać, że jej rodzina zrobi za mało zamieszania, pozostawały kartki z życzeniami od personelu szpitala, posterunku policji i straży pożarnej, oraz najstraszliwsza siła z istniejących - jej przyjaciele. Przez dwa tygodnie słuchała każdego dnia jak Elias wymienia niezwykłe odkrycia i wynalazki Avengersów o które jego zdaniem koniecznie musi ich zapytać. Trish już planowała karierę medialną Roxi ("trzeba poprawić Twój wizerunek, wymyśliłaś już pseudonim, ale taki na stałe?"). Mina dostarczała odrobiny wytchnienia od pytań, rzucając Roxi coraz cięższe wyzwania podczas walki, ale za to szaleństwo Camillie zdawało się sięgnąć zenitu i nie dało się jej zmusić by przestała gadać o mocach, wyczynach i pseudonimach superbohaterów. Najbardziej neutralny był oczywiście Devon - zjawiał się w jej domu codziennie na pięć minut z pudełkiem jej ulubionych ciastek, obwieszczając, że może tyć ile chce, bo skoro nie odpowiadają tak długo, pewnie nie zadzwonią. 

Ale zadzwonili - kiedy sama Roxi już w to zwątpiła (Devon nie wydawał się zaskoczony, dupek). Roxi uniknęła wielkiej kompromitacji, gdy zanim odebrała telefon wygoniła wszystkich obecnych rezydentów jej pokoju, po czym wydusiła z siebie podziękowanie i zapewnienie, że będzie. 

Czy myślała, że ostatnie dwa dni w domu spędzi spokojnie? Aż tak naiwna nie była. Może jednak nie spodziewała się, że 90% pakowania będzie polegało na wyciąganiu z jej bagaży najróżniejszych kompromitujących przedmiotów, w większości najróżniejszych ubrań, plakatów i figurek z superbohaterami - tak, również tymi niezbyt zaprzyjaźnionymi z Avengers. Nie mówiąc o oprawionych w ramki wycinkach prasowych o przestępcach (wujek Tom, z pewnością). Mama uparcie dokładała do jej rzeczy eleganckie ubrania, których Roxi nigdy nie nosiła, tata wpychał do każdej torby paralizator, albo rękawice treningowe, lub cokolwiek, co mogło służyć jako broń, a każda ze spakowanych piżam magicznie zmieniała się w przeraźliwie różowy strój w wielkie serca lub piżamę wzorowaną na stroju Kapitana Ameryki

I wreszcie nadszedł ten dzień. Roxi uczesała się i umalowała wyjątkowo starannie (za co pogratulowała sobie, gdy zobaczyła tłumy przed wieżą Starka), została wyściskana tak mocno, że niemal uszło z niej życie i wyruszyła w drogę najdroższym samochodem jaki w życiu widziała. 

 

***

Zanim opuściła limuzynę wzięła kilka głębokich wdechów, przygotowując się na to co ją czeka. Podczas gdy w samochodzie siedziała cicha, niepewna siebie i niemal przesadnie grzeczna dziewczyna, siłą woli zmusiła się by ta która z niego wyszła nie zdradzała sobą żadnych emocji. Paramilitarny strój, ciemny makijaż, wyprostowana sylwetka i niewzruszony wzrok wpatrzony przed siebie (nie patrzyła na dziennikarzy, by zachować iluzję, że ma tu jakąkolwiek kontrolę). Weszła do budynku nie przyspieszając kroku pomimo chęci zejścia z oczu tym tłumom. Gdy drzwi się zamknęły, a ona usłyszała serdeczne powitanie, część jej bojowej postawy stopniała, a ona odpowiedziała uśmiechem.

- Dzień dobry - odpowiedziała bohaterom, po czym zwróciła głowę do stojącej obok niej pozostałych uczniów. - Cześć. Roxi. 

Gdy po chwili ujrzała robota-kobietę, postarała się nie drgnąć i nie zdradzić szoku wywołanego takim spotkaniem. To zapewne nie ostatnia niezwykła znajomość jaką zawrze. 

- Miło panią poznać - powiedziała z uśmiechem i podążyła za ich przewodnikami wgłąb budynku. 

Pomimo ciągłego powtarzania w jej domu, że "nikt nie jest lepszy, każdy ma swoje talenty, którymi może ulepszać świat", kiedy zobaczyła tylu superbohaterów musiała powstrzymać się przed gapieniem się jak głupia. To naprawdę Ci ludzie.

- Dzień dobry - wypowiedziała po raz kolejny. Miała tylko jedną szansę by zrobić pierwsze wrażenie na przyszłych nauczycielach i współuczniach, a wszystko o czym mogła myśleć to to, czy na pewno sprawdziła, czy wujek Tom nie wepchnął znów do jej bagażu plakatów i ubrań z Kapitanem Ameryką, który właśnie przed nią siedział. 

A później stało się... coś. No tak. Wszyscy wokół to mutanci - myślała, próbując nie gapić się na dziewczynę nagle pokrytą łuską. Dzień jak co dzień dla Avengersów. 

Edytowane przez Paranormal

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

NEIL AVATAR.jpg

Neil

 

Kiedy zadzwonił telefon Neil siedział na krawędzi łóżka i z nudów podrzucał pęk kluczy. Pieniądze, które dostał od rodziców na pożegnanie, powoli się kończyły i musiałby zacząć szukać normalnej pracy, gdyby nie to, że został przyjęty. Wiedział, że proszenie ich o pomoc byłoby zbyt ciężkie zarówno dla nich, jak i dla niego. Tak samo zresztą jeśli chodzi o pochwalenie się sukcesem. Tę bramkę zamknął z własnej woli. Przeciągnął się i położył ze smutnym uśmiechem. Cała ta chwila była skrajnie słodko-gorzka.

 

***

 

Na uroczystość założył swój codzienny strój. No, prawie. Czarną, skórzaną ramoneskę, czarne rurki, okulary o niebieskich szkłach i białą koszulkę przyozdobił niebieską chustą zawiązaną pod szyją. Wychodząc z limuzyny uśmiechał się pod nosem, ale starał się nie robić z siebie showmana. Powoli, bez pośpiechu, z rękami w kieszeniach, przeszedł przez drzwi budynku. Rozejrzał się, spoglądając na bohaterów, których wcześniej znał tylko z telewizji. Podniósł dłoń w geście powitania, właściwie nie precyzując do kogo mówi.
- Hej wszyscy, Neil - rzucił od niechcenia - ładnie tu - w jego głosie pobrzmiewał silny szkocki akcent.

Kiedy jedna z dziewczyn nagle pokryła się łuską w pierwszym momencie się zdziwił, ale po chwili wzruszył ramionami. No tak, do tego będę musiał się jeszcze przyzwyczaić.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2FQunFl.png

Kanagatucko

 

Rozmowa z dwójką znanych Avengersów poszła szybko i sprawnie. Teraz pozostawało czekać. Wizyta w wielkim mieście była doświadczeniem wręcz oszałamiającym. Indianin czuł się jakby dostał obuchem w głowę. Tutaj setki to za mało, tu musiały być wręcz tysiące ludzi o ile nie dziesiątki tysięcy, ale taka ilość ludzi w jednym miejscu była wręcz nie do pomyślenia. Męczące było chociażby zwykłe mówienie "Dzień dobry" podczas przechadzania się ulicami. Na dodatek ludzie jakoś dziwnie na niego patrzyli kiedy tak każdemu mówił i praktycznie nikt mu nie odpowiadał. Czyżby wielkie miasto sprawiało, że ludzie tracili poczucie dobrych manier? Taki natłok ludzi musiał też sprawiać problemy chociażby z wyżywieniem. Ale widząc te całe "fast foody" Kanagatucko szybko zrozumiał, że nie mając pod dostatkiem dobrego pożywienia mieszkańcy wrzucali w siebie byle co zanieczyszczając tym samym swoje ciało. Musieli przy tym zapominać o podstawowej zasadzie, że w zdrowym ciele, zdrowy duch. Oddalali się też od natury i jej duchów. W takim Nowym Yorku próżno było szukać zwierząt. Co Kanagatucko dostrzegał to przede wszystkim szczury, koty i psy. Tego było pełno. Chociaż te ostatnie często były trzymane na uwięzi. Dobre wrażenie natomiast zrobili przedstawiciele prawa. W tym gąszczu ludzi Kanagatucko w pewnym momencie czuł jakby się zgubił więc dla odzyskania orientacji wspiął się trochę na latarnię. Wtedy zaś przyjechali oni...

 

45379_police_on_horses_preview.jpg

 

... jednak pozostawała nadzieja dla mieszkańców wielkich miast. Nowojorska konna policja zrobiła bardzo dobre wrażenie, pomogło Kanagatucko i w trójkę porozmawiali dużo o koniach i dbaniu o nich. W końcu na tym Indianin się bardzo dobrze znał z pracy w ich stadninie. Skończyło się na tym, że podwieźli go z powrotem do hotelu. Hotel sam w sobie też był zaskoczeniem dla Kanagatucko. Najbardziej zaskakujące było to, że jakiś debil zainstalował dwa kible... Chociaż jeden z nich był jakiś taki dziwny i całkowicie nieużyteczny. Chociaż nawet na to znalazły się sposoby bo całkiem nieźle czyściło się w nim buty. Tak więc ucząc się przetrwania w miejskiej dziczy Kanagatucko czekał na wieści. Kiedy uznał, że żadnych nie dostanie i chciał się wymeldować stało się dokładnie to na co czekał. Wrócił więc do pokoju i czekał kolejne dwa dni zwiedzając miasto i poznając jego mieszkańców. Przy ponownym wymeldowaniu zaskoczyło go auto, które podjechało pod hotel. Kiedy wsiadł do środka uznał, że musi być pierwszy po którego zajechali i jadąc ulicami miasta zastanawiał się skąd zgarnięte zostaną kolejne osoby. Dojechawszy pod Avengers Tower Indianin stwierdził, że to straszne marnotrawstwo przestrzeni. Szczególnie widząc kolejne limuzyny. Przecież wszyscy mogli zmieścić się w jednej. Zniesmaczony wysiadł z samochodu zarzucając swój sporych rozmiarów worek na plecy (w końcu sam jest w stanie nosić swoje rzeczy) i zakładając na głowę kapelusz. W zwykłych, trochę wytartych dżinsach i koszuli z podwiniętymi do łokci rękawami ruszył w stronę wejścia. Blaski fleszy raziły go w oczy przez co unikał patrzenie bezpośrednio w aparaty, a nawet zasłaniał się trochę przed ich fleszami kiedy stawały się zbyt natarczywe. Nie wiadomo czemu wszyscy nagle chcieli z nimi rozmawiać. Kanagatucko nawet nie był w stanie odpowiadać na pytania, bo w całym tym harmidrze nie szło odróżnić od siebie konkretnych pytań. Pozostali szli nie zatrzymując się, więc i Indianin to uczynił, aby nie tamować ruchu.

 

W środku sytuacja wyglądała zupełnie inaczej... Cisza... spokój... i Tony Stark. Razem z dwójką innych Avengersów przywitali ich zaraz za progiem. Kanagatucko skłonił głowę z szacunkiem w ramach powitania. Ani Tony ani Henry w swoim stroju nie przykuli jednak na długo uwagi Indianina. Jego wzrok większość czasu spoczywał na Jocaście. Miała ich uczyć... Nie była nawet prawdziwą osobą. Była robotem... Nie miała duszy... Czego ona mogła ich nauczyć? Po co w ogóle była potrzebna? Ludzie wymyślali maszyny, aby sobie ułatwić życie, ale po co maszyna imitująca żyjącą osobę? Nie mógł tego zrozumieć, ale nie przestawał się gapić na nią. Wszyscy weszli do windy i pojechali na górę. Tam zaś czekała na nich reszta grupy Avengersów. Ludzi obdarzonych darami przez duchy, ludzi którzy wykorzystywali je do czynienia dobra. To było dobre miejsce. Kiedy ponownie się pokłonił, aby się przywitać nie zdążył nawet otworzyć ust kiedy jedna z kobiet z którymi przybył pokryła się cała łuską. Kanagatucko spojrzał na nią z zainteresowaniem i wyciągnął dłoń aby dotknąć tej łuski.

Wężowa? - Zapytał jakby nigdy nic sprawdzając jej fakturę.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

What an outrageous overkill.png

Olek

 

 

Prawdę mówiąc, Olek nie spodziewał się tak szybkiego oddzwonienia. W stanach nie mógł być zbyt długo, jakby nie zadzwonili szybciej to pewnie musiałby wracać do domu, tylko po to by znowu jechać do USA. Z tego powodu nie miał ze sobą zbyt wielu rzeczy. Całe szczęście, zadzwonili szybko a nawet opłacili mu hotel. Po wysłaniu rzeczy, głównie ubrań, dla niego i matki, (bo jakże by to tak mogła puścić syna samego do innego kraju za oceanem), pocztą na adres hotelu, spędzeniu kilku dni na wypełnianiu dokumentów i innych formalności, chłopak miał dużo czasu dla siebie.
Nie zamierzał siedzieć przez dwa tygodnie na dupie w hotelu, był w Ameryce! Tyle rzeczy do zobaczenia! Tyle zwiedzania! Ilekroć miał czas wolny, razem z matką starał się zobaczyć tyle ile zdołał. Biorąc pod uwagę fakt, że czasu mieli całkiem sporo poznał chociaż część miasta, dzięki swojej wybitnej orientacji w terenie którą zwykł nazywać "darmowy internet i mapy google".
Jego zdaniem szczęśliwie, rodzina ze strony matki nie dzwoniła do niego codziennie, ot dwa razy gdy dowiedzieli się o przyjęciu bratanka/wnuka/siostrzeńca/kuzyna babki matki ze strony sąsiada, do prestiżowej szkoły w USA.
Tak oto, na wypełnianiu dokumentacji, zwiedzaniu, rozmowach telefonicznych, dodatkowych zakupach i planowaniu spędził całe dwa tygodnie od rozmowy przez telefon.

 

*   *   *

 

Matka uparła się, że wyjedzie dopiero po tym jak Olek już będzie w szkole. No i fakt, mogła tak zrobić, miała nieco łatwiej z przejazdem do USA na "wakacje".
Temu też czekała z nim na dole hotelu gdy przyjechała Limuzyna. Czyli to był ten samochód który mieli przysłać. Aż by się chciało zacytować Siarę i jego słynną kwestie z filmu Killer. Po uścisku z matką, z którego musiał wyrwać zwinnością i argumentacją w stylu "narobisz mi wstydu", wreszcie był w drodze do akademii.
Chociaż już raz tam był podjechanie limuzyną było znacznie ciekawsze i bardziej emocjonujące.
Spodziewał się reporterów, ale nie aż tylu, jednak, trzeba było dobrze się zaprezentować, coś na czym Olek się nie znał. Postanowił więc improwizować. A jak lepiej improwizować niż jak zakrywając część twarzy? Wychodząc z limuzyny, zarzucił niedbale plecak na lewe ramie i wyciągnął z kieszeni bluzy okulary przeciwsłoneczne, wayferery które to dostał kiedyś za darmo, kupując dwie duże butelki liptona w promocji. Rozłożył je tylko płynnym ruchem dłoni i założył po czym wyciągnął jedną słuchawkę z ucha i tak przygotowany, chroniąc nieco oczy przed blaskiem flashy, ruszył z resztą grupy, zapewne przyjętych uczniów, w kierunku wejścia.

Gwar może przesadnie głośny nie był, ale i tak wywoływał dyskomfort. Zwłaszcza u niego dlatego wejście do środka było jak błogosławieństwo. Zdjął okulary i wyjął drugą słuchawkę z uszu, przy okazji wyciągając też kabelek z telefonu skutecznie zatrzymując muzykę.
Teraz emocje sięgały zenitu i chłopak musiał skupić każdy mięsień swojej twarzy, żeby przypadkiem nie wyszczerzyć się jak głupi. Za niedługo pozna Avengersów! I to osobiście!
Powitanie od Starka i Pyma, to już było coś, ale potem jeszcze Jocasta?! Przywitał się z nią krótkim "dzień dobry". Wewnętrzny Fanboy krzyczał, gdy ten zewnętrzny zewnętrzny starał się nie zacząć skakać ze szczęścia.
A to nie był koniec. Przejażdżka windą do strefy wypoczynkowej. Oczy chłopaka szybko śledziły po pomieszczeniu szukając wszystkich znanych twarzy. Próba powstrzymania szczęście skończyła się cichutkim piskliwym odgłosem po którym szybko kaszlnął i przeprosił. Wciąż chciał pokazać się z jak najlepszej strony.
Zerknięcie na Thora automatycznie przypomniało mu tekst kilku utworów viking metalowych które słyszał. Aż wreszcie jedna z dziewczyn pokryła się łuską. To było zaskakujące, bardziej zaskakujący był Indianin który to szybko określił jaka to była łuska.
- Och. Wunsz? - mruknął po polsku patrząc na to co właśnie się stało. Nie bardzo wiedział co jeszcze powiedzieć, więc na razie tylko się gapił.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1byiGYM.jpg

 

Anaya wyszła z sesji terapeutycznej zmęczona. Mijała właśnie  18 godzina. Dziewczyna wiedziała, że doktor Amy Jonson ma dobre intencje, jednakże ile można słuchać o otwieraniu się, o dawaniu szansy. Zwłaszcza teraz…. teraz gdy wiedziała, że dostała się do Avengers Academy. Musiała wytrzymać jeszcze dwa dni. Wiedziała, że będzie trudno. Nie raz już to robiła, ale nigdy nie potrzebowała po tak długim okresie sprawić dobrego wrażenia do tego pierwszego wrażenia. Zrobiła w głowie listę produktów niezbędnych do wykonania misji. Wracając do domu wyliczała na głos.
- Kawa… izotoniki… hmm dobre źródło cukrów… czekolada o tak…. – uśmiechnęła się szczęśliwa.
Wieczorem odwiedziła siłownię, ale dziś nie dawała z siebie wszystkiego. Musiała z głową rozporządzać energią. Nie mogła pozwolić sobie na stratę tego momentu. Nie wybaczyłaby tego sobie.
Najgorsze były noce. Myśli biegały po głowie niczym szczeniaki spuszczone ze smyczy. Scenariusze przelatywały przed oczami.  Była spokojna tego jak wypadnie. Jutro o poranku przyjeżdża samochód. Jeszcze tylko odpowiednio się ubrać. Odważnie, ale nie wulgarnie. Z makijażem, ale bez przesady.
Spojrzała rano w lustro. Worki pod oczami były paskudne. Nawet po zapaćkaniu było widać zmęczenie na jej twarzy. Na myśl o okularach przewróciła oczami, a żyłka na czole zaczęła pulsować.
- Gdzie ta niedojda trzyma te bryle. – mówiła na głos przeszukując swój pokój. Znalazła kilka egzemplarzy, ale wszystkie były korekcyjne. Nawet te przeciwsłoneczne. Pacnęła się w czoło, zdając sobie sprawę z oczywistości, o której zapomniała. Na szczęścia mama poratowała ją w miarę gustownymi szkłami. Uszykowana i uśmiechnięta wsiadła do limuzyny.


***


Na miejscu było niesamowicie. Wysiadła z samochodu wyprostowana, otoczona aurą pewności siebie. Nie zareagowała na dziennikarzy i błyski fleszy, jej uwaga skupiona była na ważniejszych rzeczach. Avengers Academy, to tutaj znajdzie odpowiedzi na dręczące ją pytania. Można było odnieść wrażenie, że Anaya się wywyższa i patrzy na ludzi z góry, co po części było prawdą. Będąc w środku zdjęła z pogardą okulary, przyglądając się im nienaturalnie długo. W końcu schowała je do torebki. Spojrzała na zegarek. Była cztery godziny po swoim ostatnim rekordzie. Oceniła swoje siły witalne na umiarkowanie dobre chociaż wiedziała, że dużo dłużej nie da rady. 
Widok męskiego Tony’ego sprawił, że krew zaczęła szybciej krążyć. Jednakże jej stoicki spokój zakamuflował wszelkie objawy zewnętrzne. Przygryzła tylko delikatnie wargę.
Na widok Jocasty aż zamrugała oczami z niedowierzaniem. Była jednak bardzo zaintrygowana. 
Wszystko było nowe i ekscytujące. Nigdy nie chciała opuszczać tego miejsca. Na ten moment ignorowała innych rekrutów, na nich przyjdzie odpowiedni czas. Dopiero przy przemianie jednej z dziewczyn powiedziała – Wow! – które dla innych było mega głośnym chwilowym krzykiem. Całkowicie nie zainteresowana błonami bębenkowymi zebranych na sali podeszła pooglądać wężowatą z bliska.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

cdiNdC6.png

Louie "Chrono" ? ? ?

 

Chłopak szedł smutny po płycie lotniska ciągnąc za sobą nie małą walizkę. Prawdę mówiąc nie był nawet przyzwyczajony do porażek, był raczej człowiekiem sukcesu toteż brak odpowiedzi ze strony Avengers Academy tym bardziej go zabolał. Kiedy więc odebrał telefon od nieznanego numeru i usłyszał głos Pyma uśmiechnął się swoim klasycznym serdecznym uśmiechem. Po zakończeniu rozmowy ruszył z szerokim uśmiechem w stronę samolotu. Stojący przy nim mężczyzna zapytał:

- Sir, lecimy?

- Tak, panie Traver.

- Bardzo mi przykro, sir - odpowiedział mężczyzna opacznie rozumiejąc powrót chłopca do ojczyzny

- Nie powinno panu być przykro - Louie uśmiechnął się serdecznie - Dostałem się! Mam jednak trochę czasu, by wrócić spotkać się z rodziną.

 

* * *

 

Po załatwieniu niezbędnych spraw w ojczyźnie i żegnaniu się z liczną familią Chrono wrócił do USA. Był tam jeszcze parę dni przed uroczystością rozpoczynającą, żeby załatwić różne ważne sprawy w imieniu ojca. Nie cierpiał więc na nadmiar czasu, dzięki któremu mógłby się martwić o rozpoczęcie swojej przygody w Akademii. W "ten" dzień Louie wstał odpowiednio wcześniej by odpowiednio się przygotować. Wziął długą relaksującą kąpiel w hotelowej wannie, a następnie ubrał się w to co zostało mu przygotowane, był to krojony na miarę klasyczny granatowy garnitur z czarnymi idealnie wypastowanymi pantoflami, błękitną koszulą i krawatem w kolorze marynarki, całości dopełniała tajemnicza dla nieznających Louiego przypinka do garnituru w postaci małej złotej róży. Chrono wziął jeszcze ze sobą tajemniczy pokrowiec [znacznie dłuższy, bo ponad 1,5m i trochę szerszy od tego na obrazku] i zszedł do na dół, gdzie czekała już na niego limuzyna. Jechał w ciszy, oglądając zza okna ulice Nowego Yorku, był tutaj już parę dni, ale nie miał nawet okazji przejść się uliczkami miasta i pooddychać życiem miasta. Zastanawiał się jeszcze co właściwie go czeka, czy uda mu się godnie reprezentować swoją ojczyznę i jakich spotka współtowarzyszy. Podróż minęła bardzo szybko, po wyjściu z limuzyny zabrał ze sobą wielki pokrowiec. Nie tremował się, wystąpienia publiczne był dla niego chlebem powszednim. Przeszedł spokojnym, ale pewnym krokiem od limuzyny, aż po drzwi Avengers Tower, całą drogę z firmowym serdecznym uśmiechem, odwracając się na boki i machając do reporterów. Przed drzwiami odwrócił się jeszcze, lekko skłonił głowę i wszedł do środka. Na widok Starka przywitał go skinieniem głowy, praktycznie identycznym jaki wykonał przed wejściem, tym samym skinieniem przywitał także Pyma i Jocaste, na której skupił swój wzrok, co prawda Louie nie był za bardzo zainteresowany kwestiami technologicznymi, ale nie ma chyba na świecie nikogo, dla kogo szokiem nie byłoby spotkanie kogoś takiego. Wchodząc do windy stanął zboku, tak by wraz swoim wielkim pokrowcem nie robić zbędnego problemu. Rozglądał się po przyszłych współtowarzyszach starając się cokolwiek z nich wyczytać. Zastanawiał się, czy ktoś właściwie wie, kim naprawdę jest, szybko jednak odpowiedział sobie, że nie, zapewne mało kto rozpoznałby go w Europie, a co dopiero mówić za wielką wodą, tym bardziej biorąc pod uwagę, delikatnie mówiąc, problemy z geografią wśród Amerykanów. Po wejściu do pokoju Avengersów Louie kiwnął głową na powitanie jak to miał w zwyczaju, nie rozpoznawał wszystkich, ale znaczną większość, a tych których nie rozpoznał wyglądali tak... "oryginalnie", że ciężko będzie, żeby kiedykolwiek już o nich zapomniał. Swój wzrok skupił szczególnie na Kapitanie Ameryce, chciał podejść do niego by popytać go o parę spraw z czasów minionych. Kiedy Stark powiedział również o nim jako o "przyszłych Avengersach" uśmiechnął się bardzo szeroko swoim śnieżnobiałym uśmiechem. Uśmiech zszedł jednak gdy zobaczył, że dziewczyna koło niego zmieniła się w jakiegoś jaszczura. Odsunął się instynktownie i z zainteresowaniem przyglądał się postaci, a następnie rozejrzał się po reszcie przyszłych towarzyszy "jakie tajemnice skrywają oni?"

Edytowane przez Gatzky

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

EHBMiX2.jpg

Charlie

 

- Naprawdę chcesz w tym jechać?

- Tak, mistrzu. Coś nie tak?

- To... dość niecodzienny wybór... - ostrożnie stwierdził Stephen.

- Prawda? - Charlie był zachwycony. - Tata mi to zostawił!

- Rozumiem. To wiele tłumaczy - odpowiedział opiekun chłopaka starając się powstrzymać od ciężkiego westchnięcia. - Rozumiem, że resztę tej cudownej garderoby również zabierasz ze sobą?

- Nie wszystko - odparł chłopak. - W końcu do siedziby Avengers jest stąd blisko. Jeden skok i jestem tutaj. Super, prawda? Będę mógł często mistrza odwiedzać - zapewnił uradowany chłopak.

Twarz rozmawiającego z nim mężczyzny pozostała kamienną maską, choć w oczach zabłysł na chwile ślad paniki.

- Weź sobie chociaż kilka ksiąg tam byś nie musiał za często się fatygować - zasugerował dyplomatycznie zamiast odpowiadać na pytania chłopaka. - To, że idziesz do akademii nie znaczy, że masz przestać studiować to czego ja mam cię do nauczenia. Obiecałem twojej matce. Chyba nie chcesz jej zawieść, co?

- Oczywiście, że nie! Będę najlepszy, zobaczy mistrz! - zapewnił chłopak z niezachwianą pewnością w  głosie.

 

***

 

Ogromna limuzyna nie była czymś, czego Charlie się spodziewał, ale na pewno nie poczuł się przytłoczony gestem Starka. Wręcz przeciwnie, dość szybko uznał, że w ogóle innej opcji nie było i taka skala idealnie pasuje do sytuacji. Rozłożył się więc wygodnie na kanapie by nacieszyć się tą chwilą luksusu.

~ Więc teraz jedziemy tam, gdzie nauczą cię być bohaterem? ~ odezwał się niespodziewanie kobiecy głos w jego głowie.

- Dokładnie tak! - odparł uradowany Charlie nie przejmując się zupełnie, że obok nie ma nikogo. - Nauczymy się jak walczyć i... - zawahał się. - No... walki ze złem i występkiem - dodał.

~ Bohaterstwo to nie tylko walka. Trzeba czegoś więcej niż umiejętności walki by traktowano cię jak bohatera.

- No tak, wiem. To robienie tego co słuszne i tak dalej, wiem to wszystko. I chcę to robić. Ale... no oni chcą nas czegoś nauczyć tam, nie? Byśmy mogli stać się kolejnymi Avengersami. Więc ja chcę się tego nauczyć!

~ Znaczy walki? ~ prychnął głos.

- Tak! Znaczy też. I wszystkiego innego... cokolwiek to jest. Nie biorą nas tam chyba tylko po to by to Hulk uczył nas matematyki, nie? Na pewno mają jakieś swoje sekrety jak być najlepszym.

~ Nie mogę się więc doczekać by owe sekrety poznać.

- O, i to jest właściwie podejście. Z entuzjazmem! - ucieszył się chłopak.

 

Gdy chwilę później wysiadał z limuzyny, entuzjazmu na pewno nie brakowało jemu samemu. Obecność tych wszystkich ludzi, w tym dziennikarzy była niespodziewana, ale na pewno nie deprymująca w żadnym stopniu. Charlie radośnie więc machał do zgromadzonych i raczył wszystkich wkoło najszerszym ze swego asortymentu uśmiechów. Nawet obrócił się kilka razy by wszyscy mogli dobrze zobaczyć to, w co postanowił się ubrać na tę pamiętną chwilę. Podstawę stanowiły tu czarne spodnie i w podobnym kolorze koszula, ale dalej robiło się o wiele ciekawiej. Na to miał bowiem założoną marynarkę, która normalnie była po prostu biała, choć teraz... mieniła się różnymi odcieniami fioletu i błękitu za sprawą wszytych w nią światłowodów. Całość uzupełniała przypięta do pasa pochwa, w której schowany był miecz wyglądający jakby wyjęto go z jakiegoś filmu fantasy. Zestawienie absurdalne trochę, ale Charlie najwyraźniej nie czuł się w  żaden sposób nie na miejscu. Pewnym siebie krokiem wszedł więc do środka Avengers Tower gdzie wreszcie mógł poznać resztę wybrańców. Ci stanowili dość interesującą mieszankę, ale na razie uwagę i tak skupił na sobie witający ich Tony, a potem kolejne pojawiające się osoby, które miały ich uczyć. Pyma już oczywiście Charlie poznał na rozmowie, ale teraz można było zobaczyć jak wygląda w swoim bohaterskim stroju. No i Jocasta. Jej metalowa sylwetka mogła budzić pewne zaskoczenie lub niepewność u innych, ale Charlie wydawał się zupełnie tym nie przejmować. Mając w rodzince kogoś takiego jak wujek Piotr, trudno by było inaczej. Co prawda brak ubrania był tu trochę zastanawiający, ale Charlie był ostatnią osobą, która wypominała by komuś styl ubierania. Albo owego ubrania brak - zwłaszcza w wypadku kobiety.

- Bardzo miło panią poznać - oznajmił więc po prostu, kłaniając się jednocześnie z gracją. - Panów też miło znów widzieć - zapewnił Starka i Pyma.

 

Niemniej to nie był jeszcze koniec powitania bo oto Tony zaprowadził wszystkich do windy, a ta zabrała grupę na spotkanie z całym zastępem innych Avengersów! Tylu w jednym miejscu. I im wszystkim Stark przedstawił grupę młodzików jako nikogo innego jak... przyszłych Avengersów.

- Obłędnie... - mruknął pod nosem wodząc wzrokiem wkoło. Jego oczy aż błyszczały z radości a uśmiech był tak szeroki jakby chciał sprawdzić czy kąciki ust dadzą radę się spotkać z tyłu głowy.

- Cześć, jestem Charlie! - oznajmił wszystkim wkoło i wykonał podobny ukłon jak wcześniej przy Jocaście.

I choć jego uwaga skupiona była raczej na nauczycielach, to nagła przemiana koleżanki też nie uszła jego uwagi.

- Wow, super! - zareagował. - Przemieniasz się w dinozaura? - zapytał entuzjastycznie.

Coś jednak więcej chodziło mu najwyraźniej po głowie bo w pełni uwagi koleżance nie poświęcił. Zamiast tego zerknął jeszcze na Starka i zadał pytanie, które od kilku chwil chodziło mu po głowie.

- To... mamy do wszystkich mówić "profesorze" czy jak? - zainteresował się na poważnie. Zaraz tutaj wszyscy ci Avnegersi zaczną podchodzić i co? Być z nimi na "ty" jako "kolega młody Avenger" czy skoro mają być nauczycielami to jakiś tytuł im przysługiwał? Charlie z publiczną szkołą wiele wspólnego nie miał więc tym bardziej potrzebował wskazówek.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

WS6OZTV.jpg?1

Billy Gosheven

 

Billy sporo czasu w Nowym Jorku spędził na chodzeniu z kąta w kąt, czym niemiłosiernie drażnił brata. Zdawał sobie sprawę, że takie rzeczy zajmują czas, ale to nijak nie pomagało uspokoić narastających wątpliwości. Co on zresztą miał do zaoferowania ludziom takim jak Avengers? Gdyby nie dziadek, niczym nie różniłby się od setek innych dzieciaków. Takie myśli co i rusz zaprzątały głowę chłopaka do czasu, aż gdy zrezygnowany czekał na autobus do domu wreszcie dostał odpowiedź. Gdy się rozłączył, zajechał wyczekiwany autobus. Billy spojrzał na autobus, na bilet, odwrócił się w kierunku widocznej w oddali Avengers Tower, znów na autobus... wyrzucił bilet i niemal biegiem zawrócił ku mieszkaniu Thomasa.

 

* * *

 

Gdy limuzyna zajechała pod mieszkanie, wywołało to niemałe zainteresowanie, co tylko sprawiło, że Gosheven zaczął denerwować się jeszcze zanim wyszedł z domu. Pożegnał się z Thomasem i jak najszybciej przeskoczył do samochodu z niczym więcej jak jak jedną torbą. Przyjechał lekko spakowany i musiał prosić ojca o przysłanie jego rzeczy.

Gdy dotarli pod Avengers Tower, chłopak stał się jeszcze bardziej nerwowy widząc tłumy tak gapiów, jaki i dziennikarzy, więc z ociąganiem wysiadł z samochodu. Chyba był ostatni.

W przeciwieństwie do innych wybranków, którzy pewnie kroczyli ku drzwiom, on sam zdawał się nieco kulić jakby chciał uniknąć uwagi. Ubrany w luźne, brązowe spodnie, porządne mokasyny i nieco już wyświechtaną koszulę zdobioną skórami i frędzelkami, żałował włożenia tego tradycyjnego indiańskiego stroju. W zaplecione w warkocze włosy miał zaczepione parę piórek i kościanych ozdób. Niewątpliwie kontrastował pośród pozostały co bardziej elegancko (a nawet ekstrawagancko) ubranych.

Z ulgą zostawił za sobą błysk fleszy i jak inni przywitał się z panami Starkiem i Pymem, a także panią (chyba) Jocastą. Ciekawe czy to faktycznie był robot, czy może jakaś zdolność, która pozwalała jej przybrać taką formę. A to był dopiero początek zapoznawania się z największymi bohaterami. Zanim miał okazję wymyślić by powiedzieć coś błyskotliwego, jedna z dziewczyn pokryła się łuską. Najprawdziwszą łuską!

Wow... to było coś...

- Chyba... chyba nie - odparł na pytanie drugiego chłopaka o niezaprzeczalnych korzeniach indiańskich, który dość szybko zresztą przykuł uwagę Goshevena z tego powodu - Wydaje się być trochę za szorstka, ale może to jakiś nie znany mi rodzaj węża. - spojrzał nieco zmieszany po innych - Tego... cześć...? Jestem Gosheven...

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

EiFezaH.jpg

Serpent

 

Evey słyszała o telefonach, które zmieniają życie, ale nie sądziła, że ona kiedykolwiek taki dostanie. Głównie dlatego, że nie miała telefonu. Dostała kiedyś jeden od Dexa, najfajniejszego i najprzystojniejszego streetworkera świata, ale jakoś ze dwa miesiące temu nie przeżył upadku z szóstego piętra. Dlatego teraz kartę SIM mogła sobie co najwyżej wsadzić w… ucho. Chociaż Dex obiecał jej nowy, jeśli będzie się zachowywać jak członek społeczeństwa. Cokolwiek w jego języku to znaczyło. Ale chyba mniej więcej znaczyło tyle, że normalni ludzie nie zaliczają upadków z szóstego piętra. A jeśli to robią to raczej rozwalony telefon jest ich najmniejszym zmartwieniem. No ale telefon zmieniający życie jednak nadszedł. Telefon Teeja. I to była jedna z tych propozycji, których się nie odrzuca. 
Nie należała do osób, które muszą się gorączkowo pakować, ale to wcale nie sprawiało, że czuła się spokojna i gotowa. Czuła się zestresowana. Potężnie. Nie aż tak, by chociaż pomyśleć o tym, by zrezygnować (nigdy w życiu!), ale na tyle, że ostatnią noc spędziła bezsennie, siedząc  z Teejem, Melanie i jej psem, Fuksem, w jednym pokoju. Potem przyszła Lilly z małą Donnie, tłumacząc, że w domu znowu jazdy i nie bardzo mają gdzie iść. Po niej pojawili się inni. Gus z podbitym okiem i ponurą miną, Skinny i Jumper, nierozłączna para, której rzadko kiedy spieszyło się do domów, Jazzy, Bud. Nawet Dex przyszedł. Banda dzieciaków, z których żadne nie miało dokąd pójść. I jeden pedagog ulicy. Po raz tysięczny pokazywała im zdjęcie, które sobie zrobiła ze Starkiem i Pymem, po raz tysięczny też opowiadała o tym jak wygląda Avengers Tower od wewnątrz. Widziała tylko salę konferencyjną i drogę, która do niej prowadzi, ale to niczego nie zmieniało. To był inny świat. Zupełnie inny. Jedna z tych rzeczy, o których można było słuchać bez końca.
***
Evey kazała się odebrać spod Central Park West. Przecież nie mogli jej podjechać pod dom. To by było nierozsądne i mało bezpieczne. T.J uparł się by ją odprowadzić. A Melanie uparła się razem z nim
 - Nie zachowuj się tak, jakby twoje gówno nie śmierdziało - poradziła jej Melanie - I pamiętaj, że ich wszystkich też śmierdzi - dorzuciła po chwili.
- Nie mam fekalnego porównania, ale też w ciebie wierzę - zapewnił T.J - Nie łam się!
- Fekalne porównanie?! Ziom, skąd ty się urwałeś?!
- No, stary, Mel ma rację, czasami jak zajedziesz jakimś tekstem to… - parsknęła Eve. 
Przekomarzanka sprawiła, że duża część stresu z niej zeszła. I nie wróciła nawet na widok limuzyny większej niż jej pokój. Czuła się na tyle dobrze, że nawet zjadła muffinka, jednego z tych, które dostała na drogę. I nawet się nie przejmowała, że nakruszy! Ale i tak posprzątała, gdy się okazało, że nakruszyła. Nie było co robić sobie obciachu uwaloną okruchami muffinka limuzyną!
Zjedzenie jednego muffinka to tak jakby w ogóle nie jeść muffinka. Dlatego z limuzyny wysiadła, jedząc kolejnego. Jak się zapcha czymś gębę to przynajmniej nie walnie się żadnej głupoty. A nie walnięcie głupoty byłoby wskazane przy tylu dziennikarzach. Evey dostosowując się do dobrej rady sprzedanej jej przez Mel, pomachała dziennikarzom, nawet się do nich uśmiechała i w ogóle była bardzo miła. Tylko nic nie mówiła, wymownie wskazując na muffinka, którego część przeżuwała. Ale jak już przełknęła kęs i zanim wzięła następny to posłała im wszystkim całusa. 
- Siem… Znaczy, ten, dzień dobry - przywitała się grzecznie ze wszystkimi. Jocasta wyglądała ta obłędnie! Szkoda, że jej się nigdy nie uda chociażby zbliżyć do tej idealnej figury! - Ale pani jest obłędnie ładna! - jęknęła więc tylko zachwycona - Znaczy sorry, że tak z grubej rury, ale no aż nie mogę! - trochę się zawstydziła, więc zapchała sobie usta resztą muffinka.
I jej szczęście, że zdążyła go przełknąć zanim dojechali windą na miejsce docelowe, bo by go chyba wypluła. A to byłby średnio udany początek. Ale o rany, rany, rany!
A nawet O RANY!. Bo jej ciało chyba podzielało jej ekscytację i uznało, że pora na samoistną przemianę. Nie planowała tego. A to nawet nie było najgorsze. Najgorsze było to, że był tam Thor. I to totalnie, absolutnie i nieodwołalnie była jego wina! Znaczy tylko stał i gadał, ale pewne rzeczy powinny być zdelegalizowane! No, może nie stanie i gadanie, ale… No to na pewno jego wina! I bardzo dobrze nawet, że zaraz ktoś się wziął za macanki, bo by chyba nie oderwała od niego wzroku. A tak mogła się skupić na macancie. I na tej dziwnej lasce, co podeszła się pogapić. Nawet nie “zagadać”, “przywitać się” czy cokolwiek, tylko chamsko pogapić na dziwadło. No ale przynajmniej zrobiła "wow". Zawsze coś.
- Lampisz się, bo chcesz się umówić? - spytała siląc się na beztroski ton - luz lasia. Pomyślimy. 
Odetchnęła głębiej i spróbowała się przemienić. No ale nie wyszło, więc spróbowała bardziej. Znowu fiasko. Bo on tam stał. I widziała go nawet jak zamknęła oczy. BEZ-NA-DZIE-JA! A najgorsze było to, że od razu znalazło się dwóch macantów.
 - Cyrk dziwadeł zamknięty! - fuknęła obronnie i odskoczyła, gdy kolejny facet poczuł się w obowiązku rozwodzić nad jej wyglądem i ją obmacać.A potem wyciągnął starannie wnioski z… nikąd, skoro jej idealnie gładką łuskę nazwał szorstką - Ziomy, ustalmy, ja się zaraz zrobię szorstka, ale was będą ze szmat do wiaderka wyciskać przez tydzień! Przestańcie mnie macać! No co z wami?! Jak tak lubicie macanki to przemacajcie się nawzajem! Pasowalibyście do siebie! Oblechy!
 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 jxXQXVUqb4fHd8gGyfhRyLTIqeA94k0ueWxDHGPa7ryqGVVcFHDXv6-8lHt_4NPnTJ1OTnf5zFZilI9cbTqgs4npE_PqK1bH75BkY4pcHAPPJWwW0RXDg8FGbx3oj5ix0zYT7qim

Phillipa Westbrook 
 

 

Z rozmowy rekrutacyjnej wyszła z wysoko uniesioną głową, twarzą czerwoną ze wstydu i świadomością, że upokorzyła się sama. Nawet nie musieli się starać, znaczące spojrzenia były doprawdy zbędne, wszystko zrobiła za nich. Sama. Jak głupia histeryczka. Jak dzieciuch. Jak skończona idiotka.

 

Najwyraźniej prawdę” powiedział Pym.

Napisał najwyraźniej prawdę”.

 

Żołądek podchodził jej do gardła na samo wspomnienie jego słów i tego spojrzenia, które wymienił ze Starkiem. Blamaż. Kompromitacja. Zaprzepaszczona szansa. Nie przyjmą jej.

Rozpłakała się dopiero przy szpitalnym łóżku.

 

***

Everyday Is...

 

Nie przyjmą mnie” pomyślała kolejnego dnia, gdy tylko otworzyła oczy. I kryła się w tym jakaś ulga, lżejsza od wstydu świadomość, że już po wszystkim. Furtka się zamknęła, pociąg odjechał, wszystkie bilety wykupione. Mogła wrócić do swojego życia. Tyle tylko, że to było… za mało. Przyłapała się na tym, że zaczyna marzyć, snuć w głowie scenariusze rozpoczynające się od “gdyby tylko”, że zaczyna mieć nadzieję. A potem wracał wstyd i przychodziła rozpacz, że spóźniła się na szansę swojego życia.

 

Zawiodła.

Taka najwyraźniej była prawda.

 

Kolejne dni mijały jednocześnie przerażająco szybko i niemożliwie wręcz wolno. Phillipa rzuciła się w objęcia rutyny jak płonący człowiek w głębokie jezioro. Precyzyjnie ułożony plan każdego dnia wyznaczał ramy bezpiecznej przystani, gdzie wszystko miała pod kontrolą, nad wszystkim mogła zapanować, wszystkiemu nadać odpowiedni porządek i miejsce.

 

***

 

Pobudka o piątej. Chłodny prysznic. Przygotowanie ubrań. Chwila na pisanie i przeglądanie tekstów.

Śniadanie z rodzicami. Tabletki popite szklanką wody. Szkoła.

A potem szpital. Świeże kwiaty, które wstawia do wazonu, śniada, bezwładna ręka, którą otacza delikatnie palcami.

Lekcje, które zaczyna odrabiać właśnie tam, żeby nie tracić czasu.

Dom. Małe, czarnowłose, wszędobylskie diablę równie kochane co męczące.

Rodzice. Sprawozdanie, które zdaje im ze swojego dnia. “Nie, mamo. Tak, tato. Oczywiście, jeśli tylko mogę pomóc”.

I staż. I wolontariat. I zajęcia dodatkowe. I wtorkowe wizyty u Morette’a.

Dni wypełnione po brzegi. Pęczniejące zmęczeniem i frustracją.

 

Czasem miała ochotę krzyczeć ze złości. Czasem wracał wstyd skręcając jej żołądek w twardy supeł. Czasem prawie wierzyła, że jednak się uda, a czasem budziła się w nocy przerażona z tego samego powodu. Czując dławiącą panikę, że wszystko nagle się zmieni, stanie się nowe, nieznane, poza jej kontrolą. Że zniknie jej bezpieczna przystań i będzie musiała w końcu stanąć oko w oko z tym elementem jej życia, o którym nie potrafiła nawet mówić.

 

Po kilku dniach miała już dość samej siebie.

Dławiła się tymi wszystkimi emocjami, których nie potrafiła rozładować.

Jej dobry przyjaciel Słoń pojawiał się już codziennie.

 

W drugim tygodniu skłamała więc, że zgubiła saszetkę z lekarstwami i Morette uwierzył. Jeszcze tego samego dnia wybrała receptę. I zaczęła brać podwójne dawki. Pomogły. Trochę.

 

Wdech. Wydech.

Kontrola.

 

Na zewnątrz wszystko pozostawało bez zmian. Przykładna uczennica, posłuszna córka. Cała ona. Była może tylko trochę bardziej milcząca, trochę bardziej wycofana i spięta niż zwykle. Maska uprzejmości i spokoju przylegała gładko do twarzy, lata praktyki zrobiły swoje. Gdy wszyscy ekscytowali się Akademią Starka, Phillipa zdawała się być średnio zainteresowana tematem. Ale słuchała, słuchała uważnie. Obserwowała. Czekała, nikomu o tym czekaniu nie mówiąc, nikomu się nie zwierzając. Próbowała sobie wmówić, że będzie co ma być.

 

W trzecim tygodniu oddałaby wszystko, żeby to przeklęte czekanie się skończyło.

 

***


Aż w końcu nie było żadnego listu, żadnego maila czy białej sowy z listą kociołków i magicznych różdżek do kupienia. Matka podała jej słuchawkę białego telefonu, pogładziła przelotnie po policzku i wyszła z salonu zamykając za sobą cicho drzwi. I tym razem było lepiej - pomimo strachu, pomimo pełnej niedowierzania radości, dumy, która pojawiła się nagle jak niechciane, kukułcze jajo - było lepiej. Tym razem była uprzejma, zdystansowana i konkretna.

 

Potem przyszedł czas na rozmowy z rodzicami, podczas których Phillipa siedziała ze schyloną głową, obserwując ich zniekształcone odbicia w wypolerowanej powierzchni stołu. Niewiele z tych rozmów wynikało. Wiedzieli? Tak, wiedzieli. Oczywiście, musieli wiedzieć skoro Akademia Starka chciała zabrać im dziecko z domu. Nie dowiedziała się jednak tego, na czym jej zależało. Rozmowa krążyła ponad tymi najważniejszymi tematami jak banda spłoszonych sępów nad nieświeżą padliną. W zasięgu wzroku, ale tak naprawdę nigdy jej nie dotykając. Klasyka gatunku: rozmowy o niczym i milczenie synchroniczne rodzina Westbrooków miała opanowane do perfekcji.  


***

 

Gotowa była już na trzy dni przed terminem, a czwartego dnia spokojnie wsiadła do limuzyny ledwie krzywiąc się na ten zbytek ostentacji. Wiedziała jaki sygnał miało to wysłać: kupili ich sobie. Doktor Stark i Jego Pocieszna Menażeria. Profesor Pym i Niedorosła Liga Ekstraordynaryjnych Dżentelmenów.

 

Była spokojna.

 

O błogosławiony chlorprotiksenie!

 

Co można robić w luksusowej limuzynie?

Phillipa robiła notatki do eseju o psychologii tłumów.

 

Gdy wysiadła pod Wieżą ciągle była spokojna.

 

O niepowstrzymana siło klarozepanu!

 

Przyglądała się zgromadzonym przy wejściu dziennikarzom i nie mogła odgonić złośliwej myśli, że media wiedziały o tym dniu szybciej niż ona sama. Byli tu chyba absolutnie wszyscy ze swoimi kamerami, mikrofonami i aparatami fotograficznymi. Odruchowo zapamiętywała nazwy kolejnych stacji, znane z telewizji i kojarzone z redakcji twarze. Kolejne sępy nad padliną stwierdziła całkowicie niesprawiedliwe, bo przecież na co dzień podziwiała tych ludzi bardzo mocno. Uśmiechnęła się delikatnie, całkiem prześlicznie.

 

O podstępna mocy sulpirydu!

 

W środku dołączyła do reszty: szczupła, krucha, z rudymi włosami ściągniętymi w dwa grube warkocze sięgające bioder. Panna z dobrego domu, młoda dama - to było po prostu widać. Powinna mieć na imię Anastazja i być córką cara. Powściągliwe skinienie głowy, ciche jakby wygłuszone “dzień dobry” skierowane ku dorosłym. Starka i Pyma skutecznie omijała wzrokiem.

 

Napisał najwyraźniej prawdę” brzęczało jej w głowie jak natrętny komar.

 

A prawda była taka, że nie pasowała do tych ludzi i tego miejsca. Do różowych włosów, błyszczącej marynarki czy militarnego sznytu. Patrząc na wybraną oprócz niej wspaniałą dziewiątkę rozumiała już dystans Pyma i niechęć, którą do tego dystansu dopowiadała. Bo Dziewiątka Wspaniałych wyglądała jakby się do tego urodziła. W przeciwieństwie do niej.

 

Czuła się jak obserwator, tajny agent na usługach normalności. Obserwowała więc, zapamiętywała wszystko. Reakcje. Słowa i gesty. Windę wielką jak pokój i pokój wielki jak sportowa hala. Kolejnych bohaterów: celebrytów, bogaczy, bogów, geniuszy i duchy zaklęte w maszynie. Lekki ukłon wydawał się na miejscu. Tylko ta fontanna jak wisienka na czubku. Chlupoczące ukoronowanie splendoru. Przygryzła wargi.

 

Od morfującej dziewczyny odsunęła się o dwa kroki, spojrzała ku niej nieufnie, nie podzielając ani entuzjazmu, ani nonszalanckiej obojętności. Ale zaraz popatrzyła po dorosłych bardziej z ich twarzy starając się wyczytać czy te łuski to powód do zmartwienia i niepokoju. A potem ze zdziwieniem poczuła szarpnięcie sympatii ku metamorfce i irytacji na to co widzi. To było takie… przerażająco normalne. Ta sama krzywa rozumowania, która prowadziła do molestowania i gwałtów. Założyła krótką sukienkę, więc sama chciała. Umalowała się, więc wolno. Transformowała, więc można. Jakby wygląd dawał facetom jakieś przyzwolenie.

 

Na posępną potęgę sulpirydu!

 

- Molestowanie - wycedziła cicho, ale wyraźnie. - To takie heroiczne.

 

Edytowane przez rusty

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Avengers Tower,

6 października 2016, godz 16:12

 

Pytanie Charliego nie doczekało się natychmiast odpowiedzi. Głównie dlatego, że chyba sami nauczyciele i Avengers nie do końca znali na nie odpowiedź. Dla nich również była to nowa sytuacja.

- Nie sądzę, żeby było to konieczne – odparł wreszcie Pym. – Właściwie wydaje mi się, ze niektórzy mogliby się nawet obrazić, gdybyś się tak do nich zwrócił. W przypadku niektórych wystarczy samo imię – zerknął na Jokastę. – Inni pewnie woleliby „panie” lub „pani” – jego spojrzenie spoczęło na Bannerze.

- Pan, doktor, profesor - odparł Bruce. - A przynajmniej na razie - dodał z uśmiechem.

- Możecie mi mówić Natasha - odezwała się Black Widow, choć na jej twarzy brakowało uśmiechu, jedynie powaga. Śmiertelna wręcz. Nic dziwnego, że członkowie Avengers rozstąpili się przed nią, gdy ruszyła w kierunku dwóch Indian i Eve.

- Chłopcy, obowiązują tu pewne zasady - zwróciła się do obu "macantów". - Nikt tutaj nie jest obiektem doświadczalnym. Nikt nie jest też dotykany, kiedy sobie tego nie życzy. Jeśli jeszcze raz którykolwiek z was - zrobiła pauzę i zerknęła po wszystkich pozostałych uczniach. - ktokolwiek - dodała. - złamie tą zasadę, to kolejnym pomieszczeniem, które odwiedzi będzie pokój medyczny.

- Toooo.... - zaczął Stark i chrząknął. - skoro tą kwestię mamy omówioną to może... emm... Hank? Może coś o edukacji?

- Tak - zgodził się, ale nic więcej nie powiedział. - Tak, edukacja… - powtórzył. - Jesteście w różnym wieku i macie różne doświadczenia jeśli chodzi o tą zwyczajną edukację. Avengers Academy to placówka, która będzie bacznie monitorowana przez rząd i obserwowana przez media. To oznacza, że wszyscy musimy zachowywać się nienagannie. Dotyczy to również nauki. Umówiliśmy się z jedną z pobliskich szkół na wasze przyjęcie. Będziecie chodzić na lekcje z normalnymi dzieciakami, a po nich wracać do Avengers Tower, gdzie czeka was trening na superbohaterów. To dotyczy wszystkich przyjętych.

Słowa Hanka zabrzmiały niemal jak przytyk, jakby spodziewał się protestów. Być może jakieś by nadeszły, ale w tym samym momencie wtrąciła się Tigress.

- Na pewno macie sporo pytań. To dobry moment na zadanie ich.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

WS6OZTV.jpg?1

Billy Gosheven

 

Gosheven otworzył szeroko oczy z przerażenia gdy łuskowa dziewczyna wybuchła i zrobił się jeszcze bardziej czerwony robiąc krok w tył. Przecież nawet jej nie dotknął.

- Kiedy... przecież... ja nie... - próbował coś wyjaśnić, ale wiedział, że jest na straconej pozycji. Przecież w takich sytuacjach zawsze wierzy się dziewczynom. Spuścił więc wzrok mamrocząc coś pod nosem. Wyglądał jakby chciał zapaść się pod ziemię. Słuchał Avengers nie podnosząc wzroku i nie odzywając się. Dopiero, gdy Black Widow zwróciła się bezpośrednio do niego i do drugiego Indianina podniósł na chwilę spojrzenie. Na połajankę z zawoalowaną groźbą krew mu odpłynęła z twarzy i znów wbił podłogę.

- Tak proszę pani - odparł cicho. Pytań nie miał. W tej chwili wolał się w ogóle nie odzywać.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

EiFezaH.jpg

Evey Smith

 

Eve spojrzała na Black Widow z ogromnym szacunkiem. Rzadko się zdarzało, by ktoś obcy stawał w jej obronie. Właściwie jak była w tej postaci to jeszcze nigdy jej się nie zdarzyło. A tutaj były to dwie osoby. Black Widow we własnej osobie i ta dziewczyna z wyczepistymi włosami! Do tej ostatniej Eve się nawet uśmiechnęła, mając nadzieję, że przy jej twarzy nie będzie to wyglądać za bardzo upiornie. Bo nie miało tak wyglądać. Będąc nadal pod wrażeniem, zamiast się odezwać, hałaśliwie i mało gramatycznie, jak to miała w zwyczaju, podniosła rękę jak uczennica, którą przecież właśnie została, zanim się odezwała.

 - Tego... To ja mam dwa pytania. Ja mogę palić cichobiegi do budy - zapewniła - ale ostatni raz tam byłam na wiosnę. Trzy lata temu - uściśliła, o którą wiosnę jej chodzi -  Będę kiblować z dwunastolatkami? - zainteresowała się - A drugie to... No nie mam wyjściowego ryja. A ryj to jeszcze małe miki. Gorzej z tym, co mam pod ubraniem. Więc, tego no... Dostanę zwolnienie ze sportu? 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

What an outrageous overkill.png

Olek

 

Chociaż Polak nie był typem osoby skłonnej aby dotykać kogoś bez jego zgody, a do trafienie do gabinetu lekarskiego z powodu obrażeń ciała wywołanym przez Czarną Wdowę było by trudne, Olek i tak przełknął ślinę z wyraźnym niepokojem. Trzeba przyznać, budziła respekt.
Szybko jednak, chłopak porzucił te rozmyślenia i przeszedł do innych.

Wysłuchał słów skruszonego Indianina, potem wężowej dziewczyny, ta z kolei wzbudziła w nim zainteresowanie jak go wpasują. System edukacyjny w Polsce, a w USA był zupełnie inny. Zastanawiało go też jak on sam wpasuje się do systemu i uczniów.
Zaraz po tym pojawiło się więcej pytań które miał ochotę zadać, jak to będzie z noclegiem, jedzeniem, czasem wolnym. Ale zwyczajnie wstydził się zapytać. Pieniądze które zwykł dostawać od rodziców, w przeliczeniu na dolary były niewielkie, więc zastanawiał się też, czy znajdzie sposób na dorobienie. Przełknął ślinę jeszcze raz.
- Ja mam jedno... - odezwał się, tym razem już po angielsku. - Te... zajęcia dla bohaterów... co to mniej więcej będzie? - zapytał, uśmiechając się lekko, nie tyle przyjaźnie, co bardziej nerwowo.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e9H9DTZ.jpg

Roxi

 

Uśmiechnęła się nieśmiało, słysząc odpowiedź doktora Bannera. Jeden z największych umysłów na ziemi tak przyjaźnie do nich nastawiony. Kiedy zbliżyła się Czarna Wdowa... Natasha... ciężko będzie się przestawić, Roxi obserwowała ją czujnym wzrokiem, ale kiedy usłyszała zasady, wypuściła powoli powietrze. W jakiś sposób gdy usłyszała z ust bohaterki, że każdy ma tu równe prawa i nikt nie jest obiektem doświadczalnym, uwierzyła w to dużo mocniej. A gdy zobaczyła przerażenie Indianina... i to tego, który nie dotknął różowowłosej, skrzywiła się współczująco. Wiedziała jak to jest być niezręcznym, niedopasowanym dzieciakiem, który nie wie co zrobił nie tak. Gapienie się tak na obcych było niegrzeczne, ale może dla niego temat mocy był czymś innym niż dla nich. Zakodowała sobie w myślach, żeby później zagadać do niego, na wypadek, gdyby uznał ostrzeżenie za znak "nie zbliżaj się do nikogo na 100 metrów".

Kiedy padło słowo "edukacja", dziewczyna wyprostowała się jakby usłyszała rozkaz "baczność". Cała jej uwaga spoczęła na zagubionych naukowcach. Bo przecież musieli się uczyć. Po każdej wypowiedzi kiwała głową, na znak zgody, ale na słowa o szkole jej twarz nieco pobladła. Po całym czasie jaki spędziła starając się unikać znęcania w dawnej, musiała ją zmienić i radzić sobie od nowa. Jako oficjalny członek grupy mutantów. Powodzenia z nienagannym zachowaniem. Wbrew jej woli jej wzrok podążył po reszcie towarzyszącej jej młodzieży. Czy każdy z nich wyglądał jakby miał sobie poradzić z niechęcią, z jaką definitywnie się spotkają? Spojrzała na delikatną dziewczynę, niezręcznego Indianina i chłopaka, którego głos wyraźnie dawał znać, że nie jest stąd. Może dopiero się poznali, ale byli drużyną i nie zamierzała rzucić ich na pożarcie okrutnej młodzieży. Spojrzała też na silnie wyglądających - miała nadzieję, że będą mieli to samo zdanie i razem stawią czoła złoczyńcom w szkole tak samo jak w przyszłości w wielkim świecie. Gdy usłyszała dziewczynę z różowymi włosami walczyły w niej dwa głosy "zaproponuj jej pomoc w nauce" i "siedź cicho, bo pomyśli, że się nad nią litujesz". W końcu chęć ratowania świata wygrała. Zwłaszcza, że nastolatka, która musi chodzić na lekcje z młodymi też jest zbyt łatwym celem dla łobuzów. 

- Wyglądasz na bystrą. Może gdybyś dostała materiały do przygotowania, mogłabyś zdać testy i przeskoczyć parę lat w górę? - zapytała z nieśmiałą nadzieją. - Mam w domu notatki. Są dobre... znajomi się z nich uczyli... - zamilkła, ale zamiast spojrzeć w ziemię, na co miała ochotę, poprawiła włosy i znów się wyprostowała. Nie bądź takim dzieciakiem. Jeżeli nie zechce pomocy, jej strata. - Mieszkam niedaleko, ktoś może je tu podesłać, jeśli chcesz.

Kiedy dokonała już oceny, tysiące pytań przebiegły jej przez myśl. Czy to dobra szkoła? Czy będą mieli dość czasu pomiędzy zajęciami i treningami by utrzymała nienaganną średnią? Na ile program różni się od jej obecnego? Nie chciała jednak wydać się aż takim kujonem, więc zaczęła od prostego pytania, ale za nim posypały się następne nim ugryzła się w język. 

- Czy nasz rozkład zajęć jest już znany, czy też będziemy dopiero zapisywać się na zajęcia? - w swojej szkole chodziła na zajęcia dla zaawansowanych, ale może się okazać, że dla niektórych ich program szkolny jest czymś nowym i nie wiadomo było jak ich dopasować. - I w jakich godzinach zajęcia będą odbywać się tutaj? - nie zapytała na głos "czy zostanie czas by się uczyć", ale jej wzrok powędrował ku naukowcom znającym wagę edukacji". - Jaki będzie przydział pokoi? I najważniejsze, zasady, żebyśmy nie złamali jakichś, zanim je poznamy, zwłaszcza, że mamy różne zwyczaje - jej wzrok mimowolnie na chwilę znów powędrował do stojącej obok młodzieży i było w nim coś, jakby chciała ich bronić. Trochę śmiesznie to wyglądało, biorąc pod uwagę, że była tam chyba najniższa. Jak nastroszone kociątko, broniące dostępu do rodzeństwa. Cóż, połowa z nich wyglądała na bardziej przestraszonych niż ona była, więc ona musiała brzmieć pewnie, może oni też odważą się odezwać. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

NEIL AVATAR.jpg

Neil

 

Uśmiechnął się do siebie, gdy tylko zobaczył reakcję Czarnej Wdowy na całą sytuację. Szczerze mówiąc, nie sądził, że ktoś zareaguje tak szybko. Miał raczej wrażenie, że jeszcze chwila i skończy się wojną jeszcze-nie-bohaterów. Widać, że znają się tutaj na rzeczy. Od kiedy wziął udział w rozmowie, odruchowo zaczął chłonąć informacje o superbohaterach. Teraz podziwiał ich bardziej, niż było to widać w jego postawie i zachowaniu.

- Z mojej strony nie będzie problemu. Zasady zasadami, ale chyba wszyscy tutaj mamy przynajmniej jakąś podstawową przyzwoitość, prawda? - zwrócił się po części do Natashy, a po części do reszty nowych, rozkładając ręce i wzruszając ramionami.

Miał w sumie kilka pytań, które od kilku dni nie dawały mu spokoju, ale dziewczyna z grupy wyręczyła go pytając o prawie wszystko, co mogłoby go interesować w tej chwili. Zamiast tego dodawał tylko od siebie mhm, właśnie i dokładnie, po każdym z serii jej pytań.

- I kto właściwie będzie nas uczył? - dodał tylko - To oczywiste, że każdy z nas ma inną moc, więc...

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Zdjęcie — kopia.png

Louie "Chrono" de Ronneais

 

Louie przyglądał się z zainteresowaniem całej sytuacji, nie chciał interweniować, nie chciał zwracać na siebie uwagi, bardzo negatywnie ocenił dwóch indian, a łuskowatą zakwalifikował jako lekko irytującą, za dużo mówi. Uwagę Black Widow uznał mu za zbędną. Był dżentelmenem, od lat wpajano mu zasady savoir vivre i kultury osobistej. Potrafił się zachować w przeciwieństwie do tamtych dwóch dzikusów. Ze spokojem słuchał wywodu Banersa o edukacji, aż padło słowo "szkoła". Momentalnie pobladł. Przez całą swoją edukację uczył się prywatnie pod okiem wyspecjalizowanej kadry. Jeden uczeń, jeden nauczyciel. W szkolę pojawiał się raz na rok by napisać odpowiedni test, którego wymagał system nauczania. Teraz miał zacząć chodzi do zwykłej szkoły? 30 osób w klasie? Bez indywidualnie dobranych metod nauczania? Kiepsko opłacana kadra nauczycielska? Nie, to nie są ludzkie warunki. Gdy tylko myśli te przeszły mu przez głowę od razu chciał zareagować:

- Excuse moi...

Przerwała mu jednak znacznie głośniejsza, ta irytująca, łuskowata dziewczyna, a zaraz po niej zaczął mówić ten chłopak z rosyjskim akcentem. Już otworzył usta, by zadać pytanie swoje pytanie, kiedy rozpoczęła swój wywód ta niska brunetka. Przez swoje przerażenie wizji chodzenia do "zwykłej" szkoły nie za bardzo skupiał się na tym co mówili, wyłapywał tylko ogólny sens ich zdań. Polubił niską brunetkę, wydała mu się inteligentna i pewna siebie, na pewno wyróżniała się pozytywnie na tle Indian i łuskowatej dziewczyny. Wtedy z jej ust padło zdanie, które wprowadziło go w jeszcze większe przerażenie, było to tylko pytanie jednak wyobraźnia przerażonego już chłopaka podziałała: przydział pokoi"? Czy to możliwe? Nie dostaną apartamentów? Czy oni mają jakieś granice? Mają być przyszłymi bohaterami, zasługują na ludzkie traktowanie! 

Edytowane przez Gatzky

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1byiGYM.jpg

 

Anaya 

 

Na reakcję Czarnej Wdowy tylko prychnęła pod nosem. Całość sytuacji była abstrakcyjna. Przecież tego typu reakcje będą chlebem codziennym i minie trochę czasu zanim przestana dziwić. Spojrzała kolejny raz na zegarek kręcąc głową na boki. Na obliczu Anayi nie malowały się żadne emocje. Ziewała od czasu do czasu, ale nie było to spowodowane znudzeniem. Zwyczajne zmęczenie malowało się na jej twarzy.
Nie była zainteresowana edukacją.
Nie była zainteresowana pokojami.
Nie była zainteresowana kto będzie ich uczył.
Przestała interesować się innymi rekrutami.
Czas tykał… nieubłaganie.
Korzystając z chwili ciszy, zadała pytanie. Wyszła wyprostowana przed grupę.
- Doktorze Banner, kiedy mogłabym z panem porozmawiać, na osobności? – zadała pytanie bez ogródek, stanowczo i pewnym głosem. 
 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

- Wszystko zależy od tego, jak pójdzie ci test sprawdzający wiedzę - odparł Pym na pytanie Eve.

- A co do sportu to wysiłek fizyczny na pewno zapewnimy wam w wystarczającym stopniu, więc z tym nie powinno być problemu - dodała z uśmiechem Tigress. Na szczęście nie był to sadystyczny uśmiech godny najgorszego nauczyciela wychowania fizycznego. Był całkiem kojący. - Pamiętaj jednak, że wszyscy w szkole będą wiedzieli, kim jesteście. Można powiedzieć, że spodziewają się pewnych niecodziennych widoków.

- Zajęcia dla bohaterów - odezwał się Justice. - To będzie praca nad waszymi mocami. Nad współpracą pomiędzy wami. To będą zadania, podczas których będziemy oceniać sposób ich wykonania, jak i... ilość zniszczeń, do których się dopuściliście. Mniej więcej czegoś takiego możecie się spodziewać. Zresztą, przekonacie się w praktyce.

- Na zajęcia będziecie się dopiero zapisywać - odparł Tony. - Zajęcia w Avengers Academy będą odbywać się po waszym powrocie ze szkoły. Czasem będzie to godzina 16, czasem będą to zajęcia dopiero wieczorne. Wszystko będzie zależało od tego, co na dany dzień zostanie dla was przygotowane.

- Pokoje będziecie dzielić po dwie osoby - odparła Jocasta. - Nie będą koedukacyjne. Swoich współlokatorów będziecie dobierali samodzielnie. Proponowałam selekcję i dobór na podstawie nadesłanych zgłoszeń, przeprowadzonych rozmów i informacji, jakie do tej pory posiadamy, ale panowie Pym i Stark zdecydowali, że lepiej będzie wam zostawić w tej kwestii wybór - zakończyła tonem, który mógł być interpretowany jako pełne niezrozumienie, a także wyrzut w kierunku obu herosów, że wolą przedłożyć indywidualne preferencje uczniów nad algorytmy Jocasty.

- Zasady nie są skomplikowane - Tony uśmiechnął się do wszystkich. - Dostaniecie karty dostępu. Nie do wszystkich pomieszczeń w Avengers Tower będziecie mieć dostęp i tak ma zostać. Żadnego omijania tych zakazów i prób dostania się do tych miejsc w inny sposób - dodał, zerkając na Arcana. - Oprócz tego, to co powiedział wcześniej Hank. Chodzicie do szkoły, bez wagarowania. W szkole bez bójek, sprawiania problemów i używania mocy. Jesteście już traktowani jako bohaterowie. Wszyscy będą wam patrzeć na ręce, media najbardziej. Jedna wpadka i będzie sporo tłumaczenia się - dodał poważniejszym tonem. - W samej Akademii żyjemy jak zespół. Jak rodzina. Rozmawiamy ze sobą, kiedy nam coś nie pasuje. Nie wytykamy błędów, nie wyśmiewamy. Dajemy wskazówki, porady. Wszyscy pracujemy na to, by żyło się nam tu miło i przyjemnie. Nie wkurzamy Bruce'a, bo... no cóż, z Hulkiem trudno negocjować - stwierdził z uśmiechem i dodał konspiracyjnym szeptem, który i tak słyszeli wszyscy zebrani. - Ale Natasha jest od niego gorsza, więc jej też nie wkurzamy.

Spojrzenie jakim obdarzyła go Black Widow wyraźnie sugerowało, że podczas najbliższej sesji treningowej Iron Man pożałuje swoich słów. Tony, jak to Tony, odpowiedział jej jednym ze swoich uśmiechów i znów spojrzał na wybraną dziesiątkę.

- Ach, poza tym będzie was obowiązywała cisza nocna. Od niedzieli do czwartku lądujecie w swoich pokojach o godzinie 22. O której się położyć spać - tego nie będziemy weryfikować. Róbcie tak, by nie zasypiać na lekcjach. W piątki i soboty te godziny nie obowiązują, ale też nie przesadzajcie. Poranne treningi będą się zdarzały - zastrzegł. - To już co prawda nie są zasady, ale pewnie coś, co też was zainteresuje. Kieszonkowe. Za obecność w szkole i dobre sprawowanie będziecie otrzymywać tygodniowe kieszonkowe. Startujemy od 300 dolarów tygodniowo. Od tej kwoty będą potrącenia za złe zachowanie i premię za coś ponad. No i stroje. Janet Van Dyne, lepiej znana jako Wasp, co prawda odwiesiła swój kostium do szafy, ale bardzo chętnie przygotuje stroje dla was. Zapewne jutro was odwiedzi, by omówić tą kwestię i popracować nad projektami.

- Co do kadry nauczycielskiej w szkole - pałeczkę znowu przejął Pym - to wasz trening spoczywa głównie na barkach moich, Tigress, Scarlet Witch, Justice, Jocasty i Herkulesa. Sporadycznie mogą nas zastępować aktywni członkowie Avengers. Zajęcia będą głównie wspólne, ale czasem mogą zdarzyć się indywidualne treningi. Te na pewno będą dotyczyły waszych mocy czy umiejętności walki bronią - zerknął na Arcana i Chrono. - Odnośnie dokładnego podziału kto z kim i kiedy dowiecie się w swoim czasie.

O ile pozostałe pytania nauczyciele przyjęli z pełnym zrozumieniem, o tyle Anaya nieco ich zaskoczyła. Nie tylko tonem głosu, ale głównie żądaniem, jakie pojawiło się w jej pytaniu.

- Gdy już zakończymy część formalną - odparł Bruce.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

NEIL AVATAR.jpg

Neil

 

- Kostiumy! - wykrzyknął Neil z błyskiem w oczach, nieco się zapominając - No, lubię się dobrze ubrać... - dodał po chwili z uśmiechem pełnym zażenowania.

Kostiumy, kieszonkowe, treningi. To wszystko brzmiało wręcz nierealnie i nieco magicznie. Do tego wybór współlokatora. Ta ostatnia kwestia nieco go przybiła. Wolałby chyba przydział z urzędu. Nie był pewien czy uda mu się dogadać z kimkolwiek na tyle, żeby z własnej woli wybrali właśnie jego. Zapewne skończy z ostatnią osobą, która też nie będzie miała partnera.

- Czy naprawdę sami musimy wybierać sobie współlokatorów? Z pewnością wszyscy jesteście przecudownymi, wartościowymi osobami i w ogóle... - zwrócił się do grupy uczniów. Trudno było stwierdzić czy w jego głosie pozbawionym jakichkolwiek emocji pobrzmiewa sarkazm - ...ale przecież dałoby się to załatwić dużo szybciej... - pokręcił głową - ...i nie byłoby mowy o pomyłce.

Westchnął głośno.

- Ale pomysł z kieszonkowymi mi się podoba. Popieram.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

EHBMiX2.jpg

Charlie

 

Cały ambaras z macaniem Dinogirl skończył się tak szybko jak się zaczął. Sama w dużej mierze przegoniła natrętów a późniejsze oświadczenie Natashy dodatkowo zamknęło temat. Black Widow na pewno miała w sobie coś z jego matki... i to raczej coś z tej cześć, która sprawiała, że demony padały przed nią na kolana. Wiadomo już kogo lepiej było tu nie zrażać do siebie.

Tak czy inaczej zaraz pojawiły się tematy związane z ich edukacją tutaj. A właściwie nie tylko tutaj, jak się okazało.

Szkoła. Mięli chodzić do normalnej szkoły. Takiej z rzędami szafek na korytarzu, cwaniakami co to topią nowych w kiblu, pięknymi cheerleaderkami, nieogarniętymi footballistami i przypadkami, że nagle cała klasa łączy się wspólnie śpiewając piosenkę. Cóż... przynajmniej tak to widział młody Charlie. W końcu seriale młodzieżowe nie mogły być kłamstwem, nie?

- Fajnie, nigdy nie chodziłem do zwykłej szkoły. Fajowo będzie - stwierdził wyraźnie podekscytowany całą perspektywą. Tak mu to zawróciło w głowie, że nawet nie zdołał się dołączyć do pierwszej fali pytań, którymi inni zawalili Avengersów. Te jednak dały kolejne ciekawe odpowiedzi, choć Charlie zupełnie nie rozumiał skąd to spojrzenie, którym obdarzył go Tony. Z miną niewiniątka odpowiedział mu więc uśmiechem, który spokojnie mógł rywalizować z tymi, z asortymentu samego Starka.

Późniejszych informacji było dużo i trochę zaczynały rozjaśniać sytuację. Co prawda zakaz używania mocy w szkole był trochę do bani, ale co począć? Kiedy wkraczasz między wrony... jakoś tak to szło. Tak czy siak, pewne rzeczy wymagały jeszcze najwyraźniej ustaleń. Na przykład kto z kim w pokojach.

- Jocasto, a jakie połączenie osób w pokojach ty byś sugerowała na podstawie tego jak nas zanalizowałaś? - zaciekawił się Arcan. Sam na razie nie miał pomysłu z kim mógłby chcieć mieszkać więc równie dobrze mógł zobaczyć co w tej kwestii wymyśliła żelazna dama.

- I w ogóle kiedy zaczynamy treningi? Dziś już coś na próbę by się pochwalić kto co potrafi? - trudno powiedzieć czy Charlie sam chciał się pochwalić mocami czy może być ciekaw co inni potrafią. Może obie te rzeczy? Tak czy inaczej widać było, że niecierpliwie tego oczekuje.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

What an outrageous overkill.png
Olek

 

Całe szczęście, odpowiedziano mu na pytania nawet których nie zadał. Jakby tak teraz pomyśleć, większość rzeczy można było się domyślić. Pokoje dwu osobowe też był standardem. Nie planował wszczynać żadnych bójek ale... czasami wychodziło inaczej. Gorzej, że musiał teraz bardzo pilnować tego co się będzie działo. Nocne wypady, żeby obić komuś mordę dla adrenaliny mogą być trudne. A do tego cisza nocna... To będzie ciężki okres. No ale może przynajmniej długość jego snu się poprawi.

Tym co naprawdę go złapało było kieszonkowe. Już tam cholera z potrąceniami. Trzysta dolarów tygodniowo. Szybka kalkulacja w głowie Olka dała mu wynik około czterech tysięcy złoty na miesiąc. Przecież z takim kieszonkowym mógłby żyć jak sułtan. Albo lepiej.
- Ło Jezusiczku z Nazaretu... trzysta... - powiedział pół-szeptem po polsku. Zakrywając lekko usta lewą ręką. Skarcił samego siebie w głowie i odchrząknął. - Ja ten, stroju nie potrzebuje. U mnie pomoc nie będzie konieczna - rzucił już tym razem głośniej i po angielsku. Potem wolał już tylko wysłuchać jak to ma być z treningami. Miał nadzieje, że zapewnią mu dość adrenaliny.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Zdjęcie — kopia.png

Louie "Chrono" de Ronneais

 

Nie, nie, to nie mogła być prawda... Publiczna szkoła i pokoje na dwójkę. Ale tym co naprawdę go załamało było kieszonkowe. Trzysta dolarów tygodniowo. Szybka kalkulacja w głowie Louiego dała mu wynik około tysiąca euro na miesiąc. Przecież z takim kieszonkowym będzie żył jak jakiś żebrak. Albo gorzej. Słuchał dalej tego co miała im do powiedzenia cała reszta, lekko poprawiło to jego humor, spersonalizowane zajęcia z innymi superbohaterami, grupowe treningi także zapowiadały się kusząco, jednak była to marna pociecha wobec wizji życia w nieludzkich warunkach przez najbliższych parę miesięcy. Wciąż dało się to naprawić, postanowił zareagować

- Excuse Moi! A jeśli chciałbym mieszkać w jakimś innym... lokum? - Powiedział ukrywając co dokładnie ma na myśli, by nie wyjść na bogatego buca, na którego pewnie i tak wyszedł po swoich kolejnych pytaniach - I gdybym chciał uczyć się prywatnie? Czy jest możliwość zrezygnowania z kieszonkowego i pobierania środków z... rodzinnych funduszy? - głos z jakim Louie wypowiadał pytania nie należał do typowych "głosów" chłopca, był niepewny i drżał, widać po nim było zdenerwowanie.

Edytowane przez Gatzky

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz